Reblog z siebie samej: Szwajcarzy patrzą na Polskę

Opublikowałam tu tekst, który “chodził za mną” od lat, a teraz
właśnie dojrzałam do tego, by go tu zreblogować. Może dlatego że ukazał się w surrealistycznym cyklu, analizującym zagadnienie, jak widzą Polskę ludzie z innych krajów, kultur i światów? Nazywa się też stosownie: W Polsce czyli nigdzie. Dziś, po wygranej PolskiPiS w Brukseli 1:27, coraz ciekawsze wydają się pytania: czy my w ogóle jesteśmy bytem , który “oni” są w stanie zrozumieć? co oni widzą, gdy patrzą na nas? A może: co oni w nas widzą?

Ewa Maria Slaska – Polska – kraj, którego nie ma

Dwanaście tomów pamiętników – czarno oprawione książki w czarnej kasecie przypominają Czarny Kamień z Kaaby. Autorem pamiętników jest niejaki Roberto Manetti, zmarły przed 10 laty mieszkaniec Zurychu. Książka ukazuje się w wydawnictwie Ammann Verlag, stając się bestsellerem na rynku wydawniczym, mimo że do tanich nie należy. Wywołuje coś w rodzaju kultu, okazuje się, że ludzie czytają ją w specjalny, namaszczony sposób, na przykład wyjeżdżając na miesiąc na urlop do jakiejś samotni. Jednak dociekliwy narrator, Paul Meier, który wciąż jeszcze książki nie przeczytał, orientuje się, że czytelnicy tajemniczych pamiętników znikają. W tym momencie rozpoczyna się akcja powieści Czytając Manettiego. Meier zaczyna poszukiwania, próbując rozwikłać kryjącą się za zniknięciami tajemnicę książki. Niebawem dochodzi do wniosku, że poszukiwani żyją, a ktoś pomaga im znikać; oni zaś robią to dobrowolnie. W pewnym momencie narrator sam chciałby zostać „zniknięty”, ale wie, że właściwie nie może, bo jest detektywem. Znikają bowiem tylko ci, którzy spełnili kilka warunków: mają tę książkę na własność; przeczytali ją całą po raz pierwszy w szczególny, pełen oddania sposób; przeczytali ją po raz drugi; odkryli w 11 tomie ukrytą wskazówkę – jest tam data (jedyna dokładna data w całej książce), która tak naprawdę jest również numerem telefonu w Zurychu; następnie zadzwonili pod ten numer i wreszcie wyrazili chęć poznania tajemnicy dobrego życia.

Historia czytania Manettiego i odkrywania tajemnicy wydania jego pamiętników to pierwsza i najważniejsza część książki. W drugiej części zagadka się wyjaśnia. Manetti, zamożny przemysłowiec i handlarz kawy, wcale nie umarł, tylko upozorował swoją śmierć, nie napisał też książki, ale zlecił jej napisanie, oraz ustalił okoliczności jej wydania oraz znikania czytelników. Sam przeniósł się na stałe do Brazylii, gdzie już wiele lat wcześniej rozpoczął w małym miasteczku tworzenie samowystarczalnego systemu ekonomiczno-społecznego, opartego na zasadach równości, ekologii i zrównoważonego rozwoju. Ta idea, pozwalająca uwolnić się od kontaktów ze światem wielkich konsorcjów przemysłowych i kapitalizmu – rodzaj kibucu czy komuny – działa jednak dopóty, dopóki jej realizacja nie przekroczy określonej wielkości, gdyż wówczas powróci, siłą rzeczy, do kapitalistycznego obiegu. Porwani czytelnicy nie mają jednak stać się częścią tej samowystarczalnej komuny, bo po prostu – nie ma w niej dla nich miejsca. Zostali oni tylko zaproszeni na wycieczkę „społecznoznawczą”, by potem mogli wrócić jak gdyby nigdy nic do normalnego życia lub też, w oparciu o program know how zagwarantowany przez Manettiego, zacząć tworzyć własne kibuco-komuny. Jedna taka społeczność już istnieje – na luksusowym placu des Vosges w Paryżu. Manetti wpisuje się więc w znany model kulturowy: bogacz działający z ukrycia, który – w zależności od zamysłu filmu, powieści czy gry komputerowej – chce zniszczyć świat lub go uratować. Jego idee są teoretycznie proste w realizacji, sprawiedliwe społecznie, nie niszczą środowiska i spełniają idealistyczne marzenia o dobrym życiu.

Najważniejszą jednak częścią powieści Czytając Manettiego nie jest ani poszukiwanie tajemnicy, ani jej wytłumaczenie, lecz podsuwane w streszczeniach fragmenty pseudopamiętników Manettiego. P.M. opisuje świat, w którym znikają dawne idee społeczne i rodzą się nowe. Książka jest zapisem stanu umysłu Europejczyków od połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku do drugiej dekady XXI wieku. I tu się zaczyna problem, bo autor (zresztą wszyscy trzej, bo i p.m., i narrator, i wyimaginowany Manetti) nawet jeśli myśli, że opisuje Europejczyków, zajmuje się właściwie tylko Szwajcarami.

Książka jest absolutnie helwetocentryczna i, z punktu widzenia Polaka czy w ogóle mieszkańca świata (poza najedzoną do przesytu Szwajcarią), świetnie oddaje egoizm, europocentryzm oraz samowystarczalność bogatej Europy, która nie potrzebuje nikogo i niczego. Jest to szczegółowy zapis idei społecznych i politycznych, narastania świadomości ekologicznej i odpowiedzialności za świat, bardzo interesujący i… całkowicie oderwany od rzeczywistości.

Zainteresowany społecznie Szwajcar szczegółowo, niemal rok po roku opisując zmiany zachodzące w Europie w ostatnim półwieczu, nie zauważa w ogóle całej serii zdarzeń, wokół których nie przeszedłby obojętnie zainteresowany społecznie Polak. Nasz świat bowiem opiera się na linijce z szeregiem lat – 1956, 1968, 1970, 1976, 1980–81, 1989, 2004 – których u Widmera w ogóle nie ma. Pisząc historię „naszej” Europy, uznalibyśmy, że musi ona obejmować Solidarność, stan wojenny, Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory.

Gdy kiedyś, nawet nie tak dawno, kończyłam czytać Manettiego, moja opinia o tej książce opierała się w zasadzie na powyższych obserwacjach. Uznałam, że to ciekawa i, jak wszystkie optymistyczne utopie, przyjemna lektura, którą zakwalifikowałam gdzieś nieco (ale i tak niewiele) powyżej proroctw z Celestyny i Paula Coelha.

Przejrzeliśmy po kolei tom po tomie. Rok 1975 zaczął się w tonacji dur i moll. Wietkong zwycięża wojnę w Wietnamie, kończy się grecka dyktatura pułkowników, umiera Franco, ale w Chile u władzy nadal Pinochet. Nixon przepędzony, zaczyna się epoka Cartera, protesty przeciwko energii atomowej – lata z ołowiu. Od roku 1975 przestaje obowiązywać zasada, że wzrost produkcji oznacza podwyżkę pensji. Zbliża się koniec keynesistowskiej umowy społecznej. W drugim tomie nadciąga angielska bieda i ma miejsce katastrofa w Harrisburgu, Iran i zakładnicy, Carter przeżywa załamanie podczas biegu w Maryland. W Zurychu zaczynają się protesty studenckie zwane Beweging, czyli Ruch1 (dokąd?), powstaje dom kultury w Czerwonej Fabryce; pierwsze squaty. Wydanie Marsa Fritza Zorna. W tomie 3 Thatcher i Reagan wygrywają wybory, pojawiają się redukcje zakładów i masowe zwolnienia; gospodarka wpada w bagno. Tom 4, a może dopiero 5, to wielka wyprzedaż – tanieje ropa naftowa, wartości rosną, Japonia kwitnie, pojawia się Gorbaczow, głasnost i pieriestrojka, początek końca ZSRR. We Francji wygrywa wybory Mitterrand, co nieco narusza powszechne rządy konserwatywnego neoliberalizmu. Co jeszcze zdarzyło się w latach osiemdziesiątych? Zamykanie fabryk, małe smoki i tygrysy na dalekim Wschodzie, sowiecka wojna w Afganistanie, Amerykanie uzbrajają Talibów, Sloterdijk, Baudrillard, Virilio. Postmodernizm i poprawność polityczna. Rąbnięta teoria krzywej Laffera dowodząca, że mniejsze podatki zwiększają dochód państw. Tomy 5, 6 i 7 zajmują się końcem lat osiemdziesiątych i początkiem lat dziewięćdziesiątych. Kolejny kryzys, krach na giełdzie w roku 1987, w Szwajcarii po raz pierwszy pojawia się bezrobocie, pustynie poprzemysłowe, Czarnobyl, umieranie lasów, rozpędzenie ruchu squatterów, załamanie „realnie istniejącego socjalizmu”, pierwsza wojna w Iraku. Tomy 8 i 9 to lata dziewięćdziesiąte: Clinton i jego intrygi, permanentny kryzys, komputer i Internet, globalizacja, wojna w Jugosławii, nomenklatura przekształca się w nową oligarchię, telefony komórkowe. Załamanie koniunktury w Japonii. Tomy 10 i 11 zajmują się połową lat dziewięćdziesiątych. Bombardowanie Belgradu, boom w USA. Jelcyn przejmuje władzę. Wojna w Czeczenii. Tom 11, rok 1996.

Helwecja – kraj w środku pokurczonej Europy2

Lektura Manettiego nieuchronnie każe mi sięgnąć po inną książkę ze Szwajcarii, czytaną przeze mnie dawno, ale dobrze zapamiętaną, dlatego, że według mnie obie są utworami helwetocentrycznymi: cykl esejów szwajcarskiego pisarza o jego pobycie w Polsce w roku 1989.

Reto Hänny, Am Boden des Kopfes / Na podłodze głowy.

Teoretycznie jest to opis podróży znanego szwajcarskiego pisarza po Polsce, jednak tematem najważniejszym jest tu Szwajcaria.

Tytuł jest cytatem z wiersza Herberta o Panu Cogito, pierwsza zwrotka jest też mottem (jednym z trzech) książki.

Codzienność duszy3

Rano myszy biegają
po głowie
na podłodze głowy
strzępy rozmów
odpadki poematu
wchodzi
pokojowa muza
w niebieskim fartuchu
zamiata

do mego pana
to przychodzą lepsi goście
taki dajmy na to Heraklit z Efezu
albo prorok Izajasz

dziś nikt nie dzwoni

pan chodzi zdenerwowany
mówi do siebie
drze niewinne papiery
wieczorem wychodzi w niewiadomym kierunku

muza odpina niebieski fartuch
opiera łokcie na parapecie
wyciąga szyję
czeka
na swego żandarma
z rudymi wąsami

W mojej opinii o helwetocentryczności tej publikacji nie byłam zresztą odosobniona. Dorota Sosnowska, germanistka z Uniwersytetu Szczecińskiego, pisze: „mimo bardzo obszernych opisów polskiej rzeczywistości […] kluczowe są jednak tematy helweckie, gdyż pisarz […] analizuje tu własne doświadczenia i swój stosunek do kraju ojczystego, dokonując równocześnie gruntownego demontażu helweckiej idylli i ukazując Szwajcarię jako kraj przesiąknięty licznymi skandalami i naznaczony krwawo tłumionymi rozruchami”4. Zresztą i sam autor, świadomy swej pisarskiej tendencji, pisze, że optykę zakłóca mu skleroza szwajcarska (Helvetosklerose).Dokładnie tak jak w tytule tego rozdziału: w środku świata widzianego przez Szwajcarów znajduje się Helwecja, a naokoło rozpościera się jakiś szczątkowy kontynent, niewiele lepiej znany niż zatopiona Gondwana.

Obaj pisarze są tu sobie bliscy, ale Hänny ma przynajmniej świadomość swojego helwetocentryzmu, natomiast Widmer nawet nie wie, co by to miało być. Hänny rozprawia się ze „swoją” Szwajcarią, Widmer pisze o Europie tak, jakby była Szwajcarią. Dla Jarry’ego Polska istniała jako przykład negatywny, dla Hänny’ego Polska stała się pretekstem do myślenia o Szwajcarii, zaś Widmer nawet nie zauważa, że Polska istnieje. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, nawet przy założeniu, że każdy z nas czyta nieuważnie i coś nam z lektury umyka, twierdzę, że w całej trzystustronicowej pozycji słowo „Polska”, „Polak” czy „polski” nie padają ani razu.

Książkę Widmera czyta się lepiej i łatwiej niż Hänny’ego, ale też Widmer jest apologetą dobrej sprawy i szuka zwolenników, podczas gdy Hänny jest surowym krytykiem i szarpie, kąsa i gryzie każdego, kto się do niego zbliży, siebie samego chyba zresztą najbardziej. Styl Widmera jest lekki i potoczysty, Hänny plącze zdania i czasy, przeskakuje od luźnych skojarzeń do żrących analogii, o których wymowie z kolei my, bezradni odbiorcy jego prozy, pochodzący ze świata poza Szwajcarią, nie mamy najmniejszego pojęcia. Niemieccy krytycy słusznie piszą, że Hänny przekracza granice tego, co czytelnik jest w stanie zrozumieć (Lesbarkeit; readability). Na podłodze głowy narasta głębokie przekonanie, że nie tylko my nie rozumiemy, o co mu chodzi, gdy pisze o Szwajcarii, ale co gorsza jego odbiorcy z DACH-u5 nie zrozumieją niczego o Polsce. Raz czy drugi wyłowią znajome słowo, które zaraz potem utonie w erudycyjno-postmodernistycznej grze skojarzeń, omówień i cytatów bez cudzysłowów. Zdania Hänny’ego obejmują nieraz całe akapity, a, pooddzielane średnikami, strony… Czyta się go trudno, niekiedy w ogóle nie sposób przebrnąć przez tekst, który zmęczony czytelnik wreszcie porzuca, wiedząc, że to oczywiście grzech, bo może to tam właśnie, w tym poharatanym kawałku prozy znajduje się wyjaśnienie, o co właściwie autorowi chodzi.Ale autor nie jest głupi, o nie, ma za sobą niezłe doświadczenia walki z obrzydliwym kapitalizmem o prawa zwykłego człowieka w najbogatszym mieście świata, czyli Zurychu6, i wie takie rzeczy o sobie, o świecie i o nas, których my sami nawet nie wiemy. Kto na przykład słyszał o Janie Kowalewskim, kryptologu, który odkodował tajne rozkazy Budionnego, czym znacznie przyczynił się do zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej w roku 1920? Przyznajmy z ręką na sercu, nie wiemy nic. A on wie. Co gorsza (albo lepsza), w akapit o Cudzie nad Wisłą wcale nie wstawia nazwiska Kowalewskiego, tylko Isaaka Babla i Dsiga Werowa, filmowca. Kowalewskiego trzeba sobie znaleźć, co nawet teraz, w czasach Internetu, zajęło mi dobrych parę kwadransów, a w roku 1990, gdy Hänny to publikował, było jeszcze trudniejsze. I mogło się skończyć fiaskiem.

Pewną pomocą w zrozumieniu ataków Hänny’ego na Zurych może być odwołanie do lektury Wydarzenia Guida Morsellego7. Morselli, Włoch z Triestu, urodzony w roku 1912, prawnik, odebrał sobie życie w roku 1973. Nie jest to jedyny pisarz, który wybrał dobrowolną śmierć, ale być może jedyny, który przez całe życie walczył o to, żeby zostać uznanym za pisarza i skończył ze sobą, zrażony niepowodzeniem pisarskim, gdy tymczasem tuż za rogiem czekały sława i uznanie. Wydarzenie8ukazało się po włosku wkrótce po śmierci autora i stało się sporą sensacją literacką, czego autor niestety nie mógł już zobaczyć.Wydarzenie to opowieść o mieście Chrysopolis, które nagle w przeciągu jednej tajemniczej nocy całkowicie opustoszało, ocalały natomiast zwierzęta i narrator, który chodzi teraz po ulicach, rozmyśla o tym, ile jego złoto sprawiło zła i czy to, co się zdarzyło, było karą, czy wybawieniem. Powieściowe Chrysopolis to oczywiście Zurych, miasto skarbców bankowych, ale też Hänny’ego i Widmera. Obaj działali tu w ruchach lewicowo-anarchistycznych, i obie ich książki są mocno osadzone w tym mieście-symbolu, które jak nierządnica babilońska rządzi światem. Obaj zresztą uciekają z Zurychu. Z licznych wzmianek czuje się, że Morselli jest dla Hänny’ego wzorem, a może przewodnikiem duchowym, pełni taką rolę, jaką dla nas, uciśnionych w komunie, pełnił Herbert i jego Pan Cogito; pokazuje, jak żyć uczciwie.

