Wiersze

Teresa Rudolf

Ostatnio tak się składa, że obok mnie wokoło bardzo dużo ludzkiego cierpienia… w każdej formie.
I tym wszystkim ludziom poświęcam dziś moje wiersze…

Czas jak rzeka…

Czas jak rzeka
z prądem rwie,
wciąż do przodu.

Złodziej pamięci
jednym, innym,
podstępnie, zdrowia.

Zabiera bliskich,
pokazując odchodzenie
już za ścianę, strasząc.

Czas jak wicher
przebiega po nas,
zdzierając wszystko.

Czyżby… tylko?
A gdzie kolor czyichś
oczu, barwa głosu?

A gdzie zapach
wiosny, rudy włos
jesieni pięknej?

A gdzie widok
z pagórka na te
domki z klocków?

A gdzie uśmiech
przechodnia miłego
przypadkowej uliczki???

A gdzie śmiech
szczęśliwego dziecka,
jego malusieńka stópka?

A gdzie po deszczu
tęcza, wciaż wolna
od wszelakiej krytyki?

A gdzie jest świat
ogonem opowiadany,
przez twego psa?

A gdzie uwodzenie
kota na kolanach
czyichś, z figurami?

Więc płyńmy sobie
naszą łódką czasu
dalej, dalej z prądem,

zamiast ciągle przeciw!!!

I tak nagle…

I tak nagle obuchem
w głowę, zanim
w serce, żołądek…

I tak nagle wszystko
ważne i nieważne,
za daleko i za blisko.

Za cicho i za głośno,
za wyraźne i za nijak,
do góry nogami…

I tak po omacku
ale też za rączkę,
na smyczy lęku.

Strach siedzący
na karku, trzymający
usta, by nie krzyczały.

Strach przed bólem
z przyszłoscią, ale
też niebytem bez bólu.

Nadzieja, że się jest
wybrańcem losu,
bez wiedzy, czy na pewno

Nadzieja, ten kwiat
najwazniejszy, jedyny
w tym momencie…
DO ZAOPIEKOWANIA!

Sąsiedzi 19

Teresa Rudolf

Lesio/ Lesław

Regina weszła do sypialni Lesia, by zbudzić go na śniadanie.

– Lesławie, wstawaj, już dziewiąta, śniadanie na stole. Tu masz swoją laseczkę, chodzisz coraz lepiej już… no, hop, hop, umyj się, w tym czasie zrobię kawę.
Lesław dość niechętnie dziś wstawał, nie widział sensu dnia, który miał właśnie nadejść. Zaczął się rzeczywiście coraz lepiej poruszać, ale zdawał sobie sprawę, że gdyby nie to zamknięcie w domach z powodu groźnej dla całego świata epidemii, na pewno miałby już rehabilitację w jakimś  dobrym policyjnym, lub wojskowym sanatorium.
A tak musiał ćwiczyć pod dyktando bezwzględnej Reginy, która zapowiedziała, że nie będzie lekko, skoro bierze za swą pracę pieniądze i to niemało.
Jej zdaniem robił postępy, ale sam wolałby jeszcze szybciej stanąć na nogi, by móc samodzielnie żyć.
To uzależnienie od drugich osób wyraźnie go upokarzało, a już od Reginy specjalnie.
Często przed snem dopadały go przebłyski wspomnienia, o tym, co stało się tego feralnego poranka, gdy został napadnięty i prawie ze skutkiem śmiertelnym, pobity.
Całą prawą stronę ciała miał wtedy prawie zmiazdżoną kijem bejsbolowym, kiedy leżąc już na ziemi, tą stroną “wystawił” się napastnikom.
Wszystko działo się  bardzo szybko, natychmiastowy ból uderzanej głowy nie pozwolił na jakąkolwiek percepcję sytuacji. Poza zakapturzonymi męskimi postaciami, nie pamiętał ani ilu ich było, ani też, jak byli ubrani. Zapamiętał tylko, że słyszał jakieś męskie głosy i chyba zdanie: “przestań, bo go zabijesz”.

Szybko stracił przytomność i podobno dopiero po wielu, wielu godzinach ocknął się w szpitalu policyjnym. Nie czuł wtedy za wiele, poza otumanieniem ciężkimi środkami przeciwbólowymi, nawet język był jakby sparaliżowany. Nie mógł normalnie mówić. Pamiętał teraz jak przez mgłę, że byli  u niego w sali, bardzo krótko, jacyś dziennikarze z TV, pamiętał flesze aparatów fotograficznych
i to, że siostra oddziałowa wszystkich wyrzuciła z sali.
Pózniej niewyraźnie, przez bandaże na twarzy, widział bardzo zamazane twarze kobiet, w tym jedna z kobiet miała rude włosy jak Regina, jednak to nie była ona. Jak się później okazało, były to sąsiadki z drugiego piętra, pani Klara i Filomena. W tym momencie znali się w tŕójkę bardzo powierzchownie, ba, ich wzajemny stosunek był dotąd niezbyt przyjazny.
Jak się to wszystko niemal z dnia na dzień zmieniło, pomyślał…
Na początku odwiedzali go też koledzy z pokrewnych detektywistycznych kancelarii, na ogół w jednym, jedynym celu, by jak najwięcej dowiedzieć się o przebiegu tamtego porannego napadu.
Wyczuwał strach siedzący im na karku, bali się, wyraźnie, bali się na pewno tego, że mogą stać się kiedyś również ofiarami. Ponieważ nie miał im zbyt wiele do powiedzenia, te odwiedziny skończyły się dosyć szybko. No i dobrze, pomyślał.
Natomiast policja pojawiała się często, stawiając wiele pytań, niektóre z nich były dość  irytujące, wkraczające brutalnie w prywatne życie, lub też drobiazgowo w pracę zawodową, coraz bardziej  jednak zawężając listę jego klientów, mogących wchodzić w grę jako osby podejrzane.

