Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 7

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (12)7.

Emmanuel: In quatro

Tego dnia, roku pańskiego
tysiąc czterysta pięćdziesiątego piątego,
w celi klasztornej z widokiem na winnice
młody kopista przepisał cztery pierwsze karty
formatu in quatro. Dzień był pogodny.
Narzędzia, których użył: ptasie pióra i pilniczki
do ich ostrzenia, pumeks, kreda oraz dwa
kałamarze z koźlęcych rożków, atrament –
tylko czarny i czerwony (złoto w płatkach
miał nałożyć później mistrz pozłoty).

W południe kopista zjadł pajdę chleba i wypił kubek
chłodnej wody ze strumienia płynącego opodal.
Na stołku obok pulpitu leżały ponadto: nóż
do cięcia pergaminu na stronice i brzytwa
do równania powierzchni, by pióro nie natrafiło
na przeszkodę, która zniweczyłaby całą pracę.
I jeszcze ostry cierń tarniny, a może był to kolec
jeżozwierza (Hystrix cristata) do punktowania linii
przed ich wykreśleniem oraz tabliczki z woskiem
do zapisków, rysik i kamień do ucierania farb.

Wieczór już nastał, gdy młody brat przed święceniami
kończył pracę. Początkowo atrament wyrabiano
z soku kapusty, siarczanu miedzi i galasówek,
długo gotowanych z gumą arabską i piwem.
Czasami zamiast piwa stosowano czerwone wino.
Na skopiowanie całej Księgi nad Księgami wprawny
kopista potrzebował dwunastu miesięcy. (Życie
spędzone na kopiowaniu słów w owych czasach trwało
około czterdziestu ksiąg). Święci Wawrzyniec i Damazy,
a też Mistrz z Kęt wytykali błędy i liczyli przepisane strony.

*

Tego dnia, w Moguncji, spod prasy drukarskiej Johannesa
Gensfleischa zur Laden zum Gutenberga wyszły pierwsze cztery
welinowe karty Księgi Wszelkiej Mądrości, by wkrótce
zmienić się w przedmiot masowej produkcji. Faustus
z Haarlemu nie sprzedał duszy diabłu ani nie ukradł ognia
jak Prometeusz. Kruki nie wydziobały mu wątroby.
Wykradając sekret ruchomej czcionki, złamał jedynie serce mistrzowi Costerowi, swojemu pracodawcy.
Jak z tego wynika, postęp był nie tyle kwestią czasu,
ile sprytu i braku lojalności czeladników.

Pióro skrzypiało. W parnym powietrzu atrament
zasychał od razu, zmieniając się w czarny ślad –
katalog myśli i cieni przeszłości. W klasztornej winnicy,
pośród szpalerów róż, nabrzmiałe grona dojrzewały,
rozleniwione słońcem. Tego dnia, roku pańskiego
tysiąc czterysta pięćdziesiątego piątego młody kopista
przepisał cztery pierwsze karty formatu in quatro
być może po raz ostatni. Kradnąc sekret swojego mistrza,

Faustus z Haarlemu sprawił, że życie młodego kopisty
stało się wielką niewiadomą – niezapisaną księgą.

***

Wersja angielska, tłum. Zuzanna Ananiew

7.
Emmanuel: In quatro

On that day of the year of our Lord
fourteen hundred fifty and five in
a monk’s cell with a view onto the vineyards
a young scribe copied the first four pages
of in quarto format. The day was fair.
The tools he used: birds’ feathers and files
to sharpen them, pumice, chalk and two inkwells
made from billy goats’ horns, ink – only black and red
(gold leaf was to be applied later by the master gilder).

At noon the scribe ate a piece of bread and drank
a cup of cool water from the nearby stream.
On the stool next to the writing desk there lay also:
a knife for cutting parchment into pages and a straight
razor for evening the surface, so that the quill
would encounter no obstacle which could thwart
the entire work. And also a sharp sloe thorn, or maybe
it was the spine of a porcupine (Hystrix cristata), to mark
dots later bound into lines, and tablets of wax for making
notes, a slate pencil, and a slab for grinding pigments.

Night had already come when the young unordained brother
finished his work. Before, ink was made from cabbage juice,
copper sulphate and oak marble galls boiled at length with
gum arabic and ale. Sometimes red wine was used instead of ale.
To copy the entire Book of Books a skilled scribe needed
twelve months. (A life spent copying words in those times
lasted about forty books.) Saints Lawrence, and Damasus,
and John Cantius would point out errors and count copied pages.

