Dziewczynka i kobieta

Katarzyna Kulikowska

Wiersze z tomiku „Świat zawieszony na drzewie” – wydawnictwo ORGANON, Zielona Góra 2005

zawieszonyMój świat zawieszony na drzewie
Spada na ziemię
Pęka na pół niczym zielony kasztan
Tam jestem ja
Wypadam z wnętrza kolczastego
Świata
Teraz każdy może mnie wcisnąć
W ziemię

Impresja

Patrzę na żółte liście dębu
Widzę tam jezioro przeszłości
Spadają żołędzie i moje uśmiechy
Których wciąż nie mogę pozbierać

Femme fatale

Naznaczę cię tatuażem pocałunku
Skuję kajdanami pokus
Będziesz moim więźniem
Zagryzę słowa jak wargi do krwi
Wytrysną czerwoną plamą na kartce papieru

Erotyk

W twoich ustach pełnia
W twoich oczach oczekiwanie
Chcę być twoim snem
w który wchodzisz napiętą ciszą
Moje ciało jest muzyką
Pod skórą śpią nuty
Zbudź je
Dotknij pożądaniem
Niech zabrzmi pasja

Pocałunki- bezbarwne motyle odlatują
Dotyk – delikatna siatka babiego lata
już mnie nie oplata
Oddech – zefir już mnie nie oplata
Zanurzam się w ciszę jak w wodę
Płynę
Szukam lądu utkanego z babiego lata
Malowanego skrzydłem motyla
Gdzie zefir jak jedwabna apaszka opada
płynąc w powietrzu
Nigdzie nie znajduję lądu
Wokół tylko woda
Zaczynam tonąć
Zapadam się w trójkącie bermudzkim samotności

Atakujesz mnie armią słów
Ustami pełnymi grzechu podpalasz mój spokój
Rzucasz we mnie granatami dłoni
Uzbrojona w sople obojętności wyruszam na wojnę
Walczę z twoimi słowami, ustami i dłońmi
Mój spokój płonie
Granaty dłoni eksplodują na moim ciele

Znów zmarzłam
Okryta jesiennym liściem
Jeszcze wczoraj tańczyłam z latem
Dziś stoję oszroniona
Czekam aż Twoje słowa zaczną się uśmiechać
Powietrze między nami stopnieje
Pęknie szyba lodu
Chcę być blisko Ciebie
Zbliżam się
Kolejny raz odmrażam sobie palce

On

Ciszą wypełnia
oddech
Rodzą się motyle
pachną niesłyszalnym szeptem
Słowa liściaste
dławią gardło

Znał ją jak tabliczkę
mnożenia
słowa niby cyfry
były kluczem do
banku ego
Łamał szyfry
lakowane różą
Ona
otwierała się jak skrzynia
by przytrzasnąć
grzęzawisko myśli

Chwila

W zawirowaniach dnia
chwila spada do szkatułki pamięci
przepełnia szkatułkę blaskiem
niczym zorza zza światów
gdzie stoję jeszcze nie widząc
granicy powrotu

W podwórku mojej wyobraźni

Wśród dziurawych drzew
Z zielonymi kwiatami
Piszę list przydrożnym kamieniem
I wrzucam go do strumyka
Jak do skrzynki pocztowej
Wdycham dorosłość
I znowu jestem

Mój pokój

Mój pokój
Szklany kubek na stole
W kubku marzenia
Dźwięk rozbitego szkła
Krzyk spłoszonych marzeń
I już nie ma czym ogrzać rąk
Ani zziębniętych myśli.

Moja głowa to kosmos przestrzenny
W nim myśli – planety wirują.
Jak trąba powietrzna,
która niszczy moje ja.

Na tapecie marzeń
rozwieszam barwne
nici muzyki
Wybarwiła je cisza
została tylko
zielona plama
i marsz
żołnierzy zamkniętych
w zegarze

Ona ściele sobie sen
zapinając chmury na guziki jak poduszki
napełnia je płatkami łagodności
unoszą ją przez otwarte oczy
wyobraźni ku niebu.
Usiadła pośród jego błękitu
niczym na perskim dywanie.
Znużona puszystością chwil
zasnęła.

Urodziła się 11 października 1975 r. Mieszka w Droszkowie koło Zielonej Góry.
Wiersze publikowała w czasopismach i gazetach: „Lubuskie Nadodrze”, „Gazeta Lubuska” a także w antologiach: Dojrzewanie wierszy (Zielona Góra 1988), Strofy z szuflady (Choszczno 2000), Wokół haiku (Zielona Góra 2002), Przestrzeń ciemnieje od słów niewypowiedzianych (Zielona Góra 2013) oraz w almanachach: Prezentacje (Zgorzelec 2000 i 2002) i w zeszytach poetyckich: Sztambuch (Zielona Góra 2002), Pięciokrotność (Zielona Góra 2003), Sześciopak (Zielona Góra 2004), Stacja siedem (Zielona Góra 2005), Próba koloru (Zielona Góra 2008).
Jest laureatką konkursów poetyckich.
Wydała tomiki wierszy: „Świat zawieszony na drzewie” (Zielona Góra 2005) oraz „Bomba emocji” (Zielona Góra 2008).

W oparach zielonej miłości

Wszyscy byliśmy kiedyś tacy naiwni i sentymentalni, ale nie wszyscy chcemy sobie o tym przypominać. Roman Brodowski już kilka tygodni temu zaczął tu opowieść o zielonej miłości. Dziś ciąg dalszy.

… Za oknem, w oddali majaczyły kontury kopalnianych szybów i szaroczarne, podobne do pagórków nagie hałdy, a tuż za betonowym ogrodzeniem internatu znajdował się nieduży, ale bardzo zadbany stadion klubu sportowego „Czarni”, po którym biegała gromadka rozwrzeszczonych dzieciaków, uganiających się za czymś, co przypominało piłkę.

Zmęczony wyczerpującą podróżą, spędziłem resztę dnia na kontemplacji pustego jak mnisia pustelnia pokoju, a wreszcie usnąłem.

Obudziłem się bardzo wczesnym porankiem. Pierwsza przespana na nowym miejscu noc minęła spokojnie. Usiadłem na miękkim, wygodnym łóżku. Obok mnie, na nocnej szafce, przy otwartej książce leżała uśmiechająca się do mnie z fotografii, Maria.
– Witaj kochanie – powiedziałem, przykładając fotkę do ust. – Jaka szkoda, że nie ma Ciebie przy mnie – dodałem, kładąc ją niby sacrum, delikatnie na pustym stole.
Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła piąta.
– Kto tam? – zapytałem zdziwiony tym, że o tak wczesnej jeszcze porze ktoś „buszuje” po internacie.
Do pokoju wszedł wysoki chłopak, o wiernych, nieco psich rysach twarzy.
– Dzień dobry, jestem Mietek – rzekł nieśmiało, melodyjnym, zabarwionym wschodnim akcentem, głosem. – Przyjechałem z Białegostoku, a właściwie z jego okolic by rozpocząć naukę w tej szkole. W sekretariacie powiedziano mi, że mam mieszkać z kolegą w tym pokoju.
– To znaczy, że przyjdzie jeszcze kolega? – zażartowałem – rozbawiony jego przypominającym Kargulowy, dialektem. – A tutaj jak widzisz są tylko dwa miejsca do spania – dodałem.
– Niiie! Źle mnie zrozumiałeś – zaczął tłumaczyć, wierząc w powagę moich słów, wyraźnie zmieszany – rozmówca. Kolega to ty. To z tobą, ma się rozumieć, mam dzielić pokój.
– Jak tak to zapraszam. Nazywam się Roman i przyjechałem z Gdańska, a właściwie z jego okolic i tak jak ty zamierzam zacumować w tym porcie na kilka lat – powiedziałem podając mu na powitanie rękę.
Mietek usiadł na krześle, przy stole i trzymając kurczowo w dłoniach wypchaną po brzegi wielką podróżną torbę, rozglądał się dookoła.
– Czuj się jak u siebie – zaproponowałem. – To łóżko i ta szafka przy nim, są wolne – wskazałem na meble stojące po prawej stronie okna. W szafie na ubrania, cała lewa strona należy do Ciebie. Mam nadzieję, że dojdziemy do porozumienia – dodałem i usiadłem obok niego, po drugiej stronie stołu.
– To twoja dziewczyna? – zapytał Mietek, wskazując na leżące nadal na stole zdjęcie. – Bardzo ładna. Ja też pozostawiłem moją Iwonkę na Fermie – dodał z nieukrywanym żalem, podając wyjętą z portfela, nieco pogniecioną fotografię przyjaciółki. – Ferma to moja mała wioska, z której pochodzę, a ściślej mówiąc sioło, w którym moi rodzice gospodarzą.
– Tak, to jest moja dziewczyna, mój poranny kwiatuszek, moje słoneczko – odpowiedziałem, podobnie jak on nieco przygaszony faktem rozłąki.
Potem długo jeszcze opowiadaliśmy sobie o nas, o naszych rodzinach, przyjaciołach, marzeniach… I im bardziej zwierzaliśmy się sobie, tym bardziej rodziła się między nami cieniutka nić przyjaźni, zaufania i zrozumienia.

