Z wolnej stopy 35

Zbigniew Milewicz

Portret człowieka praktycznego

Kończąc dwa tygodnie temu wpis o dekomunizacji, wspomniałem, że zawdzięczam generałowi Ziętkowi mieszkanie, ale przemilczałem, że poniekąd również moje pierwsze małżeństwo.
Po co wom ajncla? – zapytał. – Wiecznie kawalerem nie bydziecie, mocie jako narzeczona?
– Narzeczonej jeszcze nie, ale mam sympatię – odparłem.
W rodzinnym domu od dziecka starano się mówić ze mną “czysto po polsku” i chociaż znałem śląską gwarę, jak ktoś godoł do mnie, automatycznie włączał mi się język literacki. Wiedziałem, że robię błędy, mówiąc po śląsku, dlatego przy rdzennym Ślązaku nigdy nie odważałem się na gwarę i tak mam do dzisiaj, ale to już odrębny temat.
Singlom w PRL-u przysługiwała przepisowo tylko spółdzielcza kawalerka, żonatym – dwupokojowe mieszkanie, więc po zastanowieniu dodałem, że myślę o tym, żeby się dziewczynie oświadczyć, co niestety nie było prawdą. Moje relacje z Kasią były tylko bardzo przyjacielskie, jednak życie zawsze wymaga ofiar. Musiałem więc przyrzec wojewodzie, że się z nią ożenię, bo inaczej nie poparłby mojego podania do „Górnika“ o wcześniejszy przydział mieszkania.
Generał słynął z pedantyczności i punktualności. Umówiony byłem na audiencję na ósmą rano, podpowiedziano mi w redakcji, żebym za wcześnie nie przychodził, bo tego nie lubi, ale spóźnialskich w ogóle nie tolerował, więc zameldowałem się w jego sekretariacie z kilkuminutowym wyprzedzeniem. Siwowłosa, schludna sekretarka o wyglądzie angielskiej bony, otaksowała mnie wzrokiem, chyba zaakceptowała wybór garnituru z elany, krawat i biel koszuli, wskazała mi krzesło i kiedy wskazówki stojącego zegara doszły do ósmej, jej szef stanął w progu gabinetu i zaprosił mnie do środka. Wnętrze urządzone było staromodnymi, ciemnobrązowymi meblami z dębu, w rozmiarach okazałych, jak on sam. Chociaż już wiedział, zapytał uprzejmie, z czym do niego przychodzę i skąd pochodzę, zatrzymał się na chwilę przy dziadku Erwinie i przeszedł do rzeczy. Rozmowa trwała krótko. Podpisał się pod moim podaniem tą swoją charakterystyczną choinką, ale zanim wyszedłem z gabinetu, jeszcze raz żartobliwie uprzedził:
Ino bez cyganienio z tym ślubem, bo wos znojda!


Jerzy Ziętek ( 10.VI.1901 – 20.11.1985) w karykaturze, ze swoją słynną “choinką”. Z archiwum Biblioteki Śląskiej.

Tak się złożyło, że później czasami obsługiwałem jego gospodarskie wizyty w regionalnych zakładach pracy, wraz koleżeństwem z innych redakcji. Z jego inicjatywy podstawiano autobus dla dziennikarskiej ekipy pod Urzędem Wojewódzkim przy Jagiellońskiej i punktualnie o ósmej rano wyruszaliśmy w teren. Każdy dostawał coś w rodzaju broszury z podstawowymi danymi na temat marszruty, zakładów, które mieliśmy zwiedzić i ich osiągnięć. Opracowania te zawierały różne dane techniczne, liczby i daty, więc nie musieliśmy później na miejscu wszystkiego gorączkowo notować ani nagrywać na magnetofony, dzięki czemu unikało się wielu błędów. To był wczesny pijar, cenna nowość w pracy dziennikarskiej. Jakże inaczej wyglądała obsługa partyjnych narad w sąsiednim Białym Domu, którym rządził cysorz, Zdzisław Grudzień; ten mówił zawsze z kapelusza i nigdy nie było wiadomo, o co mu chodzi. Na szczęście bardzo rzadko mnie tam posyłano.

Przy budowie Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku

Po części oficjalnej w każdym odwiedzanym przez nas zakładzie pracy odbywał się poczęstunek – skromniejszy, lub wystawniejszy, ale zawsze dobrze zakrapiany. Każdy dyrektor i kierownik chciał pod tym względem dobrze wypaść, ale nie zawsze trafnie odgadywał gusta konsumpcyjne przybyłych gości.
Pamiętam, że w jakimś kombinacie ogrodniczym w Częstochowskiem, na ustawionych w podkowę stołówkowych stołach, obok śledzi w śmietanie i golonek stanęły butelki bałkańskiego winiaku. Jorg spojrzał na nie krytycznie i zapytał głośno a bezosobowo: czy ktoś z wos lubi koniak? Na to sala odpowiedziała zgodnym chórem: nie, czystą! Słyszycie? – zwrócił się do gospodarzy. Oczywiście życzeniu temu w mig stało się zadość.
Jego osobistym asystentem był człowiek o nazwisku Ulfik, o którym niewiele wiem. Po którejś z gospodarskich wizyt, przy zastawionym stole, tenże przyboczny nalał pierwszy kieliszek swojemu szefowi, a Jorg trąca go kryką i pyta rozeźlony: toś ty zapomnioł, że jo ino jednego pija? Asystent bez słowa zamienił kieliszek na szklankę, napełnił ją wódką, na co Jorg udobruchany: tak, to rozumia. Lubił zakąszać szprotkami, o czym Rysiek Miemiec z Trybuny Robotniczej nie wiedział. Po którymś toaście sięgnął widelcem w stronę rybek, ale Ziętek był szybszy, przyciągnął półmisek do siebie i warknął na konkurenta: łone som moje!
Nie lubił sztywniactwa, był bezceremonialny i tych anegdot o nim jest dużo. Potrafił walnąć kryką w stół, nie przebierał w słowach. Kiedy na jakimś oficjalnym posiedzeniu, w którym uczestniczył Piotr Jaroszewicz, znudziło go przydługie wystąpienie premiera, powiedział do mikrofonu, przy pełnej sali: nie pieprzcie już, towarzyszu!
Niechętnie mówił o swoich prywatnych sprawach. Zamknięty w sobie, nieufny, umiał szybko „poznać się na człowieku”, starannie dobierał swoich współpracowników – był wobec nich lojalny. Budził respekt. Nie znosił kłamstwa, jak już wspomniałem wcześniej – spóźnialstwa, a także donosicielstwa i partactwa.

Zdzisław Grudzień, Jerzy Ziętek, Edward Gierek

Kiedy otwierano z pompą Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku w Chorzowie, niezadowolony powiedział organizatorom uroczystości: ale sam pierona czegoś ważnego brakuje…
Zaczęli jeden przez drugiego dociekać, co generał może mieć na myśli, a ten tylko kręcił przecząco głową i w końcu wypalił: sam żodnych haźli nie ma, kaj majom ludzie iść, jak im się zachce?
Rzeczywiście o toaletach w parku zapomniano i błąd ten budowlani musieli szybko naprawić.

Pod koniec lat sześćdziesiątych w Radzionkowie otwierano filię Bytomskich Zakładów Odzieżowych. Po części oficjalnej, gdy Ziętek przeciął już wstęgę, goście przeszli do dużej sali, gdzie czekał posiłek. Wojewoda rozejrzał się, spojrzał na sufit i zapytał stojącego obok dyrektora. – Wyście to budowali? – Tak jest generale – z zadowoleniem odpowiedział zagadnięty. – To jo wom powiym. Jak moja starka obciepywała sufit, to robiła to równiej – skwitował Ziętek.

Nie cierpiał malkontentów.W gospodarce planistycznej, winą za niepowodzenia wykonawcze obarczano zwykle tzw. trudności obiektywne, takie, jak sztywne przepisy, brak materiałów i niedostatek siły roboczej, a Ziętek miał niezaspokojone ambicje budowlane. Kiedy więc na pewnej naradzie dyrektorzy budów po raz kolejny tłumaczyli się przed nim z niewykonanych zadań i po staremu narzekali na zły kodeks, podsumował: – No ja, mocie racja. Przepisy trudno zmienić, ale dyrektora łatwo.

Od tamtej pory podobno budowlanka na Śląsku i w Zagłębiu zaczęła lepiej pracować.

W 2001 roku, z okazji setnej rocznicy urodzin Jerzego Ziętka (10 czerwca tego roku minie 120 lat), nakręcono o nim film dokumentalny w reżyserii Grażyny Ogrodowskiej i Leszka Furmana, p.t. Jorg. Próba portretu. Drugi z kolei; pierwszy powstał za życia bohatera, w 1978 r., w reżyserii Antoniego Halora i nosił tytuł Człowiek z laską, czyli portret człowieka praktycznego. Próbowałem znaleźć w sieci najpierw jeden, później drugi, żeby dołączyć linka do tego wpisu, niestety bezskutecznie. W Internetowej Bazie Filmu Polskiego znalazłem natomiast ciekawy, pisemny szkic do nowszej z produkcji, oto jego fragmenty:
„W czasie, gdy obalano pomniki, w 1992 roku, 26 tysięcy osób z lewicy i prawicy, głosowało na Ziętka – jako na „Ślązaka stulecia”. J. Ziętek (…) przedwojenny sanacyjny urzędnik, powstaniec śląski, wyrzucony z partii, potem członek KC, wojewoda walczący ze Zdzisławem Grudniem, przyjaciel Edwarda Gierka, makiaweliczny „lis i lew”, dyplomata, działający niekonwencjonalnymi metodami jak na owe lata. Film ukazuje dokonania J. Ziętka (…) Sprawy osobiste, ważne dla ludzi załatwiał szybko i „od ręki”. Słynna choinka – podpis Ziętka, widnieje na niejednym dokumencie przyznającym samochód, mieszkanie, zamianę lokalu, budowę domu. Gdyby nie upór, przebiegłość i, dziś powiedzielibyśmy, zdolności menedżerskie – nie byłoby Spodka. Pod koniec życia, w Ustroniu pytał smutnie z rzadka odwiedzających go przyjaciół: jak tam mój Spodek? stoi jeszcze, abo mi go już wyburzyli…? Nigdy nie przekroczył prawa, ale balansował na krawędzi przepisów, wykorzystywał luki prawne i nieścisłości. Tworzył fundacje, przelewał środki finansowe z papieru na papier, zabiegał o dofinansowywanie inwestycji w Warszawie.
Niezwykle inteligentny, nie miał wyższego wykształcenia „ino przedwojenna matura!” Szanował za to specjalistów, nie udawał nigdy, że zna się zna wszystkim, kiedy nie rozumiał czegoś, kazał sobie tłumaczyć. Niektórzy nazywają go „cynicznym graczem politycznym”, faktem jest, że umiał się dostosowywać do obowiązującego stylu politycznego. Przedwojennego śląskiego działacza sanacyjnego polecił w partyjne szeregi PPR ortodoksyjny komunista, Zagłębiak – gen. Aleksander Zawadzki. Jako naczelnik Radzionkowa (przed wojną – przyp. Z.M. ) Ziętek kazał aresztować profilaktycznie radzionkowskich komunistów – „bo to były okropne charaktery”. Znana była głęboka niechęć Zdzisława Grudnia do śląskiego wojewody, niechęć odwzajemniana. Jest fragment filmu z odwołania Ziętka ze stanowiska Wojewody – oficjalnie z powodu złego stanu zdrowia, choć wszystkim wiadomo było, że tak zatryumfował Grudzień. Generał wygląda tam na człowieka, który przegrał. Dziś wiadomo, że Ziętek nie przegrał. Stoją jego pomniki: Spodek, Ustroń, Repty, Park Śląski, Planetarium Śląskie, centrum Katowic, Nowe Tychy, osiedla mieszkaniowe, leśny pas ochronny, szkoły, drogi. Pamiętają Go ludzie”.
Reżyser Kazimierz Kutz powiedział o nim: “z administrowania w nienormalnym systemie uczynił sztukę”.