Od wielu lat zajmował się bardzo niewdzięczną, lecz dobrze płatną klientelą, a zawsze chodziło o to samo, zdrady partnerów żyjących w stałych związkach.
Sam osobiście miał zdecydowany wstręt do grzebania się w najbardziej obrzydliwych zakamarkach zachowań ludzkich, w  kłamstwach, trikach, by oszukać tę drugą osobę pod każdym względem, często nie tylko damsko-męskim, ale również finansowym. Na jego oczach dokonywały się tragedie ludzkie, szklane domy z hałasem rozpadały się na miazgę, a domki z kart, jak w dziecinnych zabawach, w jednej sekundzie leżały żalośnie przed nosem obojga partnerów życiowych.
Zakłamana rzeczywistość nagle śmiała się szatańskim chichotem, łaskocząc dumę i wstyd czlowieka, a wzbudzając bezbrzeżną agresję przegrywającego.
Można by parę  kryminalnych ksiąg napisać o każdej rozstającej się parze, myślał.
Policja podejrzewała, że jego ostatni dramat leży właśnie w tym ogromnym śmietniku ludzkich spraw,
gdyż chyba dogrzebał się niezłego dynamitu. Sam również myślał, że parę śledzonych przez niego osób, mogło było mieć poważny powód, by go chwilowo, lub na zawsze uciszyć. Na myśl o tym dostawał gęsiej skórki, a nawet ataków paniki. Nie wiedzał nawet, czy jeszcze kiedyś będzie się czuł na tyle pewnie, by wyjść znów normalnie na ulicę.
Jeden z policjantów, kiedy zauważyl, że mówienie o pracy i jej niebezpieczeństwach, kosztowało Lesia wiele wysiłku i powodowało intensywne trudności w oddychaniu, zaproponował mu ostrożnie, by wziął może pod uwagę psychoterapię lub traumaterapię.
Teoretycznie istniała nawet możliwość, by Lesio skorzystał z takich rozmów u psychologa policyjnego, ale z powodu pandemii, nie doszło nawet do pierwszego spotkania.

Najgorsze było dla Lesława jednak to, że cała historia, która mu się przydarzyła, ocierała się bardzo blisko o jego własne, w niektórych aspektach niezbyt chlubne życie, w którym to również swe partnerki oszukiwał, zdradzał, okłamywał, specjalizując się  w tym wszystkim, z dnia na dzień coraz bardziej, tak doskonale wręcz, że nigdy przecież “nie wpadł”.

Teraz patrząc na to, autoironicznie myślał, że dzięki temu, mógł się dużo szybciej i lepiej wcielić w mentalność zdradzającego.
A zaczęło się to natychmiast po rozstaniu z Reginą, która udowodniła mu, jak można być ślepym, głuchym, naiwnym, jak można niczego nie wiedzień i nie spostrzec, że się jest od dawna zdradzanym. Nie tyle ta jej zdrada go maksymalnie załamała, ale fakt, że sam przenigdy by tego nie przypuścił.
Kiedy na koniec, przed samym rozstaniem wykrzykiwali sobie nawzajem wszystkie oskarżenia, dowiedział sie, że “oczywiście taki zadufany w sobie bufon, nie mógłby nawet założyc, że jego kobieta mogłaby kogoś innego poza nim jeszcze zobaczyć, sama już dawno  będąc niewidzialna!!!!”.
– Odbiło ci w tych Stanach, krzyczała wówczas, uwierzyłeś naprawdę, że jestes drugim Presleyem, a ja glupiutką, młodziutką Priscillą u twego boku, śmiała się, czasem jednocześnie histerycznie płacząc.
To prawda, zostawiał ją samą na całe godziny i dni, a ona, coraz bardziej samotna, dość dlugo w tym związku tylko czekała. Tylko czekała, a przecież była  w innym kraju i to dla niego w tym kraju została.