Inauguracja roku szkolnego miała się rozpocząć o godzinie ósmej rano. Ciekawi tego, jak wygląda nasze przyszłe miejsce edukacji, wyszliśmy z Mietkiem nieco wcześniej, by spokojnie obejrzeć sobie szkołę.
Przed drzwiami witała nas prawdziwa górnicza orkiestra dęta. Wszyscy członkowie zespołu ubrani byli w czarne galowe mundury. Na głowach mieli czapy z czarnymi piórami, takie same, jakie widziałem czasami w telewizji. Wyglądali imponująco.
Przyjechać w takim mundurze do domu, to by była nie lada atrakcja – pomyślałem. Wyobrażam sobie moich sąsiadów, wybiegających na ulicę, by mnie zobaczyć. Wszystkie dziewczyny z pewnością zazdrościłyby Marysi takiego faceta.
Szkoła była imponująca dla kogoś takiego jak ja, młodego przybysza z małej miejscowości.
W czteropiętrowym budynku znajdowało się mnóstwo sal lekcyjnych z pełnym wyposażeniem w sprzęt dydaktyczny do nauki zawodu górnika.
Po oficjalnym rozpoczęciu roku szkolnego wszyscy uczniowie pierwszych roczników pozostali w auli. Starsi udali się do swoich klas na pierwsze w nowym roku zajęcia.
Do pierwszej klasy zgłosiło sie nas ponad dwieście osób i trzeba było przydzielić wszystkich do poszczególnych grup kierunkowych.
Mnie zakwalifikowano do klasy o profilu mechanicznym, Mietka do klasy elektrycznej.
Dopiero po interwencji przydzielono nas do jednej i tej samej klasy. Zostaliśmy adeptami sztuki, której absolwent nazywać się będzie „mechanik maszyn górniczych”.
Mijały dni, tygodnie, miesiące. Czas płynął nieubłagalnie wolno. Rzucony na głęboką wodę oceanu mojej nowej rzeczywistości pracowałem ciężko nad sobą, by, gdy już znajdę port, w pełni gotowy do samodzielności zbudować dom marzeń, dom, w którym wraz z moją Marią moglibyśmy wspólnie spędzić szczęśliwe i dostatnie życie.

Listy od Marii otrzymywałem regularnie, zawsze w środę lub w czwartek. Były to najpiękniejsze dni podczas mojego pobytu poza domem. Pisała o wszystkim. Informowała o tym, co porabia, co nowego wydarzyło się w naszej rodzinnej miejscowości, o pogodzie, ale przede wszystkim o tym, że czeka na mnie, że o mnie myśli i liczy dni do naszego ponownego spotkania.
Nie byłem jej w tej korespondencji dłużny. Też pisałem o wszystkim, co mi na myśl przyszło, opisywałem szarą prozę życia, ale nie skąpiłem też ważnych pełnych ciepła wyznań. Oczywiście, za każdym razem tworzyłem dla niej nowy, czasami bardzo naiwny, wiersz. Wiedziałem, że to, czego nie potrafiłem powiedzieć słowami, zwłaszcza to wszystko, co dotyczyło sfery uczuć i intymności, przekazane w formie wiersza zostanie zrozumiane. Gdyby nie te listy, nie wiem jak poradziłbym sobie z problemem rozłąki, tęsknoty, brakiem kontaktu z tymi wszystkimi, którzy byli przy mnie w niedalekiej jeszcze przeszłości.

Jesień odeszła w zapomnienie, zima rozłożyła się poszarzałym śniegiem (jaki można zobaczyć tylko na terytorium dymiącego Śląska), a w oddali, na horyzoncie widać już było zbliżający się czas zimowych ferii, świąt Bożego Narodzenia, które miałem wszak spędzić z najbliższymi, no i oczywiście z Marią.

gornikNie wiem jak to się stało, ale zarówno Mietek jak i ja w pierwszym semestrze roku szkolnego otrzymaliśmy średnią ocen cztery i osiem dziesiątych, co dało nam miejsca w pierwszej dziesiątce najlepiej uczących się uczniów w całej szkole.
Nie bez powodu o tym wspominam i nie dlatego, aby się tym faktem chwalić, ale dlatego, że pierwszych dziesięciu uczniów otrzymywało zgodnie z tradycją (oczywiście nie na zawsze) galowy mundur górniczy, który mieli prawo nosić przez najbliższe trzy miesiące, czyli do kolejnego semestru. Oczywiście nie codziennie, ale jednak zawsze, gdy tylko sytuacja tego wymagała.
Dla wyjaśnienia powiem, że galowy mundur górniczy otrzymywali w nagrodę (na zawsze) najlepsi absolwenci zasadniczych szkół zawodowych. Dodatkiem do takiego munduru było czako, czyli czapka górnicza z czarnymi piórami. Natomiast prymusi techników otrzymywali w nagrodę szpadę górniczą i czako z białymi piórami. Innymi słowami noszenie takiego munduru było przywilejem i wyróżnieniem dla najlepszych adeptów sztuki górniczej.

Wizja wyjazdu do domu w takim mundurze sprawiła i mi, i Mietkowi ogromną przyjemność.
Tym bardziej dzisiaj, bo właśnie dzisiaj dostarczono nam do internatu przygotowaną na nasze rozmiary odzież, która na co dzień znajduje się w magazynach kopalni Dymitrow, w której odbywamy praktyki zawodowe.
– Co powiedzą moi sąsiedzi, widząc mnie w tym mundurze? Przecież oni nigdy nie widzieli prawdziwego górnika, co powiedzą rodzice, Maria, znajomi? – zadawałem sobie w myślach pytanie, dotykając wiszącego na wieszaku, okrytego foliowym workiem czarnego jak węgiel stroju ze złotymi kneflami*. Mundur był wyczyszczony i odprasowany, i wyglądał, jakby dopiero co wyszedł spod igły krawca.
Wyobrażałem sobie, jak wielką niespodziankę sprawię im wszystkim, jak wielką będę dla nich atrakcją. Te ich spojrzenia, gdy będę z moją dziewczyną przechodził pod ich oknami, ta zazdrość moich dawnych kolegów, i ten podziw wszystkich, którzy mnie zobaczą. Im bardziej o tym myślałem, tym bardziej byłem z siebie dumny. Bo przecież to ja, prosty, niczym nie wyróżniający się chłopak z małego pomorskiego miasteczka, będę paradował w takim szykownym (jak mawiają Ślązacy) mundurze.

