Pokolenie Solidarności (9)

Ewa Maria Slaska

Eli

Marzec (1968)

5 stycznia 1968 roku nastąpił przewrót w Czechosłowacji – na czele partii stanął Alexander Dubček. Nikt nie był w stanie przewidzieć, że był to początek poważnej próby zreformowania systemu, który z założenia był przecież niereformowalny. Niebawem działanie takie nader trafnie określono jako próbę stworzenia komunizmu z ludzkim obliczem.

Zimą 1967 roku wszedł na ekrany wyczekiwany od ponad dwóch lat film Beatlesów Help, który w Polsce nosił tytuł Na pomoc!

17 grudnia 1967 roku w Teatrze Narodowym w Warszawie odbyła się legendarna dziś premiera Dziadów w reżyserii Kazimierza Dejmka. W roli Gustawa-Konrada wystąpił Gustaw Holoubek. Zagrali też Kazimierz Wichniarz, Damian Damięcki, Lech Ordon, Jan Kobuszewski i Igor Śmiałowski. Wystawienie spotkało się z ostrą krytyką ze strony partii, która określiła je jako “antyradzieckie i religianckie”. Niemal natychmiast zaczęto wprowadzać restrykcje. Najpierw wolno było wystawiać Dziady tylko raz w tygodniu i ograniczono udział młodzieży szkolnej, potem spektakl zawieszono, aż wreszcie zdjęto z afisza. Ostatni raz zagrano Dziady 30 stycznia 1968 roku. Po przedstawieniu grupa około trzystu studentów zorganizowała demonstrację i z transparentem „Żądamy dalszych przedstawień” ruszyła pod pomnik Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu.

Milicja przepędziła demonstrantów pałkami i zatrzymała około 35 osób. Za poinformowanie o zajściach francuskich dziennikarzy Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego skreśliło z listy studentów Uniwersytetu Warszawskiego Adama Michnika i Henryka Szlajfera.

Ciekawe, że w roku, gdy to piszę, 19 listopada 2021 roku, ponad 50 lat po tamtym przedstawieniu, w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie znowu wystawiono Dziady. Reżyserka, Maria Kleczewska, zaprosiła na pogański obrządek na scenie wszelkiej maści nacjonalistów, którzy w Polsce coraz bardziej się panoszą i otrzymują wsparcie ze strony rządu i kleru. W nowym wystawieniu Konrad stał się Konradą i ewidentnie reprezentował(a) Strajk Kobiet, a szerzej – polski protest obywatelski. Na zasadzie uderz w stół, nożyce się odezwą, władze zareagowały i… odradziły publiczności, a zwłaszcza młodzieży szkolnej uczęszczanie na Dziady do teatru.

Ten Mickiewicz, no no…

Dziady anno domini 2021 będą przedstawieniem o Polsce, napisali twórcy spektaklu. Ten arcypolski dramat opowiada o naszej nieuświadomionej retrotopii, o nieumarłej przeszłości i jej nieumarłych upiorach. Społeczność krwawego obrzędu i konformistyczny salon to dwie twarze Polski. Dziś dwie Polski to nasza codzienność – dwa walczące przeciw sobie narody. Poeci stają pomiędzy walczącymi w bratobójczej walce stronami. Są samotni. Żadna ze stron nie potrzebuje Poetów. Jak w upiornym śnie, śnimy wciąż tę samą historię, przez co przegrywamy jako Ludzie. Polska konserwatywna chce zawłaszczyć Poetów. Zamknąć im usta. Chce związać im ciała, zabić ich Miłość. Chce zawłaszczyć narodową historię, napisać ją na nowo. Chce napisać historię sielską, bohaterską i niewinną. Można się udusić od tej niewinności. Polska salonu, konformistyczna, bez idei na przyszłość, chce jedynie dostatku i spokoju. Ten powtarzalny dramat zdaje się nie mieć końca. Dziś widać go wyraźnie. Jesteśmy nim oślepieni. Nie widząc rozwiązania. Głos Poety zabrzmi w tym świecie dobitnie i tragicznie. Z Bogiem lub choćby mimo Boga.

To było oczywiste wyzwanie. I oczywiste przywołanie duchów sprzed ponad pół wieku. Polska wstrzymała oddech, czekając na to, co się zdarzy, bo przecież wiemy, przecież wiemy bardzo dobrze, że wszystko zdarza się co najmniej dwa razy.

29 lutego 1968 roku, miesiąc po zdjęciu Dziadów, Związek Literatów Polskich uchwalił rezolucję, domagającą się przywrócenia swobód twórczych i zniesienia cenzury. W trakcie debaty Kisiel, czyli Stefan Kisielewski, prozaik, kompozytor, cięty publicysta użył sformułowania „dyktatura ciemniaków”, za co wkrótce, 11 marca, pobili go „nieznani sprawcy”. Kisiel zasłynął też innym trafnym stwierdzeniem – wiadomo, że jesteśmy w dupie, najgorsze jest jednak to, że zaczęliśmy się w niej urządzać.

8 marca 1968 roku studenci zapowiedzieli wiec w obronie usuniętych z uczelni Michnika i Szlajfera. Zanim do tego doszło władze aresztowały prewencyjnie Szlajfera, a także Seweryna Blumsztajna, Karola Modzelewskiego, Janka Lityńskiego i Jacka Kuronia.

Ileż to nazwisk opozycyjnych zgromadziło się w opisie wypadków zwanych marcowymi. Nie będę pisać o każdym z nich z osobna, bo to by rozsadziło ramy tej opowieści, poproszę więc czytelników, żeby mi uwierzyli lub sami sobie sprawdzili w sieci, jak dalece dzięki nim i ludziom takim jako oni, w tym również dzięki Stefanowi, Marzec stał się zalążkiem naszego rozumienia wolności. Po latach Stefan zabierze ze sobą do Stanów to wypracowane na dziedzińcach uniwersytetów, bite pałkami i zalewane strumieniami wody z armatek wodnych, poczucie, że wolność to prawo życia dla wolnych ludzi w wolnym kraju.

Studentów, którzy zgromadzili się na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, brutalnie rozpędziły oddziały milicji, ORMO i grupy tak zwanego aktywu robotniczego, które wdarły się na teren Uniwersytetu. Wywołało to na innych uczelniach falę protestów, które jednak po kilu dniach wygasły. „Zdrowy trzon społeczeństwa” dawał im odpór na masówkach organizowanych w zakładach pracy, potępiając tzw. „bananową młodzież”.

Wtedy właśnie w protest studentów warszawskich, protest, który wpisał się w światowy nurt buntów na wyższych uczelniach Europy i Stanów Zjednoczonych, wplotły się elementy antysemickie. Nagle elementem życia politycznego PRL-u stała nagonka antyżydowska. „Cały naród” wiecował, a na wiecach pojawiły się hasła „Studenci do nauki”, „Pisarze do pióra” i „Syjoniści do Syjonu”. Był to odgórnie sterowany przekaz, zgodny z intencjami Gomułki, który zapoczątkował najpierw usuwanie Żydów z ważnych stanowisk partyjnych, a w konsekwencji również z instytucji państwowych, a potem ich masowy exodus. Wielu Polaków dopiero podczas czystek pomarcowych dowiedziało się, że są Żydami, czyli pochodzą z rodzin żydowskich. Przez poprzednie ćwierć wieku polscy Żydzi wprawdzie niechętnie się ujawniali i najczęściej zachowali po wojnie fałszywe dokumenty, jakich używali podczas okupacji, ale żyli w miarę spokojnie i nie byli prześladowani. Dlatego ich urodzone po wojnie dzieci mogły w ogóle nie wiedzieć, że mają żydowskie pochodzenie. Zdarzenia takie jak pogrom kielecki (4 lipca 1946) były raczej odosobnione. Rok 1968 był natomiast świadomie zorganizowaną nagonką, która tak naprawdę miała przede wszystkim służyć czystkom partyjnym. W PZPR starły się ze sobą dwie grupy, jedna umiarkowanie reformatorska i druga, potocznie zwana betonem, nacjonalistyczna i antyliberalna. Beton wygrał, a przy okazji Polska zaprezentowała światu wykrzywioną grymasem nienawiści gębę antysemity. Owoce tego zbieramy po dziś dzień, tak w Polsce, jak i na świecie.
Do końca 1969 roku z Polski wyrzucono, wygnano, wypędzono, pozbawiono ojczyzny (słowa były różne, ale wszystkie sięgały głęboko w przeszłość) 13 tysięcy Żydów.

Wtedy też mama Stefana i Marka powiedziała im, że jest Żydówką, co według przepisów halachy, czyli prawa żydowskiego, oznacza, że i oni obaj są Żydami.

– Mówię wam to z dwóch powodów, powiedziała. Po pierwsze, nie wiadomo i nic się nie da przewidzieć, ale może się zdarzyć, że ktoś to „odkryje”, zadenuncjuje nas, stracę pracę, możliwe, że tata też, może się też okazać, że „nie jesteście godni” i zostaniecie wyrzuceni ze studiów. Możliwe, że będziemy musieli wyjechać. To wszystko wcale nie musi nastąpić, ale jednak powinniście być na to przygotowani. Bardzo mi przykro i przepraszam.
– Bzdura, powiedział Marek, dlaczego ma ci być przykro i dlaczego przepraszasz?
– A drugi powód?, zapytał Stefan.
– A drugi jest odwrotnością pierwszego, powiedziała mama. Bo może chcielibyście skorzystać z okazji i wyjechać. Nie mówię tego chętnie i wszystko nam się bardzo pokomplikuje, jeśli będziecie chcieli, ale nie mogę odbierać wam takiej możliwości. Jesteśmy Żydami, czy nam się to podoba, czy nie, i niestety w każdym kraju może przyjść dla Żydów taka chwila, że będą musieli za to zapłacić. Ale być może akurat w tym wypadku okaże się to nawet korzystne.
– Zastanowię się, powiedział Marek, a Stefan wiedział, że Marek musi się naradzić ze swoją dziewczyną.

Wyciągnął się na krześle, jego długie nogi w błękitnych dżinsach (tym razem nie była to jego własna produkcja, lecz porządna para spodni, przywieziona przez ojca z Genewy), sięgnęły niemal do połowy pokoju. Ziewnął.

– Mnie to nie interesuje, powiedział. Bardzo mi się dobrze studiuje. Studenci na studia, a syjamiści do Syjamu.
– Syjonu, synu, poprawiła mama. Nie Syjamu.
– Haha, powiedział Stefan, przecież wiem. Podobno były takie transparenty na jakichś masówkach robotniczych. Coś się komuś pomieszało.
– To z tym nosorożcem w muzeum, zapytał Marek po dłuższej chwili milczenia, ty się tam ukrywałaś?
– Tak, ale nie tak jak myślisz. Nie przesiedziałam pięciu lat skulona w piwnicy. Po prostu wyjechałam z Warszawy, w Krakowie nikt nie wiedział, że jestem Żydówką, zmieniłam nazwisko, zataiłam, że mam studia i zatrudniono mnie w muzeum jako strażniczkę, czyli kobietę pilnującą sal wystawowych. Dostałam pokój, rzeczywiście w piwnicy, uśmiechnęła się mama, ale to nie była piwnica na kartofle, ale normalny pokój służbowy z małą łazienką, w której stał stolik z kuchennym palnikiem spirytusowym. Dało się ugotować wodę. Całkiem miłe mieszkanko.
– Na jakie nazwisko?, zapytał Stefan.
– Co? Pokój?
– No, nie, jak się wtedy nazywałaś?
– No tak jak potem, aż do ślubu z tatą, Damięcka.
– Czyli to jest tak naprawdę twoje zmienione nazwisko?
– Tak. Myśmy się nazywali Folbrodt.

Marek podszedł do mamy, zaczesał jej włosy do tyłu i uważnie ją obejrzał. Studiował archeologię i miał za sobą zajęcia z antropologii.

– No, ale nie masz tego żydowskiego nosa ani żydowskich uszu.
– Och, synu, westchnęła mama. My jesteśmy aszkenazi, mamy jasną cerę, ciemnoblond włosy i niebieskie albo zielone oczy. I nie musimy mieć żydowskiego nosa, a co do uszu, to już w ogóle to jest jakaś paranoja – podobno żydowskie nosy sięgają niżej niż uszy, a to chyba jest dość rzadkie.
– Mhm, powiedział Marek. Aszkenazi. Pewnie głównie tacy jak wy mogli podczas wojny uciec śmierci spod łopaty. Przetrwaliście, bo nie wyglądaliście jak Żydzi.
– Wy też nie wyglądacie.
– Ha, powiedział Stefan, ale my i tak obaj jesteśmy podobni do taty.

I to była prawda, obaj byli wysocy, barczyści, bardzo w stylu polsko-szlacheckim, mogliby grać Kmicica, gdyby włożyli kontusze i zapuścili sumiaste wąsy, które by mogli podkręcać.

