Miłość i nauka

Miguel de Cervantes i Rob Davis (ilustrator) wydali w roku 2013 po angielsku powieść graficzną zatytułowaną Don Quixote. W roku 2015 Miguel de Cervantes, Rob Davis i Jan Dinter (tłumacz) wydali ją w Edition Egmont po niemiecku.

Piszę tak, bo tak się ją wszędzie zapisuje. Jakby Rob Davis ściśle współpracował z autorem przy tworzeniu Dzieła, a nie jakby wziął stary tekst i przerobił go po 400 latach na komiks.

O tym nowym Don Kichocie można by powiedzieć, że to ilustrowany bryk, mający ułatwić dziatwie kontakt z czymś, co w wersji oryginalnej jest już niestrawne. I tak też pisało o tym przed kilku laty wielu recenzentów niemieckiej wersji.
Z góry się więc założyło, iż tego dzieła nikt już w dzisiejszych czasach nie będzie czytał bez wsparcia ze strony rysownika, tłumacza czy tekściarza. Sama za nim jako młoda panna nie przepadałam. Ale ponieważ nie lubię komiksu (podobnie jak groteski i karykatury), opracowanie w postaci bryku graficznego też nie wzbudziło mojego zachwytu. Czytałam i się nudziłam. Wydawało mi się, że dostałam do ręki to samo, co u Cervantesa. To samo i tak samo. Nic nowego.

Ciekawe jednak, że recenzenci nie mieli racji, bo wersja Davisa jest jednak tu i ówdzie uwspółcześniona i przekazuje idee, o których się Cervantesowi nie śniło.

Nośnikiem  nowych koncepcji są u Davisa kobiety.

Na stronie 54 pojawia się pasterka kóz Marcela, współczesna… feministka. “Jeżeli mój adorator umarł z miłości do mnie, bo go nie chciałam”, mówi Marcela, “to nie jest to moja wina. To jego wina, to on chciał ode mnie tego, czego mu nie mogłam dać. To nie moja piękność go zabiła, lecz jego pożądliwość. Was też to czeka, bo wcale nie kochacie, tylko chcecie dostać na zawsze moje piękno. Nie chcę was i musicie respektować moje życzenie. Chcę być wolna!” Marcela wydaje mi się tu nowym wcieleniem homerowej Kirke, która, żeby czarować, wcale nie potrzebuje czarodziejskiej rośliny mola. Zamieniłam twoich towarzyszy w świnie? mówi feministyczna Kirke do Odyseusza. Ależ skąd, to oni sami chcieli tylko najeść się i dostać tyle seksu, ile się go uda wydębić od moich dziewek służebnych, sami siebie zamienili w świnie. Ta sama sytuacja powtórzy się w Mistrzu i Małgorzacie, kiedy Małgorzata i jej służąca odlatują na bal, lubieżny sąsiad sam zmienia się w wieprzka…

Kolejną współczesną kobietą jest w tej komiksowej opowieści Altisidora: “Myślałeś, że cię kocham?”, mówi na stronie 280. “Uważałeś, że to możliwe? Nic nie rozumiesz. Jesteś starym, durnym osłem, który nie rozpozna prawdy, nawet jeśli ma ją przed samym nosem. / Nie umarłam. Nikt nie wstaje z grobu! Nic tu nie jest rzeczywiste. Wszystko co się tu, w zamku Księcia i Księżnej, wydarzyło, jest ich małą podłą intrygą. Nie widzisz tego? Niczego się nie nauczyłeś?”

Każdy stary biały mężczyzna wierzy, że młoda piękna kobieta go kocha. Odyseusz też myślał, że Nauzykaa może go pokochać. I od tego czasu nic się nie zmieniło.

Miłość, główny temat opowieści rycerskich, pojawia się też w opowiastce o Kamili. Jej mąż Anzelmo po trzykroć wystawia na próbę miłość żony i wierność przyjaciela, dwa razy na próżno, za trzecim razem… no cóż, cosi fan tutte, wszyscy tak czynią i jest to ta sama opowieść. Jak przystało na renesansową historię, gdy rzecz cała się wydaje, zrozpaczony kochanek popełnia samobójstwo od razu, jego ukochana, niewierna Kamila, idzie najpierw do klasztoru (jak Ofelia – kolejne odniesienie do kolejnego wielkiego dzieła), gdzie i ona się zabije. Anzelmo, który na skutek podejrzeń stracił żonę i przyjaciela, umiera z powodu podwójnie złamanego serca, co współczesny autor skwituje komentarzem: Próbował uczynić z miłości naukę i to go zabiło. “No cóż”, komentuje Dorota, “jest w tym wiele prawdy”.

Bo nauka, pisałam już o tym jakiś czas temu, jest wielka, jeśli jest wizjonerska i kieruje nią miłość do Nieznanego, ale staje się domeną oschłych bakałarzy, gdy drobiazgowo udowadnia coś, czego udowadniać wcale nie trzeba. Umysł wolny myśl wolną ubezpieczający polata nad wodami i trudno mu ograniczyć swe wizje pytaniem: a na której to stronie było to, co sobie jak Homer pomyślałaś? Na 129 odpowiadam i już nie chce mi się myśleć. Jest 6 rano. Dobranoc.

A to zdjęcie robota, wykonane przez dzieci z pewnego berlińskiego przedszkola. Wydaje mi się, że ten robot bardzo by przypominał Rycerza o Smętnym Obliczu, gdyby tylko miał oblicze.

Captions, please

Ewa Maria Slaska

Oglądaliście na Netflixie Anne with E? Jeśli tak, to chciałam zapytać, czy rozpoznaliście, co w pierwszym odcinku (39 minuta) Ania opowiada Maryli o swoim pochodzeniu?

… lebte vor nicht allzulange Zeit ein Gentelman, einer mit einer Lanze und einem alten Schutzschild auf einem Regal. Er hält sich einen dünnen Gaul und einen Windhund. / W pewnym kraju daleko, daleko stąd, którego nazwy nie chce mi się nawet pamiętać, żył nie tak znowu dawno temu pewien szlachcic, z tych, co to posiadają lancę i tarczę w szafie, a trzymają chudą szkapę i takiegoż ogara.

No tak, może nie rozpoznajecie, bo to przekład z hiszpańskiego na angielski, z angielskiego na niemiecki, z niemieckiego (w moim wykonaniu) na polski, a na każdym etapie coś się przecież gubi – lost in translation, wiemy… przypomnę nam więc:

W pewnej miejscowości (…), której nazwy nie mam ochoty sobie przypominać, żył niedawno temu pewien szlachcic, z tych, co to mają kopię w tulei, starodawną tarczę, chudą szkapę i gończego charta.

Tak to jest w tłumaczeniu Anny i Ludwika Czernych, na stronie 35. W następnym zdaniu pojawi się jeszcze garnek bigosu czyli dawnej potrawy z resztek, zwanej po hiszpańsku olla porida, tego jednak Maryla już od Ani nie usłyszała, bo oburzona kazała jej przerwać.

W tłumaczeniu Woroszylskiego to zdanie nie pojawi się wcale, w przekładzie Charchalisa brzmi zaś tak:

W pewnej wiosce (…), której nazwy nie mam ochoty sobie przypomnieć, nie tak dawno żył szlachcic z tych, co to mają wiszącą na kołku kopię, starą tarczę, suchą chabetę i łownego charta.

Olla porida zostanie u Charchalisa zastąpiona gotowanym mięsem…

Jest to jedno z najsłynniejszych zdań na świecie.

Nie wiem, czy Maryla je rozpoznaje, czy tylko wie, że Ania znowu coś wymyśla. Znają się wprawdzie dopiero od poprzedniego wieczoru, ale dziewczynka dała się już poznać jako egzaltowana gaduła. Nieważne jednak, czy filmowa Maryla wie, że panna cytuje Cervantesa, ważne, że autorka scenariusza uznała, iż  spokojnie może użyć tego cytatu. Tym, co wiedzą, ten szczegół pozwoli się uśmiechnąć porozumiewawczo do innych, którzy też to zdanie rozpoznali, tym zaś, którzy go nie znali lub nie chciało im się pamiętać, nie utrudni ono odbioru. I tak każdy widz wie już (a być może od dawien dawna), że rudowłosy podlotek opowiada, co mu tylko ślina na język przyniesie.

To jest właśnie taka sytuacja, o jakiej pisałam niedawno we wpisie o Przyłbicy Mambrina. Tylko tam jeszcze zakładałam pewną wspólnotę wiedzy autora, tłumacza, wydawcy i czytelnika, tu zaś przeciwnie – sądzę, że mało kto rozpozna tę kwestię zwłaszcza zniekształconą wielokrotnym tłumaczeniem, zakładam wręcz, że należy ona do gatunku zabaw, jakie filmowcy chętnie serwują widzom – nie oglądając się na to, czy widz rozpoznaje to, co dostał, czy nie – zabawa w cytaty bez podania źródła. Wiesz, człowieku, twój zysk, nie wiesz, twoja strata, ale skoro nie wiesz, że nie wiesz, to nie wiesz też, że coś straciłeś. W zabawie w cytaty filmowe mistrzem jest oczywiście Tarantino, ale takie zabawy znają i muzycy, i pisarze, i dziennikarze. Cytat bez podania tzw. caption, czyli źródła, uważany jest za jedną z cech postmodernizmu, ale reguły znane były wcale nie od dziś, czego dowodem jest chociażby przyłbica Mambrina w Scenach z życia cyganerii. Najsłynniejszym polskim fragmentem literackim tego rodzaju jest scena, gdy Winicjusz widzi po raz pierwszy Ligię i mówi do niej słowami, które Odyseusz skierował do Nauzykaai. Wzrusza go, że dziewczyna mu odpowiada słowami feackiej księżniczki. Winicjusz, Petroniusz, któremu Winicjusz to opowiada, Ligia i jej wychowawcy, ale też Sienkiewicz i jego czytelnicy – wszyscy wiedzą, że chodzi o cytat z księgi VI Odysei, której autorem był Homer. Wszyscy wiedzą to tak dalece, że obciachem by było mówienie o tym. Tak jak obciachem by było powiedzenie teraz, że Ligia i Winicjusz to bohaterowie Quo vadis, a autorem Quo vadis jest Henryk Sienkiewicz. Wszystko zależy zresztą od tego, jak znane jest w danym momencie cytowane dzieło. Bo to się oczywiście zmienia. Za moich młodych lat cytowało się w rozmowie nie tylko często gęsto Balladynę, Pana Tadeusza, Trylogię i Chłopów, ale też na przykład Bolesława Chrobrego Antoniego Gołubiewa, i nie mieliśmy problemów z rozpoznaniem takich zdań jak szła pąć czy Puchała, stary chrzan. Teraz by to już było niemożliwe.

U nas “w cytaty” bawiła się cała rodzina i to przez kilka pokoleń, dopiero teraz ta rodzinna zabawa przestała bawić. Dodam zresztą dla porządku, że mojej siostry na bawiła nigdy :-), co szkoda, bo nie mam się z kim bawić.

To fantastyczne zdjęcie zostało zatytułowane: Captions, please.

Do niedawna uważało się, że na tym właśnie polega różnica między naukowcem, a wolnym duchem artystycznym – naukowiec musiał podawać źródła, na których się opierał, duch zaś mógł sobie swobodnie polatywać nad wodami, pisać, co chce, cytować, co chce i jak chce, i nic mu nie można było zrobić, oczywiście pod warunkiem, że każdy wiedział, iż to jednak są cytaty, nawet jeśli nie odróżniały się cudzysłowem lub kursywą, i że autor nie udawał, iż to tekst własny. No bo wtedy to był plagiat, a to już całkiem inna historia.

Ostatnio jednak zmienił się stosunek i do cytatu, i do plagiatu. Walter Kempowski kilkanaście lat temu atakowany o kradzież tekstów, gęsto się musiał tłumaczyć, różnym naukowcom odebrano tytuły naukowe, bo apka do wykrywania plagiatów udowodniła, że kradli czyjeś i nie przyznawali się, że kradli. Bo w nauce jest tak, że jak napiszesz, że to cytat, to korzystasz ze źródeł, a jak nie napiszesz – toś złodziej. Naukowiec musi korzystać z czyichś tekstów, bez obcych tekstów nie ma nauki. Prawdziwa praca naukowa, jak twierdzono za moich młodych lat, to 95% cytatów i 5% myśli własnej.

