Palermo 2021

Johanna Rubinroth

Ale ci bogowie tu nie mają fajnie, strasznie muszą się męczyć. / Aber diese Götter hier, die haben es nicht gut, sie leiden schrecklich. / But these gods here don’t have it nice, they are in terrible pain.

Szczęśliwym się człowiek staje wtedy, jak się nogę złamie. / Man wird glücklich, wenn man sich das Bein bricht. /One becomes happy when one’s leg is broken.

A poza tym to w Palermo jest tak: / Außerdem sieht es in Palermo so aus: / But never mind, Palermo is OK:

Drzewa w Palermo. / Bäume in Palermo. / Trees in Palermo.

I… / Und…/ And…

Równoległy świat

Ewa Maria Slaska

Na blogu tak się ostatnio dobrze dzieje, że prawie nic nie muszę robić – oczywiście wstawiam Wasze wpisy, oczywiście czasem je redaguję, a zawsze layoutuję, oczywiście usuwam trolle (tego to się jakiś czas temu namnożyło, ale ostatnio jakby trochę lepiej), ale dawniej często było tak, że musiałam błagać i żebrać, żeby ktoś mi przygotował wpis, a jak i tak nic nie dostałam, pisałam własny tekst, choćby na kolanie. A teraz jest Was dużo i wypełniacie mi cały mój blogowy świat, a czasem wręcz musicie się naczekać na “swoją kolejkę”.

W takich sytuacjach, jeśli nie ma jakiegoś specjalnego powodu, że koniecznie trzeba akurat właśnie opublikować wpis mój własny, kiedy przysyłacie mi wpisy, a ja już zapełniłam bloga, wszystko musi się poprzesuwać. A wtedy pierwsze wpisy, jakie przesuwam na kiedy indziej, to właśnie te moje własne, pomyślane, zaplanowane, zapisane w kalendarzu, a potem, ot, przesunięte. Przy czym ogólnie wiadomo, że jeśli coś się w tym przesuwaniu ma ostać, to będą to przede wszystkim rocznice, cmentarze i Barataria. Tak więc wpis o okrągłym kościółku św. św. Feliksa i Adaukta w Krakowie czekał od maja. Uprzedzam jednak. To nie jest zwykły wpis, to wpis-problem, próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, co się dzieje z moją pamięcią?

Bo zasadniczo pamięć mam dobrą, a nawet niekiedy przypuszczam, że znakomitą. Jeszcze dziś obudzona w środku nocy mogę Wam opowiedzieć o układzie pokarmowym królika, a uczyłam się tego 60 lat temu i nigdy nie powtarzałam.

Ale tu tymczasem moja pamięć przypomina mi coś, czego teoretycznie i formalnie nie ma, a zatem zapewne nie było. Możliwe, że nigdy. A przecież było, dam za to głowę. Mało tego, kiedyś o tym napisałam w wypracowaniu szkolnym. I gdy zaczęłam drążyć temat, zeszyt z tymżeż wypracowaniem wychynął na powierzchnię z czeluści szafy, w której trzymam różne rzeczy, ale, przysięgam, nie własne zeszyty szkolne. Po prawdzie, to głowę bym dała, że nie mam żadnych swoich zeszytów szkolnych. Dowiedziałam się jednak, że lepiej nie dawać głowy, bo posiadam zeszyt, który ewidentnie przeniosłam ze sobą, gdy przemieszczałam się z tamtego świata, do tego, który wprawdzie jest równoległy i niemal identyczny, ale jednak inny.

W tym tekście piszę więc o kaplicy świętych Feliksa i Adaukta i lokuję ją tam, gdzie ją do dziś lokuje moja wyobraźnia. Piszę o niej również dlatego, że do poprzedniego roku w czasie wakacji zawsze ją odwiedzałam. Widziałam ją więc wielokrotnie – nieduży okrąglutki kościół romański z absydami, posadowiony w lewo skos za Kościołem Mariackim w Krakowie.

Makieta kaplicy św. Feliksa i Adaukta, wykonana w latach 20 przez Stanisława Kolowca (1904-1968); fotografia ze zbiorów Muzeum Miasta Krakowa (ale w muzeum makiety nie ma).

Tymczasem tego kościoła na pewno nie ma! Chciałam go w tym roku pokazać Konradowi – nie ma i, jak się zdaje – nigdy nie było! Ale jak to? Przecież widziałam go na własne oczy wielokrotnie!

Bywałam w Krakowie z Karusią, moją ukochaną cioteczną babką, Karoliną Lubliner-Mianowską, która w roku 1963 umarła. Karusia przez kilka cudownych lat zabierała mnie na wakacje w góry. Poznałam wtedy jej przyjaciół, Marię Kann, Zofię Radwańską-Paryską i jej męża, pana Paryskiego, autorów Encyklopedii Tatrzańskiej. Mieszkałyśmy u górali w drewnianych chatach – na obrzeżach Zakopanego, w Bukowinie czy Murzasichlu, chodziłyśmy na spacery lub niezbyt wyczerpujące wyprawy – do Jaworzyny, na Nosal, na Gubałówkę, do Doliny Kościeliskiej, Wąwozu Kraków, do Morskiego Oka i Doliny Pięciu Stawów, na Miętusią, obejrzeć Wantule, las na kamieniach. Tknięta przeczuciem sprawdzam, czy ten las istnieje. Pamiętam go znakomicie, pamiętam też książkę Marii Kann, która się tam rozgrywa. Zaglądam więc do Wikipedii i czytam: Teren Wantuli zarastał górnoreglowy las świerkowy. W 1968 roku wyłamała go potężna wichura, obecnie odtwarza się on na nowo.

A więc lasu na kamieniach też nie ma. Ale przynajmniej odtwarza się na nowo. A kaplica nie.

Ta historia to tajemnica. Wspomnienie nałożone na przypomnienie, a może zapomnienie. A może by tak użyć tu zagubionego słowa: odpomnienie?

Każdy, komu, odkrywszy nieistnienie kaplicy, opowiedziałam o tym, był pewien, że musiał to być kościół na Wawelu, kościół, który nie istnieje od kilku setek lat, a którego domniemany plan i wygląd przedstawiają zdjęcia na stronie 22 książki o nieistniejących kościołach w Krakowie. Zarysy kościoła odsłoniły dopiero wykopaliska archeologiczne i jak się teraz pójdzie na Wawel, to widać w odległym kącie wrastające w mur zamkowy kawałki romańskich ścian w głębi wykopu.

Grzegorz Bednarczyk, Nieistniejące kościoły Krakowa, pdf 2017

Wykopaliska wyglądają tak jak na górnych zdjęciach, a ja pamiętam tę rotundę tak, jak została zrekonstruowana. Pytanie tylko, dlaczego, skoro tego od średniowiecza nie ma i było ukryte w murach Wawelu, dlaczego więc ja to widziałam, i to w pełnej krasie – z murami, dachem, drzwiami i niezrujnowanymi absydami, w kolorze? No i dlaczego widziałam to koło Rynku a nie na Wawelu?