– No, wreszcie możemy zjeść śniadanie, ale dzisiaj to się guzdrałeś Lesławie, stwierdziła Regina.
Na bardzo estetycznie, jak zwykle, przygotowanym stole, było świeże pieczywo, masło, pomidory, ogórki, wędlina (uwielbiał kabanosy), świeży twarożek i inne smakołyki, do wyboru, do koloru.
Kiedy Lesław tak patrzył na to wszystko, pomyślał, że kiedy byli parą, nigdy się tak na codzień nie starała, odwrotnie, cokolwiek robiła, było to jakby wymuszone,  i ta “bylejakość” była bardzo irytująca.
– Regino, ależ ty się w niektórych sprawach zmieniłaś, jesteś teraz trochę inną osobą niż ta, jaką kiedyś znałem!, powiedział.
– No, no, nie nakręcaj się już tak, po prostu zawsze sumiennie wykonuję swą  pracę, by nie można mi nigdy, niczego zarzucić. Jesteś dla mnie  jedynie “przypadkiem”, którym się teraz zajmuję, a przecież szukałam pracy, powiedziała miękko, zarumieniona, głosem zupełnie nieadekwatnym do tekstu…
Nagle zmieniła barwę głosu: Poza tym trudno mi uwierzyć w to, co mówisz, po tym, jak sobie teraz pozwalałeś mnie traktować, jak trujące powietrze i gdyby moja obecność tutaj nie była właśnie pracą, wyszłabym już stąd po dwóch dniach.
– Ależ, to ty byłaś tak okropna dla Salomona, kiedy tu te parę godzin przebywał, że myślałem już, że mu coś zrobisz, odpowiedział. Wiesz przecież jak go kocham, dodał.
-No i co zrobiliśmy z tego naszego życia?, zapytała Regina raczej samą siebie cichutko, spoglądając nieśmiało i smutno na bezradnego, również smutnego Lesława, a mamy przecież też tyle pięknych wspomnień, dodała jeszcze ciszej i nie czekając już na żadną odpowiedź, wyszła z pokoju.

Wiersze w duecie…

Teresa Rudolf

Ja jestem taka…

A ja jestem, jakaś
taka, jak woda
do kostki,
mówiła.

Ludzie wiedzą
tyle, potrafią też
tyle, mają
głębię.

Wiedzy głebię,
na każdy temat,
tym się więc
szczycą.

A ja, nie znam
się na historii
choć ogonem
świata ona.

Nie znam się
na muzyce,
choć bez niej
uszu bezsens.

Nie znam się
na geografii,
choć każdy loch
ma położenie.

Nie znam się
na poezji, choć
muzyką przecież
dla oczu.

Nie znam się
na ludziach, choć
ciągle tyle obok,
jak mrówki.

Nie znam się?
Bo ty tak mówisz?
Bo ty tak myślisz?
Bo ty tak chcesz?

To ty “nie znasz się
na mnie”, na mnie!
wrzeszczała głośno
swą depresją płacząc.

 

Mówił jej, że…

Pomyśl tylko,
jak to jest kiedy
nie patrzysz na mnie…

Pomyśl tylko,
jak to jest kiedy
tak patrzysz na mnie…

Robisz wszystko
inaczej, tak jakoś
obok mnie.

Robisz wszystko
inaczej, tak jakoś
obok siebie.

Co stało się z nami,
z tobą, ze mną,
płyniemy obok życia.

Życie płynie obok
nas, przez nas,
nad nami, pod nami.

Życie ucieka jak
piasek przesiewany
przez sito oddalania.

Pomyśl tylko…

Sąsiedzi 18

Teresa Rudolf

Coronavirus i maki pani Klary…

Klara oglądała swoje kolorowe ręce, zabarwione akwarelowymi farbami… Szczególnie przebijał czerwony, makowy kolor. Spojrzała na delikatne w rysunku, lecz w intensywnej czerwieni maki, które zajęły prawie cały stół, wygodnie wylegując się na zielonej łące, pełnej pszczółek, much i bąków.
Prawie słyszała je, gdy zamykała oczy, wybierając się znów na piknik sprzed wielu lat.
Siedziała tam z Jerzym, późniejszym mężem, miłością swojego życia.
Od dwudziestu lat była niestety sama, nie cierpiała już jednak tak, jak było to przez wiele lat, kiedy to żyła raz w żałobie po Jerzym, a raz w depresji. Od paru ostatnich lat bowiem wspominała tylko ich wspólne, dosyć harmonijne życie, z uczuciem bezgranicznego ciepła, bez tego strasznego, wyrywającego serce bólu. Jerzy zaprzątał jej często głowę i duszę, ale bez  tej wieloletniej,  jakże zaborczej wyłączności.

Kiedy ostatnio przestała wychodzić z domu z powodu tej strasznej, światowej, ograniczającej każdy  ruch człowieka epidemii, na początku była przerażona, że codzienność tak zwanej singielki zamieni się w jednoosobową więzienną celę. Zakupy dla niej i kotów przynosiła Filomena – zostawiała je przed drzwiami, ale kontaktowały się tylko przez telefon. Z dnia na dzień Klara zaczynała się jednak przyzwyczajać do tej sytuacji, wyszukiwała sobie przeróżne zajęcia, bo bała się dzwoniącej w uszach ciszy.
I tak to znów zaczęła wracać do swych wspomnień, z których najpierw całkiem nieśmiało wyłuskiwała  maki i one to nagle zawładnęły nią tak, jak Jerzego przed laty. Zapragnęła je również namalować, czego początki były już widoczne. Obraz leżał na stole, gdyż żadnej sztalugi już dawno w domu nie było, kupić jej też nie mogła, w końcu nie wychodziła z domu, a sklepy z artykulami potrzebnymi jej do malowania były z powodu epidemii i tak zamknięte.
Sama już nie pamiętała, skąd miała w domu ogromny papier rysunkowy, ach ta pamięć… zachichotała do siebie.
Kiedy rysowała i malowała te swoje zaczarowane maki, wydawało jej się, że żyje w jakimś transie.
Słuchała radia, przeróżnej muzyki, której zmienność wpływała na jej przedziwny nastrój i o dziwo, nie czuła się samotna. Zapominała nawet o Jerzym, zahipnotyzowana kolorem obłędnej czerwieni tych wspaniałych  kwiatów. Poddała się całkowicie przestawaniu tylko samej ze sobą, we wspomnieniach sprzed laty, ale i leciutkimi marzeniami o codziennym szczęściu.