Tymczasem, gdy dziesięć lat temu zarzucono Helene Hegemann, autorce “skandalicznej” książki Axolotl Roadkill, że pełnymi garściami korzystała z cudzych wpisów na Facebooku, młoda kobieta tylko wzruszyła ramionami i powiedziała, że żyjemy w epoce copy & paste i nie warto tym sobie głowy zawracać. To zresztą jest zjawisko w kulturze bardzo dobrze znane. Cyrulik sewilski i Wesele Figara to tylko dwa przykłady z niezliczonych, świadczących o tym, że przez stulecia prawo do opowieści należało do tego, kto opowiadał i nikt nie zaprzątał sobie głowy problemami autorstwa. Można być może powiedzieć (ale nie wiem, nie znam się na tym), że nauka była pierwszą przestrzenią ludzkiej działalności, gdzie autorstwo okazało się ważne, a autor miał prawo domagać się, by o nim “na zawsze” pamiętano, bo czymże jest owa słynna caption, jak nie obowiązkiem pamiętania. Cervantes mógł sobie pisać, że nie ma ochoty pamiętać, jak nazywa się owa wioska w Manchy, z której wywodził się Don Kichot. Naukowiec tak nie może, a nauka jest być może ostatnim bastionem, gdzie trzeba się tego obowiązku trzymać.

Ale może już nie. Nieżyjący już niestety autor świetnych, publikowanych tu niekiedy, ironicznych wierszyków, a kuzyn mój, Jan Kozłowski, doktor nauk historycznych, napisał był kiedyś esej o drogach i bezdrożach, którymi podążają naukowcy i błędni rycerze nauki, i użył w tych rozważaniach przepięknego zdania, że (niestety) nauka “przykuła się jak Prometeusz” do skały udowodnionego faktu/ zacytowanego źródła i że mogło się to było rozwinąć inaczej.

Zasadniczo opowiadam sią za postmodernistyczną swobodą w traktowaniu cytatu – znalazłam ostatnio na FB taki tekst, który zaczynał się mądrym zdaniem, a autor napisał w nawiasie: (chyba Konwicki). Jednak tu i teraz, dla przyjemności cytowania z podaniem źródła, zacytuję dwa przykłady tego, jak radzi sobie z brakującym źródłem cytatów duch piękny i wolny:

Mitte des 17. Jahrhunderts soll im englischen Parlament ernsthaft diskutiert worden sein, die Archive des Tower of London zu verbrennen, “um jedes Gedächtnis an die Vergangenheit auszulöschen und die Lebensführung ganz von Neuem zu beginnen”, wie Jorge Louis Borges eine Stelle bei Samuel Johnson zitiert, die es mir nicht wiederzufinden gelingt.

W połowie XVII wieku miała się podobno odbyć w parlamencie angielskim całkiem serio potraktowana debata, czy by nie należało spalić wszystkich archiwów z Tower of London, “aby usunąć wszelką pamięć o przeszłości i zacząć życie całkowicie od nowa”, tak przynajmniej twierdzi Jorge Louis Borges, cytując Samuela Johnsona, czego jednak nigdy nie udało mi się odnaleźć (tłum. EMS).

Judith Schalansky, Verzeichnis einiger Verluste, Suhrkamp, wyd. I. Berlin 2018, s. 18-19.

La jeunesse, c’est béte; ce n‘est fait que pour être regrettè, powiedział nie pamiętam kto, nie pamiętam gdzie i nie pamiętam czy dokładnie tak samo. (Młodość jest głupia, nic tylko jej pożałować – tłum. Google Translator)

Tadeusz Boy-Żeleński, Przedmowa w: Henryk Murger, Sceny z życia cyganerii, Spółdzielnia Wydawnicza „Wiedza”, Warszawa 1948, s. 10

🙂

Memy

Kol Nze

Ciekawy wiersz. Wzbudził we mnie ochotę do napisania o genezie “memów” i memetyce. Jeśli się o niej wie, wiersz nabiera nowego sensu, a poza tym to bardzo ciekawa, obiecująca teoria naukowa.

Mem w oryginalnym znaczeniu (to słowo wymyślił Richard Dawkins – znany ateista i propagator teorii ewolucji) oznacza “jednostkę informacji kulturowej” – coś bardzo analogicznego do genu, tyle że geny przekazują informację poprzez reprodukcję organizmów (informacja biologiczna), a memy są ideami, które są przechowywane w ludzkiej pamięci, i rozmnażają się z mózgu na mózg (informacja kulturowa, mentalna) przez naśladownictwo – ktoś coś zrobi, powie lub napisze, a ktoś inny tę informację odbierze i tym samym zapisze mu się ona w głowie.

Memem może być bardzo wiele rzeczy – gest, słowo, ideologia polityczna, żart, rodzinna anegdota, jakaś moda, melodia, rytuał, symbol dowolnego rodzaju. Humorystyczny mem internetowy (czyli to, z czym kojarzymy to słowo) to tylko jeden z możliwych rodzajów memu.

Czyli “memy” w pierwotnym sensie to rzeczywiście wszystko, co po sobie zostawimy. Nasze ciało przeminie, a nasze przedmioty mogą przetrwać, ale co nam z tego, jeśli nikt nie będzie wiedział, że były nasze? Musi pozostać informacja memetyczna – wspomnienia, zapiski (ale jeśli nikt nie będzie ich czytał, nie będą się powielały i z czasem też obumrą). Poza tym, możemy zostawić ślady bardziej bezosobowe, ale jeszcze trwalsze – na przykład udzielać się w jakiejś dziedzinie naukowej i stworzyć nową wiedzę, która będzie służyć następnym pokoleniom. Wiele osób chce zostawić po sobie potomstwo – ślad genetyczny, ale można również “przedłużyć swoje życie” zostawiając po sobie trwałe memy. 🙂

Po co jednak wprowadzono pojęcie “memu”, skoro obejmuje ono taki szeroki wachlarz zjawisk? Dawkins zauważył coś zaskakującego – stwierdził, że wszystkie powyższe rzeczy podlegają darwinowskiemu doborowi naturalnemu – temu samemu mechanizmowi, któremu podlegają żywe organizmy! Dana informacja może mieć cechy, które bardziej lub mniej sprzyjają naszemu dzieleniu się nią – prosty przykład: przeczytam przepis na tartę, który brzmi zachęcająco, a gdy po wykonaniu tarta okaże się pyszna, chętnie podzielę się tym przepisem z bliskimi. Mem, którym był przepis na tą konkretną tartę, posiadał cechę sprzyjającą jego powielaniu – cechą było to, że tarta jest smaczna. Gdyby tarta mi nie smakowała, pewnie nie przekazywałbym przepisu dalej.

Widzimy więc, że memy posiadają pewne cechy niezbędne do zaistnienia procesu doboru naturalnego. Memy powielają się tak jak geny (z tą różnicą, że nasze geny otrzymuje tylko nasze potomstwo, a memami możemy “zarazić” każdego), są różnorodne (może istnieć wiele różnych przepisów na różne rodzaje tart) jak geny, dochodzi między nimi również do pewnego rodzaju “rywalizacji” – tak jak z genami. Rywalizacja polega na tym, że lepsze przepisy na tartę z czasem powinny się stawać coraz bardziej popularne, gorsze – coraz mniej. Z czasem mogą się pojawić jeszcze lepsze przepisy, na przykład uwzględniające jakiś dodatkowy składnik, o którym dawnym kucharzom się nie śniło – wtedy przepisy nie uwzględniające go, dotychczas uznawane za najlepsze, utracą swój blask i zostaną stopniowo zapomniane.

Oczywiście na potrzeby przykładu bardzo uprościłem tarcianą rzeczywistość. Dobrze wiemy, że powodów do zapamiętywania i “rozmnażania się” przepisu może być znacznie więcej, niż same walory smakowe. Jakiś przepis może mieć dla nas wartość sentymentalną (“Babcia zawsze tak to przyrządzała”), inny może być sygnowany przez eksperta z danej dziedziny (“Tarta Fondibou-Lerette Basée autorstwa Magdy Gésslér”) i tak dalej… Te niuanse wcale nie przeczą regułom doboru naturalnego – wręcz przeciwnie. W końcu ewolucja biologiczna też zaskakuje swoim zniuansowaniem i bogactwem cech sprzyjających przetrwaniu.

Nawet jeśli zgadzamy się w tymi wnioskami, wciąż możemy czuć jakiś zgrzyt w tej osobliwej analogii. Ewolucję biologiczną – w przeciwieństwie do kulturowej – postrzegamy jako proces “ślepy”, który nie dzieje się świadomie, a jest zaledwie efektem obowiązujących warunków. Rozumiemy na przykład, że drzewa nie podejmują decyzji o wzrastaniu w górę, bo uznały, że opłaca im się przewyższyć swoich sąsiadów-konkurentów w lesie, by zapewnić sobie więcej światła słonecznego. Drzewa nie są aż tak mądre. Po prostu te osobniki, których geny powodują wzrost wyższy od przeciętnego (na przykład na skutek losowej mutacji we fragmencie genomu, który odpowiada za tę cechę), przebiją się ponad resztę drzew, zdobędą więcej energii słonecznej, która pozwoli im wyprodukować więcej nasion i w następnym pokoleniu drzewa wysokie będą już stanowić większy procent całej populacji lasu. W ten sam sposób ewoluują wszelkie inne cechy sprzyjające przetrwaniu organizmów (a właściwie ich DNA) – nie dlatego że organizm je “wymyśla”, lecz dlatego że losowe mutacje połączone z ciągłym zachodzeniem reprodukcji i konkurencją powodują przetrwanie “najlepszych” – osobników z najkorzystniejszymi mutacjami DNA. My – obecni zwycięzcy tej trwającej od miliardów lat rywalizacji – jesteśmy mutantami, zmutowanymi z mutantów, zmutowanych z jeszcze wcześniejszych mutantów.

Ale ewolucja memetyczna jest inna, prawda? W końcu nie wydaje się taka ślepa. Przepisy na tartę nie stają się lepsze dlatego, że przy ich powielaniu czasem przydarzy się nam literówka albo przejęzyczenie, które prowadzi do niespodziewanego ulepszenia przepisu. Być może kiedyś gdzieś tak się zdarzyło, ale generalnie przepisy stają się lepsze, bo ulepszają je ludzie – świadomie. Testują, co do siebie pasuje, i wyciągają wnioski. Nasz udział w “mutowaniu” memów nie zmienia jednak tego, że konkurują one między sobą i się “rozmnażają” – dobór naturalny wciąż tu zachodzi.

Te zmutowane przez nas memy, gdy przedostaną się do cudzego umysłu, muszą poruszyć w człowieku jakieś “struny” (jego emocje, potrzeby, nawyki), które sprowokują go do dalszego przekazania informacji. Jeśli tego nie zrobią, to informacja przepadnie, a jeśli zrobią – stanie się popularniejsza. Możemy uogólnić nasz wcześniejszy wniosek o tartach: w miarę upływu czasu memy wędrujące między umysłami powinny stawać się coraz skuteczniejsze w sztuce zmuszania nas do ich powielania.

To oznacza, że wygrywają te memy, które najskuteczniej potrafią wykorzystać nas do swojego rozrodu – choć niekoniecznie są dla nas najkorzystniejsze. Ewolucja memetyczna jest ślepa na nasze potrzeby – znów analogicznie do ewolucji genetycznej, gdzie ostają się te wersje DNA, które najlepiej spisały się w zadaniu rozmnażania, nawet kosztem szczęścia swoich nosicieli. Po stronie memetyki mamy zaś “memy-pasożyty” – twory, które nie przynoszą żadnego pożytku swoim nosicielom, a mimo to nie przestają być powielane. Możemy dzięki temu zrozumieć, czemu niektóre memy trwają, nawet jeśli wszystkim szkodzą. Szkodliwe memy mogą wcale nie znikać z informacyjnego obiegu – tak długo jak poruszają w nas struny, które zapewniają, że przekażemy je dalej.

Perspektywa memetyczna jest wprost odwrotna do naszego codziennego sposobu patrzenia na świat. Zwykle uznajemy siebie – ludzi – za podmioty, które tworzą, kształtują, manipulują przedmiotami – ideami. W memetyce jest na odwrót – to idee są w pewnym sensie podmiotem, siłą sprawczą. Idee są informacją, która mutuje i mnoży się, a ludzi “postrzega” jako przedmioty – “maszyny replikujące” (ją). Oczywiście memy nie mają żadnej świadomości ani mózgu – jednak dzięki doborowi naturalnemu wciąż się rozwijają i mogą sprawiać takie wrażenie, tak samo jak ślepa ewolucja gatunków (np. zwiększanie się wysokości drzew) sprawia wrażenie inteligentnego działania.

Analizując zjawiska z takiej perspektywy, można dochodzić do nietypowych, oryginalnych wniosków i odkryć – np. w badaniach socjologicznych. Kiedyś myślano nawet, że z czasem memetyka stanie się osobną, rozbudowaną dziedziną nauki. Na razie, mimo wielu prac naukowych z jej udziałem i na jej temat, daleko nam do tego. Być może zmianę przyniesie dalszy rozwój technologiczny – coraz wydajniejsze komputery i rozwój kognitywistyki (psychologii, neurobiologii, sztucznej inteligencji…) umożliwią nam modelowanie ewolucji memów, tak jak dzisiaj możemy już modelować ewolucję organizmów.