Do wyjazdu pozostały już tylko trzy dni, nic więc dziwnego, że ogarnął nas obu szał
zakupów. A to Mietek chciał kupić rękawiczki na prezent dla Iwonki, a to ja dla mamy pantofle pod choinkę, on przypominał sobie, że jeszcze nie kupił dla ojca krawatu, ja, że nie mam podarunku dla mojego taty. Im bardziej myśleliśmy o naszych bliskich, tym nasze walizki stawały się grubsze i cięższe, a my zmęczeni biegaliśmy po sklepach, w tę i z powrotem, dokupując coraz to coś nowego.
Jak na prawdziwych, połączonych wspólnym pokojem, tą samą klasą i podobnymi zainteresowaniami przyjaciół przystało, wszystkie świąteczne sprawunki robiliśmy razem. Przecież nikt inny jak tylko przyjaciel może doradzić, co dla kogo wypada kupić, w jakim sklepie i za ile. Nawiasem mówiąc, to Mietek pomógł mi przy wyborze broszki, którą kupiłem w podarunku dla Marysi. Broszka w kształcie otwartej róży z górskim kryształem w środku. Mam nadzieję, że tym prezentem sprawię przyjemność mojej ślicznej panience.

cdn.

* Knefle – w śląskiej gwarze, ozdobne guziki.

Do M… – list IV

Jesień do okien już zagląda,
W treści wiersza się kryje,
A ja, wciąż myślę o Tobie
Wciąż tobą, najdroższa, żyję.

Niby na strunach skrzypiec
Wiatr gra piosenkę jesienną.
A ja w nim słyszę Ciebie
Twoją melodię codzienną.

Podnoszę liście kasztanu
W porannej rosie skąpane
A na nich czerwień i brokat
Jak twoje usta kochane.

Każda kropelka deszczu
Płynąca na ziemię z nieba
Mówi o tym, Kwiatuszku,
Jak bardzo mi Ciebie trzeba.

Gdy głowę ku chmurom kieruję
Szukając w nich przyszłości
Widzę w nich twoje odbicie,
Odbicie prawdziwej miłości.

Tak bardzo tęsknota mnie boli,
Tak bardzo cierpi me serce
Ja wiem, Kochanie ty moje…,
Oboje jesteśmy w rozterce.

Bytom 13.11. 1976

Wciąż do ciebie

Pociąg już czeka na peronie,
Para gorąca spod kół bucha.
I ja, siedzący tuż przy oknie
Na dworze tańczy zawierucha.

Przede mną tylko ciemna nocka.
I podróż, długa, nieprzespana
A po niej czas na powitanie
A po niej…, tylko ty, Kochana.

Będziemy znowu miła z sobą.
Będę dotykał twoich włosów.
Będę powtarzał, że cię kocham
Szczerze, normalnie, bez patosu.

Mamy dla siebie dwa tygodnie
Wiem, że to bardzo mało, Myszko.
Tak bardzo pragnę Ci poświęcić
To, co posiadam, czyli wszystko.

Moją młodzieńczą, dziką miłość,
Moje marzenia, moje dłonie,
I serce, które od lat wiele
Tylko dla Ciebie, Mario, płonie.

Pociąg powoli ruszył w drogę
Koła stukają szybciej, głośniej
A tam Ty tam czekasz, moja miła,
I coraz bliżej nam ku wiośnie.

Bytom 19.12.1975

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 1

Od dziś będę tu w poniedziałki publikowała wiersze Katarzyny Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (8)1.

W imię Ojca i Syna i Ducha Jego

My, zakon braci bosych i ubogich, przyszliśmy tu
i uczyniliśmy, jak postanowiono:

Oto w sercu urodzajnej krainy, w dolinie
słońca, na wzgórzu oliwnego drzewa
zbudowaliśmy dom, by modlić się
o łaskę nieba na ziemi i snu wiecznego.

I daliśmy chleb, i dach nad głową
dzieciom, co nie widziały, i starcom gasnącym
co żyć już bez nas nie potrafili. Tak było,
jak powiadamy, aż do dnia, gdy w cieniu czasu,
który przeminął, umarła dusza domu, a wszyscy
odeszli do Pana lub do innego domu.

Inwentarz pozostawionych ruchomości obejmuje:
szafy biblioteczne pełne druków wypukłym pismem
z przeznaczeniem dla czułych opuszków palców,
w tym opisanie podróży Vasco da Gamy do Nowego
Świata. Oraz sztućce z aluminium i emaliowane kubki
i stoły z nadpalonymi nogami, dowód po dniach,
gdy nawet miednica rozżarzonych węgli nie dawała
wiotkim ciałom dość ciepła. Wannę i połamany
fotel fryzjerski sztuk jeden, i korytarze długie,
niegdyś szorowane w każdy piątek, a między nimi
stopnie schodów, ruchome w kilku miejscach
i niebezpieczne z braku poręczy. A także spróchniałe
podłogi, które nie zaskrzypiały pod naszymi butami
przypuszczalnie z powodu utraty poczucia bliskości.

W opuszczonej kuchni z kranu kapała woda.
Na pustym patio panowała cisza, tylko pod drzewkiem
pomarańczowym, w szarym piasku kąpały się wróble
oszalałe od woni kwiatów i zgniłych owoców.

W kącie bezpłodnego sadu stary ogrodnik
uśmiechał się do nas łagodnie, ale dość wesoło,
ścinając kosą perz, kąkol i pokrzywy.

RaportJD (2)
Wersja angielska, tłum. Zuzanna Ananiew

1.
Report from a visit at a home for the elderly and for blind children

In the name of the Father, and the Son, and the Holy Spirit

We the brotherhood of the barefoot and poor monks
have come here and acted, as it was decided:

Here in the heart of a fertile land with a view
on the valley of sunshine and the olive tree hill
we have built a house in which to pray for the grace
of the Heavens on Earth and of eternal sleep.

Here we gave bread and shelter to children
who did not see and to waning elders
who could no longer without us live.
It was thus, as we recount, until the day
when in the shadow of time passed
did die the soul of this house, and everyone
did go to the Lord or to another home.

The inventory of chattels left behind includes:
library shelves filled with prints written in raised dots
meant for sensitive fingertips, with an account
of Vasco da Gama’s journey to the New World
among them. Nickel cutlery, and enameled cups,
and tables with charred legs, proof of days
when not even a basin of burning hot coals
could give enfeebled bodies enough warmth.
A bathtub and one broken barber’s chair, and
long corridors, once scrubbed every Friday, and
between them steps of stairs, loose in some places
and dangerous for lack of handrail. And there are
worm-eaten floors which did not squeak under our shoes,
probably from the loss of a sense of proximity.

In the abandoned kitchen water dripped from the tap.
Silence reigned on the empty patio, only under the lean
orange tree, in the grey sand, did bathe sparrows
delirious from the smell of flowers and rotting fruit.

In the corner of the barren orchard the old gardener
smiled at us mildly, yet rather joyfully as he cut
the couch grass, corncockles and nettle with a scythe.

