Z wolnej stopy 2

Zbigniew Milewicz

Półrocze

Dokładnie pół roku 2020 za nami, można sporządzić bilans tego, co się udało do tej pory zrealizować i co nam nie wyszło, a z czym poradzili sobie n.p. nasi znajomi, przyjaciele, sąsiedzi albo wrogowie. Tylko że takie porównywanie budzi często gorycz porażki, której nikt przecież nie lubi, dlatego lepiej bilansować tylko we własnym imieniu. Mnie z planów noworocznych nie udało się jeszcze ograniczyć cukrowego łakomstwa, po staremu, jak widzę słodycze, to kwiczę, znowu nie pojechałem do Nowego Orleanu, dalej sam sobie prasuję koszule i sprzątam albo nie, ale żyję. Przynajmniej ten plan zrealizowałem w stu procentach, a może tylko w pięćdziesięciu, bo półrocze to nie cały rok, jednak cieszę się z tego, co mam.

Moja polska sąsiadka Marta martwi się, że idą złe czasy. Z youtube dowiedziała się, że pod koniec czerwca, albo na początku lipca ma wybuchnąć trzecia wojna światowa, że przyjdzie seria katastrof żywiołowych, które dotkną także Niemcy, bo pod wodą się znajdą. Tak przynajmniej wieszczy jasnowidz Jackowski i pewna Norweżka, a mąż Marty w to nie wierzy, mówi, że na takich przepowiedniach ludzie tylko robią kasę i dla niej je sporządzają. Im gorsza jest wizja przyszłości, tym więcej jest odsłon na youtube, w nich są różne reklamy i na nich taki wizjoner zarabia krocie. Jurek też uważa się za jasnowidza, bo przewidział n.p. upadek muru berlińskiego i nikt mu za to nie dał nawet złamanego centa, czy raczej wtedy jeszcze pfeniga. Nie dajmy się więc zwariować, mówi.

Nie wiem, któremu z nich wierzyć. Napiszę, że Marcie, to narażę się Jurkowi, poprę Jurka, wtedy podpadnę Marcie. Jeszcze bym chętnie pożył w niewojennym świecie i na suchym, bawarskim lądzie, więc na wszelki wypadek zaplanuję sobie szczęśliwe to półrocze i Państwu radzę zrobić podobnie. Co prawda, sceptycy twierdzą, że najłatwiej rozśmieszyć Pana Boga, opowiadając mu o swoich planach, ale myślę, że to tylko jakaś diabelska propaganda.

Z wolnej stopy 1

Zbigniew Milewicz

Powstanie bokserów

Jak i po co powstał koronawirus? Teorii na ten temat, w tym spiskowych, jest już tyle, że jedna więcej nie zaszkodzi. Kiedy więc niedawno usłyszałem w radiu, że właśnie mija 120 rocznica wybuchu Powstania Bokserów w Chinach, które miało przepędzić stamtąd europejskich kolonialistów, ale zostało stłumione, to wymyśliłem sobie, że covid-19 jest zemstą za tamtą niedokończoną robotę. Chińczyk jest cierpliwy i z zemstą potrafi czasem długo czekać. Produkując wirusa sam się zaraził, ale szybko się z tego wykaraskał, i teraz śmieje się całemu światu w oczy, patrząc jak ten wije się jeszcze w chorobie i biedzie. Już sama nazwa powstania zastanawia. Wyobraziłem sobie Michalczewskiego, Adamka i Gołotę, jak na czele tłumu atletów idą na Belweder i dają czadu w imię sprawiedliwości, tylko w Chinach to wyglądało serio i zupełnie inaczej.

Państwem Środka od połowy XVII wieku rządziła obca, mandżurska dynastia Qing. Jak to często z władzą bywa, początkowo była bardzo kreatywna i ekspansywna, na północy włączyła do imperium tereny za rzekami Amur i Ussuri, podbito Mongolię, a na zachodzie granice wyszły poza góry Tien-Szan i cesarstwo Tybetu. Podporządkowano również politycznie Koreę. Zasięg imperium był największy w jego historii, jednak w końcu XVIII wieku zapanowała stagnacja, a niezmieniane od stuleci struktury polityczne, społeczne i gospodarcze można było włożyć tylko do lamusa. W XIX wieku były więc Chiny państwem wielkim terytorialnie i liczebnie, ale w porównaniu z krajami zachodnimi słabym gospodarczo i militarnie, czego skutkiem były przegrane wojny, m.in. z Wielką Brytanią i Francją. Jednocześnie imperium przeżywało ogromne problemy wewnętrzne; zacofanie chińskiej gospodarki (ciągle opartej na pracy setek tysięcy małych, niezmechanizowanych warsztatów rzemieślniczych) i społeczna bieda szły w parze z ogromną korupcją aparatu urzędniczego, co skutkowało coraz śmielszymi buntami poddanych, domagających się poprawy swojej doli. Największy z nich, powstanie tajpingów (1851–1864), miało wyraźny antyfeudalny oraz egalitarny charakter i niemal obaliło władzę pięciu milionów Mandżurów nad 400 milionami Chińczyków. Bunt został wprawdzie stłumiony przy pomocy armii mocarstw europejskich, ale przyszło za nią drogo zapłacić.

Za interwencję narzucono Państwu Środka niekorzystne traktaty, głównie o charakterze handlowym, które dzieliły jego tereny przybrzeżne na strefy wpływu państw kolonialnych, zainteresowanych eksploatacją chińskich bogactw naturalnych i handlem. Do Europy płynęły statki z drogocenną herbatą, jedwabiem, porcelaną i ryżem, zaś do Chin głównie z używkami, takimi jak opium, które Brytyjczycy sprowadzali ze swoich indyjskich kolonii.

Na mocy tych traktatów cudzoziemcy, nazywani przez Chińczyków „zamorskimi diabłami”, uzyskiwali rozliczne przywileje, takie jak np. ograniczenie ceł. Na wybrzeżu chińskim zaczęły powstawać eksterytorialne osady dla Europejczyków, w wielu ośrodkach, np. w Szanghaju, budowano istne miasta w mieście, zamieszkane przez tysiące białych osadników, posiadających własne szkoły, policję, firmy i urzędy. Przybyszów obowiązywały także inne, sprzyjające im przepisy prawne. Na domiar złego wybuchł militarny konflikt z Japonią (1894–1895), krajem sprzymierzonym z Zachodem, który do tej pory traktowany był w Pekinie jako młodszy brat lub uczeń, i Chiny tę wojnę z wielkim wstydem przegrały. Utraciły wtedy między innymi Tajwan i wpływy w Korei oraz musiały zapłacić wysoką kontrybucję. Szok wywołany klęską spowodował pragnienie zmian. Niestety młody reformator, pro japoński cesarz Guanxu, autor tzw. reformy stu dni, został zastopowany przez konserwatywną arystokrację mandżurską i odsunięty od tronu. Faktyczna władza pozostała w ręku jego ciotki, cesarzowej-wdowy Cixi, rządzącej faktycznie Chinami niemal przez pół wieku (1861–1908).

Cixi nie rozwiązała żadnego problemu Chin, toteż dwa lata później, w 1900 roku wybuchło tzw. powstanie bokserów. Organizatorzy powstania pochodzili z chińskiej, tajnej organizacji o nazwie Yihequan, “Pięść w imię sprawiedliwości i pokoju” (brzmi jakoś znajomo, prawda?). Była to jedna z grup wywodzących się z antymandżurskiego Stowarzyszenia Białego Lotosu. Nazywano ich bokserami, ponieważ trenowali sztuki walki i przykładali wielką wagę do sprawności fizycznej, wierząc, że silne ciało pozwoli im zdzierżyć wystrzelone pociski. Praktykowali oni także rozmaite techniki szamańskie, przed walką wprowadzając się w mistyczny trans. Kiedy pod koniec XIX wieku Chiny nawiedził szereg klęsk żywiołowych, takich, jak dwuletnia susza, kiedy wystąpiła z brzegów Żółta Rzeka, prorocy różnych buddyjskich i taoistycznych sekt uznali, że winni temu są cudzoziemcy, którzy zakłócili istniejącą harmonię natury, budując koleje żelazne i otwierając kopalnie. Klęski te spowodowały wielki wzrost przestępczości i chłopi w obawie przed rabusiami napadającymi na wioski, powierzali swoją obronę tajnym stowarzyszeniom, takim właśnie, jak Yihequan. Byli więc także gotowi na ich rozkaz chwycić za broń i dołączyć do powstania. Pierwsze rozruchy miały miejsce w prowincji Shandong, gdzie znajdowały się niemieckie koncesje. Mieli poparcie gubernatora Yuxiana i znacznej części lokalnych arystokratów, pragnących tego samego, co powstańcy, a więc wypędzenia z Chin wszystkich cudzoziemców. Aby tego dokonać, antymandżurska opozycja musiałaby przejść najpierw na stronę pekińskiego dworu, co z czasem stało się realne, bo cel jak wiadomo uświęca środki i łączy starych wrogów przeciw nowemu, choćby tylko na chwilę.

W listopadzie 1899 roku, pod naciskiem zagranicznych posłów, Yuxian został odwołany ze stanowiska, a w Shandongu pojawiła się chińska armia z rozkazem stłumienia rebelii. Gubernator wraz z oddziałami Yihequanów zdołał się jednak wycofać do innej prowincji. Po drodze do buntowników dołączali okoliczni chłopi, rzemieślnicy i biedota, co pozwoliło ostatecznie sformować ponad 100-tysięczne, regularne oddziały. Pod koniec maja 1900 roku ich pierwsze oddziały pojawiły się w okolicach Pekinu. Zaniepokojeni tym przedstawiciele mocarstw kolonialnych zaczęli wzmacniać obronę ambasad w stolicy; pod koniec maja dotarły posiłki, w tym grupa żołnierzy japońskich. Również Rosjanie rozpoczęli marsz w kierunku Pekinu, zajmując po drodze wiele miast w Mandżurii, z której później nie dało się już ich usunąć. 3 czerwca powstańcy przerwali linię kolejową z Tianjinu, zatrzymując kolejne posiłki. Na wezwanie z Pekinu, stacjonujące u chińskich wybrzeży cudzoziemskie oddziały połączyły się i w sile 2100 żołnierzy, pod dowództwem admirała Edwarda Seymoura, ruszyły na stolicę. Sprzymierzyły się również siły przeciwnika, oddziały cesarskie i bokserów wyruszyły wspólnie na spotkanie Seymourowi i pokonały go w bitwie pod Langfang. 19 czerwca interwenci, porzucając większość ciężkiego wyposażenia, zawrócili do Tianjinu.

Od dwóch dni wyjęci spod prawa powstańcy, na mocy dekretu cesarzowej Cixi, mieli urzędowy status chińskiej milicji i nazywali się odtąd Stowarzyszenie w imię sprawiedliwości i pokoju, czyli ze starej nazwy tylko pięść poszła w zapomnienie. Pięść może kojarzyć się z gwałtem, a stowarzyszenie przywodzi na myśl harmonię oraz ład i bardziej przystoi milicji. Zwycięstwo nad oddziałami Seymoura wywołało falę entuzjazmu w całych Chinach, więc kiedy na dwór cesarski dotarła wiadomość, że wojska kolonialne opanowały strategicznie ważne forty Dagu, Cixi wydała armii rozkaz ataku na broniącą się przed bokserami dzielnicę poselską.

Tego samego dnia, 19 czerwca, rząd nakazał cudzoziemcom , aby opuścili Pekin w ciągu 24 godzin. Rankiem następnego dnia bokserzy zastrzelili niemieckiego posła Clemensa von Ketteler, który zmierzał do ministerstwa spraw zagranicznych z oficjalną skargą. Mimo przedłużenia ultimatum o następną dobę, jeszcze tego samego dnia oddziały chińskie rozpoczęły ostrzał dzielnicy ambasad. 21 czerwca dwór Qingów poczuł się na tyle silny, że wypowiedział oficjalnie wojnę wszystkim ośmiu pastwom , które kolonizowały Chiny: Niemcom, Japonii, Rosji, Wielkiej Brytanii, Stanom Zjednoczonym, Francji, Włochom i Austro-Węgrom. Do rządów poszczególnych prowincji przesłano dekrety nakazujące wymordowanie wszystkich cudzoziemców, a oddziałom bokserskim dano wolną rękę w łupieniu nabrzeżnych koncesji. Za dostarczenie żywego cudzoziemca cesarzowa wyznaczyła nagrody: 50 taeli za mężczyznę, 40 za kobietę i 30 za dziecko. W odpowiedzi na oblężenie swoich ambasad mocarstwa zawiązały koalicję i podjęły decyzję o zbrojnej interwencji, ale zanim ta ruszyła minęło kolejne osiem tygodni.