Próbuję odtworzyć pewien hipotetyczny bieg zdarzeń. Przez kilka lat, powiedzmy, że było to w latach 1958-1962, jeżdżę z Karusią na wakacje w góry. Za każdym razem robimy postój w Krakowie, oglądamy i Rynek, i Wawel. Dzieje się tak przez długi czas. Kiedyś pokazuje się mi może jakąś planszę albo książkę z obrazkiem zrekonstruowanej Rotundy z Wawelu. A może nawet samą makietę. Pokazuje mi ją na przykład pan Paryski. Być może oglądam to podczas spaceru po Rynku, mówi mi się, że to kościół Feliksa i Adaukta z Wawelu, ja tego słowa Wawel nie słyszę, a obrazek zmienia mi się w kościół i przykleja się tam, gdzie akurat go widziałam, czyli z tyłu za Kościołem Mariackim, na obrzeżach Rynku. Wszystko pięknie. Możemy założyć, że tak było.

Tylko…

Tylko, że gdy przekonałam się naocznie, że tej kaplicy nie ma, zapytałam moją siostrę, Kasię, czy ją pamięta, a ona natychmiast odpowiedziała: tak, z tyłu za rynkiem, na skos.

Czy mogłam mojej siostrze przekazać moje wyobrażenia i to z tak dokładną lokalizacją?

Czy jednak istnieje rzeczywistość równoległa i myśmy obie, moja siostra i ja, tam były i widziały tę rotundę z tyłu w skos po lewej za Kościołem Mariackim?

PS. Inną pamięcią ze świata równoległego jest moje przekonanie, że w roku 1966, w rocznicę Chrztu Polski, Czesław Niemen wjechał do morza na białym koniu, śpiewając pieśń wojów Bolesława Krzywoustego.
I otóż w TYM świecie Niemen nadal śpiewa tę pieśń, ale na żadnym koniu nie wjechał do żadnego morza. Nie wjechał, bo nikt w internecie o tym nie pamięta, a przecież wiemy, że jak czegoś nie ma w internecie, to tego nie ma i nie było.

A tu rzeczona pieśń

Frauenblick: Pinien

Monika Wrzosek-Müller

Die italienische Schirmpinie – die Stolze

Die malerischen Landschaften mit abwechselnd gepflanzten Schirmpinien und Zypressen avancierten zu kitschigen Vorstellungen von der Toskana; man findet sie auf Postkarten, Gemälden, Tischdecken, Fresken auch auf T-Shirts. Sie sind auch wunderschön und eigen, nirgendwo sonst findet man diese Anordnung. Das Schwere, Monumentale einer Schirmpinie wird von der Schlankheit und Eleganz der Zypresse ausgewogen, ausbalanciert, es entsteht ein harmonisches Zusammenspiel; dieser Ausgleich, der in der toskanischen Landschaft immer anzutreffen ist, verleiht ihr die Harmonie und Weichheit, die ich so liebe.

Diese wunderschönen, riesigen Schirme, die mir immer als schattenspendende Gewächse in den Sinn kommen, verlangen so wenig von der Natur, halten so viel aus: extreme Dürre, extreme Hitze, extrem schlechte, aber auch gute, nährreiche Böden. Jedes Jahr bewundere ich diese Giganten in der Pineta der Feniglia, der unter Naturschutz stehenden Landzunge zwischen Ansedonia und dem Monte Argentario. Wie überleben sie die Hitze der vier Monate ohne einen Regentropfen, wie die Horden von Radfahrern und auch der Badegäste? Doch nach erstem Regen wacht die Pineta wieder auf, ist grüner als je zuvor und atmet, riecht nach Pinien, nach Harz oder nach Rosmarin, der hier auch in Fülle wächst. Manchmal, wenn ich länger durch die Pineta laufe und mir die Kronengewölbe anschaue, kommen sie mir vor, als ob sie das Vorbild für die gotischen Kathedralen mit ihren gefächerten Gewölben und schlanken Stützen und Säulen wären. Sie sind aber auch nicht aus der Ansicht von Rom und der antiken Ruinen, umgeben von abertausend Touristen, wegzudenken. Angeblich ist bis heute nicht nachgewiesen, ob sie gezüchtet wurden oder immer schon so in der Natur vorkamen. Auf jeden Fall können die Bäume selbst bis zu 250 oder 300 Jahren alt werden.

Fast jeden Morgen laufe ich oder gehe schnell mit meinem Dackel durch die Pineta, entlang der Lagune, oder auf dem Weg näher am Meer, in der Feniglia, dem acht Kilometer langen Pinienwald, auf einer Landzunge. Das ist die Art von Bewegung, die man sich in der Hitze erlauben kann. Die Pinien schließen sich über meinem Kopf zu einem Gewölbe, unten ist es zwar trocken, aber schattig. In diesem Jahr wurde der Weg an der Lagune mit Wasser besprengt, damit nicht so viel Staub durch die Fahrräder der Ausflügler aufgewirbelt wird. Der Boden ist dann angenehm kühl und an den Rändern wachsen ganz schnell, fast im Nu, grüne Pflanzen, Gräser, Blüten an den Sträuchern. Die Schnelligkeit, mit der die Natur sich von der Trockenheit erholt, ist faszinierend; im Haus, im Garten, habe ich tagelang eine Topfpflanze beobachtet, die wirklich von Minute zu Minute wuchs. Als wir ankamen, waren die Blätter ausgetrocknet; nach regelmäßigem Gießen keimten sie dann aus der Erde und wuchsen zu riesigen Blättern, nahmen immer mehr Platz im Topf ein, bis ich fast dachte, dass sie ihn sprengen würden. Dasselbe geschieht in der Pineta, wenn es mal einen Regenguss gibt; da wachen Sträucher und Pflanzen auf, deren Existenz man gar nicht wahrgenommen hat. Oft überlege ich: Wurde die Pineta angelegt oder wuchs sie da schon seit Jahrhunderten von selbst? Die Funde von Ruinen römischer Villen an zwei Stellen in Pineta würden dem widersprechen.

