Wiersze

Teresa Rudolf

Gra

A ktoś gra z nami
w szachy, pracowicie
ambitnie, perfekcyjnie.

I świat też pełen
klubów szachowych,
harmonogram gry.

Współzawodnictwo,
międzynarodowe,
szach-mat napięcie.

Kraje przegrane, wygrane
jedne dużo wczesniej,
inne trochę później.

W jury nieznane twarze
w maskach, w odstępie,
serio, każdy może przegrać.

Świat napięty grę ogląda
swego obstawiając,
na “obcego” plując.

Świat ufający gierkom,
“oby tylko znanym – mówi –
bo w coś wierzyć trzeba!”

Fantazja

To czary Harry Pottera,
latanie na super miotle,
by pozamiatać księżyc,
uwolnić również ziemię,
szybko od pandemii…

To obrazy różnie malowane
życzeniami, marzeniami,
wyprzedzanie przepiękna,
ma być ono piękniejszym,
świata, ma być lepszym.

To sztuka ciągła uciekania
od dziwnej brzydoty świata,
z kolorami tęczy po deszczu,
cóż gdy brzydota wygra,
podobno też sztuką???

Fantazja wszechmogąca,
im wiecej, tym groźniej,
światy wielkiego zachwytu,
i światy filmowych horrorów,
bo człowiek wzruszeń chętny…

I łaskoczącego strachu
z bezpieczeństwa gwarancją,
na miotle Harry Pottera,
w oderwaniu od “Tu i Teraz”,
które to chichocząc czeka.

Z domowego aresztu (8)

Zbigniew Milewicz

20 maja

Dzisiaj mija 139 rocznica urodzin gen. Władysława Sikorskiego, Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych i premiera Rządu RP na Uchodźstwie podczas II wojny światowej, który zginął tragicznie w lipcu 1943 roku na Gibraltarze. W oficjalnej wersji, doszło do katastrofy lotniczej, spowodowanej zablokowaniem sterów maszyny, którą podróżował, inne ekspertyzy mówią o zamachu na życie generała.

Według jednych hipotez za zamachem stali Brytyjczycy, inne wskazują na Rosjan, Niemców, Polaków, a też na ich kolaborację. Dokumenty z informacjami, jak było naprawdę znajdują się w brytyjskich, rządowych archiwach i termin ich ujawnienia jest konsekwentnie przedłużany. Normalnie ważne dokumenty utajniane są na 30 lat; zaraz po śmierci Władysława Sikorskiego nasi sojusznicy wydłużyli ten czas do 50 lat, po czym dodali jeszcze czterdzieści. Jeżeli więc po raz kolejny nie zmienią zdania, to w roku 2033 powinniśmy dowiedzieć się prawdy o śmierci polskiego premiera. Tylko kogo ona wtedy jeszcze zainteresuje… Na starych zdjęciach z pałacu cesarskiego w Liwadii pod Jałtą, Roosvelt, Churchill i Stalin mają syte twarze, Europa została na nowo skrojona, strefy wpływów podzielone, jeżeli ktoś coś na tym dealu stracił, to na pewno nie oni.

Dzisiaj obchodzimy również Międzynarodowy Dzień Płynów do Mycia Naczyń oraz Europejski Dzień Morza, święta skłócone ze sobą, bo zużyte chemikalia dokądś płyną i niszczą przyrodę, ale żyjemy w tak absurdalnych czasach, że już nic nie dziwi. Można tylko powiedzieć starym wrogom, żeby usiedli przy wspólnym stole i spróbowali się jakoś dogadać, albo poczytali sobie angielskie humoreski z Księgi Nonsensu i przestali siebie zbyt poważnie traktować. Dziś Ojciec Wirgiliusz Antoniego Marianowicza, według Lewisa Carolla (a potem jeszcze dwa wierszyki – ot, tak sobie):

PS od Adminki:
Wierzcie mi drodzy Czytelnicy,
naprawdę próbowałam jakoś
wyrównać te zwrotki i linijki.
Ale poległam w boju.

Spotkania z Księciem Ciemności 19

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Najpierw Czarnuch marcował. Myślałem, że na tym skończy. Gdzie tam! Potem było kwietniowanie. A teraz majuje: romansuje i poluje. To już rzecz do tego stopnia intensywna oraz długotrwała, że musiała się jakoś odbić na jego kondycji. W rzeczy samej: odbiła się – na psychicznej.

Książę jest ostatnio nakręcony jak propeller na haju. Wszystko właściwie robi w biegu: w biegu łaskawie przyjmuje pieszczoty…

… w biegu się bawi…

… nawet odpoczywa w biegu. Ostatnio na przykład wykręcił numer, jaki dotąd mu się nie zdarzył. Idę oto z Kropką na spacer. Otwieram drzwi. Sierściuch wpada do środka, jakby go stado ogarów goniło. Po dziesięciu minutach wracamy z Sunią. Wchodzę – Drań wyskakuje na korytarz, jak z pożaru! Żona zapewnia, że podczas pobytu w mieszkaniu ani nie przekąsił, ani nie przysiadł. Kręcił się tylko niespokojnie.

Pamiętajcie dziateczki: takie spustoszenia powoduje hulaszczy styl życia!

