Z wolnej stopy 68


Zbigniew Milewicz

Stare i nowe prace Beaty


Ten wernisaż miał się odbyć najpierw gdzie indziej, w galerii sztuki, w której pracuje Beata. Szef jej to obiecał, ale w nieskończoność przesuwał terminy, więc miejsce znalazła sobie sobie sama. Okolice Romanplaz w Monachium mają swój klimat, piwnica też, więc jest zadowolona. Dla jej pryncypała nie byłby to żaden interes, w końcu chce sprzedawać swoje obrazy, a nie jej. Obiecał, że wystawa odbędzie się 22 października, więc jest, tylko na Wotanstrasse.


Przychodzą tylko zaproszeni goście, mnie zawiadomiła przez swój WhatsApp, więc sprawdzam, kogo znam. Paru gości z widzenia, ale Basię Grabowską i Ryszarda, jej męża, osobiście. Gdybym był złośliwy, ale przecież nie jestem, to bym napisał, że jak zły szeląg. W końcu była moją konkurentką, kiedy przed laty organizowałem imprezy taneczne dla monachijskiej Polonii. Oj działo się wtedy, działo. Dzisiaj nie skaczemy sobie jednak do gardziołek, tylko sączymy w nie różne nektary, którymi częstuje Beata, troskliwie pytamy o zdrowie, wnuków.
Pełna kultura.


Niektóre obrazy znam, artystka prezentowała je już na swojej pierwszej wystawie, o której pisałem tu bodaj pięć lat temu, ale są też nowe. Może więcej w nich metafizyki, na przykład w Mężu i żonie, czy Kielichu miłości. Przyciąga uwagę Ziarno, wymownie chrześcijańskie, jest trochę świeżych abstrakcji,
zainspirowanych brutalnością wojny na Ukrainie. Szkoda jednak, że to tylko jednodniowa wystawa, ale miłośnicy sztuki mogą nawiązać kontakt z artystką przez internet. Beata Modzelewska ma w sieci swój profil, BMKunst.

Z wolnej stopy 67

Zbigniew Milewicz

Workowanie

Z niepokojem obserwuję, jak ludzi wrzuca się do jednego worka. Kolorowych do pojemników z napisami: czarny, biały, żółty, bo biały to też kolor. Ci, co zajmują się i interesują polityką lądują na prawo, lewo, lub w środku, a w Polsce, bo ten kraj interesuje mnie najbardziej: w tuskolandii, albo w pisiorach. Tak z grubsza, bo są jeszcze inne ugrupowania, ale znaczącej roli na scenie politycznej nie odgrywają. Moja zorientowana praworządnie znajoma, zwana MTM-cią, dla uproszczenia tematu wrzuca wszystkie, co jej nie pasują, do jednego worka z metką: sprzedawczyki i lewacy.

Generalnie liczy się tylko władza i opozycja, albo grasz w jednej drużynie, albo w drugiej. Konkurujące ze sobą media walczą o rząd dusz i prześcigają się w zohydzeniu, albo wyśmianiu przeciwnika, nie zostawiają na nim suchej nitki. Wszystkie chwyty są dozwolone; nagrania telewizyjne są tak montowane, aby łatwiej zmanipulować odbiorców, pewne kadry powtarza się w nieskończoność, by na zawsze utkwiły w pamięci. Politycy władzy oskarżają swoich przeciwników o mowę nienawiści, ci niezmiennie odbijają piłeczkę, twierdząc, że to rządzący uprawiają hejt. Co dla jednych jest prawdą, to dla drugich ewidentne kłamstwo i na odwrót. Trwa nieustanna licytacja zasług i porażek obydwu stron, pierze się publicznie różne brudy, liczy te miliony złotych i nieruchomości, którymi mają dysponować prominenci, a wyborcy, jak to ludzie, jedni optują za PiS-em, drudzy za Platformą Obywatelską, albo innym opozycyjnym ugrupowaniem i każdy wierzy w pomyślny dla niego wynik przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Linie podziałów politycznych biegną pomiędzy poszczególnymi regionami kraju, miastami i wiejskimi gminami, ale przecinają też rodziny, grona znajomych i przyjaciół. Zdarza się, że bliscy ludzie z tego powodu przestają ze sobą rozmawiać.

Tylko co do jednego wszyscy są zgodni, że istnieje realne zagrożenie militarne ze strony Rosji, spowodowane napaścią tego kraju na Ukrainę i zaangażowaniem Polski w pomoc dla ofiar wojny. Nawet politycy, znani ze swoich prorosyjskich sympatii, są zdania, że trzeba uważać na Putina, ale są wśród nich tacy, którym za uzbrojenie na wypadek wojny wystarczyłyby chyba pistolety na wodę. Takie wrażenie sprawił na mnie między innymi Janusz Zemke, poseł do Parlamentu Europejskiego z Nowej Lewicy, który w czasie jednej z publicznych debat zapowiedział cięcia budżetowe ze strony swojej partii w polskich wydatkach na zbrojenie. W głowie nie mogły mu się pomieścić te wszystkie Himarsy, Kraby i koreańskie czołgi, co mają być na wyposażeniu naszej armii. Dla przypomnienia, w latach 2001-2005 ów eurodeputowany piastował stanowisko wiceministra obrony narodowej, a więc był osobiście odpowiedzialny za doprowadzenie polskich sił zbrojnych w przeszłości do opłakanego stanu i – cytując dawnego łacinnika z krakowskiego UJ, prof. Heinza – gdybym miał taką głowę, jak Janusz Zemke, to bym na niej siedział. Psychicznie normalni ludzie nie chcą konfliktów zbrojnych, ale pragnąc pokoju, szykuj się do wojny – mówi łacińska maksyma. Si vis pacem, para bellum. Musimy się więc zbroić, panie pośle, nawet – uważam – na wyrost i to właśnie w dobry i nowoczesny, a co za tym idzie także drogi sprzęt. Obciąć to sobie pan możesz co innego, na przykład swoją pensję eurodeputowanego i przeznaczyć ją dobroczynnie chociażby na obronność kraju. Byłaby to mała, symboliczna rekompensata za szkody spowodowane redukcją polskiej armii w czasach pańskich rządów w resorcie MON.

Wracając zaś do Rosji… Nie, nie wybieram się tam na razie. Kilka dni temu, przeglądając internet, natknąłem się na pojedynczą informację, że z domowego aresztu w Moskwie zwiała Marina Owsiannikowa. To ta dziennikarka, która w marcu b.r., po napaści Rosji na Ukrainę, wdarła się na antenę pierwszego kanału, z antyreżimowym transparentem, na którym widniał napis: „Zatrzymajcie wojnę“ i „Oni kłamią“. To była nieprzypadkowo wybrana pora wieczornych wiadomości, kiedy miliony Rosjan oglądały telewizję, śmiała dziennikarka widoczna była w obiektywach kamer zaledwie parę sekund, później jej obraz zniknął, ale ten kadr obiegł cały świat. W pierwszym, państwowym kanale za brak czujności poleciały – jak to się mówi – głowy, oczywiście Owsiannikową natychmiast zwolniono z pracy.

Za swoje brawurowe wystąpienie przed kamerami została ukarana grzywną w wysokości 30 tysięcy rubli (około 2,5 tys. zł.), ale nie dała się zastraszyć. Kontynuowała swój publiczny sprzeciw wobec „specjalnej operacji wojskowej“, jak rosyjska propaganda nazywała swoje wojenne bestialstwo na Ukrainie. Na demonstrację w Moskwie przyniosła baner z napisem „Putin jest mordercą, a jego żołnierze to faszyści”. W związku z tym w sierpniu 44-letnia dziennikarka została aresztowana i umieszczona w areszcie domowym. Pod koniec pażdziernika miał się odbyć proces i groziło jej nawet 10 lat więzienia. W poniedziałek 3 października rosyjska agencja informacyjna RT doniosła jednak, że aresztantka, wraz z 11-letnią córką uciekła. Oczywiście wielu zastanawia się – dokąd i za informację w tej sprawie FSB gotowe jest pewnie dobrze zapłacić.

