There is allmost no chance to get the ticket, but try. Just try. Try HERE.
It is fantastic. She get you in her crazy world and you remember that journey forever.
Below you see, what she made especially for her exhibition in Gropius House in Berlin.
All fotos made by Konrad.
The exhibition itself is the retrospective of all her famous or less famous works, starting with her drawings from the school time. You had never a possibility to see all these works together.
If you do not get the ticket, just enjoy these fotos.
Zaczęły się wakacje i pojawiają się takie wakacyjne wspomnienia. O tym, że Marylę i jej brata, a obecnie mojego męża, poznałam w 1983 roku, w Uniwersyteckim Klubie Turystycznym UNIKAT, już wcześniej wspominałam. To były czasy studenckich rajdów, letnich pobytów w klubowych bazach namiotowych – UNIKAT eksplorował północno-wschodnią Polskę, Suwalszczyznę i Podlasie, tereny dziś turystycznie popularne, wtedy jeszcze mało znane. Maryla swoje doświadczenia z czasów klubowych wędrówek wykorzystała później w pracy zawodowej, pilotując wycieczki z Niemiec do Polski i na Litwę. My z mężem i synem pozostaliśmy na etapie rodzinnych weekendowych wypadów do lasu i wakacyjnych wyjazdów. Maryla odbyła więcej zagranicznych podróży, była w Paryżu, w Grecji, zwiedziła niektóre niemieckie landy.
Był taki czas, że ja, ze względów zdrowotnych, wyjeżdżałam do Szczawnicy Zdroju, uzdrowiska położonego u stóp Pienin, malowniczych gór, niewysokich, jakby miniaturowych w porównaniu do stojących tuż za nimi Tatr. W Szczawnicy wynajmowałam pokój dwuosobowy, siedziałam tam za każdym razem miesiąc, a w tym czasie przyjeżdżali do mnie, raz mama, raz mój mąż, no i dołączała do nas Maryla. Wynajmowała sobie osobny pokój, ale czas spędzaliśmy wspólnie. Mnie wypełniały go głównie zabiegi, Maryla też zawsze wykupywała w uzdrowisku jakieś kąpiele czy masaże dla siebie. Czerpaliśmy wielką przyjemność z leniwych, niespiesznych spacerów po parku zdrojowym, gdzie tradycyjnie znajdowała się muszla koncertowa, w której każdego popołudnia grała niewielka orkiestra. Repertuar był klasyczny, składał się głównie z wiedeńskich walców Straussów, utworów Schuberta, Schumana. Słuchaliśmy, sącząc z dzbanków lecznicze wody, tworzył się klimat jak w przedwojennym „badzie”. Gdy zdarzył się dzień wolny od zabiegów, wędrowaliśmy w góry, bliższe i dalsze. Przeszliśmy pasmo Pienin od Trzech Koron do Sokolicy i z Wąwozu Homole na szczyt Wysokiej. Najczęściej odwiedzliśmy najbliżej położoną, niewielką, uroczą Bryjarkę, a za nią małe schronisko, w którym serwowano pyszne naleśniki z jagodami. Maryla, wtedy konsekwentna wegetarianka, zawsze lubiła wszelkie naleśniki, pierogi, kluski itp. W tym czasie schyłkowego PRL-u mięso kupowało się na kartki, więc w pensjonacie, w którym mieszkaliśmy, także oddawało się część tych kuponów. Kuchnia przygotowywała tylko tyle potraw mięsnych, na ile starczyło z „kartek”. Kucharki, rodowite góralki, wykazywały się kulinarną pomysłowością, przygotowując znakomite pierogi, naleśniki, drożdżowe bułeczki, ciasta, zapiekanki, co nam, a zwłaszcza Maryli, bardzo odpowiadało. Pamiętam, że kiedy kilka lat później byliśmy w Szczawnicy z moim synem, Maryla wyraziła swoje rozczarowanie zmianą jaka zaszła w menu stołówki naszego pensjonatu. Mięso i wędliny pojawiały się na stole codziennie, a my wzdychaliśmy do pysznych pierogów ruskich i naleśników z serem, które podawano teraz tylko w piątki. Na szczęście tradycyjne bułeczki drożdżowe do kolacji pozostały.
W lipcu 2009 roku pojechaliśmy we trójkę, ja, nasz syn Jan i Maryla, na dwa tygodnie do Rymanowa Zdroju. Mój mąż nie miał w tym czasie urlopu, a syn był uczestnikiem turnusu terapeutycznego, zorganizowanego przez ośrodek prowadzący terapię dla dzieci z autyzmem. Janek od rana do obiadu miał zajęcia, a my szłyśmy na spacer. Maryla oczywiście korzystała z zabiegów, bardzo chwaliła sobie zwłaszcza masaż ciepłymi kamieniami. Uzdrowisko Rymanów jest otoczone niewielkimi, łagodnymi wzgórzami, porośniętymi lasem mieszanym, z przewagą buczyny. Po spacerze zachodziłyśmy do kawiarenki położonej w centrum zdroju. Pośrodku kawiarnianego ogródka rosło rozłożyste drzewo. Jedząc lody obserwowałyśmy kręcące się wszędzie niewielkie, urocze ptaki, wróble, ale też inne, których nazwy nie potrafiłyśmy odgadnąć.
Maryli pobyt w Rymanowie bardzo się spodobał, stwierdziła, wyjeżdżając, że musimy częściej odbywać takie wspólne wypady „do wód”. Chyba rok później zorganizowała dla siebie i swojej cioci pobyt w Nałęczowie. Ciocia była samotną siostrą mojej teściowej. Rodzice Maryli i Tadeusza już wtedy nie żyli. Maryla opiekowała się ciocią. Ten wyjazd niespecjalnie im się udał, to był wrzesień, prawie cały czas padało. Maryla jednak korzystała jak zwykle z zabiegów kąpielowych. I znów obiecywałyśmy sobie wspólne wyjazdy. Ostatni raz rozmawiałyśmy na ten temat, gdy Maryla była już po operacji onkologicznej. Dzwoniła wtedy z ośrodka rehabilitacyjnego, w którym dochodziła do siebie. Mówiła, że to jest coś w rodzaju sanatorium. Ale kiedy jej stan zdrowia wystarczająco się poprawi, pomyślimy, żeby znów pojechać razem do jakiegoś polskiego uzdrowiska.
Pojawił się meszek na głowie, a więc jest nadzieja, że w końcu włosy zaczną rosnąć. Podobno będą inne, tak mówią ci, co na ten temat coś wiedzą. Włosy, znaczy ich brak nie był dla mnie nigdy problemem. Peruki, które przymierzałam były straszne, pani, która doradzała, dwoiła się i troiła, też była straszna (przepraszam panią, ale w sumie jestem pewna, że tego nie przeczyta), nie rozumiała mnie, a ja jej. Jest taki typ ludzi, który chce cię zagłaskać na śmierć, jeszcze zanim ta śmierć do ciebie zawita, bo że zawita, to oni, ci głaszczący, są o tym przekonani. I muszą współczuć. To ich wyuczone współczujące spojrzenie wywołuje u mnie zawsze agresję. W końcu jej powiedziałam, że wszystkie rodzaje peruk, które oferuje, są brzydkie, bez życia, właśnie tak powiedziałam leblos. Spoglądała na mnie z tym rutynowym współczuciem, w końcu zaproponowała kaszmirowy turban. Wyszłam. Mojemu lekarzowi powiedziałam, że gdzieś mam te wszystkie peruki, że może przy okazji kupię sobie taką tęczową, albo pożyczę od wnuków, bo chyba taką mają. Kupiłam kilka czapek, potem jeszcze kilka. O mojej chorobie dowiedziałam się w dniu śmierci przyjaciółki, której dane było przeżyć z rakiem rok, tylko rok, aż rok. Wymacałam go sama, guza w lewej piersi, we Wrocławiu.
