Na Placu Hiszpańskim

Ewa Maria Slaska
inspiracja: Tomasz Fetzki

Dawno nie byłam w Brukseli, tak dawno, że jak tam byłam ostatni raz, to się jeszcze nie interesowałam ani Don Kichotem i Sancho Pansą, ani utopiami i wyspami. Tomasz natomiast udał się był z małżonką w podróż, z której najpierw przysłał mi zdjęcia pomnika obu moich ulubieńców z San Sebastian, a potem dodał ich obu w wersji z Brukseli. To ich adres: Place d’Espagne / Spanjeplein / 1000 Brüssel.

Patrzę i patrzę na te dwie twarze i myślę sobie, że o ile Don Kichot wygląda tak jak zawsze wygląda (choć nie wiadomo czemu, jak Pantokrator błogosławi nam wzniesioną prawicą), o tyle Sancho Pansa jest odmienny, bardziej pański – najbardziej mi przypomina polskiego szlachcica, a dokładniej rzecz biorąc – Onufrego Zagłobę. Zapewne rzeźbiarz wzorował się tu na Falstaffie, grubasie i samochwale ze sztuk Szekspira. Duchowo są zresztą podobni do siebie ci trzej poboczni bohaterowie, bez których jednak bohaterowie właściwi wcale by nie przetrwali. Bo bohater musi się zajmować swoją ważną misją, czy jest to Wolność Ojczyzny czy Sprawiedliwość Społeczna, oraz ważną misją uczuciową – Uwalnianiem Uciśnionych Dziewic, a tymczasem oni troszczyć się będą o nocleg, spyżę i napitek, bezpieczeństwo, zasięganie języka, zmylenie pogoni, oszwabienie oszustów, wywinięcie się z opresji i inne praktyczne zadania rycerskiego dnia codziennego. Są mądrzy i choć chciałoby się o nich powiedzieć, że to takie chłopki roztropki, to jednak na tej ich ludowej mądrości można naprawdę polegać.

Przyznam się tu, że gdy myślę o Brukseli, mniej pamiętam moje tam wizyty, a lepiej świetną powieść wiedeńczyka Roberta Menasse – Stolica. Czytałam ją po niemiecku, po polsku ukazała się w roku 2019 w Oficynie Literackiej Noir sur Blanc, w tłumaczeniu Jacka Burasa.

A na zakończenie tego wpisu pokażę Wam coś jeszcze – baratarystyczną lampę dotykową Don Kichot. Za jedne 600 euro.

Don Quixote Tischleuchte Ingo Maurer

Die Tischleuchte Don Quixote von Ingo Maurer zeichnet sich durch extreme Vielfalt aus. Die Leuchte ist bieg- und schwenkbar und kann sich drehen und strecken. Der Leuchtenhersteller Ingo Maurer brachte bei der Don Quixote Tischleuchte die Materialien Stahl, Aluminium und elastisches Kunststoff in Einklang. Don Quixote – ein wahrer Hingucker.

Die Don Quixote von Ingo Maurer besitzt einen integrierten Touch-Tronic Dimmer. Auf diese Weise kann die Helligkeit der Leuchte stufenlos geregelt werden.

Wspominki literackie


czyli
Sherlock Holmes na prześcieradle
by Krizz van den Gur


Eriki Jong Strach przed lataniem był dla mnie, od kiedy pamiętam, książką mityczną. Dużo o niej czytałem, ale jakoś nigdy nie wpadła mi w ręce. A czytałem głównie to, co wpadło mi w ręce. Czyli przypadkowe rzeczy polecone przez znajomych bądź wygrzebane w ich bibliotekach. I jakoś nigdzie tam nie było Strachu
W ogóle cóż za tytuł! Kwintesencja Freuda. O ile mogę tak stwierdzić nie zawarłszy z Freudem nigdy bliższej znajomości. Latanie we freudowskiej symbolice snów jakoś wiąże się z seksem. Cóż może być bardziej fascynującego dla dorastającego szczyla – bo to w tym właśnie wieku po raz pierwszy gdzieś usłyszałem o Strachu… – niż właśnie ta sfera ludzkiej egzystencji.
Bardzo wcześnie też zacząłem interesować się snem jako takim, jego fazami, fizjologią, a także marzeniem sennym i jego przełożeniem na rzeczywistość. Lub raczej odwrotnie. Do dziś pamiętam koszmary, jakie nawiedzały mnie jeszcze za lat -nastu, że oto stoję na krawędzi, na gzymsie jakiegoś ‚koszmarnie’ wysokiego budynku, próbuję po nim przejść gdzieś, gdzie jest ‚bezpieczniej’ i rozpaczliwie chwytam się ściany za plecami, choć wiem, czuję, że upadek w otchłań pod stopami jest nieuchronny. Mniej lub bardziej każdy to zna.
Mnie ten strach senny przed upadkiem w otchłań nawiedzał regularnie. A pierwszy raz przyszedł, gdy właśnie budziła się erotyka. I już tak ze mną został na długie lata. Aż wreszcie w wyniku różnorakich terapii, których ten sen, czy też koszmar, nigdy nie był tematem, nigdy nie doszedł w nich do głosu, stwierdziłem pewnego razu w jakimś koszmarnym pół-śnie, że co tam! Przecież wiem, że śpię! Przecież wiem, że śnię. Że to tylko sen! Mara tam jakaś, nie żadna rzeczywistość. Że nic mi się przecież nie stanie, jeśli we śnie runę w tę przepaść pod stopami. Najgorsze co może spotkać, to że się obudzę.
I patrzcie państwo! Przestałem kurczowo trzymać się ściany. Runąłem, nie, raczej osunąłem się miękko w otchłań. A ona przestała być otchłanią, a stała się nagle przestworzem, w którym ja, szybujący teraz nad miastem, zostawiałem w dole budynki i ludzi. Z upływem czasu nauczyłem się sterować lotem. Wywracałem fikołki i robiłem powietrzne akrobacje, przelatywałem ze świstem pod mostami. Prawie jak w Top Gun 😉 Nauczyłem się latać! Co prawda tylko w snach, ale cóż to były za sny. Jedne z najpiękniejszych!
Wreszcie też, w wieku dawno już dorosłym, choć niekoniecznie dojrzałym, przeczytałem w końcu Strach przed lataniem. Chyba nic z niego nie zrozumiałem. Cóż za nuda! Wynurzenia znerwicowanej żydowskiej intelektualistki przetykane chłodnymi opisami przygód erotycznych z kolejnymi kochankami, a wszystko podlane psychoanalitycznym sosem. Zieeeew!
Pamiętam jedno zdanie: że nikt tak nie potrafi nienawidzić Żyda jak on sam siebie. Ma to chyba coś wspólnego z Polakami. Nikt tak nie potrafi się wstydzić polskości jak sami Polacy.
I na koniec Sherlock. Otóż pani Jong w pewnym miejscu opisuje jednego z kochanków, który ma tę tajemniczą właściwość, że zawsze po upojnej (bądź nie) nocy, spędzonej we wspólnym łożu pozostawia na prześcieradle zagadkowe brunatne kreski. Pani Jong zaś, choć ją to zastanawia, nie może dojść, skąd one kreski się biorą. No cóż, skojarzenie jest jedno: pan ten najwidoczniej nie ma w zwyczaju zbytnio dbać o higienę w toalecie, po dokonaniu tam wiadomego obrządku. Otóż nie! Nie pytajcie mnie, jak tę zagadkę literacką rozwikłałem, ale stawiam trzy piwa naprzeciw oranżady, że odpowiedź jest inna. Trzy piwa otrzyma, kto pierwszy/-a* przyczynę kresek onych odgadnie.

* Ogarek dla mzimu Dżendera. Niech ma. I niech będzie nam łaskaw.

Łapacz na polu żyta

Ewa Maria Slaska:

W miniony piątek minęło 70 lat od wydania Buszującego w zbożu J. D. Salingera. Dziwaczny tytuł, ale i tak wszyscy pamiętamy, o co w nim chodzi. Niestety Catcher in the rye został nieprawidłowo przetłumaczony na polski. Holden Caulfield nie chciał, jak dorośnie, buszować w zbożu, chciał być “łapaczem” dzieci, buszujących w łanie dojrzałego żyta na polu, które dochodzi do krawędzi przepaści. Ale myślę, że niczego nie powinniśmy już zmieniać w tym, że po polsku książka nazywa się “buszujący w zbożu”, bo to dobry tytuł i wywołuje dobre, obrazowe skojarzenia.

Mnie jednak zawsze intrygowały kaczki w tej powieści. Holden właśnie uciekł ze szkoły (a właściwie opuścił ją kilka dni przed czasem) i odwiedza swojego nauczyciela angielskiego, który dał mu złą ocenę za ostatnie wypracowanie. Nauczyciel się tłumaczy, dlaczego musiał to zrobić, Holden mu coś odpowiada.

Najzabawniejsze, że plotąc tak trzy po trzy myślałem przez cały czas o czymś innym. Mieszkam stale w Nowym Jorku i myślałem o stawie w południowej części Parku Centralnego. Zastanawiałem się, czy będzie zamarznięty, kiedy przyjadę, a jeżeli zamarznie, co się stanie z kaczkami. Głowiłem się, co robią kaczki, kiedy lód ścina cały staw. Czy ktoś po nie przyjeżdża ciężarówką i zabiera je do zoo albo gdzie indziej, czy też może same po prostu odlatują?

Pytanie powraca, gdy Holden, już w Nowym Jorku, jedzie taksówką.

Nagle coś mi się przypomniało.
– Ej, słuchaj pan. Pewnie pan zna te kaczki na lagunie w południowej części parku.
– Co?
– Kaczki z tego jeziorka? Może pan przypadkiem wie, gdzie się podziewają, kiedy woda zamarza? Nie wie pan tego przypadkiem?
Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że mam jedną szansę na milion, żeby trafić na szofera, który by to wiedział. Obejrzał się na mnie, popatrzył jak na wariata.
– O co chodzi? – spytał. – Balona pan ze mnie robisz czy jak?
– Nie, skąd znowu. Po prostu jestem ciekawy. Nic więcej.

Prawdopodobnie na zasadzie skojarzeń Holden następnego taksówkarza pyta o to samo.

Po jakimś czasie nawiązałem coś w rodzaju rozmowy z kierowcą taksówki. Nazywał się Horwitz. Okazał się o wiele sympatyczniejszy od tamtego taksówkarza, z którym jechałem poprzednio. Przyszło mi więc do głowy, że może on coś wie na temat kaczek.

– Panie Horwitz – powiedziałem – czy pan przejeżdża czasem koło laguny w Parku Centralnym? Wie pan, w południowej części parku?
– Koło czego?
– Koło laguny. Takie, wie pan, jeziorko. Gdzie pływają kaczki. Wie pan?
– Aha. No to co?
– Zauważył pan kaczki, co tam pływają w kółko po wodzie? Wiosną i latem. Czy pan przypadkiem nie wie, gdzie one się podziewają w zimie?
– Kto?
– Kaczki. Nie wie pan tego przypadkiem? Czy może ktoś po nie przyjeżdża i zabiera je samochodem, czy też same odlatują na południe?
Horwitz odwrócił się i popatrzył na mnie. Chłop był widać z natury niecierpliwy. Chociaż zły nie był.
– Skąd, u diabła, mam wiedzieć? – odrzekł. – Skąd, u diabła, mam wiedzieć takie głupstwa?
– W każdym razie niech się pan nie gniewa – powiedziałem. Gniewał się. Może o to pytanie, a może o coś innego, nie wiem.
– Kto się gniewa? Nikt się przecież nie gniewa.
Nie próbowałem dalszej pogawędki, skoro taki był drażliwy. Ale on sam się odezwał. Znów się odwrócił i rzekł:
– Ryby nigdzie się nie wynoszą. Zostają na miejscu. W tym tam głupim jeziorku.
– Ryby to co innego. Ryby są inne. Ja mówię o kaczkach – odparłem.
– Co to za różnica? Żadnej różnicy nie ma – powiedział Horwitz.
Cokolwiek mówił, miało się wrażenie, że okropnie się irytuje.
– Dla ryb zima jest jeszcze cięższa do wytrzymania niż dla kaczek. Niech się pan zastanowi.
Przez chwilę nic nie odpowiadałem. Potem powiedziałem:
– Może i racja. No, więc, co robią ryby, kiedy całe jeziorko aż do dna zamarza, a ludzie ślizgają się po nim?
Horwitz znowu się odwrócił.
– Rany boskie, o co panu chodzi? – wrzasnął na mnie. – Gdzie mają się podziać? Siedzą tam gdzie zawsze.
– Nie mogą przecież nie zwracać wcale uwagi na lód. To niemożliwe.
– A kto mówi, że nie zwracają uwagi? Jak jest lód, to każdy go przecież widzi – powiedział Horwitz.
Był okropnie wzburzony, bałem się, że wpakuje wóz na latarnię czy coś w tym rodzaju.
– Żyją sobie dalej w lodzie. Taka już ich cholerna natura. Zamarzają na miejscu, tak jak są, na całą zimę – Taak? A co żrą? Bo jeżeli zamarzają na dobre, to nie mogą pływać i szukać sobie żarcia.
– Rany boskie, czego pan chce? Całym ciałem ciągną pożywienie, i co im tam potrzeba, po prostu z rozmaitego wodnego zielska i śmieci, co są w lodzie. Mają wciąż pory otwarte. Taka ich cholerna natura. Rozumie pan?
I znów się odwrócił do kierownicy, żeby na mnie popatrzyć.
– Aha – powiedziałem.
Dałem temu spokój. Bałem się, że rozwali wóz i mnie razem z wozem w drzazgi. Zresztą słaba przyjemność dyskutować z takim obraźliwym facetem.
– Może by pan zgodził się przystanąć i wstąpić ze mną gdzieś na jednego? – spytałem.
Nic nie odpowiedział. Pewnie jeszcze rozmyślał o rybach. Powtórzyłem propozycję. Chłop był w gruncie rzeczy sympatyczny, i zabawny także.
– Nie mam, bracie, czasu wstępować na kielicha – powiedział. – A ile właściwie pan ma lat? Dlaczego pan o tej porze nie leży w łóżku, w domu?
– Nie chce mi się spać.
Kiedy zajechaliśmy przed lokal Ernie’ego i zapłaciłem rachunek, Horwitz znowu wyjechał z rybami. Zabiłem mu ćwieka w głowę, fakt.
– Słuchaj pan – powiedział. – Gdyby pan był rybą, matka przyroda opiekowałaby się przecież panem, co? Mam rację czy nie? Nie myśli pan chyba, że ryby po prostu wszystkie zdychają zimą? Myśli pan?
– Nie, ale…
– Nie, przysięgam Bogu, że nie! – powiedział Horwitz i ruszył wozem z miejsca, jakby go piorun strzelił.