Gdy Jerzy Ziętek był już na politycznej emeryturze, sprzeciwiał się reformie administracyjnej z lat 70 i powołaniu nowych województw tłumacząc, że łatwiej utrzymać w ryzach 17 koni niż 49. Tamta reforma doprowadziła do rozrostu aparatu urzędniczego.
Swoją opowieść o Jerzym Ziętku zakończę jego wojennymi losami, o których wiem najmniej. Po agresji Niemiec na Polskę został ewakuowany wraz z innymi urzędnikami województwa śląskiego na wschód kraju, na tereny które po 17 września 1939 r. zostały zaanektowane przez sowietów. Zamieszkał we Lwowie, gdzie pracował jako portier. Deportowany latem 1940 r., trafił do obozu pracy w Rybińsku nad Wołgą, gdzie przebywał do jesieni 1941 r. Tam, po podpisaniu układu Sikorski – Majski, doczekał amnestii. Z Rybińska jedzie na Kaukaz, gdzie pracuje m.in. w fabryce octu, niedaleko Groznego. W czerwcu 1943 r. wstępuje do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR i dostaje skierowanie do szkoły oficerów polityczno-wychowawczych w Riazaniu. Po jej ukończeniu powierzają mu stanowisko zastępcy dowódcy 3 Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta; w styczniu 1945 r. wraca do Katowic. Tu, Z wolnej stopy 32, rozpocząłem o nim pisać, koło się zamknęło.

Katowiczanie tłumnie odprowadzili Wojewodę na cmentarz przy ul. Francuskiej

Frauenblick: Meine Lektüren

Monika Wrzosek-Müller

Es hat sich so ergeben, dass ich über die Jahre viele Bücher von Schriftstellern aus dem ehemaligen Osten (DDR) gelesen habe. Schon vor längerer Zeit lasen wir alle den Roman Turm von Uwe Tellkamp und dann sahen wir uns den Film und verschiedene Versionen und Bearbeitungen für die Bühne in Theatern an (ich: im Hans Otto Theater Potsdam und im Staatsschauspiel Dresden). Das waren die Jahre um 2010; die Stücke und der Film haben dem Text, streckenweise lang und sehr gestreckt, gut getan und ihn im wortwörtlichen Sinne anschaulich gemacht. Trotzdem ist es ein großer Bildungsroman mit vielen Vorbildern, ein Schlüsselroman weit und breit angelegt, so dass, die Wende, die Umstande der friedlichen Revolution für viele nachvollziehbar und klarer wurden.

Dann kam für mich der Roman Kruso von Lutz Seiler, so um 2014, der den Bogen der Geschichte weiter spannte. Doch immer drehte sich die Handlung um die Wende und die Wiedervereinigung, den Sinn und den Preis, die die Gesellschaft der DDR dafür zahlen musste. Schon in diesem Roman (es folgt nämlich das nächste Werk: Stern 111) habe ich mit Begeisterung Seilers Beschreibungen der Zustände kurz vor der Wende gelesen, die in der sprachlichen Korrektheit mit leicht surrealen Zügen dargeboten wurden. Der Schriftsteller schaffte einen Mikrokosmos auf der Insel Hiddensee, in dem er seine Helden agieren ließ. Mir fielen besonders die geografische Genauigkeit der Beschreibungen auf, so dass der Leser die Topografie der Insel Hiddensee vor Augen hatte, die Entfernungen einschätzen, das Gelände, die Natur fast sehen konnte. Hier kamen ebenfalls viele Inszenierungen sowohl in Hans Otto Theater, in Leipzig etc…hinzu, als auch der von derselben Produktionsfirma wie bei Turm gedrehte Film, für den derselbe Autor Thomas Kirchner das Drehbuch geschrieben hat. Mich haben Seilers poetische, eigenwillige Sprache und der Zugang zur Realität sehr fasziniert; seine Welt ist magisch, existiert und spielt nach eigenen Gesetzen.

Erst vor kurzem las ich Romane von Ingo Schulze; ich kämpfte mich durch den von Literaturkritikern als „ultimativen Wenderoman“ verschrienen Werk: Neue Leben. Die Jugend Enrico Türmers in Briefen und Prosa. Herausgegeben und kommentiert und mit einem Vorwort versehen von Ingo Schulze (2005). Chronologisch gesehen war er vor dem Turm erschienen, hat aber damals nicht so viel Aufsehen erregt, auf jeden Fall wurde er nicht verfilmt. Ingo Schulze verarbeitet literarisch seine eigene Biografie, so kommen in dem Werk hauptsächlich die Helden aus dem Milieu der Intellektuellen, Schreibenden, Zeitungsmacher, Kritiker vor. Der Held Enrico Türmer des fast 800 Seiten dicken Romans schreibt Briefe an seine Schwester, Verotschka, einen Jugendfreund, Jo, und seine Geliebte, die bundesdeutsche Fotografin Nicoletta; Ingo Schultze (bemerken wir hier die Anspielung auf Ingo Schulze) gibt sie mit entsprechend übertriebenen und eitlen Anmerkungen heraus und das alles in dem berüchtigten Jahr 1989. Dabei macht sich der Autor über das ganze Milieu der Schreiberlinge, Literaturkritiker, Intellektuellen etwas lustig und verspottet sie. Mir persönlich wäre der Roman um einige Briefe weniger, sprich kürzer, lieber, doch die Fragen: „Auf welche Art und Weise kam der Westen in meinen Kopf? Und was hat er darin angerichtet?“, die sich der Held stellt, bleiben nicht nur auf die Ostdeutschen begrenzt, sondern sie betreffen viele, die nicht hier (im Westen) aufgewachsen sind. Und so, trotz der sanften Langeweile, die sich beim Lesen einstellt, ist es ein wichtiger Roman, der die Wiedervereinigung in Licht und Schatten zeigt, denn am Ende sind die Helden nicht zum Aufbruch bereit, eher stehen sie vor Trümmerhaufen, auch wenn sie dies sich selbst zu verdanken haben. Es gibt wunderbare Sätze über das Verhältnis Ost-West, die ich hier zitieren will: „Die Westsachen waren wie Mondgestein, entweder wurden sie einem geschenkt, oder sie blieben unerreichbar. Mit den Verwandten im Westen war es genauso wie mit dem lieben Gott und dem Herrn Jesus, die hatten einen auch lieb, obwohl man sie gar nicht kannte und nie zu Gesicht bekam.“ Und eine längere Passage, anlässlich der Weihnachtsbesuche der Eltern des Helden: „Im Westen wurden die Straßen unterirdisch beheizt, die Tankstellen schlossen nie, und weil die Leute im Westen gar nicht mehr wußten, was sie noch schöner machen sollten, hackten sie aus lauter Spaß die Straßen wieder auf, die sie gerade erst mit Asphalt überzogen hatten. Über jedem Geschäft, über jeder Tür blinkte Reklame, weshalb die Nächte taghell blieben und von einem Verkehr durchflutet waren wie bei uns nicht einmal nach der Maidemonstration. Trotzdem bekam man im Westen in der Straßenbahn, im Bus oder im Zug immer einen Sitzplatz. Im Westen duftete das Benzin wie Parfüm, und die Bahnhöfe glichen tropischen Gärten, in denen man den reisenden wundervolle Früchte darbot. Im Westen trug man in der Schule lange Haare und Jeans und kaute Kaugummis, mit denen sich kopfgroße Blasen machen ließen. Außerdem lag der Weltmarkt im Westen. Ich wußte nicht, wo genau, auf jeden Fall aber im Westen. Öffnete man denn nicht bei dem O von Ost den Mund wie ein Tölpel? […] Osten klang nach bewölktem Himmel und Omnibus und Baugrube. Westen nach Asphaltstraßen mit gläsernen Tankstellen, nach Terrassen mit Strohhalmgetränken und Musik über einem blauen See. Städte mit Namen wie Cottbus, Leipzig oder Eisenhüttenstadt konnten einfach nicht im Westen liegen. Wie anders klang dagegen Lahr, Karlsruhe, Freiburg oder Garching….“ Ich könnte weiter zitieren, weil diese Spitzfindigkeit und Ironie wunderbar die Lage und Vorstellungen der zwei Welten, die aufeinander prallten, beschreibt.

Von denselben Autor las ich gerade den neuen Roman Die rechtschaffenen Mörder von 2020. Zwar schreibt der Autor im Klappentext der Fischerausgabe, dass es eine Erzählung „über das Lesen und die Leser“ und „eine Liebeserklärung an das Papierbuch“ werden sollte, doch es ist wieder ein Roman über den Übergang, die Wende und das sich Zurechtfinden in der neuen Wirklichkeit. Aber handelt das Buch wirklich davon, ist es nicht eine Entfremdung der Entfremdung, Zweifel über Zweifeln das Thema? Denn der Roman ist in drei Teile geteilt und in jedem dieser Kapitel wird die Geschichte aus einem anderen Blickwinkel erzählt. Es beginnt wie ein Märchen: „Im Dresdner Stadtteil Blasewitz lebte einst ein Antiquar, der wegen seiner Bücher, seiner Kenntnisse […] einen unvergleichlichen Ruf genoss. Nicht nur Einheimische suchten ihn auf…“. Der Roman handelt von einem Antiquar und einem Antiquariat. Der Sohn einer Antiquarin, Norbert Paulini alias „Prinz Vogelfrei“, eröffnet 1977 einen Laden und führt ihn zum Erfolg; mit einem Lesesalon, einem Treffpunkt für alle an Literatur und dergleichen Interessierten, darunter für die vielen Dissidenten, mit Beschaffung von Literatur, die eigentlich in der DDR nicht zu haben war. So wird er zum bekannten, geschätzten Bürger. Dann heiratet er eine eher einfache, doch sehr resolute und gut organisierte Frau, eine Friseurin Namens Viola, mit der er einen Sohn hat. Da kommt schon die Wende und sein Antiquariat geht den Bach runter; die Bücher werden nicht gelesen, man kann alle Werke überall kaufen, auch die schöneren Ausgaben. Die Villa, in der er seinen Laden hat, wird den ehemaligen Eigentümern aus dem Westen zurückgegeben. Es stellt sich heraus, dass seine Frau als IM Berichte über die Treffen im Antiquariat verfasst hat. Er lässt sich scheiden und lebt alleine. Die Jahrhundertflut überschwemmt seinen neuen Laden mit den Büchern, er kann kaum etwas retten und begeht höchstwahrscheinlich Selbstmord, zusammen mit seiner Geliebten. Es gibt auch eine Episode, in der Paulini seinen, in die rechte Szene abgerutschten, Sohn deckt und sich über die Migranten so äußert, dass man ihn selbst in die rechte Szene (Pegida) einordnen könnte. Im dritten Teil des Buches schreibt die Lektorin des Schriftstellers mit Namen Schultze, der die Geschichte erzählen und aufschreiben soll. Sie will die Sache des Selbstmordes aufdecken und es kommt zu besagten Zweifeln und Vermutungen, Verdächtigungen, nichts steht mehr fest, alles unterliegt Veränderungen; je nachdem welche Perspektive eingenommen wird.

In den letzten Tagen las ich auch noch den Roman von Lutz Seiler Der Stern 111. Es ist ein sehr poetischer Roman, man bekommt richtig Lust auf diese vergangene Zeit des Anfangs, nach dem Mauerfall, in der noch alles möglich war. Lutz Seiler verführt mit der Geschichte und mit der Sprache, wir gehen den Weg nach Berlin mit ihm und schauen auf seine Eltern, die sich völlig hilflos und unbedarft auf den Weg in den Westen aufmachen. Die Passagen über das Leben von Carl, dem Hauptheld in Berlin mit seinem Shiguli, im Prenzlauer Berg, in der Rykestraße, in der Assel, der Oranienburgerstraße und am Kollwitzplatz gehören zu den intensivsten, eindrücklichsten und spannendsten für uns Berliner überhaupt. Es gibt angeblich Führungen zu den im Buch genannten Plätzen, es gab sie tatsächlich; so wie in Kruso, ist auch hier die Authentizität der Orte, die genaue Beschreibung der Entfernungen, der Topografie des Stadtteils, der paar Straßen unheimlich. Man kann mit dem Buch, wie mit einem Kompass und Reiseführer um die Ecken gehen und jetzt, leider nicht mehr, die Kneipen, die Cafés, die besetzten Häuser sehen. Die neue Wirklichkeit ist schnell eingerückt und hat diese magischen Orte in touristische Orte verwandelt. Manchmal, ganz selten weht ein Hauch der Melancholie, der Vergangenheit durch die Straßen. Die Sprache des Romans zwingt uns innezuhalten und nachzudenken, wie war das damals für mich, wie habe ich die Zeit erlebt. Sie beschwört auch die Magie dieser Orte; durch das geheimnisvolle und ständige Kommen und Gehen, Verharren, still bleiben, bewegen sich die Personen zwar im Roman, aber nur so als ob sie künstlich verschoben wären, als ob das mit ihnen passieren würde, in der scheinbaren Ruhelosigkeit herrscht eine ausgesprochene Bewegungslosigkeit. Die fotografischen Beschreibungen, fast wie Nahaufnahmen der wenigen Gegenstände und detaillierte Beschreibung jeder einzelnen Sache verleihen diesen Gegenständen etwas Unmittelbares aber zugleich nehmen sie ihnen alle Eindeutigkeit, alles ist irgendwie verschwommen und doch real, das Banale, Gewöhnliche bekommt den Geschmack von etwas Besonderem.

