“Weź się ty w końcu w garść” mówiono kiedyś do niego, i wziął sobie do serca, co miał brać w garść,
aż potknął się nie-fortunnie, na życia nie-bananowej skórce, i garść otworzyła się chroniąc przed podłym upadkiem twarz.
“Weź się już w garść i wstań” mówiono znów do niego, a kiedy już powstawał, pokazał dwie otwarte dłonie…
…stojąc bardzo prosto…
*** Kiedyś, kiedy już będę duży, chciałbym… Gdybym mógł czas znów cofnąć, to… Kiedyś pojadę wreszcie tam, gdzie… Gdybym wtedy wiedział, co wiem…
Gdybym wtedy miała czas na to, żeby… gdybym miała odwagę zacząć znów, kiedy… gdybym potrafiła pokazać; dam rady, by… gdybym wtedy nie uciekła przed tym, żeby…
Gdybym wtedy napisała list, by dostać… gdybym odbierał telefony wtedy, gdy… gdybym pokazał wtedy, że umiem…
Wyśnił mi się czar tej nocy – Tyle szczęścia, co człowiek prześni Tyle świateł i harmonii Tyle muzyki i pieśni.
Za wspomnienia snu mojego Pochylę czoło w podzięce, Wyśnił mi się cud nad cudy: Kochane matczyne ręce.
Pamiętam dobrze, jak strzegły Od dzieciństwa, od maleństwa Mnie we wszystkich moich figlach I wszystkich nieposłuszeństwach
I łagodnie mnie karciły Za dziecinną mą przewinę, I pieściły, hołubiły Kochane ręce matczyne.
I wspominam czas późniejszy, Chlubne moje lata szkolne, Czas gdym uczył się, pracował I bawił się w chwile wolne…
Czym w zabawie był beztroskiej, Czy w kłopocie, czy w udręce, Czuwały nademną zawsze, Kochane matczyne ręce.
I dzisiaj w dni ciężkiej troski Gdy się gryzę w czczej rozpaczy Wspomnę tylko – tylko westchnę I już więcej nie zapłaczę.
Już znajduję pocieszenie, Wkrótce przyjdzie kres mej męce Z daleka mnie błogosławią Kochane matczyne ręce.
1944
Eugenia z Cohnów-Lublinerowa (1869-1940), moja prababcia jako młoda panna, matka dziadka Wiktora i mojej babki Anieli oraz Stefana i Karoliny Lublinerów. Pedagożka, autorka, założycielka wraz z Dorotą Sylberową pierwszej szkoły dla dzieci niepełnosprawnych umysłowo w Polsce. Gdy dziadek pisał ten wiersz w obozie w Sztuthofie, prababcia już od kilku lat nie żyła. Umarła podczas pierwszej wojennej zimy w 1940 roku.
***
Na wolności, kto niewinny…
Melodia: … przemówił dziad do obrazu… Refren na melodię: pójdź tam, Hanka, tam u chrustu…
Na wolności, kto niewinny, oj! Siedzi w Stutthofie, jak inni, oj! Kto gazetki kolportował, oj! Ten się do Stutthofu schował, oj!
Bo z Warszawy, bo z Pawiaka, bo z Pawiaka, bo z Pawiaka Przywieźli tu Warszawiaka, Warszawiaka – oj!
A kto chodził z gnatem w łapie, oj! Ten na naszej pryczy chrapie, oj! Kto złapany na ulicy, oj! Siedzi, a z nim politycy, oj!
Bo z Warszawy….
Kto się bawił rozpylaczem, oj! Nam przeszkadza wiecznym płaczem, oj! A stary kryminalista, oj! Siedzi też, ofiara czysta, oj!
Bo z Warszawy ….
Kto szopkarzem był w Warszawie, oj! Ten posiedzi też – łaskawie, oj! Temu siedzieć najprzyjemniej, oj! Kto w robocie był podziemnej, oj!