(…)

Kombinowałem że pójdę nad jeziorko i przekonam się w końcu, co kaczki robią, zobaczę, czy są tam gdzieś w pobliżu, czy też ich nie ma. Ale po dziś dzień nie wiem, jak jest naprawdę z tymi kaczkami.
Do parku było niedaleko, poza tym nie miałem dokąd iść, nie wiedziałem nawet, gdzie przespać resztę nocy, więc poszedłem. Nie czułem się ani trochę zmęczony. Tylko przegrany jak diabli.

Wszedłem do parku, Ciemno było tam, choć oko wykol.

Od urodzenia mieszkałem w Nowym Jorku, Park Centralny znam jak własną kieszeń, bo kiedy byłem mały, całymi dniami rozbijałem się po nim na wrotkach albo na rowerze, a mimo to nie mogłem tamtej nocy trafić nad jeziorko. Wiedziałem, gdzie jest – w południowej części parku – ale nie mogłem go znaleźć w żaden sposób. Musiałem być gorzej zalany, niż mi się wydawało. Szedłem i szedłem, coraz ciemniej się robiło dokoła i coraz bardziej ponuro. Nigdzie w parku żywej duszy nie spotkałem. Z tego zresztą byłem zadowolony. Pewnie bym zwiał ze strachu, gdybym się na kogoś napatoczył. W końcu znalazłem, czego szukałem. Woda była częściowo zamarznięta, a częściowo nie. Kaczek ani śladu. Obszedłem całe to cholerne jeziorko, raz o mały włos nie chlupnąłem do wody, ale kaczek ani widu, ani słychu. Przyszło mi na myśl, że jeżeli są w pobliżu, to pewnie o tej porze śpią gdzieś tuż nad brzegiem, w trawie. No i tym sposobem o mało nie wpadłem do wody. Ale kaczek nie znalazłem. Ani jednej.

To tyle o kaczkach.

Przełożyła Maria Skibniewska

Barataria. Don Kichot i niańki

Ewa Maria Slaska

Zawsze, od niepamiętnych czasów znałam ten tytuł, więc gdy kilka lat temu zaczęłam się zajmować Don Kichotem, Sancho Pansą i Baratarią, to w ogóle o nim nie pamiętałam. A potem nagle skądś, nie wiadomo skąd, objawiły się owe przedwojenne niańki, które na ławkach w parku flirtowały z żołnierzami i nie lubiły, żeby dzieci zawracały głowę, ale przecież nie lubiły też, żeby coś dzieciom zawracało w głowie, a taki Don Kichote, a tfu, cóż to za lektura dla młodej panienki. Kupiłam więc tę książkę za kilka złotych w antykwariacie wieszcz.pl, a teraz ją sobie odebrałam i przeczytałam w podróży, zachwyciwszy się przypadkowym zbiegiem okoliczności, że to nie tylko książka o don Kichocie, który jest w niej niemal na każdej stronie, ale też o podróży po Hiszpanii. I nie jest to, uchowaj Boże, podróż śladami don Kichota, lecz własna podróż pani i pana Kuncewiczów, w której Rycerz Smętnego Oblicza i jego dobroduszny giermek, adwersarz i przyjaciel wychodzą im naprzeciw z każdej uliczki w Granadzie i Sewilli, Barcelonie, Madrycie i Toledo.

Książka została wydana w roku 1965, ja czytam wydanie drugie, o rok zaledwie późniejsze. Kuncewiczowie podróżowali po Hiszpanii przed pół wiekiem. Człowiek nie wylądował jeszcze na Księżycu, wciąż żył Caudillo, a jego rządy, podobnie zresztą jak władza Komuny i podział świata na dwa obozy, wydawały się wieczne. Ale też wieczna wydawała się sztuka i wiara w ludzką dobroć, uczciwość, sprawiedliwość.

Wszystko minęło. Dobre minęło, i złe minęło.

Nie będę tu przytaczać wszystkiego, co Maria Kuncewiczowa napisała w tej książce o don Kichocie i Sancho Pansie, zainteresowanych po prostu odsyłam do lektury. Jak nie macie gdzieś w domu na półce, to zamówcie tak jak ja w antykwariacie u wieszcza.

A ja tu przepiszę dla Was tekst o Baratarii.

Maria Kuncewiczowa, Don Kichote i niańki, s. 238-241

Jak wiadomo, dialog Don Kichota z Sanczem, raz polubowny, niemal czuły, raz swarliwy i gorzki, trwa nieprzerwanie i urywa się tylko na czas, kiedy rycerz uwikłany w kolosalną commedia dell’arte, reżyserowaną przez parę książęcych cyników, zezwala, aby giermek objął gubernatorstwo rzekomej “wyspy” Barataria. Z giermka na służbie u fantasty Sanczo staje się wielkorządcą, a jego “wyspa” jak gdyby stacją doświadczalną rządzenia. I cóż stąd za nauki? Po siedmiu dniach i nocach rzekomy marszałek Sanczowego “dworu”, totumfacki księcia, mający za zadanie donosić księstwu o zabawnych poczynaniach wieśniaka, musi stwierdzić: “Codziennie coś nowego oglądamy na świecie: krotochwile zmieniają się w prawdę, a kpiarze zostają wykpieni”. Rzeczywiście, chłopek-roztropek rozstrzyga genialnie scholastyczne spory, wymierza sprawiedliwość, dba o uczciwy handel i wydaje “tyle słusznych rozporządzeń… że do dziś” – powiedzą potomni – “są w Baratarii dochowywane i nazywają się >>dekretami znamienitego Wielkorządcy Sancza Pansy<<“.
Tymczasem pogromca olbrzymów, obolały, postarzały Don Kichote działa równie skutecznie na polu rycerstwa jak jego towarzysz na polu administracji; osamotniony na książęcym zamku, odpiera w imię Dulcynei afekty kabotynki Altisidory i z kopią w ręku broni praw pokrzywdzonej córki ochmistrzyni Rodriguez. Z podszeptu poetów praktykując cnoty wzniosłe, nie przestaje jednak słyszeć głosu gospodarskiego rozsądku. W liście do wielkorządcy Sancza pisze: “Aby zaś pozyskać przywiązanie ludu, którym rządzisz, masz… być grzecznym dla wszystkich…, a po drugie – starać się o obfitość środków żywności; nic bowiem tak nie dręczy serc ludzi ubogich jak głód i drożyzna”. O wojnie rycerz milczy.

Aliści, kiedy okazuje się, że do obowiązków wielkorządcy należy walka zbrojna z najeźdźcą, chłop-pacyfista nie chce “dzielić łupów nieprzyjacielskich”, jeno prosi i błaga “o łyk wina” i odwiązanie pawęży. Nie daje się skusić obietnicą lejbmedyka, że odtąd będzie mógł najadać się do syta, udaje się do stajni, obejmuje swego kłapoucha i rzecze: “Odkąd porzuciłem ciebie i wstąpiłem w wieżyce ambicji i pychy, w duszę mi wkroczyły tysięczne niedole”. Kulbaczy osła, a do dworzan tak się odzywa: “Powiedzcie księciu… że bez srebrnika na to wielkorządztwo wstąpiłem i bez niego odchodzę… Niech w tej stajni pozostaną skrzydła mrówcze, które mnie w powietrze uniosły… Zawróćmy, aby chodzić po ziemi własnymi nogami”.

“Syn własnych czynów”, szlachcic z Manczy, doznaje podobnych uczuć na książęcym zamku. “Wyobrażał sobie, że popełnia wielki grzech oddając się w zamknięciu wywczasom, pośród biesiad i przyjemności, jakich mu owi państwo, jako rycerzowi błędnemu, nie szczędzili… Przeto pewnego dnia poprosił księstwo o pozwolenie odjazdu.”

Nieprzekupiony, nieokiełznany lud opuszcza na własne żądanie ośrodki władzy swego czasu: miasto i zamek. A przecież i szlachcic-inteligent, i chłop-robotnik przeżyli realizację swoich marzeń: Don Kichote był goszczony na dworze książęcym ze wszystkimi honorami należnymi chlubie błędnego rycerstwa, Sanczo stał się panem na gospodarstwie tysiąckroć przewyższającym jego własną zagrodę. Odchodzą i spotykają się w “czeluści”, w jaką giermek zapadł wraz z osłem, uchodząc z Baratarii, a na której skraj zabrnął rycerz, wprawiając się w grę orężną.

Na pożegnanie księcia Sanczo oświadcza: “…zeskakuję z urzędu i przechodzę na służbę mego pana, Don Kichota…”. Romantyk zawraca Rosynanta i wyjeżdża z zamku, a za nim realista Sanczo na kłapouchu. Ledwie się ujrzeli w czystym polu, Don Kichote “uczuł się, jak gdyby odrodzony”. “Obowiązki wdzięczności za doznane dobrodziejstwa są więzami, które nie dozwalają swobodnie radować się wolnej duszy. Szczęśliwy, komu niebo użyczy kawałka chleba, za który nikomu prócz Boga dziękować nie jest obowiązany.” Podstawmy pod wyraz “niebo” słowo “los”, a pod wyraz “Bóg” słowo “natura” i usłyszymy credo anarchisty.

Rowerem przez Polskę

Lech Milewski

Kilka tygodni temu zauważyłem informację, że w marcu tego roku, wydawnictwo Znak, wydało książkę angielskiego autora Bernarda Newmana – Rowerem przez II R.P. – KLIK.

Rowerem przez II R.P. – wyznam, że przestraszyłem się dystansu i możliwych restrykcji po drodze i poszukałem skrótów. Znalazłem, w Amazonii – Pedalling Poland

Po kilku minutach mój “kindel” pomachał ogonem na znak, że możemy jechać. Przed startem zajrzałem jednak do własnych wspomnień. Otóż po 2 roku studiów wybrałem się na wędrówkę rowerową po Polsce. Przejechałem prawie 1 500 km, odwiedziłem sporo ciekawych miejsc, ale jednak główne wrażenie jakie pozostało to – droga i pedałowanie.
Już po kilku stronach książki zauważyłem, że nie byłem wyjątkiem – jakieś 20% książki Bernarda Newman’a to uwagi na temat dróg, jazdy na rowerze i samego roweru – George’a – który czasami nabiera cech ludzkich.
Uwaga: Bernard Newman przejechał przez całą Polskę, ale ja ograniczę się tylko do pierwszego etapu podróży, gdyż wydał mi się najbardziej charakterystyczny dla ówczesnej oceny sytuacji w Europie.
Podróż zaczyna się w Wolnym Mieście Gdańsku, ale autor dość sceptycznie odnosi się do tego formalnego statusu.

Uwaga: podane w tym wpisie cytaty z książki to moje, dość luźne, tłumaczenie z angielskiego oryginału.

Danzig – w Anglii wiemy, że to niemieckie miasto, które zwycięzcy alianci zgodzili się przyznać Polsce wraz z dostępem do morza, ale nasz własny Lloyd George sprzeciwił się temu pomysłowi i stanęło na jego propozycji – Wolne Miasto. W tym miejscu pozwolę sobie przypomnieć, że dla tego miasta to nie nowina – rok 1454 – po rewolcie przeciwko Krzyżakom, Gdańsk był polski aż do roku 1793, kiedy to został wchłonięty przez Prusy podczas II Rozbioru Polski. Wspomnę jeszcze, że w latach 1807-1815 Gdańsk był pod kontrolą Francuzów i miał również status Wolnego Miasta. Jednak obecnie, tu na miejscu, byłoby głupotą dyskutować, że Danzig nie jest niemieckim miastem… Byłem wiele razy i w wielu miastach niemieckich, ale po kilku minutach pobytu w Danzig stwierdziłem, że bardziej niemieckiego miasta dotąd nie widziałem... Gdy pedałowałem przez jego ulice, byłem zdumiony. Oczywiście, nie wolno oceniać politycznych nastrojów miasta na podstawie wywieszonych flag, ale sądząc po ilości swastyk, Danzig wygląda na bardziej nazistowski niż jakiekolwiek inne miasto w Niemczech. Praktycznie na każdym domu wisiała nazistowska flaga, co druga osoba miała przyczepiony nazistowski znaczek, a co druga – dwa znaczki.
Autor podziwia stare budynki potwierdzające bogatą historię miasta. Na dłużej zatrzymuje się jednak tylko w Bazylice Mariackiej.
Dla niego jest to jednak …chyba największy na świecie kościół protestancki po londyńskiej katedrze św Pawła – pogrubienie moje.
Razi go monotonia gołej cegły i puste wnętrze urozmaicone tylko obrazem Memlinga – Sąd Ostateczny – namalowanym na zamówienie florenckiego bankiera i przeznaczonym dla kaplicy pod Florencją. Podczas żeglugi z Holandii do Włoch obraz został zrabowany przez gdańskich (hanzeatyckich) piratów i darowany gdańskiej katedrze, która nie miała oporów z przyjęciem daru.
Historia obrazu TUTAJ.
Autor łatwo sobie poradził z zaszufladkowaniem Gdańska, dużo bardziej interesuje go Korytarz – byłe tereny pruskie przydzielone Polsce w Wersalu.