Przez dwa miesiące 43 obrońców dzielnicy poselskiej bohatersko i skutecznie odpierało ataki bokserów, chroniły ich grube mury, dobra taktyka walk i reglamentacja żywności (na koniec do zjedzenia mieli już tylko kucyki wyścigowe) oraz nieustająca wiara szturmujących w magię, która chroni od kul… Bronili blisko tysiąca cywili i żołnierzy korpusów cudzoziemskich oraz trzech tysięcy chińskich chrześcijan, którzy znaleźli tutaj schronienie. Głównie przeciw chrześcijanom szło bowiem to powstanie, przeciw misjonarzom i misjonarkom, masowo przyjeżdżającym do Niebiańskiego Cesarstwa łowić dusze oraz chińskim neofitom. Ci ostatni budzili w bokserach szczególną odrazę, gdyż nie praktykowali kultu przodków, nie posiadali konkubin, nie pracowali w niedzielę i nie mogli krępować swoim córkom stóp. Ponadto mieli status uprzywilejowanych, gdyż podlegali łagodniejszym przepisom prawnym, obowiązującym cudzoziemców, a więc jednocześnie stanowili obiekt zazdrości. Szacuje się, że w czasie powstania zamordowano około 240 misjonarzy i misjonarek, 30 tysięcy chińskich chrześcijan oraz 10 tysięcy cudzoziemców, którzy nie byli związani z kościołem.

Na odsiecz obrońcom pekińskich ambasad wyruszył korpus pod dowództwem Niemca, feldmarszałka Alfreda von Waldersee. Żegnając żołnierzy cesarz Wilhelm II Hohenzollern wygłosił swoją osławioną huńską mowę. Powiedział:

Tępić bez pardonu, nie brać jeńców, kto wpadł wam w ręce, niech ginie. Podobnie jak tysiąc lat temu Hunowie zdobyli sławę pod przywództwem swojego króla Attyli (…) tak niech zapisze się dzięki wam na tysiące lat w Chinach imię Niemców w taki sposób, żeby nigdy żaden Chińczyk nie odważył się chociażby krzywo spojrzeć na Niemca.

14 lipca 1900 roku wojska interwencyjne wylądowały w Tianjinie, odblokowując jednocześnie tamtejszą koncesję z miesięcznego oblężenia. Po spaleniu miasta dwudziestotysięczny korpus, składający się z żołnierzy japońskich, rosyjskich, amerykańskich, brytyjskich i francuskich, ruszył na Pekin. Chińczycy nie stawiali zorganizowanego oporu, wielu kluczowych dowódców qingowskich popełniło samobójstwo. Interwenci wkroczyli do Pekinu 14 sierpnia. Rozpoczęły się grabieże i gwałty, splądrowano m.in. Zakazane Miasto. Cesarzowa Cixi wraz z dworem zdołała uciec do Xi’anu. Zdobycie stolicy oznaczało faktyczny koniec powstania; opór był znikomy – w czasie marszu wojsk interwencyjnych całe wsie i dzielnice miast poddawały się bez walki, nie stawiając jakiegokolwiek oporu. Jednocześnie fanatyczni członkowie oddziałów Yihequan bronili się zaciekle do śmierci, wzbudzając zdumienie cudzoziemców. Powstanie zdołało objąć jedynie obszar północno-wschodnich Chin, ale karę za nie zapłaciło całe imperium.

Zgodnie z tzw. protokołem końcowym, panujący reżim zobowiązał się do wypłacenia interwentom w ciągu 39 lat gigantycznej kontrybucji, wartości 330 miliardów dolarów oraz do zamrożenia na dwa lata zakupów broni. Gospodarka chińska jeszcze bardziej uzależniła się od zachodnich mocarstw, stracono Mandżurię na rzecz Rosji, jedynym dobrym następstwem klęski było to, że rząd w Pekinie wziął się wreszcie za reformy. Dzięki nim m.in. zaczęto budować nowoczesną armię i system szkolnictwa oraz podjęto próby uzdrowienia aparatu urzędniczego, choć dni monarchii były już policzone. W 1911 roku przyszedł czas na republikę.

Francuski rysunek przedstawiający kolonialnych władców, dzielących tort w postaci Chin, 1898 rok (rys. Henri Meyer, domena publiczna)

Żołnierze bokserów (1900)

Starcie między bokserami i oddziałami angielsko-japońskimi.


Pisząc ten materiał, korzystałem z pracy Wojciecha Tomaszewskiego – Rewolucja Xinhai i upadek chińskiego cesarstwa oraz Wikipedii.

Frauenblick und wieder Prag (6)

Monika Wrzosek-Müller

Aus Prag mit einem Bein in der Welt

Nach wie vor völlig von Prag begeistert, füllt sich der Kopf mit verschiedenen Gedanken, wandert doch in andere Teile der Welt. Irgendwie kommt mir jetzt immer wieder die Yoga-Lehre von den drei großen Gottheiten des Hinduismus: Brahma, Vishnu und Shiva, in den Sinn. Das als Trimutri im Hinduismus bezeichnete Zusammenspiel zwischen Schöpfung, Erhaltung und Zerstörung gibt es auch in der christlichen Theologie und wird da Trinität genannt; wobei für mich da die Zuordnung nicht ganz klar ist – wer ist für was zuständig? Im Hinduismus dagegen ist es stark ausgeprägt und beeinflusst die ganze Philosophie in Bezug auf Individuen, aber auch auf alle Lebewesen einschließlich der Natur. Das Prinzip finden wir überall, ob bei Patanjali oder auch in den Veden; das Zusammenspiel der gegensätzlichen Kräfte und Neigungen, um ein Gleichgewicht zu erhalten, schwingt in allen Beschreibungen und Sutren mit. Krankheit wird somit als ein Verlust des Gleichgewichts angesehen und es wird empfohlen, daran zu arbeiten und sich zu bemühen, es wiederherzustellen. Alle Entwicklungen in der Geschichte, die mit Kriegen endeten, werden auf den Mangel an Harmonie und Gleichgewicht zurückgeführt. Natürlich sind diese Gedanken scheinbar sehr einfach und einfältig, doch sie enthalten viel Wahrheit über das Funktionieren von Individuen, aber auch von ganzen Gesellschaften oder gar Völkern. Wie reiht sich in diese Gedankengänge dann so eine Pandemie wie die jetzige ein?

Wenn man während der Pandemie, während des lock downs, von weitem, aus einem noch einmal anderen Staat, die Länder betrachtet, mit denen man verbunden ist – und in meinem Fall sind das mehrere: Polen als Geburtsland, Italien als Lieblingsland und Deutschland als Wohnort – dann werden die Unterschiede der Herangehensweisen so markant und deutlich, dass es einen manchmal selbst etwas überrascht und ängstigt, welche Züge und Merkmale besonders hervortreten. Man gerät leicht in Verallgemeinerungen und Vorurteile, deren Einfluss auf das Verstehen der Vorgänge eher gedämpft werden soll. Daher versuche ich diese Gedanken nicht weiter zu verfolgen oder aufzuschreiben…

Prag, dessen Schönheit ich hier mehrmals beschrieben habe, ist für mich ein Paradebeispiel der Erhaltung im weitesten Sinne des Wortes, obwohl es in der Vergangenheit und der näheren Gegenwart nicht an Beispielen für gründliche Veränderungen gefehlt hat.

Den ersten wunderbaren Umbau auf der Kleinseite unterhalb des Schlosses hat Wallenstein, der eigentlich Albrecht Wenzel Eusebius von Waldstein hieß, Herzog von Friedland usw., angeregt. Er kaufte ein riesiges Areal auf, ließ 26 Häuser abreißen und baute in den Jahren 1623 bis 1630 darauf ein Schloss der Superlative. Wenn man bedenkt, dass Wallenstein (so wie wir ihn von Schiller kennen) schon 1634 von einem kaisertreuen Soldaten ermordet wurde, weil er für alle rundherum zu mächtig, zu störrisch, zu stolz und vor allem zu reich geworden war, konnte er sich selbst nicht allzu lang an der Schönheit des Palastes, der Loggia und des weitläufigen Gartens erfreut haben. Wenn man durch diese Anlage wandert, die 1992 Sitz des Senats der Tschechischen Republik wurde, wird einem klar, warum die anderen mächtigen Herren eifersüchtig auf ihn waren. Die Kompliziertheit der politischen Verflechtungen und der Lage sowie der Persönlichkeit Wallensteins hat Schiller in seiner Trilogie der Wallenstein-Dramen dargelegt. So oder so ist es eine der schönsten Anlagen, die ich je gesehen habe; sie ist im Stil des sehr frühen böhmischen Barock errichtet, enthält aber Elemente der Spätrenaissance in manieristischem Stil, daher ist sie lebendig, offen und inspirierend. Die Loggia zum Garten hin erinnerte mich sehr an die Loggia der Villa Schifanoia in San Domenico bei Fiesole. Meine Intuition hatte mich nicht im Stich gelassen: sie wurde auch nach dem Vorbild der Loggia des Domes in Livorno von einem toskanischen Architekten errichtet. Drei große Bögen öffnen sich freizügig zur Gartenseite hin, dahinter befinden sich die große sala terrena und davor ein wunderschön angelegter Garten, der gerade eine aufwendige Renovierung erfahren hat. Einige der Elemente wie die Felsimitationen und die künstliche Tropfsteinhöhle, die Grotte, erinnern mich wiederum stark an Giardini di Boboli in Florenz. Der Blick von der Loggia fällt auf ein Spalier von Skulpturen des niederländischen Bildhauers Adriaen de Vries. Leider wurden die Originale während des Dreißigjährigen Krieges von den schwedischen Truppen geraubt und stehen (bis auf eine Figur der Venus) angeblich noch heute noch im Schloss Drottningholm. Hinter dem Labyrinth und einer höheren Buchenhecke kommt man an einen wirklich tiefen, mit sehr schönen Wasserpflanzen geschmückten Teich mit allerlei großen und wertvollen Fischen. In der Mitte des Teiches gibt es eine kleine Insel mit Springbrunnen, alles in stattlicher Größe und alles wirklich minuziös sauber und gepflegt gehalten. Nach der Renovierung des Gartens kamen auch noch weiße und bunte Pfauen dazu, die gemächlich und sehr würdevoll auf dem kurz gehaltenen englischen Rasen spazieren und mich wiederum an den Garten in der Villa Meleto erinnern, in der wir unzählige Sommerferien verbracht haben. Im Garten des Palais Wallenstein finden im Sommer Theateraufführungen statt. Um die Geschichte der wirklich einmaligen Anlage zu vervollständigen, sei erwähnt, dass ein Nachkomme der Wallensteins sie übernommen hat, der während der Nazizeit in die NSDAP eingetreten ist; daher wurde das Schloss nach dem Krieg verstaatlicht. Doch bis zum Jahr 1955 lebte in dem Palais eine Gräfin von Waldstein mit ihrer Kammerfrau; sie starb mit 104 Jahren. Dabei musste ich an die Erzählungen über den polnischen Grafen Stanisław Potocki denken, der nach seinem Tod in Lima in Łańcut bestattet wurde und der nach 1989 oft das Schloss und den Garten besucht haben soll.

Die nächste Veränderung die mir in dieser grundsätzlich auf Erhaltung fixierten Stadt auffiel, war die Auflösung des Ghettos und der alten Judenstadt in den Jahren zwischen 1898 und 1913: Eingemeindung derselben unter dem Namen Josefov, als IV Prager Bezirk. Die umliegenden Häuser wurden um 1900 mit Jugendstil-Fassaden, in Anlehnung an Pariser Architektur, erbaut und eine Prachtachse vom Altstädter Ring bis zum (heutigen) Metronom oben auf dem Letna-Park mit dem Namen Pariser Straße errichtet. Heutzutage ist das die erste Adresse für die teuersten Läden in Prag: Gucci, Louis Vuitton, Burberry, Prada, Armani, Escada, Dior, Boucheron, Karl Lagerfeld, Givenchy, Hermes, Versace, Chanel und viele mehr. Von der alten Judenstadt sind einige Synagogen und der älteste jüdische Friedhof Europas erhalten geblieben.

In der neuesten Zeit ist ein durchaus gelungenes Objekt dazugekommen: das Tanzende Haus, tánčici dům. Der Komplex steht am Moldauufer, am Rasinovo nábřeži, daher aus allen Erhebungen, vom Petřin auf der anderen Moldauseite gut sichtbar, errichtet auf einem Grundstück, das länger brach gelegen hatte. Dafür wurde nicht einmal etwas abgerissen, denn das Eckhaus, das an der Stelle vor dem Krieg stand, wurde versehentlich bei einem amerikanischen Luftangriff auf Prag am 14.02.1945 zerstört. Václav Havel wohnte in der Nachbarschaft und hat das Projekt von Anfang an unterstützt; es sollte ein Kulturzentrum beinhalten, davon ist eine Galerie übriggeblieben, alles andere wird eher kommerziell genutzt (ein Super-Hotel, ein sehr teures Restaurant und Café). Es ist vielleicht das am meisten abgebildete moderne Gebäude in Prag, es reiht sich mit seiner verspielten Fassade in das Meer der schönen Häuser am Moldauufer ein und es sticht aus ihnen heraus. Es wurde von den bekannten Architekten Vlado Milunic und Frank O. Gehry entworfen; in Prag wird es liebevoll Ginger & Fred genannt, denn die Fassade scheint wirklich in Bewegung zu sein, so als ob die beiden Häusertürme tanzen würden.

