Lirycznie + Satyrycznie + Politycznie

Roman Brodowski

Lirycznie + Satyrycznie + Politycznie = Walentynki Broma

Kto pokocha poetę

Zamówiono u mnie rymowankę
Jakiś prosty wierszyk o miłości
Panegiryk sławiący kochankę
Jej seksapil, mądrość i… zdolności.

Otrzymałem foto, średniego formatu.
Treść przewodnia na papier rzucona
Twarz jak obraz z dobrego plakatu
Taka w jednym, kochanka i żona.

W oczach blask pokornego kocięcia
Droga mleczna kształtna i górzysta
Tajemnica ukryta przed wzrokiem
W modnych szatach, wprost od Diory Christa.

Z nią bym nie bał się ruszyć przed siebie
Jak odkrywca, błędny rycerz, sługa
Byle mieć ja na własność, dla siebie…
Co ja plotę, przy niej tkwiłbym w długach.

Zamiast marzyć, muszę przecież tworzyć
W rymów bukiet ubrać piękno owe
By na chleb swój zarobić codzienny
Wierszokleci zarabiają słowem.

Widać taki już jest los poety
Takie jego marne przeznaczenie
Choć potrafi pięknie pisać o kobietach
W jego duszy samotność, cierpienie.

Berlin 15. 11. 2008

Miłość jak róże czerwone

Dzisiaj na ławce, naszej ławce
Na której ust twych nektar piłem
Usiadła para zakochanych
Ona i on – wspomnienie miłe

On do niej szepcze jakieś słowa
Patrzy w jej oczy z pożądaniem…
Czy ja tez kiedyś takim byłem?
Ożyło w myślach mych pytanie

Ona go słucha, gładzi włosy
Dłoń jego trzyma jak skarb jaki..,
A ja się siebie znowuż pytam.
Czy ja na pewno byłem taki.

On ją przytulił do swej piersi
Ona weń głowę swą wtuliła
Czy my byliśmy tacy sami?
To jest pytanie do nas – Miła,

Znowu przyniosłem Tobie róże
Czerwonokrwista nasza miłość…
Lat wiele Chronos nam dobawił
Lecz w nas?… W nas nic się nie zmieniło.

Niechaj te kwiaty, twoje kwiaty
Które potrafią zranić dłonie,
Gdy je przytulasz do ust twoich
Szepczą – On nadal do Cię płonie.

Kochanej Liluszce – Berlin 14.02.2020

Kompromis, albo Smutna rzeczywistość młodego żonkosia

Jakoś tu pusto jest bez Ciebie
Niby niczego nie ubyło
A jednak w domu jest inaczej
Zabrałaś w podróż ciepło, miłość.

Wiem, że to krótkie odwiedziny
Zwykła wyprawa do „mamusi”
Lecz mi jest smutno i… Ponuro
Bez Ciebie, nocna zmora dusi.

Eros pobudza moje członki,
Wenera burzy krew w mym ciele,
A Ciebie nie ma, do cholery.
Tobie teściowa łóżko ściele.

Gdy przysięgałaś przy ołtarzu,
Że mnie do śmierci nie zostawisz,
Myślałem sobie – w dzień i w nocy!
Ty zaś „mamusię” miast mnie „bawisz”.

Jak jeszcze długo mam to znosić?
Do czasu, gdy już będę stary?!
Dzisiaj tkwi we mnie męski wigor…
A Ty? – U mamy zmywasz gary.

Więcej nie pytaj mnie kochana,
Czemu twej mamy tak nie lubię
Wciąż tylko ona, wszędzie ona,
A ja?…. W logice twej się gubię.

No, może gdyby kilka razy,
Powiedzmy cztery, góra pięć
Lecz nie co miesiąc, tak nie można
Powiada mąż twój, mamy zięć.

Wybieraj, ze mną czy z teściową
W małżeństwie miejsca jest, dla dwoje
Jak widzisz, we mnie tkwi mężczyzna
Prawdy powiedzieć się nie boję .

PS.
Wiersz ten, to dowód jest mój na to
Że wówczas, gdym był jeszcze młody
Walczyłem dzielnie pióra słowem,
Krusząc małżeńskiej mur niezgody.

Od lat wiem o tym że Żoneczka,
Choć treści tejże nie czytała,
(Z wielkim szacunkiem dla Teściowej)
Mamusię miała – mnie wybrała.

15 lutego 2012 – 17 listopada 2019

Lepszy sercom pokarm

Jakże często poeci sięgają dna,
By tam odnaleźć zagubioną miłość,
Łódź, w której skrył się tamten czas,
Czas niespełnienia, marzeń, snów.

Jakże rzadko poetom brak weny,
Natchnienie płynie tumanem obłoków,
Szelestem liści, barwami tęczy,
Nadzieją jaką tworzy świat.

Jak często poeci łamią piór swych ostrza
Pisząc bogactwem szlachetnych emocji,
Słowami prostych wyznań i prawd
Na wpół martwym w zwątpieniu duszom.

Jakże rzadko można pieścić zmysły
W świecie mroków, półbogów, mamony
Nikt nie czyta wierszy, poematów,
Dziś inaczej brzmią miłości nuty.

Berlin 17.12.2020

Walentynki narodowca

Walentynki – powiadają dzień miłości
Walentynki, ponoć zakochanych pora
No więc, kochał, kocha, kochał będzie
Swą „miłością” się podzieli… do wieczora.

Ktoś powiedział, że tradycja, że dziewczęta
Kwiatki trzeba wręczyć, lub pluszaka,
A on chciałbym podarować swoim paniom
W dniu Świętego Walentego coś z Polaka.

Obiecuje, że przykładem będzie świecił
Tak jak Marta, Krycha lub Andrzejek,
Ruchadełko leśne weźmie w swe objęcia.
Lub przy kilku żonkach chętnie się ogrzeje

Może dzisiaj go przygarnie któraś,
Nie z litości, lecz potrzeby spragnionego ciała
Może to być wdowa, panna lub rozwódka.
Najważniejsze, by szlachetność krótkotrwała

Jutro, gdy się skończą Walentynki,
Będzie znów dla żony dobrym mężem
I jak każdy członek narodowej braci
Wszem ogłosi – „wierność moim jest orężem!”

I podąży, (bo to przecież jego bój ostatni)
By zwyciężyć wrogów czystej, polskiej rasy
By wyrzucić czarnych, żółtych, kolorowych…
Ot nastały smutne w mej Ojczyźnie czasy.

My Polacy naród wielce bogobojny
Więc zwyczajnie, bez rozpusty, po bożemu
Wyznawajmy katolickie wszak zasady
Nie przyjmując homo innych… do haremu.

02.02. 2021

Tabor w drodze, w śniegu

Tabor Regresywny

Louis Althusser rozpoczyna czytanie Kapitału od pytania, jaką lekturą zgrzeszyliśmy? Spróbujmy zadać sobie pytanie – jaką lekturą zgrzeszyliśmy, czytając Biblię? Odpowiedź jest prosta, zgrzeszyliśmy lekturą religijną, bogobojna i czołobitną. Spróbujmy zatem, podobnie jak Althusser Kapitał, przeczytać Biblię na sposób filozofów. A czytać na sposób filozofów, znaczy zgodnie z Doktryną Stoicką, pytać o fizykę logikę i etykę Biblii.

Zacznijmy od momentu, gdy Bóg postanawia stworzyć człowieka.

Zatem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka… (1.26 Rdz)

Pojawia się od razu pytanie dlaczego Bóg mówi do siebie w liczbie mnogiej? W liczbie mnogiej zwracamy się do siebie, gdy nie jesteśmy pewni skutków tego, co robimy, gdy dodajemy sobie otuchy, pozornie rozkładając odpowiedzialność na wiele osób. Można by zapytać, czego Bóg się obawiał? Mając na uwadze dokonania człowieka w dziele zniszczenia i samozniszczenia, trudno się mu dziwić? Czemu mimo to stworzył człowieka i czy podjął jakieś środki zaradcze w związku z wątpliwościami, jakie go trapiły?

Starożytni Grecy fizyką nazywali odpowiedź na pytanie – co istnieje? Dwie skrajnie przeciwne odpowiedzi sformułowali Heraklit i Parmenides. Dla Heraklita odpowiedź była prosta, istnieje to, co jest dostępne naszym zmysłom. Jest to świat w ciągłym ruchu, ciągłej zmienności. Dla Parmenidesa, to co jest dostępne naszym zmysłom, istnieje tylko w naszej świadomości, a źródłem tych wrażeń jest jakiś nieruchomy byt i tylko on istnieje obiektywnie.

Dziś fizyka to matematyczny opis naszych wrażeń, a wszelkie pytania o to, co istnieje, pogardliwie nazwa się metafizyką i pozostawia filozofom kawiarnianym. Rzetelna nauka poszła drogą Heraklita. Tyle, że obudziliśmy się z ręką w nocniku. Może czas powrócić do greckiego podejścia do fizyki i zadać sobie pytanie, co istnieje, a jako kryterium poprawnej odpowiedzi przyjąć Doktrynę Stoicką a nie empiryczną weryfikowalność.

Gdy Orfeusz zstąpił do piekieł i zaczął swą pieśń, Cerber dziwnie złagodniał, straszliwe Erynie wzruszyły się do łez, ustały cierpienia sławnych grzeszników: zatrzymało się ogniste koło Iksjona, przestał się toczyć kamień Syzyfa, Tantal zapomniał na chwilę o głodzie i pragnieniu, a Danaidy o swej beznadziejnej pracy. Mógł zostać i swą sztuką czynić życie w piekle znośniejszym. Podjął jednak próbę wyprowadzenia Eurydyki. Warunki, jakie narzucili bogowie, zmusiły go do wywindowania muzyki na najwyższe poziomy, by urzeczona muzyką Eurydyka szła z nim.

Jaka myśl kryje się za tym mitem? Czy aby nie chodzi o to, że powinnością artystów nie jest czynienie życia w piekle znośnym, lecz wyprowadzanie ludzi z piekła?

I uczynił Pan Bóg Adamowi i żonie jego przykrycie ze skóry i oblókł ich.

Czym jest to przykrycie ze skóry, które Bóg dał ludziom na drogę. No, oczywiście uśmiechem, a nie jakąś tam kataną ze skóry baraniej albo czapką z bobra. A z czego śmiali się Adam i Ewa po traumie, jaką przeszli po spożyciu zakazanego owocu. No oczywiście, śmiali się z imienia, jakie Adam nadał Ewie. Ewa, no też wymyślił. A co przykryli, śmiejąc się z imienia Ewy? No właśnie z czego śmiali się naprawdę? Śmiech to doskonała przykrywka. Gdy Achaje rozebrani i bez broni ciągnęli pod Bramy Troi pokracznego konia, skleconego byle jak, Trojanie na murach zanosili się ze śmiechu. Przecież zobaczyli wreszcie, że ich wrogowie zwariowali. I nie ma się co dziwić, że gdy Achaje odpłynęli, Trojanie wciągnęli drewnianego konia do środka, by pośmiać się z tego dziwadła. Nie wykluczone, że tę myśl podsunęła im Helena. Od lat używam śmiechu jako konia trojańskiego do przemycania myśli. Nie dajcie się zwieść. Nie śmiejcie się.

W piątek zmontowałem piecyk do ogrzewania wozu i nadałem mu imię “Shackelton” na pamiątkę piecyka, który uratował życie Shackeltonowi i jego towarzyszom, gdy przez półtora roku dryfowali na krze po nieudanej próbie dotarcia na Antarktydę.

W sobotę budowałem mały piecyk do gotowanie kawy, chcę mu nadać imię kucharza z Murzyna z załogi Narcyza, który w ciężkim sztormie gdy statek leżał na burcie potrafił przeczołgać się na dziób i ugotować kawę dla załogi.

Dzisiaj miałem wypróbować mój nowy piecyk do kawy. Zamieć. Prawie za każdym razem, gdy ruszam moimi wózkami, przed wyjazdem dochodzi do jakichś ekstremalnych zjawisk pogodowych. To samo, gdy wracam. Powinienem wyjechać raz a dobrze.