Die Pinien sind wie Skulpturen, ihre Stämme sind kräftig und die Äste irgendwann wie Sprossen eines Schirmes angelegt; sie brauchen ungefähr 50 Jahre, bis sich ein richtiger Schirm gebildet hat. Manchmal ähneln sie einem Riesenpilz, vielleicht ist die Eiche ein Pendant in unseren Breitengraden zu dieser Wucht und Kraft, die sich aus diesen Bäumen entwickelt. Die vertrockneten Äste fallen von selbst ab, es bleibt der immer flachere Schirm oben, er ist wahrscheinlich auch überlebenswichtig für so einen Baum unter diesen klimatischen Bedingungen. Dieses Jahr war ich erschrocken, als ich die alten Pinien an der Straße nach Grosseto total beschnitten fand, sie sahen aus wie nackte, hilflose Wesen, die verletzt worden sind und ums Überleben kämpfen. Je weniger beschattete Stellen sich unten am Boden befinden, desto geringer die Überlebenschancen des Baumes. Irgendwo habe ich gelesen, dass sie in einer Pineta sogar bis zu sechs Monaten die Hitze und Dürre aushalten können. Dann flachen die Schirme noch mehr ab und bilden eine grüne Schicht oben; unten bleibt es trocken aber schattig. Die Schirmpinien wurden Modelle für unzählige Künstler und stehen immer noch stramm und schattenspendend, man möchte sogar sagen „wie gemalt“ da. Schon seit Antike werden sie abgebildet; natürlich finden wir sie bei den impressionistischen Gemälden, aber auch in vielen Zeichnungen, Lithografien, Fotografien, später und früher.

Interessant ist die Affinität der Faschisten zu den Pinien und zur Pineta; Mussolini soll angeordnet haben, überall Pinien zu pflanzen. Es gab regelrechte Programme zur Aufforstung entlang der Küste; die Wäldchen sollten die hinter dem Strand gelegenen Getreidefelder vor der salzigen Meerbrise schützen. Die bekannten faschistischen Musterdörfer wie Sabaudia in Latium, Villagio Resta und Le Cestine in Apulien oder auch Gualdo Tadino in Umbrien wurden mit Pinienwäldern abgegrenzt. Ich erinnere mich an Fotografien in einer Trattoria in Salento, die zeigten, wie Soldaten in den 1920er Jahren die frischen Anpflanzungen von Pinien bewachten. Gerade im Süden des Landes, in Apulien, in Latium, aber auch auf den Inseln, auf Sizilien und auf Sardinien, war dies Teil der der faschistischen Agrarpolitik nach den Kampagnen zur Enteignung des Großgrundbesitzes und zur Steigerung der Getreideproduktion auf bisher ungenutzten Flächen. Es gibt sehr lange Abschnitte an der italienischen Küste, besonders am Ionischen und Tyrrhenischen Meer, die mit Pinienwäldern bewachsen sind. Die Pinie als Symbol muss auch durch ihre Stärke, Anmut und Ausdauer angezogen haben und wurde in der Zeit oft auch in den Ornamenten eingesetzt; man findet sie schon früher im Art Déco-Stil.

Wenn ich an Pinien denke, kommen mir natürlich noch die schmackhaften Pinienkerne (pinoli) in den Sinn. Sie werden viel in der italienischen Küche verarbeitet, vor allem beim Backen; ich denke an die Torta della Nonna. Sie werden aber auch im berühmten pesto genovese, anstelle von Pistazien, verarbeitet; sie garnieren Salate und manche Vorspeisen. Pinienkerne haben einen relativ hohen Fettgehalt und sind sehr nahrhaft. Sie werden manuell geerntet, die Zapfen werden heruntergeschlagen oder man wartet, bis sie von selbst herabfallen. In Italien werden sie in der Winterzeit, zwischen Oktober und März gesammelt, dann fallen aus den Zapfen die harten Samen, deren harte Schale muss man entfernen, um an den cremeweißen Kern zu kommen. Manchmal werden die Samen eingeweicht oder direkt zerstoßen; diese Arbeit ist sehr mühsam und deswegen sind die Pinienkerne sehr teuer. Inzwischen gelangen sie auf unseren Lebensmittelmarkt auch aus Asien.

Z wolnej stopy (54)

Zbigniew Milewicz

Seksturystki

Myślę, że nieprzypadkowo filmik ten chodził po mediach społecznościowych akurat przed wyborami do Bundestagu. Okoliczności przyrody wskazywały na to, że nakręcono go w Dominikanie, albo w Kenii, gdzie niemieckie turystki chętnie spędzają urlop. Młody, szczupły tubylec z jedną z nich wynurza się z oceanu, trzyma ją za rękę, wychodzą na brzeg i to wszystko. Gdyby nie fakt, że kąpali się nago, to w ogóle nie byłoby wiadomo, po co nakręcono ten skądinąd banalny obrazek. Brak konfekcji pozwala zauważyć, że pani panu bardzo się podoba, mimo, iż wiekowo mogłaby być jego mamą. Spieszno mu znaleźć się z nią na plaży, bo trochę ciągnie ją za rękę, a ona jakby się jeszcze trochę wahała, ale przecież skwapliwie podąża naprzód. Na pytanie, po co nakręcono (pewnie telefonem komórkowym) ten clip, odpowiada jego tytuł : Jak zdobyć niemieckie obywatelstwo. Złożony cyrylicą, po rosyjsku.

Nie pokażę go, bo sam nie jestem naturystą; zainteresowani bez problemów znajdą go w internecie. Ciekawi mnie natomiast, kto za tym filmikiem stoi? Przypadkowy podglądacz, czy któraś z partii, konkurujących z CDU? W końcu jeszcze nie wiadomo, kto w przyszłości będzie tutaj gospodarzem i problem migrantów jest najbardziej drażliwy, najmocniej polaryzuje społeczeństwo. Najmniej prawdopodobne, że nakręciły go rosyjskie służby, n.p. w rewanżu za udaną hospitalizację opozycjonisty Nawalnego, ale przecież można spróbować im go przypisać.

Komu się zaś nie podoba, że Niemki, sfrustrowane nudą w swojej sypialni, wyjeżdżają na balety do ciepłych krajów, a później czasami nawet poślubiają swoich beachboys, niech pocieszy się tym, że z takich związków pochodzą często śliczne dzieci.

Oczywiście na seks-wakacje wyjeżdżają nie tylko Niemki, są Brytyjki, Rosjanki, Polki, Amerykanki, Kanadyjki, panie innych narodowości, zwykle dobrze sytuowane. Dla mediów jest to wdzięczny temat, można go zrobić dla gawiedzi, żądnej taniej sensacji, ale da się też go zgłębić. W Die Welt* dziennikarz zadał sobie ten trud; artykuł został napisany jedenaście lat temu, przez mężczyznę. Wtedy zjawisko damskiej seksturystyki było jeszcze w miarę nowe, nie tak rozpowszechnione jak dzisiaj i autor starał się dociec jego przyczyny. Niemieckojęzyczna lektura, ale można przeczytać choćby z pomocą translatora i warto. Zaledwie dwa lata później Der Spiegel** doniósł, że w samej tylko Tajlandii, uważanej tradycyjnie za światowe centrum męskiej seksturystyki, pracuje ponad 30.000 żigolaków, wyspecjalizowanych wyłącznie w usługach dla pań, co pokazywało, jak wielki już był na to popyt. Również załączam odnośny artykuł.