Natürlich hat die Epoche des Sozialismus/Kommunismus im Bild der Stadt ihre Spuren hinterlassen, hier wird diese Architektur Prager Brutalismus genannt; es sind vor allem große Hotels und Zentren, die in den sechziger und siebziger Jahren entstanden. Viele Menschen assoziieren sie mit dem Kommunismus, doch wurde in diesem Stil in der ganzen Welt gebaut. Auch diese Bauten, wie z.B.: das Kaufhaus Kotva oder Kaufhaus Máj, der neue Bühnenbau des Nationaltheaters, um nur die bekanntesten in der Stadtmitte zu nennen, sie alle fügen sich doch irgendwie in das Stadtbild und machen es auch lebendiger, bei allen erhaltenden Elementen, an denen gerade diese Stadt so reich ist.

Wenn man aber mit Bildern des zerstörten Warschau aufgewachsen ist, erscheinen einem diese Dimensionen der Zerstörung und Erneuerung sehr zurückhaltend und, sagen wir, minimalistisch. Was auffällt, ist die wunderbare Harmonie, Weichheit und Menschlichkeit, die auch auf die geografische Lage, die Hügellandschaft und die mäandrierende Moldau zurückgeht. Gut, dass vieles in das UNESCO Weltkulturerbe aufgenommen worden ist und hoffentlich auch neue Generationen erfreuen wird.

Sąsiedzi 19

Teresa Rudolf

Lesio/ Lesław

Regina weszła do sypialni Lesia, by zbudzić go na śniadanie.

– Lesławie, wstawaj, już dziewiąta, śniadanie na stole. Tu masz swoją laseczkę, chodzisz coraz lepiej już… no, hop, hop, umyj się, w tym czasie zrobię kawę.
Lesław dość niechętnie dziś wstawał, nie widział sensu dnia, który miał właśnie nadejść. Zaczął się rzeczywiście coraz lepiej poruszać, ale zdawał sobie sprawę, że gdyby nie to zamknięcie w domach z powodu groźnej dla całego świata epidemii, na pewno miałby już rehabilitację w jakimś  dobrym policyjnym, lub wojskowym sanatorium.
A tak musiał ćwiczyć pod dyktando bezwzględnej Reginy, która zapowiedziała, że nie będzie lekko, skoro bierze za swą pracę pieniądze i to niemało.
Jej zdaniem robił postępy, ale sam wolałby jeszcze szybciej stanąć na nogi, by móc samodzielnie żyć.
To uzależnienie od drugich osób wyraźnie go upokarzało, a już od Reginy specjalnie.
Często przed snem dopadały go przebłyski wspomnienia, o tym, co stało się tego feralnego poranka, gdy został napadnięty i prawie ze skutkiem śmiertelnym, pobity.
Całą prawą stronę ciała miał wtedy prawie zmiazdżoną kijem bejsbolowym, kiedy leżąc już na ziemi, tą stroną “wystawił” się napastnikom.
Wszystko działo się  bardzo szybko, natychmiastowy ból uderzanej głowy nie pozwolił na jakąkolwiek percepcję sytuacji. Poza zakapturzonymi męskimi postaciami, nie pamiętał ani ilu ich było, ani też, jak byli ubrani. Zapamiętał tylko, że słyszał jakieś męskie głosy i chyba zdanie: “przestań, bo go zabijesz”.

Szybko stracił przytomność i podobno dopiero po wielu, wielu godzinach ocknął się w szpitalu policyjnym. Nie czuł wtedy za wiele, poza otumanieniem ciężkimi środkami przeciwbólowymi, nawet język był jakby sparaliżowany. Nie mógł normalnie mówić. Pamiętał teraz jak przez mgłę, że byli  u niego w sali, bardzo krótko, jacyś dziennikarze z TV, pamiętał flesze aparatów fotograficznych
i to, że siostra oddziałowa wszystkich wyrzuciła z sali.
Pózniej niewyraźnie, przez bandaże na twarzy, widział bardzo zamazane twarze kobiet, w tym jedna z kobiet miała rude włosy jak Regina, jednak to nie była ona. Jak się później okazało, były to sąsiadki z drugiego piętra, pani Klara i Filomena. W tym momencie znali się w tŕójkę bardzo powierzchownie, ba, ich wzajemny stosunek był dotąd niezbyt przyjazny.
Jak się to wszystko niemal z dnia na dzień zmieniło, pomyślał…
Na początku odwiedzali go też koledzy z pokrewnych detektywistycznych kancelarii, na ogół w jednym, jedynym celu, by jak najwięcej dowiedzieć się o przebiegu tamtego porannego napadu.
Wyczuwał strach siedzący im na karku, bali się, wyraźnie, bali się na pewno tego, że mogą stać się kiedyś również ofiarami. Ponieważ nie miał im zbyt wiele do powiedzenia, te odwiedziny skończyły się dosyć szybko. No i dobrze, pomyślał.
Natomiast policja pojawiała się często, stawiając wiele pytań, niektóre z nich były dość  irytujące, wkraczające brutalnie w prywatne życie, lub też drobiazgowo w pracę zawodową, coraz bardziej  jednak zawężając listę jego klientów, mogących wchodzić w grę jako osby podejrzane.

Od wielu lat zajmował się bardzo niewdzięczną, lecz dobrze płatną klientelą, a zawsze chodziło o to samo, zdrady partnerów żyjących w stałych związkach.
Sam osobiście miał zdecydowany wstręt do grzebania się w najbardziej obrzydliwych zakamarkach zachowań ludzkich, w  kłamstwach, trikach, by oszukać tę drugą osobę pod każdym względem, często nie tylko damsko-męskim, ale również finansowym. Na jego oczach dokonywały się tragedie ludzkie, szklane domy z hałasem rozpadały się na miazgę, a domki z kart, jak w dziecinnych zabawach, w jednej sekundzie leżały żalośnie przed nosem obojga partnerów życiowych.
Zakłamana rzeczywistość nagle śmiała się szatańskim chichotem, łaskocząc dumę i wstyd czlowieka, a wzbudzając bezbrzeżną agresję przegrywającego.
Można by parę  kryminalnych ksiąg napisać o każdej rozstającej się parze, myślał.
Policja podejrzewała, że jego ostatni dramat leży właśnie w tym ogromnym śmietniku ludzkich spraw,
gdyż chyba dogrzebał się niezłego dynamitu. Sam również myślał, że parę śledzonych przez niego osób, mogło było mieć poważny powód, by go chwilowo, lub na zawsze uciszyć. Na myśl o tym dostawał gęsiej skórki, a nawet ataków paniki. Nie wiedzał nawet, czy jeszcze kiedyś będzie się czuł na tyle pewnie, by wyjść znów normalnie na ulicę.
Jeden z policjantów, kiedy zauważyl, że mówienie o pracy i jej niebezpieczeństwach, kosztowało Lesia wiele wysiłku i powodowało intensywne trudności w oddychaniu, zaproponował mu ostrożnie, by wziął może pod uwagę psychoterapię lub traumaterapię.
Teoretycznie istniała nawet możliwość, by Lesio skorzystał z takich rozmów u psychologa policyjnego, ale z powodu pandemii, nie doszło nawet do pierwszego spotkania.

Najgorsze było dla Lesława jednak to, że cała historia, która mu się przydarzyła, ocierała się bardzo blisko o jego własne, w niektórych aspektach niezbyt chlubne życie, w którym to również swe partnerki oszukiwał, zdradzał, okłamywał, specjalizując się  w tym wszystkim, z dnia na dzień coraz bardziej, tak doskonale wręcz, że nigdy przecież “nie wpadł”.

Teraz patrząc na to, autoironicznie myślał, że dzięki temu, mógł się dużo szybciej i lepiej wcielić w mentalność zdradzającego.
A zaczęło się to natychmiast po rozstaniu z Reginą, która udowodniła mu, jak można być ślepym, głuchym, naiwnym, jak można niczego nie wiedzień i nie spostrzec, że się jest od dawna zdradzanym. Nie tyle ta jej zdrada go maksymalnie załamała, ale fakt, że sam przenigdy by tego nie przypuścił.
Kiedy na koniec, przed samym rozstaniem wykrzykiwali sobie nawzajem wszystkie oskarżenia, dowiedział sie, że “oczywiście taki zadufany w sobie bufon, nie mógłby nawet założyc, że jego kobieta mogłaby kogoś innego poza nim jeszcze zobaczyć, sama już dawno  będąc niewidzialna!!!!”.
– Odbiło ci w tych Stanach, krzyczała wówczas, uwierzyłeś naprawdę, że jestes drugim Presleyem, a ja glupiutką, młodziutką Priscillą u twego boku, śmiała się, czasem jednocześnie histerycznie płacząc.
To prawda, zostawiał ją samą na całe godziny i dni, a ona, coraz bardziej samotna, dość dlugo w tym związku tylko czekała. Tylko czekała, a przecież była  w innym kraju i to dla niego w tym kraju została.

– No, wreszcie możemy zjeść śniadanie, ale dzisiaj to się guzdrałeś Lesławie, stwierdziła Regina.
Na bardzo estetycznie, jak zwykle, przygotowanym stole, było świeże pieczywo, masło, pomidory, ogórki, wędlina (uwielbiał kabanosy), świeży twarożek i inne smakołyki, do wyboru, do koloru.
Kiedy Lesław tak patrzył na to wszystko, pomyślał, że kiedy byli parą, nigdy się tak na codzień nie starała, odwrotnie, cokolwiek robiła, było to jakby wymuszone,  i ta “bylejakość” była bardzo irytująca.
– Regino, ależ ty się w niektórych sprawach zmieniłaś, jesteś teraz trochę inną osobą niż ta, jaką kiedyś znałem!, powiedział.
– No, no, nie nakręcaj się już tak, po prostu zawsze sumiennie wykonuję swą  pracę, by nie można mi nigdy, niczego zarzucić. Jesteś dla mnie  jedynie “przypadkiem”, którym się teraz zajmuję, a przecież szukałam pracy, powiedziała miękko, zarumieniona, głosem zupełnie nieadekwatnym do tekstu…
Nagle zmieniła barwę głosu: Poza tym trudno mi uwierzyć w to, co mówisz, po tym, jak sobie teraz pozwalałeś mnie traktować, jak trujące powietrze i gdyby moja obecność tutaj nie była właśnie pracą, wyszłabym już stąd po dwóch dniach.
– Ależ, to ty byłaś tak okropna dla Salomona, kiedy tu te parę godzin przebywał, że myślałem już, że mu coś zrobisz, odpowiedział. Wiesz przecież jak go kocham, dodał.
-No i co zrobiliśmy z tego naszego życia?, zapytała Regina raczej samą siebie cichutko, spoglądając nieśmiało i smutno na bezradnego, również smutnego Lesława, a mamy przecież też tyle pięknych wspomnień, dodała jeszcze ciszej i nie czekając już na żadną odpowiedź, wyszła z pokoju.

Don Quijote… Don Qui… jote (Barataria)

Elem und German Klimow
Spiegel 19.08.1991

Ein russischer Don Quijote

Gefunden von Arkadiusz Łuba. Danke!

Der Regisseur Elem Klimow hat gemeinsam mit seinem Bruder German ein Drehbuch über Michail Bulgakows berühmten Roman „Der Meister und Margarita“ geschrieben. Für den SPIEGEL porträtieren die Brüder den Schriftsteller und russischen Volkshelden, der gegenwärtig auch in Deutschland eine Renaissance erlebt.

Kaum zu glauben, daß in diesem Jahr ein volles Jahrhundert vergangen ist, seit Michail Afanassijewitsch Bulgakow geboren wurde: In seiner Heimat noch immer einer der meistgelesenen und beliebtesten Schriftsteller. Woran liegt es, daß seine Werke, die in den zwanziger und dreißiger Jahren geschrieben wurden, auch heute noch so zeitgenössisch und aktuell sind? Wie konnte es geschehen, daß all das, was er voraussah, eintraf – was erst wir, die Menschen einer nachfolgenden Generation, bestätigen können? Unzweifelhaft ist Bulgakow mehr als nur ein hochbegabter Schriftsteller. Er ist ein Phänomen.

Bulgakows Aufstieg und Sturz waren einzigartig und dramatisch. Nach seinem strahlenden Auftauchen am Literaturhorizont, nach einer unglaublichen Popularität in der zweiten Hälfte der zwanziger Jahre, trat in seinem Leben 1929 eine Katastrophe ein. Gedungene Kritiker erklärten Bulgakow zum Feind des Systems. Dann wurde sein Name ganz aus dem Verkehr gezogen. Der Schriftsteller war noch am Leben, aber er war lebendig begraben.