Odcinek 11

Mieczysław Bonisławski

21 grudnia sprawa sygn. akt ….. (nie do odczytania – numer zamazany ołówkiem kopiowym) odczytanie dowodu nr ….. (nie da się odczytać numeru, w tym miejscu nakładające się kilkukrotne skreślenia i poprawki długopisem) opracował: psycholog, biegły sądowy, mgr …… (imię i nazwisko zamazane ołówkiem kopiowym, nieczytelne) karta nr 93 / 153 / 264 (kilka nachodzących na siebie numerów, pisanych niebieskim długopisem, zielonym, skreślanych na czerwono itd.)

Byłem strażnikiem kolejowym. Wyrzucili mnie, nie wiem sam czemu? Może ktoś mi pomoże to zrozumieć? Może pani mi pomoże…? Czy uwzięli się na mnie? Ci chuligani i złodzieje. Wszędzie ich pełno, mogą mieć dojścia… No bo byłem na nich zbyt dobry, dawałem im radę… A może to ktoś z nadania partyjnego, po linii politycznej…? Poznałem ostatnio takiego jednego redaktora, on chyba współpracuje z SB? Wydaje się, że to mocno niepewny gość… Kazali mi spotykać się z lekarzem, jakieś badania robili. I po co, skoro i tak wiedzieli, że mnie wyrzucą? I wyrzucili, jak psa. Czuję się jak pies wyrzucony z pędzącego wagonu na tory. Leżę z głową przy szynach, na ostrych kamieniach i wdycham zapach smołowanych drewnianych podkładów nagrzanych w słońcu. Mój ulubiony zapach… Unosi się z podkładów, kręci nad nimi, nad zieloną łąką i nad kwiatami… Taki mocno duszący, aż świdruje pod czaszką… Ogłusza mnie, ale właśnie teraz, gdy odbiera mi rozum, chce mi się konkretnie coś stworzyć, wstać i podejść do ludzi, wziąć się razem z nimi do pracy, oddać ich rytuałom… Przeżywać cokolwiek razem z nimi… Mogli by przybiec z osiedla mali chłopcy, ale oni grają w piłkę na asfaltowym boisku między blokami. Nie przyjdą. Nikt nie przyjdzie na tory, aby mnie pocieszyć, pomóc mi wstać, stanąć na nogi. Nawet ci mali chłopcy, tacy inni od ich napuszonych ojców i łobuzujących starszych braci… Niby niewinni, a jednak już… Już tacy podobni do nich – nie chcą do mnie podejść, pomóc. Też już mnie odrzucili, jak wszyscy tamci. Leżę jak wyrzucony stary worek, nikomu nie potrzebny. Wiatr targa mną niczym zużytą, zakurzoną płachtą brezentu. Tak, kurzy się na mnie zewsząd… A gdy jest mokro, oblepia mnie błoto. Straszliwe błoto… Jak ja nie cierpię tego błota, jak ja się boję tego błota… Tego że mnie oblepi i się od niego nie odlepię, że mnie zakryje, zasłoni, że mnie pod nim w końcu już zabraknie, zniknie pod nim cała prawda o mnie. Że mnie nie będzie i nikt mnie nie odnajdzie, nawet ja sam siebie nie odnajdę pod tym błotem… To już wolę ten kurz i ten wiatr, i jego dotyk na sobie, na całym ciele… Ale… uwaga… Czuje to pani? Ni stąd ni zowąd, w miejsce tego lekkiego powiewu, pojawia się nacisk. Taki naokoło, ze wszystkich stron. Nie, nie ucisk, który czuć, tak jak wtedy gdy coś się panoszy, narasta gdzieś w tobie i tak od środka zadaje ból. Nacisk. Coś się dzieje na zewnątrz. Pusta do tej pory przestronność wokół czymś się zapełnia. Czuć to coś, poprzez ten nacisk właśnie. To odczucie… Wyrywa z tego co było dotąd. Co to było…? Coś się działo, ale jakie to było? Przyjemne? Czy straszne? Na czym polegała przyjemność? Z czego wynikał strach? Zbyt szybko to się dzieje, aby zapamiętać. Nacisk wyrywa z tamtej przyjemności lub z tamtego strachu tak nagle, że cała tamta, przeszła, rzeczywistość nie ma już treści, kształtów, barw. Zamiast nich – ciemna, lita zasłona, a jak tylko próbuje się ją podnieść, odsłonić, to na piersiach zaraz coś siada, dusi, nie daje oddychać! Ogarnia gęste coś, jakby się nurkowało nie w toń jeziora, ale w oleistą maź, pochłaniającą całe ciało, kawałek po kawałku. Przylepia się do skóry rąk, nóg i tułowia, wciska się do ust, oczu i nosa. Nic nie widać, a maź, która zatkała oczy, wlewa się ustami do przełyku, aż chcesz zwymiotować. Maź zatyka nozdrza, brakuje powietrza, nie możesz złapać oddechu, tchu… Dusisz się. Trzeba zawracać, cofnąć się od tego co było przedtem, do tego, co jest teraz. Ale co jest teraz? Wokół ciemność. Przestronna, nie taka oleista, jak ta z przeszłości, pachnie świeżym powietrzem znad łąki. Tchnie wilgotnym wiatrem znad lasu. Kryształowa niczym kryształowe powietrze. Pusta, przestronna ciemność i te naciski, z prawa, z lewa, na piersi. Nacisk w głowę i między łydkami. W prawy bok i w lewy bok. Co to jest to teraz? Ale wystarczy otworzyć oczy, aby zobaczyć. Zobaczyć jak obute stopy grzęzną w brązoworudej posypce z tępokanciastych kamiennych ułamków. Jak wyciągnięta gdzieś przed siebie noga zahacza o stalową szynę kolejową. Nad szyną wyłania się daleka perspektywa, ale widoczna przestrzeń poprzetykana jest płaskimi słupkami metalowej barierki wiaduktu. W dole idzie przed siebie, prosto jak strzelił asfaltowa szosa. Jej perspektywę po bokach wyznacza szpaler święcących latarni. Mokry od deszczu asfalt odbija gwieździstymi rozbryzgami blasku każdy pojedynczy element szpaleru. Widać to tak z lewa na prawo: srebrzyste światło odbite w asfalcie – ciemny pasek barierki – świetlny blask – ciemna smuga słupka – srebrzysty rozbryzg na ciemnym asfalcie – i tak dalej aż po granicę wąskiego widnokręgu. Wolna przestrzeń między pasem tłucznia z balami podkładów kolejowych i szynami a krawędzią wiaduktu, zaakcentowaną metalową barierką, powoli wypełnia się kilkoma, kilkunastoma, a w końcu – nieprzebraną ilością trampek, lakierków, kamaszy, gumiaków. Jedne obłocone, inne przybrudzone tylko pyłem spomiędzy podkładów kolejowych, wszystkie mokną w deszczu i obmywane z gliny, kurzu i piasku, mokre zaczynają odbijać padające na nie od dołu światło ulicznych latarni. Potrzeba tylko, aby istniejący ponad nimi człowiek stąpnął stawiając nogę w odpowiednim miejscu pomiędzy prześwitem słupków barierki i pod odpowiednim kątem do smugi światła. Te obute nogi, dziesiątki nóg, zasłaniają wszelki widok. Aby cokolwiek zobaczyć, trzeba podnieść się z kolan, powstać i stanąć między tłoczącymi się ludźmi. To mieszkańcy Krakusa, Wiejskiej, Zacisza, Węglowej, Rymarskiej i ulic przyległych. Wspięli się na wysoki, wygięty w łuk nasyp dawnej kolei szprotawskiej, okalający tu fabrykę dywanów „Dekora”. A potem tym nasypem, przechodząc górą, po zasypanym prześwicie w miejscu dawnego, małego wiaduktu nad zaślepioną przed paru laty ulicą Krakusa, przybyli gromadnie na ten nowy, betonowy wiadukt, „z tamtej strony”. Od strony nowej, zielonogórskiej strefy przemysłowej. Ale są też mieszkańcy Krośnieńskiej, Miodowej i bloków na Waszkiewicza, II Armii, Findera, Sucharskiego, Jóźwiaka. Ci z kolei, wyszli „z tej strony” na ów nowy wiadukt nad Aleją Wojska Polskiego, przechodząc przez głęboki jar. Kończy się on przy przejeździe kolejowym „Krośnieńska”, a prowadzi od strony strefy mieszkalnej, na którą składają się świeżo budowane osiedla: Łużyckie i Słoneczne. Ci ludzie są tu może nawet jeszcze większą gromadą niż tamci z drugiej strony Wojska Polskiego, tamci zza nowego wiaduktu. Nie wszyscy mieszczą się w przestrzeni betonowej konstrukcji, rozciągniętej ponad dwoma jezdniami nowoczesnej arterii, zbudowanej, by połączyć starówkę z nowymi osiedlami w zachodniej części „Winnego Grodu”, tego miasta winnic i dawnych winiarzy. Część tłumu wylewa się po „tamtej stronie” mostu, na porośnięte trawą, strome stoki nasypu. Inni, ci co przyszli z dzieciakami, palą nerwowo papierosy, stojąc wzdłuż szyn „z tej strony”, aż do miejsca, gdzie kończy się krótki, 150-metrowy odcinek płaskiego i zaczyna się długi wjazd do sztucznie wykopanego w 1910 roku jaru. To wtedy budowniczowie kolei z Grünbergu do Sprottau musieli tu wgryzać się w wał polodowcowego wzgórza, aby przebić się z torami przez morenę czołową Wału Zielonogórskiego. Dzieciaki ganiają zresztą jeszcze kawałek dalej od krańca tego wąwozu, aż do miejsca gdzie skręca on w lewo, a horyzont zamyka metalowa kładka. Z jednego zbocza na drugie przerzucono po niej wielką rurę, dostarczającą gorącą wodę z ciepłowni przy Miodowej do kaloryferów w blokach na Waszkiewicza i II Armii. Tłum zanurza się w ciemnościach wrześniowego wieczoru. Nie są to takie ciemności, że oko wykol, latarnie wzdłuż Alei Wojska Polskiego, bądź co bądź, je rozpraszają. Ludzie jednak pozostają nierozpoznawalni, bez indywidualnych cech, żadnych szczegółów odróżniających tego faceta z Waszkiewicza, od tamtego z Krakusa, odlewnika z Falubazu od spawacza z Zastalu, elektryka z Lumelu od palacza z Polskiej Wełny. Są jak wielkie stado baranów na redyku, czy tabun bydła na pegeerowskim pastwisku. Jednakowo rozmazani w półmroku, w ciemnych garniturach lub ortalionowych płaszczach, w nieeleganckich kapeluszach lub jeszcze mniej wykwintnych kaszkietach, spod których ciężko dojrzeć ich oczy, twarze, charaktery, radości i strapienia. Cokolwiek dojrzeć, co bądź w nich rozpoznać. Ich dzieciaki jednakowo dokazują na wypłaszczeniu przejazdu kolejowego przez Krośnieńską lub wspinają się stromymi zboczami jaru na kładkę z rurą z ciepłowni i biegają po niej ryzykując skręcenie karku, a oni coś między sobą gadają. Bez emocji i uniesień, bez okrzyków i porywów. Bez wzniosłych tyrad i głębokich odniesień. Nie ma tematów i nie ma indywidualnych wypowiedzi. To stado wydaje z siebie tylko jednolity, acz pochodzący z setek gardeł szmer. No, może pomruk. Na jednej nucie, przeciągający się aż do zupełnej ciszy, nic nie dający pomruk. Nic nie wnoszący, nic nie mogący zmienić pogłos o niczym… Tło dźwiękowe dla tego tłumu bez własnej osobowości, szum tlącego się gdzieś pod powłoką biologicznego przetwarzania substancji pokarmowych w odchody i tlenu w dwutlenek węgla. To wszystko, to oczywiście gówno prawda. Pasuje do wyobrażeń Pułkownika, Redaktora, ale to gówno prawda, tak jak gówniany jest sam M., K. czy nawet i ten R., z ich wysokimi stanowiskami na czele. A smrodu gówna tak naprawdę to nie czuć. Tylko zapach wody kolońskiej lub tej po goleniu oraz palących się papierosów, „sportów”, „klubowych”, rzadziej „zefirów” czy „Caro”. Błyskają też światłami ręczne latarki.
– Jadą już? – zaczyna się konkretna gadka setki chłopów, zjednoczonych teraz w tym jednym.
– Nie, mieli zacząć o szóstej, ale jest jak zwykle…
– Dobrze, że mają opóźnienie… Ja biegnę tu prosto z żużla. A za mną jeszcze kupa luda.
– Dzisiaj jeździli, w czwartek? Z kim?
– Z Lesznem.
– I ile… – 53 do 43. Do przodu.
– A jak ten młody, z Raculi? Ten co się połamał…
– Huszcza…? Trzy jedynki.
I rzeczywiście. Wiadukt zapełnia się grupkami mężczyzn idącymi od strony jaru i tego drugiego wiaduktu przy Łużyckiej (jeszcze kawałek dalej za zakrętem, za tą kładką z ciepłowni). To tradycyjna, piesza droga ze stadionu Lubtouru przy Wrocławskiej, gdzie ścigają się żużlowcy. Ale tutaj narastają emocje kolarskie i zniecierpliwienie. Wprawdzie to nocne kryterium i powinno być ciemno, ale opóźnienie sięga już półtorej godziny. Nagłośnienie nie działa i ludzie nie mają nawet skąpych wieści z pierwszej ręki, czy kolarze w ogóle wystartują w tym deszczu?
– Coś wiadomo, czy Szozda przyjechał do Zielonej Góry?
– Szurkowskiego na pewno nie będzie.
– Słyszałem, że dwóch z drużyny olimpijskiej miało przyjechać na kryterium winobraniowe.
– Ponoć bardzo chciał Mytnik. I Nowicki.
– Ja specjalnie przyszedłem zobaczyć Szozdę. W zeszłym roku, jak wygrał u nas Wyścig Pokoju, miałem akurat drugą zmianę… No i nie mogłem zobaczyć… –
A ile razy przejadą pod wiaduktem…?
– Jadą, jadą! Patrzcie…
Kryterium kolarskie Święta Prasy z okazji Winobrania polega na przejechaniu nocą jedną nitką dwujezdniowej Alei Wojska Polskiego, zawróceniu na jej zachodnim końcu, tam gdzie zaczyna się osiedle, przejechaniu drugą nitką z powrotem na starówkę, zawróceniu – i tak kilkanaście razy…
Wszyscy pchają się do barierki wiaduktu od strony centrum miasta… W dole, gdzieś na końcu ulicy pojawia się kolarski peleton… Czy jedzie w nim Szozda? Albo inni srebrni medaliści zakończonej dwa miesiące temu Olimpiady w Montrealu? Dyrektor od lekkiej atletyki, Jan Strychalski rozpowiada, że jak ich razem z Grzegorzem Kurkiewiczem zaprosili na wręczanie odznaczeń w Warszawie do centrali, to tam załatwili, że za tydzień, na winobraniowym mityngu lekkoatletów będą Szewińska, Wszoła, Ślusarski, Podlas i Malinowski, czyli niemal wszyscy nasi medaliści z olimpijskiej bieżni i skoczni. Miłośnicy kolarstwa chcą tego samego, zwłaszcza że, aby zobaczyć olimpijczyków na stadionie przy Sulechowskiej trzeba zabulić dziesięć złociszów… To jedna piąta ceny pół litra czystej wódki, a kolarzy można oglądać za darmo. No i ten Szozda, dwa lata temu, gdy jechał w Wyścigu Pokoju był na mecie w Zielonej Górze drugi, a rok temu – już pierwszy…
– Widział pan ten wypadek na Krośnieńskiej? – ktoś zniecierpliwiony rzuca z innej beczki.
– Nie, czytałem tylko w „zielonogórskiej”…
– Ja słyszałem, że w tym fiacie zginął ten trener od piłkarzy ręcznych. Profesor ze szkoły sportowej. Sosiński…
– Żona jest pielęgniarką, osobiście widziała trupy. Tam zginęła kobieta. I dzieciak. Żadnego faceta nie było.
– Od kochanka jechała…
– Z dzieciakiem?
– To nie był ten trener, tylko jego żona. Zdradzała go z sekretarzem z Komitetu Wojewódzkiego, z tym Wytrykusem, co to na polowania jeździ.
Januszek, patrzy na swą kolarzówkę. Rower leży na bruku Krośnieńskiej, na boku, tuż przed przejazdem kolejowym. Wyciąga rękę. Trąca pedał, który kręci się chwilę.
– To nieprawda. Ja żyję! Jestem tutaj.
– Ty, tam zdaje się twoja wychowawczyni zginęła?
– Pani Barczyńska? – dziwi się mały, o którym dużo jeszcze Pani powiem. I to rzeczy, że ho!
– To naprawdę była żona trenera Sosińskiego? – nie mogą uwierzyć młodzi szczypiorniści. Trzech starszych chłopaków, ósmoklasistów z bloków na Krośnieńskiej, tych naprzeciwko warzywniaka, którzy chodzą do tej drugiej szkoły, na Długiej, otacza leżącego przy rowerze Januszka. Prowadzi ich Zenek z bloku Januszka, który razem z nimi trenuje u Sosińskiego.
– Nie wiedzieliśmy, że kobieta mu się puszcza.
– I to z samym sekretarzem z Komitetu!
– Patrzcie, ale chłop ma przerąbane.
– Te, mały, puszcza się ta twoja wychowawczyni z sekretarzem, czy nie?!
– Chłopaki, to wcale nie jest tak.
– A jak?
– Wytrykus tego dnia… Z moim Ojcem, u nas w domu… Posłuchajcie jak to było, ja to przecież widziałem. Byłem wtedy pod stołem… – prawie płacząc oponuje Januszek.