– Nie bałaś się, że ktoś po wojnie odkryje, że masz sfałszowane papiery?, spytał Marek.
– One tak naprawdę nie były sfałszowane. Alina Damięcka zginęła z rodzicami i siostrą podczas kampanii wrześniowej. Podziemie zbierało dokumenty zabitych, zwłaszcza tych, którzy zginęli podczas ucieczki, czyli nie wiadomo było kim są i skąd uciekają.
– I dlaczego akurat ty je dostałaś?
– Bo, powiedziała mama i zamilkła. Bo… Tak się złożyło. Bo mój tata był człowiekiem, który świetnie podrabiał dokumenty. Te cztery polskie dowody osobiste to było jego honorarium.
– To masz też inną datę urodzenia, powiedział Marek.
– To też, jestem naprawdę trochę starsza, ale niewiele, dwa lata i dwa miesiące.
– To kim byli dziadek i babcia Damięccy?
– Waszymi prawdziwymi dziadkami.
– I Karusia też jest twoją prawdziwą ciocią, tak?
– Tak.
– A wtedy już było podziemie? spytał Stefan.
– Tak, zawsze, w każdym kraju dręczonym przez historię, są ludzie, którzy od pierwszej minuty wojny wiedzą, co trzeba robić i jak budować konspirację. W czasie każdej wojny się to robi i zawsze są ci, co od razu wiedzą i robią to, co trzeba.

Po tygodniu Marek powiedział im, że przemyślał sprawę i zadecydował, że nie chce teraz jeszcze wyjeżdżać. Bo właściwie to nawet chętnie, ale chciałby skończyć studia i może też zrobić doktorat. I chyba nie musi niczego poganiać, bo przecież jest archeologiem, a każdy archeolog prędzej czy później wyjedzie na jakieś wykopaliska.

Ciekawe, że potem życie ułożyło się na odwrót. Marek, który rozmyślał o wyjeździe, został, a Stefan, który wyjeżdżać nie chciał – wyjechał.

Ponieważ zatem sami nie podjęli decyzji o wyjeździe, a nikt ich nie „odkrył”, to nie wyjechali, ale naokoło mnóstwo znajomych szykowało się do wyjazdu albo już pojechało.

Stefan studiował matematykę w Warszawie i bardziej zdziwiony niż wstrząśnięty odprowadzał kolejnych znajomych na dworzec. Odjeżdżali z Dworca Gdańskiego wieczornym pociągiem do Wiednia. W wolnej już Posce, w roku 1998, na ścianie dworca umieszczono tablicę ze zdaniem polsko-żydowskiego pisarza, Henryka Grynberga: „tu więcej zostawili po sobie niż mieli”. Dziwne zdanie, paradoksalne. Nigdy się nad nim specjalnie nie zastanawiałam, wiedziałam – to tablica o tych, co wyjechali. Wyjechali, zabierając mało rzeczy, wiadomo, emigracja. Dopiero teraz, pisząc to, co piszę, naprawdę widzę to zdanie, jego sens i rozpacz, jaka z niego przebija.

Ilekroć myślę o wypadkach marcowych, nieuchronnie przypomina mi się historia o Arnoldzie Słuckim, poecie żydowskim, być może gdzieś cytowana, ale nie wiem, bo może to tylko jedna z legend założycielskich.

Józef Prutkowski, pisarz, pędzi, żeby pożegnać Słuckiego, wbiega na schody Dworca Gdańskiego. Jest spóźniony, biegnie i w biegu woła do kogoś, “z którego peronu odchodzi pociąg do Auschwitz?”

W Warszawie poeta nie był specjalnie lubiany czy szanowany. Słynny polski futurysta, Aleksander Wat (też Żyd i pisarz), miał o nim mówić “ten poeta chasyd”, a Antoni Słonimski (jak wyżej) – „Słucki, Żyd stepowy”. Nazywał się Aron Kreiner, dopiero podczas wojny przyjął polskie imię i nazwisko. Nota bene Wat i Słonimski to też nie były żydowskie nazwiska rodowe, choć zostały zmienione w różnych czasach. Wat nazywał się po ojcu Chwat, natomiast Słonimscy już od trzech pokoleń nosili polskie nazwisko, a pradziadek nazywał się Stern.
Słucki, od wczesnej młodości zapamiętale lewicowy, siłą rzeczy uważany był za poetę partyjnego, ale w roku 1966 roku podpisał list protestacyjny przeciw wyrzuceniu filozofa i pisarza, Leszka Kołakowskiego z partii, a w lutym 1968 kolejny list protestacyjny, tym razem w opisanej już tu sprawie zdjęcia Dziadów z repertuaru. Jak wszyscy świadomi Żydzi polscy tragicznie przeżył wypadki marcowe. Wyjechał we wrześniu 1968 roku. Pojechał do Izraela, jednak już w roku 1970 wrócił do Europy – do Niemiec Zachodnich, a dokładniej – do Bonn i Berlina. Był ciężko chory (“serce, płuca”, napisze w jednym z listów) i tak naprawdę większość czasu spędzał w sanatoriach. Krótko przed śmiercią w liście do przyjaciela, poety Jerzego Ficowskiego napisał: (…) niewiele zmieniłem się, przybyło mi tylko (jak wszystkim jeszcze żyjącym) parę lat i dużo rozczarowań. Z nich się przecież lepi to ciasto, które innym rośnie na pośmiertne podziwy. Żył w skrajnej nędzy. Zmarł 15 listopada 1972 roku w Berlinie. Pochowano go na cmentarzu Ruhleben.

Zawsze mi się serce ściska, jak myślę o Słuckim. O tym młodym poecie na pograniczu polskości i żydostwa, o tym człowieku, który przeżył wojnę, a komunizm, który miał mu być wiarą, nadzieją i miłością, okazał się reżimem i wrogiem, o tym mężczyźnie wyjeżdżającym do Wiednia jak do Auschwitz, i wreszcie o chorym i cierpiącym biedę poecie polskim w Berlinie. I tyle zostaje – napis na berlińskim grobie: poeta polski.

Viktoria Korb była w roku 1968 studentką ekonomii. Też mieszkała w Berlinie. Napisała powieść Ni pies, ni wydra, zbeletryzowany pamiętnik o tamtych czasach, ale nie jest to książka śmiertelnie poważna, jak zazwyczaj pisze się o wielkich wypadkach historycznych. Korb pokazuje euforię, tak typową dla wspólnych działań „rewolucyjnych” i opisuje imprezowe życie studenckie, którym wstrząsnął terror bezpieki. Studenci zostali nagle skonfrontowani z „prawdziwym życiem”. Ponieważ donosiciele nie próżnowali, władze miały dość dobry wgląd w to, kto wspierał rozruchy marcowe i w to, kto jest pochodzenia żydowskiego. Wzywano ich na przesłuchania, niektórzy wychodzili z nich obronną ręką, innych relegowano z uczelni, najbardziej niepokornych chłopców wcielano do wojska. Studentkę Korb oskarżono o wichrzycielstwo i choć sprawę umorzono, szykany doprowadziły do wyjazdu całej rodziny do Wiednia.

Niewielka grupa polskich Żydów, którzy ocaleli z Holokaustu, boleśnie przeżyła dramat wygnania z kraju. Ale jak to w komunie bywa – równolegle do szykan, usuwania Żydów ze stanowisk i przymuszania ich do wyjazdu, zaczął się proces załatwiania na lewo sfałszowanych lub kupionych “papierów żydowskich”, które przez krótki okres umożliwiały legalny wyjazd za granicę. Tak jak zawsze, zapewne nie tylko w Polsce, ale wszędzie w krajach, z których ludzie chcą wyjechać na stałe, a władza im to uniemożliwia. W Polsce Ludowej taka sytuacja zdarzyła się kilkakrotnie. Po raz pierwszy po roku 1956, kiedy obrotni obywatele PRL załatwiali sobie na lewo papiery, że są Niemcami. Potem właśnie po Marcu 1968 roku i wreszcie po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Komuna próbowała się pozbyć opozycjonistów, ale jednocześnie wyjeżdżali ci, którzy albo zorganizowali sobie sfałszowane papiery opozycyjne, albo wręcz podejmowali jakąś działalność, celowo wystawiając się na demaskację, po to by wyjechać.

Do tego jeszcze w pewnym momencie Komuna, żeby zdeprecjonować wiarygodność opozycjonistów-emigrantów, wysłała na Zachód sporo drobnych złodziejaszków. Zwykle mieli oni do odsiadki jakieś nieduże wyroki – wyjeżdżali zaopatrywani przez ubecję w zaświadczenia o odsiadce w więzieniu, co ułatwiało uzyskanie azylu politycznego w Niemczech.

Nie był to jednak koniec historycznych wydarzeń w Polsce w roku 1968, bo w nocy 21 sierpnia wojska Układu Warszawskiego, w tym również wojsko polskie, weszły do Czechosłowacji, żeby stłumić tę z góry przegraną wschodnioeuropejską walkę o socjalizm z ludzkim obliczem. Czesi straszliwie przeżyli stłumienie Praskiej Wiosny przez bratnie wojska i też nam to do dziś pamiętają.

Było jeszcze jedno zdarzenie polityczne, którego jednak nikt właściwie nie pamięta. 8 września, podczas uroczystości dożynkowych na Stadionie Dziesięciolecia, Ryszard Siwiec dokonał samospalenia w proteście przeciwko inwazji na Czechosłowację. Ten heroiczny gest zawisł w próżni, a to dlatego, że wiadomość nie przedostała się do opinii publicznej. Było to dziwne, bo na stadionie było wtedy sto tysięcy ludzi. I te sto tysięcy ludzi milczało.

Ale sprawa Siwca nie zniknęła bez śladu. Dziesięć lat później niepokorny pisarz, Tadusz Konwicki, opublikował w podziemnym wydawnictwie Niezależna Oficyna Wydawnicza legendarną książkę, zatytułowaną Mała Apokalipsa. Była to najważniejsza książka opublikowana w PRL-u w drugim obiegu, czyli w podziemiu. Była zaciekle konfiskowana przez bezpiekę i stała się wielkim bestsellerem czytelniczym Wolnej Polski. Kiedy ukazało się pierwsze oficjalne wydanie Apokalipsy, na jednej ze stołecznych ulic sprzedawano ją wprost z ciężarówki. W ciągu jednego dnia warszawiacy kupili pięć tysięcy egzemplarzy, napisał Maciej Hen w książce Beatlesi w Polsce.

Bohater jest starszym już panem, pisarzem. Ongiś był przedstawicielem socrealizmu, ale te czasy minęły, usunął się, nie interesuje go polityka. Jednak w obliczu aktualnych zdarzeń historycznych – Polska Ludowa właśnie została włączona do Sowietów – jest sympatykiem opozycji, choć trzyma się dość daleko od aktywnych działań. Tym niemniej to właśnie on otrzymuje propozycję popełnienia samobójstwa przez samospalenie w proteście przeciwko aneksji. Tak to ten pozornie nadaremny czyn Siwca okazał się nie nadaremny, stając się materiałem pisarskim, tworzącym legendę. Apokalipsa stała się częścią ważnego mitu Wolnej Polski, mitu w którym wszyscy byliśmy opozycjonistami. Nie był to mit nowy, był naturalnym przedłużeniem peerelowskiej narracji, o tym że wszyscy walczyliśmy z okupantem i jeszcze starszej – o tym, że każdy Polak czynnie stawiał opór zaborcy. Nieomal na marginesie mit ten utwierdzał nas też w poczuciu, że wszyscy jesteśmy potomkami szlachty.

Dlatego taki dziwny i bolesny jest dla Polaków ich nowy wizerunek. Nagle ci światli rewolucjoniści szlacheccy dowiedzieli się, że pochodzą od niewykształconych chłopskich ksenofobów i antysemitów, że wiodą ród z ciemnej masy chłopstwa, potomków niewolników, pańszczyźnianych chłopów, ciemiężonych przez okrutnego pana.

Ponieważ historia się powtarza, powtórzyło się też nadaremne samospalenie. 19 października 2017 roku w Warszawie przed Pałacem Kultury chemik Piotr Szczęsny dokonał aktu demonstracyjnego samopodpalenia się w proteście przeciwko polityce Prawa i Sprawiedliwości, przeciwko rasizmowi, seksizmowi i homofobii naszego współczesnego życia społecznego.


Wiele informacji zawartych w tym rozdziale zawdzięczam wspomnieniom Wiktorii Korb, książce Macieja Hena i wpisom Zbigniewa Milewicza. Wszystkim autorom bardzo dziękuję.

9-Euro-Ticket (4)

Ewa Maria Slaska

Minął miesiąc od wprowadzenia biletu za 9 euro w niemieckiej komunikacji lokalnej i regionalnej. Jak dotąd, tak mi się przynajmniej wydaje, ocena tej innowacji jest raczej pozytywna. Nie spełniły się najczarniejsze wizje z mediów społecznościowych, zapowiadających tłumy w pociągach i autobusach. Podobno jeden z systemów badających natężenie ruchu kołowego na drogach w Niemczech odnotował spadek ilości samochodów o ok. jedną trzecią. Podobno wszyscy Polacy, którzy skomentowali tę wzmiankę, jednomyślnie wydali opinię, że to nieprawda. Podobno ktoś rozważał wprowadzenie jeszcze tańszych biletów, tzw. biletów za jedno euro. Podobno…

“Klimatyczna podróż”

W ostatni piątek, 1 lipca, pojechaliśmy z Konradem do Szczecina, ponieważ Konrad musiał przedłużyć ważność tzw. EKUZ, czyli międzynarodowej karty ubezpieczenia zdrowotnego. Trzeba to było robić w piątek, bo w poniedziałek trzeba ją było przedłożyć u lekarza.