Z cyklu: moja ulica – Łucja

Zaproponowałam, byśmy pisali coś o ulicy, na której mieszkamy i o domu, w którym mieszkamy. To przecież ważne miejsca, czasem ładne, czasem paskudne, ale zawsze ważne. Na wezwanie jako pierwsza odpowiedziała Łucja Fice, znana już Czytelnikom tego bloga poprzez wiersze i prozę o pracy opiekunki ludzi starych, chorych, samotnych i smutnych. Dzisiejszym wpisem Łucja rozpoczyna nieregularny cykl, a ja zapraszam wszystkich do pisania o swoim domu i swojej ulicy. Dom Łucji taki smutny.

ULICA W GORZOWIE

Przy niej mój dom
ma skórę zdartą do kości
Strupieszały tynk opada na chodnik
Powieki okien szeroko otwarte
Brak makijażu odsłania smutną twarz
Na głowie mojego domu siwe włosy anten
Niezbyt równo przyczesane
Na dłoniach parapetów przysiadają gołębie
Klatka domu po zabiegu ujmuje świeżym oddechem emalii
Wieczorem dom szykuje się do snu
Wewnętrznym blaskiem tętni jego serce
Tam krzątają się ludzie. Tam toczy się życie
Od stycznia poprzez maj do grudnia
I znowu od nowa

Egon-Schiele-Haeuser-und-Waescheleinen-oder-Vorstadt_600
Egon Schiele, Domy i sznurki do bielizny

Jutro Dorota Cygan

Cysorz…

Ewa Maria Slaska, …to ma klawe życie

23 lutego wieczorem Róża Stolarczyk napisała w mojej ulubionej grupie Fani Bułata Okudżawy:

Pomyślałam, że trzeba o nim powiedzieć – dziś w nocy zmarł Tadeusz Chyła – cysorz polskiego kabaretu, starego, dobrego i klasycznego stylu.

Wiadomość roznosi się w przeciągu kilku chwil. Na Facebooku wszyscy reagują tak samo, ja zresztą też. Wszyscy ze wszystkim dzielą się youtubową wersją Cysorza, opatrzoną następującym komentarzem:

Opole 1979 rok. Jedna z kultowych piosenek satyrycznych z drugiej połowy lat 70. Słowa: Andrzej Waligórski Muzyka: Tadeusz Chyła

Tadeusz Chyła (ur. 1933) – polski piosenkarz, kompozytor i gitarzysta, znany z wykonywania ballad okraszonych humorem i satyrą. W roku 1968 założył z kolegami śpiewający kabaret Silna Grupa pod Wezwaniem. Należeli tu Kazimierz Grześkowiak, Jacek Nieżychowski i Andrzej Zakrzewski. Chyła był jej członkiem do 1970 r.
– Andrzej Waligórski (1926 – 1992) – polski aktor, poeta, satyryk, dziennikarz, długoletni współpracownik Polskiego Radia we Wrocławiu. Genialny tekściarz.
Nie umiem śpiewać niemal nie znam żadnych piosenek na pamięć. Ale znam Cysorza (… to ma klawe życie), i Kniazia Dreptaka (zdumiał się kniaź, koszulę spuścił, co ją miał ściągnąć przez głowę), i Balladę o Mumiach (to nie żadna pokraka w staroegipskim stylu)… Był taki rok, że bez opamiętania słuchaliśmy z moim pierwszym chłopakiem ballad Chyły. Było to zresztą jeszcze w czasach przed Cysorzem. Pewnego dnia, gdy rodzice gdzieś wyszli, a my mieliśmy koniecznie zostać w domu, żeby Kasia nie była sama, odkryliśmy w taśmotece Mamy nagranie jego ballad. Kasia poszła spać, a my migdaliliśmy się w pracowni Mamy na kanapie (w porównaniu z tym, co dzisiaj Bravo zaleca bardzo młodym nastolatkom, byliśmy jednak nadzwyczaj przyzwoici). Była to pierwsza okazja w naszym szkolnym romansie, że byliśmy sami ze sobą, ale oczywiście był też Chyła. I tak już pozostanie. Szkolna miłość, szkolna erotyka lat 60, i wcale nie szkolna, bo wyszukana i dorosła muzyka. Może to była nagrana płyta z 1966 roku, co by oznaczało, że była nadzwyczajnie wręcz świeża – Tadeusz Chyła: Tadeusz Chyła śpiewa własne ballady – ale może były to po prostu nagrania z radia. I Mama i jej przyjaciele godzinami słuchali radia, po to, by “upolować” coś ciekawego. Wydaje mi się znamienne, że bardzo dobrą muzykę puszczano wówczas w Muzyce i aktualnościach, audycji propagandowej, choć była to, tak mi się dziś wydaje, inteligentnie zrobiona propaganda.

Tego chłopaka przestałam kochać, albo on mnie, nie pamiętam. Zresztą wyjechałam do innego miasta na studia, a gdy wróciłam, to przychodził czasem, a ja nie mogłam się nadziwić, bo był taki nieciekawy, taki materialistycznie nastawiony do życia, taki cwany i wyrachowany. Po latach objawił się raz jeszcze w życiu naszej rodziny, co zakończyło się po prostu złowrogo, ale ja już dawno byłam daleko, w Berlinie, za górami, za morzami i nie miałam z tym nic wspólnego, oprócz zdumienia, że człowiek, który był moją pierwszą miłością, mógł się okazać aż taki podły.

Jego więc przestałam kochać, ale napisałabym, że Chyłę kocham nadal, choć, oczywiście, nie napiszę, bo w dzisiejszych czasach nie używa się takich sformułowań…

Poetry in all languages – Pete Seeger

Adam Slaski

27 stycznia zmarł w wieku 94 lat Pete Seeger. W celu upamiętnienia tego wybitnego muzyka proponuję ogłosić na blogu plebiscyt na najlepszy cover Where have all the flowers gone. Przesłuchałem na youtube sporo wersji i zgłaszam następujące kandydatury:

Czuję, że istnieje jakaś piękna wersja hiszpańska, niestety te, które odnalazłem były dość słabe.

Warto wspomnieć jeszcze dwa słowa o powstaniu utworu. Niezawodna Wikipedia donosi, że Seeger zainspirował się kozacką pieśnią przytoczoną w Cichym Donie i połączył ją z tradycyjną rosyjską melodią. Ostateczny kształt angielskiemu tekstowi nadał Joe Hickerson w 1960 roku.

А где ж гуси?
В камыш ушли.
А где ж камыш?
Девки выжали.
А где ж девки?
Девки замуж ушли.
А где ж казаки?
На войну пошли …

Und wo sind die Gänse?
Sie liefen ins Schilf.
Und wo ist das Schilf hin?
Von Mädchen gemäht.
Und wo sind die Mädchen?
Verheiratet längst!
Und wo die Kosaken?
Sind fort in den Krieg!

Where are the geese?
They ran into the reeds.
Where have the reeds gone?
Gathered by the girls
Where are the girls?
They’ve all taken husbands.
Where are the men?
They have gone off to war.

Zwróciłem też uwagę na pewną różnicę w wymowie oryginału i polskiego przekładu. To niuans, ale wydaje mi się, że regularna budowa angielskiego tekstu bardzo mocno eksponuje wizję wojen, które powtarzają się cyklicznie dziesiątkując każde kolejne pokolenie. “Oh, when will they ever learn?” pyta podmiot liryczny, ale kwiaty porosły już mogiły tych, którzy mogli tę naukę wyciągnąć.

Polski przekład nie jest tak jednoznacznie antywojenny. Przeciwnie, można go potraktować jako piosenkę patriotyczną, a w każdym razie martyrologiczną. Szkoda, ale taka jest polska kultura – strasznie zmilitaryzowana. A jaki jest przekład niemiecki? Sądzę, że analiza innych tłumaczeń też okaże się interesująca i liczę na blogobywalców.

