Blutbrüder (2)

Anne Schmidt

3. In der U-Bahn

In der U-Bahn vertrieb sich Kai die Zeit damit zu raten, aus welcher Hälfte der Stadt die anderen Fahrgäste kommen könnten. Die älteren Männer mit Stoffbeuteln waren garantiert Ossis, fand Kai. Die waren daran gewöhnt, Schnäppchen, wie Südfrüchte, gleich einzukaufen, weil ungewiss war, wann und wo es wieder welche geben würde.  Jetzt brauchte man nicht mehr auf seltene Angebote vorbereitet zu sein, aber Sonderangebote gab es immer irgendwo. Also blieben die Stoffbeutel ständige Begleiter der Ost-Berliner.  
Die alten Wessis dagegen trugen Plastiktüten, auch wenn sie nur ein Medikament aus der Apotheke enthielten.  
So versuchte Kai, die Männer in Ost und West einzuordnen, was ihm bei den Frauen wegen der Handtaschen nicht so gut gelang; bei ihnen versuchte er die geografische Herkunft anhand der Kleidung oder der Sprache auszumachen.
Breites Berlinern oder Sächseln waren für Kai sichere Herkunftshinweise, denn in West-Berlin wurde den Kindern spätestens in der Schule das Berlinern abgewöhnt.
Kai war so in seine Beobachtungen und Überlegungen vertieft, dass er erschrocken auffuhr, als jemand über ihm seinen Namen sagte. Lässig am Griff sich festhaltend stand sein Mathmatik-Lehrer, Herr Krause, neben ihm. Er lächelte Kai freundlich an und drückte ihn beruhigend auf den Sitz zurück, als Kai aufspringen wollte. “Tut mir leid, dass ich dich erschreckt habe, Kai”, sagte er freundlich, “das wollte ich auf keinen Fall.” Als der Platz neben Kai frei wurde, setzte sich Krause. Er fragte Kai, wohin er wolle und wusste bald mehr über Kai und seine familiäre Situation, als er in der Schule jemals erfahren hätte. Nicht einmal der Schülerbogen, in dem normalerweise alle Zeugniskopien, Briefe an Eltern, Tadel und besonderes Fehlverhalten in der Schule vermerkt wurden, hätte ihm so viele Informationen über Kai geliefert.
In der Station Mehringdamm fragte Krause, ob Kai Lust hätte, mit ihm zu kommen und seinen neuen Computer einzuweihen. Die Versuchung für Kai war groß, aber sein Pflichtgefühl gegenüber seinem Bruder obsiegte. Er versprach, am nächsten Tag nach der Schule zu Krause zu kommen.
Nachdem Krause ausgestiegen war, fand Kai nicht mehr zu seinem alten Spiel zurück. Er empfand eine übergroße Freude und konnte seine Aufregung nur zügeln, indem er mehrmals heftig ein- und ausatmete. Am liebsten hätte er das kleine Mädchen, das neben ihm auf dem Sitz kniete und versuchte, in dem dunklen Tunnel etwas zu entdecken, an sich gedrückt und geknuddelt. Er konnte sich gerade noch beherrschen und drückte statt dessen seine Hände fest in die Jackentaschen. Er schloss die Augen und versuchte sich Krauses Wohnung vorzustellen.
Hatte Krause eine Frau und Kinder? Kai konnte es nicht glauben, denn Krause wirkte immer gleichbleibend relaxed und freundlich, egal wie viele ausserplanmäßige Konferenzen am Nachmittag anstanden oder Elterngespräche am Abend stattfinden mussten. Krause schien immer Zeit für die Schule und die Schüler zu haben; er sei ein Kümmerer, hieß es, einer, der immer ein offenes Ohr für problembeladene Schüler habe.
Tim war vor Kurzem in der U-Bahn von einer Kontrolleurin aufgeschrieben worden, weil er seine Fahrkarte vergessen hatte. Da Tims Eltern arbeitslos waren, war Tim verzweifelt gewesen. Krause hatte aus Tim herausgefragt, warum dieser im Unterricht nicht mehr aufpasste und hatte ihm – ohne Federlesens – das Geld für die zu zahlende Strafe gegeben. Alle Schüler, die davon wussten, sprachen mit Hochachtung von Krause. Er war ein Vorbild  für die Jungen, eine Art Übervater für die Mädchen.

Fortsetzung nächste Woche

Z wolnej stopy 41

Zbigniew Milewicz

Ząb nadprzyrodzony

Zamiast przepowiadanego mi przez niektórych, dwuletniego urlopu, skończyłem się wałkonić już po dwóch tygodniach. Mój wewnętrzny leń odpuścił, kiedy ze świątecznej, białej kiełbasy wydłubałem złotego zęba i zacząłem dociekać, skąd mógł się tam znaleźć. Najpierw automatycznie zerknąłem w lustro, ale wszystko było na swoim miejscu – górne, jeszcze przeważnie swoje i dolna, sztuczna szuflada. Dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, że nigdy nie wstawiano mi żadnych złotych zębów. A więc skąd u licha wziął się ten tutaj?

Przypomniała mi się archiwalna sprawa rzeźnika z Niebuszewa, zbyt ponura, żeby o niej pisać w czasie, kiedy jeszcze dobrze nie strawiliśmy wielkanocnych smakołyków. Ząb miał wygląd górnej trójki, czyli kła, ale do Londona nie należał, bo Jack napisał Białego Kła, a mój był dobrej próby, szczerozłoty. Kiełbasę przywiozła mi do Monachium stryjeczna ciotka szwagra siostry mojego kuzyna, pochodząca spod ukraińskiej granicy, w tamtych stronach stronach jeszcze ludzie miewają wysokokaratowy uśmiech. Ciotka Aldona gwarantowała, że wyrób jest w stu procentach wieprzowy, czyściutki, z zaprzyjaźnionego uboju i jak się do niego wychyli szklaneczkę dobrze zmrożonej wódki, to żaden covid człowieka nie zmoże. A jednak zmógł, może dlatego, że nie popiłem święconką i teraz siedzę w domu na kwarantannie. Wolnego czasu mam w związku z tym w bród i mogę w nieskończoność snuć domysły na temat pochodzenia mojego złotego znaleziska.

Nie wykluczone, że trop zaprowadzi mnie dalej na wschód, do Donbasu, gdzie zielone ludziki w zmowie z Kremlem znowu niepokoją międzynarodową opinię publiczną. Muszę koniecznie zobaczyć w telewizorze, jak aktualnie uśmiecha się Władimir Władimirowicz Putin – jak zwykle szczerze i otwarcie, a może tylko półgębkiem? Bo jeżeli półgębkiem, to teoretycznie owa złota trójka mogłaby być nawet jego własnością. Wszystko, co rosyjskie należy do Kremla. Oczywiście (choć bardziej pasowałoby mi tu dosadniejsze słowo „Oczywista!“), zaraz ktoś zapyta, w jakich okolicznościach świnia połknęła ten ząb. Proszę Państwa, gdybym nią był, to bym wiedział. To są pazerne stworzenia, zmiotą wszystko, niczym się nie brzydzą, o czym ludzie w swojej jeszcze większej żarłoczności często zapominają. Dlatego dziwią się wegetarianom i wcinają wieprzowinę, aż im się trzęsą uszy.

***

I na zakończenie coś na temat.

“Upload” i “Idiokracja”

czyli wybierając dziś, wybieramy przyszłość naszych wnuków

Oba te filmy należą do kategorii “inspiracje konradowskie” 🙂

Ewa Maria Slaska

Kwiecień 2021 roku. Niemcy znajdują się w ciekawym stanie przygotowań… do gorączki przedwyborczej. To taka staropolska “prolegomena do wstępu”. CDU szarpie się między Markusem trojga imion Thomasem Theodorem Söderem a Arminem jednoimiennym Laschetem. Söder się nie podoba, ale krążą pogłoski, że na tle Lascheta jest boski. Ale z kolei kanclerz z Bawarii, tego w Niemczech jeszcze nie było! Wprawdzie Ludwig Erhard, drugi kanclerz Niemiec, urodził się w Bawarii, ale nie był bawarskim politykiem. Studiował w Hesji, a szlify polityczne zdobywał w Badenii Wirtembergii.

Söder czy Laschet, cóż oni biedacy mogą, że nie są Angelą i że nie tylko wyborcy CDU, ale całe Niemcy, a może i świat boi się czasu, gdy Angela przestanie nami rządzić.

Muszę sprawdzić w sieci, kogoż to nam oferuje biedna niemiecka SPD, partia socjaldemokratyczna, bo nie pamiętam (Olaf Scholz). Ta partia jest obecnie strasznie i totalnie bez znaczenia. Od dawna się nad tym zastanawiam, jak to się stało, że taka świetna i prężna demokratyczna partia, jaką była kiedyś SPD, zmieniła się w pozbawiony znaczenia klubik polityczny. Czy naprawdę jest możliwe, że szkody jakie tej partii wyrządził Gerhard Schröder, i w czasie swej kadencji, i potem, były aż tak nieodwracalne?

No i Zieloni, partia, która w sondażach pędzi do góry jak stado kozic. Dziś się zadecyduje, które z dwojga szefów partii (Zieloni zawsze mają dwoje szefów) zostanie kandydat/em/ką: Annalena Baerbock czy Robert Habeck? Ona jest fajna i młoda, może za młoda nawet (ma 40 lat), on trochę przypomina Trzaskowskiego, ma 52 lata i urodził się 2 września. To mój dzień urodzin, ale to oczywiście bez znaczenia.

A więc: Scholz 62, Laschet 61, Söder 54, Habek 52 i Baerbock 40.