Pamiętam, że jak byłam w Zurychu, uderzyła mnie przede wszystkim niezbyt paradna zwyczajność tego miasta, nie rzucająca się w oczy skromność słynnej Bahnhofstrasse, najdroższej ulicy na świecie, której mityczne podziemia w okolicy Paradeplatz wypełnione są złotem wszystkich szwajcarskich banków. A tu tymczasem ulica jak ulica, nic nadzwyczajnego. W Paryżu ładniej, w Berlinie weselej… Ani bogato, ani złowrogo, ani nawet symbolicznie.

Hänny a sprawa polska

Hänny gardzi Szwajcarią, gardzi Europą, pogarda jest mu przyrodzona, trudno się więc dziwić, że mimo iż szanuje polską literaturę, polską opozycję i przejmuje się wojną, a zwłaszcza męczeństwem Żydów, nie potrafi nie gardzić i naszym krajem.

Przyjechał tu jesienią 1989 roku, czyli tuż po wolnych wyborach. Jego opisy polskiej rzeczywistości są celowo przykre, drastyczny opis brzydkiego mężczyzny w nocnym pociągu do Rzeszowa staje się opisem nas wszystkich, więcej nawet, bo również naszej mapy i naszego terytorium. Najwyraźniej na nic nie zasłużyliśmy, my, zwykli Polacy i my, Polska, zwykły kraj. Na naszą niekorzyść zalicza autor wszystko jak leci: fakt, że dla większości ludzi pieniądz jest ważniejszy od ideałów, ale też, że nocą jest ciemno; przenikliwy wiatr jest przenikliwy, a jak jesienią pada deszcz, to jest zimno i mokro. Niechęć staje się powoli monotonna, gdy nagle autor wspina się na szczyty odrazy. Nie tylko ja zapamiętałam z tej lektury rozdział o kolacji u pani docent czy profesor z Uniwersytetu Toruńskiego, bo pamiętają go wszyscy, którzy czytali tę książkę. Gospodynią kolacji jest kobieta piastująca stanowisko uniwersyteckie, chyba germanistka, a współgospodynią – jej matka, również mówiąca po niemiecku, określana przez autora mianem „Alte” – Stara. Kobiety podają obrzydliwe jedzenie, jakieś masy jarzyn, po części w occie, a likier, który proponują po posiłku, ma kolor zaschniętej krwi menstruacyjnej, co się zresztą (świadomie, podświadomie?) komponuje z barwą aksamitnej sukni, w której występuje pani domu. Notabene, mam wrażenie, że autor, jak zresztą wielu mężczyzn, nie odróżnia aksamitu od pola bananowego i że pani profesor miała na sobie sukienkę co najwyżej z weluru.

Opisując tę kolację Hänny wykracza poza i tak już wysoki poziom nienawiści do Polski i Polaków, bo jeszcze bardziej niż samego kraju i jego mieszkańców nie znosi Polek. Jego mizoginizm jest odstręczający, a żywi się wszystkim, chociażby faktem, że pani profesor i jej matka mają małe mieszkanie i dużo książek, co sprawia, że regały sięgają aż po sufit. Podczas lektury człowiek zastanawia się, czym właściwie te dwie kobiety zasłużyły sobie na taki ładunek jadu i nienawiści.

No, wreszcie jesteśmy! Obie się już poważnie martwiły. Z powodu tej uciążliwej drogi, co gorsza, jak widać, znowu nie działa światło na klatkach, i to już od wielu dni, dlatego prośba, by wybaczyć mamie, że nie czeka na gości tu na zewnątrz, wita nas kobieta w ciemnoczerwonej sukni wieczorowej i z latarką, która, bo z daleka rozpoznała auto (zresztą z braku paliwa mało jakie auto tu w ogóle dobrowolnie zajeżdża), zeszła na dół i rozprawia gestykulując, zanim jeszcze kierowca zdążył na dobre zahamować […]. Rozjaśniony tylko jedną nisko zwieszającą się słabą żarówką w alabastrowym obwieszonym żółtozielonymi frędzlami z paciorków abażurze przeładowany jedzeniem stół blokuje przestrzeń […]. A co, młodemu panu nie smakuje? Jak się pan nazywa? Proszę jeść, proszę jeść, czemu pan nic nie je, wcale nie popróbował pan wszystkiego, syczy do mnie Stara, która usadowiła się tuż obok mnie, po lewej, obok profesora, i szturcha mnie, jednocześnie ze śmiechem wypytując o coś córkę, zanim zdołałem choć w połowie opróżnić talerz.
Jeszcze tylko brakuje, myślę, siedząc wciśnięty w nieszczególny kąt, na niskiej, wypłowiałej kanapie, pokrytej sfilcowaną skórą źrebięcą z wbitymi na fest warstwami kłaków białoszarego sierściucha, który po nieudanych próbach wypchnięcia mnie z mojego miejsca, ulokował się pod moimi nogami, od czasu do czasu obwąchując mnie zimnym mokrym nosem, aby, gdy się wreszcie jakoś przed psiskiem obroniłem, namiętnie oblizywać mi dłoń
[…] brakuje tylko, żeby Stara dodała, myślę, jedz, bo inaczej nic z ciebie nie będzie…

Tym bardziej zaskakuje następny rozdział – kilkanaście pięknych, jasno i klarownie napisanych stron o księdzu Jerzym Popiełuszce. Kilkanaście stron ludzkiego współczucia i sympatii, podziwu dla szlachetności, niezgody na bestialstwo katów i bezkarność ich zleceniodawców. Czytelnik oddycha z ulgą, myśli, że oto wreszcie skończyły się odrażające opisy, których brzydota podkreślała niejako dodatkowo odstręczające wnioski na temat Szwajcarii; że te pierwsze strony książki, a i tak jest ich już niemal sto, miały być preludium do lektury, gdzie z szarego błota polskiej codzienności (jasne, wszyscy wiemy, że Polska komunistyczna i świeżo postkomunistyczna była szara i błotnista) wyłoni się nagle jak Wenus z fal morskich jasna i świetlista postać bogini, Solidarność, która powiodła na barykady ludy Europy, i już myślimy, że teraz czas na apoteozę… Zwłaszcza, że pierwsze motto do swej książki Hänny znalazł na jakimś murze w Gdańsku: „Nie damy się”.

Ale nie. Nic z tego. Bo i te piękne strony służą autorowi do pastwienia się nad Szwajcarią, a i Polska zaraz potem jawi się znowu jako paskudny kraj, który chyłkiem, poprzez kontakty z NATO, zamierza wkraść się do Twierdzy „Europa” (Zachodnia). Nawet to, co w nas godne pochwały, czyli polskie, nazwijmy to umownie, umiłowanie wolności, jest uHänny’ego pełne wbijanych ukradkiem szpilek i podskórnego jadu. Książę Józef Poniatowski „geht baden” – idzie się kąpać, co odnosi się oczywiście do faktu, że zginął w rzece, ale jednak zginął, a nie poszedł się wykąpać, a na dodatek jest to sformułowanie idiomatyczne i używa się go, żeby drwiąco powiedzieć, że coś schodzi na psy (na przykład: Unser Bildungssysstem geht baden – niemieckie szkolnictwo podupada).

Oczywiście można z góry założyć, że autor obruszyłby się, gdyby zarzuciło mu się naigrywanie się z polskości. „Ależ, powiedziałby, wybranie Pana Cogito za Wergilego tej podróży dobitnie pokazuje, że Was cenię, ale jestem, jak Herbert i sam Pan Cogito, inteligentny, wykształcony i ironiczny. Patrzę z dystansem. Nie mogę nie krytykować”.

Może i nie może, nie wiem. Tylko że u Pana Cogito ten dystans jest uprawniony, w końcu Pan Cogito jest jednym z nas, znosił to, co i my znosiliśmy, a poza tym jest może surowy i krytyczny, ale jest też uważnym obserwatorem rzeczywistości, myśli, dystansuje się przede wszystkim do samego siebie, nie obraża innych, jest nieugięty, ale nie obelżywy i odrażający, a już na pewno nie turpistyczny.

Andrzej Stasiuk

Gdy to wszystko czytałam 20 lat temu, byłam po prostu zniesmaczona, teraz wiem jednak, że i polski autor wyprodukował w 10 lat później takie dzieło – mam na myśli Dojczland Stasiuka9. Sam autor napisał o swojej książeczce, że: „Jest to opowieść o niełatwym losie literackiego gastarbajtera. Pełna jest celnych obserwacji, błyskotliwych refleksji oraz niewyszukanego humoru”10. No tak, niewyszukany humor. Bardzo niewyszukany. Autor nic nie widzi i nic go nie interesuje, opisuje tylko hotele, dworce, pociągi, samoloty, lotniska i ewentualnie długie i nużące jazdy samochodem. Czasem kolacje i nieszczęsne panie organizujące mu spotkania autorskie. To oczywiście (a może raczej powinnam napisać: miejmy nadzieję) tylko chwyt literacki, biedny pisarz, ciężko pracujący w Niemczech i innych krajach DACH-u11 na kawałek powszedniego chleba. „Żeby ocaleć, czasami piję, a czasami porównuję. Wielu rzeczy nie pamiętam i muszę je wymyślać od nowa”.

Pod tym względem obaj panowie są sobie zresztą bliscy, bo Hänny też przyjechał do Polski z wieczorami autorskimi i też jeździ wzdłuż i wszerz między Rzeszowem, Lublinem, Krakowem, Toruniem i Warszawą.

Wypowiedź Stasiuka o Niemczech spełnia wszystkie wymogi tego, jak powinna wyglądać odrażająca książka o kraju, którego Bogu ducha winni przedstawiciele w dobrej wierze zaprosili pisarza na wieczory autorskie, finansując mu oczywiście podróż, wyżywienie, noclegi w hotelach i honorarium, a zapewne również przewodników, opiekunów, towarzyszy podróży i gościnę. Że o PR nie wspomnę.

„Lubię z pięćdziesiąt miejsc w Niemczech, ale żadnego z nich poza Lorelei nie ma w moim Pascalu. Nie ma na przykład dworca we Frankfurcie nad Menem w niedzielny poranek z zakrwawionymi strzępami papieru toaletowego na chodniku i facetami o ósmej w knajpach ze wzrokiem wbitym w zawieszony pod sufitem telewizor. […] Poranek jest senny i niemrawy. Burdele śpią, śpią pornokina. Wstali tylko ci, których kac i ćpuński głód wypędził w poszukiwaniu ratunku. I jeszcze tamci faceci z knajpek, którzy wstają o świcie i zaraz muszą się spotkać bo nie potrafią bez siebie żyć. […] Ale tego wszystkiego nie ma w żadnym Lonely Planet. […] W zwiedzaniu jest jakiś przymus podziwu, zainteresowania, jakaś obłuda. Czasami ktoś pokazuje mi coś z dumą, a ja czuję się jak oszust, bo kiwam głową, ale nic nie obchodzi mnie jakaś wieża, brama, zamek oraz reszta tych cudów.”

Jak każdy prawdziwy Polak Stasiuk nie ma obowiązku lubić Niemców, którzy rozpętali dwie wojny i wymordowali „15 procent naszego społeczeństwa, a drugie 15 zamorzyli głodem”. Nawet w książce, w której w ogóle nie chodzi o Niemcy, pojawi się i ten wątek. Polska zobowiązuje. Ale też – Polska przyzwala.

Polonocentryzm jako odpowiedź na helwetocentryzm Hänny‘ego, ale tylko w takim wymiarze, w jakim służy on znacznie ważniejszemu centryzmowi – a mianowicie ego… Egocentryzmowi.

Ale, wychodząc z odmiennych pozycji centrycznych, obrażać się można nawzajem i do woli.

Prorok w cudzym kraju

Hänny przebywa w Polsce tuż przed upadkiem Muru, pisze więc tak, jakby NRD jeszcze istniało, bo oczywiście istniało, gdy był w Polsce, a upadło w dzień po jego przyjeździe do Berlina. Jednocześnie pod spodem przemawia przez tekst oczywista wiedza o tym, co stało się potem, która zgoła niepotrzebnie spowija go w profetyczną szatę. Przewiduje coś, co wie, i może nie przyniosło by mu to specjalnej chwały, gdyby nie fakt, że przewiduje też to, czego nie wie, a tylko obserwuje symptomy. I robi to lepiej niż my, którzy przespaliśmy z kretesem ostatnie 25 lat.

Niedługo okaże się, że znowu trzeba wyjść na ulicę i strajkować, aby wywalczyć sobie wolność wyznania – lub zacząć myśleć o emigracji. Jeszcze człowiek nie zdążył otrząsnąć z ubrania zaprawy murarskiej poprzedniego systemu, a już wojownicze kręgi kościelne wynoszą moralne przekonania kleru do rangi doktryny państwowej, zmierzając do utrwalenia nowego totalitaryzmu. […] Polacy są przeciw Niemcom, Czechom, Rosjanom, komunistom, socjalistom, protestantom, katolikom i tak dalej – czyli, krótko mówiąc, przeciw wszystkim. […] a są za swoim jedynym polskim katolicyzmem, od Bugu, a jeszcze lepiej – od Uralu po Atlantyk. Za czystą Polską, bez prezerwatyw, aborcji, kontroli urodzin i równouprawnienia – i oczywiście bez ruchu obywatelskiego.

Niestety, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, ale w cudzym też nie.

Nasza narracja o Polsce, świat pełen luk

Jeśli, wzorem Stasiuka, zapomnimy o lekceważącej Polskę perspektywie szwajcarskiej i zastąpimy ją polską, okaże się rychło, że opuszczenia i luki w historii Europy według Widmera i Hänny’ego nie są czymś gorszym od opuszczeń i luk w historii Europy według Polaków. Spróbuję tu dokonać próby dokładnie takiego samego opisu, jaki zacytowałam z powieści Widmera, tylko że à la polacca. Na szaro to, czego nie ma, karp na szaro po żydowsku i nie tylko.
Bunt robotników w roku 1953 w NRD – nigdy go nie było w polskiej pamięci zbiorowej, nasza historia zaczyna się w roku 1956 – w Polsce i na Węgrzech. Wraz z bratankami walczymy o Polskę.

Rok 1963, budowa Muru Berlińskiego, kogo to obchodziło? Kogo w ogóle obchodziło NRD? Rok 1963 to rok zamachu na Kennedy’ego. Ale czy wiemy też, że był to roku Marszu na Waszyngton? Walczymy o Polskę.

Rok 1968. Marzec, kwiecień, maj. Praska wiosna, paryski maj, rozruchy marcowe, interwencja wojsk Układu Warszawskiego w Pradze. OK, tu już się bardziej wpisujemy we wspólną narrację, wiemy dużo o roku 1968, o buntach amerykańskich i francuskich, znacznie mniej o zachodnioniemieckich; o tym, że w NRD studenci wystąpili do walki o zachowanie kościoła św. Jana w Lipsku nie wie nikt i podejrzewam, że nikt nie pamięta, iż 4 kwietnia 1968 roku został zastrzelony Martin Luther King… Walczymy o Polskę, chociaż interwencją wojsk sprzymierzonych w Pradze władza zrobiła nam obciach. Człowiek na księżycu.

Lata 1957–1975. Wojna w Wietnamie też nas niewiele obchodziła. Jeśli będziemy wyliczali wydarzenia ważne dla historii w latach siedemdziesiątych, podamy Gdańsk i Szczecin 1970, a potem rok 1976 – Radom i powstanie KOR-u. No i wybór polskiego papieża. Ogólnie: walczymy o Polskę.

1979 – rewolucja islamska w Iranie. Walczymy o Polskę.

Rok 1980, strajki, Solidarność i Nobel dla Miłosza. Umarł Josip Broz Tito i zaczął się rozpad Jugosławii. Walczymy o Polskę.

Rok 1981 – wprowadzenie stanu wojennego. Nie bardzo mamy ochotę pamiętać o niemieckiej pomocy dla Polski po wprowadzeniu stanu wojennego, mimo że miała ona kolosalne znaczenie dla dalszego rozwoju wypadków. W Berlinie Zachodnim zaczęła się tzw. walka o domy. Walczymy o Polskę.

1983 – Nobel dla Wałęsy. Walczymy o Polskę.