Maria Owsiannikowa urodziła się w Odessie. Jej mama jest Rosjanką, ojciec – Ukraińcem, był, bo już nie żyje. Po śmierci ojca, jako ośmioletnia dziewczyna, przeprowadziła się wraz z matką do Rosji. Ma dwójkę dzieci, jej były mąż Igor jest reżyserem hiszpańskiego wydania RT. Tyle o niej wiem. Dla mnie to bardzo dzielna kobieta. Na początku marca, kilka dni po inwazji na Ukrainę, Rosja uchwaliła nowe przepisy, zabraniające dyskredytowania rosyjskiej armii, lub rozpowszechniania „fałszywych informacji“ na temat sił zbrojnych. Oznacza to, że osobom sprzeciwiającym się wojnie grozi nawet 15 lat więzienia. Warto o tym wiedzieć, zanim zaczniemy politykować i wrzucać wszystkich ruskich do wora z napisem kacapy. Wielu popiera politykę Putina, to prawda, ale podobnych Marii Owsiannikowej są tysiące. Gniją teraz w rosyjskich więzieniach i aresztach śledczych. Są bici i poniżani, o swoich zawodowych karierach mogą zapomnieć, ale dla mnie to zuchy, mołodcy i mam dla nich głęboki szacunek.

Dzięki bowiem takim ludziom jak oni Rosja będzie się mogła kiedyś odrodzić, w prawdzie i poszanowaniu ludzkiej wolności oraz dobra, co, wierzę, kiedyś nastąpi.

Z wolnej stopy 66

Zbigniew Milewicz

Wiara czyni cuda II

W czasie wojny każdy obywatel III Rzeszy otrzymywał j przydział na jedzenie, jaki by on nie był mizerny. Tylko Resl von Konnersreuth, jak nazywano Teresę Neumann, nie dostawała żadnych kartek żywnościowych, bo nic nie jadła – uzasadniali urzędnicy w gminie. Miała ona natomiast podwójny przydział mydła i proszku do prania, ze względu na swoje stygmaty. Pod tym względem bawarscy urzędnicy byli wyrozumiali, porządek musiał być. Przepowiednia wizjonerki dla jej kraju i narodu brzmiała jednak źle:

Idzie godzina wielka, groźna, sądu i kary. Póki macie czas posłuchajcie i porzućcie grzechy wasze, które na karę zasługują. (…) Biada przede wszystkim tobie Germanio. Nie pomyśleliście nigdy na szlaku waszej zbrodni, że nienawiść wasza i pycha mogły stworzyć dla was niezgłębioną czeluść w miejsce wiecznej zagłady, czeluść, której głębię wielkość waszej winy wypełnię żarem takich płomieni i taką siłą kaźni, jakiej dla innych nie będzie. Nie pomyśleliście nad tym, jaką grozą mogą na wieki zapłonąć, na hańbę waszą i karę, słowa waszej pychy.
(…) Uznaliście siebie samych za nadludzi, a przez uczynki wasze staliście się gorsi niż wilki i hieny, gdy nie oszczędziliście ani żywych, ani umarłych i pohańbiliście zwłoki tych, którym wydarliście życie. Przydaliście nowe zbrodnie do starych, a krzyk pomordowanych Żydów przyłączył się do starych, wołaniem krwi, ludów zapomnianych.
Biada przede wszystkim wam Prusacy, wodzowie i nieprzyjaciele. Przyszły już dwa uderzenia wichru i upadło Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego oraz moc sroga synów Północy. A przyjdzie trzecie uderzenie, a wtedy biada i Berlinowi. Los Berlina będzie jak los Niniwy, bo gdy padnie w gruzy, nie odbuduje się już więcej. Wicher pustyni zasypał piaskiem Niniwę, choć była większa niż inne miasta starożytności.
Puszcza będzie szumiała nad gruzami Berlina – miasta zbrodni i pychy. Będzie to szczęście dla ciebie, Germanio, jeżeli inny obejmie władzę nad tobą, jeżeli obmyta strumieniem krwi i łzami późnej pokuty, usłuchasz innego głosu, poznawszy w czym była twoja wina i zguba twoja. Nie ci bowiem są wybrani, którzy się za takich uznają. Inni, którymi gardzicie w pysze, wyprzedzają was w słowie i mocy. (…)

Niedobrze w wizjach Resl wyglądała również przyszłość Anglii, ale inne narody miały się odrodzić:

Wzejdzie, mimo klęski, znowu chwała nad Paryżem i Tokio. Hiszpania będzie krajem Serca Mojego, przez miłość ku niemu się podniesie. Italię, chociażby krwią uroczystą spływała, czeka piękne odrodzenie duchowe.

Jednak szczególnie dla Słowian, których Teresa Neumann darzyła sympatią, otwierały się pomyślne perspektywy:

Na Kremlu zabłysną łacińskie krzyże, a na miejscu zburzonej cerkwi Chrystusa Zbawiciela stać będzie kościół katolicki Zbawiciela. Jak w orną ziemię, wpadnie ziarno dobra i odmieni się oblicze narodu, który tyle wycierpiał. Błogosławieństwo Moje dam Słowianom, a Słowianie, choć wielu z nich dzisiaj błądzi, lepiej je przyjmą i obfitszy przyniosą owoc. Będą prawdziwym ludem Moim, ludem Słowa Przedwiecznego i pojmą naukę Moją, i staną się posłusznymi. Nie ci bowiem są wybrani, którzy sami się wybierają, lecz ci, którzy na wołanie Boga wstaną. Nie będą daremne łzy pokuty i modlitwy, a wierność wytrwania nie będzie bez błogosławieństwa i nagrody. Zdejmie niewolnica kajdany swoje i stanie się jako królowa. Wstawią się za nią łzy, które Matka Moja pod Krzyżem przelała, a naród, który Ją czci, nie będzie między narodami ostatni. Światłych i mądrych Polsce nie odmówię. W języku polskim będą głoszone najmądrzejsze prawa i najsprawiedliwsze ustawy, zaś Warszawa stanie się stolicą Stanów Zjednoczonych Europy.
Polska, która pierwsza karę poniosła, choć wina jej nie była największa, prędzej niż inni się podniosła. W czym zawiniła, przez to musiała doznać kary. Ale już bliski jest koniec jej pokuty. Wytrwa przy Kościele swoim i doczeka wyzwolenia. Nieprzyjaciołom swoim krzywdy pamiętać nie będzie, dobrem za zło zapłaci. Będzie mieć chwałę między narodami i skrzydła szeroko otwarte, rozszerzy też granice swoje. Weźmie narody wierne Kościołowi w nagrodę wierności swojej
.*

Przyznacie Państwo, że z polskiego punktu widzenia faktycznie brzmi to budująco i czegokolwiek by nie sądzić o scenariuszach jasnowidzów na temat wydarzeń przyszłości, to dobrze wierzyć tylko w te pozytywne, bo myśl ma działanie sprawcze.

P.S. Teresa Neumann doczekała się licznych publikacji książkowych, w sieci można znaleźć różne dokumenty zdjęciowe i filmowe jej poświęcone, więc polecam je zainteresowanym.

* Wizja Teresy Neumann z 15 października 1948 r., Stephen Lassare – Odkryte sekrety przyszłości, Wyd. Adam, Warszawa 1992

Z wolnej stopy 65

Zbigniew Milewicz

Wiara czyni cuda

Kult świętej Teresy z Lisieux był na Śląsku, jak pamiętam, zawsze wielki. Moja babcia i jej siostry podkreślały z szacunkiem, że ona jest od Dzieciątka Jezus, nosiły w książeczkach do nabożeństwa obrazki urodziwej zakonnicy, modliły się do niej, zwłaszcza jak była choroba w rodzinie i święta ich przeważnie wysłuchiwała. Dwie z licznych kuzynek mojej mamy nosiły też imię Teresa, ale na starszą mówili wszyscy Trautka, pewnie dlatego, żeby jej nikt nie mylił z młodszą i tylko ta druga była od Dzieciątka Jezus. Jako dziecko jeszcze wtedy nie wiedziałem, że Lisieux jest we Francji, zaś Avila, z której pochodziła patronka Trautki, w Hiszpanii.

Namiętność zbierania religijnych obrazków, zwłaszcza wśród kobiet w mojej rodzinie, brała się z wielkiej wiary w to, że pomogą one w potrzebie, nieszczęściu. Traktowano je więc po trosze jak talizmany. Święty Antoni pomagał odzyskiwać zaginione, cenne przedmioty, do Matki Boskiej Częstochowskiej modliliśmy się przed podróżą, do św. Józefa przed pracą, do Matki Boskiej z Lourdes albo Jaworzyńskiej o zdrowie. Myślę, że podobnie praktykowano w innych domach, tam gdzie tradycje chrześcijańskie były jeszcze nadrzędną wartością.