Maki… kiedy pierwszy raz  wtargnęły one w moje życie, pytała samą siebie, to było przecież jeszcze dlugo przed Jerzym…

I nagle wszystko zaczęło się przesuwać przed oczyma, jak jakiś dawno nie widziany film, zwinięta rolka, wyciągnięta gdzieś z komody na strychu. Miała wtedy szesnaście lat. Jak zwykle była z rodzicami na wakacjach, tym razem w jakiejś małej góralskiej wiosce, już nawet nie pamietała jej nazwy. Raniutko siadała na schodkach willi, w której mieszkała z rodzicami w czasie wakacji.
Powietrze było jeszcze ostre, niezwykle świeże, pagórki przed nią stały jeszcze ubrane w białą nocną koszulę, ktorą powoli zaczęły ze siebie ściągać, podnosząc ją powoli do góry i ukazując bezwstydnie swą ciemnozieloną nagość.
Do dziś mgła i jej unoszenie się lub opadanie miała dla Klary coś  właśnie z tego dziecięcego mistycznego prawie rytuału.
Wszystko miało swój bajeczny i magiczny sens.
W samo południe, kiedy już było bardzo gorąco, wybiegała ze swym niemłodym już psem, Czarkiem z domu i  wpadała w łąki pełne rumianków i traw, upstrzone makami .
Wszystko rosło dziko, chaotycznie, razem, pachniało tęsknotą za dorosłoscią i tą przepiękną miłością,  jaką często podglądała w filmach, lub o niej czytala..
Im bardziej patrzyła w te czerwone maki na zielonym dywanie trawy, tym bardziej chciała, pragnęła, by objął ją ten chopak od sąsiadów, którego od dwóch tygodni widziała przez sztachety płotu, na pewno w jej wieku, wysoki, mocno opalony, jasny blondyn. Często podgwizdywał coś pod nosem, ciekawa była, czy on w ogóle wiedział o jej istnieniu.
Któregoś dnia, kiedy znów z Czarkiem leżeli  sobie tak, w tej trawie pełnej maków, posłyszała kroki i była pewna, że nie jest to wiatr, ale, że ktoś skrada się na palcach. I nagle stanął przed nią właśnie ten jasnowłosy chłopak z sąsiedztwa.
– Psssst, szepnął, nie miałem odwagi podejść do ciebie, ale przestraszyłem się, że się nigdy nie poznamy, bo jutro już wyjeżdżam, mieszkam w Gdyni, w tym roku zdaję maturę, jestem Ryszard, a ty?
– Klara, zdaję maturę dopiero za dwa lata… zostaję tu jeszcze przez dwa tygodnie. Dlaczego dzisiaj szedłeś za mną  aż tutaj?, zapytała.
– Od kilku dni widziałem, jak znikałaś w tych trawach razem z twoim psem, ale on w ogóle nie szczeka, jak to jest możliwe?
– On jest już starszym panem, ma prawie tyle lat, co ja, od zawsze był z nami, nie chce mu się reagować tam, gdzie z góry wie, że się nikomu nic nie dzieje, bo… się nie dzieje, prawda?
– No nie wiem, nie wiem, szepnął Ryszard, i lekko, nieśmiało pocałował ją w policzek na pożegnanie.
– Przyjedziesz na przyszły rok?, zapytał.
– Nie wiem, odpowiedziała ze smutkiem, czując już rozstanie, zanim zdążyła oprzytomnieć i otrząsnąć się z tego, co się zdarzyło.

Nie widzieli się już nigdy, na następne wakacje Klara  pojechała z rodzicami nad morze, gdzieś  koło Gdańska. Śmiali się z niej, że chciała znowu jechać w to samo miejsce, przecież dbali o swą jedynaczkę, by miała w życiu piękne, przeróżne wspomnienia. Stać było ich na to, mówili.
Poczuła wtedy, jak życzenie jej zostało zdeptane jakby tysiącem butów żołnierskich.
I znów dzisiaj ścisnęło się jej serce, z bólu, upokorzenia, żalu, zupełnie jak kiedyś.

Wiersze

Teresa Rudolf

Gra

A ktoś gra z nami
w szachy, pracowicie
ambitnie, perfekcyjnie.

I świat też pełen
klubów szachowych,
harmonogram gry.

Współzawodnictwo,
międzynarodowe,
szach-mat napięcie.

Kraje przegrane, wygrane
jedne dużo wczesniej,
inne trochę później.

W jury nieznane twarze
w maskach, w odstępie,
serio, każdy może przegrać.

Świat napięty grę ogląda
swego obstawiając,
na “obcego” plując.

Świat ufający gierkom,
“oby tylko znanym – mówi –
bo w coś wierzyć trzeba!”

Fantazja

To czary Harry Pottera,
latanie na super miotle,
by pozamiatać księżyc,
uwolnić również ziemię,
szybko od pandemii…

To obrazy różnie malowane
życzeniami, marzeniami,
wyprzedzanie przepiękna,
ma być ono piękniejszym,
świata, ma być lepszym.