Termin u lekarza, dość odległy, a potem już dość szybko dowiedziałam się, że jednak jestem wśród tych iluś tam procent kobiet zaznaczonych. Wybranych. Następne terminy, aż wreszcie znalazłam odpowiedni szpital, odpowiedniego onkologia, przy okazji dowiedziałam się o chorobach tzw. współistniejących, z którymi też muszę się zaprzyjaźnić. Zrozumiałam też, że każdy lekarz chce dobrze, ale każdy z nich chce inaczej, tym bardziej, gdy oprócz raka są jeszcze inne dolegliwości. Z dnia na dzień dostałam tzw. zwolnienie lekarskie, które jest ciągle przedłużane, chyba już ósmy miesiąc i końca nie widać. Szczerze mówiąc, od jakiegoś czasu marzyłam o emeryturze, zazdroszcząc polskim równolatkom, że już mogą. A z drugiej strony wiedziałam, że pracować to ja muszę, aż do śmierci, bo emerytura, którą wyliczył mi niemiecki ZUS, starczy na waciki, których i tak nie używam. Takiego obrotu sprawy nie brałam wcale pod uwagę. Nie chodzi o te waciki, których i tak nie kupię, chodzi o tę wymarzoną przerwę w pracy, od pracy, której już wcale nie chcę. Chcę być zdrowa i wrócić do pracy.
Jak to? Ja? Zawsze zdrowa, na głowie wszystko: włosy, chora siostra, chora matka, w pracy zawsze obowiązkowa, mniej w domu, dzieci odchowane, ale też trzeba pomóc przy wnukach. To nie miało prawa się mnie przytrafić. Lekceważyłam badania kontrolne, nie tylko zresztą ja. Czułam się nieśmiertelna. Ostatnio dwudziestoletni Konrad zapytał mnie, nomen omen na cmentarzu, czy chciałabym być nieśmiertelna. Uśmiałam się z tego pytania, choć wcale nie jest takie głupie. Póki żyjemy wszyscy jesteśmy nieśmiertelni, a potem nas nie ma i naszą nieśmiertelność pielęgnują kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat ci, co jeszcze są. Są też tacy, powiedzmy „wybitni“, którzy na kilkaset lat i więcej pozostaną nieśmiertelni, chociaż może nie, może to tylko pielęgnowane wspomnienie, wyuczone z podręczników historii. Wracając do mojej nieśmiertelności, przestałam nagle w nią wierzyć. Pochowałam tatę, planowałam w myślach już pogrzeb mamy, która ciągle żyje, potem musiałabym zająć się chorą siostrą, w końcu ona też by umarła. Potem wnuki dorosną, ożenią się, wyjdą za mąż, urodzą się prawnuki, też się nimi zajmę, a co? Przecież będę żyła wiecznie! I nagle klops, bo wcale tak nie musi być. Z jednej strony zdumienie, niepokój i strach, z drugiej strony ulga: ja już nic nie muszę, nie muszę troszczyć się o innych, choć w miarę możliwości nadal to robię. Choroba, albo dosadniej rak, uzmysłowiła mi, że nie jestem nieśmiertelna, choć cały czas mam apetyt na życie. Jak będzie, tego nie wiem. Chemia za chemią, operacja za operacją. Fizycznie, psychicznie i intelektualnie jestem wyssana. Kilka osób zostało przy mnie, resztę sama odrzuciłam, są jeszcze tacy, co nie wiedzą, jak do mnie podejść i obchodzą mnie z daleka, a ja im niczego nie ułatwiam. Byłam taka sama, gdy sąsiadka zachorowała na raka, też nie wiedziałam, jak podejść, jak pocieszyć, jak się zachować. Teraz to sobie z detalami opowiadamy, sąsiadka i ja, kto jaką chemię dostał, w którym był szpitalu i jaki rodzaj raka mu się przytrafił. Bo o tym, że jest kilkanaście rodzajów nowotworów piersi i kilka stopni zaawansowania, dowiedziałam się w trakcie choroby. Jestem na półmetku leczenia i terapii. Moja jedna połowa wierzy w życie, druga w śmierć. Gdybym była osobą wierzącą, mogłabym powiedzieć, że ta druga wierzy w życie pozagrobowe. Ale ja jestem niewierzącą katoliczką.
Rak mnie wiele nauczył, przede wszystkim zgody na niepewną i nieprzewidywalną przyszłość, zgody na to, z małymi elementami buntu, co ma nastąpić. Rak piersi przytrafia się co ósmej kobiecie w Niemczech. W mojej klatce schodowej jest osiem mieszkań, w nich mieszka osiem kobiet i dwie z nich miały raka piersi. Coś się tu nie zgadza. To co piszą w sieci o raku też się nie zgadza. Jedni piszą, że i tak niedługo pojawią się przerzuty do innych organów, a drudzy, że mam wielką szansę na długie życie i komu tu wierzyć. Najzabawniejsze z tego wszystkiego są oferty usług pogrzebowych, którymi masowo bombarduje mnie internet. Czy rak daje przyzwolenie na takie reklamy? Nie wiem. Wiem, że lubię czarny humor i nie miałabym nic przeciwko, jakby to miał być pogrzeb raka w najładniejszej z urn.
Mój sposób na napisanie książki. Nie napisałam żadnej, to się wypowiem, bo jestem z Polski i kto mi zabroni? Znam się na wszystkim, jak każdy.
1. Zasada pierwsza i najważniejsza: ZACZNIJ. Kup se ołówek, długopis, pióro najlepiej takie retro, z pompką do własnoręcznego wciągania atramentu i do tego atrament w słoiczku i paczkę papieru do drukarki, albo nawet dwie, oraz mały notes. Zawsze, ZAWSZE noś przy sobie coś do pisania, kawałek papieru lub mały notes i ołówek z IKEI, albo długopis, pióro się nie sprawdza, bo jak pada notatki się rozmazują i można się jeszcze uje… atramentem…
2. Kup lub ukradnij, albo powiedz komuś niech ci kupi: komputer i drukarkę.
3. DYSCYPLINA Wstajesz o 7 rano i do 22 piszesz, nie ma że dzieci, mąż do dupy, brak seksu, podatki, wk..w sąsiadka, dziecko płacze u sąsiada z góry, a u tego z dołu urodziny wypadają właśnie w dziś i mają karaoke… Piszesz, nie ma że nie można. MOŻNA, zawsze można, w komputerze, na kartkach, w drodze do Lidla
4. Co pisać? Zapisuj wszystko, myśli, widoki, historie ludzkie, to co lubisz, to czego nienawidzisz, to co masz w dupie i jak bardzo, rodzinę znajomych, dzieciństwo, kryzys wieku średniego, pijaństwo i inne dragi, kochankę, kochanka, babcię, ciotkę, wujka matkę z ojcem, kościół katolicki oraz Żydów, Arabów, Unię Europejską, USA i inne kraje egzotyczne, w których ludzie umierają albo z głodu albo z otyłości, takie Guliwera podróże, reality show 2021. Opisuj miejsca jak kamera, unoś się do góry, zjedź pod ziemię. Możesz w końcu latać i opisywać wszystko z metapozycji , nurkować, kopać, a ale najlepiej wykop jakiegoś trupa! Możesz opisać WSZYSTKO, no wszystko, choć trup, to zawsze dobry sposób na sukces, i nigdy nie może być go za wiele. Jeśli masz już miejsce następny punkt poświecimy… AKCJI, oj będzie się działo.