Które z nich ma szansę sprostać wyzwaniom, jakie niesie ze sobą świat po pandemii? Sercem skłaniam się ku jedynej kobiecie na tej liście, również dlatego, że jest taka młoda, ale rozum mówi mi, że to zadanie, które ją zniszczy.

Tu ciekawy artykuł z dzisiejszego Tagesspiegel nt. roweru (dziś Dzień Roweru), zilustrowany zdjęciem Annalene, jak jedzie do pracy na rowerze. A pracuje w końcu w niemieckim parlamencie. Dziękuję Christine Ziegler za “podrzucenie” tego artykułu do bloga. Niestety nie da się inaczej – trzeba sobie ten tekst otworzyć w folderze Downloads. Sorki.

Bo co czeka ją, czy jednego z tych pięciu mężczyzn?

Rozbite, zatomizowane społeczeństwo, od roku czynnie lub biernie sprawdzające, do jakich granic można bezkarnie wypróbowywać nieposłuszeństwo obywatelskie. Dzieci i młodzież, które się dowiedziały, że nikogo nie obchodzi, czego się uczą i czy w ogóle się uczą. Gospodarka, w której wszystkie stare struktury straciły sens, bo po co nam auta i autostrady, a rosną do potęgi zyski firm przewozowo-wysyłkowych, producentów maseczek FFP2 i laboratoriów chemicznych. Katastrofa klimatyczna, której nic już nie jest w stanie zatrzymać, mimo iż rok temu myśleliśmy, że przestaniemy śmiecić, latać samolotami i kupować auta, zbudujemy bikestrady, zostaniemy weganami i nie będzie nam żal pieniędzy na produkty powstające w sposób zrównoważony. Naprawdę w to wierzyliśmy? To to, co czeka nas już jutro, nazywa się rozczarowanie.

Dwa filmy, które obejrzałam w ostatnich tygodniach, a raczej jeden serial i jeden film, pokazują, że pojutrze będzie jeszcze gorzej. Upload opowiada historię człowieka, który z łaski bogatej narzeczonej zostaje po śmierci “załadowany” do wirtualnego raju. W raju czają się co najmniej trzy węże – pieniądze, brak wolnej woli i nuda na wieczność. Po kilku odcinkach wiemy, że bohatera uratuje tylko miłość (która jednak, przecież to też wiemy, nie będzie trwała wiecznie), ale dowiemy się i tego, że ludzki sen o nieśmiertelności jest głupi, a nic nie ma sensu, jeśli życie nie kończy się śmiercią. Wirtualny raj jest komercyjno-konsumpcyjnym piekłem. Ale nie możemy zbyć tego serialu i tego przesłania tylko machnięciem ręki – bo świat (nauka? technika? komercja?) podejmuje wysiłki w tym kierunku. Czy twórcy serialu świadomie traktują go jak ostrzeżenie, czy stworzyli historyjkę “ku uciesze gawiedzi”, a tymczasem okazała się ona kasandrycznym krzykiem?

Idiokracja to kolejne ostrzeżenie, tym razem jednak z całą pewnością świadome. Idiokracja to władza głupoty. W filmie świat zostanie powoli ale systematycznie ogarnięty potworną głupotą, głupienie będzie przebiegało równolegle do całkowitego zniszczenia środowiska, a proces ten będzie trwał 500 lat.

I otóż nie. Nie potrzebujemy 500 lat, żeby skutecznie zniszczyć i ludzi, i świat. Może tak się wydawało w roku 2005, kiedy Mike Judge i Etan Cohen pisali scenariusz Idiokracji (to film z roku 2006, ale scenariusz musiał być przecież choć trochę wcześniejszy). Dziś wiemy, że zniszczenie postępuje znacznie szybciej niż myśleliśmy jeszcze dziesięć lat temu. Bohater filmu zostaje zahibernowany w naszych czasach i budzi się po 500 latach, ale to, co pokazuje film, będzie miało miejsce nie za lat 500, lecz za co najwyżej 50. Joe próbuje przekazać w przeszłość przesłanie, które może uratuje naszą przyszłość od głupoty (“uczcie się i twórzcie sztukę”), ale nie zna przesłania, które uratowałoby nas od katastrofy klimatycznej.

Cezary Graf zrecenzował ten film na youtubie.

Obejrzyjcie koniecznie Idiokrację i zastanówcie się, czy mamy jakąś szansę, żeby Annalena Baerbock została dziś wybrana na kandydatkę Zielonych na kanclerkę, żeby 26 września została wybrana na kanclerkę i żeby w międzyczasie obejrzała ten film, bo wtedy zrozumie, co ją czeka jako kanclerkę.

***

PS. Nie przejmujcie się zakończeniem tego filmiku – ten facet prowadzi kanał o tym, jak zarabiać pieniądze i zawsze każe wszystkim myśleć o pieniądzach.

Bóg luk

Tabor Regresywny

Nauka postawiła sobie za cel wyjaśnienie świata bez potrzeby odwoływania się do sił nadprzyrodzonych w szczególności do Boga.

Paradoksalnie przy tworzeniu śmiałych hipotez bardzo pomocny jest Bóg nazwany Bogiem Luk. Kepler formułując trzy prawa ruchu planet stwierdził, że Bóg nie był mu do niczego nie potrzebny. Na pytanie, co utrzymuje planety na tych eliptycznych orbitach, odpowiedział, że aniołowie.

Anioły wyeliminował Newton, wprowadzając na ich miejsce siłę przyciągania grawitacyjnego.

Gdy pojawiła się statystyczna interpretacja mechaniki kwantowej, Einstein wyraził obiekcję, że „Bóg nie gra w kości”. Widział lukę w kwantowym opisie świata i umieścił w niej Boga.

Einsteina i jego boga zignorowano w obliczu niebywałego sukcesu technologicznego odkryć w oparciu o nową fizykę.

Ciekaw jestem, jaką rolę Bóg Luk odegrał w tworzeniu hipotezy Wielkiego Wybuchu.

Kto wie, czy kryzys w fizyce, brak wystarczająco śmiałych hipotez, nie wynika z ignorowania Boga Luk.

Moim celem było zbudowanie matematycznego obrazu świata zgodnego z duchem Parmenidesa. Ta myśl mnie męczyła jakieś 30 lat. Rozwiązanie przyszło nieoczekiwanie, kiedy najmniej się tego spodziewałem. Bóg nie był mi do niczego potrzebny, nawet mi to do głowy nie przyszło. Licząc się z tym, że niczym barbarzyńca w ogrodzie, trafiłem na właściwy trop, chciałem sprawdzić skutki etyczne takiego podejścia, stąd mój pomysł doktoratu u Feliksa Przybylaka.

Bóg Luk pojawił się, gdy zacząłem dostrzegać konsekwencje. Przy czym był i jest to Bóg Luk silnie osadzony w tekstach mądrościowych. Mam na myśli Biblie, Koran, Wedy indyjskie i inne teksty, z którymi się zetknąłem. Ale ciągle to jest Bóg Luk.

Jak już wspominałem, postawiłem sobie ambitne zadanie, by opisać świat zgodnie z poglądami Parmenidesa. Zająłem się geometriami wielowymiarowymi oraz nieeuklidesowymi, by być w zgodzie z teorią względności. Zresztą sama teoria względności sugeruje takie podejście, o czym wspomina Michał Heller w Szczęściu w przestrzeniach Banacha.

Nic mi z tego nie wychodziło, widać było, że problem znacznie wykracza poza moje kompetencje. Gdy już zupełnie z tego zrezygnowałem, za sprawą pewnego żartu z synem, podjąłem próbę rozwiązania problemu tym razem w ramach teorii obliczeń, a szczególnie odwołując się do idei Maszyny Turinga.

I tak powstał Matrix, którego mała trójwymiarowa część została w Berlinie. (Z Matrixem braci Wachowskich łączy go tylko nazwa). Matrix mnie przeraził. Był bezduszny, zimny i kanciasty, ale miał cechy, które opisywała teoria względności. Nie mogłem tego zbagatelizować. Budziłem się w nocy z uczuciem, jakbym się dusił. Za sprawą pewnego monodramatu o Jimie Morrisonie uświadomiłem sobie, że fizyka oprócz skutków technologicznych, ma olbrzymie skutki społeczne, wpływa na wszystkie dziedziny naszego życia, często destrukcyjnie.

Stwierdziłem, że zanim zacznę się dalej zajmować Matrixem, powinienem spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie, a jakie to może mieć skutki społeczne. I wtedy trafiłem do prof. Feliksa Przybylaka. Połączyła nas myśl, że nic nie wydarzy się w kulturze, dopóki coś nie wydarzy się w fizyce. Po kilku spotkaniach zaproponował mi studia doktoranckie z teorii literatury. Miałem się zająć związkami miedzy fizyką a poetyką.

Opinię na studia doktoranckie z teorii literatury wystawił mi profesor matematyki, Jacek Cichoń. Może ją przytoczę. „Z M. Włodarczakiem spotkałem się kilkakrotnie przy okazji prowadzenia zajęć na filii Uniwersytetu Wrocławskiego w Kłodzku. Przeprowadziłem z nim kilka dyskusji na temat możliwości opisu mikroświata za pomocą automatów skończonych, automatów komórkowych i maszyn Turinga. M. Włodarczak próbuje zinterpretować w terminach współczesnej fizyki oraz matematyki poglądy filozoficzne Parmenidesa. W tym celu bada zachowanie się pewnej klasy automatów komórkowych. Warto zaznaczyć, że zagadnieniem modelowania właściwości mikroświata za pomocą automatów dyskretnych interesuje się wielu wybitnych współczesnych fizyków.”

Zostałem przyjęty. Jako słuchacz studium doktoranckiego z teorii literatury zgłosiłem się do Instytutu Fizyki Teoretycznej z propozycją przedstawienia mojego sposobu opisu świata. Zaproponowano mi wystąpienie na seminarium instytutowym i wyznaczono opiekuna z ramienia Instytutu Fizyki Teoretycznej, prof. Bernarda Jancewicza.