To sztuka ciągła uciekania
od dziwnej brzydoty świata,
z kolorami tęczy po deszczu,
cóż gdy brzydota wygra,
podobno też sztuką???

Fantazja wszechmogąca,
im wiecej, tym groźniej,
światy wielkiego zachwytu,
i światy filmowych horrorów,
bo człowiek wzruszeń chętny…

I łaskoczącego strachu
z bezpieczeństwa gwarancją,
na miotle Harry Pottera,
w oderwaniu od “Tu i Teraz”,
które to chichocząc czeka.

Sąsiedzi 17

Teresa Rudolf

Jestem wolna…

Filomena  delikatnie odsłoniła  firankę koloru lekko migdałowego, otworzyła okno i z niedowierzaniem patrzyła na pustą ulicę.
Jedynie gołębie swobodnie poruszały się po jezdni, licząc na to, że z góry z różnych okien spadną okruchy “z pańskich stołów”.
No i spadały…
Ciągle nie mogła uwierzyć w to, co słyszała przez radio, co widziała w telewizji. Przerażające wiadomości, błyskawicznie zmieniające egzystencję każdego, dochodziły w półgodzinnym odstępie.
Teraz już i Polska znalazła się w kwarantannie, czyli w zbiorowym, prawie światowym więzieniu, składającym się z miliona klatek, tak sobie to wszystko właśnie wyobraziła.
Z domu można było wyjść jedynie po zakupy żywnosci, których dokonuje się w masce na twarzy, w  bezpiecznym odstępie od drugiej osoby.

Ubieram się zaraz i wyjdę z domu, zrorganizuję sobie popołudniową orgię podniebienną, wezmę też listę od Klary, w większości na pewno znajdzie się na niej karma dla kotów, które już chyba na zawsze u niej zostaną, myślała Filomena.

Regina ostatnio z wściekłością odniosła Klarze kosz z Salomonem, wykrzykując, że podczas obecnej epidemii nie życzy sobie, aby ona, Klara, kiedykolwiek jeszcze przynosiła go Lesławowi, łamiąc tym przepisy. Klara nie jest członkiem jego rodziny, i kot (ha, ha) nie jest też jego dzieckiem, a to co Lesław o tym myśli i czego chce, nie ma tu żadnego znaczenia, bo to ona się nim opiekuje…

Filomena rozmyślając o tym, nagle poczuła jakąś apatię, wiedziała, że zakupy dla siebie nie dadzą jej odpowiedniej motywacji, (raczej myślała o nich ze swoistym sarkazmem), a do wyjścia z domu zmuszają ją jedynie zakupy dla kotów, bo zadanie to wzbudza w niej poczucie odpowiedzialności, “bo muszą  przecież coś jeść, no i nie są winne temu, co się w tym świecie akurat dzieje”.
Siedziała tak, zaciągając się papierosem i pijąc trzecią kawę tego dnia, a była przecież dopiero 12 w południe.
Stanowczo, nie była dzisiaj w swojej skórze, zżerała ją już od dawna (między innymi) ostra samokrytyka, zaobserwowała bowiem w sobie negatywną zmianę. Zrobiła się trochę grubiańska, prawie prostacka w sposobie wyrażania, a przecież “nigdy wcześniej taka nie byłam”, myślała.

Często, w duchu, nie tylko wyrażała się jak jakiś robotnik na budowie, lub przysłowiowy szewc, ale też same myśli formułowała agresywnie i wulgarnie. Zawstydziła się przed samą sobą.
Co się ze mną stało, rozważała, ooooooo Boże, muszę wreszcie iść po te zakupy, zreflektowała się i  zaczęła się szybko ubierać.

Klara odebrała telefon od Filomeny, która pytała, czy nie dopisać jeszcze czegoś do listy z zakupami, bo własnie już wychodzi.
Dodała więc jeszcze masło, cztery bułki i mleko, a do karmy dla kotów też suchy pokarm, zwany przez nią keksami.
– Pani Filomeno, bardzo dziekuję, że pani mi tak pomaga, pomyślałam też, czy pani rodzice w tej Rabce, też mają kogoś, kto im czasem pomoże, skoro pani akurat jest tutaj, czy wie pani coś o nich?
Z drugiej strony słuchawki zapadła krótko cisza, po czym Filomena odpowiedziała: – Dawno u nich nie byłam, a teraz akurat już nie mogę, myślę jednak, że może mógłby ktoś z młodszych sąsiadów, jeśli ich oczywiście nie zaczęli wykańczać tak jak wcześniej pani, teraz to jaśniej wszystko widzę, aż mi za nich wstyd i głupio. Przez telefon mówią  że wszystko jest w porzadku. No to co, już idę, zamelduję się z zakupami, na razie,zakończyła rozmowę.

Wychodząc z mieszkania, przekręcając klucz w zamku, Filomena usłyszała znany jej już, dziarski krok Reginy schodzącej z trzeciego piętra. Kiedy zaczęła już sama również schodzić, poczuła prawie potrącenie, kiedy tamta jak burza przeleciała obok niej, z lewej strony, krzycząc: – Gdybym wiedziała wczesniej, jakim niewdzięcznikiem stał się ten Lesław, nie zajmowałabym się nim teraz, zakończyła i było już tylko słyszeć trzaśnięcie drzwi wyjściowych z kamienicy.
Filomena pomyślała tylko, a rób sobie co chcesz, teraz to już naprawdę mi obojętne, pomęcz się z nim, a ja może miałam właśnie szczęście, że wzięłaś to na siebie.