Die Geschichte der Eltern bildet ein Pendant dazu, wir lesen mit Erstaunen über den Mut und die Ausdauer, über die Beharrlichkeit von zwei fünfzigjährigen, absolut sesshaften Thüringern mit zwei Wanderrucksäcken und einem Akkordeon, wie sie sich auf den Weg in den Westen aufmachen und ihre Odyssee erleben. „Sie sind doppelt so alt wie ich, dachte Carl, und haben doppelt so viel Kraft.“ Es ist eine Gegengeschichte zu den Jammerossis, auch wenn auf sie, alles andere als ein Paradies im Westen wartet. Sie landen in den Notaufnahmelagern Gießen, Diez und Gelnhausen, schließlich und letztendlich in den USA, von denen sie schon früher geträumt hatten. Von der Geschichte mit der Faszination für den Rock`n`Roll und für den Sänger Bill Haley scheint Carl nichts zu wissen. Vielleicht ist das auch ein Roman über das Verhältnis zwischen den Eltern und dem Sohn, wie sie zueinander finden, jeder auf sich selbst gestellt und jeder auf eigene spezifische Weise. Sowohl Carl als seine Eltern brauchen offenbar so viel Klärung und Abstand, um sich auf einer anderen Ebene wieder treffen können.

Es ist ein Roman über die Ausnahme- und Zwischenzeit, Grenzöffnung und Wiedervereinigung, eine kurze Zeitspanne und der Hauptheld erkennt, dass sie zu Ende geht: „Schon auf dem Heimweg wusste ich, dass meine Zeit in der Assel abgelaufen war. Plötzlich war diese Einsicht da.“ Auch seine Eltern überlegen, ob sie nicht zurück nach Thüringen gehen sollen. Der Reifungsprozess ist abgeschlossen. Ein sehr schöner Roman.

Was mir bei all diesen Texten auffällt, ist, dass die Wende nur von den Autoren aus der ehemaligen DDR beschrieben wird. Sie erleben sie, kämpfen sich durch, verändern oder kapitulieren, passen sich an oder gehen unter. Von der anderen Seite habe ich keine Stimme gehört, vernommen. So würde ich auch, jetzt den Bogen sehr breit spannend, die Romane von so vielen Schriftstellern mit Migrationshintergrund in Amerika oder Großbritannien platzieren. Sie alle kämpfen um A place for us von Fatima Farheen Mizra, wie der Titel des neuen New York Times Bestsellers heißt. Und so verwundert mich gar nicht, dass ein neuer Roman diesmal von Alexander Osang (in Ostberlin geboren) Fast hell auf mich wartet, denn gesagt ist noch lange nicht alles.

Flughafen Tegel & macierzanka

Tibor Jagielski

der weisse maybach

berlin-west (1961 – 1989) und heiko (1959 – 2018) in memoriam

wir trafen uns
schon nach dem untergang
der insel

so wie sie plötzlich erschien
verschwand sie wieder

ich zugezogen in den siebziegern
er – insulaner, mit dieser stadt aufgewachsen

mit allen grenzen gewaschen
(– gänsefleisch waffen? munition?)

manchmal stundenlanges warten
manchmal durchgewinkt

wir fuhren diesselben strecken
und besuchten diesselben discos
ohne voneinander ahnung zu haben

zum beispiel dreilinden – hamburg
oder sound

ja wir traffen uns erst
als unsere wilde jugend zu ende war

als wir keine zweihundertfünfzig sachen mehr auf der autobahn fuhren
und die durchtäntzte nächte hinter uns liesen

zum sterben waren wir damals zu jung
und gegen die walze, die kam
keine chance

auf eine art und weise
waren wir von der furie des verschwindens
entsetzt

und retteten uns manchmal
in die vergangene träume
vergebens

aus dem band “tod in tegel”
2020

macierzanka

same tragedie
nawet herakles po powrocie do domu
otrzymuje w darze od dejaniry koszule
koszule!

na polach elizejskich
szary popiół spada z nieba
jak śnieg
na tłumy
wędrujące po monotonnej szarej równinie

syzyf to pestka
kompleks edypa?
nieznany
elektra?
bajka na dobranoc

tylko macierzanka
rośnie razem z nami
jak milczenie starego telefonu
nikt nie wykręci już jego tarczy

tylko macierzanka
różanopalca pozdrawia nas o świcie
i pozwala
na oddech

Reblog: Spazierengehen

Ich beginne mit einem Reblog, danach kommen Koziewicz, Auster, Slaska, Robert, Nova in beliebiger Reiehnfolge. Ein Spaziergang pro Woche. Immer Samstags (nur heute ist es ausnahmsweise Sonntag, weil ich gestern über Hanau berichten wollte). Ich lade ein, weitere abgefahrene Stadtwanderungen zu beschreiben.

Reblog: Jacek Slaski, TIP Berlin, 29.01.2021

Den Spaziergang würfeln? So erkundet ihr Berlin per Zufall

Ein gewürfelter Spaziergang in Berlin: In der eigenen Stadt losgehen und nicht wissen wohin. Wann passiert das schon mal? In der Regel hat man ein festgelegtes Ziel. Büro, Schule, Restaurant, die Wohnung von Freunden oder den Supermarkt. Selbst beim Spazieren gibt es meist eine konkrete Idee. Man schlendert im Park umher, flaniert über eine Geschäftsstraße oder durch einen belebten Kiez.

Ich wollte es anders machen. Die scheinbar bekannte Gegend auf neue Art entdecken, ohne zu wissen wohin der Weg führt. An jeder Straßenecke und an jeder Kreuzung sollte der Zufall entscheiden, wie es weitergeht. Plötzlich wurde die Stadt zum unbekannten Terrain. Mehr als einen handelsüblichen Spielwürfel brauchte es nicht für dieses urbane Abenteuer.

Spaziergang Berlin: Der Würfel entscheidet über den Weg. Foto: Jacek Slaski

Der Würfel entscheidet über den Weg. Foto: Jacek Slaski

Euere Spaziergänge sind langweilig? Würfelt euch den Weg!

Es ist ein angenehm milder Wintertag. Ich trete aus meinem Kreuzberger Wohnhaus, hier ist der Startpunkt, direkt vor der eigenen Tür. Mein Freund Stan wartet auf mich, wir wollen den experimentellen Stadtspaziergang zusammen machen. Links geht es zur Skalitzer Straße, rechts zum Paul-Lincke-Ufer. Wo lang jetzt?

Die Regeln sind simpel. Man würfelt. Bei einer Eins oder Zwei geht es nach links, bei einer Drei oder Vier geradeaus und bei einer Fünf oder Sechs nach rechts. Kann man nur in zwei Richtungen gehen, so wie wir gerade, vereinfachen sich die Regeln. Eins bis Drei links und Vier bis Sechs rechts. Die Stadt wird zum Spielbrett, wir zu den Spielfiguren.

Spaziergang Berlin: Provisorisches Lager eines Obdachlosen am Landwehkanal. Foto: Jacek SlaskiProvisorisches Lager eines Obdachlosen am Landwehrkanal. Foto: Jacek Slaski

Ich würfle. Eine Fünf. Wir gehen Richtung Paul-Lincke-Ufer. An der Reichenberger Straße muss wieder gewürfelt werden. Es geht weiter geradeaus, dann links am Ufer des Landwehrkanals entlang. Stan hat eine Eins gewürfelt. Wir schauen den Schwänen auf dem Wasser zu, es geht an der Emmaus-Ölberg-Kirche vorbei. Sie sieht verlassen aus. Ich frage mich, ob da jemals jemand reingeht.

Auf dem kleinen Platz spielen Leute Boule und trinken Kaffee aus Thermoskannen

Auf einer alten Matratze hat jemand einen Sponti-Spruch gesprüht. Überall kleben Corona-Plakate. Maske auf. Impfzentrum. Schnelltest hier. Auf dem kleinen Platz hinter der Forster Straße spielen Leute Boule und trinken Kaffee aus Thermoskannen, auf der anderen Uferseite hat sich jemand ein provisorisches Lager eingerichtet.

Das Würfelglück führt uns weiter am Kanal entlang. Dabei hätten wir auch im Kreis laufen können, das ist die Gefahr bei diesem Experiment. Vielleicht auch die Schwachstelle. Aber dann wäre es eben so. Es gibt Regeln, selbst auferlegte, doch wenn man sie nicht befolgt, kann man es gleich sein lassen.

Spaziergang Berlin: Free-Box mit ausgedienten Dingen in der Pflügerstraße. Foto: Jacek Slaski

Free-Box mit ausgedienten Dingen in der Pflügerstraße. Foto: Jacek Slaski

Erst an der Glogauer Straße müssen wir rechts abbiegen, über die Thielenbrücke geht es auf die Pannierstraße. Wir sind in Neukölln. An jeder Straßenecke wächst die Spannung, Stan will Richtung Treptower Park, ich hoffe nur, wir drehen uns nicht im Kreis und müssen auf der anderen Kanalseite wieder zurück. Hoffnungen, Wünsche und Angst vor Wiederholung und Langeweile auf der einen Seite. Abenteuerlust und die Möglichkeit der Entdeckung, des Unerwarteten, auf der anderen.

Gegen die Stadt der Reichen. Foto: Jacek Slaski

Sind wir Forscher, Touristen oder zwei Schwachköpfe mit einem Würfel?

Wir geben die Entscheidungen über den Verlauf der Strecke ab, aber wir schalten nicht ab. Wir unterwerfen uns dem Würfelglück, aber wir hadern mit der Situation. Die Würfe werden antizipiert, man lobt und ärgert sich, beschwört den Würfel. So, los, jetzt eine Sechs! Nein, Du Idiot, keine Eins. Bei aller Ohnmacht wollen wir den Weg irgendwie trotzdem bestimmen und freuen uns zugleich über dieses leicht absurde Projekt, das uns auf neue Art durch den eigenen Kiez führt. Sind wir Forscher, Touristen oder zwei Schwachköpfe mit einem Würfel? Alles drei, nehme ich an.

Eine „Free-Box“ mit alten Büchern, Klamotten und Dingen des täglichen Gebrauchs steht in der Pflügerstraße. Wir kommen an Häusern vorbei, an denen Transparente gegen die neuen Eigentümer hängen. Neben einem Spielplatz ist ein weiteres Obdachlosenlager aufgebaut, auf den Fassaden bemängeln revolutionäre Sprüche den Wandel der Stadt.

Die Gentrifizierung ist unser ständiger Begleiter, sie schneidet sich hier im Nordneuköllner Kiez tief ins Gewebe der Stadt. Auch jetzt, obwohl wegen Corona alles geschlossen ist, werden die Fronten klar. Altmieter, Investoren, Hipster, Türken, die ramschigen Läden, ausgebaute Dachgeschosse und die schicken Bars und Cafés. Alls drängt sich zusammen, es brodelt und der Quadratmeterpreis steigt. Pandemie hin oder her.

Die Idee eines experimentellen Stadtspaziergangs ist nicht von mir. Die Methode mit den Würfeln schon, zumindest ist sie nicht abgeschaut. Auch wenn es sein mag, und das ist recht wahrscheinlich, dass sich schon jemand vor mir exakt so durch eine Stadt bewegt hat.

Die ganze Sache geht auf die Psychogeografie zurück

Eine mit Theorie unterlegte, literarische Form der Stadterkundung. Es geht um Stadträume, Stadtplanung, die Wirkung der Architektur, Journalismus, Reportage. Zumeist steht die Stadt und das Verhältnis des Einzelnen (oder einer bestimmten Gruppe) zu ihr, im Vordergrund.

Schon in den 1950er-Jahren haben die französischen Situationisten mit ähnlichen Aktionen begonnen und versuchten, sich die Stadt in Form von Kunst-Happenings anzueignen. Der Kasseler Spaziergangswissenschaftler Lucius Burkhard ließ seine Studenten experimentelle Spaziergänge machen, sie sollten etwa untersuchen, wie der Autoverkehr oder abgeschlossene Firmengelände den Stadtraum beeinflussen.