Aparat jest zbyt powolny, by wizerunek Księcia porządnie zarejestrować. Proza nie nadąża z opisem.

Kot iskra
Kot mgnienie
Płomyczek
Zalśnienie
Kot chwila
Błyśnięcie
Kot refleks
Mrugnięcie
Kot…
Po prostu Kot

Ejże! Chyba jednak się w końcu zmęczył. Układa wygodnie ciałko w bezpiecznym kącie. Ma ciało – czyli nie duch to! Nie zjawa upadła. Nie diabeł.

Śpij sobie spokojnie. Aaa, kotki dwa…

Prowincjonalne Theatrum Mundi 1

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1990 roku. Już za miesiąc matura! Wszystkich trzydzieści czworo uczniów klasy czwartej humanistycznej miejscowego liceum zajmuje stanowiska bojowe przed mającą się rozpocząć lekcją języka polskiego. Uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i mocno zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości. Wszak przed czterema laty, na pierwszej lekcji polskiego, Pani Polonistka zakomunikowała im tonem nie znoszącym sprzeciwu: «Wy, klasa humanistyczna, macie być elitą intelektualną tego miasta, od was będzie się wymagać więcej niż od innych!»

Trzydzieści lat poźniej, w Polsce Anno Domini 2020, tego typu stwierdzenie zabrzmiałoby śmiesznie. Ale wiosną roku 1990 w całym mieście wojewodzkim – dodajmy, iż stało się nim ono dzięki reformie administracyjnej towarzysza Gierka; dziś nie miałoby szans na taki status – było tylko jedno liceum ogolnokształcące. Trzeba będzie czekać jeszcze kilka dobrych lat, zanim każde Pierdziszewo Dolne dorobi się swojej wyższej szkoły zawodowej, w sąsiednim Pierdziszewie Górnym powstanie prywatny uniwersytet, zaś licea i technika zaczną hurtowo produkować maturzystów.

Na razie jeszcze uczniowie klasy czwartej humanistycznej podtrzymują przekonanie o swojej elitarności. Nie zmienia to jednak faktu, że prawie nikt nie jest dzisiaj przygotowany do zajęć. Trwają wszak kolejne Miejskie Spotkania Teatralne. Jako elita intelektualna tego miasta wszyscy humaniści mają przecież wykupiony karnet na cały tydzień teatralnego maratonu. Wczorajszy spektakl zakończył się późnym wieczorem, po nim odbyło się jeszcze spotkanie z artystami. Uczniowie mieszkający w okolicznych wioskach wrócili do domu grubo po północy, by rano o szóstej wsiąść do autobusu, który zawiezie ich do szkoły.

Na szczęście Pani Polonistka to też miłośniczka teatru i aktywna uczestniczka tego święta sztuki, które zawitało do prowincjonalnego miasta. Łatwo daje się więc wciągnąć w dyskusję wokół przedstawienia. Pani Polonistka robi dobrą minę do złej gry: udaje, że to nie ona dała się uczniom odciągnąć od ćwiczeń z fonetyki i fleksji, ale że sama narzuciła teatralny temat.

Dyskusja jest tak żywiołowa i pasjonująca, że prawie nikt nie słyszy dzwonka oznajmiającego przerwę… Uczniowie czwartej klasy, jako humaniści, niewiele mają do czynienia z naukami ścisłymi. Ale w takiej chwili uświadamiają sobie, na czym polega teoria względności, którą ich koledzy z klasy matematyczno-fizycznej mieszczą w jednym paluszku. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że czterdzieści pięć minut fonetyki ciągnie się jak flaki z olejem, zaś tak samo długa lekcja o teatrze biegnie szybko i pozostawia po sobie niedosyt?

Tak wygląda cały szkolny tydzień. Z dnia na dzień, z przedstawienia na przedstawienie, energia, jaką przekazują twórcy poszczególnych spektakli, kumuluje się i gęstnieje.

Każdy uczeń i każda uczennica widzi już oczyma wyobraźni swoją przyszłość, oczywiście zwiazaną z teatrem. Jeśli nie aktorstwo, to reżyseria, albo przynajmniej teatrologia. Uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i mocne przekonanie o swojej wyjątkowości: już niedługo zdobędą rząd dusz!

*

Jest wiosna 2020 roku. Za miesiąc trzydziesta rocznica matury. Z trzydziestu czterech absolwentów klasy humanistycznej na zjazd rocznika dojechało, z różnych stron Polski i świata, około dwudziestu osób. Inni nie dotarli «z przyczyn obiektywnych», wśród nich piszący te słowa. Ale udało się nawiązać kontakty, niektóre przerwane na długie trzydzieści lat, odświeżyć szkolne przyjaźnie.

Piszący te słowa okłamałby Czytelnika, gdyby powiedział, że wszyscy odurzeni sztuką teatralną uczniowie klasy humanistycznej z roku 1990 poszli w kierunku, o którym przed laty skrycie marzyli. Chociaż… jest w ich gronie jedna producentka filmowa, dość dobrze znana w kraju, do którego wyemigrowała, są dwie osoby, które po ukończeniu teatrologii żyją z recenzji teatralnych. Przeważają w tej grupie jednak sami humaniści: nauczycielki języka polskiego, historii, języków obcych; jest wzięta pani adwokat, pan prokurator tropiący groźnych przestępców, jest kilku biznesmenow i jeden duchowny należący do dominującego w Polsce wyznania.