W zasadzie wystąpienie mi nie wyszło, tylko jakiś emerytowany profesor podszedł do mnie i powiedział, że był na spotkaniu, gdzie prezentowano idee teorii strun i że tam też były podobne struktury. Nie dość, że na studia z teorii literatury opinie wystawił mi matematyk, nie dość, że rozpocząłem je od wystąpienia na seminarium w Instytucie Fizyki Teoretycznej, to jeszcze pracę miałem pisać na wydziale germanistyki, nie znając ani słowa po niemiecku. Prof. Feliks Przybylak zaproponował mi tytuł pracy „Na płonącej granicy poetyki i nauki”. Do dziś nie jestem pewien, o co mu chodziło.

Chodzenie po mieście. Od Nova

https://vimeo.com/480048841

Part of this project is also walking.

Walking in the desert and walking in the city.

Walking

Bungeeing or flying.

But flying doesn’t let the traces on the surface of the world. Walking does.

Mostly she is alone, there are no words and no real traces. Just space.


long duration performance 12 h, 2018

(…) it was 12-hour walk around Berlin during which, thanks tu the connection to Google Maps and an application for drawing a route, I enter the word FORCE in the City map. My path is defined by the order of the letters. No mapping out the route contributed to any inadvertent breaking of laws and arrest by the police(force) and consequently, the necessity to choose another path, which could be observed in the letter F.

When walking, I followed the principle of “keep walking”. I hat twelve envelopes prepared with a link to the performance and the phrase “keep walking” written on each, which I would hand out on the hour, every hour, on random to different people, without any additional explanation.

performance, experience, action in public area
exlusive ecological art, 2017

Felicja meaning “happy”. Here is one of that has not finished up in the broth (in Poland, the obligatory dish served on Sunday’s lunch) was what we manifested during our Sunday walks, that we took in Old Town, in Kraków. The price for saving her life was an adaptation to new conditions. Fela took up residence in one of Cracow tenements houses on Lea Street with myself. MT, Lumiér’s cat and several plants including two ficuses benjamins. In the kitchen by the balcony, there was a wooden chicken coop arranged for her.

Walking with Felicja and the experience of sharing a living space with her aroused a lot of emotions. McDonald’s environs aroused the most critical underbelly point. Our walks turned to be devastating.

And an the top of it, drawing the city with / by Maria Nova:

https://en.supernova-2.com

Odcinek 20

Mieczysław Bonisławski

– To fontanna, nie sadzawka. Z takim ozdobnym flamingiem, szkoda tylko, że z betonu. Dlaczego mama z tobą nie rozmawia? I czemu prowadza cię do psychologa – przeskrobałeś coś w szkole?
– A, tam, szkoła… – machnął lekceważąco ręką Januszek, ale Olek nie dał za wygraną:
– Czyli, że masz swoje pomysły, ale nauczyciele zamiast starać się cię zrozumieć, wolą mieć święty spokój? Czyli, że psycholog ma cię zbadać i napisać, że to ty jesteś nie w porządku, a nie oni, tak? Oni chcieliby, aby wszystkie dzieci były równe i myślały jak od sznurka…
– Szkoła, szkoła jest niedobra…
– A mama? Czemu z tobą nie rozmawia, nie walczy o ciebie z tą szkoła, z tą Ber…?
– Mama kiedyś była inna, ale teraz już z nikim w ogóle nie rozmawia. Chyba, że z panią – ciocią Ireną… O, popatrz…

Chłopiec podniósł się z pleców i zaczął układać patyczki – marionetki. Ułożył je w dwóch, równych rzędach, wzdłuż ulicy przebiegającej przez ”wiadukt” nad „torami”. Kilka ułożył, tak jakby z brzegu, większość wbił na stojąco, tak bardziej po środku. Od biedy, można było sobie tak wyobrażać siedzących i stojących ludzi wewnątrz miejskiego autobusu.

– Aua! Jezu, aaa…!
– O, Boże, coś się stało!
– Ludzie, ludzie spokojnie…
– Panie kierowco! Zabiło człowieka.
– Nie!, przytrzasnęło w drzwiach.
– Rękę, rękę mu złamało…
– Panie kierowco, drzwi. Drzwi!
– Otworzyć drzwi. Kierowca! Człowiek ranny, proszę otworzyć natychmiast drzwi!
– Co tam się dzieje?
– Drzwi przytrzasnęły gościowi rękę.
– Już otwieram. I co?
– Żyje, ale ma całą rękę we krwi.
– Zaraz zemdleje, trzeba na pogotowie.
– Trzeba po karetkę! – mały poruszał energicznie większością ze stojących, tych powtykanych w piasek na sztorc, patyczków. „Przekrzykiwały się” nawzajem niemal wszystkie. Niemal…

Dwa „siedzące” patyczki „milczały”. Do czasu:
– Mamo, co się stało?
Nic, cisza.
– Mamo, co jest temu panu, popatrz…?
„Milczący” patyczek wykonał gest przypominający zapalanie papierosa.
– Mamo, czy jemu stało się coś złego? Dlaczego wszyscy tak strasznie krzyczą? Czemu ty nic mi nie mówisz?
– Alicja, w autobusie się nie pali. Spieszno ci na kolegium? – nad „siedzącymi” pochylił się jeden ze „stojących” patyczków.
– Ach, no tak. Zapomniałam się. – „Mama” szybko zgasiła papierosa i spojrzała w górę, na znajomą twarz – To ty, Irena? Dziękuję…
– Zobacz, samo rano, a ja muszę już lecieć do Komitetu. Szlag by trafił takie powitanie dnia, co nie? A do tego – tym przepełnionym autobusem. No, ale ty co? Z małym gdzieś jedziecie…?
– Mamo, mamo! Powiedz mi…
– Nie, nie. Bądźcie cicho, oboje! Bardzo was proszę – patyczek znowu wyjął papierosa, ale nie zapalił go, tylko przez chwilę trzymał go w dłoni, a za którymś z rzędu skrętem autobusu, po prostu, takiego nie zapalonego, zgniótł w palcach.

Autobus faktycznie skręcił raz, drugi i trzeci. Zatrzymał się na przystanku i pojechał dalej, aż w końcu wyjechał na szeroką, ruchliwą ulicę Bohaterów Westerplatte.
Irena cały czas coś gadała nad głową Mamy i jej synka:
– Cholera by wzięła te telefony. Nie masz w domu, kłopot jeden, ani z kim pogadać, jak akurat trzeba, ani zadzwonić do kina, czy teatru, spytać co grają, ani po taksówkę. A jak masz go już w domu – inny kłopot. Siódma rano i ci dzwonią, że w Komitecie jakaś konferencja, czy egzekutywa z Niemcami, Łotyszami albo jeszcze innymi Ukraińcami. Wyobrażasz to sobie? Rozumiesz? Nie wiem doprawdy, na diabła ja starałam się o ten telefon? I na cholerę mi go w końcu zainstalowali… A tak się cieszyłam… I tu masz, obudzili w środku nocy, no i chlust do wanny, ubrałam się raz dwa i na autobus. Po trzydziestu latach, zachciało im się wracać do „tych” spraw. Przecież to już dawno przebrzmiało… Ty wiesz, odgrzewają kwestię wysiedleń: Niemców stąd, a Łemków tutaj… Tak, to nie byli jednak Łotysze, tylko nasi, poczciwi Łemkowie, od nas i z Ukrainy… Ale, ja już wysiadam. Papatki, durne to jak te młode, które to sobie wymyślają…

Gdy autobus dojeżdżał do przystanku za Komitetem Wojewódzkim PZPR, kawałek za placem z Pomnikiem Bohaterów, stanął, a potem ruszył, liczne patyczki-marionetki znowu się ożywiły i „rozgadały”:
– Była już pani w tym nowym domu towarowym?
– W tym tu….? Nie, jeszcze nie.
– Ja byłam.
– Ta pani była…
– A, to pani, dzień dobry. I co warto tam zajrzeć?
– Sklepów dużo i towary takie lepsze, ale drogo, pani, drogo.
– Ja też słyszałem, że to nie dla nas. Może gdzieś w Poznaniu czy innym Wrocławiu, takie „Centrum” będzie miało wzięcie, ale nie u nas…
– Nie, no towary całkiem sobie. I poukładane tak, że wszystko człowiek widzi, co i jak. Nie jak gdzie indziej..
– Przestronnie jest i oświetlone jak trza… Ale to i w takim „Centrumie” musi bez to i swoje kosztować.
– Luksusy…
– Gdzie tam nam do nich…
– A pani sąsiadko? – jakiś głos znowu zaczepił cały czas zamyśloną, nie reagującą na nic wokół, milczącą Matkę – W tym tygodniu mam na pierwszą zmianę, ale po niedzieli wybiorę się w dzień na miasto… Może i pani…?
– Co, proszę? Przepraszam, nie dosłyszałam…
– To przez ten szum, takie głośne te stare autobusy w środku. Czy my jeszcze doczekamy jakichś nowocześniejszych? Synowa – mieszkają z synem we Wrocławiu – opowiadała mi, że u nich, w tym Wrocławiu, znaczy się…
– Tak, tak, to przez ten stary autobus. Ten hałas – podjęła Mama, błądząc jednak myślami zupełnie gdzie indziej.
– Mówię, że w przyszłym tygodniu wybieram się na miasto, to zajrzę do tego nowego „Centrum”. Była już sąsiadka?
Mama coś odburknęła, schylając głowę, co tamta zrozumiała po swojemu:
– Właśnie, ja też jeszcze nie. Może się sąsiadka wybierze ze mną, zawsze razem raźniej.
– A…
– Myśli pani o tej z trzeciej klatki… Nie, nie, ja już z nią nic… Czy wie pani, co ona powiedziała o…
– Tak? – wróciła do rzeczywistości Mama, ale jej nieobecny wzrok chyba podziałał i na tamtą:
– Nieważne. Stare próchno. Niech strzępi ten ozór gdzie indziej i inni niech się użerają z tym jej synalkiem… Ale co, wybierze się pani ze mną?