Psychotherapy während einer psychogeografischen Erkundung der Stadt. Foto: Jacek SlaskiPsychotherapy während einer psychogeografischen Erkundung der Stadt. Foto: Jacek Slaski

Die britische Schriftstellerin Aminatta Forna beschrieb No-Go-Areas für Frauen und Persons of Color und machte darauf aufmerksam, dass nicht jede Stadt gleichermaßen für jeden begehbar ist. Eine Erfahrung, die auch der jamaikanische Schriftsteller und Journalist Garnette Cadogan machte, dessen dunkle Hautfarbe ihm zwar bei Streifzügen durch seine Heimatstadt Kingston keine Probleme bereitete, in New York aber seine Bewegungsfreiheit in bestimmten Gegenden oder zu bestimmten Uhrzeiten extrem erschwerte.

Und ein Autor namens Iain Sinclair zeichnete irgendwann in den 1990er-Jahren den Buchstaben „V“ in den Londoner Stadtplan, den er anschließend ablief und seine Erfahrungen, die er entlang der Strecke machte, beschrieb.

Stan interessieren die alten Psychogeografie-Geschichten und Theorien nicht

Viel lieber erzählt er bei unserem Würfelspaziergang, wo er mal gewohnt hat, wo seine Exfreundinnen lebten oder alte Kumpel. Erinnerungen an Orte, WG-Zimmer, flüchtige Begegnungen, Umzüge und Partys.

Er hat instinktiv das Wesen der Psychogeografie erfasst, dazu muss man sich schließlich nicht unbedingt mit Wissen aufladen. Stadt und Erinnerung verschmelzen. Bilder, Gedanken und Verknüpfungen treten hervor, verstärkt vom zufälligen Ablaufen der an sich bekannten Straßen und Plätze. Der Zufall erzeugt zwangsläufig einen Bewusstseinsstrom.

Wir wohnen beide schon lange hier. Im Dreieck zwischen Friedrichshain, Kreuzberg und Neukölln. Die Adressen wechselten, die Gegend blieb. Wären wir in Reinickendorf, Köpenick oder Spandau unterwegs, gäbe es weniger oder andere Erinnerungen. In einer anderen Stadt erst recht, doch auch völlig unbekannte Orte ließen sich gewürfelt gut erkunden. Vermute ich. Irgendwann probiere ich es mal aus.

Der Neukölln Bierdosensammler mit Außenwerbung. Foto: Jacek Slaski

Wir sind im Rütlikiez. Im Späti kaufen wir zwei Flaschen Cola. In einem mit Dosen zugestellten Fenster hängt ein Schild. Ein Bierdosensammler hat seine Telefonnummer drauf geschrieben. Wer seltene Exemplare hat, soll anrufen, ist der nicht ausgesprochene Aufruf.

Ich überlege, ob man diese Würfelspaziergänge nicht an bestimmte Aktionen knüpfen sollte. Die Auflage, mit der Stadt zu interagieren, sich überwinden und Kontakte knüpfen, mit fremden Menschen reden, Dinge tun, die man sonst nicht tun würde. Etwa beim Bierdosensammler anrufen und fragen, welche Dose ihm fehlt und diese dann suchen und ihm vorbeibringen. Nächstes mal. Doch die Möglichkeiten sind unendlich, ein beflügelndes Gefühl.

Am Weichselplatz finde ich ein Buch, jemand hat es in einen Hauseingang gelegt. Es ist Jack Londons Roman „Wolfsblut“. Gelesen habe ich es nicht, aber ich meine mich zu erinnern, dass es darin um Wanderungen, um Abenteuer und das Ungewisse geht. Der Mensch und die Natur. Der Mensch und seine Umgebung. Bei London ist es die Wildnis, bei uns Neukölln.

Ganz kurz sehe ich Stan und mich, wie wir in Jacks tiefe Fußstapfen treten. Wir beide, unterwegs im urbanen Dschungel. „Dunkler Tannenwald dräute finster zu beiden Seiten des gefrorenen Wasserlaufs“, lautet der erste Satz aus dem Klassiker. Könnte man so die Beschreibung einer Berlin-Wanderung beginnen?

Weichselstraße, Ossastraße, Rütli-Campus.

Hier beginnt sich das System gegen uns zu wenden, wir laufen drei mal um den Block

immer wieder über das Gelände der berüchtigten Neuköllner Schule, die wegen der Gewalt und der verzweifelten Hilferufe der Lehrer vor Jahren landesweit für Schlagzeilen sorgte und dann mit viel politischem Willen und Fördergeldern umgekrempelt wurde.

Rütli und wieder Rütli. Irgendwas müssen wir übersehen haben, sagen wir uns, leicht irritiert von der Wiederholung. Und tatsächlich entdecken wir bei jeder weiteren Runde ein neues Detail. Eine im Boden eingelassene Gedenktafel für den Weltraumhund Laika, ein großes Backgammon-Feld, einen ungewöhnlichen Blick auf eine Brandmauer, ein altes Tor, das seinen Zweck nicht mehr erfüllt, weil es von einem neuen Zaun verdeckt wurde.

Immer wieder Rütli-Campus. Foto: Jacek Slaski

Keiner von uns war vorher auf dem Rütli-Gelände, jetzt haben wir es drei mal, von verschiedenen Seiten kommend, entdeckt, entdecken müssen. Die Würfel lassen uns nicht weg, wir kommen nicht mehr in den Treptower Park, auch am Kanal bleiben wir nicht. Doch das Ende naht. Der Spaziergang musste von Beginn an begrenzt werden. Nach 90 Minuten ist Schluss, so der Entschluss.

Die Hipster-Meile wirkt im hellen Winterlicht seltsam trüb

Der Zufall leitet uns endlich auf die Weserstraße. Die Hipster-Meile wirkt im hellen Winterlicht seltsam trüb. Müll und Hundescheiße vor verschlossenen Läden sind kein einladendes Bild. Stan lacht bei dem Gedanken, was wohl der Freund seiner Mutter, ein patenter Ur-Spandauer, zu dem verlotterten Bezirk sagen würde. Doch für nicht wenige Berliner ist Neukölln so weit weg wie die Bahamas.

Wir kehren auf die Pannierstraße zurück und landen schließlich auf der geschäftigen Sonnenallee. Noch fünf Minuten, dann ist der Spaziergang vorbei. An der Ecke Sonnenallee und Jansastraße erreichen wir unser zeitlich festgelegtes Ziel. Ziemlich genau sieben Kilometer haben wir zurückgelegt, sagt die App MyTracks. Dieser Endpunkt soll der Startpunkt für den zweiten Würfelspaziergang werden. Wer weiß, wohin uns der Weg dann führt. Zurück oder weiter weg von den vertrauten Straßen?

Eine mit der App MyTracks erstellte Karte des gewürfelten Spaziergangs. Screenshot: MyTtracks


Inspiration und Dank gilt Anneke Lubkowitz. Ohne den von ihr herausgegebenen Band „Psychogeografie“ hätte ich den Würfel wohl nicht in den Stadtraum geworfen.

Psychogeografie herausgegeben von Anneke Lubkowitz, Matthes & Seitz, 240 S., 22 €

Hanau

Vorgestern fand ich diese Bilder am Eingang zu meiner U-Bahn-Station Paradestraße. Ich wusste nicht, wer sie sind und worum es geht, aber ich wusste, dass ich im Internet selbstverständlich eine Erklärung finden werde. Am abend hatte ich keine Zeit, am nächsten Tag (dh. gestern) musste ich früh raus und auf Hermannplatz fand ich schon mehr.

Ach ja, natürlich, Hanau. Hanau vor einem Jahr.  Mein Handy hat sich ausgeladen, ich nehme die Plakate vom Zaun ab und mit nach Hause. In der U-Bahn lese ich sie.

#HanauWarKeinEinzelfall
Hanau. 1 Jahr nach dem rassistischen Terroranschlag
WIR GEDENKEN 19. Februar
KALOYAN VELKOV
FATIH SARACOGLU
SEDAT GÜRBÜZ
VILI VIOREL PAUN
GÖKHAN GÜLTEKIN
MERCEDES KIERPACZ
FERHAT UNVAR
SAID NESAR HASHEMI
HAMZA KURTOVIC

Erinnern heißt kämpfen, Erinnern heißt verändern!

Hanau war kein Einzelfall. Der Anschlag an die Synagoge in Halle, der Mord an Walter  Lübcke in Kassel, die Morde und Anschläge des NSU – das alles waren kein Einzelfälle.

Rechte Terrornetzwerke werden von der Polizei, Justiz und Verfassungsschutz gedeckt oder unterstützt, oder sind schon Teil des Staatsapparates.

Polizei und Staat werden uns nicht beschützen!
Das können nur wir selbst.
Deshalb organisieren wir uns gemeinsam in unseren Kiezen und Nachbarschaften gegen Faschismus und rassistische Gewalt.

MIGRANTIFA                    WIR FORDERN ERINNERUNG GERECHTIGKEIT AUFKLÄRUNG KONSEQUENZEN

#RassismusTötet @migrantifabln    V.i.S.d.P.:M. Cayan, Karl-Marx-Str. Berlin

Na ja, das erklärt Einiges, denke ich mir. Diese angesprayte Bilder in der UBahn, Plakate an den Zaunen und Wänden angeklebt mit Tesafilm und Post-Klebeband.

Ich komme nach Hause und finde, dass Büro der Berliner Ausländerbeauftragten mir (natürlich nicht nur mir) eine Erinnerung an Hanau auf dem Facebook zugeschickt hatte. Klar, die hartformulierten “Ausdrücke” von oben fehlen, bei dem Spot heisst es: Struktureller Rassismus, aber der Tenor…

Tag danach (dh. heute) gehe nochmals hin zu Hermannplatz und diesmal mache ich ein paar Fotos. Es sollte auch eine Demo statt finden, gibt sie aber nicht…

Odcinek 12

Mieczysław Bonisławski

karta nr 103/ 166 / 277 (kilka nachodzących na siebie numerów, pisanych niebieskim długopisem, zielonym, skreślanych na czerwono itd.)

To będzie tak, że zawołam:
– Poruczniku! Wy tutaj, znowu?
– Tak, mój synu. Tak, jak widzisz.
– Ale skąd?! Przecież was… Nie, no cieszę się, to się nawet dobrze składa. Znowu potrzebuję waszego wsparcia, tak jak wtedy. Przed laty… Ale jednak…
– Przypatrz się synu… I co?
I wnet zobaczę postawnego, niemłodego już mężczyznę w „kabewiackim” mundurze. Niemal jak wtedy w czterdziestym siódmym, tuż przed wyjazdem naszego batalionu „Wrocław” w Bieszczady. Na głowie nie rogatywka, ale bliska sercu okrągła czapka garnizonowa z wysoko uniesionym, zadartym denkiem. Granatowy otok z dwoma porucznikowskimi gwiazdkami, na kołnierzu granatowe patki z białym lampasem. Szewiotowa, jakby nieco wyblakła bluza, puszczona luźno, bez wojskowego pasa, swobodnie będzie opadać poza biodra. Tylko bryczesy włożone w wysokie, skórzane oficerki, nadadzą temu spotkaniu tej sztywnej, wojskowej dyscypliny. Czy to zresztą o dyscyplinę chodzi w takich sytuacjach?
W takich, czyli w jakich?
Jak wtedy, gdy prosto ze szkółki idziesz pierwszy raz w bój, pod ostre kule nadlatujące z ciemnego lasu w twoją stronę…
Gdy nie wiesz, czy wrócisz na capstrzyk, albo na gorącą kawę, na kolację, gdy nie wiesz, czy popijesz nią kromkę żołnierskiego razowca? Czy w ogóle wrócisz, nie wiesz jak się potoczy dalej Sprawa, gdy już dla Niej zginiesz?
To nie jest kwestia dyscypliny. Dyscyplinę masz na placu musztry, przed biurkiem podoficera dyżurnego, na zajęciach z taktyki, na strzelnicy… Tu, w wagonie pociągu, pędzącym gdzieś w nieznane, w oszałamiające umysł ciemności nocy, tu, pod plandeką studebackera, rozcinającą ulatujące świtem ku niebu ostatnie płaty zmroku, tu, na spowitym kołdrą porannych mgieł stoku Chryszczatej, będącym właśnie w zasięgu erkaemów „Bira”, masz powagę śmierci a nie jakąś tam dyscyplinę…

