Kamienica w lesie, czyli dom w mieście

Nie zapomnijcie maseczek / Masken nicht vergessen!

Monika Szymanik i jej pasje, stare domy, zdjęcia, poznawanie ludzi, wydawanie książek… O Szczecinie, spacerach i książkach będziemy dziś rozmawiać z Moniką w Sprachcafé Polnisch

Monika zaczęła opowiadać o “stareńkich” (“stareńki” to jej ulubione słowo) detalach szczecińskich kamienic na Instagramie i to oczywiście widać w tym, co pisze. Wczoraj na przykład zamieściła na Instagramie powyższe zdjęcie i taki oto opis:

Dzisiaj jeszcze raz kamieniczne mieszkanie, pokój od frontu, który przeszyła podczas wojny bomba. Przepiękny parkiet został uratowany i cieszy oczy. Sztukaterie, które były w tym pokoju również, uległy niestety uszkodzeniom. Ale i tak pokój zachwyca, także dzięki poszanowaniu zastanego przez wspaniałych właścicieli. Światło wpada do tych wnętrz z dwóch stron świata.
#kamienica #kamienice #kochamkamienice #kamienica_w_lesie #altbauliebe #altbau #altbauliebe #mieszkaniewkamienicy #szczecin #stettin #kochamszczecin #loveszczecin #mojemiasto #igers_szczecin #igerspoland #visitszczecin #visitpoland #zachodniopomorskie #pocztowkazpolski #magicznapolska #oldinterior #altbauwohnung #olddetails

My, ludzie Facebooka w znacznie mniejszym stopniu używamy hasztagów, ale co tam, skoro będę prezentowała dziś (po niemiecku) autorkę z Instagramu, to poszaleję i ja. Zaczynam:
#Monika Szymanik #Sprachcafé Polnisch #Czwartek #Donnerstag #Treffen #Spotkanie

Niestety, nic się, jak widać, nie wydarzyło, informacje, których chciałam Wam udzielić, nie zlinkowały się w magiczny sposób, czyli jednak oprzeć się muszę na tradycyjnej metodzie pisania wszystkiego, co musicie wiedzieć, żeby przyjść dziś na spotkanie z Moniką Szymanik:

10.09.2020 / 19:00
Zapraszam do polskiej Kafejki Językowej / Ich lade zu Sprachcafé Polnisch ein
Schulzestr. 1 13187 Berlin-Pankow
na spotkanie z Moniką Szymanik, szczecinianką, która po polsku i po niemiecku wydała książkę o starych szczecińskich kamienicach i tajemnicach…

Altbauliebe einer Stettinerin – Begegnung mit der Autorin

Ein Abend mit Monika Szymanik, Buchautorin: „Altbauliebe einer Stettinerin“. Beginn: 19 Uhr, SprachCafé Polnisch – mit Streaming.

Eine Einladung zu einer Reise durch Stettin, bei der die Wegweiser Intuition und künstlerische Sensibilität sind. Zusammen mit Monika Szymanik entdecken Sie alte magische Straßen und Gassen, historische Gebäude mit ihren Fassaden. Alles, was sichtbar und verborgen ist. Alles in einem Fotoalbum und vor allem in einem bezaubernden Gespräch.

Monika Szymanik ist Stettinerin, die eines Tages ihre Wohnung verließ, um einen Spaziergang zu machen. Dieser erwies sich dann als erster aus einer ganzen Reihe von Foto-Spaziergängen. So begann Monika Szymanik aus Eintönigkeit des Daseins der Architektur und ihrer Natur mit ihrem Smartphone Augenblicke einzufangen. Aber diese Eintönigkeit war lediglich eine scheinbare. Die von Monika Szymanik festgehaltenen Bilder erzählen Geschichten. Welche Geschichten? Darüber erzählt die Buchautorin selbst.
Herzlich willkommen!

Wir bitten um Anmeldungen: kontakt@sprachcafe-polnisch.org
Die Anzahl der Plätze vorort ist beschränkt.

Die Veranstaltung ist kostenlos.
Wir bedanken uns für die Unterstützung des Bezirksamtes Pankow im Rahmen des Projektes „Menschen schaffen Orte“ sowie der Senatsverwaltung für Stadtentwicklung und Wohnen im Rahmen des Projektes FEIN  SprachCafé 2.0.

Schirrmherr der Veranstaltung ist Städtepartner Stettin e.V.

Seid dabei! Zapraszamy!


Da Treffen war gestreamt (), jeder kann uns hören und sehen, wie wir uns lebendig und fröhlich über die Leidenschaften von Monika Szymanek unterhalten. / Spotkanie było streamowane, każdy może nas obejrzeć i posłuchać jak żywo i radośnie rozmawiamy o licznych pasjach naszej referentki. Tu tylko kilka migawek, okiem Eli Kargol:

 

Z wolnej stopy 11

Zbigniew Milewicz

Krzipista na wierzbie

Fizycznie stanowili dokładnie swoje przeciwieństwo. Pokrzywdzony, Marcin B., przez dawnych kolegów szkolnych nazwany krupniokiem, z racji zawsze zaczerwienionej twarzy i krępej budowy ciała siedział naprzeciw chudego jak tyka, znacznie wyższego od siebie Józefa S., który miał być rzekomym sprawcą jego nieszczęścia. Pan mecenas Berezowski, o którym już TU wspominałem, próbował ich pogodzić, ale Marcin B. pragnął tylko jednego – zemsty.

Obydwaj przyjaźnili się od najmłodszych lat. Mieszkali w jednej ze wsi pod Mikołowem koło Katowic, razem chodzili do szkoły podstawowej, później Józek, bardziej znany jako Zefel, poszedł się uczyć na elektryka, a Marcin został na gospodarstwie, żeby pomagać ojcu. Łączyła ich miłość do muzyki, Zefel miał po swoim dziadku skrzypce i uczył się na nich grać w miejscowym domu kultury, Marcinowi rodzice kupili na urodziny akordeon, miał dobry słuch, ale brakowało mu cierpliwości do nauki. Instruktor w domu kultury robił, co mógł, żeby go do niej zachęcić, jednak uczeń był wyjątkowo oporny, więc w końcu odpuścili sobie obaj. Zefel natomiast, jak zaczęła się moda na regionalne kapele na Śląsku, wstąpił do jednej z nich i zaczął występować na różnych estradach, koncertach, weselach, jakieś pieniądze z tego były, stał się ulubieńcem dziewczyn w całej wsi i okolicach. Marcina z zazdrości o mało szlag nie trafił, ale w końcu jakoś się z tym pogodził. Tym bardziej, że Józek prywatnie pozostał sobą, skromnym, życzliwym chłopakiem, który nie wywyższał się nad innymi z tej racji, że został muzykantem. Na podtrzymanie starej przyjaźni podarował nawet Marcinowi taśmę magnetofonową z nagraniami śląskich pieśniczek w wykonaniu jego zespołu i ten chętnie jej słuchał.

Feralnego dnia nic nie układało mu się, jak należy. Wyjechał w pole traktorem, żeby przygotować kartoflisko do zbioru i zepsuła mu się maszyna. Jak ją naprawił, przyszła matka z wiadomością, że iluś tam ludzi odmówiło pomocy na polu. Wsiedli więc do ich rodzinnej Syrenki, żeby poszukać innych pomocników, ale był już tak zmęczony, że tylko jakaś dobra muzyka mogła go ożywić. Wsunął więc do radiomagnetofonu w pulpicie taśmę kapeli. Bezrobotni go ożywili, Na Ślonsk przijechali gorole jak zwykle rozśmieszyli, ale później zabrzmiała ta nieszczęsna Niedzieliczka… Była taka smętna, a te skrzypce Zefla tak zawodziły, że w momencie zasnął. Obudziło go mocne uderzenie w pień przydrożnej wierzby, jak spojrzał w górę, to wydało mu się, że krzipista Zefel siedzi na gałęzi i śpiewa: wczoraj była niedzieliczka, dziś jest smutny dzień, zabolała mnie głowiczka na cały tydzień, głowiczka mnie zabolała, oczkam sobie wypłakała, matusiu moja… Ale to był tylko szok pourazowy. Ani matka, ani on nie zapięli pasów, na szczęście jechali bardzo wolno, ze względu na wyboje w drodze i skończyło się na poobijanych głowach i kończynach, ale przód auta był zmiażdżony. Całą winę za wypadek Marcin przypisywał Zeflowi i chociaż najbliższa rodzina mu to odradzała, za podszeptem konkurencyjnej kapeli, postanowił wytoczyć mu sprawę sądową z powództwa cywilnego o odszkodowanie.

Prowadzenie sprawy powierzył mecenasowi Berezowskiemu, którego znałem, jako radcę prawnego w handlowym przedsiębiorstwie, w którym pracowała moja ś.p. mama. Prowadziła tam dział organizacyjno-prawny, a ponieważ było to dosłownie kilka kroków od gmachu prasy w katowickim rynku, zaglądałem do niej często. Któregoś dnia dowiedziałem się od Pana Mecenasa, o ile się nie mylę, nosił imię Maksymilian, że miałby dla mnie ciekawą obyczajowo sprawę i jeżeli chcę, to mogę w niej uczestniczyć. W ciemno kupiłem temat i poszedłem z nim do zespołu adwokackiego. Zaniedługo zjawili się Marcin B., alias Krupniok i Józef S., pseudo Zefel.

– Bez to, że tyn krzipista tak smyntnie groł, to żech zasnoł za kierownicom i dupnoł w drzewo i teroz jest mi winien za cało reperatura auta – powtórzył swój zarzut Marcin B.
Niedzieliczka opowiada o smutnym losie dziewczyny, która skarży się swojej mamie, że wyszła za mąż za pijaka i sadystę, który trwoni każdy grosz, takiej piosenki nie da się grać skocznie i wesoło, mógł jej nie słuchać, jak był zmęczony – odparł czystą polszczyzną Józef S.

Żadna strona nie dawała za wygraną. W tej sytuacji Pan Mecenas Berezowski zaproponował, żeby Józef S. odegrał na żywo ów utwór, abyśmy wszyscy słuchacze doświadczyli, jak on na nas oddziaływuje. Muzyk miał skrzypce ze sobą. Skinął głową i proszę sobie wyobrazić, że słuchając chyba dziesięciu smutnych zwrotek Niedzieliczki sam prawie nie zasnąłem, podobnie inni słuchacze. Zefel sprawnie posługiwał się instrumentem i śpiewał niezgorzej, ale jakoś tak zawodząco, że nic tylko płakać nad losem biednej dziewczyny, albo właśnie zasnąć. Poza powodem, pozwanym, Panem Mecenasem i mną, w tym całkowicie nieformalnym spotkaniu brało udział jeszcze kilku kolegów z zespołu. Jeden z nich, będąc po małym koniaczku, po odsłuchaniu utworu opowiedział nam następującą anegdotę:

Przychodzi skrzypek do lekarza internisty i narzeka, że kiedy gra na swoim instrumencie, to doznaje erekcji. Pyta, dlaczego tak się dzieje, medyk mówi, żeby zagrał i… stwierdza, że zauważa u siebie podobne objawy, ale powodów nie jest w stanie podać. Następują wizyty pacjenta u seksuologa i muzykologa, wszędzie koncertuje i wszędzie kończy się tym samym, ale dopiero muzykolog doznaje olśnienia i na pytanie „dlaczego”, wykrzykuje: wiem, bo pan grasz, jak pi…

Gruchnęliśmy zdrowym, żołnierskim śmiechem. Najgłośniej rżał krupniok, tylko Zefel sprawiał wrażenie jakby trochę urażonego, ale jak jego kompan w pewnym momencie oświadczył, że idzie z nim na ugodę, pod warunkiem, że ten go od czasu do czasu zabierze ze sobą na występy za kulisy, to lody stopniały. Pan Mecenas Berezowski był dobrym specjalistą prawa cywilnego i prywatnie dobrym człowiekiem, lubił godzić powaśnionych ze sobą ludzi, jeżeli widział, że jest ku temu szansa, choć finansowo często źle na tym wychodził. Jego zawodowi rywale zarzucali mu, że lubi posługiwać się w swojej pracy różnymi nieformalnymi metodami, ale czyż dobry cel nie uświęca środków?

Ilustracja pochodzi z utworu Wilhelma Ratuszyńskiego “Skrzypek”, zamieszczonego w Magazynie Twórczym “Polska Canada”.

Jagielski vs Handke

…tej powieści nie da się przeczytać, ewo kochana, napisał Tibor na temat wpisu o utraconych obrazach, czyli powieści Petera Handke, zasypiam po trzech stronach; ale lubię jego pierwsze rzeczy, też próbowałem pisać o sporcie, np w 2006 roku.

Uwaga Adminki: Autor wcale nie pisze o sporcie, tylko o życiu codziennym w Niemczech 14 lat temu podczas organizowanych przez Niemcy mistrzostw świata w piłkę nożną. Sama też oglądałam te mistrzostwa, nierzadko w strefie kibica między Bramą Brandenburską a Kolumną Zwycięstwa, i zapamiętałam je zupełnie inaczej niż autor, czyli jako wesoły ruchomy uliczny festyn, który sprawił, że młodzi Niemcy mogli wreszcie bez wyrzutów sumienia poczuć się tak samo jak młodzi Francuzi czy młodzi Szwedzi, bo radosne święto młodej wieloetnicznej drużyny niemieckiej pozwoliło im odetchnąć i zapomnieć, że dźwigają na grzbiecie ciężar potwornej odpowiedzialności za to, co było. 

Tibor Jagielski

1

Jens Lehman z Arsenalu Londyn zapytany przez dziennikarzy, co myśli o czerwonej kartce w finale Ligi Mistrzów, zaśmiał się krótko i rzekł, że w ogole o tym nie myśli, bo nie ma czasu, gdyż zajęty jest przygotowaniami do mistrzostw świata; machnął jeszcze ręką i poleciał do Genewy, aby dołączyć do drużyny niemieckiej, gdzie jest pierwszym bramkarzem, po detronizacji, przez trenera Jürgena Klinsmanna, Olivera Kahna, co wywołało niemałą burzę w bundesrepublikańskim świecie piłkarskim.