Wikipedia – KLIK.

Danzig opuściłem jadąc przez dzielnicę Schidlitz (Siedlce). Granicę przekroczyłem bez trudności, w samej rzeczy straż graniczna była kwintesencją grzeczności. Wkrótce otoczyły mnie łagodne, zielone wzgórza – politycy tyle bębnią o problemach tego rejonu, a żaden nie wspomni jak czarujące są to okolice. Wspomnę więc, że popularna nazwa tych terenów to Szwajcaria Kaszubska – nazwa pompatyczna, ale okolice tak piękne, że tę przesadę można wybaczyć.
Podczas kilku dni jazdy z Kartuz, przez Wejherowo, do Gdyni, autor wypatruje śladów tarć między mieszkającymi tu od lat Niemcami a ludnością o polskim rodowodzie i przekonuje się, że takich tarć tu nie ma. Większość mieszkańców to Kaszubi o słowiańskim rodowodzie, a Niemcy mieszkają tu od tak wielu lat, że nikt nie uważa ich za obcych.
Gdynia – tu autor nie kryje podziwu: Polska ma prawo być dumna ze swojego przedsięwzięcia, chyba nigdzie w Ameryce osiągnięto takiego tempa budowy. Miasto jest świetnie zaplanowane, budownictwo nowoczesne… Supernowoczesny port wciąż jest rozbudowywany… W pobliżu niewielka baza marynarki wojennej. Zaskoczyła mnie informacja, że polska marynarka nie miała kłopotów ze znalezieniem dowódców. Okazało się, że wielu Polaków służyło na dowódczych stanowiskach w marynarce rosyjskiej i z radością zmienili barwy. Co innego marynarka handlowa. W pobliżu portu w Gdyni zauważyłem szkoleniowy żaglowiec. Polska marynarka handlowa obsługuje nie tylko Bałtyk i Morze Północne, ale również Amerykę. Kadra oficerska to młodzi, świeżo wyszkoleni Polacy prowadzący świeżo zbudowane statki. Jakże smutno kontrastuje z tym Anglia.
Korytarz się kończy: Przez Orłowo dojechałem z powrotem na terytorium Wolnego Miasta. Zoppot – pretensjonalne miejsce zdominowane przez kasyno i podobne obrzydliwości. A chwilę później byłem znowu w Danzig, który po łagodnym spokoju Korytarza zrobił na mnie jeszcze bardziej nazistowskie wrażenie.
W tym miejscu autor poświęca sporo miejsca na ocenę sytuacji politycznej w Polsce i Europie.
Jest ona optymistyczna, do czego zapewne przyczyniła się podpisana kilka miesięcy wcześniej polsko-niemiecka deklaracja o niestosowaniu przemocy – KLIK.
Konkluzja autora:
Fala nazizmu może dokonać wiele dobrego, niezależnie od jego licznych ekscesów, gdy zetknie się z twardą rzeczywistością. Upokorzone i pobite Niemcy lat powojennych były równie niebezpieczne dla światowego pokoju, co Hitler i jemu podobni. Niemcy odzyskały dziś szacunek dla siebie samych, a jeśli zdołają uniknąć arogancji, rysuje się przed nimi jasna przyszłość. Dla Hitlera nadszedł czas próby.
Jeśli natomiast chodzi o przyszłość Korytarza…
Dwa punkty są dla autora oczywiste: Korytarz to rdzennie polskie ziemie i Niemcy powinni to uznać natomiast Gdańsk to niemieckie miasto i powinno zostać zwrócone Niemcom, gdzieś tak w 1945, 1950 roku i wtedy, …wspólnie z Gdynią oraz portami w Stettin i Königsberg, będzie obsługiwał niewyczerpany potencjał Polski.
Pozostała jeszcze jedna sprawa – opieczętowany pociąg (sealed train).
Miałem trudności ze znalezieniem polskiej strony internetowej na ten temat, Google zaproponowało niemiecką – KLIK. Chodziło o to, żeby pasażerowie podróżujący miedzy Niemcami a Prusami Wschodnimi nie musieli posiadać polskich wiz ani podlegać polskiej kontroli celnej. Dlatego na stacjach granicznych (Chojnice, Tczew) do wagonów wsiadali polscy kontrolerzy.

Autor bardzo się rozczula nad losem kanclerza Hindenburga, który musiał się poddawać tej procedurze, ilekroć chciał odwiedzić swoją rodzinną rezydencję w Neudeck (obecnie Ogrodzieniec) – KLIK.
Uważa, że z chwilą unormowania sytuacji Korytarza i Gdańska, Niemcy wybudują stosowny tunel lub most i problem zniknie.

Kilka słów o autorze.
Bernard Newman to niestrudzony wędrownik. Odwiedził 60 krajów, wiele z nich na rowerze. Efektem podróży było około 80 książek, co najmniej sześć z nich jest związanych z Polską.
Czas między podróżami wypełniał wykładami i spotkaniami z czytelnikami.
Podejrzewano go również o współpracę z brytyjskim wywiadem.
Faktem jest, że podczas I Wojny Światowej przebywał w Paryżu i był dorywczo wykorzystywany do zadań wywiadowczych.
Tematyka szpiegowska była mu bliska, napisał na ten temat kilka książek…
Interesującym zbiegiem okoliczności może być fakt, że podczas podróży rowerowej wokół Bałtyku zbłądził na tereny wojskowe na wyspie Rugii. Jego obserwacje z tego zbłądzenia były źródłem pierwszych raportów dotyczących budowy rakiet V-1. Więcej w Wikipedii – KLIK.

P.S. Anglik podróżuje na rowerze przez Europę.
Przypomniała mi się czytana dawno temu książka – Three Men on the BummelKLIK. Tytuł nie pozostawia wątpliwości – podróż przez Niemcy.
Ta książka została opublikowana w 1900 roku, więc znaczną jej część zajmują opisy funkcjonowania nowoczesnego roweru. Równie znaczna część to stereotypy na temat Niemców – przykład podany na zlinkowanej powyżej stronie.
Autor książki – Jerome K. Jerome.
To nazwisko kojarzy się z popularną w moich czasach powieścią – Trzech panów w łódce, nie licząc psa.
Wyznam, że od początku zainteresował mnie ten inicjał K w nazwisku autora.
Zainteresował jeszcze bardziej gdy odkryłem, że jest to skrót słowa Klapka. Tak, autor nazywa się Jerome Klapka Jerome.
Okazuje się, że autor na chrzcie otrzymał imiona Jerome Clapp. 
Drugie imię zmienił gdy dowiedział się o bohaterskich czynach węgierskiego generała György Klapka podczas wojny 1848 roku.

Wspomnienia o Maryli (8)

Magdalena Ciechomska

Książki

Zamiłowanie do książek, pasja czytania – to łączyło nas, mnie, mojego męża i jego siostrę, od początku. Maryla zawsze dużo czytała. Właściwie to czytała ciągle, bo jeśli akurat nie pracowała nad jakimś tłumaczeniem, to przy zwykłych, codziennych czynnościach towarzyszyła jej zawsze książka lub czasopismo. Gdy przyjeżdżała do Warszawy, zaraz na dworcu kupowała najnowszy numer Polityki i Newsweeka. W domu czekały numery Tygodnika Powszechnego z całego miesiąca, ponieważ my kupujemy go regularnie od lat. Ten najnowszy numer przeważnie mi podbierała, orientowałam się po niewczasie, gdy chcąc po niego sięgnąć, nie znajdowałam go tam, gdzie go ostatnio położyłam. Jeśli Maryla była u siebie i akurat coś jadła, to oznaczało, że ma mój Tygodnik. Jak większość moli książkowych, do których i siebie zaliczam, Maryla uwielbiała czytanie przy jedzeniu.

Pewnego razu przyjechała z Berlina i od razu oświadczyła, że jest bardzo zmęczona, niewyspana i zaraz musi się położyć. Poprzedniego dnia skończyłam czytanie książki Joanny Olczak-Ronikier pt. W ogrodzie pamięci. To historia rodzin Mortkowiczów i Horwitzów, przodków autorki. Ponieważ książka jest fascynująca, podsunęłam ją Maryli, a ona zabrała ją i poszła do siebie. Do wieczora nie pojawiła się, więc uznaliśmy, że śpi, staraliśmy się nie chodzić na górę i upomnieliśmy syna, żeby nie hałasował i nie budził zmęczonej cioci. Na drugi dzień, gdy siedzieliśmy w kuchni przy śniadaniu, a Maryla zeszła z góry, zauważyliśmy, że nie wygląda na wypoczętą. Zapytana jak się czuje, popatrzyła na mnie i powiedziała: „ Wiesz co? Dałaś mi wczoraj tę książkę, a ja zajrzałam do niej chcąc poczytać trochę przed snem… No i jak zaczęłam czytać, tak nie mogłam się od niej oderwać, przeczytałam do końca! Skończyłam nad ranem. Jest świetna! Niesamowita! A teraz coś zjem i napiję się herbaty a potem muszę się przespać.”

Maryla nieraz mawiała, że zazdrości polonistom, którzy chlubią się bogatym zasobem rozmaitych cytatów literackich na każdą okoliczność. Sama wręcz je kolekcjonowała. Ona i jej brat, a mój mąż, oboje obdarzeni doskonałą, fotograficzną pamięcią i ja jako polonistka, dorzucaliśmy stale coś nowego do naszych codziennych rozmów. Mieliśmy też ulubione lektury, z których czerpaliśmy, np. Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa, powieści Gombrowicza. Do kota, który wskoczył na stół przemawiało się słowami: Kotom nie wolno! Z kotami nie wolno! i kot natychmiast rozumiał o co chodzi. Na drugi dzień po zakrapianej imprezie witaliśmy się cytatem z Lalki: Jak to mawiał Ignacy Rzecki? Katz, stary przyjacielu! Ciemne piwnice w starym domu na Mokotowie nosiły nazwę Moria, a gdy w nowym domu na poddaszu odkryliśmy obszerną garderobę z dodatkowym schowkiem, nasz syn od razu stwierdził, że jest to stara szafa, która prowadzi do Narni.

Są takie książki, do przeczytania których zachęciła mnie Maryla. To między innymi Moby Dick Melville’a i fantastyczne opowiadania Lovecrafta, powieść Marion Zimmer Bradley Mgły Avalonu, feministyczna wersja legend arturiańskich, która tak mi się spodobała, że kupiłam w Berlinie jej niemieckie wydanie, ponieważ nie mogłam dostać polskiego przekładu. Nie przekonała mnie natomiast do twórczości Elfriede Jelinek, choć sama była nią zafascynowana. Tłumaczyła mi , że Jelinek można w pełni zrozumieć jedynie w oryginale a polskie przekłady są nie najlepsze.

Wśród wspomnień literackich pojawiają się takie, jak przednia zabawa, którą mieliśmy przy wspólnym czytaniu Lema w niemieckim przekładzie. Ale też i takie, jak wieczór poezji Wisławy Szymborskiej na berlińskim spotkaniu feministycznym. Wiersze w tłumaczeniu Karla Dedeciusa nabierały nowego znaczenia, brzmiały dla mnie jakoś bardziej dobitnie i przejmująco.

Po śmierci rodziców Maryla zajęła się porządkowaniem rodzinnych zbiorów bibliotecznych. Z czasów przedwojennych nie zostało wiele, z opowiadań teścia wiedzieliśmy, że mokotowski dom Ciechomskich po wysiedleniu rodziny został przez Niemców spalony miotaczem ognia. Gdy w 1945 roku wrócili do niego, mury stały. Teść opowiadał, że po wejściu do pokoju, w którym znajdowała się biblioteka, zobaczyli całe, stojące regały z książkami. Wszystko było czarne jak węgiel, a przy dotyku rozsypywało się w popiół… To, co przetrwało, latami leżało w szafach i pudłach, teściowie, przytłoczeni problemami codzienności nie mieli czasu, żeby się tym zająć. Maryla za każdym przyjazdem do Warszawy wydobywała woluminy, odkurzała, niektóre dawała do oprawy. Są wśród tych pamiątek pięknie ilustrowane akademickie podręczniki starszego brata mojego teścia, studenta medycyny, który zginął w obozie koncentracyjnym. Jest kilka roczników czasopisma literackiego z końca XIX wieku. Jest prawosławne wydanie Biblii pisane cyrylicą.

Po śmierci Maryli, postanowiliśmy przewieźć z jej berlińskiej biblioteki do Warszawy tylko książki w języku polskim. Niemieckie zostały rozdane wśród przyjaciół i znajomych oraz przekazane bibliotekom publicznym. Ponieważ jestem bibliotekarką, teraz przede mną zadanie uporządkowania rodzinnego księgozbioru.

PS od Adminki: Maryla (Maria Gast-Ciechomska) była też autorką; poniżej okładka jej książki z 1999 roku. Tę książkę warto nadal czytać, jest pełna świetnych opowieści.


Mój sposób na napisanie książki

Ewelina Jaworska-Bone

Mój sposób na napisanie książki. Nie napisałam żadnej, to się wypowiem, bo jestem z Polski i kto mi zabroni? Znam się na wszystkim,  jak każdy.