W wysokich oficerkach w TYM wojsku nie chodziło się po knajpach i kawiarniach, tak jak przed wojną. Nie świeciło się wyglansowanymi przez różnych ordynansów cholewami w oczy kurewek i znudzonych hrabiowskich małżonek. Obłocone, z przylepionym igliwiem deptały obrywy skalne i wystające korzenie, czasem, bardzo rzadko, piasek ścieżki.
I tylko teraz, po latach, będzie można przez chwilę zastanowić się, czy bardziej było żal tego, że się nie zobaczy takiego „Bira”, „Stiacha”, „Chrina” pod szubienicą, czy tych młodych, kruczowłosych i ciemnolicych dziewczyn, które wrócą między chałupy z koszami bundzu… Ciebie dosięgła kula, ale ludzie, dzięki tobie, wrócili do siebie, gdy zapanował spokój. Nie na darmo nadstawiłeś pierś, szkoda że kula jej nie ominęła, przecież mogła… Nie musiała trafić… Nie widzisz jak dziewuchy znowu chadzają do chłopców na pieczenie koguta i może właśnie, tak naprawdę to najbardziej jest ci żal, że to nie ty okręcasz swój kij lnianym sznurkiem…
– Co ty synu pierdolisz?!! – sprowadzi mnie na ziemię mój porucznik.
Porucznik zresztą nie będzie już porucznikiem. Choć awansował tylko o jeden stopień oficerski, na pagonach przybyły mu aż po dwie gwiazdki na każdym… Takie czasy.
Lampasy na kołnierzu zmieniły się na prokuratorskie korpusówki. Zmienił się kolor na otoku, a sam mężczyzna… No cóż, pojawiły się zakola, na krótko przystrzyżonej głowie zasrebrzył się jakiś jeden i drugi siwy włos, głos mu się obniżył, stał się nieco chrypliwy.
Prokurator wojskowy, mój kapitan, obsobaczy mnie regulaminowo:
– Znowu fruwają ci skowronki po łbie. Nie zginąłeś wtedy, przeżyjesz i teraz. Żywy człowiek się liczy, nie idea. Trupy nie urzeczywistniają nawet najdoskonalszej idei, a żywi – i owszem. A żeby być przydatnym ludziom, zmieniać społeczeństwo na lepsze, trzeba mieć samemu uporządkowane życie osobiste. Trzeba dogonić własne szczęście, nikt, kto nie jest zadowolony z życia, nie będzie wartościowym członkiem partii. Coś tam znowu przeskrobał? W jakie gówno żeś synu wdepnął?
Kapitan, choć sam będzie przecież tylko zjawą, od innych duchów będzie się zatem odcinał. Całkiem ciekawy przypadek.
Czy zadam sobie najpierw pytanie, dlaczego mój mentor i – w swoim czasie – opiekun, któremu pewnie zawdzięczam życie, tak zmienił zdanie i otoczenie? Zresztą, czy rzeczywiście zmienił zdanie, czyż nie było tak, że zawsze przedkładał życie, własną historię i wygodę ponad ideę i dobro społeczne? Jak wtedy, gdy oddawał w moje ręce swoją córkę… Czy chodziło mu wtedy o mnie, o to co jeszcze zrobię dla dobra ogólnego, dla państwa, dla partii, mając taką żonę obok siebie, czy bardziej o jego spokojne sumienie, że dobrze zabezpieczył swoją latorośl na czas, gdy on już odejdzie, gdy zabraknie go przy niej…?

Zatem zamiast zadawać sam sobie niedorzeczne pytania, raczej powiem mu od razu, prosto z mostu, o co chodzi, z czym sobie nie radzę. Zresztą będzie to zupełnie w jego stylu. Historia się niemalże powtórzy, tyle tylko, że niejako w lustrzanym odbiciu.
– Wiesz, że masz wnuka? – zadam mu to niezbyt mądre pytanie.
Roześmieje mi się w nos:
– Co ty nie powiesz? Ale skoro już od tego zacząłeś, to jak z nim? W szkole w porządku, uczy się dobrze…? Dużo ma kolegów? Ile już ma lat, z dziesięć, jedenaście…? To pewnie jest już też jakaś panna do której wzdycha, mocząc nocami poduszkę, co? – klepnie mnie protekcjonalnie w ramię.
A ja będę dalej udawał taką niemotę, co to nic nie rozumie z tego, co się wokół dzieje.
– No właśnie, nic dobrego. To z nim mam kłopot.
Kapitan uda, że poważnieje.
– Dobra, opowiadaj synu. Spróbujemy razem coś zaradzić. Usiądźmy.
Gdzie to będzie? Gdzie my się spotkamy? To musi być miejsce, w którym nie zrobi sensacji widok umundurowanego prokuratora wojskowego. I odpowiedni czas. Na pewno nie połowa lat siedemdziesiątych i nie centrum wojewódzkiego miasta. Taka sceneria przypominałaby operetkę.

Może zatem to będzie tak: rower oparty o niewielki, piętrowy budynek wiejskiego dworca kolei zielonogórsko-szprotawskiej. Sto metrów dalej wzdłuż torów, w kierunku północnym, przy szosie wyłożonej kocimi łbami, dymiące jeszcze pozostałości wypalonego do gołej ziemi magazynu dworcowego. Po drugiej stronie torów płaska przestrzeń porośnięta trawą z wrakami samolotów.
I tą szosą, od tej właśnie strony, zza dawnego, hitlerowskiego lotniska pozoracyjnego, a obecnie radzieckiego wrakowiska zajedzie przed dworzec w Jerzmanowie nad Ochlą gazik. Dlaczego tędy, a nie najbliższą drogą z Zielonejgóry, tą przy ogrodzie botanicznym?
– Plutonowy! Wy tu byliście pierwszy?
– Tak jest!
– Podpalenie?
– Tak to wygląda…
– Jadę prosto z Twardosławia (tak wtedy mogłyby się nazywać Jarogniewice). Znowu problem z antyradzieckimi nastrojami, wieś od środka rozsadzają plotki o tym zniszczonym przez ruski pociąg z czołgami moście kolejowym…
– Autochtoni…?
– Skąd plutonowy wiecie?!
– Tu, przy dworcu… Mieszkają jeszcze Niemcy… Oni opowiadają taką historię sprzed wojny. Mówią, że z Ochelhermsdorf (niemiecka Ochla) wyjechał pociągiem młody chłopak do swojej dziewczyny do Hartmansdorf (niemieckie Jarogniewice). W tym dniu zawalił się mostek nad rzeczką pośrodku trasy, między tymi dwoma wsiami. Zginęło kilku ludzi, ale trupa tego młodego nie odnaleziono. Widziano jak wsiadał do pociągu… O, tu, na tej stacji… Ale trupa nie było. A po chłopaku ślad zaginął. Ta niemiecka rodzina nazywała się Werdermansch…
– I co z tego?
– Tych Werdermanschów już nie ma w Jerzmanowie (tak wtedy nazywano by Ochlę), uciekli jeszcze przed frontem. A ich obejście zajął jakiś Ostrowski… To ta trzecia chałupa od dworca… O, tamta!
– To ten Ostrowski jest podpalaczem…?
– No, niezupełnie…
– Nic nie rozumiem, gadajcież do rzeczy, plutonowy!
– Werdermansch po niemiecku to człowiek z wyspy. No a wyspa inaczej, po naszemu, to ostrów. I ci Niemcy mówią, że tamten Werdermansch teraz powrócił jako Ostrowski i się zemścił na tym odbudowanym mostku, na tej całej kolejce, no tak w ogóle…
– Synu, co ty mi tu, kurwa, pierdolicie! Ja nie mam czasu na jakieś posrane legendy i wampiry, plutonowy! Zrozumiano?
– To pierwsze obejście zajęły Towpiki, repatrianci. Mają dwóch synów, tak około dziesięć, jedenaście lat. I te dwa Towpiki dali się namówić nieco starszemu od nich synowi Ostrowskich.
– Do czego dali się namówić?
– Chcieli zobaczyć, jak się pali proch. Znaleźli jakieś granaty, czy bombę lotniczą… Wysypali ze środka do jakiejś starej miednicy, zanieśli do tego, tu… Do tego magazynu kolejowego… na dworcu… Drzwi sobie podważyli, żeby wejść… No, i… Wszystko się sfajczyło… Jak widać…
Nie, ta historia zupełnie nie będzie pasować do Januszka. Mój syn nie będzie sprawcą, tylko ofiarą. I to samotną ofiarą chłopców, którzy mogliby być jego kolegami, gdyby nie… Ale nie będą jego kolegami, a mój syn nic razem z nimi nie spsoci.
A ja nie mam bronić działania tych, co je podjęli, tylko mam atakować to ich działanie i je uniemożliwić. Mam uruchomić swoją sprawczą moc, a nie tkwić w bezsilności, w sytuacji, która mnie przerasta, uniemożliwia mi samemu działanie, paraliżuje.
Muszę spotkać prokuratora gdzie indziej.

To może to będzie tak?