Erst 1962, 22 Jahre nach dem Tod Bulgakows, erscheint die Moliere-Biographie, die er schon 1933 geschrieben hat. Erzählungen, Theaterstücke und der Roman “Die weiße Garde” folgen. Der Bekanntheitsgrad Bulgakows steigt ständig und erreicht seinen Höhepunkt, als die Zeitschrift Moskwa Ende 1966 den Roman “Der Meister und Margarita” zu drucken beginnt. Die Publikation wirkt als Sensation. Schon am Erscheinungstag sind die beiden Moskwa-Nummern, in denen der Roman abgedruckt ist, ausverkauft. Bald sind sie eine bibliographische Rarität und gehen von Hand zu Hand. Man liest buchstäblich Löcher hinein.
Das phantastische Sujet, wie Satan persönlich inmitten seiner unglaublich farbenprächtigen Truppe in Moskau eintrifft, begeistert die Leser. Ebenso die Phantasmagorie der sowjetischen Lebensweise, deren “Besonderheit” bis auf den heutigen Tag kein Mensch, der seine fünf Sinne beisammen hat, begreifen oder erklären kann. Die sogenannten antiken Kapitel mit ihrer großen Überzeugungskraft und der sehr eigenwilligen Beschreibung, wie Pilatus Jesus Christus verhört, und die Hinrichtung am Kreuz. Und natürlich die beklemmend traurig stimmende Liebesgeschichte zwischen dem Meister und Margarita.
Man rühmt Bulgakows Sprache, genießt seinen glänzenden Humor, ist von der Handlung gefesselt: Urplötzlich wurde das ganze Land wie von einer Epidemie von dem ergriffen, woran Bulgakow während der letzten zehn Jahre seines Lebens gearbeitet hatte, als viele ihn schon nicht mehr unter den Lebenden wähnten. So erfüllte sich der prophetische Satz, den eine der Figuren seines Werkes sagt: “Manuskripte brennen nicht.”
Schnell wurden die Romane, Erzählungen und Theaterstücke Bulgakows in viele Weltsprachen übersetzt, sein Ruhm drang über die Grenzen der Sowjetunion hinaus. Gabriel GarcIa Marquez nannte den Roman “Der Meister und Margarita” sein Lieblingsbuch und erklärte ihn zur bedeutendsten Erscheinung in der Literatur des 20. Jahrhunderts.
Mitten in Moskau, an den “Patriarschije Prudy”, dort, wo die Handlung des Romans “Der Meister und Margarita” spielt, finden seit zwei Jahren grandios inszenierte Bulgakow-Feste in allen erdenklichen Kostümierungen statt. Dann versammeln sich an jenem Ort so viele Leute, daß buchstäblich “keine Stecknadel zu Boden fallen kann”: So wird nur ein echter Volksschriftsteller verehrt.
Zum erstaunlichsten Zeugnis für die Liebe des ganzen Volkes zu diesem Schriftsteller ist aber vielleicht das Haus am “Sadowoje Kolzo” geworden, und zwar das Treppenhaus im Hof, dort, wo in der Wohnung Nummer 50, in einem der Zimmer, Bulgakow zu Beginn der zwanziger Jahre lebte und darbte und wo er in seiner Phantasie Voland (Satan) und seine verrückte Truppe ansiedelte.
Das Treppenhaus verwandelte sich in einen Klub eigener Art. Dann fingen die Hausbewohner an, sich zur Wehr zu setzen. Sie überstrichen die Wandmalereien mit Ölfarbe, aber vergebens, denn in kurzer Zeit begann alles wieder von neuem. Auf den Wänden des Treppenhauses ging es wieder lebhaft zu, Zeichnungen und Aufschriften erschienen nacheinander.
Nach einer gewissen Zeit drangen sie dann sogar nach außen und erschienen auf den Wänden des Hauses. Charakteristische Aufschriften lauteten: “Voland, hilf Gorbatschow, er kommt nicht klar”, “Die sowjetischen Kater (Zuhälter) sind die fortschrittlichsten: Sie sind für die Perestroika”, “Haltet die Erde an, ich will aussteigen”. Aus den Adressen konnte man ungefähr die gesamte Geographie des Landes lernen.
Auf Bitten der geplagten Einwohner wurde am Eingang des Portals ein Milizkordon postiert, aber der Kordon wurde durchbrochen, die Wände und jetzt auch die Fenster wurden unerbittlich bemalt und beschrieben. So wurde das Treppenhaus auf Eigeninitiative in ein Volksmuseum umgewandelt. Durch Bemühungen der Künstlerverbände und vieler Enthusiasten kämpft man jetzt dafür, daß das gesamte Haus, in dem noch viele andere bekannte Maler, Dichter, Schriftsteller lebten und arbeiteten, in ein Kulturzentrum mit Museen, Bibliotheken, Theatern und Cafes umgewandelt wird. Wenn wir uns durchsetzen, entsteht auf der Karte Moskaus ein neuer Begriff: “Das Bulgakow-Haus”.
Der Schriftsteller wurde am 15. Mai 1891 in Kiew in einer Familie von Geistlichen geboren. Sein Vater war Dozent, später Professor an der Geistlichen Akademie. Der junge Michail Afanassijewitsch plagt im Gymnasium die Mitschüler und Lehrer mit Satiren und Epigrammen. Seine Begeisterung für die Literatur nimmt er jedoch selbst noch nicht ernst. Er wird Arzt und amputiert 1916 an der Front Beine von Verwundeten. Nach der Revolution arbeitet er als Landarzt, fühlt sich aber immer stärker zur Literatur hingezogen.
Die ersten fünf Stücke, die er im Norden des Kaukasus verfaßt, vernichtet der Autor anschließend unbarmherzig selbst. Schließlich zieht er 1921 nach Moskau und sucht sich Wohnung und Arbeit. Er verdingt sich als Zeitungsjournalist, Conferencier, Schauspieler, wird Feuilletonist bei der Zeitung der Eisenbahner, Gudok. Er schreibt immer sicherer, zeitweilig glänzend und sehr leicht.
Als Meister der Mystifikationen und des spontan inszenierten Spiels ist Bulgakow die Seele seines Freundeskreises. Gleichzeitig hält er immer Distanz, wird niemals familiär. In seinen Feuilletons macht er sich über die naive, fade Lebensweise, über den plebejischen Stil des sowjetischen Lebens lustig. Bulgakow setzt sich auch äußerlich davon ab: Ungeachtet der ewigen Geldknappheit erregt er allgemein Erstaunen mit seiner weißgestärkten Hemdbrust, dem tadellos gebügelten Anzug, dem makellosen Scheitel und dem Monokel an der Schnur.
Gar nicht zu reden von den betont aristokratischen Manieren. So verteidigte er seine Selbstachtung gerade in den Jahren, als die Achtung vor dem einzelnen immer mehr verlorenging. Niemand hätte damals wohl erraten, daß dieser glänzende Herr die Nächte hindurch selbstvergessen schwer arbeitete. Alles, was er schrieb, war eine Herausforderung an das, was um ihn herum vorging, es war eine Warnung vor drohenden Nöten und den Folgen jener sozialen Experimente, die die Bolschewiken an dem Lande vornahmen.
Bei den phantastischen Novellen Bulgakows muß man an Swift, an E. T. A. Hoffmann und natürlich an Gogol denken, den Bulgakow als seinen Lehrer bezeichnete. In der 1925 entstandenen Novelle “Hundeherz” ironisiert der Schriftsteller den Satz aus der Revolutionshymne, der “Internationale”: “Ein Nichts zu sein, tragt es nicht länger, alles zu werden, strömt zuhauf!” und erzählt, wie ein genialer Mediziner, Professor Preobraschenski, einen Hofhund in einen Menschen verwandelt, indem er ihm ein menschliches Gehirn einpflanzt.
Mit tödlichem Humor wird gezeigt, was aus diesem Experiment geworden ist. In der Vorstellung des Lesers entsteht jener schreckliche Sozialtypus, der mit nichts zu vergleichen ist und den unsere heutige Umgangssprache kurz als “Sowok” (in lateinischer Übersetzung “homo sovieticus”) bezeichnet.
Schon im Titel eine Herausforderung ist der Roman “Die weiße Garde”, denn dies ist ein Roman über den weißen Offiziersstand, der durch die Revolution dem Untergang preisgegeben ist. Mit Liebe wird die pro-monarchische Familie Turbin beschrieben, mit nostalgischem Schmerz erzählt, wie eine ganze Schicht der aristokratischen Kultur im Dunkel der Zeiten versinkt.
Alsbald interessiert sich das berühmteste sowjetische Theater, das “Moskauer Künstlertheater”, für “Die weiße Garde”, aber das Stück “Die Tage der Geschwister Turbin” (nach Motiven der “Weißen Garde”) läßt die Zensur nicht passieren; alles steht auf der Kippe. Erst das Ultimatum des großen Regisseurs Stanislawski, daß er sein Theater andernfalls schließen werde, ermöglicht schließlich die Inszenierung.
Die Premiere ist ein Triumph, und dieser Triumph wird dann fast tausendmal wiederholt. So wird Bulgakow 1926 berühmt. Das Publikum vergöttert ihn, und während die Parteikritik über das Stück herfällt, schwebt paradoxerweise der rettende Schatten des großen Führers über der Bühne.
Es ist bekannt, daß Stalin nach den Protokollen des Künstlertheaters das Stück “Die Tage der Geschwister Turbin” nicht weniger als 15mal gesehen hat. Wir scheinen hier vor einem unlösbaren Rätsel zu stehen: Hat etwa der Theaterfreund Stalin über den Politiker Stalin gesiegt? Es gibt aber noch eine andere Erklärung: Im Gespräch mit Künstlern soll Stalin ausgerufen haben: “Ja, Bulgakow geht richtig ran! Der bürstet gegen den Strich!”
Der Tyrann schätzte die “Gebildeten” nicht. Sie schreien und schreien, sagte er sich wohl, aber wenn man sie unter Druck setzt, dann geben sie Pfötchen. Häufig wählte er selbst das Opfer aus, das an der Reihe war, geschickt hetzte er den ganzen Apparat des ideologischen Terrors darauf, darunter auch die Kritik und die Redakteure. Bei Bulgakow sah Stalin plötzlich eine rückhaltlose Gradlinigkeit und Unnachgiebigkeit, das großartige Gefühl der eigenen Würde.
Aber “achtete” etwa Stalin den starken Gegner, ließ er ihn aus Edelmut am Leben, wie man annehmen könnte? Zweifel sind angebracht. Es besteht Grund zu der Annahme, daß er sich entschied, den Verwegenen auf die Probe zu stellen.
Bereits 1929 sind alle Stücke Bulgakows aus den Spielplänen der Theater verschwunden, und Bulgakow hat jegliche Hoffnung verloren, etwas gedruckt oder überhaupt noch Arbeit bekommen zu können. Am 28. März 1930 schreibt er einen Brief an Stalin. Sein Ton ist scharf und direkt. “Mit einem verlogenen Brief, in dem ich mich selbst beschmutze und dazu noch einen naiven politischen Bückling mache, würde es mir wohl kaum gelingen, mich vor der Regierung der UdSSR in einem günstigen Licht darzustellen. Den Versuch, ein kommunistisches Stück zu schreiben, habe ich erst gar nicht unternommen, da ich genau weiß, daß ich ein solches Stück nicht zustande bringe.
“Ich bitte zu berücksichtigen, daß ein Schreibverbot für mich gleichbedeutend ist mit einer Beerdigung bei lebendigem Leibe… Ich bitte die Regierung der UdSSR, mich innerhalb einer bestimmten Frist ausreisen zu lassen.” Falls man ihm dies abschlage, bitte er darum, als Regisseur, Statist oder wenigstens als Bühnenarbeiter beschäftigt zu werden.
Die Antwort trifft am 18. April 1930 ein, es ist der berühmte Telefonanruf Stalins. In dem Gespräch mit Bulgakow schlägt er ihm vor, sich beim Künstlertheater zu bewerben, wo er tatsächlich alsbald als Regieassistent angenommen wird.
Viele sahen darin ein unerhörtes Wohlwollen des großen Führers, hatte er doch Bulgakow wegen seines Briefes nicht vernichtet.
Im Leben Bulgakows ändert sich nichts außer der geringfügigen Bezahlung am Künstlertheater, wo er als Regieassistent und Schauspieler in kleinen Rollen arbeitet, dann zum Bolschoi-Theater geht, wo er Opernlibretti verfaßt. Nochmals schreibt er an Stalin und bezeichnet sich als den “einzigen literarischen Wolf” auf dem Feld der russischen Literatur.
“Man hat mir geraten, das Fell zu färben, das ist ein dummer Ratschlag. Man mag den Wolf färben, man mag ihn scheren, er wird doch nicht einem Pudel ähnlich.”
Auf diesen Brief erhält Bulgakow keine Antwort mehr. Gerade zu dieser Zeit erkrankt er an einer Neurasthenie mit Anfällen unbewußter Angst, mit Furcht vor der Dunkelheit. Während eines solchen Anfalls verbrennt er den Entwurf eines Romans über den Teufel. Aber der Plan ist in dem Schriftsteller schon fest verwurzelt, und nach kurzer Zeit beginnt er von neuem. In dem Roman taucht jetzt auch das Thema Liebe auf, und deshalb gibt er ihm schließlich den endgültigen Titel “Der Meister und Margarita”.
Ohne seine Frau Jelena Sergejewna, die er 1929 kennenlernt, hätte er seinen einsamen Kampf kaum so lange durchgestanden. Sie bringt es fertig, daß in den schlimmsten Hungerjahren ihr Haus für die Freunde immer gastfrei und offen ist. In den Tagen der tödlichen Krankheit, als er schon fast blind ist, diktiert Bulgakow seiner Frau die letzten Seiten seines Werkes, er korrigiert es wieder und wieder.
“Auf dem Sterbebett sagte er”, so erinnert sich Jelena Sergejewna: “Vielleicht ist es so richtig . . . was hätte ich noch nach dem ,Meister’ schreiben können?” In diesem Roman wird er sich seines Schicksals bewußt, so als betrachte er sich von außen, er rechnet mit dem Leben ab, mit den Feinden, und er tut es leicht, elegant, fröhlich.
Für Stalins 60. Geburtstag im Dezember 1939 soll Bulgakow ein den Führer verherrlichendes Theaterstück schreiben. Er weigert sich lange, gibt aber schließlich dem Druck nach und liefert das Stück “Batum” über Stalins revolutionäre Jugend ab.
Aber unverhofft wird eine ablehnende Äußerung Stalins bekannt; offensichtlich wünscht er nicht, die Aufmerksamkeit auf seine Jugend zu lenken, die er in einem Priesterseminar verbracht hat. Vielleicht befriedigt ihn allein die Tatsache, daß der ungehorsame Bulgakow das Stück über ihn geschrieben hat.
Das ist eine öffentliche Ohrfeige. Buchstäblich am Tag nach der negativen Nachricht beginnt er, das Augenlicht zu verlieren, er trägt eine schwarze Brille und verläßt überhaupt nicht mehr das Haus. Die in ihm schlummernde Krankheit (Nierensklerose) beginnt, sich dramatisch zu verschlimmern, und Bulgakow stellt sich als Arzt selbst die Diagnose. Er begreift, was ihm bevorsteht: Lähmung und ein langsames, qualvolles Sterben.
Der Roman, dem er die letzten Jahre gewidmet hat, muß beendet werden. Mit Mühe und Not diktiert er seiner Frau die letzten Seiten: “Oh, ihr Götter! Wie traurig ist die abendliche Erde! Wie geheimnisvoll brauen die Dünste über den Mooren! Wer durch diese Dünste irrte, wer vor dem Tode litt, wer über diese Erde hinwegflog, beladen mit überschwerer Bürde, der weiß das. Der Müde weiß es. Ohne Bedauern verläßt er die Nebel der Erde, ihre Sümpfe und Flüsse, und gibt sich leichten Herzens dem Tod in die Hände, wissend, daß nur er ihm Frieden schenkt.”
Schon als der Roman “Der Meister und Margarita” 1966 erstmals veröffentlicht wurde, dachten viele unserer Kollegen an seine Verfilmung; man stritt darüber, wer dazu in der Lage ist, wem diese Ehre gebührt. Andrej Tarkowski hatte den “Meister” in seine Pläne einbezogen, auch Federico Fellini dachte darüber nach. Die besten sowjetischen und internationalen Regisseure zerbrachen sich den Kopf darüber, wie die zauberhafte Magie der Werke Bulgakows auf der Leinwand in sichtbare Bilder umzusetzen ist.
Die mystische Einbildungskraft des Schriftstellers überstieg bei weitem die technischen Möglichkeiten des Kinos. Wie sollte man zum Beispiel eine über die Erde fliegende Frau aufnehmen, die wünschte, unsichtbar zu werden; wie sollte man einen großen, sprechenden, trinkenden und rauchenden schwarzen Kater darstellen?
Außerdem gab es drei völlig verschiedene Ebenen in dem Roman (die realistische, phantastische und religiöse), die von dem zukünftigen Regisseur ganz unterschiedliche Talente erfordern, die nur selten zusammentreffen.
Aber dennoch ließen sich die Filmleute auf die Herausforderung ein. In der UdSSR wurde der Impuls jedoch ziemlich schnell erstickt. Einer der damaligen Funktionäre, der für das Kino zuständig war, sagte sogar, solange die Sowjetmacht im Lande herrsche, werde dieser Roman nicht verfilmt.
Ausländische Versuche, den Roman zu verfilmen, mißlangen: Der Inhalt des Buches ging dabei verloren, und die Bemühungen, den phantastischen Teil des Themas darzustellen, scheiterten total. Auch die geringe Kenntnis der tatsächlichen Verhältnisse des sowjetischen Lebens in den dreißiger Jahren trug nicht zum Erfolg bei.
Hinzu kommt: Eine ganze Armee von Apologeten hat jede Zeile dieses Buches für absolut genial erklärt, das heißt für unberührbar. Kann man aber Kunst hervorbringen, wenn man auf den Knien liegt? Diese Frage hat Bulgakow selbst beantwortet, der die “Toten Seelen” des von ihm vergötterten Gogol recht frei inszenierte. Wir haben den gleichen Weg eingeschlagen. Als Überschrift zu dem Kinoprojekt “Der Meister und Margarita” könnte man schreiben: “Freie Phantasien über das Thema eines beliebigen Romans.”
Für das Abfassen des Drehbuchs haben wir fast zwei Jahre gebraucht. Wir wollten alles lesen, was der Autor auch gelesen hat, als er an diesem Werk arbeitete. Wir wollten sein ganzes Leben noch einmal durchleben, und für diese reiche Erfahrung sind wir sehr dankbar – unabhängig davon, ob unser Filmprojekt verwirklicht wird (es ist ziemlich unwahrscheinlich, schwierig und teuer).
Der Schriftsteller starb einen schweren Tod. Halb im Fieberwahn flüsterte er seine letzten Worte: “Don Quijote . . . Don Qui . . . jote”.
Don Quijote war Michail Bulgakows Lieblingsheld der Literatur. Uns scheint, auch er erinnerte an diesen Hidalgo. Nur die Mühlen waren zu seiner Zeit keine Windmühlen mehr.