PS od adminki, czyli staroświecki dodatek do memetyki:

Wir ergreifen keine Idee, sondern die / Idee ergreift uns und knetet uns und peitscht uns in die Arena hinein, dass / wir wie gezwungene Gladiatoren für sie kämpfen.

Nie wspieramy idei, to ona /nas wybiera, nas formuje i biczem zapędza na arenę /gdzie musimy o nią walczyć jak gladiatorzy.

Heinrich Heine

Prowincjonalne Theatrum Mundi 6

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1988 roku. Trwają Miejskie Spotkania Teatralne, w których uczestniczą, jak co roku, uczniowie jedynego w mieście wojewódzkim liceum. Wśród nich szczególnie wyróżniają się słuchacze klasy humanistycznej. Wszak już na pierwszej lekcji języka polskiego, którą odbyli w murach tej szkoły, nauczycielka wmówiła im, że mają być elitą intelektualną swego miasta. A oni wzięli sobie te słowa głęboko do serca. Wielu z nich rozwija artystyczne ambicje. Do tego stopnia, że – może trochę na wyrost – kreują się na artystyczną bohemę swojego prowincjonalnego miasteczka.

Jak co roku repertuar Spotkań prezentuje się bardzo różnorodnie. Wśród zaproszonych zespołów teatralnych są zarówno przedstawiciele znanych scen warszawskich i krakowskich, jak też teatry prowincjonalne. Jedyne ograniczenie to niewielka i niedoposażona technicznie scena tutejszego domu kultury: nie posiadająca zapadni, nie dysponująca wystarczającą liczbą garderób i pomieszczeń technicznych. Trudno przeto wyobrazić sobie na deskach domu kultury monumentalne przedstawienie z kilkudziesięcioosobową obsadą czy z dużymi obrotowymi dekoracjami. Ale i tak, mimo ograniczeń, repertuar corocznych spotkań teatralnych daje mieszkańcom miasteczka możliwość obcowania z Wielką Sztuką, pozwala im zetknąć się ze znanymi w całym kraju artystami sceny.

W tym roku szczególne emocje wzbudza, oczekiwane niecierpliwie, przedstawienie warszawskiego Teatru Ochoty – zarówno ze względu na spektakl, jak i na jego obsadę. Ale także i sam teatr jest źródłem ekscytacji!

Teatr, założony na warszawskiej Ochocie przez Jana i Halinę Machulskich, to z jednej strony scena pod każdym względem profesjonalna, zaś z drugiej – przedsięwzięcie, można powiedzieć, rodzinne i spełniające specyficzną rolę. Małżeństwo Machulskich oddaje się bowiem pracy społecznej, propagując teatr poprzez prowadzenie ogniska teatralnego dla dzieci i organizowanie warsztatów artystycznych dla młodych talentów. Wielu późniejszych aktorów tej sceny to wychowankowie tych warsztatów. Niektórzy z nich nie ukończą nawet studiów aktorskich, zaś dla innych to właśnie ognisko artystyczne Państwa Machulskich będzie wstępem do nauki w profesjonalnych szkołach teatralnych.

Przedstawienie, którym Teatr Ochoty zaprezentuje się na Miejskich Spotkaniach Teatralnych, nie należy do łatwych ani przyjemnych. To adaptacja opowiadania Michaiła Bułhakowa zatytułowanego «Morfina»: opowieść o zmaganiach młodego, uzależnionego od narkotyków człowieka – morfinisty – jak nazywano ludzi dotkniętych tym nałogiem w epoce Bułhakowa. Smutna historia bez happy endu.

Niezależnie jednak od mrocznej i przygnębiającej tematyki mieszkańców prowincjonalnego miasteczka elektryzuje obsada spektaklu. Na scenie domu kultury pojawi się bowiem, miedzy innymi, sam dyrektor teatru: Jan Machulski. Nasza licealna młodzież zna go już z wielkiego ekranu, ze wspaniałej roli gangstera Kwinty, którą stworzył w filmach wyreżyserowanych przez swego syna: «Vabank» oraz «Vabank 2 czyli Riposta». W ponurych latach osiemdziesiątych to tytuły, które elektryzują publiczność w całym kraju.

Kolejnym artrystą, który gra w przedstawieniu, jest Zygmunt Kęstowicz. Nasi dzielni humaniści są już cokolwiek «za duzi», by oglądać programy dziecięce, mają przecież ambicję na sztukę przez wielkie «S». Jednak, choć głośno się do tego nie przyznają, w każdy piątek niemal wszyscy z nich zasiadają przed ekranem telewizora, by oglądać «Piątek z Pankracym». Dla nich Pan Zygmunt jest osobą bardzo bliską, niemalże domownikiem, którego spotyka się regularnie.

I wreszcie artystą, odgrywającym rolę głównego bohatera spektaklu – zniewolonego nałogiem Polakowa – jest, wówczas trzydziestokilkuletni i bardzo sławny, Tomasz Mędrzak. Dla młodzieży Anno Domini 1988, to ktoś, kogo trzy dekady później można byłoby określić mianem «idola». Dzielny Staś Tarkowski z ekranizacji «W pustyni i w puszczy», później także reporter «Świata Młodych». Któż z naszych licealistów nie czytał wtedy tej gazety! Jeśli nie od deski do deski, to przynajmniej zamieszczany na ostatniej stronie komiks w odcinkach o przygodach Tytusa, Romka i A’Tomka. No i oczywiście reportaże Stasia, czyli pana Tomka Mędrzaka.

Nieodłącznym elementem spotkań teatralnych jest możliwość rozmowy z artystami bezpośrednio po przedstawieniu. Każdego wieczoru, po skończonym spektaklu, publicznosć i twórcy udają się do jednej z sal domu kultury na spotkanie, kiedy pojawia się możliwość zadawania pytań, czy dyskusji na temat wystawionej sztuki. Są to rozmowy, które ciągna się długo, a są przy tym nieraz bardzo żywiołowe. Zdarza sie często, że twórcy przedstawienia muszą wysłuchać krytycznych uwag. A co, publiczność prowincjonalna też umie być wymagająca! I jeśli trzeba, potrafi skrytykować: a to grę aktorską, a to scenografię, oświetlenie czy opracowanie muzyczne. Niejeden już raz dostało się różnym artystom od naszej małomiasteczkowej publiki!

Uczniowie klasy humanistycznej oczekują więc niecierpliwie nie tylko samego przedstawienia, ale także spotkania po jego zakończeniu. W tyle głowy każdy piastuje pytanie: jacy są naprawdę ci nasi, znani z ekranu, artyści? To ludzie przystępni, czy też może rozkapryszone gwiazdy? Czy Jan Machulski jest tak samo błyskotliwy i dowcipny, jak kreowany przez niego Kwinto? Czy Pan Zygmunt Kęstowicz jest równie serdeczny i zawsze uśmiechniety, jak grany przez niego opiekun psa Pankracego? No i oczywiście dziewczyny zastanawiają się, czy Pan Tomasz Mędrzak, po zdjęciu kostiumu i zmyciu charakteryzacji, jest takim samym przystojniakiem jak na ekranie?

Dość powiedzieć, że «Przystojniak» swoją rolę zagrał fenomenalnie. Odtwarzany przez niego głód narkotykowy, z towarzyszącym mu bólem fizycznym, były bardzo sugestywne. Na spotkaniu zadano mu pytanie, jak przygotowywał się do tej roli i jak udało mu się tak realistycznie oddać przeżycia człowieka uzależnionego. Pan Tomasz bardzo szczerze opowiedział o chorobie wrzodowej żołądka, z którą zmaga się od lat, o atakach bólu, które pomogly mu zrozumieć – choćby w przybliżeniu – cierpienia narkomana pozbawionego morfiny.

To wyznanie młodego aktora uświadamia naszym licealistom, że za każdą twarzą, znaną im z celuloidowej taśmy czy rozkładówki młodzieżowego pisma, kryje się człowiek z krwi i kości, dzieje się jakaś utajona ludzka historia.

Tematyka przedstawienia nie nastraja do zbyt luźnej i niezobowiazującej atmosfery podczas spotkania. Ale wszystko zmienia się, gdy oficjalna część dobiega końca i każdy może podejść do aktorów, by zamienić z nimi parę słow, lub poprosić o autograf. Ci, którym trema nie pozwalała zadać pytania publicznie, mogą to teraz uczynić w cztery oczy.

Pan Jan widząc, że otacza go chmara nastolatków i podlotków, uśmiecha się radośnie. Zaś błysk, który widać w jego oku, nie pozostawia żadnych wątpliwości: to człowiek, który kocha młodzież, a praca z nią jest jego prawdziwym powołaniem. Wiele lat później przyjaciel piszącego te słowa, aktor i absolwent łodzkiej «filmówki», student rocznika, którego opiekunem był Jan Machulski, potwierdzi to wrażenie autora.

Pan Tomasz również tryska serdecznością i nierażącym, niezmanierowanym luzem. Nie unika odpowiedzi na pytania o rolę Stasia, choć przecież zagrał ją wiele lat temu jako nastolatek, aktor jeszcze nieprofesjonalny. Choć ta rola trochę go zaszufladkowała na wiele późniejszych lat i miałby prawo unikać tego tematu, to jednak odpowiada na wszystkie pytania. Zdaje sobie przecież sprawę z faktu, że – chcąc nie chcąc – Staś Tarkowski i Tomasz Mędrzak bedą przez wiele dziesięcioleci stanowić nierozłączną parę.

Pan Zygmunt z kolei sam zbliża się do grupki onieśmielonej nieco młodzieży, wśród której znajduje się akurat piszący te słowa. Podchodzi z tym samym, co na ekranie, serdecznym i ciepłym uśmiechem. Zagaja rozmowę:
– Czy wiecie, że ja pierwszy raz byłem w waszym mieście w 1947 roku, z przedstawieniem teatru Ludowego Wojska Polskiego, w którym zaczynałem jako aktor?

Po czym rozpoczyna barwną opowieść o tym, jak zapamiętał nasze miasteczko z lat powojennych. Zadziwia nas jego fenomenalna pamięć, wszak jako aktor grający przedstawienia wyjazdowe, musiał takich – podobnych do naszego – miasteczek, przemierzyć setki w całym kraju! Ale daje się wyraźnie wyczuć, że to nie tylko efekt dobrej pamięci tego niezwykle miłego człowieka. To przede wszystkich otwartość, życzliwość wobec spotykanych ludzi i ciekawość świata.

Kiedy spotkanie z artystami dobiega końca, jest tak późno, że w domu kultury zostaje już tylko sprzątaczka, myjąca korytarze przed kolejnym dniem spotkań teatralnych. Z budynku wychodzą więc razem, jedynym pozostawionym jeszcze otwartym wyjściem, artyści i publiczność. Na widok pani myjącej podłogę, Pan Zygmunt podbiega do niej i szarmancko całuje ją w obie dłonie.

Pani protestuje:
– Nie trzeba, mam mokre ręce, dopiero co wyżymałam ścierkę!
– Nic nie szkodzi – odpowiada Pan Zygmunt – w imieniu całej ekipy chciałem podziękować za wspaniałe przyjęcie w waszym domu kultury. I życzę Pani dobrej nocy!

Jakże piękna to była lekcja kultury osobistej dla naszych licealistów w wykonaniu aktora «starej daty», który potrafił okazać szacunek wobec każdego. Stara, dobra, wileńska szkoła!

*

W chwili gdy autor pisze te słowa, nie ma już wśród nas Jana Machulskiego. Pozostały jego wspaniałe role, ale także wiele roczników polskich aktorów, którzy mieli szczęście spotkać go jako pedagoga: czy to w łódzkiej filmówce, czy też w studium przy teatrze Ochoty.

Pan Tomasz Mędrzak, po sukcesach filmu «W pustyni i w puszczy» oraz serialu «Dom», zniknął z małego i wielkiego ekranu. Ale oddał się z całą pasją pracy teatralnej. Nie tylko przez jakiś czas dyrektorował Teatrowi Ochoty, ale wciąż reżyseruje w nim wiele przedstawień: od lat wierny swojemu teatralnemu matecznikowi, stara się jak najlepiej kontynuować dzieło państwa Machulskich.

Na grobie Pana Zygmunta Kęstowicza na warszawskich Powązkach wyryto napis: «Kawaler Orderu Uśmiechu. Przyjaciel dzieci. Założyciel ośrodka Dać Szansę w Białymstoku, dla dzieci upośledzonych umysłowo».
Jego wielkie role – filmowe, serialowe i teatralne – pozostaną na zawsze w pamięci widzów. Ale ci, którzy pielęgnują pamięć o nim, postanowili na jego epitafium uwiecznić inne dokonania, zapewne dla niego samego o wiele ważniejsze, niż aktorska sława.

Piszący te słowa, spotkawszy go przed laty podczas bardzo krótkiej, ale serdecznej rozmowy z młodymi ludźmi, może tylko dać świadectwo – a świadectwo jego jest prawdziwe – że był to Wspaniały Człowiek. Przyjaciel dzieci. Przyjaciel ludzi.