Smród spalenizny. Pogorzelisko to nie parę osmalonych żerdzi na krzyż, ale wypalony spory, piętrowy dworzec kolejowy w Szprotawie. Bryła niby prosta, ale tu ściana zewnętrzna parteru wychodzi przed fasadę piętra, tam znów parterowe skrzydło wybiega w bok od piętrowego korpusu centralnej części.
Tam gdzie ściany nie wypaliły się do końca, można będzie rozpoznać jakby nutę neoklasycyzmu przy projektowaniu całego gmachu.
Deszcz już zdusi najdłużej tlące się zarzewia dogasającego ognia. I wtedy nasz gazik zajedzie od strony centrum miasta, drogą pnącą się od szprotawskiego rynku pod górę, obok basenu kąpielowego. Stanie przy boku sporego, brukowanego placu, rozciągającego się szeroko przed dworcowymi ruinami.
– Znowu ktoś zaprószył ogień w tym pogorzelisku. Który to już raz plutonowy, co?
– Przepraszam, ale nie liczę tych interwencji…
– Cóż oni sobie myślą, że za każdym razem będzie to szło na konto czerwonoarmistów…? Oni już swoje tutaj zrobili, po cóż mieli by wracać w te ruiny…
Nastąpi chwila milczenia. Co my tu będziemy mieli tak naprawdę do zrobienia? Co będziemy mogli tu zmienić albo zatrzymać, do czego nie dopuścić? Albo kogo ukarać i za co, po co?
– Sprawdźcie plutonowy, czy jest tam co nowego?
Wysiądę z gazika, przejdę się po zgliszczach.
– Żadnych nowych śladów, a ogień i deszcz… Chyba nic tu po nas…
– A byliście tam dalej, z drugiej strony torów?
– Za torami znaczy się? Przy Małym Dworcu?
– Tak.
– No, zabudowania i urządzenia kolejki do Zielonejgóry, wszystkie są całe. Parowozownia, obrotnica, pompa, Mały Dworzec – jak nowe!
– Tabor cały, przy magazynie kolejki nikt się nie kręci?
– Ha, ha… Stoją tam dwa takie małe, śmieszne parowoziki. Mają ledwo po trzy koła z każdej strony, jak większy traktor czy młockarnia, a nie lokomotywa, ale za to też aż po trzy kominy każdy…! Widział kiedy obywatel kapitan takie cudactwo!
– Wsiadajcie, plutonowy.
Gazik ruszy z powrotem, tam skąd przybył. Krótką chwilę milczenia przerwie prokurator.
– To nie sojusznicy, plutonowy. Tym razem to miejscowi, pijaczki albo szabrownicy. Dopóki tego tu się nie uporządkuje, albo – jeszcze lepiej – nie odbuduje, tak już będzie… Ale, ale, coś widzę, że nie to was zajmuje, plutonowy. O co chodzi, no walcie prosto z mostu! Coś prywatnie, w życiu osobistym…?
Tak, to będzie dobra okoliczność, abym się podzielił problemem, który mnie zaboli trzydzieści lat później. Wtedy, gdy Januszek będzie chodzić do czwartej klasy, a jego dziadka już dawno uznają za zaginionego. A mimo to, tylko on okaże się zdolny do pomocy, doradzi, poda dobre wytłumaczenie.
A zatem, to będzie tak, że obaj siądziemy w gaziku przed spalonymi ruinami szprotawskiego dworca, w których ktoś właśnie wzniecił kolejny raz w krótkim czasie pożar. On w tym swoim mundurze prokuratora sprzed lat…
– Januszek, twój wnuk, zdał do czwartej klasy. Właśnie dowiedziałem się, że koledzy mu bardzo dokuczają. Powiedziano mi też, dlaczego to robią.
– Tak? Dlaczego?
– Mamy taką wtykę. Kapitan go zna. Występował przy sprawie Ostrowskiego i wiaduktu na bocznicy szprotawskiej.
Prokurator zdejmie z głowy garnizonówkę. Rozepnie dwa guziki od bluzy, te przy kołnierzu. Weźmie głęboki oddech.
– To ta sprawa, którą ty kończyłeś… Twoja ostatnia. Wsadziłeś, zresztą, wtedy Ostrowskiego. A potem oni skończyli z tobą, a Ostrowski niedługo potem wyszedł. Zbliżał się pięćdziesiąty szósty… – przejdę ze swoim teściem na tę krótką chwilę na „per ty”.
– Ta – ak… I co z nim?
– Nie, to nie o Ostrowskiego chodzi. Ten nazywa się Sosiński. Po wyrokach na członków grupy, których wydał, w pięćdziesiątym piątym przyjechał jako figurant do Broniszowa. To ten teren, gdzie mieliśmy sygnały o odradzaniu się żywiołów banderowskich…
– Tak, pamiętam. Czy możesz prędzej…
– Sosiński… Pomógł mi wtedy z Alicją, w Lesie Broniszowskim, co to, towarzysz prokurator wie…
– Minęło niemal dwadzieścia lat. Januszek i jego koledzy to chłopcy, nie ta epoka, inne otoczenie… – będzie się dziwić kapitan.
– Tak, ale jest ktoś, kto łączy te epoki i tak różne środowiska. Siostra Sosińskiego.
Prokurator będzie bębnił palcami po kierownicy gazika. Nawet nie nerwowo. Coraz bardziej znudzony.
– Ta siostra pracuje w szkole, w tej samej do której chodzi Januszek. Jest nawet wychowawczynią Januszka. I ona, ta Barczyńska, skądś ustaliła, że Januszek, to twój wnuk. A ona, oprócz tego że siostra, to jeszcze była narzeczoną tego Ostrowskiego. No i ten Sosiński zmusza ją, aby mściła się poprzez Januszka na tobie, na mnie.
– Co mu zrobiła?
– Osobiście niewiele, ale popycha kolegów chłopaka z klasy, aby go sekowali. Januszek zamknął się w sobie, unika rówieśników, przynosi same dwóje i tróje…
– Barczyńskiej o pochodzeniu chłopca opowiedział w szczegółach sam Sosiński, ta twoja wtyka – wypali kapitan.
– Podejrzewałem to.
– A ty sam, skąd wiesz…? No, to, jak to wszystko wygląda od środka.
– Redaktor mi powiedział. W tajemnicy.
– Tak prywatnie?
– Tak, żeby Pułkownik nie wiedział.
– To on prowadzi Sosińskiego?
– Tak, Pułkownik.
Prokurator pokiwa statecznie głową. Poszuka garnizonówki, nałoży ją sobie z powrotem na głowę. Zapnie guziki. Poprawi kołnierzyk.
Będę patrzeć mu z nadzieją w oczy. On przez chwilę będzie milczał. Może będzie rozkoszować się tą chwilą, gdy ja będę odgrywać przed nim to emocjonalne uzależnienie od niego. W końcu weźmie sprawy we własne ręce i zacznie komenderować:
– Pułkownik wie?
– Chyba nie aż tak do końca…
– No to wiedz, że nie wie. Nie zna tych wszystkich zależności między wami. Tego nakładania się spraw służbowych z życiem prywatnym, do cholery!
Zapalczywość, agresja prokuratora nieco mnie w tej chwili przerazi. Nie będę na nią przygotowany.
– Służbowego nie mieszać z prywatnym…?
– Chyba nie masz co do tego wątpliwości?
– Dlatego chcę się poradzić. Tę Barczyńską trzeba powstrzymać, ale jak to zrobić, nie uderzając we wtykę Pułkownika? Przecież nie mogę tak poświęcić syna, prawda? Ale nie mogę też przejechać się po osobie prowadzonej przez Pułkownika…
– Wiesz, co się stanie z chłopcem, jak sprawę zostawisz tak jak jest, swojemu biegowi?
– Źle z nim będzie…
– Wyśmiewany przez rówieśników, odsunie się od życia kolektywu. W szkole będzie sam. Poza szkołą też, żadnych spotkań, wyjść, rozmów. Kilka suchych, nic nie znaczących słów zamienionych z innymi chłopcami, tylko w klasie, jeżeli będzie tego wymagał przebieg lekcji. Ucieknie w książki i fantazje wymyślonej rzeczywistości. Zamknie się w tym swoim świecie, a to przełoży się też na podwórko. Żadnych wspólnych zabaw, żadnych wspólnych spraw, żadnych kolegów. Rozwinie wyobraźnię, podsycaną książkami, głównie przygodowymi, ale też czytaniem opracowań i podręczników. Z pogranicza fizyki, biologii, teorii społecznych i prawa.
– Zatem wyjdzie mu to na dobre! Stanie się prymusem i…
– Gówno prawda! Tak mu będą dokuczać w szkole, że będzie łapał dwoje na klasówkach, a przy ustnych odpowiedziach będzie się jąkać, zacinać, jak ostatni osioł. Koledzy będą psuć mu opinię, wrabiać w drobne kradzieże, złośliwe uczynki przeciwko nauczycielom, niezdrowe zachowania wobec młodszych, chłopaków, dziewcząt. A dorośli w to wszystko uwierzą i zrobią z niego kozła ofiarnego. Będą odreagowywać na nim własne frustracje, kompleksy, nieudacznictwo. Wiesz ilu nieudaczników i zakompleksionych frustratów jest wśród nauczycieli…?
– To co, nawet podstawówki nie skończy?! – przerażę się.
– Skończy, przepchają go, bojąc się upierdolić syna ubeka. I chcąc się go pozbyć jak najszybciej ze szkoły, pozbyć się problemu. Ukończy ósmą klasę, jako jeden z najgorszych uczniów, z łatką ograniczonego psychicznie. Z podejrzeniem o pedalstwo, z wysnutym przypuszczeniem, że może wyrośnie z niego pedofil albo seryjny…
– Jezu!
– A ty co, wierzący się stałeś?
– Nie, no broń Panie Boże… Ożeż, kurwa…
– Załatwisz mu jednak, że go przyjmą do liceum. Nie tego najlepszego w Zielonej Górze, ale jednak to będzie ogólniak. Alicja go będzie prowadzać po przychodniach, psychologach i psychiatrach, zacznie mu trochę pomagać ta doktor Ber, a on będzie dziczał coraz bardziej. Coraz bardziej będzie oddalał się od społeczeństwa. Zacznie czytać coraz to mądrzejsze książki, spierać się w swoim świecie z najtęższymi klasykami filozofii, polityki, prawa… Zaniknie u niego popęd seksualny do rówieśnic… Czy ty wiesz kiedy kształtują się zainteresowania erotyczne? Poza okresem wczesnego dzieciństwa, oczywiście…
Nie będę miał o tym zielonego pojęcia. Ale prokurator i w tym zakresie mnie oświeci.
– Właśnie tak w wieku jedenastu-dwunastu lat chłopcy odkrywają dziewczynki, jako obiekt pożądania, fascynacji, rodzaj trofeum. I zaczynają odczuwać podnietę, chęć zdobywania tego trofeum. To wtedy zaczynają się kształtować preferencje seksualne.
Pamiętasz, dotąd bawiłeś się tylko z chłopcami, z dziewczyn to nawet się naśmiewaliście. W takiej czwartej, piątej klasie dostrzegłeś w dziewczynkach człowieka. Granice między tobą a nimi zaczęły zanikać… Ale zdarza się, że się pogłębiają.
Tak będzie z Januszkiem. Jego koledzy zaczną próbować imponować dziewczynkom, przenikać do ich odrębnego świata, pokonywać granice. Dziewczynki też zaczną ich „dostrzegać”, plotkować o tym, który co powiedział, który jest mądry a który głupi, który jest silny, który co ma w domu pięknego, wyjątkowego, czego nie mają inni?
A Januszek będzie traktowany jako ofiara losu, złodziej, nieudacznik, śmierdziel. Dziewczynki na kogoś takiego nie zwrócą uwagi, będą go ignorować. Spróbuje raz i drugi przeniknąć tę barierę, ale natnie się. Wyśmieją go chłopcy, wyniośle odtrącą dziewczynki. Urośnie między nimi a Januszkiem mur nie do przejścia. Zacznie się bać świata dziewcząt. Nie chcąc co rusz, na nowo, przeżywać bólu odtrącenia i śmieszności, zdemonizuje w swojej wyobraźni społeczność dziewcząt. Zacznie się jej bać, kojarzyć z czymś nieosiągalnym, sprawiającym wyłącznie przykrości.
Chłopcy będą się z nimi umawiać na lody, na rower, do parku a on coraz bardziej będzie się izolować. Coraz mocniej nienawidził.
Trafi wtedy na pedofila. Ten go zrozumie, wysłucha. Odnajdzie się w wyimaginowanym świecie Januszkowych wizji.
Zaczną wpływać na siebie nawzajem, inspirować się. Pedofil też się zmieni pod wpływem Januszka. Zacznie czytać i studiować te same zagadnienia, gdyż ich relacje, ich wzajemna fascynacja nie będzie tylko erotyczna, ale coraz bardziej intelektualna…
– Nie! Dosyć! Nie chcę tego słuchać.
– Poczekaj, to jeszcze nie koniec. Musisz wszystko wiedzieć…
– Wiem już wystarczająco dużo. I to zaczyna być zbyt straszne…
– Nie jesteś ciekawy tego, że jako osiemnastolatek twój syn zmieni sobie imię na Gwidon, bo to które ty mu dałeś uzna za nudne, bez żadnego wyrazu, pozbawione wszelkiej idei życia?
– Gwidon…?
– Wszystko, co związane z tobą, wyda mu się wstrętne. Twoje życie, twoja służba, ideały, ojczyzna. Do tego dojdą te jego problemy erotyczne… Nie znajdzie dziewczyny, bo nie będzie jej szukać. Kobiet będzie się bać, nawet nie spróbuje żadnej zdobyć. Zresztą z każdym straconym rokiem, będzie mu coraz trudniej przełamać lody, zainteresować sobą, znaleźć wspólny język. Zwróci swoje zainteresowania ku młodszym nastolatkom…
– Przestań!
– Nie. Jedyna dziewczynka, która porozmawia z dziesięcio – jedenastoletnim Januszkiem – Gwidonem, zrobi to kierując się odruchem opiekuńczym, bo odczuje litość do tego, którego wszyscy szykanują. Będzie mogła okazać swoją przewagę, dobroć, opiekuńczość. Kto wie, może by się to i mogło potoczyć dalej, skończyć dobrze? Lecz rówieśnicy, nienawistni wobec Januszka chłopcy i zatroskane koleżanki, wyśmieją jej postawę samarytanki, a z chłopca zrobią jeszcze większą ofiarę, co to potrzebuje litości dziewczyny, bo sam nie jest wystarczająco męski… Wszystko pierdolnie w try miga!
Dlatego, jak już umieścisz Januszka na studiach prawniczych i jak Gwidon je ukończy i wróci do Zielonej Góry, wróci też i do tych swoich niespełnionych, tak mu wstrętnych i wrogich dziesięciu-dwunastu lat. Wtedy, gdy był ich rówieśnikiem, nic mu się z dziewczynkami nie udało. Ale po latach, gdy wróci jako ten, który kończy studia – tak się im będzie na początku prezentować – student, owiany tym nimbem, zacznie z sukcesem podrywać siódmo-, ósmoklasistki. Minie rok, dwa, pięć… Dostanie posadę radcy prawnego, bo nie będzie mógł się skupić na aplikacji adwokackiej, ani prokuratorskiej. Nieułożone życie erotyczne mu i w tym przeszkodzi. Do żadnej kobiety nie podejdzie, bo to będzie dla niego za trudne. Ale wykorzystać młodszą nastolatkę będzie dużo łatwiej… Tylko, że on będzie coraz starszy i coraz bardziej brutalny. Dojdzie do przemocy. Już go nie wybronisz, ale środowisko prawnicze, na równi solidarne, co przeżarte pedofilią i pederastią, nie da mu zrobić krzywdy. Tyle tylko, że trzeba będzie za to zapłacić… Awansuje na wysokie stanowisko w lokalnej hierarchii radcowskiej i administracyjnej, ale się sprzeniewierzy, prawdzie, społeczeństwu, normalnym ludziom. Będzie wydawał decyzje na zamówienie politycznych urzędników. Niesprawiedliwe, łamiące prawo i ludzi. Cynicznie będzie gnoił służbowo ludzi w dzień, w pracy i – małe, coraz młodsze dziewczynki wieczorami, prywatnie, w ustronnych miejscach. Taki typowy, ważny urzędnik, zielonogórski radca prawny na szczycie lokalnej hierarchii…
Będę zdruzgotany słuchając tego wywodu. Czy to musi się naprawdę zdarzyć mojemu synkowi? Czy figurant Pułkownika i jego siostra doprowadzą koniec końców do tego, czy też mogę ich zatrzymać? A jeżeli mogę, to jak? Czy ośmielę się przeciwstawić wtyce Pułkownika?
– I co, podejdziesz do tego teraz służbowo, czy prywatnie?
Nagle poczuję powiew nadziei. No tak, to przecież można widzieć i w ten sposób. To będzie wyjście, ratunek na wyjście z tego gówna z twarzą!
– To co zrobią Januszkowi Barczyńska i Sosiński jest aspołeczne. Przyniesie skutki szkodliwe dla kraju. W pełni powinienem temu przeciwdziałać kapitanie!
Prokurator spojrzy na mnie z politowaniem. Może ironicznie się roześmieje, ale nie powstrzyma mnie!
– Oni umożliwią przestępcze działanie pedofilowi, temu co to z Januszkiem… Przez nich uzdolniony, młody człowiek, zamiast stać się przyszłością palestry, ciągnąć swoją pracą i zdolnościami ojczyznę ku sukcesom – stanie się zakałą, przestępcą, cynikiem i biurokratą.
Prokurator będzie tak zniesmaczony moją głupotą, że aż szpetnie zaklnie:
– Ależ ty pierdolisz!
Ale ja będę brnąć dalej, do końca broniąc swojej wiary w państwo i społeczeństwo:
– No, a ci koledzy Januszka? Przecież Barczyńska z Sosińskim pchną ich do aspołecznych czynów. Zaszczepią w nich na wskroś negatywne, niepożądane postawy – antykoleżeńskie, wrogie ludziom, destrukcyjne. Jakimi oni będą w przyszłości członkami załóg w swoich zakładach, co będą reprezentować sobą, jakie wartości w kolektywie? Czym skorupka za młodu nasiąknie…
– Po prostu, kurwa, broń swego syna, a mojego wnuka! – krzyknie w końcu na mnie kapitan. – Masz nie tylko do tego prawo, ale jest to twój zasrany obowiązek. Nie oglądaj się na Pułkownika, do kurwy nędzy!
Oniemieję. A więc to wszystko jest takie proste? Tylko gdzie są granice, dokąd mogę się posunąć?
– Mam zadenuncjować wtykę? Komu, milicji, Redaktorowi?
Prokurator spojrzy na mnie, ot tak po prostu i spokojnie, jakby mówił o wypiciu kawy, albo wyłączeniu radia, oznajmi. Krótko a zwięźle i treściwie:
– Kto jest faktycznym wykonawcą? Kto realnie, bezpośrednio stwarza zagrożenie? Nie Sosiński czy Barczyńska. Zabij ją, a zanim Sosiński znajdzie następcę, kogoś kolejnego, Januszek bezpiecznie będzie już w liceum.
Zamuruje mnie tylko na moment. Błyskawicznie stanie mi przed oczami szczegółowa wizja całej operacji. Nie, nie trzeba będzie nikogo zabijać, ani narażać się Pułkownikowi… Nauczycielka, no przecież! Nauczyciela tak łatwo wyeliminować, unieszkodliwić jego nieludzkie praktyki w ludzki sposób.
– A wie obywatel kapitan, że nawet mam już gotowy plan. Proszę tylko popatrzeć…