– Mamo, mamo! Chłopaki mówili w szkole, że tam jest superowy sklep z modelami. Taaakie samochodziki…
– W szkole… – zawahała się Mama-patyczek – A dajże mi już spokój z tą twoją szkołą! Mało mam przez nią kłopotów! – zakończyła w złości.
– Oho… – wycofała się tchórzliwie tamta kobieta, zostawiając synka sam na sam z nieprzejednaną, oziębłą Mamą Nie pomogła mu, chociaż przecież mogła…
– Mamo…! Czarek ze Sławkiem mają taki autobus, „jelcza” z przyczepą osobową. I z otwieranymi drzwiami. Ja takiego nigdy nie widziałem, a oni powiedzieli, że jak nie będę miał takiego samego, to mam do nich już nie przychodzić. Na pewno są takie w tym „Centrum”… Bo nigdzie indziej ich nie ma…

W tle dalej słychać było „rozgadane” ludziki-patyczki:
– I co, wybierasz się…
– Może na święta. Mam wesele w rodzinie. Prezent jaki może dostanę. Tam są takie bardziej eleganckie rzeczy.
– Ja tam pójdę tylko popatrzeć. Nie stać mnie, ale pooglądać lepszy świat przecież można. Chyba nie wyrzucą, nie ma takiego prawa, co?
– Weź pan choćby coś małego, na pamiątkę. Wtedy na pewno wpuszczą.
– To może być tak jak w knajpie, jak setka, to tylko z zakąską. A jak nie, to wywalą na zbity ryj… Nie zakropisz bez zagrychy.
– Słyszałam, że telewizory kolorowe mają.
– A jakże! A talon…
– Tu są bez zapisów. Córka dostała mieszkanie, to kupiłabym jej do tego mieszkania…

Znowu głosy tych dwóch „siedzących” gałązek:
– Słyszysz, mamo! Słyszałaś, tam na pewno będzie taki autobusik z przyczepą!
– Pokłóciłeś się z Czarkiem i Sławkiem?
– Mamo…
– Czasami nie dziwię się tym twoim kolegom. Czy ty nie możesz…? Czemu ty jesteś taki…? – ton beznamiętny, szorstki, pełen goryczy i żalu do całego świata.

Chrenowicz uciszył chłopca. „Dosyć, dosyć, to mi wystarczy. A ta twoja Matka…” – wymamrotał, nie wiedzieć czy do siebie, czy tak, aby Januszek go jednak usłyszał, pół mówiąc, pół głośno myśląc – „Może ona jest po prostu zmęczona? Matka, to matka, automatycznie cię kocha. Nawet się nad tym nie zastanawia. Tym się różni mężczyzna od kobiety. Posłuchaj mnie, ona kocha i ciebie, i twego braciszka, i siostrzyczkę. Ale jej też musi być ciężko. Kiedy ją widziałeś wypoczętą, śmiejącą się z niczego? Kiedy przyszła późno wieczorem od swoich koleżanek? A kiedy ostatni raz przeczytała ci artykuł, który napisała lub książkę, którą jej wydrukowali? Dawno, dawno temu. A może w ogóle tego nawet nie pamiętasz, co? Ona cię kocha, nie opuściła cię, ale pani psycholog pewnie o Mamę nie pytała, prawda? Tak myślałem.” A na cały głos poprosił:

– Co się działo w szkole? Opowiedz o swoich kłopotach w klasie: koledzy, nauczycielka?
Mały zaczął na nowo rozstawiać gałązki-ludziki, ale Olek i tym razem go powstrzymał:
– Dosyć tych teatrzyków. Chodź tu do mnie – usiadł po turecku po środku wyspy piasku, wziął za rękę chłopca i przyciągnął tak, że miał go przed sobą. – Mów, jak jest. Prosto, swoimi słowami.
Gdy Januszek opowiedział już o złośliwościach ze strony Kotlarskiego, o agresywnych atakach Szczepańskiego i Remiszewskiego, o zawstydlzającej go litości Beaty Dunaj, nieporozumieniach z Barczyńską i innymi nauczycielami, o strachu przed profesorem techniki, Linkowskim, aż w końcu przeszedł do kulminacyjnej sytuacji z zabitą bez skrupułów fasolką, znowu zaszkliły mu się oczy.

Ależ to jest mazgaj!”, pomyślał Olek.Co ja tu jeszcze z nim robię? Ten mały, zaszczuty beksa nigdy nie zostanie Wojownikiem! Nie nadaje się do żadnej walki… Tracę z nim tylko czas… Mój czas jest tak cenny, miałem tu spotkać posłanego do mnie Przewodnika, a co znalazłem? To miał być złoty chłopiec, po to naszukałem się tej Sceny Kreatorów, a co znalazłem? Znowu mnie ktoś wystrychnął na dudka! Straciłem wszystko…”

Olek podniósł się. Z niesmakiem wydął usta, odwrócił się tyłem do Januszka. Zrobił krok, drugi… Zatrzymał się. Spojrzał na małego przez ramię.

Co straciłem tak naprawdę? Trochę czasu, ale przecież nie mogę poddać się, przestać wierzyć w siebie. Jeżeli to wszystko nie było prawdą, to czym? Baśnią, ułudą, fantazją? Nie, to niemożliwe… To znowu, jakaś kolejna próba. To ONI próbują mnie zwieść, mieszając mi w głowie prawdę z fikcją. Ja nie żyłem bajką, ja naprawdę mam TO zrobić, do tego zostałem powołany. Gdyby nie wyrzucili mnie ze Straży Ochrony Kolei, dalej pałętałbym się między tymi nieudacznikami, niewolnikami regulaminów, tchórzami bojącymi się łobuzów… Gdyby mnie przyjęli do wojska, wypełniałbym teraz rozkazy jakiegoś półgłówka. Dobrze się stało, tak jak jest! Uratowałem sam siebie przed samym sobą! A ONI! Nie dali mi rady…

Popatrzył dłuższą chwilę na chłopca. Zastanawiał się w milczeniu, stojąc nieruchomo, zupełnie wyprostowany. Taksował siebie i jego. Dostrzegł dysproporcje – z jednej strony potężnie zbudowany, wyćwiczony mężczyzna-Wojownik, a z drugiej – zapłakany, mikry chłopaczek, przed którym dopiero cała jego droga.

A może zabawić się z NIMI? A jakbym z takiego mazgaja zrobił Wojownika, mściciela…? Ależ by się ONI zdziwili. Ależ bym ICH zaskoczył! Chcieli mnie, MNIE – mistrza walk, rozmontować, osłabić tymi ICH fikcjami, rozleniwić słodyczą baśni – to ja sprowadzę teraz do baśniowego życia tego nieszczęśliwego chłopca. Zostanę jego Przewodnikiem po jego krainie fantazji i szczęśliwości. Dokonam cudu i z tego zmarnowanego malca zrobię Wojownika. To on potrzebuje Przewodnika, nie ja! On faktycznie ma bardzo źle, a ja… Mnie się tylko wydawało, że cierpię. To było tą prawdziwą ułudą, której się domyślałem, ale nie mogłem jej właściwie wskazać. ONI chcieli mnie omamić i niemal IM się udało… Ale nie ze mną takie gry… Chodź mały do cudownego świata… Poprowadzę cię. To będzie moja kolejna próba. Może w końcu już ostania?

Uklęknął przy Januszku. Nawet na klęcząco miał głowę wyżej niż stojący chłopiec.

– A czy ty wiesz, co ja jeszcze innego robię w życiu? Prowadzę szkołę sztuk walki. Jestem mistrzem, wiesz. Czy słyszałeś o mistrzu „Czarny Koń”? To ja…
Januszek uśmiechnął się pełną buzią, ale w porywie szczerości, ufnie pokręcił przecząco głową.
– Każdy chłopak, jak wyrośnie na mężczyznę, musi być zdrowy i silny, aby bronić siebie i swojej rodziny przez wrogami, być zdrowym i silnym. Nie trzeba palić papierosów, ani pić alkoholu. Za to trzeba cały czas ćwiczyć ciało i umysł. Czy chcesz być taki?
Chłopak z zapałem, cały uśmiechnięty, pokiwał potakująco głową.
– Dla ćwiczenia ducha trzeba być wrażliwym i myśleć tylko pozytywnie o sobie i o innych. Nie można dokuczać innym jak Szczepański. Nie można być złośliwym jak Kotlarski, ani wywyższać się jak Pasternak. Oni nigdy nie zostaną prawdziwymi mężczyznami. Prawdziwi mężczyźni już wkrótce ich w życiu pokonają. – ciągnął dalej Chrenowicz – A dla sprawnego i żelaznego ciała trzeba ćwiczyć fizycznie. Chodź, pokażę ci kilka chwytów, których cię nauczę…
Zademonstrował jakieś elementy, ćwiczenia. Najpierw sam turlając się po piasku, padając, to znowu podnosząc się. W końcu złapał chłopca i delikatnie przewrócił go. Po chwili pokładali się razem. Mały turlał się w uściskach mężczyzny, to wydając jakieś nieartykułowane wrzaski, to śmiejąc się na cały głos.
Jak on się momentalnie zmienił…? Niech zaatakuje mnie, gdy postawię wysoki blok… Nie poddaje się, szuka, dąży do lepszego, do sukcesu. Troski i porażki nie zamknęły go w sobie, jest gotowy sięgać po zwycięstwa. Jak prawdziwy Wojownik… Spróbujemy z dźwignią na staw biodrowy… On pokona swoje słabości, te wszystkie utrapienia związane ze Szczepańskimi, Kotlarskimi, nauczycielami… To bohaterstwo tak przeciwstawiać się własnym lękom, grozie otoczenia… Ciekawe czy będzie się tak samo rzucał, jak go lekko podduszę? Ostrożnie, to tylko dla zabawy, dla sprawdzenia odruchów kandydata i jego charakteru… Prawdziwy Wojownik…