karta nr 98 / 161 / 272 (kilka nachodzących na siebie numerów, pisanych niebieskim długopisem, zielonym, skreślanych na czerwono itd.)

Największy pokój w mieszkaniu spółdzielczym typu M4 miewał zwykle tak między szesnaście a dwadzieścia metrów kwadratowych. Cztery metry na cztery, cztery i pół metra… W przedpokoju były płytki PCV w kolorze jasnobrązowym, ale już w pokoju – „krótkowłosa” wykładzina podłogowa o barwie brudnoszmaragdowej. To była taka warstwa gęstego, twardego materiału dywanopodobnego, przyklejona na sztywno do wylanego na całej powierzchni pokoju betonu. Nici były zbite w litą masę, powierzchnia całkiem płaska, choć pod ręką czuło się takie łaskotanie, gdy przejeżdżało się dłonią wzdłuż czy wszerz. Sprzątało się to, odkurzało takim ręcznym odkurzaczem mechanicznym, nazwanym przez producenta „Gośka”. „Gośka” szurała po wykładzinie metalowym, płaskim pudłem, od spodu wyposażonym w obrotowe szczotki, zgarniające mechanicznie paprochy z podłogi. Pod ścianami dużego pokoju stały czeskie segmenty na wysoki połysk. Utrzymane w ciemnej tonacji, przeszklone: biblioteczka z czterotomową encyklopedią PWN, leksykonem, słownikiem języka polskiego i literaturą faktu o tematyce wojskowej, witryna z kryształami, kieliszkami i filiżankami o złoconych brzegach oraz zamykanym na drzwiczki barkiem (pod nim zamykana szafka, a obok niej cztery szuflady), niska komoda na pościel z ułożonymi na jej połyskującym blacie pamiątkami z wczasów w górach i nad morzem. W narożniku pokoju, przy wyjściu na balkon stał czarno-biały telewizor, a po środku pokoju – duży stół, rozkładany do jeszcze większych rozmiarów przy okazji imienin, urodzin, Wielkanocy czy Wigilii. Szeroki i długi biały obrus, obszyty na brzegach wąską gipiurą, zwisał z blatu i spływał aż do brudnoszmaragdowej wykładziny dywanowej, tworząc pod stołem zamkniętą przestrzeń. Skrytą przed wzrokiem zgromadzonych powyżej statecznych kobiet w kokach i ważnych mężczyzn z poluzowanymi pod szyją krawatami, zasiadających na dwunastu krzesłach. Wymarzony świat dla jedenastolatka.