HIER dieser Artikel als PDF dh. auch mit Bildern.

Der Text ist schon fast 30 Jahre alt, ich versuchte daher etwas über den Regisseur und seinen Bruder zu erfahren und nachzuprüfen, ob es den hier besprochenen Film gibt.

Elem Germanowitsch Klimow war ein studierter Flugingenieur und erst dann studierte er bis 1963 Filmregie. Bereits sein Diplomfilm Herzlich willkommen oder Unbefugten ist der Eintritt verboten erregte 1964 Aufsehen: Die in einem Pionierlager spielende Satire wurde zunächst kurz verboten, dann aber freigegeben und zu einem Publikumserfolg. Klimows international bekannteste Filme sind Agonia (1974/1981) über Rasputin und Komm und sieh (1985), eine düstere Parabel aus dem Zweiten Weltkrieg. Klimow war seit 1965 mit der Regisseurin und Drehbuchautorin Larissa Schepitko verheiratet, die 1979 während der Dreharbeiten zu ihrem Film Abschied von Matjora bei einem Autounfall ums Leben kam. Der Film wurde 1982 von Klimow vollendet.

German Klimow (geb. 1941) ist Drehbuchautor, der öftermal mit seinem älteren Bruder an dessen Filme gearbeitet hat. Man erwähnt aber weder bei einem Bruder, noch bei dem anderem den Film Meister und Margarita. 1994 wurde zwar von Yuri Kara ein gleichnamiger Film gedreht, beide Klimow Bruder werden aber nirgendwo erwähnt. Der Film selbst hat übrigens eine Geschichte, die an Terry Gilliams Film The Man, who killed Don Kichote erinnert. Mehr HIER.

Maki nad Odrą, dalie w ogrodzie

Ela Kargol

Przybyłam, zobaczyłam i wróciłam, tak można by sparafrazować słowa Juliusza Cezara. Veni vidi reveni, tak brzmiałoby po łacinie, jeśli córka dobrze przetłumaczyła i odmieniła ostatni czasownik.
Maki nad Odrą po słubickiej stronie kwitną najpiękniej. Chociażby po to, żeby je zobaczyć, warto było zadać sobie tyle trudu podróży spowodowanego pandemią i częściowym brakiem połączeń kolejowo-autobusowych między Berlinem a Poznaniem.

14 marca wszystko jeszcze funkcjonowało.

Od lat raz w tygodniu przekraczałam Odrę pociągiem i z okna wagonu Warsu podziwiałam szeroko płynące jej wody. Gdy jechałam z wnukiem, mieliśmy pewien dowcipny rytuał. Ja mówiłam spoglądając przez okno: „Patrz Magnus, Wisła!“, a on na to: „Babciu, to przecież Odra”. Ostatnio się zagapiłam i Magnus pierwszy odezwał się do mnie: „Patrz babciu, Warta!“ A to naturalnie była Odra.

Moja prawie 90-letnia mama mieszka z moją niepełnosprawną siostrą w Poznaniu. To do nich jeździłam, przytulałam, robiłam zakupy, płaciłam rachunki, układałam lekarstwa, prałam, sprzątałam, dawałam dobre rady, których i tak nikt nie sluchał. Ostatni raz byłam w połowie marca. Nie o wszystkim pomyślałam, nie wszystko załatwiłam. Nie odmówiłam wizyty księdza, który mamę co miesiąc odwiedzał i na początku kwietna znowu przyszedł. Nawet nie mogłam mu wiele zarzucić. Przed wejściem do domu zapytał się, czy mama i siostra go przyjmą. Przyjęły go z otwartymi rękami. Ale w sumie może wymodlił opiekę nad nimi u swojego szefa.

Minęły już ponad dwa miesiące odkąd nie byłam w poznańskim domu rodzinnym.

Wyruszyłam z berlińskiego domu 22 maja, dzień później niż zamierzałam.

Ponieważ pandemia trwa już jakiś czas, przepisy zmieniają się z dnia na dzień i nikt już nie wie, co można, czego nie wolno, co jest otwarte, a co zamknięte, czy możesz wyjść z domu, pojechać do innego miasta, ba, do innego kraju. Nie tak dawno protestowali mieszkańcy przygranicznych miejscowości, ci co mieszkają po jednej stronie, a pracują lub uczą się po drugiej. Protesty przyniosły „dobre zmiany“. Nie przeczytałam nigdy tych przepisów regulujących przyjazdy i wyjazdy przez granicę, coś tam usłyszałam w radiu, ktoś znajomy wyjechał, sąsiadka przyniosła formularz, który pracodawca miał wypełnić i wypełnił, ale nie było na nim żadnej pieczątki, więc równie dobrze mogłam wypełnić go sama. Wiedziałam, że w przepisach regulujących przyjazdy i wyjazdy przez już dawno otwartą unijną granicę są jakieś luki, niedopowiedzenia i możliwości wielorakiej interpretacji. Nie ustalono, o ile wiem, jak daleko od granicy należy mieszkać, pracować. No i jak tu ustalić swoje stałe i prawdziwe miejsce pobytu, gdy wielu z nas żyje w ciągłym rozkroku, nie tu i nie tam, nie tam i nie tu.

Od wielu lat mieszkam w Berlinie, sercem i duszą zawsze w Polsce. Pamiętam granicę niemiecko – niemiecką, niemożliwość wyjazdów do Poski, później przejazdy w zatłoczonych pociągach trwające godzinami. W roku 1984 moja kwarantanna trwała dwa lata, teraz dwa miesiące.

Mam zaświadczenie od pracodawcy, polski dowód osobisty, niemieckiego nigdy nie miałam, zameldowanie w Poznaniu, umowę o pracę, paczkę landrynek jako lek antystresowy, plecak na plecach i wychodzę z domu, i odczuwam lęk jak przed laty, gdy kontrole graniczne nie należały do przyjemnych. Jadąc do Frankfurtu zastanawiam się, skąd jestem, gdzie moje miejsce. Z całej mojej rodziny tylko ja nie zasymilowałam się do końca z mieszkańcami kraju mojej emigracji. Nie umiem powiedzieć dlaczego, czy kompleksy Polaka i to mniejsze poczucie wartości wzięły górę, czy mój charakter, bo na pewno nie światopogląd. Polska jest na wyciągnięcie ręki i mimo braku umiejętności prowadzenia samochodu jeździłam tam co tydzień. Trzy bardzo ważne miejsca, które odwiedzam, to mój dom rodzinny w Poznaniu, dom w Lachowicach w miejscu rodzinnym mojego ojca i ostatnio Szczecin z jego historią niemiecko-polską.

Uważam więc, że nawet bez „bumagi” mam prawo do wyjazdów za Odrę, w jedną i drugą stronę.

Rozglądam się wokół, patrzę na pasażerów w pociągu. Już dawno po karnawale, a my wszyscy w maskach. Łapię się na tym, że choć mam trzy maseczki lub cztery, zakładam najczęściej tę w biało-czerwone paski. Już to zestawienie kolorów powinno być wystarczającym biletem wstępu za Odrę. Są maski w kwiatki, kropki, gwiazdki, galaktyki, koniki i w koniczynki, motylki, pszczółki, maski z uśmiechem lub bez, z jakimś sloganem z nakrętką jak z butelki…

Pokaż mi swoją maskę, a powiem ci, kim jesteś!