Bo z Warszawy….
Nie siedźcie, jak zmokłe kury, oj! Uśmiech na pysk, łeb do góry, oj! Wkrótce się zakończy wojna, oj! Czeka przyszłość nas spokojna, oj!
Bo z Warszawy…
Wtedy popatrz, kto ciekawy, oj! Jak jedziemy do Warszawy, oj! Tam czekają Warszawianki, oj! Żony, córki i kochanki, oj!
Bo z Warszawy…
1944
Dwa wydania książki dziadka Warszawiacy w Stutthofie, Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1971 i wydawnictwo Muzeum KL w Sztuthofie 2014
***
Niby stoi przy śrubsztaku
Niby stoi przy śrubsztaku I pilnikiem sprawnie rucha Żadnego nie widzisz znaku, A odrazy poznać: fucha!
Tak jak wszyscy przy warsztacie Ze zroszonym potem czołem A mogę ci przysiąc bracie, Że on fuchę ma pod stołem.
Gdy szykownie się ubierze I się nażre – jest kontenty I włazi – jak w miodu dzieżę Prosto w same prominenty.
Jednak mimo I zarobków – jest już takim Co, chociaż ma w nosie muchy To zwyczajnym jest pętakiem.
1944
Wystawa Warszawiacy w Stutthofie z okazji ponownego wydania książki dziadka
Tylko koty nie są niebieskie. Nawet niebo często oddaje kolor miastu. A miasto błękitnieje z zachwytu. Ja też. Nigdy tam nie byłam. Nie znałam. Nie widziałam. Raczej nie zobaczę.
A zdjęcia w messengerze ułożyły sie w błękitną wstążkę.
Piłam wczoraj poranną kawę w zielonym zaułku. Może był trochę ślepy ale widać tam było wyraźnie strzępki twojego życia.
Mężczyzna z mocnym głosem opowiadał wnukowi o sile przyciągania ziemskiego. Może już wiedział, że właśnie umarł Alain Delone. Groza dalekiej śmierci postawiła życie na równe nogi.
Trzeba czem prędzej wypić za zdrowie martwego chłopca.
Mało kto odmawia tu sobie rzeczy świętych. Na spodeczku cytat z brewiarza, w ścianie strzępki tory. Dlaczego w radiu nie leci msza beatowa jak wtedy w podwarszawskim kościele.
W nocy wróciło wszystko oprócz ciebie a oni nie zrozumieli dlaczego przyszłam tak wcześnie.
Topię się w łyżce radosnej jutrzenki i mam to z głowy.
Jutro będzie tak wiele wszystkiego czego nie pragnę. Może wtedy znów zacznę trochę cię rozumieć.
* * *
Po tylu pieśniach głosy grzęzły w gardle, nie było na to żadnego sposobu, a z każdej pory sierpień wszedł najnaglej, nie zdążył kwiatów pozrywać z ogrodu.
One tam będą kwitnąć jeszcze długo, i nie wiesz który zrodził się dla wierszy, a który wiersze będzie palił smugą poranka, drżeniem w rytm żałobnych marszy.
Dotyk zostanie. Ile go w tych nocach, co nie zmieniają już świata na lepsze, ale pytają co to znaczy kochać kiedy się ciało oddala serdecznie.
Piękno powłóczy ciężkimi nogami pośród sierpniowych pól słonecznikowych. Kto stąd odejdzie z leśnymi sarnami. Kto kogo będzie kochał sercem płochym.
Ostre przełęcze cierpliwego trwania wyszywają srebrem miesiąc po miesiącu. Błyszczy się potem ta pełnia na skroniach. Bycie ku sobie staje się na końcu.
Tydzień temu wysłałam was do Zdroju i Stanisława Kubickiego, malarza, ale uważna lektura powiedziała Wam już, że ów cytat to Juliusz Słowacki, nie powiedziała jednak, co i gdzie?