Vom ICH zum WIR

Christine Ziegler

So lautet oft der Slogan, wenn wir über Solidarität nachdenken. Doch wie geht das überhaupt, wo wir immer weiter um das ICH kämpfen, kämpfen müssen und wollen.

Was weiß ich, ob es stimmt, ich war nicht dabei, aber nein, bin es gerade jetzt doch:
Einstmals gab es ein WIR, doch auch dieses erst, als WIR begriffen, dass wir eine besondere Art Lebewesen sind, die sich nicht mehr so ganz einordnen kann in das Leben an und für sich, dem wir aber doch weiter angehören.

Dann ein ER, SIE, ES? Oder doch als erster Schritt ein ICH? Was machen die Kinder? Wenn sie sprechen lernen, ist es mit ICH noch kompliziert. Und dann kommt auch noch ein DU dazu?  Und DU ist ICH und ICH ist DU?

Und wer darf von ICH sprechen? Weshalb sind Frau, Kind, Knecht, Magd, Vieh und alles was seins ist, erst mal nur Eigentum? Oder gab es ein Dasein ohne Eigentum? Hatten wir dann Personalpronomen?

Was für ein Glück, wenn das ICH bestimmen kann, dass es ein ER ist? Eine SIE ist. Das ES im Kind, ganz kurz ist es MENSCH egal, was mensch ist, dann kommt der Zwang zum ER und SIE. Wieso DAS Mädchen, na ja, alles was seins ist, kann wohl kein SIE sein, erst recht kein ICH. Kein Wunder, dass wir alle um die Selbstbestimmung des Personalpronomens kämpfen. Und staunend lernen, wie viele Personalpronomen es in Wirklichkeit gibt.

Gelingt da ein Weg zurück zum WIR, zur Solidarität? Wo doch auch noch das IHR da ist. Denen ist sowieso nicht zu  trauen. Vielleicht ist dieses Mistrauen erst zu überwinden, wenn es welche gibt, die SIE über uns sagen und uns alle meinen?

 

Z wolnej stopy 34

Zbigniew Milewicz

Na kocią nutę

Może zabrzmi to dwuznacznie, ale nigdy w życiu nie miałem kota. Były psy różnych ras, żółw, świnka morska i kanarek, a sierściucha jakoś zabrakło. Nadrobiła to moja córka Ania, w jej domu od lat króluje Tutek – kot syberyjski, bez którego zarówno ona, jak i moja wnuczka Zosia nie wyobrażają sobie życia. Ponieważ dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Kota, wszystkim mruczusiom i ich fanom dedykuję dwa wiersze pióra Andrzeja Nowickiego, według Thomasa S. Eliota, z niewyczerpanej Księgi Nonsensu:

Kot teatralny

Gus to kot u teatralnych drzwi.
Jego prawdziwe imie, co lepiej wiedzieć, brzmi:
Asparagus. Ale, że sprawia trud
Wymawiać je przyjęto Gus jako na co dzień skrót.
Gus sierść ma zszarganą i chudy jest jak gnat,
Cierpi na drgawki, łapy trzęsą się od lat;
Lecz kiedyś, w dniach młodości, kto by pomyśleć śmiał,
Że był postrachem myszy, szczur nawet przed nim drżał.
O, nie jest takim kotem, jakim to bywać zwykł,
Gdy znany był szeroko za młodych czasów swych –
A dziś, gdy go otoczy przyjaciół wiernych krąg
W klubie, który się mieści na tyłach baru „Pstrąg“,
Lubi im przewodniczyć, zwłaszcza gdy stawia ktoś,
I zawsze ciekawego powie o sobie coś:
Tak, Wielkim był Aktorem, z Irvingiem samym grał.
Znany był w music-hallach, teatr go każdy znał.
Pamięta, jak Galeria pięć razy, może sześć
Kocią muzykę wzniosła na jego tylko cześć.
Lecz najwspanialszą kreacją, największą z jego ról
Był Fajerwerkofidel w „Postrachu Dzikich Pól“.

– Grywałem – opowiada – w każdej ze słynnych sztuk,
Sześćdziesiąt monologów jam recytować mógł,
Umiałem improwizować, dobrze wiedziałem, jak
Najumiejętniej stosować sceniczny trik lub gag,
Mogłem grać samym grzbietem, ogonem mogłem grać
I po godzinie próby na wszystko było mnie stać!
Głos miałem tak wzruszający, że każdy w teatrze łkał,
Czym charakterystyczną, czy główną rolę grał.
Na Małej Nell kolanach swój opierałem łeb
W sztuce pana Dickensa „Starożytności sklep“.
W scenie Pantomimy roboty miałem huk,
Któż „Kota w Butach“ lepiej ode mnie zagrać mógł?
Ale największą kreacją z niezapomnianych mych ról
Był Fajerwerkofidel w „Postrachu Dzikich Pól“.

A potem, gdy mu jeszcze postawić dżinu łyk,
Powie o innych rolach, w których to grywać zwykł,
O tym, jak raz w Szekspirze cichutko wszedł na płot,
Bo pewien aktor twierdził, że musi w tym być kot,
I jak Tygrysa grywał – znów by go zagrać mógł –
Którego Pułkownik w Indiach wystrzałem zwala z nóg.
Nikt tak jak on – powiada – nie umie, choćby pękł,
Wydawać wstrząsający Ducha w „Hamlecie“ stęk.
Raz po telegraficznym drucie się wspiął co sił,
Aby ratować dziecko, gdy pożar w sztuce był.
I twierdzi: – Tych kociąt w teatrze nikt już nie uczy tak,
Jak nas uczono niegdyś w królowej Wiktorii dniach,
Kiedy, niby na musztrze, ćwiczono każdy gest.
A teraz byle kociak podskoczy i sławny jest!-
I doda jeszcze, łapą strzepując z sierści pył:
O, tak, już teatr nie jest taki, jaki dawniej był,
Te nowoczesne produkcje, może i niezłe – lecz
To nie jest to, co było, na tym polega rzecz!
I nic się porównać nie da z największą z moich ról,
Z chwilą upojnej euforii,
Gdym przechodził do historii
Ja, Fajerwerkowidel w „Postrachu Dzikich Pól“.

Tajemniczy kot Makawity

Makawity to tajemniczy kot; zowią go też Skryty Pazur,
Gdyż jest arcymistrzem zbrodni, który urąga Prawu.
Kpi sobie ze Scotland Yardu, a zwłaszcza z Oddziału Lotnego.
I nigdy na miejscu zbrodni – NIE MA MAKAWITEGO!

Bo któż jak Makawity? Któż jest jak Makawity?
On wznosi się w powietrze, jak fakir znakomity,
Łamiąc powszechne prawa wraz z Prawem Ciążenia Ziemskiego,
I nigdy na miejscu zbrodni NIE MA MAKAWITEGO!
Niech się Policja czai w powietrzu, pod ziemią na niego –
Ja wiem to lepiej niż oni – NIE MA MAKAWITEGO!

Makawity ma kolor imbiru, smukły jest i wysoki;
Poznasz go, gdy go ujrzysz, gdy cię przeszyje wzrokiem.
Głowa do góry wzniesiona, namysł na czoło się kładzie,
Płaszcz jego kurzem okryty, wąsy – w niedbałym nieładzie.
Szyję przeginać umie miękkim, wężowym ruchem;
Gdy sądzisz, że śpi głęboko – on czuwa ciałem i duchem.

Któż jest jak Makawity? Któż jest jak Makawity?
To potwór deprawacji, czort w kocim ciele skryty.
Miniesz go na ulicy i przejdziesz tuż obok niego,
Ale na miejscu zbrodni NIE MA MAKAWITEGO!

Szlachetny jest na pozór (nie siadaj z nim do kart),
Odcisków jego palców nie zdobył Scotland Yard –
Lecz gdy słonina ginie lub skrzynka biżuterii,
Gdy ktoś dzban mleka wypił, stłukł szybę w oranżerii
Lub łeb ukręcił kurze ni z tego, ni z owego –
Jedna jest rzecz przedziwna: NIE MA MAKAWITEGO!

A kiedy z Foreign Office`u niknie Przyjaźni Traktat
Albo z Admiralicji – Plany i Tajne Akta,
Być może strzęp jaki znajdą i to czy tamto spostrzegą,
Lecz śledztwo jest bezcelowe: NIE MA MAKAWITEGO!

I Tajna Policja mówi, kiedy ją zawiadomić:
– TO MUSIAŁ BYĆ MAKIAWITY! – a on daleko o sto mil
Na słońcu się wyleguje i liże leniwie pazur
Albo liczb długie kolumny mnoży i dzieli od razu.

Któż jest jak Makiawity? Któż jest jak Makiawity?
Tak gładki i zwodniczy, i tak niesamowity?
On zawsze ma alibi (dwa albo trzy do tego),
Ale na miejscu zbrodni NIE MA MAKIAWITEGO!

Mówią, że wszystkie koty ze swoich przestępstw znane
(Że wspomnę o Januarym czy kocie Kajetanie),
To tylko zwykli agenci posłuszni, sprawni, zgodni
Kota Makiawitego – Napoleona Zbrodni!