Gdy wychodziłam z mieszkania w Berlinie, obejrzałam się za siebie, spojrzałam przychylnym okiem na mój bałagan, który zostawiam i do którego chciałabym wrócić, żegnam klatkę schodową w promieniach porannego słońca, maki, które wyrosły przed domem, nie wiedząc jeszcze, że będą moim towarzyszem podróży, maki. Na przystanku autobusowym na płytach chodnikowych odczytuję zamazany napis „Be Vegan” i myślę sobie, że mi to nie grozi. Nawet nie jestem wegetarianką, nad czym ubolewa jedna z moich córek.

Dojezdżam do dworca ZOO, przez długie lata był to dworzec, z którego odchodziły pociągi do Polski. Dworzec główny, Berlin Hauptbahnhof otwarto w 2006 roku. Mimo swoich niedoskonałości jego architektura mnie zachwyca.

Na peronie jest dość pusto. Pociągi do Warszawy nie są wykreślone z rozkładu jazdy. Ale ja wiem, że żaden pociąg nie przyjedzie i nie odjedzie, jeszcze nie. W pociągu do Frankfurtu jest nas sporo. Tuż obok siedzi dziewczynka w dzierganej na szydełku kolorowej masce. Na kolanach trzyma lalkę, też w szydełkowej masce.

Wysiadłam we Frankfurcie. Zapytałam panią w informacji o ostatnie pociągi do Berlina, a potem o przejście graniczne. Pani spojrzała na mnie wyrozumiale informując o pociągach i o przejściu, przez które nie przejdę. Autobusu nie mogę znaleźć, zresztą jest ich dużo mniej. Po co mają jeździć w kierunku zamkniętej granicy? Wiem, że ta podóż będzie wyjątkowa i wyjątkowo dużo będzie mnie kosztowała, a więc wsiadam do taksówki. Taksówkarzowi wyjaśniam, że chcę przejść i że powinno się udać. Życzy mi powodzenia, ale proponuje, że poczeka. Przed mostem stoją niemieccy policjanci. Pytam się, dokąd mam pójść: „Prosto, przed siebie, nas to nie interesuje, tam stoją polnische Kameraden.” Szukam w czeluściach plecaka dowodu i zaświadczenia, żeby mieć pod ręką i idę wolnym krokiem w kierunku mostu, mostu, który jest świadkiem wielowiekowej historii. Nie zawsze był mostem przyjaźni. Jak podaje wikipedia w Polsce jest tylko mostem granicznym, a w Niemczech nazywa się Stadtbrücke Frankfurt (Oder). Nie szłam chyba nigdy tym mostem, może raz jako nastolatka, wracająca z zakupów w enerdowskim Frankfurcie. Most, który łączy i dzieli miał dzisiaj łączyć. Zmierzono mi temperaturę, nie patrząc nawet na wynik. Przeszłam na drugą stronę z dowodem i zaświadczeniem z pracy. Ci, którzy sprawdzali bilety wstępu ledwo spojrzeli na moje papiery, a ja jeszcze niepewna swojego szczęścia przeszłam na makową stronę.

Maki nad Odrą po słubickiej stronie kwitną najpiękniej. Całe zbocza czerwienią się makami. Stoję i patrzę i przez chwilę nie chcę już dalej jechać, choć wiem, że muszę i chcę, do domu, do mamy.

Z taksówkarzem uzgadniam cenę podróży do Rzepina, mając nadzieję na szybkie połączenie pociągiem do Poznania. Jedziemy, taksówkarz miły, chwali rząd, który walczy z pandemią, nie to co w Szwecji, gdzie nikt niczego nie zabrania. Cieszy się, że w Lubuskim zniosą częściowo obowiązek przywdziewania masek: „Bo kto w tym wytrzyma, pani?” Nagle dostrzegam drogowskaz na Ośno Lubuskie. Uzgadniam następną cenę i jedziemy choć na chwilę pod budynek byłego Liceum Pedagogicznego, gdzie moja mama zdawała w 1951 roku maturę. Budynek z czerwonej cegły był kiedyś Królewskim Ewangelickim Seminarium Nauczycielskim, potem szkoła realną, teraz jest Młodzieżowym Ośrodkiem Socjoterapii.

Jestem w Rzepinie, na pustym dworcu, przy zamkniętych kasach. Jakiś entuzjasta przekonany o swojej misji wyjaśnia wszystkim, którzy próbują odczytać rozkład jazdy, że pociągi nie jadą, tylko niektóre i on wie które. Mój pociąg do Zbąszynka jedzie za trzy godziny, a tych państwa obok mnie z walizkami dopiero za pięć.

Postanawiam pójść w miasto, do banku, bo jak dojadę do Poznania, to już będzie za późno i nie zdążę nic załatwić. Pan, który wszystko wie, pokazuje mi drogę. Przy dworcu w Rzepinie stoi stara parowa lokomotywa, którą zawsze podziwiam z okien pociągu, wreszcie mogę jej prawie dotknąć. Mijam poniemiecki kolejowy budynek, w którego oknie łopocze biało-czerwona flaga. Niektóre sklepy są pozamykane, niektóre otwarte, ale puste. Mogłabym kupić córce drabinę, której potrzebuje, ale po namyśle rezygnuję. W banku załatwiam wszystko sprawnie i szybko wracam na dworzec. Przy dworcu właśnie po dwumiesięcznej przerwie otwarto bar-bistro z ogródkiem, piwem i pierogami. Przy stoliku siedzi para włosko-polska. To ci, którzy do odjazdu pociągu mają pięć godzin. Wyjechali w marcu do Włoch na karnawał. Jedenastoma pociągami przyjechali do Rzepina, spod Florencji. Przez znaczną część Austrii podróżowali taksówką. Ale o tym powiedziała mi dopiero polska żona włoskiego męża, gdy ten poszedł rozprostować kości: „Ja powiedziałam mężowi, że ten pan taksówkarz, to nas za darmo przewiezie, inaczej mąż by się nie zgodził. Do Austrii nas nie chcieli wpuścić i wtedy ten taksówkarz zaproponował pomoc. Ale za kurs to policzył sobie chyba potrójnie. Teraz mamy kwarantannę, jak dojedziemy do Warszawy, ale ja to się nawet cieszę.”

Do Afrykańczyka, siedzącego w innym kącie, podchodzę sama. Pytam, co tu robi, dokąd jedzie. Jest studentem z Warszawy, pojechał szukać pracy do Berlina, nie znalazł, wraca, ale dostał kwarantannę, nie wie dlaczego.

Opuszczam moich towarzyszy pandemicznej podróży, bo mój pociąg do Zbąszynka niedługo odjeżdża. Pamiętam Zbąszynek, na tyle, na ile dziecko może coś zapamiętać. Poniemiecki dom niedaleko dworca, zbudowany w latach 30 dla niemieckich kolejarzy, dom z dużym ogrodem. Na dworcu mam za mało czasu, żeby wyjść za perony.
Mama spędziła w Zbąszynku kilka lat, mieszkała w poniemieckim domu u polskiej już właścicielki. W poniemieckiej szkole uczyła polskie dzieci. A gospodyni gotowała w poniemieckich garnkach. Przyjaźń z polską właścicielką zbąszyńskiego domu z czerwonej cegły przetrwała lata. Pamiętam ganek, sad, poręcze wymalowane na ciemnozielono i mamę, która mnie tam zabierała.
Dworzec w Nowym Tomyślu i droga do miasta przemknęły mi szybko przed oczami, gdy siedziałam w następnym pociągu do Poznania. Nowy Tomyśl pamiętam lepiej, spędziłam tu kilka pierwszych lat życia, a następne lata przyjeżdżałam tu często w odwiedziny.

Z Berlina wyjechałam rano, wieczorem dotarłam do celu podróży. Mama czekała już na mnie. Mimo ciepłego wieczoru siedziała owinięta swetrem na tarasie. Poznała mnie po głosie. Mamie przez te dwa miesiące, przybyło lat, urosły włosy, ubyło wzroku i pamięci. Mama ma prawie 90 lat, prawie nie chodzi, prawie nie widzi, prawie żyje, czuje, kocha i tęskni. Ja też tęsknię i dlatego tu jestem.

W ogrodzie nikt nie skosił trawy. Szkoda tylko, że mama nie dojrzy stokrotek, które się w niej ukryły i zakwitły, ani dmuchawców, które rozwiał wiatr. Nie zobaczy też niezapominajek rozsianych za sprawą taty po wszystkich możliwych miejscach. Nie posadził nikt georginii, które tata co roku na wiosnę sadził dla mamy pod tarasem. Biorę łopatę i wkopuję kłącza kwiatów które już wypuściły pierwsze pędy, w ziemię.

Myślę, że latem znowu zakwitną. A ja przyjadę i opowiem mamie jak wyglądają, kilka zetnę i włożę do wazonu.

„I can’t breathe”

Ewa Maria Slaska

Zbieram w mediach informacje o tym, co się zdarzyło, i co to może oznaczać. Uderza mnie symbolizm tego wydarzenia. Bo czy to nie symboliczne, że ostatnie słowa, jakie wypowiedział George Floyd brzmiały właśnie tak:
„I can’t breathe”? W czasach pandemii coronawirusa, gdy ci, którzy umierają, umierają na zapalenie płuc, a ci, którzy najciężej chorują, leżą pod respiratorami, bo nie mogą oddychać, czy to nie symbolicznie złowrogie zatem, że ostatnie słowa czarnego człowieka udoszonego kolanem przez białego policjanta tak właśnie brzmiały.

A zobaczyłam je jako hasło na zdjęciu profilowym na FB u dziewczyny, która kilka dni później ze zdiagnozowanym coronawirusem trafiła do szpitala. Nie ma mnie, jestem w szpitalu, napisała. Proszę nie chcieć ode mnie niczego. Bardzo źle się czuję. Aha, jakby ktoś nie wierzył, że wirus istnieje, zdiagnozowano u mnie właśnie wirusowe zapalenie płuc. 

Nie mogę oddychać. I can’t breathe.
Biały policjant z Minneapolis, Derek Chauvin, trzymał kolano na szyi unieruchomionego kajdankami czarnego George’a Floyda przez 8 minut i 46 sekund (2 minuty i 53 sekundy po tym, jak Floyd przestał się ruszać). Słowa Floyda „I can’t breathe” od wielu dni odbijają się o widzialne i niewidzialne mury w Stanach Zjednoczonych i nie tylko, napisał na Facebooku Jacek Pałasiński. Talmud powiada, że „Kto ratuje jedno życie, ten ratuje cały świat”. To zdanie jest wyryte na medalach wręczanych sprawiedliwym wśród narodów świata. To zdanie można odwrócić: „Kto zabija jednego człowieka, zabija cały świat”.
Derek Chauvin, który zabił George Floyda, być może zabił cały znany nam świat.


Arkadiusz Łuba napisał jako kometarz: wrapped in smoke, can democracy breathe? – where is the world going?! (cartoon from Sinisa Pismestrovic, in: “Süddeutsche Zeitung” 02.06.2020, p. 4) – more

Nasze europejskie #blacklivesmatter wygląda trochę inaczej niż w Stanach, pisze Antoni Komasa-Łazarkiewicz. To życie osób tonących w wodach Morza Śródziemnego w drodze na nasz kontynent. To życie i zdrowie uchodźców stłoczonych w obozach w Grecji, porzuconych i zapomnianych przez swoją Ziemię Obiecaną, wystawionych na postrach kolejnym, którzy spróbowaliby wyrwać się z nędzy, suszy i wojny, sprowadzonej na nich przez białego człowieka rabunkiem, kolonizacją i imperializmem.
To życie setek tysięcy ludzi stłoczonych w nieludzkich warunkach w Libii, gdzie opłacamy lokalnych zbirów, żeby trzymali ich z dala od nas. (…) To, że u nas policjant nie udusił niewinnego czarnego człowieka kolanem, to że problem jest mniej widoczny w naszym codziennym życiu, nie oznacza, że nie istnieje, a jedynie że udało nam się zepchnąć go dostatecznie daleko od naszych oczu. Ale on jest.

Chora odpowiada ze szpitala jednym słowem: jest.

Ale oczywiście i w Polsce są protesty. Wczoraj (3 czerwca) kilkuset poznaniaków położyło się na ziemi z rękoma na plecach. Był to spontaniczny protest po śmierci George’a Floyda. Protestujący przeszli w milczeniu przez centrum miasta. Takie działania są w Polsce zabronione, ale policja nie interweniowała.

A polski Avaaz przysłał apel o podpisanie protestu (podpisałam):

Przyjaciele i Przyjaciółki!