– Co tu się dzieje?!
Wysoka, szczupła blondynka wgramoliła się tyleż energicznie, co dosyć nieudolnie na wyspę złotego piasku. Nogi w modnych chodakach grzęzły jej w sypkim, nie dającym oparcia podłożu, stopy ślizgały się. Cała jej postawa była jeszcze jak u młodej, gibkiej dziewczyny, ale twarz nosiła już znamiona mijającego czasu. Niewątpliwie niegdyś intrygująco wystające kości policzkowe pod wysokim czołem i lekko skośnymi (do środka), głęboko osadzonymi, szerokimi oczami nie wystawały już tak ostro, rozpłynęły się w fałdach tłuszczu. A wąska, ale pełna żuchwa, z takimi dwoma, głębokimi przed laty bruzdami, idącymi po obu bokach zwężającej się brody, teraz tonęła już tylko wśród rozmnażających się z tygodnia na tydzień fal zmarszczek. Ostrości stały się opływowe, zagłębienia się wypełniły, to co było jędrne, nabrzmiało.
W końcu złapała chłopca za rękę, potrząsnęła nią i wyciągnęła spod mężczyzny.
– Czy ty wiesz, która jest godzina? Już dawno skończyłeś lekcje, czemu nie jesteś w domu?
Rozejrzała się wokół. Cała roztrzęsiona, nie kryła swojego niezadowolenia. Znowu krzyczała:
– Co to w ogóle jest?! Co ty tu wyprawiasz! Ja się martwię w domu, czy znowu ci czegoś nie zrobili… Już, marsz mi na obiad!
Nagle spojrzała jeszcze raz w stronę ciągle klęczącego w piasku Olka.
– A pan co tu robi?! Kim pan w ogóle jest!
I w tym momencie zaczęła coś kojarzyć…
– Zboczeniec… Co ty, do cholery, zrobiłeś mojemu synowi?!
Pociągnęła jeszcze mocniej Januszka, chowając go za sobą a sama, zasłaniając syna stanęła w wojowniczej pozycji tuż przed mężczyzną:
– Ty pedofilu… Ja cię zaraz, na milicję… Zgnijesz w więzieniu! Za to co tu robiłeś z moim chłopcem. Że też tacy muszą się rodzić, że też ziemia takich nosi…!
Chrenowicz podczas tej tyrady zdążył dojść do siebie. W pierwszej chwili zupełnie zdezorientowany, potem już spokojny, powstał z kolan, niemal dostojnie otrzepał się z piasku i tonem nietajonej wyższości replikował:
– Jestem mistrzem szkoły walki. „Czarny Koń”, najlepsza w Zielonej Górze, musiała pani o mnie słyszeć. I ja nie jestem żadnym zboczeńcem, za to pani Januszkowi potrzebny jest ktoś, kto mu w końcu pomoże. Te kłopoty w szkole, z łobuzami z klasy. Te nieporozumienia z panią, jako matką…
Alicja zbaraniała. Wyprostowała się jeszcze bardziej, zesztywniała, potrząsnęła głową i ryknęła:
– Co takiego?! Co ty, pedofilu, możesz mieć do powiedzenia na mój temat! Tobie to już zupełnie padło na tę chorą głowę, zboczeńcu…
– Nie jestem zboczeńcem. Prowadzę szkołę sztuk walki…
– „Czarny Koń” – wydęła wargi kobieta i prychnęła drwiąco. – A może czarna dupa konia, z ciebie taki rycerz, co to po zadzie wsiada na wierzchowca…? Pedał od małych chłopców…
Olka w końcu to trochę ruszyło:
– No tak, na pewno nie jestem matką, która na widok wypadku w autobusie ucieka od przerażonego syna i zamyka się w sobie, zamiast dać mu poczucie bezpieczeństwa. Ani taką, która nie zauważa, że syn potrzebuje zabawki, aby zaimponować rówieśnikom i zdobyć należną mu pozycję w grupie, a ona ruga go tylko i daje do zrozumienia, iż na nic nie zasługuje.
– O czym ty gadasz, padalcu? – zdziwiła się Alicja, przeplatając oznaki zmieszania ze spazmami śmiechu, bo aż tak niedorzeczne wydały jej się wywody tego „mistrza”.
– Czy pamiętasz, jak jechaliście na wizytę do psycholog Ber i drzwi autobusu przytrzasnęły palec temu robotnikowi? A czy pamiętasz, jak potem mały chciał w tym nowym domu towarowym kupić taki autobus z przyczepą, aby wkupić się w łaski Czarka i Sławka?
– Czy pamiętam? Ten przeklęty poranek…
– Tak, czy pamiętasz?
– Pamiętam. Z samego rana, mój stary gdzieś zniknął. Do pracy nigdy tak wcześnie nie chodził, gdzie więc mógł polecieć? Przed lekcjami Januszka mieliśmy jeszcze wizytę u tej Ber… Wsiedliśmy do autobusu…
Co to dzisiaj mąż tak wcześnie… – zagadnęła mnie zaraz przy wejściu sąsiadka z parteru, z tej drugiej klatki, przy wjeździe pod blokiem. Ona mieszka zaraz nad wjazdem… Nie chciało mi się z nią gadać. To strasznie zgryźliwa i złośliwa plotkara, najgorsza w bloku.
Poszedł do pracy.
Nie, no przecież w tym tygodniu, to od rana w kiosku siedzi ta młoda, jego zmienniczka, nie on – drwiąco zaoponowała tamta.
Tak, faktycznie – odganiałam się od niej, jak od natrętnej muchy. – To nie wiem, coś mu pewnie wypadło…
Plociuch znacząco zmrużył oczy. Wysilił się na taki protekcjonalny ton:
Nie wiem, czy sąsiadce mówić, bo może sąsiadka już wie…
Co niby mam wiedzieć?
… a może i nie. Bo to żona dowiaduje się zawsze ostatnia…
Niby o czym?! – zaczynała mnie już złościć.
Mówią, że on chadza do tej Barczyńskiej, nauczycielki Januszka…

Aua, Jezu, aaa….!
O Boże, coś się stało!
…zabiło człowieka…

Wzdrygnęłam się. Przerażona zakryłam ręką Januszkowi oczy i nieco uniosłam się z siedzenia, aby dojrzeć sytuację przy automatycznych drzwiach.

Nie, przytrzasnęło w drzwiach.
Ręka…, rękę…, ręką…
Człowiek ranny, proszę otworzyć drzwi.
Już otwieram. I co?
Żyje, ale ma całą rękę we krwi.
Trzeba by po karetkę.
Zaraz, zaraz, ja mam kurs. Żyje pan, jak się pan czuje? Da pan radę?
Wytrzymam, wytrzymam. Wysadź mnie pan przy pogotowiu. Tam mnie opatrzą. Nic mi nie będzie.
Widziała sąsiadka? W takim tłoku mus nam jeździć, to i wypadki co chwila…
Jakie co chwila, kiedy pani widziała coś podobnego? Poza tym, facet, sam powiedział, że wsiadał na ostatnią chwilę, wepchnął się w zamykające się już drzwi i nie zdążył schować ręki – gasił paplę ktoś z pasażerów.
A pan co, może też kierowca z MPK? – odgryzła się mu kobieta.
Zaraz, zaraz. To niby mój mąż, miałby z wychowawczynią naszego syna…?

Zanim ta baba zdążyła odpowiedzieć, autobus stanął na przystanku przy szkole ekonomicznej. Wysiadło trochę uczniów, sporo ludzi idących na targ, mimo tłoku pasażerowie będący w środku wielką falą przemieścili się do przodu. Dzięki temu stanęła nade mną Irena.
Słyszałaś? Ryndak ma dostać kolejną nagrodę.
I co z tego?
Jak to, przecież kiedyś byłaś lepsza od niego.
Kiedy to było? – rozmarzyłam się trochę, ale szybko stanęło mi przed oczyma zupełnie inne szczęście – Jeszcze przed Januszkiem…

I na co ci to było? A pamiętasz jak go obsobaczył Bereza w tych „Związkach naturalnych”? A Ryndak i tak, ma tego „Piętaka”, teraz dostanie „Lubuską”… Wiesz gdzie ty byś mogła być, gdyby nie…?
Ja moje powieści zatytułowałam „Januszek”, „Zbyszek” oraz „Tosia”… – uśmiechnęłamsię na samą myśl o nich.
Mamo, co jest temu panu, popatrz…

Ranny mężczyzna miał się całkiem dobrze. Zdaje się, że omawiał właśnie mecz żużlowy, zamachnął się tą przetrąconą łapą i zaczepił o kogoś, że aż syknął. On z bólu, a ten, którego potrącił zakrwawionym bandażem, z irytacji.
Sięgnęłam po papierosa.
Mamo, czy jemu…
Ja bym się tak nie poświęciła. O talent trzeba dbać, a nie tak go marnować. I co osiągnęłaś? Co ty masz z tego życia, nic.
Mamo, czemu ty nic do mnie nie mówisz?
Alicjo, w autobusie się nie pali…

Irena wysiadła. Miała jakąś redakcyjną robotę w Komitecie Wojewódzkim. Tegoroczna laureatka nagrody radiowej rzeczywiście nie marnowała talentu i szczęścia, jakie jej dopisywało. Właśnie dopiero co zdobyła to swoje pierwsze trofeum za ów reportaż o „Szczęśliwej miłości”, a czekało ją w przyszłości pewnie jeszcze wiele kolejnych laurów. Zdobywała znaczącą pozycję już na poziomie krajowym, nie tylko na naszym, zielonogórskim podwórku.