Therese Neumann z Konnersreuth w Dolnej Bawarii pochodziła z biednej rodziny wiejskiego krawca. W 1918 r., jako dwudziestoletnia dziewczyna, uległa poważnemu wypadkowi. Ratując bydło z płonącej stodoły w gospodarstwie wuja, w którym najmowała się do pracy, doznała uszkodzenia kręgosłupa, w wyniku czego sparaliżowało jej nogi i straciła wzrok. Lekarze nie dawali rodzinie chorej zbytniej nadziei, dziewczyna musi się niestety pogodzić ze swoim kalectwem. 29 kwietnia 1923 r., w dzień beatyfikacji Teresy z Lisieux, odzyskała wzrok, a 17 maja 1925 r., kiedy błogosławioną karmelitankę ogłoszono świętą, Therese Neumann wróciła władza w nogach. Ani ona, ani jej najbliżsi nie mieli wątpliwości, że wymodlili u Boga cud uzdrowienia. Przywieziony przez ojca z zachodniego frontu Wielkiej Wojny, z Francji obrazek patronki dziewczyny, wisiał w domu i ku niemu się zwracali z ufnością, prosząc o wstawiennictwo.

5 marca 1926 roku u Teresy po raz pierwszy pojawiły się stygmaty. Krwawiące rany na rękach, nogach, głowie i boku, które po trzech dniach same się zasklepiły. Tydzień póżniej zdarzyło się to ponownie. Wiadomość o stygmatyczce z Konnersreuth, która była członkinią Franciszkańskiego Zakonu Świeckich, szybko rozeszła się po katolickiej Bawarii, a póżniej po innych niemieckich landach. Zainteresowały się nią gazety i Kościół. Wiadomo było, że w każdą noc z czwartku na piątek stygmaty wracają, zaś w niedzielę znowu znikają, co się pokrywało z czasem Męki Pańskiej. Kobieta przeżywała cierpienia fizyczne, a towarzyszyły jej wizje Drogi Krzyżowej Jezusa, mówiła obcymi językami, których, jako osoba niewykształcona wcześniej nie znała, między innymi aramejskim, oraz przepowiadała przyszłość. Ciekawe natomiast, że od niedzieli do czwartku nie było po niej zupełnie widać, że cierpiała, emanowała aktywnością i energią. Najbardziej kochano ją za to, że pomaga wyzdrowieć ludziom chorym, często nieuleczalnie. Do jej domu w Konnersreuth podążały całe pielgrzymki. Mówiono, że bierze na siebie ludzkie dolegliwości, modli się za nieszczęśników do Boga i wyprasza zdrowie. Najbardziej niezwykłe, przynajmniej dla mnie, było zaś to, że od 1922 roku, aż do swojej śmierci w 1962 r. miała nie przjmować żadnych płynów, ani też spożywać żadnych pokarmów oprócz codziennej Eucharystii.

Rodzina Teresy Neumann wyraziła zgodę na przeprowadzenie naukowych badań, które miały sprawdzić autentyczność stygmatów i wieloletniej głodówki. Badania poddały je w wątpliwość, ale przecież jednoznacznie nie wykluczyły. Za rządów III Rzeszy Teresa była ośmieszana i zniesławiana przez władze. Hitler wiedział, że mistyczka jest przeciwna narodowemu socjalizmowi, że przepowiada jego upadek, więc Gestapo ją obserwowało, ale dalej się nie posunęli. Zabobonny führer bał się tej kobiety.

Zmarła na skutek zawału serca i pochowano ją na cmentarzu w Konnersreuth. O tym kim była, a także kim nadal jest dla ludzi, świadczą umieszczane wokół pomnika tabliczki wotywne z wygrawerowanymi prośbami, podziękowaniami i nazwiskami darczyńców. Jej grób nawiedzany jest przez pielgrzymów z różnych krajów świata. W 2004 roku blisko 40 000 osób podpisało prośbę o jej beatyfikację. Rok później biskup Gerhard Ludwig Müller rozpoczął proces beatyfikacyjny Therese z Konnetsreuth na szczeblu diecezjalnym.

Piszę o Teresie Neumann głównie z trzech powodów. Po pierwsze 18 września minęło 60 lat od czasu jej śmierci. Po drugie, kiedy niedawno przeglądałem rodzinne pamiątki po mojej babci Jadzi, to natknąłem się na stary obrazek, przedstawiający kobietę w prostej chustce na głowie, której z oczu płynęła krew. Na odwrocie było coś napisane po niemiecku, tak zwanym “gotykiem”, ale nie chciało mi się sprawdzać, co dokładnie. Nie miałem więc pojęcia, kim jest ta kobieta z obrazka. Dziś wiem, że to Teresa Neumann, a więc była również i w mojej rodzinie poważana. Po trzecie jest ona autorką dobrej przepowiedni dla Polski, ale o tym za tydzień.

Z wolnej stopy 64

Zbigniew Milewicz

Wyższe sfery II

Ta piękna dama na zdjęciu, to Julia Hauke, prababcia Księcia Filipa, ojca Karola III, która urodziła się w Warszawie przed Powstaniem Listopadowym. O polskich korzeniach brytyjskiego monarchy pisze m.in. portal informacyjno-publicystyczny Związku Polaków na Białorusi, Znadniemna.pl. Linka podrzucił mi mój brat Mariusz, który przeczytał ostatni wpis i pomyślał, że może będę chciał go uzupełnić o dodatkowe informacje, co też zaraz zrobię. Nie wiem, jaką wartość dokumentarną mają fakty, opisane przez portal -oryginalnych dokumentów niestety nie widziałem – ale są one na tyle ciekawe, że chciałbym się obszernymi fragmentami z Państwem podzielić.

Przodkowie Julii przybyli do Polski z Holandii tuż po pierwszym rozbiorze. Fryderyk von Haacken przyjechał z Flamandii nad Wisłę, by tutaj objąć stanowisko wykładowcy w Szkole Artylerii Koronnej. Rodzina szybko się spolonizowała i odtąd znana była pod nazwiskiem Hauke.

Syn Fryderyka, Maurycy, walczył w wojnie z Rosją w obronie Konstytucji 3 Maja, a później w powstaniu kościuszkowskim. W mundurze Legionów Polskich walczył u boku Napoleona, a później w szeregach Księstwa Warszawskiego. Po upadku Napoleona, na mocy kongresu wiedeńskiego utworzono Królestwo Polskie pod carskim berłem. Liberalna konstytucja pozwalała wierzyć, że Polacy będą cieszyć się w nim dużą swobodą.

Car Mikołaj I nie zamierzał jednak przestrzegać praw polskiej konstytucji, co doprowadziło do wybuchu powstania listopadowego. Hrabia Maurycy Hauke, wówczas już w randze generała dywizji, został ministrem wojny Królestwa. Kiedy jednakowoż zaproponowano mu, a myślę, że bardziej rozkazano, aby stanął na czele wojsk polskich, odmówił. Szczerze, jako wytrawny wojskowy stwierdził, że insurekcja jest głupotą i wtedy powstańcy zastrzelili go. Mimo to w polskich szeregach w czasie powstania walczyło trzech synów Haukego.

Jego córka Julia, po śmierci matki została przygarnięta przez carski dwór. Tak zaczęła się oszałamiająca kariera „biednej polskiej sieroty”, jak w Sankt Petersburgu nazywano dziewczynę.

Julia Hauke urodziła się 12 listopada 1825 roku w Warszawie. Była córką hrabiego Maurycego Hauke i Zofii Lafontaine. Akt urodzenia Julii Hauke – prababci księcia Filipa – odnotowany został w księgach metrykalnych cyrkułu VII w Warszawie. Pod aktem nr 603, 14 października 1825 roku, odnotowano, że narodziny dziecka zgłosił Jaśnie Wielmożny Maurycy Hauke, generał dywizji, radca stanu, pełniący obowiązki Ministra Wojny, Kwatermistrz Generalny Wojska, Dowódca Korpusów Artylerii i Inżynierii, nosiciel Orderów Świętego Aleksandra Newskiego, Świętego Włodzimierza drugiej klasy, Świętej Anny z Brylantami Pierwszej klasy, Świętego Stanisława Pierwszej Klasy tudzież Krzyża Wojskowego i Legii Honorowej, mający 49 lat. Matką dziecięcia była 34-letnia Jaśnie Wielmożna Zofia z Lafontainów. Dziecko na chrzcie otrzymało trzy imiona: Julia Teresa Salomea. Jej chrzestnymi byli Wielmożny Tomasz Skrobecki – kapitan i Wielmożny Karol Grabowski – kapitan, obaj adiutantci polowi. Wszyscy stawający podpisali się pod dokumentem.