To są ostatnie słowa George’a Floyda, 46-letniego mężczyzny, który zmarł po tym, jak funkcjonariusz policji przygniótł go do ziemi i klęczał na jego szyi przez niemal 9 minut, dopóki się nie udusił:

„To moja twarz, człowieku
człowieku, nie zrobiłem niczego takiego
proszę
proszę
proszę, nie mogę oddychać
błagam, człowieku
proszę was
proszę, człowieku
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
proszę
(niezrozumiałe)
człowieku, nie mogę oddychać, moja twarz
wstań
nie mogę oddychać
proszę, kolano na karku
nie mogę oddychać
k****
ja zaraz…
nie mogę się ruszać
mamo
mamo
nie mogę
moje kolano
mój kark
jestem wykończony
jestem wykończony
mam klaustrofobię
boli mnie brzuch
boli mnie kark
wszystko mnie boli
dajcie wodę, cokolwiek
proszę
proszę
nie mogę oddychać, panie oficerze
nie zabijaj mnie
człowieku, oni mnie zabiją
daj spokój, człowieku
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
oni mnie zabiją
oni mnie zabiją
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
panie, proszę
proszę
proszę
błagam, nie mogę oddychać”

Potem jego oczy się zamknęły. Jego prośby ucichły. George Floyd nie żył.

Stoimy teraz przed wyborem. To może być po prostu kolejna tragiczna śmierć z rąk funkcjonariusza amerykańskiej policji – albo moment, w którym wreszcie nastąpi zmiana.

Jesteśmy ruchem ponad 60 milionów osób – gdy wszyscy razem zabieramy głos, nie sposób nas zagłuszyć. Więc zawołajmy głośno, razem z wszystkimi innymi, którzy wzywają do zatrzymania tej fali rasistowskich zabójstw, i wymagajmy tego samego od osób dzierżących władzę.

Podpisz ten list. Gdy będzie nas mnóstwo, Avaaz opublikuje jego treść w najważniejszej prasie w USA i na portalach na całym świecie. Niech to będzie hymn wzywający do zatrzymania tej fali zabójstw i oddający cześć wszystkim tym, których do tej pory straciliśmy.

Podpisz teraz
Jako Obywatele i Obywatelki całego świata, opłakujemy bezsensowną śmierć kolejnego człowieka z rąk amerykańskiego policjanta.

Stajemy jako społeczność po stronie tych, którzy teraz cierpią.

Te brutalne zabójstwa muszą się skończyć. Każde z nich to rana na sercu całej ludzkości oraz wstydliwa, niedająca się zmyć plama na wspaniałej fladze Stanów Zjednoczonych.

Rasizm rośnie w siłę w ciszy – a my nie zamierzamy milczeć. Rasizm jest problemem, który dotyczy nas wszystkich. To nasza walka.

Ale nie pozwolimy, aby tę walkę opanowała nienawiść, bo wtedy nie będziemy wcale lepsi od tych, których serca chcemy zmienić. Jak mówił Martin Luther King: „Ciemność nie może wypędzić ciemności, tylko światło może to zrobić. Nienawiść nie może wypędzić nienawiści; tylko miłość może to zrobić.”

W tym właśnie duchu wzywamy wszystkich sprawujących władzę by działali TERAZ i oczekujemy od prezydenta Trumpa oraz władz stanowych i lokalnych USA by wzięli odpowiedzialność za:

  • Zapewnienie, że wszyscy oficerowie zamieszani w zabójstwo George’a Floyda staną przed sądem.
  • Wydalenie ze służby i konsekwencje prawne dla funkcjonariuszy nawet za pojedynczy przypadek użycia nadmiernej siły lub nie zapobieżenia jej.
  • Zapewnienie, że każde policyjne zabójstwo będzie przedmiotem niezależnego i transparentnego dochodzenia.

Zobowiązujemy się robić to, co do nas należy, mierząc się twarzą w twarz z ignorancją, gniewem, strachem i rasizmem, mając po swojej stronie całą nadzieję, miłość i siłę naszego człowieczeństwa.

Spoczywaj w Mocy, George Floyd.
Twoja śmierć nie pójdzie na marne.

Podpisz teraz

Z niekończącą się nadzieją,

Mike, Marie, Meetali, Sarah, Andrew, Ricken i Bert wraz z całym zespołem Avaaz

Dowiedz się więcej:

Jego śmierć wstrząsnęła Ameryką. Kim był i jak zginął George Floyd? (RMF24)
https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-jego-smierc-wstrzasnela-ameryka-kim-byl-i-jak-zginal-george-,nId,4527878

Oczywiście, że są protesty. Państwo zawodzi osoby czarnoskóre (New York Times – tekst w języku angielskim)
https://www.nytimes.com/2020/05/29/opinion/george-floyd-minneapolis.html


PS: Tymczasem Spiegel (i oczywiście wiele innych gazet) donosi, że w USA jest już ponad 40 milionów bezrobotnych i przybywa ich w taki sam sposób jak chorych na koronę – w ciągu wykładniczym czyli zgodnie z funkcją potęgową. Bezrobocie jednej osoby dotyczy zazwyczaj również rodziny, czyli w każdym wypadku dotknięte zostały co najmniej trzy osoby. Jest ich zatem sto kilkadziesiąt milionów. Trzy państwa wielkości Polski. Kilkadziesiąt milionów ludzi straciło nie tylko pracę, ale i dach nad głową. Powstają ogromne obozowiska bezdomnych, gdzie za chwilę stosunki będą takie same jak w obozach dla uchodźców na granicy Europy. USA zmieniają się w oazy białych i bogatych otoczone płonącym morzem nędzy i buntu.

Prasa podała też, że w ciągu pandemii właściciele Amazona i Facebooka wzbogacili się o 500 miliardów dolarów.

Bogaci się nadal bogacą, biedni nie mają czym oddychać.

U fryzjera

Chyba żaden zakaz wprowadzony podczas kwarantanny, a potem stopniowo łagodzony, nie wzbudzał tylu emocji, co fryzjer. Wizyta u fryzjera urosła do rangi wyznacznika wolności i to w każdym wymiarze, politycznym, społecznym, indywidualnym. Facebook tonie w powodzi selfie spod fryzjerskiego hełmu albo z pasemkami owiniętymi sreberkiem sterczącymi naokoło głowy jak, nie przymierzając, wypustki coronawirusa. Ludzie dzwonią do siebie korzystając z połączeń wideo i na kablach międzykontynentalnych pokazują sobie swoje nowe fryzury. Temat nie jest zastrzeżony tylko dla młodych i tylko dla kobiet. Czy rozmawiam z młodym gniewnym intelektualistą czy z bardzo starą panią, wizyta u fryzjera lub niemożność jej zorganizowania jest tematem numer dwa każdej rozmowy, ważniejsze (temat numer jeden) jest tylko pytanie o zdrowie.

To jak się czujecie?

Maria Marucelli, nasza autorka z Florencji, pisze:

Nareszcie, od poniedziałku a raczej wtorku (bo w poniedziałki we Włoszech fryzjerzy są zamknięci) zostały otwarte zakłady fryzjerskie! Udało mi się umówić na czwartek na godzinę 19:30 – normalnie moja fryzjerka pracuje do czwartej, piątej, no ale teraz mają olbrzymie zaległości, są panie z odrostami, długimi włosami i wszystkie chcemy zrobić porządek z głową. Ja chciałam tylko obciąć włosy, udało mi się więc dostać do fryzjerki szybko, Marianna (moja córka) która ma duże wymagania – bo może tylko w sobotę i chce wyprostować sobie włosy, co jest operacją bardzo długą – umówiła się dopiero na za dwa tygodnie.
Ale ja przecież piszę o mojej wizycie u mojej fryzjerki. Po pierwsze umówić się można tylko przez telefon, bo do zakładu wchodzą tylko osoby umówione, mniej więcej w połowie drzwi jest taśma żeby zatrzymać ewentualnych chętnych bez zamówionej wizyty. Przyszłam pod zakład dziesięć minut wcześniej, wewnątrz nie było żadnej klientki, a trzy panie pracujące tam odkażały salon po obsłużeniu poprzednich klientek – mogą wejść na raz tylko dwie. Odkażały, to znaczy psikały jakimś płynem na wszystko i następnie przecierały papierowymi ręcznikami. Oczywiście zamiotły podłogę i umyły ją też pewno płynem odkażającym. W momencie, kiedy zostałam zaproszona do środka, wszystkie panie założyły maseczki, wydezynfekowały sobie ręce i założyły jednorazowe rękawiczki.
Weszłam, pochylając się pod wyżej wspomnianą taśmą, tuż obok, po prawej stronie na podłodze jest czarną taśmą klejącą wyznaczony kwadrat, w którym należy stanąć, obok umieszczono automatyczny dozownik z płynem do dezynfekcji rąk, wydezynfekowałam je i zostały mi podane jednorazowe rękawiczki, które oczywiście na wilgotne ręce nie wchodzą, zrezygnowałam więc, ale musiałam założyć plastikowe pokrowce na buty, a torebkę wraz z kurtką włożyć do plastikowej torby, która została zamknięta. I tak to byłam gotowa do umycia głowy. Pozostała część: strzyżenie, suszenie i układanie włosów poszła normalnie, bo moje fryzjerki od zawsze stosują urządzenie do dezynfekcji nożyczek i  szczotek, które jeszcze przed dezynfekcją dokładnie się czyści z włosów.
W tym wszystkim najważniejsze jest to, żeby nikt kto nie wie, że jest zarażony, bo wirus jest w fazie wykluwania się, a jest już zaraźliwy, nie zaraził nikogo, tak fryzjerek jak innych klientów. Ale to oczywiście również znak, że zaczynamy z wolna normalnie funkcjonować, bo fryzjer dla kobiety to bardzo ważna rzecz.
W pół godziny byłam gotowa, zapłaciłam, a do worka, w którym przechowywana była moja osobista torebka i kurtka, włożyłam pokrowce na buty i wszystko wyrzuciłam do specjalnego wora na plastikowe odpady.
Nie muszę pisać chyba dwóch oczywistych rzeczy, a mianowicie że cały czas byłam w maseczce i że wyszłam wielce szczęśliwa, że mam porządek na głowie!
We wtorek idę na pedicure!


PS od adminki. A ja dodam jeszcze jedną uwagę. Rękawiczki, maseczki, worki, pokrowce, ręczniki papierowe, spraye, płyny do dezynfekcji, plastikowe taśmy, naklejki, ustawiające nas to tu, to tam… Corona pozwoliła naturze przez chwilę odetchnąć. Sarny chodzą po Krupówkach, delfiny pływają w kanałach Wenecji, ale jednocześnie wzięły w łeb wszystkie nasze starania o likwidację reklamówek, foliówek, kubków jednorazowych i plastikowych naczyń. Ledwo zaczęliśmy się drobnym kroczkiem przymierzać do zmniejszenia ilości zużywanego przez nas plastiku, ledwo wymyślono talerze z otrębów i torebki z ości dorszy, zaczęliśmy od pierwszego dnia kwarantanny zużywać więcej plastikowego badziewia, niż kiedykolwiek w czasach wszechwładzy foliówki w sklepie.
EU chciała wprowadzić od roku 2021 zakaz sprzedaży wszystkich produktów jednorazowego użytku wykonanych z tworzywa sztucznego.
I co?

Gdańsk. Otwarte zakłady fryzjerskie po zniesieniu obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa.
Nz. Salon Fryzjerski Piotr Kunderak Hair (https://www.gdansk.pl/wiadomosci/fryzjer-znowu-otwarty-pierwszy-dzien-dzialalnosci-salonow-oczami-ich-wlascicieli,a,171356)

Sąsiedzi 18

Teresa Rudolf

Coronavirus i maki pani Klary…

Klara oglądała swoje kolorowe ręce, zabarwione akwarelowymi farbami… Szczególnie przebijał czerwony, makowy kolor. Spojrzała na delikatne w rysunku, lecz w intensywnej czerwieni maki, które zajęły prawie cały stół, wygodnie wylegując się na zielonej łące, pełnej pszczółek, much i bąków.
Prawie słyszała je, gdy zamykała oczy, wybierając się znów na piknik sprzed wielu lat.
Siedziała tam z Jerzym, późniejszym mężem, miłością swojego życia.
Od dwudziestu lat była niestety sama, nie cierpiała już jednak tak, jak było to przez wiele lat, kiedy to żyła raz w żałobie po Jerzym, a raz w depresji. Od paru ostatnich lat bowiem wspominała tylko ich wspólne, dosyć harmonijne życie, z uczuciem bezgranicznego ciepła, bez tego strasznego, wyrywającego serce bólu. Jerzy zaprzątał jej często głowę i duszę, ale bez  tej wieloletniej,  jakże zaborczej wyłączności.