*

That same day in Mainz, from the printing press of herr Johannes
Gensfleisch zur Laden zum Gutenberg, came the first four
vellum pages of the Book of Wisdom, only to soon become
an object of mass production. Faustus of Haarlem
did not sell his soul to the Devil and did not steal fire
like Prometheus. Vultures did not pick his liver out.
In stealing the secret of typesetting, he only broke
the heart of master Coster, his employer. Which leads
to the conclusion that progress was not so much a question
of time, as of the cunning and disloyalty of journeymen.

The quill scratched. The ink dried quickly in the steamy air,
turning into black traces – a catalog of thoughts and
shadows of the past. In the monastery vineyard,
amongst rows of roses, sweet bursting grapes languidly
ripened in the sun. On that day of the year of our Lord
fourteen hundred fifty and five the young scribe copied
the first four pages of in quarto format perhaps for the
last time. By stealing the secret from his master,

Faustus of Haarlem turned the life of the young scribe
into a great unknown – an unwritten book.

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 6

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (17)6.

Bonifácio: Quincunx i kostka domino

Na przecięciu czterech pór roku
na skrzyżowaniu czterech stron świata
w punkcie ciężkości, lekkości, środka,
w sercu tarczy świata, gdzie ostrze
sztyletu, grot strzały – tam Bonifácio
sługa wieży zamiatał pył Czarnej Drogi.

W zamian za swoją pracę pobierał
skromną lecz godziwą płacę, za którą
mógł wyżywić siebie, żonę i gromadkę dzieci.
Mimo wojny, ukrytej za mgłą horyzontu
i pogłosek ulicznych, wypłaty
z kasy miasta były wciąż regularne.

Monety przedstawiały podobiznę Ateny
strażniczki mądrości, sztuki i wojny sprawiedliwej.
Bogini była wprawdzie piękna i uśmiechnięta
lecz jej hełm nie wróżył nic dobrego,
tylko krzyk i krew, i śmierć, choćby
działo się to w imię słusznego prawa.

Bonifácio wolał rewers: sowa wsparta
na jońskiej kolumnie i gwiazda wskazywały niebo.
Mówiły wiele o milczeniu nocy.

. . .

Rzymską monetę pług wyrzucił na powierzchnię
bruzdy, wraz z chwastem, na wiosnę. Jest cienka,
lecz wciąż odporna na upływ dni.

A wartość jej była pięć dwunastych asa.

Dla oznaczenia nominału wytłoczono
pięć kropek: w czterech rogach po jednej
i piąta – w środku, splot i koniunkcja dróg
tamtych czterech. Powiadają, że w taki oto sposób
system monetarny cesarstwa dał początek
geometrii gry w karty, kości do gry i kostki domino.

Również żołnierzy rzymskich legionów
w natarciu ustawiano tak, by tworzyli trzy
naprzemienne szeregi w układzie kwinkunksów.
Monety bito z brązu w mennicach Lucerii,
Teate i Larinum, i tylko w czas drugiej wojny
punickiej, w latach 218-201 przed naszą erą.

Czy to możliwe, że wciąż wiedziemy wojny aż tyle lat?

***
Wersja angielska, tłum. Zuzanna Ananiew

6.
Bonifácio: Quincunx and the Domino Dice

At the intersection of the four seasons,
at the crossroads of the four cardinal directions,
at the centre of gravity, and lightness, at the heart
of the world’s shield, where the blade of a dagger, or
the point of an arrow stab – there Bonifácio,
the tower’s keeper, swept the dust of the Black Road.

In exchange for his work he took a humble
yet honourable wage, with which he could
feed himself, his wife and a brood of children.
Despite the war, lurking behind the misty horizon
and the rumours in the streets, his wages
from the city’s coffers were still regular.

The coins displayed a likeness of Athena
the Guard of arts, wisdom and just war.
The goddess was beautiful and smiling,
yet her helmet boded ill, only cries
and blood, and sudden death,
though it be in the name of a fair law.

Bonifácio preferred the reverse:
an owl perched on an Ionic column
and a star above, pointing to the sky,
both spoke much of the silence of night.

. . .

The plough tossed a Roman coin onto the furrow,
with the weed, in Spring. It is thin, yet still resistant
to the passing of days.

At the time its value was five twelfths of an ace.

To mark the value, five dots
were coined: one in each of four corners
and the fifth – in the middle, the crossing and
conjunction of the roads of the other four.
They say this is how the empire’s
monetary system gave rise to the geometry
of card games, dice and dominoes.