Najbardziej wściekli się bawarczycy i ludzie z nimi związani; posypały się gromy na zbyt „amerykański“ styl pracy Klinsmana – „co on tam robi w tym San Francisco? Niemiec mu mało?“, a gdy na dodatek „Cesarz“ Franz Beckenbauer, po wymianie raczej delikatnych epitetów, obraził się i ostentancyjnie nabrał wody w usta, to spadły – o zgrozo! – akcje Adidasa.

Młody trener, nazywany zdrobniale “Klinsi“, jest jednak konsekwentny i nie daje sobie dmuchać w kaszę. Wyrzucił nawet gwiazdę (tak, to smutne, dziewczyny) Kuranyi’ego, który od pozowania przed kamerami zapomniał ostatnio, gdzie znajduje się bramka.

Tak więc powoli krystalizuje się jedenastka, z którą Niemcy wystapią na organizowanym przez nich turnieju. Bardzo możliwe, że na spotkanie z Costa Ricą wybiegną dwaj piłkarze pochodzenia polskiego, napastnicy, Lucas Podolski i Miroslav Klose.

Mózgiem drużyny jest niepodzielnie Michael Ballack z FC Bayern München – tegorocznego mistrza Bundesligi. O niebo inteligentniejszy od Kuranyi´ego, potrafił pogodzić intratne umowy reklamowe z zawodem piłkarza. Jest wielką nadzieją trenera Klinsmanna, mistrza świata z roku 1990. Last but not least: do obrony wrócił 33-letni weteran Jens Novotny i ma ustabilizować stosunkowo młodych i – uwaga – często ofensywnych obrońców.

Krótko mówiąc, Jürgenowi Klinsmanowi udało się zebrać ciekawą drużynę, którą bookmacherzy stawiają zaraz za Brazylią; bo gospodarzowi, jak wiemy, pomagają i ściany.

2

W Niemczech trwa dyskusja nad “no go areas”. Jedni ostrzegają – “aj, waj, u nas biją murzynów”, drudzy się oburzają – “a sam sobie winien, po co tu przyjeżdżał?”; jedni potakują, drudzy zaprzeczają. O co “biega”? Po prostu są okolice, miasteczka, czy dzielnice miast, gdzie pobyt osobom o innym kolorze skóry lub sposobie bycia, niż ogolone na łyso lub ostrzyżone na szczoteczke zakapiory – nie jest, mówiąc eufemistycznie, wskazany.

Wśród 1,5 miliona spodziewanych kibiców i turystów z niemałą ciekawością oczekuje się przybycia dwóch do trzech tysięcy polskich chuliganów.

Zwłaszcza minister spraw wewnętrznych, Wolfgang Schäuble, szukający już od dawna pretekstu do wprowadzenia Bundeswehry w kompetencje policyjne, liczy na to, że Prawdziwie Polscy Polacy i Niesamowicie Niemieccy Niemcy, zbratają się w znaku pałki i butelki, i tak dadzą ochroniarzom, oraz gliniarzom po dupie, że Angeli Merkel, kanclerzowi (kanclerce? kanclerzynie?) RFN nie pozostanie nic innego, jak wezwać na pomoc dywizję spadochronową.

Jak powiedział Gerhard Schröder, były piłkarz i kanclerz, a obecny specjalista od ruskich pierogów i rurociągów?: “piłka to nie jest zawód, to jest powołanie”.

W Berlinie przemalowano na piłkę nawet kopułę wieży telwizyjnej. Co ciekawe, nie na czarno-, tylko fioletowo-biało.

Dlaczego wybrano kolor fioletowy, było przedmiotem wielu rozmów i dyskusji wśród, i nie jedynie, mieszkanców niemieckiej stolicy.

Również design oficjalnej piłki tegorocznych mistrzostw wzbudził ożywioną wymianę myśli i opnii, nie tylko w piwnych ogródkach. Mianowicie: kawałki skóry, z których zszyty jest Najwiekszy Fetysz Kibica, przypominają ksztaltem… damskie podpaski.

Kardynalska purpura i higiena osobista?

Tak, powiedzmy otwarcie, dzis piłka wtargnęła wszędzie – do sypialni i do konfesjonału.

3

Dystrybutor oficjalnej maskotki mistrzostw “Goleo” (nawiasem mówiąc, bardziej przypominającej osła z ostatnich filmów Disneya niż lwa) wylądował w areszcie śledczym.

Powód? Defraudacja 20 milionów euro, z hakiem. Ma zresztą chłopak szczęście, że akurat papież jest w Polsce, bo prasa by go rozszarpała; a tak wylądował na drugich stronach tabloidów, koło prognoz pogody i horoskopów, co przeważnie oznacza, że dolepią mu z zawieszeniem.

Jedyna dzielnica w Berlinie rządzona obecnie przez purytanów, Reinickendorf (nawiasem mówiąc połową Berlina na poziomie komunalnym i w ogóle całym Berlinem, rządzą nadal – w koalicji z socjaldemokratami – postkomuniści) zabroniła transmisji meczów w stylu open air.

Powód? Zorganizowany protest mieszkańców, obawiających się brudu, smrodu i hałasu.

Podobno protest podpisali głównie Turcy, którzy porażki w kwalfikacjąch nie mogą jeszcze przeboleć.

Otworzono właśnie DEN GRÖSSTEN HAUPTBAHNHOF DER WELT (największy kolejowy dworzec centralny świata). Gdzie? W 25-milionowym Pekinie? W 15-milionowym Sao Paulo? W 12-milionowym Karaczi? A może w 10-milionowym Londynie? Nie: w 3,5-milionowym Berlinie; niezbyt skorzy do żartów mieszkańcy ochrzcili zaraz ten projekt imieniem BAHNHOF GRÖSSENWAHN (dworzec manii wielkości).

ACHTUNG! ACHTUNG!UWAGA! UWAGA! Kibice piłkarscy przybywający do stolicy RFN! Dobra rada. Wysiadajcie już na dworcu wschodnim i bierzcie taksówkę. Koniec zapowiedzi.Ende der Durchsage.

Natomiast turystom przybywającym tutaj w celach rekreacyjno-atletycznych dworzec centralny gorąco polecam. Bo na jakich to innym peronach tego świata można ciagnąć za sobą walizki dwa i pół kilometra, aż do nastepnego połączenia?

Dodam jeszcze, że architekt tego cudu strasznie się ostatnio zdenerwował i podał, co ciekawe, egipskie kierownictwo budowy, do sądu.

Przyczyna? Drobiazg. Obiekt wygląda inaczej niż projekt.

***
Co robią Brazylijczycy w Szwajcarii, każdy głupi wie.
Natomiast, że pierwsza drużyną, która przybyła do republiki federalnej jest Ghana – nie.
Pytają zawodnika, co ledwo wyszedł z samolotu, jak mu się w Niemczech podoba
(a leje właśnie i termometr wskazuje 12° C)? Zimno, odpowiada; dziennikarze potakują.

4

“Nigdy nie szpiegowałem kolegów”, zaręcza wytrawny reporter Wilhelm Dietl, który robił karierę agenta w enerdowskiej bezpiece (STASI) od 1982 do 1989 roku, a po roku przerwy do namysłu, kontynuuje ją od 1991 roku w erefenowskiej (BND) do dzisiaj. “Poza tym nie denuncjuję, tylko pracuję z calych sił dla dobra Ojczyzny”, podkreśla z naciskiem, głosem pękającym od patosu, łysawy i otyły mężczyzna pod czterdziestkę. Wzruszona tym patriotyzmem specjalna komisja parlamentarna decyduje się w swoim, już gotowym, raporcie donosy Dietla zaczernić, czyli utajnić. Samo życie.

Afera szpiegowska w świecie dziennikarskim (która, mówiąc nawiasem, w nawale ważniejszych wydarzeń, jak ciąża Angeliny Jolie, czy amok stolecznego wyrostka, który poranił nożem kilkadziesiąt osób w dziesięć minut – wylądowała podobnie jak autor Goleo, na dalszych stronach prasy) wykazała jedno: donosicieli nie brakuje.
“Często jesteśmy przepracowani z powodu nawału otrzymywanych informacji” przyznał szczerze przed kamerami Dietrich Urlau, szef Federalnej Służby Wywiadowczej.

***
Pojechałem do knajpy na na piwo.
Na ekranie (6 x 3 m) Niemcy trenują z Luksemburgiem (7 : 0).
A komu ja tak w ogóle kciuki trzymam, pyta jakiś ciekawski?
Meksyk, odpowiadam. Skrzywił się, jakbym mu piołunu do kufla wrzucil, a ja dalej, że mogą dojść do półfinału, na co on się jeszcze bardziej krzywi, bo nie może pojąć, że można kibicować drużynie niejako z drugiej ligi i na dodatek nie własnej; chwyta kufel i wędruje, klnąc pod nosem “scheiss Pollacke” (zasrany Polaczek), na przeciwległą stronę baru.

W drodze powrotnej o mało nie dochodzi do wypadku. Cztero- czy pięcioletni brzdąc wjeżdża mi swoim, napędzanym silnikiem elektrycznym, pojazdem prosto pod koło – hamulce do dechy, uff… udało się. Oburzona babcia wymachuje parasolką (na krótko przestało padać) i wrzeszczy po niemiecku z rosyjskim akcentem, “ihr verdammten Fahrradfahrer (przeklęci rowerzyści)!”

Tłumaczyć, że droga rowerowa nie jest piaskownicą, byłym mieszkańcom Karagandy, Kujbyszewa czy Nowosybirska przestałem już dawno. Rzucam tylko „Paszla won, bljad prakljata!“ Naciskam pedały i zmykam.

Jeśli pogoda się utrzyma –  stawiam na Anglików.

5

Najważniejsze obecnie pytanie: czy, ostatnio lekko kontuzjowany, Michael Ballack wybiegnie dzisiaj na mecz sparringowy z Japonią i strzeli goru*? Tylko trzy pozycje w drużynie niemieckiej – Lehmann w bramce, Podolski i Klose w ataku – są obecnie bezdyskusyjne; o inne trwa nadal walka.

W spotkaniu z Luksemburgiem dobrze zagrał w pomocy Sebastian, zwany poufale “Schweini” (świnka) Schweinsteiger. Także Oliver Neuville, który po paru latach przerwy wrócił do reprezentacji, nieźle odgrał rolę reżysera i uwieńczył ją dwoma bramkami.

Tymczasem, na zakąskę, oglądam dwa mecze na raz, Czesi – Kostaryka, no i… zgadnij kto koteczku**?

Jak powiedział Chrystian Skrzyposzek***? Słynny mecz Kolumbia – Jamajka  zakończył się po dziesięciu minutach; Kolumbijczycy wciągnęli wszystkie linie, a Jamajkańczycy wypalili całą trawę, he, he. Kto tak się śmiał? Jasne, Stachu…

Ale tu już minut dziewięćdziesiąt. Wszystkim mnie żal. Oj, to nie dobrze! Porażka i to jaka. Patrzę na zegar: 91 minuta.

Nawet Chicquita**** zaczyna przepraszać, że kibicuje Kolumbii, nalewa sobie Coca-Colę, demonstracyjnie podrzuca “wielkie, niebieskie oczy” i dodaje, że zaraz “strzelimy” trzeciego.

Touché.

Zamawiam drugie piwo*****, odwracam oczy na ekran – bramka.

Czuje wzrok na karku: Chicquita zezuje w moim kierunku. A ty małpiszonie, ty deskorolko, cholero jedna, mówię sobie w myślach, a głośno – sauber******.

Piję strzemiennego i wracam do domu na tarczy*******.

Kostaryka skóry Czechom nie sprzedała tanio. Wyglada na to, że drużyna niemiecka będzie się musiała napracować, ale jak powiedział Klinsi********, ten orzech jest do zgryzienia! /muszę przerwać, bo zaczyna się mecz Niemcy – Japonia*********.

To be continued

—————————————————————————————————————–

*) jap. bramka, gol

**) Polska – Kolumbia 1:2

***) Jeden z najlepszych, po Przybyszewskim i Gombrowiczu, pisarzy polskich w Berlinie XX wieku; patrz też: Tibor Jagielski “Od Przybyszewskiego do Skrzyposzka. Pisarze polscy w Niemczech współczesnych”, 2003, Berlin.

****) wlaścicielka knajpy z teleścianą Sony (szaleństwo!)

*****)”Schultheiss”, berliński pilzner, 0,33 litra, zaw. 4,9% alk; najmniejsza i najtańsza butelka w knajpie (bo moja rodzina pochodzi z polskiego Glasgow, Poznania, stolicy Wielkiejpolski).

******) niem. czysto.

*******) tym razem na piechote.

********) przed miesiącem w San Francisco, Kalifornia, U.S.A.

*********) wynik 2: 2; pomogły gwizdy po zero dwa, no i kondycja Japończyków.

6

“Ciągle pada! Asfalt ulic jest już mokry jak brzuch ryby”, śpiewały Czerwone Gitary, gdy polska jedenastka odnosila sukcesy w Niemczech, dawno, dawno temu, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Gadocha, Szarmach, Lato! Dejna, Kacperczak! Gorgon i Szymanowski, Tomaszewski. No i o wielu innych, a przede wszystkim, przez nas wszystkich kochany czarodziej piłki, Włodzimierz Lubański.

Monachium, 1972 i Lipsk 1981* – to byly mecze graniczne pewnej futbolowej epoki. Rozmarzyłem się. Jak mówił Adam Asnyk**? Daremne żale, próżny trud… minionych czasów żaden cud nie wróci do istnienia.

W Prusach pada, a w Holandii natomiast leje się strumieniami jenever, bo rozpoczął się sezon śledziowy, wielkie święto ludowe. Przyslowiowa potencja zawodników Oranje w tej skromnej i niepozornej rybce ma podobno swe źródło.