Ostatni z wymienionych, piszący te słowa, po ukończeniu szkoły chyba ani razu nie był już w teatrze; teatru telewizji nie licząc. Wiele mu jednak z tamtej fascynacji pozostało. Liturgia to też w pewnym sensie teatr – kombinacja słowa, gestów, światła, rekwizytów, muzyki, scenografii i kostiumów. To także podział na scenę i publiczność. Czasem to teatr jednego aktora, czasem monumentalne przedstawienie z dużym rozmachem. Niedoszły nasz aktor wie, że słowo, które wypowiada ze sceny, musi być słyszane nawet w ostanim rzędzie; że musi być zsynchronizowane z gestem; że jeśli «bierzcie i pijcie», to trzeba podnieść kielich w tym właśnie momencie, ani sekundy wcześniej, ani sekundy później.

Co jeszcze zapamiętał duchowny ze szkolnych doświadczeń z teatrem? Że trzeba zagrać swój spektakl tak samo dobrze dla wypełnionej po brzegi sali, jak i dla jednego widza. Owszem, czasem jest to nie tylko spektakl jednego aktora, ale też jednego czy dwóch widzów…

A rząd dusz? Chyba aż takich ambicji nie żywi nasz bohater: pamięta, że ma nad sobą Reżysera. Jemu pozostawia wgląd w ludzkie serca i sumienia.

Jednak zawsze staje nasz ksiądz ex-humanista przed publicznością z pewnym drżeniem. Bo wie, że słowo – ale także Słowo – ma wielką moc: może uleczyć, może też i zabić. Może dać nadzieję, albo jej na zawsze pozbawić.

*

Wielu rzeczy, trzydzieści lat po maturze, nasz bohater już zapomniał. Ale pamięta słowa wiersza, który często mu przychodzi na myśl, gdy ogarnia go zwątpienie w to, czy jego teatr jest jeszcze komuś potrzebny:

Ta drabina to schody do nieba,
a ta miska pod schodami to księżyc.
Tamten miecz to zwyczajny pogrzebacz,
a z garnków są hełmy rycerzy.

Ale kto w te czary nie uwierzy?

To jest teatr.
A teatr jest po to,
żeby wszystko było inne niż dotąd.
Żeby iść do domu w zamyśleniu,
w zachwycie.

I już zawsze w misce księżyc widzieć…

Wiersze i muzyka

Teresa Rudolf

Czekam

A dzisiaj  wszystko
takie jakieś leciutkie
takie jakieś tiulowe.

Małe dzwoneczki
dzwonią w uszach,
świetliki tańczą w oczach.

Wszędzie zielono,
jak oczy mego kota,
a i też niebieściutko.

Maleńkie białe kwiatki
pierwszokomunijnie
na trawniczku zielonym.

Chmurkami białymi
oblepione niebo,
patrzy na nas z góry.

To Universum dziś
robi wielki test Ziemi,
czy gotowa już na maj.

Zapamiętaj

Zapamiętasz moje imię,
pytała stara kobieta
w domu starców
starego mężczyznę.

Zapamiętam na pewno,
jak mógbym zapomnieć
imię pachnące dziką różą,
imię śpiewające ogrodami.

Zapamiętam na pewno,
jak mógłbym zapomnieć
imię oplatające serce
jak bluszcz, już tyle lat.

Zapamiętam na pewno,
jak mógłbym zapomnieć
imię wyszeptane nocami
zanim je wypowiedziałem.

Zapamiętam na pewno
jak mógłbym zapomnieć
imię, któremu powiedziałem
TAK, moja Ty Różo!

Różo, moja Różo,
czemu nic mówisz???

Joycearia (I)

Arkadiusz Łuba

Während der Coronapandemie habe ich Ewa Maria mit einem Virus angesteckt.

Ja, Ewa Maria hat meinen Virus geschluckt. Hat also angebissen.

Sie hat Interesse an Joyce gefunden. An Finnegans Wake, seinem letzten Buch. Ich lese ihr jetzt ab und zu Fragmente daraus laut vor, sie liest leise vorm Schlafengehen.