Roman legion soldiers were also
positioned in attack to form three
alternating rows of quincunxes.
The coins were struck from bronze
in mints at Luceria, Teate and Larinum,
and only during the second Punic war
in the years 218-201 before Christ.

Is it possible we still wage wars for so many years?

To jeszcze nie koniec

Magdalena Parys

jeszcze parę słów o zosi

poetki cierpią inaczej
i inaczej się je kocha
katastrofy sypią się im na głowy,
a one piją alkohole
i palą cienkie cygarteki-śmieszki,
umierają młodo
albo rodzą dużo dzieci
i wtedy nikt się nie dowie
że ta zocha spod czwórki,
co ma męża pijaka
pisała kiedyś wiersze
zresztą kogo to obchodzi
bo to nie ma wcale być o zosi.
te co nie umarły i nie rodzą
mają kocie głosy i maniery
chce im się ciągle pić
i rwą włosy jak papier.


magdaparysśpiąca królewna

mój brat jest artystą
zadzwoniłam do brata
powiedziałam, że mam dość wszystkiego
dzieci i czekania na deszcz
gotowałam zupę
mówiłam długo
pod koniec zagroziłam, że się powieszę
brat słuchał
wreszcie spytał, która godzina
było już po trzeciej.

o 19.07
– godzinie w której mogłam już nie żyć
wysłał sms’a
pisał, że go nie zainspirowałam
śmierć jest zbyt powszechna
a na dzieciach jeszcze nikt się nie dorobił.

wobec czego
nakarmiłam córkę i nakrzyczałam na syna
i zadzwoniłam do ojca
powiedział, że sam już nie raz o tym myślał,
ale się nie zdecydował i kiedy oddam mu
tych 120 złotych co to je od niego pożyczyłam
w 2006 roku, czy pamiętam?

mama przyszła do mnie,
usłyszała od brata, że się nudzę,
wykopała mi z ogródka róże
u niej w ogródku będą lepiej rosły.

zadzwoniłam do babci
chciałam zapytać, co dalej
powiedziała, że czas umierać
i że remontują kościół.

o 23.15
rozważyłam za i przeciw
wyciągnęłam pranie

i poszłam nas rozwiesić.

+
śp.

29.06
urodziny
w gazecie wydrukowali datę mojego urodzenia
nie wiem po co bo kogo może interesować kiedy
urodził się dziennikarz.

tym razem miałam 32 lata.

 

– to jeszcze nie koniec –

przeprowadzałam się jakieś trzydzieści osiem razy

ojciec: no i co z tego?
niektórzy w ogóle nie mają dachu nad głową
i rozbujał się w szynach
które wyżłobił poniemiecki fotel.

na słonecznym

kiedy uchylam okno patrzę jak umyka bo lubi przestrzeń
nie wybiera na opak zna swoje miejsce
roztapia łańcuch
lubię ten moment kiedy osiada na twoim ramieniu
robisz krok i kładzie się na progu
nie jestem przesądna
kiedy usiądziemy blisko przy sobie
zniknie za szafą.

o.

ojciec napisał wiersz jak Rej po męsku i po polsku
co o nim myślę
o tobie?
nie, o życiu, o nim, o wierszu

bo ojciec kocha nie moją matkę i nie macochę
tylko młódkę spod klatki dwadzieścia osiem

ja też nie wiem co dalej.

babcia

fartuchem startym jak jej książeczka do nabożeństwa
wytarła ławkę pod sosną, co się jej normalnie
nie wyciera
kwiaty pachną jeszcze w sieni, chociaż to już jesień
czy przyjadą, ona będzie czekać
a potem już będę tylko żałować
że nie posadziłam z nią malwy tam pod płotem
że nie poszłam po jajka i do kościoła

zawsze ta sama śpiewka
chociaż ona jeszcze żyje tej jesieni.