A to, proszę Państwa, w Pismach mistycznych, w części zatytułowanej Fragmenty i aforyzmy (zob. TU) – myśl od początku całej księgi numerowana: 1808. W tych fragmentach w ogóle dużo o innych pisarzach, o Wiktorze Hugo, o Homerze, o Dantem, o Goethem, ale już najwięcej o Mickiewiczu i wcale nie zawsze tak źle, jak nas w szkole uczyli, ale czasem jeszcze gorzej, niż nas w szkole uczyli.
Do opowiedzenia wybrałam historię o wiśni. Nie o tym co czuję, kiedy pęka czerwień a chwila ocieka bezczasem, jak wtedy gdy widzi się prawdę w czyichś oczach. Nie o tym, że niekiedy słońce patrzy na siebie jaśniej i przyznaje, że jest smutne od zarania.
Sączy to porannym promieniem jak słomką, przez którą można siorbać lemoniadę. Sączy to w nasze siódme poty z październikowych żółci.
Nasz układ ze słońcem wymaga, by toczyć się mimo wszystko.
Po drodze torfowiska ale nie można ogrzać tym domu bo wszędzie wilgotno od soków.
Tak teraz wygląda najgłębsza czerń wiśni – poranne światło, płytki oddech, wykonywanie życia z przerwą na herbatę, kiedy to trudno zmywalny osad wykonuje życie w nas.
W oczy najmocniej rzucało się to, jak bardzo śniło się wiśniom przekroczenie granicy dobra i piękna.
Powolne wydobywanie pestek z owoców przydało im smaku piżma.
Drętwienie miąższu, drętwienie rąk, dotykanie nagiego dnia, serca w nowiu
XXXXXXXXXXJesteśmy coraz bliżej siebie.
* * *
Raki już dawno odłowione pójdziemy z nimi na targ rybny choć nie wszyscy to kupią
nie wszystkim da się wcisnąć kit że post w tym regionie zaczyna się w porze obfitej
XXXXXXXXXXtylko ludziom z łuskami karpia XXXXXXXXXXco nie mówią ze sobą XXXXXXXXXXzbyt wiele o pomyślności XXXXXXXXXXale zbierają te łuski co roku XXXXXXXXXXjak zgubione poroża trofea XXXXXXXXXXdobrego wspólnego życia XXXXXXXXXXnad połamanym kruchym białym XXXXXXXXXXsosnowym stołem
kalosze do kolan pasują nawet do koronkowej sukienki choć w sukience da się tylko wiosną w czterdziestym czwartym to dopiero była wiosna
to dopiero była moda co komu przyszło co po kim zostało
podróż w tamte strony zaczynam od założenia starego palta ręce w pustych kieszeniach – to mnie w nim trzyma najmocniej
wracam nie przymierzając jak słota jak polska jak jesień w progi bożonarodzeniowego jarmarku
tyle tam opowieści nie najlepszych na zimowy sen a jednak idziemy w nie jak w dym na którym wędzimy śliwki zaciągamy się po raz pierwszy w szeregi niedopałków
* * *
Pomyśleć o sobie w tym samym momencie, gdy tobie zdarza się zapomnieć dokąd wracasz po spotkaniu z nią, a ja wypuszczam z rąk czerwony koralik, który miałam nosić zawsze przy sobie.
Pomyśleć w tym samym momencie nie zawsze o jednej porze, no bo jak, przecież nie wiemy nic o naszych amuletach ani umówionych twarzą w twarz rozmowach.
To byłoby jak spędzenie czasu w tym samym miasteczku, w pożyczonym na chwilę życiu obok siebie, w którym jednak szczęście nie sprzyja nam za bardzo i po te same pragnienia chodzimy różnymi ścieżkami.