Sie ist in der polnischen Übersetzung letztens auf »durian« (FW 257.6), ein essbares Obst vom Baum gleichen Namens in Südostasien, mit einer harten, stacheligen Schale, einem stark aromatisierten, fleischigen Fleisch, Durio zibethinus aus der Familie Malvengewächse, bekannt für seinen abstoßenden Geruch, und auf »manga« (orig. »mongafesh«, FW 256.25) gestoßen und wollte wissen, ob Joyce etwas sowohl über die Frucht als auch über japanische Comics wissen könnte. Ich griff zu meinen schlauen Büchern und Kommentaren, schließlich beschäftige ich mich seit Jahren mit dem Autor und stellte fest:
1) »durian«, erscheint als Phrase »durian gay«, was – neben der Frucht – eine klare Hindeutung auf den Titelheld von Oscar Wildes The Picture of Dorian Gray ist.
2) etymologisch kommt das Wort aus dem Malaiischen und beschreibt eine seltene Frucht »duri« mit stacheliger Haut: duri Dorn + das substantivierendes Suffix »-an« = durian
3) In Flora of Great Britain and Ireland von Peter Sell und Gina Murrell kommt ein gewisses Hieracium duriceps vor (S. 394), ein Habichtskraut, beschrieben 1982 von F. J. Hanbury. Er beschreibt eine Yorkshire-Pflanze, die normalerweise sehr groß ist, lange, spitze Blätter und Deckblätter mit längeren Drüsenhaaren hat.
Abgesehen davon, dass Nora Joyce wie Molly Bloom eine „Bergblume“ genannt wurden (Hieracium kommt auch als alpinum vor), erklingt das Lied My Girl‘s a Yorkshire Girl (Mein Mädel ist ein Yorkshire-Girl), ein Edwardianischer Musichall-Song von C. W. Murphy und Dan Lipton, im Kopf von Blazes Boylan am Ende des zehnten Kapitels des Ulysses. Es kommt wieder in Circe vor, nicht nur, weil eine der Prostituierten sagt, sie sei aus Yorkshire, sondern weil das Lied selbst eine bösartige junge Frau betrifft. Für Boylan, der in ein oder zwei Stunden an Leopold Blooms Tür klopfen und seine Frau besteigen wird, hat das Lied eine noch offensichtlichere Bedeutung. Als Bloom Zoe Higgins fragt: „Woher kommst du? London?“, antwortet sie: „In Yorkshire geboren“ (S. 564). Viel später in Circe beginnen Gemeiner Carr und Gemeiner Compton, das Lied auf der Straße zu singen. Zoe hört sie und springt entzückt auf: „Das bin ich. (sie klatscht in die Hände.) Tanzen! Tanzen! (sie läuft zum Pianola.) Wer hat Zwopence?“ (S. 640). Sie bekommt zwei Pennys von Lynch, lässt sie in den Schlitz des mechanischen Klaviers fallen und spielt „in Walzerakt das Vorspiel zu My Girl’s a Yorkshire Girl“, während Stephen Zoe durch den Raum wälzt. Bald singt das Pianola selbst die Worte des Liedes, zusammen mit Zoe (S. 641). Boylans Yorkshire-Mädchen ist natürlich Molly, und der Roman wirft auf, beantwortet aber nicht die Frage: Wem genau gehört diese „Rose“ [Blume]?

Das Video zeigt The Shannon Colleens (Sinead Murphy und Darina Gallagher), die dieses Lied im Rahmen des Bloomsday Festival 2010 in Dublin im Bewley’s Cafe Theatre aufführen.

4) das erwähnte »mongafesh« ist ein Kalauer, zusammengebaut aus »monkfish« – also dem Meerengel, Squatina angelus, und dem »mangofish« – also einem essbaren indischen Fisch, »where fishngaman fetched the mongafesh« – „wo der »fishermenmonster« (nga: Birmanisch für »Fisch« und nga-man: Birmanisch für »Seemonster«) den Meermongster brachte“ (AŁ).
5) auch wenn Joyce die Durian-Frucht sowie japanische Mangas kennen konnte, geht es hier nicht um einen Comic, wie die polnische Übersetzung von Krzysztof Bartnicki wiederum suggeriert und was Ewa dementsprechend daraus herausgelesen hat: „gdzie rybanga mang ułowić taką mangelybę“ (S. 256.32-33). Verschwunden sind auch die Meeresmonster und die Fische. Dafür summt jetzt Bartnickis »w to mu durian graj« (S. 257.12).

Wie dem auch sei, zeigt diese kleine Analyse, wie reich an Bedeutungen Finnegans Wake ist und wie viele neue Bedeutungen es generieren kann.

In Folge der Recherche schrieb ich daraufhin zwei Limericks, auf Polnisch, mit »durian« (vielleicht übersetzt jemand ins Deutsche?!):
I
Pewnego pana Jarosława
obiegła po świecie niesława:
Że gardził Wilde’a Dorianem,
i śmierdział okrutnie durianem.
Ot owoc a polska sprawa.

II
Już na śmierć zapomniana
osoba owego waćpana.
Powodem zaś aktu tego
był zapach z usteczek jego –
jak zapach owocu duriana.

In Polen wird der Monat Mai der heiligen Mutter Gottes Maria gewidmet:

Dazu habe ich auch gedichtet:

Maj miesiącem kwarantanny,
wiedzą Ele, Julie, Anny.
Propaganda Maryjowa
tylko mąci w polskich głowach!
Jej słuchają głupie panny.*

*Anspielung auf die Biblischen „panny roztropne i panny głupie“ („kluge und törichte Jungfrauen“).

pozdrawiam
wiadomo kto 🙂

Mój znajomy, Don Kichot

Było ich już kilku, dziś kolejny…

Roman Brodowski

Drodzy rodacy, opozycyjni przyjaciele i szanowni adwersarze,

kiedy w latach osiemdziesiątych pisałem paszkwile przeciwko ówczesnej, komunistycznej władzy, kiedy udawało nam się (mi i moim przyjaciołom) mimo strachu rozwiesić na ścianach kopalń czy obiektów publicznych napawające otuchą nasz naród, patriotyczne (dla władz antypaństwowe) wiersze, byłem szczęśliwy. Wówczas wiedziałem, że to ma sens. Nawet wtedy, gdy musiałem w 1987 roku uciec przed organami SB z kraju, nie wątpiłem, że warto było walczyć słowem poezji, gdyż naród był jednością, był jedną wielką doświadczaną przez tragiczny los rodziną.