„Co osiągnęłam? Postarałam się o syna, który nie radził sobie z kolegami w klasie, a wychowawczyni robiła z niego na siłę niedorozwiniętego emocjonalnie, więc zaczęłam z nim jeździć do poradni psychologicznej. Miałam też męża, o którym sąsiadka mi właśnie doniosła, że wziął sobie za kochankę wychowawczynię mego synka, tę samą, która wysłała mnie i małego do wariatkowa… To mogła by być całkiem niezła powieść sensacyjno-obyczajowa. A może powinnam była zacząć ją pisać…?” – śmiałam się w duchu.

A pani sąsiadko?
Przepraszam, nie dosłyszałam…
Mówię, że w przyszłym tygodniu wybieram się na miasto, to zajrzę do tego nowego „Centrum”…
A…
Myśli pani o tej z trzeciej klatki… Nie, nie… Czy wie pani co ona powiedziała…

„Wiem co ty powiedziałaś, wiedźmo, o moim mężu”. To prawda, gdzieś ostatnio znikał. Prawdopodobnie nawet miało to jakiś związek z tą Barczyńską. Ale ona pochodziła z antysocjalistycznej rodziny, myślę, że ją rozpracowywał operacyjnie. To musiało być zainteresowanie o charakterze służbowym, wiedźmo z drugiej klatki!”
A ta Barczyńska. I co ona znowu zrobiła przeciwko Januszkowi? Ten Szczepański, ten Remiszewski. Klasowe łobuzy, czy to możliwe, aby byli takim zagrożeniem dla jednego z uczniów bez wiedzy nauczycieli? A jeżeli Barczyńska o wszystkim wiedziała, to czy to nie mogło się dziać za jej cichą aprobatą… Ta „jedynka”, to jednak cholerna szkoła…!

Mamo, mamo! Chłopaki mówili w szkole, że tam jest superowy sklep z modelami…
W szkole… A dajże mi już spokój z tą twoją szkołą!

Srakiś autobusik. Czarek ze Sławkiem. Jeden synalek majora milicji. Teraz jak wynikły te kłopoty, ojczulek zaczął się wynosić ponad mojego, że mój to niby „ubek”. A on, oficer milicji, niby że był zawsze w porządku. Lepszy… A matka zaczęła pracę w oddziale jakiegoś przedsiębiorstwa handlowego, „Otex” czy tak jakoś, oni chyba handlują ciuchami za granicę? Damessa się z niej zrobiła, że nie podejdziesz… A rodzice Czarka ukrywali cały czas kontakty z eReFeNem. Czarkowi z tych kontaktów przynajmniej skapywały dobre, zachodnie zabawki, ubrania, sprzęt sportowy. „Tu nie o autobusik poszło, synku. Ale nie zrozumiesz tego na razie nawet, jakby pani doktor Ber nie wiem jak się postarała. Ja też nie potrafiłabym ci tego wytłumaczyć, w taki sposób, aby ci nie sprawić przykrości…”

To może już lepiej tak:

Japan’s Love-Hate Relationship With Cats (reblog)

Suggested by Konrad

Zak Davisson in Smithonian

Japan loves cats. A quick glance at anything related to Japanese pop culture will show you this: Hello Kitty. Cat cafes. Wearable electronic cat ears that respond to your emotional state. Massively popular comics like What’s Michael? and A Man and His Cat. The popular tourist destination Gotokuji, a temple in the Setagaya ward of Tokyo that claims to be the original home of the ubiquitous Maneki Neko, the “Lucky Cat.” The famous cat shrine Nyan Nyan Ji in Kyoto that has an actual cat monk with several kitty acolytes.

Cats are everywhere in Japan. While it is easy to see they are well-loved, Japan also fears cats. The country has a long, often terrifying history of folklore involving monstrous supernatural cats. Japan’s magic catlore is wide and deep—range from the fanciful, magical shapeshifters (bakeneko) to the horrendous demonic corpse-eaters (kasha). That’s where I come in.

Edo period Bakeneko.jpg
Edo period Bakeneko (Wikimedia)

I began researching Japan’s catlore while working on the comic book Wayward from Image comics. Written by Canadian Jim Zub with art by Japan-based American penciler Steve Cummings and American colorist Tamra Bonvillain, Wayward was a classic story of shifting societal beliefs that tackled the age-old question of whether man creates gods or gods create man. It pitted Japan’s folkloric yokai against rising young powers that would supplant them. One of our main characters was Ayane, a magical cat girl of the type known as a neko musume. Ayane was built of cats who come together in a mystical merger to create a living cat avatar.

As a Japan consultant, my job on Wayward was to create supplemental articles to complement the stories. This meant I researched and wrote about things as varied as Japan’s police system, the fierce demons called oni, and the fires that ravaged Tokyo between 1600 and 1868. And, of course, magic cats. I researched Japan’s catlore to incorporate in Ayane’s character. Normally, my work was one-and-done: As soon as I finished with one topic, I moved onto the next. But cats, well… I guess you could say they sunk their claws into me—and they haven’t let go yet.

Sawaki Sushi Nekomata.jpg
Sawaki Sushi Nekomata (Wikimedia)

Studying folklore means following trails as far as you can go with the understanding that you’ll never reach your destination. The further back you peel the layers of time, the mistier things become. You leave what you can prove and enter that nebulous realm of “best guess.”

Take the fact that cats exist in Japan at all. No one knows exactly when and how they got there. The “best guess” is that they traveled down the silk road from Egypt to China and Korea, and then across the water. They came either as ratters guarding precious Buddhist sutras written on vellum, or as expensive gifts traded between emperors to curry favor. Most likely both of these things happened at different times.

Bakenko prostitutes.jpg
Bakenko prostitutes (Wikimedia)

But for our first confirmed record of a cat in Japan—where we can confidently set a stake in the timeline and say “Yes! This is unquestionably a cat!”—we must turn the dusty pages of an ancient diary.

On March 11, 889 CE, 17-year-old Emperor Uda wrote:

On the 6th Day of the 2nd Month of the First Year of the Kampo era. Taking a moment of my free time, I wish to express my joy of the cat. It arrived by boat as a gift to the late Emperor, received from the hands of Minamoto no Kuwashi.

The color of the fur is peerless. None could find the words to describe it, although one said it was reminiscent of the deepest ink. It has an air about it, similar to Kanno. Its length is 5 sun, and its height is 6 sun. I affixed a bow about its neck, but it did not remain for long.

In rebellion, it narrows its eyes and extends its needles. It shows its back.

When it lies down, it curls in a circle like a coin. You cannot see its feet. It’s as if it were circular Bi disk. When it stands, its cry expresses profound loneliness, like a black dragon floating above the clouds.

By nature, it likes to stalk birds. It lowers its head and works its tail. It can extend its spine to raise its height by at least 2 sun. Its color allows it to disappear at night. I am convinced it is superior to all other cats.

Bakeneko party.jpg
Bakeneko party (Public Domain)

As you can see, be they emperor or peasant, cat owners have changed little over the millennia. I will tell anyone who will listen that my cat (the monstrous beauty of a Maine coon called Shere Khan with whom I coexist in constant balance between pure love and open warfare) is superior to all other cats.

While cats were initially traded as priceless objects in Japan, unlike gold or gems or rare silks, these treasures were capable of doing something other valuables could not—multiplying. Cats made more cats. Over the centuries, cats bred and spread until by the 12th century they were common all over the island.

That was when they began to transform.

Toriyami Sekein Kasha.jpg
Toriyama Sekein Kasha (Public Domain)

Japan has long held a folk belief that when things live too long, they manifest magical powers. There are many old stories explaining why this is true of foxes, tanuki, snakes, and even chairs. However, cats seem to be somewhat unique in the myriad powers they can manifest—and their multitude of forms. Perhaps this is because they are not indigenous to Japan. Whereas Japanese society evolved alongside foxes and tanukis, cats possess that aura of coming from outside the known world. Combine that with cats’ natural mysterious nature, their ability to stretch to seemingly unnatural proportions, how they can walk without a sound, and their glowing eyes that change shape in the night, and it’s the perfect recipe for a magical animal.

The first known appearance of a supernatural cat in Japan arrived in the 12th century. According to reports, a massive, man-eating, two-tailed cat dubbed the nekomata stalked the woods of what is now the Nara prefecture. The former capital of Japan, Nara was surrounded by mountains and forests. Hunters and woodsman regularly entered these forests around the city for trade. They knew the common dangers; but this brute monster was far beyond what they expected to encounter. According to local newspapers of the time, several died in the jaws of the nekomata. Massive and powerful, they were more like two-tailed tigers than the pampered pets of Emperor Uda. In fact, the nekomata may have actually been a tiger. There’s speculation today that the nekomata legends sprang from an escaped tiger brought over from China, possibly as part of a menagerie, or it was some other animal ravaged by rabies.

Maneki neko.jpg
Maneki neko (Wikimedia)

With the close of the 12th century, stories of the nekomata and supernatural felines went quiet for several centuries. Then came the arrival of the Edo period, when Japan’s magical cat population truly exploded.

Beginning around 1600, the country experienced a flowering of art and culture. Kabuki theater. Sushi. Ukiyoe wood block artists. Geisha. The first printing presses in Japan. All of these Edo period phenomena led to a flourishing industry of reading material for all classes—in many ways, a forerunner of manga. And as writers and artists soon found out, the country was hungry for tales of magic and Japanese monsters called yokai. Any work of art or theatrical play tinged with supernatural elements became a sure-fire hit.