Gdy przychodzili goście do Matki i Ojca, jedenastolatek mógł się tam chować i – choć przeganiany do swojego pokoju – też, na swój sposób, uczestniczyć. Na tym bliskim podłodze poziomie takie towarzyskie spotkanie przy wódce kojarzyło mu się głownie z czterema, masywnymi nogami stołu i będącymi w ciągłym ruchu nogami od tych dwunastu krzeseł. Na granicy owej niszy między blatem a tymi nogami szurały, podskakiwały, przydeptywały się, stawały kantem szpilki, szpileczki, czółenka i botki, i brązowe lakierki, kamasze, pantofle. Panował przyjemny półmrok i mimo niedogodności, taka – pustka, swoboda, wolność od wścibstwa, obowiązków i zakazów. Powyżej, na przykrytym obrusem blacie i ponad nim dźwięczały z daleka, szklano i porcelanowo talerze, talerzyki, literatki, kieliszki, półmiski, salaterki, otwarte słoiki, karafki, półlitrówki. Noże, widelce, łyżki, łyżeczki, korkociąg wydawały metaliczne odgłosy. Ponad nimi, między nimi, obok nich, ćwicząc chłopcu wyobraźnię, pochylały się twarze, żujące, ciamkające, przełykające, plujące śledzikami, sałatką jarzynową, bigosem, ogórkami, pomidorami, grzybkami, baleronem, tatarem, kaszanką (na gorąco), herbatą, oranżadą, wodą grodziską, żytnią, jarzębiakiem, żubrówką, winem i ajerkoniakiem. Tam – o czym jedenastolatek wiedział skądinąd – światło było ostre, padało z pięcioramiennego żyrandola, mieszało się z poświatą telewizora i blaskiem odbitym od biżuterii pań i okularów panów. Jedenastolatek wyobrażał sobie ich twarze w tym świetle. Między przełykaniem, mlaskaniem, siorbaniem twarze, głowy, usta – nie anonimowe bynajmniej – wydawały mniej lub bardziej artykułowane dźwięki, układające się w ciągi niosących konkretne treści słów i zdań. Każda twarz miała swoisty, identyfikowalny przez jedensatolatka tembr wydawanego głosu, tempo składania artykułowanych głosek, sposób oddychania podczas wypuszczania z siebie fali dźwiękowej, inaczej wkładała w wypowiedzi emocje i uczucia. Taki Wytrykus, na przykład.
– Doskonała sałatka. Alka, naprawdę. Będzie co pamiętać, aż do następnego spotkania. – pochwalił Matkę swoim tubalnym głosem. Do tego powiedział to bardzo wyraźnie i zdecydowanie.
– A ten tatarek, z jelonka? – indagował cichym głosem, rozwlekając samogłoski Redaktor. – Jak tam, sekretarz, to ostatnie polowanie? Ci z eNeRDe nie postrzelali się z towarzyszami radzieckimi? – mimo dłuższego, złożonego zdania spytał jednostajnym tonem, równo na jednym przydechu, bez żadnej intonacji emocjonalnej.
– Ty to masz z czego żartować! – obruszył się Wytrykus, który jako sekretarz Komitetu Wojewódzkiego służbowo i jako zapalony myśliwy, prywatnie, organizował wieczory i poranki wszystkim delegacjom partyjnym odwiedzającym województwo zielonogórskie. Niepartyjnym, czyli branżowym, kulturalnym, wojskowym również.
– A co tam, z tą twoją Warszawą? – zagaił Ojciec ze znanym wszystkim, swoistym kresowym akcentem, siedzącego obok Redaktora, Mamaka. Tą nagłą zmianą tematu osiągnął cel, jakim było zażegnanie wyraźnie narastającej niezręcznej sytuacji.
– Na razie, to nie jest ona wcale moja – odrzekł były przewodniczący miejskiej rady, stonowanym, ciepłym głosem, bardzo starannie intonując frazy, w zależności od ich ładunku emocjonalnego i powolnie akcentując kolejne słowa. Powiedział to cicho, ale jego głos zniewolił jak zwykle wszystkich słuchaczy, oderwał od otaczającej rzeczywistości.
– Może w ogóle nie wyjadę. Pozostanę w Zielonej Górze, szkoda mi opuszczać to miasto. Chciałbym na co dzień oglądać jak inni kończą to, co ja sam rozpocząłem.
– A jak doktorat? – zasyczał Redaktor. – Co z waszym doktoratem, towarzyszu przewodniczący?
– Ostręga chwalił się ostatnio, że zaraz zaczynają to nowe osiedle po drugiej stronie Gwardii Ludowej – beznamiętnie i rzeczowo wtrącił Wytrykus. Mimo to nikt nie nabrał się na to, że nie było to podszyte irytacją i chęcią sprowadzenia złośliwej uwagi Redaktora do niebytu. Ten ostatni nie poddawał się jednak: – Ostręga to już nie byle kto, prezydent. Nie to co przewodniczący jakiegoś prezydium…
– Cieszę się z tego, że moi następcy konsekwentnie realizują mój plan budowy tych osiedli z zachodniej strony Zielonej Góry. Osiedle Łużyckie już stoi, to po drugiej stronie Łużyckiej, chyba już też. Teraz przyszła naturalna kolej na zabudowę tych nieużytków na górze, za Gwardii Ludowej – spokojnie puentował Mamak.
– Zaczynają osuszać już mokradła. Zaraz zasypią też chyba glinianki? Biegam tam z „Agatem”, bardzo dobre miejsce dla spaniela ułożonego na kaczki… Ale to już niedługo jak się okazuje? – stwierdził Wytrykus.
– A chłopcy z okolicznych osiedli nie będą mieli gdzie chodzić, łapać traszki i żaby – zaczął z nutą krytyki Redaktor.
– Czy traszki nie są aby pod ochroną? Słyszałem też, że nie będzie tam wieżowców? – Tak, tylko bloki do wysokości czwartego piętra – pospieszył z wyjaśnieniem Mamak. – To są tereny pokopalniane, wyższe domy pozapadałby się w głąb wyrobisk.
– Czy warto budować osiedle nad byłą kopalnią? Niszcząc przy tym ciekawą przyrodniczo enklawę? Może lepszy byłby tu park z wodą, dla mieszkańców tych nowych okolicznych osiedli? – spytała zdziwiona Matka
– A co z tym domem kultury na osiedlu Łużyckim? Ta budowa ślimaczy się już kilka dobrych lat…? – podjudzał dalej Redaktor.
– Wystarczy wyjrzeć przez okno. Gdyby było widno, zobaczylibyście te sterty piachu, desek, dźwig… I żadnego efektu – pożaliła się Matka – Wokół tylko glina, kałuże a z samego rana budzi wszystkich wokoło ten dźwig. „Marian” się nazywa i skrzypi na całe osiedle, aż ciarki przechodzą…
– Opiekę nad domem kultury przejmie fabryka wykładzin dywanowych, „Novita” – oznajmił z zadowoleniem w głosie Wytrykus. – To ta nowa fabryka, która się buduje? – pojawił się nowy głos, taki trochę skrzekliwy, podchodzący pod rytm stukających o szyny kół pociągu, a z drugiej strony jakby ze śpiewną nutą kresową. Początek zdania silny, zdecydowany, na końcu jednak cichutko, jakby glos miał zaniknąć, jakby to mówił duch…
– Tak, projekt jej powstania przeforsowano w centrali, w Warszawie, jeszcze za mojej kadencji – pospieszył z wyjaśnieniami Mamak. – To ma być sztandarowa inwestycja dekady w skali kraju.
– To jak to będzie? Ci co budują „Novitę”, wesprą tę budowę przed naszymi oknami? – ucieszyła się Matka. – Już nie mogę patrzeć na te rozbabraną budowę. Postawili jakieś słupy z betonu, zaczęli układać między nimi te dziwne, białe cegły, ale chyba wszystko przerwali? Piętro zrobili, a parter zostawili…
– Ta strefa przemysłowa z „Novitą”, to był, Kazik, zdaje się, od samego początku, twój pomysł? – „Duch” zwrócił się do byłego przewodniczącego.
– Tak, ja wymyśliłem nową strefę dla zakładów i magazynów. Na północ od miasta, za terenami kolejowymi.
– Tam coś będzie jeszcze takiego większego, oprócz tej „Novity”?
– Głównie magazyny i obsługa. Nowej produkcji niewiele, ale to i tak dobrze, że Warszawa zgodziła się zlokalizować u nas choć te jedne wiodące zakłady. Polityka inwestycyjna państwa idzie w zupełnie innym kierunku: jakieś zaniedbane Mazury, Bieszczady, nowe zagłębia węglowe…
– Czyli miastu nie przybędzie środowiska robotniczego, takiego typowego, wielkoprzemysłowego…? – Jeśli chodzi o zagrożenie ekscesami robotniczymi, to Zielona Góra zostanie bezpieczna. Tak jak w Czerwcu, na uboczu głównych nurtów – potwierdził tezę „Ducha” Ojciec.
– A jak wasze rozeznanie w terenie?
– Duże nadzieje wiążemy z tym Sosińskim. To „wtyka” samego Pułkownika.
– On zdaje się był długo poza branżą?
– Tak, ale teraz ma dobre kontakty, szerokie, w różnych środowiskach. Zrobiliśmy z niego znanego i szanowanego trenera sportu młodzieżowego. Robi masowe nabory po szkołach do tej swojej sekcji, dzięki czemu łatwo nawiązuje osobiste kontakty z rodzicami chłopców. Z wielu, różnych – praktycznie ze wszystkich możliwych – środowisk na terenie miasta i okolicznych miejscowości.
– Gratuluję. Przyda się, zwłaszcza teraz… – zawiesił głos „Duch”.
– Szykujecie coś nowego? – zainteresował się Wytrykus.
– Z tym księdzem Kotlarzem, to prawda, co mówiła Wolna Europa? – poszedł na całość Ojciec. „Duch” westchnął. Nabrał powietrza, wahał się. Ale w końcu zaczął:
– Ten Kotlarz za bardzo podskakiwał. Najpierw tam w Radomiu, a ostatnio jeszcze w Lublinie. Uciszyliśmy go my, albo i nie my, ale przekaz do hierarchów poszedł jednoznaczny. Już są sygnały, że kościół się pohamuje. Jakiś tam apel o uspokojenie, o mniejsze pałowanie, ale to wszystko!
– Pamiętam sześćdziesiąty u nas… I księdza Michalskiego – zaczął Ojciec, ale przerwał mu Wytrykus:
– A co z uspokojeniem społeczeństwa?
– Najgorsze że Moskwa zakazała podwyżek. Jesteśmy w czarnej dupie. Ponoć sam Breżniew dzwonił do „Pierwszego”.
– Ale rozwiązań siłowych nie będzie?
– Kowalczyk bardzo napierał, stąd te całe manewry „Lato”. Ale i tak był tym razem zakaz używania ostrej amunicji, a w końcu kazali Stachurze odwołać całą akcję. Tu, u was, było zdaje się zupełnie spokojnie?
– Tak, żadnych ekscesów.
– No właśnie, my powstrzymujemy takich Kowalczyków, Stachurów, a tamci szykują coś większego. Z tego co wiemy, a niestety wiemy o wiele za mało. Ten cały Lipski, może Olszewski, a na pewno Kuroń i te jego harcerzyki, studenci, jakiś Maciarewicz, szyją nam niezłe buty. Coś ma być jeszcze teraz, we wrześniu… Mówi się o jakimś komitecie… Mogą się zorganizować, huje niemyte! Nastała dłuższa cisza. Nikt nie odważył się przerwać tego milczenia, aż „Duch” uderzył nagle z innej, zupełnie niespodziewanej strony: – Tak chwalicie tego Sosińskiego, ale dochodzą słuchy, że ta wtyka zamieszana jest w jakąś śmierdzącą sprawę. Możecie powiedzieć coś więcej? Mamak już dawno odciął się od rozmowy, która zeszła na obce mu obszary. Teraz wstał z rumorem od stołu Wytrykus.
– Alka, mam do ciebie pytanie – zawołał na Matkę i wyszedł z pokoju, podążając do kuchni za kobietami. Zostali tylko we trzech: Ojciec, Redaktor i „Duch”. Pierwszy odezwał się znowu „Duch”:
– Coś z pedofilią? Jakaś afera w szkole? Ojciec chrząknął. Głośno przełknął ślinę. Milczał jednak. „Duch” naciskał:
– Słyszałem, że powstał jakiś plan. Pedofilia to podatny, praktyczny hak na każdego. Co konkretnie zamierzacie? Wy, redaktorze…?
– Nie, nie… – Redaktor zmieszany coś zabulgotał niewyraźnie. „Duch” zwrócił się do Ojca:
– A ty, stary, powiesz mi w końcu o co chodzi? Ojciec jednak milczał. Ostre światło oślepiało go. W jego oczach można było dostrzec jakąś nieobecność. Może przyczynił się do tego wypity tego wieczoru alkohol, a może uczyniło to zupełnie coś innego, ale jakby stracił kontakt z Redaktorem, „Duchem”, innymi. Sprawiał wrażenie nieobecnego. Dokądś odleciał. Zaczął wyobrażać sobie… jak to będzie… Jak to z nim będzie, gdy tylko spotka swoją przeszłość… swoją przyszłość… A wyobrażał je sobie jakby to była codzienność… A przecież to były tylko alkoholowe fantazje… to co zaczął przeżywać niczym prawdę…

Kintsugi – dwa teksty

Kasia Krenz

Kiedy ją kupowałam w sklepiku ze starociami, porcelanowa patera była stara, ale cała. Nim doniosłam ją do domu, uszko plastikowej torby urwało się ni stąd ni zowąd, torba spadła na chodnik i patera się nadtłukła. Do domu doniosłam potłuczony antyk w porwanej torbie. Nie byłam szczęśliwa, nie znoszę tłuc i niszczyć, nie lubię nadtłuczonych filiżanek i talerzy i zwykle je wyrzucam, żeby o nich szybko zapomnieć. Patera z nadtłuczonym brzegiem stała się smutnym wspomnieniem tamtej chwili satysfakcji, kiedy wypatrzyłam ją pośród wielu innych przedmiotów.

Foto: Kasia

Takie nie-lubienie zniszczonych przedmiotów to, naturalnie, zadawniona trauma, w tym kraju (TYM Kraju), w pełni uzasadniona, niemały w tym udział miały przemarsze wojsk wszelakich formacji i narodowości: tureckich, szwedzkich, napoleońskich, rosyjskich, pruskich, austriackich, niemieckich, sowieckich (lista jest nieskończenie długa) – wszyscy wiemy, po takich przejściach z rodzinnych serwisów, misek i salaterek niewiele pozostawało. Podobnie „na pierwszy ogień” szły witraże. I drewniane rzeźby.

A więc patera. Obłupaną, ustawiałam tak, żeby nie było widać, czego jej brak. Owoce układane w piramidy też pomagały. Nie pamiętam, jak to się stało, że pewnego dnia w polu mojej wiedzy o świecie, czytaj: o naszym życiu w perspektywie Europy, pojawiła się perspektywa Japonii. Kintsugi! Kintsugi czyli starodawna sztuka naprawiania ceramiki: 金継ぎ (“złote złączenie”), znane także jako kintsukuroi 金繕い (“naprawiać złotem”).