Najpierw jednak chcieliśmy odebrać “leki z apteki”. Mieliśmy przyjść o 9.30, pociąg odjeżdżał o 11.30. Masa czasu. Byliśmy w aptece już o 9.15. Leków nie było. Nie szkodzi, powiedzieliśmy, poczekamy. Usiedliśmy i zaczęliśmy czekać. I czekać. I czekać. Wetknęliśmy nosy w komórki. O 9.45 dostaliśmy po kubeczku wody. O 10.00 aptekarz powiedział, że nie wie, co się dzieje. O 10.05 jego koleżanka powiedziała, że zadzwonią. O 10.15 dowiedzieliśmy się, że są korki i transport stoi. O 10.20 okazało się, że jest strajk klimatyczny i dlatego są korki, i transport stoi. O 10.25 dowiedzieliśmy się, że to potrwa, nie wiadomo jak długo. O 10.30 radosny pan transporter pogwizdując wszedł do apteki. O 10.40 dostaliśmy leki, pociąg nadal jednak odjeżdżał o 11.30. I czasu nie było już w ogóle. A musieliśmy jechać TYM pociągiem, bo urząd urzęduje w piątki tylko do 16.

Zdążyliśmy na pociąg, zdążyliśmy nawet kupić kawę w papierowych kubeczkach oraz kanapkę na tekturce i w torebce. Od rana zdążyliśmy więc nie tylko na pociąg, ale i popełnić sześć grzechów ekologicznych.

Do Szczecina dojechaliśmy dwoma pociągami z przesiadką w Angermünde. W obu pociągach było OK, może nie było luzu, ale każdy miał miejsce. Pociągi dojechały na czas, i na przesiadkę, i do Szczecina.

W Szczecinie byliśmy o 14, urząd urzęduje do 16. Masa czasu. Autobus sprzed dworca nie odjeżdża, bo jest remont. Mamy iść na Plac Tobrucki i na Niemcewicza przesiąść się na tramwaj. Plac jest wielki, na szczęście widzimy, jak nasz autobus podjeżdża i ucieka nam sprzed nosa. Stąd wiemy, gdzie jest przystanek. Siadamy i czekamy. Jest godzina 14.20. Przyjeżdża komunikacja zastępcza. Kierowca nie sprzedaje biletów. Na następnym przystanku wysiadamy (jest 14.30) i idziemy przed siebie, szukając kiosku. Znajdujemy, kupujemy, przyjeżdża komunikacja zastępcza. Wsiadamy, jedziemy, kasowniki biletowe nie działają, nie ma informacji o nazwach przystanków. Jakaś pani mówi innej pani, że trzeba wysiąść na placu Rodła i przesiąść się na tramwaj. Geniusz na nas spływa i pytamy, czy pani sądzi, że my też mamy wysiąść. Tak, mamy. Musimy iść na tramwaj, który jest… tam.

Jest godzina 14.40. Wysiadamy i dokładnie w tym momencie zaczyna się oberwanie chmury. Zrywa się wicher, walą pioruny. Mamy parasol, ale to przyjemna fikcja. W ciągu sekundy jesteśmy mokrzy do głębi wszystkich siedmiu warstw skóry. O koszulkach, butach, majtkach, sukience w ogóle nie warto wspominać. Chronimy się w salonie piękności. Woda leje się z nas strumieniami. Uber nie działa. Bolt nie działa. Telefon do zamawiania taksówek nie działa. Musimy iść na komunikację miejską. Dobiegamy do dworca autobusowego, ale żaden z autobusów nie jedzie tam, dokąd my chcemy jechać. Chłopak z czynną komórką mówi nam, że o 14:56 mamy tramwaj. Musimy biec na tramwaj, który jest… tam. Pędzimy, chowając się pod parasolem. Po co? Bo nie mamy czasu na myślenie. Znajdujemy przystanek. Jest 14.55. To przystanek w przeciwnym kierunku. Nasz jest… tam. Pędzimy tam i oto nagle jest puściutki przystanek. Jest godzina 15.00. Wciąż leje, ale przecież człowiek kompletnie przemoczony nie może już bardziej przemoknąć. Przychodzi starsza pani, mówimy jej, że wg rozkładu jazdy tramwaj przyjedzie za 6 minut, a ona macha ręką i mówi, ach, one i tak jeżdżą jak same chcą. Stoimy chwilę i oto nagle o 15.03 przyjeżdża tramwaj. Czy to ten poprzedni, który się spóźnił, czy następny o kilka minut za wcześnie? Jedziemy. Jest 15.20, gdy dojeżdżamy na nasz przystanek. Leje, chlusta wiadrami wody, wicher wieje, pioruny walą, po ulicy szerokiej jak rzeka płynie rzeka. Musimy przejść sto metrów. Uprzejma komórka informuje nas, że zajmie nam to minutę. Idziemy pod wiatr, pokonując metr mokrej przestrzeni na minutę.

https://szczecin.naszemiasto.pl/ulewa-w-szczecinie-i-regionie-powtorka-w-powodzi-40-lecia/ga/c1-8891963/zd/73176199

O 15.30 wpadamy do urzędu. Woda leje się z nas strumieniami i spływa po schodach do piwnicy. Przemiła szczuplutka starsza pani recepcjonistka, podaje nam ręczniki papierowe do wytarcia się. O 15.35 Konrad mokry jak pstrąg w strumieniu górskim wypełnia podanie, o 15.36 podchodzi do okienka z mokrym świstkiem, o 15.37 dostaje potrzebny dokument.

Teraz już tylko tramwaj w drugą stronę. Deszcz prawie ustał. Jedziemy na słynny szczeciński Manhattan. Sklep z bielizną, sklep z ciuchami, lumpex, restauracja, sikalnia, autobus, znowu nie mamy biletów, ale jest po 18, można kupić bilety u kierowcy. O 18.30 jesteśmy na dworcu, zamawiamy pasztecik szczeciński (bo jak by to było, być w Szczecinie po raz pierwszy i nie zjeść pasztecika!?). Pociąg o 19.01 do Pasewalku ma spóźnienie (no, bo oberwanie chmury i katastrofa jak ulewa stulecia przed 40 laty), czy więc zdążymy na przesiadkę, bo mamy tam tylko 4 minuty? Konduktor każe nam wsiadać i mówi, że jakoś sobie poradzimy i nie jesteśmy sami.

Zdążyliśmy.

Byliśmy 13 godzin w podróży, po to, by w ciągu 2 minut załatwić sprawę w urzędzie.

Fantastyczna klimatyczna podróż za 9 euro!

Zdjęcie: Konrad Kozaczek

Pokolenie Solidarności (8)

Ewa Maria Slaska

Eli

Stonsi” (1967)

Bunt niewolników Stalina zaczął się już w czerwcu roku 1953 w NRD, ale został tak szybko i tak krwawo stłumiony przez stacjonującą w Berlinie Wschodnim Armię Sowiecką, że przez prawie 40 lat Niemcom zza Żelaznej Kurtyny trudno było wręcz oddychać. Do pozostałych krajów Bloku wieść o buncie w ogóle nie dotarła.

W Polsce i na Węgrzech rewolta zaczęła się dopiero trzy lata później, w 1956 roku w Poznaniu, Warszawie i Budapeszcie. Polska rewolucja w czerwcu pociągnęła za sobą krwawe ofiary, ale jej druga fala w październiku zakończyła się zwycięstwem. Do władzy doszedł zwolniony już dwa lata wcześniej ze stalinowskiego więzienia, a teraz rehabilitowany, „towarzysz Wiesław”, czyli Władysław Gomułka. Polakom się nadzwyczajnie wręcz udało, bo w tym samym czasie, jesienią 1956 roku krwawo zostało zmiażdżone powstanie na Węgrzech. Dlaczego tak się stało, to pytanie dla historyków. Basia i Stefan byli za mali, żeby w ogóle cokolwiek wiedzieć, choć akurat przez przypadek oboje widzieli przez okno czołgi nadciągające nocą do miasta. Był październik. Stefan był w trzeciej klasie szkoły podstawowej, Basia właśnie poszła do pierwszej klasy.

Z tego przełomowego roku Stefan zapamiętał, że jego mama zaczęła wiązać włosy w koński ogon i nosić czerwoną sztruksową spódnicę, która, gdyby chłopak w ogóle chciał się nad tym zastanowić, wyglądała jak odwrócony kieliszek do wina. Do spódnicy mama wkładała czarny obcisły sweterek z łódkowatym dekoltem, a na nogach miała trumniaki, czyli powycinane tenisówki, pomalowane tuszem na czarno. Ich nazwa brała się stąd, że cokolwiek się miało na nogach jako dziewczyna w latach 50, musiało być leciutkie, płaskie i czarne, przypominać więc buciki wkładane nieboszczykom do trumny. Prawdziwe trumniaki, te do trumny, były z tektury, trzeba więc było wykazać dużą pomysłowość, żeby móc zabłysnąć na prywatce lub studniówce delikatnym czarnym pantofelkiem. Dziewczyny, które w drugiej połowie lat 70 chodziły na potańcówki, wspominają, że jeśli but był dziurawy, malowało się odpowiednie miejsca na stopie czarnym atramentem.

Stefan oczywiście nie zwróciłby na to wszystko uwagi, gdyby nie fakt, że było to tak inne od tego, jak mama wyglądała przedtem i od tego, jak nadal wyglądały ciocie, nauczycielki i sąsiadki. Rodzice i ich znajomi zaczęli słuchać głośnej muzyki i tańczyć taniec, na który właściwie w mieszkaniu nie było miejsca. Mężczyzna i kobieta trzymali się za wyciągnięte ręce i bardzo szybko nimi szarpali w przód i w tył. Gdy wieczorem zeszło się kilkoro przyjaciół rodziców i zaczynało się hałaśliwe przesuwanie mebli pod ścianę, Stefan i Marek wymykali się ze swojego pokoju (wówczas mieli jeszcze jeden wspólny pokój) i próbowali przez uchylone drzwi zobaczyć choć odrobinkę tego nieznanego świata, w którym mama, tata i inni dorośli wcale nie byli tacy sztywni i surowi, jak to się wydawało w ciągu dnia.

Idolem pokolenia ich rodziców był Neil Sedaka, sentymentalny piosenkarz, którego potem się w ogóle nie słuchało, ale w drugiej połowie lat pięćdziesiątych był po prostu objawieniem (bo w końcu rodzice byli jeszcze młodzi i też mieli prawo do artystycznych objawień i wolnościowych zachłyśnięć).

Dzięki temu, że rodzice Stefana słuchali jazzu i tańczyli „rockendrolla”, on i jego brat, następne pokolenie, mieli łatwiej niż większość kolegów, a chociaż chłopakom było ciężko walczyć o swoje prawa, ich problemy to było małe piwo w porównaniu z tym, jak trudno miały ich koleżanki. Polska wciąż jeszcze była krajem bardzo tradycyjnym i dziewczynki „trzymało się” zdecydowanie krócej niż chłopców. Sytuacja Basi była właściwie katastrofalna, bo mama Basi zaszła w ciążę zaraz po pierwszej potańcówce, kiedy po raz pierwszy miała seks z chłopakiem, brała ślub w pośpiechu i urodziła Asię, starszą siostrę Basi, zanim skończyła 16 lat, wiedziała zatem, czym pachną tańce, zabawy, szwendanie się z chłopakami i strojenie się. W życiorysie mamy nie było miejsca na wychowanie antyautorytarne, czy na Presleya, a Basia nie mogła dostać zgody na noszenie minispódniczki, rajstop i czarnego golfika. Nawet uczesanie się w gładki czarny hełm natapirowanych włosów, ze szpicami na policzkach i grzywką do brwi nie było proste, a zielono-czarny ciężki makijaż oczu Basia umiała zrobić po ciemku i bez lusterka na klatce schodowej. Tam też zdejmowała ciepłe majtki, bez których dziewczynki i dziewczyny w PRL-u nie mogły wyjść zimą z domu. Ciepłe majtki były zmorą, zmorą pokolenia dziewczyn urodzonych na przełomie lat 40. i 50. Były tak ohydne, że po prostu nie dało się ich nosić, szaroburoróżowe, szerokie, z grubego materiału, szorstkie i zawsze spadały. Zdejmowało się je na półpiętrze, zwijało w kłębek i upychało w tornistrze, co jednak było ryzykowne, bo ktoś mógłby je w szkole zobaczyć. Ale na klatce nie bardzo było gdzie je schować. W końcu Basia nauczyła się, że najlepiej pobiec prędko do piwnicy i schować je na półce z tyłu za słoikami weków, głęboko, tak żeby mama lub tata, gdyby akurat przyszli do piwnicy po wiaderko ziemniaków lub kompot na obiad, na pewno ich nie znaleźli. Na szczęście w szufladzie w kuchni było kilka kluczy do kłódki i Basia mogła sobie niepostrzeżenie przywłaszczyć jeden. W piwnicy było wstrętnie, śmierdzało gnijącymi kartoflami i sikami dzikich kotów, które dostawały się tu przez od zawsze stłuczone okienko. Nie było światła, trzeba było zapalić stojącą na parapecie świeczkę, ale nie zawsze zapałki chciały się zapalić, wtedy ukrywanie majtek było jeszcze trudniejsze, bo mogło się zdarzyć, że po omacku dotknie się ręką czegoś wstrętnego, na przykład zdechłego szczura. Wprawdzie nic takiego nigdy się nie zdarzyło, ale już sama myśl o tym przyprawiała Basię o dreszcze. Po szkole trzeba tu było wrócić, zabrać majtki i włożyć, bo mama nie była głupia i mogła sprawdzić, czy Basia ma te diabelne gacie na sobie. Jeszcze gorzej było podczas okresu. Krew się lała, a twarda lignina, której najczęściej dziewczyny używały z braku podpasek, źle ją wchłaniała. Mogła też wypaść ze zwykłych majtek, co znaczyło, że siłą rzeczy zimą w dni, kiedy miała okres, Basia musiała iść do szkoły w tych cholernych galotach. A Basia miała okres często, czasem nawet co trzy tygodnie, i trwał on zawsze długo. To, że bolał ją przy tym brzuch, było właściwie najmniejszym problemem.