Gdzie są kwiaty z tamtych lat? Piękne kwiaty…
Gdzie są kwiaty z tamtych lat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie są kwiaty z tamtych lat? Każda z dziewcząt wzięła kwiat…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Gdzie dziewczęta z tamtych lat? Jak te kwiaty…
Gdzie dziewczęta z tamtych lat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie dziewczęta z tamtych lat? Za chłopcami poszły w świat…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Dzielne chwaty…
Gdzie są chłopcy z tamtych lat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Na żołnierski poszli szlak…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Gdzie żołnierzy naszych kwiat? Tych sprzed laty
Gdzie żołnierzy naszych kwiat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie żołnierzy naszych kwiat? Tam gdzie w polu krzyża znak…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Gdzie mogiły z dawnych lat? – Tam gdzie kwiaty…
Gdzie mogiły z dawnych lat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie mogiły z dawnych lat? Tam gdzie kwiaty posiał wiatr…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Pozdrowienia,
Adam Slaski

EMS: Nie ma jak Marlena Dietrich!

Do Czytelników po 13 latach, czyli 10 stycznia 2026 roku: większości tych nagrań nie ma, w każdym razie nie pod tymi linkami, które znalazł autor. Bo jest tak,  że mój blog istnieje nieprzerwanie od grudnia 2012 roku (pamiętajmy! co noc jeden wpis! ani jednej nocki przerwy!), a inne blogi, strony i portale dawno zniknęły, tak jak owe kwiaty z dawnych lat.

Poetry – Poesie – Poezja / Amy Lowell

Der Komponist Juan María Solare hat 2007-08 “Lacquer Prints” für Gesang und Schlagzeug vertont / Composition of Juan María Solare.

Urodziła się 9 lutego 1874 roku, równo 140 lat temu. Amy Lowell (1874 – 1925), jedna z najbardziej oryginalnych poetek amerykańskich, pochodziła z tak bogatej rodziny, że w jej rodzinnym mieście Brookline w stanie Massachusetts mieszkańcy mawiali, iż Cabotowie są tak bogaci, że przestają tylko z Lowellami, a Lowellowie – tylko z Bogiem. Była zaprzyjaźniona z Ezrą Poundem, który nazywał ją hippopoetess, poetką-hipopotamem. LowellpicI rzeczywiście była ogromną ogromną dziwaczką. Sypiała codziennie do 13, w łóżku z 16 poduszkami (ani jednej mniej!), paliła cygara (i to dużo!), miała 7 psów i przyjaciółkę, Adę Dwyer Russell, aktorkę. Współczesne feministki twierdzą, że angażowała się w walkę o prawa kobiet, z kolei jej współcześni głoszą tezę wręcz przeciwną, że mianowicie nie znosiła feminizmu. Jej poezja, głównie wiersz wolny, należy do modernistycznego nurtu zwanego imaginizmem, o którym Pound mawiał, że w jej wydaniu jest to jednak raczej amyginizm.

amy-hokkuArgentyński kompozytor Juan María Solare, który od lat mieszka w Niemczech, napisał w latach 2007-08 muzykę na śpiew i perkusję do cyklu wierszy Amy Lowell “Lacquer Prints” /”Obrazki z laki”. Były to wiersze naśladujące bądź interpretujące hokku, japońską poezją XVIII-wieczną, którą dziś znamy lepiej jako haiku, poezję zncznie bardziej niż hokku zdyscyplinowaną, uprawianą jednak dopiero od XIX wieku.

A ponieważ kilka dni temu był chiński, japoński i wietnamski Nowy Rok, rozpoczynający rok Konia, zacytuję tu  hokku Amy Lowell na Nowy Rok
z tomu “Pictures of the floating world. Lacquer Prints and Chinoiseries”.

Again the New Year Festival

I have drunk your health
In the red-lacquer wine cups,
But the wind bells on the bronze lanterns
In my garden
Are corroded and fallen.

Wieder das Neujahrfest

Ich trank auf deine Gesudheit
Vom rot lackierten Becher,
Aber die Windglocken in den bronzenen Laternen
In meinem Garten
Sind gerostet und fallen runter.

Übersetzt von Ewa Maria Slaska
Es ist nicht ausgeschloßen, dass Amy Lowell dabei an das traditionelle japanische Glockenspiel dachte, das am Neujahrsvortag in den buddhistischen Tempeln veranstaltet wird, damit man die Sünden des alten Jahres von sich abschüttelt. Wenn also die Glocken runterfallen, wäre es, ganz privat, ein schlechtes Zeichen für das kommende Jahr.

I znowu Nowy Rok

Wypiłem twoje zdrowie
Z polakierowanego na czerwono kielicha,
Ale dzwonki zawieszone w brązowych latarniach
W mym ogrodzie
Zardzewiały i spadły.

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska
Niewykluczone, że Amy Lowell nawiązuje tu do japońskiej tradycji uderzania w wigilię Nowego Roku 108 razy w dzwony w świątyniach buddyjskich, co pozwala wiernym zrzucić z siebie stare grzechy. Jeżeli zatem dzwonki zardzewiały i spadły, to jest to być może w mikro wymiarze zły omen.

Miłość

Drogi cztelniku witryny Ewy Marii Slaskiej. Tradycyjnie już, w każdy pierwszy piątek miesiąca masz możliwość poznania twórczości Romana Zygmunta Brodowskiego, czyli mojej.
Od tego miesiąca zapraszam cię na spotkania z moją liryką, zawartą zarówno w prozie jak i poezji. Cykl ten rozpoczynam wierszami napisanymi w dalekiej przeszłości , a więc w okresie mojego prymitywnego, młodzieńczego jeszcze pojmowania świata, zwłaszcza jego najpiękniejszej emocji, jaką jest – Miłość.
„Zapach wiosennej miłości” – jest pierwszym opowiadaniem lirycznym, napisanym ponad trzydzieści lat temu, które do dzisiaj leżało w przysłowiowej szufladzie. Oddaję ci je w odcinkach, mając nadzieję, że i ty także znajdziesz w nim cząstkę siebie.

Roman Zygmunt Brodowski

Zapach wiosennej miłości

Przyciśnięty do okna, opuszczającego prawie pusty, pogrążony w dziwnej melancholii peron, pociągu, patrzyłem na oddalającą się postać mojej małej przyjaciółki. Stała milcząca, z wyciągniętymi w moim kierunku rękoma, jakby chciała się jeszcze raz do mnie przytulić, jeszcze raz ukryć w mych ramionach. Obok niej stali moi rodzice oraz najwierniejsi koledzy z mojego dzieciństwa, odprowadzający mnie w moją pierwszą samodzielną i bardzo, bardzo długą podróż.
Nie wiem dlaczego, ale właśnie ten obraz tamtego wydarzenia zapamiętałem. Obraz ten śmiało można byłoby zatytułować „Pożegnanie z dzieciństwem” czy też „Wylot z gniazda”.
Tak, to prawda. Właśnie tamtego, letniego popołudnia opuściłem mój rodzinny dom, by rozpocząć samodzielne, z dala od najbliższych mi osób, życie. Wyjechałem do oddalonego o ponad sześćset kilometrów Bytomia, by rozpocząć naukę w szkole górniczej.
Z zamiarem tym nosiłem się od dawna. Kuszony ciekawą, dobrze płatną i, co najważniejsze, dla tak zwanych twardzieli, pracą, właśnie ze Śląskiem wiązałem moją przyszłość, moją nadzieję na szczęśliwe i dostatnie życie. To tam pragnąłem zbudować nowe, wolne od niedostatków bytowych, gniazdo, do którego (jak w znanej piosence o „Pueblo”) chciałem zaprosić tę jedyną, najpiękniejszą i od najmłodszych już lat najdroższą dla mnie osobę.