1. Zasada pierwsza i najważniejsza: ZACZNIJ. Kup se ołówek, długopis, pióro najlepiej takie retro, z pompką do własnoręcznego wciągania atramentu i do tego atrament w słoiczku i paczkę papieru do drukarki, albo nawet dwie, oraz mały notes. Zawsze, ZAWSZE noś przy sobie coś do pisania, kawałek papieru lub mały notes i ołówek z IKEI, albo długopis, pióro się nie sprawdza, bo jak pada notatki się rozmazują i można się jeszcze uje… atramentem…

2. Kup lub ukradnij, albo powiedz komuś niech ci kupi: komputer i drukarkę.

3. DYSCYPLINA Wstajesz o 7 rano i do 22 piszesz, nie ma że dzieci, mąż do dupy, brak seksu, podatki, wk..w sąsiadka, dziecko płacze u sąsiada z góry, a u tego z dołu urodziny wypadają właśnie w dziś i mają karaoke… Piszesz, nie ma że nie można. MOŻNA, zawsze można, w komputerze, na kartkach, w drodze do Lidla

4. Co pisać? Zapisuj wszystko, myśli, widoki, historie ludzkie, to co lubisz, to czego nienawidzisz, to co masz w dupie i jak bardzo, rodzinę znajomych, dzieciństwo, kryzys wieku średniego, pijaństwo i inne dragi, kochankę, kochanka, babcię, ciotkę, wujka matkę z ojcem, kościół katolicki oraz Żydów, Arabów, Unię Europejską, USA i inne kraje egzotyczne, w których ludzie umierają albo z głodu albo z otyłości, takie Guliwera podróże, reality show 2021. Opisuj miejsca jak kamera, unoś się do góry, zjedź pod ziemię. Możesz w końcu latać i opisywać wszystko z metapozycji , nurkować, kopać, a ale najlepiej wykop jakiegoś trupa! Możesz opisać WSZYSTKO, no wszystko, choć trup, to zawsze dobry sposób na sukces, i nigdy nie może być go za wiele. Jeśli masz już miejsce następny punkt poświecimy… AKCJI, oj będzie się działo.

5. AKCJA i CZAS To tu toczą się watki, tu rozwijasz jak wełnę zdarzenia w jednym lub różnych kierunkach, w przód tył, albo stoisz w miejscu, ale jak będziesz stać w miejscu 200 stron to nic nie zarobisz to ci mogę zagwarantować także odradzam. Czy akcja dzieje się TU, wczoraj, w średniowieczu czy w przyszłości. Możesz też mieć wielowymiarowość i różne chwyty wprowadzać, nielinearnie, ale to trochę, trudne i zakładam, że nikt nie zrozumie, o co Ci chodzi… tak że najlepiej zostaw to i nie próbuj, a przynajmniej nie na początku. Na początek naskrob opowiadanie na te 10 stron i to będzie już sukces jeśli będzie się czytało.
6. Masz już MIEJSCE, CZAS, AKCJE (będzie się działo) no to kogo brakuje… wiadomo! BOHATERA. Możesz go stworzyć, ale nie musisz. Nie każdy jest aż tak zdolny, zakładam, że ty nie jesteś i CI się nie uda. Lepiej opisuj siebie, swoje myśli, doświadczenia, wzloty i upadki, szczególnie upadki lubi czytelni, szczególnie jeśli jest to literatura faktu, szczególnie w Polsce, szczególnie jeśli się stoczyłeś, np. byłaś dziwką, suką, narkomanką, alkoholiczką, zabiłaś swoje dziecko, albo przynajmniej męża i poszłaś na ten przykład do więzienia, chociaż tak na prawdę nie chciała go zabić, chciałaś tylko nożem do ryby odciąć ucho mu w obronie własnej. Wiesz, o co chodzi taki typowy patos jak na filmach z łódzkiej szkoły filmowej. Chciałaś się bronić, ale on miał kolegę sędziego i niestety life ist keins Ponnyhof. I to jest piękna historia!!!!! Moje własne życie wygląda przy niej bladziutko i nieciekawie. Nic się nie dzieje, właściwie. Dzień jeden podobny do drugiego. To się nie będzie czytało, a więc musisz KOLORYZOWAĆ. Pisz i ubarwiaj, maluj piórem, im dramatyczniej, tym lepiej. Nie ma takiej mocy, żeby przesadzić, w ogóle się nie zastanawiaj i nie miej ŻADNYCH skrupułów. Z ukochanej babci pachnącej lawendą, jak jej ogród latem dokleiłaś wąsa, a dziadka abstynenta z zasadami i różańcem przedstawiłaś jako największego pijaka w miasteczku, opisując jeszcze jego DOKONANIA pod wpływem. Wstyd na całą rodzinę, na wieki wieków, aaaaaaamen. No, powtórne jeszcze raz. Patologia, o patologii, to się zawsze czyta, kupuje i mamy funkcję terapeutyczną za darmo. CZYTELNIK nie ma czego zazdrościć Bohaterowi, więc mu pomaga, a nawet stara się pomóc… no ale jak… tak ten człowiek nie istnieje, jak mu pomóc, no nie da się i dobrze, bo wcale się aż tak bardzo nie będzie nikt się poświęcał. Wymyślaj, łgaj jak z nut, i nap…laj w klawiaturę tak szybko, jak to tylko dla ciebie możliwe, zwłaszcza jeśli już jesteś na wczoraj umówiony z jakimś wydawnictwem na oddanie książki. Nie musisz się wstydzić, czuć jak zdrajca, kłamca, hochsztapler.

KAŻDY AUTOR, powtórzę KAŻDY to robi. To się robi prawie organicznie… bo to kusi, no bo mieć aż takie narzędzia i nie skorzystać. Być Bogiem, móc się wylansować, napisać że jesteśmy kimś wyjątkowym czy zamiast tego przyznać się do wszystkiego złego, braku urody, mądrości, wrednego charakteru i wszystkich porażek, które nie miałyby miejsce, gdyby nie nasza głupota, lenistwo, czy inne mniej atrakcyjne okoliczności. Narzekania nie czyta się w ogóle, każdy dorosły ma w swoim gronie jedna osobę, która narzeka na wszystko non stop, a więc to wystarczy, nie trzeba jeszcze kupować, w książce o tym czytać. Dlatego uwielbiam biografie, a już szczególnie uwielbiam biografie osób, które znam, dobrze, bardzo dobrze lub słabo, jak łysego konia. Wtedy sobie oddzielam prawdę od lansu. To jest jak z seksem przed ślubem, niby nie można, kościół zabrania, no ale jakoś trzeba sobie radzić… To samo z pisaniem, a więc np. twoja matka, jak moja pracowała całe życie w banku i była kasjerką. Ja p…, co za nudy, nikt tego nie kupi i nikt nie przeczyta. Napisz, że była sprzątaczką, ale po roku została dyrektorem oddziału i opisz jak tego dokonała. To będzie lepsze, wymyśl coś, jakieś intrygi koleżanki, które z zazdrości zjadają własne zęby na szczękościsku, opisz romans z dyrektorem regiony Wiesławem D., który lubił łączyć pracę z życiem prywatnym. Opisz, jak poznała twojego ojca, kaj ten sportowiec i nie posiadający cechy cierpliwości tak samo ja ty, jak ten złamał mu nos jednym ciosem, ha! Lata oglądania Gołoty i innych na kolorowym telewizorze, co spłonął kiedyś od choinki na święta, to wszystko opłacił się, widzisz córciu, nauka popłaca, nauka, ucz się, bo to potęgi klucz, a na nauka w las nie idzie, nie, tak że idź tam na górę się uczyć albo sobie czytaj książki, bo teraz jest sport i tak ci nie oddam pilota, bo boks, a potem gra Polska mecz, to niestety też nie. Możesz fantazjować, wymyślając BOHATERA, ale nie każdy to umie, więc zakładam, że ty też sobie nie poradzisz. Dlatego lepiej stworzyć alter ego, albo opisuj osoby, które znasz z życia i zmień tylko parę szczegółów, mało kto się domyśli i mało kto się obrazi. Jak napiszesz całą prawdę, nikt jej nie przełknie, i będą kwasy w rodzinie wśród znajomych i powietrze zepsute, tak że wystrzegaj się tego jak fasoli i buritos przed ważną randką, tak do 10 lepiej się pilnować… ale wracając do tematu głównego…

Dzieci przyszły i po pisaniu. Zamiast tego smażę naleśniki i kroję owoce w kosteczkę, służę. Trzy tygodnie Mutterrolle, 24 na dobę…

Babilońska Barataria

Sięgnęłam ostatnio po wielu wielu latach po moją ulubioną powieść, Egipcjanin Sinuhe Mike Waltari, fińskiego pisarza, który wydał ją w roku 1945. Książkę przetłumaczono na wszystkie języki świata i wydano w milionach egzemplarzy. Do czasu ukazania się Imienia róży Umberto Eco, była to najlepiej sprzedająca się i najchętniej czytana powieść współczesna. Każdy kto ją czytał, wie, że słusznie. Bo rzeczywiście powieść się czyta fantastycznie, jest barwna, ciekawa, opowiada perypetie pewnego egipskiego lekarza, osiągającego najwyższe sukcesy nieudacznika, który stale wygrywa i stale sam zaprzepaszcza swoje szanse, dodając przy tym przy każdej okazji formułkę, która uwalnia go właściwie od wszelkiej odpowiedzialności za to, co się stało: Ale nie wiem, dlaczego zrobiłem to wszystko, nie umiem powiedzieć. Chyba że było to już zapisane w gwiazdach na długo przed moim urodzeniem i że nie można było temu przeszkodzić.

Czytając tę powieść teraz, w czerwcu 2021 roku, zorientowałam się, że jest to kolejna powieść-parafraza Don Kichota. Jej bohaterem jest, jak to już przypomniałam, pewien romantyczny, idealistyczny nieudacznik, a w wędrówkach po całym znanym świecie starożytnym towarzyszy mu rozumny, rezolutny i praktyczny niewolnik, jednooki Kaptah, który zgodnie z obyczajami swego pierwowzoru, najchętniej jeździ na osiołku, podczas gdy jego pana noszą w lektyce lub nawet idzie na piechotę.

W Babilonie Kaptahowi przydarza się to, co Sancho Pansie przytrafiło się w Baratarii – na jeden dzień zostaje królem. I radzi sobie niezgorzej niż Sancho Pansa. Ponieważ fałszywych królów (pisałam o tym wielokrotnie) wybierano zawsze w owe szczególne dni astronomiczne – podczas zrównania dnia z nocą (tak się dzieje poniższym tekście) lub podczas przesileń – myślę, że 21 czerwca to świetny moment, żeby przypomnieć, że dziś najkrótsza noc w roku, że czarownice lecą na miotłach na wszystkie Łyse Góry świata, że rzucamy dziś wianki, kąpiemy się w czystych rzekach i jeziorach (ja wykąpałam się w Haweli), że Słońce właśnie zwyciężyło, ale że to oznacza również, iż właśnie zaczyna przegrywać, bo od dziś dnia będzie ubywać, początek lata już pachnie jesienią i że, niestety, non semper Saturnalia, a królem nigdy nie będziemy naprawdę.

Księga 6

Dzień Fałszywego Króla

Kraj, nad którym włada Babilon, wiele nosi nazw. Nazywają go Chaldeą, a także krajem Kasytów, według nazwy ludu, który tam mieszka. Ja jednak nazywam go Babilonem, bo wtedy każdy wie, o jaki kraj chodzi. Jest to kraj żyzny, którego pola, gęsto pocięte kanałami nawadniającymi, rozciągają się na rozległych równinach, inaczej niż w Egipcie, podobnie jak i wszystko inne jest tu odmienne niż w Egipcie. W kraju tym nie rosną prawie żadne drzewa, jest ich tam tak mało, że uważa się za zbrodnię wobec bogów i ludzi, gdy ktoś zetnie drzewo, i jest to surowo karane prawem. Ten natomiast, kto sadzi drzewa, zyskuje sobie przez to łaskę bogów. Mieszkańcy Babilonu są też tłustsi i tężsi niż w jakimkolwiek innym kraju i dużo się śmieją, jak to często bywa u grubasów. Jedzą obficie mączne potrawy. Mówią, że Babilon jest największym i najstarszym z wszystkich miast na świecie, w co im jednak nie wierzyłem, wiedząc, że najstarszym i największym miastem są Teby. Powiem też, że wprawdzie nie ma na świecie miasta, które mogłoby się równać z Tebami, jednak Babilon zaskoczył mnie swym bogactwem i wielkością, bo już same mury miejskie były wysokie jak góry i wzbudzały postrach, wieże zaś, które wznosili dla swoich bogów, sięgały aż do nieba. Domy w mieście miały po cztery, pięć pięter, tak że ludzie mieszkali i wiedli życie jedni nad lub pod drugimi. I nigdzie, nawet w Tebach, nie widziałem tak bogatych i wspaniałych sklepów i takiego mnóstwa towarów, jak w domu handlowym przy świątyni w Babilonie. Ich bogiem jest Marduk, a ku czci Isztar zbudowali bramę, większą niż pylony w świątyni Amona, i pokryli ją kafelkami o barwnej glazurze, ułożonymi w obrazy, które olśniewały oczy w blasku słońca. Od bramy tej wiodła szeroka droga na szczyt Wieży Marduka, zbudowanej piętrzącymi się jeden na drugim tarasami, tak równa i szeroka, że można nią było jechać w kilka wozów obok siebie. Na szczycie wieży mieszkali gwiaździarze, którzy wiedzieli wszystko o ciałach niebieskich, obliczali ich orbity i ogłaszali dni pomyślne i dni niepomyślne, tak że każdy mógł stosownie do tego kierować swoim życiem. Mówiono też, że umieli oni przepowiadać przyszłość człowieka, po to jednak trzeba było znać dzień i godzinę urodzenia, skutkiem czego nie mogłem spróbować tej ich sztuki, bo nie znałem dokładnej chwili moich urodzin.

