Der Pilger und der Ritter (kein Don Quijote)

Für Arkadiusz (Arek) Ł. mit großen Dank, dass er die Pilgerfigur auf einem Grab im Berliner Alter St. Mathias Friedhof entdeckt hat.

– Sieh Mal, sagte Arek, der da sieht eigentlich wie Don Quijote aus. Klar, ist er nicht, sieht nur so aus, aber…

Ich drehe mich um und denke: Nein, es kann nicht sein, es gibt keinen Don Quijote als eine Grabfigur! Ich gehe näher, laufe um das Grab herum und sehe einen Pilger, so einen, den man immer wieder auf dem Jakobsweg (Camino de Santiago) trifft und der, ja, vom Weitem tatsäschlich wie Don Quijote aussieht.

Klar, wir, normale Pilgernde (und keine Pilger im engen Sinne des Wortes) kleiden uns anders, aber es gibt auf dem Weg auch die Verkleideten. Ein Pilger mit einem Pilgerhut ist immer dabei, es gibt aber auch Hippies und mittelalterliche Mönche, und Trubaduren, und Schotten in Kilts…

Ein kurzer Augenblick und schon habe ich drei Themen für diesen Blog-Beitrag: Don Quijote auf dem Camino de Santiago, das Grab der Familie Katsch und die Pilgerfigur.

Zuerst suche ich verschiedene Infos, keine wissenschaftliche Kulturfetzen und -krümmel, die den Don Quijote mit dem Camino de Santiago verbindet.

Camino Don Quijote

So ist manchmal Camino de Levante genannt, ein Streckenabschnitt von Valencia über Toledo bis Zamora.

Bis Toledo gibt es hier lange Streckenabschnitte, die nach Don Quijote ausgeschildert sind. Ab Zamora gibt es zwei Wander-Möglichkeiten in Richtung Santiago de Compostela: Entweder über Astorga oder über Ourense.

Den Weg über Astorga bin ich ja auch gegangen und tatsächlich, gab es da ab und zu Anspielungen an Don Quijote. Ich ging dorthin aber 2006 und der Ritter der Traurigen Gestalt interessierte mich noch nicht. Dagegen hatte mich der Heilige Jakob interessiert, der traurige Missionär, der insgesamt sieben Heiden christianisiert hat. Ich spürte hier eine gewisse Nähe zu diesem nicht besonders erfolgreichen Missionär, wohlwissend, dass wenn ich irgendwelche Heiden christianisieren sollte, hätte ich ja auch solche unwichtige, lächerliche Erfolge.

***

Auf dem Weg gibt es jedoch ein Ort, wo man erzwungenerweise über Don Quijote sinnieren muss, Hospital de Órbigo, wo es eine lange geschwungene Steinbrücke gibt, mit 20 Jochen. Die Legende will, dass sich hier 1434 ein seltsamer Ritter, Suero de Quiñones, gestellt hatt. Zur Ehre seiner Angebetenen hatten hier er und seine neun Begleitern einen Monat lang jeden europäischen Ritter, der nach Santiago zog, zum Waffengang gefordert.

Man erzählt, Cervantes hätte hier seine Inspiration gefunden!

***

Das Grab aber, zurück zum Grab!  Erbbegräbnis der Familie Katsch auf dem Alten St.-MatthäusKirchhof in Berlin-Schöneberg, das Grab von Alexander Katsch und seiner Familie.

Die Grabfigur bezeichnet man als einen müden Pilgern: Pilger, am Kreuz zur „Letzten Rast“ niedergesunkenen, darunter gibt es ein Zitat aus dem Pilgerpsalm (Psalm 121), Vers 3.: Er wird deinen Fuß nicht gleiten lassen / und der dich behütet, schläft nicht.

Ein Wallfahrtslied

Ich hebe meine Augen auf zu den Bergen.
Woher kommt mir Hilfe?

Meine Hilfe kommt vom Herrn,
der Himmel und Erde gemacht hat.

Er wird deinen Fuß nicht gleiten lassen,
und der dich behütet, schläft nicht.

Siehe, der Hüter Israels
schläft noch schlummert nicht.

Der Herr behütet dich;
der Herr ist dein Schatten über deiner rechten Hand,

dass dich des Tages die Sonne nicht steche
noch der Mond des Nachts.

Der Herr behüte dich vor allem Übel,
er behüte deine Seele.

Der Herr behüte deinen Ausgang und Eingang
von nun an bis in Ewigkeit!

***
Die Figur hat Rudolf Pohle geschaffen. Die Idee sollte aber von Hermann Katsch stammen, einen Maler. Pohle war ein bekannter Schöpfer hochemotionaler Skulpturen, Katsch ein Maler, der für seine Porträts menschlicher Typen geschätzt wurde. Pohle, schreibt man auf Wikiwand, verband die ernste Würde der äußeren Erscheinung und tiefe Empfindung besonders in seinen Grabfiguren. Die Fertigung von Grabmalplastiken war für einige Jahre sein künstlerischer Schwerpunkt. Am Anfang der 1880er Jahre erhielt er den Auftrag, für Eberswalde ein Denkmal des Oberlandforstmeisters von Hagen zu fertigen. Es folgte 1892 ein Marmordenkmal für Alois Senefelder, den Erfinder der Lithografie, auf dem Senefelderplatz in Berlin. Es war seinerzeit das erste Denkmal für einen Handwerker und galt als „eine der schönsten Arbeiten der modern-realistischen Schule“.
Hermann Katsch war sehr erfolgreich als Dekorationsmaler und wurde mit mehreren monumentalen Wandmalereien in Berlin beauftragt; er schuf unter anderen ein beeindruckendes Fresko im Theater des Westens. Während des Ersten Weltkriegs wurde Katsch Kriegsberichterstatter. 

Pokolenie Solidarności (11)

Ewa Maria Slaska

Eli

Miłość (1969)

Była to miłość nie tyle od pierwszego wejrzenia, ile od pierwszego kroku. Był Sylwester. Rok 1969. Rozeszła się pogłoska, że do Klubu Studentów Wybrzeża Żak przyjedzie Niemen. Żak mieścił się wówczas nieopodal Dworca Głównego, w budynku Nowego Ratusza, który przed wojną był siedzibą Przedstawiciela Ligi Narodów w Wolnym Mieście Gdańsku, a w czasie wojny Wehrkreiskommando i gauleitera Alberta Forstera. Niemen nie przyjechał, ale przyszła masa ludzi. Stefan stał na bramce i próbował powstrzymać tłum, szturmujący wejście do klubu. Baśka właśnie podniosła nogę, żeby zrobić pół kroku dalej. Ktoś ją jednak popchnął, oparła się więc o Stefana całym ciałem i wbiła mu szpilkę w stopę. Stefan zawył z bólu i tak to się zaczęło.

Przyjechało pogotowie, zabrało Stefana i Baśkę przy okazji. Oboje nie bawili się w Sylwestra, ale się zakochali.

Gdy dwadzieścia lat później rozstawali się w Nowym Jorku, Stefan pomyślał, że ta szpilka, którą Baśka rozwaliła mu palce u prawej stopy, była jednak symboliczna. W końcu nie każda romantyczna miłość musi się zacząć od wściekłego bólu.

A może zresztą nie była to wcale miłość romantyczna. Podobnie jak solidarność okazała się niesolidarna, prawda nieprawdziwa, a wolność niewolna.

Przed nimi był jednak najpierw w miarę spokojny rok. Młodzi ludzie położyli uszy po sobie. Rozruchy studenckie, które nie ominęły Gdańska, minęły. Grudzień 1970 roku miał dopiero nadejść.

Krwawe gody (1970)

Stefan miał 23 lata, Basia 21. Wzięli ślub w kościele św. Mikołaja w Gdańsku, w Mikołaja, czyli 6 grudnia 1970 roku. W Mikołaju w Mikołaja, żartowali. Mieszkali w mieszkaniu Stefana na starym mieście i mieli ogromny wybór, ale akurat u Mikołaja wolny był termin podczas niedzielnej sumy. Tak więc padło na św. Mikołaja. To jeden z pogodniejszych świętych w panteonie katolickim, w którym poczesna rola przypada władcom i męczennikom lub władczyniom i męczenniczkom. Mikołaja ani nie umęczono na śmierć, ani on nikogo nie skazał na męki. Był biskupem w Mirze. Odziedziczył pieniądze i chętnie je ukradkiem rozdawał biednym młodym ludziom, kładł je na progu ubogich domostw, wrzucał przez okno lub przez komin, wkładał do ustawionych na zewnątrz butów lub tylko skarpet. Te złote monety miały umożliwić start w życie młodym, uczciwym, niezamożnym ludziom. Dla dziewcząt były posagiem, dla chłopaków często opłatą za naukę zawodu w warsztacie mistrza. Tak jak podopieczni świętego biskupa, również Stefan i Basia stali u progu życia i nie mogli wiedzieć, że kiedyś rozpołowi się opowieść o świętym rozdającym złoto i rozpołowi ich los.