Foto: Kasia

Podobno… Początki stosowania kintsugi sięgają XV wieku, kiedy to siogun Yoshimasa Ashikaga stłukł swoją ulubioną chińską miseczkę do herbaty. Gdy miseczka wróciła z naprawy w Chinach nie był zadowolony: skręcona metalowymi obejmami, zatraciła elegancję linii, lekkość formy. Wtedy pojawił się pomysł, by zamiast metalowych obejm, zastosować żywicę, a linię sklejenia zaznaczyć szlachetnym metalem: srebrem, złotem platyną. Metoda wzbudziła taki zachwyt, że byli tacy, którzy celowo rozbijali cenne sztuki ceramiki, aby można je było naprawić złotymi szwami kintsugi.

Kintsugi jako Sztuka Sklejania Życia. Japońska filozofia wabi-sabi uczy nas zachwytu nad tym, co kruche, codzienne i niedoskonałe, ceni ślady wynikające z użytkowania przedmiotu. Trwałe, wieczne i doskonałe jest tylko wtedy, gdy ustawimy przedmiot w muzealnej gablotce. A nasza codzienność jest właśnie taka: ruchliwa, łamliwa i przez to niedoskonała. Ale jest. I jest naszym życiem. Ślady napraw i sklejania stają się podporą naszej pamięci. Ilekroć układałam owoce na mojej paterze, myślałam o tamtym dniu, kiedy ją kupiłam. A teraz ją skleję i ślad sklejenia podkreślę złotą farbką. Ku pamięci. A ponieważ, w zgodzie z myślą o „przemijaniu postaci tego świata”, tak naprawionemu przedmiotowi tradycyjnie przypisuje się większą wartość artystyczną, niż posiadał on przed zniszczeniem, moja naprawiona patera nabierze nowego znaczenia. I nowej treści.

Za co dziękuję mojej Siostrze.

A jak już skleję paterę, wtedy zajmę się Sashiko (刺し子, lit., “little stabs” „małe ściegi”) – sztuką cerowania.

Materia naszego życia. Krucha – jak ludzkie życie.

Ewa Maria Slaska

Materia naszego życia, napisała moja Siostra. Krucha – jak ludzkie życie.

Krucha, łamliwa, delikatna, ale jak ją skleimy złotem, staje się mocna, może stawić czoło wichrom historii.

Gdy moja Siostra powiedziała, że marzy o Kintsugi, uświadomiłam sobie, że właśnie niedawno widziałam takie złote sklejenie, takie, które nie udaje, że nie ma rany, tylko przeciwnie – właśnie ją podkreśla. Zdjęcie zrobił Konrad, pewnego grudniowego wieczora w Berlinie. Poprzedniego dnia miasto przypomniało rocznicę ataku terrorystycznego, jednego z tych, jakie przed kilku laty wstrząsały Europą. Paryż, Marsylia, Kopenhaga, Londyn, Berlin, Sztokholm, Bruksela, Nicea.

Foto: Konrad

Pamięć o tragedii, która się tu wydarzyła przed czterema laty, 19 grudnia 2016 roku, została sklejona złotym metalem.

Był to największy atak terrorystyczny w Niemczech. Anis Amri, 24-letni Tunezyjczyk, członek organizacji bojowej ISIS (Państwo Islamskie) wzorował się najprawdopodobniej na ataku w Nicei pięć miesięcy wcześniej.

Amri porwał na parkingu 40-tonową ciężarówką Scania (był to tzw. ciągnik siodłowy z naczepą) na polskich numerach rejestracyjnych, zabił kierowcę i wjechał na teren Jarmarku Bożonarodzeniowego w centrum Berlina, na Breitscheidtplatz, tuż koło słynnego Kościoła Pamięci. Ciężarówka staranowała tłum ludzi i stoiska. W ataku zginęło 11 osób oraz ów Polak, Łukasz Urban, kierowca ciężarówki. 67 osób było rannych. W doniesieniach prasowych dziennikarze pisali, że ofiar byłoby znacznie więcej, gdyby nie bohaterska postawa Polaka, który próbował powstrzymać terrorystę i spowodował, że nie udało mu się wjechać w głąb jarmarku.

Amri przyjechał do Niemiec w lutym tego roku i zarejestrował się w Berlinie jako uchodźca. Generalnie w Niemczech uważa się, że jego zamach w Berlinie zakończył zainicjowaną przez kanclerz Merkel rok wcześniej przychylną uchodźcom politykę “Damy radę”.

Foto: Konrad

Konkurs na upamiętnienie ofiar ataku ogłosiły władze Berlina w rok po zamachu. Wygrał projekt berlińskiego Biura Architektonicznego Merz / Merz, pilotowany przez dyrektora artystycznego biura, Pabla von Frankenberg. Na pomnik składa się 12 fragmentów białych stopni wmontowanych w szare schody wiodące z ulicy do Kościoła Pamięci. Prostą czcionką na każdym stopniu zapisano nazwiska ofiar w porządku alfabetycznym, a obok kraj ich pochodzenia. Jarmark Bożonarodzeniowy na placu koło Kościoła Pojednania to miejsce masowo odwiedzane przez turystów z całego świata, wśród ofiar było więc wielu cudzoziemców. W poprzek stopni i na skos przez plac wiedzie szczelina o długości 14 metrów, połączona zaprawą, pokryta złocistym metalem – stopem metali szlachetnych i półszlachetnych, w tym złota. Zamach zadał nam jako społeczeństwu symboliczną ranę, mówi von Frankenberg, ranę która musi się zagoić. Zaproponowałem tu starą japońską technikę Kintsugi, która pozwala leczyć rany, ale nie próbuje ich ukryć, jest zatem stałym przypomnieniem. Złoto użyte do “gojenia” ran przeszłości jest metalem, który nie koroduje, przez co od tysięcy lat jest w wielu kulturach i religiach na świecie uważane za nosiciela magicznej mocy.

Foto: Biuro Architektoniczne Merz / Merz

May the force be with us.

Z wolnej stopy 33

Zbigniew Milewicz

Wiluś i Jorg na cenzurowanym

Reguły językowe różnią się od politycznych jak jeż od szczotki, choć na pierwszy rzut oka wyglądają podobnie. W polityce przegrany teoretycznie odchodzi z dalszej gry o tron, w praktyce wraca za pięć minut na plan, tylko pod innym sztandarem. Tych ci u nas dostatek. Aby uporać się z przeciwnikami, dobra zmiana wywalczyła w kwietniu 2016 r. ustawę dekomunizacyjną, według której nazwy ulic, pomniki i różne inne miejsca pamięci, dedykowane ludziom starego reżimu, podlegają kasacji. Językoznawcy rozprawiają się z komunizacją krótko i zwięźle – za pomocą przedrostka „de“, politykom PiS nie idzie tak łatwo. Napotykają sprzeciw opozycji i społeczny opór. Przykładem próba odebrania katowiczanom ich miejsc pamięci o Wilhelmie Szewczyku i Jerzym Ziętku, o których wspominałem w poprzednim wpisie.

Pierwszy z wymienionych był jednym z najważniejszych, śląskich intelektualistów XX wieku i miał plac swojego imienia w centrum Katowic, przy dworcu kolejowym. Zakwalifikowany przez IPN do grona komunistów, stracił go, wbrew woli gospodarzy miasta i znacznej części opinii publicznej, czemu towarzyszył medialny zgiełk. Władze regionu, z wojewodą Jarosławem Wieczorkiem na czele były za zmianą nazwy, prezydent Katowic, Marcin Krupa – przeciwko. Wojna papierowa pomiędzy obydwoma trwała długo, oparła się też o sądy.

„Wojewoda Wieczorek – pisze red. Marcin Zasada w Dzienniku Zachodnim z 12 października 2020 r. – zdekomunizował plac Szewczyka w Katowicach 13 grudnia 2017 roku. Opierając się na opinii Instytutu Pamięci Narodowej, który uznał, że Wilhelm Szewczyk, śląski działacz, pisarz i publicysta, symbolizuje ustrój totalitarny. 3 lata temu o wydaniu zarządzenia zastępczego w tej sprawie Wieczorek nie odważył się poinformować dziennikarzy, choć zrobił to równolegle z dekomunizacją ronda Gierka w Sosnowcu. Sprawa placu Szewczyka przez kolejne 1,5 roku była przedmiotem sporu przed sądami administracyjnymi. W maju 2018 roku WSA w Gliwicach przyznał rację Katowicom, uznając, że Szewczyk nie był symbolem komunizmu. Ale wojewoda zaskarżył to orzeczenie do NSA w Warszawie, który 10 miesięcy później podtrzymał zdekomunizowanie Szewczyka i zmianę nazwy placu na Marii i Lecha Kaczyńskich.”

Wiluś za życia nie był człowiekiem mściwym i miał poczucie humoru, więc myślę, że jakoś zniesie tę stratę przy niebiańskiej golonce i kuflu żywieckiego, na które regularnie zachodzi do swojego ulubionego świętego Jana. Sztachnie się swoim złocistym cygarem i powie: a niech im tam… Sprawa pomnika generała Jerzego Ziętka w centralnym, katowickim Parku Powstańców Śląskich ma dużo cięższy wymiar. Jorg był jeszcze grubszy od Szewczyka i już za życia otaczała go na Śląsku legenda. Przez jednych gloryfikowany, przez drugich znienawidzony (jednym z jego głównych wrogów był cysorz, Zdzisław Grudzień, kierujący wojewódzką nomenklaturą partyjną), miał za sobą udział w III Powstaniu Śląskim, służbę w sanacyjnej administracji (m.in. na stanowisku naczelnika Radzionkowa), ciekawy rozdział radziecki w II wojnie światowej i faktyczne zasługi polityczne w budowie komunizmu w powojennej Polsce, choć w okresie stalinowskim znajdował się na liście osób wykluczonych z partii, za reakcyjną przeszłość. Nie mógł być apolityczny, jeżeli chciał rządzić Śląskiem i Zagłębiem, takie były czasy – mówią jego obrońcy, dodając, jak dobrze gospodarzył województwem i ile po sobie zostawił ludziom. Chociażby lecznicę w Reptach, Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku w Chorzowie, katowicki Spodek, Uniwersytet Śląski, uzdrowisko w Ustroniu, te wszystkie nowe osiedla mieszkaniowe – wyliczają – i nie wstydził się również swojej śląskiej gwary, mówił nią na co dzień. To jest dla nich ważki argument. A że lubił dobrze zjeść i umiał wypić, mój Boże, przecież to nie jest grzech, usprawiedliwiają.

Foto: Bogdan Kułakowski

W myśl ustawy dekomunizacyjnej, do końca marca 2018 r. z ulic i placów miast miały zniknąć pomniki upamiętniające ustrój komunistyczny. Wyjątek stanowiły obiekty „wystawione na widok publiczny w ramach działalności artystycznej, edukacyjnej, kolekcjonerskiej, naukowej lub o podobnym charakterze, w celu innym niż propagowanie ustroju totalitarnego”. I z tego skorzystały Katowice, przekazując działkę, na której stoi pomnik, Muzeum Historii Katowic. I nadal mają swojego Jorga. Kiedyś złomiarze ukradli mu jego słynną krykę, ale po grzecznym apelu władz miasta o zwrot eksponatu, wróciła na swoje miejsce. Zachowało się też rondo Jerzego Ziętka i nikt nie wyobraża sobie, by mogło być inaczej. Podobnie jest w Tarnowskich Górach-Reptach, gdzie stworzył Górnośląskie Centrum Rehabilitacji. W Bytomiu spore osiedle mieszkaniowe nadal nosi jego imię, Piekary Śląskie mają ulicę generała, Orzesze również (witam Cię, Asiu). Tylko w Gliwicach, gdzie urodził się Jerzy Ziętek, z Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 10 zniknęła tablica upamiętniająca fakt, że był on jej wychowankiem – to pani dyrektor chciała pokazać, że jest sumienną osobą i szanuje obowiązujące prawo.