Pod koniec liceum Magda, koleżanka Basi, z którą od trzech lat siedziały w jednej ławce, pokazała Basi ciepłe majtki, które jej z Zachodu przywiózł tata, pływający na statkach handlowych jako mechanik. Majtki były czarne, obcisłe, w drobne niebieskie kwiatki.

– O matko, jęknęła Basia.
– Oni tam mają wszystko, powiedziała Magda.
Magda nosiła te majtki tak, że brzeżek wystawał spod krótkiej spódniczki, żeby je pokazać! A Basia pomyślała, że kiedyś i ona tak będzie żyła, będzie miała wszystko, również takie cudowne ciepłe majtki w kwiatki.

W tych warunkach Basia jako młoda dziewczyna nie bardzo umiała sobie wyobrazić, że jej rówieśnicy na Zachodzie określają czas swojej nastoletniej młodości słowami sex, drugs and rock’n’roll. To było za mocne dla dziewczyny wyrastającej w przaśnym i pruderyjnym PRL-u. Ci młodzi ludzie na Zachodzie wiedzieli, że chcą wycisnąć z życia maksimum przyjemności i wykorzystać wszystkie okazje, jakie im się nadarzą. Okres licealny Basi i Stefana nie był tak wyrazisty jak subkultura młodzieżowa na Zachodzie. Ich młodość nazywała się raczej „wolna chata, jabol i pocztówka dźwiękowa”. Ale to nie była ich wina, taka po prostu była Polska. Wszystko się rozłaziło w szwach. W Polsce reżim tak samo tracił kontury i ostrość, jak bunt nastolatków. Gazety rozpisywały się o tym, że do Polski dotarła fala rewolucji seksualnej, że był seks przedmałżeński, pozamałżeński, a nawet niekiedy (podobno) grupowy, ale tak naprawdę w Polsce szybko brało się ślub, a pierwsze dziecko niemal zawsze było wcześniakiem.

Za czasów, kiedy oni byli w liceum, narkotyków jeszcze nie było, Basia i Stefan byli już małżeństwem i mieli dziecko, gdy w polskiej subkulturze pojawił się tak zwany kompot. Basia coś niecoś o tym wiedziała, bo jej dwaj kuzyni z Żukowa zajmowali się zarobkowo produkcją kompotu. Od nich dowiedziała się, że kompot nazywany jest polską heroiną, i że to koledzy kuzynó, , dwóch chłopaków, studenci chemii z Politechniki Gdańskiej opracowali recepturę. Był rok 1976. Wymyślili metodę na zdobycie taniego i skutecznego narkotyku, takiego, który w prosty sposób dało się zrobić samemu w domu. Wystarczyło mieć słomę makową, butlę octu, amoniak, sól kuchenną i kilka innych, ogólnie dostępnych odczynników chemicznych. Kompot składał się z alkaloidów opium, a produkowany domowym sposobem był bardzo zanieczyszczony. Była to gorzka, brązowa ciecz o ciężkim, słodkim zapachu. Produkcja wymagała niewielkiego nakładu pracy. Kompot był tani i łatwy do dostania.

Twórcy kompotu byli bardzo zdolni i świetnie się zapowiadali jako chemicy. Chcieli zostać wybitnymi naukowcami, a przeszli do historii jako anonimowi twórcy kompotu. Ich odkrycie zapoczątkowało olbrzymi wzrost liczby osób uzależnionych od narkotyków, najpierw w Polsce, a potem w całym Bloku Wschodnim.

Kompot wstrzykiwało się do żył. Basia zawsze myślała, że ci, co to robią, muszą być zdrowo rąbnięci. Jak można wstrzykiwać sobie takie brudne świństwo. Miała rację, obaj jej kuzyni, jeden pod drugim w przeciągu czterech lat umarli i choć oczywiście przyczyną był kompot, umarli nie z przedawkowania opiatów, tylko przez ogólne rozległe zakażenie krwi w organizmie, czyli sepsę.

Chyba wtedy Basia po raz pierwszy pomyślała, że każdy umiera tak jak żyje.

Dopiero w latach 90 kompot został w Polsce wyparty przez heroinę, która była czystsza, ale czy lepsza?

Na Zachodzie po narkotykach muzycy dopuszczali się ekscesów, w Polsce narkotyków było mało, ekscesy głównie polegały na tym, że ktoś się upił i coś się potłukło. Nadmiar energii młodych ludzi wyładowywał się w działalności opozycyjnej. I choć Zachód i Wschód jednakowo żył muzyką, to jednak po obu stronach granicy “pomiędzy” wszystko było inne. Gdy „Stonsi” głosili pochwałę seksu i narkotyków, Karin Stanek, która oczywiście była cudowna, śpiewała o dżinsach-spodniach i jeżdżeniu autostopem, Helena Majdaniec o rudym rydzu, a Kasia Sobczyk o tym, że biedroneczki są w kropeczki.

12 listopada 1965 roku w Hali Stoczni Gdańskiej wystąpił zespół The Animals. To była najwspanialsza grupa światowej muzyki młodzieżowej, jaka za czasów Komuny wystąpiła w Gdańsku. Jeszcze wiele lat później mówiło się w Gdańsku, że koncert „Animalsów” przygotował tych, którzy w roku 1968 jako studenci protestowali na Politechnice Gdańskiej, co niemal obowiązkowo oznaczało również, że byli po kolejnych 12 latach aktywnymi uczestnikami strajków na Stoczni Gdańskiej imienia Lenina w Sierpniu 1980 roku.

Tak jak w Chinach w roku 1981 pięć koncertów Jeana Michela Jarre’a przygotowało Chińczyków do nowych reguł politycznych i prób odejścia, przynajmniej na jakiś czas, od terroru komunistycznego, tak „Animalsi” na pewno stali się zaczynem nowej świadomości młodych ludzi w Polsce.

Z Gdańska „Animalsi” pojechali do Krakowa, gdzie zagrali w Hali Wisły, a 16 listopada wystąpili w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury w Warszawie. Te koncerty właściwie nie miałyby sobie równych w całym PRL-u, gdyby nie słynny koncert „Rolling Stonsów” również w Sali Kongresowej w dwa lata później, 13 kwietnia 1967 roku. Wszyscy są zdania, że było to wydarzenie historyczne i na pewno było. Ten koncert przybrał w wewnętrznych mapach mentalnych ludzi mojego pokolenia mniej więcej taką rolę, jak przybycie pierwszych uciekinierów z Anglii do Ameryki na statku Mayflower. Jak w USA każdy, kto się liczy, chce być potomkiem pierwszych przybyszów, tak w Polsce zasadniczo każdy był na koncercie w Warszawie i wstyd jest powiedzieć, że się nie było. Sala Kongresowa obliczona była na 2,5 tysiąca miejsc, na widowni było jednak pięć tysięcy osób. Dużo, znacznie więcej niż było możliwe. Ale jednak nie było tam miejsca dla 50 tysięcy, czy 500 tysięcy, które się dziś przyznają do udziału w tym wydarzeniu. Wszyscy tak bardzo chcieli być na koncercie „Rolling Stonsów”, że w gruncie rzeczy mieli prawo opowiadać, że tam byli. Bo było to intensywne chcenie, a jego znaczenie było symboliczne. Stefan też chciał. Basia nie, Basia wolała Aznavoura. Ale na „Animalsach” byli oboje, choć oczywiście nie razem. Stefan kręcił marynarką nad głową, a Basia piszczała. Oboje byli bardzo w stylu epoki. Dokładnie tacy sami, jak wszyscy inni młodzi ludzie z ich pokolenia.

Przyjazd „Stonsów” do Warszawy zelektryzował cały kraj. Wszystkie oficjalne bilety do Sali Kongresowej zostały rozprowadzone pomiędzy członków partii, ale to przecież nie znaczy, że tylko komuchy były na widowni, bo bilety dostały też siostrzenica woźnego z Domu Partii i wnuk zastępcy Sekretarza Partii. Każdy mógł się dostać, jeśli miał szczęście i nikt nie mógł wejść, choć by mu się nie wiem jak należało. Wszystko było grą przypadku, również dla prawdziwych fanów. Ale młodzi ludzie koniecznie chcieli zobaczyć „Stonsów”. Tysiące próbowały sforsować wejście do pałacu. Wezwano do pomocy oddział konny milicji i wozy opancerzone, wyposażone w gaz łzawiący i armatki wodne.

Koncert według wielu relacji nie należał do udanych – głównie przez fatalną akustykę Sali Kongresowej oraz stan muzyków – poprzedniej nocy mieli po raz pierwszy do czynienia z polską wódką. Legenda miejska głosi, że chcieli się napić tequili, czego w Polsce w latach 60. nijak być nie mogło, ale barman stanął na wysokości zadania i podał im tacę pełną zamrożonych kieliszków, tak zwanych „szczeniaków”, wyborowej. Spodobało się i zasmakowało. Uraczyli się przeto kilkoma kolejkami i poszli spać, nie wiedząc, że poranny kac po zamrożonej wyborowej trzyma godzinami. Wystąpili jednak, a po koncercie wydali honorarium za koncert na wagon polskiej wódki, który został jednak odesłany przez brytyjskich celników do Polski, gdzie przez wiele lat służył pracownikom Pagartu.

Tyle legenda.

Podczas koncertu Mick Jagger pożarł kwiaty, które rzuciła mu na scenę dziewczyna z widowni. I to, o dziwo, nie było legendą. Zachował się film pokazujący muzyka, który zjada bukiet czerwonych goździków. Można się zastanowić, czy zjadłby róże z kolczastymi łodygami?

Umówmy się, że jakość koncertu nie miała najmniejszego znaczenia. „Stonsi” mogliby kwiczeć jak prosiaki lub muczeć jak krowy. Najważniejsze było to, że byli. Byli i zrobili wrażenie.

Warszawiacy opowiadali też, że po koncercie zespół przejechał samochodem przez miasto, a muzycy wyrzucali przez okno swoje płyty. Nigdy jednak nie widziałam takiej płyty. Stefan też nie, choć go to bardzo interesowało. Maciej Hen w książce Beatlesi w Polsce wspomina o tych płytach, ale nie chce ani potwierdzić ani zanegować tej informacji.

Czyli zapewne kolejna legenda miejska.
Jedna z dziewczyn, które były na koncercie, powiedziała dziennikarzowi: To było jak pierwsza miłość, pierwszy seks. Przeżycie do szpiku kości.
Antoni Pawlak, gdański poeta opozycyjny, powie, że „Animalsi wtłaczali w krzesła”. Próbuję sobie przypomnieć, czy w Hali Stoczni były krzesła, czy ławki. Wydaje mi się, że ławki. Ale może Pawlak lepiej pamięta niż ja, a może to tylko taki utarty zwrot, którego Hen użył, nie myśląc o tym, jak naprawdę wyglądała Hala. W końcu, gdy w Hali wystąpili „Animalsi”, Hen był dopiero w czwartej klasie szkoły podstawowej. Jako support wystąpili Polanie, zespół rhytm’n’bluesowy z Łodzi, który, jak twierdzi Pawlak, też był ewenementem na polskim rynku muzycznym.