Kiedy ostatnio przestała wychodzić z domu z powodu tej strasznej, światowej, ograniczającej każdy  ruch człowieka epidemii, na początku była przerażona, że codzienność tak zwanej singielki zamieni się w jednoosobową więzienną celę. Zakupy dla niej i kotów przynosiła Filomena – zostawiała je przed drzwiami, ale kontaktowały się tylko przez telefon. Z dnia na dzień Klara zaczynała się jednak przyzwyczajać do tej sytuacji, wyszukiwała sobie przeróżne zajęcia, bo bała się dzwoniącej w uszach ciszy.
I tak to znów zaczęła wracać do swych wspomnień, z których najpierw całkiem nieśmiało wyłuskiwała  maki i one to nagle zawładnęły nią tak, jak Jerzego przed laty. Zapragnęła je również namalować, czego początki były już widoczne. Obraz leżał na stole, gdyż żadnej sztalugi już dawno w domu nie było, kupić jej też nie mogła, w końcu nie wychodziła z domu, a sklepy z artykulami potrzebnymi jej do malowania były z powodu epidemii i tak zamknięte.
Sama już nie pamiętała, skąd miała w domu ogromny papier rysunkowy, ach ta pamięć… zachichotała do siebie.
Kiedy rysowała i malowała te swoje zaczarowane maki, wydawało jej się, że żyje w jakimś transie.
Słuchała radia, przeróżnej muzyki, której zmienność wpływała na jej przedziwny nastrój i o dziwo, nie czuła się samotna. Zapominała nawet o Jerzym, zahipnotyzowana kolorem obłędnej czerwieni tych wspaniałych  kwiatów. Poddała się całkowicie przestawaniu tylko samej ze sobą, we wspomnieniach sprzed laty, ale i leciutkimi marzeniami o codziennym szczęściu.

Maki… kiedy pierwszy raz  wtargnęły one w moje życie, pytała samą siebie, to było przecież jeszcze dlugo przed Jerzym…

I nagle wszystko zaczęło się przesuwać przed oczyma, jak jakiś dawno nie widziany film, zwinięta rolka, wyciągnięta gdzieś z komody na strychu. Miała wtedy szesnaście lat. Jak zwykle była z rodzicami na wakacjach, tym razem w jakiejś małej góralskiej wiosce, już nawet nie pamietała jej nazwy. Raniutko siadała na schodkach willi, w której mieszkała z rodzicami w czasie wakacji.
Powietrze było jeszcze ostre, niezwykle świeże, pagórki przed nią stały jeszcze ubrane w białą nocną koszulę, ktorą powoli zaczęły ze siebie ściągać, podnosząc ją powoli do góry i ukazując bezwstydnie swą ciemnozieloną nagość.
Do dziś mgła i jej unoszenie się lub opadanie miała dla Klary coś  właśnie z tego dziecięcego mistycznego prawie rytuału.
Wszystko miało swój bajeczny i magiczny sens.
W samo południe, kiedy już było bardzo gorąco, wybiegała ze swym niemłodym już psem, Czarkiem z domu i  wpadała w łąki pełne rumianków i traw, upstrzone makami .
Wszystko rosło dziko, chaotycznie, razem, pachniało tęsknotą za dorosłoscią i tą przepiękną miłością,  jaką często podglądała w filmach, lub o niej czytala..
Im bardziej patrzyła w te czerwone maki na zielonym dywanie trawy, tym bardziej chciała, pragnęła, by objął ją ten chopak od sąsiadów, którego od dwóch tygodni widziała przez sztachety płotu, na pewno w jej wieku, wysoki, mocno opalony, jasny blondyn. Często podgwizdywał coś pod nosem, ciekawa była, czy on w ogóle wiedział o jej istnieniu.
Któregoś dnia, kiedy znów z Czarkiem leżeli  sobie tak, w tej trawie pełnej maków, posłyszała kroki i była pewna, że nie jest to wiatr, ale, że ktoś skrada się na palcach. I nagle stanął przed nią właśnie ten jasnowłosy chłopak z sąsiedztwa.
– Psssst, szepnął, nie miałem odwagi podejść do ciebie, ale przestraszyłem się, że się nigdy nie poznamy, bo jutro już wyjeżdżam, mieszkam w Gdyni, w tym roku zdaję maturę, jestem Ryszard, a ty?
– Klara, zdaję maturę dopiero za dwa lata… zostaję tu jeszcze przez dwa tygodnie. Dlaczego dzisiaj szedłeś za mną  aż tutaj?, zapytała.
– Od kilku dni widziałem, jak znikałaś w tych trawach razem z twoim psem, ale on w ogóle nie szczeka, jak to jest możliwe?
– On jest już starszym panem, ma prawie tyle lat, co ja, od zawsze był z nami, nie chce mu się reagować tam, gdzie z góry wie, że się nikomu nic nie dzieje, bo… się nie dzieje, prawda?
– No nie wiem, nie wiem, szepnął Ryszard, i lekko, nieśmiało pocałował ją w policzek na pożegnanie.
– Przyjedziesz na przyszły rok?, zapytał.
– Nie wiem, odpowiedziała ze smutkiem, czując już rozstanie, zanim zdążyła oprzytomnieć i otrząsnąć się z tego, co się zdarzyło.

Nie widzieli się już nigdy, na następne wakacje Klara  pojechała z rodzicami nad morze, gdzieś  koło Gdańska. Śmiali się z niej, że chciała znowu jechać w to samo miejsce, przecież dbali o swą jedynaczkę, by miała w życiu piękne, przeróżne wspomnienia. Stać było ich na to, mówili.
Poczuła wtedy, jak życzenie jej zostało zdeptane jakby tysiącem butów żołnierskich.
I znów dzisiaj ścisnęło się jej serce, z bólu, upokorzenia, żalu, zupełnie jak kiedyś.

Z dala od Baratarii (Joyce)

Michałowi, który mi osiem lat temu podarował tę książkę

Od momentu, gdy ukazał się TEN wpis, wszyscy wiedzą, że ja, zagorzała czytelniczka Marcela Prousta, dopuszczam się zdrady i czytam Joyce’a, i to do poduszki. No, ale co zrobić, trzeba było wykonać postawione mi przed nosem zadanie joyce’ologiczne i znaleźć, gdzie JJ z całą pewnością odwołuje się do Cervantesa. 

Po dwóch tygodniach znalazłam. I to na jakiej pięknej stronie: 234! 

Ewa Maria Slaska

But, Sin Showpanza, could anybroddy which walked this world with eyes whiteopen have looked twinsomer than the kerl he left behind him? Candidatus, viridosus, aurilucens, sinelab? Of all the green heroes everwore coton breiches, the whitemost, the goldenest! How he stud theirs with himselfs mookst kevinly, and that anterevolitionary, the churchman childfather from tonsor’s tuft to almonder’s toes, a haggiography in duotrigesumy, son soptimost of sire sixtusks, of Mayaqueenies sign osure, hevnly buddhy time, inwreathed of his near cissies, a mickly dazzly eely oily with looiscurrals, a soulnetzer by zvesdals priestessd, their trail the tractive, and dem dandypanies knows de play of de eyelids, with his gamecox spurts and his smile likequid glue (the suessiest sourir ever weanling wore), whiles his host of spritties, lusspillerindernees, they went peahenning a ripidarapidarpad around him, pilgrim prinkips, kerilour kevinour, in neuchoristic congressulations, quite purringly excited,rpdrpd, allauding to him by all the licknames in the litany with the terms in which no little dulsy nayer ever thinks about implying except to her future’s year and sending him perfume most praypuffs to setisfire more then to teasim (shllwe help, now you’ve massmuled, you t’rigolect a bit? yismik? yimissy?) that he, the finehued, the fairhailed, the farahead, might bouchesave unto each but everyone, asfar as safras durst assune, the havemercyonhurs of his kissier licence. Meanings: Andure the enjurious till imbetther rer. We know you like Latin with essies impures, (and your liber as they sea) we certney like gurgles love the nargleygargley so, arrahbeejee, tell that old frankay boyuk to bellows upthe tombucky in his tumtum argan and give us a gust of his gushy old. Goof!

Ale czy, Sin Pumppanza, ktokolbud kto brodził po świecie z szeroko otwartymi białkami mógł wyglądać braciej dwurodnie niż chłopczyna którą zostawił za sobą? Candidatus, viridosus, aurilucens, sinelab? Wśród glauckich herosów elladykolwiek cotona sobie mieli grynczesy, ten najbielszy, ten najzłotszy! Chodząca kewinność, jak pan muk stał, ob anterewolucjonista, dzieciojciec duchowny z góry mig do dołu, z kępy tonsora do stóp jałmużnika, hageografia duotrigesumy, syn sześćkiełsiątego słońca, synocóra Majarani, najwyższy ciąż za buddym razem, kolony wiatużkiem siorcyzów, o mikle lśniącej, olejnie wijnej luz kareolo włosów, soulnetzer zwiazdowany przez gwiestalki, trele ich traktów, już dam dandypanie wie jak dam powiekami grać, kogut ostrogut, klej płynny funt śmiech (suessłodszy sourir dzidzikolwiek wydany), hetman sfery boskiej, lusspillerinokolan, piejących mu peahenny  ripidarapidarapadokoła, przywódca pielgrzyma, kerilour kevinour, wrzaskon gresulacji neuchorystyczny, w mraukotnym podnieceniu rpdrpd, a luznym wielbiących przezliskami z litanii terminów, których żadna dulsyne ani myśli dać do dorozumienia, chyba że zaroczona przyszłej małżowinie, kadzących mu puffumami, nie tyle by go rozdrażnić ile rozpalkoić (msze pomóc, że masz mało, ci ręko letko? jesmak? jimosze?) że on, tak pięknobarwny, tak jasnogłosy, tak przedniogłowy, mógłby ułaskawić każdą a nie jedną ustce raz, asfaras safrse dać assunt, zmiłuj się nad niami, licencją na całowanie. Wiemy że lubisz łacinę z esskimi jej zanieczyszczeniami, (jak i swój liber jak morze widome) pewnie jednak lubimy gulglęta kochamy narglegarglej więc dalej, arrabojże, rzeknij temu frank staremu bojkowi żaby duł miechy a tamtem przez trombielki orgament palnął nam porywkę ze starej polewki. Gupstwo!

Ufff. Poszukałam, przeczytałam, przepisałam. Veni, vidi, vici. A teraz już chciałabym pójść z powrotem do Prousta, ale nie mogę, bo jak się raz wciągnęłam w tę historię, to bym chciała się jeszcze dowiedzieć, o co chodzi? Joyce’olog mi wyjaśnił, że to powieść jak globus (jakoronawirus?), rozrasta się kuliście we wszystkie strony (zaprawdę pandemiamwam – corona), a przy tym każde słowo (fraktale! fraktale! duże takie same jak male) podobnie rozrasta się kuliście od centrum, jeśli więc jest giermek i pansa, to jest i pan jego polski, i brzuch łaciński, i angielski bratek pansy (co i geja oznaczy) i francuski myśliciel zdziczały (dziki bratek – pensee sauvage). 

Jako czytelniczka powiem jednak, że ok, rozumiem globalny globusowy zamysł makrokosmiczny i rozumiem haikopodobne zabawy z każdym słowem, ale nie rozumiem tego, co pomiędzy, nie wiem, co tam się dzieje i to mnie deprymuje. Bo jednak chciałabym zrozumieć, co się zawarło w umyśle autora między tym, co makro i tym, co mikro, czyli co oberżysta i jego córka i synowie robią w trakcie tej liczącej dokładnie 628 stron powieści (polskie tłumaczenie Krzysztofa Bartnickiego, wydane przez Ha!Art, też liczy tyle samo stron, i każda strona po polsku odpowiada – no, powiedzmy, prawie odpowiada – stronicy po angielsku). I jak już myślę, że wiem, że wstają, gotują, jedzą, przyjmują gości, idą do teatru, to mi się to wszystko rozpikselowuje, rozpada jak na obrazach impresjonistów, i już widzę tylko, jak straszni mieszczanie u Tuwima, nie świat i czas, i czasoprzestrzeń, tylko, że Staś, że dom, że drzewo… I odsuwam zrezygnowana to tomiszcze, myśląc, ach, Proust, wprawdzie i on przez 50 stron pierwszego tomu obraca się z boku na bok, zanim zaśnie, ale ja wiem przecież, bo czytałam go pewnie z 50 razy, że się obróci, i zaśnie, a kiedyś jak dorośnie, zmarznie i zje kąsek magdalenki, zanurzony w herbacie lipowej, a wtedy wstanie z niej całe miasto Combray, a za nim Paryż, Balbec i Wenecja, i zakwitną białe głogi wzdłuż posiadłości Swanna i dziewczęta na plaży, Gilberta dorośnie i stanie się Albertą, księżna Guermantes pójdzie na bal w bucikach niedopasowanych do wspaniałej czerwonej sukni, i wtedy Marcel narrator, już dawno nie tylko dorosły, ale też doświadczony przez życie, zdrożne miłości i chorobliwą neurastenię, nadepnie na kamień w trotuarze, a ten się poruszy, i wtedy zamknie się krąg tej siedmiotomowej powieści, wrócimy do początku i będę mogła zacząć ją czytać od nowa (zobacz TU).

PS 1. Z Ulissesem nie miałam aż tylu problemów. Przeczytałam i już. Nie zachwycił, ale i nie odrzucił. Natomiast nadzwyczaj wręcz lubię Bloomsday.

PS 2. Ci dwaj (MP i JJ) raz się spotkali na pewnym (celowo zaaranżowanym) obiedzie. I nie przypadli sobie do gustu. Spotkanie miało miejsce 18 maja 1922 roku w Paryżu, 98 lat temu. TU o tym pisałam, nawet nie tak dawno.