Gdy w 1989 roku nad naszym krajem zaczęło powoli świecić słońce suwerenności, kiedy zapachniało wolnością słowa, poglądów, przekonań, kiedy ludzie bez względu na swoje orientacje, wyznanie etc. zaczęli się do siebie zbliżać, by wspólnie budować lepszą przyszłość dla siebie i swoich dzieci, płakałem i dziękowałem za łaskę nieznanej mi dotąd siły.
Czułem się, jak wielu moich rodaków, spełnionym, wolnym i dumnym członkiem naszej wspólnoty, wspólnoty, która nazywa się Polska.

Zza “miedzy” obserwowałem rozwój naszej ojczyzny, odzianej w nową rzeczywistość. Cieszyłem się, gdy Polska na arenie światowej powoli, krok za krokiem zaczynała nabierać zarówno politycznego jak i gospodarczego znaczenia. Łzy cisnęły się do oczu, gdy kraj nasz wstępował do NATO , do Unii Europejskiej, do strefy Schengen.
Szlag mnie (za przeproszeniem) trafiał, gdy rząd nasz podejmował błędne decyzje, gdy pojawiały się afery, gdy władza dbała bardziej o interesy własne, aniżeli narodu.
Mówiąc językiem sportowym, kibicowałem raz jednym, raz drugim. Kiedy trzeba było, stałem po stronie rządu, a kiedy rząd nie miał w czymś racji, wspierałem opozycję.
Oczywiście moje zdanie nie miało ni znaczenia, ni wpływu na to co się w kraju dzieje. I słusznie. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Dopiero rok 2005 i przejęcie w Polsce władzy przez PiS wywołał we mnie jakiś nieznany, obcy mi niepokój. Obserwując polityczne poczynania tego ugrupowania, sztucznie tworzone afery, podsłuchy, brutalne eliminowanie politycznych przeciwników z gry, próby gloryfikowania jednostki, początki tworzenia policyjnego reżimu etc., zauważałem wiele analogii do opisu początkowej fazy powstawania niemieckiego faszyzmu.
Niektóre decyzje ówczesnego rządu, a przede wszystkim jego premiera, porównywałem do tego, co przeczytałem w książce “Mein Kampf” i do rozważań filozoficznych, zawartych w dziele Machiavellego “Książę”.
Już wówczas niektórzy politycy, tacy jak np. pan A. Leper przestrzegali naród przed kaczystami.

Niestety nasz naród wolał siedzieć cicho .
Co prawda po skróconych wyborach nie dał pisowskiej partii kolejnego mandatu, ale jednocześnie nie wyciągnął wniosków z okresu rządzenia PiSu w latach 2005 – 2007.

Kolejny rząd, rząd PO, także nie wyciągnął konsekwencji w stosunku do politycznych przestępców, poprzedniego rządu. Mało tego, pozwolił pisowskim satelitom wślizgnąć się w struktury koalicji i powoli organizować tzw. afery jak np Amber Gold, spółki finansowanej przez pisowskie SKOK-i, czy też sprzedaż stoczni, sprzedanej przez PiS pod egidą PO.
Tych afer było więcej, to prawda. Ale mimo to, właściwie prawie wszystko, co dzisiaj posiadamy, powstało właśnie za czasów PO.
Kiedy zadaję ludziom pytanie, co zrobił PiS dla Polski, w odpowiedzi słyszę, że dał 500+, trzynastkę dla rencistów, rozliczył z afer PO-wską bandę i zabezpieczył kraj przed ewentualną agresją Rosji, sprowadzając na stałe NATOwskie wojsko do kraju.
Natomiast kiedy pytam inaczej, prosząc o konkrety, jak np. ile przedszkoli powstało za rządów PiS, ile kilometrów autostrad, ile boisk, placów zabaw? w odpowiedzi zapada cisza.
Kiedy pytam ile znaczących inwestycji powstało w Polsce za rządu PiS? Cisza.
Ilu przestępców PO-wskich afer siedzi w więzieniach? Cisza.

Moim zdaniem rozdawać pieniądze nie inwestując, jest najłatwiej, zwłaszcza, gdy czyni się to, zadłużając kraj na konto przyszłych pokoleń…, zwłaszcza, gdy czyni się to z pobudek ideologicznych, a taką bez wątpienia pobudką jest kupowanie narodu dla utrzymania się przy władzy.
Kwestie ściągania obcych wojsk w celach zabezpieczenia się przed (moim zdaniem wyimaginowanym) wrogiem Polska już przerabiała i to dwukrotnie. Po raz pierwszy, gdy Konrad Mazowiecki sprowadził Krzyżaków do kraju i po raz drugi, gdy Targowiczanie poprosili Carycę Katarzynę o pomoc i wojska. Czym się to skończyło?
I teraz nie będzie inaczej. Tym razem jednak, przy ogólnej radości Amerykanów, którym to wreszcie ktoś płaci za bazę, a nie odwrotnie, i śmiechu międzynarodowej opinii…, z tego samego powodu.
Widząc, w jakim kierunku zmierza obecny rząd Kaczyńskiego, jakie niebezpieczeństwo grozi naszej tak ciężko zdobytej demokracji, i ja postanowiłem włączyć się w nurt walki po stronie opozycji. Po raz kolejny moja romantyczna dusza zabrała się za krytykę tego, co PiS czyni z naszym krajem.
Miałem nadzieję, że naród nasz, zwłaszcza opozycja, zjednoczy się i tworząc wspólny program, wspólny konstruktywny front przeciwko bezprawiu, łamaniu przez kaczystów naszej konstytucji, tworzeniu państwa policyjnego, kontrolowanego w każdej sferze przez narodowo-katolicke struktury dyktatorskiego reżimu PiS.