Koncerty obu zespołów miały jeszcze dodatkowe znaczenie w życiu młodych ludzi. Wszyscy zaczęli się uczyć angielskiego, bo trzeba było rozumieć, co ci muzycy śpiewają. I wszyscy, którzy tam byli lub widzieli relacje w Kronice Filmowej, zaczęli marzyć o tym, żeby się wreszcie móc inaczej ubierać. Zwłaszcza chłopcy bardzo chcieli wyglądać tak jak tamci. Długie włosy były elementem najłatwiejszym do uzyskania, ale trudnym do realizacji, bo i w szkole, i w domu dorośli byli zdecydowanie przeciwni “potarganym kłakom”. Ale wygląd „Animalsów”, „Beatlesów” i „Stonsów” to były nie tylko włosy, to były jakieś kolorowe koszule, błyszczące kurtki, odjechane spodnie. Dziewczyny znowu miały łatwiej. Trzeba było nosić czarne golfy i mini spódniczki. Każda dziewczyna miała w szafie co najmniej jedną, a czasem nawet dwie. Dobrze skrojona i uszyta mini spódniczka była powodem do dumy. Bo wbrew pozorom nie była to po prostu obcięta na krótko zwykła spódnica, wiem, bo mój ojciec, zwolennik krótkich spódniczek, poobcinał mi kiedyś sukienki i to się nie sprawdziło w życiu. Miniówę szyło się zupełnie inaczej. Basia miała szczęście, bo umiała szyć, ja nie umiałam. Ale łatwiej jednak było uszyć mini spódniczkę niż prawdziwe dżinsy.

W Hali występowały również inne światowe sławy ówczesnego życia muzycznego, Marino Marini, Yma Sumak, Juliette Greco, Dalida, Paul Anka, Marlena Dietrich, Udo Jürgens. W kwietniu 1963 roku wystąpił też Charles Aznavour, Basia jednak była jeszcze za młoda, żeby w ogóle mogła pomyśleć o tym, że chciałaby pójść na jego koncert. Chyba nawet jeszcze nie wiedziała, że Brel, Bécaud i Aznavour będą kiedyś jej ulubionymi piosenkarzami.

Byłam na koncercie „Animalsów”, pamiętam też Polan, ale Hala Stoczni jest teraz dla mnie, gdy myślę o swojej młodości, przede wszystkim miejscem niezapomnianego koncertu chilijskiego zespołu tanecznego Margot Loyoli, Cuncumen. Było to kilka lat wcześniej. Cuncumen występował w Gdańsku w czerwcu 1961 roku. Moi rodzice i cała grupa ich przyjaciół, zapaleni miłośnicy muzyki hiszpańskiej i latynoskiej, kupili bilety w pierwszych rzędach. W przypływie do dziś niezrozumiałej dla mnie fantazji, bo z reguły nie dane mi było uczestniczyć w ich życiu towarzysko-kulturalnym, zabrali mnie na występ. Miałam 12 lat i byłam chyba za mała, żeby to docenić, raczej trochę się ich wstydziłam, bo podczas występów szaleli na widowni, wykrzykiwali jakieś olé, klaskali, tupali. Reszta widzów siedziała jak przykuta do krzeseł, takie były czasy, 61 rok!, a moi rodzice i ich przyjaciele zrobili z tego występu jakąś fiestę latynoamerykańską. Po czym… no, naprawdę niezwykłe!, poszli za kulisy, zaprosili zespół do domu i cała gromada pojechała tramwajem do Wrzeszcza. Nie wiem, co rodzice dali tym ludziom do jedzenia, nie wiem, co do picia, ale pamiętam ich, jak siedzą na podłodze w pracowni mamy, grają muzykę, na żywo i z magnetofonu, i pamiętam, że mama cały czas ich rysowała.

Wszyscy goście zapisali się na kartce, która została włożona do rodzinnej Księgi Gości. Viktor Jara, muzyk i reżyser występu, napisał, że pracuje w Instytucie Teatralnym, podał adres i nawet numer piętra…

A potem… A potem nastąpił przewrót w Chile i Viktor Jara… Nie chcę o tym pisać, bo płaczę, nawet po tylu latach. To co poniżej to Wikipedia, ja nie mogę…

Víctor Jara (1932-1973), chilijski piosenkarz, gitarzysta, bard, autor tekstów, poeta, pedagog, reżyser teatralny, aktywista polityczny, członek Komunistycznej Partii Chile. Víctor Jara cieszył się w swojej ojczyźnie popularnością, jako autor piosenek o charakterze rewolucyjnym i ostro krytykujących ustrój rządzący. Był bohaterem filmu Deana Reeda pt. El Cantor. Został aresztowany, a następnie zamordowany w czasie puczu 11 września 1973, kiedy władzę w kraju objął generał Augusto Pinochet. Jara był torturowany, obcięto mu palce u dłoni, aby nie mógł grać na gitarze. Został zabity na stadionie Estadio Chile (obecna nazwa stadionu to Estadio Víctor Jara). Ciało muzyka podziurawione 40 kulami wyrzucono na ulicę. Trafiło ono potem do kostnicy, gdzie zostało rozpoznane przez jednego z pracowników, który zawiadomił żonę zamordowanego, Angielkę Joan. Wraz z dwoma przyjaciółmi umieściła ona po kryjomu ciało muzyka w niszy na cmentarzu.
5 grudnia 2009 roku Víctor Jara został uroczyście pochowany na Cmentarzu Generalnym w Santiago. W trwających dwa dni uroczystościach wzięły udział dziesiątki tysięcy Chilijczyków, artyści estrady i teatru.

Po śmierci generała Augusto Pinocheta 10 grudnia 2006 roku, w całym kraju ludzie spontanicznie śpiewali piosenki Víctora Jary.

Pokolenie Solidarności (7)

Ewa Maria Slaska

Eli

Muzyka (1966)*

Na wakacje się jeździło nad morze, do Jastarni, Kuźnicy, Juraty. Zasadniczo miałoby większy sens, gdyby dzieci znad morza jechały w góry, ale tak nie było. Kolonie dla dzieci szkolnych z Trójmiasta organizowano też nad morzem. A gdy Basia, już w liceum, zamiast na kolonie jeździła na obozy harcerskie, wyjeżdżali zawsze na Kaszuby. Dopiero pod koniec liceum, gdy Basia zaczęła jeździć autostopem, zobaczyła Mazury, Puszczę Białowieską, Tatry, Bieszczady i Góry Świętokrzyskie.
Komunistyczna rzeczywistość była szara i przaśna, młodzi ludzie posiadali niewiele, ale na szczęście dorastali już w czasach postalinowskich, w związku z tym mieli jednak jakieś kino, jakieś książki, również te z Zachodu, jakiś teatr i przede wszystkim muzykę. Muzyka była bardzo ważna, bardziej niż książka, a nawet niż kino była przepustką do kolorowego świata i romantycznych uniesień. Radio tranzystorowe, magnetofon, adapter, szafa grająca w kawiarni, ale przede wszystkim jednak muzyka na żywo: jazz w klubie, pop na zabawie ludowej, orkiestra na dansingu. No i wszyscy sami śpiewali przy gitarze, albo grali na fortepianie. Od roku 1961 były już koncerty w Non Stopie w Sopocie, pod płóciennym dachem rozpiętym przy samej plaży. To było świetne, prawdziwa dyskoteka, jedna z pierwszych w Polsce. Stefan pamiętał zespół Pięciolinie, potem przemianowany na Czerwone Gitary. W Non Stopie śpiewali wszyscy, Seweryn Krajewski, Krzysztof Klenczon, Helena Majdaniec, Karin Stanek, Czesław Niemen.

Po 50 latach od tamtych czasów berliński artysta performansu, Jemek Jemowit wymyślił postać Zygmunta Blaska, polskiego Davida Bowie, Ułożył dla niego piosenki i nagrał je na płycie, stworzył film, w którym grałam dziewczynę, żonę, a potem wdowę po Zygmuncie Blasku. Opowiadałam o życiu muzyka, przydając mu biografię człowieka, z którym kiedyś krótko byłam, a który stał się pierwowzorem postaci Stefana. Wyjechał z Berlina do Nowego Jorku i tam… O tym, co tam, opowiem później, tu przytoczę tylko piosenkę o mnie, oczywiście tej filmowej, ale może trochę i o mnie, dziewczynie która chodziła do Non Stopu gdy miała 18 i 19 lat, i płakała, gdy kończyła lat 20, bo była już za stara.

Ruda z Non Stopu, piosenka Jemka Jemowita z filmu Legenda Zygmunta Blask.

Jedna jest rodem z Bydgoszczy,
a druga rodem z Warszawy
Trzecia tutejsza
Sopot Grunwaldzka
Co je łączy?
To dansing i noc
Lecz czwarta JEDYNA
jak róża ognista
Trochę trzeźwa trochę przejrzysta
Chodź kocie, zapraszam na kawę,
Pokaż w Sopocie jak tańczą warszawę
Prowadź mnie jak Lodzia Krajewska
W oczach czarnych elektryczna iskra
Firany bujają żyrandol trzęsie
Wpadam prosto w twoje ręce
RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
hej, mała, mała
A ja jak koń młody
Głupi, lecz silny i pełen swobody
Na parkiecie, w namiocie, na plaży wzdłuż mola
Naucz mnie tańczyć tu rock’n’rolla

Tańczyliśmy jive’a, twista i let’s kiss, charlestona, madisona i warszawę, ale przede wszystkim rock’n’rolla z obrotami, przerzucaniem i przeciąganiem partnerki po podłodze. Oczywiście rock and roll miał swoje reguły, których uczono na kursach tańca, ale takim amatorom jak Stefan, Marek, Jacek, Piotrek czy ich kumpel Zbigniew, zwany Zbychoo, i ich licealnym kolegom wystarczała improwizacja, niespożyta energia i czyjaś wolna chata, gdzie można było zorganizować prywatkę z potańcówką. Muzykę odtwarzali z gramofonowych singli na adapterach Bambino, z pocztówek dźwiękowych, kupowanych w kioskach i na stoiskach targowych, czasem z płyt, o które w Gdańsku było łatwiej niż gdziekolwiek w Polsce, bo przywozili je marynarze. Był taki komis we Wrzeszczu na Grunwaldzkiej, być może jedyne takie miejsce w Polsce, gdzie można było kupić „Szedousów”, „Bitlesów” i „Stonsów”. Jednak i tak najważniejsze dla tych, którzy słuchali muzyki, było radio Luxemburg, choć ciężko się go słuchało, bo było zagłuszane prawie tak samo jak radio Wolna Europa.

Stefan i Marek czasem mieli jakieś fajne płyty, czasem chatę, ale przede wszystkim obaj świetnie umieli tańczyć. Byli wysocy, mocno zbudowani i silni, mogli ryzykować przerzucanie partnerki przez ramię albo przetaczanie jej po plecach, bez obawy, że spadnie na ziemię. Kiedy mieli chwilę wolnego, czasem nawet kilka razy w tygodniu trenowali w domu różne wymyślne figury taneczne, które im potem pozwalały „rządzić na parkiecie”. Choć oczywiście z reguły nie był to parkiet, lecz deski, wykładzina dywanowa albo linoleum.

Tak się zdobywało lokalną popularność, trzeba było mieć dżinsy, najnowszą płytę The Beatles i umieć podrzucić dziewczynę pionowo do góry tak, żeby okręciła się w powietrzu wokół własnej osi, zanim się ją znowu złapało i postawiło na ziemi.

Rock and roll był muzyką prostą i nieskomplikowaną, a to sprawiało, że w każdej szkole na świecie, a czasem nawet w każdej klasie powstawały zespoły rockowe. W większości męskie. Może dlatego, że chłopakom odpowiadało mocne uderzenie, szybsze i agresywniejsze, niż to, co dotychczas się grało w muzyce rozrywkowej. W każdym liceum i technikum, w każdej zawodówce byli chłopcy, którzy fantastycznie grali, a zdobycie sprzętu było wystarczająco proste, by każdy mógł grać. Ktoś kiedyś powiedział, że wystarczyło mieć gitary i garnki. Ale to nie takie proste. W polskim filmie Yesterday, z 1984 roku (nie mylić z amerykańskim z roku 2019) perkusista gra rzeczywiście na garach i garnkach, ale znawcy twierdzą, że „na wiadrach to nie pograsz, bo to nie ma odbicia zupełnie. Odczucia muszą być podobne do odbicia z naciągu”. Ale perkusja była niewątpliwie najdroższym elementem wyposażenia takiego szkolnego zespołu. W Liverpoolu, w czasie, gdy powstał zespół The Beatles, było pięć tysięcy zespołów młodzieżowych. Zespół Stefana nazywał się SZOPA, od pierwszych liter ich imion – Stefan, Zbychoo, Olek, Piotrek, Antek. Marek chodził do innej klasy, grał z nimi czasami, ale jednak jego imię nie przyłożyło literki do nazwy zespołu, z którym zyskali “nieśmiertelną sławę” na miarę ich własnego liceum.