Najpierw szklanka piwa, nóż naostrzyć, śledzia sprawić***, do tego tylko cebula, szczypta soli, pieprzu i … niebo w gębie! A na deser kieliszek kminkówki.

Franz „Cesarz“ Beckenbauer w wywiadzie dla berlińkieego Tagesspiegel stwierdza, że Niemcy są kwitnącym krajem, tylko niestety piłka nożna rozwija się nie w tym co trzeba kierunku. Poza tym apeluje dyskretnie do holów i zakapiorów, aby przynajmniej w okresie mistrzostw nie bili murzynów, bo to by było mu nie bardzo na rękę.

***
W sprawie dystrybucji biletów:

Wszystkie miejsca zajęte! – B.Z.
Na trybunach będą luki – tagesspiegel
Stadiony będą puste – tageszeitung

Zobaczymy.

___________________________________________________________________________

*) Polska – Wegry 2:0; NRD – Polska  2:4

**) bardzo ceniony w Wielkiejpolsce, a w innych częściach kraju przez nudziarzy, pisarz

***) jak sprawić śledzia, patrz: Tibor Jagielski „Mleczak i inni. Kuchnia mórz i oceanów. Od Szczecina do Szanghaju.”; roz. VII Śledzie, Dziwnówek, 1999

7

W Düsseldorfie legalna demonstracja NPD (partii neonazistowskiej); 300 neonazi przeciwko 3000 kontras; pomiędzy 1000 policjantów, a dookoła dwa razy tyle. No i… zaczyna się: kogoś pałują, lecą butelki i kamienie; falanga rusza, jak wilki u Jacka Londona na stado karibu; ze setka ludzi ląduje w sukach; niektórzy (i niektóre) mogą iść do domu – sześćdziesięciu wiozą do aresztu.
Sceny myśliwskie z Nadrenii-Westfalii.

Niemcy spodziewają się 150 tysięcy kibiców z Polski, w tym dwa do trzech tysięcy skorych do rozróby. Jesteśmy gotowi, oświadczył Hans-Jürgen Mörke, dyrektor brandenburskiej policji, każdego naszego chuligana mamy pod okiem, a jedyną niewiadomą są chuligani zagraniczni, nie tylko, ale glównie z Polski. Powolano wszystkie rezerwy i podwojono stan osobowy.
Specjalnie do zadan związanych z mistrzostwami świata przydzielono 1500 policjantów i 4 plutony oddziałów szybkiego reagowania. W każdej chwili możemy te liczbe podwoic, stwierdza w Poczdamie spokojny i pewny siebie Mörke,  a poza tym, dodaje, jestyśmy tylko krajem tranzytowym na drodze do zaglebia Ruhry.

Wyglada na to, że 14 czerwca w Dortmundzie  w bramkach będą stali Lehman i Boruc. drużyna niemiecka pokazała w meczu z Kolumbią (3:0), że też jest gotowa na przyjęcie gości, podczas gdy Polacy w meczu z Chorwacją(1:0) ciężko poprawiali nadszarganą reputację.

Leje i zimno; dla rozgrzewki obserwuję olimpiadę szachową w Turynie. Wygrywa Armenia; na trzy rundy przed końcem Ormianie pokonali największego konkurenta, Chiny( 2,5: 1,5 ) i wyprzedzają go o dwa punkty.

A tymczasem utonął, podczas regat Ocean Race dookoła Wielkiej Brytanii, 32-letni Holender Hans Horfevoest, wielka legenda żeglarska. Fala zmiotła go za burtę (a nie miał nawet kamizelki ratunkowej), sterowanego komputerem, wysokiego na 21 metrów monstrum z tworzyw sztucznych i stali; tego jachtu-potwora, który sunął z szybkością trzydziestu węzłów i zaczął zawracać dopiero po dziesięciu minutach; w każdym razie za późno…

Pozostawił żonę przy nadziei i córkę.

Sport to mord.

Też.

***
Podobno Aztecy mieli takiego fisia na tle piłki, że grali nawet jak Hiszpanie stali już u wrót Tenochtitlanu (dziś Mexico City), a drużynie, która ten mecz przegrała – z całą pompą na ołtarzu na szczycie piramidy wyrwano serca. Zdarza się.

W telewziji niemieckiej wywiad z dziarskim młodzieńcem wszechpolskim: “Naszym celem jest rekatolizacja Europy” ogłasza na tle monstrualnego, płonącego w czerwonawym świetle reflektorów, krzyża ten nasz nowy, już rodzimy Cortez, czy Pizarro.
Laboga! Znowu krucjata! Wracają stosy? Auto da fe? Hiszpańskie buty?
A może ogniem i mieczem?
A może… by tak te zapędy konkwistadorskie skierować, na przyklad, na murawę?
Smolarkowi przydałby się jeszcze kto do pomocy.

8

Dziewiąta; poniedziałek; i na dodatek zielone świątki – dzień w Niemczech wolny od pracy; pięć dni do rozpoczęcia mistrzostw.

Wyciągnąłem z lodówki sledzia i butelkę jeeneveru.

Za tych co na morzach i oceanach.

Ledwo strzeliłem w kopyto – wyszło slońce! Zakąszam – biją dzwony!

Włączam stację StarFM; najczęstsze wypadki przy seksie? Zwichnięcie nadgarstka, he, he.

Na warszawską paradę równości udają się również byli ministrowie rządu Claudia Roth i Wolfgang Beck, Joanna d´Arc i Ulrich von Jungingen zielonej sceny politycznej.

Mimo ciężkiej porażki na Placu Czerwonym Wielki Mistrz Beck nie poprzestaje na podstępnych knowaniach i kreciej robocie, tylko wsiada na motocykl i mówi, nach Warschau! A za nim zmotoryzowana chorągiew odzianych w skóry i łańcuchy Krzyżaków.

Po ptasiej grypie – inwazja na Warszawę lesbijek i gejów z Niemiec!
Nic Wszechpolakom, nic Purchawkom, nic Kaczorom nie będzie oszczędzone.

Polska, kiepska tragedia jest jednocześnie niezłą komedią; trafimy znowu do telewizji w programie nocnym, pocieszam się, piję na drugą nogę, gaszę radio, otwieram drzwi na balkon i słyszę walca.

Oj, mocny ten jeenever, myślę zrazu, ale nie, muzyka leci do mnie, to ślepa dziewczynka z katarynką, grająca stare piosenki berlińskie, ustawila instrument pod lipą, a jej młodszy brat z napięciem patrzy w okna. Troche się rozmarzyłem (jeenever?), ale jak to idylla? Nie trwa długo.

Nagle: „Scheisse!“ – jeb! łubudu! trzask!

To  Niesamowicie Niemiecki Niemiec, sąsiad z dołu, zaczyna wrzeszczeć i trzaskać oknem. Myślałem już, że to z mojego powodu, ale to tylko muzykanci (mały gra czasem na organkach), zakłócili jego spokój.
Ciekawy typ patologii; regularnie szpieguje i denuncjuje.
Na balkonie ma umocowany karmnik; a słowika, który siadał na brzozie, przepędził, bo mu spać nie dawał.

Arbeit macht frei.

***

Pod Berlinem powstaje mały, złożony z kontenerów, obóz koncetracyjny, a Burkhard Hirsch z FDP (wolni demokraci) obawia się głośno, czy aby on tam już na zawsze nie pozostanie. Szykuje się tam również specjalne klatki dla opornych wladzy wykonawczej, tudzież autobusy, które transportować bedą te klatki (a w nich tych, którzy „mieli pecha nie mieć” obywatelstwa niemieckiego), w trybie ekspresowym do granicy lub na lotnisko.

Ordnung muss sein.

Po poł godzinie słońce znika; znów 10-12° C.
Ekwadorczycy kazali sobie przyslać z Quito specjalne kombinezony termostatyczne.
A drużyna niemiecka zajęła siedzibę w zamożnej dzielnicy willowej zachodniej części Berlina, Grunewaldzie; co ciekawe – jedyną drużyną, która obozuje na terenie bylego enerde jest Ukraina (sic!) w Poczdamie (sic!). Zabawnie to na mapie wygląda.

Jedem das seine.

9

Na mecz otwarcia mistrzostw z Kostaryką nie wybiegnie, lekko kontuzjowany w łydkę, Michael Ballack tylko Tim Borowski. Jak powiedział napastnik drużyny, tak, niemieckiej. Lukas Podolski? Podczas meczu z Polską porozumiewamy się tylko po niemiecku.
Count down; w bloku naprzeciwko wisi pięć flag niemieckich i jedna rosyjska (na 60 mieszkań); zobaczymy jak się sytuacja rozwinie.

Zastanawiam się, co ja mógłbym powiesić, gdybym już wieszać musiał?

Raz, dawno, dawno temu, na pierwszego maja w Szczecinie niosłem w pochodzie chorągiewkę węgierską, którą zrobiłem sam podczas zajęć praktyczno-technicznych klasy IV b w szkole podstawowej (nomen-omen) 69 na Niebuszewie, hm…
Dziadka w Wehrmachcie miałem, więc mógłbym rozwinąć i niemiecką, hm…
Mesykańskiej nie wywieszę, bo to mój konik, a o takich sprawach się milczy, hm…

Trynidad i Tobago!

Cool & megageil, a sąsiadka zzielenieje z zazdrości.

Kto tym razem na murawie poszarżuje, pomiesza szyki?

Może Ghana? Albo Ekwador, he, he.

Z innej beczki: świętuje się zabicie zakapiora-terrorysty Zarkawiego, natomiast fakt, że Mogadiszu, a tym samym cała południowa Somalia, wpadła w ręce islamistów, przemilcza. A tymczasem opanowali oni teren wielkości Polski i zmusili do ucieczki sprzymierzonych ostatnio z koalicją antyterrorystyczną, warlords (chrześcijan i animistów) gdzie pieprz rosnie.

Oj, chyba tę wojnę przegramy, boys!
Bo to Wietnam do kwadratu.

***

Ballak zagra jednak w meczu z Kostaryką. Wyszedł wściekły przed kamery i kazał się dziennikarzom od łydki odczepic.
Statystycznie na jednego piłkarza wypada dziesięciu dziennikarzy, a na jednego kibica dwóch stróżów ładu i porządku.
Cztery godziny przed meczem, blok naprzeciwko; przybyły dwie nowe flagi niemieckie (łącznie 7) i jedna… holenderska.

Arriba muchachos!!!

10

Niemcy – Kostaryka dwa jeden do przerwy; mecz, jak na otwarcie, nawet niezły.

Sąsiad z dołu, NNN, wystrzelił cały magazynek rakiet świetlnych; dobrze, że żaden helikopter nie leciał – mieszkamy mianowicie przy lotnisku.

W niektórych oknach bloku naprzeciwko są nawet dwie flagi; prym wiodą Niemcy z Syberii, którzy między staranie pielegnowanym geranium umieścili ze dwa tuziny chorągiewek, a dwa czarno-czerwono-złote sztandary flankują ten festiwal patriotyzmu.

Loggie tureckie są puste i nieme; zawzięty to naród, nadal przeboleć nie mogą porażki w eliminacjach.

Kismet.

***
Miro Klose strzela drugiego gola; Niemcy prowadzą w 62 minucie 3:1.

Tylko jedna rakieta z dołu – chyba magazynek się skończył.

Między Bramą Brandenburską a Kolumną Zwyciestwa w centrum Berlina – 10 tysięcy ludzi; skromnie.

Trzech podpitych Anglików chce wziąć taksówkę – taksówka ich nie chce.

Koniec końców lądują w areszcie; sędzia już czeka.

Wynik? Remisowy; mogą iść do hotelu, ale mają zakaz wstępu na stadiony i tzw. eventy. Na dodatek aresztowano pięciu kieszonkowców z Albanii i już siedzą w klatkach. A tymczasem Czope strzela bramkę kontaktową.

Arrribaaa!!!

Nie, 4:2; ładny strzał Schweinsteigera, który, wraz z Timem Borowskim, przejął w tym meczu rolę Ballacka (nawiasem mówiąc, Maradona który robi za eksperta w kabinie telewizji argentyńskiej, zamówił dwie kawy z… kofeiną!) Dzisiaj wieczorem w Gelsenkirchen, w Nadrenii-Westfalii, gra Polska z Ekwadorem, a jutro maszerują tam neofaszyści. Co ciekawe – mimo sprzeciwu burmistrza, policji, i wielu innych organizacji, Sąd Najwyższy Republiki Federalnej zezwolił na tę demonstrację dziwnej ligi Niesamowicie Niemieckich Rodzin.

Wot, diemakracja; pożywiom – posmotrim.

Banzai!

P.S.

A  może wywieszę jaką flagę?

P.S. P.S.

Umarł, w wieku lat sześćdziesięciu, Drafi Deutscher, niezły szansonista niemiecki („Marmor, Stein und Eisen bricht, nur unsere Liebe nicht…“)

Zdarza się.

P.S.P.S.P.S.

Wykrakałem, Ekwador górą!

11

Hiszpanie nieźle dali popalić Ukrainie; 4:0.

Godzina przed meczem Niemcy – Polska.

33° C; dwadzieścia więcej, niż przed tygodniem; pięciu owiniętych we flagi wsiada do autobusu; co ciekawe – w bloku naprzeciwko zniknęła w ostatnich dniach większość chorągwi niemieckich. Dlaczego? Strach tchórzów NNN przed tchórzami PPP ( zdanie bardzo prywatne). Zostały na balkonach (brawo za odwagę Niemcy z Syberii)  tylko dwie.

No i ta jedna, rosyjska – ten wspaniały znak kontynuacji na naszym (i nie tylko) kontynencie: Lenin-Stalin-Putin…

Hiszpański sędzia gwiżdże – zaczęło się.

Sąsiad z dołu oczywiście też flagę zwinął (sic!), ale już po pierwszym strzale Miro Klose rzucił petardę; znak dla swoich towarzyszy (przedwczoraj faszyści, wczoraj komuniści, a dzisiaj… jak ich nazwać? Po prostu sukinsyny?) z naprzeciwka.