Symbolicznie, mikołajowo jedna z ciotek podarowała im w prezencie ślubnym bon na pięć dolarów do Pewexu. Pewnego dnia, jeszcze przed świętami, długo chodzili po sklepie zastanawiając się, na co wydać ten majątek i wreszcie kupili puszysty, jasnożółty kocyk dla dziecka.

7 grudnia 1970 roku był sukcesem ówczesnej polskiej poltyki zagranicznej. W Warszawie został podpisany układ o podstawach wzajemnych stosunków między PRL a RFN, dokument, w którym Niemcy w praktyce uznawali oficjalnie granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej. To był też dzień, kiedy Willy Brandt, kancelerz Niemiec i przewodniczący delegacji niemieckiej, ukląkł podczas składania kwiatów pod pomnikiem Ofiar Getta Warszawskiego.

Gdy to piszę, widzę, że słowo ukląkł nie oddaje znaczenia tego faktu. Po niemiecku nazywa się to znacznie mocniej – Kniefall, upadek na kolana. I tak się to właśnie odbyło, kanclerz Niemiec padł na kolana przed pomnikiem Ofiar Getta Warszawskiego.

W pięć dni później na Stoczni zaczęły się rozruchy, zakończone krwawą jatką. Zdarzenia, nazwane potem wypadkami grudniowymi lub po prostu Grudniem, pisanym z dużej litery, zaczęły się 12 grudnia. Wieczorem w telewizji ogłoszono podwyżkę cen artykułów spożywczych, w tym mięsa, ryb, mąki, kaszy, makaronu. Wieczorem pod Stocznią imienia Lenina zebrało się ponad dwa tysiące robotników. Postulaty były takie jak zawsze – demonstranci domagali się cofnięcia podwyżek. Teraz jednak do zwyczajowych żądań doszedł też postulat usunięcia ze stanowiska Władysława Gomułki. Taki jest los przywódców w ogóle, ale może tylko komunistycznych. Gomułka, wyniesiony na szczyty władzy przez zbuntowanych robotników, po 15 latach również przez nich został usunięty. To jednak oczywiście nie nastąpiło od razu. Na razie około 700 robotników poszło pod gmach Komitetu PZPR, czyli tak zwany Biały Dom.

Ani studenci Politechniki, ani inżynierowie ze Stoczni nie przyłączyli się do robotników. Idący pod gmach PZPR robotnicy rzucali kamieniami w okna ich biura i wykrzykiwali obelgi pod adresem „małp w białych kitlach”.

A potem milicja bez zapowiedzi zaczęła strzelać na moście do Stoczni. Syn sąsiadów Basi, starszy od niej o kilka lat, stracił prawą rękę, odrzucając granat. Przeciwko demonstrantom używano ostrej broni, ale też petard, które teraz wszyscy dobrze znamy, bo strzelamy nimi w Sylwestra (albo, oczywiście, nie) w stronę milicji.

Rozruchy zaczęły się zaledwie pięć dni później i zaczęły się jak zawsze, od mięsa. W sobotę władze podniosły ceny żywności i opału, a w dwa dni później, w poniedziałek, robotnicy wyszli na ulice. Tak było zawsze. Władze podnosiły ceny albo normy, a robotnicy w różnych miastach i z różnym skutkiem wychodzili na ulice. Czas był zawsze trudny, bo zawsze było tak, że robotnik zarabiał coraz mniej, pracując coraz więcej. Wychodziły też kobiety, głównie w Łodzi, gdzie protesty robotnic przez kilkadziesiąt lat istnienia PRL-u trwały właściwie bez przerwy. Tym razem, w poniedziałek 14 grudnia 1970 roku, to stoczniowcy przerwali pracę i wyszli na ulice, a władze zdecydowały się na użycie broni. To właśnie ten Kociołek, o którym pisze Dowgiałło w piosence. Krwawy Kociołek. Przeliczył się jednak, wieść o masakrach w Gdyni i w Gdańsku rozniosła wię echem nie tylko po całej Polsce, ale po całym świecie, co oczywiście w owym czasie oznaczało tylko Europę. W Tajlandii albo Nikaragui nikt nie wiedział nawet, gdzie leży Polska, skąd więc mógł wiedzieć, że władze użyły ostrej amunicji i zabito 45 osób, a ponad 1160 zostało rannych. Najstarsza ofiara miała 59 lat, a najmłodsza – 16.
Z tą ilością zabitych jednak do dziś nie wiadomo na pewno, czy było ich tylko 45. Do tylu po dojściu Gierka do władzy PRL przyznał się oficjalnie – podobno dlatego tylko do tylu, że gdyby zabitych było więcej niż 50, Polska mogła była zostać oskarżona o ludobójstwo, co jest przestępstwem ściganym przez międzynarodowy trybunał. Piszę to w roku 2021 i zastanawiam się nad tym, że tak było, w to wierzyliśmy, my Polacy lat 70. Ale czy było to prawdą? Jaki miał to być trybunał? I co Polsce mogło z tego powodu grozić, że zabito więcej niż 50 strajkujących?

Portal Dzieje.pl twierdzi, że jest to jeden z mitów Grudnia. Już w momencie trwania rewolty, głównie ze względu na blokadę informacyjną wśród społeczeństwa, a także poza granicami Polski rosło przekonanie, że ofiar było dużo więcej. Stefan Kisielewski w swoich dziennikach napisał o 200-300 zabitych, Norman Davis o 300, dziennikarz telewizyjny, a w rzeczywistości oficer kontrwywiadu Tadeusz Zakrzewski pisał o 60 ofiarach. Radio Wolna Europa, która przełamała barierę informacyjną dotyczącą rewolty na swojej antenie cytowała ludzi, którzy mówili o 150 ofiarach.

Nota bene grudniowa podwyżka cen została odwołana dopiero na początku marca 1971 roku, po całej serii strajków w styczniu i lutym 1971 roku. Strajkowano w 12 na 17 województw, a liczba strajkujących przekroczyła 200 tysięcy osób. Najdotkliwszy był dla władz strajk w Łodzi, gdzie pracy odmówiły włókniarki.

Janek Wiśniewski (1970)1

Kiedy wracali spod stoczni do domu, Basia rozpaczliwie szlochała.
– Pani, powiedziała do niej jakaś kobieta w burym płaszczu i szarym berecie, pani, niech pani tak nie płacze, bo to dziecku zaszkodzi.
Basia jednak nie mogła przestać, a wtedy kobieta dodała:
– Im i tak już nie pomożemy. Pomarły biedaki.
O tych, którzy zginęli podczas rozruchów, w PRL nie wolno było mówić. Nikt nie wiedział, ile osób naprawdę zginęło. W szpitalach i na pogotowiu lekrze i personel medyczny nie mieli czasu ani głowy do tego, by ich liczyć, a potem ich ciała zniknęły. Nikt nie zdawał sobie sprawy z rozmiarów masakry. Często nie wiadomo było, gdzie pochowano zamordowanych. Może na Cmentarzu Emaus w Gdańsku, może na Witominie w Gdyni.

Krzysztof Dowgiałło, działacz opozycyjny, a potem, kiedyś, w przyszłości, senator pierwszego powojennego senatu w Polsce, napisał piosenkę, która stała się tak znana, że jak Lorelei Heinego, była uważana z anonimowy utwór ludowy.

Piosenka opowiadała o Zbyszku Godlewskim, jednym z zabitych w ów czarny czwartek 17 grudnia 1970 roku. Strajkujący robotnicy położyli jego ciało na drzwiach i zanieśli w pochodzie pod Komitet Partii na Wałach Jagiellońskich. Krzysztof nie wiedział, jak nazywał się chłopak, którego ciało zostało położone na drzwiach, nazwał zmarłego Janek Wiśniewski. I tak zostało.

Janek Wiśniewski stał się na wiele lat nieoficjalnym hymnem polskiej opozycji, dopiero piosenka Lluisa Llacha, przetłumaczona na polski jako Mury runą, którą śpiewał Jacek Kaczmarski, usunęła w cień Janka Wiśniewskiego.

Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni,
Dzisiaj milicja użyła broni.
Dzielniśmy stali, celnie rzucali.
Janek Wiśniewski padł!

Na drzwiach ponieśli go Świętojańską,
Naprzeciw glinom, naprzeciw tankom.
Chłopcy stoczniowcy – pomścijcie druha!
Janek Wiśniewski padł!