Nagle poczuła przypływ dobrej energii i wyszła z bramy również pewnym krokiem, jak i już… była rywalka.

Zza chmur wyłoniło się nieśmiałe słońce, zrobiło się jakby jaśniej na zewnątrz i w sercu Filomeny.
– Jestem wolna, powiedziała do siebie tak głośno, że wymijający ją młody człowiek uśmiechnął się do niej  figlarnie.

Wiersze i muzyka

Teresa Rudolf

Czekam

A dzisiaj  wszystko
takie jakieś leciutkie
takie jakieś tiulowe.

Małe dzwoneczki
dzwonią w uszach,
świetliki tańczą w oczach.

Wszędzie zielono,
jak oczy mego kota,
a i też niebieściutko.

Maleńkie białe kwiatki
pierwszokomunijnie
na trawniczku zielonym.

Chmurkami białymi
oblepione niebo,
patrzy na nas z góry.

To Universum dziś
robi wielki test Ziemi,
czy gotowa już na maj.

Zapamiętaj

Zapamiętasz moje imię,
pytała stara kobieta
w domu starców
starego mężczyznę.

Zapamiętam na pewno,
jak mógbym zapomnieć
imię pachnące dziką różą,
imię śpiewające ogrodami.

Zapamiętam na pewno,
jak mógłbym zapomnieć
imię oplatające serce
jak bluszcz, już tyle lat.

Zapamiętam na pewno,
jak mógłbym zapomnieć
imię wyszeptane nocami
zanim je wypowiedziałem.

Zapamiętam na pewno
jak mógłbym zapomnieć
imię, któremu powiedziałem
TAK, moja Ty Różo!

Różo, moja Różo,
czemu nic mówisz???

Sąsiedzi 16

Teresa Rudolf

Tęsknota…

Lesławowi trudno było wręcz uwierzyć, że dopiero dwa tygodnie minęły od jego wyjścia ze szpitala.
Nierealne poczucie innego czasu towarzyszyło mu każdego dnia. Znalazł się w dziwnym, swoim, ale jakby i nie swoim świecie.
Kiedy wszedł przed dwoma tygodniami, po dłuższej nieobecności, do swego mieszkania, podpierany przez dwóch mężczyzn z pogotowia, za którymi pewnie kroczyła Regina, Regina zachowywała się jak pierwsza i jedyna dama świata Lesława.
Pracownicy pogotowia zwracali się tylko do niej z formalnymi pytaniami, prawie zapomnieli, kto powinien podpisać druk, potwierdzający dostarczenie chorego do domu.
Lesław miał wrazenie, że wszystko dzieje się kompletnie bez jego udziału, jak w koszmarnym śnie, z którego nie można się wybudzić.
Przed oczyma przesuwały mu się różne postacie, obrazy, nakładając się na siebie. Szczególnie często w tym półśnie pojawiała się sąsiadka z drugiego piętra, Filomena, której nawet nie zdążył podziękować za częste i bardzo przyjemne odwiedziny w szpitalu.
Czuł jakiś żal do siebie, że jej nie zatrzymał w tym ostatnim tam dniu pobytu, wypuszczając  bezpowrotnie ster z rąk, na rzecz zaborczej Reginy, femme fatale, rujnującej nieustająco poczucie jego własnej wartosci.
Poprzez chwilowe inwalidzwo czuł się uzależniony od pomocy innych osób i nie miał zbyt wielkiego wyboru. Regina była profesjonalistką, pomyślał więc, że musi ją tak potraktować, jak każdą inną osobę wykonującą ten zawód, i ustalić z nią warunki jej pracy.
Z rozmyślań wyrwał go dźwięk telefonu.
– Panie Lesiu, to ja, Klara. Salomonowi jest u mnie bardzo dobrze, ale on tęskni za panem. Co moglibyśmy zrobić, byście się, choćby na krótko, zobaczyli? Czy mam z nim przyjść do pana?
Czy nie wchodzić i zostawić kosz przed drzwiami, uprzednio krótko dzwoniąc, a później wpadnę po niego? Obawiam się bowiem, że pana… hmmm, pomoc domowa, Regina, nie zapałała nagłą miłością do Salomona.
Lesio nie miał pojęcia jak zareagować. Chciał bardzo zobaczyć swego wieloletniego towarzysza życia, nagle uświadomił sobie, jak bardzo za nim tęsknił. Miał prawie łzy w głosie.
– Pani Klaro, przez tę “Coronę” nie mogę Pani tutaj wpuścić, bo jest pani sąsiadką, a nie współmieszkanką, sama pani rozumie, co się teraz dzieje, trąbią ciągle o tym w TV. Nie ma Reginy, może mogłaby Pani go przynieść pod drzwi, zadzwonić i wpuścić do mieszkania, bo sam nie będę mógł go wnieść?
Zastanowił się i po chwili dodał:
– Aha, ja tutaj przecież nic nie mam dla kota, więc zadzwonię odpowiednio, by o czasie zjadł swój posiłek znów u Pani. Zgadza się Pani?
– Dobrze, za 15 minut dzwonię do drzwi i czekam, aż pan doskoczy, ok?
Klara biegała po mieszkaniu za Salomonem, który na widok przenośnego kosza natychmiast zaczął uciekać i chować się po kątach.
-Kici, kici, kiciunia, wołała Klara, bez żadnego pozytywnego rezultatu.
Spocona jak po cieżkiej pracy, krzyknęła: – Jak nie, to nie, nie zobaczysz więc Lesia, zaraz do niego dzwonię.
W tym momencie, słysząc imię przyjaciela, Salomon wyszedł zza kanapy, sam wszedł do kosza, zwinął się w kłębek potulnie i czekał, aż Klara założy maseczkę i cienkie rękawiczki. Klara zaniosła dzielnie dość ciężki kosz na następne piętro.
Kot mruczał coraz głośniej i nie musiała już dzwonić, gdyż drzwi otworzyły się natychmiast. W drzwiach stanął Lesio, wspierając się na dwóch kulach.
Klara wypuściła Salomona, który wskoczył Lesiowi na ramię, głośno mrucząc i tuląc się.
Kiedy wzruszona odwróciła się, by iść już do swego mieszkania, usłyszała jeszcze cichutkie “dziękuję pani bardzo” i zamykające sie drzwi. Nagle, ni stąd ni zowąd, stanęła przed nią Regina, sycząc:
– A co się tu dzieje za moimi plecami, czego pani chce od Lesława?
Klara spojrzała na nią z pogardą i odpowiedziała:

– Za pani plecami jest ogromny świat, o którym się nawet pani nie śni, świat pełen kotów różnej maści, uśmiechęła się zagadkowo.

Sąsiedzi 15

Teresa Rudolf

Filomena, Regina i Coronavirus

Filomena wyszła od pani Klary. Zbliżając się do swoich drzwi słyszała ciągle głośną muzykę Presleya dochodzącą z mieszkania Lesia.
Siadła przy stole w pokoju, zapaliła papierosa,  zaciągnęęęęęła się, podniosła filiżankę czarnej kawy do ust i poddała się przedziwnemu, bolesnemu, ale też i wzruszającemu rozważaniu.
Co to za siła przyciąga ludzi tak nagle do siebie, by kiedyś równie mocno ich od siebie odepchnąć, myślała, tak bylo u mnie, tak było u Lesia… A co to własciwie znów z tą  Reginą jest teraz? Czy oni się kochają, czy nienawidzą? Czy i to, i to, równocześnie? Ta historia między nimi nigdy nie była zakończona, w czymś takim ani na chwilę nie ma sensu dłużej siedzieć, muszę zacząć powoli odwykówkę, a jeśli będzie mi tak szło jak z papierosami, to mam załatwione dożywocie, skwitowała gorzko swą sercową sytuację. Nie doszła na razie jednak do tego, co jest własciwie jej nałogiem: Lesio jako mężczyzna i “to coś”, czy też znów te motylki w brzuchu i to że czuje się atrakcyjną kobietą, że rano ubiera się wymyślnie, szminkuje, by się komuś podobać, a to przecież widziała już w jego oczach…
W tym momencie zadzwonił telefon. Była to pani Klara, która jak z dubeltówki strzeliła:
– Niech Pani szybko włącza TVP1, kończę…

Filomena właczyła telewizor i zobaczyła przerażające wiadomości.
W Chinach ciągle panowała epidemia, mnóstwo zmarłych, brak miejsc w szpitalach dla chorych.

Do tych obrazów z  bardzo dalekich Chin przyzwyczaiła sie już… Choć podobno to najgorsze, jest już  za tym krajem.

Nagle usłyszała i zobaczyła, co dzieje się we Włoszech, właśnie to, co tak powierzchownie obiło się jej o uszy u Klary.

Poczuła gęsią skórķę na myśl, że ta dziwna infekcja dotarła już do Europy. Zobaczyła Wenecję, Florencję , dziwnie mniej ludzi na ulicach, poruszających się jednak jak gdyby nigdy nic, ale te miasta miały już dla niej jakieś piętno tajemniczej tragedii. One nie były już też tak daleko jak Chiny. To wszystko dzieje się naprawdę i już u nas w Europie, dziwiła się.
Ale co dzieje się tak naprawdę? Podobno niektórzy turyści polscy, powracający stamtąd też się pozarażali, a w polskich szpitalach nie wiadomo, jak się do tego zabierać, rodziny ich są odizolowane, nie wolno się im z nikim komunikować, i nie wiadomo ciagle, co to jest ten Coronavirus, jakaś grypa, czy jeszcze coś całkiem innego?????
Czuła jakieś osobiste zagrożenie, wynikające z niedoboru wiadomości. Co to do cholery jest? Trzeba się już bać, czy może przejdzie bokiem, Polska to nie Włochy, nie ma tu przecież tylu turystów?

Mówi się o myciu rąk,  jakby się tego nie  wczesniej nie robiło, toż to oczywiste, normalne.
Chyba pójdę się przejść, żeby zebrać myśli, pomyślala.