1989 – Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory w Polsce, znaczące daty. Plac Tiananmen? Ale co tam Chiny, nie pamiętamy Jesieni Narodów, upadku Muru Berlińskiego, zjednoczenia Niemiec, upadku systemu bloków politycznych i zakończenia zimnej wojny. Zaczyna się krwawa wojna w Jugosławii. My wygraliśmy. Kończymy walkę, którą toczyliśmy przez ostatnie 45 lat. Zaczynamy nowy etap życia. Bogacimy się.

1990 – uwolnienie Nelsona Mandeli i w 1994 koniec apartheidu, 1990–1991 – wojna w Zatoce Perskiej (wojna o Kuwejt), a my złapaliśmy wiatr w żagle i bogacimy się. Zaczynamy od Polenmarktu w Berlinie. Sprzedajemy wódkę i jajka, kupujemy margarynę w Aldim.

1992 – Radio Maryja rozpoczyna powolną indoktrynację tych, którzy w ćwierć wieku później staną się wiernym, wierzącym i posłusznym elektoratem PiS-u. My się bogacimy.

W 1993 roku wprowadzona została ustawa o tzw. kompromisie aborcyjnym. Nie był to kompromis, milion Polek podpisało protest, który nie odniósł żadnego skutku. Premierem Polski była kobieta, a Polacy po raz pierwszy odczuli, że nie są u siebie i że to nie oni będą korzystać z wywalczonej wolności. No, ale bogacimy się. Z szop, w których sprzedawaliśmy margarynę z Aldiego tworzymy shopy.

1996 – Nobel dla Szymborskiej. Zaczyna narastać globalizm, stolica Niemiec przenosi się do Berlina, na polskie ulice wpełzają banki, a na rynek pracy korporacje, które za chwilę nami owładną. My jednak wciąż bogacimy się, choć jest coraz trudniej. Państwo dopomina się o swoje, przede wszystkim fiskus i ZUS. I oczywiście Kościół.

11 września 2001 roku – jedyna data w historii współczesnej, którą rzeczywiście chyba wszyscy pamiętamy. Tym niemniej – nadal bogacimy się, choć nie jest już tak łatwo, spłaszczają się różnice, aspiracje rosną, przelicznik waluta-złoty się pogarsza, inwestorzy odkrywają Ukrainę, Rumunię i Albanię.

2003 – wojna z Saddamem Husajnem.

2004 – przystąpienie Polski do UE. Koniec historii współczesnej według Polaków. W roku 2005 umiera papież Polak. Był symbolem historycznej walki; gdy historia się skończyła, a zastąpiła ją demokracja, mógł odejść – i odszedł. Do władzy dochodzą Internet, Google i Wikipedia, a potem Facebook i telefon komórkowy. Zwyciężają media społecznościowe. Nasza (jedyna uprawniona) wizja świata się sprawdziła. Najpierw walczyliśmy, potem się wzbogaciliśmy. Było dobrze.

Podsumowanie

Niestety nie było. Z mediów społecznościowych wyszła na ulice Afryki Północnej arabska wiosna (2010–2013), zaczęły się bunty w Turcji i w Bułgarii, pojawił się ukraiński Majdan… A potem było jeszcze gorzej. Putin zajął Krym i wschodnią Ukrainę, a w Polsce zwyciężył PiS. We Francji Marine Le Pen, na Węgrzech Orban. Próbujemy się bronić, z Facebooka wyszedł na ulicę KOD… Wygrał Trump. Resztę znamy.

Wybaczcie skróty, zrobiłam tylko szybki przegląd, nie wgłębiałam się w szczegóły. Na potrzeby tego eseju opracowałam model historii świata według Polaków. Nasz i ich. Nasz właśnie odchodzi, ich się kształtuje.

Bo narracja PiS-u dopiero się tworzy i zmieni radykalnie polską wizję historii współczesnej. Będzie w niej jeszcze mniej świata zewnętrznego i pominięty zostanie świat naszej walki, będzie się tylko pamiętać, że jak przyszedł czas wolności – bogaciliśmy się. I drogo za to zapłacimy, nawet jeśli osobiście wcale się nie wzbogaciliśmy. PiS neguje rolę Solidarności, Wałęsy, Okrągłego Stołu, wolnych wyborów i wejścia w skład Unii Europejskiej, skreślił polskich noblistów, ale za to wprowadził kult żołnierzy wyklętych i kult smoleński. Historia Polski według PiS-u zaczyna się w październiku 2015 roku, kiedy w tryumfalnym pochodzie do władzy dochodzi jedyna słuszna partia, a z nią jedyny słuszny model człowieka, Nowy Polak – Homo Polacus Catholicus i Prawdziwa Wolna Polska.

Oczywiście jest KOD i jest czarny protest, gdy okrzepną, przejmą rolę Michnika i Elektryka, być może Olga Tokarczuk i Sylwia „No pasarán” Chutnik stworzą nowego Pana Cogito (oczywiście Panią Cogito). Na razie jednak jesteśmy zdani sami na siebie.

Chciałam w tym eseju rozprawić się ze szwajcarską wizją świata, ubolewając, że z Zurychu nie widać Polski, Czech, Słowacji, Węgier, Jugosławii, NRD, nawet Niemiec specjalnie nie widać. I dopiero podczas pisania tego eseju uświadomiłam sobie, że tak jest zawsze i wszędzie, że z Warszawy i Gdańska też nie widać ogromnych kęsów świata. I że świat widziany z księżyca w Polsce jest równie egocentryczny jak świat widziany z Zurychu.

Oczywiście, niewykluczone, że przemawia przeze mnie feministyczny polonocentryzm z naleciałościami androgynizmu. Równie ślepy i naganny jak helwetocentryzm Widmera i Hänny‘ego. Możliwe też, że moje rozbuchane kobiece ego jest równie niemiłe, jak artystyczny solipsyzm literackich gastarbajterów, jakimi są Stasiuk i Hänny. I możliwe, że nie lubię ani nadinterpretacji, ani niedointerpretacji historycznych w duchu wszystkich utopii marzących o Nowym Człowieku. I oczywiście – nie wierzę w Nowego Człowieka. Jeśli tak jest, to niech mi czytelnik wybaczy. I czytelniczka.


1 Taki tytuł ma też pierwsza książka Reto Hänny’ego.

2 R. Hänny, Am Boden des Kopfes, Frankfurt 1991, s. 57: „Rumpfkontinent Europa rund um Helvetien“.

3 Z. Herbert, Pan Cogito, Warszawa 1974.

4D. Sośnicka, Polski orzeł na tle szwajcarskiego krzyża [online] <http://www.bg.ajd.czest.pl/wydawnictwo/Studia_Neofilologiczne_11.pdf> [dostęp: 30 grudnia 2016].

5DACH – „D” jak Deutschland, „A” jak Austria, „CH” od Schweiz (Szwajcarii), popularne określenie krajów niemieckojęzycznych.

6 R. Hänny, Ruch,Zürich i Anfang September, obie pozycje: Suhrkamp 1979 i 1981.

7 G. Morselli, Wydarzenie, tłum. B. Sieroszewska,Warszawa 1980.

8 Tenże, Dissipatio humani generis oder Die Einsamkeit, Insel 1990.

9 A. Stasiuk, Dojczland, Wołowiec 2007.

10 <http://lubimyczytac.pl/ksiazka/27618/dojczland> [dostęp: 30 grudnia 2016].

11 „”„”„”od Schweiz (Szwajcarii).

Slaska contra Murphy

Introdukcja

Kartka znaleziona w komputerze. Na Rodos byłam ostatni raz zimą 2003 roku. Od tego czasu poniższa notatka tkwiła gdzieś w otchłaniach komputera i co najmniej dwa razy przenosiła się z jednego peceta do następnego. Znalazłam ją kilka dni temu, szukając zupełnie innego tekstu, którego nie znalazłam…

Konotacja. Prawdy przywiezione z Rodos:

Żeby zdobyć miłość trzeba walić pięściami (Mavis Cheek)
Miłość wyrasta na żyznej glebie przebaczenia (Wally Lamb)
Mieszańce to najlepsze psy (Wally Lamb)
Wieczny obieg rzeczy jest dowodem na istnienie Boga (Wally Lamb)
Życzenia do losu trzeba formułować z zabójczą precyzją (Ewa Maria Slaska)
Trzeba chcieć! (Ewa Maria Slaska)
Pryszcze wprawdzie wyskakują na godzinę przed randką, ale to jeszcze nie znaczy, że muszą ją spaprać (Ewa Maria Slaska)
Jedz dużo ryżu (tantra totemiczna)
Świat jest tak skomplikowany, że wszystko może być znakiem (Michał Krenz)
Palenie zabija (wiadomo)

Eksplikacja. Jeśli coś może się udać, to się uda!!!! (Ewa Maria Slaska contra Murphy)

Dedykacja

Wpis dedykuję Krzysztofowi Pukańskiemu, z którym się tamtego roku poznaliśmy i który dał mi do czytania Prawo Murphiego. Nota bene, podobno Murphy naprawdę wcale nie istnieje. Autorem książki Prawo Murphiego jest Arthur Bloch.

Mavis Check to angielska pisarka, autorka popularnych powieści obyczajowych, które znalazłam w nieporządnej bibliotece Centrum Pisarzy i Tłumaczy. Składa się ona z naszych książek, jakie my, pisarze i tłumacze, zostawiamy tam w prezencie (oraz nadziei, że ktoś nas “odkryje”) oraz książek, które przywieźliśmy ze sobą i nie były warte, żeby zabierać je z powrotem. Nie wiem jednak, do której kategorii należą powieści Mrs Check.  Było ich tam kilka i nie pamiętam tytułu tej, którą przeczytałam, aczkolwiek zupełnie dobrze pamiętam jej treść.

Z kolei wszystkie trzy cytaty z Wally Lamba pochodzą z jego powieści I Know This Much Is True i są właściwie jednym zdaniem. Początkowo pomyślałam, że przecież w ogóle nie pamiętam tej powieści, i już na pewno nie wiem, dlaczego zapisałam sobie te trzy prawdy. I chyba przetłumaczyłam je wówczas źle na polski, bo naprawdę cytowane zdanie brzmi: Love grows from the rich foam of forgiveness, mongrels make good dogs, and the evidence of God exists in the roundness of things. Ale nagle mnie olśniło. Doskonale pamiętam tę książkę, choć nie pamiętałam ani autora ani tytułu.  Jest to jedna z najlepszych powieści amerykańskich, jakie czytałam, i od lat bezskutecznie usiłowałam ją odnaleźć. Oooo Happy daaay! Koniecznie ją przeczytajcie. Po polsku ma tytuł To wiem na pewno (tłumaczyła Zdzisława Lewikowa, Świat Książki, 2001). Roundness of things to kolistość, a nie obieg rzeczy. Znalazłam te trzy zdania w książkowym tłumaczeniu i brzmią jednak inacze niż moja wersja: miłość czerpie soki z żyznej gleby przebaczenia, kundle to dobre psy i dowodem na istnienie Boga jest prostota rzeczy.

Michała Krenza nie było ze mną na Rodos, ale widocznie musiał mi powiedzieć mądre zdanie o znakach, zanim pojechałam na samotny zimowy urlop na wyspę, na którą wszyscy jeżdżą latem, a ja je zapamiętałam i przywiozłam z wyspy już jako swoją prawdę.

Dla tantrycznej totemicznej prawdy o ryżu nie mam żadnego wyjaśnienia. Nigdy nie uprawiałam tantry i nie wiedziałam, że tantra może być totemiczna. Gdy teraz szukam w internecie, znajduję tę Tantra Totem – zestaw typowych porad na dobre życie, nieudolnie przetłumaczonych z angielskiego na niechlujny polski. Porada 9 brzmi: jedz dużo ryżu i pomagaj innym. Dlaczego u mnie jest więc tylko ryż…? Może mnie to rozśmieszyło? Czy ja wiem, co wtedy myślałam i jak wtedy było?

Wiem. Była zima, wiały ogromne zimne wichry, ale kwitło mnóstwo kwiatów, a u górali w małych odległych wioskach można było kupić bimber owocowy. Kupiłam flaszkę dla Krzysztofa, który jest góralem, w zamian za zainstalowanie w mym życiu prawa Murphiego. I to jest na pewno i kolistość rzeczy, i wieczny ich obieg, i prostota.

Barataria 8 Sancho Pansa jako Mądry Władca

Ewa Maria Slaska

Sancho Pansa jako Mądry Władca (“ludzkie pany”)

W zeszłym tygodniu dywagowałam sobie na ten temat, że Sancho Pansa to typowy Król Karnawałowy, wybrany przez Księcia żartownisia ku uciesze gawiedzi. Ale wbrew oczekiwaniom Księcia i jego małżonki, lubujących się w niewyszukanej rozrywce kosztem  naiwnych głupców, obaj, Sancho Pansa i Don Kichot, okazali się znacznie wyżsi moralnie i godniejsi stanowiska, jakie nieoczekiwanie stało się udziałem giermka, niż można się było tego spodziewać, pamiętając owce, wiatraki i pogiętą miednicę.

Stefan Rasalski, Don Kichot, 1961

Tak, obaj. Bo chociaż władzę w Baratarii obejmował Sancho Pansa, jego pan przygotował go solidnie do pełnienia tej funkcji. Przez dwa rozdziały Cervantes ustami Don Kichota wykłada nam swoje poglądy na temat idealnego władcy. Pobrawszy te nauki i stosując się do nich Sancho Pansa będzie prawdziwszym Księciem, niż ten znudzony złośliwiec, który go władcą mianował.  Wzorem jest tu na pewno Niccolò Machiavelli (1469 – 1527). Książę (Il principe, napisany został w roku 1513, wydany jednak dopiero w roku 1532). Przypomnijmy, że książka była w czasach Cervantesa (1547 – 1616) dobrze znana, czytana i wielokrotnie wydawana. Ale na rynku księgarskim mnóstwo też było, wzorujących się na Machiavellim, podręczników sprawowania władzy. W samej Hiszpanii napisano ich w Złotym Wieku kilkanaście. Najsłynniejszy, autorstwa Antonio de Guevara, był czytany w całej Europie, a Cervantes wspomina o nim w prologu do Don Kichota: honor is the praise of virtue, and infamy is the pain of vice (honor jest nagrodą cnoty, hańba boleścią podłych). To wszystko utopie, miejsca poza mapą, tak jak Barataria, gdzie nie ma zła, nędzy, korupcji, oszustwa, zbrodni i wojny.

Rozdział X

W którym opisane są mądre rady Don Kichota, dawane Sanchy z powodu objęcia gubernatorstwa na wyspie, etc., etc.

(…)

— Dziękuję niebu, przyjacielu Sancho, że ciebie pierwej niż mnie obdarzyło pomyślnym losem; kiedy starałem się zapewnić sobie potęgę przez wielkie przedsięwzięcia, aby wynagrodzić twoje usługi, ty niespodzianie, wypadkiem szczególnym zaczniesz używać dostatków i władzy. Prawdziwe snać to zdanie, że na świecie nie zasłużony, ale szczęśliwy wszystko bierze. Ty, co w porównaniu ze mną jesteś tylko nędznikiem i leniwcem, zostałeś gubernatorem wyspy jedynie z powodu, że otarłeś się cokolwiek o błędne rycerstwo. Mówię ci to, mój drogi Sancho, nie dlatego, ażebym wyrzucał ci lub też zazdrościł twojego szczęścia, lecz chcę cię objaśnić, żebyś losu swojego nie uważał za skutek swojej osobistej wartości i żebyś za obecną pomyślność tylko Panu Bogu i błędnemu rycerstwu cześć składał. Teraz, mój synu, słuchaj pilnie rad swego pana, nauk swego Katona. One będą ci służyć za gwiazdę przewodnią wśród burzliwego rządów oceanu.

Najpierw, moje dziecko, zachowaj w sobie miłość, bojaźń Boską, gdyż to jest początkiem mądrości, a mędrzec nigdy nie błądzi. Pamiętaj zawsze o przeszłym stanie swoim, to ochroni cię od próżności i nie będziesz, jak owa nadęta żaba, która chcąc wołu dorównać, pękła wreszcie. Strzeż się dumy, bo ona nawet wielkim nie przystoi panom, na ciebie zaś ściągnęłaby wyrzuty i przypomnienie, że kiedyś pasałeś świnie.

— To czysta prawda — odpowie Sancho — pasałem je w dzieciństwie, gdy większy urosłem, dawano mi barany i krowy do pasienia, ale to nic nie szkodzi. Nie wszyscy gubernatorzy książętami się urodzili.

— Masz słuszność — rzecze Don Kichot — to też ci, których ród niższy od dostojeństwa, powinni być za to bardziej grzeczni i oświeceni, aby nie narazić się na obmowę ludu.