Przyjechałem do Bytomia i udałem się pod wskazany mi adres. W internacie ulokowano już kilunastu nowych uczniów, którzy, podobnie jak ja, widzieli swoją przyszłość, swoje „być, albo nie być” w czeluściach naszej bogatej w węgiel ziemi.
Po wypełnieniu niezbędnych formularzy, otrzymałem przydział oraz klucz do znajdującego się na trzecim piętrze, jeszcze niezamieszkanego, dwuosobowego pokoju.
W niewielkim pomieszczeniu znajdowały się dwa stare, ale w bardzo dobrym stanie łóżka, przy których stały małe, nocne szafki. Przy oknie stał niewielki prostokątny stół, pokryty obrusem z ceraty, oraz trzy krzesła, a po przeciwnej stronie masywna czterodrzwiowa szafa.
Postawiłem bagaże przy stole i, zmęczony całonocną jazdą, usiadłem na łóżku, gładząc zapakowany w foliowy worek, nowy puszysty koc. Pogrążyłem się w myślach nad tym, jakie będzie to moje nowe, na nowej ziemi, życie.

Nagle poczułem dziwny, nieznany mi dotąd niepokój. Zacząłem tęsknić za tym, co pozostało tam, na Pomorzu, za moim miasteczkiem, za ulicą, gdzie znałem każdy zakamarek i za przychylnymi, zawsze gotowymi pomóc w razie potrzeby sąsiadami. Ale najbardziej brakowało mi jej, mojej kochanej, najpiękniejszej na świecie Marysi. To dziwne, nie obawiałem się tego, że nie będzie przy mnie mojej dobrotliwej, drogiej mateńki, budzącej mnie każdego poranka do szkoły, zawsze uśmiechniętej i czułej. Ojca, którego darzyłem wyjątkowym szacunkiem, respektem, za to że potrafił być wymagającym, ale i pobłażliwym, surowym, a jednocześnie o gołębim sercu przyjacielem, czy też mojego wspaniałego rodzeństwa, brata i sióstr.
– Boże!, jak ja dam sobie radę bez niej, bez jej szczebiotu, uśmiechów, przekory. Bez codziennych pozdrowień, wspólnego odrabiania lekcji, wspólnych spacerów – rzuciłem półgłosem w przestrzeń pytanie. Wyjąłem z walizki leżący na wierzchu tomik wierszy Mickiewicza. Otworzyłem książkę, w której, z obawy przed uszkodzeniem ukryłem skarb, jakim była fotografia, podarowana mi przez Marię w dniu naszego pożegnania. Patrzyłem na nią długo, jak na obraz modlitewny, wiszący nad łóżkiem moich rodziców, do którego składaliśmy przed snem wraz z mamą podziękowania za przeżyty dzień.
Maria stała w niedokończonej jeszcze werandzie rodzinnego domu, odziana w białą modną bluzeczkę oraz spodnie marki „Wrangler”, kupione za dolary (prezent od jej brata) w Pewaksie. Rozwiane, delikatnie spływające po ramionach kasztanowe włosy, nieco przekorny uśmiech i piwne oczy, wywołały we mnie prawdziwą burzę emocji. Na odwrocie widniała napisana wiecznym piórem dedykacja, „Pamiętaj o mnie”, data i podpis.
Spojrzałem na puste, szarozielone ściany. W niczym nie przypominały ciepłych, w kolorze pustynnego piasku, na którym wisiała reprodukcja „Słoneczników” Van Gogha, ścian małego pokoiku, w którym spędziłem wraz z rodzeństwem całe moje dzieciństwo.

c.d.n.

Rozłąka

Tak – wyjechałem
Za chlebem
I za wolnością
Młodzieńczą,
Lecz nie od Ciebie
Kochana ty moja.
Ty jesteś ze mną
Ty jesteś we mnie
Jesteś nadzieją,
Ostoją.

Wiem, że to boli
Dzień w dzień
To czuję
Tęsknota, żal
Pustka wkoło
Bez ciepła serca
I karmy duszy
Nie jest, Kochanie,
Wesoło.

Proszę Cię
Wytrwaj,
Wówczas ja
Wytrwam
Cierpliwym czas
Dobrem płaci,
Wkrótce….
Zbuduję dom
Dla nas – miła,
Dom który sobą
Wzbogacisz.

Bytom, 12.09.1975

Tylko Ty

Położyłem serce przed Tobą
Takie małe, bijące wyznanie
I oddałem moje żywe słowo
Zamiast róży, Dla Ciebie
– KOCHANIE –

Uchyliłem duszy mojej wrota
Uwolniając z niej myśli zielone
I śpiewałem Ci pieśni radosne
Widząc w Tobie moją przyszłą
– ŻONĘ –

Rozpocząłem pieszczotami dłoni
Przy pomocy nadziei mi danej
Dom budować, w granitowej skale
Gniazdo marzeń…, dla mojej
– WYBRANEJ –

Na ołtarzu z pokorą złożyłem
Jako wotum,ufność oraz wiarę
Moje życie, moje przeznaczenie
W przeświadczeniu, żeś od Boga
– DAREM –

Bytom, 13.11. 1976

Do M. – list ostatni

Wysłałem do Ciebie
List liryczny
Pisany wiatrem
Gwiezdnym pyłem
Z myślą, że w Tobie
Pozostanie
Że wciąż cię kocham
Że jestem, byłem.

Piszę do Ciebie
Ptasim śpiewem
Melodią lasu
I strumieni
Piszę najmilsza
Z tą nadzieją
Że los w nas wkrótce
Coś odmieni.

Piszę do Ciebie
Kroplami deszczu
Łzami aniołów
Poranków rosą
Piszę kochanie
Resztką marzeń
Dręczących myśli
Zwłaszcza nocą.

Więc nie wyrzucaj
Tego listu
Którego treścią
Ad finitum
I nie zapomnij
Że istniałem.
Byłem słoneczkiem
Twego świtu.

Bytom, 17.11.1977

Kochaj mnie

Na polu słoneczniki
Dojrzewają
Słońce się płowi
W ich żółcieniach
A we mnie nadal,
Jak przed laty,
Miłość gorąca
Szuka cienia.

Kochaj mnie proszę
W czas wiosenny,
W czas nasz majowy
I zielony.
Bo potem może
Być za późno,
Młodość? – to czas
By szukać męża,
Szukać żony

Bytom, 15.05.1977

Поэзия / Тимур Шаов

Это сообщение сделал Николай Ковалев! Cпасибо!

Жизнь котов – О пользе и вреде снобизма

Текст – Тимур Шаов, kартины – Татьянa Родионовa и Владимир Румянцев

Тиму́р Султа́нович Ша́ов (род. 1964) — поэт, сатирик, автор и исполнитель песен.

На диване я, как древний грек на травке,
Разбавляю, как Сократ, водой портвейн,
Генри Миллера читаю, Джойса, Кафку
И снобизм свой занюханный лелею.
Денег нет, в стране бардак, в воде холера,
На душе ненужные сомненья –
Лишь портвейн да музыка Малера
Успокаивает мне пищеваренье.
Богу, братцы, Богово –
Ну, а снобу – снобово.
Вот сосед прикинулся банкиром,
Пьет “Клико”, к валютным ездит дамам,
Правда, Сартра путает с сортиром,
А Ван Гога путает с Ван Даммом.
И ничуть ему от этого не грустно –
Взял цыган и на извозчике к актрисам…
Он не сноб, он просто счастлив безыскусно,
Как ребенок тихо счастлив, что пописал.