In Pursuit of Happiness

Uwaga polscy Czytelnicy Sąsiadów. Tak, dziś, podobnie jak tydzień temu, sąsiedzi mają kwarantannę, ale wrócą :-). Też zresztą szukają szczęścia.

Marta J. Łysik
University of Wroclaw

or: Escape, Change, and Return in Contemporary Academic Novels, Or Why I Read Campus Novels, But Possibly Shouldn’t

Long ago I decided to make a life in higher education. I imagined that it would provide a good and ethical way of living, a consistently interesting work life, and a modicum of happiness. I enjoyed teaching and have been doing it for twenty years now, since I was sixteen. One of my top five strengths according to the Gallup Strengths Center is that I am a learner and have to teach myself new things all the time. I enjoy the life of the mind and the mentoring aspect of being a teacher since it capitalizes on another strength of mine, namely connectedness. To me the profession has all the responsibility and status I want in life. I can still be safely introverted in between teaching, conferences, and meetings. The extroverted moments help me appreciate the introverted ones. I need the two alternatives to keep me on my toes all the time, since humdrum dulls my wits. None of the lucrative or 9-to-5 jobs appeals to me.

Most of my life, I have read academic novels to reinforce my decision to make an academic life for myself, but what did I discover? All sorts of things that qualified and dampened what I realize now were my own naïve expectations. Since I am an introvert, a learner, and a reader, I resort to books to find out about reality, but my findings are often disturbing, sometimes disillusioning, sometimes in jarring conflict with real life. Perhaps I have read too many academic novels. How come in the institution that promotes the life of the mind, petty concerns are in the foreground? As I progressed in my academic life (I have worked in German, American, and Polish academe), I encountered many disillusioning facts. And reading academic fiction confirmed my discovery: that the academic life is more like other lives than I expected—and hoped—it was going to be. That it consists of people, their issues, and insecurities, just like everywhere else I worked. That people can be gratuitously cruel. That there is no justice in human outcomes here, either. That the work is hard, sometimes repetitive, and occasionally not very interesting (the administrative tasks I am required to do suck out all of my creative juices). That academics are under stress a lot of the time, that they face frustration, that, in short, the outcome of taking a Ph.D. is not a guaranteed “happy ending.”

I learned to find some satisfactions outside of academia. Yes, there are occasional moments of grace coming from interaction with colleagues and students, and thrills stemming from teaching and research, but I feel that to base one’s sense of happiness on those fickle moments is not particularly wise. Reading helps, but perhaps one should limit the number of academic novels since—unfortunately—so few of them help me affirm the value of an academic career or promise me the happiness for which I chose it.

What is the valid reason for becoming an academic, I wonder? Certain talents and interests? And is there a space for happiness in that line of work? A job description could briefly state: teaching, research, and administration. How paper-pushing could ever be a source of joy is a mystery to me, but the remaining two could potentially provide a healthy mixture of sociability and solitude. What answer does literature have to offer to this question, i.e. does academic life make people happy? Or perhaps you already have to be happy when you enter academe? Of all the campus and academic novels I have read, not many were of an optimistic disposition, or depicted a happy academic life. What is wrong? Is it because life in general is tough regardless of one’s career, or is it the university setting and its protagonists that guarantee misery until retirement? I do not think that the academic setting is to blame.

A glance at textbooks and articles concerning academic and campus novels proves that the word “happiness” does not appear. Even the humor in many novels, often under the guise of irony, satire, and sarcasm, can be rather crude. Merritt Moseley notes that

Discussions of the academic novel are, by and large, too humorless. Most academic novels are comic. This does not, or need not, make them satiric; and the non-satiric comic novel is not necessarily less worthy than the satiric novel or the so-called “serious” novel. (18)

Maybe happiness is too subjective a category to explain, or share; possibly laughter seems unacademic. Is humor a taboo when it comes to academia? No—there is academic humor—but I find that there is not enough of it in academic novels. Besides, humor is a subjective characteristic, defined and perceived differently by different people. Surely academic novels could be funnier, or as Moseley puts it:

While obviously there are some topics which do not lend themselves to comedy, there is no reason why higher education should be among them. Analysis of humor is of course nearly impossible and trying to persuade one person to laugh at what another finds funny is vain; but I take it as evident that humor adds to the pleasure of readers. I am convinced that the high incidence of comedy, ranging from the most delicate verbal touches to broad farce, in academic fiction is one of its most valuable and welcome traits. (19)

What if the humor in these novels was positive, not tinged with satirical edge, with hints of the negative? Would they be more satisfactory to me, in my own academic (mis)adventures? Would they serve me as a reminder of what is fine, amusing, and affirmative about the profession? Would I as an academic take myself less seriously, be less self-conscious, and therefore happier? Possibly.

The last resort, i.e. leaving the academy, can be liberating and can be the “happy ending” for some of the protagonists, in fiction and real life. Janice Rossen observes that several novels involve the most drastic measure: “many of the best university novels are about someone leaving academe at the end of the book” (188). I believe that individual happiness is contingent upon changing the status quo: changing oneself and/or the situation one is in, and sometimes it does entail leaving the academy. I have chosen three novels prioritizing happiness: Tolstoy Lied by Rachel Kadish, The Rosie Project by Graeme Simsion, and Save Your Own by Elisabeth Brink. Reading these academic novels has done me a world of good. The protagonists fixate on research first but realize it is not the path to happiness: one leaves, one stays but gets a life, and another one leaves, lives her life, and comes back to the academy. What, then is the recipe for happiness, according to academic novels?

The eighth sentence of Tolstoy Lied: A Love Story by Rachel Kadish is a famous quote from Tolstoy, “Happy families are all alike; every unhappy family is unhappy in its own way,” followed by a disillusioned comment by Tracy Farber, a 33-year-old Americanist and literary scholar:

Literary types swoon over that line, which opens Anna Karenina. But have they considered the philosophy they’re embracing? If Tolstoy is to be taken at his word, a person must be unhappy in order to be interesting. If this is true, then certain other things follow. Happy people have no stories you might possibly want to hear. (Kadish 3)

Professors of creative writing are famous for telling their students: “happiness writes white.” Why is unhappiness a magnet when it comes to writers? Tracy bemoans “how hard it is to find a good nontragic American novel on academia’s approved-reading list” (Kadish 4). This is another way of claiming that happiness cannot be interesting. To be happy is to be dull, almost mediocre:

In order to be happy, you must whitewash your personality; steamroll your curiosities, your irritations, your honesty and indignation. You must shed idiosyncratic dreams and march in lockstep with the hordes of the content. Happiness, according to this witticism of Tolstoy’s, is not a plant with spikes and gnarled roots; it is a daisy in a field of a thousand daisies. It is for lovers of kitsch and those with subpar intelligence. (Kadish 3)

I think that, contrary to what is believed, it is more of a challenge to be happy despite everything. There is always plenty to complain about but it actually requires an effort to focus on good things.

Why is the discussion about happiness taken for granted? In Kadish’s exploration of this question, Tracy is thinking of writing a book about happiness: “I’m saving this, of course, for my post-tenure book. I’m not naïve. Talking about happiness is career suicide. I’ll be accused of championing pap – of responding to a book not as a critic, whose role is to dissect, but from my kishkas” (Kadish 5). Why do academic novels not show us as shiny happy people? Why is it suspect to be happy in academe? Perhaps it is because “serious” academics believe happiness interferes with objectivity. Perhaps because emotions are not encouraged in a research environment. But where does the stigma come from? I love laughing while teaching and I derive profound pleasure whenever I can make my students smile and laugh. Yes, we tackle serious matters but there is room for jokes.

Teaching and research are Tracy’s reason for living. I identify with her, it is a very strong drive in my life as well, verging on workaholism. Life is work, work is life. Until she meets George, she is safely ensconced in the ivory tower. When asked by George about her life, she talks about her work first and foremost:

I love books . . . I love the escape. Academics aren’t supposed to say that, but it’s true. I love to dive into somebody else’s vision, nightmare, utopia, whatever. I love how books put a dent in our egos – turns out we’re not the first sentient generation on the planet after all. Other people have been just as perceptive, just as worked up, about the same damn human problems we face. (Kadish 42)

Suddenly her neatly organized world of scholarship and occasional friendships turns upside down: she becomes engaged, breaks off the engagement, has draining problems with a sick, and therefore cantankerous, colleague, and with a graduate student she advises. She is skeptical about marrying George, and initially scholarship is a more reliable source of happiness than people. However, she will soon learn first-hand that academia is not the last bastion where if you do your job, and do it well, you will be shielded from all manner of human-inflicted calamities.

Knowledge of her planned research leaks within the department and since her tenure review is coming up, this is another stress-inducing factor. She realizes this could be her demise, because

I think there’s a deep, long-running bias against literature about happiness. A cultural mistrust of anything but tragedy . . . It’s as if our whole literary tradition, which has been unsparing on the subjects of death, war, poverty, et cetera, has agreed to keep the gloves on where happiness is concerned . . . Anybody who tries to take happiness seriously is belittled . . . There’s this cultural fear of thinking seriously about happiness. (Kadish 159-160)

Looking around, I see more unhappy literary academics than happy ones. Some people, it seems, would rather wallow in unhappiness than take things in stride and start acting with agency, like a homo faber.

Even though in love, the idyllic state does not last forever for Tracy. When it rains, it pours: she parts with George, the colleague harasses her in many new ways, she is denied tenure, and the student attempts suicide. Tracy tries to fight for George, but because of his silent and stubborn resistance, she finally gives up. She helps the student, although it is not her responsibility. In her most desperate moments, she wants to escape into books:

I think of reading Tolstoy at two o’clock in the morning, my mind hopping so it’s nearly intolerable to sit at my computer. Of burying my own confusion in Hurston’s tongue-in-cheek prose. The lure, the warming light, of books. How delicious it might feel to follow that beacon, farther and farther from shore, until there remained no hope or desire to return. (Kadish 233)

But escaping will not solve her problems. Change is inevitable and she realizes she will have to edit her life and priorities. When she leaves the building after a very painful and unjust tenure denial, she sees George waiting for her. So there is a happy ending to her story and she relaxes into her life, thinking “Let me go through life the way we are, after all is said and done, meant to: shocked” (Kadish 325). It is a shocking realization that people in academia, her colleagues, nearly break her wonderful spirit. What saves her ultimately is friends and love. Her happiness is contingent on change, which is not an easy feat; it entails difficult emotions and decisions of letting go. There is nothing banal about her story, even if she chooses personal happiness instead of academe. Yes, Tracy achieves happiness, but the suggestion that one must choose between happiness and success in academia is not the sort of affirmation I sought, an affirmation that academic life will assure my happiness.

The Rosie Project by Graeme Simsion proves that even if one defines oneself mainly in terms of one’s occupation as a science professor, one will not be happy. Humans and emotions are the only keys to happiness. Professor Don Tillman is a geneticist in his prime looking for a wife, but he has a version of Asperger’s that does not lead to second dates. His family ties are strained as well: “My father and I have an effective but not emotional relationship. This is satisfactory to both of us. My mother is very caring but I find her stifling. My brother does not like me . . . I do not see my family very often. My mother calls me on Sundays” (Simsion 207).

He plans to find a wife by using the only methods he is familiar and comfortable with, namely scientific ones: “I may have found a solution to the Wife Problem” (Simsion 1), he says matter-of-factly. He devises a questionnaire and begins dating. But the candidates are never perfect. His days are planned to the minute, his research impeccable, and his life devoid of emotions and surprises. He does not make friends easily and so far it seems he only had four of them: his sister who passed away due to medical incompetence, Daphne, an elderly neighbor he spent time with until she developed Alzheimer’s and had to be placed in a home, and currently Gene and Claudia, Tillman’s ties to the real world. Enter Rosie, a disorganized Ph.D. student in psychology, working as a bartender, who would like to learn who her biological father is. Don becomes passionate about the project and in a series of comic events they collect and test the DNA of forty plus possible candidates who might have impregnated her mother years ago at the graduation party.

It takes longer for Don than it would for most people (including the readers), to realize he loves Rosie. Before he wins the girl (she is in love with him, too, but apprehensive of his emotional shortcomings), he teaches himself the art of bartending and dancing. The blossoming emotions he experiences are a surprise to him and he realizes he will have to make an effort and change his lifestyle in order to accommodate love. He will have to compromise in order to keep academia and Rosie in his life.

Rosie teaches him spontaneity, something he usually sees as a threat to his ordered academe-oriented existence (and perhaps a suspect quality for many in academic life) and especially the field he is steeped in, genetics. The two of them share spontaneous joys such as enjoying a meal on the balcony inconsistent with his scheduled menu, an unplanned trip to a movie theatre, a visit to New York with everything it has to offer. She appreciates his efforts to help identify her father and they find they enjoy each other’s company. He is a nerd but he is also attractive to Rosie, who sees in him a modern version of that old-school ideal man: Atticus Finch from To Kill a Mockingbird.