Każdy zespół musiał mieć wokal, gitarę prowadzącą, gitarę rytmiczną, gitarę basową i perkusję, czasem pianino lub organy, czyli tak zwane klawisze. Chłopcy grali na szkolnych zabawach i na akademiach, chociaż wtedy najpiew musieli odwalić klasyczny repertuar z czasów Komuny – Międzynarodówkę, My ze spalonych wsi, Ukochany kraj, umiłowany kraj lub Wszystko tobie, ukochana ziemio. Po tej triadzie, ewentualnie tetradzie, mogli już grać, co chcieli, i czasem był to Armstrong, czasem Presley, niekiedy Penderecki, czasem Bach lub Czerwone Gitary, „Beatlesi” albo „Stonsi”. Stefan śpiewał, grał na gitarze i klawiszach jakąś własną mieszaninę jazzu, bluesa i rock and rolla. Nic dziwnego, że kiedyś Tadzio, jego syn, zostanie muzykiem hip-hopowym.

Teksty utworów były proste, chłopcy je sami pisali, i prawie zawsze dotyczyły miłości, z reguły samych jej początków. Każdy młody człowiek na całym świecie bez trudu utożsamiał się z tą muzyką i jej przekazem – kocham i nie ma nic ważniejszego niż miłość. I o ile nieszczęśliwie zakochane dziewczęta mogły jeszcze szukać pomocy u poetek, a w PRL-u przede wszystkim u Małgorzaty Hillar, o tyle chłopcy na wszelkie rozterki duchowe mieli tylko rock’an’rolla, zwanego w Polsce najpierw big beatem, a potem, żeby było jeszcze bardziej swojsko – mocnym uderzeniem. I to pomagało. Zawsze. W każdej sytuacji, na każdą miłość, tęsknotę i rozczarowanie, mieli swoje melodie i teksty. I can get no satisfaction. Albo: when you leave me, I will surely die.

Muzyka to była wolność. Wolność od dorosłych, od opresji ze strony rodziców, szkoły, partii, kościoła, społeczeństwa, wścibskich ciotek, złośliwych sąsiadów, nadmuchanych własną ważnością dyrektorów. Od, od, od. Od wszystkiego.

Na prywatkę i do Non Stopu trzeba się było odpowiednio ubrać. Oczywiście szczytem bycia na topie były prawdziwe dżinsy, a jak się ich nie miało, to jak najbliższe oryginału podróbki. Stefan jeszcze przez wiele lat opowiadał, że żeby kupić od jakiego marynarza dżinsy, które na nich pasowały – byli podobnie zbudowani, wysocy i szczupli, ale wtedy prawie wszyscy byli szczupli – zebrali wszystkie pieniądze, jakie mieli, spieniężyli kilka pocztówek dźwiękowych, sporo butelek z piwnic rodziców i sąsiadów, a także parę książek z bibliotek rodziców. I tak kupili tę jedną, jedyną parę, po to, żeby ją… rozpruć. Było to straszne i gdyby nie byli chłopakami, to chyba by się rozpłakali, prując te najpiękniejsze na świecie blue jeans, ale dzięki temu zdobyli idealny wykrój, według którego potem przez lata szyli podróbki.
Pamiętam, że jak doczekałam się wreszcie tego, że mama poprosiła kogoś, kto przyjeżdżał z Anglii, żeby mi przywiózł dżinsy, mama nie przekazała prośby dokładnie i dostałam granatowe dzinsy sztruksowe! Jaka byłam w nich gruba! Do dziś pamiętam to nie dające się opisać rozczarowanie. To już chyba nawet szariki były lepsze!

Stefan dostał od mamy starą, poniemiecką maszynę Singera i nauczył się szyć, tylko po to, żeby te dżinsy były idealnie takie, jakie miały być. Zbychoo miał dojścia do fabryki włókienniczej w Łodzi, gdzie pracowała jakaś jego ciotka, został więc głównym zaopatrzeniowcem grupy. Tak właśnie funkcjonował PRL, kraj, w którym nigdy nic nie było, wszystko jednak dawało się zorganizować i wszyscy wszystko mieli. Antek został krojczym i twierdził, że bardzo mu się to przyda, jak już pójdzie na studia, bo inżynier budowy okrętów musi umieć zaplanować traserom układanie na grubych stalowych płytach elementów kadłuba tak, żeby po wycięciu zostawało jak najmniej odpadów. Trenował więc na spodniach. Stefan szył, a Piotrek i Olek, którzy mieli smykałkę do interesów, sprzedawali je na dużej przerwie w szkole, w kącie między płotem a salą gimnastyczną. Było to właściwie jedyne miejsce w całej szkole, gdzie prawie nigdy nie zaglądali nauczyciele, z reguły więc spotykali się tam palacze, ale i palacze potrzebowali porządnych spodni, jakoś zatem potrafili się podzielić tą przestrzenią wolności.

Pieniądze ze sprzedaży „dżinsów spodni” zużywali na zakup instrumentów, muzyki oraz taniego wina, czyli jabola. Jabol, zwany też czasem jabłko, alpaga lub bełt, był tanim winem owocowym, jak sama nazwa wskazuje, jabłkowym, rzadziej wiśniowym. Cieszył się właściwie złą sławą, ale podobnie jak pocztówki dźwiękowe, był niezbywalnym składnikiem ich młodości. Pisząc tę powieść, przeczytałam w Wikipedii ciekawe zdanie: Mimo niskiej ceny i negatywnych skojarzeń polskie wina owocowe, produkowane tradycyjną metodą fermentacji moszczu owocowego, uważane były przez fachowców za wina wysokiej jakości w swojej klasie, co zawdzięczały głównie dobrej jakości naturalnym surowcom oraz tradycyjnej technologii produkcji. Wyobrażam sobie, że napisał to mój rówieśnik. Ciekawe, czy wyglądał jak któryś z „Bitlesów”. Taka była norma, wychodziłyśmy za mąż za facetów, którzy wyglądali jak „Bitlesi”. Najlepiej jak John Lennon (oryginalny, chudy w drucianych okularkach, zwanych do dziś „lenonkami”) albo Paul McCartney (ładny, bez okularów i zarostu).

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy jako SZOPA byli już stałymi bywalcami studenckich tańców, Stefan i jego koledzy znali dobrze światowe trendy. Czasy „Szadousów” i Rity Pavone minęły, słuchali Presleya, Paula Anki i Chucka Berry’ego, który odegrał w historii rocka taką rolę, że ktoś potem powiedział, że gdyby Chucka Berry’ego nie było, to trzeba by go było wymyślić. Jednak od czasów That’s All Right Mama najważniejszym człowiekiem w świecie muzyki na świecie był oczywiście Presley, jak na górze, tak i na dole, jak na Zachodzie, tak i na Wschodzie, i jego styl, rockabilly. Presley został wylansowany już w lipcu 1954 roku, ale ta pierwsza fala jego popularności nie miała jeszcze szans, żeby dotrzeć do Polski. Stalin już wprawdzie nie żył, ale Blok Wschodni wciąż jeszcze trzeszczał w okowach mroźnej wojny, mimo iż co i raz zdarzał się bunt niewolników.

W latach 60 wszyscy ci idole ustąpili miejsca „Bitlesom”, których nazwę pisało się i mówiło w Polsce nader dziwacznie. Zaraz po „Bitlesach” lokowali się The Rolling Stones czyli po polsku „Stonsi”. A po piętach deptały im następne sławy, The Bee Gees, czyli trzej bracia Gib, The Beach Boys, The Lovin’ Spoonful, Herman’s Hermits, The Who, a potem The Doors i Jimmy Morrisson. No i wreszcie nadciągnęły dwie wielkie gwiazdy ich młodości, Jimi Hendrix i Janis Joplin. Oboje umarli w 1970 roku, i wtedy już na dobre skończył się świat młodości, muzyki, wakacyjnych flirtów na plaży i poszukiwania wolnej chaty.
W międzyczasie wszyscy z SZOPY wpadli w politykę, zanim to jednak nastąpiło, do Warszawy przyjechali „Stonsi”.


* Masy inspiracji do tego rozdziału dostarczyli mi Jacek Krenz i Zbigniew (Zbychoo) Milewicz oraz wspomnienie o mojej (nieżyjącej już) przyjaciółce, Basi Owsianej, która stała się wzorem bohaterki tej powieści (jeśli to w ogóle jest powieść) i dała jej imię. Dziękuję, Basiu, dziękuję, chłopaki!

Lato z Don Kichotem

Ewa Maria Slaska

Dziesięć dni latem 2022 roku

4 czerwca przyjechał do Berlina Teatr Globe z Poczdamu, rozstawił swe niejstniejące namioty na jeziorem Grunwaldzkim przy Zamku Myśliwskim i przypomniał Don Quijota, którego każdy z nas przecież zna, a znawcy barataryści już nawet wystawienie teatru poczdamskiego dobrze znają. A mimo to…

Ciekawe, że cała trójka w przerwach zajmuje się też czymś innym – Laurenz sprzedaje programy, Andreas rozdaje pocztówki, a Alexandra nalewa szampana.

11 czerwca w Oranżerii Pałacu Charlottenburg w Berlinie w ramach festiwalu zatytułowanego Fantazje Barokowe orkiestra pałacowa dała koncert o Don Chisciotte, choć po prawdzie wcale nie wszystkie części koncertu dotyczyły smętnego hidalga, bo pojawili się też Król Artur i przechodzień po Madrycie. Ale jednak, o tak, baratarysta, wiecznie poszukujący śladów swego gubernatora, zetknął się po raz pierwszy z operą, którą stworzył Bartolomeo Francesco Conti (1681-1732) i inną – dziełem Georga-Philippa Telemanna (1681-1767) – panowie kompozytorzy byli rówieśnikami, tyle że Telemann żył o ponad ćwierć wieku dłużej.


Cała trzygodzinna opera Contiego TU – wykonuje Akademie für Alte Musik Berlin, dyrygent: René Jacobs, podczas 29. Innsbruck Festival of Early Music 2005

Suita Telemanna Don Quichotte (Burleska) TU – Orkiestra Kameralna z Tuluzy

Następne terminy i miejsca wystawienia Don Quijota w wykonaniu Neues Globe Theater – TU


14 czerwca kupiłam sobie w szczecińskim empiku spolszczoną przez Jacka Dehnela książkę pt. Niewidzialne biblioteki. To oczywiste nawiązanie do Niewidzialnych miast Itala Calvina, utrzymane jest tak dalece w tym samym stylu spokojnej obiektywnej narracji, iż mimo iż jest – tak głosi okładka – dziełem pięciorga pisarzy (plus Tłumacza, który też jest autorem), wydaje się calvinowskim autopastiszem. Ale to albo sami autorzy tak to sobie wymyślili, albo nadał im tych calvinowskich cech tłumacz.

Autorami są Lawrence Jang – prawnik i pisarz, dla którego, jak głosi blurb na okładce, obrazem raju jest biblioteka, Monika James, bibliofilka, która pisze i kręci filmy, Danish Sheikh – pisarz, który zajmuje się teatrem, a od czasu do czasu przydusza go prawo, Amy Trautwein, która woli rośliny od książek, Inny (And Another) – wędrowny dostawca pierwszorzędnych panaceów i wreszcie Tłumacz, czyli to samo w innym języku, czyli całkowicie coś innego.

Literacka podróż po świecie wyobrażonych książek i bibliotek.
Biblioteki stworzone z ciszy, wycięte w lodzie, wyjęte z sennych koszmarów, z tomami ułożonymi według zapachów, w których za zakładkę służy oddech. Zbiory składające się z książek na wpół zjedzonych, na wpół porzuconych przez wybredne literacko mole…
Każda z opowieści zaskakuje – są wśród nich listy miłosne, łamigłówki, świadectwa nieograniczonej wyobraźni, z dużą dozą szaleństwa, groteskowych żartów i zaskoczeń. Intertekstualne wskazówki, nowe tropy, tajemnicze powiązania pełne literackich duchów. Inspiracji dostarczyli autorom przede wszystkim Italo Calvino oraz ojciec licznych intelektualnych zabaw J.L Borges i jego noty o książkach urojonych.
Znajdziemy tu zmysłowy, enigmatyczny i estetyczny świat, a autorzy tych opowieści, idąc w ślad Itala Calvina, badają bibliofilię, zwłaszcza to, jak przejawia się ona w naszych romansach z bibliotekami.  

***

Don Kichot pojawia się też na stronie 66, ale tam tylko stoi na półce, oraz – 110, ale tam się go tylko wymienia, a tymczasem na stronie 52 pojawia się cała biblioteka zwana Baratarią, czyli jak głosi przypis:
(z hiszp. barata – “taniocha”) – w Don Kichocie Miguela Cervantesa fikcyjna wyspa, której wielkorządcą zrobiono dla żartu Sancho Pansę. Jej autorem jest Lawrence Jang,

Choć minęła już prawie dekada, skóra Ibn Battuty wciąż cierpnie z przerażenia i zachwytu na myśl o tym, czego był doświadczył w bibliotece Baratarii. Żeby przygotować się do opowieści, Battuta, który znał słabość Borgesa do tej gry, zaczyna od historii wynalezienia szachów.

- Powiada się - zaczyna  Battuta - że wynalazca tej gry strategicznej, zapytany przez cesarza, jakiej życzy sobie nagrody, odpowiedział ze skromnością, która niemalże zirytowała władcę. Poprosił o ziarnko ryżu na pierwszym polu szachownicy, dwa na drugim, cztery na trzecim i tak dalej aż do pola sześćdziesiątego czwartego.