Засветло встанем,
Тянем-потянем,
Дедка, бабка, внучка, Жучка, Котофей –
Вытянуть не можем!

Размышляя об эстетике Матисса,
Погружаю свой экзистенциализм.
Да я бы тоже, может, дернул по актрисам,
Да мешают, вишь ты, бедность и снобизм.
Мой снобизм – он как лучик путеводный
Помогает воспринять судьбу как должно.
Мол, художник – он обязан быть голодным,
Он худой, но гордый – он художник.
Вот другой сосед – он люмпен неприличный,
Бедный Йорик, жертва пьяного зачатья.
Для него Бодлер с борделем идентичны,
Ну, а Рэмбо и Рембо – родные братья.
Да нехай шумит, не зря же он напился,
Хай ругаэ прэзидента всяко-разно,
Лишь бы он в подъезде не мочился,
Да не лез бы к управленью государством.

Горлица вьется, песнь раздается:
“А не лепо ли бяше нам, братья…” –
Да нифига не лепо!

Нувориши тихо хавают омаров,
Маргиналы хлещут горькую заразу…
Мы, конечно, круче Занзибара,
Государственный снобизм сродни маразму.

Ой, вы гой-еси, бояре с государем,
Гой-еси вы вместе с вашим аппаратом!
Доиграетесь – глядишь, приедет барин,
Он рассудит, кто был большим демократом.
Давеча прочел в одной я книге,
Там сказал кому-то раб перед таверной:
“Мы, говорит, оглядываясь, видим только фиги!”
Я вперед смотрю – там тоже фиги! Скверно…
Пушкин умер, на жнивье туман да иней,
Из деревни слышно рэповую песню,
Над седой усталою страны равниной
Гордо реет непонятный буревестник.

Засветло встанем, песню затянем:
“Тирли-тирли, я гуляла молода,
Пока не по-мерла…”

***

Tirli tirli pohulałam za młodu, póki nie umarłam… Wspaniała piosenka, w najlepszej tradycji rosyjskich bardów, śpiewających swoje autorskie piosenki przy gitarze.

Poniższe informacje znalazłam w “Salonie24” – ich autorem jest “zbigwie”:

Zainteresowania stanem rosyjskiej nauki Szaow odziedziczył zapewne w genach po swoim ojcu. Jego ojciec, Sułtan, miał bardzo szerokie zainteresowania, był inżynierem konstruktorem i wynalazcą. Jego szczególnym upodobaniem było samodzielne studiowanie fizyki teoretycznej.

Szaow, rocznik 1964 w 1987 r. ukończył medycynę i dostał nakaz pracy na wsi. Żył początkowo we wiejskiej chałupie w chutorze bez wody, kanalizacji i ogrzewania, razem z żoną, maleńkim dzieckiem i myszami w Karaczajo-Czerkiesji. A przeżył tam nie trzy lata z nakazu pracy, a lat dwanaście.

W 1996 roku posłał kasetę ze swoimi utworami na konkurs do Moskwy i został zauważony.

Pod wpływem życia na wsi powstała potem jego ulubiona piosenka, która wyniosła go na szerokie wody i zapoczątkowała jego sławę.

W 1999 roku Timur Szaow porzucił leczenie ludzi i osiedlił się w Dubnej pod Moskwą i zaczął stawać się coraz bardziej znanym rosyjskim bardem. Dziś już od dawna mieszka w Moskwie i jest sławny.

Portret Rosji w jego piosenkach jest widoczny jak na dłoni. Żeby go ujrzeć, trzeba posłuchać wielu, wielu piosenek Timura Szaowa.

Mama czyli jak się to zaczęło?

Anna Sobecka o Irenie Kuran-Boguckiej

Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam je spisać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety – nigdy ich przedtem nie słyszałam. Anna Sobecka przeprowadziła ten wywiad jesienią 1992 roku, gdy nakładem wydawnictwa Mittel w Gdyni ukazało się “Romancero Cygańskie” w wersji dwujęzycznej.

Anna Sobecka: Jest pani z wykształcenia grafikiem, absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, uczennicą Tadeusza Kulisiewicza. Była Pani uznanym grafikiem.

piekna-lata60Irena Kuran-Bogucka: Tak miałam 40 (wystaw) w kraju i zagranicą i wydawało mi się, że to jest sens mojego życia.

No więc właśnie. Przez wiele lat była Pani grafikiem, miała Pani wystawy indywidualne, uczestniczyła Pani w wystawach zbiorowych, zdobywała Pani nagrody. Była pani uznanym artystą grafikiem. I w którym momencie zmieniła Pani sens swojego życia, w którym momencie przestała Pani być grafikiem, i zajęła się Pani tłumaczeniem poezji hiszpańskiej, a początkowo – poezji Federica Garcii Lorki? Jak to się stało?


Mama na wystawie (lata 60?)

Ja tego też nie rozumiem do końca. Przede wszystkim zawsze bardzo lubiłam poezję, od najwcześniejszego dzieciństwa. Najpierw mi czytywano, przede wszystkim wieszczów, później sama czytywałam. Po drugie – łatwo się uczę języków. Ale dlaczego nauczyłam się hiszpańskiego, żeby czytać sobie Lorkę, kiedy – gdybym chciała robić tłumaczenia poetyckie, to od dziecka znałam angielski, francuski, niemiecki. Po co ja się nauczyłam hiszpańskiego? Żeby zobaczyć, jak ten Lorca wygląda w brzmieniu? Jaki jest w środku? Gdzie jest łączność pomiędzy jego słowem, a znaną mi i bardzo lubianą przeze mnie muzyką hiszpańską? Mówię i o muzyce klasycznej i o folklorze.

piekna-hiszpankaKiedy to było?

Pierwszy raz zetknęłam się z poezją Lorki w połowie lat 50, pierwszy tomik, jaki dostałam do ręki, to była poezja Lorki w przekładzie Słobodnika. To nie jest bardzo doskonały przekład, bo przekładane było pośrednio przez rosyjski, czyli – on dźwięku tej poezji nie znał. Ale mimo że on nie jest wysoko przez oficjalną krytykę ceniony, uważam, że właśnie w jego tłumaczeniach jest bardzo dużo tamtej fascynacji., tej pasji, tej magii. No i jakiś czas byłam bardzo zadowolona, że mam tomik Słobodnika. Potem zaczęłam się niepokoić, dlaczego ten przekład, a i inne też, nie wykazują żadnej łączności z muzyką hiszpańską? W tym samym okresie dostałam pierwszy magnetofon w życiu, takie małe tonko, i idąc po omacku w to, co leciało radio, zaczęłam zbierać wszystkie nagrania hiszpańskie i latynoamerykański.


Mama “w roli Hiszpanki” w czerwonym szalu z cieniutkiej wełny; zdjęcie być może wykonane przez Mirosława Kubackiego

Najpierw wszystkie nieuporządkowane i byle jak, potem zaczęłam odróżniać Hiszpanię i Amerykę Łacińską, kiedy już doszłam do tego, że od pierwszego uderzenia gitary odróżniałam Meksyk od Argentyny, to już wiedziałam, że czegoś się o tej muzyce dowiedziałam, a przekład Lorki mi tej muzyki nie dawał. W jakimś momencie pomyślałam, że trzeba się będzie tego hiszpańskiego nauczyć. Nie miałam żadnych kontaktów z Hiszpanią. Był rok 61. U nas był wiadomy ustrój, a w Hiszpanii rządził w pełni sławy Generalissimo Franco. W Krakowie, gdzie prawie nigdy nie bywam, na Rynku weszłam do Klubu Książki i Prasy i znalazłam samouczek Teach Yourself Spanish, anglo-hiszpański samouczek i przez rok chodziłam z samouczkiem w kieszeni. Po roku mogłam czytać, ale nie miałam co. Bo przecież nie było skąd brać hiszpańskich książek. Pierwsze książki przysłali mi amerykańscy przyjaciele, ale jeszcze wcześniej, w piśmie Radar znalazłam wiersz Piosenka jeźdźca, Kordoba samotna w dali po hiszpańsku. I to był pierwszy wiersz Lorki po hiszpańsku, co potwierdziło moje przypuszczenia, że w samym dźwięku języka kryje się część owej magii.