With the help of his friends and their expertise on relationships, he is able to work things out with Rosie, a work-life balance is won and preserved. The novel is funny and positive, due to Don’s idiosyncratic use of the English language and comic situations arising from his inability to empathize but also due to its happy ending. The Rosie Project suggests that happiness derives from two people making an effort to work, live together, and share responsibilities, rather than from career or setting. The happiness is in them, not outside. The novel made me feel good about life in general and academic life in particular. It corroborated my feeling that happiness is a state of mind, not a state of things. Living consists of being happy and feeling down. Happiness is a thing apart from academia, coming from other sources, human interactions mainly. Academic life can only be an accessory to happiness, not its sole source.

Save Your Own by Elisabeth Brink is one of the most inspiring academic novels I have read so far. It narrates the story of Gillian Cormier-Brandenburg, a graduate student in her fourth year at Harvard Divinity School, also a twenty-five-year-old virgin, and a highly self-reflective individual with numerous insecurities. She is hard at work trying to discover a secular religion which “would render wars, slaughter, and tribal prejudices completely unnecessary. It would save us before we killed each other off” (Brink 6). Even though he has to tell her that her funding has been cut, the Dean is impressed with Gillian’s enthusiasm: “That’s one heck of a leap. But I have to give you credit. In all my years of teaching, you’re the first graduate student I’ve had who thought a dissertation could change the world, much less save it. You’re not afraid of big ideas. I like that in a scholar” (Brink 6). Yes, Gillian is one of those who thinks her work can fix the world’s problems. I, too, had similar moments when I hoped that I could enact change as a scholar.

When her fellowship is revoked, Gillian, a bookish girl with poor social skills, plagued with self-doubt and self-hatred, accepts the challenge of working in a halfway house, supervising and counseling its residents. She finds human interaction anxiety-provoking at first, essential later. She makes friends, possibly for the first time in her life, and falls in love, also a first for her, since it is reciprocated. Many new situations and confrontations at the halfway house make her want to quit, induce narcolepsy, lead her to chant encouraging words and sentences, make her faint, but she brings to the job honesty, hard work, and organizational skills. Of course these are strengths that should also produce success in the academy—though in Gillian’s case they did not. In this house she is mocked but also accepted. The women there have more sympathy and tolerance than she has been used to encounter in the ruthless world outside, especially the Ivy League graduate school. In a moment of honesty shared with a resident of the halfway house, Gillian intimates what it is like to be in graduate school:

I began by describing the horrible boiling cauldron that is Harvard Divinity School. The immense pressure, the cutthroat competition, the rigorous performance standards, the knifelike bias against short ugly people with squeaky voices. I touched upon the poverty, the isolation, the months and years of tedium. (Brink 133)

Once she stops fixating on her graduate career, leaves the ivory tower, and starts interacting with non-academics, Gillian starts having needs other than research and for example paints her room in order to feel better. Her mother asks “Do you really have time for a project like that?” Her father sermonizes “Writing a dissertation requires unwavering focus, Gillian, the handful of graduate students who go on to achieve renown are the ones who can push distractions aside” (Brink 144).

There are very high expectations to be met when studying at Harvard but Gillian realizes it is not an auspicious environment for her individually. Yet it takes courage to leave without feeling that one has failed. Reading this novel and corresponding with its author in one of my bleakest moments while at graduate school, has helped me persevere when, according to logic, I should have quit. Paradoxically, Gillian’s courage to quit strengthened my determination to continue. I am deeply grateful for that experience which could have broken me, but made me instead.

Gillian’s parents, both academics and scientists, are inconsolable when they learn she has gone astray from the academic path. She continues working at the house and possibly making her first independent decision, she cuts the cord, realizing she has her own life to live. Gillian learns to appreciate the company of other people, not necessarily scholars, and begins to enjoy that as opposed to the isolation she suffered so far.

Whenever she stops fixating on herself, and reaches out to others, she feels fine. She reinvents her life according to her own rules, not her parents’ academic expectations anymore. She works full-time at the halfway house, writes a book called The Courage to Change and years later returns to graduate school, in Harvard’s Department of Psychology where she writes a dissertation about personal change. She starts teaching, receives tenure, and establishes Icarus: A Foundation for Interdisciplinary Study in the Humanities which supports “scholars with nontraditional approaches to age-old questions and sometimes publish groundbreaking books that have been turned down by the usual array of presses” (Brink 279). Then she adopts a Chinese girl from an orphanage and raises her the best she can. In the evenings Gillian retires to her pale blue room to “take a few moments, as [she does] every night, to go to [her] window, gaze at the stars, and marvel at the practical causes and mysterious forces that make us who we are” (Brink 281).

Kindness, gratitude, and human interaction form the fundamentals of happiness, according to Elisabeth Brink in this refreshing, optimistic but in no way simplistic, or happy-go-lucky, campus novel. This is by far the most analytical, yet inspirational graduate-student-oriented novel I have ever read. She finds happiness in herself, in her interactions with people, and then resumes her academic career. Her temporary unhappiness teaches me that being dishonest with myself, acting in order to make others happy while being in denial about what makes me happy, is a straight path to burnout and depression. Gillian should have been in Psychology, rather than Divinity, but she needed to learn her lessons. So shortcuts could have gotten her where she needed to be, but her indirect process leads to a more profound happiness.

Conclusion

Why should we read campus novels? Why do I read campus novels? Because some of them elicit harmless laughter, and some inspire change of the unbearable situations one sometimes finds oneself in. Elisabeth Brink’s novel makes one realize that the only way to function successfully in academe is to balance that unhealthy self-fixation we adopt when we isolate ourselves to do research with human interaction. We must interact with others, be they friends and family, students, or colleagues.

Re-orienting oneself towards others is one thing that helps in pursuing happiness. But how to alleviate the work-induced stress and frustration? One lesson a reader can learn from reading academic novels is that our possibilities of happiness depend on balancing the work with life and activities outside of academe. I believe that doing something entirely different, for example biking, can be key to preserving one’s sanity. It is active, rather than passive; physical rather than contemplative; outdoors rather than indoors, and thus a relief from too much life of the mind. Two of the novels I discuss here offer biking as a release. Bikes and motorcycles occur as vehicles which offer a modicum of unrestrained freedom, therefore signaling happiness. When driving fast with Rosie, Prof. Tillman reflects on and marvels at his own sudden and brand-new happiness experienced regardless of academic life:

Hurtling back to town, in a red Porsche driven by a beautiful woman, with the song playing, I had the sense of standing on the brink of another world. I recognized the feeling, which, if anything, became stronger as the rain started falling and the convertible roof malfunctioned so we were unable to raise it. It was the same feeling that I had experienced looking over the city after the Balcony Meal, and again after Rosie had written down her phone number. Another world, another life, proximate but inaccessible. (Simsion 108)

Similarly, Gillian discovers the joys of life previously unavailable to her, for example riding a motorcycle with Janet from the halfway house. The motorbike ride causes ecstasy and is a moment reminiscent of Tillman riding with Rosie:

The wind on my body was an intoxicating mix of soft invigoration – part slap and part caress. I felt wild and little woolly. I had to smile. I couldn’t believe myself. Not three hours ago I had been dressed down by the dean of the Divinity School of Harvard University and had throbbed with self-loathing, believing that my career was over, and now here I was on the back of a speeding motorcycle, my arms stretched out like wings, gulping mouthfuls of wind. Why should I care about deadlines and dissertations? Why should I care about anything when I could feel like this? My smile spread from ear to ear, and I began to laugh. Life is good, I thought, chortling. (Brink 76)

Fast bike and motorcycle rides can trigger highs, even in academics, releasing endorphins seldom associated with reading and research, but no amount of them will help if one succumbs to workaholism. It is not the answer, life is. Neither is lack of change, when the situation proves stifling. These books showed me that academic life can be happy and the other academic novels that I continue to read reinforce the view they provide that it is not if I do not have it in me to be happy. No one and no one thing is responsible for my own happiness. Neither academic life, nor any other professional life for that matter, is an automatic source of incessant satisfaction. The only solution is striking a happy medium, finding the work-life balance, with enough friendships and romance to offer support when life is not what we want it to be. I would recommend these novels to those who think academe spells unhappiness or happiness. It does neither. On that note, I will go and ride my bike now. No more reading tonight.


Works Cited

Brink, Elisabeth. Save Your Own. New York: Houghton Mifflin Company, 2006. Print.
Kadish, Rachel. Tolstoy Lied: A Love Story. 2006. Boston, New York: Houghton Mifflin Company, 2007. Print.
Moseley, Merritt. “Introductory: Definitions and Justifications.” The Academic Novel: New and Classic Essays. Ed. by Merritt Moseley. Chester: Chester Academic Press, 2007. 3-19. Print.
Rossen, Janice. The University in Modern Fiction: When Power is Academic. New York: St. Martin’s Press, 1993. Print.
Simsion, Graeme. The Rosie Project (2013). London: Penguin Books, 2014. Print.


That text was published in: American, British and Canadian Studies, University of Lucian Blaga of Sibiu, Romania, June 2016, Vol. 26. Pp. 109-121.

Marek w drodze

Tabor Regresywny

Podczas spotkania na wydziale intermediów Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie przedstawiłem założenia Taboru Regresywnego, Rom Dziatkiewicz zasugerował, abym szedł w stronę słońca.

Sugestie artystów są bardzo cenne, ale wymagają weryfikacji w praktyce. Analizując moje wędrówki, doszedłem do wniosku, że oznacza to, iż trzeba, bym szedł w tę samą stronę co słońce. W rytmie dziennym oznacza to wędrówkę ze wschodu na zachód, w rytmie rocznym, wiosną z południa na północ, a jesienią odwrotnie.

Ruszyłem brzegiem Wisły w kierunku Górnego Śląska. Po drodze wstąpiłem do Tyńca. Dawno temu, gdy spływałem Wisłą do Krakowa, byłem częstym gościem Benedyktynów w Tyńcu. W tamtych czasach byli niezwykle gościnni.

Wjechałem więc razem z wózkiem na dziedziniec klasztoru. Podszedł do mnie jeden z braci. Zapytałem, czy mogę przenocować na dziedzińcu. Wyjaśniłem, że wszystko mam i niczego mi nie trzeba, a tu będę czuł się bezpieczny. Odpowiedział, że musi zadzwonić do Opata. Idziemy więc do telefonu. Brat mówi coś, jednak przerywa w pół zdania. Myślę sobie, że nic z tego nie będzie, po czym słyszę słowa: “Opat widział Pana przez okno. Kazał podać kolację i przygotować łóżko”. Odpowiedziałem, że z zaproszenia na kolację chętnie skorzystam, ale dziś jest noc świętojańska i chciałem spędzić ją na dworze w moim wózku.

Rano dostałem śniadanie i zaproszenie na jutrznię. Tak, jak arytmetyka jest jedna, a systemy liczbowe różne, tak wiara jest jedna, a religie różne. Prawo gościnności nakazuje dostosować się do religii gospodarzy i nie ma w tym nic złego.

Do Górnego Śląska nie dotarłem, ponieważ pogoda się popsuła. Michał Fostowicz w wierszu pt. Sztuka napisał „Sztuką jest nie zostawiać śladów”. I znów przyszło mi weryfikować w drodze intuicje artysty. Pojechałem do Kołobrzegu, by iść w tę samą stronę, co słońce i aby fale zacierały moje ślady. Po wyjściu z pociągu trafiłem na orkiestrę wojskową Marynarki Wojennej, która grała Żółtą łódź podwodną Beatlesów i szła w stronę portu jachtowego. Udałem się z moim wózkiem za nimi. Zbierało się na deszcz, kapitan portu użyczył mi więc wiaty, pod którą dwóch rybaków piło wódkę i odgrażało się: – ja muszę na morze, jak nie popłynę, to komuś narąbię. Tylko ja byłem pod ręką. W końcu tak się rozpadało, że weszli do mojej wiaty.

Nie miałem innego wyjścia, musiałem z nimi wypić. Na drugi dzień rano, na kacu i z dużym opóźnieniem ruszyłem w kierunku Dziwnowa. Ledwo doszedłem do Grzybowa, gdy znów spadł deszcz. Szedłem do miasta i trafiłem do ośrodka wypoczynkowego, prowadzonego przez Redemptorystów. Wynająłem pokój, zamówiłem obiad, a wózek schowałem pod zadaszeniem. Przyszedł proboszcz, który wypytywał mnie raz po raz, wyraźnie mną zaintrygowany, bo co chwilę wracał.

Wieczorem poszedłem do siostry recepcjonistki i powiedziałem, że chcę wyjść o 3 nad ranem, dlatego chcę zapłacić od razu, na co ona: “Ale nie ma mowy”. Uparła się i koniec.