Jeden zraniony, drugi zabity,
Krwi się zachciało słupskim bandytom.
To partia strzela do robotników,
Janek Wiśniewski padł!

Krwawy Kociołek, to kat Trójmiasta,
Przez niego giną dzieci, niewiasty.
Poczekaj draniu – my cię dostaniem,
Janek Wiśniewski padł!

Stoczniowcy Gdyni, stoczniowcy Gdańska,
Idźcie do domu, skończona walka.
Świat się dowiedział, nic nie powiedział,
Janek Wiśniewski padł!

Stoczniowcy Gdyni, stoczniowcy Gdańska,
Idźcie do domu, skończona walka.
Świat się dowiedział, nic nie powiedział,
Janek Wiśniewski padł!

Nie płaczcie matki, bo nie na darmo!
Nad stocznią sztandar z czarną kokardą!
Za chleb i wolność, i nową Polskę,
Janek Wiśniewski padł!

Grudzień 1970 roku był dla Gdańska tragiczny, a przecież stał się momentem przełomowym w historii nie tylko Polski, ale Europy i świata.

I choć wydawało się, że strzały, które padły na moście do Stoczni Gdyńskiej i na placu przed wejściem do Stoczni Gdańskiej, padły na darmo – bo owszem, doszedł do władzy Gierek, dostaliśmy schabowego, majonez i krakersy, a rolnikom dano więcej węgla i traktory Maxwella, ale komuna nadal trzymała się mocno.

A potem minęło dziesięć lat i okazało się, że Dowgiałło nie miał racji, że wprawdzie w roku 1970 wydawało się, że świat się dowiedział, nic nie powiedział, ale w dziesięć lat później, z frustracji z powodu tamtej sytuacji powstała Solidarność (prości ludzie mówili nawet, że wybuchła, tak jakby była wulkanem lub rewolucją), a jeszcze dziesięć lat później komuniści oddali władzę, nie tylko w Polsce. Po kolei upadły wszystkie reżimy komunistyczne w państwach byłego już Bloku Wschodniego. Niemcy się zjednoczyły, skończyła się zimna wojna, Polska i kilkanaście innych krajów, które wyzwoliły się spod władzy sowieckiej, weszły do Unii.

***

Wciąż był grudzień, święta się zbliżały, kupili choinkę, ale mieli niewiele pieniędzy. Basia powiesiła na choince swoje wisiorki, Stefan – słone paluszki umocowane pasemkami czerwonej włóczki.

Stefan, który przeniósł się z matematyki w Warszawie z powrotem do Gdańska, studiował na Wydziale Budowy Okrętów („jak wszyscy”, żartował) i zaraz po studiach dostał pracę w CETO, Centrum Techniki Okrętowej. Początkowo mieściło się w Stoczni Gdańskiej, ale gdy tylko zakończono budowę pewnego niezwykłego budynku, co nastąpiło w roku 1971 – w Zieleniaku.

Zieleniak był niezwykły. Ma wysokość 72 metry i 17 kondygnacji. Zbudowano go w latach 1965-1971 dla CETO – Centralnego Ośrodka Konstrukcyjno-Badawczego Przemysłu Okrętowego. Budowano go od góry, według projektu Zbigniewa Zaborowskiego: do dwóch żelbetowych słupów, przywieszano, poczynając od góry, kolejne żelbetowe piętra, przeszklone oknami w tonacji zielonej. Dlatego Zieleniak.

W Zieleniaku był komputer i Stefan od początku wiedział, że tak – to właśnie tam chce pracować, przy tym czymś wspaniałym, co się nazywało komputer i jeszcze kilka lat temu zajmowało osobny budynek na Przymorzu, a potem zaczęło się zmniejszać, było wielkie jak szafa, jak kufer podróżny, aż wreszcie stało się wielkim niezgrabnym pudłem. Jeszcze za życia Stefana komputer wciąż się zmniejszał, był duży jak telewizor, jak pudełko po butach, jak aktówka. Nie wiadomo jednak, czy kiedy to się działo, Stefan w ogóle wiedział, że komputery dalej się zmniejszały, ani kiedy w ogóle po raz ostatni widział naprawdę komputer.

Można oczywiście teoretycznie założyć, że nawet jak już był bezdomny, Stefan wciąż jeszcze mógł obejrzeć komputer na wystawie jakiegoś sklepu z elektroniką, ale skądinąnd wiadomo, że bezdomni z czasem tracą zainteresowanie dla wszystkiego, co nie wiąże się bezpośrednio z ich życiem. Czyli możemy założyć, że komputery go już w ogóle nie interesowały.

Gdy urodziło się im drugie dziecko, a Basia akurat wróciła ze szpitala do domu, w Radomiu zaczęła się krwawa rozprawa władz z robotnikami.

– Wszyscy jesteście majowo-czerwcowi, powiedział Stefan. I tak było. Basia urodziła się 23 maja 1949 roku, Małgosia 31 maja 1971 roku, Tadzio – 26 czerwca 1976 roku. Tylko Stefan był jesienny.

Było ich czworo i byli klasyczną polską rodziną, mama, tata, dwoje dzieci, syn i córka, aczkolwiek żeby wymogom klasyki stało się zadość, syn powinien być starszy, córka młodsza, a różnica wieku powinna była wynosić dwa lata.

9-Euro-Ticket (7)

Ewa Maria Slaska

Jak to słusznie zauważyła Ela w jednym z poprzednich wpisów o słynnym bilecie za 9 euro, wcale nie jest on wykorzystywany do dalekich podróży, lecz przede wszystkim do zwiedzania własnego miasta. Słyszę to od wielu ludzi, myślę więc, że jest to pewne zjawisko społeczne, jak sądzę, wcale nie takie, jakie sobie wydumał prawodawca. Zasadniczo wprowadzenie taniego biletu miało nauczyć użytkowników oszczędności energetycznej, tego więc, że metro, tramwaj i kolejka są dla ludzi. Przypuszczam, że wielu właścicielom aut wydawało się to przez wiele lat absurdalne. Oferta była więc skierowana przede wszystkim do tych, którzy powinni zrezygnować z aut. Zachęcano ich do tego już od dawna, mieli zacząć chodzić, jeździć na rowerze, korzystać z komunikacji miejskiej. Teraz argumenty ideologiczne zostały wzmocnione czynnikiem ekonomicznym. Ale i tak głównymi beneficjentami programu jesteśmy po prostu my, zwykli ludzie, którzy wyrwali się z domu po dwóch latach przymusowej odsiadki z powodu pandemii.

Wyszliśmy z domu, żeby obejrzeć nasze własne miasto.

Pewnej niedzieli wybraliśmy się więc z Arkiem i Konradem na Wannsee. W Literarisches Colloquium Berlin (LCB) odbywał się bowiem jarmark małych wydawnictw, pod sympatycznym tytułem Małe Wydawnictwa nad Wielkim Wannsee. Wielkie (i małe) Wannsee to jeziora, jak sama nazwa wskazuje – wannowe. Łąka pomiędzy LCB a jeziorem jest bardzo piękna i bardzo słynna, pisało o niej bowiem wielu pisarzy, a to dlatego że LCB nie tylko organizuje wieczory autorskie, festiwale, jarmarki i warsztaty, ale również zaprasza licznych pisarzy na krótsze i dłuższe pobyty. A pisarze, jak to oni, piszą o tym, co przeżywają, jak się więc jest gościem rezydentem w LCB, siaduje się z innymi gośćmi na łące nad jeziorem. A potem pisze o tych łąkowych spotkaniach. W polskiej literaturze znalazł się taki opis na pewno u Zagajewskiego, ale prawie dałabym głowę, że był też u Kazimierza Brandysa, może u Dygata, może u Witkowskiego…


Małe wydawnictwa to w Berlinie bardzo ważny element krajobrazu kulturalnego. Bo jest tak, że wielkie, ważne, znane instytucje kultury, wydawnictwa, muzea, filharmonie nie interesują się artystą, dopóki nie będzie ona sławną celebrytą. Gdy już wyda książki i dostanie wspaniałe honoraria, wszystkie drzwi staną przed nią otworem. Ale jak zaczynasz kobieto pisać, malować, komponować czy kręcić filmy, nie masz co liczyć na to, że ktoś cię zauważy.
I wtedy zakładasz z koleżankami wydawnictwo, waszą własną galerię, klub muzyczny, gdzie będziecie grały waszą własną muzykę, kino, które pokaże publiczności twój film. Oczywiście w czasach internetu jest łatwiej, można założyć własne wydawnictwo i galerię na youtubie, ale…

Ale okazuje się, że książka nadal jest potrzebna. Jest potrzebny ten produkt złożony z okładek i stron pomiędzy nimi, chociażby po to, żeby autorka miała co postawić na półce i żeby czytelniczki miały z czym podejść podczas spotkania autorskiego, żeby poprosić o podpis.
I wtedy małe wydawnictwo okazuje się zbawieniem.