 

Żeżeżeże żesz

że nie zdążyłam nosić spódniczek mini
i różowych tenisówek
że w Krakowie nie pojechałam dorożką
i w Salzburgu też nie, ech
i że boję się koni
że nie chodziłam z J. po mieście
i po plaży, a jak już poszliśmy
to szkoda gadać
że ją- jąk- kka -am się z nerwów
i że teraz chwytam za mocno
że nie oszaleję z nadmiaru talentu
że przemijam, że piję, że palę
że kocham banalnie zbyt mocno
i takie tam inne jeszcze uwieszone
szale

Mo Ma …

ona źle się czuje i mówi, że nie chce ze mną rozmawiać
teraz coś krzyczy czegoś znów chce ode mnie mówi
stoi na drugim brzegu, jej głos woda dobrze niesie
ale nie rozumiem
śmieci? śmierdzi? źle na świecie? świeci? cowieci?
endecy?
nie wiem co mówi więc idę wynieść śmieci
ona źle śpi i nie ma szczęścia do mężczyzn
musi pracować i nie ma pieniędzy
coś znów krzyczy coś znów zrzędzi
jej głos skowyczy
dzieci? poeci? kalecy?
nie wiem coś chce może pożyczyć pieniędzy
sowa huczy
ona ma złą rodzinę i nikogo nie lubi
wszystko ją nudzi szybko się obraża
nie łatwo nerwy jej studzić
stoi na drugim brzegu, jej głos dobrze woda niesie
jest sama? niekochana? spracowana?
nie wiem co mówi pewnie że sama na świecie
ence pence w mojej głowie dwa przysłowia są
naprędce
co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie
niedaleko pada jabłko od jabłoni
stoi na drugim brzegu, głos jej woda niesie

Piękna poetka, piękne wiersze, piękne zdjęcie.
Zdjęcie – Marian Stefanowski
Wiersze ukazały się w roku 2007 w szczecińskich “Pograniczach”

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 5

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (5)

5.

Anselmo: 4’ 33’’ czyli niestała płynność wody

Po długiej zimie kamienna posadzka jest chłodna
i sprzęty, napęczniałe wilgocią, jeszcze milczą.
Dopiero, gdy słońce je osuszy, wtedy zaczną skrzypieć
same z siebie, w dzień i w nocy, zwłaszcza w nocy.

Od rana z kranu skapnęły 433 krople; to więcej
o dwadzieścia siedem niż wczoraj. Na szczęście,
kapanie szybko zlewa się w jednolity szum –
przypomina rzekę, zanim wyschła. Rwący nurt.

W kuchni na dole słychać brzęk miedzianych
garnków. Brat Anselmo nie musi patrzeć na zegar,
i bez tego wie, że do obiadu pozostały już tylko
cztery minuty i trzydzieści trzy sekundy.

Mówi o tym zapach mięsa albo ryby – woda
w glinianych dzbankach jest całkiem bezwonna,
podobnie jak kryształki morskiej soli nie pachną,
przynajmniej nie w tym domu. Woda i sól.

Gdy do obiadu pozostaną cztery minuty
bez trzydziestu trzech sekund, na piętro dotrze
zapach dyni i kapusty, nieco mdły, ale słodki i ciepły.
Bez masła i oliwy, które zwykle oddajemy biedakom.

Cztery minuty. Trzy. Dwie. Już czas. Wstając z klęcznika,
nasz brat strącił rękawem brewiarz, potem zachwiał się i
zakaszlał aż sześć razy, o trzy więcej niż wczoraj.
Ale to dlatego, że jest już o dzień starszy. Jak my wszyscy.

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 4

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcie Jacek Dominiczak, malarstwo Jacek Krenz

J_Krenz_acryl_Ausencias3x4.

Bruno: na zielonych pastwiskach

Położyłem się i zasnąłem, i obudziłem się,
albowiem Pan mnie wspomaga.

Psalm 3 (tłum. Roman Brandstaetter)

Dach w naszym domu przeciekał od czasu
wielkiej wody, która wiosną roku 1911 zeszła
z nieba, napełniając gliną i płynnym szkłem
ogrody i doliny. Moje oczy ujrzały jeszcze wodę,
lecz potem całkiem przestały widzieć, o infekcję
i uszczerbek na zdrowiu nie było wtedy trudno.

W roku ognia pierwsze spłonęły nasze księgi –
kruche, podatne na dar płomienia. Niewierne.
Wraz z nimi porzuciły nas dalekie horyzonty.
Patio pokryło się popiołem, a ziemia spalona
nie służyła wtenczas nawet dla podkowy konia –
po pożarze w stajni zapanowała martwa cisza.

W roku wielkiej suszy nie mówiliśmy wiele;
spragnione gardła nie łaknęły słów. Słońce
umierało samotnie. Był to czas, gdy jedynie psalm
sześćdziesiąty trzeci koił nasze dusze. Wołaliśmy:
„Boże, Tyś jest ten, którego szukamy jak garści ziarna
i łyżki strawy na tej ziemi wyschniętej i bezwodnej”.