Jak się ma ten temat mniej więcej współcześnie, informuje Focus, w polskim wydaniu z 2 lipca 2019 r.:

Choć seksbiznes kojarzy się przede wszystkim z wykorzystywaniem kobiet przez mężczyzn, także współczesne kobiety korzystają z możliwości kupienia sobie paru chwil przyjemności w ramionach egzotycznego i młodego kochanka. Na co dzień to przykładne żony i matki, ale na wyjazdach potrafią iść na całość, bo na urlopie nie obowiązują te same zasady, co w domu – tu dozwolone jest niemal wszystko. Dla Europejek, także Polek, jednym z najpopularniejszych celów obok Tunezji jest Egipt. Na forach internetowych panie polecają sobie konkretne hotele, konkretnych barmanów. Na kolejne wyjazdy namawiają przyjaciółki.

Tu rozpasanie kwitnie w najlepsze, a miejscowi mężczyźni wyspecjalizowali się wręcz w naciąganiu bogatych i spragnionych wrażeń kobiet. Choć islamskie prawo zabrania kontaktów pozamałżeńskich – jest w nim pewna luka. To kontrakt małżeński nazywany urfi. Choć jest zawierany przed notariuszem, do niczego mężczyzny nie zobowiązuje – właściwie jego jedynym celem jest „legalny” seks. Aby rozwiązać kontrakt – wystarczy podrzeć papier. Pół biedy, jeśli kobieta przyjmuje ten układ i wie, że wyznania miłosne śniadego kochanka nic nie znaczą. Gorzej, jeśli zakocha się i uwierzy w płomienne słowa i wartość takiego związku.

Kilka lat temu głośna była strona założona przez Rosjanki, na której kobiety poszukiwały konkretnych mężczyzn z egipskich kurortów, którzy złamali im serca. Na stronie są setki ogłoszeń. Wiele kobiet omamionych urokiem żigolaków pożyczyło im spore sumy pieniędzy.

Przytoczony tekst nie jest najwyższych lotów, uważam, że za dużo w nim taniego moralizatorstwa, ale z jego przesłaniem się zgadzam: trzeba uważać na naciągaczy. Ponieważ sezon urlopowy nad egzotycznymi morzami trwa przez okrągły rok, autor życzy Czytelniczkom, ich znajomym oraz znajomym znajomych, żeby przede wszystkim dobrze się nad nimi bawiły i na nic nie dały się nabrać, na co nie mają ochoty.

* Reife Frauen auf einem erotischen Trip – WELT https://www.welt.de › Lifestyle

  ** Weiblicher Sextourismus: Immer mehr Frauen reisen nach … https://www.spiegel.de › panorama

Reblog: Vermeer van Delft

theartnewspaper.com

José da Silva

Girl Reading a Letter at an Open Window

Art lovers get ready to be struck by Cupid’s arrow, as the first image of the completed restoration of Johannes Vermeer’s Girl Reading a Letter at an Open Window (around 1657-59) has been released today by Dresden’s Gemäldegalerie Alte Meister, fully revealing a hidden image of Cupid. The change to the composition in one of Vermeer’s most famous paintings is so great that the German museum is dubbing it a “new” Vermeer in publicity materials.

The painting has been in the museum’s collection for more than 250 years and the hidden Cupid had been known about since an x-ray in 1979 and infrared reflectography in 2009. It had been assumed that the artist himself had altered the composition by covering over the painting of Cupid.

But when a major restoration project began in May 2017, conservators discovered that the paint on the wall in the background of the painting, covering the naked Cupid, had in fact been added by another person. When layers of varnish from the 19th century began to be removed from the painting, the conservators discovered that the “solubility properties” of the paint in the central section of the wall were different to those elsewhere in the painting.

Following further investigations, including tests in an archaeometry laboratory, it was discovered that layers of binding agent and a layer of dirt existed between the image of Cupid and the overpainting. The conservators concluded that several decades would have passed between the completion of one layer and the addition of the next and therefore concluded that Vermeer could not have painted over the Cupid himself.

Girl Reading a Letter at an Open Window – from the left: old version without Cupid, partially restored and fully restored version; photographed during restoration © Gemäldegalerie Alte Meister, SKD, Photo: Wolfgang Kreische (click on the picture to get a bigger version)

When the discovery was announced to the public in 2019, the senior conservator Uta Neidhardt said that it was “the most sensational experience of my career”. She added: “It makes it a different painting.”

The layer of overpaint was meticulously removed using a scalpel under a microscope, revealing the startlingly altered composition. The painting will go on show next month for the first time since the restoration as the star piece in a major exhibition titled Johannes Vermeer: On Reflection (10 September-2 January 2022) at the Gemäldegalerie in Dresden. The exhibition will include ten Vermeer paintings in total, making it one of the most significant shows on the Dutch Old Master in recent years (there are only around 35 extent Vermeer paintings).

Among the standout loans in the show are The Geographer (1669) from the Städel Museum in Frankfurt; View of Houses in Delft/The Little Street (around 1658) from the Rijksmuseum in Amsterdam; and A Young Woman standing at a Virginal (around 1670-72) from the National Gallery in London, which has a similar painting of Cupid in the background.

Na Placu Hiszpańskim

Ewa Maria Slaska
inspiracja: Tomasz Fetzki

Dawno nie byłam w Brukseli, tak dawno, że jak tam byłam ostatni raz, to się jeszcze nie interesowałam ani Don Kichotem i Sancho Pansą, ani utopiami i wyspami. Tomasz natomiast udał się był z małżonką w podróż, z której najpierw przysłał mi zdjęcia pomnika obu moich ulubieńców z San Sebastian, a potem dodał ich obu w wersji z Brukseli. To ich adres: Place d’Espagne / Spanjeplein / 1000 Brüssel.

Patrzę i patrzę na te dwie twarze i myślę sobie, że o ile Don Kichot wygląda tak jak zawsze wygląda (choć nie wiadomo czemu, jak Pantokrator błogosławi nam wzniesioną prawicą), o tyle Sancho Pansa jest odmienny, bardziej pański – najbardziej mi przypomina polskiego szlachcica, a dokładniej rzecz biorąc – Onufrego Zagłobę. Zapewne rzeźbiarz wzorował się tu na Falstaffie, grubasie i samochwale ze sztuk Szekspira. Duchowo są zresztą podobni do siebie ci trzej poboczni bohaterowie, bez których jednak bohaterowie właściwi wcale by nie przetrwali. Bo bohater musi się zajmować swoją ważną misją, czy jest to Wolność Ojczyzny czy Sprawiedliwość Społeczna, oraz ważną misją uczuciową – Uwalnianiem Uciśnionych Dziewic, a tymczasem oni troszczyć się będą o nocleg, spyżę i napitek, bezpieczeństwo, zasięganie języka, zmylenie pogoni, oszwabienie oszustów, wywinięcie się z opresji i inne praktyczne zadania rycerskiego dnia codziennego. Są mądrzy i choć chciałoby się o nich powiedzieć, że to takie chłopki roztropki, to jednak na tej ich ludowej mądrości można naprawdę polegać.