Pojechaliśmy więc na Wannsee, poszliśmy do do LCB, pooglądaliśmy książki, pogadaliśmy z ludźmi, poznaliśmy tych, których jeszcze nie znaliśmy (na przykład Annę Cieplak) i pogadaliśmy z tymi, których znamy od dawna (na przykład z Annett Gröschner czy Danielą Seel), kupiliśmy jedną czy drugą książkę, po czym poszliśmy na spacer.

W Wannsee można iść na spacer do grobu Heinricha von Kleista i Henriette Vogel, którzy 21 listopada 1811 roku popełnili samobójstwo nad Małym Wannsee, albo można zejść nad wodę. Była piękna pogoda, co tego lata oznacza, że nie było upału, poszliśmy więc nad wodę. Wsiedliśmy na prom i popłynęliśmy na Kladow.


I tu właśnie zaczyna się znowu sprawa biletu za 9 euro. Bo oto w Berlinie jest 10 linii komunikacyjnych łączących się z promami i wszystkie te promy są częścią komunikacji miejskiej, a zatem w tym roku można się nimi przejechać za ów bilet miesięczny za 9 euro.

Linie promowe w Berlinie


Kladow jest jedną z kilkunastu dawnych wiosek, które w roku 1920 zostały wraz z kilkoma miastami połączone w jedno miasto zwane Wielkim Berlinem. Wioski te miały swoje kościoły, swoje cmentarze, szkoły, poczty i sołectwa.

Na Kladow przez 18 lat mieszkała niemiecko-żydowska poetka Mascha Kaléko – w każdym razie pisze tak w jednym ze swoich wierszy. Miłośnicy Kladow i poezji twierdzą dziś, że tego twierdzenia nie da się w pełni potwierdzić. Ale nie da się go też w pełni zanegować.
W każdym razie jest na Kladow uliczka Maschy Kaléko (Mascha-Kaléko-Weg) i jest jej wiersz:

Mascha Kaléko, Souvenir à Kladow

(geschrieben im heftigen Vorfrühling Manhattans)

Ich denke oft an Kladow im April …
Noch hält der Frühling sich im Wald verborgen,
Die Ufer warten kahl und winterstill,
Und nur die ersten Knospen rufen: „morgen!“

Auf einmal regt sich was im Vogelnest,
Und Sammetkätzchen schaukeln von den Weiden.
Die ganze Landschaft rüstet sich zum Fest –
In meinem Herzen rüstet sichs zum Scheiden.

Der letzte Abendgang duch die Allee:
Wie geisterhaft die fernen Glocken hallen!
Ein später Vogel ruft: „Ade. Ade.“
Das ist mir früher niemals aufgefallen.

In diesem Haus mit seinen blanken Scheiben,
Den Fliederbüschen und dem Silbermond,
Dem See, darauf die kleinen Boote treiben –
Hier hab ich achtzehn Frühlinge gewohnt.

Von meinem Herzen bleibt ein gutes Stück
Auf diesem kleinen Erdenfleck zurück.
– Und eine Stimme in mir sagt: Ich will
Die Stunde, wie sie ist, in mir bewahren.
Und sieh: da lebt sie, nach so vielen Jahren!

Ich denke oft an Kladow im April.

***

Tekst ze strony: https://www.deutschelyrik.de/souvenir-a-kladow.html
Tu znajduje się również piękne nagranie wiersza – czyta Fritz Stavenhagen

Projekt Irena Bobowska – zapowiedź

Anna Krenz & Ewa Maria Slaska

Wrzesień 2022 / 4 wieczory / 4 dyskusje / 4 performance / 4 koncerty / 4 miejsca

Brakująca część historii. Irena Bobowska, zapomniana bohaterka.

Projekt “Brakująca część historii” jest próbą uzupełnienia polsko-niemieckiej historii poprzez przypomnienie kobiet – zapomnianych bohaterek wymazanych z kart historii, Polek, które 100 lat temu walczyły o swoje prawa razem z kobietami w Niemczech, które później stały się ofiarami wojny, ale również walczyły o wolność. Wiele z nich działało w Berlinie lub zostało tu zamordowanych. W tym projekcie chcemy przypomnieć o polskich kobietach w Berlinie, które były prześladowane, torturowane i zabijane przez zbrodniczy reżim, a następnie wymazane z kart historii. W kontekście wojny na Ukrainie temat ten zyskuje zupełnie nowy i aktualny wymiar.

Projekt ma być kolejnym przyczynkiem do debaty o historii w odniesieniu do teraźniejszości, szczególnie w obliczu kolejnej wojny w Europie. Kim były te kobiety, Polki, które walczyły o wolność? Jak wiele możemy się nauczyć z historii i jak o niej rozmawiać? Jak możemy zachować pamięć o zapomnianych bohaterkach? W jaki sposób wspólne debaty historyczne i sztuka mogą przyczynić się do głębszego zrozumienia i uniknąć powtórzenia historii?

W naszych działaniach często mówimy o zapomnianych kobietach, anonimowych bohaterkach, ponieważ w naszej kulturze historię piszą zwycięzcy – mężczyźni. Zapisana w annałach historia opiera się na ciągu wojen, konfliktów, przemocy, w których dominują bohaterowie – generałowie, wodzowie, żołnierze, papieże. Stawia się im pomniki, pisze się o nich epopeje. Dlatego w naszych działaniach często mówimy o zapomnianych kobietach, anonimowych bohaterkach, ofiarach i cichych wojowniczkach.

W ostatnich latach w Berlinie toczy się dyskusja na temat miejsc pamięci i ewentualnej lokalizacji pomnika polskich ofiar narodowego socjalizmu. Debata była długa, odbywała się wśród ludzi na różnych wysokich szczeblach i naukowych stanowiskach, wśród polityków, w Bundestagu. Kobiety, zwłaszcza młode, reprezentantki społeczeństwa obywatelskiego, czy nie należące do zamkniętych kręgów naukowych i osoby zainteresowane, nie brały w tym udziału.

Bohaterką projektu jest Irena Bobowska, poznańska poetka, która w roku 1942 w wieku 22 lat została zamordowana przez hitlerowców w Berlinie. Dla nas jest ona symbolem tych wszystkich młodych, utalentowanych kobiet, które zostały zamordowane, udręczone, torturowane w czasie wojny, a potem wygnane w niepamięć przez potomnych.

Program i więcej info:

A w ramach projektu ogłaszamy też

call for statements!

Druga z czterech debat odbędzie się 8 września pod “naszym” pomnikiem na F’hain.
Temat: Wojna (jako idea, 2 wojna światowa, wojna w Ukrainie). Forma: manifesty!

Serdecznie zapraszamy te z Was, które interesuje temat wojny do wystąpienia z manifestem, oświadczeniem, przemówieniem 8.9.2022 | 18.00.
Po perfo i manifestach odbędzie się koncert Jemka Jemowita.

Zgłoście się na email: bobowskaberlin@gmail.com


Die Reihe besteht aus 4 Veranstaltungen mit Performative Lesungen von Bobowskas Gedichte, mit Diskussionen mit eingeladenen Expertinnen und eine Ausstellung mit Informationen und ein Porträt sowie Werke von Irena Bobowska und den historischen und  Kontext. Darüber hinaus wird eine Gedenkzeitung “Pobudka” (Weckruf) mit Bobowskas Gedichten in polnischer und deutscher Sprache erscheinen – jedes Gedicht wird von einer anderen Frau übersetzt. Ende des Jahres wird auch eine Publikation zum Thema erscheinen.

Die Botschaft der Polinnen* ist ein Kunstprojekt von Anna Krenz, es ist eine temporäre mobile Rauminstallation mit Spitzenwänden ohne festen Sitz. Die Botschaft veranstaltet Treffen, Ausstellungen und Diskussionen zu Politik, Umwelt und engagierter Kunst. Die Eröffnung und Einweihung der polnischen Botschaft fand im Juni 2020 im Haus der Statistik in Berlin statt. www.facebook.com/AmbasadaPolek/

“Die Kunst ist das Gewissen der Menschlichkeit.” Anna Krenz

Die Veranstaltungen an diesen Orten werden von der Botschaft der Polinnen* begleitet.