Ubrała się z powrotem do wyjścia, zgasiła telewizor, wyszła z mieszkania. Schodząc schodami w dół, natknęła się znów, już po raz drugi w tym dniu, na Reginę, która czekała z ogromnymi torbami przed windą. Kobiety popatrzyły na siebie, jakby się nigdy w życiu nie widziały. Filomena poczuła bardzo nieprzyjemne uczucie niechęci, które tak często towarzyszyło jej kiedyś, przy spotkaniach z pania Klarą. No coś takiego, będę musiała teraz ciągle widywać tę rudą małpę, pomyślała, a mogło się już tutaj tak spokojnie mieszkać, zanim ta tu przyjechala, wszystkiemu winien jest ten babiarz, Lesiu, czy ja na głowę upadłam? Czegóż to ja oczekiwałam?
Idąc tak dalej, zamyślona, ulicą Szewską, przystanęła przed wystawą sklepu z butami, z którego wyszła niespodziewanie, prosto na nią, Krycha.
– Melcia, coś takiego, znów się spotkamy, jak na zamówienie, mówiła Krycha szybko i rzuciła się do ściskania dawnej, szkolnej koleżanki.
Filomena stała sztywno, jak gdyby połknęła przed sekundą miotłę Harrego Pottera i szykowała się właśnie do odlotu…
Jak zacznie mnie całować, przysięgam, że dam w mordę, nie wiadomo, gdzie się toto po świecie szlajało, myślała.
Na szczęście Krycha poprzestała na uściskach, mówiąc bez przerwy: – Melcia, mówię ci, co za zbieg  okoliczności, jutro przyjeżdża do Krakowa akurat Wacek, ten twój dawny wielbiciel, mówię ci, niewiele się zmienił, nawijała dalej, nie powiem mu jednak nic o tobie, bo już w szkole byłam o niego i ciebie  zazdrosna, a nie widziałam go już od dziesięciu lat. Podobno jest znów singlem, z odzysku, jak ty i ja, no, cześć, pożegnała zupełnie ogłupiałą Filomenę, która weszła jak automat po schodkach do sklepu.
Usłyszała w jego wnętrzu z radia dość głośno nastawionego, znów informacje o tajemniczej epidemii, która zaczęła wycinać Włochy i zaczyna powoli “molestować” też  i inne kraje.
O Boże, Lesio, ta Krycha, Wacek, dżuma, malaria, cholera, syfilis… a teraz jakiś Coronavirus, pomyślała i zwróciła się do ekspedientki: – Czy ma Pani 38 numer tych beżowych butów, wyglądają na dość wygodne?
Z radia sączyły się jakieś stare szlagiery.

Tryptyk

Hmmm, autorka znowu przysłała tylko wiersze, a przecież Czytelnicy czekają też na kolejny odcinek Sąsiadów. No ale trudno, jest jak jest…

Teresa Rudolf

Wiara

Wiara,
że dosięgnie cię
wymodlona pomoc,
gdy wznosisz oczy
ku niebu.

Wiara
w sprawiedliwość,
dosięgnie ona złoczyńcę,
zaistnieje, bo tak się
należy.

Wiara
w uporządkowany
świat, taki, jak sam siebie
chciałbyś widzieć, ty ślepy
i bezradny.

A  ty ciągle nie wiesz,
co w życiu masz robić?

Wiara
we wszystko,
czego nie rozumiesz,
bez tłumaczenia,
w wielkim zaufaniu.

Wiara
w Boga Jedynego,
lepszego od innych,
widzącego ciebie akurat
wśród miliona mrówek.

Wiara,
że ci się uda wejść
z twoim Bogiem w układ
przeciw innym bogom,
bo jesteś wybrany.

Wiara,
że bez ciebie
wszystko się ułoży,
kiedy tylko wzniesiesz
modlitwę ku niebu.

Wiara,
łaska dla niektórych,
ofiara dla innych,
wymówka dla jednych,
lenistwo dla drugich.

Wiara,
wiele różnych twarzy,
języków babilońskich,
mnóstwo tysięcy narodów,
nadziei i cierpienia.

Wiara,
że zanim ja,
zrobisz to Ty mój Boże,
bo jesteś w stanie
ciągle za mnie umierać.

A Bóg może tobą zmęczony,
do ciebie wykrzyczy:

Nie odwalę
za ciebie roboty
bycia czlowiekiem, ty i ty,
wytężaj swój mózg i serce
i czasem podziękuj…

Nadzieja

Pięciolistna koniczynka
baobab wielki w sercu,
wyrywany przez niektórych,
podlewany przez nas.

Nadzieja, nadzieja,
“nie imię to dziewczyny”,
zielona dziś od wiosny,
wyśpiewanej ptakami.

Nadzieja, nadzieja,
kabała rozkładana losem,
czytana przez Cygankę,
nie żal ani grosza.

Nadzieja, nadzieja,
w kabale zawsze widać,
kto winien, na pewno nie ja,
a linia życia jest długa.

Nadzieja, nadzieja,
sen długi i przepiękny
obłędny taniec przeciw
naszemu… lękowi.

Miłość

Miłość,
tuląca swe
dziecko bezradne,
parasol nad wszystkim.

Milość,
wierzba płacząca
nad rzeką, gdy odeszło
już nasze zwierzątko.

Miłość
wielce niedoskonała,
raz szczęście, a raz gorycz,
raz pieklo, a raz niebo.

Miłość,
trzymanie
za ręce, pocałunki,
wstydliwa intymność.

Miłość,
pierwsze rany,
w potyczkach
nienawiści z miłością.

Miłość,
tak łatwo
wypowiadane słowo,
choć tak często obce.

Miłość,
dobrze, że jest,
dobrze, że tak różna
czuję, że jestem.