40 minuta; mecz kiepski, brutalny.

Przerwa; strzelają pistolety, lecą petardy; ale skromnie.

W centrum Berlina, przed ekranami pomiędzy Bramą Brandenburską a Kolumną Zwycięstwa, 150 tysiecy kibiców, czyli dwa razy tyle, co na stadionie w Dortmundzie.

65 minuta; Ballack fauluje Jelenia; dwie minuty później – Bak fauluje Ballacka; remis, w brutalności.

78 min.; czerwona kartka dla zawodnika polskiego; rakiety szybują w niebo; NNN z dołu rzuca jedną petardę, zaraz drugą…

94 min…

Jutro – wetten das? – dziesięć flag.

Przed meczem, po i w trakcie?

Zwyczajne sceny myśliwskie, te, które dzieją się w obecnie Nadrenii-Westfalii już opisałem; a co z tego wyniknie, też.

Rezultat? Tymczasowy? 2006/6/14 godz. 23:07?

Dwustu aresztowanych Polaków tylko w Dortmundzie i pięćdziesięciu w ucieczce przed policją, która depcze im po piętach. Jak mawiał Heinrich Heine?

Denk ich an Deutschland in der Nacht,
da bin ich um den Schlaf gebracht.

Jedna dziewczyna spadła z balkonu (5 pietro), ale żyje, bo na drzewo.

12

Pan Bóg ulitował się nad naszą, ludzką, głupotą i zesłał burzę na Dortmund, która skuteczniej rozgoniła stojący krótko przed ogólną bijatyką tłum, niźli wszelkie policyjne kohorty razem wzięte.

Trzeba przyznać, że Wszechpsychiatra naszemu gatunkowi łaski, od lat już tysięcy, nie skąpi; obojetnie jaka monstrualna zbrodnię lub głupotę byśmy popełnili, obojetnie na jaki szalony pomysł byśmy nie wpadli – ON uśmiecha się tylko dobrotliwie i niczym Święty Mikołaj wyciąga kolejną szansę ze swojego, bezdennego zda się, worka historii.

Niespodziewanie słaby występ Ukrainy znalazł swoją przyczynę: żaby i komary. Potomkom narodu Bohdana Chmielnickiego, który niegdys znad Donu na czajkach docierał do Złotego Rogu (i to nie tylko w celach handlowych) rechot kradnie sen, a brzęk – forme.

Zapytano kiedys radio Erewań, czy jest jakiś sposób na pluskwy?
Tak – polubić.

Swoją drogą wielu ludzi narzeka w tym roku na komary i trochę się nawet z tego nabijałem, dopóki nie dopadł mnie jeden taki osobnik – uslyszalem tylko krótkie zzzzt i … bestia wbiła mi się w policzek! Wyrwałem gościa – komar, nie komar. Wracam do domu, wkladam bandytę pod mikroskop (ruski, na pchlim targu za 10 złotych) – komar, ale jakiś inny, zagraniczny. Taki komar turbo; a nasze, o krwia mać!, do niego, to jak fiacik do merca.

A flagi przestałem liczyć.

Arriba!

13

Powoli zbliża się francuskie Tour de Tortur.
W tym roku już bez Lance’a Armstronga, ale nadal z Janem Ulrichem.
Niestety, kolarstwo tak jak i piłka, zdają się słabnąć z roku na rok.

Tymczasem niedźwiedź brunatny zwany Bruno, który od pół roku wędrował bez paszportu przez kraje przyalpejskie, Słowenię, Włochy, Austrię i Niemcy, został (po dwumiesięcznym pościgu) zastrzelony.

„Odetchnęliśmy z ulgą” mówi burmistrz (burmistrzowa? burmisterka?) Hermenegilde Müller, mieszkanka Bawarii, która wynajmuje pokoje alpinistom, narciarzom i zwykłym śmiertelnikom z całego świata. Straty wynikłe z całej hecy tylko w jej gminie ocenia na pół miliona $, “przede wszystkim rodziny z małymi dziećmi skasowały urlopy”, dodaje, ocierając pot z czoła, zażywna pięćdziesięciolatka przy kości.

“Zastrzelimy strzelca!”, odgrażają się Zażarci Zwolennicy Zwierząt na swoich forach internetowych, zapomniawszy na krótko o delfinach, fokach i wielorybach.

No cóż, niejedna poduszka nastolatki była tej nocy mokra od łez, a ja – przyznać muszę – miałem sen koszmar. Śniło mi się, że jestem w raju. Słonko świeci, pszczoły brzęczą, zioła pachną, leżę sobie na polanie i studiuję chmury. A tu nagle cień na mnie jakiś dziwny pada i widzę, że zbliza się do mnie niedźwiedź, staje na tylnych łapach, paszczę otwiera i mówi:
„Ukraina, po finałowym zwycięstwie nad Hiszpanią, zostanie mistrzem świata i Blochin ogoli się na łyso, a wkrótce po tym, zostanie prezydentem, wypowie wojnę Polsce i ją wygra. Tobie wlepią 48 za jeżdżenie bez dzwonka, a murzyna, którego skatowali na Kurfürstendamm policjanci, za to że przeszedł ulicę na czerwonym świetle, powieszą publicznie przed Reichstagiem, podczas gdy Wolfgang Thierse na znak protestu zgoli brodę“.

W oddali słyszę jakby helikopter.
Niedźwiedź wyciąga łapy, chwyta mnie za ramiona, zaczyna trząść, a jego pełna klów morda zbliża się do mojej twarzy:
„ Wstawaj psiawiaro!“

Budzę się zlany potem; siódma; zaczęli strzyc trawę pod blokiem.
Biorę prysznic i zjeżdżam na dół po gazetę.

Malarze przy pracy (jeżeli to można pracą nazwać to ich certolenie się z pedzelkami po kątach, picie piwa w kiosku, przerwy na niezwykle ważne rozmowy telefoniczne, tudzież dyskusje nad każdym metrem zamalowanej powierzchni – w czwórkę (sic!) pomalowali wczoraj korytarz o powierzchni 40 m² – jak za komuny!), a Niesamowicie Niemiecka Niemka o włosach w kolorze gallenschwarz-hämatomrot-pissgelb, przechodzi obok mnie w pogardliwym milczeniu i zadzierając nosa. Na prawym ramieniu ma wytatuowany drut kolczasty, a na lewym ma bliznę, charakterystyczną dla amatorek tatuażu zawiedzionych uczuciowo; malarze witają ją wylewnie i rubasznie; ogólne zbratanie.
Podobno jest to patriotyzm.

14

Wracam z zakupów do domu i przechodzę obok placu zabaw.

– Spóźniłaś się o jedną minutę – mówi Niesamowicie Niemiecki Turek z dzieckiem na ramieniu do swojej żony, która biegła od przystanku autobusowego, a wiatr targał ją za wlosy, jakby ją chciał zatrzymać na miejscu. Starannie przystrzyżony wąs, wypomadowane włosy, Rolex na ręce, Opel na parkingu (z lewej choragiewka turecka, z prawej niemiecka), na balkonie wielka flaga (niemiecka).

No comments.

Muszę przyznać, że założyłem dzisiaj czarne spodnie, czerwony sweter i narzuciłem żółtą kurtkę rybacką, bo popaduje. I tak, chcąc-nie chcąc, stalem się żywą flagą republikańską, co pojąłem dopiero, kiedy, obficie oflagowane auto, wymijając mnie, krótko zatrąbiło, a sąsiad z dołu na mój widok zzieleniał i zatrzasnął drzwi balkonowe.

15

Deutschland – Rest der Welt 8:2.
Teraz kolej na Argentynę.
Spotkany przypadkowo, znajomy Niemiec pyta:
„Czy jesteście źli, że z nami przegraliście?”
Poczatkowo nie rozumiem, o co mu chodzi, ale powoli świta mi w głowie (choć od meczu Beckenbauer – Listkiewicz minęły już dwa tygodnie) – pluralis majestatis!
Wolfgang (tlum. pol. Wilczy Krok), bo tak ma na imię, chorągiewek co prawda nie wiesza, ale z dumy to prawie pęka.

Pierwsza polowa dogrywki; Argentyna rozpoczyna; Julio Cross zostaje po 10 sekundach skoszony; mecz jak się zaczął, tak się kończy; nieźle się walą po kościach ci nasi bohaterowie murawy. Postanowilem nie pojechać do Chicquity na piwo. Głównie z powodów alkoholowo-patriotycznych.

Wyglada na rzuty karne; w ciągu całego meczu Argentyna miała dwie dobre minuty

PRZERAŻAJĄCE!!!

Niemcy nie lepsi.

Nawiasem mówiąc, wybuchła sensacja i Jan Ulrich nie pojedzie tegorocznego Tour de France. Elektroniczni władcy stadniny zareagowali na hiszpańską aferę dopingową i wycofali niemieckiego zawodnika (razem z jego kolegą, Ivanem Basso) z wyścigu pięć minut przed dwunastą.

N.N., siedmioboistka enerdowska, mówi w wywiadzie,  jak zrobili z niej mężczyznę i jeszcze jej wmówili, że to fajne, jak jej wyrośnie mały kutas.

Stachanowcy strzykawki, bękarty z Sachsehhausen i Ravensbrück, ich hiszpańscy, ba, brazylijscy, czy czort wie go kumple – ONI, bo o nich mówi, nadal piastują wysokie funkcje, bo są świetnymi fachowcami w sprawie dopingu, a ich kolejne ofiary wegetują jako wraki na krawedzi spoleczeństwa, ogarnięte zmową milczenia.

Nietety i w Niemczech pachnie czasem dziwnie z doniczek na balkonie, o czym obszernie pisał np Heine, który znad Elby przeniosł się nad Sekwanę. Grunt to wygrać – olimpiadę zimową, mistrzostwa świata Formuły 1; zwycięstwo, Nike, która nas prowadzi na szczyty ekstazy, vae victis?

I tak to, wraz z sukcesami drużyny niemieckiej w tym turnieju rośnie w Niemczech patriotyzm, a Angela ”Angie” Merkel, zasiadając na trybunach stadionów, zbija punkty na następne wybory do Bundestagu.

Natomiast Franz “Cesarz” Beckenbauer” w helikopterze w drodze z Lipska do Frankfurtu, podpisuje kolejną umowę reklamową za mierne dwieście tysięcy zielonych.

16

Natomiast pani Beckham była bardzo zmartwiona; to koniec pewnej ery i pozostanie jej tylko pisanie dalszych ksiażek, nadal nie przeczytawszy jednej do końca.

Ciekawe, czy Podolski kopnie Zidane w jaja, jak odgrażają się blokersi na boisku koło jeziora, gdzie przed ćwierćwiekiem obroniłem wszystkie strzały i na dodatek sam strzelilem jednego gola – sic transit gloria mundi! Dzisiaj nie kuśtykam jeszcze o lasce, ale po paru minutach huśtawki ze szczeniakami mam schnauzevoll.

Jaki tytuł pojawi się na frontpages naszych ukochanych mediów?

Wir sind Weltmeister!?

Kurczę blade! To chyba najnudniejsze mistrzostwa świata mojego życia; przyznam szczerze, że parę razy zasnąłem, pomimo tytanicznych wysiłków, przed telewizorem, a raz miałem dziwny sen, że Ameryka Poludniowa się obudzila – ale to ja budzę się i co widzę? że szkopy i żabojady betonują i ani samba, ni tango, tylko czasami ordynarne mordobicie.

Mecz się skończył, a na boisku? Wojna; w mordę i nożem, gdyby był…

Czego tu wymagać od fanów, holów, zakapiorów?

Poszedłem kupić karpia i kawałek suma w hali targowej i ułożyłem wiersz:

Ryba od głowy śmierdzieć zaczyna.
Podobno u Polaka ta sama przyczyna,
że najpierw dostaje umysłowej sraczki,
A potem wybiera na przywodców kaczki.

Skandal w turynskim Juwentusie? HE, HE, HE…

Podobno Włosi tacy honorowi, a Ukraina gra tylko dla forsy, usłyszałem od jednego, ubranego w trykot drużyny niemieckiej firmy adidasa (ca. 50 euro), młodego idioty, który ciągle zapomina, gdzie postawił samochód. Pycha narodowa kłębi mu się dosłownie z porów, a zatacza kółko w poszukiwaniu swojego pojazdu. Tę scenę trzeba by sfilmować.

Natychmiast po powrocie znad jeziora, gdzie złapałem parę płotek i karasi na jutrzejszą zupę wegierską halasle, rzuciłem się w wir robót kuchennych: placek drożdżowy z owocami, kapuśniak po krzyżacku, łosoś atlantycki saute, ser harzeński po grecku, ogórki na małosolne nastawić, wystarczy?
Piwo i wino schłodzić, wódeczkę zamrozić i palce lizać.

W ten, i tylko w ten sposob postanowiłem wytrzymać do końca tych mistrzostw.

Bis zum bitteren Ende.

Czasami wiatr przynosi zapach lip i włączam pieśni Schuberta; czy wiecie, że mam pokój z widokiem na więzienie? Bywa.

17

Za piętnaście minut rozpocznie się w Dortmundzie mecz Niemcy – Włochy; połowa balkonów oflagowana, no proszę.
Włączam radio.

Ulice puste, czasami przemknie autobus, a w nim parę zagubionych postaci.
Między Bramą Brandenburską a Kolumną Zwyciestwa hymn z prawie miliona gardeł.
Berlin dzisiaj, wieczór czwartego lipca i miliardy modlą się do obrazu ze stadionu na całym świecie.

Kult! Kult! Kult!

Dwudziesta druga minuta – Podolski strzela piętnaście metrów ponad bramką.
A Włosi już pięć razy na spalonym, no ładnie – tunel panowie!
“Schneider! Mach dein Tor, mein Junge!“ woła rozentuzjazmowany komentator Deutschlandfunk….
Nie, do przerwy zero – zero.
Tak, tym razem nos mnie nie zawiódł.
Materazzi! Takiego nazwiska wymyśleć nie zdołasz, Lahm!
Kulawy na materacu, he, he, he.
Na brodę Proroka! München – Allah!