Julia została damą dworu księżnej heskiej Marii, żony następcy tronu Aleksandra i przyszłej carycy. Wkrótce dziewczyna zakochała się ze wzajemnością w innym Aleksandrze, bracie Marii. Tego mezaliansu nie mógł zaakceptować car. Zakochani w tajemnicy opuścili Rosję i pobrali się we Wrocławiu. Z pomocą przyszedł Ludwik, Wielki Książę Heski, który nadał swojej szwagierce tytuł hrabiny Battenberg.

Julia i Aleksander doczekali się piątki dzieci. Powrót na europejskie salony Battenbergowie zawdzięczali sympatii królowej Wiktorii. Brytyjska monarchini poparła związek swojej wnuczki Wiktorii z synem Julii, Ludwikiem, a parę lat później córki Beatrycze z innym Battenbergiem – Henrykiem.

Julia zmarła w 1895 roku. Jej potomkowie zasiedli na tronach Bułgarii, Szwecji i Wielkiej Brytanii. Choć całe życie spędziła poza polskimi ziemiami, nigdy nie zapomniała języka rodziców. Do dziś przetrwała jej korespondencja z przyjaciółką pisana po polsku.

Córka Ludwika i Wiktorii, Alicja, wyszła za następcę greckiego tronu Andrzeja. W 1921 roku przyszedł na świat ich syn Filip. Gdy republikańskie władze wygnały rodzinę z Grecji, Filip dostał się pod opiekę babki Wiktorii, która mieszkała w Wielkiej Brytanii. W 1939 roku poznał swoją daleką kuzynkę i przyszłą żonę Elżbietę, która dla świata miała stać się wkrótce królową Elżbietą II.

Gdyby książę Filip, mąż Elżbiety II, nie przyjął nazwiska swojej matki (Battenberg), a następnie, w 1947 roku wraz z przyjęciem brytyjskiego obywatelstwa, nie zmienił go na Mountbatten, to dziś, być może jego prawnuczęta – George i Charlotte – posługiwałyby się nazwiskiem o mało brytyjskim brzmieniu Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glücksburg.

Z wolnej stopy 63

Dawno nie widziany! Witamy serdecznie.

Zbigniew Milewicz

Wyższe sfery

The king is dead, long live the king… skanduje świat przed brytyjskim tronem, ale Karol III już zbiera baty. Media, zwłaszcza społecznościowe, zauważają każdą jego niezręczność, wpadkę, nietakt. Przypominają, że już w roli księcia dał się poznać światu, jako ekscentryk, próbujący wpływać na decyzje rządu, albo publicznie głoszący dyskusyjne poglądy, jako bohater różnych skandali, typ nadmiernie emocjonalny, który żył jednocześnie w cieniu swojej matki.

„ To zupełnie inny król. Inna postać, niż jego matka. Elżbieta mimo swej niezwykłej pozycji była osobą bardzo skromną. Było to widać zarówno w codziennym życiu, jak i w jej sposobie odnoszenia się do służby, osób z którymi pracowała. Karol miał zawsze inne podejście do życia. Jest oderwany od rzeczywistości.”

Autorka cytowanej wypowiedzi, Wioletta Wilk-Turska, ekspertka do spraw monarchii brytyjskiej, której treść przytaczam za Gazetą.pl, podkreśla, że monarchini rozumiała potrzeby służby. Wiedziała, że jest im ciężko. Wiedziała, że nie mają życia osobistego, bo często muszą z nią podróżować i przebywać przez okrągłą dobę. Pamiętała trudne czasy, w których się wychowała, więc była ludzka. Na wiele rzeczy przymykała oko. Z kolei Karol został wychowany, jako następca tronu, jako najlepsza partia do wzięcia. To przewróciło mu w głowie.

„Wydawał skrupulatne wytyczne dotyczące swojej codzienności. – czytam w dalszym ciągu tekstu. – Na przykład do tego, jak ma mu zostać nałożona pasta do zębów, jaka temperatura do kąpieli jest najlepsza, a jak powinien zostać ułożony ręcznik kąpielowy.“ To wszystko powoduje, że część brytyjskiej opinii publicznej jest niechętna nowemu władcy. Tak jak zmarła Królowa Elżbieta II żegnana jest na Wyspach z powszechnym respektem i autentyczną, ogromną sympatią, tak Karol III budzi przeciwne reakcje. Nie mówię, że powszechnie, ale są one zbyt głośne, by je bagatelizować. O zmarłej królowej wspomina się, że może i bywała surowa, formalna i nieokazująca emocji, ale za to sprawiedliwa i niezmienna w swoich postawach. Nie komentując różnych rodzinnych wybryków, zawsze gotowa była wesprzeć delikwenta i naprowadzić na dobre tory – zauważa korespondentka Gazety.pl w Londynie, Ola Długołęcka. Karol III w często powtarzanej, obiegowej opinii to natomiast gbur i ważniak. „Ma mechaniczne odpowiedzi na wszystko, jakby wyuczone na pamięć i napisane przez doradców.” To tylko jeden z głosów z londyńskiej ulicy, który przytaczam za korespondentką. Niechęć do nowego monarchy nie bierze się wyłącznie z jego dziwactw i odmiennego, w porównaniu z matką, charakteru. Powodem są również, albo zwłaszcza, kontrowersyjne decyzje, które podejmuje.

The Guardian pisze, że już kilkadziesiąt osób z Clarence House, królewskiej rezydencji w Londynie, otrzymało informacje o zwolnieniu z pracy. W gronie zwolnionych są prywatni sekretarze, członkowie biura finansowego, zespół ds. komunikacji i pracownicy domu. Jest to tym smutniejsze, że wymówienie przekazano im w czasie, gdy w katedrze św. Idziego w Edynburgu odbywało się nabożeństwo dziękczynne za królową.

„Karol potrafi być kapryśny. Próbuje już pierwsze rzeczy poprzestawiać po swojemu. Podejmuje działania szybko, bo czuje, że on teraz rządzi i czekał na ten moment bardzo długo. Mógł jednak poczekać ze zmianami przynajmniej do pogrzebu swojej matki“ – stwierdza W. Wilk-Turska. Jej opinia nie jest odosobniona. Przeciwko Karolowi III demonstruje londyńska ulica, wśród protestujących dochodzi do aresztowań. W ubiegłym tygodniu w okolicach Parliament Square grożono zatrzymaniem brytyjskiemu adwokatowi, który… trzymał w ręku pustą kartkę papieru. Podszedł do niego oficer policji, poprosił o dane personalne i poinformował, że jeżeli napisze na kartce „Nie mój król“, to zostanie zaaresztowany na mocy ustawy o porządku publicznym, bo kogoś mógłby obrazić. Pojawia się zatem pytanie, czy wolność słowa na Wyspach Brytyjskich jest faktycznie respektowana. Wszyscy wiedzą, jak się ona miewa w Rosji i na Białorusi, ale że w demokratycznej Anglii też można wylądować w pudle za „mówię, co myślę“, to dla mnie ciekawostka.

„Jak wielu, byłem zszokowany arbitralnym aresztowaniem protestujących, sugerujących, że król Karol III nie został wybrany przez nich na głowę państwa. Popierasz monarchię, czy nie, kwestia wolności słowa ma fundamentalne znaczenie“ – napisał na Twitterze brytyjski ekonomista, prof. Richard Murphy.

Wioletta Wilk-Turska uważa mimo wszystko, że pierwsze emocje narodu, jeżeli chodzi o nowego monarchę, są pozytywne. Oddał hołd matce, zapowiedział, że będzie podążał jej drogą. Zobaczymy, jak będzie to wyglądało w praktyce – konkluduje, dodając, że czas pokaże także, czy społeczeństwo pozwoli mu zapomnieć o grzechach przeszłości.

Sceptyczny co do Karola III jest natomiast mój śląski sąsiad Jurek, emerytowany kierowca monachijskich autobusów i największy osiedlowy ekspert w dziedzinie polityki: Łon mo tela lot co jo i powinien dać ta korona swojymu Wilusiowi, a som różaniec rzykać za to, co nagrzyszył.

Jurek mu zwyczajnie zazdrości – kontruje żartobliwie Marta, jego żona.