5. AKCJA i CZAS To tu toczą się watki, tu rozwijasz jak wełnę zdarzenia w jednym lub różnych kierunkach, w przód tył, albo stoisz w miejscu, ale jak będziesz stać w miejscu 200 stron to nic nie zarobisz to ci mogę zagwarantować także odradzam. Czy akcja dzieje się TU, wczoraj, w średniowieczu czy w przyszłości. Możesz też mieć wielowymiarowość i różne chwyty wprowadzać, nielinearnie, ale to trochę, trudne i zakładam, że nikt nie zrozumie, o co Ci chodzi… tak że najlepiej zostaw to i nie próbuj, a przynajmniej nie na początku. Na początek naskrob opowiadanie na te 10 stron i to będzie już sukces jeśli będzie się czytało. 6. Masz już MIEJSCE, CZAS, AKCJE (będzie się działo) no to kogo brakuje… wiadomo! BOHATERA. Możesz go stworzyć, ale nie musisz. Nie każdy jest aż tak zdolny, zakładam, że ty nie jesteś i CI się nie uda. Lepiej opisuj siebie, swoje myśli, doświadczenia, wzloty i upadki, szczególnie upadki lubi czytelni, szczególnie jeśli jest to literatura faktu, szczególnie w Polsce, szczególnie jeśli się stoczyłeś, np. byłaś dziwką, suką, narkomanką, alkoholiczką, zabiłaś swoje dziecko, albo przynajmniej męża i poszłaś na ten przykład do więzienia, chociaż tak na prawdę nie chciała go zabić, chciałaś tylko nożem do ryby odciąć ucho mu w obronie własnej. Wiesz, o co chodzi taki typowy patos jak na filmach z łódzkiej szkoły filmowej. Chciałaś się bronić, ale on miał kolegę sędziego i niestety life ist keins Ponnyhof. I to jest piękna historia!!!!! Moje własne życie wygląda przy niej bladziutko i nieciekawie. Nic się nie dzieje, właściwie. Dzień jeden podobny do drugiego. To się nie będzie czytało, a więc musisz KOLORYZOWAĆ. Pisz i ubarwiaj, maluj piórem, im dramatyczniej, tym lepiej. Nie ma takiej mocy, żeby przesadzić, w ogóle się nie zastanawiaj i nie miej ŻADNYCH skrupułów. Z ukochanej babci pachnącej lawendą, jak jej ogród latem dokleiłaś wąsa, a dziadka abstynenta z zasadami i różańcem przedstawiłaś jako największego pijaka w miasteczku, opisując jeszcze jego DOKONANIA pod wpływem. Wstyd na całą rodzinę, na wieki wieków, aaaaaaamen. No, powtórne jeszcze raz. Patologia, o patologii, to się zawsze czyta, kupuje i mamy funkcję terapeutyczną za darmo. CZYTELNIK nie ma czego zazdrościć Bohaterowi, więc mu pomaga, a nawet stara się pomóc… no ale jak… tak ten człowiek nie istnieje, jak mu pomóc, no nie da się i dobrze, bo wcale się aż tak bardzo nie będzie nikt się poświęcał. Wymyślaj, łgaj jak z nut, i nap…laj w klawiaturę tak szybko, jak to tylko dla ciebie możliwe, zwłaszcza jeśli już jesteś na wczoraj umówiony z jakimś wydawnictwem na oddanie książki. Nie musisz się wstydzić, czuć jak zdrajca, kłamca, hochsztapler.
KAŻDY AUTOR, powtórzę KAŻDY to robi. To się robi prawie organicznie… bo to kusi, no bo mieć aż takie narzędzia i nie skorzystać. Być Bogiem, móc się wylansować, napisać że jesteśmy kimś wyjątkowym czy zamiast tego przyznać się do wszystkiego złego, braku urody, mądrości, wrednego charakteru i wszystkich porażek, które nie miałyby miejsce, gdyby nie nasza głupota, lenistwo, czy inne mniej atrakcyjne okoliczności. Narzekania nie czyta się w ogóle, każdy dorosły ma w swoim gronie jedna osobę, która narzeka na wszystko non stop, a więc to wystarczy, nie trzeba jeszcze kupować, w książce o tym czytać. Dlatego uwielbiam biografie, a już szczególnie uwielbiam biografie osób, które znam, dobrze, bardzo dobrze lub słabo, jak łysego konia. Wtedy sobie oddzielam prawdę od lansu. To jest jak z seksem przed ślubem, niby nie można, kościół zabrania, no ale jakoś trzeba sobie radzić… To samo z pisaniem, a więc np. twoja matka, jak moja pracowała całe życie w banku i była kasjerką. Ja p…, co za nudy, nikt tego nie kupi i nikt nie przeczyta. Napisz, że była sprzątaczką, ale po roku została dyrektorem oddziału i opisz jak tego dokonała. To będzie lepsze, wymyśl coś, jakieś intrygi koleżanki, które z zazdrości zjadają własne zęby na szczękościsku, opisz romans z dyrektorem regiony Wiesławem D., który lubił łączyć pracę z życiem prywatnym. Opisz, jak poznała twojego ojca, kaj ten sportowiec i nie posiadający cechy cierpliwości tak samo ja ty, jak ten złamał mu nos jednym ciosem, ha! Lata oglądania Gołoty i innych na kolorowym telewizorze, co spłonął kiedyś od choinki na święta, to wszystko opłacił się, widzisz córciu, nauka popłaca, nauka, ucz się, bo to potęgi klucz, a na nauka w las nie idzie, nie, tak że idź tam na górę się uczyć albo sobie czytaj książki, bo teraz jest sport i tak ci nie oddam pilota, bo boks, a potem gra Polska mecz, to niestety też nie. Możesz fantazjować, wymyślając BOHATERA, ale nie każdy to umie, więc zakładam, że ty też sobie nie poradzisz. Dlatego lepiej stworzyć alter ego, albo opisuj osoby, które znasz z życia i zmień tylko parę szczegółów, mało kto się domyśli i mało kto się obrazi. Jak napiszesz całą prawdę, nikt jej nie przełknie, i będą kwasy w rodzinie wśród znajomych i powietrze zepsute, tak że wystrzegaj się tego jak fasoli i buritos przed ważną randką, tak do 10 lepiej się pilnować… ale wracając do tematu głównego…
Dzieci przyszły i po pisaniu. Zamiast tego smażę naleśniki i kroję owoce w kosteczkę, służę. Trzy tygodnie Mutterrolle, 24 na dobę…
Wiele miesięcy nie było mnie w Polsce. Oczywiście wszystkiemu winna corona, najpierw były obostrzenia w ruchu granicznym, nie chciałem się więc w to pakować, później sam zachorowałem, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji. Teraz, jako ozdrowieniec, jestem bezpieczny dla otoczenia, a ono samo może mi nagwizdać, cały czas jestem więc w ruchu i maski używam tylko w sklepie, kościele i autobusie.