PROGRAMM: 

Heimat

1. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | Regenbogenfabrik, Lausitzer Str. 22, 10999 Berlin (Kreuzberg)

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Anna Burek / 
Soziolinguistin, Autorin
Masha Pryven / 
Fotografin instagram.com/masha.pryven/
Dr. Kamila Schöll-Mazurek / Leiterin Welcome-Willkommen-Witamy Interkulturelle Anlauf- und Beratungsstelle für Migranten, Polnischer Sozialrat e.V. / polskarada.de

Konzert: Don Philippe Facebook >>>


Krieg

8. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | „Denkmal für den Kampf für unsere und Ihre Freiheit“, Virchowstraße, 10249 Berlin (Volkspark Friedrichshain)

Performance: Karen Kandzia

Diskussion mit:

Aleksandra Puciłowska, Autorin

Konzert: Jemek Jemowit | www.jemek.net

Unterdrückung

15. September 2022 (Donnerstag),  18.00 Uhr | Kulturkirche Nikodemus, Nansenstraße 12, 12047 Berlin  (Neukölln)

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Marta Ansilewska-Lehnstaedt / Historikerin, Gedenkstätte Deutscher Widerstand www.gdw-berlin.de
Zofia Nierodzińska 
/Kuratorin, Künstlerin, Autorin, Aktivistin. Stellvertretende Direktorin der Galerie Arsenal in Poznań znierodzinska.com
Marina Wesner 
/Architektin, Architekturhistorikerin, Autorin  www.marinawesner.de

Ausstellung: “Frauengefängnis Barnimstraße” von Marina Wesner

Konzert: Helmut Mittermaier | www.guruclub.de/mittermaier/


Erinnerung

22. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | Städtischer Friedhof Altglienicke, Schönefelder Ch. 100, 12524 Berlin (Treptow – Köpenick)
Schirmherrschaft Herr Oliver Igel, Bezirksbürgermeister von Berlin Treptow-Köpenick

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Franziska Bruder / Lagergemeinschaft Ravensbrück Freundeskreis e.V.  lg-ravensbrueck.vvn-bda.de
dr Iwona Dadej
 / Instytut Historii PAN cbh.pan.pl
Klaudyna Droske / Leiterin der Geschäftsstelle der Polonia polonia-biuro.de
Nora Hogrefe / Leiterin der Koordinierungsstelle Historische Stadtmarkierungen im Verein Aktives Museum Faschismus und Widerstand in Berlin. www.aktives-museum.de
Anja Witzel 
/ Referentin der Berliner Landeszentrale für politische Bildung

Konzert: Warnfried Altmann | www.warnfried-altmann.de

Czekając na zimę, śnieg i mrozy

Ewa Maria Slaska

Upały

Postanowiłam przypomnieć Wam i sobie parę “zimnych kawałków”. Jak co roku.

Zaczynijmy od przesłodkiego filmu o tańczącym pingwinie – Happy feet. Zanim go jednak znalazłam w sieci, trafiłam na stronkę Iceberg, która wytypowała pięć najlepszych filmów o pingwinach:

Be it dancing or surfing, plodding or plotting, one thing’s for sure – penguins have plenty of star power on the silver screen. Here are our five favourite penguin movies. What are yours?

5) Surf’s Up. Released within a year of number 4) below, it could be said this film is Happy Feet, but with surfing. However there are a number of reasons, (the documentay style, clever characters, cool action scenes), that make Surf’s Up an entertaining film in its own right.

4) Happy Feet. Dancing emperor penguins are great for the kids. What’s also great in this popular 2006 animated film is when the world’s governments recognise the perils of overfishing and climate change. Director George Miller said, “…we’re very, very aware of the ozone hole and Antarctica is literally the canary in the coal mine… so it (the film) sort of had to go in that direction.”

3) Encounters At The End Of The World. A documentary by acclaimed director Werner Herzog on life in Antarctica? Count us in. Described by one reviewer as “a contrarian spiritual journey as provocative as it is hypnotic”, the film includes an interview with penguin scientist David Ainley and one of the most haunting scenes you will ever witness – a disorientated penguin heading the wrong way into the Antarctic wild.

2) Penguins of Madagascar. “Kowalski, analysis!” “It’s a really great film, skipper.” While enjoyable in the Madagascar series it was the penguins solo movie that really surprised in its quality. There was action, comedy, emotion, puns… beautiful, beautiful puns! Sometimes our Centre team swears they hear from the habitat, “smile and wave boys, smile and wave”!

1) March of the Penguins. It won the 2005 Academy Award for Best Documentary for good reason. A year of footage goes into showing the annual journey of emperor penguins from the coast to their breeding grounds inland. The fight for survival on the harsh continent is always gripping. With Morgan Freeman narrating it is both incredibly emotional and memorable.

Happy feet:

Pingwiny są w tej chwili, zapewne po kotach i sowach, najbardziej popularnymi zwierzętami popkultury. Wszędzie ich pełno.

***

W tym wydaniu czytałam Lewą rękę… Myślałam, że było to jeszcze w PRL-u, ale nie, książka ukazała się w roku 1988 i ja już od trzech lat byłam w Berlinie.

Sięgnijmy więc do mniej oczywistych “zimnych kawałków”. Ursula Le Guin, Lewa ręka ciemności. Zimna powieść, może najzimniejsza na świecie. Napisana w roku 1969, a dziś chyba jeszcze bardziej aktualna niż wówczas. Bo, przypomnijmy, akcja rozgrywa się na planecie Gethen, zwanej Zimą, w państwach Karhid i Orgoreyn. Mieszkańcy tej planety, zwani Getheńczykami, pomimo wielkiego podobieństwa do ludzi, są hermafrodytami. Ich płciowość objawia się wyłącznie w okresie tzw. kemmeru, czyli okresu godowego, który przechodzą co 26 dni. Łączą się wtedy w pary, a u kochanków wykształcają się drugorzędowe cechy płciowe, nadając im seksualność kobiety bądź mężczyzny. Płeć w okresie kemmeru nie jest uwarunkowana – każdy Getheńczyk może stać się zarówno kobietą, jak mężczyzną.
Tyle Wikipedia. Czy to nie niezwykła wizja? Ileż problemów by nam oszczędziło, gdybyśmy mogli przeskakiwać z tożsamości na tożsamość. I pomyśleć, że ślimaki “tak mają”. A to znaczy, że ewolucja na Ziemi miała taką opcję do dyspozycji.

***

W lipcu 2014 roku polecałam na lato dużo różnych filmów, w tym Snowpiercera (Arkę przyszłości), który jest filmem o tym, jak na całym świecie wciąż jest zimno, aż… nie, nie zdradzę jednak. To głupkowaty film, ale w upalne lato jest naprawdę wspaniałym przeżyciem.

***


***

Louis MacNeice
Snow

The room was suddenly rich and the great bay-window was
Spawning snow and pink roses against it
Soundlessly collateral and incompatible:
World is suddener than we fancy it.

World is crazier and more of it than we think,
Incorrigibly plural. I peel and portion
A tangerine and spit the pips and feel
The drunkenness of things being various.

And the fire flames with a bubbling sound for world
Is more spiteful and gay than one supposes— 
On the tongue on the eyes on the ears in the palms of one's hands—
There is more than glass between the snow and the huge roses.

Louis MacNeice, “Snow” from The Collected Poems of Louis MacNeice.  Copyright © 1967 by Louis MacNeice. 

***
Konrad

Śnieg

pośród kierzy
mróz się szerzy
leży pierze
rześkie, jeży
się na trawie
ją wykłuwa
jej pęcherze
mierzy ku nam

piana surczy
pierze spływa
czuję strach
i zimny wymaz
na paluchu
w lewym bucie
chcę się poddać
tej pokucie

skaczę w morze
haust już chełstem
tonę w chłodzie
mierzę się z tym
i to kocham
czemu? jestem
w tej wymianie
ciepło daję

Ten wiersz już TU był, zdjęcie też.
Foto: Konrad

Zemsta Szymona

Ewa Maria Slaska

Pojawił się zimą. Naprawił stare rozpadające się krzesła i wykonał im nowe aksamitne obicie. Sprawił, że pasujący do kompletu stół, przestał się wreszcie chwiać i dawał się składać, rozkładać, przesuwać. Potem pomalował go fantazyjnie w dwóch odcieniach starego złota. Jednak blat nie nadawał się jeszcze do użytku, potrzebował co najmniej kilku, a najlepiej – kilkudziesięciu warstw lakieru. Pierwsze miał położyć Szymon, następne, raz na tydzień, miałam nakładać ja.

Przed wyglądało tak:


Po wyglądało natomiast tak:


W kuchni, mimo iż blat nie był jeszcze gotowy, zrobiło się po królewsku.