Zwolennikom i przeciwnikom nowego, brytyjskiego monarchy dedykuję na zakończenie Opowieść o złym lordzie Gburze, według A. A. Milne’a z Księgi Nonsensu, której dawno tu nie cytowałem, gdyż bohater tej historii też należy do brytyjskiego establishmentu. Rozdział, z którego pochodzi wiersz, nosi tytuł Wyższe sfery, ale poza tym wszelkie podobieństwo lorda Gbura do Karola III może być tylko przypadkowe.

Opowieść o złym lordzie Gburze

Lord Gbur miał toporzystko
Długości metra blisko
I wielu miał poddanych,
A bić potrafił też.
We czwartki i w soboty
Najwięcej miał roboty,
Po wszystkich chatach łaził
I ryczał niby zwierz:

“Lordowska Mość – to ja!
Kto nie zna mnie ten kiep!
Haha, haha, haha!
A teraz macie w łeb!”

Miał buty ten Gbur nasz srogi
Po dziadku – i ostrogi,
Kłuć nimi zwykł przechodniów
I śmiał się, wielce rad.
W niedziele i we środy
Nad brzegiem stawał wody
I ryczał aż z radości,
Gdy ktoś do wody wpadł.

“Lordowska Mość – to ja!
Jam Gbur – hehe! hehe!
Kto jeszcze – ha! ha! ha!
Wykąpać się dziś chce?”

Lecz raz przy piątku rano
Buciory mu zabrano.
Chce topór wyjąć z szafy –
Topora także brak.
Do swoich pędzi włości,
Lecz tutaj z Jegomności
Kto żyw pokpiwa sobie
I ludzie mówią tak:

“Lordowska Mość – to on?
Czy aby to ten sam?
Popatrzmy z wszystkich stron!
Ach! Jakże miło nam!”

Nie pomógł wygląd srogi,
Złapali go za nogi,
Wrzucili do sadzawki
I po łbie dali mu.
Gdy oblepiony błotem
Wyłaził z wody potem,
Pękało wprost ze śmiechu
Poddanych jego stu:

“Dość głupią minę ma
Lordowska Mość – no nie?
Haha! haha! haha!
Hehe! hehe! hehe!”

Gdy chyłkiem po kryjomu
Gbur wśliznął się do domu,
Gdy się osuszył troszkę
I przemył na łbie guz,
Wyrzucił stare zbroje,
Ubrania wyjął swoje
I rzekł: “Dość tej zabawy,
Nie będę Lordem już.

Prastary Gburów klan
Niech na mnie skończy się.
Ja się nazywać PAN
CAŁKIEM ZWYCZAJNY chcę!”

Z wolnej stopy 62

Wstęp i opracowanie Zbigniew Milewicz

W każdej bajce…

Stare porzekadło dopowiada: tkwi prawda. Jeżeli dziecku na Gwiazdkę podarujemy książkę z tego gatunku literackiego, to część pracy wychowawczej w domu mamy z głowy. Klasyczna bajka opowiada o takich podstawowych pojęciach w życiu, jak dobro i zło, miłość i nienawiść, poświęcenie, egoizm, kara i nagroda. Każda zawiera morał. Tak było między innymi w dziełach Andersena, lekturach mojego dzieciństwa, tak jest i u Oscara Wilde`a, o którym do niedawna nie wiedziałem, że również pisał baśnie; wymyślał je przede wszystkim dla dzieci, ale czytali je i czytają także dorośli, bo jeżeli lektura jest dobra gatunkowo, to wiek czytelnika nie odgrywa decydującej roli. Styl bajek Wilde`a przypomina mi zresztą trochę Andersena, ale oceńcie to Państwo sami, na przykładzie Olbrzyma – samoluba, bajki, którą nieprzypadkowo wybrałem na ten świąteczny czas. Mnie owa opowieść wzrusza ogromnie, a jej główne przesłanie mówi, że dobrem należy się w życiu dzielić.

Oskar Wilde, Olbrzym samolub

Codziennie po południu w drodze powrotnej ze szkoły dzieci bawiły się w ogrodzie Olbrzyma. Ogród był duży i piękny, a trawa zielona i miękka. W trawie to tu, to tam widać było wspaniale kwiaty niby gwiazdy, a pośród nich dwanaście drzew brzoskwiniowych, które o wiośnie różowiły i bieliły się delikatnym kwieciem, zaś jesienią rodziły ciężkie owoce. Na gałązkach brzoskwiń siadywały ptaki i tak głośno śpiewały, że dzieci nie rzadko przerywały zabawę, by się przysłuchać ich pieśni… – Jak nam tu dobrze – wołały radośnie. Pewnego dnia wrócił Olbrzym. Bawił on z wizytą w Kornwalii u swego przyjaciela – ludojada i spędził u niego siedem lat. W ciągu tych siedmiu lat powiedział mu wszystko, co tylko miał do powiedzenia, jako że jego talenty konwersacyjne były ograniczone – i postanowił wrócić do swego pałacu. Gdy stanął u bram, zobaczył dzieci bawiące się w najlepsze w jego ogrodzie.

– Co tu robicie? – zawołał ostro – a dzieci rozpierzchły się i uciekły. – Mój ogród jest moim ogrodem – krzyczał Olbrzym. – Niech każdy o tym pamięta i wie, że tylko ja mam prawo, się tutaj bawić. – Otoczył więc ogród wysokim murem i przybił tablicę: WSTĘP DO OGRODU SUROWO WZBRONIONY. Był to bowiem Olbrzym Samolub.

Biedne dzieci nie miały się teraz gdzie bawić. Próbowały się bawić na drodze, ale droga była pełna kurzu i twardych kamieni, toteż rychło dzieciom obrzydła. Po lekcjach chodziły więc wkoło muru i rozmawiały o pięknym ogrodzie. – Jak nam tu było dobrze – powiadały. Potem nadeszła wiosna i w całej wiosce pełno było kwiecia i ptaków. Jedynie w ogrodzie Olbrzyma Samoluba panowała jeszcze zima. Ptaki nie miały ochoty śpiewać w ogrodzie, w którym nie było dzieci – a drzewa zapomniały kwitnąć. Raz jakiś piękny kwiatek wychylił główkę z trawy, kiedy jednak zobaczył tablicę, tak bardzo mu się żal zrobiło dzieciaków, że schował się pod ziemię i poszedł spać.

Jedynymi stworzeniami, które były zadowolone z takiego obrotu rzeczy, był Śnieg i Mróz. – Wiosna zapomniała o tym ogrodzie – wołały – będziemy zatem żyć cały, okrągły rok. Śnieg przykrył trawę swym białym płaszczem, a Mróz umalował srebrem wszystkie gałęzie drzew. Potem obaj zaprosili do siebie Północny Wiatr, który wnet się też zjawił. Opatulony w futro cały dzień hulał i grzmiał po ogrodzie, strącając za jednym zamachem wszystkie kominy. – Miły kącik – powiedział – musimy jeszcze zaprosić Grad. – I Grad przyszedł. Codziennie przez trzy godziny bębnił w dach pałacowy, aż porozbijał prawie że wszystkie dachówki, a potem gnał po ogrodzie, ile miał tylko sił. Miał na sobie szary surducik, a jego oddech był zimny jak lód.

– Nie rozumiem, czemu ta wiosna się tak spóźnia – mruczał Olbrzym-Samolub siedząc w oknie i spoglądając w swój zimny, biały ogród. – Miejmy nadzieję, że już chyba niedługo takiej pogody. Ale Wiosna nie przyszła, ani Lato nie przyszło. Jesień obdarowała wszystkie ogrody złotymi owocami, tylko do ogrodu Olbrzyma nic nie przyniosła. – Za wielki z niego samolub – powiedziała. Tak więc w ogrodzie Samoluba panowała wciąż Zima, a Wiatr Północny z Gradem i Mróz ze Śniegiem tańcowały wśród drzew. Pewnego poranka Olbrzym leżał jeszcze w łóżku, gdy od ogrodu usłyszał jakąś przepiękną muzykę. Melodia tak mile łaskotała mu uszy, że Olbrzym pomyślał: to pewnie jacyś królewscy muzykanci… Tymczasem była to tylko makolągwa śpiewająca za oknem. Olbrzym tak długo już nie słyszał śpiewu ptaka w swoim ogrodzie, że to ćwierkanie makolągwy zdało mu się najcudowniejszą muzyką. Nagle Grad przerwał swój taniec nad jego głową. Północny Wiatr przestał dąć – a przez otwarte okno wionęła ku Olbrzymowi jakaś przedziwna woń.