Można nauczyć się czytać, pisać, rozumieć w obcym języku, ale czy można z samouczka nauczyć się mówić?

Zaraz Pani przedstawię mojego profesora wymowy. To jest Paco Ibanez, który śpiewa poezję, ale nie tak jak ją śpiewają w Hiszpanii, w tym krzyku, cante jondo, cante flamenco, tylko tak jak ją śpiewają francuscy piosenkarze, z wyraźną dykcją, z wyraźną wymową. Wskutek przywiązania do Paco Ibaneza mówię po hiszpańsku z lekkim akcentem andaluzyjskim, ale podobno nie jest to grzechem.


XXX

Canción del Jinete
XXX
Córdoba.
Lejana y sola.
XXX
Jaca negra, luna grande,
y aceitunas en mi alforja.
Aunque sepa los caminos
yo nunca llegaré a Córdoba.
XXX
Por el llano, por el viento,
jaca negra, luna roja.
La muerte me está mirando
desde las torres de Córdoba.
XXX
¡Ay qué camino tan largo!
¡Ay mi jaca valerosa!
¡Ay que la muerte me espera,
antes de llegar a Córdoba!
XXX
Córdoba.
Lejana y sola.
Piosenka jeźdźca
XXX
Kordoba
samotna w dali.
XXX
Czarny koń, ogromny księżyc
i oliwek pełne torby.
Chociaż drogę znam, to nigdy
ja nie dotrę do Kordoby.
XXX
Poprzez wiatr, poprzez równinę,
krwawy księżyc, koń mój wrony.
A tam śmierć mnie wypatruje,
śmierć spogląda z wież Kordoby.
XXX
Aj, jakaż droga bezkresna!
Aj, mój koniu niestrudzony!
Aj, przecież śmierć mnie tu czeka,
zanim dotrę do Kordoby!
XXX
Kordoba
samotna w dali.

Jak Pani poznawała twórczość Lorki, mówię oczywiście o twórczości oryginalnej?

Pierwsza książka, cała, jaka do mnie doszła, to było Romancero gitano, Romancero cygańskie. Przysłała mi je moja amerykańska przyjaciółka. Zaczęłam czytać, później znalazłam inne książki, może fragmenty. W 66 roku byłam na stypendium we Włoszech, a jakże, jako plastyk!, i tam znalazłam dwujęzyczną książkę Poezje Lorki, i miałam dość czasu, żeby sobie przepisać, ręcznie, niektóre wiersze. Oczywiście nie było to żadnym materiałem do poważnej pracy, ale musiałam czymś żywić swojego ducha i jego niespokojne zapotrzebowanie, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o Lorce.
piekna-1974-pionKiedy zaczęłam tłumaczyć? Już Pani mówię. W 74 roku, pamięta Pani?, był strasznie duży ruch w Gdańsku. Odbyła się Operacja Żagiel, która po tym, jak “Dar Pomorza” zwyciężył w poprzednich regatach, miała swój główny port w Gdyni. Przypłynął wtedy prom ze Skandynawii, przyleciały samoloty z Ameryki, były wycieczki z Niemiec. W związku z tym Związek Artystów Plastyków zorganizował wystawę sztuki marynistycznej, połączonej z kiermaszem, a ponieważ ja mówię w kilku językach, to byłam prezenterem. I kiedyś przyszły na tę wystawę Hiszpanki. Franco chyba umarł dopiero co (Franco umarł dopiero w rok później – przyp. EMS), a w każdym razie był to pierwszy raz, że pozwolono studentom wyjechać z Hiszpanii, a właściwie tylko studentkom, i tylko do Polski, ze wszystkich krajów socjalistycznych – tylko do Polski, i mało tego – nie były to studentki humanistyki, te były medycyny. I one przyszły na tę wystawę. Zapoznałam się najpierw z jedną z nich, potem z drugą, a to był taki przedłużony weekend i przyjechały ich koleżanki z Poznania. I wszystkie przyszły do nas do domu. I była taka Flora, która mówiła szeleszczącym akcentem z Katalonii, i ona mówiła piosenkę jeźdźca, tą drugą, pod księżycem czarnym, zbójeckim księżycem śpiewają ostrogi… I ona to mówiła po hiszpańsku. Ja na ich cześć zdobyłam butelkę hiszpańskiego wina, puszczaliśmy ich muzykę i jak one poszły, to ja napisałam pierwszy przekład w życiu, nie biorąc tego dosłownie, po prostu pomyślałam, przecież to musi mieć odpowiednik. I muszę Pani powiedzieć, że ten przekład został niemal bez zmian.

piekna-1974-poziomOba zdjęcia: rok 1973, Mama na swojej wystawie w BWA w Sopocie

Do dzisiaj?

Do dzisiaj. Ta piosenka martwego jeźdźca na czarnym koniu pod czarnym księżycem, o mój Boże, Lorca jest wspaniały! I ja już potem nie mogłam bez niego żyć, ale jeszcze wciąż robiłam grafikę, jeszcze przez całe lata 70 robiłam grafikę. Jeszcze w końcu lat 70 miałam wielką wystawę w Muzeum Narodowym, w oddziale w Pałacu Opatów. Ale wtedy już zaczęłam na marginesach szkiców i odbitek notować sobie jakieś sformułowania hiszpańskie. Muszę powiedzieć, że uważałam to za żenujący nałóg raczej niż przygotowanie do zawodu, robiłam to chyłkiem, żeby nikt nie widział i tylko moja wścibska córka Kasia od razu to wykryła i wołała, Mama chodź na obiad, co ty znowu piszesz jakieś wiersze.

Trudno sobie wyobrazić, że robi doskonałe tłumaczenia wierszy ktoś, kto nigdy nie pisał wierszy, kto sam nie jest poetą. Czy Pani pisała?

Droga Pani Anno, ja nigdy nie pisałam wierszy, żeby wyrazić swoje uczucia, bo od tego miałam grafikę, ale miałam zawsze duże wyczucie rytmu, rymu, stylu. Pisałam pastisze, pisałam wiersze okolicznościowe, pisałam wiersze żartobliwe, czyli jakieś podstawy warsztatu miałam. Poza tym te wszystkie wiersze, poza tą piosenkę jeźdźca, która mnie zdumiewa do dziś, jak została utrafiona, właściwie tamte przekłady jeszcze były dalekie od doskonałości. Przecież ja o tym piszę we wstępie do książki, niektóre utwory, a do nich na pewno należą romance, chociaż ludzie małego ducha myślą, że romanca jest sama łatwość, niektóre utwory miały kilkadziesiąt wersji, nie kilkanaście tylko – kilkadziesiąt. Nie każdy wpakuje w taką robotę dwadzieścia lat życia. Bo od 74 roku to jest dwadzieścia lat prób już pisania, a czytałam jeszcze paręnaście lat przedtem.

(…)
Ciąg dalszy za tydzień