Na koci temat, na przestrzeni dziejów, ułożono mnóstwo różnych sentencji i aforyzmów. Mnie osobiście najbardziej podobają się dwie myśli: Kobiety i koty zawsze robią, co chcą, więc mężczyźni i psy niech się z tym pogodzą. Kto nie lubi kotów, w poprzednim wcieleniu musiał być myszą. Autorem pierwszej jest Robert A. Heinlein, drugiej Faith Resnick.

Rozmowy polskie zimą 2021 roku

Ewa Maria Slaska

Książka i ci, co o niej rozmawiają

Rozmowa o książce odbyła się na zoomie w dniu 8 lutego 2021 roku. Brali w niej udział sami utytułowani naukowo ludzie i ja. Moderatorka, Iwona Dadej, zaprosiła czworo autorów (ten polski rodzaj niemęskoosobowy! trzy autorki, jednego autora!) i czworo czytelników (to samo 3+1). Byłam w tym gronie jedyną osobą pamiętającą dobrze PRL. Ale ponieważ jestem stara, to pamiętam nie tylko PRL, ale również czas, kiedy rozmowa oznaczała, że spotykają się ludzie i ze sobą rozmawiają, a to oznacza, że ktoś coś mówi, a ktoś inny już niecierpliwie wierci się na krześle, bo chciałby na to odpowiedzieć, ktoś przerywa, ktoś coś wtrąca niby na boku, ale tak, żeby wszyscy słyszeli, ludzie nawiązują ze sobą kontakt, myśli latają jak trzmiele na wiosnę, a moderator to nie jest Władca Czasu i Dostępu do Mikrofonu, tylko człowiek, który ma przedstawić kolejnego rozmówcę (a bogdaj to, sami możemy to zrobić!) i zadbać o wypełnienie luki, gdyby nagle się okazało, że nikt nic nie ma do powiedzenia i zapada głucha (głupia) cisza. Choć i tak trzeba przyznać, że nasza regentka robiła, co mogła, żeby jej władza była jak najmniej dokuczliwa. Tym niemniej i ona nie mogła nic zdziałać przeciw “reżimowi” takiej rozmowy AD 2021.

No więc nie było rozmowy, tylko wystąpienia i statementy. Szkoda, bo ja bym chętnie porozmawiała tak naprawdę, szczerze i od serca z autorami tej książki. Powiedziałabym, co myślę i tak długo bym ich dręczyła, aż bym wymusiła na nich sensowne odpowiedzi i nie musiałabym się zadowalać akademicką gładką nowomową, wygłaszaną przez ludzi, którzy połknęli kij (no, nie wszyscy – pani Barbara na pewno nie połknęła kija) i przez to zapomnieli, jak się uśmiechać, przejmować i angażować w temat. Tak się zachowywała tylko mieszkająca (przebywająca) w Szwecji Białorusinka – Olga Sasunkiewicz. Ale tak poza tym było tak, jak zawsze, już od dawna, a nie tylko w czasach pandemii, był akademicki dyskurs, w którym wszyscy wszystkich chwalą i wszyscy są z siebie zadowoleni.

Przygotowałam sobie uprzednio notatki, na wypadek, gdybym zapomniała języka w gębie. Nie były mi potrzebne, pamiętałam dobrze, co chcę powiedzieć, powiedziałam znacznie mniej niż chciałam i dostałam następującą odpowiedź zbiorczą, wygłoszoną cztery razy, bo udało mi się zadać cztery pytania: mieliśmy inne założenia, nie chcieliśmy tego uwzględniać, ale może szkoda, bo może dobrze by było. Aha. W dwóch wypadkach odpowiedź uzupełniło stwierdzenie: nie mogliśmy tego uwzględnić, bo nie ma na ten temat badań!
Jak to nie ma badań?! Czy ośmioro naukowców nie odczuło wstrząsu po takiej wypowiedzi? Nie ma badań! To trzeba je było zrobić, albo odważnie sformułować tezy-hipotezy bez badań cząstkowych. OmG, nauka była kiedyś cudowną przygodą myślącego umysłu, który mógł się zająć wszystkim, czym chciał, a teraz jest żmudnym zbieraniem materiałów, mrówczym przeprowadzaniem badań, kolekcjonowaniem punktów i wymuszonym (!) odpisywaniem od innych. Bo jak inni nie zrobili badań, to nie ma czego cytować, a zatem nie możemy na ten temat pisać?

Nie pierwszy to raz, że rozpacz mnie ogarnia w obliczu tego, czym stała się nauka. Już o tym pisałam. Na przykład TU. Albo TU. I TU. I nie pierwszyto raz, że sama siebie z zachwytu klepię po ramieniu, że udało mi się uniknąć pułapki, jaką jest wysoka nauka akademicka. A mogłam byłam była (bymbyłabyła), pracowałam na uczelni, rozpoczęłam pisanie pracy doktorskiej i… ogarniało mnie przerażenie na myśl, że teraz TAK będzie wyglądało moje życie.
A przecież 45 lat temu nauka była jeszcze cudownie wolna w porównaniu z tym, czym się stała dzisiaj. Bo cóż tak naprawdę ograniczało naukowca w Polsce w pierwszej połowie lat 70?

Tylko Komuna! Phi!

Niech żyje nauka niska! nauka z rozmów i przemyśleń, tradycji i intuicji, odwagi i samodzielnego myślenia! A oto moje notatki, sporządzone przed spotkaniem zoomowym. Nie obejmują one wszystkich zagadnień, w końcu wiadomo było, że to spotkanie potrwa dwie godziny, a na pewno będzie musiało się wpowiedzieć osiem osób i ewentualnie jacyś słuchacze:

Co mi się podoba, to fakt, że powstało kompendium, obszerne, napisane wartkim językiem, interesujące. Gratuluję!

Podoba mi się też wyjściowa teza, że obraz sytuacji kobiet w PRL stworzony po roku 1989 był uproszczony i pełen luk.

Ale niestety to, co Państwo stworzyliście, jest też uproszczone i ma braki. A szkoda, bo przez następne kilkadziesiąt lat Wasza książka będzie czytana i cytowana wszędzie na świecie, gdzie badacze się zajmują sytuacją kobiet w PRL, a brakuje w niej wielu ważnych spraw i ludzi.

Posłuchajmy tej listy nazwisk:

Maria Janion
Agnieszka Holland
Krystyna Janda
Wisława Szymborska
Kora Jackowska
Magdalena Abakanowicz
Ewa Demarczyk

To były najważniejsze kobiety PRLu! To były nasze wzory zachowań, wyglądu, walki, odwagi cywilnej. Nie Zofia Grzyb, tylko Janion, Holland, Janda! Tych kobiet nie ma w tej książce. Listę można wydłużyć: nie ma Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Kuncewiczowej, nie ma rysowniczki Mai Berezowskiej, która zmieniła nasze widzenie erotyki kobiecej. Nie ma pisarek z okresu transformacji, które zapoczątkowały tzw. literaturę menstruacyjną w Polsce i które opisywały widzianą przez kobiety rzeczywistość PRL, a zatem nie ma też jednej z nich, czyli Olgi Tokarczuk.

Nie ma Krystyny Jandy, której rola w filmie Człowiek z marmuru (1977) stała się wzorem wszystkich młodych nowoczesnych kobiet. To od niej uczyłyśmy się bezkompromisowej postawy, która już kilka lat później okazała się tak potrzebna podczas strajków 1980 roku.
Ale nie ma też filmu Agnieszki Holland Kobieta samotna (1981), która ukazała tak straszny ciężar bycia kobietą w PRL, że każda z nas skłonna była na klęczkach dziękować za to, że ją spotkał jednak inny los.

To mogłoby nie mieć znaczenia w pracy naukowej, gdyby nie fakt, że sami Państwo piszecie, że sięgacie do „tekstów kultury popularnej, filmów, przedstawień plastycznych, beletrystyki“ (str. 16 i 17). I gdyby nie fakt, że akurat TE kobiety były wzorcami dla kolejnych pokoleń Polek w PRL. Nie piszecie o nich, nawet ich nie cytujecie!

Nie piszecie o religii i roli kościoła, no bo… nie piszecie.
To samo o problematyce homoseksualnej – bo nie.

Uzasadniacie to tym, że każdy rozdział książki jest propozycją autorską i że te braki to wasze „przemyślane decyzje“ – w trakcie rozmowy dowiedziałam się jeszcze, że… nie ma badań!

Niestety te braki świadczą albo o nieznajomości sytuacji w PRLu, albo (choć nie chce mi się w to wierzyć!) o podporządkowaniu Waszej wizji, obowiązującym założeniom współczesnej narracji historycznej AD 2020. Bo jak inaczej wytłumaczyć nieobecność choćby tych czterech najważniejszych kobiet z mojej listy: Janion, Holland, Janda, Tokarczuk? Czy to przypadek, że akurat wszystkie cztery są, czy były, twarzami protestu obywatelskiego przeciwko kolejnym decyzjom obecnej władzy?

To jednak niestety nie wszystkie braki:

1/ Z rozdziału o aborcji czytelnik nie dowie się nawet, od kiedy aborcja w PRL była legalna (a była legalna w latach 1956 – 1993). I oczywiście szkoda, że nie ma tu odniesienia do tego, jak dramatycznie problem aborcji wygląda w roku 2020 i 21.

2/ Brakuje rozprawienia się z popularną na Zachodzie teorią, że w Polsce nie było tzw. drugiej fali feminizmu w latach 60 i 70 – konieczna byłaby konkretna teza – była druga fala, tylko się tak nie nazywała!

3/ Przesadnie opieracie się na badaniach anglojęzycznych, które mówią o Europie Wschodniej i Polsce w kontekście Związku Sowieckiego.

4/ Nie ma osobnego rozdziału o kobietach jako inspiratorkach, twórczyniach i odbiorczyniach kultury.

5/ Zbyt intensywnie omówiona została Liga Kobiet, co zmienia w oczach Czytelnika jej funkcję w życiu społeczno-politycznym PRL.

6/ Niejednolity język – zwłaszcza w sprawie feminitywów i neologizmów

7/ Wspaniałe wprowadzenie nt. gender, ale dlaczego nie ma tam ani jednego słowa nt. tego, co w Polsce się stało z tym terminem i w jaki wstrętny sposób został wykorzystany? I to akurat w czasie, kiedy Państwo pisaliście tę książkę.

8/ No i dwa zwyczajne głupstwa:

Napisaliście, że internowane w Gołdapi chwaliły sobie internowanie, bo mogły odpocząć!
No halo!? Naprawdę?

I na koniec perełka bezsensu z rozdziału “Uroda”: twaróg produkuje się z serwatki!

Nie proszę Państwa, twarogu NIE produkuje się z serwatki, serwatka jest produktem ubocznym produkcji twarogu! I każdy człowiek zajmujący się PRL musi to wiedzieć, bo twaróg był obok ziemniaków i cebuli jednym z najważniejszych środków spożywczych w Polsce! I każdy w PRL-u umiał domowym sposobem wyprodukować twaróg ze zsiadłego mleka (teraz się nie da).

Powiecie – nieważne głupstwo! Tak, zapewne, ale jeżeli w takim głupstwie nie wiecie, o czym naprawdę piszecie, to dlaczego mamy Wam wierzyć w sprawach poważniejszych niż twaróg i serwatka!?

W worku jest ser biały, czyli twaróg, w garnku to, co odciekło, czyli serwatka 🙂

Co zostaje w nas?

Teresa Rudolf

Aznavour i Maradona 

I znów to przedziwne
poruszenie serca,
gdy nagle znany głos,
skądś się wyłania.

Znowu gdzieś cię dopada,
ten z zaświatów dalekich
głos, duch z przeszłości,
z przemijania twego.

Wkrada się wzruszenie,
gdy tu melodia, tam obraz,
tam z dzieciństwa książka,
a tam twoje zakochanie.

Wychodzą duchy i duszki,
bez rytuałów i zaklinania,
z pamięci, z odchodzenia,
w zwykłej codzienności.

Odpłynęło tylu twórców,
idoli, tu Presley, tu Van Gogh,
tu Osiecka, a tu Maradona,
jak komuś kiedyś pisane…

…taki dzisiejszy duch…

Odpływy i przypływy

Gdy zamykam oczy,
leciutkie wspomnienia,
chmurkami przypływają
pachnąc morzem i solą,

mając swoją melodię
spowalniają moje myśli,
rozleniwienie tuli ciało,
w dal odpływające.

Jakieś dziwne wzruszenie,
przepływa przeze mnie,
niepokój kłóci się z ciszą,
dobrze mi i też niedobrze.

Przypływa coś dość znanego,
muska pamięć cichej duszy,
łaskocze, irytuje, głaszcze
pocieszając, że odpłynie…

…w mojej tęsknocie.