Ludzie, z którymi w Tychach rozmawiam, wyliczają mi, kogo ze wspólnych znajomych zabrała pandemia, trudno mi uwierzyć, że znalazł się wśród nich między innymi nawet ogólnie lubiany Zefel, dawny właściciel piwnego baru na zecie. Dlatego spieszę się do ludzi, którzy jeszcze żyją, nie odkładam spotkań, jak zwykle, na następny raz, bo może go już nie być. Życie jawi się jak coś absolutnie jednorazowego i kruchego, takim, jakim jest w istocie, ale trzeba było dopiero śmiercionośnego wirusa, żeby to pojąć. Miłe są te nieudawane uwagi, czasami zaprawione ulgą: no, nareszcie znowu jesteś. Albo: długo Pana nie było – spotkania Marcysi z piekarniczego, dozorczyni Jańci, albo krawcowej Lusi, u której zawsze coś poszerzam, albo zwężam. Tym razem zwężam, bo corona pozbawiła mnie smaku i węchu, a przeto i apetytu.
Jadę na ulicę Gołębią, do moich starych przyjaciół, Justysi i Krystiana, oczywiście są już zaszczepieni i dziwią się, że ja mam do szczepionek sceptyczny stosunek. Ojciec Justyny był lekarzem, ona sama też nim jest, nie mam więc szans w merytorycznej dyskusji na temat, kto ma rację. Na szczęście ozdrowieńcy zaraz po chorobie się nie szczepią, bo mają własne przeciwciała i spór kończy się elegancko walkowerem.
Do Asi i Krzysia na osiedlu „A“ nie zaglądałem całe wieki, a sporo się u nich zmieniło. Gospodarz cierpi na miażdżycę, amputowano mu przez nią obydwie nogi, musiał się pożegnać z wykonywanym zawodem taksówkarza i obecnie utrzymanie całego domu spoczywa na barkach jego żony. Asia zajmuje się rozliczeniami podatkowymi, pracę ma w swoich czterech ścianach i może jednocześnie opiekować się mężem, ale łatwe to nie jest. Na szczęście czasami śpieszą im z pomocą córki, a medycznie to niezbędne minimum zapewnia terapeuta. Podziwiam ich obydwoje za hart ducha, a dodatkowo Krzysia – za niezmiennie pogodny charakter i poczucie humoru, których mimo choroby nie utracił. Obecnie wszystkie swoje siły koncentruje na wzmocnieniu mięśni kikutów nóg, aby móc przymierzyć się do protez i z serca życzę mu, aby osiągnął swój cel.
Marysia w Świerklanach, Lolek z Halinką w Ustroniu Śląskim i Stefcia w Chorzowie, których z kolei odwiedzam, też mają już za sobą szczepienia na covid, przynajmniej częściowe i tylko pierwsza z nich narzeka, że na drugi dzień bolała ją ręka. Stefcia spontanicznie organizuje w swoim mieszkaniu spotkanie klasowe. Jest nas razem czworo: ona, Helcia, Leszek i ja. Wszyscy mieszkaliśmy kiedyś przy tej samej ulicy Wesołej i chodziliśmy razem do szkoły podstawowej nr 9, róg Dąbrowskiego i Omańkowskiej. Do reszty koleżeństwa Stefcia nie umiała dotrzeć, wielu też niestety już nie żyje. Taksujemy się nawzajem życzliwie, nikt nie mówi, że na ulicy w pośpiechu to byśmy się nie rozpoznali, ale pewnie tak by było. Najważniejsze, że pamięć wszystkim nam jeszcze w miarę dopisuje i jesteśmy na chodzie. Jest wigilia polskiego Dnia Matki, jadę więc na cmentarz do Św. Ducha, żeby zmówić zdrowaśkę i zapalić u mamy znicz.
Swój ozdrowieńczy rajd po miejscach bliskich mojemu sercu zaczynam i kończę w Krakowie. Tam mieszka prawie od roku moja córka Ania z wnuczką Zosią. Mieszka pięknie, w zabytkowej kamienicy przy jednej z przecznic ulicy Karmelickiej, w samym śródmieściu; powodem zamiany Tychów na Kraków jest nowe miejsce pracy córki, więcej teraz zarabia, ale też sprawuje odpowiedzialniejszą funkcję i zadania są trudniejsze. Zosia szczęśliwie daje sobie radę w nowym liceum i środowisku, które ją w pełni zaakceptowało, w przyszłym roku będzie zdawała maturę. Chodząc po Krakowie, rozmawiamy o pracy Ani i szkole Zosi, o jej świeżych przyjaźniach i planach na przyszłość. To miasto świetnie się nadaje do takich spacerów. Idąc od Karmelickiej Parkiem Krakowskim w stronę Wisły, opowiadam im o moich pięciu latach spędzonych tutaj, o barwnych, corocznych Juvenaliach, pokazuję Collegium Paderevianum, w którym miałem zajęcia, Dom Studencki „Żak“, gdzie mieszkałem, później Collegium Novum. Wspominam o demonstracji studentów i pracowników naukowych UJ w marcu 1968 r., która miała miejsce pod tym historycznym budynkiem, a później została brutalnie spacyfikowana przez milicję i ORMO. Chłoną to wszystko, co im opowiadam, a ja czuję się trochę muzealnie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko było już bardzo dawno temu.
Rynek przypomina euforyczny Eden. Jeszcze niedawno z powodu sanitarnych rygorów świecił pustkami i martwotą, a dziś jest sobota, pierwszy dzień po zluzowaniu obostrzeń. Można nareszcie znowu usiąść z rodziną, albo przyjaciółmi w kawiarnianym ogródku, napić się piwa, lemoniady i ludzie z tego skwapliwie korzystają. Znowu są dorożki, uliczni muzykanci, są ognie w ogródkach, śmiech, gwar, uszczęśliwione buzie, improwizowane tańce na płytach rynku, stragany z wyrobami ludowymi i ponętnie wyglądającym jadłem, ale tego niestety nadal nie czuję. Nieznajomi ludzie sprawiają wrażenie, jak by znali się od dawna, toczą ze sobą miłe rozmowy, nie pamiętam, kiedy ostatnio doświadczyłem takich budujących scen.
Może ktoś w Krakowie rozpyla w powietrzu endorfiny. Na Wiślnej bowiem Ania, ni stąd ni zowąd, zaczepia jakąś kobietę i pyta, gdzie ta kupiła modne czółenka, po czym pada nazwa firmy, która mi nic nie mówi. Wywiązuje się śliczny dialog, czekam, kiedy babeczki padną sobie w objęcia, dwaj uśmiechnięci panowie z boku są tą sceną zachwyceni, my z Zosią oczywiście również. Trudno o pozytywniejsze relacje międzyludzkie, ale zapytam jeszcze raz: czy trzeba było pandemii, żeby ludzie się na siebie znowu otworzyli? I pytanie numer dwa: jak długo ten błogostan potrwa?
Fizycznie nie udało mi się powtórzyć podróży nad Wisłę, ale przed powrotem do Niemiec śniłem, że tam znowu jestem. W tym śnie byłem młodym człowiekiem, siedziałem na okrytych bujną zielenią Plantach w towarzystwie jakiejś pięknej kobiety i z czegoś śmialiśmy się serdecznie. Przecież do szczęścia niczego więcej mi nie trzeba.