Niestety po pięciu latach doszedłem do wniosku, że w naszym państwie rządzi nie tylko PiS, ale rządzi się własnymi prawami polityczna walka wewnątrz opozycji, walka każdego z każdym.

Dzisiaj Ojczyzna przypomina mi biblijną Chrystusową szatę, rwaną na kawałki, o którą grano w kości.
Tak, wydaje mi się, że dzisiaj nikomu chyba nie zależy na przyszłości naszego kraju. Rząd, opozycja i skłócony polski lud powoli staczają po równi pochyłej naszą Ojczyznę w przepaść i to zarówno gospodarczą jak i kulturową.

Dlatego, dopóki w naszym kraju, naród nie będzie walczył o jedność, nie zrozumie, że dobro narodu, tworzy nasze dobro, dopóki nie zacznie walczyć o Ojczyznę, a nie tylko o zaspokojenie swoich potrzeb, i dopóki naród będzie za cenę własnej historycznej i rodowej tożsamość kupował swoje pięć sytych minut od pozbawionych skrupułów despotów, dopóty nie zrobię już nic.

Tak, przestałem widzieć sens w mojej patriotycznie, opozycyjnej znaczonej piórem donkichoterii.
To przykre, ale brak mi już sił. Życzę moim rodakom, aby zbudowali lepszą przyszłość swoim dzieciom, przyszłość w narodowej, tolerancyjnej, praworządnej i jednoczącej Polsce.

Berlin 20.04.2020

Sen?

Ten czas powoli umiera
Mój świat, moje wczoraj
Moja prawda przebytej drogi
Zasypia zmęczona w śmietniku

Na nagrobkach pamięci
Ktoś napisał nową historię
Zgniłym, brunatnym tekstem
Zamazał przeszłość narodu

A nad ojczyźnianym “Jestem ”
Krąży niby sęp widmo “byłem”
Czekając chwili swojej chwały
Lepszego przymierza z ludem

Gdzie jest mój kraj, moje gniazdo
Obraz romantycznej przygody?
Tonie w krwi sprawiedliwej przodków
W boleści historycznej prawdy

Modlitwa zamieniona w pustosłów
Śpiewana przy każdej okazji
Straciła moc uzdrawiania dusz
Zagubionych w gąszczu bezprawia.

Naród ulepił sobie nowego pana
Cielec rozdaje mamonę wiernym
Za jeden jedyny pokłon wiary
A oni nie widzą w nim szyderstwa

Kolejny już zmierzch wolności
W rytmie faszystowskiej pogardy
Spokojnie tuli się w objęciach
Dyktatorskiej władzy szaleńca

Jak dobrze, że to tylko sen

Berlin, 16.04.2020

 

Z domowego aresztu (4)

Zbigniew Milewicz

Śniadanie króla

Nie wiem, jak szanowni czytelnicy, ale ja osobiście każdego poranka, zanim jeszcze otworzę oczy, najpierw myślę, co by tu zjeść na śniadanie. Jak mówią nasi bracia Rosjanie: wojna wojnoj a obied po rozpisanji. Czyli w wolnym tłumaczeniu: dawać mi tu szybko setę spirytusu i ogórka na przekąskę, bo koronawirus tylko czeka na tradycyjną kawkę i jajeczko po wiedeńsku. To był oczywiście niewybredny żart, przecież nie popieramy w tym blogu pijaństwa. Na stoliku koło mojego łóżka zwykle jednak leży coś do czytania, teraz m.in. Księga Nonsensu, zbiór klasycznych wierszyków angielskich mistrzów dowcipu, napisanych po polsku przez Antoniego Marianowicza i Andrzeja Nowickiego, a wydanych w 1986 roku. Nie rozstaję się z nią od początku pandemii, a w niej moje ulubione Śniadanie króla, pióra Alana A. Milne’a:

Mam nadzieję, że posiłek, którym się z Państwem podzieliłem, smakował. Na mimowolną zbieżność nazwisk poety Antoniego Marianowicza z politykiem Antonim Macierewiczem nic nie poradzę.

PS od Adminki: jakby ktoś chciał sobie przeczytać ten wierszyk w bardziej prozaicznej wersji (bez polotu, wiem!), to tu proszę: SNIADANIE KROLA

 

Tryptyk

Hmmm, autorka znowu przysłała tylko wiersze, a przecież Czytelnicy czekają też na kolejny odcinek Sąsiadów. No ale trudno, jest jak jest…

Teresa Rudolf

Wiara

Wiara,
że dosięgnie cię
wymodlona pomoc,
gdy wznosisz oczy
ku niebu.