W domu było tłoczno – mieszkała u mnie właśnie moja młoda koleżanka, Karina, pojawiał się mój przyjaciel, Krzysztof, oraz siostrzeniec z dziewczyną. Codziennie do kolacji zasiadało nas przynajmniej troje, czasem pięcioro lub sześcioro. Widać było, że Szymonowi bardzo te wspólne kolacje przypadły do gustu. Nikt z nas nie pił alkoholu, Szymon poprzestawał na herbacie ziołowej z miodem. Czasem Karina, Krzysztof i Szymon wychodzili na papierosa na balkon.

Niestety właśnie minął miesiąc i trzeba było uregulować rachunki. Tknięta przeczuciem, spytałam Szymona, czy może wolałby dostawać pieniądze co tydzień, a nie wszystkie od razu? Przyznał mi rację, na pewno tak byłoby lepiej, ale ma długi, zresztą musi zapłacić za kwaterę. Wypłaciłam mu więc od razu całą umówioną sumę. Był poniedziałek.

Następnego dnia nie przyszedł do pracy. Po dwóch dniach zadzwonił, że źle się czuje. W niedzielę zjawił się niezapowiedziany z kolegą. Obaj byli wyraźnie pod wpływem alkoholu. Byłyśmy w domu we dwie z Kariną i bardzo nam się nie podobała ta wizyta. Miałyśmy wrażenie, że Szymon przyprowadził kolegę, żeby się pochwalić, jakie ma świetne koleżanki. Powinnyśmy ich były od razu wyrzucić. No, ale jednak goście. No i ten pięknie zaczęty stół, który trzeba skończyć.

Zrobiłyśmy kawę, podałyśmy ciasto. Goście wyciągnęli butelkę wódki i zaczęli się rozglądać za kieliszkami. Popatrzyłyśmy na siebie i powiedziałyśmy zdecydowanie, że nie będzie żadnego picia. Mają wypić kawę i wyjść.


Ociągali się, ale wyszli. Następnego dnia Karina źle się poczuła. Wysłałam ją na test, wróciła z informacją, że ma koronę. Zadzwoniłam do Szymona. W końcu źle się czuł już kilku dni temu. W rozmowie telefonicznej przyznał, że wczoraj, jak u nas był, wciąż był chory. Przywlókł nam koronę. Zapytałam, czy zrobił test. Powiedział, że jest przeciwny szczepieniom, nie wierzy w koronę i nie chce mieć z tym wszystkim nic wspólnego. Ale się przestraszył. Kupił sobie test w sklepie i test wyszedł pozytywny. Zadzwonił jeszcze raz, zapytał, co ma robić. Kazałam mu iść do lekarza i tak się skończyła nasza współpraca. Już się nie pojawił.

Odezwał się po miesiącu, byłam akurat w Anglii, powiedziałam, że może zadzwonić za dwa dni, jak będę w Berlinie. Więcej nie zadzwonił.


Nie przejmowałabym się tym zbytnio, gdyby nie ten stół. Farba złaziła grubymi czarnymi grudami, brudziła ręce, naczynia i ścierki, którymi myłam blat. Wreszcie w czerwcu Konrad ją zdrapał. Teraz blat nie był zniszczony, tylko oryginalnie podrapany. Nawet mi się podobało. Tyle że podrapana farba nadal schodzi i brudzi.

17 lipca Konrad wyjechał. W dzień po jego wyjeździe wylała pralka. Brudna woda zalała kuchnię od ściany do ściany, wlała się do koszy na śmieci, zmieszała z niedojedzonym kocim żarciem i ludzkim jadłem. Gdy sięgałam do komórki po ścierki do podłogi, trąciłam jedną z puszek z farbami, które Szymon pół roku wcześniej ustawił na progu komórki. Puszka okazała się niedomknięta, szara farba wylała się na podłogę koło śmietnika. Pokryły ją rozmoczone śmiecie. Były w nich marchewka i groszek.

Stałam na bosaka po kostki w wodzie i wyżymałam ścierkę do wiaderka. Zmęczona wyprostowałam się i spojrzałam na przekrojowy kalendarz-zdzierak wiszący koło okna.

18 lipca. Szymona.

Pokolenie Solidarności (10)

Ewa Maria Slaska

Eli

Taternicy (1969)

W marcu 1968 roku kolejne pokolenie „dzieci Komuny” zobaczyło na ulicach czołgi i walki. Te dzieci miały na całe życie zapamiętać tłumy młodych ludzi, bijące się z milicjantami, petardy w powietrzu, armatki wodne. Przestraszone dzieci z buziami przyklejonymi do okien, które przecież nie wiedziały, co o tym wszystkim myśleć, bo dorośli na wszeli wypadek niczego nie tłumaczyli. Skąd więc mogły wiedzieć, czy bójki z policją nie przeniosą się do ich dziecinnych pokojów, nie wyciągną ich z łóżeczek i kojców, czy milicjanci nie będą bić się z nimi lub z ich rodzicami. Oczywiście Stefan i Basia byli już ponad te dziecinne strachy.

Stefan, który był już na studiach w Warszawie i jak wszyscy też wziął udział w protestach na uniwersytecie i pod pomnikiem Mickiewicza, wyleciał ze studiów. Pomyślał wtedy, że dość już się nauczył matematyki i wrócił do Gdańska, gdzie, jak gdyby nigdy nic, przystąpił do egzaminu wstępnego na Politechnikę. Postanowił studiować budowę okrętów. Egzamin zdał i został przyjęty, co, choć było zdumiewające, jednak wcale nie było aż takie rzadkie. Najwyraźniej uczelnie nie rozsyłały list relegowanych studentów i najwyraźniej bezpieka też się tym nie interesowała, co sprawiło, że wielu niepokornym studentom w Polsce przydarzyła się paradoksalna sytuacja, iż wyrzuceni ze studiów w jednym mieście, zostawali studentami w innym.

Tym razem więc Stefanowi się upiekło, ale siedzieć poszedł i tak, choć dopiero w następnym roku – za tzw. aferę taterników.

Były właściwie dwie afery, jedna w sprawie przemytu nielegalnych wydawnictw z Polski do Paryskiej Kultury i druga – o zbieranie wiadomości o Marcu, o tym pisanym już z wielkiej litery. Stefan należał do drugiej grupy – zbierał informacje i przekazywał je Kozłowskiemu, który dostarczał je do Paryża. Obie grupy aresztowano w maju 1969 roku i jesienią połączono ich sprawy w jeden proces. Niektórzy oskarżeni otrzymali wyroki, innych przesłuchiwano tylko jako świadków. Wyroki były wysokie, ale skrócono je niemal od razu, w ramach amnestii “z okazji 25 lecia PRL”, co regulowała ustawa z 21 lipca 1969 roku. Stefan dostał wyrok 17 miesięcy i wyszedł po trzech miesiącach na mocy amnestii.

Tymczasem w Stanach Zjednoczonych został właśnie zorganizowany pierwszy festiwal muzyki rockowej w Woodstock, w sierpniu 1969 roku. Odbył się na farmie w Bethel, koło Nowego Jorku pod hasłem Peace, Love and Happiness (pokój, miłość i szczęście). Mimo iż festiwal nie był reklamowany w środkach masowego przekazu, przyciągnął ponad 500 tysięcy ludzi. Wzięła w nim udział większość najwybitniejszych wykonawców tamtego okresu, Santana, Janis Joplin, The Who, Jimi Hendrix. Amerykańska młodzież epoki dzieci kwiatów, znudzona polityką i szachrajstwami kapitalistycznego świata, szukała ucieczki w środkach odurzających, dlatego też obok gołąbka pokoju siedzącego na gryfie od gitary, pojawił się nieoficjalny symbol Woodstocku – liść konopi indyjskich.

Przez kilka miesięcy po amnestii, czyli od września 1969 roku Stefan pracował w biurze cenzury w Domu Prasy. W tym momencie trzeba byłoby odpowiedzieć na pytanie, co robi młody człowiek, który jeszcze niedawno domagał się od komuny wolności słowa, w obozie wroga? Szczerze mówiąc, Stefan sam nie wiedział. Był studentem, który nie ukończył matematyki w Warszawie i budowy okrętów w Gdańsku, jego pole manewru było dość ograniczone. Jednak po odsiadce musiał koniecznie znaleźć jakąś pracę, bo brak pracy był w PRL karalny. Istniał przymus pracy obejmujący mężczyzn między 18, a 45 rokiem życia. A po odsiadce politycznej znalezienie pracy łatwe nie było i zależało od znajomości oraz odwagi dyrektora instytucji zatrudniającej. Zaryzykował naczelnik trójmiejskiej cenzury, którego, jak to w PRL, znał prywatnie ktoś z kręgu Szarzyńskich, kto poręczył za Stefana i tym sposobem Stefan wylądował w instytucji, mającej ostatnie zdanie w życiu ówczesnych mediów, wydawnictw i twórców kultury. Był więc na minimalną skalę w takiej samej sytuacji jak słynny Tomasz Strzyżewski – dla nielicznych postać kontrowersyjna, dla większości bohater na miarę pułkownika Kuklińskiego, który w roku 1977 wywiózł na Zachód materiały demaskujące zasady funkcjonowania cenzury w PRL-u. Pracownikiem Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk został, jak sam mówił – z przypadku i był nim przez kilkanaście miesięcy. Zbierania materiałów podjął się jednak świadomie i w pełni bezinteresownie.