— Słuchaj, Sancho! bądź raczej dumny niskością swego pochodzenia, bo skoro sam nie będziesz się pysznił, nikt cię poniżać nie będzie.

Jeżeli cnota przewodniczyć będzie twoim postępkom, nie potrzebujesz zazdrościć nawet królom ich urodzenia, bo szlachectwo nabywa się dziedzictwem, a cnotę pracą całego życia.

Jeżeli przypadkiem który z twoich krewnych przyjdzie odwiedzić cię na twojej wyspie, nie pogardzaj nim, owszem, przyjmij uczciwie, a tym sposobem woli nieba i sercu swemu uczynisz zadość.

Jeżeli żona twoja mieszkać z tobą będzie, nie pozwalaj jej brykać, ani z wielkim pokazywać się splendorem, bo chociaż rozsądny mąż największe nagromadzi skarby, głupia żona nieładem łacno je roztrwoni.

Jeślibyś wdowcem został, a wzgląd na dzieci zmusił cię powtórnie zawrzeć śluby, strzeż się brać kobiety płochej, która wszystkim podaje ręce, bo za taką na sądzie Boskim odpowiadać będziesz.

Niech łzy ubogich zawsze wzbudzają w tobie współczucie, ale i dla bogatych bądź sprawiedliwym. Szukaj prawdy, nie zważając na obietnice i podarunki możnych, ani na łzy i prośby ubogich, bo i jedni, i drudzy oszukać mogą. Gdy będziesz sądził występnych, nie trzymaj się ściśle surowości prawa i jeżeli można bez obrażenia sprawiedliwości, ku miłosierdziu nakłoń ucho.

Jeżeli nieprzyjaciel stanie pod twoim sądem, wyrzuć z serca wszelką urazę do niego i w ścisłej sprawiedliwości osądź jego postępki.

Jeżeli piękna kobieta przyjdzie wymagać sprawiedliwości twojej, nie daj się podejść; zamknij oczy i zatkaj uszy, nie na twarz jej, ale na słuszność sprawy uważaj.

Nie znieważaj słowami człowieka skazanego na śmierć, bo tylko podły i niesprawiedliwy bezbronnych i nieszczęśliwych ciemięży. Dlatego sądząc zbrodniarzy, miej zawsze na uwadze słabość ludzkiej natury, która więcej do złego, niż do dobrego ma popędu. Miej dla nich litość i łagodność, bo i sam Bóg bardziej jest miłosierny niż sprawiedliwy.

Postępując wedle tych zasad, mój Sancho, przeżyjesz długie lata na ziemi, a wieczność w pamięci ludzkiej. Będziesz szczęśliwym i niebo błogosławić ci będzie.

Rozdział XI

W którym opisany jest dalszy ciąg rad udzielonych Sanchowi przez Don Kichota.

Każdy zapewne osądzi z tej rozmowy, że Don Kichot był nie tylko człowiekiem uczciwym, ale i przy najzdrowszych zmysłach. Sąd jego we wszystkich rzeczach powszednich był nader sprawiedliwy, jedna tylko kwestia błędnego rycerstwa tak dziwacznie oddziaływała na jego umysł, że opuszczał granicę rozsądku, dzikie mary biorąc za rzeczywistość.

Sancho bacznie słuchał wszystkich rad swojego pana, zgromadzał je w pamięci, aby je później na dobry obrócić pożytek.

Don Kichot tak mówił dalej:

— Staraj się urządzić swój dom przede wszystkim. Badaj troskliwie, ile prawych dochodów dostarczyć ci może twoja posada. Jeżeli będziesz w stanie ubrać swój dwór zbytkownie, zaprowadź w nim tylko czystość i wygodę, pieniądze zaś na to przeznaczone rozdaj ubogim.

Te są moje rady dla ciebie, przyjacielu Sancho. W ciągu twego urzędowania udzielę ci ich więcej, jeśli korzystać zechcesz.

— Wszystko, co mi powiedzieliście, panie, jest bardzo piękne — odpowie Sancho — jedna jest tylko przeszkoda w wypełnianiu rad waszych, że oprócz tego, co mówiliście o zbieraniu pieniędzy i powtórnym ożenieniu się, nic a nic więcej nie pamiętam, napiszcie mi to lepiej, a każę mojemu spowiednikowi odczytywać co dzień, abym się tych wszystkich maksym na pamięć nauczył wreszcie.

— Przekleństwo Boskie! — zawołał Don Kichot — jakaż to rzecz obmierzła patrzeć na gubernatora, nieumiejącego ani czytać, ani pisać. Słyszałeś, co mówią o mańkutach i nieukach, że są ludźmi z najgorszej klasy i najtępszego pojęcia. To wielki błąd, mój przyjacielu, i pragnąłbym, abyś choć podpisać się umiał.

— Nauczono mnie podpisywać moje imię, gdy byłem jeszcze stróżem przy bractwie w naszej parafii, a potem mogę udawać kalekę i kto inny za mnie podpisywać się będzie; oprócz śmierci, wszystkiego uniknąć można, a panu wolno i diabła zjeść. Pójdzie to jakoś.

— Co to, to nie prawda — zawołał Don Kichot — głupi zawsze jest głupi; ale zostawmy to na potem. Dałem ci rady, jakie za najlepsze uważam, teraz rządź swoją wyspą i niech cię Bóg prowadzi!

— Panie — odpowie Sancho — jeżeli sądzisz, że nie mam zdolności do tego, porzucę natychmiast moje gubernatorstwo, będzie mi również dobrze żyć w domu o chlebie i wodzie, a z czystym sumieniem, niż gdybym, gubernatorem będąc, jadał kapłony i kury indyjskie. Bo na koniec, jeśli sądzicie, że diabli mogą mnie porwać na tym urzędzie, wolę, żeby Sancho poszedł do nieba, niż gubernator do piekła.

— Zaprawdę, przyjacielu Sancho, ostatnie słowa, które powiedziałeś, czynią cię godnym zarządu stoma wyspami. Z natury masz dobre serce, a bez tego nauka nie przyda się na nic. Pamiętaj tylko, że niebo wspiera zawsze dobre cele (…)

Porady te dałoby się z powodzeniem zastosować i dziś. Na przykład, gdy Don Kichot mówi: Słuchaj, Sancho! bądź raczej dumny niskością swego pochodzenia, bo skoro sam nie będziesz się pysznił, nikt cię poniżać nie będzie.

Czy nie zdałoby się, żeby i dzisiejsi władcy wzięli sobie do serca taką poradę, zamiast wynosić się nad swój lud, że przypomnę wypowiedź pana posła K. w debacie na temat votum nieufności dla marszałka Sejmu, Marka Kuchcińskiego: Nie użyliśmy siły w Sejmie, choć były wszelkie przesłanki, by jej użyć. I nie użyjemy jej. Tak, jesteśmy ludzkimi panami, bo jesteśmy panami w przeciwieństwie do niektórych…

I znowu nie zdążyłam porównać Sancho Pansy do króla Salomona. Ale w następnym tygodniu…

Lektury niedokończone

Andrzej Rejman

Stos książek nieprzeczytanych powiększa się…

Postanowiłem otworzyć kilka z książek w dowolnym miejscu i poszukać inspiracji…

Początkowo wydawało mi się, że przypadkowe zdania oderwane od całości, to będą luźne i chaotyczne myśli, ale w miarę czytania tekst szybko nabrał mocy – wzbogacając dotychczasowe przemyślenia, wiedzę i doświadczenie..

Jean Louis Vullierme “Lustro Zachodu – Nazizm i cywilizacja zachodnia”, wyd W.A.B. 2014.

W rozdziale szóstym zatytułowanym “Antagonizm” autor zajmuje się opisanym tu z dużej litery Antagonizmem, jako cechą wspólną wszystkich ideologii dominujących na Zachodzie a zwłaszcza ideologii nacjonalizmu. Notuję:

Zbędne byłoby podkreślanie antagonistycznego charakteru rasizmu, antysemityzmu, niewolnictwa, terroryzmu państwowego, acywilizmu, militaryzmu czy eugeniki (…) Trudniejszy do zauważenia jest antagonistyczny charakter polityki stawiającej wyłącznie na młodzież, umieszczającej we wzajemnej opozycji różne kategorie wiekowe, a także historycyzmu, przeciwstawiającego losy przeklęte losom, które czeka wspaniała przyszłość; populizmu przeciwstawiającego jedne klasy społeczne drugim, zamiast wspierać współpracę między nimi; kolonializmu, przeciwstawiającego uniwersalny wzorzec rozwoju różnym podporządkowanym grupom ludności; propagandy bezkompromisowo narzucajacej swoje słuszne poglądy wyznawcom poglądów niewłaściwych, niezależnie od zasad dyskusji krytycznej; pozytywizmu prawnego przeciwstawiającego wolę większości lub wolę prawowitej władzy woli mniejszości; (…) autorytaryzmu, przeciwstawiającego koncepcję rządzących bezkształtnemu charakterowi umysłu rządzonych; mesjanizmu, któremu jego transcendencja przyznaje słuszność a priori; wreszcie biurokratyzmu, przeciwstawiającego się oporowi ze strony osób zarządzanych i podwładnych…

w “Podsumowaniu” autor pisze m.in :

Koniecznie musimy pójść drogą humanistyczną i to nowszą niż nam się wydaje. Nie wiemy, jakie ona ma szanse na sukces, biorąc pod uwagę ciemności ideologiczne, w jakich ciagle żyjemy. Pójście taką drogą wymagałoby wyeliminowania kolejnych składników Antagonizmu, a także uzmysłowienia sobie, że zwalczać można jedynie czyny, a nie grupy ludzi jako takie. Aby do tego doszło, musielibyśmy uczynić nasz język bardziej nominalistycznym w stosunku do osób. Nie chodzi jedynie o to, by już nie łączyć naszych wrogów w nieokreślone zbiorowości, które nie pozwoliłyby ich odróżnić indywidualnie, zależnie od ich osobistych działań, chodzi także o to, aby samego siebie nie utożsamiać z jakimś zgrupowaniem, którego całe istnienie, czasami bardzo realne w swoich skutkach, mimo wszystko pozostaje wyobrażone w w taki, czy inny sposób zgrupowaniem takim, jak ludy, narody, rasy. Możemy oczywiście tworzyć wspólnoty, byleby tylko nie były wyłączne. Możemy uważać się za obywateli danego kraju, poddanych danego władzy. To samo dotyczy bojowników jakiejś partii, organizacji, jakiegoś ruchu czy Kościoła. Lecz mamy prawo nie zgadzać się, by zbiorowości, z którymi jesteśmy złączeni, chciały zwalczać cele nieindywidualizowane.

***

Claudio Magris “O demokracji, pamięci i Europie Środkowej” (MCK Kraków 2016)

Rozdział “Granice Dialogu” zasługuje z pewnością na przytoczenie w całości, ale z oczywistych względów nie uczynię tego.

Na wstępie autor wspomina, że w latach osiemdziesiątych pewnej niedzieli znalazł się w Hadze na wielkim placu, gdzie odbywał się rodzaj uniwersalnego kiermaszu tolerancji.

Z niezliczonych pawilonów, stoisk, straganów, kiosków, ustawionych jedne obok drugich, propagowano, głoszono własne Słowo, najrozmaitsze ewangelie. Partie polityczne, Kościoły, stowarzyszenia, kluby, ruchy, grupy proponowały różne, często przeciwstawne recepty na zbawienie duchowe, fizyczne, społeczne, metafizyczne, seksualne, kulturowe, gastronomiczne; każdy wyrażał swoje zdanie i głosił swoją prawdę (…)

(…) Na haskim placu odczuwało się niemal fizycznie, że prawda nie może być nigdy domeną jednej doktryny, która nie podlega dyskusji i nie zakłada dialogu z innymi opiniami, traktowanymi jako równoprawne, lecz, że może być ona zaledwie, jak naucza Lessing, niekończącą się konfrontacją, czyli dialogiem, oraz nieustannym poszukiwaniem.

Lessing powiadał, że gdyby Bóg ofiarował mu w prawej dłoni prawdę, a w lewej jedynie konieczność poszukiwania jej, nawet za cenę ciągłych błędów, poprosiłby o dar ukryty w lewej dłoni, przekonany, że czysta prawda należy się wyłącznie boskiej substancji.

(wyróżnienia moje, AR)

2_zima

Kiedyś przypadkowo otwarta książka zaskoczyła mnie pięknym wierszem.

Zajmowałem się wówczas melodią do jednego z tekstów Sary Teasdale. Tomik jej poezji “Flame and Shadow” leżał obok klawiatury fortepianu. W pewnym momencie książka trącona ręką zamknęła się.

Gdy ponownie otworzyłem na przypadkowej stronie przeczytałem:

Sara Teasdale

Day and Night

In Warsaw in Poland
Half the world away,
The one I love best of all
Thought of me to-day;

I know, for I went
Winged as a bird,
In the wide flowing wind
His own voice I heard;

His arms were round me
In a ferny place,
I looked in the pool
And there was his face—

But now it is night
And the cold stars say:
‘Warsaw in Poland
Is half the world away.’

Dzień i noc
tłum. Anna Ciciszwili

Gdzieś w Polsce, gdzieś w Warszawie
Stąd o pół świata gdzieś,
Jedyny mój, kochany
Pomyślał o mnie dziś;

Wiedziałam, muszę lecieć,
Jak uskrzydlony ptak,
W szerokim wiatru pędzie
Głos jego biegł przez świat.

Utulił mnie w ramionach
Tam gdzie paproci las,
A czysta toń jeziora
Srebrzyła jego twarz –

Ale już zaszło słońce,
I orzekł gwiezdny sąd:
„Warszawa, miasto w Polsce
Jest o pół świata stąd.”

Wiersza tego wcześniej nie znałem, choć już od dłuższego czasu zapoznawałem się z twórczością Sary Teasdale.

Źródła biograficzne nie podają dlaczego Sara Teasdale napisała o Warszawie. Można tylko domyślać się, że mogło to mieć związek z podróżami jej męża Ernsta B. Filsingera do Europy. Filsinger był przedsiębiorcą i wyjechał na początku 1920 roku do Europy w okresie intensyfikacji powojennej wymiany handlowej USA z Europą. Prawdopodobnie był wtedy w Warszawie, z pewnością był w Niemczech i w Anglii. Jak pisze M.H.Carpenter w biografii Sary Teasdale – Filsinger był wtedy pierwszym amerykańskim biznesmenem odwiedzającym powojenne Niemcy. Tomik poezji “Flame and Shadow”, gdzie znajduje się wiersz “Day and Night” wydany został w 1920 roku.

Kartka znaleziona na ulicy czyli sami Żydzi

Ewa Maria Slaska

Wiosenny dzień w Berlinie

Już tu pisałam o kartkach książek znalezionych na ulicy. Były strony niemieckiej powieści o młodym homoseksualiście polskim w czasie wojny – Verdammt starke Liebe Lutza van Dijka, była kartka z Miasta za rzeką (Die Stadt hinter dem Strom) Hermanna Kassacka, powieści, która przeczuła wojnę, a teraz jest to kartka z Andorry Maxa Frischa.

 

 

 

 

 

 

 

X
Ciekawe, że wszystkie trzy książki dotyczą wojny i wszystkie są zapisem niemieckich doświadczeń wojennych, nawet jeśli ich bohaterami są Andorrczycy czy Polak. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich powieści, które wcale niełatwo było rozpoznać po jednej stroniczce, znalezienie tytułu tym razem okazało się najłatwiejsze pod słońcem. Wpisałam do wyszukiwarki Google’a słowa przeczytane na pogniecionej karteczce: Andorra, Jud i Andri, i natychmiast pojawił się tytuł sztuki teatralnej Frischa. Andorra została po raz pierwszy wystawiona w Zurychu w roku 1961. Akcja toczy się w nieistniejącym kraju, który nie ma nic wspólnego z realnym państwem w Pirenejach. Krytycy uważają, że literacka Andorra Frischa to Szwajcaria lub, ewentualnie, Niemcy.  Jej głównym tematem jest antysemityzm w hitlerowskich Niemczech. Andri, uważany za Żyda, mimo że w istocie nim nie jest, nieustannie doświadcza krytyki za swoje pochodzenie, również na tych dwóch stroniczkach, które dziś znalazłam na ulicy i przeczytałam w metrze.  Ale dopiero z Wikipedii dowiem się, że chłopak, im bardziej się go prześladuje, tym bardziej obstaje przy swoim żydostwie i że zostanie zabity za to, że jest Żydem.

dwiestrandora

Z informacji w Google’u wynika, że sztuka nie została przetłumaczona na polski, co trochę zaskakuje, bo zalicza się ją do najważniejszych powojennych sztuk teatralnych w krajach niemieckojęzycznych.