Człowiek wiele może znieść, lecz w taką porę
niebezpiecznie jest popaść w tęsknotę za chlebem i winem.
Nadzieja tliła się jeno w pestce i korzeniu. Resztką sił
chwaliliśmy imię Pana, wznosząc ręce do nieba, póki
nasze dusze nie nasyciły się jak sadłem i oliwą. Dzięki
wstawiennictwu aniołów o śmierć we śnie nie było trudno.

Nasza modlitwa o deszcz została wysłuchana i niebo
otworzyło śluzy na dni czterdzieści i tyleż nocy. Pleśń
pokryła ściany mojej celi, i wilgoć weszła w palce, aż
całkiem straciły czucie i przestały czytać. O śmierć przed
świtem z głodu i wychłodzenia było wtedy łatwiej niż o chleb
nasz powszedni. Tamtego roku ziarno zgniło w spichlerzach.

Dach przeciekał do końca. Martwa cisza w naszym domu
byłaby kompletna, gdyby nie to kapanie i jego echo –
wilgotne i uparte. Żwawe jak źrebak.
Prosiłem o łaskę snu wiecznego, i wyprosiłem, i zasnąłem,
bo wielkim królem jest Pan.
Zaświadczam, iż prawdę powiadał psalm dwudziesty trzeci:
tutaj na zielonych pastwiskach nie brak mi niczego.

RaportJD (16)

Po raz drugi

Katarzyna Kulikowska

Wiersze i rysunki z cyklu “Świat zawieszony na drzewie”

ilustracja do moich wierszy 5
Stary kalendarz

Otwieram stary kalendarz
Tam wyobraźnia śpi w obrazkach
Sny biegają po kartkach
Krajobrazy wierszy przenoszą mnie
Poza zasięg rzeczywistości
Dziecinna gra wije się niczym wąż
Marzec jest dziennikiem
Głos opowiadań mówi o codzienności
Staruszek kalendarz odczuwa
Każdym miesiącem moją obecność

Kwiaty z kalendarza

Kwiaty z kalendarza wyszły na ławeczkę
ukwieciły drewnianą deskę
mrużąc senne płatki
zamknęły się w szklanej pułapce

ilustracja do moich wierszy 1
Wenecja

W moim wnętrzu padał deszcz
Z ulewy wyłoniła się Wenecja
Spacerowałam weneckimi uliczkami
Poszukiwałam w kamieniczkach
horyzontów słońca
Znalazłam tylko mokre
ściany pokoju

Anioł

Pojawiam się w obłoku światła
Moje skrzydła falują
Mój uśmiech jaśnieje w ciemnościach
Moje oczy są pełne miłosierdzia
Gdy mówię gołębica nadlatuje
Rozpływam się w świetle
Gołębica odlatuje
Zostaje tylko słowo

ilustracja do moich wierszy 2
Wigilia

Śnieżne płatki niczym gwiazdki
rozświetlają noc
Jabłoń stroi się w białą sukienkę
Dom stoi zanurzony w śniegu
Za oknem lampka oświetla pokój
promieniując złotem
W kącie stoi choinka w bombkach,
dzwonkach, orzechach i piernikach
Rodzina siedzi przy świątecznym stole
Zapach choinki daje wrażenie
przebywania w lesie
Powietrze pachnie miłością
Dom śpiewa kolędę
Nagle rodzinie wyrastają skrzydła
Aureole świecą nad głowami
Bóg patrzy przez okno i uśmiecha się.

Niebo w szafce

Mężczyzna wymyśla sobie niebo
w szafce
Mieszka tam
Płaszcze są aniołami o skrzydłach
pachnących lawendą
Anioły w kieszeniach noszą małe
planety i papierowe ptaki
Mężczyzna słyszy nagle głos
kobiety
„Wyjdź, kochanie, z szafki”
Ziemia czeka na Ciebie

* cytat z Sylwii Plath

ilustracja do moich wierszy 3
Safona

Dziewczyna w turkusowym westchnieniu lata
całuje usta zachodzącego słońca
Wie że kocha swoje marzenia
lecz nie może odejść od siebie
Przechadza się promenadą i
rozpływa w morzu

Obłąkana słuchała
swoich głosów
jak skarg dzieci krzyczących jedno
przez drugie
Chciała je uspokoić jak morze w czasie
sztormu
ale tylko Bóg ma prawo rozkazywać
morzu a ono rozstąpi się
Walcząc ze sztormem umarła
przeszyta krzykiem dzieci
niczym włócznią