Autor, na kuchennych schodach stancji przy Długiej 18, rok 1964, po jakimś egzaminie chyba, bo obowiązkowa, biała koszula i krawat.
drożdże dać do półmiska i dobrze wymieszać z odrobiną mleka pokryć odrobiną mąki i odstawić na ok. kwadransa w ciepłe miejsce, aby rosły
a w tym czasie masło rozpuścić rabarbar obrać ze skórki a agrest uwolnić od szypułek i ogonków i zagotować krótko (z francuska: blanche) z łyżką wody, naparstkiem koniaku i cukrem
do wyrosłych na półmisku drożdży dodać resztę mąki i stopiony tłuszcz dobrze wymieszać, najlepiej ręcznie, dodając resztę mleka i szczyptę soli odstawić na kwadrans w ciepłe miejsce
wyrosłym ciastem pokryć blachę posypać owocami i wstawić do piekarnika (180° C) na około 30 min
Dass man in der Pandemie irgendwohin fahren, sich bewegen, etwas anderes sehen möchte, ist klar. Das lange Hocken an einem Ort, mit wenigen Menschen rundherum, hat uns alle etwas unbeweglich, mürbe, etwas einsamer, stiller, vielleicht auch nachdenklicher gemacht.
Unsere Einsiedelei in der Uckermark entpuppte sich als eine fantastische Möglichkeit für Abwechslung im Alltag; viel Natur ist unerhört gesund und ökologisch, jedem zu empfehlen. An den Anschlagbrettern in den Dörfern sehen wir immer öfter Anzeigen wie „suche eine Bleibe, ein Häuschen, ein Appartement für eine Familie…“ Es wurde uns auch oft berichtet: jetzt, wegen der Pandemie sei der Ansturm auf unsere Gegend gewaltig; die Berliner zögen aufs Land, nicht in den grünen Speckgürtel, sondern weiter weg und landeten hier in unserem schönen Bundesland. Langsam wird es um unseren See voller, nicht nur wegen der vielen Bieber; es gibt immer mehr Ausflügler, Tages-, Sommertouristen, länger Verbleibende, Wanderer, Radfahrer, Camper. Die Entwicklung konnte man förmlich spüren, schon länger, jedes Jahr wurden es mehr, die hierher kamen. Manche kauften gleich Häuser, bauten sie aus, breiteten sich sichtbar in den Dörfern aus, andere kamen mit dem Zug, mit Sack und Pack, mit Kindern, mit Fahrrädern, wieder andere, so wie wir, pachteten ein Häuschen, um immer wieder herkommen zu können. Lange galt in der Pandemie, wer hier keine fest Bleibe hatte, konnte nicht rausfahren; da fühlten wir uns richtig privilegiert.
Schon der Weg hierher ist ein kleines Abenteuer, wir passieren mehrere Zonen, fahren durch verschiedene Landschaften, verlassen die städtische Umgebung, das Ballungsgebiet; das passiert nicht so einfach und abrupt, es geht eher bedächtig und langsam voran. Man merkt es an der Vegetation, an Art der Bebauung, sogar an den Grüntönen und den Lufttemperaturen. An der Autobahn in Berlin ist das Grün gelblich, mickrig, die Akazien blühen so kräftig, als ob sie das letzte Mal die Möglichkeit dazu hätten, wir fahren langsam, Tempo 60 ist erlaubt. Die Autobahn mäandert durch die Stadtausläufer, wie ein gekräuseltes Band, eingezwängt in die Lärmschutzwälle.
Die nächste Etappe führt schon außerhalb von Berlin, weg von dem ganzen Ballungsgebiet, sozusagen fast im Freien; bei dem sitzenden Bären an der Stadtgrenze geben alle Gas, so als ob sie eilig hätten, zu ihrem jeweiligen Ziel zu kommen. Die Wiesen an den Seiten sind eher ausgetrocknet, die Bäume lassen ihre Äste hängen. Bald passieren wir das Unglücksdorf Nassenheide im Löwenberger Land; der Ort liegt langgestreckt an der Bundesstraße 96, hindurch rollt der ganze Verkehr mit Lastern und PKW; schon seit 1879 ist er auch durch die Eisenbahn mit Berlin verbunden. Ich staune jedes Mal über den sogenannten Waldkindergarten, der zwar seitlich wirklich an einen Wald grenzt, aber auch und sogar vor allem mit der langgestreckten Fassade an die besagte B 96. Hinter Nassenheide, hinter dem Bahnübergang beginnen dann die Ackerflächen; sie liegen alle in der Zehdenick-Spandauer Havelniederung und zeichnen sich dadurch aus, dass sie sehr flach sind und großflächig; schon in früheren Epochen, besonders aber dann in der DDR, wegen der LPGs, wurde auf enorm großen Flächen gewirtschaftet. Hier passieren wir riesige Felder mit Raps oder Mais, je nach Jahreszeit, auch Getreide wird angebaut. Alle diese Felder sind „quadratisch, praktisch und gut“, als Begrenzungen sind riesige, jetzt teils ganz ausgetrocknete Pappeln gesetzt worden, inzwischen überwuchert von Misteln. Für mich ist diese Landschaft eher traurig, doch sie scheint gut zu prosperieren; es gibt viele Pferdeställe, Pferde-Pensionen, auch viele Radfahrer sind auf den seitlich gelegenen Radwegen unterwegs. Dieses Bild begleitet uns mit kleineren Abweichungen bis nach Zehdenick; wir passieren den Ort Neuholland, der von klevisch-niederländischen Zuwanderern gegründet wurde. Sie haben das Sumpfgebiet mit Kanälen durchzogen und so den fruchtbaren Boden nutzbar gemacht. Das sieht man auch heute noch, die Felder sind von Kanälen durchschnitten. Hier wird das Grün saftiger, manchmal, je nach Jahr, gibt es auch Sonnenblumenfelder soweit das Auge reicht. Auf den Wiesen sieht man oft Störche, einzeln auf Nahrungssuche, und im zeitigen Frühjahr Unmengen von Kranichen. Manche Straßenabschnitte sind von alten Linden oder gar Eichen gesäumt, allerdings haben diese während der letzten Dürrejahre auch sehr gelitten. Kurze Abschnitte wurden mit neuen Bäumen bepflanzt, auch mit mir unbekannten Ahornsorten, doch meistens mit Linden, die erstaunlich schnell wachsen. Sie wechseln auch ihr Blätterkleid je nach Jahreszeit, am schönsten sind sie aber doch im Herbst, da können die Baumkronen in der Sonne manchmal richtig in Goldgelb erglühen. Mit jeder Etappe kommen wir tiefer in die Natur und verlassen das städtische Flair. Es fühlt sich wie eine richtige Verwandlung an; die ganze Lebensweise wird umgestellt, die super Einbauküchen und komplizierte Bäder bleiben in Berlin; in der Natur ist man viel weniger anspruchsvoll. Da reicht der simple Holzofen und ganz einfache Einrichtung, sie wird sogar vorgezogen.