– To chyba Wiosna – powiedział i wyskoczywszy z łóżka zerknął przez okno. I cóż tam ujrzał? Ujrzał najcudowniejszy widok. Dziurą w murze dzieci dostały się do ogrodu i właśnie siedziały sobie na gałęziach drzew. Na każdym drzewie, jakie mógł dojrzeć z okna, siedziało dziecko. A drzewa tak bardzo były rade z powrotu dzieci, że okryły się kwieciem, a ich gałązki poruszały się lekko nad dziecięcymi główkami. Dokoła fruwały ptaki ćwierkając radośnie, a kwiaty zerkały ku górze przez zieleń traw i śmiały się do dzieci. Widok naprawdę piękny. Tylko w kącie ogrodu panoszyła się jeszcze Zima. A był to najdalszy kąt ogrodu Samoluba. Stał tam malutki chłopczyk. Był taki mały, że nie mógł sięgnąć do gałęzi, więc chodził wkoło drzewa i gorzko płakał. Biedne drzewko było jeszcze pokryte śniegiem i lodem, a Wiatr Północny dął i huczał w jego gałęziach. – Wejdź na mnie – powiedziało drzewo i pochyliło gałęzie tak nisko, jak tylko mogło, ale chłopczyk i tak ich nie mógł dosięgnąć.

I zmiękło serce Olbrzyma, gdy wyjrzał z okna pałacu. – Jakiż ze mnie samolub – westchnął. – Teraz już wiem, dlaczego Wiosna unika mego ogrodu. Podsadzę tego chłopczyka na drzewo, a potem rozwalę mur – i odtąd już na zawsze dzieci będą się bawić w moim ogrodzie. – Olbrzymowi zrobiło się naprawdę przykro, kiedy sobie przypomniał swoje postępki. Zbiegł tedy po schodach, otworzył cichutko drzwi i wszedł do ogrodu. Dzieci na widok Olbrzyma ogarnął taki strach, że w te pędy uciekły, a do ogrodu znów powróciła Zima. Nie uciekł tylko mały chłopczyk, bo w oczach miał tyle łez, że nie zauważył zbliżającego się Olbrzyma. A Olbrzym podszedł cichutko do chłopca i wziąwszy go na ręce, posadził wysoko na gałęzi. Drzewo natychmiast zakwitło i ptaszki przyfrunęły z ćwierkaniem, a chłopczyk wyciągnął obie rączki, objął Olbrzyma za szyję i mocno go ucałował. Gdy tylko dzieci zobaczyły, że Olbrzym nie jest już taki zły, wróciły co prędzej do ogrodu a z nimi wróciła i Wiosna.

– To już wasz ogród, moje dzieci – powiedział Olbrzym i zaraz wielkim toporem zaczął rozwalać mur. Gdy ludzie idący na targ około dwunastej mijali pałac, zobaczyli Olbrzyma, który bawił się z dziećmi w najpiękniejszym ogrodzie, jaki można było sobie wyobrazić. Dzieci bawiły się cały dzień, a wieczorem podeszły do Olbrzyma, żeby się z nim pożegnać. – A gdzie wasz mały towarzysz – zapytał Olbrzym – chłopczyk, którego wsadziłem na drzewo? – Olbrzym polubił go najbardziej spośród wszystkich, bo tylko ten chłopczyk go pocałował. – Nie wiemy – odpowiedziały dzieci. – Musiał chyba już pójść. – Powiedzcie mu, żeby jutro na pewno przyszedł – rzekł Olbrzym, a dzieci odpowiedziały, że nawet nie wiedzą, gdzie mieszka, i w ogóle nigdy go przedtem nie widziały. Olbrzymowi zrobiło się bardzo smutno. Codziennie po południu, po lekcjach, dzieci przychodziły do ogrodu i bawiły się z Olbrzymem. Nigdy jednak nie zjawił się już chłopczyk, którego Olbrzym tak kochał. Olbrzym był wprawdzie bardzo miły dla wszystkich dzieci, a jednak tęsknił za swoim pierwszym przyjacielem i często o nim opowiadał, nie raz i nie dwa powtarzając: – O, jakże chętnie bym go zobaczył.

Tymczasem lata mijały, a Olbrzym postarzał się i osłabł. Nie mógł już bawić się z dziećmi, więc tylko siadał w ogromnym fotelu, przyglądał się dzieciom i zabawom a także podziwiał swój ogród. – Mam wiele pięknych kwiatów – zwykł był mawiać – ale dzieci – to najpiękniejsze kwiaty. Pewnego zimowego poranka, ubierając się, spojrzał przez okno. Nie żywił już teraz nienawiści do Zimy, bowiem wiedział, że Wiosna tylko śpi i że zostały mu kwiaty. Nagle aż przetarł oczy z podziwu i patrzył… i patrzył. Był to naprawdę cudowny widok. W najdalszym kątku ogrodu stało drzewko okryte białym kwieciem. Gałązki drzewka mieniły się od złota, a spod gałązek wyzierały srebrzyste owoce. Pod drzewkiem stał chłopczyk, którego tak bardzo kochał. W przypływie radości Olbrzym jakby sfrunął po schodach i dalej – do ogrodu. Szybkim krokiem przebiegł przez trawnik i zbliżył się do chłopca.

Gdy był już bardzo blisko, twarz mu poczerwieniała od gniewu i spytał: – Kto się ośmielił cię zranić? – Na dłoniach dziecka widać było bowiem blizny od gwoździ i takież same blizny od gwoździ miał chłopiec na obu stopach. – Kto się ośmielił cię zranić – zawołał Olbrzym. – Powiedz mi tylko kto, a porwę miecz i zabiję nędznika. – Nie, nie – odrzekło dziecię. – Bo to są rany Miłości. – A kto ty jesteś – zapytał Olbrzym i dziwną grozą przejęty klęknął przed małym chłopcem. Chłopczyk uśmiechnął się do Olbrzyma i rzekł: – Raz pozwoliłeś mi się pobawić w twoim ogrodzie, dziś pójdziesz ze mną do mojego ogrodu, a ten mój ogród – to Raj. Gdy dzieci jak zwyczajnie przybiegły po południu do swojego ogrodu, zobaczyły pod drzewem martwego Olbrzyma. Leżał obsypany białymi kwiatami.

Z wolnej stopy 61

Zbigniew Milewicz

Quo vadis…

W końskiej albo krowiej kupie siedzą robaczki, mama, tata, dzieci. Synek pyta ojca:
– Tato, a jak jest w jabłuszku?
– Rozkosznie mój kochany, świeżutko, pachnąco, żyć nie umierać.
– A w śliweczce?
– Soczyście, przytulnie…
Dociekliwy syn nie daje ojcu spokoju i wypytuje go kolejno o wszystkie znane rodzaje owoców. Wszędzie odpowiedź brzmi podobnie, jest w nich, jak w raju.
– To dlaczego my mieszkamy w gównie? – pyta płaczliwie dzieciak.
– Bo istnieje synu takie pojęcie, jak rodzina – odpowiada godnie ojciec.

Dowcip ten opowiedziano mi kiedyś w Rosji, nie pamiętam dokładnie kiedy, pewnie już po pierestrojce, ale kojarzył mi się jednoznacznie z komuną Kiedy czterdzieści lat temu wprowadzono w Polsce stan wojenny, co odważniejsze robaczki wywędrowały na Zachód, gdzie miał być ów wyśniony raj, ja też to zrobiłem. Z ociąganiem wprawdzie, bo dopiero w osiemdziesiątym ósmym roku, ale przez swoją ślamazarność dość wcześnie przekonałem się, że w moim Reichu (podoba mi się ta gra słów) nie ma niczego za darmo. Pierwszy Weihnachtsgeld, który wspaniałomyślnie dostałem od niemieckiego socjalu (och, jacy ludzcy byli ci urzędnicy!), musiałem oddać co do pfeniga, kiedy przyznano mi zasiłek dla bezrobotnych, ale to takie odległe dzieje, że prawie o nich zapomniałem. Niemieckie urzędy nigdy natomiast nie zapominają o swoich obywatelach, bo kiedy na skutek swojej błędnej decyzji wypłacą im nienależne świadczenia, to zawsze wiedzą, jak je później w całości wyegzekwować od dłużników. Kiedy zaś obywatel nie ma z czego oddać długu, to siedzi na powrót w tej samej kupce końskiego, albo krowiego gnoju, w której tkwił ileś tam lat temu, tylko że głębiej.