Zakwaterowałem się obok Bramy Isztar, w dużej gospodzie o wielu piętrach, na dachu której rosły owocowe sady i krzewy mirtu, płynęły strumyki i ryby pluskały w sadzawkach. W gospodzie tej mieszkali możni przybywający do Babilonu ze swoich dóbr, jeśli nie posiadali własnych domów w mieście. Zajeżdżali tam także zagraniczni wysłannicy. Izby wyścielone były miękkimi dywanami, a łoża były miękkie od zwierzęcych skór, na ścianach zaś znajdowały się ułożone z pokrytych glazurą płytek kolorowe, wesołe i fry-wolne obrazki. Dom ten zwał się Domem Uciechy Isztar i stanowił własność Wieży Marduka, podobnie jak wszystko inne o większym znaczeniu w Babilonie. Gdyby policzyć wszystkie jego izby i pomieszczenia, mieszkańców i służbę, to, jak sądzę, okazałoby się, że w tym jednym tylko budynku jest tylu mieszkańców, co w całej dzielnicy miasta w Tebach, choć nikt, kto tam nie mieszkał, pewnie mi w to nie uwierzy. W żadnym innym miejscu na świecie nie widzi się tylu rozmaitego rodzaju ludzi co w Babilonie i nigdzie nie słyszy się tylu różnych języków na ulicy jak tam, gdyż sami Babilończycy mówią, że wszystkie drogi prowadzą do ich miasta i że Babilon jest pępkiem świata. Zapewniają oni mianowicie, że kraj ich nie leży na skraju świata, jak to wierzą w Egipcie, lecz że na wschodzie, za górami, znajdują się potężne państwa, skąd czasem przybywają do Babilonu uzbrojone karawany, przywożąc rzadkie towary, materiały i kruche naczynia. Muszę też powiedzieć, że widziałem w Babilonie ludzi których twarze były żółte, a oczy skośnie osadzone i którzy wcale nie malowali sobie twarzy. Trudnili się oni handlem, sprzedając materiały cieniutkie jak królewskie płótno, lecz jeszcze odeń gładsze i mieniące się wszystkimi możliwymi kolorami, jakie są na świecie. Mieszkańcy Babilonu są bowiem przede wszystkim kupcami i niczego nie stawiają wyżej ponad handel, tak że nawet ich bogowie handlują ze sobą. Dlatego też Babilończycy nie lubią wojny. Utrzymują wojska zaciężne i wznoszą mury obronne tylko dla ochrony swego handlu i pragną, by drogi były otwarte dla wszystkich ludzi i we wszystkich krajach. Pragną zaś tego przede wszystkim dlatego, że wiedzą, iż są najlepszymi kupcami i że większe osiągają korzyści z handlu niż z prowadzenia wojen. Są jednak dumni ze swych żołnierzy, którzy strzegą miejskich murów i świątyń i co dzień maszerują do Bramy Isztar w hełmach i napierśnikach błyszczących od srebra i złota. Rękojeści ich mieczy i groty oszczepów pokryte były również srebrem i złotem na znak bogactwa. Mnie zaś pytano: – Czyś widział kiedy, cudzoziemcze, takich żołnierzy i takie wozy bojowe?

Królem Babilonu był wtedy chłopak nie posiadający jeszcze zarostu, musiał przyczepić sobie sztuczną brodę, gdy wstąpił na tron. Nazywał się Burnaburiasz i lubował się w zabawkach i dziwnych opowieściach. Sława moja z Mitanni doszła jeszcze przede mną do Babilonu, tak że gdy zajechałem do Domu Uciechy Isztar, odwiedziłem świątynię i pomówiłem z kapłanami i lekarzami Wieży, dano mi znać, że król wzywa mnie do siebie. Kaptah jak zwykle zaniepokoił się i powiedział: – Nie idź tam, mój panie, lecz uciekajmy razem co rychlej, nic dobrego nie można bowiem spodziewać się od królów. Ale ja odparłem mu na to: – Głuptasie, czyżbyś zapomniał, że mamy z sobą skarabeusza? Na to on rzekł: – Skarabeusz skarabeuszem i wcale o tym nie zapomniałem, ale bezpieczeństwo jest zawsze najlepsze, lepsze niż niepewność. Nie powinniśmy też nadużywać cierpliwości skarabeusza. Jeśli jednak stanowczo postanowiłeś iść, nie mogę ci w tym przeszkodzić i pójdę z tobą, abyśmy przynajmniej umarli razem. Gdybyśmy bowiem, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, kiedyś wrócili do Egiptu, chcę móc opowiadać, że leżałem na brzuchu przed królem Babilonu. Byłbym zatem głupi, gdybym nie wykorzystał sposobności, która się nadarza. Jeśli jednak mamy już tam się udać, powinniśmy szanować swoją godność. Musisz więc zażądać, aby przysłano po nas królewską lektykę. I nie pójdziemy tam dzisiaj, bo dzień dzisiejszy jest zły według zwyczajów tego kraju, kupcy pozamykali sklepy, a ludzie odpoczywają po domach i nie pracują, gdyż i tak wszystko by im się dzisiaj nie udało, jako że jest to siódmy dzień tygodnia.

Powiedziałem więc do królewskiego sługi: – Sądzisz pewnie, żem głupi i obcy, skoro w taki dzień żądasz, żebym stanął przed królem. Jutro jednak przyjdę, jeśli twój król przyśle po mnie lektykę, gdyż nie jestem jakimś nędznym człowiekiem i nie chcę stanąć przed nim z oślim nawozem między palcami u nóg.
A na to sługa: – Obawiam się, parszywy Egipcjaninie, że za te słowa doprowadzony zostaniesz przed króla na oszczepach, które będą cię łaskotać w tyłek. Odszedł, ale nabrał dla mnie szacunku, bo następnego dnia przybyła do gospody królewska lektyka, aby mnie zabrać. Wyszedłem z mej izby przyodziany w strój, na którym srebrem i złotem wyhaftowane były rozmaite związane z zawodem lekarza figury. A kołnierz mój lśnił w promieniach słońca od złota i drogich kamieni i na szyi dźwięczały złote łańcuchy. Za mną kroczyli niewolnicy z oberży niosąc skrzynie z cedru i hebanu, ozdobione intarsjami z kości słoniowej. W skrzyniach znajdowały się moje leki i lekarskie narzędzia.

Król Burnaburiasz siedział na miękkich poduszkach w przestronnej komnacie, której ściany mieniły się od barwnych, pokrytych glazurą kafelków. Był to jeszcze chłopiec, rozkapryszony i rozpuszczony. Siedział podpierając ręką policzek, a obok niego leżał lew, który na nasz widok głucho ryknął.
Odezwałem się: – Jestem Sinuhe, Egipcjanin, Ten, Który Jest Samotny, Syn Dzikiego Osła. I nie potrzebuję cię badać, żeby wiedzieć, że trzonowy ząb wywołał spuchliznę na twym policzku, ponieważ nie dałeś go w porę oczyścić czy też wyrwać, co twoi lekarze na pewno ci doradzali. Taki ból to ból dla dzieci i dla strachajłów, a nie dla pana czterech części świata, przed którym nawet lew drży i skłania głowę, jak to widzę na własne oczy. Ale wiem, że twój ból jest wieIki, i dlatego chcę ci dopomóc.
Tak się też stało. Król był wdzięczny.

Tak więc jadłem i piłem z królem.
Rozstaliśmy się jak przyjaciele
Od tego czasu imię moje głośne było w Babilonie.

W ciągu dalszego pobytu w Babilonie zyskałem wiele tajemnych wiadomości, korzystnych dla lekarza, a specjalnie interesowałem się posiadaną przez kapłanów sztuką przepowiadania i wróżenia. Dowiedziałem się od nich, że wszystko, co dzieje się na ziemi, zapisane jest na długo przedtem w gwiazdach, i że nie ma takiego drobiazgu – nie mówiąc już o większych wydarzeniach – którego by nie można było wyczytać z gwiazd, jeśli tylko posiada się dostateczną umiejętność czytania pisma na niebie. Nauczyłem się też pod kierownictwem kapłanów czytać w owczej wątrobie, która wyjawiała wiele przeróżnych ukrytych rzeczy. Poświęciłem także dużo czasu na lanie oliwy na wodę i tłumaczenie sobie figur, które powstawały przy tym na powierzchni wody.

Pozostaje mi jeszcze opowiedzieć o dniu fałszywego króla. Gdy zboża zakiełkowały, a noce zrobiły się ciepłe, gdy ustąpiły przykre przymrozki, kapłani wyszli z miasta i odkopali swego boga z ziemi obwieszczając, że powstał z grobu. Babilon zamienił się w roztańczony, weselący się plac zabawy. Odświętnie ubrane tłumy płynęły ulicami, a motłoch plądrował kramiki przekupniów i robił na ulicach zgiełk większy niż żołdactwo przed powrotem do domu po wielkiej paradzie wojskowej. Kobiety i dziewczęta zbierały w świątyniach Isztar srebro na ślubne wiano i kto tylko chciał, zażywał z nimi rozkoszy. I wcale nie poczytywano tego za hańbę, lecz każdy zabawiał się i kosztował rozkoszy stosownie do swych sił i upodobań. A ostatni dzień świątecznych uroczystości był dniem fałszywego króla.
Oswoiłem się już z rozmaitymi zwyczajami w Babilonie, mimo to jednak zdumiałem się, gdy żołnierze przybocznej straży królewskiej, pijani winem, wtargnęli przed świtaniem do Domu Uciechy Isztar, wyłamali przemocą drzwi i waląc drzewcami oszczepów tych, co im wybiegli naprzeciw, wołali na całe gardło:

– Gdzie się chowa nasz król? Dajcie nam prędko naszego króla, bo słońce wzejdzie niebawem, a król musi wymierzać sprawiedliwość swemu ludowi! Rwetes był nieopisany, zapalono lampy i służący z gospody biegali wystraszeni po korytarzach, a Kaptah sądził, że w mieście wybuchło powstanie, i schował się pod moim łóżkiem. Ja jednak wyszedłem żołnierzom na spotkanie, nagi pod wełnianym płaszczem, bo dopiero co wyszedłem z kąpieli, i spytałem:

– Czego chcecie?
– Daj nam twojego sługę Musimy prędko zanieść go do pałacu, ponieważ dziś jest dzień fałszywego króla i królewską wolą jest, byśmy śpieszyli z nim do pałacu.
Gdy Kaptah to usłyszał, tak się przeraził, że zaczął dygotać całym ciałem i łoże trzęsło się od jego drżączki tak, że łatwo go znaleźli, wyciągnęli spod łóżka, wznieśli radosny okrzyk i skłonili się przed nim głęboko, mówiąc:
– Wielce radosny jest dla nas ten dzień, albowiem wreszcie znaleźliśmy naszego króla, który schował się i znikł nam z oczu. Teraz jednak oczy nasze cieszą się jego widokiem i mamy nadzieję, że różnymi podarunkami wynagrodzi naszą wierność.
Kaptah patrzył na nich trzęsąc głową i robiąc wielkie oczy ze zdumienia. A oni widząc to śmieli się jeszcze więcej niż przedtem i wołali:
– Zaiste, oto król czterech części świata i znamy jego oblicze. – I głęboko mu się kłaniali, ci zaś, którzy stali za nim, kopali go w siedzenie, żeby się pośpieszył.
On zaś powiedział do mnie: – Doprawdy to miasto i cały świat pełne są zepsucia, szaleńców i niegodziwców.