Foto: Bogdan Kułakowski

Pierwszym stróżem dobrego imienia generała jest jego najmłodszy wnuk, który oddziedziczył po dziadku imię – polski polityk, lekarz i samorządowiec, poseł na Sejm VI i VII kadencji, Jerzy Marek Ziętek*. Osobiście zawdzięczam jego przodkowi spore przyspieszenie w czekaniu na pierwsze, spółdzielcze M-3 w latach siedemdziesiątych, bo faworyzował dziennikarzy. Byłem więc winien Jorgowi ten subiektywny wpis. Specjaliści w zakresie konstrukcji skomplikowanych fajerwerków wiedzą, jak długi musi być lont, żeby odpalić racę dopiero po kilkudziesięciu latach.

* Jest autorem wpisu o swoim dziadku w Wikipedii, po niemiecku: TU

Obserwatorzy niebiescy

Teresa Rudolf

Słoneczne zabawy

Słońce rozsunęło chmury,
nieśmiało spojrzało,
z lękiem na ziemię.

Nic się nie dzieje,
pustki, nie wiem
po co się wyłaniać?

Drzewa nagie, ptaki
bez żadnej ambicji,
a ludzie w bezruchu?

Spojrzę do Google’a,
co tam na tej ziemi,
A może chora i w łóżku?

A to może i dobrze?
Nie trzeba myć nieba,
popływam dziś po nim,

w czyściusieńkiej, pięknej,
słonecznej wodzie
oceanu niebieskiego.

A na tej nijakiej ziemi,
niewidoczne… niech
stanie się widocznym.

Księżyc w pełni

Patrzę na Ciebie,
ty srebrny, okragły,
w półuśmiechu…

Jesteś tajemniczy,
skarbnica wiedzy,
o zagadkach świata.

Pamiętasz dinozaury,
Ikara w spadaniu,
wszystkie plagi świata?

Pamiętasz wojny,
wielkie zimy,
historyczne wiosny?

Przyglądasz się
milcząco światu
ironicznie, stąd uśmiech?

Wiesz to, człowiek
się do ciebie wybiera…
nieproszony gość?

Och, ty tajemniczy,
potrafisz się obronić,
gdy zrobi ci najazd?

Człowiek trauma,
czołg wypuszczony
na wszystko co żyje.

Patrzę na ciebie,
ty srebrny, okrągły,
widząc twą pogardę,

nad człowiekiem,
litość nad zwierzęciem,
i pełnymi kościołami

z prośbą o wybaczenie,
modłami lamentującymi
nad tym, “co nie tak!”

Ach ten człowiek,
ciągłe dziecko Boga,
z sumieniem w pampersie.

Biedny poeta / Der arme Poet / The poor poet

Auf Deutsch – unten  & In English – beneath

Ela Kargol bywa teraz często na Moabicie, o czym wczoraj pisała. To dzielnica, którą bardzo lubię. Mieszkałam kiedyś dość długo w domu niemal naprzeciwko więzienia Moabit, a przedtem jeszcze, na samym początku mego pobytu w Berlinie, bywałam często u Marii Kureckiej-Wirpszowej, która miała mieszkanie w przylegającej do więzienia kamienicy na ulicy Alt-Moabit, (bodaj czy nie numer 22?). Mąż pani Marii, Witold Wirpsza, był znanym opozycjonistą z lat 70 i 80. Oboje byli rodzicami Leszka Szarugi i to on mnie przedstawił swojej mamie. Gdy zaczęłam bywać u pani Marii, Wirpsza już nie żył, ale pamiętałam go z Polski, przede wszystkim z powodu słynnej książki, którą wszyscy po prostu pożeraliśmy – Polaku, kim jesteś? Wirpsza napisał kiedyś wiersz o tym, jak wychodzi z domu i on, człowiek, dla którego tak ważna była wolność, idzie na spacer wzdłuż więzienia.

Ela fotografuje Moabit  i znalazła tam mural z biednym poetą, który dziwnie pasuje do moich wspomnień o dzielnicy Moabit, a może, zwłaszcza, do mojej pamięci o Witoldzie Wirpszy i Marii Kureckiej. Oboje byli przecież “biednymi poetami”. 

Zapraszam na wędrówkę tropem biednego poety. Od razu powiem, to postać symboliczna, obraz nie oznacza (a w każdym razie nie musi oznaczać), że kiedyś poeci żyli aż w takiej nędzy. Choć jeśli przypomnimy sobie choćby Sceny z życia Cyganerii we Francji (tu o tym piszę), to możemy przypuszczać, że i w Niemczech nędza artysty nie była mniej dotkliwa.

Mural na Moabicie, styczeń 2021
Mural in Moabit, Seydlitzstraße, Januar 2021
Foto: Ela Kargol
Mural jest już tu od kilku lat, bo znalazłam w sieci zdjęcie z roku 2015.

Original, Der arme Poet / Oryginał, Biedny poeta /Original, The poor poet
Carl Spitzweg (1808-1885)
1839
Neue Pinakothek München / Monachium / Munich
The best known and most popular painting in Germany / Najbardziej popularny obraz niemiecki i najlepiej znany obraz w Niemczech / Das bekannteste und beliebteste Bild in Deutschland
I przy okazji przypomnienie, że kilka dni temu obchodziliśmy 213 rocznicę urodzin autora obrazu.

Creatobil by Reinhard Heel

Famous figures re-constructed with playmobil / Słynne postaci zrekonstruowane za pomocą klocków playmobil / Bekannte Figuren rekonstruiert mit Playmobil


Vita imitatur artem

Bild Komposition Valentin Abgottspon (November 2006 in Freiburg im Üechtland, court-chemin 15, Dachstockwohnung), Foto Eva Dietl. / Kompozycja Valentin Abgottspon, Foto Eva Dietl, Freiburg im Nov. 2006 / Picture setting Valentin Abgottspon, Foto Eva Dietl


JK

Art Cornelius

Auf Deutsch:

1976 entführte der Performancekünstler Ulay das Spitzweg-Gemälde “Der arme Poet” aus der Neuen Nationalgalerie. Ulay, eigentlich Frank Uwe Laysiepen, spazierte am 12. Dezember 1976 in die Neue Nationalgalerie, reißt Carl Spitzwegs Gemälde “Der arme Poet” (1839) von der Wand und rennt los. Durch die Feuertür entkommt er, rutscht aber vor dem Museum aus. Einer der Wachmänner hält ihn an der Jacke fest: “Jetzt haben wir ihn!“ Doch Ulay kann sich losreißen und springt in seinen schwarzen Citroën. Mit höchster Vorsicht vor Taxifahrern, die nicht selten die Polizei informieren, fährt der Wahl-Amsterdamer nach Kreuzberg. Dort parkt er den auffälligen Fluchtwagen und stapft durch den Schnee – das Biedermeier-Original unter den Arm geklemmt. Ulays Ziel: die Wohnung einer türkischen Gastarbeiterfamilie. Dort platziert er den armen Poeten einfach über dem Sofa im Wohnzimmer.Für die Medien der 70er-Jahre war der Kunstraub ein gefundenes Fressen. Die Bild schrieb “Linksradikaler raubt unser schönstes Bild”, die Berliner Zeitung “Irrer raubte in Berlin das weltberühmte Spitzweg-Gemälde”. Dass das Kunst war, verstand offensichtlich keiner. Und das, obwohl der Aktionskünstler zuvor europaweit sowohl Presse als auch Kunstinstitutionen mit einem Brief informiert hatte. Auch der sofortige Anruf bei Dieter Honisch, damaliger Direktor der Neuen Nationalgalerie, schützte Ulay nicht vor der U-Haft und einer Geldstrafe.

Dokumentiert wurde die gesamte Aktion vom Kameramann Jörg Schmidt-Reitwein, der Ulay mit einem Van folgte. Im Museum machte die Künstlerin und damalige Lebenspartnerin Ulays, Marina Abramović, heimlich Aufnahmen. Der Berliner Galerist Mike Steiner übernahm die Finanzierung des Videos “Da ist eine kriminelle Berührung in der Kunst” sowie den Schnitt – zusammen mit der Fernsehregisseurin Wilma Kottusch. Ulay hat seine Motive klar formuliert: Angeblich war der Künstler schockiert darüber, dass eines von Hitlers Lieblingsbildern in einem zukunftsorientierten Museum Westberlins hing. Tatsächlich war der Kunstraub aber nur ein Teil der Aktion “Da ist eine kriminelle Berührung in der Kunst”.

In English:

Ulay (Frank Uwe Laysiepen, b. 1943), a German artist, based in Amsterdam and Ljubljana, is photographer, performance artist (collaborating f.e. with Marina Abramović). His work continuously deal with politics, identity and gender.In 1976 Ulay decided to steal the painting ‘Der arme Poet’ (The Poor Poet) (1839) by Carl Spitzweg, which was said to be Hitler’s favorite painting, from the Neue Nationalgalerie (New National Gallery) in Berlin. After he succeeded in getting the painting out of the museum, Ulay drove – with the museum guards at his heels – to Kreuzberg, which was known as a ghetto for immigrants. Here, Ulay ran through the snow with the painting under his arm, first to Haus Bethanien (now Kunstquartier Bethanien) and then to a Turkish family living in Muskauerstraße, who had agreed to let him shoot a documentary film in their home – however unaware that it involved a stolen painting. Before entering the family’s home, the artist called the police from a phone booth and asked for the director of the museum to pick up the painting. He then hung up the painting in the home of the family “for the reason to bring this whole issue of Turkish discriminated foreign workers into the discussion. To bring into discussion the institute’s marginalization of art. To bring a discussion about the correspondence between art institutes from the academy to museums to whatever.” Marina Abramović photographically documented the entire action, while Werner Herzog’s former cameraman Jörg Schmidt-Reitwein recorded the action from a vehicle following Ulay’s van. It was a part of the project “criminal touch to art”.

Artystka z Turmstraße

Ela Kargol

Nie wiem kim jest artystka, wiem tylko, że jest kobietą. Sztukę swoją wystawia na i przy Turmstraße w Berlinie, nie zważając na jej ulotność.
A ulotność bierze się stąd, że, jak każdy rodzaj street art, narażona jest na działanie warunków atmosferycznych, zamierzony lub niezamierzony czas jej trwania i ingerencję osób trzecich.
Artystka z Turmstraße jest konsekwentna w tym co robi, nie dbając o poklask i zachwyty.

Zamalowywuje kartki papieru słowomalunkami. Gdy jedne znikają, powstają nowe. Napisy na starych słupach ogłoszeniowych zniknły wraz z nimi, sztukę na trotuarach zmył deszcz i przydeptali przechodnie.

Ostatnio artystka znalazła miejsce, którym zawładnęła. Jest to prawdopodobnie pustostan o nazwie, z której byłaby dumna niejedna galeria – „Milano”.

Zwiedzającego lub przechodnia, któremu niespieszno i który choć trochę zna język polski, zdumiewa, fascynuje, zachwyca konsekwencją i „dowolnością wyrazu artystycznego, zerwaniem z wszelką tradycją i swobodą twórczą, odrzucającą istniejące kanony”, jak w dadaizmie, powtarzalnością jak u Opałki, pasją jak u Nikifora…

Jej notatki, które nazwałam słowomalunkami, są zaszyfrowane dla odbiorcy, może dla niej samej też, pisane najczęściej wielkimi literami, czarnym flamastrem, rzadziej kolorowym.

Pewne słowa powtarza jak mantrę, jakby chciała je szczególnie uwypuklić nadać im ważność, zapewnić im dotarcie do odbiorcy ze swoim przesłaniem.

Turmstraße, ulica, którą wytyczono prawie dwieście lat temu, nazwę swoją, jak podaje wikipedia, zawdzięcza dwóm kościelnym wieżom kościołów dość daleko położonych od siebie. Jeden z nich to kościół św Zofii położony w berlińskiej dzielnicy Mitte, a drugi to kościół św. Mikołaja w Spandau. Wydawało się wtedy, że obie wieże łączy oś widokowa, wzdłuż której wytyczono ulicę Wieżową (Turmstraße). Według Wolfganga Herrmanna, z zamiłowania historyka, było podobno inaczej. Przy Turmstraße były prochownie z czterema prochowymi wieżami i stąd wzięła się nazwa ulicy. Część ulicy, która zniknęła z mapy miasta, przebiegała przez dzisiejszy park Fritz-Schloß-Park, wcześniej koszary Drugiego gwardyjskiego pułku ułanów i dochodziła w pobliże dzisiejszego Dworca Głównego (Berlin Hauptbahnhof).