Bald sind wir schon in Zehdenick, das Städtchen ist auch mit dem Boot von Berlin aus zu erreichen. In dem Namen Zehdenick höre ich immer das slawische Cedenic, undtatsächlich lese ich, dass es da eine frühslawische Befestigung gegeben hatte. Schon 1281 wurde sie als civitas in den kirchlichen Dokumenten erwähnt. Die wechselvolle Geschichte der Stadt, wie sie von einer Adelsfamilie zur anderen wechselte, kann man eher schwer erkennen. Für mich war interessant, dass sie 1438 von Kurfürst Friedrich I der Familie von Arnim als Lehen gegeben wurde. Später tauschte die Familie sie wiederum gegen den Ort Boitzenburg ein (das Schloss Boitzenburg liegt nicht weit von unserem Ort, also dem Dorf, zu dem wir fahren). Vom alten Glanz zeugen auf jeden Fall die Ruinen des alten Zisterzienserinnenklosters, an denen wir vorbeifahren. Größere Bedeutung errang das Gebiet um Zehdenick, als die Bahnstrecke zwischen Löwenberg und Templin gebaut wurde; 1887 wurden große Tonvorkommen entdeckt, daraufhin entstanden zahlreiche Ziegeleien und in den Ringöfen wurden Ziegeln gebrannt, die per Schiff nach Berlin transportiert wurden. Der Satz „Berlin ist aus dem Kahn erbaut“ kann man dann besser verstehen. Das sind diese kleinen, gelblichen Ziegel, die man z.B. an den Häuschen in Werder sehen kann.
Hinter Zehdenick sind wir schon mitten in der Natur, auch wenn wir entlang der erwähnten Bahnstrecke fahren und manche Dörfer sich für meinen Begriff unvorstellbar in die Länge ziehen. Es wird zunehmend welliger, hügeliger, noch grüner und ursprünglicher. Entlang der Felder gibt es oft einen Streifen mit Wiesenblumen; Mohn, Margeriten oder Kornblumen sind oft dabei. Es gibt auch Felder, die regelrecht bläulich schimmern wegen die vielen Kornblumen. Eine Endmoränenlandschaft mit zahlreichen Seen, Buchenwäldern, hier und da fruchtbaren Böden, mit Findlingen, vielen sumpfigen Wiesen breitet sich vor uns aus. Terra ukera ist nicht das, was man denken würde, nämlich urbares Land, sondern laut Wikipedia wohnte in diesem Gebiet das slawische Volk der Ukranen. Namen, die auf diese Herkunft deuten Unter- und Oberuckersee nahe Prenzlau, der Fluss Uecker und die Stadt Ueckermünde. Das Wort Mark kommt erst viel später und bedeutet Grenzland und so haben wir schon im 15. Jahrhundert den Namen Uckermark. Kurz vor Templin gibt es eine Strecke mit super Radwegen und ordentlich geschnittenen Hecken und Bäumchen; wir fahren an einer erstaunlichen touristischen Erfindung vorbei, nämlich dem „Themenpark“ Eldorado vor Templin, der mehr wie eine Westernkulisse aussieht, am Röddelinsee gelegen. Diese Attraktion wartet an der linken Straßenseite, schon nahe bei dem Städtchens Templin. El Dorado: auf jeden Fall kommt der Name aus dem Spanischen und bedeutet: der Goldene und wurde zuerst für einen Mann, dann für eine Stadt und schließlich für ein Territorium benutzt. Später weitete sich der Begriff auf alles aus, was mit Goldsuche zu tun hatte; was für ein Gold im Templiner Eldorado gesucht wird, habe ich bisher nicht herausgefunden. Noch vor der Stadt gibt es eine Draisine, mit der man zu viert bis nach Fürstenberg gelangen kann, also einsteigen, sich betätigen und völlig CO ² frei losfahren. Natürlich durchziehen das ganze Gebiet diverse Rad- und Wanderwege, man kann stundenlang wandern, ohne einem Menschen zu begegnen. Manchmal ist es fast gruselig, der Wald flüstert rundherum, die Wege führen nach links, rechts, geradeaus und zurück; man steht an einer Kreuzung und weiß nicht weiter. Tief in den Wäldern ist die Stille, die Vollkommenheit der Natur noch präsent.
Danach kommen wir schon in Templin an, wo wir unsere Einkäufe tätigen, und die letzte Etappe führt direkt in die Oase des Grünen, an einen See, groß und tief genug, um schwimmen, angeln und mit dem Ruderboot fahren zu können.
Über das Städtchen Templin und das Dorf Warthe berichte ich ein andermal; erst einmal sind wir angekommen.
Hasensprungbrücke i kolonia milionerów, od willi Walthera do willi Walthera
Jest to jeden z najmniejszych mostów w Berlinie, może najmniejszy, bo rozpiętość jego to tylko skok zająca, Hasensprungbrücke, most zajęczego skoku w dosłownym tłumaczeniu, ale nazwa, jak inne nazwy w pobliżu, nie ma nic wspólnego z zającami, lecz z winnicami w Rheingau, regionie Niemiec słynącym z najlepszych winorośli i wspaniałych win. Hasensprung to malownicza ścieżka, lub, jak nazwa głosi – promenada, łącząca Koenigsallee z Winkler Straße w Berlinie, w dzielnicy Grunewald, w dzielnicy bogatych i reprezentacyjnych willi, prześcigających się w przepychu, wielkości i różnorodności stylów architektonicznych. O tej dzielnicy już w trakcie jej powstawania mówiono Millionärskolonie (kolonia milionerów).
Te wytworne wille w Grunewaldzie zawdzięcza Berlin Bismarckowi. Kanclerz po powrocie z Paryża w roku 1871 był tak zachwycony Aleją Pól Elizejskich, że zapragnął zbudować w Berlinie podobną reprezentacyjną aleję. Choć Kurfürstendamm nie była nigdy tak szeroka jak Champs Èlysées, to jednak połączyła centrum miasta z jego obrzeżami czyli z grunewaldzkim lasem, tak jak Pola Elizejskie połączyły środek Paryża z Laskiem Bulońskim.
Ani berliński magistrat, ani nadleśnictwo grunewaldzkie nie było przychylne planom Bismarcka. Jednak żelazny kanclerz pokonał trudności, skutecznie naciągając prawo i przepisy, nie zawsze zgodnie z wolą berlińczyków.
Zaczął się wyrąb lasu, a wyrąbano na ten cel 234 hektary. Już wtedy sprzeciwiano się pomniejszaniu terenów leśnych, a tym tym bardziej wycince drzew pod budowę okazałych willi dla bogaczy. Popularnym stał się szlagier: Im Grunewald ist Holzauktion (https://www.youtube.com/watch?v=yH3tgkZ8yjk).
Rozpoczęto osuszanie bagnistych terenów, w wyniku czego powstały cztery sztuczne jeziora: Hubertussee, Herthasee, Dianasee i Koenigssee. Krajobraz Grunewaldu zmieniał się „na korzyść” dla nabywców i sprzedawców gruntów, parceli z prywatnym dostępem do jezior, z własną przystanią i plażą, często z ogrodem, który mógł mieć wielkość parku. Grunewald nazwano kolonią milionerów i ze zdziwieniem, zazdrością, pogardą, czy wręcz nienawiścią spoglądano na wille wielkie jak pałace, które powstawały dla fabrykantów, prawników, przedsiębiorców, lekarzy, mecenasów szeroko pojętej sztuki, polityków, wydawców, artystów…, budowane w różnych stylach, przez różnych architektów. Niektórzy właściciele nigdy w nich nie zamieszkali, niektórzy bankrutowali i niedokończone budowle odsprzedawali dalej. Ci, co zamieszkali, prowadzili domy otwarte, organizowali spotkania literackie, wystawy sztuki, koncerty…
Historyk Karl-Heinz Metzger pisze, że świadomi i zaangażowani mieszkańcy Grunewaldu, którzy otworzyli swoje wille i przekształcili je w miejsca spotkań, byli w gruncie rzeczy ustabilizowanym i zasymilowanym żydowskim mieszczaństwem Berlina. Jeśli gdziekolwiek można mówić o niemiecko-żydowskiej symbiozie, to właśnie w kolonii willowej Grunewald.