Na dobrą jednak sprawę, to wszyscy – niezależnie od strefy geopolitycznej i zasobności portfeli – jedziemy tym samym szambowozem. Covid 19 nie pozwala się z niego wychylić, prawa obywatelskie stały się czczym pojęciem, o mieszkaniu w pachnącym jabłuszku albo soczystej śliweczce można zaledwie pomarzyć. Tylko pytanie: dokąd ten pojazd zmierza?

Z wolnej stopy 60

Zbigniew Milewicz

Jakie drzewa, taki las…

80 lat temu w hitlerowskim więzieniu przy dzisiejszej ulicy Mikołowskiej w Katowicach stanęła gilotyna. Szybsza i precyzyjniejsza w obsłudze, niż średniowieczny topór, którym niemieccy kaci dotąd posługiwali się w miejscach kaźni. Wykonała ona co najmniej 552 wyroki śmierci na wrogach III Rzeszy i za więziennymi murami nazywano ją czerwoną wdową.

Machina śmierci – czytamy w archiwalnym materiale Grażyny Kuźnik* – działała jeszcze na kilka dni przed wejściem do miasta Rosjan. Niemcy stracili wtedy siedmiu więźniów z Piekar, Siemianowic, Knurowa, Orzesza i Rudy Śląskiej. Dopiero potem gilotynę próbowali ukryć. Nie mieli czasu, zakopali ją płytko na cmentarzu w Bogucicach. W katowickim Urzędzie Stanu Cywilnego cudem zachowały się spisy zgilotynowanych. Ginęli nie tylko mężczyźni, ale też kobiety i młodzież. W pierwszej egzekucji stracił życie 32- letni murarz z Czechowic. Drugą ofiarą była 31- letnia góralka z Żywca. Oprócz niej ścięto jeszcze 53 kobiety i 13 chłopaków w wieku do 19 lat.

W swoim artykule autorka opowiada o losach jednej z ofiar, 28-letniego, katolickiego księdza Jana Machy, o którym jej koleżanka z katowickiej TV, Dagmara Drzazga, nakręciła właśnie dokumentalny film. Tytuł obrazu brzmiał: Bez jednego drzewa las lasem zostanie. Wspominam o tych pracach z okazji beatyfikacji księdza Machy, która odbyła się 20 listopada w Archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach w asyście tysięcy śląskich wiernych. Kto nie mógł osobiście przybyć do katedry, ten miał możliwość uczestniczenia w niej za pośrednictwem mediów; mnie niestety nie udało się z żadnej z tych opcji skorzystać, chociaż byłem wtedy na Śląsku, więc tym bardziej winien jestem napisać, co wiem o tym człowieku, który za pomaganie rodzinom prześladowanym przez Niemców w czasie wojny, zapłacił męczeńską śmiercią.

Hanik, bo tak go nazywali w domu, przyszedł na świat 18 stycznia 1914 roku w Chorzowie Starym. To była tradycyjna, śląska rodzina Pawła Machy i Anny, z domu Cofałka; Hanik miał dwie siostry i brata. Był harcerzem. W szkole brał udział w amatorskich przedstawieniach teatralnych i trenował piłkę ręczną, czyli szczypiórniaka, który w Chorzowie stał na wysokim poziomie. Z drużyną miejscowych Azotów kilkakrotnie sięgał po tytuł mistrza Śląska, a w latach trzydziestych – także wicemistrza Polski. Działał w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży. Nie wiem, kiedy zdecydował, że zostanie księdzem; w 1934 roku przyjęto go do Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie i pięć lat później, krótko przed wybuchem wojny, otrzymał święcenia kapłańskie.

10 września 1939 roku ksiądz Macha został wikarym w parafii św. Józefa w Rudzie Śląskiej, gdzie nawiązał kontakt z tajną grupą konspiracyjną o nazwie Polska Organizacja Zbrojna, wchodzącą w skład Polskich Sił Zbrojnych. Zajął się w niej prowadzeniem tzw. Opieki Społecznej, która sprowadzała się do działalności charytatywnej wśród rodzin, będących na niemieckiej, czarnej liście. Ich członkowie byli m.in. uczestnikami Powstań Śląskich, ale często wystarczył brak flagi z hackenkreuzem w oknach mieszkania, czy donos złośliwych sąsiadów, że na parterze śmieją się z führera, żeby trafić do aresztu, albo co gorsza do Oświęcimia, za wrogość wobec III Rzeszy. O rozmiarach tej pomocy, niesionej potrzebującym bez względu na ich narodowość, może świadczyć fakt, że młody wikary miał 1750 współpracowników – wolontariuszy, między innymi harcerzy. Konfidenci, którzy byli w czasie niemieckiej okupacji na Górnym Śląsku wszechobecni, pewnego dnia zadenuncjowali również Hanika. 5 września 1941 roku został aresztowany przez gestapo na dworcu kolejowym w Katowicach. Znaleziono przy nim listę osób, którym pomagał wraz ze swoimi współpracownikami oraz inne dokumenty, świadczące, że zbierał pieniądze na rzecz potrzebujących i im je przekazywał. Lista ta była później jednym z głównych dowodów w śledztwie i procesie całej grupy.

W śledztwie był brutalnie bity i torturowany. 17 lipca 1942 roku przed sądem doraźnym w Katowicach odbyła się krótka rozprawa, na której ksiądz Macha i współpracujący z nim kleryk Joachim Gürtler skazani zostali na śmierć, przez ścięcie gilotyną. Kilka godzin przed śmiercią ks. Macha napisał list do swoich rodziców i rodzeństwa:

„Umieram z czystym sumieniem. Żyłem krótko, ale uważam, że cel swój osiągnąłem. Nie rozpaczajcie! Wszystko będzie dobrze! Bez jednego drzewa las lasem zostanie (…) Zatem do widzenia! Zostańcie z Bogiem! Módlcie się za Waszego Hanika.“

Wiedział, że nie spocznie w grobie. We wspomnianym liście prosił więc swoich najbliższych: „Pogrzebu mi nie użyczą, ale urządźcie mi na cmentarzu cichy zakątek, żeby od czasu do czasu ktoś o mnie wspomniał i zmówił za mnie Ojcze Nasz“.

Wyrok wykonano 3 grudnia 1942 roku. Ciała skazanego nie wydano rodzinie, najprawdopodobniej zostało ono spalone w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz. Prośba Hanika o cichy zakątek po śmierci została spełniona, kiedy z inicjatywy grona jego przyjaciół w październiku 1951 roku powstał symboliczny grób na starym, rodzinnym cmentarzu parafii św. Marii Magdaleny w Chorzowie Starym, gdzie Hanik został ochrzczony i gdzie sprawował swą prymicyjną mszę świętą.

Sługa Boży ksiądz Jan Macha został wyniesiony na ołtarze 20 listopada 2021 roku, po ośmioletnim procesie beatyfikacyjnym, przez papieża Franciszka, którego na uroczystości w Katowicach reprezentował kardynał Marcello Semeraro, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. W ceremonii wzięli udział: rodzina księdza Machy, episkopat Polski, śląskie duchowieństwo, przedstawiciele rządu, władz samorządowych Śląska i różnych organizacji kościelnych oraz społecznych. W katedrze odsłonięto portret nowego błogosławionego i wniesiono związane z nim relikwie – różaniec, który wykonał w celi z wydłubanych drzazg i ze sznurka wyciągniętego z siennika, chustkę więzienną oraz list, napisany do rodziny przed śmiercią. A w homilii, odwołującej się do ustawicznych apeli papieża Franciszka o społeczną empatię, było uzasadnienie, dlaczego ksiądz Macha został beatyfikowany:

Opiekował się wieloma rodzinami dotkniętymi koszmarem wojny. Nie pozostał obojętnym na żadne cierpienie: gdziekolwiek ktoś był aresztowany, deportowany, rozstrzelany, przynosił pocieszenie i wsparcie materialne. Nie zwracał przy tym uwagi na różnice narodowościowe, wyznaniowe czy społeczne. Jak cenny jest dzisiaj jego przykład! Jakże jasne jest jego nauczanie! W podzielonym społeczeństwie, gdzie indywidualizm i egoizm wydają się coraz bardziej umacniać z powodu braku autentycznych i szczerych relacji, nasz Błogosławiony przypomina nam, że Chrystus będzie nas sądził za miłość i dobro, które uczyniliśmy.