W przerwie układam wiersz:

Ostry atak satyry

Pan Kaczor był chory i leżał na worku.
I przyszedł pan doktor – Co ci jest kaczorku?
– Ach! Trójkąt weimarski w gardle ością stoi
A szwabski humor zołądek rozstroił.

Oj, biedny kaczorek, wśród orłów i sępów,
Rekinów politycznych, kagebeagentów!
Przestraszył się Angeli, przestraszył Chiraca
– dostał rozwolnienia, poci się i zwraca.

Ostry atak satyry, orzekł doktor madry
I zalecił pół litra i wędzone flądry.
Poza tym polecił nie opuszczać stawu,
A ten wiersz natychmiast skończyć.

Wrócę jednak do prozy – stało się, Niemcy za burtą legendy, trawestuję tu tytuł pewnej powieści.
Nad Berlinem wisi niesamowita cisza – es ist aus, vorbei.
Berneński cud się nie powtórzy; ogólny płacz i zgrzytanie zębów, vae victis!
Pozostał pojedynek pokonanych.

Włosi mistrzem świata? Kto by pomyślał, że tak daleko, tak przecież przeciętni, makaroniarze zawędrują.
Wyznam szczerze, że piłki nożnej mam po dziurki w nosie.
Przede wszystkim tej, którą widziałem na tym turnieju.
Chyba ustąpię ze stanowiska szpiega murawy i poświęcę więcej uwagi szachom.

18

Miesiąc Dziecka w Dorosłym dobiega końca.
Powoli czas na bilans.
Mistrzostwa te były pod wieloma względami rekordowe:

1)      ilość kibiców wszelkiej maści
2)       kompletny brak nowych talentów oraz idei w grze
3)      wysoki poziom piłkarzy w kopaniu osób i przedmiotów za wyjątkiem piłki
4)      zarobków mafii, którą nazywają FIFA.

Ruszyły one trochę Niemców, którzy są z natury raczej sztywni i, nie obrażając, kwadratowi.
W pizerii, której właścicielem jest Turek, wybito okno; ale ogólnie jest elegancja francja i restauracje włoskie otrzymują tylko telefony z pogróżkami, na których się kończy.

Dziewczyna, która spadła na drzewo, nabawiła się tylko siniaków, bo miała, szczęście w nieszczęściu, nieźle w czubie. Natomiast menadżer Juventusu przy skoku przez okno tyle szczęścia nie miał i zamiast za kratki, trafił do szpitala.
Denuncjator Dietl zarabia nadal kapusiowaniem, dzień w dzień, miesiąc w miesiąc, rok w rok, na nastepny milion $.

Niedźwiedzia Bruno wypycha się właśnie, aby postawić w muzeum (tylko jeszcze nie wiadomo jakim, bo, tak, Włosi zgłaszają pretensje).

Właśnie informują, że śledź atlantycki jest na wymarciu, a kraby z Kamczatki opanowały pół Norwegii; podobno nawet smaczne, ale mi nie przechodzą jakoś przez gardło.

W mojej dzielnicy Berlina, Reinickendorf, gdzie powstały ostatnio dwa meczety, jest już obecnie trzeci w budowie; natomiast zlikwidowano dwie fontanny (w tym jedną przed samym ratuszem) i zamknięto jeden (ostatni) sex shop; zamiast sklepu rowerowego mam teraz studio tatuażu; jak zapalę przez nieuwagę na ławce fajkę, to gonią mnie przez pół miasta świeżo upieczone służby ochroniarskie firmy T&S, uzbrojonej tylko (na razie?) w pałko-latarki i kajdanki, jak Steve’a McQueena w “Alcatraz”; jeśli włączę głośniej muzykę, to zaraz przyjeżdża na światłach i syrenie policyjne Überfallkomando, natomiast jeśli molo w porcie nad jeziorem płonie przez pół nocy, albo komuś poderżną gardło – to nikt nic nie wie. Czeski film.
Najlepsi policjanci świata, bo za takich się Niemcy uważają, szykują się teraz do Konga.
Wymarzone pole dla satyry?

“To ja wymyśliłem nowoczesność”

Ewa Maria Slaska

Tesla, nieoczywista ikona popkultury

Sformułowanie “nieoczywista ikona” zaczerpnęłam z artykułu Jakuba Demiańczuka, opublikowanego tydzień temu w Polityce (niestety poza poniższym cytatem przeczytać go mogą tylko ci, którzy wykupili prenumeratę).

Genialny serbski wynalazca, przez lata zapomniany, stał się dziś nieoczywistą ikoną kultury popularnej. Gdyby ktoś pokusił się o napisanie biografii Nikoli Tesli opartej wyłącznie na powieściach fantastycznych, komiksach, filmach i grach wideo, okazałoby się, że Serb był nie tylko błyskotliwym wynalazcą. Na zlecenie cara badał tajemnicę meteorytu tunguskiego. Wraz z Marią Curie, Zygmuntem Freudem i Karolem Darwinem tworzył grupę naukowców superbohaterów walczących ze złem. Konstruował roboty i był członkiem tajnych stowarzyszeń. Walczył ze złem u boku Sherlocka Holmesa i Supermana. Poleciał nawet na Marsa w towarzystwie Marka Twaina i słynnego iluzjonisty Harry’ego Houdiniego.

W dalszej części tekstu pojawi się termin “teslomania”. Tym samym dowiedziałam się, że moje zainteresowanie Teslą wcale nie jest moje, a Tesla nie jest osobą, a częścią popkultury. Zobaczyłam też, że właśnie wszedł na ekrany film pt. Tesla. Zaprawdę, powiadam wam, nie ma się co silić na oryginalność.

Nie wiem, może mi się wydaje, ale pierwszy raz świadomie przeczytałam o Tesli w powieści Dukaja, Lód. Był rok 2007. To niezwykła książka, być może najlepsza nowoczesna powieść polska, nie skoncentrowana na cierpiącym polskim Ja i nieszczęsnym bolesnym kompleksie polskim. Ta powieść powinna była zmienić Polskę, a udało jej się zmienić tylko mnie, moje animozje i upodobania. Prawdziwą bohaterką powieści jest bowiem Syberia, kraina, która wcześniej budziła we mnie niechęć, zwykłam nawet byłam mówić, że po co my, Polacy, mamy jeździć na Syberię za własne pieniądze, skoro prędzej czy później Rosjanie i tak nas wszystkich tam wyślą za darmo. Od czasu lektury Lodu Syberia stała się jednak moją skrytą tęsknotą. Marzyło mi się, że pojechałabym do pracy np. do Omska. Nic zresztą nie robiłam w tym kierunku, nie ruszyłam się z miejsca, tylko czas posunął się do przodu i już nikt nie przyjmie mnie do pracy, nie tylko w Omsku czy Irkucku. W międzyczasie zresztą Syberia się ogrzała i spłonęła, i już nic nie pozostało z zimnego kraju, dokąd zesłano mojego wujecznego pradziadka, Feliksa, w którym z lodu Dukaja wstają potworne lute, a ludzie jak Aleister Crowley potrafią poruszać się pod ziemią, wędrując przez wieczną zmarzlinę.

No, ale Tesla, Tesla… Co ja na miłość boską wiedziałam o nim przed Dukajem? Elektryczność, prąd zmienny, emigrant. Fantastyczny facet. Prawdziwy nowoczesny człowiek. A co wiem teraz, zanim jeszcze pójdę do kina? Przeczytałam jeden artykuł, obejrzałam jeden film dokumentalny i wiem, że jego postać wchłonął i pożarł Elon Musk, który założył fantastyczną firmę PayPal (korzystam z niej bez przerwy), chce zrealizować Kroniki marsjańskie Raya Bradbury’ego i buduje w Brandenburgii gigafabrykę, jakiej jeszcze świat nie widział (a na pewno Brandenburgia nie widziała), a i tak go nie lubię. Nie lubię go za wiele rzeczy, ale najbardziej chyba za to, że wyciera sobie pysk Teslą, jakby to była ściereczka irchowa.

Występują: Ethan Hawke, Kyle Maclachlan, Eve Hewson
Reżyseria: Michael Almereyda

***
Film jest marny i kręci się w kółko wokół tezy, że Tesla jest genialny, czego jednak nie udaje się pokazać, trzeba po prostu wierzyć w to, co słyszymy. Ethan Hawke gra jak kij od miotły i ma tylko dwie miny do dyspozycji, smutną i bardzo smutną. Gdy gra młodego Teslę, jest już zawczasu stary i pofałdowany, jak ma być naprawdę stary, to, wciąż pofałdowany, wygląda jeszcze dość młodo. W pewnym momencie, nie wiadomo dlaczego, wszyscy jeżdżą na wrotkach. Piękna Eve Hewson, która gra zakochaną w Tesli córkę J. P. Morgana, miliardera z brzydkim nosem, odkochuje się nie wiadomo dlaczego, może z zazdrości o Sarę Bernhardt, ale nie jest to jasne. Tesla jest wizjonerem i robi wynalazki, ale właściwie wcale nie wiadomo jakie, a im bliżej końca filmu, tym bardziej jego opowieści o wynalazkach przypominają majaczenie wariata. I z takim uczuciem wychodzimy z kina – Tesla to był szurnięty maniak, który na pustyni przy pomocy złotej kuli zdołał wyprodukować błyskawice.
A więc, jeśli chcecie dowiedziec się czegoś o Tesli, to obejrzyjcie na youtubie ten film i nie  zawracajcie sobie głowy kinem.

Frankfurt Słubice Pride Parade 2

Ewa Maria Slaska

Zdarzyło się, co się nigdy nie zdarza. Autor wpisu na dziś wpisu nie przysłał (to zdarza się czasami), a ja, zmęczona po paradzie, nie wpisałam nic innego, ba, w ogóle o tym nie pomyślałam, tylko poszłam spać o godzinie 19 i wstałam dziś o 7 rano. Prawdę mówiąc, żeby Wasza Adminka spała 12 godzin, to też się nie zdarza. Skoro jednak już tak się zdarzyło, to obudziwszy się, spieszę, by wstawić Wam tu relację z wczorajszej fantastycznej Parady Dumy w Słubicach i Frankfurcie nad Odrą.

Info auf Deutsch

Ela Kargol

Pierwszy polsko-niemiecki marsz równości, z Placu Bohaterów do Holzmarktu Miłość bez granic przeszedł ulicami połączonego i podzielonego miasta Słubfurtu / Słubic i Frankfurtu, a most, kiedyś przyjaźni, stał się mostem miłości. Nad Odrą załopotała tęczowa flaga.

Foto Ela Kargol
EMS
I szalik 🙂
W paradzie wzięło udział 800 a może nawet 1000 osób i było fantastycznie. A wcale się nie zapowiadało. W pociągu do Frankfurtu było wprawdzie sporo osób z tęczowymi emblematami, ale nie przesadnie wiele i nie wykazywali potrzeb bratania się i siostrzania. To samo podczas spaceru z jednego miasta do drugiego. Pusto i raczej niezbyt solidarnie. Tymczasem paradzie miało przyświecać hasło “Solidarność naszą bronią”.  Porządne hasło – to dla niego starsze panie, jak Ela czy ja, przjechały tu dzisiaj.

Po mieście, jak się dowiaduję od pewnego clocharda, już od tygodnia jeżdżą ciężarówki Ordo Iuris, których nikt tu przedtem nie widział – przed paradą sfotografowałam trzy takie pojazdy, duży, średni i mały, wszystkie z głośnikami i krótkim tekstem, o tym, że homoseksualiści pedofile deprawują i wykorzystują seksualnie nasze dzieci. W tekście nikt wyraźnie nie mówi, że wszyscy homoseksualiści to pedofile, ale wniosek jest jednoznaczny.

Na placu Bohaterów niewielkie grupki kolorowo ubranych ludzi z flagami i parasolkami, w bocznych ulicach widzę szeregi policji w czarnym rynsztunku bojowym i gdzie niegdzie grupy młodych mężczyzn z polskimi flagami. W Dwumieście ma być dziś w sumie pięć parad – trzy kolorowe i i dwie czarne. Czarna ciężarówka w bocznej ulicy. Fotografuję akcję dwojga młodych ludzi z tęczową flagą, przyklejają naklejkę “Stop bzdurom”, dziewczyna woła: “Nawet nie dotknęłam Waszej ciężarówki!”, co jest oczywiście przypomnieniem sprawy Margot. Stojący obok dziennikarze półgłosem komentują, że sytuacja prawna w Polsce jest taka, że nikt nie może ani zakazać parad równości, ani karać ich uczestników. Można tylko, jak za Komuny, karać ich za zniszczenie mienia prywatnego lub społecznego (dlatego później organizatorzy wciąż będą przypominać – nie depczcie trawników!) No i można wypuścić na demonstrantów “oburzonych obywateli”.

Na placu coraz więcej ludzi, pośrodku kolorowi, po bokach czarni. Organizatorzy formują nas (prawa strona placu, lewa strona placu) i informują. Maski, odstęp, odstęp maski. Jest nas już dwieście kilkadziesiąt osób, musimy zostać podzielenie na dwa pochody, bo zgłoszona została parada z udziałem 150 ludzi. Króciutkie przemówienie, rusza samochód z aparaturą nagłaśniającą i hasłem “Solidarność naszą bronią”. Nagle robi się nas bardzo dużo. Widzę, że w mojej grupie (prawa strona placu z punktu widzenia formującej nas organizatorki) robi się nas coraz więcej i więcej, w drugiej grupie na pewno też tak jest.

Godzina 14. Pierwsze i jedyne przemówienie. Kacper z Zielonej Góry informuje nas, że w jego mieście podjęto pierwszą w Polsce deklarację. Są “Miastem wolnym od nienawiści”. Kacper woła, że chcemy w całej Polsce takich stref, które byłyby odpowiedzią na “Strefy wolne od LGBT”.