Z kolei Nicolaus Sombart, urodzony w roku 1923 w Berlinie Grunewald, pisze w swoich wspomnieniach Jugend in Berlin: Bogactwo, którego doświadczyłem, podziwiając cenne zbiory sztuki, uczestnicząc w towarzyskich spotkaniach, obserwując wytworny styl życia, to wszystko działo się w domach żydowskich rodzin, w których bywali moi rodzice i do których ja, jako bystry, przedwcześnie dojrzały chłopiec (…) znalazłem dostęp.
W tej dzielnicy jest dużo kamieni pamięci (Stolpersteine), niektórzy właściciele lub ich spadkobiercy nigdy już nie wrócili do swoich domów. Część budowli zniszczyła wojna, te nie do końca zniszczone wyburzono. Remonty okazałych willi ciągle trwają. Ogromne budynki dzielone są na apartamenty, mieszkania, których ceny normalny śmiertelnik nie jest w stanie zapłacić. Niektóre jeszcze do teraz czekają na inwestorów. Wielkie parcele podzielono na mniejsze, a na nich wybudowano bloki z małymi mieszkaniami lub domki jednorodzinne, nie pasujące do krajobrazu dzielnicy willowej. Częściowo przywrócono dostęp do jezior. Ostatnio po „willowym spacerze” usiadłyśmy przy Jeziorze Diany i któraś z nas zanuciła: Gdybym był bogaczem Dejdel didel dejdel Digu digu didel, dejdel dum… Spoglądałyśmy na zupełnie od nowa zbudowaną willę Hansa Ullsteina i zastanawiałyśmy się, czy kiedykolwiek byłoby nas stać na to, aby tutaj zamieszkać, tu, gdzie ceny sł z kosmosu, metraże też. Nie wrócą już czasy kolonii milionerów, tych sprzed ponad stu lat, dla których budowano domy jednorodzinne, nierzadko o powierzchni 1000m². Teraz inni milionerzy mieszkają w Grunewaldzie.
Wróćmy do promenady Hasensprung.
Stoję na na Koenigsallee, moście łączącym Herthasee z Koenigssee. Ulica i jezioro zawdzięczają swoją nazwę bankierowi Feliksowi Koenigsowi, jednemu z założycieli grunewadzkiej kolonii i jednemu z pierwszych jej mieszkańców. Do tej pory mylnie kojarzyłam nazwę ulicy i jeziora z królem, choć przecież po królewsku się tu żyło i mieszkało i tak jest po części do dziś.
Jednym z takich królewskich pałaców jest willa Walthera (Villa Walther), architekta, który uwielbiał łączyć style, był jednym z głównych przedstawicieli eklektyzmu w architekturze. Grunewald zawdzięcza mu wiele reprezentacyjnych willi i kamienic. Willa przy Koenigsallee 20 powstała w latach 1912-13, jest przykładem późno wilhelmińskiej architektury reprezentacyjnej. Z nie udokumentowanych źródeł wynika, że zleceniodawcą tej ogromnej rezydencji był rosyjski arystokrata. Po wybuchu I wojny światowej, zleceniodawca nie był w stanie zapłacić za prace, które architekt Wilhelm Walther wcześniej sfinansował. Wojna i długi doprowadziły architekta do finansowej ruiny. Jak podaje wikipedia, właśnie w tej gigantycznej jednorodzinnej willi Walther odebrał sobie życie. II wojna światowa zniszczyła budynek w 50%, w latach 60 XX wieku były plany jej wyburzenia, ale konserwator zabytków podjął inną decyzję. Niestety dobudowany fragment nie jest tak reprezentacyjny, ani pasujący do waltherowskiej całości, choć w dalszym ciągu jest na czym zawiesić wzrok: na dekoracjach fasady z reliefami, na mozaice szczytowej, na cytatach ze starożytnej klasyki, na rzeźbach od strony jeziora. Hertha, mylnie nazwana germańską boginią, dała nazwę jezioru, które rozpościera się u stóp willi i wąskim kanałem łączy się pod Koenigsallee z jeziorem Koenigsa lub „królewskim”, tak jak królewskie jest wszystko wokół. Przy osuszaniu terenu, wykopywaniu i zakładaniu sztucznych jezior pracowali polscy gastarbajterzy. Nad królewskim jeziorem rósł jeszcze do niedawna buk purpurowy, pomnik przyrody pamiętający polskich robotników, a może przez któregoś z nich posadzony, pamiętający też dawnych mieszkańców, a wśród nich Walthera Rathenaua (1867-1922), Engelberta Humperdincka (1854-1921), Artura „Atze“ Braunera (1918-2019), Liona Feuchtwangera (1884-1958), Gerharta Hauptmanna (1862-1946), Alfreda Kerra (1867-1948) Haralda Juhnke (1929-2005), Maxa Reinhardta (1873-1943), Raoula von Koczalskiego (1884-1948) i wielu innych, ale niestety też Josepha Goebbelsa, Hermanna Göringa, Heinricha Himmlera. Przy powalonym pniu buka wyrastają młode drzewa, może któremuś się z nich uda się dożyc tego wieku, co ich przodek.
Idąc dalej Koenigsallee, w kierunku południowo-zachodnim wzdłuż Jeziora Diany, kolejnej bogini, tym razem łowów, płodności i księżyca, dochodzę do promenady Zajęczego skoku. Na rogu Koenigsallee i Hasensprung mieszkała w latach 60 ubiegłego wieku ceniona poetka i pisarka, Ingeborg Bachmann, podobno w willi Hecht (villa Hecht), której nie mogę dostrzec zza gałęzi wysokich buków, inne źródła podają inny adres, ale na pewno przy Hasensprung.
Most Hasensprung istnieje już od początków istnienia kolonii milionerów. Ponieważ ogrody willowe miały często dostęp do jezior, tym samym utrudniały budowę krótkich połączeń między ulicami, jeziorami, willami, a w tym miejscu aż się o taki skrót prosiło, a więc powstała jednopasmowa droga dla pieszych i furmanek. Skaczące zające, odwrócone w przeciwne strony na betonowych balustradach mostu są dziełem rzeźbiarza Eberharda Encke. Tuż za mostem wchodzimy na Winkler Straße, gdzie ten sam architekt Wilhelm Walther starał się jak mógł, a ja nie mogę wyjść z podziwu i tej pozytywnej zazdrości. O ile dobrze pamiętam w jednej z jego wspaniałych rezydencji przy Winkler Straße przeznaczonej w latach 90 ubiegłego wieku na Dom Seniora zamieszkał jakiś czas nasz sąsiad Martin. Pamiętam jego ogromny pokój z zimowym ogrodem. Cóż, Martin, mimo że wychował się równie w okazałej willi w równie bogatej dzielnicy Berlina Dahlem, wytrzymał w tej senioralnej rezydencji tylko rok. Dom Martina w Dahlem został zbombardowany, on sam jako jeden z niewielu uczniów berlińskiego Arndt Gymnasium wrócił z wojny. W zniszczonej willi Martina ocalały niektóre meble. Martin do końca życia mieszkał w coraz mniejszych wynajętych mieszkaniach, oprócz epizodu w grunewaldzkiej willi Walthera.