***

Kartkę z Andorry znalazłam na ulicy w minioną środę i była to nadzwyczaj “żydowska” środa. Najpierw przez całe przedpołudnie borykałam się z korektą książki, sagi polsko-żydowskiej, po czym wyszłam z domu, znalazłam kartkę, poszłam do kawiarni Katulki, gdzie wybrałam sobie stolik przy półce z książkami. Wśród książek po polsku, niemiecku i włosku (Katulki to polsko-włoska kooperatywa gastronomiczna, ale też coś do jedzenia, choć nie wiem co; na fanpagu kawiarni znalazłam nawet zdanie, że kto nie jadł katulek, nic nie wie o życiu!) leżała sobie ta oto tabliczka:

samizydzi-ulica-szeroka

Jak się uparcie poszuka, to znajdzie się też wyjaśnienie, co to takiego ta katulka? Otóż pieróg.

W Berlinie jest już piękna wiosenna pogoda i Berlinale, “wszyscy” więc wychodzą z domu, spacerują, a potem dzwonią do “wszystkich”, żeby się poumawiać do kina. Dla Polaków najważniejszym filmem tegorocznego Berlinale jest Pokot Agnieszki Holland według scenariusza Olgi Tokarczuk (toż mówię… sami Żydzi dziś, albo ci, co o Żydach piszą), obie pojawiły się na premierze w poniedziałek. Ci, co widzieli film, twierdzą, że świetny, dowcipny i trzymający w napięciu. Dodatkowym argumentem przemawiającym za jego obejrzeniem jest opinia, jaką wydał o nim urzędujący u nas od niedawna pisowski korespondent TVP, niejaki Cezary Gmyz, zwany potocznie “trotylem” (trotyl, no wiecie dlaczego trotyl, prawda?): jest to film, zawyrokował Gmyz,  “głęboko antychrześcijański” i “ekoterrorystyczny”. Czyli koniecznie trzeba iść.

A my tymczasem poszłyśmy z koleżanką na inny film zdecydowanie antychrześcijański – Menashe Joshuy Z Weinsteina, film o Chasydach w Nowym Jorku, ma jeszcze tę dodatkową cechę, że został nakręcony w jidish. Smutny film, o smutnym ciężkim losie, człowieka, który chciałby być wesołym Żydem, takim, co to mu się wszystko udaje, ale jest smutnym nieudacznikiem.

Bardzo to wszystko antychrześcijańskie, na pewno… I w ogóle, ten cały Berlin, sami Żydzi… Tak jak Nowy Jork. Współproducentem filmu była jakaś firma z Wrocławia. Nic nie poradzę, Wrocław też… Zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę ten film, który teraz krąży po niemieckich kinach: Wir sind Juden aus Breslau. Mi się ten film niezbyt podobał, wydał mi się bardzo jednostronny, ale w Niemczech zbiera dobre krytyki. Autorzy pokazali 14 sylwetek Żydów z przedwojennego Breslau, wówczas bardzo młodych ludzi lub wręcz dzieci, którzy przeżyli wojnę i uciekli lub wyjechali z Polski, albo jeszcze w czasie wojny albo zaraz po wojnie – niektórzy są w Stanach, wielu w Izraelu, jedna z kobiet osiadła na Lazurowym Wybrzeżu.  Nie ma w filmie ani jednej osoby, która została w Polsce, ani jednego przedwojennego Żyda, który dożyłby w Polsce starości. Pokazani na filmie Żydzi z Wrocławia są “nowi”, nie tylko dlatego, że znaleźli się tu po wojnie, ale po prostu nowi – młodsi, urodzeni wiele lat po wojnie, nic ich nie łączy z tamtymi. Reaktywują kulturę żydowską, co jest w Polsce od dwóch dziesięcioleci bardzo popularne, ale zawsze sobie myślę, gdy widzę takie tendencje i zjawiska w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu, że jest to chwalebna i potrzebna dla zachowania pamięci, ale jednak taka działalność folklorystyczno-muzealnicza. Odbudowuje się synagogi (wrocławską odbudowano nadzwyczaj pięknie), tworzy muzea i dzielnice żydowskie, powstają kawiarnie, restauracje, teatry, mykwy, ale nadal są to dwa odrębne światy i dzieli je przepaść. Nie ma żadnego związku poza słowem Żyd, pomiędzy tamtymi starymi ludźmi, którzy uciekali przed hitlerowcami i nową Polską miłością do Żydów, i nową polską nienawiścią do Żydów. Może tylko strach jest stary.

juden-aus-breslau2

Twórcy filmu, Karin Kaper i Dirk Szuszies, podczas spotkania z publicznością w Kinie Thalia w Poczdamie, luty 2017

 

Poszukiwany autor, tytuł, książka

Ewa Maria Slaska

Ktokolwiek czytał…

Opowiem wam treść pewnej książki, którą czytałam całkiem niedawno i której nie mogę znaleźć ani w domu, ani w bibliotekach, bo zapomniałam jaki był tytuł, kto ją napisał, a nawet, o zgrozo!, w jakim języku ją czytałam. W rachubę wchodzą trzy podstawowe języki – polski, angielski, niemiecki.

Jeśli z tego, co napiszę, rozpoznacie tę powieść, zawiadomcie mnie. Będzie nagroda. Już dwa razy zrobiłam taki eksperyment i za każdym razem czytelniczki pomogły mi odkryć zagubioną w odmętach pamięci publikację. Była to historia Janusza Stanny’ego, o królu który jeździł na rowerze (Baśń o królu Dardanelu) i Konszachty ze smokami Patricii C. Wrede.

Tym razem na szczęście pamiętam całkiem nieźle, o co chodziło w powieści. Zacznijmy od spraw ogólnych. Książka jest dość gruba, ale niezbyt wielka, ma pewnie z 600 stron. Dzieje się w Nowym Jorku, a jej akcja toczy się przez co najmniej 20 lat i kończy plus minus współcześnie.

Pisze ją jeden z bohaterów opowieści jako stary i chory człowiek. Asumpt do opowiedzenia całej historii dają listy jednej z bohaterek, znalezione przez narratora w jakiejś książce. Listów było pięć, ostatni zadecydował o wielu sprawach.

Powieść to dzieje dwóch zaprzyjaźnionych rodzin. Z jednej strony narrator, znany i uznany krytyk sztuki, jego żona, też naukowiec, zajmująca się chyba feminizmem w literaturze (albo coś w tym rodzaju). Drugą parą są malarz, gdy opowieść się zaczyna, biedny, i jego żona, poetka o bladej skórze i jasnych prostych włosach. Malarz jest bujną osobowością, jest duży, ma gęste czarne loki, wielkie ręce. Obie pary mają synów, mniej więcej w tym samym wieku. Dość wcześnie w historii obu rodzin ma miejsce przeprowadzka do tej samej kamienicy. Narrator mieszka na dole, malarz na górze. Przedtem malarz mieszka w pracowni, którą zachowuje nadal jako atelier.

Historia zaczyna się, gdy krytyk postanawia kupić obraz malarza. Obraz przedstawia jasno oświetlone puste wnętrze jakiego pomieszczenia. Na pierwszym planie, blisko widza, leży kobieta, ubrana w podkoszulkę i slipki, która bawi się małym autkiem (jeśli dobrze pamiętam – żółtą nowojorską taksówką). Nad kobietą pochyla się cień mężczyzny. W głębi widać piętę i kawałek łydki kobiety, która wychodzi.

Jak się potem okaże, jest to obraz o własnym życiu malarza. Kobieta leżąca na podłodze to zakochana w nim modelka. Mężczyzna, który rzuca cień – to on sam. Wychodząca kobieta – to żona poetka. I tak się też dzieje naprawdę. Modelka wysyła do malarza pięć listów miłosnych, po piątym artysta porzuca żonę i wyprowadza się do pracowni, gdzie wprowadza się do niego kochanka.

Pozostawiona z synem poetka nie radzi sobie z obowiązkami macierzyńskimi, przez jakiś czas próbuje, ale w końcu wyprowadza się, a do mieszkania wraca ojciec-malarz i jego kochanka. Obie rodziny żyją ze sobą bardzo blisko, gdy chłopcy podrastają, przez kilka lat wszyscy razem wyjeżdżają na wspólne wakacje do domu nad jeziorem.

Joseph Cornell, Untitled (Dieppe) c. 1958, Museum of Modern Art, (New York City)

Ważną częścią książki są szczegółowe opisy obrazów, które tworzy malarz. Powstają seriami i są coraz surowszą krytyką społeczeństwa i jego skrzętnie skrywanych traum. Jedna z serii to bajki, przetworzone w okrutne opowieści o przemocy. Te prace przypominają pudełka Josepha Cornella, ale nie są dekoracyjne, przeciwnie są surowe jak niektóre takie obiekty Roberta Rauschenberga, czasem wielkie, czasem z kolei wręcz miniaturowe, a wypełniają je coraz dziwniejsze przedmioty. Oczywiście powieść nie ma ilustracji, ale opisy są tak sugestywne, że można sobie wyrobić zdanie o twórczości malarza. Mnie się ta sztuka podoba. Narrator kilkakrotnie w trakcie powieści zostaje obarczony zadaniem napisania pracy o dziełach malarza.

Robert Rauschenberg, Canyon, 1959, Assemblage: oil, housepaint, pencil, paper, fabric, metal, buttons, nails, cardboard, printed paper, photographs, wood, paint tubes, mirror string, pillow & bald eagle on canvas, Museum of Modern Art, New York

Malarz zdobywa coraz większe uznanie i jest coraz zamożniejszy. Także poetka zdobywa w kręgu odbiorców spore powodzenie. Modelka studiuje psychologię i pracuje nakowo.

Któregoś lata, gdy chłopcy mają bodajże mniej więcej 12 lat, postanawiają wspólnie, że chcą część wakacji spędzić wspólnie z rodzicami w domu letnim, ale chcą też po raz pierwszy pojechać bez rodziców na obóz sportów wodnych. Na obozie syn narratora ginie w wypadku na łódce.

Życie obu rodzin zaczyna się rozpadać. Żona narratora przyjmuje pracę wykładowczyni w innym mieście i nigdy już nie wróci do męża. Syn malarza i poetki zaczyna dziczeć, kraść, kłamać. Pojawiają się narkotyki, perwersyjne doświadczenia seksualne, złe towarzystwo, wreszcie przestępstwo. Przybrana matka i ojciec nie dają sobie z nim rady, również matka poetka nie potrafi okiełznać rozhulanego chłopaka. Jedyną osobą, która przez jakiś czas ma na chłopaka jakiś wpływ, jest narrator, ale i on zostanie wykorzystany przez chłopca, po czym rozgoryczony narrator odmawia nad nim dalszej opieki.

Chłopiec się stacza i wreszcie znika, obie matki wyjechały, malarz umiera, pozostają tylko narrator i modelka, w której narrator jest od dawna śmiertelnie zakochany. Narrator jest chory i niedołężny. Modelka znika z jego życia. Jest sam i znalazł listy modelki do malarza…

Koniec.

Barataria ciąg dalszy (2)

Właściwie to chciałam publikować Baratarię co tydzień, ale poprzedni poniedziałek trzeba było oddać koniecznie na inny wpis, więc niestety, tym razem, moi drodzy Czytelnicy, musieliście czekać (aż! aż?) dwa tygodnie. Ale za to informuję, że są już gotowe dwa następne odcinki, a ile ich razem będzie, nikt nie wie…

Ewa Maria Slaska

Tajemnicza kraina Barataria

W poprzednim odcinku ruszyliśmy przez skały i bagna w poszukiwaniu Baratarii. Zaczęliśmy od Cervantesa i zatrzymaliśmy się na dłużej przy powieści Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria. Dziś ciąg dalszy z powieści Lipki, a potem, w poniedziałki kolejne odsłony poszukiwania tego, co tajemnicze, a zarazem tanie, zdradliwe i złudne.

Zanim jednak przejdę do Lipki chciałabym powiedzieć, że właśnie na naszych oczach powstała inna tajemnicza i nieistniejąca kraina czyli San Escobar. Kraj powołany do życia lapsusem językowym ministra Waszczykowskiego (podobno 10 stycznia spotkał się z dyplomatami San Escobar), nabrał życia dzięki inicjatywie internautów, coraz szerzej podchwytywanej i rozbudowywanej. Istnieje już mapa tego kraju, hymn, flaga, stolica, prezydent i jego piękna żona, słynni przedstawiciele, drużyna piłkarska, książki, filmy.

My jednak pójdźmy wszyscy do Pensjonatu Barataria

Przez cały niemal czas powieściowy na bohaterów opowieści spływa z góry wirtuozeryjnie grana na skrzypcach Chaconne Bacha, pisana przez autora jako Szakona, zawsze z wielkiej litery, bez cudzysłowu czy kursywy. Szakona, byt samoistny.

Czytając słuchajmy więc Szakony.

(strona 210, prawie sam koniec książki)

Wiele z naszych spotkań (z nianią Wiktorią, mamką Steina – przyp. EMS) to właściwie monologi w odpowiedzi na jakieś proste pytanie. Dzisiaj rano przyszło mi do głowy, by wrócić do tego, co swego czasu opowiadał na wykładzie lekarz na temat nazwy naszego pensjonatu i wypraw Steina do Zatoki meksykańskiej. Ku memu wielkiemu zdziwieniu Wiktoria doskonale zna ową historię, a co więcej opowiada ją zupełnie inaczej, niż przedstawił ją doktor Michaeli. Zderzenie tych dwóch opowieści wydało mi się tak fascynujące, jak liczne wersje tej samej legendy (…).

Wszystko miało miejsce pół wieku temu. Stein przedsięwziął pierwszą podróż za ocean z pobudek czysto muzycznych, był młody i zupełnie jeszcze nieznany, ale już zajmował się sprawami, które nie pociągały jeszcze nikogo innego. Wówczas jazz jeszcze nie dotarł do Europy, choć wiele się już o nim mówiło, Stein zafascynowany samym zjawiskiem zapragnął poznać je u źródeł. Kiedy dotarł do Nowego Orleanu, pierwsze co uczynił swoim zwyczajem, to zaczął z zapałem wertować mapę okolicy wyszukując wszystko, co w zasięgu ręki warte obejrzenia. (…)
Błądząc tak palcem po mapie Stein natrafił całkiem przypadkowo na nazwę Barataria umieszczoną w atlasie nieopodal miejsca, gdzie się znajdował i słowo to od razu przykuło jego uwagę. Nazwa ta tym bardziej go zainteresowała, że pewny był, iż już wcześniej gdzieś się z nią spotkał, choć nie umiał sobie przypomnieć gdzie i kiedy. Barataria – to czarodziejskie imię nie dawało mu spokoju, bezskutecznie przewertował wszystkie dostępne leksykony, odwiedził turystyczne agencje, przerzucał podręczniki geograficzne i słowotwórcze, wypytywał co bardziej wykształconych tubylców. Wreszcie miejscowe towarzystwo eksploracji miejscowych dorzeczy i akwenów udzieliło mu wystarczających wstępnych informacji. Stein dowiedział się, że w położonym u ujścia Missisippi stanie Luizjana rzeka formuje spore jezioro nazwane Barataria, wody tego jeziora znajdują ujście w Zatoce meksykańskiej, a u ich spływu wyrasta wysepka tego samego imienia, na której wzniesiono ufortyfikowany port dla niewielkich statków i okrętów. Stein bardzo zaciekawił ten – jak mu się wydawało – romantyczny opis, postanowił więc to miejsce osobiście spenetrować. Wybrał się do Balize, skąd trzeba było jeszcze ponad sto kilometrów podążać przez dzikie i zarośnięte tereny ze specjalnie wynajętym przewodnikiem. To jednak, co znalazł Stein u ujścia Missisippi, wynagrodziło mu wszelkie trudy z naddatkiem. Wysepka Barataria wywołała w nim tak potężny wstrząs, że wspominał ją odtąd zawsze w najważniejszych momentach życia, twierdząc przy tym, że dzięki tamtemu właśnie obrazowi został naprawdę artystą. Od pierwszego spojrzenia poruszył Steina kontrast krajobrazu ze wszystkim, co pod wpływem dźwięcznej nazwy wymarzył; jeżeli był tam romantyzm, to w najbardziej niesamowitym wydaniu dzikiej i wykutej w kamieniu natury.