Pamiętasz już kiedyś trafiliśmy na siebie właśnie w ten sposób
Pęknięci wpół drogi niecali bezowocni
XXXXXXXXXXz połówkami tej samej belki XXXXXXXXXXw kochanych oczach
* * *
Nie wiem od czego zacząć, tak samo jak wtedy. Ale wtedy rzuciłeś luźną frazę, której nie należało kończyć. Była w tym odrobina luksusu. Zająłeś się aktami mowy jak gospodarz winem.
Skinęłam tylko, że rozumiem i też lubię piosenki z młodości. Nie podziękowałam jedynie za to, że cofnąłeś dla mnie czas środkowoeuropejski aż do granicy, na której wszystko dopiero się zaczyna.
Potem językiem budowaliśmy wspólną ciszę.
Pamiętam że widziałam dziewczynkę z różową watą cukrową. Mogła nosić wiaderka różowego piasku. Usypać ziarnistą drogę przez słodkie morze. Mogła zaczerpnąć wody z różowego potoku. Studzić aż do białego lepkiego złota na patyku.
Gdybym miała wtedy trochę miejsca w walizce. Ale pakowałam się piąte przez dziesiąte jak na byle jaką drogę po ułamki kruszcu.
Mam je do dzisiaj. Uwiera mnie ich szlachetność i dobro.
Takie walizki są jak ekspozycja muzealna przeniesiona do sklepu z zabawkami.
Wracałeś tam wiele razy. Pisałeś że jest pięknie i szkoda że nie mogę tego zobaczyć. Pisałeś że to jest lepszy moment dla nieba niż wybrałam załatwiając sprawunki na szybko.
Zachód zarezerwowany na potem dla jednej osoby zapowiadał nowy porządek, jakiś porządek
XXXXXXXXXXWskoczyłam do łódki XXXXXXXXXXboat to love XXXXXXXXXXpopatrzeć, co ty tam widzisz XXXXXXXXXXtak naprawdę
Podobno to nie może być o tobie podobno to musi być o mnie dlatego nie było mnie w czasie kiedy wyruszyłam na powrót
XXXXXXXXXXłatać dziury w drodze XXXXXXXXXXsznurować kaniony XXXXXXXXXXpodkuwać wysokie piętra losu
niech się toczy stacza niech widzi że się o niego troszczę żeby mógł być sobą trafem fortunnym chybionym w moich objęciach
więc jest o mnie choć wolałabym żebyśmy zastygli tu razem z nadzieją że jednak można liczyć na oś czasu na lustrzane komory niewidzenia się z czasem
obiecałam być wtedy o sobie żeby nie stać się żadnym z wcieleń naszej wspólnej nieobecności
zawsze możesz mi przerwać wejść do domu domagać się odruchów wewnętrznego głosu łamiącego się grosza pieśni oczekiwania
Fale Dunaju
Autobiograficzne fantazje Bo Widerberga o życiu w trójkącie dotykają mnie osobiście
XXXXXXXXXXnajbardziej w święto dziękczynienia XXXXXXXXXXgdy należy trzymać się za ręce XXXXXXXXXXw czasie niepogody złych wiadomości XXXXXXXXXXrzezi w kurniku
Na fali strogonow prokofiew już nie wiem co mam w którym przewodzie w czym pokładać się pod ostrze nadziei
Zapewne chciałbyś zrozumieć jak zapomina się gorycz podarowaną w dobrej wierze
w najlepszych intencjach sznaps mszalny news szum fal dunaju
mam swoje światło ledowe bogu dzięki wiekuiste
czy w bezruchu latarni ta iskra może nas jeszcze zawieść
* * *
Piernik z chatki Baby Jagi lśni jak słowo dane człowiekowi przez noc
owoc gęstego leśnego żywota jest jadalny i piękny
ma właściwości o których nic jeszcze nie wiemy ale stare kobiety szukają go po każdym powrocie z pola
mógłby to być prawdziwy morał tej baśni też tam byliśmy
choć potem ty musiałeś iść tak jak byś kończył trasę na północy Alaski
a jednak wyszliśmy razem każde w swoją stronę ale razem i teraz razem idziemy w inne strony świata
patrzymy z góry drwimy z niej bo przecież nie jesteśmy już sami od tamtej pory
Idę z nowymi wierszami. Przerwę miałam bardzo długą, a tym samym doświadczenie niepisania (lub może nieutrwalania tego, co dzieje się na pograniczu światów wewnętrznych i zewnętrznych). Chyba są to wiersze trochę inne. Pisałam je w niezwykłym dla mnie roku, w niezwykłym również stanie ducha. Część tych tekstów powstała w Warszawie, a mój pobyt w stolicy możliwy był dzięki kilku osobom. Trochę postanowiłam poszukać sprzyjających okoliczności i zmiany. A trochę – mam wrażenie – los zaczął rozdawać karty, których użył kiedyś w innej konfiguracji. Nic nie dzieje się zupełnie samo, choć może czasem tak to trochę wygląda. Ani to przypadek, ani przeznaczenie. Trzeba się niekiedy ruszyć i porozglądać się za czymś ważnym. A do ludzi zawsze miałam szczęście 🙂
PS od Adminki: O wierszach Agnieszki Wesołowskiej pisałam TU.