Battuta widział jak Borges liczy w głowie. Przy dwunastym polu opisał bibliotekę Baratarii, zewsząd otoczoną żyznymi ziemiami. Wydawało się, że wyrasta wprost z gleby, omotana nieskrępowanymi pnączami i gałęziami drzew. Było zatem dla Battuty niejakim zaskoczeniem, że wszedł do wielkiej sali, wypełnionej pustymi regałami, jeśli nie liczyć samotnej książki na środkowej półce w samym środku biblioteki. Jałowość biblioteki wydawała się niemal afrontem dla okolicy. Niespełna siedem godzin zajęło  Battucie - jak wspomina - przeczytanie dość nieciekawej historii o bagdadzkim żeglarzu, zagubionym na morzu. Ale kiedy tylko odłożył książkę na półkę, szykując się do opuszczenia biblioteki, dostrzegł dwie inne książki. Może nie zauważył ich wcześniej. Druga z nich wzmiankowała pewną bitwę, o której Battuta, pomimo wielkiego oczytania i podróży, nigdy nie słyszał. Chciał się dowiedzieć o niej czegoś więcej, ale skoro nie było to możliwe, przeszedł do trzeciej książki.

Wędrówki nie oszczędziły jego pleców, więc w połowie lektury zatęsknił za miękkim łóżkiem, ale wokół widział tylko krzesła z prostymi oparciami. W sali nie było ani zegara, ani okien i tylko czyste granie świerszczy obwieszczało mu, że kiedy skończył trzecią książkę, była już głęboka noc. Zwróciwszy znużone oczy ku regałom, zobaczył, że na widmowych półkach zjawiły się cztery kolejne książki.

Nie mogąc ciągnąć tego dalej, ale zarazem nie zamierzając się poddać, Battuta - wzorem najbardziej brawurowych spośród poszukiwaczy przygód - przyjął wyzwanie. Gdyby tylko znał los cesarza i jego daru dla wynalazcy szachów, być może wyjechałby nie ukończywszy siódmej książki. Jego syn miał ledwie dwa latka, kiedy Battuta ucałował go na pożegnanie, a gdy powrócił z Baratarii, niedowidząc i z trudem poruszając się o własnych siłach, powitał go młody człowiek, który trzymał na ręku chłopczyka, przypominającego nieco jego synka. Mężczyzna zwrócił się do Battuty: "Ojcze, nie było cię przez dwadzieścia siedem lat", ale jedynym, co widział Battuta, była owa daleka biblioteka, której półki uginały się pod ciężarem książek, i rosnąca góra nieprzeczytanych egzemplarzy oczekujących na jego powrót. 

Ein Tag in Berlin, Kafka

Ewa Maria Slaska

Ich schrieb schon Mal von Kafka in Berlin, HIER. Diesmal gingen wir mit Masha, die dort beschriebenen Orte uns selber anzugucken.

Wir sollten, so war der Plan, mit dem Hotel Askanischer Hof beginnen, wo Kafka immer Quartier bezog als er nach Berlin kam, um Felice Bauer zu besuchen.

Hotel Askanischer Hof

Das Hotel ist eine Mirage. Es hat eine Internetseite. Sehr schöne und authentisch wirkend.

http://askanischer-hof.ihotelsberlin.com/de/

Es gibt es jedoch NICHT. Glaubt mir. Wir waren da vor drei Tagen! Es gibt dort kein Hotel! Auch kein, das Mal da gewesen wäre. Und offiziell es gibt es nicht seit 1923!!!!

Was ist es also da auf dieser Internetseite!? Und woher stammt dann dieses Foto unten? Es ist doch ein neues Foto, keine Antiquität aus dem Jahre 1922.

Wohnung Nr. 1, Miquelstr. 8, Steglitz

Die Verlobung mit Felice Bauer wurde aufgelöst. Kafka zieht nach Berlin mit seiner neuen Freundin, Dora Diamant, ein. Ab September 1923 wohnen sie in der Miquelstr. 8 bei Moritz Hermann. Das Haus steht nicht mehr und heute gibt es da kein Zeichen, dass Kafka dort gewohnt hat.

Wohnung Nr. 2 Grunewaldstr. 13, Steglitz

Schon zwei Monate später, am 15. November 1923 ziehen Dora Diamant und Franz Kafka in eine neue Wohnung ein, ebenfalls in Steglitz: Grunewaldstr. 13 (bei Seifert). Die neue Wohnung, schreibt Kafka an seine Schwester, ist ausserordentlich schön. Hat zwei Zimmer, Zentralheizung, elektrisches Licht und Telefon.
Auf dem Haus gibt es zwei Gedenktafel. Eine marmorene mit einem typischen Erinnerungstexts und eine metallene mit einem Zitat von Kafka:
Die Guten gehen im gleichen Schritt .
Ohne von ihnen zu wissen tanzen die Anderen um sie
die Tänze der Zeit.

Wohnung Nr. 3, Heidestr 25-26 (heute Busseallee 7-9), Zehlendorf

Im Februar 1924 ziehen sie das letzte Mal um (auf der Tafel unten steht ein anderes Datum – ich beziehe mich auf die obige Tafel und das Buch von Reiner Stach, Kafka von Tag zu Tag). Kafka ist schon sehr krank: Kehlkopftuberkulose. Danach wird noch Herzschwäche diagnostiziert.


Am 17. März 1924 reist er aus Berlin nach Prag aus, um hierher nie mehr zurückzukommen. Im April 1924 wird er in ein kleines privates Sanatorium im Dorf Kierling geliefert, wo er weiterhin von Dora gepflegt wird.

Am 3. Juni 1924 starb er. Wir begaben uns drei Tage später auf die Spurensuche von ihm.

Pracownia artysty

Ewa Maria Slaska

Patrick William Adam
(Scottish painter,1854 – 1929)
“Morning at workshop”,1912

Poranek w warsztacie? W warsztacie? Lekko błyszcząca podłoga, a więc wypastowana i nie zadeptana. Biały wykrochmalony obrus z mereżką. Róże w wazonie, róże za drzwiami do ogrodu. Niedbale przerzucona serweta i otwarta książka na krześle. Jak się przyjrzeć, to po lewej widać tylne strony dwóch blejtramów, a na komódce po prawej w wazonie stoją pędzle. Czyli słowo “warsztat” oznacza atlier artysty. To on sam, tylko on, pił tu poranną herbatę i być może jadł na śniadanie grzanki z marmoladą pomarańczową. Jest jedno krzesło, jedna filiżanka na stole. Czytał przy jedzeniu. Porzucił serwetę i książkę. Wyszedł.

Ten obraz nie daje mi spokoju. Pracownia artysty? Wyrastałam w domu z matką-artystką. Nie było białych błyszczących obrusów, srebrnego dzbanka do herbaty ani porcelanowych filiżanek. Rzeczywistość PRL-u w latach 40/50/60 była przaśna, ale fakt, że dom był pracownią artysty, pogłębiał wszystkie niedomogi.


Najpierw mama “cięła” czyli przenosiła wykonany uprzednio rysunek na deskę lub linoleum i wycinała go dłutami, które musiały być bardzo ostre, a prowadzić je trzeba było pewną ręką, bo inaczej linie rysunku były niechlujne. Potem trzeba było wypukłe części deski lub linolum pokryć bardzo dokładnie farbą (u mamy – najczęściej – czarną), delikatnie i równo przyłożyć cienki papier do farby, wygładzić każdy przylegający do farby kawałek papieru czymś bardzo gładkim (mama używała wygiętego kawałka wypolerowanej kości słoniowej), co pozwalało odbić farbę na papierze, a potem jeszcze delikatniej zdjąć papier z deski i położyć odbitkę na stole lub powiesić na sznurku, aby wyschła.
Tak wyglądało robienie odbitek z małych grafik, duże wymagały większej siły nacisku – prasy lub magla, aby jednak przewalcowany papier się nie darł trzeba było pokrywać go równiutko kawałkami grubego materiału i dociskać kawałkiem blachy. I dopiero taką “kanapkę” wprowadzało się delikatnie między dwa rozstawione na największą szerokość wałki magla. Wałki trzeba było skręcić z powrotem i dopiero wtedy przeprowadzić korbą całą konstrukcję na drugą stronę. I tak na przykład dziesięć razy albo pięćdziesiąt. W zależności od tego, ile odbitek trzeba było wyprodukować. Najczęściej były trzy odbitki z 20 albo i 30 grafik. To była ciężka wyrobnicza praca.


Grafiki bardzo często się nie udawały, papier się rwał lub załamywał, robiły się dziury, farba przesiąkała bądź przeciwnie – było jej za mało. Czasem dało się jakieś załamania wyprasować, a dziury zakleić, ale czasem odbitka szła do kosza na śmieci.


Czarna farba brudziła dłonie, meble, ubrania, dłonie brudziły twarz, talerze, książki. Odbitki leżały i wisiały wszędzie. Przyjaciele, którzy pomagali je wykonywać, byli w całym domu, musieli, jeść, pić, myć ręce, palili papierosy, słuchali głośno muzyki, spali, gdzie popadło. Ich brudne ręce pokrywały umywalkę, wannę, ściany szarymi zaciekami, farba była na talerzach, kubkach i sztućcach. Kot lub dwa koty szarpały nieudane odbitki (udane trzeba było starannie chronić), deptały po świeżej farbie i zostawiały ślady, gdzie popadło.

Leon Wyczółkowski
“Wiosna w Gościeradzu”
Około roku 1930

Przemek Masalski, zaprzyjaźniony psycholog, który był właśnie z wizytą (z żoną i córeczką) i któremu się poskarżyłam, że na obrazach, w tych pomieszczeniach, gdzie bądź co bądź żyją artyści, a więc stworzenia brudzące, jest tak czysto i estetycznie, a u nas, po kolacji, którą właśnie we czwórkę zjedliśmy, została góra odpadków i góra brudnych naczyń, powiedział, że taka właśnie jest różnica pomiędzy tym, co sobie idealistycznie wyobrażamy, a życiem.

No cóż, u nas tak…

Sen amerykański. Pokolenie Solidarności (6)

Ewa Maria Slaska

Eli

Chrzest Polski (1966)

Stefan chodził do szkoły od roku 1954, Basia od 1956. Był rok 1966, rok Tysiąclecia Państwa Polskiego, rocznica, którą Komuna zmuszona była obchodzić, bo Polska jako kraj nie posiadała innej daty założycielskiej, tylko ten nader nieporęczny rok 966, rok Chrztu Polski.

Czego by nie powiedzieć o Komunie, PRL dokonała z okazji Tysiąclecia Państwa Polskiego wielkiego wysiłku i postarała się naprawdę godnie uhonorować tę nieszczęsną datę. Ku czci Tysiąclecia rozpoczęła się budowa tzw. „tysiąclatek”, czyli szkół podstawowych, której przyświecało hasło „Tysiąc szkół na Tysiąclecie”. Ich budowę rozpoczęto z inicjatywy Gomułki już w 1958 roku.

Ale jak to Komuna, uroczystość się obchodziło, ale i jednocześnie nie wolno jej było obchodzić. Do Gdańska z okazji rocznicy chrztu, 28 maja 1966 roku przyjechał kardynał Wyszyński, wciąż jeszcze, po dziesięciu latach, w aurze męczennika Komuny. Cały Gdańsk wybierał się na powitanie. Cały Gdańsk podległy Komunie na to powitanie iść jednak nie mógł. Każda instytucja na swój sposób próbowała rozwiązać ten skomplikowany problem, również władze wojewódzkie zaangażowały się w zadanie odciągnięcia ludzi od uczestnictwa w uroczystościach. Zorganizowano wojewódzki wiec ludności wiejskiej z okazji Święta Ludowego w Wejherowie, duży festyn kulturalny na zakończenie Dni Książki, Prasy i Oświaty na molo w Sopocie, turniej żużlowy z udziałem zawodników czechosłowackich w Gdańsku oraz mecz piłki nożnej pomiędzy Lechią Gdańsk a Ruchem Chorzów. Ponadto część młodzieży szkolnej wzięła udział w kilkudniowych wycieczkach poza teren Gdańska. W Jedynce, czyli Liceum, do którego chodziła jeszcze Basia (Stefan był już na pierwszym roku studiów w Warszawie), a była wtedy w 10 klasie, po południu kazano wszystkim uczniom iść obowiązkowo do kina na film o Leninie w Poroninie. No, ale przecież Basia nie zamierzała iść do kina na Lenina z Poronina, coś takiego nie wchodziło po prostu w rachubę.

Basia po prawdzie nigdy nie lubiła akcji zbiorowych, co sprawiało, że używając inteligencji, zawsze potrafiła się wymigać od pochodów pierwszomajowych. Jednak nie zamierzała się wymigać od stania w tłumie i czekania, aż przejedzie Kardynał. Po prostu miała ochotę zobaczyć Kardynała. No i zobaczyła. Potem, gdy już potrafiła oceniać siebie bardziej uczenie, twierdziła, że ma taką ludową religijność, taką zmieszaną kaszubską potulność i kresową hardość, i jednorazowe, nadzwyczajne oglądanie kardynała mieści się w jej kanonach religijności, podobnie jak strojenie ołtarzy ulicznych na procesję i wywieszanie dywanów i serwet przez okna, gdy po ulicach miasta wieziono Obraz.