Co wyobraźnia potrafi zrobić z rzeczywistością! Bagna Baratarii, które posłużyły autorowi jako materiał do stworzenia skalistego krajobrazu. No ale gdzie w końcu jak nie na trzęsawiskach mógł doznać objawienia artystycznego człowiek nazwany przez autora Pierre Stein, czyli Opoka Kamienna?

Wyspa jest maleńka, lecz odpychająca i nieprzystępna. Surowość pejzażu wydała się Steinowi, obznajomionemu już z podobnymi widokami, nieporównywalna z niczym innym na świecie. Wyludniony, na poły zburzony fort, nieprawdopodobnie ponury, wydawał się naturalnie zrośnięty ze skalnym podłożem, głównym budulcem tego zakątka świata. Spadziste, stromo urwane ściany ostro schodziły do wody, w której kłębiły się chmary ospałych aligatorów. Była to rzeczywistość zatopiona w ciężkim, niezdrowym klimacie, gdzie wszystkie barwy dwuznacznie opalizują, roślinność naskalna pnie się bujna lecz chora, woda stoi gęsta wydzielając kłęby lepkiej pary.

– Wydało mi się – powiadał potem Stein – że to Ziemia Obiecana potępieńcom, jakaś przerażająca Ultima Thule.

(…) Opowiadano, że tam właśnie, na maleńkiej wysepce, zatrzymał się postojem, już u progu swego odkrycia, Hernan Cortes. W tym samym miejscu ponoć krwawo rozprawił się z częścią zbuntowanej załogi, ze skał strącając swych przeciwników w wezbrane odmęty. Wiele później przebywał znowu na tej samej wyspie inny bohater wód tej strony świata, jeszcze bardziej dziki i złowrogi, najokrutniejszy być może z piratów, Nicolas Lafitte. I on także to zapomniane przez Boga miejsce obrał na załatwienie porachunków ze zgrają kamratów. (…)

Stein ponownie wybrał się na Baratarię i długo przyglądał się jej spadzistym skalnym progom. I tam dopiero, jakby wydobywając się z otaczającej czeluści, jakby parując z tyle tajemnic zawierającej toni, dotarła doń symboliczna wiedza zawarta w tej pięknie dźwięczącej nazwie Barataria, kabalistyczna magia ukrytych znaczeń i podtekstów. Przecież hiszpański przymiotnik barato oznacza tani, baratero zaś – złudny (…).

Wielokrotnie potem przyjeżdżał jeszcze na wyspę, godzinami stał bez ruchu na tej kamiennej ziemi i patrzył. Chodził, myślał, patrzył i przeżywał; i znów stał i patrzył. Aż w tym surowym i przerażającym świecie poczuł się u siebie. Wówczas przestał się zajmować sekretem tego miejsca, zdawało mu się, że dostatecznie nasiąkł klimatem Baratarii i tajemnica jej leży przed nim jak na dłoni. Wiedział już wszystko: tutaj właśnie w tym ponurym zakamarku ziemi odrodzono nowożytny Baratron, strącano ludzi ze stromej skały jak z tylnej ściany Akropolu, zrzucano ich za zbrodnię zdrady, zwaną w prawie morskim barateria.

(…)

Podczas jednego z pobytów na wyspie Stein dumał o tym wszystkim właśnie, kiedy zerwała się nawałnica. Cała przyroda wyła i huczała, wichry dęły dźwiękami trąb jerychońskich, muzyka żywiołu zagrała najpotężniejszymi burzami, jakie kiedykolwiek geniusz – wedle słów Steina – napisał na symfoniczne orkiestry, wydawało się, że to gigantyczne wieżowe dzwony waląc tuż przy uchu wieszczą miarowe podzwonne, że archanioł Michał dmie na Sąd Ostateczny, że grzmoty i pioruny wybrały skaliste wzniesienia na apokaliptyczne werble i kotły. Błyskawice rozświetlały niebo jak iskry ciskane przez ścierające się w kosmicznych katastrofach ciała niebieskie. W oddali gdzieś wybuchł pożar, czy też zawartość ognistą wyrzucił okoliczny wulkan, Stein ujrzał słup ognia unoszący się nad Baratarią na tle szafirowego nieba. To, co wówczas Stein odczuł nie było lękiem, lecz jakaś niewytłumaczalna siła z głębi ziemi czy z wnętrza samego dobyta, kazała mu paść na kolana i wymówić nieznane mu, nie wiadomo skąd płynące słowo tajemnej modlitwy: Excelsior…

Z tym oszałamiającym obrazem w oczach, z głową i sercem przepełnionymi tą kamienną muzyką sfer, Stein wyjechał z wyspy i nigdy już na nią nie powrócił. Od czasu wysłuchania tej podniebnej orkiestry, przepowiadanej przez średniowiecznych teoretyków harmonii mundi, stał się nowym, odmienionym człowiekiem. Odtąd zawsze szukał w dźwiękach, pragnął oddać muzyką tę pieśń, którą dla jego uszu zaintonowała natura; ilekroć w sali pełnej słuchaczy brał skrzypce do ręki, usiłował odegrać ten potężny hymn. Nigdy mu się to nie udało i stało się przyczyną jego natchnienia i początkiem jego choroby.

Mijały lata i wydawało się Steinowi, że Barataria zniknęła już na dobre z jego życia; był to okres intensywnej pracy, podróży, koncertów, wykładów na zagranicznych uniwersytetach, międzynarodowych sesji i sympozjów. Nic na to nie wskazywało, by Stein mógł się jeszcze kiedykolwiek dowiedzieć czegoś nowego o Baratarii. Stało się jednak inaczej, spokój trwał dopóki któregoś dnia przypadkiem w chwili wytchnienia nie wziął do ręki Cervantesa. W dzieciństwie czytał oczywiście dzieło o przygodach Don Kichota, lecz szybko zapomniał jak zwala się wyspa, którą we władanie jako wieczysty wielkorządca objął dzielny Sancho Pansa. W czasach pierwszej lektury Stein był zbyt młody, żeby go już przyciągała melodia obcych nazw, a upłynęło zbyt wiele lat, by z tej nazwy pozostało w nim cos więcej ponad mgliste wspomnienie. Tak, to z tej książki kołatało się po jego świadomości wrażenie, że zna to piękne, tajemnicze imię – Barataria. To słowo brzmiące jak magiczne nazwy w ruinach stolic Inków czy Azteków, pachnące dziką, nieokiełznaną przyrodą i wbudowaną w nią sztuką wykwintną i surową. Barataria – czy było to słowo pierwotne, przedhiszpańskie, prekolumbijskie, autochtoniczne, bliskie równie tajemniczym, choć nie tak śpiewnym nazwom Machupicchu czy Tenochtitlan? Czy też narodziło się w europejskiej, lecz na wskroś indywidualnej wyobraźni dźwiękowej genialnego pisarza? Jaka była droga tej nazwy? Czy na początku było słowo? Skąd miałby usłyszeć Cervantes to geograficzne imię? Czy też to hiszpańscy żeglarze zawlekli za ocean nazwę zaczerpniętą z powieści tak słynnej w sto lat po Cortesie? Lecz jakże wytrawnymi czytelnikami musieliby być owi złowrodzy piraci, by nadać wysepce imię, które w ogromnej i przebogatej historii pojawia się mimochodem raz jedyny rzucone pośród licznych kart? Zafascynowany Stein prześledził historię władania wyspą przez Sancho Pansę. Służący Don Kichota otrzymał ją za darmo (barato) i tylko żartem (baratero), a władał tą wieczystą dzierżawą przez dziesięć dni. Ale żart stał się naraz groźny, gdy którejś nocy przerażonego władcę obudziły potężne dźwięki dzwonów, bębnów i trąb; gdzieś z góry zwaliła się na niego ta muzyka sfer: wojna, ogień, wróg! Mieszkańcy zwyciężyli bez tchórzliwego opiekuna, a ten poczuł się w obowiązku złożenia urzędu. I rzekł: „Muszę zmartwychwstać z obecnej śmierci!” Żart przemienił się w naukę, a poszukiwanie doczesnych korzyści okazało się źródłem odwiecznej prawdy. Chwilowy władca wiecznego królestwa został strącony ze skały nierealnych marzeń, którą to karę zadał sam sobie jako zdrajca własnego ludu… Stein analizował uważnie tę historię i znajdował tak nieświadome nici łączące różne wątki rzeczywistości w punkcie owej wysepki zagubionej na krańcu świata, że Barataria stała się dlań krainą symboliczną, terenem nie wymarzonego szczęścia, a wymarzonej sprawiedliwości, terytorium przemiany i miejscem odrodzenia. Wydawało się Steinowi, że Barataria jako owa chwilowa wieczystość w swym wymiarze metafizycznym i transcendentalnym wciąż istnieje, że jej nierealny świat można realnie odtworzyć, a całe jego groźne piękno i kruche szczęście będzie odradzać się jak Fenix. Wystarczy blok stromych skał, jakby spotęgowany i rozbudowany kamień filozoficzny, nad którym rozbrzmiewałaby wieczna muzyka, żeby nastąpiła w nim wieczysta, ostateczna przemiana, jak w każdym, który na tę symboliczną wyspę odrodzenia trafi. Ta idea go wręcz opętała. Postanowił stworzyć nową, własną Baratarię w górzystej kamiennej scenerii, gdzie nad skalistym, postrzępionym terenem górować będzie kamienne domostwo wybranych, a nad nim w jakimś cyrkularnym, pryzmatycznym wymiarze falować będzie wiecznie spekulatywna muzyka sfer. Odtąd szukał dogodnego miejsca, podróżował po kraju w tym jedynie celu, koncertował w najbardziej nieprawdopodobnych, odludnych miejscach, by tylko spenetrować okolicę; pieniędzy miał dosyć na zakup nawet ogromnego zamku. Wybrał jednak ten Pensjonat i zaraz potem zachorował.

Dzień Babci – rozmyślania o grobach, cmentarzach i trumnach

Ewa Maria Slaska (i reblog)

Nie, nie, Kochani! Jeśli myślicie, że odezwę się do Was jako osoba stojąca nad grobem, to otóż informuję, że wcale tego nie zrobię. Owszem, może być, że stoję nad grobem, jak każdy z nas zresztą, bo jak wiadomo mors certa hora incerta, ale ja nie o tym.

Dziś Dzień Babci, a ja, jak przystało na kobietę piszącą o cmentarzach i pasjonującą się grobami, nawet z tej okazji mam dla Was stosowne zdjęcie cmentarne.

babciaoppermann

Zdjęcie zrobiła Ania w czasie naszych licznych wędrówek po cmentarzach. Postać wydaje się nam ciekawa, szukam więc informacji w internecie, ale nic nie ma. Dziwne zresztą, bo wydawałoby się, że jest wszystko, jak mówi moja synowa, nawet żaba przez erzet. Babcia (bo to chyba ona) nazywała się Ch. Oppermann, urodziła w roku 1904, zmarła w wieku 80 lat.

babciaoppermannnapis

Niezła ta jej figura, zdecydowanie odbiegająca od cmentarnego kiczu. Ciekawe, czy zamówili jej taki nagrobek, czy po prostu mieli rzeźbę na składzie? A jak tak, to oczywiście ktoś z rodziny był rzeźbiarzem. A może ona sama? Piszę do znajomej dziewczyny, która pracuje na tym cmentarzu. Odpowiada niemal natychmiast. Nic z tych rzeczy. Była to starsza pani, dobrze znana na Kreuzbergu, która zawsze chodziła z plastikową torbą i tak też została uwieczniona. Rzeźbiar/z/ka podpisała się na pomniku jako EL84. Zmarła miała na imię Charlotte. Ile razy jej szukam w sieci, trafiam tylko na dwa moje własne wpisy.

Dobra, ale ja i tak nie o tym, tylko o grobach. Babcia jest mi tylko pretekstem. Bo oto piszę ostatnio do zaprzyjaźnionego redaktora gazety Polonia Berlin i tłumaczę się. Miałam mu wysłać bez zwłoki informację o naszej nowej książce. I na śmierć zapomniałam.

okladka1

Książkę wydało Stowarzyszenie Städtepartner Stettin e.V. Zdjęcie na okładce Anna Kuzio, opracowanie graficzne Michał Krenz. Książkę można zamówić u mnie w Berlinie (cena 5€ , koszty wysyłki 3€) lub u drugiego autora, Michała Rembasa, w Szczecinie.

Bez zwłoki i na śmierć. W jednej sprawie dwa sformułowania cmentarno-tanatalne. Jest tego w polszczyźnie więcej. I nie mam na myśli oczywistych związków frazeologicznych jak hiena cmentarna, pochować kogoś pod murem cmentarnym czy wyjść z domu nogami do przodu. Trzeba wiedzieć, znać zwyczaje i obyczaje, ale jak się wie, to się też wie dlaczego. Ale już park sztywnych. Tu po prostu trzeba wiedzieć i już. Trzeba czytać Wiecha Wiecheckiego, nie ma rady.

Jednak największą grobowo-cmentarną “zagwozdką” są  owe trumniaki (uwaga buty na zdjęciu to NIE są prawdziwe trumniaki, to żart!). Trumniakami nazywano kiedyś tekturowe buty do trumny, po Warszawie krążyły też opowieści o tym, jak chytry cwaniaczek z Pragi sprzedał naiwnemu chłopkowi trumniaki zamiast butów ślubnych, a potem padał deszcz i wiadomo… W przaśnych PRL-owskich latach 50 trumniaki to były przerobione na czarno tenisówki. Podobno pomysł słynnej i wspaniałej Barbary Hoff. Tak podaje Wikipedia. I w ogóle każdy wie…
A jednak nie do końca. I tu dla babć, które były młode w latach 50, czyli z pokolenia mojej Mamy, Teściowej i Ciotek, interesujący reblog na temat… Waszych trumniaków. A przy okazji, podobno każda z Was je nosiła, a w sieci nie ma ani jednego ich zdjęcia! Pomocy! W tej sieci NIC NIE MA! Ani babci Oppermann ani trumniaków.

Dominika Łukoszek

Polowanie na trumniaki

16 maja 2016

Kiedy przygotowywałam wystąpienie na konferencję w Oksfordzie w 2013 roku strona po stronie czytałam rubrykę Moda w Przekroju – od roku 1953 do 1989. Przekrój był tygodnikiem, więc prosty rachunek pokazuje, że trzydzieści sześć roczników razy (mniej więcej) 52 lub 53 numery rocznie to daje wynik…. wielu stron. Warto było, ponieważ mój referat tak się spodobał, że zostałam zaproszona, aby opublikować tekst o Barbarze Hoff w czasopiśmie Catwalk. The Journal of Fashion, Beauty and Style (Volume 3, Number 1, Spring 2014).

Przygotowując artykuł starałam się w tekstach Barbary Hoff publikowanych w Przekroju odnaleźć zdjęcia i opisy jej poszczególnych pomysłów z gatunku „zrób to sam”, które odnajdywałam w różnych artykułach lub wywiadach. Jej najbardziej legendarną poradą jest ta, w jaki sposób dziewczyny mogły przepoczwarzyć dostępne w sklepach tenisówki w modne baleriny: należało z tenisówek wyciąć część ze sznurówkami, powstałą w ten sposób balerinę obszyć lamówką, pomalować na czarno i proszę! Polska dziewczyna miała najmodniejsze buty, które ochrzczono następnie „trumniakami”, ponieważ przypominały kartonowe buty, w których kiedyś chowano ludzi w trumnie.

Historię o opublikowaniu pomysłu na trumniaki w Przekroju opowiedziała sama Barbara Hoff w wywiadzie z Włodzimierzem Halickim dla Wysokich Obcasów w 2012 roku (KLIK). Skoro pani Hoff pisała teksty dla Przekroju od 1954 roku (na początku wspólnie z Janiną Ipohorską, również pracującą w Przekroju), to w tym roczniku poszukiwałam projektu trumniaków. Przeczytałam każdą kolumnę Moda i … nie znalazłam. Za to trochę się zdenerwowałam. Przejrzałam wszystkie egzemplarze po raz drugi, sprawdzając, czy aby na pewno biblioteka ma wszystkie numery z 1954 roku. Biblioteka miała wszystkie numery, trumniaków nadal nie znalazłam. Ok, pomyślałam sobie, pamięć lubi płatać figle, poszukam – na wszelki wypadek – w 1953 i 1955 roku. Tym razem strona po stronie, sprawdzając ponownie, czy są wszystkie numery tygodnika i czy aby projekt trumniaków nie został opublikowany na stronie innej niż Moda. Rysunku nadal nie było, mnie chciało się płakać. W jednym z numerów z 1955 roku znalazłam informację o tym, że wiele dziewczyn nosiło trumniaki podczas Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, który miał miejsce w Warszawie. No to wiedziałam przynajmniej tyle, że trumniaki musiały pojawić się wcześniej. Tylko nadal nie miałam tego cholernego rysunku. Jeszcze raz przeczytałam felietony z 1954. Trumniaków nie było.