In this golden age, a new species of supernatural cat appeared—the shape-changing bakeneko. As Japan urbanized, cat and human populations grew together. Now, cats were everywhere; not only as house pets and ratters but as roving strays feasting off the scraps from the new inventions of street sushi and ramen stands. And with them stories followed of cats able to transform into human shape. Japanese houses were mostly lit by fish oil lamps. Cats love to lap the oil, and at night, in the glowing lamplight, they cast huge shadows on the walls, seemingly morphing into massive creatures standing on their hind legs as they stretched. According to lore, cats who lived preternaturally long evolved into these bakeneko, killed their owners and took their place.

Not all bakeneko were lethal, however. Around 1781, rumors began to spread that some of the courtesans of the walled pleasure districts in the capital city of Edo were not human at all, but rather transformed bakeneko. The idea that passing through the doors of the Yoshiwara meant a dalliance with the supernatural held a delicious thrill to it. Eventually, these stories expanded beyond the courtesans to encompass an entire hidden cat world, including kabuki actors, artists, comedians, and other demimonde. When these cats left their homes at night, they donned kimonos, pulled out sake and shamisen, and basically held wild parties before slinking back home at dawn.

These stories proved irresistible to artists who produced illustrations featuring a wild world of cats dancing and drinking late into the evening hours. The cats were depicted as anthropomorphic human-cat hybrids (although the bakeneko were capable of shapeshifting into fully human forms, too). They smoked pipes. Played dice. And got up to all kinds of trouble that every hard-working farmer wished they could indulge in. Artists also created works replicating cat versions of popular celebrities from the world of the pleasure quarters.

While bakeneko are the most numerous and popular of Japan’s magical cat population—and certainly the most artistically appealing—magical cats also lurked in darker corners.

Onsen Cats Utagawa Kunitoshi.jpg
Onsen Cats Utagawa Kunitoshi (1884) (Public Domain)

Take the kasha, a demon from hell that feasts on corpses. Like the nekomata and bakeneko, the kasha were once normal house cats. But, as the story goes, the scent of dead bodies filled them with such an overwhelming desire to feast that they transformed into flaming devils. With their necromantic powers they were said to be able to manipulate corpses like puppets, making them rise up and dance. The kasha story still remains part of the culture in terms of funeral services. In Japan, it is customary after the death of a loved one to hold a wake where the body is brought home and the family gather. To this day, cats are put out of the room where the wake is held.

Some cat creatures, like the neko musume, were thought to be cat-human hybrids. They were said to be born from a cat’s curse on makers of the traditional instrument called the shamisen, which use drums stretched from the hides of cats. A shamisen maker who got too greedy might be cursed with a neko musume daughter as revenge. Instead of a beloved human daughter, they would find themselves with a cat in human form who was incapable of human speech, ate rats, and scratched their claws.

Perhaps the most persistent of the Edo period supernatural cats is the maneki neko, known in English by the sobriquet “Lucky Cat.” While truly a creature of commerce, this ubiquitous waving feline has folkloric origins—two of them, in fact. Gotokuji temple tells of a fortuitous cat that saved a samurai lord from a lightning strike during a terrible storm. The lord gave his patronage to the temple, which still exists today and happily sells thousands of replica cats to eager tourists. The other origin is of a poor old woman whose cat came to her in a dream and told her to sculpt a cat out of clay to sell at market. The woman marketed both her cat and her story, selling more and more cat statues until she retired rich and happy. These same cat statues are still sold worldwide today as the Maneki Neko. Obviously, both origin stories can’t be true, but that doesn’t stop the sales from rolling in. It’s not unusual at all to trace back a folkloric story and to find someone trying to make a buck on the other end. As the earlier artists discovered with their bakeneko prints, cats have always been good for sales.

Bakeneko kabuki actors.jpg
Bakeneko kabuki actors (Public Domain)

The more you dig into Japan’s catlore the more you’ll find, from the gotoko neko, an old nekomata that mysteriously stokes fires at night or turns the heaters up in households in order to stay warm, to the cat islands of Tashirojima where cats outnumber people by more than five to one, to the endangered yamapikaryaa, said to survive only on the remote Iriomote islands. Most of these are born from the Edo period, however many are expanded folklore and real-world locations. Japan’s catlore continues to spread and I have no doubt that new supernatural forms are being born even now.

For me, Japan’s catlore has been nothing short of catnip. The more I learned the more I wanted to know. After I finished my Wayward research, I kept diving deeper and deeper until I had piles of translated folk stories and historical texts on Japan’s cats. I had no plans to do anything with it; it was a personal obsession. Finally, though, my publisher noticed, and said, Hey, I think we know what your next book is going to be about. Thus Kaibyō: The Supernatural Cats of Japan was born, a book I never intended to write, and yet to this day, remains the most popular thing I’ve ever written. Even after it published in 2017, I knew my journey into Japan’s catlore was hardly finished; I don’t think it ever will be.

I think Shere Khan approves.

Zack Davisson is a writer, translator and folklorist. He is the author of Kaibyō: The Supernatural Cats of Japan.

Blutbrüder (1)

Anne Schmidt                                                       

1. Vorzeigemutti  

Kai saß vor der Laube am südlichen Stadtrand von Berlin und überlegte, wo seine Mutter den Schlüssel versteckt haben könnte. Sie, sein jüngerer Bruder Olli und er wohnten seit der Wende in dem winzigen Häuschen, weil seine Mutter unbedingt nach Berlin gewollt hatte, und zwar in den Westteil. Bis November 1989 hatten alle zusammen in Cottbus gelebt, wo es der Mutter immer zu eng und zu spießig gewesen war.  

Sie hatte im Konsum gearbeitet, früh zwei Jungen von zwei verschiedenen Männern geboren, die Jungen nach dem Ablauf des Mutterschutzes der Obhut eines Ganztagskindergartens überlassen und sich weiterhin im Konsum – und auch ausserhalb – um die Wünsche von  Kunden gekümmert. Ab und zu war am Wochenende die Oma gekommen, damit ihre Tochter auch über Nacht wegbleiben konnte, wenn eine Feier ausserhalb von Cottbus angesagt war oder ein Karnevalsfest sich bis in den Morgen hinzog. Die Oma war stolz auf ihre hübsche Tochter, der auch die Geburt der Söhne nicht die zierliche Figur hatte verderben können. Ihr feingeschnittenes Gesicht war faltenlos und hatte einen kindlichen Ausdruck, der Männer magisch anzog. Kai und Olli hatten diese feinen Gesichtszüge und den unschuldigen Ausdruck von ihrer Mutter geerbt. Sie waren die Lieblinge der Erzieherinnen im Kindergarten, nicht nur weil sie hübsch waren, sondern auch weil sie eine besondere Sanftheit und Fröhlichkeit im Spiel mit den anderen Kindern ausstrahlten. Sie waren beide sehr beliebt, besonders bei den Mädchen, die mit ruppigen und kämpferischen Jungen nichts anzufangen wussten. Kai und Olli wurden auch gern von anderen Müttern mitgenommen, wenn die junge hübsche Frau Weber Überstunden machen oder zu ihrer kranken Mutter fahren musste. Da niemand ein Telefon besaß, wurden die Angaben der Mutter nie überprüft. Ihren großen blauen Augen traute niemand eine Lüge zu und so genoss Doris Weber als junge Mutter in der Deutschen Demokratischen Republik Freiheiten, von denen andere junge Mütter nur träumen konnten. Kai und Olli litten nicht unter der Abwesenheit ihrer Mutter, denn jeder war nett zu ihnen und verwöhnte sie, bis die Mutti, gut gelaunt und fröhlich, ihre Söhne abholte. Sie zeigte Allen, wie lieb sie ihre Kinder hatte und  überschüttete sie mit Zärtlichkeiten. Sie war eine Vorzeigemutti, die Berufstätigkeit und Mutterschaft miteinander vereinbaren könne, sagte die zuständige Parteisekretärin. Ihre Jungen seien der beste Beweis für die erfolgreiche Unterstützung des Staates bei der Erziehungsarbeit alleinstehender Frauen, die ihren Beruf nicht wegen der Kinder aufgeben wollten.  

2. Willkommen im Goldenen Westen  

Seitdem sie im Westen waren, war alles anders: Kai und Olli gingen in eine weit entfernte Schule mit Ganztagsprogramm. Die Mutter verließ morgens um 8.00  die Laube und fuhr quer durch die Stadt zu dem Hotel, in dem sie arbeitete. Sie kam immer erst am späten Abend – bepackt mit Tüten – müde zurück. Sie war dem Konsumrausch verfallen und fand überall Sonderangebote, die unbedingt genutzt werden mussten. Kai und Olli hatten nie so viele Jeans und T-Shirts besessen wie in den ersten Wochen im Westen. Nach dem Konsumrausch wurde die Mutti von der Vergnügungssucht gepackt. Sie kam oft nachts nicht nach Hause, sondern ließ durch einen Nachbarn, der ein Telefon besaß, ausrichten, sie habe Nachtdienst im Hotel.

Dass ihre Söhne sie durchschauten, interessierte sie nicht. Sie meinte, die Jungen seien inzwischen alt genug, um allein zurecht zu kommen. In der Schule bekämen sie ein Mittagessen und ein Brot könnten sie sich auch allein schmieren. Zur Unterhaltung brachte sie ihren Söhnen Massen von Comic-Heften mit, die im Hotel liegen geblieben waren.  