by się nieskończoność XXXXXXXXXXwplątała we włosy. I żeby ochrzczono XXXXXXXXXXsłodkie krople rosy.
XXXXXXXXXXREF: Serduszko blond XXXXXXXXXX uderza w ton XXXXXXXXXXw szmer tarantuli. XXXXXXXXXXLecz czarny welon XXXXXXXXXXto byłby błąd… XXXXXXXXXXLapis lazuli
II.
Starzeje się słońce XXXXXXXXXXprzez miłość niewielką, bezbarwne miesiące XXXXXXXXXXoddają mu piękno.
Ziemia wiedzie siebie XXXXXXXXXXsamą na gościniec, najcichszym strumieniem XXXXXXXXXXmówi że nie minie.
XXXXXXXXXXREF: Serduszko blond XXXXXXXXXX…
III.
Jeszcze to co lubisz XXXXXXXXXXparuje znad blatu, tak jakby się Jowisz XXXXXXXXXXchciał objawić światu. Nieulotna chwila XXXXXXXXXXbierze nas w obronę, niebo się przechyla XXXXXXXXXXznowu w naszą stronę
Piosnka
Wiatr przewraca się, potyka, XXXXXXXXXXnie dowieje, póki nie nauczymy się XXXXXXXXXXstepu ziemi.
Staccato, którym stąpamy XXXXXXXXXXjest chwiejne, gdy szukamy kroku do słońc XXXXXXXXXXnaszych cieni.
Przywiało nas tu świstanie XXXXXXXXXXtego ognia, co to leciał razem z wiatrem. XXXXXXXXXXTrochę ostygł.
A stare dobre kawałki XXXXXXXXXXjak przeciągi. Tango czy disco latino XXXXXXXXXXsą jak mosty.
Wielka miłość spakowana, XXXXXXXXXXjuż w pudełku. Jak bezsensy, bo pojąć ich XXXXXXXXXXnie umiemy.
Te cukierki znalezione XXXXXXXXXXgdzieś na rynku… Płakać przecież nie wypada XXXXXXXXXXza nimi.
Piosenka o nadziei
Mgła znów zatyka nam uszy byśmy niknęli bardziej niż w gęstej i słonej ciszy wybrzeże tonie co dzień
Mówiłam ci że nie umiem patrzeć na zimny zachód gdy port odpływa w całunie orzechowego piachu
Rozstanie znów nie wychodzi przez żadne drzwi do nieba zachód będzie już zawsze w miejscu takim jak trzeba
Doprawdy akurat teraz musiała zrodzić się tu ta pierwsza ludzka mewa co skrzeczy nasz duszny ból
Zawsze będę cię wołać każdym przesmykiem w gardle wiesz jak się chodzi dokoła kiedy iść prosto jest źle