Przy Turmstraße jest kilkanaście miejsc i budynków wpisanych do tzw. rejestru zabytków, miejsc z historią tą bliską i dalszą.

Do monumentalnego wnętrza gmachu sądu karnego, budynku z początku XX wieku przy Turmstraße prowadzi tylko jeden portal, pozostałe są zamknięte. Wchodzę do środka, żeby zachwycić się znanym mi z fotografii „pałacowym” holem i klatką schodową. Niestety zdjęcia zrobić nie mogłam, czemu się dziwię, sąd to przecież budynek użyteczności publicznej. Do budynku, a ściślej do księgarni (Dorotheenstädtische Buchhandlung) położonego na przeciwko sądu można wejść, a gmach sądu odbija się w dużych oknach wystawowych księgarni.

Idąc dalej mijam budynki do niedawna jeszcze szpitala Moabit, park Kleiner Tiergarten, który w przeszłości cieszył się dużo lepszą renomą, dostrzegam ustawione na cokole półpiersie nieznanego mi dotąd filologa, pisarza, zbieracza baśni i legend, Wilhelma Schwartza, rektora gimnazjum (Luisengymnasium), przy Turmstrasse, które mogę zobaczyć tylko na starej widokówce. Za nią stoi do dziś budynek dawnej szkoły parafialnej, Szkoła graniczy z cmentarzem przy kościele Jana Chrzciciela (Johanniskirche w dzielnicy Moabit) ).

Spotykam szczura, umykającego w zarośla parku i wreszcie widzę z daleka „galerię Milano“ i kartki, napisy, jeden na drugim, jeden obok drugiego, poprzylepiane, podopisywane, zaklejone, odklejone, niby bez składu i ładu.

Są przekazem, niekoniecznie zrozumiałym, są życiorysem, manifestem, pamiętnikiem, zapisem myśli, przestróg i obaw, są sztuką i niesztuką, literaturą i nieliteraturą, o której na pewno warto wspomnieć i ją zapamiętać, bo jest ulotna i ograniczona w czasie. I tak jak wielkie dzieła Christo i Jeanne-Claude, Banksy’ego, czy artystów z berlińskiej East Side Gallery, i wielu innych, tutaj nie wspomnianych, warto ją zatrzymać w pamięci i udokumentować, żeby gdzieś pozostał po niej ślad.

Could you patent the Sun?

Brigitte von Ungarn-Sternberg

Hat man jemals in den vielen Talkshow Runden zum Thema Covid 19 einen Vertreter der Pharmaindustrie gesehen und gehört? Ich nicht!  Die und nicht nur die Politiker haben eine Verantwortung dahingehend, dass ausreichend Impfstoffe produziert werden für die Menschen auf dem ganzen Globus.

Das ist nicht nur eine Frage der Gerechtigkeit und Humanität, sondern auch in unserem eigenen Interesse. Wenn hier und da und dort die Pandemie nicht bekämpft wird, dann sind das die Gegenden, wo möglicherweise neue Varianten ausgebrütet werden, im schlimmsten Fall solche Viren, die gegen die vorhandenen Impfstoffe resistent geworden sind.

Dr. Jonas Salk hat auf Patentrechte auf den Impfstoff gegen Polio verzichtet. Als der Journalist Edward Murrow ihn 1955 fragte, wer beitzt die Patent-Rechte für den Polio-Impfstoff, antwortete Salk: Well, the people, I would say. There is no patent. This is — could you patent the sun?
Also: Kann man ein Patent auf die Sonne anmelden?

Salk preferred not to have his career as a scientist affected by too much personal attention, as he had always tried to remain independent and private in his research and life, but this proved to be impossible. “Young man, a great tragedy has befallen you—you’ve lost your anonymity”, the television personality Ed Murrow said to Salk shortly after the onslaught of media attention. When Murrow asked him, “Who owns this patent?”, Salk replied, “Well, the people I would say. There is no patent. Could you patent the sun?” The vaccine is calculated to be worth $7 billion had it been patented. However, lawyers from the National Foundation for Infantile Paralysis did look into the possibility of a patent, but ultimately determined that the vaccine was not a patentable invention because of prior art.

Dieser Zitat ist von der WIKIPEDIA auf Englisch. Auf Deutsch gibt es keine so kurze und klare Aussage, daher bleibt es hier auf Englisch zitiert.

Mit der Schluckimpfung, die an allen Schulen in den 50er Jahren durchgeführt worden ist, ist die Kinderlähmung verschwunden.

Ein kleines Stück Zucker beträufelt mit einer roten Flüssigkeit, so erinnere ich mich daran.


PS von Ewa Maria Slaska: Die Polen meinen, es gab einen Polen, der als erster die Impfung gegen Polio entedeckte, Hilary Koprowski (TU po polsku, HIER auf Deutsch, HERE in English), aber der schöne Spruch stammt natürlich von Salk.

Odcinek 10

Mieczysław Bonisławski

Naciska inny klawisz i podnosi głowę znad obudowy.
– …kto?
– Matka. To oczywiste.
– Podła co? – jeszcze bardziej natarczywie.
– Co co? – mężczyzna niemal „gotuje się”.
– Chcę się dowiedzieć, czego nie dopowiedziałeś na nagraniu? Zacząłeś mówić, że zabrała ci chłopca. Co wtedy do niej czułeś? Okazała się podła jak co? – łagodnie tłumaczy.
Mężczyzna zanurza się w jakiejś malignie. Zaczyna ekstatycznie gestykulować, kręcić głową. Kłóci się, ale z jego głosu można wyczytać, że czyni to na jakimś zupełnie innym poziomie świadomości. Olek jest tutaj nieobecny, gdy wypowiada kolejne zdania.
– Nie, bo matka nie może być podła. Czasem ma problemy, i to takie, które ją przerastają, ale matka nigdy nie jest podła. I nigdy wobec własnego syna.
– Może podła suka? O tym pomyślałeś? Przecież zacząłeś to mówić – porwała Januszka, podła… – próbuje podpowiadać prowadząca.
– Suka, to suka. I jak tak można! A matka, to matka! I nie można tak porównywać, a nawet tak myśleć…
– Dobrze. Posłuchaj dalej… – Psycholog zapisuje wnioski w notesie i zniecierpliwiona włącza magnetofon:

W moich rękach chłopak wyrósł by na prawdziwego mężczyznę. Mogłem mu zapewnić to, czego nie mogła jego Matka. Tak to już jest, przychodzi taki czas, że chłopakowi trzeba ręki mężczyzny. Nie każdy ojciec, to mężczyzna. Szczególnie w tych czasach. Są ojcowie niedojdy, miernoty, niegodni tego miana.

– …nawet wojskowi i mundurowi? – znowu, po wciśnięciu klawisza zatrzymującego taśmę, spogląda z ciekawością i jakąś nieskrywaną nadzieją przez biurko.
– Bo, bo w obecnych czasach wiele osób w mundurach polskich służb to już nie są ludzie, na których można polegać. I którym można by ufać. A zresztą ojciec Januszka nie jest ani wojskowym, ani nie służy w mundurze.
– Ale należy do służb.
Olek znowu ulatuje w dalekie od otaczającej ich rzeczywistości obszary swojej wyobraźni. Znowu jest zapalczywy, mocno klepie oboma rękami w blat biurka.
– Służb, to ty proszę, się nie czepiaj, drogi człowieku! A on służy, tak jak potrafi, służy. Ale jest wojownikiem. I zachowuje do końca bojową postawę i jest czujny! A zresztą to nie jest jego wina. Bo to Irena, ta reporterka, bo to ona wszystko niszczy. To nie jest dobry człowiek, to bardzo zła kobieta. A Ojciec Januszka poznał się na niej od razu. I wiesz jak ją nazywa w domu, w rozmowach z Matką – „Gryzaczek” albo „Krzywousta”.
– Jak? Powiedz jeszcze raz, ha, ha, ha…– zaskoczona Psycholog nie jest w stanie się opanować.
– Czy przyszedł ten czas, kiedy to pani się teraz śmieje? A czy na pewno jest ku temu właściwy powód?
– Ha, ha… Tak? No to posłuchaj, jak ty sam ją któregoś dnia przedstawiałeś… Niech tylko to znajdę… Pozwól, przewinę jeszcze kawałek szpulę…
Znowu ten głos tak podobny do głosu Olka na żywo. Nieco sztuczny, ale wyraźny:

„Zołza. W ogóle nie rozumiała ludzi. „Czy ty rozmawiasz jeszcze z ludźmi?” – sączyła swój jad. „Spotykamy się” – broniła się Matka. „Z kim, ja mówię o ludziach!” „Przychodzą przecież Wytrykus, Mamak, Ryndak, Demianiuk, „Duch””… „Wytrykus utopił by Mamaka w łyżce wody, twój stary aranżuje te spotkania, bo lubi patrzeć, jak oni sobie skaczą do oczu. Zresztą Bolek przychodzi, bo ma na ciebie chrapkę, a to co innego” „Nigdy do niczego nie doszło…” „Bo jesteś ślepa. Najistotniejsze jest to, czego oni nie mówią, czego nie robią. Bo to wisi jak siekiera nad głową. A Ryndak, Demnianiuk, to miernoty, intryganci” „Sama chwaliłaś Ryndaka” „A co ty tam wiesz! Ten twój stary, steruje tobą jak marionetką. Gdyby było inaczej, dawno by zastrzelił sekretarza w zalotach ze swojego pistoletu. Poplotkowała byś chociaż z jakimiś babami. Ale ty co, za wysoko jesteś, nie?” „Jak możesz…?!” Zołza i ja to zobaczyłem. Nawet ta psycholog, pani koleżanka pewnie, Ber, rozmawiała z Januszkiem, pytała, notowała, patrzyła na Matkę jak go przyprowadzała i co? I nic!”

– Ty go pokochałeś? – kobieta mówi to z łagodnym uśmiechem, który nagle rozjaśnia jej, dosyć zaciętą dotąd, twarz – Tak jak kocha matka?
Psycholog znajduje w końcu słowa właściwe do sformułowania nurtującego ją pytania. Słowa jak impuls i słowa, które impulsem goszczą w jej głowie. To jest jak olśnienie.
Przestaje być taka spięta, teraz to ona czuje się swobodna. Wygodniej rozsiada się na krześle. Gotowa na coś, czego nie potrafi wprawdzie, akurat w tej chwili, nazwać, ale coś – jak to czuje – na co czekała od samego początku. Nawet wtedy, gdy o tym nie wiedziała.
– Co takiego!? Ja, kogo? – mężczyzna warczy na nią jednak z oburzeniem.
– Ty po prostu potrzebujesz miłości. Chcesz komuś dawać miłość. To nie zbrodnia, to szczęście… Szczęście tego chcieć i kogoś takiego znaleźć…
– Bzdury mówisz, drogi człowieku. Komu, poza Ojczyzną, poza Narodem, ja miałbym jeszcze oddawać swoje przywiązanie, swoją miłość? Dla kogo niby mam tak rozpraszać się w swoim obowiązku wierności i pełnej gotowości?!
– Dla Januszka. Chyba, że tylko zwyczajnie, jak zwierzę, pożądasz go? Co do niego czujesz, prostacką chuć? Czego pragniesz, gdy go tylko widzisz, choćby z daleka – kobieta stara się nie dostrzegać drażliwej reakcji Olka.
– Co to za głupoty pani wygaduje?! – Olek nakręca się i nie folguje ani sobie, ani jej.
Kobieta nie ustępuje. Drąży jeszcze głębiej.
– A jak jest zupełnie blisko ciebie? Jak ćwiczycie? Nie wstydź się. Milczysz? No to posłuchaj trzech fragmentów, tego co mi odpowiadałeś gdy cię naprowadzałam w trakcie hipnozy. Zmontowałam je razem…
I znów Olek słyszy swój, odtworzony z taśmy głos, wydobywający się gdzieś spod cycków tej kobiety. Patrzy i słucha, aczkolwiek akurat ta ostatnia okoliczność w ogóle nie zaprząta mu głowy. Mruży oczy i coś zza tych przymkniętych powiek sobie układa w myślach. Analizuje, co plastycznie odwzorowuje się w zmieniającym się wyrazie jego twarzy.