PS od Adminki: dopiero wczoraj na wspólnym spacerze (tradycyjnie we trzy – Krysia, Ela i ja), odkryłyśmy, że na poniższej płaskorzeźbie pokazano Centaura i Centaurkę. Bardzo się to nam spodobało, choć na zdjęciu nie bardzo to widać. Ale na spacerze, jak już się wie, to widzi się wyraźnie że i koń, i jego ludzka głowa są po prawej żeńskie, a po lewej męskie.
Trwają rozgrywki Euro 2021. Dlatego początek będzie o futbolu.
Przypominam sobie, że Maryla zainteresowała się piłką nożną w czasie, gdy tłumaczyła coś dla jakiejś organizacji sportowej. Wtedy zaczęła oglądać mecze. Szybko odkryła, że naprawdę interesujące są rozgrywki dopiero od pierwszej ligi wzwyż, więc najchętniej oglądała mistrzostwa. Pamiętam Mundial w 1990 roku, już po upadku Muru Berlińskiego. Byłam wtedy w Berlinie. Niemcy przeżywali euforię jednoczenia podzielonego kraju i bardzo potrzebowali zwycięstwa, które zresztą osiągnęli. Maryla początkowo kibicowała drużynie Kamerunu, ponieważ ich mecze wyróżniały się niespotykaną dotąd dynamiką i prawie tanecznymi sekwencjami, wykonywanymi przez piłkarzy. Później jej faworytami zostali Włosi, ostatecznie jednak to Niemcy zdobyli mistrzostwo. Ten właśnie mecz oglądałyśmy razem, w mieszkaniu Romana, od którego Maryla wynajmowała pokój. Ja wtedy korzystałam z uprzejmości naszej niemieckiej znajomej, Heike, mieszkającej przy Gleditschstrasse. Transmisja skończyła się po godzinie 22, a ja musiałam dotrzeć z Kreuzbergu do mieszkania Heike. Pamiętam radosny, rozśpiewany tłum młodych ludzi w metrze, nad moją głową ktoś otworzył z hukiem butelkę szampana, a piana wylała mi się na głowę, co spowodowało chwilową konsternację i przeprosiny oraz pytania, czy się nie gniewam? Odpowiedziałam, że skądże, wcale, w takiej chwili! Jednak do wspólnego picia nie chciałam się przyłączyć. Wymówiłam się brakiem kubka, co przez przestrzegających higieny Niemców przyjęte zostało ze zrozumieniem. To był ostatni kurs metra, autobus nocny nie jechał w moim kierunku, musiałam odbyć nocny spacer po mieście. Była pogodna noc, mijałam grupki rozgadanych, wesołych ludzi. To jedno z moich najprzyjemniejszych wspomnień z Berlina. Heike przywitała mnie nachmurzona i zła. Ona, feministka, „zielona i alternatywna”, jak się wtedy mówiło, o zdecydowanie lewicowych poglądach, stwierdziła od razu, że to za dużo – i mistrzostwo świata w futbolu i zjednoczenie. Bała się „niemieckiej dumy”, która, jej zdaniem, mogła obudzić demony przeszłości. Jakoś nie podzielałam jej obaw. Przez cały ten rok mojego pobytu w Berlinie, rok po obaleniu muru, poddawałam się wszechobecnemu nastrojowi święta.
21 lipca 1990 roku na Placu Poczdamskim odbył się koncert The Wall Live in Berlin. Obie z Marylą odżałowałyśmy ciężko zarobione marki i nabyłyśmy najtańsze wejściówki. Spełniło się jedno z moich „nastoletnich” marzeń, z czasów, gdy muzyki Pink Floyd mogłam słuchać tylko z radia lub kaset do starego Grundiga. No i czułam wtedy, podrygując na trawie razem z tłumem, że dzieje się coś niezwykłego. Historia tworzyła się w rytmie rocka, myślałam wtedy, że już tak powinno zostać, żadnych murów, żadnych wojen, strzałów, bomb.
Maryla uwielbiała takie imprezy. W Polsce co roku jeździła latem do Jarocina, w Berlinie czasem wolała zaoszczędzić nawet na jedzeniu, żeby pójść na koncert. Prawdziwym cudem był wtedy dla niej walkman, mogła słuchać swojej ulubionej muzyki stale, w sklepie, na spacerze, w komunikacji miejskiej. Wtedy było to reggae, potem przyszła faza metalu. Przeplatało się to u niej z muzyką klasyczną, operową. Miała pokaźną kolekcję płyt, które zostawiła w spadku naszemu synowi. On także jest melomanem. I też słucha wszystkiego, od opery po rocka, no, może metal nie znajduje u niego specjalnego uznania.
Zainteresowanie futbolem dzieliła Maryla ze swoim partnerem, Dirkiem. Opowiadała, że przed ważniejszymi rozgrywkami międzynarodowymi, które oczywiście oglądali wspólnie, robili zakłady. Każde kibicowało jednej z drużyn. Potem razem szli na kolację, do knajpy z kuchnią kraju zwycięskiej reprezentacji, a płacił kibic drużyny, która przegrała…
Nigdy osobiście nie poznałam Dirka, znam go tylko z opowiadań i fotografii. Kilka razy, z okazji świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy dostaliśmy od niego kartkę z życzeniami. To był wolny związek dwojga ludzi o wysokim poczuciu niezależności. Dzień po pogrzebie Maryli do naszej bramy zadzwonił kurier Poczty Kwiatowej. Przekazał nam bukiet jedenastu ogromnych białych róż i kondolencje podpisane przez Dirka.
Helmut Mittermeier ist ein Berliner Musiker, der 2020 in der Zeit der Pandemie und des harten Lockdowns für sich eine andere Beschäftigung fand. Darüber schrieb er in einem Neujahrsbrief an alle seine Freunde und Verwandte.
Liebe Verwandte, Freunde und Bekannte, ein Jahresrückblick des Jahres 2020 besteht ja meist aus Plänen, die sich dann doch nicht verwirklichen ließen. Bei mir waren dies etliche nicht gespielte Konzerte, die Fortsetzung des Westafrika Theaterprojektes Chocolat in Deutschland mit Proben und Aufführungen und vieles mehr. Stattdessen schrieb man im Atelier neue Stücke oder Konzepte für zukünftige Projekte.
Das eigentlich Herausragende war allerdings das Angebot, im Sommer einen Monat lang auf einer Schweizer Hochalm zu arbeiten. Vermittelt hat es mein Cousin, der in Thüringen einen DemeterBauernhof betreibt. Weil die Konzerte in dieser Zeit alle abgesagt waren, stellte dies eine alternative Verdienstmöglichkeit dar. Und vor allem eine nicht alltägliche Erfahrung.
Auf der Alm waren wir zu fünft, die erfahrene Landwirtin Marie mit den zwei Kindern Frieda, 9 und Till, 12. Dazu mein zwölfjähriger Sohn Jakob und ich.
Die Hütte liegt in Graubünden einsam auf 2400 Metern. Vom Auto aus steigt man eine halbe Stunde auf zur unteren Hütte. Dort schliefen wir, um am folgenden Tag die Schafe allmählich auf die obere Weide zu treiben. Durch starken Regen erwanderten wir in anschließendem dreistündigen Aufstieg mit schwerem Gepäck die obere Hütte.