Ruszamy.


Foto Aleksandra vel Ola: Wyruszyliśmy.

O 15 dojdziemy do placu za mostem, gdzie, już po stronie niemieckiej, odbywają się publiczne wystąpienia. Nie ma władz miasta Słubice, ale, jak podkreślają organizatorzy, Słubice to nie tylko miasto ale i powiat, czyli samorządowcy, a w ich imieniu wita nas wicestarosta Robert Włodek. Mówi, to co powinien powiedzieć każdy samorządowiec, w każdym miejscu świata: władze są po to, żeby chronić swoich obywateli. Dodaje też, że Parada Dumy, a jest nas już po prostu morze, jest zapewne największą demonstracją, jaka się kiedykolwiek z jakiegokolwiek powodu odbyła w Słubicach.

Autorką zdjęć w galerii jest Ela Kargol

Pogoda dopisała, frekwencja dopisała, oprócz pokojowej konfrontacji kolorowego pochodu z modlącymi się na głos obywatelami Słubic, nie było żadnych incydentów, na własne oczy widziałam, jak na obrzeżach parady policja przeganiała jakichś krewkich patriotów z flagą polską.

Foto Helena Kargol

Wzięliśmy udział w pięknym święcie obywatelskim i chwała organizacji Frankfurt Pride, że je zorganizowała.

Frankfurt Słubice PRIDE

5 września / 5. September 2020: Odbędzie się pierwszy Słubice-Frankfurt-PRIDE // Erster Frankfurt-Słubice-PRIDE zieht durch die Doppelstadt

W sobotę, 5 września, pod hasłem „Miłość bez granic” rozpocznie się pierwszy słubicko-frankfurcki marsz równości. Pierwszym celem wiecu jest zwrócenie uwagi na brak widoczności i infrastruktury osób nieheteronormatywnych w obu częściach dwumiasta. Drugim celem jest okazanie solidarności ze społecznością LGBTIQ* w Polsce, która doświadcza obecnie silnej dyskryminacji i wyparcia wskutek ustanowienia tak zwanych „stref wolnych od LGBT” w niektórych gminach oraz wskutek nagonek, prowadzonych m.in. przez partię rządzącą PiS w czasie niedawnej kampanii prezydenckiej.
Unter dem Motto „Liebe ohne Grenzen“ findet am Samstag, dem 5. September 2020, ab 14.00 Uhr in der Doppelstadt der erste Frankfurt-Słubice-PRIDE statt. Die Demonstration will einerseits auf die kaum bis gar nicht vorhandene Sichtbarkeit und Infrastruktur für queere Menschen in beiden Teilen der Doppelstadt aufmerksam machen. Zweiter Schwerpunkt ist die Solidarisierung mit der LGBTIQ*-Community in Polen, die durch sogenannte „LGBT-freie Zonen“ in einigen Kommunen sowie durch hetzerische Kampagnen, u. a. durch die Regierungspartei PiS im jüngsten Präsidentschaftswahlkampf, heftig diskriminiert und bedrängt werden.

Dwumiasto ma być miejscem bezpiecznym dla wszystkich ludzi. Dlatego organizatorzy marszu zapraszają do udziału w nim także burmistrza Słubic Mariusza Olejniczaka oraz nadburmistrza Frankfurtu René Wilke. Podczas wydarzenia przedstawią swoje historie, działania, postulaty i cele osoby nieheteronormatywne, działacze i działaczki, organizacje ze Słubic i Frankfurtu, województwa lubuskiego i Brandenburgii, Polski i Niemiec.
Die Doppelstadt soll ein sicherer Ort für alle Menschen sein. Darum lädt das Organisations-Team auch herzlich Oberbürgermeister René Wilke und Bürgermeister Mariusz Olejniczak zu dem Umzug ein. Unterwegs werden queere Personen, Aktivist*innen, Organisationen aus Frankfurt und Słubice, Brandenburg und Lubuskie, Deutschland und Polen ihre Geschichten, Arbeit, Forderungen und Ziele vorstellen.

To wydarzenie na rzecz różnorodności seksualnej i płci społeczno-kulturowej, wolności i bezpieczeństwa osób nieheteronormatywnych organizuje niezależna grupa składająca się z 20 osób pochodzących ze Słubic, Frankfurtu i okolic.
Hinter der Veranstaltung für Vielfalt der sexuellen Orientierungen und Identitäten sowie Freiheit und Sicherheit für queere Menschen steht eine unabhängige Organisationsgruppe mit rund 20 Engagierten aus Frankfurt, Słubice und der näheren Umgebung.

LGBTIQ* to termin, który odnosi się do osób identyfikujących się jako lesbijki, geje, osoby biseksualne, transpłciowe, interpłciowe, queer oraz takie, które nie są pewne swojej tożsamości seksualnej.
LGBTIQ* steht für lesbische, schwule, bi-, trans- und intersexuelle sowie sämtliche queere und Trans-Personen.

*** *** *** *** *** *** *** ***

Start/rozpoczęcie: 05.09.2020, 14:00 Uhr, Plac Bohaterów, Słubice
Treff für Zugreisende: 13.00 Uhr Bahnhof Frankfurt (Oder) // Zbiórka osób przyjeżdżających pociągiem: godz. 13.00, dworzec kolejowy we Frankfurcie nad Odrą<

Trasa będzie prowadziła od Słubic przez most graniczny na Odrze i centrum Frankfurtu, a zakończy się na Holzmarkt, gdzie zaplanowano zakończenie wiecu o godzinie 16.30. //
Die Route führt durch Słubice über die Oderbrücke und durch das Frankfurter Zentrum zum Holzmarkt, wo die Abschlusskundgebung gegen 16.30 Uhr geplant ist.

Corona-Regeln//Zasady bezpieczeństwa sanitarnego z uwagi na pandemię COVID-19:
Es besteht die Pflicht zur Mund-und-Nasen-Bedeckung sowie Mindestabstand von 2 Meter in Polen bzw. 1,50 Meter in Deutschland, in Słubice sind gegenwärtig max. 150 Teilnehmende zugelassen. //
Obwiązuje zakrywanie nosa i ust oraz zachowanie odstępu 2 metrów w Polsce, a 1,5 metra w Niemczech. Dopuszczalna liczba uczestników marszu w Słubicach to obecnie 150 osób.

Bilderatlas Mnemosyne

Ausstellung zum Buch

Aby Warburg: Bilderatlas Mnemosyne
Das Original
04.09.–30.11.2020
Haus der Kulturen der Welt

John-Foster-Dulles-Allee 10/ 10557 Berlin
Tel. + 49 – (0)30 – 397 87 0 / Fax +49 – (0)30 – 394 86 79/ info@hkw.de
Öffnungszeiten: täglich außer Di 12–20h
Eintritt:  7€/3€ Unter 18 Jahren Eintritt frei

Umfassende Hygienevorkehrungen zum Schutz der Besucher*innen und Mitarbeiter*innen beinhalten eine begrenzte Besucher*innen-Kapazität und ein kontaktloses Ausstellungserlebnis. Bitte tragen Sie vor Ort einen eigenen Mund-Nasen-Schutz und halten Sie den Mindestabstand von 1,5 Metern zu anderen Besucher*innen ein. Wir empfehlen, eigene Kopfhörer mitzubringen.

In den 20er Jahren entwickelte der Kunst- und Kulturwissenschaftler Aby Warburg (1866–1929) seinen Bilderatlas Mnemosyne, der wiederkehrende visuelle Themen und Muster von der Antike über die Renaissance bis zur Gegenwartskultur nachzeichnet. Sein Ansatz ist Inspiration für die visuell und digital dominierte Welt von heute. Das HKW präsentiert alle 63 Tafeln des Atlas – erstmals wiederhergestellt mit Warburgs originalem Bildmaterial.

Aby Warburg studierte die Wechselwirkungen von Bildern aus verschiedenen Epochen und kulturellen Kontexten. Er entwickelte den Bilderatlas Mnemosyne, um die Einflüsse der Antike auf die Renaissance und weit darüber hinaus bildlich darstellbar zu machen. Der Atlas bestand in seiner letzten Version aus 63 großen schwarzen Tafeln, auf denen Warburg fotografische Reproduktionen von Kunstwerken aus dem Nahen Osten, der europäischen Antike und der Renaissance neben zeitgenössischen Zeitungsausschnitten und Werbeanzeigen anordnete. In den Jahren vor seinem Tod 1929 experimentierten Warburg und seine engsten Mitarbeiter*innen Gertrud Bing und Fritz Saxl mit Form und Funktion des Bilderatlas. Ihr Ziel war eine Publikation, die für die Diskussion zwischen Expert*innen ebenso wie für das breitere Publikum gedacht war. Im Entstehungsprozess entwickelte sich der Atlas zu einem Erkenntnisinstrument.

Warburgs Methode setzte neue Maßstäbe: Sie bestand darin, kanonisierte Bilder neu anzuordnen und sie epochenübergreifend zu betrachteten; sein Projekt überschritt die Fachgrenzen zwischen Kunstgeschichte, Philosophie und Anthropologie und war grundlegend für die heutigen Disziplinen der Bild- und Medienwissenschaften. Heute bietet sein Umgang mit dem Bildgedächtnis Inspiration und alternative Routen durch eine von visuellen Medien bestimmte Realität.

Die Ausstellung im HKW stellt die letzte dokumentierte Version des Atlas von Herbst 1929 nahezu vollständig mit den Originalabbildungen wieder her: Dafür haben die Kuratoren Roberto Ohrt und Axel Heil in Zusammenarbeit mit dem Warburg Institute den größten Teil der originalen, teils mehrfarbigen 971 Abbildungen in der 400.000 Objekte zählenden Photographic Collection des Instituts aufgespürt – und präsentieren so zum ersten Mal nach Warburgs Tod die 63 Tafeln seines unvollendeten Hauptwerks. Zum ersten Mal zu sehen sind außerdem 20 unveröffentlichte großformatige Abbildungen von Tafeln, die bisher nur im Archiv des Warburg-Instituts zugänglich waren: Sie gehören zu den Vorversionen des Atlas, größtenteils im Herbst 1928 entstanden, und werden in großen Fotoabzügen von den schwarz-weißen Originalnegativen präsentiert.

***
Die Ausstellung wird kuratiert von Roberto Ohrt und Axel Heil in Zusammenarbeit mit dem Warburg Institute.
Im Rahmen von Das Neue Alphabet

Parallel zur HKW-Ausstellung zeigt die Gemäldegalerie in der Ausstellung Zwischen Kosmos und Pathos Kunstwerke von der Vor- und Frühgeschichte bis zur Neuzeit, die Warburg als Vorlagen seiner enzyklopädischen Bildersammlung dienten.

Buch zur Ausstellung

Herausgegeben von Haus der Kulturen der Welt und The Warburg Institute; Roberto Ohrt, Axel Heil
Verlag: Hatje Cantz, 2020
Gestaltung von Axel Heil, Christian Ertel, fluid editions
184 Seiten, Englisch
83 ganzseitige Abbildungen und über 170 Textabbildungen, gebunden, 44 x 60 cm
ISBN 978-3-7757-4693-9
Preis: 200 €

Versandbestellungen über den Verlag

In den 1920er Jahren arbeitete der Hamburger Kunst- und Kulturwissenschaftler Aby Warburg an seinem Bilderatlas Mnemosyne, jenem Tafelwerk, das in der Zwischenzeit zu einem Mythos der modernen Kunstwissenschaft und zum Basisprogramm der Bildwissenschaft avanciert ist. In ihm schuf Warburg ein visuelles Referenzsystem, das seiner Zeit weit voraus war. Roberto Ohrt und Axel Heil haben nun in Zusammenarbeit mit dem Warburg Institute den Versuch unternommen, alle Einzelbilder des Atlas ausfindig zu machen und diese Reproduktionen von Kunstwerken aus dem Nahen Osten, der europäischen Antike und der Renaissance so zu zeigen, wie Aby Warburg sie selbst auf mit schwarzem Stoff bespannten Tafeln angebracht hat. Damit zeigen der Folio-Band und die Ausstellung im HKW im Herbst 2020 sein gesamtes unvollendetes Hauptwerk zum ersten Mal nach Warburgs Tod.

Der Kunsthistoriker Roberto Ohrt und der Künstler Axel Heil haben im 400.000 Einzelbilder umfassenden Bestand der Photographic Collection des Warburg Institutes, nach den Abbildungen des Atlas geforscht. Ihre Arbeit ist eine umfassende Würdigung der gesamten Bilderwelt Aby Warburgs.

Mit Beiträgen von Roberto Ohrt, Axel Heil, Bernd M. Scherer, Bill Sherman, Claudia Wedepohl.


EMS: Am Tag der Ausstellungseröffnung gebe ich dazu meinen eigener Berliner Fund – auf dem Foto das Kleid von Primavera entdeckt in einem türkischen Laden mit Hochzeitsgarderobe:

Reblog: Die älteste Pandemie der Menschengeschichte

Für diejenige, die meinen, es wäre Zeit, dass diese verdammte Pandemie schon endlich endet! Sieben Monate! Es reicht! Och je! Die älteste Pandemie, die die Menscheit fast halbierte, dauerte Sieben Hundert Jahre!
Bleiben Sie gesund!

spektrum.de 

Hubert Filser

Steinzeitpest

Im 4. und 3. Jahrtausend v. Chr. schrumpfte Europas Bevölkerung rapide. Genetiker sind überzeugt: Die Pest hatte gewütet, die zuvor noch in der Schwarzmeersteppe umgegangen war. © AKG Images / De Agostini Picture Lib. / G. Dagli Orti (Ausschnitt)

Irgendetwas Dramatisches muss vor rund 5000 Jahren in Mitteleuropa geschehen sein, vielleicht auch schon einige hundert Jahre zuvor. Nur so viel ist sicher: Für die Zeit von 3500 bis 2800 v. Chr. haben Archäologen kaum Bestattungen dokumentiert. Auch Spuren großer Siedlungen fehlen. Es scheint, als seien zuvor kultivierte Landschaften schlagartig menschenleer geworden. Nichts deutet dabei auf kriegerische Ereignisse oder gewaltsame Konflikte unter den neolithischen Bauern hin. Archäologen rätseln, was damals passiert ist.