Przyznam się tu, że gdy myślę o Brukseli, mniej pamiętam moje tam wizyty, a lepiej świetną powieść wiedeńczyka Roberta Menasse – Stolica. Czytałam ją po niemiecku, po polsku ukazała się w roku 2019 w Oficynie Literackiej Noir sur Blanc, w tłumaczeniu Jacka Burasa.

A na zakończenie tego wpisu pokażę Wam coś jeszcze – baratarystyczną lampę dotykową Don Kichot. Za jedne 600 euro.

Don Quixote Tischleuchte Ingo Maurer

Die Tischleuchte Don Quixote von Ingo Maurer zeichnet sich durch extreme Vielfalt aus. Die Leuchte ist bieg- und schwenkbar und kann sich drehen und strecken. Der Leuchtenhersteller Ingo Maurer brachte bei der Don Quixote Tischleuchte die Materialien Stahl, Aluminium und elastisches Kunststoff in Einklang. Don Quixote – ein wahrer Hingucker.

Die Don Quixote von Ingo Maurer besitzt einen integrierten Touch-Tronic Dimmer. Auf diese Weise kann die Helligkeit der Leuchte stufenlos geregelt werden.

Co robi Don Kichot w Kraju Basków?

Zdjęcia i pomysł wpisu: Tomasz Fetzki
Realizacja: Ewa Maria Slaska

No cóż, pytanie to w tytule postawione tak śmiało, choćby z najwyższym trudem rozwiązać by należało, bo jeżeli Don Kichot i Sancho Pansa stoją na pomniku w brązie wykonanym na placu w San Sebastian, to jakiś sens to mieć musi.

A więc do dzieła.

  • Artysta: Lorenzo COULLAUT – VALERA (Sevilla, Marchena 1876 – Madrid 1932)
  • Materiał: Brąz
  • Wymiary: 157 x 50 x 130 cm (Don Kichot) // 104 x 49 x 100 (Sancho) // 53 x 120 x 211 cm (cokół)
  • Podpisany: Tak, na cokole Don Kichota: Lorenzo Collaut Valera
  • Datowany: 1929
  • Lokalizacja: Centrum miasta (San Sebastian; miasto po baskijsku nazywa się Donostia, park Alderdi Eder, Plaza Cervantes)
  • W roku 1915 Collaut Valera wziął udział w konkursie na projekt pomnika Cervantesa, rozpisanym z okazji trzechsetnej rocznicy śmierci pisarza. Pomnik miał zostać wzniesiony w Madrycie. Projekt Collauta Valery’ego został nagrodzony. Wybór został ostro skrytykowany przez wiele znamienitych postaci owych czasów. Protestującym nie podobało się, że jest to dzieło staroświeckie, rozdrabniające w anegdotach i alegoriach główny sens, jakim jest wzniesienie pomnika największemu twórcy, jakiego kiedykolwiek wydała Hiszpania.
  • Wiele lat później miasto San Sebstian (Donostia) postanowiło wznieść pomnik na brzegu zatoki La Concha na placu Cervantesa. Tuż przy plaży, naprzeciwko ogromnego ratusza, ustawiono kopie dwóch rzeźb z pomnika Collauta Valery’ego w Madrycie, ale tylko dwie. W Madrycie natomiast na pomniku znajdują się jeszcze rzeźby przedstawiające samego Cervantesa, postaci Dulcynei i Aldonzy Lorenzo z Don Kichota oraz tytułowe postaci z dwóch nowel Cervantesa, Cyganeczki i Rinconete y Cortadillo. Ponadto na pomniku umieszczone zostały alegorie Literatury, Mistycyzmu i Waleczności oraz wieńcząca pomnik kula ziemska z kobiecymi postaciami, symbolizującymi pięć kontynentów.
    Rzeźb było tak wiele (a miało być jeszcze więcej), że Collaut-Valera pracował nad nimi wraz z synem, Federico Coullaut-Valera Mendigutia.
  • Pomnik w San Sebastian został odsłonięty 4 lipca 1973 roku i uważany jest za jedno z miejsc, które w tym mieście każdy powinien odwiedzić. Tego zresztą nie da się uniknąć, bo bulwar La Concha odwiedzają po prostu wszyscy, może nie tyle dla naszych dwóch bohaterów, ile dla znakomitej kuchni baskijskiej, słynnych win, no i samej promenady i plaży.
  • San Sebastian zadbało też o to, żeby, mimo ogromnego napływu turystów, zachować bulwar w takiej postaci, w jakiej został zaprojektowany prawie 200 lat temu, czyli wtedy, gdy zamożne mieszczaństwo i arystokracja z całej Europy odkryła uroki kąpielisk.
  • Zwróćmy jednak uwagę na kilka politycznych aspektów związanych z tym pomnikiem. Po pierwsze – w sercu Kraju Basków i w jego stolicy wzniesiono pomnik Hiszpanom. Po drugie – miało to miejsce za czasów generała Franco. Po trzecie – najsłynniejszym Baskiem jest José Luis Álvarez Enparantza, a.k.a. Txillardegi, polityk, pisarz, lingwista – prawdziwy twórca autonomii Basków. Był uniwersalnym geniuszem, studiował inżynierię, był matematykiem i filozofem egzystencjalistą. Nie ma on w San Sebastian placu, skweru, ulicy, nawet zaułka, a należał by mu się pomnik. Tak twierdzi pewien baskijski bloger. I zapewne ma rację. No ale Txillardegi jest twórcą bojowej organizacji basków ETA, trudno więc oczekiwać, że Hiszpanie pozwolą na postawienie mu pomnika, nawet po 60 latach.

                                    

Chodzenie po mieście. Szczecin.

Ela Kargol

100 lat Wieży Bismarcka w Szczecinie

Wybudowano ich ponad 200, planowano dwa razy tyle. Wieże Bismarcka, które obok pomników mu poświęconych powstawały jeszcze za życia żelaznego kanclerza z woli ludu, z jego datków i z wdzięczności za zjednoczenie Niemiec. Rozproszone były po całym świecie, nie tylko na terenach ówczesnej Rzeszy, ale wszędzie tam, gdzie występowała społeczność niemiecka.

Spośród 240 oryginalnych wież i kolumn Bismarcka, 173 wieże nadal stoją na terenie Niemiec, Francji, Czech, Polski, Rosji, Austrii, Kamerunu, Tanzanii i Chile. W Niemczech zachowało się 146 z dawnych 184 wież.