Wyrysowane baleriny podpisane „trumniaki” znalazłam w książce ,,Jak oni mają się ubierać” napisanej przez Barbarę Hoff i Jana Kamyczka (pseudonim Janiny Ipohorskiej). Niestety (niestety dla mnie) książka została wydana w 1958 roku, a trumniaki istniały już wcześniej. Trumniaki mnie pokonały, a w artykule zamieściłam jedynie informację, że były one jednym z najsłynniejszych pomysłów Barbary Hoff. Nie napisałam jednak, że – jak wspominała pani Hoff w wywiadzie – pojawiły się w Przekroju, bo się nie pojawiły. Artykuł został wydrukowany w wiosennym numerze czasopisma Catwalk… w 2014 roku, ale poczucie klęski w sprawie trumniakowego śledztwa było dojmujące.

I teraz skaczemy dwa lata do przodu, do mokrego majowego poranka w Krakowie anno domini 2016, gdzie ma miejsce dzień drugi konferencji Krzyk mody. Zjawiska, przemiany i kierunki badawcze (KLIK). W pierwszej sekcji dwa świetne wystąpienia w zakresie „moda w PRL”, czyli prezentacje dwóch Magdalen: mgr Magdaleny Pasewicz-Rybackiej oraz Magdaleny Dudki. Obok mnie siedzi Joanna Regina Kowalska, jedna z kuratorek wystawy „Modna i już! Moda w PRL” (KLIK). Myślę sobie „ok, zapytam o te trumniaki, może one dotarły do tego rysunku, może się okaże, że coś pominęłam” – jakkolwiek ta ostatnia myśl była co najmniej bolesna. I pytam, czy może któraś z pań znalazła ten rysunek trumniaków w Przekroju, bo przeryłam te numery i nie znalazłam, więc może….

… co za ulga! Okazuje się, że Panie miały tę samą zagwozdkę: szukały, czytały i nie znalazły. I jak to wątpiące badaczki: uznały, że może jednak nie doszukały, może jednak gdzieś są (wcześniej niż w książce „Jak oni mają się ubierać”, bo ta publikacja też była im znana). I wspólnie ustaliłyśmy, że nie ma, że pomysł trumniaków pojawił się u Barbary Hoff, ale nie został opublikowany w Przekroju. Gdzie zatem się pojawiły, jeśli nie w Przekroju? Rzucam nam wszystkim to wyzwanie. Może ktoś z Was wie?

Przy tej okazji chciałam też zwrócić uwagę na fakt, że wspomnienia to jedno, a zachowane teksty to drugie. Jeśli tylko jest taka możliwość, warto (trzeba!) konfrontować wspomnienia z tekstami (zwracała na to uwagę Aleksandra Boćkowska podczas piątkowego spotkania „Jakim językiem pisać o modzie?”).

Udało nam się podczas konferencji uzgodnić wspólną wersję dotyczącą trumniaków i braku ich obecności w Przekroju, a tym samym ten wpis jest pierwszym tekstem, który dotyczy tego wątku. Dziękuję Magdzie Pasewicz-Rybackiej i Joannie Reginie Kowalskiej za wspólne zrzucenie z ramion tego poczucia niedoszukania informacji. Nasze niezależne badania nad poszukiwaniami trumniaków zaprowadziły nas do wspólnego wniosku. Cóż, wielkie umysły myślą podobnie 😉

Sprawa jednak nie zostaje zamknięta. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, gdzie został wydrukowany rysunek pani Hoff pokazujący jak przerobić tenisówki na baleriny jest proszony o kontakt. Dozgonna wdzięczność badawcza, jak i stosowne uhonorowanie Autorki bądź Autora tego znaleziska w publikacjach gwarantowana.

I dla takich chwil warto jeździć na konferencje.

19 stycznia 1888 roku

Lech Milewski

Conrad w Australii

Osoba, którą zatrudniłem, to Mr Conrad Korzeniowski, posiadający uprawnienia kapitana statku. Ma dobre referencje z kilku statków, na których wypłynął z tego portu. Ustaliliśmy wynagrodzenie £ 14 na miesiąc licząc od dnia przyjazdu do Bangkoku. Na statku ma mieć zapewnione wyżywienie i wszelkie potrzebne przybory nawigacyjne. Jego przejazd z Singapuru do Bangkoku będzie opłacony z kasy statku. Również po przybyciu do Melbourne, jeśli jego kontrakt nie zostanie przedłużony, właściciel statku opłaci mu kabinę na statku do Singapuru.

Henry Ellis – Kapitan Portu Singapur – 19 stycznia 1888 roku
Źródło – Zdzisław Najder – Joseph Conrad: A Life.
Tłumaczenie wszystkich cytatów – autor tego wpisu.

W roku 1888 31-letni Joseph Conrad miał za sobą 15 lat żeglugi jednak nigdy dotąd nie pełnił funkcji kapitana statku.

Już w wieku lat 13 zamieszkały wtedy w Krakowie Józef Korzeniowski wyraził chęć pracy na morzu. Intelektualnie chłopiec był rozwinięty ponad swój wiek, jednak słabe wyniki w nauce nie rokowały dużych szans na uzyskanie wyższego wykształcenia, i jego opiekun – wujek, Tadeusz Bobrowski – uznał że kariera marynarza, być może połączona z prowadzeniem jakiegoś byznesu, jest dobrym rozwiązaniem.
W roku 1874 16-letni Józef został wysłany do Francji gdzie przez cztery lata pływał na statkach, głównie na trasach do francuskich kolonii na wybrzeżu Ameryki (Martynika, Haiti). Po trzech latach okazało się, że jako obywatel rosyjski musi posiadać specjalne zezwolenie konsulatu Rosji na pracę we francuskiej marynarce. Ponieważ był w wieku poborowym, było pewne, że takiego pozwolenia nie dostanie.
Nie pozostało nic innego jak przenieść się do Anglii (czerwiec 1878) i ubiegać się o obywatelstwo brytyjskie.
W Anglii kontynuował pracę na morzu przechodząc kolejno wszystkie stopnie kariery żeglarza (1880 – drugi oficer, 1884 – pierwszy oficer, po zdaniu egzaminu poprawkowego) i ostatecznie zyskujac uprawienia kapitańskie (listopad 1886, również dopiero za drugim podejściem). W sierpniu 1886 roku uzyskał obywatelstwo angielskie. Jednak na objęcie funkcji kapitana musiał jeszcze poczekać.

Tylko młodzi miewają takie chwile. Nie mówię o bardzo młodych. Ci w ogóle nie dostrzegają poszczególnych chwil. Przywilejem wczesnej młodości jest sięganie poza teraźniejszość – cudowna ciągłość nadziei, nie znającej przerw ani zagłębiania się w siebie. Ledwo zamkniesz za sobą furtkę dzielącą cię od wieku chłopięcego, a już wkraczasz w zaczarowany ogród. Nawet cienie jarzą się tu od obietnic… A czas biegnie, biegnie, aż… dostrzeżesz smugę cienia ostrzegającą, że krainę wczesnej młodości również musisz pozostawić za sobą. To okres życia, w którym takie chwile o jakich mówię mogą nadejść. Jakie chwile? Chwile nudy, znużenia, niezadowolenia. Chwile nierozwagi. Mam na myśli chwile kiedy młodzi są skłonni popełnić nieprzemyślane czyny – ożenić się nagle, porzucić pracę bez powodu.

Joseph Conrad – Smuga Cienia

Taka chwila przytrafiła się Conradowi nie raz. Chyba najbardziej dramatyczna jeszcze we Francji – nieudana próba samobójstwa w wielu 20 lat.

W styczniu 1888 roku Conrad miał już prawie 31 lat, a jednak po przybyciu do Singapuru na statku Vidar, na którym pełnił funkcję pierwszego oficera, bez podania powodu złożył rezygnację.
Zamieszkał w Domu Oficera i czekał na okazję powrotu do Anglii. Bardzo niechętnie uległ prośbom przyjaznego mu kapitana i zajrzał do Biura Portu, Tam otrzymał ofertę stanowiska kapitana na niewielkim żaglowcu Otago…

Ship! My ship, jak piękna dziewczyna, absolutnie moja (*). Była moja, bardziej moja niż cokolwiek na świecie; przedmiot odpowiedzialności i poświęcenia. Czekała na mnie, zaklęta, niezdolna wykonać ruch, wydostać się na świat (dopóki ja się nie pojawię), jak zaczarowana księżniczka. Jej wezwanie przyszło do mnie z jakby chmur. Nigdy nie podejrzewalem jej istnienia, nie wiedzialem jak wygląda, ledwie usłyszałem jej imię a przecież byliśmy nieodwracalnie złączeni na jakiś czas naszej przyszłości, płynąć lub utonąć razem!

Joseph Conrad – Smuga Cienia.

Natychmiast wsiadł na statek do Bangkoku. Wpływając do portu miał okazję zobaczyć swoje przeznaczenie – żaglowiec Otago…

Otago bark 1869

Na pierwszy rzut oka zobaczyłem, że była statkiem wyższej klasy, stworzeniem harmonijnym w konturze ciała, w proporcjach wysokości. Jakikolwiek jej wiek czy historia, zachowała ślad swego pochodzenia. Była jednym z tych stworzeń, które dzięki projektowi i wykończeniu nie będą nigdy wyglądały staro. Pomiędzy towarzyszami przycumowanymi do molo, wszystkie większe od niej, wyglądała jak stworzenie lepszej rasy – Arabska klacz pomiędzy końmi pociągowymi.

Joseph Conrad – Smuga Cienia.

Żegluga do Singapuru (800 mil morskich) trwała aż 3 tygodnie.
Dlaczego tak długo?
Po pierwsze formalności przekazania statku nowemu kapitanowi gdyż poprzedni poprzedni kapitan, John Snadden, który był równocześnie współwłaścicielem statku, zmarł podczas ostatniego rejsu. Zajęło to prawie 2 tygodnie. Po drugie stan zdrowia załogi. Kilku marynarzy było chorych na malarię i potrzebna była wymiana. Po trzecie wreszcie bardzo słaby wiatr.

W Smudze Cienia nad statkiem ciąży fatum poprzedniego kapitana, który w napadzie szału najpierw wyrzucił za burtę swe skrzypce, a gdyby mógł pogrążyłby swój statek na dno. Przeszkodziła mu w tym śmierć, lecz teraz nęka statek i jego załogę absolutnym brakiem wiatru i malarią.
W książce na malarię rozchorowała się cała załoga prócz kapitana i stewarda, którzy nadludzkim wysiłkiem doprowadzają statek do Singapuru.

Gazeta w Singapurze podała nazwisko kapitana jako Korgemourki.

7 maja 1888 sydneyski Morning Herald powiadomił o przybyciu statku: Otago, 345 ton, kapitan Konkorzentowski.

Właściciel statku zdecydował zatrzymać Conrada jako kapitana i 7 lipca Otago pożeglował z ładunkiem pszenicy do Melbourne.
Tu nastąpił przymusowy 4-tygodniowy postój spowodowany dysputą miedzy związkiem zawodowym marynarzy i stowarzyszeniem właścicieli statków.

Australijskie związki zawodowe – nie mogę powstrzymać uśmiechu 🙂
Wzmianki (bardzo krytyczne) o ich sile i akcjach napotykam we wspomnieniach wielu słynnych osób, które odwiedziły Australię. Poczynając od Conrada, poprzez Paderewskiego, na Arturze Rubinsteinie kończąc.

Następna podróż to żegluga na Mauritius z ładunkiem nawozów, mydła i łoju.
Tutaj Conrad, być może mając w pamięci niezdane egzaminy, postanowił wypróbować swoje umiejętności nawigacyjne – zaproponował właścicielom, że zamiast standardowej trasy – na zachód wzdłuż południowego wybrzeża Australii – popłynie na północ a następnie przez Cieśninę Torresa na Ocean Indyjski. Była to trasa dłuższa i bardziej niebezpieczna, ale szybsza. Właściciele wyrazili zgodę. Podróż minęła bez większych przygód, ale trwała dłużej niż oczekiwano. Na Mauritius dopłynął 30 września 1888.

Pobyt na wyspie przedłużył się do dwóch miesięcy z powodu trudności ze znalezieniem odpowiedniego ładunku.
J. Conrad relacjonuje pobyt na Mauritius w książce A Smile of Fortune. Wspomina tam o zainteresowaniu głównego bohatera młodą dziewczyna – Alice – córką agenta portowego Jacobusa, posiadacza pięknego ogrodu różanego…

Uwielbiałem oglądać jej powolne ruchy, pozwalające docenić zgrabny kształt ciała, obserwować tajemnicze spojrzenie jej wspaniałych czarnych oczu, pół zamkniętych, kontemplujących pustkę. Była jak istota zaczarowana z czołem bogini koronowanym przez zaniedbane wspaniałe włosy cygańskiej włóczęgi. Nawet jej obojętność była kusząca. Czułem do niej rosnące przywiązanie połączone z nierealnym pożądaniem, bo głowa mówiła – dość.

Joseph Conrad – Uśmiech szczęścia.

Rzeczywiście w Port Louis był dom z różanym ogrodem, mieszkał w nim agent okrętowy z córką – Alice (Shaw), ale to nie ona zainteresowała Conrada.

Doskonała znajomość francuskiego otworzyła mu drzwi wielu domów zamieszkałych przez elitę wyspy – głównie potomków dawnych francuskich kolonizatorów…

…potomkowie dawnych kolonizatorów: wszyscy szlachetnie urodzeni, wszyscy zubożali, pędzący marną egzystencję w stanie nudnego, dostojnego rozkładu.

Joseph Conrad – Uśmiech szczęścia.

Tam spotkał panny Renouf. Rodzina Renouf przechowała odpowiedzi Conrada na pytania w żartobliwej ankiecie. Ankieta była zredagowana w języku francuskim. Conrad, być może z przekory, napisał odpowiedzi po angielsku:
– Quel serait votre rêve de bonheur (jaki byłby twój sen o szczęściu)?
Nie śnię, chcę rzeczywistości.
– W jakim kraju byś zamieszkał?
Nie wiem. Może w Laponii.
– Gdzie mieszkałaby osoba zaprzątająca twoją uwagę?
W zamku w Hiszpanii.
– Co jest twoją ulubioną rozrywką?
Gonienie dzikich gęsi.
– Myślisz, że już kochałeś?
Odmawiam odpowiedzi.
– Twoja dewiza.
— brak odpowiedzi–
– Twoje imię?
J.C.K.

Ta odmowa odpowiedzi może być tłumaczona jako swego rodzaju deklaracja. Słusznie. Kilka dni przed opuszczeniem Mauritius Conrad zwrócił się do starszego z braci Renouf, Gabriela, z prośbą o rekę jego siostry Eugenii. Dziwne, że nie wiedział, że Eugenia była już zaręczona z miejscowym aptekarzem.
Po otrzymaniu odmowy nie odwiedził już domu państwa Renouf, zamiast tego napisał uprzejmy list do Gabriela Renouf, powiadamiając, że nigdy nie wróci na Mauritius i że w dniu wesela jego myśli będą z nowożeńcami.

Starał się o rękę zaręczonej panny?
Jedyne wytłumaczenie jakie przychodzi mi do głowy, to jakaś bariera między ludźmi morza i kobietami.

A jak to wygląda w Uśmiechu Szczęścia?
…pierwszy pocałunek jaki złożyłem na jej ustach był gwałtowny jak ukąszenie. Nie opierała się a ja nie poprzestałem na jednym pocałunku… jej duże, czarne, szeroko otwarte oczy patrzyły w moje oczy bez oznak gniewu lub satysfakcji lub jakiegolwiek uczucia. W tym spojrzeniu, które wydawało się bezosobowo obserwowac moje szaleństwo, mogłem wyczuć pewne zaskoczenie, nic wiecej. Zasypywałem ją pocałunkami i mogłoby się zdawać, że będzie to trwało bez końca… wyślizgnęła się z moich objęć i wybiegła z werandy, niezbyt wdzięcznie, wydawało się, że nieco kuleje…
… w drzwiach do pokoju stał Jacobus (ojciec). Jak długo tu był… może ta niezgłębiona dziewczyna usłyszała go i uciekła w porę…
…patrzył uparcie na podłogę. Podążyłem za jego wzrokiem. W absolutnej ciszy patrzyliśmy na pantofelek, który dziewczyna zgubiła podczas ucieczki.