Neue genetische Untersuchungen legen nahe, dass der Schlüssel zu diesem Rätsel im Osten Europas liegen könnte. In den weiten Landschaften vom Ural bis zu den Karpaten und zum Kaukasus im Süden lebten damals mobile Viehzüchter, die auf ihren gezähmten Pferden Rinder, Schafe und Ziegen über die Steppen getrieben haben. Von dieser so genannten Jamnaja-Kultur kennen Archäologen bis heute praktisch keine Siedlungen. Nur Gräber. Hunderttausende von Grabhügeln, die vorwiegend aus der Zeit von vor 3600 bis 2300 v. Chr. stammen.

In einigen Jamnaja-Gräbern entdeckte Johannes Krause jüngst Hinweise, die ein neues Licht auf die Ereignisse in Mitteleuropa werfen: Der Direktor der Abteilung für Archäogenetik am Max-Planck-Institut für Menschheitsgeschichte in Jena und sein internationales Team fanden heraus, dass einige der Toten eine frühe Form des Pestbakteriums in sich trugen. Die Forscher fragten sich, ob es nicht sein könnte, dass der Erreger auch nach Mitteleuropa gelangt war.

Der Weg der Pest nach Europa

Der bislang älteste Nachweis von Yersinia pestis ist rund 4900 Jahre alt und stammt aus einem Grab im russischen Nordwestkaukasus. Weitere, nur unwesentlich jüngere Spuren des Erregers fanden die Forscher im Altai-Gebirge, sie sind 4800 Jahre alt. Genetisch sind die Bakterien eng miteinander verwandt. »Noch kennen wir den tatsächlichen Ursprungsort für die Steinzeitpest nicht, wahrscheinlich lag er in Zentralasien«, sagt Krause. »Wir wissen aber, dass die Erreger erstmals vor rund 5500 Jahren auftauchten.« Das ergaben molekulargenetische Berechnungen. Anhand der Mutationsrate des Krankheitskeims können die Forscher dessen Abstammungsgeschichte rekonstruieren. Darüber hinaus stellte Krause fest: »Alle bekannten Typen dieses Bakteriums gehen genetisch auf einen gemeinsamen Vorfahren zurück.« Inzwischen haben Forscher für die Bronzezeit die Bakterien in ganz Europa nachgewiesen, von der Iberischen Halbinsel bis zum Baikalsee. »Die Steinzeitpest war die erste Pandemie der Menschheitsgeschichte«, sagt Krause.
Von Mensch zu Mensch übertrug sich die Steinzeitpest vermutlich über Tröpfcheninfektion – eine Lungenerkrankung, die noch gefährlicher war als die spätere von Nagetieren übertragene Beulenpest
Der dänische Archäologe Kristian Kristiansen von der Universität Göteborg vertritt eine andere Theorie. Er setzt den Ursprung der Steinzeitpest bereits vor etwa 5800 Jahren an. Zu jener Zeit lebten die Menschen der so genannten Cucuteni-Tripolje-Kultur in der Region der heutigen Ukraine. Sie gründeten dort bis zu 15 000 Einwohner fassende Megasiedlungen, die »möglicherweise auf Grund der Pest«, so Kristiansen, noch im 4. Jahrtausend v. Chr. niedergebrannt wurden. Von dort habe sich der Erreger nach Westen ausgebreitet, davon ist der Forscher überzeugt.

Der bislang einzige frühe Nachweis des Pesterregers bei Menschen außerhalb der Jamnaja-Kultur stammt aus Westschweden: Es handelt sich um eine Grablege mit zahlreichen Skeletten mittelneolithischer Bauern aus der Zeit um 2900 v. Chr. Kristiansen nennt den Fund die »Mutter aller späteren Pesterregerstämme«, der einen großen Teil der neolithischen Bevölkerung vom Norden Europas ausgehend auslöschte. Dieses Ereignis habe am Ende der Steinzeit um 2800 v. Chr. einen radikalen Umbruch eingeleitet: Es hätte für die Steppenreiter den Weg nach Europa geebnet. Sie hätten demnach von der Pest profitiert, sie aber nicht eingeschleppt. Johannes Krause widerspricht dieser Idee. Für ihn fehlen immer noch stichhaltige Belege. »Das ist genetisch ein völlig anderer Peststamm, der für die steinzeitliche Pandemie in Mitteleuropa keine Rolle spielte«, sagt Krause. Zudem sei Yersinia pestis bisher in den Siedlungen der Cucuteni-Tripolje-Kultur nicht nachgewiesen.
Der Stammbaum des Erregers
Die todbringenden Bakterien spalteten sich einst vom harmlosen Bakterium Yersinia pseudotuberculosis ab und wurden vor rund 30 000 Jahren in Nagern heimisch – bis sie vermutlich irgendwo in den eurasischen Steppenlandschaften von den Tieren auf den Menschen übersprangen. »Die genauen Übertragungswege kennen wir noch nicht«, sagt Krause. Zehntausende von Jahren war der Mensch zwar potenzieller Wirt, aber kein besonders viel versprechender. Denn innerhalb einer Gruppe Jäger und Sammler konnte er sich zwar verbreiten, doch er hatte nur wenig Gelegenheit, auch andere der weit umherziehenden Wildbeutergemeinschaften zu infizieren. Erst mit dem vermehrten Kontakt zwischen Menschengruppen und dem engeren Zusammenleben mit domestizierten Tieren, die ein Erregerreservoir gebildet haben könnten, änderte sich das.

© Landesamt für Denkmalpflege und Archäologie Sachsen-Anhalt / Juraj Lipták (Ausschnitt)

Schleifarbeit | Die geschliffene Axt aus Schiefergestein ist charakteristisch für die Schnurkeramikkultur des 3. Jahrtausends v. Chr. Der Fund stammt aus Mitteldeutschland.
Nur welches Tier käme als Zwischenwirt in Frage? »Wir haben hier die Vorläufer der Przewalski-Pferde im Verdacht, auf denen die Steppenreiter tagtäglich unterwegs waren«, sagt Krause. Lange Zeit war die Forschergemeinschaft davon überzeugt: Die heutigen Przewalski-Pferde in der mongolischen Steppe sind die letzten Wildpferde der Erde. Doch 2018 ergab eine Genstudie: Sie sind verwilderte Hauspferde, die Nomaden vor 5500 Jahren in der eurasischen Steppe gebändigt hatten. Aber diese Tiere waren nicht die Vorfahren unserer heutigen Pferde – bisher ist immer noch unklar, wo der Stammvater der Reittiere lebte. Vielleicht auch, weil die frühen gezähmten Steppenpferde vermehrt der Pest zum Opfer fielen? Krause zumindest hält einiges von dieser These.

Keine Beulen-, sondern eine Lungenpest

Von Mensch zu Mensch übertrug sich die Steinzeitpest vermutlich über Tröpfcheninfektion. Sie war also eine Lungenerkrankung, die sogar noch gefährlicher war als die spätere von Nagetieren übertragene Beulenpest, die sich über Flohbisse verbreitete. Kristiansen geht davon aus, dass sich die damalige Bevölkerung Europas von geschätzt acht Millionen Einwohnern mehr als halbierte.

Die Suche nach dem Schicksal dieser Menschen erhielt durch den jungen Zweig der Archäogenetik einen enormen Schub. Die neuesten Sequenzierungstechnologien erlauben es, schnell und kostengünstig die Überreste prähistorischer Menschen zu untersuchen. Für die Analyse uralter Genome brauchen Forscher nur wenige Milligramm Knochen- oder Zahnmaterial. Aus darin über Jahrtausende erhaltener DNA können sie nicht nur wichtige genetische Informationen über Herkunft, Augenfarbe oder Hinweise auf Laktoseintoleranz gewinnen, sie finden auch Spuren von Erregern wie Salmonellen – oder eben der Pest.

Das Pandemieszenario ist zwar nur eines von mehreren, denn auch ein Klimawandel könnte für schlechte Ernten und Hungersnöte bei den neolithischen Bauern gesorgt haben. Doch wo sind all die Toten hin? Gerade die geringe Zahl von Skelettfunden zwischen 3500 und 2800 v. Chr. wertet Krause als Indiz, dass die Pest wütete. »Vielleicht fingen die Menschen in dieser Zeit an, ihre Toten zu verbrennen, um so der Gefahr aus dem Weg zu gehen, die von den Leichen ausging«, vermutet Krause. Oder sie ließen die todbringenden Körper einfach liegen, ohne sie zu bestatten.

Männer sind nicht mehr die, die sie mal waren

Archäologische Nachweise für diese Theorie gibt es noch keine, doch die Genetiker spürten einen weiteren Hinweis auf: »Wir sehen in den genetischen Daten, dass es vor rund 5000 Jahren praktisch einen kompletten Bevölkerungsaustausch in Mitteleuropa gegeben haben muss – vor allem bei den Männern«, sagt Krause. Die Gene der Jamnaja-Kultur verdrängten in Europa bis zu 95 Prozent des Erbguts der männlichen Bevölkerung. Der große Teil heute lebender männlicher Mitteleuropäer trägt ein Y-Chromosom, das von diesen Steppennomaden stammt.
Was damals genau passierte, ist aus archäologischer Sicht immer noch ein Rätsel. Haben die berittenen Viehhirten den Tod nach Mitteleuropa gebracht, als sie vor rund 4800 Jahren in kleinen, mobilen Gruppen mit ihren Pferden und Wagen ankamen? Und waren sie selbst womöglich schon immun, nicht aber die einheimischen Bauern? Oder gibt es noch eine andere Erklärung?

© Landesamt für Denkmalpflege und Archäologie Sachsen-Anhalt / Juraj Lipták (Ausschnitt)

Schnurkeramik. Die Töpfer der späten Jungsteinzeit haben die Ornamente mit Schnüren in den Ton gedrückt, wie bei diesem kugeligen Becher mit zylinderförmigen Hals. Das Gefäß aus Sachsen-Anhalt ist typisch für die Schnurkeramikkultur.
Sicher ist: Die Reiter kamen – die Frage ist nur wann. »Für die Zeit von vor 5000 Jahren finden wir in Mitteleuropa keine Spuren der Jamnaja-Gruppen«, sagt Sabine Reinhold, Archäologin am Deutschen Archäologischen Institut in Berlin. Sie erforscht die Nomadenkulturen im Kaukasus. »Entweder haben sie keine archäologischen Spuren hinterlassen, oder der Kontakt fand indirekt über die einheimische Bevölkerung statt.« Die Nomaden lebten in den Steppen nördlich des Schwarzen und des Kaspischen Meeres in kleinen Gemeinschaften zusammen. Sie zogen mit ihren Herden im Umkreis von maximal 80 Kilometern durch die Region und sammelten sich immer wieder in riesigen Zeltlagern. Die Gruppen kamen dabei in Kontakt, tauschten Waren und Wissen aus, erklärt Reinhold. Darüber hinaus waren die berittenen Nomaden stets in der Lage, sich rasch miteinander in Verbindung zu setzen.

Kam der Erreger vor der Einwanderungswelle?

Zu der Frage, ob und wann die Reitervölker die Pest nach Westen trugen, verfolgt die Archäologin eine interessante Spur: »Es gab offenbar bereits vor 5500 Jahren einen intensiven West-Ost-Austausch.« In einigen Steppenbewohnern der Jamnaja-Kultur fanden sich genetische Spuren von Menschen aus Mitteleuropa. Offenbar waren die Bauern und Nomaden schon jahrhundertelang in Kontakt, handelten mit Gütern und Ideen, bevor die Steppenbewohner gen Westen strömten. »In dieser Zeit verbreiteten sich viele Innovationen, etwa der Wagen und die Bronzemetallurgie«, sagt Reinhold. »Über diese etablierten Netzwerke könnte sich auch der Erreger ausgebreitet haben.« Wenige Infizierte schleppten ihn dann womöglich bis nach Mitteleuropa.

In diesem Fall wäre das todbringende Bakterium den Reitern vorausgeeilt – und hätte Europa entvölkert. Die Jamnaja erhielten über die alten Netzwerke vielleicht Nachricht, dass es im Westen saftige Weiden ohne Siedler gab, und zogen los. »Die Dynamik der Pandemie könnte ähnlich verlaufen sein wie bei der Eroberung der Neuen Welt im 16. Jahrhundert«, vergleicht Krause. »Auch damals führte der Kontakt der indigenen Völker mit den Europäern zur Ausbreitung von Krankheiten und zu einem Bevölkerungskollaps.«

Geschlechtsspezifische Erkrankung

Womöglich hatten die Mitteleuropäer vor 5500 Jahren also einfach nur Pech? Weil für sie der Steinzeitpesterreger ansteckender und gefährlicher war – anders als für die Steppenbewohner? Dabei fällt auf, dass in Mitteleuropa vor allem Männer dahingerafft wurden. Wenn tatsächlich die Pest die Bevölkerung dezimiert hatte, dann waren die Männer aus irgendeinem Grund stärker durch das Bakterium gefährdet. »Solche unterschiedlichen Anfälligkeiten gab es immer wieder«, bestätigt Krause. »Auch bei Covid-19 beobachten wir, dass Männer und Frauen unterschiedlich betroffen sind.«

Die Gene der Jamnaja-Kultur verdrängten in Europa bis zu 95 % des Erbguts der männlichen Bevölkerung

Krause könnte sich auch vorstellen, dass erst ein Pestausbruch in der Heimat viele Jamnaja dazu brachte, Richtung Westen und auch Richtung Osten zu ziehen. Anderer Meinung ist Kristiansen: Seines Erachtens seien die weiten Wanderungen kulturbedingt gewesen. So sah die Gesellschaft der Jamnaja-Verbände vor, dass jeweils der älteste Sohn den Besitz erbte. Das zwang alle anderen Männer dazu, alternative Wege einzuschlagen. Sie wurden Krieger, Hirten und Kolonisten, davon ist Kristiansen überzeugt. So hätten sich einige zu Banden zusammengeschlossen, die ihr Glück anderswo suchten. Die Pest bot ihnen die große Chance, in Mitteleuropa eine neue Existenz zu gründen und sich dort Frauen unter der einheimischen Bevölkerung zu suchen. »Sie waren fähige Krieger und behielten die Oberhand«, sagt Kristiansen. »Die einheimischen Männer wurden wahrscheinlich getötet.«

Allerdings gibt es in Mitteleuropa zu dieser Zeit keine Hinweise auf kriegerische Konflikte, sagt Sabine Reinhold. Ein derart massiver Einschnitt lasse sich so nicht erklären. Kristiansens Thesen sind daher unter Archäologen sehr umstritten. Es gibt neueste genetische Untersuchungen aus der Schweiz, die zeigen, dass zumindest auf regionaler Ebene Einheimische und Einwanderer fast 1000 Jahre nebeneinanderlebten, berichtet ein Forscherteam um Anja Furtwängler von der Eberhard Karls Universität Tübingen. Die Schnurkeramiker mit Steppenvorfahren besetzten zwar große Teile Zentraleuropas. Daneben existierten jedoch über Hunderte von Jahren auch Gruppen ohne nomadische Ahnen. »Sie lebten möglicherweise in Alpentälern, die kaum Verbindungen zu anderen Regionen hatten«, sagt Johannes Krause, der ebenfalls an der Studie beteiligt war.