W 1899 roku Związek Studentów Niemieckich ogłosił konkurs na projekt wieży, a właściwie kolumny z ogniową misą na szczycie, gdzie mógłby być rozpalany ogień ku czci Bismarcka. Konkurs wygrał drezdeński architekt Wilhelm Kreis. Według jego projektu nazwanego jak opera Wagnera „Zmierzch bogów” (Götterdämmerung) wybudowano 47 wież. Pozostałe budowano inaczej, projekty kreślili inni architekci. W Berlinie miały powstać trzy, zbudowano jedną, przekraczając budżet o jeszcze raz tyle, ile zaplanowano. Stanęła w Köpenick na wzniesieniu Müggelberge. W 1936 roku zapłonął na niej olimpijski ogień, przyniesiony tutaj przez uczniów z berlińskiego stadionu olimpijskiego. Gdy front radziecki nacierał na zachód burzono wieże Bismarcka. Taki los spotkał też berlińską wieżę, którą krótko przed końcem II wojny światowej wysadzono w powietrze. Podobno na północnych zboczach Müggelberge można natrafić na jej części.

Wieżom Bismarcka na terenie dzisiejszej Polski, których wycofujący się Wehrmacht nie zdążył zburzyć, nadawano inne nazwy.

Wieża Gocławska w Szczecinie, choć każdy dzisiaj używa znowu starej nazwy, była najdroższą z wybudowanych wież Bismarcka. 10 sierpnia 1921 roku odbyło się jej uroczyste otwarcie. Od projektu do realizacji minęło ponad 20 lat. Początkowo miała być usytuowana na Wyspie Grodzkiej, w końcu wybrano miejsce na Zielonym Wzgórzu, kiedyś zwanym Winnogórą (Weinberg), na terenie dzisiejszego Uroczyska Kupały w Szczecinie – Gocławiu, części Puszczy Wkrzańskiej (Ueckermünder Heide). Wieżę zaprojektował ten sam Wilhelm Kreis, który w roku 1899 wygrał konkurs na ujednoliconą wieżę Bismarcka. Tym razem okrągła forma budowli wzorowana była na mauzoleum Teodoryka w Rawennie, pierwszego germańskiego cesarza rzymskiego. Wnętrze przypominać miało rzymski panteon. W wieży umieszczono popiersie Bismarcka, które po II wojnie światowej usunięto. Usunięto również orły cesarskie z zewnętrznych przypór wieży. Podobno w usuwaniu orłów brały udział radzieckie czołgi, które za pomocą łańcuchów ściągnęły orły z postumentów. Leżą do dziś na zboczach Zielonego Wzgórza, dawnej Winnogóry, kiedyś porośniętej winnicami. Na starych pocztówkach te winnice są dobrze widoczne, a lasów też jakby mniej. W tej chwili buczyna porasta strome zbocza, gdzieniegdzie rosną stare dęby. Przez wzgórze przechodzi Szlak Gocławski. Gocław jest częścią osiedla Golęcino-Gocław, przed wojną: Frauendorf-Gotzlow.

Pod samo wzgórze można dotrzeć tramwajem linii nr 6. Trasa szóstki jest jedną z najdłuższych szczecińskich tras tramwajowych. Sto lat temu szóstka jeździła do Niebuszewa, później z Niebuszewa do Gocławia, a teraz lewobrzeżem z Pomorzan pod samą wieżę Bismarcka. Szóstka obrała kurs na północ, tak samo jak projekt mieszkańców północnego Szczecina, którzy mają w planie: „utworzenie parku Tilebeinów, zagospodarowanie parku przy wieży Bismarcka, stworzenie stanicy wodnej na Skolwinie, udoskonalenie szlaku widokowego po północnych osiedlach Szczecina. Są i inne pomysły, na przykład zagospodarowania Wodozbioru na Warszewie, spacerowa turystyka dla Alt Buchholz, powstanie rekreacyjnego Skweru Królewskiego – Krucza, czy zagospodarowanie polany przy Stawach Bliźniakach na Żelechowej” (Głos Szczeciński,19 maja 2021).

Wsiadając na Pomorzanach do szóstki, mijamy po drodze fabryczne zabudowania dawnego Szczecina, za którymi kryje się Szczecińska Wenecja, potem dworzec nad Odrą po lewej, pomnik kolejarza po prawej i Most Dworcowy, którego już nie ma, też po prawej. Wjeżdżamy na Most Długi, z lewej kościół św. Jana Ewangelisty, głębiej katedra św. Jakuba, po prawej kościół Świętej Trójcy, jedyny ewangelicki w Szczecinie. Mijamy Zamek Książąt Pomorskich, dojrzeć można tylko jego wieże. Czy widać z tramwaju tajemniczą Basztę Siedmiu Płaszczy, nie jestem pewna. Tramwaj jedzie wzdłuż Nadbrzeża Wieleckiego, pod Trasą Zamkową, której podpory stały się galerią dla artystów muralowych ze słynnym muralem „Iwaszkiewicza“ (ciągle zamalowywanym) i z wieloma innymi znanymi i nieznanymi malunkami, w tym Lumpa, cenionego szczecińskiego twórcy. Potem zaczynają się już słynne Wały i Bulwar Chrobrego (Hakenterrasse, nazwane na cześć burmistrza Hakena), zaprojektowane według koncepcji Wilhelma Meyera-Schwartau, a przy nich Muzeum Narodowe i Akademia Morska. Z przystanku Dworzec Morski można zejść do kapitanatu i, jak się ma szczęście, promem dotrzeć na Wyspę Grodzką. Prom przeznaczony jest dla działkowiczów z wyspy, ale działkowiczów można odwiedzać. Plaży na Wyspie Grodzkiej nie lubię, bo zajęła dużą część działek. Tramwaj jedzie dalej, oddala się nieco od Odry, by znów przy Stoczni Szczecińskiej się do niej przybliżyć. A potem zaczyna się już inny Szczecin, mniej turystyczno-pokazowy, ze starymi budynkami fabrycznymi, na murach których z trudnością, ale można jeszcze odczytać niemieckie słowa, Pałac Tilebeinów już nie istnieje, być może niedługo będzie można znowu pospacerować po parku przy pałacu z zachowanym starodrzewiem i odwiedzić miejsce dawnego rodzinnego mauzoleum. Na murach coraz częściej pojawiają się napisy kibiców piłkarskiego klubu Pogoni Szczecin, który to szczególnie na północy miasta ma swoich wielbicieli.

Tramwaj kończy trasę na pętli Gocław, by po chwili wrócić na Pomorzany. Warto wspomnieć o willi Strutza przy ulicy Lipowej, naprzeciwko pętli tramwajowej, znanej jako „willa z zegarem”, a od niedawna, gdy na nowo odkryto witraż z syrenką, zmieniła swój przydomek na „willę z syreną”.