No dobrze, ale jednak cenzura. Mieściła się w Domu Prasy na Targu Drzewnym. Stefan był tam praktykantem, parzył kawę, odkurzał i segregował akta, przesuwał meble albo pilnował dalekopisu, który stale musiał drukować jakieś wiadomości, a lubił się zacinać. Gdy “góra” nabrała do niego pewnego zaufania, dostał dodatkowo funkcję tzw. biegłego przysięgłego, czyli kogoś, kto, jak to opisał Zbigniew Milewicz, biegnie po wódkę i przysięga, że nikomu o tym nie powie. To też było takie typowe dla PRL-u – prawie wszyscy pili w pracy, jedni więcej, drudzy mniej, niektórzy codziennie. W cenzurze ciężar odpowiedzialności za słowo sprawiał, że piło się właściwie codziennie.

O czym nie wolno było w PRL-u pisać i mówić, traktowały zawiłe i obszerne zapisy cenzorskie. Do nich dopuszczono pracownika dopiero po odbyciu szkolenia w głównym urzędzie, na ulicy Mysiej w Warszawie, ale Stefan, jak Jaś w piwnicznej izbie, nie doczekał szkolenia, bo wyleciał za pyskowanie.

Basia też w swoim czasie miała kontakty z cenzurą, bo w pierwszej swojej pracy, zaraz po urlopie macierzyńskim, pracowała w sopockiej spółdzielni projektanckiej Trójkąt. Spółdzielnia zrzeszona była w Wojewódzkim Związku Spółdzielni Produkcyjnych, a Basia, która najpierw była rzeczniczką prasową w Trójkącie, potem została zabrana do centrali wojewódzkiej, gdzie do jej obowązków należało wydawanie co miesiąc branżowej broszurki informacyjnej. Oznaczało to, że co miesiąc musiała chodzić do cenzury po zgodę na publikację.

Oboje mieli więc do czynienia z cenzurą, ale nigdy z żadnymi spektakularnymi przypadkami jej nadgorliwości, czy nieudolności, takimi jak na przykład sprawa Danielewicza. 13 II 1982 roku, w miesięcznicę (jakby się to w pisowskiej Polsce nazywało) wprowadzenia stanu wojennego, Danielewicz opublikował w Dzienniku Bałtyckim słynną recenzję muzyczną, w której pierwsze litery akapitów układały się w hasło „WRONA skona”. Gdy sprawa się wydała, Danielewicz wyleciał z pracy, został aresztowany i przetrzymywano go w areszcie przez dziewięć miesięcy. A potem, do 1989 roku, czyli do czasów wolnej Polski, nie znalazł nowej pracy.

Po porozumieniach Okrągłego Stołu cenzura została zlikwidowana.

Wszystko było jednak kwestią przypadku. Mój wujeczny dziadek, Wiktor Ostrowski, był w czasie wojny więźniem Pawiaka i obozu koncentracyjnego w Stutthofie. W latach 70 opisał te czasy w książce Warszawiacy w Stutthofie. Książka popadła w zapomnienie i została wznowiona dopiero w roku 2015 przez Muzeum Stutthof w Sztutowie, niestety już w nowej szacie graficznej. Tymczasem stare wydanie miało niezwykłą okładkę. Był to wielki sekret i nawet córka dziadka nic o tym nie wiedziała. Sekret książki znała natomiast moja mama, opowiedziała mi go, a ja przekazałam to rodzinie podczas spotkania familijnego jesienią… 2014 roku, czyli po 40 latach. Otóż okładkę książki tworzył biegnący przez przód i tył, nabazgrany na szarym murze, biały napis PAWIAK. Nazwa uzasadniona, bo stąd autora wywieziono do Stutthofu. Gdy książka była zamknięta, na jej przedniej okładce pozostawały tylko dwie litery – AK! AK, Armia Krajowa, formacja, o której w PRL-u czasem wolno było pisać swobodnie, a czasem nie wolno było nawet wspomnieć, i nie do końca było wiadomo, dlaczego tym razem było akurat tak, albo owak. Niewątpliwie inteligentny zabieg grafika – Sylwestra Wieczorka. Czy na sugestię ze strony Dziadka?

Jeśli zdarzało się, że urzędnicy nie wyłapali ukrytych treści, jak to było na przykład w wypadku książki dziadka, to z kolei sprawny cenzor potrafił doprawdy niewielkim wysiłkiem zmienić ogólną wymowę cenzurowanego dzieła. I tak jak autorzy starali się inteligentnie zakamuflować swe antyreżimowe przesłania do czytelników, tak cenzorzy brali sobie za punkt honoru, by je odkryć i, oczywiście, zlikwidować. Zdarzyło się, że otrzymałam kiedyś nagrodę na jakimś ogólnopolskim konkursie na opowiadanie i ku mojemu zdumieniu zostałam poinformowana, że zostanie ono opublikowane. Byłam zdumiona, bo była to opowiastka o nie socjalistycznym wychowaniu w socjalistycznej rodzinie milicyjnej. Powszechnie wiadomo było, że nagrodzenie takich niepoprawnych dzieł na konkursach uchodziło, ale publikacja już nie. Zgodnie z prawidłami gry na linii autor-cenzor – w moim tekście jedno tylko słowo sugerowało, że chodzi o rodzinę milicyjną i to jedno słowo sprawiało, że tekst był nieprawomyślny. Ku mojemu zdumieniu redakcja napisała, że publikują tekst bez żadnych zmian, po czym cenzor znalazł jednak to jedno słowo i je usunął, czego już ze mną nie skonsultowano.

Gdy Stefan był praktykantem w cenzurze, na Targu Drzewnym, czyli przed jego oknami, stał eksmitowany ze Lwowa pomnik króla Jana III Sobieskiego. Odsłonięto go 26 czerwca 1965 roku i od tego czasu było to ulubione miejsce spotkań i randek wszystkich mieszkańców Gdańska. Przyjeżdżali tu też nowożeńcy, którzy fotografowali się przy pomniku i zostawiali królowi nadmiary weselnych kwiatów. Od grudnia 1981 roku tę funkcję przejął Pomnik Poległych Stoczniowców na placu pomiędzy Stocznią imienia Lenina a Liceum Ogólnokształcącym numer I, tym, do którego chodziliśmy wszyscy, ja, Stefan, Basia a również, choć osiem lat później niż Basia i ja, Donald Tusk.

Od lat 70 plac koło pomnika stał się także miejscem zgromadzeń patriotycznych, zwyczaj zapoczątkowany przez działaczy Ruchu Młodej Polski.


Dużo informacji zawartych w tym rozdziale, w tym osobistych wspomnień, zawdzięczam Jackowi Slaskiemu, Zbigniewowi Milewiczowi i Joannie Trümner.

Don Kichot w Wadowicach

Ewa Maria Slaska

Z inspiracji Konrada. Dziękuję.

Stworzył ich Krzysztof Kadłubowski, artysta, który mieszka, pracuje, działa w Wadowicach.

Poczytajcie TU.

Gdy ich zobaczyłam, przypomniałam sobie piosenkę Jacka Kaczmarskiego o nich dwóch. Przytaczałam ją już tu na blogu, ale cóż szkodzi przypomnieć, skoro i tak nikt z nas niczego nie pamięta. Minęło właśnie 151 lat od urodzin Prousta, który napisał siedem tomów o tym, jak pamiętamy wszystko, a w gruncie rzeczy – nic.

Podobni, prawda?, takie blaszane, nieprawdziwe istoty, wykonujące dziwaczne gesty, opowiadające dziwaczne historie, wszystko w nich ma się nijak do naszej rzeczywistości, a przecież w niej tkwią, mocniej nawet niż Adam, Ewa i Bóg. Tak mi się wydaje.

U Kadłubowskiego towarzyszą im dziwne, tajemnicze i groźne zwierzęta, stworzone techniką trash art.

Moja ulubiona żaba:

A za nią cała menażeria.


A wśród nich ktoś, nazwany Smutny. Myślę, że to też on, Rycerz Smętnego Oblicza.