Nie muszę opisywać świtu nad morzem w drodze i pustej plaży przez wiele kilometrów. Gdzieś około południa wszedłem do Rewala, by kupić coś do jedzenia. Szedłem środkiem ulicy. Zobaczyłem grupę mężczyzn pijących piwo i pokazujących na mnie palcami. Jeden wyskoczył na środek ulicy, złożył głęboki ukłon kapeluszem i zapytał: – Skąd przybywasz szlachetny wędrowcze? – Z Ciplandii – odpowiadam. – A co to jest Ciplandia?- pyta. – Kraina globalnego ocipienia – odpowiadam. – A dokąd zmierzasz? – Do Wałkonii – odpowiadam. – A co to Wałkonia? -Kraina wolna od śmieci, bo nikt ich nie produkuje. Wszyscy się wałkonią. Zapadła cisza, a ja idę dalej. Ktoś rzuca za mną: szczęśliwej drogi!

Wyprawę zakończyłem w Dziwnowie, gdzie w toalecie na polu namiotowym znalazłem 11 złotych, co mi częściowo pokryło koszty biwakowania.

Pojechałem, bez żadnych ekstrawagancji, do znajomych do Lublina. To była moja pierwsza wizyta w tym mieście. Przechodząc koło KUL-u, wstąpiłem, by trochę zwiedzić tę uczelnię. Chodziłem po korytarzach, a tu na drzwiach napis Katedra Filozofii Przyrody. Coś mnie skusiło, by nacisnąć klamkę. Drzwi się otworzyły, ale szybko się wycofałem. Siedzący w środku pan zaprosił mnie do środka. Wywiązała się rozmowa. Po chwili do pokoju zagląda ktoś inny, a mój rozmówca woła go. Opowiadałem oczywiście o moich wędrówkach i filozofii drogi. Po chwili weszła trzecia osoba. Pokazuję im „chustę Hellera”. Rozmowa staje się coraz ciekawsza. W końcu mówią: – Pan ma niebywałe szczęście, bo rzadko można nas spotkać razem, tylko na obronie doktoratu. Przedstawili mi się, jeden jest profesorem fizyki, drugi teologii, a trzeci biologii. Chcieli mi coś dać, jednak nie mieli nic do zaoferowania. Wtedy jeden z nich wpadł na pomysł: – Dajmy panu tytuł doktora filozofii! – Jakiej filozofii?- pyta drugi. – No jak to jakiej, filozofii życia. No tak, powiedział teolog, w końcu pan robi to, o czym wygłasza się wykłady i pisze artykuły, ale nikt nie wierzy, że tak naprawdę w dzisiejszych czasach jest to możliwe.

Tibor, Marek, Ewa

Poeta pamięta

Tibor Jagielski

barbarzyńcy na lesbos

kije bejsbolowe
wchodzą do ogrodu poezji

harfa gra wrzask nędzników
miotanych w te i we wte
koncertem fal epoki plastyku

nie
nie dopadną sapho
nie poruszą nawet
niewdzialnego dla nich świata
tak zadecydowali bogowie

06/03/20

Ewa Maria Slaska

Dobrze, że poeta pamięta. Bo my zapomnieliśmy.

Wirus sprawił, że zapomnieliśmy o pożarach w Australii, więc informuję: skończyły się, za to są powodzie, które rozwlekły szlam ze spalenizną na tereny, które pożar łaskawie ominął. Na szczęście rośliny odrastają. Miliard spalonych zwierząt nie wstanie jednak z martwych.

Zapomnieliśmy o troskach o klimat i zrównoważoną gospodarkę, że nie wspomnę o zrównoważonym odżywianiu. Tłum w Polsce i w Niemczech wykupuje mąkę, makaron i ryż, a im bardziej wykupuje, tym bardziej my, ci, którzy nie wykupują, pytamy sami siebie, czy nie powinniśmy jednak czegoś kupić, bo albo nie będziemy mieli co jeść, albo, gdy w sklepach zabraknie jedzenia, okaże się, że w sklepikach i na straganach możemy jednak kupić to samo, tylko 5 albo 10 razy drożej. Na razie uciekamy się do jakichś drobnych zakupów, typu dwa kilo mąki więcej. Myślę, że wstydzilibyśmy się, gdybyśmy kupili 50 kilo na raz. Zastanawiam się, czy jesteśmy idiotami, czy zakłamani, a może jesteśmy zakłamanymi idiotami. No, ale może jesteśmy jedynymi rozumnymi ludźmi i do nas będzie należało zrównoważone królestwo niebieskie.

Zapomnieliśmy też o tym, co się dzieje na Lesbos. Pamiętają tylko poeci i aktywiści. Tibor już dziesięć dni temu przysłał wiersz, Ania Alboth, inicjatorka Marszu dla Aleppo, bierze udział w organizacji Walk of Shame.

Tabor Regresywny (czyli Marek)

Wszyscy myślą tylko, jak się uchronić przed wirusem, albo jak nad nim zapanować. Jako baratarysta sprobuję postawić inne pytanie. Czy ten wirus atakuje ludzi, a narastające problemy gospodarki są skutkiem ubocznym, czy odwrotnie? A może wirus atakuje gospodarkę, a ludzie są tylko narzędziem? Nie było by to głupie z jego strony, biorąc pod uwagę problemy z klimatem i ciągle nie rozwiązany problem śmieci. Załóżmy baratarystycznie, że tak jest. Co w tej sytuacji robić? Może spróbować wirusów, wyjść naprzeciw i przestawić się na gospodarkę regresywną? Może wtedy odpuści, wiedząc, że my to zrobimy rozsądniej. Może to nie jest taki głupi wirus, na jakiego wyglada?

EMS

Myślę, że dawno przestaliśmy być tym, co się w prasie szumnie nazywa Twierdzą Europa, i, wręcz przeciwnie, jesteśmy Oblężonym Miastem Europa, którego nie da się ocalić. Od Zachodu odgryzł nam spory kęs terytorium biały, paskudny, ujadający piesek, poszczuty przez rudego kundla. Hapnęli i nazwali to Brexit. Od Wschodu zimny drań, który fantastycznie gra w szachy, rozgrywa swoją partię biednym polskim staruszkiem-pionkiem w kapciach i jego dwoma srebrnymi wieżami, a z Chin nadciągnął ukoronowany wirus. Król Korona. Od Południa kolejny zimny drań spotęgował wirusa falą nieszczęsnych uchodźców napędzonych przez szmuglerów ludzi. Przywozi ich atobusami na granicę z Europą i im więcej wśród nich przerażonych dzieci i zgwałconych kobiet, tym dla niego lepiej. W obozach uchodźców wirus zapewne już zbiera śmiertelne żniwo, tylko nikt nie chce tego widzieć, bo jak zobaczy, to musiałby zareagować. To straszne ludzkie nieszczęście to broń Czarnego Króla, młot na Królową, jedyną, jaką jeszcze mamy.

TR

Przedstawiłaś wiele problemów do pilnego rozwiazania. Proponuję podejście baratarystyczne. Nie rozwiązywać. Spróbować je połączyć. Może zaczną się same rozwiązywać.
EMS

To nie jest lista problemów do rozwiązania. To ocena sytuacji.
TR
Fritjof Capra w ksiazce Punkt zwrotny opisuje praktyki pewnych plemion w sytuacji, gdy ktoś zachoruje. Nikt nie przejmuje sie chorym, natomiast plemię zbiera się i zaczyna dyskutować, co złego zdarzyło się w naszej społeczności, że pojawiła się choroba. Choroba jest traktowana jako symbol (ja bym powiedział: jako komunikat) jakiegoś zła czy naruszenia ładu kosmicznego.

EMS

Tak, na pewno naruszyliśmy ład kosmiczny.

TR

Odoradzałbym wejscia na drogę zrównoważonego rozwoju. Z dwojga złego lepszy jest ten niepohamowany. Mówię to w związku z eksperymentem z żabami. Żaby wrzucone do gorącej wody, natychmiast wyskakują, żaby wrzucone do chłodnej, którą następnie powoli się podgrzewać, dają się ugotować. Chrześcijaństwo nie do tego zostało powołane, byśmy kroczyli drogą zrównoważonego rozwoju. Zostało powołane po to, byśmy zaczęli wyskakiwać w związku z gwałtownym wzrostem temperatury.

EMS

Będę się upierała – na pewno naruszyliśmy ład kosmiczny i póki go nie przywrócimy, świat się nam będzie rozpadał w strzępy.

 

Wenus z Catalhüyuk (Reblog +)

Niedawno świat (w każdym razie ten złapany w sieć) obiegło zdjęcie “nowej Wenus” neolitycznej, Wenus z Catalhüyuk. To niewielka miejscowość w Turcji.

Wykopaliska w tureckiej miejscowości Catalhüyuk zaczęto prowadzić 50 lat temu, jak jeszcze byłam studentką archeologii. Była to osada neolityczna, udowadniająca zaskakującą (wówczas) tezę, że rolnictwo nie narodziło się w żyznych, mlekiem i miodem płynących dolinach słynnych rzek starożytnych – Eufratu, Tygrysu, Nilu, lecz na górzystych terenach wysoko nad rzekami. Autor strony wykopalisk informuje, że Catalhüyuk jest jednym z najbardziej imponujących stanowisk archeologicznych na świecie.

Figurynka wykonana została z surowego marmuru i waży około kilograma. Została okrzyknięta sensacyjnym znaleziskiem, choć po prawdzie nie ma w niej nic sensacyjnego. Znalezisko nie otwiera nowej perspektywy badawczej, lecz potwierdza dawną, że mianowicie przedstawiciele kultur neolitycznych (młodszej epoki kamienia) na całym świecie tworzyli figurki kobiet o obfitych kształtach, symbolizujące rodzącą boginię matkę. Nazywa się je “Wenus”, a najsłynniejsza jest oczywiście Wenus z Willendorfu, co sprawia, że człowiek myśli, że jest jedyna. Tymczasem jest ich dużo.

W samym Catalhüyuk znaleziono już bardzo podobną kobiecą postać, siedzącą na tronie lwów, datowaną na okres 6 – 5,5 tysiąca lat przed naszą erą, co zresztą widać na załączonym wyżej obrazku.

Neolityczne kobiety…

Wóz i chusta Hellera

Tabor Regresywny alias Marek

Sterroryzowałem ZUS absurdem. Do tego stopnia, że przyznali mi rentę z tytułu niechęci do pracy. Widzimisię urzędników jest odporne na racjonalne argumenty, ale w obliczu absurdu zachowuje się jak kobra przy dźwiękach fletu. Wszystko opowiem w drodze. Tu opiszę tylko zakończenie tej historii.
Wyruszyłem wózkiem „Doktor H” (to ten po lewej) w kierunku Wałbrzycha na spotkanie z dyrektorem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Nie byłem umówiony. Najkrótsza droga prowadziła przez Czechy.
W drugim dniu wędrówki przekroczyłem granicę w Tłumaczowie, minąłem Broumov. Do Polski wjechałem pod Mieroszowem. Zbliżał się wieczór. Ktoś mnie ostrzegł, że w nocy zapowiadają niebezpieczną burzę z silnymi opadami. W Sokołowsku znajduje się zaprzyjaźniony pensjonat z dużą drewnianą wiatą. W sam raz dla mnie i dla mojego wozu. Zboczyłem z drogi i wjechałem w sam środek czegoś, co było Międzynarodowym Festiwalem Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku. I dosłownie wjechałem w sam środek, bo właśnie była przerwa i wszyscy siedzieli po obu stronach ulicy przed Kinem „Zdrowie”. Nasunąłem kapelusz na oczy, licząc, że nikt mnie nie zauważy i tak dojechałem do pensjonatu „Radosno”. Radek, właściciel pensjonatu, udostępnił mi wiatę i zaprosił na obiad.
– Jedz, nie przejmuj się, wszystko zapłacone w ramach festiwalu, a nie wszyscy przyjechali. Na drugi dzień poszedłem zobaczyć, co się dzieje. Trafiłem na piękny performans Alistera MacLenana a następnie na prezentacje kompozycji muzycznej. Koło mnie stali robotnicy budowlani remontujący kino. Kazano im przerwać pracę i posłuchać. W pewnym momencie jeden mówi do drugiego:
– Ty, Antek, słyszę twoją betoniarkę, a teraz szuflujesz.
– Panie, zwrócił się jeden do mnie, to myśmy zwariowali czy oni?
A ja mu na to:
– Oni bardzo chcą zwariować, ale się boją, dlatego udają, że zwariowali.
Po występie podszedłem do kuratorki festiwalu, Małgosi Sady, i pokazałem jej „Chustę Michała Hellera”, którą akurat miałem przy sobie i która stała się przepustką do występu na festiwalu. Musiałem tylko poczekać na jakieś okienko. Występ zatytułowałem „Wędrowna Klinika Psychiatrii Absurdalnej”. Celem Wędrownej Kliniki Psychiatrii Absurdalnej jest harmonijne rozwijanie schizofrenii, aż do uzyskania renty z tego tytułu. Nie ma się czego bać pod warunkiem, że będziecie wariować w mojej Wędrownej Klinice Psychiatrii Absurdalnej, a wariując będziecie udawali artystów. Jakoś to powiązałem z „Chustą Michała Hellera”, ale już nie pamiętam jak. Gdy festiwal miał się ku końcowi, spakowałem się i ruszyłem o świcie w kierunku Wałbrzycha.
W ZUS-ie byłem przed ósmą. Wjeżdżam na teren, zatrzymuje mnie ochroniarz, podobał mu się wózek, pytam, czy dyrektor już jest w zakładzie. Okazuje się, że nie. Pytam, a którędy wchodzi. Przyjeżdża samochodem i staje przed głównym wejściem, jest tam zarezerwowany miejsce dla niego. No to zatrzymałem się obok. Czekam, a dyrektora jak nie ma, tak nie ma. W wozie zawsze jest coś do roboty, zaczynam szyć, a tu podchodzi do mnie elegancka kobieta, okazało się, że sekretarka dyrektora.
– Panie Marku, czeka pan na dyrektora?
– Tak.
– Jest już w zakładzie i czeka na pana, zrobić panu kawę?
Okazało się, że dyrektor jak mnie zobaczył, to objechał zakład i wszedł tylnymi drzwiami.
Jedyne, co mi przychodzi do głowy na zakończenie tego tekstu, to słowa piosenki:

Wejdźmy w wodę kochani po szyję,
Dosyć tego brodzenia przy brzegu
Zmoczyliśmy już po kolana
Nasze nogi zmęczone po biegu
Na moje bezwzględnie wyrażone życzenie autor wyjaśnia, co to jest owa pojawiająca się w powyższym tekście chusta Hellera:
W książce „Szczęście w przestrzeniach Banacha” Michał Heller przedstawia dwa spojrzenia na czasoprzestrzeń – nazywa je ontologią płynącego czasu i ontologią Wszechświata bloku. Wg ontologii płynącego czasu przeszłość już nie istnieje, przyszłości jeszcze nie ma, teraźniejszość jest granicą między tymi dwoma obszarami nieistnienia. Z kolei wg ontologii Wszechświata bloku zarówno przeszłość jak i przyszłość cały czas istnieją, a nasza świadomość styka się z tym blokiem w jednym punkcie, który przesuwa się po Wszechświecie bloku.
Rilke wyraził to tak: Podobnie jak przez długi czas błądziliśmy co do ruchu Słońca, błądzimy jeszcze ciągle co do ruchu przyszłości. Przyszłość stoi w miejscu, drogi panie Kappus, to my zawsze poruszamy się w nieskończonej przestrzeni.
Na budynku Muzeum Współczesnego we Wrocławiu znjduje się mural Klepsydra Stanisława Drożdża (Foto Dorota Cygan). Ilustruje on ontologię płynącego czasu.
Miałem chustę w formacie flagi, podzieliłem ją na dwie połowy, na jednej stronie skopiowałem Klepsydrę Drożdża, a na drugiej połowie powtórzyłem tę samą klepsydrę, wszędzie pisząc jest. Czyli przedstawiłem ilustrację Wszechświata bloku. Byłem na spotkaniu z prof. Michałem Hellerem; na zakończenie składał autografy na swoich książkach. Podszedłem, pokazałem mu chustę i poprosiłem, by podpisał pod ilustracją ontologii, w ramach której spodziewa się pojawienia oczekiwanej M-teorii. Prof. Michał Heller z szelmowskim uśmiechem podpisał się pośrodku. Świetnie oddaje to sytuację we współczesnej fizyce. Fizycy nie wierzą już w obowiązujący obraz świata, ale nie mają odwagi przejść do innego, który z drugiej strony ciągle postulują. I właśnie tę chustę z podpisem prof. Hellera pokazałem Małgosi Sady, kuratorce Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Efemerycznych, i dzięki tej chuście dostałem prawo głosu.
Niestety chustę gdzieś zgubiłem, albo mi ją ktoś dmuchnął.

Reblog für Marta

For Marta J.L.
with two pics she made in USA

William Merrit Chase (1849-1916), The Yield of the waters, Carnegie Museum of Art

Rebecca Hahn

Tinte, Tarnung und Tentakel

Ihre größten Vertreter hielt man einst für Meeresungeheuer, heute diskutiert man die Möglichkeit, sie könnten aus dem All gekommen sein. Ein Blick auf die Erforschung der Tintenfische.

Ein prächtiger Pharao-Tintenfisch (Sepia pharaonis). Gut sichtbar ist sein Hyponom, die Düse, durch welche ein Kopffüßer Wasser aus seiner Mantelhöhle presst und damit beschleunigen kann wie kaum ein anderes Meerestier. Foto: Mauritius

Eine unheimliche Begegnung hatten Wissenschaftler der amerikanischen National Oceanic and Atmospheric Administration im Juni vergangenen Jahres im Golf von Mexiko. Etwa 160 Kilometer vor New Orleans hatten sie eine Spezialkamera im Wasser versenkt. Mit rotierenden Lichtimpulsen sollte das Gerät Tiefseebewohner anlocken. 120 Stunden Filmmaterial hatten die Forscher schon gesammelt, als sich plötzlich ein heller Wurm aus dem Dunkel schlängelte. Erst im Näherkommen fächerte das Tier seine Arme auf und gab sich als drei bis vier Meter langer junger Riesenkalmar zu erkennen. Seine Arme umwickelten den Lichtköder und umspielten ihn mit ihren Saugnäpfen. Dann aber erkannte das Tier, dass es nicht auf essbare Beute gestoßen war und schoss zurück in die Schwärze.

Über Architeuthis dux, den Riesenkalmar, ist nur wenig bekannt; und auch seine anderen Verwandten aus der Klasse der Kopffüßer, wie Kraken und Sepien, muten zuweilen recht außerirdisch an. Dabei leben die sogenannten Cephalopoden in allen Weltmeeren bis hinunter zur Antarktis. Sie bewohnen flache Korallenriffe, die freie Wassersäule der Tiefsee und die Räume unter dem Meereis der Polargebiete. Sie sind Meister der Tarnung, haben drei Herzen und blaues Blut, werden selten älter als zwei Jahre und verfügen dennoch – als einzige Weichtiere – über ein großes und komplexes Gehirn. „Sie sind intelligent, bunt, schnell, raffiniert, merkwürdig und inspirierend“, schreiben die Meeresbiologen Roger Hanlon, Mike Vecchione und Louise Allcock in ihrem Buch „Octopus, Squid & Cuttlefish“. Neurowissenschaftler und Biologen erhoffen sich von der Erforschung der Kopffüßer tiefgreifende Einblicke in die Evolution, aber auch Astrobiologen interessieren sich für die irdischen Aliens.

Der Riesenkalmar spukte schon durch die Phantasie der Menschen, als noch lange nicht wissenschaftlich gesichert war, dass er überhaupt existiert. Verborgen im Dunkel der Tiefsee, so erzählten sich die frühen nordischen Seefahrer, lauere „der Krake” – ein Monster, so gewaltig und furchterregend wie kein anderes Meeresungeheuer. Von Norwegen über Island bis nach Grönland erstrecke sich sein Reich. Die Kreatur sei so groß wie eine Insel und könne ganze Schiffe packen und in den Abgrund reißen. Oder sie umkreise ihre Beute so lange, bis sich ein Strudel auftäte, in dem Mann und Schiff versänken.

Schon in einer um das Jahr 1180 verfassten Saga über den norwegischen König Sverre Sigurdsson kämpft dieser – neben weiteren Meeresungeheuern – gegen einen Riesenkraken. Über die Jahre wurde die Legende von dem vielarmigen Monster so oft wiederholt, dass der Krake sogar Eingang in Carl von Linnés 1735 erstmals veröffentlichte Systema Naturae fand. In der ersten Ausgabe seines Werks zur wissenschaftlichen Klassifizierung von Tieren, Pflanzen und Mineralien hielt der schwedische Naturforscher den Riesenkraken unter der Bezeichnung Microcosmus marinus fest. Im Bemühen zur Wissenschaftlichkeit entfernte von Linné das mystische Wesen in den späteren Ausgaben jedoch wieder. Erst über hundert Jahre später sollte sich herausstellen, dass der Krake durchaus ein Teil der realen Tierwelt ist.

26.08.2018, Neuseeland, Wellington: Taucher Jack Aplin liegt am Strand nahe Wellington neben einem toten Riesenkalmar. Foto: dpa

Im 19. Jahrhundert sammelte der dänische Forscher Japetus Steenstrup alle Hinweise auf den Riesenkraken, die er nur finden konnte. Aus heutiger Sicht war Steenstrup damit einer der ersten Kryptozoologen, die versuchen, die Existenz von Fabelwesen zu beweisen. Obwohl die anderen Wissenschaftler seiner Zeit den Riesenkraken für ein Hirngespinst hielten, ließ Steenstrup nicht von der Sache ab. Er stöberte alte Bilder von seltsam unförmigen großen „Fischen“ auf, die er als Kopffüßer identifizierte. Um seine Theorie zu belegen, reichten ein paar alte Gemälde aber nicht aus.

1854 spülte der Zufall schließlich den entscheidenden Beweis an: Fischer entdeckten an einem Strand in Jütland den Kadaver eines riesigen unbekannten Tieres. Sein Fleisch verarbeiteten sie zu Fischfutter, aber der Schnabel gelangte in Steenstrups Hände. Damit konnte dieser in einem Vortrag vor der Dänischen Naturhistorischen Gesellschaft erstmals die Existenz des sagenumwobenen Riesenkraken belegen, der seither unter seinem wissenschaftlichen Namen Architeuthis dux bekannt ist.

Taxonomisch gesehen handelt es sich allerdings nicht um einen Kraken, sondern um einen Kalmar. Erkennen lässt sich das an der Anzahl der Arme: Kraken sind achtarmig, Kalmare haben neben ihren acht Armen noch zwei lange Tentakel. Beide gehören, wie auch die zehnarmigen Sepien, zur Unterklasse der Tintenfische. Zur entfernteren Kopffüßer-Verwandtschaft zählen die ausgestorbenen Ammoniten und Bactriten sowie die Perlboote, die einzigen noch heute lebenden Cephalopoden, die ihren Körper mit einer Schale schützen. Zu ihnen gehört unter anderem Nautilus mit seinem charakteristischen, spiralförmig aufgedrehten Gehäuse. Diese Art bewohnt die Hänge von Korallenriffen und bewegt sich zwischen siebzig und siebenhundert Meter Tiefe – noch weiter unten würde der Wasserdruck ihre Schale zerbrechen.

Ihre schalenlosen Verwandten sind da flexibler: Selbst im Abyssal, jenem lichtlosen Bereich der Tiefsee zwischen zweitausend und sechstausend Meter unter dem Meeresspiegel, kommen noch Oktopus-Arten vor. Die größte Vielfalt an Kopffüßern ist tagsüber zwischen zweihundert und tausend Meter zu finden. Dort leben die meisten Kalmar-Arten nebst einigen anderen Cephalopoden. Auch Architeuthis dux bewohnt diese lichtlose, schwer zugängliche Zone, weshalb Wissenschaftler bisher meist nur Reste angespülter Kadaver untersuchen konnten. Seit Schleppnetze bis in die tieferen Stockwerke der Ozeane vordringen, verfangen sich auch Riesenkalmare darin. Für Seafood-Liebhaber sind sie indes kein lohnender Fang. Wie fast jede zweite Kalmar-Art lagern die Riesenkalmare Ammoniak in ihrem Gewebe ein, das ihnen anstelle einer Schwimmblase Auftrieb verleiht.

Über frischen Architeuthis im Beifang freuten sich aber kürzlich Wissenschaftler der Universität Kopenhagen aus anderen Gründen. Dank der unverdorbenen Gewebeproben konnten sie erstmals das Genom eines Riesenkalmars sequenzieren und mit Gendaten aus Gewebeproben anderer, verwandter Kalmarspezies vergleichen. Die Forscher trieb die Frage um, wie der Riesenkalmar zu seiner gewaltigen Größe kam. Ausgewachsen wird Architeuthis dux vermutlich zwischen zehn und zwölf Meter lang. Genau lässt sich das wegen der Dehnbarkeit seiner Arme schlecht bestimmen. Allein der Kopf aber wird einen Meter lang und bietet Platz für zwei tellergroße Augen.

Wie die Mitte Januar in GigaScience veröffentlichte Studie der Kopenhagener Forscher zeigte, besteht das Genom des Riesenkalmars aus rund 2,7 Milliarden Basenpaaren, das sind 90 Prozent der Größe des menschlichen Erbgutes. Über die Körpergröße des Tiers sagt das aber noch nichts. Zwar half vielen Wirbeltieren die Verdopplung ihres Genoms im Verlauf der Evolution, größer zu werden. Ein ähnlicher Prozess scheint sich bei Riesenkalmaren aber nicht vollzogen zu haben, ergab die Untersuchung.