Ustalono, że wspomnienie błogosławionego Jana Machy przypadnie corocznie na dzień 2 grudnia, czyli na wigilię jego śmierci. Uroczystość beatyfikacyjną poprzedziła konferencja prasowa, na której zabrał głos m.in. dr Andrzej Grajewski, historyk i publicysta mediów katolickich. Tym, co powiedział, chciałbym podsumować mój dzisiejszy wpis, bo zgadzam się z autorem:

Dziś święto mają również wszyscy ci, którzy byli razem z księdzem Janem: kleryk Joachim Gürtler i Leon Rydrych – skazani razem z nim i zgilotynowani za działalność w podziemnej organizacji. – To także święto tych 1750 osób, o których mówi niemiecki wyrok określający liczbę współpracowników księdza Machy w akcji charytatywnej prowadzonej od Zabrza po Pszczynę. Gdybym zastanawiał się, co zrobiłby dziś ksiądz Macha, to myślę, że na pewno byłby w „Namiotach Nadziei”, które za strefą stanu wyjątkowego na wschodniej granicy rozstawiła białostocka Caritas.
______________

*slaskie.naszemiasto.pl, 29 października 2011

Z wolnej stopy 59

Zbigniew Milewicz

Genialna i piękna

Świąt ci u nas więcej niż dni w roku. Dziś obchodzimy Europejski Dzień Wynalazcy, ustanowiony przed sześciu laty przez berlińskiego twórcę i przemysłowca Gerharda Muttenthalera – w hołdzie dla prześlicznej Hedy Lamarr, urodzonej 9 listopada 1914 roku w Wiedniu, kobiety, która w czasie II wojny światowej postanowiła pomóc aliantom w walce z Hitlerem. Opracowując pewien system transmisji fal radiowych, który mógł zakłócić pracę wrogich wyrzutni torpedowych, stworzyła ona jednocześnie próg startowy dla takich współczesnych, bezprzewodowych technologii, jak Wi-Fi, WLAN czy Bluetooth.

Swoją popularnością Hedy ustępowała takim wynalazcom jak chociażby Thomas Edison czy Nikola Tesla, jednak była równie utalentowana i dlatego warto przybliżyć jej portret.

Pochodziła z zamożnej, żydowskiej rodziny – jej ojciec piastował stanowisko dyrektora banku Creditanstalt, mama była pianistką koncertową. Hedy od dziecka wykazywała wszechstronne uzdolnienia, które wspierali opiekuńczy rodzice. Ćwiczyła balet, grała na pianinie i jednocześnie ochoczo zgłębiała tajniki matematyki, a kiedy skończyła 16 lat, postanowiła że zostanie aktorką. Opuściła rodzinny dom, wstąpiła do szkoły teatralnej i niebawem jej urodę i wdzięk można było podziwiać w filmie Geld auf der Straße. Sławę zyskała jednak trzy lata później, kiedy wystąpiła w Ekstazie. Dzieło wywołało wielki skandal, ponieważ Hedy wystąpiła tam nago, a później na dodatek bardzo naturalistycznie odegrała scenę orgazmu, co dzisiaj jest filmową normą, ale kilkadziesiąt lat temu mogło zaszokować publiczność. Papież Pius XI uznał ten film za „niemoralny i szkodliwy”, a Adolf Hitler zakazał wyświetlania go w Niemczech.

Kiedy Hedy wyszła za mąż za bogatego biznesmena Fritza Mandla, ten z zazdrości próbował wykupić cały nakład Ekstazy. Bezskutecznie. Małżeństwo Hedy i Fritza nie trwało długo, jednak było dla Hedy inspirujące; małżonek specjalizował się w fabrykowaniu broni i produkował systemy łączności radiowej, jego pracami interesowali się więc bezpośrednio Hitler i Mussolini. Wtedy też okazało się, że Lamarr ma również talent do techniki oraz wynalazków.

Była przeciwniczką narodowego socjalizmu i pewnego dnia w Wiedniu zrobiło się dla niej za ciasno. Zostawiła męża, wyjechała do Paryża, a następnie do Londynu, gdzie wsiadła na statek płynący do Nowego Jorku. Gdy w 1940 roku niemiecki okręt podwodny storpedował brytyjski statek konwojujący setkę dzieci (uratowało się tylko trzynaścioro z nich), postanowiła opracować metodę zakłócenia takich działań za pomocą fal radiowych, co jednocześnie miało zapobiegać przejęciu przez przeciwnika kontroli nad alianckimi torpedami. Wraz z przyjacielem, kompozytorem i wynalazcą Georgem Antheilem, zarejestrowała w urzędzie patentowym odmianę systemu, który pozwalał rozpraszać widmo w systemach szerokopasmowych, znanego dziś jako frequency-hopping spread spectrum FHSS.  Najistotniejsza jego zasada stanowiła: aby uniemożliwić przeciwnikowi przejęcie kontroli nad pociskiem podwodnym, trzeba sygnał sterujący wysyłać metodą często zmieniających się częstotliwości. Armia odniosła się do tego wynalazku sceptycznie, ponieważ wydawał się zbyt skomplikowany i dopiero 20 lat później, podczas blokady Kuby, z powodzeniem go wykorzystała.

Hedy Lamarr, której właściwe, rodowe nazwisko brzmiało Hedvig Eva Maria Kiesler, zyskała więc sławę także jako wynalazca (wynalazczyni?), niezależnie od faktu, że nigdy nie zarobiła na tym ani centa. Prawda – nie miała w tej dziedzinie konwencjonalnego przygotowania naukowego, ale była zdolnym samoukiem. Nie zmienia to jednak faktu, że w Hollywood, w latach czterdziestych Hedy należała do czołowych gwiazd srebrnego ekranu, wiodła bogate życie erotyczne i towarzyskie (jej kochankiem miał być m.in. John F. Kennedy) i sześciokrotnie wychodziła za mąż. Rozpisywały się o niej gazety, tytułując ją najpiękniejszą kobietą świata i najseksowniejszą aktorką. Niestety później zaczęła się równia pochyła. Kiedy w Hollywood pojawiła się Ingrid Bergmann, Hedy stopniowo popadła w zapomnienie i podzieliła smutny los tych wszystkich gwiazd, o których się mówi, że się wypaliły. Poznała smak niedostatku i niewygodę policyjnej celi, kiedy została zatrzymana za kradzież butów w sklepie. W latach sześćdziesiątych mogła jeszcze wrócić do swojego aktorskiego zawodu, ale musiałaby ukorzyć się przed konkurencją, wystąpić w filmowym targowisku próżności i obłudy, na jakichś tam przyjęciach i pokazach i kłamać na potęgę, czego nie potrafiła. Była zawsze bezkompromisowa i szczera do bólu w krytyce show biznessu, a za to hollywoodzki światek karał bezlitośnie ostracyzmem.

Piękny, twórczy umysł Hedy doczekał się uznania dopiero pod koniec jej życia. W 1997 roku otrzymała, wraz z nieżyjącym już wtedy Antheilem, prestiżową nagrodę loży amerykańskich wynalazców za zasługi dla rozwoju elektroniki – BULBIE Gnass Spirit Of Achievement Award, o której się mówi, że jest odpowiednikiem Oskara dla wynalazców. Zmarła 19 stycznia 2000 roku na Florydzie. Prochy, zgodnie z ostatnią wolą zmarłej, rozsypano w rodzinnej Austrii.

Od jakiegoś czasu znowu jest głośno o Hedy Lamarr. Na początku 2014 roku została wprowadzona do Galerii Sław Wynalazców. 9 listopada 2015 roku z okazji 101 rocznicy urodzin wyszukiwarka Google poświęciła jej Doodle. Jednocześnie za wkład w osiągnięcia filmowe została uhonorowana gwiazdą w Hollywood Walk of Fame, a do kin trafił interesujący dokument Alexandry Dean Hedy Lamarr: Genialna i piekna, pokazujący oblicze naukowe niezwykle zmysłowej aktorki. Tak, była genialna i piękna. Te dwa wyrazy, akcentujące związek fizycznego piękna z wysokim IQ, określają cechy występujące w życiu nader rzadko, ale czasami Pan Bóg w przypływie dobrego humoru łączy je ze sobą. Zanim więc zamówimy w kafejce coś do picia, a później odpalimy komputer albo smartfon i bezprzewodowo połączymy się z internetem, to pomyślmy przez chwilę ciepło o kobiecie, bez której nie byłoby to możliwe.