Wiara
w sprawiedliwość,
dosięgnie ona złoczyńcę,
zaistnieje, bo tak się
należy.

Wiara
w uporządkowany
świat, taki, jak sam siebie
chciałbyś widzieć, ty ślepy
i bezradny.

A  ty ciągle nie wiesz,
co w życiu masz robić?

Wiara
we wszystko,
czego nie rozumiesz,
bez tłumaczenia,
w wielkim zaufaniu.

Wiara
w Boga Jedynego,
lepszego od innych,
widzącego ciebie akurat
wśród miliona mrówek.

Wiara,
że ci się uda wejść
z twoim Bogiem w układ
przeciw innym bogom,
bo jesteś wybrany.

Wiara,
że bez ciebie
wszystko się ułoży,
kiedy tylko wzniesiesz
modlitwę ku niebu.

Wiara,
łaska dla niektórych,
ofiara dla innych,
wymówka dla jednych,
lenistwo dla drugich.

Wiara,
wiele różnych twarzy,
języków babilońskich,
mnóstwo tysięcy narodów,
nadziei i cierpienia.

Wiara,
że zanim ja,
zrobisz to Ty mój Boże,
bo jesteś w stanie
ciągle za mnie umierać.

A Bóg może tobą zmęczony,
do ciebie wykrzyczy:

Nie odwalę
za ciebie roboty
bycia czlowiekiem, ty i ty,
wytężaj swój mózg i serce
i czasem podziękuj…

Nadzieja

Pięciolistna koniczynka
baobab wielki w sercu,
wyrywany przez niektórych,
podlewany przez nas.

Nadzieja, nadzieja,
“nie imię to dziewczyny”,
zielona dziś od wiosny,
wyśpiewanej ptakami.

Nadzieja, nadzieja,
kabała rozkładana losem,
czytana przez Cygankę,
nie żal ani grosza.

Nadzieja, nadzieja,
w kabale zawsze widać,
kto winien, na pewno nie ja,
a linia życia jest długa.

Nadzieja, nadzieja,
sen długi i przepiękny
obłędny taniec przeciw
naszemu… lękowi.

Miłość

Miłość,
tuląca swe
dziecko bezradne,
parasol nad wszystkim.

Milość,
wierzba płacząca
nad rzeką, gdy odeszło
już nasze zwierzątko.

Miłość
wielce niedoskonała,
raz szczęście, a raz gorycz,
raz pieklo, a raz niebo.

Miłość,
trzymanie
za ręce, pocałunki,
wstydliwa intymność.

Miłość,
pierwsze rany,
w potyczkach
nienawiści z miłością.

Miłość,
tak łatwo
wypowiadane słowo,
choć tak często obce.

Miłość,
dobrze, że jest,
dobrze, że tak różna
czuję, że jestem.

Frauenblick Prag 4

Moi drodzy Czytelnicy, Sąsiedzi Teresy Rudolf powrócą za tydzień.

Monika Wrzosek-Müller

Lagebericht aus einer belagerten Stadt

Der Titel des Gedichts von Zbigniew Herbert Raport z oblężonego miasta [Lagebericht aus einer belagerten Stadt] kam mir fast automatisch in den Sinn; Anfang der achtziger Jahre haben wir ihn überall gelesen, vor allem erinnere ich mich an den Umschlag der Hefte der Pariser „Kultura“, die das Gedicht in Umlauf gebracht hat. Natürlich spielte es auf die politische Situation des Kriegszustandes in Polen an, aber durch die literarische Form der Ballade, die dann auch Gientrowski für sein Lied genutzt hat, war es, als ob ein Barde eine Situation für viele Generationen besingen würde.

Der Titel kam mir jetzt immer wieder in den Sinn, hier in Prag, in Zeiten der Coronavirus-Krise, auch wenn sie weniger politisch belastet ist und die Belagerung sich auf die Maßnahmen zum eigenen Schutz beschränken. Die Situation ist manchmal doch ähnlich bedrohlich und man weiß nicht, wie und vor allem wann sie zu Ende gehen wird. Wir kämpfen gegen einen Feind, den wir gar nicht kennen, nicht einschätzen, nicht sehen und nicht riechen können. Damals in Polen war vieles klar und obwohl die Niederlage auch für viele bitter und böse hätte ausgehen können, war die Situation vielleicht besser abschätzbar.

Vor allem wurde mir einfach bewusst, dass wir älter geworden sind und zu den besonders bedrohten, schutzbedürftigen Personen gehören. Bei einem Spaziergang im Letna-Park auf der Kleinseite in Prag hielten uns junge Leute an und fragten, ob wir denn Schutzmasken bräuchten, wir müssten uns doch schützen, oder. Dazu muss man sagen, dass in Prag alle mit den Schutzmasken herumlaufen müssen und auch wenn diese Maßnahmen vielleicht nicht viel helfen, so machen sie doch sichtbar, dass etwas anders ist als sonst, dass man Abstand halten soll, dass wir alle um unser Durchkommen ringen. Also, die beiden jungen Menschen haben gesehen, dass wir mit unseren Schals vor dem Gesicht nicht ganz glücklich waren. (Natürlich sind die Masken normal in Apotheken oder Drogerien längst nicht mehr zu bekommen.) Wir haben schnell E-Mails ausgetauscht, den Abstand ständig im Blick, und am nächsten Tag standen sie vor unserer Tür und brachten 6 wunderschöne selbstgenähte Schutzmasken in einem Plastikbeutel fest verschlossen, mit der Anweisung, sie vor dem ersten Gebrauch noch mit heißem, kochendem Wasser zu spülen. Daraufhin fühlte ich mich so geschützt und vor allem nicht allein gelassen, dass ich kurz auf die leere Karlsbrücke rausgeschlüpft bin und die Stadt hat mich mit den wunderschönsten Ausblicken und Wärme für vieles entschädigt und für diesen Abend reichlich belohnt.