– „Ja nie obraziłem Twojej koleżanki, ani psychologów w ogóle. Musisz sama przyznać co do tej Ber i Januszka…. Dlaczego zatem ty mnie…”
„Zresztą. Na początku go tylko polubiłem. A potem…. Samo tak wyszło, że…”
„W Biblii Jezus opowiada taką historię, o tym, jak dwóch ludzi przekazuje trzeciemu dary. Bogaty daje taki sobie podarunek, a biedny coś zupełnie symbolicznego. Nie liczy się bowiem wartość rynkowa, wielkość mierzona obiektywną skalą miar i wag, ale to jak cenny jest dar dla tego, który daje. Ważna jest głębia poświęcenia się darczyńcy na rzecz tego drugiego człowieka. Różni ludzie różnie oceniają moje posłannictwo i moją wiarę w uratowanie człowieka. Są nawet tacy głupcy, którzy wprost mnie wyśmiewają od debili i idioty. Ja na nich nie patrzę, nie słucham ich. Ale przez nich, to jak przedtem podchodziłem do mojego Przewodnika, może się wielu wydawać nic nie warte. A jednak ja właśnie to, to co dla mnie było najważniejsze, oddałem temu chłopcu.”

Kobieta zatrzymuje na chwilę kasetę.
– Uważasz się za postać z przypowieści Jezusa Chrystusa? Masz niby być jak ten bohater z Biblii? Poczekaj, jeszcze ostatni fragment… – pyta nieco zdziwiona i nie czekając na odpowiedź, na powrót uruchamia odtwarzanie:

„Robotnicy czują się wolni, gdy chodzą swoimi ścieżkami. Gdyby skorzystali z wygodnych autobusów, jakie uruchomiła im władza, poddali by się tej władzy. Ja czuję się Przechodniem i dlatego widzę więcej, rozumiem głębiej. Czuję to czego nie czują inni. Polubiłem tego chłopca. Nie mogłem się pogodzić z rolą wykonawcy złych rozkazów Redaktora. Nie mogłem go skrzywdzić. Zbuntowałem się tak samo, jak ci robotnicy chodzący torowiskiem, po którym tak naprawdę, to chodzić nie wolno, bo tam jeszcze jeżdżą pociągi. Oni tym swoim wyborem łamią po prostu prawo tego miasta, ustanowione przez te władze. A ja złamałem prawo Wszechrzeczy, poświęciłem to co najcenniejsze…”

– Czy zrozumiała pani chociaż cokolwiek, z tej prawdy, którą chciałem pani przez to co powiedziałem przekazać? – pyta z nieoczekiwanie przytomną troską w głosie. Nagle jest tu znowu. Z powrotem. I dostrzega tę czyjąś obecność przed sobą. I w końcu patrzy w oczy tej kobiety.
Czeka na jakieś słowa od niej, takie na które właśnie czeka. A ona:
– Właśnie matka poświęca to, co najcenniejsze…

Poniedziałek, 20 grudnia
godz. 9:30
Psycholog od samego początku jest wyjątkowo podekscytowana. Już przyszła taka inna, niż zawsze. Od początku promienieje niespotykanym dotąd zadowoleniem.
Śledcza i Prokurator, spoglądają po sobie, wzruszają znacząco ramionami, ale się nie odzywają. Każda z nich, przygotowywała się długo i szczegółowo, ale z osobna, do kolejnej tury postępowania, zaplanowanej na ten dzień. Nie są nastawione na żadne, niespodziewane wydarzenia. Z ich twarzy bije rutyna, pewne znudzenie sprawą, która powinna się była zakończyć już dawno temu.
Podejrzany za to jest jakby przyczajony. Bardziej niż zwykle zamknięty w sobie, tak jakby dał już z siebie  wszystko, jakby wyzbył się czegokolwiek do obrony i zrezygnowany czeka tylko na to, co złego mu los przyniesie. Jest apatyczny, przyjmuje postawę pasywną, wyczekującą. Zasiał już to, co miał do posiania i w poczuciu braku wpływu na to, co wzejdzie i na przebieg samego procesu wzrostu, dojrzewania i zbiorów, czeka na jakikolwiek plon. Wszystko zależy już tylko i wyłącznie od tych trzech kobiet, nic od niego. Czy na pewno rozumieją go właściwie? Czy on sam przekazał im to wszystko, tak jak należało?
Szykuje się, gdzieś tam w głębi, do wsparcia swojego punktu widzenia, układa w myślach riposty, cały układ tego swoistego fechtunku na słowa i idee, którego się spodziewa. Przygnębia go jedynie ta niepocieszająca sytuacja, że żadna z tych kobiet nie zechce już z nim w ogóle więcej rozmawiać, ani pytać w przypadku niezrozumienia czegokolwiek z tego co im przedstawił, ani próbować wyjaśniać, w przypadku wystąpienia wątpliwości. Wtedy wszystko co zrobił i co jeszcze sobie zaplanował, okaże się na nic, ale na to już zupełnie nie ma wpływu, nawet najmniejszego…
Milczy zatem od początku tego dnia, z nisko opuszczoną głową, nieobecnym wzrokiem. Od czasu do czasu błąka mu się po twarzy bezmyślny, obrażający otoczenie uśmiech idioty.
Tak też, całkowicie błędnie, podchodzi do tego Prokurator:
– Śmiejemy się? – wyskakuje do niego z wyrzutem – Podejrzanego znudziło postępowanie. I z tych nudów, możemy się pośmiać z Prokuratora, z oficera śledczego, z wysiłków Psychologa, tak? No to ja zapewniam, że ten uśmieszek zniknie. Już niedługo nikomu nie będzie tutaj do śmiechu.
Psycholog wyczuwa moment, w którym winna błyskawicznie i zdecydowanie zareagować, aby ratować sytuację:
– Postanowiłam przyspieszyć dochodzenie i by ułatwić prawidłowe wnioskowanie, bez niepotrzebnych powtórzeń, jakichś dywagacji na temat niezrozumiałych lub źle zapamiętanych wypowiedzi podejrzanego, spisałam wszystko i powieliłam tekst.
– A nasz biegły, to jakaś epidemia? – Prokurator reaguje w końcu i na niecodzienny nastrój Psycholog – Dostaniemy racjonalne wyjaśnienie tych radości i zadowolenia z siebie? W sytuacji gdy postępowanie tak się przedłuża, chyba nie ma ku temu specjalnie powodów?
Śledcza chichocze na boku, choć stara się zachować nad tym kontrolę. Prokurator gromi ją wzrokiem. Olek podnosi głowę i rozgląda się po twarzach kobiet. Uśmiecha się do nich w sposób bardziej opanowany i wyrazisty i natychmiast pochmurnieje. Ale nie opuszcza już głowy.
– Usiadłam przy maszynie i spisałam w takiej ujednoliconej, zbeletryzowanej formie wypowiedzi uzyskane od podejrzanego w stanie hipnozy. Siedziałam nad tym całą wolną sobotę i niedzielę – z głosu Psycholog przebija duma.
Śledcza nie podziela tego odczucia, wręcz odwrotnie:
– Niedzielę, po co? Warte to chociaż…? Czekaj! Czy ja dobrze usłyszałam: zbeletryzowana forma? Powieść napisałaś? To raczej niekończąca się nowela…
– Zbeletryzowana forma… Mam tu na myśli… No, po prostu nie wpisywałam treści moich pytań, ani zupełnie pobocznych, nie mających wpływu na sens, czy przebieg fabuły opowieści hipnotycznej, odpowiedzi podejrzanego, w sytuacjach gdy tylko miało by to przybierać tryb doraźnego dialogu ze mną, pozostającego bez znaczenia dla całości.
Zupełnie wyeliminowałam mowę niezależną, która po prostu poszarpałaby tok osnowy opowiadanej historii. Usunęłam wszelkie moje sugestie, teksty techniczne, operacyjne, naprowadzające. Pozbyłam się ewidentnie fałszywych tropów, dokonałam selekcji jednoznacznie niedorzecznych wątków.
Zostawiłam tylko opowieści podejrzanego, jedną po drugiej, w kolejności adekwatnej do jego mowy wewnętrznej. I chociaż podejrzany bardzo często łamie rzeczywiste następstwo czasu, ta jego mowa ciągła, ułożyła się po moich zabiegach tak, że łatwo to teraz przeczytać, przebrnąć przez wszystkie liczne myśli i motywy…
Aha, no i usunęłam wszelkie natręctwa, jakieś pokraczne naleciałości i osobliwe gramatyczne indywidualizmy, częściowo natomiast zostawiłam specyficzną leksykę, o ile tylko nie przeszkadzała…
Znacznie łatwiej i prościej teraz będzie wyłapać sens z całości, logikę zawiłych, wielopiętrowych ciągów przyczynowo-skutkowych. Wreszcie, oceniać na podstawie materiału kompletnego a nie traktowanego, z powodu skomplikowanej struktury, tylko cząstkowo. Wnioskować perspektywicznie ale nie w sposób rozmyty.
– Manipulujesz nami! Znalazł się, językoznawca od siedmiu boleści…! – burzy się Porucznik – To ma być wiarygodne? Powinnyśmy dostać pełny materiał, bez ingerencji. Każda z nas samodzielnie… A ty co, ni stąd, ni zowąd odkryłaś w sobie nowe powołanie filologiczne? – kończy drwiąco, maskując szyderstwem swoją wściekłość i bezsilność.
– Ostatecznie, może, jestem specjalistką? Zatem należy ufać mojej wiedzy i metodom. Moja ingerencja… A jeśli zabezpieczyłabym i zapewniła wam warunki do tego, abyście przeprowadziły obiektywną analizę i w pełni samodzielne wnioskowanie?
– Rzeczywiście. Właściwe podejście – po głębokim zastanowieniu popiera ją Prokurator. – Są trzy egzemplarze?
– Nie, proszę, cztery… – jąka się trochę skonfundowana Psycholog, pokazując palcami na siebie, Śledczą, Prokurator i – z pewnym zawahaniem – na Olka.
Prokurator ignoruje to zmieszanie biegłej:
– Wobec tego rozdajemy wszystkim egzemplarze, do zapoznania się.
– Czwarty egzemplarz jest trochę słabiej odbity… Jednak pisałam od razu z użyciem trzech kalek, a moja maszyna jest już nieco zużyta i nie przebija tak dobrze jak niegdyś. Ale inaczej, musiałabym to przepisywać aż dwa razy i nie wiem, czy bym na dzisiaj zdążyła….
– Powiedzmy – odbiera swój egzemplarz Prokurator – Dochodzeniówka, ma? I na koniec jeszcze podejrzanemu.
– Czy mogłabym liczyć na to, że dalibyście radę to przeczytać przez dwa, trzy dni?
– Trzy dni. Macie zrobić dokładną analizę. Ale trzy i ani dnia dłużej. Spotykamy się w piątek, na podsumowaniu. To będą ostatnie pytania i wyjaśnienia.
Chcę to mieć za sobą jeszcze przed Wigilią. Na Boże Narodzenie zaplanowałam sobie święty spokój od tej sprawy. To postępowanie absorbuje nas wszystkich zdecydowanie zbyt długo. Dlatego wtorek, środa, czwartek mają wystarczyć.
Rozchodzimy się teraz i do roboty, nie marnować mi czasu. Od jutra lektura, a dzisiaj…
Ja na przykład, mam jeszcze dwie inne sprawy do zrobienia… Jedna to jakaś… Nie wiem jeszcze dokładnie jaka… Taka znana chyba wszystkim tu obecnym, afera z zaopatrzeniem sklepów rybnych…
Czy wy też załapałyście się na te nieszczęsne karpie, robicie przecież zakupy do domu przed świętami…?