Żołnierze ryczeli z uciechy słysząc go, padali pękając ze śmiechu na kolana i bili się nawzajem po plecach, by się nie udusić, i mówili: – Na Marduka, lepszego króla od tego nie mogliśmy nigdzie znaleźć. To przecież wspaniałe, jak on trzepie językiem!
Tymczasem zaczęło już świtać, więc waląc go drzewcami oszczepów po plecach, by się nie ociągał, zabrali Kaptaha z sobą. Ja zaś ubrałem się szybko i poszedłem w ślad za nimi do pałacu i nikt mi w tym nie przeszkadzał, a wszystkie podwórce i przedsionki pałacu pełne były hałasujących ludzi. Toteż byłem pewny, że w Babilonie wybuchło powstanie i że krew niedługo płynąć będzie ściekami, gdy tylko wojska z prowincji zdążą dotrzeć do miasta z odsieczą. Ale gdy wszedłem za żołnierzami do wielkiej sali tronowej, obaczyłem, że Burnaburiasz siedzi tam pod baldachimem na swym złotym tronie, opierającym się na lwich łapach, odziany w królewskie szaty, a w rękach trzyma oznaki swej władzy. Dokoła niego zebrani byli w sali najwyżsi kapłani Marduka, królewscy doradcy i najwyżsi dostojnicy państwowi. Ale żołnierze nie zwracali na nich uwagi, tylko pchali naprzód Kaptaha, torując sobie drogę oszczepami, aż wreszcie zatrzymali się przed tronem.
Nagle zrobiło się zupełnie cicho i nikt nic nie mówił, dopóki Kaptah nie odezwał się: – Zabierzcie stąd to okropne stworzenie, bo inaczej sprzykrzy mi się ta zabawa i pójdę sobie. W tejże chwili wpadło do sali światło słońca przez kratownicę na wschodnich oknach. I jak na dany znak wszyscy, kapłani i dostojnicy, królewscy doradcy i żołnierze, zaczęli wołać: – On ma słuszność! Zabierzcie to stworzenie, mamy bowiem dość rządów gołowąsa. Ten mąż natomiast jest mądry i dlatego zrobimy go królem, aby nad nami panował!
Nie wierzyłem własnym oczom, gdy zobaczyłem, jak popychając się i tłocząc, i śmiejąc, i kłócąc, rzucili się na króla, wyrwali mu z rąk oznaki jego władzy i odarli go z jego królewskich szat, tak że wnet stał równie nagi jak ja, w chwili gdy żołnierze zaskoczyli mnie w gospodzie. Szczypali go w ramiona, obmacywali mięśnie jego ud i naigrawali się z niego mówiąc: – Widać po nim, że dopiero co został odstawiony od piersi i usta ma jeszcze mokre od matczynego mleka. Toteż najwyższy czas, aby kobiety z babińca zaznały trochę przyjemności, sądzimy, że ten stary hultaj, Egipcjanin Kaptah, potrafi jeździć także i w damskim siodle. A Burnaburiasz nic nie mówił, tylko śmiał się. I nie wiedziałem, czy śnię na jawie, gdy rzucili się od króla do Kaptaha i odziawszy go w królewskie szaty zmusili, by wziął w dłonie oznaki królewskiej władzy, i posadzili go na tronie, i padali przed nim plackiem scałowując kurz z podłogi. Pierwszy przyczołgał się przed Kaptaha goluteńki Burnaburiasz i zawołał: – Tak ma być. Niech on będzie naszym królem. Lepszego króla nie moglibyśmy wybrać! Wszyscy powstali i obwołali Kaptaha swym królem, trzymając się za brzuchy i skręcając ze śmiechu. Kaptah gapił się na nich, wybałuszając oczy, z włosami zjeżonymi pod królewską przepaską, którą w pośpiechu wcisnęli mu krzywo na głowę. W końcu jednak rozłościł się i krzyknął donośnie, tak że wszyscy umilkli, aby go usłyszeć.
On zaś powiedział: – Doprawdy, wszystko to jest jak zły sen, który ktoś zesłał na mnie czarami, bo i to się zdarza. Nie mam najmniejszej ochoty być waszym królem, wolałbym raczej być królem pawianów i wieprzów. Ale jeśli rzeczywiście chcecie mnie na króla, nie mogę nic na to poradzić, bo was jest wielu, a ja jeden. Dlatego zaklinam was: powiedzcie mi uczciwie, czy jestem królem, czy też nie.
Wtedy wszyscy razem zawołali: – Ty jesteś naszym królem i panem czterech części świata! Czy nie widzisz i nie rozumiesz tego sam, głuptasie! I znów skłonili się przed nim, a jeden z nich włożył na siebie lwią skórę, położył się u nóg Kaptaha, mruczał i ryczał wyginając się komicznie. Kaptah zastanowił się przez chwilę i stał się niepewny. W końcu powiedział: – Jeśli rzeczywiście jestem waszym królem, to przydałoby się napić czegoś, aby oblać tę sprawę. Przynieście więc szybko wina, słudzy, jeśli są tu takowi, bo inaczej mój kij potańcuje na waszych grzbietach, i każę was powiesić na murze, skoro jestem waszym królem. Przynieście dużo wina, bo ci panowie i przyjaciele, którzy zrobili mnie królem, napiją się też ze mną, a ja sam zamierzam dziś skąpać się w winie aż po szyję. Słowa jego wywołały wielką wesołość. Hałaśliwa tłuszcza porwała go z sobą i zaniosła do wielkiej sali, gdzie stało mnóstwo doskonałych potraw i gdzie było dużo wina. Każdy brał to, na co miał ochotę, a Burnaburiasz włożył fartuszek służącego i biegał jak zwariowany, wywracając puchary i oblewając sosem gości, tak że wielu klęło go i rzucało weń obgryzionymi kośćmi. Również na wszystkich dziedzińcach pałacu częstowano lud jedzeniem i piciem, które uprzednio przygotowano, ćwiartowano całe woły i owce, a ludzie czerpali piwo i wino z glinianych garów i napychali sobie żołądki do syta kaszą przyprawioną śmietanką i słodkimi daktylami. Gdy słońce podniosło się wyżej, w pałacu panował już tak nieprawdopodobny hałas, zgiełk, wrzask, śmiech i tumult, iż nigdy sobie nie wyobrażałem, by coś takiego było możliwe. Gdy tylko nadarzyła mi się sposobność, podszedłem do Kaptaha i powiedziałem do niego cicho, tak aby inni nie słyszeli: – Kaptahu, chodź za mną, schowamy się i uciekniemy, bo z tego wszystkiego nie wyniknie nic dobrego. Kaptah jednak opity był winem i brzuch mu napęczniał od dobrego jedzenia, więc rzekł do mnie: – Twoje słowa są jak brzęczenie much w moich uszach. Głupszej gadaniny nigdy jeszcze nie słyszałem. Mamże więc uciekać teraz, gdy ten zacny lud zrobił mnie królem i wszyscy mi się kłaniają? Nie wydaje mi się właściwe, byś w dalszym ciągu nazywał mnie Kaptahem, jak niewolnika lub sługę, i byś odzywał się do mnie tak poufale. Powinieneś kłaniać mi się jak inni. Ja jednak zaklinałem go mówiąc: – Kaptahu, Kaptahu, to wszystko żart, za który drogo zapłacisz. Uciekaj, póki możesz, a ja wybaczę ci twoją bezczelność. Ale Kaptah otarł usta z tłuszczu, pogroził mi obgryzioną oślą kością i zawołał: – Zabierzcie precz tego parszywego Egipcjanina, nim się rozgniewam i wygarbuję mu grzbiet kijem. Wtedy człowiek odziany w lwią skórę rzucił się na mnie i ugryzł mnie w nogę, obalił mnie na ziemię i podrapał mi twarz pazurami. Mogło się to dla mnie niedobrze skończyć, gdyby w tejże chwili nie odezwały się rogi zwiastujące, że czas, by król zszedł na dół i wymierzał sprawiedliwość ludowi, skutkiem czego o mnie zapomniano.
Kaptah był trochę zaskoczony, gdy go zaprowadzono do Domu Sprawiedliwości, i mówił, że chętnie pozostawi wymiar sprawiedliwości sędziom krajowym, ludziom uczciwym i godnym zaufania. Ale lud sprzeciwił się temu i wołał: – Chcemy widzieć mądrość królewską, żeby przekonać się, że jest to właściwy król, który zna prawa. Posadzono więc Kaptaha na tronie sprawiedliwości, położono przed nim oznaki sprawiedliwości, pletnię i kajdany, i wezwano lud, aby występował i przedstawiał swoje sprawy królowi.
Pierwszym, który rzucił się do nóg Kaptaha, był mężczyzna w porwanych szatach i z włosami posypanymi popiołem. Nurzał twarz w prochu u stóp Kaptaha, płakał i wołał: – Nie ma nikogo, kto byłby tak mądry jak nasz król, pan czterech części świata! Dlatego błagam go o sprawiedliwość w mojej sprawie, która jest następująca: Mam żonę, wziąłem ją sobie przed czterema laty. Nie mieliśmy dotąd dzieci, teraz jednak żona moja zaszła w ciążę. Wczoraj dowiedziałem się wszakże, że zdradza mnie z żołnierzem, złapałem ich nawet na gorącym uczynku. Żołnierz był wielki i silny, tak że nie mogłem mu nic zrobić, i wątroba moja jest teraz pełna troski i wątpliwości, skądże bowiem mogę wiedzieć, czy dziecko, które ma urodzić moja żona, jest moim dzieckiem, czy też spłodził je ów żołnierz. Dlatego błagam króla o sprawiedliwość i pewność, czy dziecko jest moje, czy też żołnierza, abym mógł stosownie do tego postąpić.

Kaptah siedział cicho i rozglądał się dokoła niespokojnie, w końcu powiedział stanowczo: – Weźcie kije i wychłostajcie tego człowieka, tak aby popamiętał ten dzień. Słudzy trybunału schwycili mężczyznę i wychłostali go tak, że biadał, krzyczał i odwoływał się do ludu, wołając: – Czy to jest sprawiedliwość? Lud też zaczął szemrać i domagał się wytłumaczenia. Wtedy Kaptah rzekł: – Człowiek ten zasługuje na chłostę już choćby dlatego, że zaprząta mi głowę drobiazgami. Lecz jeszcze bardziej zasługuje on na to z powodu swojej głupoty. Bo czy słyszano kiedykolwiek przedtem, by ktoś, kto pozostawia swoje pole nie obsiane, przychodził się skarżyć, gdy inny z dobroci swej je obsieje, a plon pozostawi do zebrania właścicielowi? I nie jest winą kobiety, gdy zwraca się ona ku innemu mężczyźnie, lecz jest to wina mężczyzny, ponieważ nie potrafi dać kobiecie tego, czego ona pragnie. Ten mężczyzna zasługuje na chłostę. Gdy tłum usłyszał te słowa, podniósł się krzyk i śmiech i zaczęto wielce wychwalać mądrość królewską.

Z kolei wystąpił poważny starszy człowiek, który rzekł: – Wobec tej kamiennej kolumny, na której wypisane jest prawo, i wobec króla domagam się sprawiedliwości, a sprawa moja jest następująca: Kazałem sobie zbudować dom tuż przy ulicy, lecz budowniczy oszukał mnie i dom zawalił się, zabijając przy tym przechodzącego przypadkiem obok mężczyznę. Teraz zaś krewni owego przechodnia skarżą mnie, domagając się odszkodowania. Co mam począć? Kaptah zastanowił się i powiedział: – To zawikłana sprawa, która wymaga gruntownego zbadania, i według mojej opinii jest to raczej sprawa dla bogów niż ludzi. Co jednak mówi prawo o czymś takim? Wystąpili biegli w prawie i odczytali prawo wyjaśniające: – Gdy zwali się dom z powodu niedbalstwa budowniczego i waląc się zabije właściciela domu, wtedy także i budowniczy ma zostać uśmiercony. Gdyby zaś dom waląc się zabił syna właściciela, wtedy uśmiercony ma zostać syn budowniczego. Nic więcej prawo nie mówi, my jednak wykładamy je tak, że za to, co zniszczy walący się dom, odpowiada budowniczy w taki sposób, iż zniszczeniu ulega odpowiadająca temu część jego własnego mienia. Więcej nie możemy nic powiedzieć. – Nie wiedziałem, że są tu tacy oszukańczy budowniczowie – oświadczył Kaptah. – W przyszłości będę ich dobrze pilnował. Według prawa jednak wypadek ten jest całkiem prosty. Niech krewni zabitego przechodnia pójdą do domu budowniczego, zaczają się tam i zamordują pierwszego, kto będzie przechodził obok – w ten sposób prawu stanie się zadość. Jeśli jednak rzeczywiście tak zrobią, sami będą odpowiadać za skutki, gdy krewni owego przechodnia pociągną ich do odpowiedzialności za morderstwo. Doprawdy sprawa ta jest do rozstrzygnięcia raczej dla bogów niż dla ludzi. Największą bowiem winę ponosi według mego zdania przechodzień, który obiera sobie drogę obok walącego się domu, tego bowiem nie zrobi nikt mądry, jeśli bogowie tak nie postanowili. Toteż uwalniam budowniczego od wszelkiej odpowiedzialności i oświadczam, że człowiek, który wniósł tę sprawę, jest głupi, ponieważ nie dopilnował budowniczego, by ten wykonał swą robotę uczciwie. Budowniczy postąpił więc jak najsłuszniej, oszukując go. Głupców należy bowiem oszukiwać, by wyciągali naukę ze swoich doświadczeń. Tak było i tak też zawsze będzie. I znów ludzie chwalili wielce mądrość królewską, a skarżący, zbity z tropu, odszedł z niczym.

Z kolei wystąpił opasły kupiec, odziany w drogocenne szaty. Wyłożył swoją sprawę mówiąc: – Przed trzema dniami poszedłem pod mury, do Bramy Isztar, gdzie na święto wiosny zebrały się ubogie dziewczęta z miasta, by, jak to jest w zwyczaju, złożyć bogini w ofierze swe dziewictwo i w ten sposób zebrać pieniądze na wiano. Wśród nich znalazła się dziewczyna, która wielce mi się spodobała. Potargowawszy się z nią przez chwilę, dałem jej garść srebra i dogadaliśmy się w tej sprawie. Kiedy jednak miałem zabrać się do tego, po co tam przyszedłem, chwyciły mnie nagle silne kurcze żołądka, tak że musiałem odejść na stronę, żeby sobie ulżyć. A gdy powróciłem, dziewczyna umówiła się już z innym mężczyzną, otrzymała srebro także od niego i zrobiła z nim to, po co ja przyszedłem. Co prawda ofiarowała się zażyć rozkoszy także i ze mną, ale ja odmówiłem, ponieważ nie była już dziewicą. Zażądałem zwrotu swego srebra, ona jednak nie chciała mi go oddać. Toteż szukam obecnie sprawiedliwości u króla, bo czyż nie stała mi się wielka krzywda, gdy straciłem srebro nie dostając nic w zamian za to? Gdy bowiem kupuję dzban, to jest chyba mój, dopóki go nie rozbiję, a sprzedawca nie ma prawa zrobić tego sam i ofiarować mi skorup.

Gdy Kaptah to usłyszał, wpadł w gniew, poderwał się z tronu sprawiedliwości wymachując pletnią i zawołał: – Zaprawdę, nigdzie jeszcze nie widziałem takiej głupoty jak w tym mieście, i chyba ten stary cap kpi sobie ze mnie! Dziewczyna bowiem postąpiła całkiem słusznie biorąc innego, gdy ten dureń nie potrafił wziąć tego, po co do niej przyszedł. Uczyniła też ładnie i szlachetnie, ofiarowując temu mężczyźnie odszkodowanie, na które bynajmniej nie zasłużył. Powinien też być wdzięczny dziewczynie i owemu drugiemu mężczyźnie, że wspólnie dla jego dobra usunęli przeszkodę, z powodu której w tych rzeczach ma się tylko kłopot i trudności. A on przychodzi do mnie, by się skarżyć, i bajdurzy o dzbanach. Jeśli przypuszcza, że młode dziewczęta są dzbanami, to skazuję go na to, by od tej chwili zażywał rozkoszy tylko z dzbanami, nie wolno mu natomiast dotknąć dziewczyny.