Das Geheimnis der Größe des Riesenkalmars lüfteten die Forscher zwar nicht, dafür entdeckten sie etwas anderes: über hundert Gene aus der Familie der Protocadherine. Diese seien wichtig, um ein komplexes Gehirn korrekt zu verdrahten, so die Autoren der Studie. Bis vor einigen Jahren war man noch davon ausgegangen, dass diese Gene nur bei Wirbeltieren vorkommen. Die Wissenschaftler hoffen nun, dem Riesenkalmar-Genom durch weitere Analysen noch mehr Informationen über die Entwicklung der Kopffüßer zu entlocken.

Die meisten Cephalopoden sind deutlich kleiner als Architeuthis dux. Einige Oktopoden etwa werden nur wenige Zentimeter groß. Ob winzig oder riesig, alle Kopffüßer teilen grob den gleichen Körperbauplan: Wie ihr Name vermuten lässt, hängen die Füße beziehungsweise Arme der Cephalopoden direkt am Kopf. In ihrer Mitte liegt der Mund, der mit einem papageienartigen Schnabel bewehrt ist. Die meisten Kopffüßer ernähren sich von kleineren Weichtieren, Fischen oder Krustentieren. Dabei kauen sie ihre Nahrung nicht, sondern raspeln sie klein: Ihre Zunge ist mit vielen kleinen Zähnen besetzt und sorgt dafür, dass die Nahrung als feiner Brei im Magen ankommt. Und das ist auch nötig, denn die Speiseröhre führt mitten durch das Gehirn. Ein zu hastig verschlungener Brocken könnte da leicht stecken bleiben.

Der zentrale Teil des Gehirns macht bei Kopffüßern aber nur etwa ein Drittel des Nervensystems aus. Der Rest erstreckt sich bis an die äußersten Spitzen ihrer Tentakel. Etwa sechzig Prozent der Neuronen verteilen sich auf Arme, Haut und andere Organe. Es wurden schon abgetrennte Krakenarme beobachtet, die dank ihrer Ausstattung mit Nervenzellen noch einige Zeit eigenständig ihrer Wege gingen – ein guter Täuschkörper, wenn der Rest des Tiers gerade vor einem Angreifer flüchten muss. Für die Cephalopoden ist die weiträumige Verteilung ihres Nervensystems aber auch aus anderen Gründen sinnvoll. Ihre Arme sind regelrechte Multifunktionswerkzeuge. Sie können Gegenstände ergreifen und festhalten; manche Arten laufen damit auch über den Meeresboden; und die Saugnäpfe an den Armen sind mit Sinneszellen ausgestattet, mit denen die Tiere fühlen und schmecken können.

Das Leben der meisten Kopffüßer – den auch sonst gemächlichen Nautilus, der bis zu zwanzig Jahre alt werden kann, ausgenommen – ist schnell und kurz. Kaum eine Spezies wird älter als zwei Jahre. Um ihre teils beachtliche Größe zu erreichen, müssen manche Arten ihr Gewicht daher anfangs jede Woche verdoppeln. Ihr Stoffwechsel läuft auf Hochtouren; ein hoher Blutdruck ist bei Cephalopoden nicht krankhaft, sondern der Normalzustand. Zwei zusätzliche kleine Kiemenherzen pumpen das Blut zu den Kiemen, wo es mit Sauerstoff angereichert wird. Dieser bindet bei Kopffüßern nicht an eisenhaltiges Hämoglobin, sondern an Hämocyanin, ein Proteinkomplex, der um zwei Kupferatome gebaut ist. Daher ist das Blut eines Kopffüßers blau gefärbt. Das dritte, sogenannte systemische Herz pumpt das sauerstoffreiche Blut anschließend in den Rest des Körpers.

Anders als Wirbeltiere sind Kopffüßer in ihrer Bewegungsfreiheit nicht durch Gelenke und ein starres Skelett eingeschränkt. Sie können ihre Arme in jede erdenkliche Richtung bewegen. Das gelingt ihnen dank einer Technik, die sich „muskuläres Hydrostat“ nennt. Das Prinzip ist das gleiche wie bei der menschlichen Zunge oder dem Rüssel von Elefanten. Statt an einem Knochen verankert zu sein, verdrehen sich die Muskeln umeinander und ermöglichen so eine Vielzahl von Bewegungen. Doch wie koordinieren Tintenfische ihre vielen Arme? Entscheidend hierfür ist wieder das komplizierte Nervenkostüm der Cephalopoden: Die Arme scheinen über einen eigenen Nervenring zu verfügen, der am zentralen Gehirn vorbeiführt. So können die Anhängsel untereinander kommunizieren, ohne dass es dem Gehirn immer bewusst sein muss. Selbst wenn Letzteres gerade nicht weiß, wo sich einer der Arme befindet, wissen es die anderen Arme, so dass sich die Tentakel nicht versehentlich verknoten.

Feinabstimmung ist auch bei der Tarnung gefragt. Viele Oktopus-Arten leben in flachen Gewässern, in Korallenriffen etwa oder Seegraswiesen. Um Angreifern zu entgehen, haben sie gelernt, sich perfekt zu tarnen. Oktopoden können zum Beispiel die Textur ihrer Haut ändern, indem sie kleine Regionen darin, die sogenannten Papillae, zusammenziehen oder wieder entspannen. An diesen Stellen verlaufen die Muskelfasern wie in einem runden Spinnennetz. Werden sie zusammengezogen, stülpt sich das weiche Gewebe im Zentrum der Papillae zu kleinen Beulen auf. So können Oktopoden sich zum Beispiel optisch an die komplexe Oberfläche einiger Korallenarten anpassen.

Forscher der Cornell University ließen sich vor drei Jahren von der Haut der achtarmigen Tintenfische inspirieren und entwickelten ein Material, das sich ähnlich flexibel verformen lässt. Gesponsert wurde das Projekt durch das Recherchebüro der U.S. Army – wohl in der Hoffnung, mit dem Material künftig Militärfahrzeuge besser tarnen zu können. Aber auch Frachtkosten könnten durch die künstliche Oktopus-Haut verringert werden, sagte Robert Shepherd, der die Forschung leitete. Material könne als flaches Tuch transportiert werden und sich erst am Einsatzort zu seiner dreidimensionalen Form auffalten. Ganz so ausgefeilt wie die Haut der Kopffüßer ist das künstliche Gewebe aber noch nicht: Bislang kann das Material nur eine einzige, vorbestimmte Form annehmen.

Der Zwergtintenfisch (Euprymna berryi) wird höchstens so lang wie ein Daumen. Foto: Biosphoto

Cephalopoden ahmen bei ihrer Tarnung nicht nur die Gestalt des Untergrunds nach, sondern auch dessen Farbe. Ähnlich den Pixeln eines Bildschirms enthält die Haut von Tintenfischen Millionen von Farbzellen, die sogenannten Chromatophoren. Im Grunde handelt es sich dabei um kleine elastische Farbbeutel, die durch Muskelzellen je nach Bedarf zusammengezogen oder ausgedehnt werden können. Je nach Spezies können die Farbpigmente rot, braun oder gelb sein. Dank einer zweiten Hautschicht stehen den Tintenfischen aber noch viel mehr Farben zur Verfügung: Unter den Farbzellen liegen die sogenannten Iridophoren. Sie werfen – ähnlich wie eine metallische Oberfläche – das Umgebungslicht zurück und beeinflussen damit den Kontrast und die Farben der Chromatophoren. Eine dritte, tiefer liegende Schicht aus weißen Zellen kann den Kontrast zusätzlich verstärken.

Die gesamte Umfärbung dauert oft nur den Bruchteil einer Sekunde – ein Chamäleon ändert seine Musterung im Vergleich dazu in Zeitlupe. Entscheidend für die farbliche Tarnung ist das Sehvermögen der Kopffüßer. Ihre Augen sind ähnlich aufgebaut wie die der Wirbeltiere einschließlich des Menschen und liefern präzise Bilder der Umgebung. Auch im Dunkeln können Cephalopoden gut sehen. Wie eine 2015 im Journal of Experimental Biology veröffentlichte Studie zeigte, enthält zusätzlich zu den Augen auch die Kopffüßer-Haut lichtempfindliche Moleküle. Die Haut liefert dadurch zwar kein detailgetreues Bild der Umgebung, hilft aber vermutlich dabei, das Umgebungslicht wahrzunehmen und so die Tarnung noch besser abzustimmen. Wie genau den Kopffüßern allerdings der Farbenmix gelingt, ist unklar. Denn die Tiere sind wahrscheinlich farbenblind.

Schlägt die Täuschung doch einmal fehl, strecken Cephalopoden entweder ihre Arme aus und machen sich groß, um ihre Feinde abzuschrecken. Oder sie setzen auf einen schnellen Rückzug: Angreifer werden in diesem Fall mit einer großen Portion Tinte im Wasser abgelenkt, die in einem in Darmnähe befindlichen Tintenbeutel gespeichert ist. Zugleich starten die Kopffüßer ihren körpereigenen Düsenantrieb. Dazu füllen sie ihre Mantelhöhle mit Wasser, das sie durch einen Trichter mit Hochdruck wieder hinausschießen. So können sie auf kurzen Strecken enorm beschleunigen und sich in Sicherheit bringen.

Jules Verne (1828-1905). 20.000 Meilen unter dem Meer. Holzstiche nach Zeichnung von A. de Neuville

Angriffslustige Monster sind Kopffüßer – anders als in den Legenden – also offenbar nicht. Aber Aliens vielleicht doch? Erst 2018 setzten sich 33 Astrobiologen unterschiedlicher Universitäten und Institutionen im Fachjournal Progress in Biophysics and Molecular Biology ganz im Ernst mit der Frage auseinander, ob die ersten Kraken, Sepien und Kalmare möglicherweise aus dem All kamen. Die noch junge Erde sei möglicherweise durch Panspermie befruchtet worden. Asteroiden und Kometen müssten demnach das Leben durch kosmische Keime auf die Erde gebracht haben. Befruchtete Cephalopoden-Eier könnten in kleinen Eisklümpchen durch das All geflogen sein. Nach Ansicht der Autoren sprechen dafür unter anderem die komplexen Nervensysteme der Cephalopoden (siehe „Köpfchen mit Füßen“), deren Auftreten für die irdische Evolution viel zu plötzlich stattgefunden habe. Wirklich belastbar ist die Alien-Theorie allerdings nicht. Denn würde es sich bei Cephalopoden wirklich um Außerirdische handeln, dürften sie eigentlich keine Abstammungslinie zu anderen Vorfahren haben – es sei denn, diese würden ebenfalls aus dem All stammen.

Doch Vorfahren der Cephalopoden sind in fossilen Spuren bereits im frühen Erdaltertum belegt. Als erster, noch primitiver Kopffüßer gilt Plectronoceras cambria, ein Tierchen aus dem späten Kambrium, das ein kaum zwei Zentimeter hohes, hornförmiges Schalenhaus mit sich herumtrug. Im Unterdevon tauchten dann die Nautilida und die Ammoniten auf. Erstere waren die Vorfahren der heute noch lebenden Nautilus. Ammoniten sahen im Prinzip ähnlich aus, und die größten von ihnen konnten vermutlich Durchmesser von bis zu zweieinhalb Metern erreichen. In flachen Gewässern bildete sich eine Vielzahl verschiedener Ammoniten-Arten, die über 350 Millionen Jahre Bestand hatten.

Im Karbon oder Perm traten vermutlich die ersten Tintenfische auf, zu denen auch die inzwischen ausgestorbenen Belemniten zählten. Sie sahen ähnlich aus wie die heutigen Kalmare, nur dass ihre Fangarme statt mit Saugnäpfen mit Haken ausgestattet waren. Anders als ihre Vorgänger entwickelten die Tintenfische keine äußeren Schalen mehr und konnten sich somit flexibler bewegen. Kopffüßer können also – trotz ihrer vielen ungewöhnlichen Eigenschaften – wissenschaftlich plausibel in den Tierstamm der Weichtiere eingeordnet werden, zu dem auch Schnecken und Muscheln gehören. Viel eher als um Außerirdische handelt es sich bei Cephalopoden deshalb einfach um ein besonderes Experiment der Evolution: Lebewesen, die unabhängig von den Wirbeltieren ein komplexes Nervensystem entwickelt haben und einen beweglichen Körper voller Möglichkeiten.
(…)
So mögen Cephalopoden zwar nicht nach klassischen menschlichen Maßstäben intelligent sein, ein Beispiel für Intelligenz als evolutionäre Errungenschaft sind sie aber doch. Ob sie sich in ihrem Fall aber so weit fortführen lässt, dass sie dereinst bis in unsere ökologische Nische vordringen, ist nicht ausgemacht, bleibt aber eine reizvolle Vorstellung.