Obraz, czyli kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, od roku 1957 pielgrzymował, czy też, bo i takiego słowa się używało, peregrynował po wszystkich polskich parafiach i do Gdańska dotarł w tym samym czasie, co Kardynał.

Do Katedry Oliwskiej przyjechała kawalkada samochodów wioząca Prymasa i towarzyszących mu czterdziestu biskupów i kardynałów. Był wśród nich również Wojtyła, ale to wówczas nie miało najmniejszego znaczenia.

Według szacunków podawanych przez instytucje decydenckie w PRL-u, które zazwyczaj zaniżały liczby osób biorących udział w uroczystaściach związanych z Kościołem, w Katedrze Oliwskiej i na placu przed katedrą zgromadziło się około 30 tysięcy osób. Zapewne było ich znacznie więcej.
Basia wróciła do domu bardzo zadowolona z siebie. Obejrzała Wyszyńskiego, nawet zupełnie dobrze, jak wchodził do katedry i nader dokładnie jak wychodził, bo przeszedł po prostu obok niej.
W niedzielę kardynał odprawił mszę w kościele Mariackim, a przed hotelem Orbis doszło do niewielkich zamieszek, gdy wierni zerwali antykościelne tablice i spalili je w ognisku. Do akcji wkroczyło wtedy ZOMO (Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej) – po raz pierwszy w Polsce. Odwody istniały już wprawdzie od dziesięciu lat, ale używano ich dotychczas zgodnie z przeznaczeniem, do którego zostały powołane, czyli ochrony osób, instytucji i uroczystości państwowych. Tym razem jednak zdecydowano się na użycie jednostki ZOMO w tłumieniu rozruchów.

Mama Basi nie wiedziała, że Basia nie poszła na Lenina. Gdy przyszło pismo ze szkoły, informujące rodziców, że została ukarana za zwagarowanie z obowiązkowego popołudniowego wyjścia całej klasy do kina, mama poszła do szkoły i zrobiła klasyczną proletariacką aferę, pod hasłem, że „intelygenci” posądzają jej córkę, prawdziwe robotnicze dziecko, o to że mogłaby zwagarować ze szkoły. Mama była bardzo głośna, Basia właściwie się jej wstydziła, ale musiała przyznać, że mama wspaniale załatwiła sprawę i nikt się jej już nie czepiał o tego nieszczęsnego kardynała. W szkole długo jeszcze opowiadano sobie o tym, jak mama Basi po kaszubsku krzyczała na wychowawczynię, dyrektorkę, jakichś innych nauczycieli, którzy się akurat znaleźli w okolicy, a nawet z rozpędu na woźną. I jakich słów używała.

Basia rzeczywiście była prawdziwym robotniczym dzieckiem. Jej tata pracował w Stoczni Remontowej jako spawacz, mama w fabryce przetworów owocowych Dagoma, najpierw jako robotnica przy taśmie, a potem na stanowisku kierowniczki sortowni jabłek. Był to prawdziwy peerelowski awans społeczny. W sobotę po pracy pani Gruba przynosiła z fabryki owoce, które były nadpsute i do poniedziałku zepsułyby się całkowicie. Każda pracownica mogła zabrać siatkę takich owoców do domu. Najczęściej były to jabłka.

Asia i Basia, przez całe dzieciństwo zmuszane do jedzenia szarlotek i placków z jabłkami, w dorosłym życiu nigdy dobrowolnie nie zjadły jabłka.
Jak skutecznie jabłko…

Chętnie zakończyłabym ten rozdział tym dziwnym równoważnikiem zdania, nie podając, o co chodzi. Byłoby to nader postmodernistyczne. Tym niemniej nie piszę przecież powieści postmodernistycznej, dla spokoju ducha czytelników powinnam więc jednak wyjaśnić, co jest z tym jabłkiem. Ale może zacznę od pewnej istotnej chyba uwagi – wydaje mi się, że w ogóle nie piszę powieści, tylko zbeletryzowaną historię naszego pokolenia, na przykładzie losów dwojga ludzi, którzy, choć mają swoje autentyczne pierwowzory, oboje oczywiście są skondensowanymi konstruktami, które przede wszystkim są mną, czasem bardziej Basia, czasem Stefan. Urodzili się w latach 40, wyrastali w latach 50 i 60, weszli w dorosłość w latach 70. Lata 80 były apogeum ich życia, czasem wielkich decyzji – zaangażowanie w politykę, więzienie, emigracja i potem nowe życie, w nowym, innym świecie. Były to ich własne, odpowiedzialne decyzje. Wielu ludzi przeżywa życie po prostu dając się nieść fali, ale Basia i Stefan w latach 80 samodzielnie i odpowiedzialnie podjęli ważkie decyzje życiowe.
Byli już dorośli, zbudowali coś w rodzaju małej stabilizacji, Basię interesowało „normalne życie”, Stefana – polityka, ale oboje oczywiście widzieli też, że obok, w równoległym do ich biografii nurcie życia, w wielkomiejskich enklawach, studenckich i młodzieżowych, szary świat PRL-u stawał się barwny i psychodeliczny. Pojawiły się substancje, które prowadziły człowieka nie wiadomo dokąd po marmoladowych łąkach pod mandarynkowym niebem. W tej wędrówce ważne były grzyby, te tajemnicze formy bytu, które czasem plasowano w ogóle na pograniczu życia roślinnego i zwierzęcego.

Wierzono na przykład, że na wysokości powyżej trzech kilometrów rośnie w Tybecie święty grzyb, który przez pół roku jest owadem. Tak go też nazywano. Grzyb-Gąsienica. Nie jest to nazwa całkiem bez sensu, bo grzyb atakuje gąsienice, wyjada je od środka i mieszka w ich skórze. Nazywa się Cordyceps sinensis i w dzisiejszych całkiem nietajemniczych czasach można go kupić w proszku jako preparat na wzmocnienie. W buteleczce. Oferuje następujące witalizujące elementy: adenozyna i kordycepina oraz cyklosporyny i nukleozydy; ponadto witaminy (A, B, C, E), składniki mineralne (potas, żelazo, magnez, cynk, selen), sterole, polisacharydy, kwas kordycepinowy, szesnaście aminokwasów oraz dysmutazę podtlenkową.

Po polsku grzyb nazywa się mniej tajemniczo – maczużnik chiński, bo rzeczywiście wygląda jak mała maczuga. Taka wielkości zapałki. Wzmacnia układ odpornościowy oraz układ nerwowy, dostarcza energii, łagodzi stres oksydacyjny, poprawia nastrój, wydolność fizyczną oraz libido. Reguluje poziom glukozy we krwi, ma właściwości antybakteryjne, przeciwgrzybiczne, przeciwpasożytnicze. Wspiera pracę nerek i pomaga przy infekcjach układu moczowego.

Ale właściwie wcale nie potrzebujemy maczużnika, bo w Polsce też mamy niezłe grzybki psyloscybki, czyli grzyby o działaniu psychoaktywnym, które sprawiają, że inaczej odbieramy czas, przestrzeń, kolory i dźwięk. W Polsce występuje łysiczka lancetowata. Rośnie w grupkach małych, brązowych lub brązowo-żółtych grzybów, które łatwo pomylić z trujakami. Chińczycy i Indianie stosują je od tysięcy lat podczas obrzędów religijnych, bo wierzą, że psyloscybki ułatwiają kontakt z bogami.

Grzybem, a raczej przetrwalnikiem grzyba zwanego buławinką czerwoną, jest też sporysz, z którego kiedyś produkowano środek przeciwbólowy i wczesnoporonny, a dziś – LSD. Sporysz zawiera wiele alkaloidów, w tym przede wszystkim ergotaminę. Jeszcze do niedawna sporysz atakował zboża, pamiętam z dzieciństwa kłosy żyta z twardymi podługowatymni grudkami sklerot czyli sporyszu. Gdy z zaatakowanego sporyszem zboża zrobiło się mąkę, powodowała ona halucynacje. W Średniowieczu całe zboże europejskie było zarażone i myślę, że mogło być tak, że różne wizje aniołów i diabłów, które ukazywały się wówczas ludziom, były wywołane konsumpcją sporyszu. Gdy poprawiła się jakość rolnictwa, zaczęto czyścić ziarna przeznaczone na siew, halucynacje ustały i może wtedy właśnie stał się możliwy Renesans? Imię Sporysz nosił też demon z mitologii słowiańskiej, będący personifikacją płodności i plenności.

Nawet wtedy jednak, gdy pokolenie LSD wyrosło i też się ustatkowało, grzyby zostały jak pamiątka innego świata, i pojawiały się w popkulturze jeszcze w latach zerowych i dziesiątych nowego tysiąclecia. U Olgi Tokarczuk był tort z muchomorów, u Michała Witkowskiego – Las Trujaków, na YouTubie – odjechany serial Wiktora Striboga Kraina grzybów. Jego pierwszy odcinek nosił tytuł Jak skutecznie jabłko… a przez cały filmik nie dowiadujemy się, co mamy z tym jabłkiem skutecznie… Bohaterka obiera je dość nieporadnie i jeszcze nieporadniej zjada.

To wszystko.

Unsere süßen Katzen

Ewa Maria Slaska

Aus Russland

Andrey Scherbak aus Rostov Russia

Diese Katzen (es sind zwei Katzen, das sieht Ihr, hoffe ich, weil zuerst denkt man, sie ist nur eine) sind so süß und so real, dass man ernsthaft überlegen muß, ob es nicht eine Situation im Liliputland ist. Unsere Augen glauben, dass, der Künstler das Haus, die Mauer, Blätter und Zweigen, sogar den Menschen warheitsgetreu malen könnte, aber nicht die Katzen. Nicht so!

Und es stimmt. Auf den anderen Photos sieht man es ganz genau. Die Wirklichkeitselemente sind real und die Katzen auch, der Künstler verbindet sie und verarbeitet im Photoshop.

Auf der Seite odnoboko findet man viel mehr Fotos.

Wie würde die Welt aussehen, fragt sich eine Journalistin, wenn sie von Katzen geführt würde? Eine lustige und faszinierende Fantasie, die in den kuriosen fotografischen Schöpfungen des russischen Künstlers Andrey Scherbak eine Antwort findet, der auf seinem Instagram Profil mehr als 150 Bilder von über 3 Meter hohen Katzen hochgeladen hat, in denen die heute winzige Gestalt des Menschen nichts anderes tun kann, als sich an die neuen Meister des Planeten Erde anzupassen. Und in gewisser Weise könnte es auch die beste Lösung für die Zukunft unserer Welt sein!

Alles mag ich, die Katzen, die Idee, den Künstler, der ein sympatischer Mensch zu sein scheint, man sieht ihn immer wieder auf den Fotos, er sitzt mit der Katze in einem Café, er geht dorthin spazieren, wo sich eine andere Katze eingenistet hat, sie umarmen sich, die Katze und der Mensch. Und wenn es alles so schön ist, wieso habe ich die ganze Zeit ein mulmiges Gefühl, als ob ich etwas Unangenehmes oder gar Unanständiges gemacht habe. Nicht gewollt, nicht geplant, es ist halt so passiert. Wie als ob du auf einem goldenem Strand am Meer sitzen würdesr, zufrieden, relaxiert, glücklich, du buddelst leicht mit der Hand im goldenen Sand und steckst die Finger in dort versteckten Scheisse. Ist nichts passiert, nicht tragisches, du läufst Hände Waschen, kannst darüber lachen aber das Gefühl bleibt. Zäh, hartnäckig. Der Tag, das Los, oder vielleicht jemand absichtig hat dir den goldenen Tag verdorben.

Und plötzlich weiß ich es ganz genau. Es ist nur eine Frage: Weshalb habe ich es gerade jetzt gesehen? Wieso hat mir der berühmte Algorhythmus es vorgeschoben? Es war klar, dass ich den Köter schlucke, die Katzen und Kunst. Jeder weißt, dass es mich interessiert, und wenn ja, da auch ev. reblogge. Trage weiterhin die Kunde interessaner Kunst aus Russland, des Landes der großen Kultur!

Ich glaube der Scherbakow muss dies überhaupt nicht wissen, auch die Person, die dieses Bild der auf der Mauer schlafende Katzen mir empfahl, weiß es nicht. Aber doch, es ist Haufenscheiße, dass man uns hier schön verpackt vorgeschoben hat. Es stinkt.

Och fuck you alle! Ich hasse es! Diese verdammte Fähigkeit unsere Vorlieben gegen uns zu drehen! Och shit, idi na ch*j. Idi na ch*j.

Das habe ich hergestellt.

Ja, du russischer Troll, so sehen jetzt die süßen Katzen-Bilder aus, wenn sie Bucha oder Mariupol als Hintergrund haben werden! So oder viel viel schlimmer!

Und so sehen die Katzen aus Mariupol aus:

To jest wojna!