Joseph Conrad – Uśmiech Szczęścia

Kopciuszek?

Dyrektor firmy czarterującej Otago wspomina Conrada:
Nieco poniżej średniego wzrostu, o silnych i bardzo mobilnych rysach przechodzących bardzo gwałtownie z delikatnosci do graniczącego z gniewem podniecenia.

Otago z ładunkiem cukru opuściło Port Louis 22 listopada i dotarło do Melbourne 5 stycznia 1889 roku. Tu zastał list od wujka (T. Bobrowskiego), który wspomina o swoim kiepskim stanie zdrowia i nalega na intensyfikację starań o pozbycie się rosyjskiego obywatelstwa, co było koniecznym warunkiem przyjazdu w rodzinne strony.

Następne dwa miesiące Conrad spędził prowadząc Otago na krótkich rejsach u wybrzeży Australii, a 26 marca, po doprowadzeniu statku do Adelajdy, zrezygnował z pracy.

Zanim Joseph Conrad opuści Australię rozejrzę się za jego śladami.
Brak. A w książkach?
Też nie. Wspomnę więc jego relacje o dwóch Australijczykach.

Pierwszy to kapitan statku Patna…

Wy, Anglicy, wszyscy jesteście łobuzy – ciągnął mój patriotyczny Australijczyk z Flensborgu (chodzi zapewne o Flensburg na granicy niemiecko-duńskiej), czy może Szczecina. Naprawdę nie pamiętam, jakiż to szlachetny port na bałtyckim wybrzeżu splamił się będąc gniazdem tak cennego ptaka.

Joseph Conrad – Lord Jim – tłumaczenie Michał Filipczuk.

Drugi to przedsiębiorca szukający nadzorcy na atolu bogatym w guano…

– Człowiek za burtą – odezwał sie za mną czyjś głęboki głos. Odwróciwszy się ujrzałem faceta, którego trochę znałem, Australijczyka z Zachodu, nazywał się Chester…
Mam zamiar zaproponować mu dobrą forsę… kompletnie nic do roboty, pas z dwoma sześciostrzałowcami… chyba nie będzie się bał, że tych czterdziestu kulisów wytnie mu jakiś numer – mając dwie pukawki i będąc tam jedynym uzbrojonym człowiekiem… Chcę żebyś pan pomógł mi go przekabacić. – Nie – krzyknąłem… z taką wściekłością, jakby domagał się ode mnie udziału w morderstwie.

Joseph Conrad – Lord Jim – tłumaczenie Michał Filipczuk.

2 kwietnia 1889 (22 marca według rosyjskiego kalendarza) Senatskiie Viedomosti w Petersburgu podały informację: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zwolniło syna polskiego literata, kapitana w angielskiej marynarce handlowej, ze statusu rosyjskiego poddanego.

Przez kilka miesiecy Conrad żył z oszczędności. Wujek T. Bobrowski podwyższył mu nieco pensję. Próby znalezienia zatrudnienia były nieudane. Jego osiągnięcia zawodowe nie były imponujace. Większość żeglarzy w jego wieku dowodziło znacznie większymi statkami. Wygląd i silny obcy akcent nie pomagały.

Jesienią 1889 roku znalazł sobie inne zajęcie – zaczął pisać swą pierwszą książkę – Szaleństwo Almayera.
Nie mogąc znaleźć pracy w Anglii Conrad postanowił spróbować szczęścia na kontynencie. Pierwsze kroki skierował do Belgii. Tu poproszono go o cierpliwość. Wreszcie była możliwość odwiedzenia rodzinnych stron.
Po pokonaniu wielu trudności w uzyskaniu rosyjskiej wizy, w lutym 1890 roku Conrad, przybył do Warszawy, a stamtąd pojechał do rodzinnej Kazimierzówki.

29 kwietnia wrócił do Brukseli wstrząśniętej wiadomością o śmierci duńskiego kapitana Johannesa Freisileben, dowódcy parowca Florida, zamordowanego przez tubylców w Kongo…

… usłyszałem, że powodem kłótni było nieporozumienie w sprawie dwóch kur. Tak, dwóch czarnych kur. Fresleven – takie było jego nazwisko, Duńczyk – uznał się za oszukanego i zszedł na brzeg gdzie zaczął tłuc kijem szefa wioski. O, wcale mnie nie zdziwiło gdy usłyszałem jednocześnie opinię, że Fresleven był najdelikatniejszym, najspokojniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek poruszało się na dwóch nogach. Bez wątpienia był, ale już dwa lata spedził tutaj, w służbie szlachetnej sprawy, rozumiecie, i zapewne poczuł potrzebę potwierdzenia w jakiś sposób szacunku dla samego siebie. Dlatego tłukł starego Murzyna bezlitośnie, otoczony przez oniemiały tłum, dopóki ktoś – powiedziano mi, że syn szefa wioski – na próbę dziabnął białego człowieka dzidą – a ta oczywiście przeszła całkiem gładko między jego łopatkami.

Joseph Conrad – Jądro ciemności.

Conrad dostał propozycję zajęcia jego stanowiska.
Znowu dowództwo statku, i znowu jest to statek, którego kapitan zmarł.
Ale to już zupełnie inna historia.

(*) The ship – moja dziewczyna. W języku angielskim statek (ship) jest rodzaju żeńskiego. Z cytowanych tekstów J. Conrada widać, że bardzo słusznie. Szczególnie w odniesieniu do żaglowców.

Źródła:

Zdzisław Najder – Joseph Conrad: A Life.
Joseph Conrad – The Shadow-Line – Smuga Cienia.
Joseph Conrad – A Smile of Fortune – Uśmiech szczęścia
Joseph Conrad – Lord Jim.
Wikipedia – Joseph Conrad – KLIK.
Wikipedia – Joseph Conrad’s career at sea – KLIK.

Dawno zapomniane śniadanie

Pamiętacie Rasmusa i włóczęgę. Pewnie nie pamiętacie. Ja nie pamiętałam. Rasmus ucieka z domu dziecka, jest noc. Chłopiec biegnie i podśpiewuje sobie piosenkę “Nie boję się iść sam po zielonej ścieżce”, ale oczywiście się boi, tak jak każdy, a nie tylko mały dziesięcioletni chłopczyk, boi się iść sam w lesie po ciemku.

Astrid Lindgren
Przekład Irena Szuch-Wyszomirska, tłumaczka książek Astrid Lindgren i słynnych Muminków.

Rasmus i włóczęga

Krótka letnia noc staje się długa, gdy się wędruje drogami. Gdy się wędruje bez wytchnienia, aż nogi ledwo mają siły się poruszać. Aż powieki niemal zamykają się i jest się tak śpiącym, że głowa kiwa się i opada w marszu. Nastaje świt, słońce rzuca pierwsze promienie pomiędzy drzewa, ale nie widzi się tego. Pajęczyny błyskają pomiędzy trawami, krople wody lśnią na płatkach kwiatów, lekkie mgły poranne giną, nikt nie wie gdzie, a na wierzchołku najbliższej brzozy siada drozd i wznosi pierwszy radosny trel poranka. Lecz tego się nie widzi, gdy jest się tak bardzo zmęczonym i sennym. Tak niewypowiedzianie sennym.
Rasmus dochodzi wreszcie do niewielkiej szarej szopy, do takiej właśnie, w jakiej lubią spać włóczędzy. Stoi ona pośrodku łąki i mimo swej szarości wygląda bardzo gościnnie. O tej porze roku takie szopy na łąkach pełne są siana.
Z trudem otwiera ciężkie wrota. Wewnątrz jest mrocznie i cicho, a siano pachnie mocno i pięknie. Rasmus wydaje westchnienie ciężkie jak łkanie i opada na siano. Już śpi.

Obudziło go zimno i źdźbło siana, które łaskotało go w nos. Usiadł gwałtownie, nie pamiętając, gdzie się znajduje, skąd się tu wziął. Potem przypomniał sobie nagle wszystko i uczucie bezgranicznego osamotnienia wycisnęło mu łzy z oczu. Poczuł się bardzo nieszczęśliwy – o wiele trudniej było być zbiegiem, niż przypuszczał. Tęsknił już za Västerhagą, za Gunnarem, za ciepłym łóżkiem i poranną kaszką. Tak, czuł tęsknotę za domem dziecka jak za utraconym rajem. Mogło się oczywiście zdarzyć, że się dostało w skórę, nie było to jednak takie straszne, jak być samemu na świecie, marznąć i być głodnym.
Przez szparę w ścianie przesączał się ku niemu wąski strumień słońca. Tego dnia pogoda była piękna, więc nie powinien tak bardzo marznąć. Miał na sobie odświętny kubraczek i zwykłe codzienne spodenki z grubego samodziału, które ciocia Olga połatała na kolanach. A jednak marzł tak, że szczękał zębami. Najchętniej położyłby się i spał dalej, ale wiedział, że nie uśnie, gdy jest tak zimno. Siedział więc, drżąc, na sianie i śledził ponurym wzrokiem pyłki kurzu, wirujące w promieniach słońca.
Wówczas usłyszał coś. Coś przeraźliwego, co dreszczem lęku przeszyło całe jego ciało. Ktoś  z i e w n ą ł  tuż obok niego. Nie był więc sam w szopie. Ktoś oprócz niego spał tu tej nocy. Wodził wokoło wylęknionymi oczyma, aby dojrzeć, kto tu jest. Wtem zobaczył kędzierzawą czuprynę wyłaniającą się zza sterty siana tuż obok niego. Nagle dał się słyszeć głos:
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx    Ho, ho, tak, tak,
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx        i noce, i dzionki,
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx       ale najgorsze te poranki…

Zza siana wyłoniła się głowa, a potem cała twarz okrągła, nie ogolona, z ciemnym zarostem. Para mrugających oczu spojrzała na niego ze zdziwieniem, a okrągłą twarz przeciął szeroki uśmiech. Coś jakby zabulgotało w nim ze śmiechu, po czym powiedział:
– Sługa uniżony?
– Sługa… uniżony – odpowiedział Rasmus z wahaniem.
– Coś ty taki wystraszony? Czy myślisz, że zjadam dzieci?
A gdy Rasmus się nie odezwał, mówił dalej:
– Coś ty za knot? Jak się nazywasz?
– Rasmus.
Powiedział to cichutkim głosem, bał się zarówno odpowiadać, jak i milczeć.
– Rasmus… ach tak, Rasmus – powtórzył brodacz i kiwnął głową w zamyśleniu. – Czy uciekłeś z domu?
– Nie, nie… z domu – wyjąkał Rasmus, który uważał, że nie kłamie. Västerhaga nie była prawdziwym domem. Jak ten brodacz mógł myśleć, że się miało ochotę uciekać z  pXrXaXwXdXzXiXwXeXgXo   domu!
– No, nie rób takiej wystraszonej miny. Powiedziałem ci przecież, że nie zjadam dzieci.
Wówczas Rasmus zebrał się na odwagę i zapytał ostrożnie:
– A czy wujek uciekł z domu?
– Wujek… czy ja wyglądam na wujka, co? Czy uciekłem z domu… tak, tak, to się zgadza – odpowiedział brodacz i roześmiał się serdecznie.
– To wujek jest włóczęgą – informował się Rasmus.
– Daj spokój z wujkowaniem, mój drogi. Nazywam się Oskar.
Podniósł się na sianie, a wówczas Rasmus zobaczył, że jest on z pewnością włóczęgą. Kraciasta marynarka wytarta była i wystrzępiona, a spodnie zwisały jak wór. Był wysoki, barczysty, miał dobrą twarz, a gdy się śmiał, białe zęby lśniły w jego brodatym obliczu.
– Włóczęga, powiedziałeś… czy nie słyszałeś nigdy o Rajskim Oskarze? To właśnie jestem ja. Rajski włóczęga i wolny ptak boży – to właśnie ja.
– Wolny ptak? – Rasmus zaczął się zastanawiać, czy ten włóczęga ma dobrze w głowie. – Dlaczego Oskar jest wolnym ptakiem? – zapytał.
Oskar pokiwał w zamyśleniu głową.
– Ktoś musi nim być przecież. Musi być ktoś, kto się wybiera na włóczęgę i jest wolnym ptakiem bożym. Pan Bóg chce, żeby byli włóczędzy.
– Naprawdę chce? – zapytał Rasmus z powątpiewaniem.
– Oczywiście, że chce – odpowiedział Oskar. – Skoro zadał sobie tyle trudu, że usiadł i zmajstrował całą ziemię, to chce, żeby  w s z y s t k o  na niej było, rozumiesz chyba. A jak by to wyglądało, gdyby było na niej wszystko oprócz włóczęgów.
Oskar pokiwał głową z zadowoleniem.
– Wolny ptak – tak, tak!
Potem wsadził rękę do plecaka, leżącego obok niego na sianie i wyjął dużą paczkę, owiniętą w gazetę.
– Teraz śniadanko będzie pysznie smakowało! – ucieszył się.
Słysząc to Rasmus poczuł, jak żołądek kurczy mu się z głodu. Czuł taki głód, że gotów był żuć siano jak wół.
– Mam tu gdzieś koło szopy butelkę mleka – mówił dalej Oskar.
Jednym susem znalazł się przy wrotach. Skrzypnęły, gdy je otwierał i ciężko poruszyły się w zawiasach. Oskar pchnął je i otworzył na rozcież. Szeroki pas światła słonecznego wpłynął do szopy. Oskar stanął w świetle słonecznym, przeciągnął się, a potem znikł nagle. Powrócił niebawem z dobrze zakorkowaną litrową butelką mleka w ręku.
– Teraz śniadanko pysznie będzie smakowało! – powtórzył, sadowiąc się wygodnie na sianie. Odwinął papier i wyjął ogromne pajdy wiejskiego razowego chleba. Z pomrukiem zadowolenia zatopił zęby w jednej z nich. Rasmus dojrzał na chlebie plasterki schabu, a schab na zimno był, zdaniem Rasmusa, najlepszą rzeczą na świecie.
Oskar najwidoczniej także lubił schab na zimno. Żuł, spoglądał z lubością na pajdę chleba i znów żuł. Rasmusowi aż nos zbielał z głodu. Starał się patrzeć w innym kierunku, lecz było to zupełnie niemożliwe. Jego oczy nieposłusznie powracały do kromki chleba i czuł, że ślina napływa mu do ust.
Oskar przestał żuć. Przekrzywił głowę i spojrzał zaczepnie na Rasmusa.
– Ty na pewno nie chcesz takiej zwykłej kromki chleba z mięsem – powiedział. – Tacy jak ty jadają chyba rano tylko kaszkę na mleku z rodzynkami? Zwykłej prostej pajdy chleba nie chcesz chyba?
Czy ktoś odmawia niebiańskiej rozkoszy, jeśli mu ją proponują?
– Owszem, proszę – odpowiedział Rasmus, głośno przełykając ślinę. – Owszem, proszę, jeśli można.
Oskar bez słowa podał mu kromkę chleba. Była wspaniale gruba i wspaniale długa i leżały na niej dwa duże kawałki schabu. Rasmus wpakował ją sobie do ust i ugryzł… o nieba, ten słony smak schabu zmieszany ze wspaniałym smakiem razowego chleba. Przymknął oczy i jadł.
– Mleko – powiedział Oskar.
Wówczas otworzył oczy.
Oskar podał mu blaszany kubek wypełniony po brzegi. Chłopiec zaczął pić głębokimi łykami. Zimno mu się zrobiło w żołądku i marzł jeszcze bardziej niż przedtem, ale to nie miało znaczenia. Pił, dopóki nie zostało ani jednej kropelki.

oskar-rasmus
Ilustrowała Maria Orłowska-Gabryś

– Jeszcze chleba? – zaproponował Oskar, podsuwając mu następną kromkę, długą jak pomost.
– Czy można? Nie będzie za wiele? Czy starczy?
– Ależ proszę cię bardzo – zapraszał Oskar. – Nie wszystkie baby na wsi są skąpe, a ta, która mi to dała, musiała przeczuć, że cię spotkam:
Siedzieli na sianie, milcząc, i jedli, dopóki nie zostało ani okruszynki. Wypili całe mleko, a Rasmus uczuł jeszcze większe zimno w żołądku.
– Dziękuję bardzo – powiedział syty i dygocący. – To było najlepsze ze wszystkiego, co kiedykolwiek jadłem.