Przechodzę pod bardzo niskim mostem kolejowym, mostem dla krótkich ludzi i fanów Pogoni Szczecin, o czym świadczą napisy po obu stronach mostu. Łagodnym zboczem idę w kierunku ulicy Narciarskiej, później mijam ulicę Górską. Czuję się, jak na górskim szlaku, jest drogowskaz: Wieża Bismarcka.

Wieża na pierwszy rzut oka jest w dość dobrym stanie, beton i wapień muszlowy mają się dobrze. Fani Pogoni dotarli też tutaj i zapisali na murach wieży nazwę swojego klubu.

Główne uroczystości z okazji setnych urodzin zaczną się o zmroku, wtedy jak za dawnych czasów wieża rozbłyśnie ogniem, takim z reflektorów. Na razie trwają harce na łące przed wieżą, dzieci łapią bańki mydlane, starsi zajęci są konsumpcją. Przechadzam się trochę po pobliskim lesie w którym porozrzucane są części obmurowań wieży oraz orły zwalone z wyższych partii budowli. Festyn zaczyna się rozkręcać.

Miejmy nadzieję, że nowy właściciel wieży przywróci jej dawny blask, niekoniecznie wielbiąc przy tym Bismarcka, lecz przypominając jego postać, historię miejsca i budowli.

Frauenblick. Warthe.

Diesmal, statt Stadtspaziergänge, eine magische Fahrt in Brandenburg

Monika Wrzosek-Müller

Warthe, mein Refugium, Einsiedelei und Domizil

Es war ein Dorf, ein Dorf gelegen zwischen uralten Wäldern, Seen, Wiesen und Feldern. Die Hügel wellten sich über den langen Wasserläufen, die hohen Gräser und Getreideähren wiegten sich im Wind. Alles schien in Bewegung und doch in absoluter Ruhe, die nur von Vogelrufen unterbrochen wurde; da waren die Kraniche, die paarweise stolzierten und oft entsetzlich schrien, auch der Kuckuck tickte wie eine Uhr, zählte die Jahre, die uns blieben, oder die Kinder, die geboren werden sollten, oder noch etwas anderes, einsam spazierten die Störche. Manchmal waren die Vogelkonzerte derart laut, dass man ins Häuschen flüchten musste, um sich unterhalten zu können. Doch die Stille täuschte, denn nachts kamen die Biber und bevölkerten die Seeufer scharenweise, die Wälder um die Ufer der Seen; sie suchten nach geeigneten Bäumen, nagten an dicken Stämmen und fällten einen nach dem anderen. Niemand konnte ihre manchmal verheerende Arbeit stoppen; die Erlen und Espen waren erledigt, jetzt kamen auch Buchen dran, nur die Eichen waren ihnen zu hart, oder schmeckten nicht. Es kamen auch Mäuse und manchmal Waschbären und der Volksmund sprach vom Wolf, der sich immer näher an die menschliche Siedlungen heranwagte, den aber niemand richtig gesehen hatte, nur wage Fotos von ihm existierten. Auch Rehe und Wildschweine sah man immer wieder, oder ihre Spuren; von den Hochsitzen an den Feld- oder Waldrändern konnte man sie gut beobachten, auch abschießen, denn Jägerkunst war allgemein verbreitet. Auf den verschlungenen Pfaden konnte man auch Schlangen sichten, sie sonnten sich an den warmen Plätzen und verschwanden geräuschlos, sobald man näherkam. Zum vollständigen Bild gehörten auch Kühe oder besser Rinder; nicht die schwarz-weißen Milchkühe, die wir aus unserer Kindheit kannten, sondern hochgezüchtete, fleischbewusste, hellbeige Tiere, die auf den Wiesen herumstolzierten oder lagen, mit unzähligen Kälbern.

Ein Dorf, auf halbem Weg zwischen dem sehr schönem alten Städtchen Templin und dem riesigen Schloss Boitzenburg gelegen. Der Weg führte immer wieder in die eine oder andere Richtung, an diesen beiden Punkten musste man vorbei. Sie markierten, bestimmten auch das Leben unmittelbar; weiter weg waren Prenzlau, Zehdenick, Lychen oder Feldberg… Immer lange Abschnitte der Landschaft mit Seen, Wäldern, Feldern, Wiesen dazwischen. In Templin hatte man eingekauft, früher vor der Pandemie die Naturtherme besucht, auch manchmal eine Eisdiele oder ein Café aufgesucht. Nach Boitzenburg fuhr man zum Kuchenessen, oder um um das Schloss oder um die Klosterruine zu wandern, immer gab es einen Rundweg; man startete und ging immer weiter, bis man irgendwann zurück am Start war.

Es war und ist ein Straßendorf, langgestreckt, auf beiden Seiten der graden Straße stehen die eher kleinen Häuser, ohne andere Planung, mit einer Kirche, einer Bäckerei, einer Kneipe. Die Häuser sind noch nicht vollständig mit Berlinern bevölkert, doch in der Kneipe versammelten sich oft die Zugezogenen und die Berliner Radler. Die Bäckerei versorgt auch mit Tageszeitungen; ein für sie wichtiges Geheimnis lüfteten sie erst nach drei Jahren Ansässigkeit: es gibt auch Jäger, die sehr gutes Wildfleisch verkaufen, sowie Bauern, die Eier an die Städter direkt abgeben; da lernte man, was ein Grünling ist und wie wirklich gutes Fleisch schmeckt. Umgeben war das Dorf mit mehreren Siedlungen, Wohnstätten mit ein paar einzelnen Häusern, mitten in der Landschaft gelegen: Luisenfelde, Metzelthin, Egarsee, Stabeshöhe, Bröddin. Am großen Warthesee gibt es viele Bungalows und Ferienanlagen, noch aus DDR-Zeiten, mit jeweils separaten Zugängen, Stegen zum See. Überhaupt war und ist der Tourismus doch eine gewisse Einnahmequelle für die Bevölkerung. Noch drei kleinere Seen liegen um das Dorf herum: kleiner Warthesee, Ratenowsee, Poviestsee; es wurde darauf gerudert und geangelt; es gibt auch einen Anglerverein im Dorf, wo man sich die Erlaubnis fürs Angeln holen konnte.

Das Dorf liegt in einem Gebiet, das vor sehr langer Zeit von verschiedenen Stämmen, sowohl germanischen als auch slawischen, bewohnt war, dann später auch Teil des Heiligen Römischen Reiches wurde, als Markgrafschaft Nordmark, schon früh im 12. Jahrhundert bildete die Region einen kleinen Teil der Mark Brandenburg. Das Dorf wurde zum ersten Mal 1295 in Dokumenten erwähnt, es gehörte zu einem Territorium, das vom Kloster Marienpforte verwaltet wurde. Erst Mitte des 16. Jahrhunderts ging es in den Besitz der Familie von Arnim über, die auf Schloss Boitzenburg lebte und große Ländereien in der Umgebung besaß.