Quer durch Berlin

Samstag, 16. Juli um 16:00 Uhr

oder/lub: 16.07 um 16.07

Wir laden zu einem Sommerspaziergang auf dem Alter St.-Matthäus-Kirchhof ein:
Zum Besuch bei Gebrüder Grimm, Rio Reiser und Ovo Maltine

Alter St.-Matthäus-Kirchhof
Großgörschenstraße 12-14
10829 Berlin

Po polsku do poczytania tu: https://ewamaria.blog/2019/02/26/mezczyzni-na-starym-cmentarzu-sw-mateusza/

Ela, Ewa, Krysia

Empuzjon. Tuntschi.

Uwaga: Spoiler!

Ewa Maria Slaska

W ostatnim czasie chyba każdy “z nas” przeczytał nową powieść Olgi Tokarczuk, albo kupił i właśnie zamierza ją czytać. I zapewne dołączy do chóru tych, którym się książka podobała. Jeśli jest recenzent*ką, napisze o poniemieckości, o polskim realizmie magicznym, o nowoczesnym, a zatem rozproszonym narratorze, wspomni o grzybach, które od zawsze są ulubionym tematem Tokarczuk, przypomni Czarodziejską Górę, a może też Pensjonat Barataria Krzysztofa Lipki, zahaczy może o Marię Janion i jej opisanych w Odmieńcach odmieńców, oczywiście wyjaśni źródłosłów tytułu i… wyczerpie tym samym potencjał recenzyjny tej powieści.

Postanowiłam spojrzeć więc na Empuzjon odmiennie, tak, jak antropolog kultury patrzy na na nowy tekst, obiekt lub dokument, jako kolejne świadectwo różnorodności świata, w jakim żyjemy. Podróżnicy zawsze przywozili z podróży opisy obyczajów w dalekich krajach. Zresztą nadal przywożą. Teraz są to najczęściej pamiątki z targu (być może wyprodukowane w Chinach, Korei albo Bangladeshu) i przepisy kulinarne. Kiedyś wędrowca bardziej interesowali sami ludzie. Pisarz jest nieco staroświeckim wędrowcem, dlatego wciąż jeszcze interesują go nie tyle rzeczy – mapy, meble, kartki pocztowe – ile ludzie, a rzeczy tylko o tyle, o ile są świadectwem ludzkiej kreatywności.

A więc Tuntschi, ziemne kukły, w powieści produkowane i użytkowane emocjonalnie i seksualnie przez węglarzy, żyjących samotnie w sudeckich lasach. Ich wzór pisarka zaczerpnęła być może z legend alpejskich, ale ich proweniencja może być zarówno ściśle lokalna, jak przeciwnie – w szerokiej perspektywie – globalna, charakterystyczna dla wszystkich miejsc i czasów, gdzie mężczyźni przez długi czas przebywają samotnie. Gdy to piszę, przypomina mi się japoński film – Kobieta diabeł, gdzie kobieta żyjąca samotnie z synową, używa pnia drzewa jako kochanka. A więc zjawisko jest być może ponadpłciowe, aczkolwiek, zapewne, jak wszystko co się wiąże z seksem, w męskim wydaniu pojawia się wielokrotnie częściej.

Zdaniem Wikipedii Tuntschi to postaci z sag alpejskich. Historia ma różne wersje, ale jej sedno stanowią lalki wykonane z różnych materiałów przez samotnych pasterzy na położonych wysoko, niedostępnych alpejskich halach. Mężczyźni karmią taką lalkę, pieszczą, ubierają, rozmawiają z nią i uprawiają z nią seks. Ich wysiłki odnoszą skutek, lalka pod rękoma pasterza-Pigmaliona ożywa, a gdy jej twórca jesienią chce wrócić do domu, zatrzymuje go przy sobie magiczną siłą, a jeśli stawia opór – okrutnie zabija.

Zemsta lalek, sztucznych istot, awatarów, na razie to jeszcze zjawisko raczej fantasy niż science fiction. Ale idą nowe czasy. Jeśli się okaże, że awatary nie tylko czują na niby, ale również naprawdę, to co wtedy?

Przypominam sobie informację, którą kiedyś czytałam, że z programu do tworzenia awatarów korzystają przede wszystkim mężczyźni i to głównie po to, żeby stworzyć sobie partnerki (lub partnerów), nad którymi mogą się bezkarnie znęcać psychicznie. Pod tym względem program do robienia awatarów jest podobno jeszcze lepszy niż lalki do uprawiania seksu.

Zresztą nie zawsze musiały to być lalki. Wielką rolę odgrywają jaskinie, uważane w wielu kulturach za macice Ziemi lub inne zagłębienia, kotliny i szpary.

W powieści Michela Tourniera Friday or the other island / Piętaszek i otchłanie Pacyfiku Robinson Cruzoe wielokrotnie uprawia seks z pewnym zagłębieniem swojej wyspy. Z czasem, zgodnie z legendą, wyrasta w tym miejscu dziwna roślina – mandragora, czyli alrauna, czyli żeń-szeń, czyli pokrzyk. Alrauna wyrasta tam, gdzie na ziemię spadnie nasienie męskie, a w surowszej wersji – nasienie przestępcy. Ponieważ alraunom (do dziś zresztą) przypisuje się moc magiczną, czarownice i wiedźmini od zawsze poszukiwali ich pod szubienicami.

Alrauny dzielą się na męskie i żeńskie. Zainteresowanych informuję, że alrauny można kupić w chińskich sklepach, wcale niekoniecznie zielarskich. Czasem można je znaleźć w zwykłym sklepie z mydłem i powidłem. Ostatni raz widziałam je kilka miesięcy temu w chińskim sklepie na Friedrichstrasse, nieopodal Mehringplatz.

Mandragory przez wieki były traktowane jako rośliny bardzo specjalne. Pojawiają się np. w Biblii. Przypomnę, że Jakub (ten, który kupił pierworództwo za miskę soczewicy) ma dwie żony, Leę i Rachelę, choć naprawdę kocha tylko Rachelę. Lea rodzi Jakubowi dzieci, Rachela jest bezpłodna. I oto czytamy w Księdze Rodzaju:

Pewnego razu Ruben, wyszedłszy na pole, gdy żęto pszenicę, znalazł mandragory i przyniósł je swej matce, Lei. 
Wtedy Rachela rzekła: «Daj mi mandragory syna twego». 
A na to Lea: «Czyż nie dość, że mi zabrałaś mego męża, i jeszcze chcesz zabrać mandragory mego syna?» Rachela zawołała: «Niechaj więc śpi z tobą tej nocy za mandragory twego syna!» 
A gdy Jakub wracał wieczorem z pola, wyszła Lea naprzeciw niego i rzekła: «Do mnie przyjdź, bo nabyłam cię za mandragory mego syna». I spał z nią owej nocy. 
Bóg zaś spełnił pragnienie Lei: poczęła i urodziła Jakubowi piątego syna.
Sennentuntschi z Vauco w Calancatal

W muzeum w szwajcarskim Chur znajduje się jedyna naprawdę znana figurka pasterskiej tuntschi. Muzeum zakupiło ją w roku 1978 od jednego z ostatnich pasterzy, wypasających swoje owce na hali Masciadon w Cauco. Lalka została wykonana z drewna i płótna i ma prawdziwe włosy. Ma jednak tylko 40 centymetrów, czyli była chyba raczej damą do towarzystwa niż obiektem seksualnym.

Wikipedia niemiecka twierdzi, że są dzieła sztuki, poruszające temat lalek pasterskich. Ciekawe, że są one jednak wszystkie stosunkowo świeżej daty. U Hansjörga Schneidera (1972), lalka została wykonana z butelki po winie, wideł, słomy i… sera. Sztuka wywołała oburzenie i na jakiś czas została nawet zdjęta z repertuarów teatralnych, gdyż opowiadała o tym, że to stosunek seksualny nadał słomianej kukle ludzką duszę! Ten sam temat pojawia się u innych szwajcarskich pisarzy, Josta Meiera (1982) i Felixa Mitterera (1986). Powstał też szwajcarski film artystyczny o lalce pasterskiej (Adrian Hess) i dwa filmy pełnometrażowe: fabularny Georga Tresslera, w którym lalka staje się sukkubem, czyli wcieleniem diabła i, również fabularny, Michaela Steinera, który wyświetlono podczas otwarcia festiwalu filmowego w Zurychu w roku 2010. Powstały opery, performance i kompozycje muzyczne. Jednak dopiero w ostatnich latach legenda o alpejskich tuntschi wyszła poza lokalny koloryt szwajcarski, pojawiła się kontrowersyjnej serii opowieści niesamowitych dla dzieci Kanadyjczyka Alvina Schwartzs jako jedna ze Scary Stories to Tell in the Dark.

Ostatnia linijka niemieckiego wpisu w Wikipedii brzmi tak:

2022: Empuzjon von Olga Tokarczuk