Zurück zu dem Gedicht von Herbert; es ist mit meiner Jungend und der folgenschweren Geschichte Polens verbunden. In jedem Satz wiegt der Dichter das Schicksal des Landes und seine eigene Rolle darin ab und beschreibt die Zustände, die er Tag für Tag im Land erlebt. Und so könnte ich auch versuchen, die ersten Wochen der Quarantäne in Prag zu beschreiben. Montag: noch viele Menschen bewegen sich auf den Straßen und einige Restaurants räumen ihre Vorräte und Viktualien aus, man kann noch Kaffee und eine Pizza um die Ecke bestellen. Am Dienstag ist schon merklich leerer, sogar weniger Autos fahren durch die Straßen. Am Mittwoch kann man immer noch die Pizza an der Ecke to go kaufen Am Donnerstag kommt die Aufforderung, in den öffentlichen Verkehrsmitteln Masken zu tragen, und am Freitag sind dann alle Geschäfte, Cafés und Restaurants um uns herum geschlossen. Es wird stiller, klarer und unheimlicher. Es fahren Straßenbahnen mit kaum Menschen drin, sogar Hundebesitzer sind kaum auf dem Stückchen Rasen vor dem Rudolfinum zu sehen.

Doch der Frühling kommt, die Tage werden länger, die Uhren auf die Sommerzeit umgestellt, im Park darf man zu zweit und mit dem Hund sowieso spazieren gehen. Die Osterglocken blühen zusammen mit Forsythien und Stiefmütterchen, auch manche Obstbäume sind mit weißen Blüten besprenkelt, die Vögel singen aus voller Kraft. Die Natur ruft zur Aktion, der Mensch muss Vernunft walten lassen und zu Hause bleiben.

Die zweite Woche der Quarantäne ist wesentlich monotoner, es stellt sich ein klarer Rhythmus ein und die Tage gleichen einander, bis auf das Leben im Handy und in den Mails; da brodelt es und blüht von der Kreativität. Es werden Videos mit Witzen, mit originellsten Darstellungen, Bildern, Fotos, Konzerten und Gedanken ausgetauscht. Alte Freunde melden sich plötzlich, neue sind auch besorgt, wie es uns in der Ferne und Fremde geht. Irgendwann streikt das Handy, es kann das alles nicht mehr speichern und verarbeiten.

Die dritte Woche der Quarantäne beginnt mit Schneefall und der Sorgen, wie lange es noch dauern und wie das Leben danach wird. Wie viel von der EU uns noch erhalten bleiben wird, warum hören wir so wenig aus Brüssel? Unter den Schutzmasken kann man die Gesichtszüge nicht erkennen, manche tragen dazu noch dunkle Sonnenbrillen, und wenn dazu noch eine Mütze auf den Kopf kommt, ist man total maskiert; man spürt den Ausnahmezustand, er ist überall angekommen. Dazwischen gibt es lange Zeiten mit Lesen, Arbeiten, Yoga-Üben und kleine Perioden, um mit dem Hund Gassi zu gehen und dem Ausblick auf das Weltkulturerbe auf der anderen Seite der Moldau zu schauen. Reicht das, wird das für die nächste Zeit ausreichend sein?

Nur der Frühling wenn auch zaghaft, der kommt, es legt sich ein grüner Schimmer über die Wiesen in den Parks und auf die Bäume. Die Magnolien sind schon fast verblüht, die Kälte hat auch ihnen zugesetzt. Die Sträucher der Forsythien stehen ganz in Gelb getaucht, der Flieder zeigt kleine Blättchen und Ansätze der Blüten. Wir warten auf die blühenden Kirschbäume, von denen es hier unheimlich viele in den Sady gibt. Das wird ein Fest, vielleicht auch der Befreiungsschlag. Jeder macht seine Gewissensprüfung, Zeit dazu ist reichlich vorhanden. Doch immer öfters drängt sich die Frage auf, wie lange können wir noch abseits von allem, in häuslicher Abgeschiedenheit ausharren. Natürlich bilden wir uns weiter und lesen, und hören und sehen; aber alles das geschieht auf einem anderen Gleis, so als ob der Zug, der früher mit voller Geschwindigkeit fuhr, jetzt plötzlich auf ein Abstellgleis geleitet wurde.

Doch wir tragen es mit Ruhe und Gelassenheit, denn irgendwann wird es vorbei sein und wir werden wieder aufleben und uns mit anderen unterhalten, treffen und sprechen können – und vielleicht auch denken, das hat mir gut getan, diese Pause.