Mikroskop marzeń

Na strunach traw
jak na gitarze spokój gra
wachlarzem gałęzi chłodzi wiatr
Oryginalny patchwork
przysłania niebo
Zielone powietrze oddycha
Pozłacane nici na kontrabasie
kurza łapka prowadzi
do mikroskopu marzeń

Sen błyska i znika
Niczym świetlik
Tylko ciemność rozumie
Jego wieczną tułaczkę
Po ornamencie nocy.

ilustracja do moich wierszy 4


Skazany na ciszę

Głuchoniemy usiłuje przejść
przez próg własnej głuchoty
Otworzyć uszy zamknięte na kłódkę
Schwytać uciekające dźwięki
Nie może, więc poszukuje klucza
do jestem
i uczy się być

Introwertyk

Mam w sobie świat, który boli
Odczuwam każde słowo jak atak szpilek
Milczenie jak grad kamieni
Oddycham z bólem jakbym rodził krew
Zjadany przez węże myśli zmniejszam się
o istnienie

Kiedyś nastąpi ciąg dalszy

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 3

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (1)

3.

Abílio: Złamana łyżeczka

Tutaj wysoko w chmurach

żyją drzewa i ludzie, jak wszędzie.
Zegary jasnych dni i klepsydry nocy
kruszą się pod wahadłem czasu tak samo
jak u was na nizinach, a metalowe serca
dzwonów na wieży biją w rytmie
naszej i waszej wiary. Gdy nadchodzi

pora słońca,

gaje eukaliptusów, oliwek i pinii
zaczynają płonąć. Wtedy
nawet dno rzeki usycha z pragnienia
i domy rozpływają się, zemdlone,
w drżących smugach dymu.
Co rano słychać, jak bose stopy

biegną w popłochu, na oślep. Wody!

Lecz gdy wody zabraknie, pozostaje
już tylko słońce. I ogień. Poparzone ręce
przywierają do pustej konwi; odtąd
nawet cyna i kamień, i noc bez księżyca
będą się żarzyć, gotowe w każdej chwili
wzniecić płomień nienawiści.

W porze suszy

nasze noce są krótkie. Nikt w klasztorze
nie śpi. Czas odmierzamy oddechami,
które są szybkie i pełne niepokoju. Gorące
jak krew. Wczoraj, wychodząc z refektarza,
zauważyłem na podłodze złamaną łyżeczkę.
Jakby spała. Albo, mała i pokorna,

czekała na akt miłosierdzia.

W porze ognia nie ma u nas nic pewnego
ani trwałego – któż uwierzy,
że kiedyś kwitły tu róże? Bóg milczy,
a może to syk płomieni głuszy
jego głos. Bicie dzwonów na trwogę
niesie się tu wyżej i dalej niż tam u was

na nizinach, pośród łąk i mokrych łęgów.

RaportJD (11)

Milczenie ptaków

Joanna Szubstarska była już tu kilka miesięcy temu, teraz powraca z kilkoma wierszami i informacją, że ukazał się jej debiutancki tomik wierszy.

Joanna Szubstarska: Milczenie ptaków. Wydawnictwo Best Print, Lublin 2014; okładka – mieszkająca we Francji Ewa Dąbrowska

szubstarska-okladkaCień po obu stronach
Lustra
I zatknięty jak proporzec
Strach.
Oba moje.
Szare odbicie
I powiew niepewności.

Milczenie ptaków
Nabrzmiałe od wiatru pióra
Topią swój kolor
Wrastając w ciszę.
Ich barwa ożywia się
Dotykając nut
Między jednym a drugim kwileniem.
Od muśnięć dźwięku do pauzy
Wciąż mniej pewnym ruchem pędzla
Milczenie zaznacza swój pochód.