Ogłosiwszy ten wyrok Kaptah dość już miał wymierzania sprawiedliwości, przeciągnął się na tronie i rzekł: – Dosyć już dzisiaj jadłem, piłem i według mojej opinii pracowałem, wymierzając sprawiedliwość i łamiąc sobie głowę. Niech więc sędziowie zastąpią mnie, gdyby znaleźli się jeszcze jacyś skarżący. Bo ostatnia sprawa przypomniała mi, że jako król jestem także panem domu kobiet, gdzie, o ile wiem, siedzi i czeka na mnie czterysta kobiet. Toteż muszę tam pójść, by sprawdzić, co posiadam, i nie zdziwiłoby mnie wcale, gdybym w czasie pobytu tam rozbił kilka dzbanów, albowiem władza i wino wzmocniły mnie w tak dziwny sposób, że czuję się silny jak lew. Gdy lud usłyszał te słowa, podniósł tak potężny krzyk, że zdawało się, iż nigdy się nie skończy. I tłum zaniósł Kaptaha z powrotem do pałacu, i zatrzymał się, by czekać u drzwi domu kobiet, na dziedzińcu.

Lecz Burnaburiasz nie śmiał się już, tylko zacierał niespokojnie dłonie i drapał się stopą jednej nogi w drugą. A gdy mnie zobaczył, podszedł do mnie i rzekł z pośpiechem: – Sinuhe, tyś jest moim przyjacielem i lekarzem, który może wejść do królewskiego domu kobiet. Idź więc za nim i dopilnuj, by nie zrobił czegoś, czego mógłby potem bardzo pożałować. Doprawdy bowiem każę go żywcem obedrzeć ze skóry i powiesić na murze jego głowę, by wyschła na wietrze, jeśli dotknie moich kobiet. Jeśli natomiast zachowa się przyzwoicie, obiecuję mu łagodną śmierć.

Na to zapytałem go: – Burnaburiaszu, naprawdę jestem twoim przyjacielem i dobrze ci życzę, powiedz mi jednak, co to wszystko znaczy. Bo wątroba moja jest zatroskana tym, że widzę cię w pozycji sługi, z którego naigrawają się wszyscy.

On zaś odparł niecierpliwie: – Dzisiaj jest dzień fałszywego króla, o tym wie przecież każdy. Lepiej pośpiesz się i idź za nim, żeby nie stało się jakieś nieszczęście.
Nie usłuchałem go jednak, choć chwycił mnie za ramię, i powiedziałem: – Nie znam zwyczajów twojego kraju i dlatego musisz mi wytłumaczyć, co to wszystko oznacza.
Wtedy wyjaśnił mi: – Co roku w dniu fałszywego króla wybiera się na króla najgłupszego i najbardziej zwariowanego człowieka w Babilonie, któremu wolno rządzić od świtu do zachodu słońca. Ma on całą władzę królewską i sam król musi mu usługiwać. I jeszcze nigdy nie widziałem zabawniejszego króla niż Kaptah, którego ja sam wybrałem, bo jest tak ogromnie śmieszny. Nie wie sam, co go czeka, i to jest najkomiczniejsze z wszystkiego.
– A co się z nim stanie? – spytałem. – O zachodzie słońca zostanie zabity tak niespodziewanie, jak rankiem został ukoronowany – wyjaśnił mi Burnaburiasz. – Jeśli zechcę, mogę kazać go zgładzić w sposób okrutny, ale często daję takim jak on w winie łagodnie działającą truciznę, usypiają, sami nie wiedząc, że mają umrzeć. Nie przystoi bowiem, by człowiek, który przez jeden dzień rządził jako król, pozostał przy życiu. Raz jednak, dawno już temu, zdarzyło się, że prawdziwy król, zadławiwszy się po pijanemu gorącą mięsną polewką, umarł w dniu fałszywego króla, wtedy fałszywy król został przy władzy i rządził w Babilonie przez trzydzieści sześć lat, a nikt nie miał nic do zarzucenia jego rządom. Toteż muszę bacznie się wystrzegać, żeby dzisiaj nie pić gorącego rosołu. Ale teraz pośpiesz się, żeby twój służący nie narobił jakichś głupstw, których pożałuje, jeszcze nim wieczór zapadnie.
Nie potrzebowałem jednak iść po Kaptaha, gdyż sam on wypadł właśnie z królewskiego domu kobiet w wielkim gniewie, trzymając się za oko i za nos, z którego obficie ciekła krew. Głośno narzekał wołając: – Patrzcie, co oni ze mną zrobili! Podsuwali mi stare babska i tłuste Murzynki, ale kiedy chciałem skosztować młodej kózki, ta przemieniła się w tygrysa, podbiła mi oko i wyrżnęła w nos pantoflem. Wtedy Burnaburiasz roześmiał się tak, że aż musiał złapać mnie obiema rękami za ramiona, żeby nie upaść.
A Kaptah dalej jęczał i narzekał, i mówił: – Nie śmiem już otworzyć drzwi tego domu, bo ta młoda kobieta szaleje tam jak dzikie zwierzę, i nie widzę innej rady, jak tylko, żebyś ty, Sinuhe, poszedł tam i otworzył jej czaszkę przy użyciu całej twej sztuki, tak, żeby zły duch wyszedł z niej. Jest ona z pewnością owładnięta przez złego ducha, jakże bowiem w innym razie ośmieliłaby się dotknąć swego króla, uderzyć mnie w nos pantoflem, tak że krew leje się ze mnie jak z zarżniętego wołu. Burnaburiasz trącił mnie i powiedział: – Idź i zobacz, co się tam stało, Sinuhe, ty, który znasz już ten dom, bo mnie nie wolno tam dzisiaj wejść. Opowiesz mi potem, co to było.

Królewscy eunuchowie nie wzbraniali mi wstępu, bo już wiedzieli, że jestem lekarzem. Stare babska, które na ten dzień wystroiły się wspaniale, włożyły klejnoty i umalowały pomarszczone twarze, otoczyły mnie pytając jedna przez drugą: – Gdzie się podziało nasze kochanie, nasz gołąbek, nasz mały capek, na którego czekamy od samego rana! Leciwa Murzynka, której piersi czarne jak dno garnka zwisały aż na brzuch, rozebrana do naga i gotowa jako pierwsza przyjąć Kaptaha, wołała teraz rozpaczliwie: – Dajcie mi mego ukochanego, żebym mogła go przycisnąć o piersi! Dajcie mi mojego słonia, żeby owinął mnie trąbą! Lecz eunuchowie powiedzieli do mnie zatroskani: – Nie zwracaj uwagi na te kobiety, ich zadaniem jest tylko zaspokoić fałszywegp króla, wszystkie więc spiły się winem oczekiwaniu na niego.

Gdy wróciłem z domu kobiet, wyszedł mi na spotkanie Burnaburiasz, a pałac i jego podwórce roiły się od ludzi, którzy żłopali wino i piwo i szaleli w dzikiej radości z powodu wszystkich sztuczek, wymyślanych nieprzerwanie przez Kaptaha. Zapomniał on już bowiem o przykrościach, które go spotkały w domu kobiet, a podbite oko obłożono mu surowym mięsem, tak że przestało go boleć, choć wciąż jeszcze było opuchnięte i siniec pod nim mienił się wszystkimi kolorami.

Gdy nadszedł wieczór, poszedłem na wybrzeże i wynająłem łódź z dziesięciu wioślarzami, którym powiedziałem: – Dzisiaj jest dzień fałszywego króla i wiem, żeście pijani z radości i od piwa i że niechętnie wyruszacie w drogę. Ale dam wam podwójną zapłatę, bo zmarł mi bogaty wuj, muszę więc zawieźć ciało do jego przodków i muszę zrobić to szybko, zanim jego własne dzieci i mój brat zaczną kłócić się o spadek i pozostawią mnie z pustymi rękami. Toteż dam wam hojne dary, jeśli będziecie wiosłować szybciej niż zwykle, choć droga jest daleka. Moi przodkowie bowiem spoczywają w naszym dawnym majątku, blisko granicy kraju Mitanni. Wioślarze sarkali, ale kupiłem im dwa dzbany piwa i pozwoliłem pić do zachodu słońca, byleby tylko byli gotowi wyruszyć w drogę, gdy się ściemni. Wtedy sprzeciwili mi się gwałtownie mówiąc: – Za nic nie będziemy wiosłować w ciemności, bo noc pełna jest rozmaitych wielkich i małych demonów i złych duchów, które wydają przeraźliwe okrzyki i mogą przewrócić łódź albo nas pozabijać.
Ale ja im powiedziałem: – Pójdę do świątyni złożyć ofiarę, żeby nie stało nam się nic złego w podróży, dźwięk zaś srebra, które wam dam, gdy przybędziemy do celu, pozwoli wam zamknąć uszy na wrzaski demonów.

Słońce zachodziło i światło jego czerwieniało jak krew we wszystkich salach pałacu, a Kaptah znowu ucztował i pił, Burnaburiasz zaś obsługiwał go, śmiejąc się i chichocząc jak dziewczyna. Na podłodze w kałużach wina leżeli mężczyźni, możni i pospólstwo, zasnąwszy po pijanemu. Powiedziałem do Burnaburiasza: – Chcę się upewnić, że Kaptah umrze śmiercią bezbolesną, bo jest on moim sługą i odpowiadam za niego, jak pan odpowiada za swoje sługi. A Burnaburiasz odparł: – Pośpiesz się więc, bo stary człowiek rozpuszcza już truciznę w winie i Kaptah umrze o zachodzie słońca, jak tego wymaga zwyczaj. Odnalazłem starego królewskiego lekarza przybocznego, on zaś uwierzył mi, gdy mu powiedziałem, że przysłał mnie król.
Wylałem mieszankę, którą przygotował, i zamiast trucizny domieszałem do wina makowego soku, uważając jednak, by nie wlać go za dużo i nie uśmiercić w ten sposób Kaptaha. Puchar zaniosłem sam Kaptahowi i powiedziałem do niego: – Kaptahu, możliwe, że już nigdy się z sobą nie spotkamy, bo pycha uderzyła ci do głowy i jutro nie zechcesz mnie już pewnie znać. Wypij zatem ten puchar, który ci podaję, abym wróciwszy do Egiptu mógł opowiadać, że pan czterech części świata był moim przyjacielem. A wypiwszy go wiedz, że zawsze chcę tylko twego dobra, bez względu na to, co nastąpi.
A Kaptah rzekł: – Mowa tego Egipcjana byłaby jak brzęczenie much w moich uszach, gdyby nie szumiało mi w nich już od wina tak, że nie słyszę, co on mówi. Nigdy jednak nie wylewałem, jak wiadomo, za kołnierz, co starałem się dzisiaj wykazać moim poddanym, w których wielkie znajduję upodobanie. Toteż wypiję i ten puchar, choć wiem, że dzikie osły będą jutro brykać w mojej biednej głowie. Wychylił puchar i w tejże chwili słońce zaszło, wniesiono pochodnie i zapalono lampy, a wszyscy podnieśli się i umilkli, tak a w pałacu zrobiło się cicho jak makiem zasiał.
A Kaptah zdjął z głowy przepaskę babilońskiego króla i rzekł: – Ta przeklęta korona ciąży mi na głowie i już mi się sprzykrzyła. Nogi mi drętwieją, a powieki robią się ołowiane. Najlepiej chyba, żebym poszedł do łóżka. Naciągnął na siebie cienki obrus, którym był nakryty stół, ułożył się do snu na podłodze, ściągając z obrusem ze stołu dzbany i puchary, które pospadały na niego, tak że skąpał się po szyję w winie, jak to rano obiecywał. A królewscy słudzy rozebrali go i w mokre od wina szaty królewskie przyodziali Burnaburiasza, włożyli mu na głowę królewski kołpak i wręczywszy znaki władzy królewskiej posadzili go na tronie.
– To był męczący dzień – rzekł Burnaburiasz. – Ale zauważyłem podczas tej zabawy, że ten i ów nie okazywał mi należytego szacunku, przypuszczalnie w nadziei, że zadławię się gorącym rosołem. Wychłostajcie więc tych, co tu leżą na podłodze, i przepędźcie lud z podwórców, a tego durnia, jeśli już zdechł, wsadźcie do śmiertelnej urny, bo już mi się uprzykrzył. Odwrócono Kaptaha na wznak i lekarz przyboczny zbadał go rękami drżącymi od wina i z zamglonym wzrokiem, po czym zapewnił: – Zaiste, człowiek ten martwy jest jak rozdeptany żuk. Wtedy słudzy wnieśli glinianą urnę, w jakich Babilończycy chowają swoich zmarłych, włożono do niej Kaptaha, po czym zapieczętowano ją gliną. A król kazał zanieść urnę do podziemi pałacu między innych fałszywych królów, jak to było w zwyczaju.
Ale wtedy ja powiedziałem: – Ten człowiek to Egipcjanin i jest jak ja obrzezany. Dlatego muszę zabalsamować jego ciało według egipskiego zwyczaju, aby mogło ono oprzeć się śmierci. I muszę wyposażyć go we wszystko, co będzie mu potrzebne w podróży do Kraju na Zachodzie tak aby bez pracy mógł jeść, pić i zażywać rozkoszy po śmierci. Wszystko to trwa dni trzydzieści albo siedemdziesiąt w zależności od rangi, którą dany człowiek miał za życia. Myślę jednak, że z tym oto Kaptahem będę gotów w trzydzieści dni, bo był on tylko moim sługą. Wtedy przyniosę go z powrotem i pochowam pośród jego poprzedników na stanowisku fałszywych królów, w podziemiu pod twoim pałacem.
Burnaburiasz słuchał ciekawie i powiedział: – Niech będzie, jak chcesz, choć myślę, że trud twój pójdzie na marne, bo duch człowieka, który umarł, błądzi, nie mogąc zaznać spokoju, i żywi się odpadkami na ulicach, jeśli krewni nie przechowują zwłok w swoim domu w glinianej urnie, tak aby duch dostawał swoją część z domowych posiłków. Ale rób z nim, co chcesz, jeśli taki jest zwyczaj w twoim kraju.