Nach der Wende kam, ein paar Kilometer von Warthe entfernt, Daisy Gräfin von Arnim, die Apfelgräfin, auf das Gut in Lichtenhain zurück und baute das alte Verwalterhaus aus. Es ist ein beliebtes Ausflugsziel, mit einem Café im Garten und Apfelspezialitäten, einem Hofladen mit vielen Apfelprodukten und Mosterei, in der man eigene Äpfel zu Saft verarbeiten lassen kann. Die Wege um das Gutshaus sind mit Apfelbäumen gesäumt und sehen in fast jeder Jahreszeit wunderschön aus.

Die erste Kirche in Warthe wurde höchstwahrscheinlich auf dem Priesterberg errichtet, ungefähr an derselben Stelle wurde später, in den 1840er Jahren, ein Glockenstuhl errichtet, (im Dreißigjährigen Krieg war das Dorf stark verwüstet worden); rundherum existiert ein kleiner Friedhof. Die neue Kirche, (leider ohne Turm) wurde 1825 erbaut, besitzt schöne bunte Glasfenster und eine große Orgel. Neben der Kirche, am Dorfplatz, wurden anlässlich des Sieges im deutsch-französischen Krieg von 1870/71 vier Eichen gepflanzt, drei davon stehen als uralte, große Bäume immer noch und sind Namensgeber für die Kneipe nebenan. Auf dem Dorfplatz neben den Bäumen, der Kirche, der Kneipe steht noch ein Kriegerdenkmal für die im Ersten Weltkrieg gefallenen Warther Soldaten und etwas weiter weg auf einer Blumenwiese befindet sich ein altes kleines Häuschen, die ehemalige Dorfschmiede, die 1995 in eine Heimatstube mit einem kleinen Museum und einer Bibliothek ausgebaut wurde. Auf der gegenüberliegenden Seite der Straße steht verlassen die ehemalige Dorfschule (1998 geschlossen) und wartet auf einen Investor; sie könnte in eine schöne Pension umgebaut werden. Die Freiwillige Feuerwehr war schon in den dreißiger Jahren des 20. Jahrhunderts gegründet worden; das Spritzenhaus befindet sich näher am Großen Warthesee und der Dorfbadestelle. Wenn man sich die Statistikzahlen der Bewohner anschaut, bemerkt man, dass die Bevölkerungszahl immer mehr schrumpfte; eine große Auswanderung in die USA gab es schon in der zweiten Hälfte des 19. Jahrhunderts, doch von den 1875 verzeichneten 619 Einwohnern sind bis heute (2006) 319 übrig geblieben.

Noch eine Tatsache ist erwähnenswert: bis 1945 war Warthe mit einer Bahnstrecke Templin-Fährkrug – Fürstenwerder verbunden, das alte Bahnhofsgebäude steht immer noch, doch der Bahndamm wurde zu einem Fahrradweg umgebaut und erfreut sich großer Beliebtheit. Von öffentlichen Verkehrsmitteln kursiert nur ein Bus nach Templin oder Boitzenburg, doch die Mehrheit der Bewohner bevorzugt das eigene Auto.

Verwaltungstechnisch gehört Warthe seit 1993 dem Landkreis Uckermark zu und seit 2001 zur Gemeinde Boitzenburger Land.

Am schönsten war die Gegend für sie im Herbst; die Laubbäume färbten sich langsam vom satten Grün über mehrere Abstufungen von Gelb über Rot bis zum Braun, bis die Blätter dann langsam, Ende November, ganz verschwanden, was neue Ausblicke ermöglichte. In Sonnenlicht leuchteten die Blätter manchmal golden und die Spinnweben zogen ihre Fäden an den Disteln und hohen Gräsern. Leichte Nebelschwaden zogen über die Feuchtgebiete und Täler, auch manchmal über den See; Pilze konnte man bei etwas Regen und Glück in Unmengen finden; das Land war zum Verlieben still und naturecht.

Chodzenie po Europie i przyszłość Europy (3)

Tabor Regresywny

... i nie tylko

Obawiam się, że konferencja „Przyszłość Europy” może podzielić los Szczytów Klimatycznych i Emigracyjnych. Szczytowali, szczytowali, ale do niczego nie doszli. Pomijam już fakt, że „Magia rejsu Barlovento II” nie zrobiła na organizatorach konferencji żadnego wrażenia. Problem jest poważniejszy.

Organizatorzy konferencji nie zaplanowali bankietu. Bankiet to najważniejsza część konferencji. Referaty i inne wystąpienia to nudy. Jeśli ktoś ma coś do powiedzenia, to robi to w czasie bankietu. Swobodny nastrój, wyśmienite potrawy, przednie trunki więcej wniosły do nauki niż najdłuższe stoły prezydialne czy najwyższe mównice.

W czasie słynnej konferencji Solvaja w 1927 roku w Brukseli Albert Einstein nie wygłosił żadnego referatu, nawet nie chodził na obrady. Naoczny świadek Otto Stern tak opisuje dyskusje Einsteina z Bohrem. „Einstein schodził na śniadanie i wyrażał swoje zastrzeżenia do nowej teorii; za każdym razem przedstawiał jakiś nowy, piękny eksperyment myślowy, z którego wynikało, że teoria jest błędna (…) Pauli i Heisenberg, którzy tam byli, nie zwracali na to większej uwagi. Bohr natomiast starannie rozważał jego argumenty i wieczorem, gdy wszyscy byliśmy razem podczas kolacji, dokładnie wyjaśniał sprawę. To te obrady przy posiłkach przeszły do historii fizyki.

Trzeba pomyśleć o bankiecie w ramach konferencji Przyszłość Europy, bez tego konferencja może być niewypałem. Zdaję sobie sprawę, że zarówno forma konferencji jak i ograniczenia pandemiczne uniemożliwiają zorganizowanie zwykłego bankietu. W zeszłym roku byłem na weselu, które ze względu na pandemię odbywało się na Wiśle w formie sztafety. Jako Tabor Regresywny mógłbym zorganizować bankiet wędrowny w formie sztafety. Właściwie to niech się sam zorganizuje.

Będąc we Wdzydzkim Kącie dostałem zapasy żywności z wyposażenia tratw ratunkowych. Po wyjeździe dowiedziałem się, że ktoś zostawił dla mnie butelkę alkoholu. To jest podstawą, bym poprosił Ewę Marię Slaską, by zgłosiła do Komisji Europejskiej bankiet jako wydarzenie w ramach konferencji. Co niniejszym czynię.

A dalej niech się samo dzieje.

Oby.