Im Garten stand eine marode Tischtennisplatte und unter den Büschen lag ein schlapper Fußball. Soviele Sportgeräte, meinte sie, hätten sie in der DDR nie besessen. Leider vergaß sie oft, den Hausschlüssel an dem ausgemachten Ort zu hinterlegen. Einen Nachschlüssel anfertigen zu lassen war Doris Weber zu kostspielig; ausserdem könnten die Jungen den Schlüssel verlieren, was gefährlich und teuer sein könnte, meinte sie. Dieses Risiko wollte sie nicht eingehen.

Kai gab seine Suche auf. Wahrscheinlich hatte sie den Schlüssel eingesteckt und mit ins Hotel genommen, wo er unbemerkt in ihrer Handtasche ruhte. Kai überlegte, ob er den Nachbarn um einen Anruf bitten könne, aber das hatte er schon so oft getan, dass er sich nicht traute, schon wieder um ein Gespräch zu bitten. Olli hatte heute Basketball-Training in der Schule. Er würde ihn dort abholen und mit ihm zum Hotel fahren, beschloss er. Er nahm seine Fahrkarte aus der Schultasche, zog seine Jacke an und rannte zur Bushaltestelle.

Er hatte Glück, dass der Bus gerade kam und ihn bis zur U-Bahnstation brachte. Mit der U-Bahn brauchte er noch ca. 30 Minuten bis zum Kleistpark und von dort war es nicht weit bis zur Schule.

Fortsetzung in einer Woche

The Room in Barataria

Ewa Maria Slaska (z inspiracji Konrada)

Tommy Wiseau. Słyszeliście o tym reżyserze? Słyszeliście o tym filmie? Słyszeliście, że można zrobić karierę, nakręcając najgorszy film na świecie?

No tak, można, tyle tylko, że trzeba mieć siedem milionów dolarów. Albo więcej. Nikt nie wie, ile, ale sam film kosztował 6,5 miliona.

Może zresztą słyszeliście o tym, że reżyser jest Polakiem, pochodzi z Poznania i nazywa się Tomasz Wieczór albo Wieczorkiewicz.

Tu jest link do filmu The Room: https://youtu.be/wOKW0PeHVDE (na youtubie został on okrojony o pięć scen seksu, w tym jedną – seksu oralnego)

Tu z kolei link do filmu o tym, jak powstał film The RoomThe Disaster Artist: My Life Inside The Room, the Greatest Bad Movie Ever Made: https://www.werstreamt.es/film/details/1126688/the-disaster-artist/ (choć nie wiem, czy nie trzeba będzie zapłacić za streaming); na youtubie można obejrzeć różne fragmenty filmu.

A tu jeszcze do fimu, który był, wydaje mi się inspiracją dla reżysera The Room, choć (chyba) nikt o tym nie wspomina: Okno na podwórze / The rear window; genialny film Alfreda Hitchcocka z Jamesem Stuartem i Grace Kelly; jeden ze stu najlepszych filmów na świecie: https://youtu.be/YEgpkHWECKs

Obejrzyjcie wstystkie te trzy filmy i wtedy tu wróćcie, to Wam powiem, co o tym myślę i dlaczego Tommy Wiseau chciał być (chyba) Don Kichotem, ale jak zaczął kręcić The Room, stał się Sancho Pansą własnej szalonej fantazji.

Bo tak to chyba jest, nie możesz być i marzycielem, i bezwzględnym egzekutorem obowiązków tych, których chciałeś porwać za sobą. Dlatego Marzyciel (podobnie zresztą jak arystokrata) zawsze MUSI mieć towarzysza, tego, który wykona za niego każdą robotę. I tę normalną (wyleje nocnik przez okno w gospodzie), i tę bardziej skomplikowaną (zarezerwuje bilety w Orient Expressie), i tę nużąco codzienną (ktoś przecież musi to wszystko trzymać w garści), i tę wreszcie najbardziej nieprzyjemną, czasem zwaną też brudną, bo przecież czasem trzeba zasztyletować Hoprynę i szlachetny szlachcic, np. Wołodyjowski, sam nie będzie tego robił, od tego ma Rzędziana, Zagłobę, Falstafa czy Sancho Pansę.

Te rozmyślania prowadzą mnie przez chwilę na manowce, przypominam sobie bowiem, że przez całe moje dorosłe życie z zainteresowaniem czytałam o tym, że ktoś komuś towarzyszył w podróżach i do jego obowiązków należało wylewanie nocników, rezerwowanie biletów lub wielbłądów, wykłócanie się z oberżystą, że w pokoju są pluskwy, a w śmietanie mysz. I zawsze wtedy myślałam, że ja też bardzo bym tak chciała. No i popatrzcie, jak pięknie się spełniają takie myśli. Od kilku lat towarzyszę czasem w podróżach mojej najbardziej hojnej i niezwykłej przyjaciółce, Iwonce. Dziękuję, Kochana!

I nie muszę wykonywać żadnych z tych czynności!

Bo naprawdę, marzenia się spełniają, trzeba tylko dokładnie wiedzieć, czego się chce, jeśli bowiem się ich nie sprecyzuje, to można wyjść na tym jak Eryk w powieści Terry Pratchetta Faust Eryk. Chłopak ma 14 lat i trzy standardowe marzenia – żyć wiecznie, panować nad światem, spotkać najpiękniejszą kobietę w historii. Przeczytajcie tę książkę i wtedy wróćcie do dalszej lektury tego tekstu.

Książka ukazała się po polsku w roku 1997 w tłumaczeniu Piotra Cholewy. Jest na portalu chomikuj jako epub i audiobook, znajdźcie ją tam sobie, albo kupcie na Merlinie.

***

Film The Room, zgodnie z moim własnymi przewidywaniami, nie podobał mi się, historia wydawała mi się prosta jak slogan na plakat, charaktery niczym nie zaskakiwały, gra aktorska była na poziomie teatrzyku szkolnego w Dąbrowie Leśnej. Natomiast bardzo podobał mi się film The Disaster Artist, opowiadający historię o tym, jak Tommy Wiseau nakręcił swój film. Jest to historia o przyjaźni dwóch mężczyzn, przyjaźni która przetrwała wiele lat, wiele kłótni, wiele porażek i sukcesów, ale przede wszystkim jest to niezwykła historia mistyfikacji, która praktycznie rzecz biorąc nigdy nie została wyjaśniona.

Tommy Wiseau jest prawdziwą postacią, ale jednocześnie pojawia się z nikąd i do dziś nikt nie wie, skąd się wziął on sam i skąd wziął pieniądze, żeby nakręcić swój pierwszy film? W Disaster Artist od początku ma pieniądze, ma drogi samochód, drogie mieszkanie, i jeszcze drugie mieszkanie w Hollywood.

Ma, a mimo to wydaje się biedny, niespełniony, rozpaczliwie samotny. Zakompleksiały, sfrustrowany.

W mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo pewien, z liczby tych, co to prócz spisy u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają. Rosolina powszednia, z baraniny częściej niż z wołowiny wygotowana na obiad, bigosik z resztek obiadu prawie co wieczór na kolację, co piątek soczewica, co sobota jaja sadzone po hiszpańsku, a na niedzielę gołąbeczek jakiś w dodatku do codziennej strawy, zjadały mu corocznie trzy czwarte części całego dochodu. Reszta szła na przyodziewek: na opończę z sukna cienkiego, hajdawery aksamitne z takimiż łapciami i na świtkę z krajowego samodziału dobornego, którą się w powszednie dni tygodnia obchodził.

To początek Don Kichota. Nic o nim nie wiemy, ani co dotąd robił, ani jak żył, ani kto go rodził. Pojawia się znikąd i jest dziwakiem. Czyta książki, rycerskie romanse i to one go kształtują. Czasy się zmieniły. Minęło przecież 400 lat. Wiseau ogląda filmy i to one go kształtują.

Obu ich prowadzi marzenie. Don Kichot chce zażyć sławy, uwalniając uciśnionych, a zwłaszcza uciśnione, Wiseau – nakręcając film o miłości i zdradzie. I o sobie. Jego bohater jest kolejnym wcieleniem Don Kichota. Wierzą w Miłość tej Jedynej. W jej Piękność i Wierność. W Przyjaźń. Zostają okrutnie zdradzeni. Są Marzycielami-Nieudacznikami. Nic, co robią, im nie wychodzi. Nic nie jest takie, jak sobie zamarzyli. Wszystkim trzem się nie udaje, jednego odwożą w klatce do domu, drugi zabija się dramatycznie, trzeciego wyśmiewają. A jednak i Don Kichot, i Tom Wiseau dostąpili sławy, jakiej każdy może im pozazdrościć.

Zaimponował mi ten Wiseau.

Bez skrótów

Teresa Rudolf

Bez skrótów

Streszczenie 
książki w pigułce,
muzyka na smartfonie.

Język na skróty
w “spoko”, też”nara”, 
a opór w “olewam”.

Uznanie, to znana
łapka w górę, 
a rozwód przez online.

Seks przez telefon,
miłość… aż do następnej,
a sen po proszkach.

A tutaj proszę… Covid,
bardzo cierpliwy, 
nawet flegmatyczny,

twą skrótowatością
gra sobie jak piłeczką, 
czekając bez pośpiechu

na ważność rzeczy, 
bez skrótów, a ma
przecież dużo czasu!

A my ?…
“Spoko”
Już teraz też.

Bez-denne  roz-czarowanie

Odór rozkładu
wartości iluzyjnych,
kolorowych obrazów
wiary, nadziei, miłości.

Ból posiadacza
najdroższych dzieł sztuki,
gdy już wie,
wszystko fałszerstwem.

Katastrofa Greka Zorby, 
bez tańca, śpiewu, 
bezbrzeżnego śmiechu
i zielonego kamyka. 

Żałosna porażka
intuicji, zaufania w człowieka,
w niebo, w ziemię,
choć ona dalej…

… przecież się kręci.