Anioł
Dobro stało się pieśnią,
Wiktorią upadłego anioła,
Do niedawna wtulonego w czerń,
Odpoczywającego w cieniach gór.
Alleluja wybiela skrzydła,
Przestrzeń tnie echo radością,
Anioł śpiewa.
Linka
Zwisam z nieba
Na cieniutkiej lince.
Plączę się z innymi linami,
A zastygłą ze zmęczenia
Popychają w labirynt obcych.
Co chwilę linka skraca się,
Niebo czeka.
XXX
Waldemar Michalski (fragmenty recenzji)
XXX
(…)
Szarość, cisza, „świat zastygły w locie bólu” dominują w poetyckiej kreacji. Skąd ta depresyjno-nostalgiczna nastrojowość w wierszach młodej autorki, uprawiającej na co dzień profesję dziennikarską? Być może obcowanie w małym świecie wielkich spraw sprowadza ideały młodości do bolesnych wymiarów.(…)
Wymownym motywem tych wierszy jest „kamień”, pokazywany w różnych kontekstach. Jest synonimem trwania i stałości. Opoką, na której buduje Szubstarska swoją nadzieję. Jest tu kamień schodów, kamień ołtarza, kamień bruku z codziennej drogi. To znad kamienia wybija się

XXXX
Spirala światła
jak tornado
zrywa powłoki cienia,
miażdży pancerze,
uderza w czerń oczu,
podrywa serce.
XXXXXXXXXXX(xxx Spirala światła…)

Tymczasem gwiazdy mają chłodny blask a księżyc jest lodowaty i wydaje się, że „świat zastygł w lawie bólu”. Nie zgadzam się z autorką, że „milczenie ptaków” jest ich codziennością a „spirala światła” zamienia się w popiół. Jest tu wiersz zwracający uwagę na istnienie innego świata „niż ten, co w oczach stoi” (cytat z Mickiewicza). To świat wiary i proroków:

Powrócili z gór medytujący
rozbili namioty
między równiną a niebem.
Ich oczy zasłonięte powiekami,
Nocą i dniem
jaśnieją tamtą górą.
XXXXXXXXXXX(xxx Powrócili…)

(…)

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 2

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (15)

2.

Cecilió Afonso: Księga ptaków

Bóg dał mi oczy, które milczą od urodzenia.
W zamian moje palce nauczyły się patrzeć.

Dziś przeczytały:

Aby napić się wody zimorodek
zniża lot nad rzeką lub jeziorem
i uderzając brzuszkiem o
powierzchnię, rozbija płynne
lustro, zmienia je w lotne krople.

Na chwilę woda staje się ptakiem.

Lot zimorodka jest prostolinijny i
szybki, a zawołania ostre: w ciszy
chłodnej wiosny, między zmierzchem
a grząską grudą topniejącego śniegu,
słychać przeciągłe “tije”.

Na chwilę cisza staje się dzwonkiem.

Czasami głos ptaka przypomina też
przenikliwy gwizd “tiiith” lub
powtarzalne “tut tut”. Lecz tylko
wtedy, gdy pragnie on nagle ostrzec
swych braci lub ogłosić światu, że
zima w końcu minęła. Zima. Tut tut.

Powróci, ale jeszcze nie teraz.

***
Cecilió Afonso: Vogelbuch

Gott gab mir Augen, schweigend von Geburt an.
An ihrer Stelle lernten meine Finger sehen.

Heute lasen sie:

Um Wasser zu trinken stürzt sich der Eisvogel
herab auf Fluss oder See,
schlägt mit der Brust auf die Oberfläche
daß der flüssige Spiegel zerbirst.

Für einen Augenblick wird das Wasser zum Vogel.

Der Flug des Eisvogels ist geradlinig und
schnell, sein Ruf schrill: In der Stille
des noch kühlen Frühlings, im Dämmerlicht
zwischen Erdschollen und schmelzendem Schnee
hört man sein beständiges “tije”.

Für einen Augenblick wird die Stille zur Glocke

Manchmal klingt der Ruf des Vogels auch
wie ein durchdringender Pfiff “tiiith” oder
ein widerhallendes “tut tut”. Aber nur
dann, wenn er jäh seine Artgenossen warnt
oder der Welt endlich das Ende des Winters kundtut.
Winter. Tut tut.

Er kommt zurück, aber nicht jetzt.

Übersetzt von Annekathrin Genest

Dziewczynka i kobieta

Katarzyna Kulikowska

Wiersze z tomiku „Świat zawieszony na drzewie” – wydawnictwo ORGANON, Zielona Góra 2005

zawieszonyMój świat zawieszony na drzewie
Spada na ziemię
Pęka na pół niczym zielony kasztan
Tam jestem ja
Wypadam z wnętrza kolczastego
Świata
Teraz każdy może mnie wcisnąć
W ziemię

Impresja

Patrzę na żółte liście dębu
Widzę tam jezioro przeszłości
Spadają żołędzie i moje uśmiechy
Których wciąż nie mogę pozbierać