Kazałem sługom wynieść Kaptaha w glinianej urnie do lektyki, czekającej w pogotowiu pod murami pałacu. A nim odszedłem, powiedziałem do króla: – Przez trzydzieści dni nie będziesz mnie oglądać, gdyż w czasie balsamowania ciała nie mogę się pokazywać innym ludziom, aby nie sprowadzić na nich demonów, od których roi się koło zwłok. A

Znalazłszy się w lektyce zrobiłem otwór w glinie, którą zapieczętowana była urna, aby Kaptah miał czym oddychać.

W taki to sposób odszedłem w ciemną noc z Babilonu jako uciekinier i straciłem dużo srebra i złota, choć mogłem się tam wzbogacić i zyskać jeszcze więcej. Zbudziłem wioślarzy i gdy księżyc wzeszedł, chwycili za wiosła i wywieźli mnie z miasta, ziewając i przeklinając swój los, bo głowy ich ciężkie były od piwa, którego się opili. W taki to sposób uciekłem z Babilonu, dlaczego jednak zrobiłem to wszystko, nie umiem powiedzieć. Chyba że było to już zapisane w gwiazdach na długo przed moim urodzeniem i że nie można było temu przeszkodzić.

Uwaga, rozdział znacznie poskracałam, zostawiając jedynie to, co dotyczyło Baratarii.

Chodzenie po mieście. Maciej Robert.

Maciej Robert (ur. 1977 w Łodzi) – polski poeta, krytyk literacki i filmowy, redaktor, dziennikarz. Doktor nauk humanistycznych, autor czterech książek poetyckich i jednej krytycznej. Jego wiersze tłumaczone były na wiele języków. Współpracuje z Polityką i Nowymi Książkami. Prowadzi poświęcony literaturze środkowoeuropejskiej blog Czytam Centralnie.

Spotkałam go w Berlinie, gdzie czytał swoje wiersze z tomu Nautilus i opowiadał, jak powstały, a powstały z chodzenia po mieście, chodzenia po mieście Łodzi.

Maciej szedł po mieście ruchem spiralnym, odtwarzającym skręty skorupy nautilusa, to ważne, bo nautilus, czyli żeglarek, to taka niezwykła muszla, która może płynąć samoistnie, nie zdaje się na wiatry, prądy i fale. Małż mieszkający w muszli wystawia część tułowia jak żagiel i potrafi sterować swoimi ruchami.

Ta właściwość nautilusa sprawiła, że pisarze i poeci wielokrotnie o nim pisali, gdyż był znakomitym wręcz symbolem wyższości woli ducha nad przeznaczeniem. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem… Moje pokolenie pamięta to ze szkoły. Następne?

Młodości! ty nad poziomy
Wylatuj, a okiem słońca
Ludzkości całe ogromy
Przeniknij z końca do końca!

Patrz na dół — kędy wieczna mgła zaciemia
Obszar gnuśności zalany odmętem: To ziemia!
Patrz, jak nad jej wody trupie
Wzbił się jakiś płaz w skorupie.
Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem;
Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu,
To się wzbija, to w głąb wali:
Nie lgnie do niego fala, ani on do fali;
A wtem jak bańka prysnął o szmat głazu!
Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby:
To samoluby!

Mickiewicz, Oda do młodości. Czy ktoś to jeszcze czyta?

Wikimedia

Jakub Skurtys na stronie ArtPapier napisał:

Nautilus zabiera nas w stronę dna, w głąb, do symbolicznych źródeł, zaś przechadzający się bohater zatacza spiralne łuki. Spirala organizuje tom Roberta również na poziomie układu wierszy: kolejne utwory rozrastają się, a każdy za tytuł przyjmuje właściwą mu liczbę dystychów („1”, „1”, „2”, „5”, „8”, „13”, „21”, „34”…). To oczywiście ciąg Fibonacciego, zasada wpisana ‒ w dużym uogólnieniu i przy pewnych nadużyciach, z których poeta zdaje zresztą relację ‒ w rozwój wielu organizmów żywych, w ogólną „strukturę życia”, ale też w muzykę i w pewne idealistyczne myślenie o uniwersalnym porządku, ukrytym pod chaosem świata. Robert chce „pisać miasto”, ale też „pisać miastem”, stworzyć ekwiwalent rytmu kroków na łódzkiej ulicy, raczej prozy życia niż wzniosłego liryku.

5

Małe różowe trumny w pogrzebowym orszaku
sunącym spod murów fabryk na najpodlejsze

przedmieścia (film odebrał im kolor, pamięć
zabrała zmysły). Mur cmentarza jest niski,

łatwy do przeskoczenia, z tyłu zaległa łąka.
Na pokruszonych cegłach, znaczących środek

obejścia, mężczyzna ostrzy kosę. W obronie
przed szpaczym nalotem ktoś omotał czereśnię

firanką, wygląda jak panna młoda. To są
prawdziwe historie, o których nikt nie pisał.

Paulina Małochleb pisze, że poeta powraca w tym tomie do swoich ulubionych motywów: pamięci, dzieciństwa, melancholijnych prób zbliżenia się do przeszłości.

Robert swoim wyprawom w „miasto puste w środku jak wydrążony pień” nadaje bardzo misterną, porządkującą wszystko konstrukcję, a przez szereg odniesień literackich i filmowych buduje drugi i trzeci poziom skojarzeń, jednocześnie wyostrza realizm i wprowadza kulturowy kontekst. Tytułowy Nautilus to łodzik, skorupiak o regularnej budowie muszli, ale też odniesienie do statku podwodnego z powieści Juliusa Verne’a. Tak jak Nemo zgłębia oceany, tak Robert w swojej podróży penetruje rejony podmiejskiej zabudowy. Łódź-miasto jest też łodzią, która prowadzi przez pamięć, miejska wędrówka zamienia się w żeglugę, podróż w głąb, do dna pamięci, do kresu wspomnień.

Podróżowanie narzuca miastu fizycznemu cechy miasta zapisanego na mapie – jest jednocześnie czarno-białe, przetarte na rogach, z notatkami na marginesach. Poeta podąża tutaj przez strychy, piwnice, kina, dachy, podwórka, ulice. Porównuje Łódź do amonitu, skamieliny, ale też do składającej się z gruzów skorupy. „W nasze podmiejskie ulice nie warto inwestować, nasze podmiejskie ulice nie mają świetlanej przyszłości” – pisze przekornie, bo widać z tego tomu, że nie wyobraża sobie życia w jakiejkolwiek innej przestrzeni.

Świetna, gęsta książka. Doskonałe ćwiczenie z pamięci i utraty.

Nautilus, Nautilus!
Miasto progów spowalniających

narrację, miasto inwestorów, którzy wzięli i poszli
robić wałki gdzie indziej. Miasto hożych studentek

z międzynarodowej wymiany. Zaskorupiały w muszli,
zapatrzony w siebie. Groza! Groza! Odcisk zalany

wapnem w muzeum osobliwości. Syk gaszonego
diablego mięsa. Znamię, które się dopomina o pamięć.



Co jedli on i ona, czyli jak…

…przegotowałyśmy nasz los

Ewa Maria Slaska

Prawie 10 lat temu napisałam (jeszcze na owym do znudzenia wspominanym, a już nieistniejącym blogu Jak udusić kurę…) o tym, co jedzą kobiety, a co mężczyźni.

Zacznijmy od zadania. Ona i on idą do restauracji. Ona zamawia golonkę i piwo, on pstrąga duszonego w maśle, szparagi i białe wino. Dania przynosi inny kelner, nie ten, który odbierał zamówienie. Gdzie stawia szparagi? A przed kim golonkę?

Gdy wykonamy to zadanie, to nagle uświadamiamy sobie, że istnieją kolosalne różnice pomiędzy tym, co jedzą mężczyźni, a tym, co jedzą kobiety. I że wszyscy to wiedzą, my też i zawsze to wiedzieliśmy, tylko nie budziło to naszego głębszego zastanowienia. Każdy kelner to wie i każdy sprzedawca, każda gospodyni domowa i każdy marketingowiec. Kobiety jedzą jarzyny, owoce i słodycze, mężczyźni mięso.

Georges Perec, francuski pisarz pochodzący z rodziny polskich Żydów, w książce Życie. Instrukcja obsługi. zamieścił między innymi na ośmiu stronach maczkiem, drobiazgową listę tego, co jadł przez cały rok. Ta powieść została napisana, a właściwie skonstruowana według specjalnej listy, nad którą autor pracował dwa lata, i składa się z setek spisów. Sam indeks końcowy zawiera 5000 pozycji. Powieść czyta się jako najważniejsze dzieło eksperymentalne w historii człowieka, rzadko przywiązując wagę do faktu, że Perec w swych powieściach żywił się przede wszystkim własnym życiem i że lista tego, co pewien młody mężczyzna jadł we Francji (zauważmy – we Francji!) jest skrupulatnym i prawdziwym zapisem jego jadłospisu. Na liście znalazły się trzy razy ślimaki, raz jeż morski, 56 razy Armagnac, 8 razy Calvados, 36 kieliszków wódki, jeden (słownie: jeden) talerz owoców, dwa razy truskawki, raz czarne porzeczki i jedna pomarańcza.

Perec zmarł w wieku 46 lat.

Niestety to nie ja jestem autorką tego genialnego i jak wszystkie genialne myśli banalnie prostego spostrzeżenia. Mężczyźni jedzą co innego. Kobiety też. Zrobili to Eva Gritzmann & Denis Scheck w książce “SIE & ER” (ONA & ON) – Der kleine Unterschied beim Essen und Trinken. Niewielka różnica w jedzeniu i piciu. Tytuł odwołuje się do kultowej książki czołowej niemieckiej feministki Alice Schwarzer z roku 1975: Der kleine Unterschied und seine großen Folgen. Tytułowa mała różnica dotyczyła… ach zresztą. Właśnie stwierdziłam, że w polskiej Wikipedii jest o Alice Schwarzer zaledwie jeden mały akapit o niczym, może zachęcona powodzeniem ulokowania u Cioci W. wpisu o Kaminskim, porwę się na dalsze zadania i rozszerzę wpis o Alice. No, w każdym razie tak czy owak chodzi o tę pozornie nieistotną, małą różnicę między mężczyzną a kobietą i jej niewiarygodne konsekwencje społeczne.

Człowiek jest jedyną istotą na świecie, która uczyniła z jedzenia zajęcie społeczne. Najważniejszą cechą odróżniającą człowieka od reszty świata jest umiejętność zdobywania pożywienia na później (nie chodzi o zapasy na zimę, tylko w ogóle o fakt, że przynosimy upolowane kuropatwy przytroczone do pasa i zbieramy jagody do wiaderka). Kobieta i mężczyzna połączyli się w pary, żeby… pilnować jedzenia. Seks jest pochodną ochrony żywności. Miłość pochodną wspólnego spożywania posiłków. Inteligencja ludzka rozwinęła się dzięki jedzeniu – to gotowanie potraw ułatwiło trawienie mięsa, zwolniło człowieka z konieczności leżenia godzinami po posiłku, dało mu czas i energię, by zacząć opanowywać świat. To gotowanie było motorem ewolucji! Gotowanie uczyniło z australopiteka homo sapiens. Mężczyźni przynosili mięso, ale to kobiety je gotowały! (Uwaga tu będzie komentarz – czytaj niżej) I zdarzyło się to kilka milionów lat temu!

Autorka jest lekarką, autor – pisarzem. Razem stworzyli fascynującą książkę, skrobiącą tak długo po powierzchni każdego naszego przekonania, aż się okaże, że nie mamy racji i jest zupełnie inaczej. Bawią się odkrywaniem różnych niewiarygodnych prawd. A ich potwierdzenia szukają wszędzie – w bajkach, w komiksach, filmach, powieściach. Cytują Prousta, Kafkę, Joyce’a, Pereca i Szekspira. Dzwonią do wielkich sieci handlowych i do słynnych kucharzy. Pytają, pytają, pytają. Skaczą od kwestii obrazoburczych do prościutkich pytań: są fryzjerzy damscy i męscy, są łaźnie i sauny dla pań i panów, baseny, godziny gimnastyki, krawcy i kosmetyczki. Konfekcja, torebki, buty. Wszystko ma płeć, prawdziwą albo gender, ale ma. A jedzenie nie.
Dlaczego nie ma zwyczaju, żeby gotować osobno dla kobiet i dla mężczyzn? Dlaczego nie ma restauracji dla pań i panów? Albo przynajmniej odrębnych jadłospisów. To zresztą ryzykowne pytanie. Kiedyś bowiem faktycznie były w restauracjach takie jadłospisy – w wersji żeńskiej potrawy… nie miały cen.

Kucharze uczyli się sztuki gotowania na zachciankach możnowładców. Kucharki na potrzebach swoich bliskich.

Lektura JEJ & JEGO przypomniała mi słynną książkę o bieganiu: Christopher McDougall Urodzeni biegacze. Jej autor twierdził – zupełnie od niechcenia i na marginesie głównego tematu – że nieprawdą jest, iż kobiety w epoce kamienia nie mogły polować, bo polowano biegając, a one były wiecznie w ciąży lub karmiły niemowlęta i biegać nie mogły. Otóż doświadczenia biegaczek na bardzo długich dystansach (takich, dla których 42 kilometry klasycznego maratonu to dopiero rozgrzewka) wykazują, że na tych bardzo długich dystansach kobiety spisują się równie dobrze jak mężczyźni, a może nawet lepiej, i że spokojnie mogą biegać, a w przerwach karmić dzieci.

Teraz zatem, po lekturze obu tych książek, możemy powiedzieć, że kobiety zbierały owoce i jarzyny, bo te im bardziej smakowały! Cóż za rewolucyjna teza! No, ale potem wymyśliły gotowanie i tak to przegotowały swoją wolność.