Femme fatale

Naznaczę cię tatuażem pocałunku
Skuję kajdanami pokus
Będziesz moim więźniem
Zagryzę słowa jak wargi do krwi
Wytrysną czerwoną plamą na kartce papieru

Erotyk

W twoich ustach pełnia
W twoich oczach oczekiwanie
Chcę być twoim snem
w który wchodzisz napiętą ciszą
Moje ciało jest muzyką
Pod skórą śpią nuty
Zbudź je
Dotknij pożądaniem
Niech zabrzmi pasja

Pocałunki- bezbarwne motyle odlatują
Dotyk – delikatna siatka babiego lata
już mnie nie oplata
Oddech – zefir już mnie nie oplata
Zanurzam się w ciszę jak w wodę
Płynę
Szukam lądu utkanego z babiego lata
Malowanego skrzydłem motyla
Gdzie zefir jak jedwabna apaszka opada
płynąc w powietrzu
Nigdzie nie znajduję lądu
Wokół tylko woda
Zaczynam tonąć
Zapadam się w trójkącie bermudzkim samotności

Atakujesz mnie armią słów
Ustami pełnymi grzechu podpalasz mój spokój
Rzucasz we mnie granatami dłoni
Uzbrojona w sople obojętności wyruszam na wojnę
Walczę z twoimi słowami, ustami i dłońmi
Mój spokój płonie
Granaty dłoni eksplodują na moim ciele

Znów zmarzłam
Okryta jesiennym liściem
Jeszcze wczoraj tańczyłam z latem
Dziś stoję oszroniona
Czekam aż Twoje słowa zaczną się uśmiechać
Powietrze między nami stopnieje
Pęknie szyba lodu
Chcę być blisko Ciebie
Zbliżam się
Kolejny raz odmrażam sobie palce

On

Ciszą wypełnia
oddech
Rodzą się motyle
pachną niesłyszalnym szeptem
Słowa liściaste
dławią gardło

Znał ją jak tabliczkę
mnożenia
słowa niby cyfry
były kluczem do
banku ego
Łamał szyfry
lakowane różą
Ona
otwierała się jak skrzynia
by przytrzasnąć
grzęzawisko myśli

Chwila

W zawirowaniach dnia
chwila spada do szkatułki pamięci
przepełnia szkatułkę blaskiem
niczym zorza zza światów
gdzie stoję jeszcze nie widząc
granicy powrotu

W podwórku mojej wyobraźni

Wśród dziurawych drzew
Z zielonymi kwiatami
Piszę list przydrożnym kamieniem
I wrzucam go do strumyka
Jak do skrzynki pocztowej
Wdycham dorosłość
I znowu jestem

Mój pokój

Mój pokój
Szklany kubek na stole
W kubku marzenia
Dźwięk rozbitego szkła
Krzyk spłoszonych marzeń
I już nie ma czym ogrzać rąk
Ani zziębniętych myśli.

Moja głowa to kosmos przestrzenny
W nim myśli – planety wirują.
Jak trąba powietrzna,
która niszczy moje ja.

Na tapecie marzeń
rozwieszam barwne
nici muzyki
Wybarwiła je cisza
została tylko
zielona plama
i marsz
żołnierzy zamkniętych
w zegarze

Ona ściele sobie sen
zapinając chmury na guziki jak poduszki
napełnia je płatkami łagodności
unoszą ją przez otwarte oczy
wyobraźni ku niebu.
Usiadła pośród jego błękitu
niczym na perskim dywanie.
Znużona puszystością chwil
zasnęła.

Urodziła się 11 października 1975 r. Mieszka w Droszkowie koło Zielonej Góry.
Wiersze publikowała w czasopismach i gazetach: „Lubuskie Nadodrze”, „Gazeta Lubuska” a także w antologiach: Dojrzewanie wierszy (Zielona Góra 1988), Strofy z szuflady (Choszczno 2000), Wokół haiku (Zielona Góra 2002), Przestrzeń ciemnieje od słów niewypowiedzianych (Zielona Góra 2013) oraz w almanachach: Prezentacje (Zgorzelec 2000 i 2002) i w zeszytach poetyckich: Sztambuch (Zielona Góra 2002), Pięciokrotność (Zielona Góra 2003), Sześciopak (Zielona Góra 2004), Stacja siedem (Zielona Góra 2005), Próba koloru (Zielona Góra 2008).
Jest laureatką konkursów poetyckich.
Wydała tomiki wierszy: „Świat zawieszony na drzewie” (Zielona Góra 2005) oraz „Bomba emocji” (Zielona Góra 2008).