Eine neue Welt wird geboren

Insgesamt erlebte Mitteleuropa in dieser Zeit einen enormen Kulturschub. Ob der große Wandel allein durch die Zuwanderung oder auch durch den Austausch zwischen unterschiedlichen Kulturen ausgelöst wurde, ist schwer zu klären. Doch das Leben veränderte sich drastisch. Zuvor hatten die neolithischen Bauern in Dörfern gelebt und auf gemeinschaftlich bewirtschafteten Feldern vorwiegend Emmer und Einkorn angebaut. Nun wohnten die Menschen auf Gehöften und in Weilern. Kristiansen spricht von einer »sehr viel individualistischeren Kultur, die um Kernfamilien organisiert ist«.

Opfer der Beulenpest. Die Überreste dieser zwei Menschen sind zirka 3800 Jahre alt. Als die beiden starben, waren sie mit der Beulenpest infiziert. Das Grab aus der Samara-Region im Süden Russlands liefert damit den ältesten bekannten Nachweis für den von Flöhen übertragenen Pesterreger.
Die verringerte Siedlungsgröße könnte eine Reaktion auf die Pesterfahrungen gewesen sein, denn gerade das enge Zusammenleben in Dörfern hätte den Ausbruch einer Epidemie begünstigt. Auch Lebensstil und Essgewohnheiten wandelten sich: Die Bauern züchteten vermehrt Rinder, aßen mehr Fleisch, Milch und Käse. Mit den Einwanderern verbreitete sich zudem die Fähigkeit, den Milchzucker Laktose abzubauen. Dass in weiten Teilen Europas eine neue Bevölkerung weilte, erkennen Archäologen auch an der Art, wie die Menschen ihre Haushaltsgefäße gestalteten. Sie verzierten ihre Keramikbehälter mit einem Schnurmuster. Nach diesem Detail haben Forscher der gesamten Kultur ihren Namen gegeben: Schnurkeramiker. Die Neuankömmlinge benutzten zudem andere Waffen als die ansässigen Bauern, nämlich steinerne Streitäxte. Und es wandelten sich die Grabsitten: Die Menschen legten ihre Toten zwar immer noch in Seitenlage ins Grab, doch betteten sie Frauen auf die linke und Männer auf die rechte Körperflanke. Die Reiternomaden aus der Steppe hatten das Leben in Europa nachhaltig verändert, denn mit ihnen hielt auch die indoeuropäische Sprache Einzug auf dem Kontinent.

Nach dem Drama der ersten Pestpandemie folgte einer der größten Umbrüche in der frühen europäischen Geschichte – seine Spur zieht sich bis in die Gegenwart. Zwar verschwand der Erreger der Steinzeitpest vor rund 3500 Jahren, aber offenbar wurde er von einem nahen Verwandten verdrängt: der Beulenpest. Krause und sein Team identifizierten die ältesten bekannten Opfer in einem Grab in der russischen Samara-Region, das Alter: 3800 Jahre. Ebenjenes Bakterium wird wiederum Jahrtausende später erneut die Weltgeschichte dramatisch prägen.

Aber das ist eine andere Geschichte.

Z wolnej stopy 10

Zbigniew Milewicz

Dzień dużego rozmiaru

2 września to przede wszystkim urodziny naszej Adminki, wszystkiego najlepszego Ewuniu 🙂
Z Kalendarza Świąt Nietypowych, Kalbi dowiaduję się, że jest to również międzynarodowy dzień pulchnych pań, których osobiście jestem wielbicielem. Oto, co pisze o nim Kalbi:

„Dzisiaj mamy święto “dużych” ciałek, krągłości, wypukłego brzuszka, obfitych udek, ponadwymiarowych biustów, wielkich stópek i pulchnej pupci.

Z tej okazji warto zastanowić się czemu moda kreuje wychudzone wieszaki – model kobiecego ciała, który ma niewiele wspólnego z seksownością, zdrowym i zadbanym wyglądem? Jeszcze nasze prababcie i babcie powiadały, że chude to chorowite. Coś w tym jest. Wielu panów otwarcie przyznaje, że woli, aby partnerka była “przy kości”, żeby “było za co łapać”. Po za tym szersze kobiety kojarzą się z ciepłem domu rodzinnego, z dobrą kuchnią, z dogadzaniem i poczuciem humoru. Czemu więc na siłę, przez media promuje się chude ciało? Czy tęga osoba nie może być zgrabna, przystojna, modna? To jest jakiś mit, który został wtłoczony społeczeństwu do głów. Wiele kobiet popada w kompleksy z powodu większej wagi. Dla niektórych kobiet bycie chudą jest po prostu niemożliwe z racji uwarunkowań biologicznych. Nadmierne odchudzanie się w takich przypadkach może prowadzić tylko do spadku odporności i chorób.

Oczywiście we wszystkim trzeba mieć umiar. Chodzi tu tylko o naturalne krągłości, a nie o przesadną otyłość. Australijska modelka Jessica Vender Leahy wpadła na pomysł genialnej kampanii “Project Woman KIND”, która ma na celu pomóc zaakceptować szerokim dziewczynom swoje ciało. Razem z innymi modelkami plus size, nagrały filmiki w których opowiadają jak się z nich śmiano z powodu ich ciała. Dziś te kobiety są sławnymi modelkami. Może zamiast popadać w kompleksy, lepiej zgłosić się do konkursu na Miss? Co roku odbywają się ogólnopolskie i światowe wybory Miss Plus Size. Jest to konkurs dla wszystkich kobiet w rozmiarach od 40/42 do 52/54. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się konkurs Miss Plus America, w którym startują piękne kobiety o obfitych kształtach.

W Polsce działa kilka agencji modelek over size. Światową ikoną modnych, puszystych kobiet, ostatnio jest Tess Munster (na zdjęciach). Dziewczyna z wielkimi gabarytami na początku 2011 roku podpisała umowę z ważną brytyjską agencją, a już w 2013 roku jej zdjęcia ukazały się w magazynie VOGUE, w rankingu najważniejszych modelek plus size. Warto, też wspomnieć o Ashley Graham, która współpracuje z wieloma markami odzieży dla puszystych kobiet m.in. Lane Bryant czy Addition Elle. Modelka wypuściła własną kolekcję bielizny XXL, która jest inspirowana książką “50 twarzy Greya”. Choć w Polsce jeszcze trzeba trochę poczekać na szerszy asortyment odzieży w szerszych rozmiarach, to w Wielkiej Brytanii bez problemu można znaleźć takie sklepy. Przełomem było wypuszczenie przez Triumph bielizny w większych rozmiarach. Wszystko zmierza ku temu, aby naprawić kanon piękności damskiego ciała, wrócić do rzeczywistego i normalnego wyglądu, do akceptacji w mediach tego co okrągłe, tęgie i ponętne.

Podpisuję się oburącz pod tą odą do BBW, Big Beautiful Woman, w nadziei, że czytelniczki w rozmiarach mniejszych niż 40/42 nie wezmą mi tego za złe. Duży iloraz inteligencji i poczucia humoru z pewnością rekompensuje im brakujące kilogramy. Przy okazji przypomina mi się primaaprilisowa zabawa dziennikarska, którą w latach 70 organizowaliśmy w katowickim Dzienniku Zachodnim. Raz do roku, 1 kwietnia, dziennikarze mogli sobie zażartować z czytelników i wymyślali, co im tylko fantazja podsunęła. Nie wiem już dokładnie, kiedy to było, ale pewnego razu napisałem, że w miejscowej Hali Widowiskowo – Sportowej, słynnym kapeluszu Ziętka, właśnie odbędą się wybory miss pań przy kości. W warunkach uczestnictwa podałem chyba dolną granicę wieku 45 lat, wagę od 90 kilogramów wzwyż i byłem święcie przekonany, że nikt się nie da nabrać. Tymczasem przyjechało kilkanaście kandydatek, niektóre aż zza Częstochowy, w swoich najlepszych ciuchach i makijażu jak na Sylwestra. Ileż ja się musiałem naprzepraszać, redakcja zwróciła im pieniądze za dojazd, z własnej kieszeni kupiłem kwiaty i jakieś czekoladki , ale widziałem, że było im przykro, a mnie z tego powodu też.

Współcześnie zorganizowanie takiego konkursu w kraju nad Wisłą byłoby realne, więc z okazji dzisiejszego święta zachęcam: nie wstydźcie się panie swoich gabarytów, pokażcie się, duże jest piękne.

Polskie akcenty w wydarzeniach historycznych Stuttgartu i Badenii-Wirtembergii

Jak się steruje tym, co ma się ukazać w twojej gazecie (na twoim blogu), to oczywiście teraz pojawiałyby się teksty o jesieni, wojnie (to w końcu właśnie dziś – zapraszamy na otwarcie nowego pomnika w Berlinie) i Solidarności, o Białorusi i Margot, którą na szczęście kilka dni  temu wypuszczono z aresztu. Oczywiście są takie teksty (albo na nie liczę i czekam), są też liczne wpisy o tych, którzy odeszli, bo odeszła ich w sierpniu cała plejada, ale jednak otwarta formuła pracy redakcji zawsze może przynieść niespodzianki, takie jak dzisiejszy tekst Tadeusza.

Tadeusz Rogala

Chociaż Stuttgart oddalony jest ponad 600 kilometrów od obecnej granicy polskiej, to jednak zarówno w historii miasta, jak kraju związkowego Badenia-Witrembergia znaleźć można polskie ślady i wydarzenia związane z Polską.

Pierwszą osobą wartą wymienienia jest Agnieszka Śląska, córka Bolesława II Rogatki z rodu Piastów, księcia śląsko-legnickiego, zwanego także Łysym, syna Henryka II Pobożnego i Anny z Przemyślidów, księżnej krakowskiej i śląskiej. Anna była córką króla Czech Przemysława Otokara I i jego drugiej żony Konstancji Węgierskiej.

Bolesława II wychowywała babka, święta Jadwiga Śląska. Po śmierci ojca w bitwie pod Legnicą (w roku, przypomnijmy, 1241) Bolesław objął rządy w całym dziedzictwie pozostawionym po ojcu, obejmującym Śląsk, Kraków i południową Wielkopolskę. Bolesław jednak niemal natychmiast utracił Kraków na rzecz Konrada I Mazowieckiego. Posiadłości w Wielkopolsce przejęli natomiast dzięki pomocy miejscowego rycerstwa synowie Władysława Odonica.

Bolesław nie pozostawił po sobie dobrych wspomnień. Obarczano go odpowiedzialnością za klęski i anarchię, a jego samego uważano za człowieka niepoczytalnego i słabego umysłu. Był wielkim miłośnikiem kultury rycerskiej, gościł poetów, otaczał się niemieckim rycerstwem, natomiast niechętnie odnosił się do polskiego możnowładctwa. Nie był więc postacią tuzinkową, ale nie pasował do ówczesnych wyobrażeń o powinnościach władcy.

W roku 1242 Bolesław poślubił Jadwigę, hrabianką Anhaltu (1242–1259), córkę Henryka I, hrabiego Anhaltu. Mieli siedmioro dzieci, najstarszą córką była Agnieszka. Agnieszka (Agnes) urodziła się około roku 1245, a po roku 1259 poślubiła hrabiego Ulricha I Wirtemberskiego.

Pierwszą żoną Ulricha, syna Hermanna Wirtemberskiego i Irmengrad von Ulten, była Matylda, córka Hermanna V, margrabiego Badenii. Dzięki temu małżeństwu Ulrich powiększył swoje terytorium o Stuttgart. Ulrich i Matylda mieli troje dzieci. Matylda zmarła po roku 1258.

Powody małżeństwa Agnieszki z Ulrichem są nieznane. Dynastia książąt piastowskich na Śląsku w owych czasach była znaczącą dynastią w Europie. Książęta śląscy realizowali swoje cele polityczne poprzez powiązania małżeńskie. Agnieszka urodziła dwoje dzieci, Irmgard i Eberharda I. Kilka miesięcy przed urodzeniem Eberharda, 25 lutego 1265 roku zmarł Ulrich I. Z dniem urodzenia Eberharda związana jest tragedia Agnieszki, która nie mogła drugiego dziecka urodzić w sposób naturalny. Konieczne było cesarskie cięcie, które w owym czasie zawsze kończyło się śmiercią kobiety, najczęściej wskutek zakażenia poporodowego. Towarzyszący porodowi lekarze stali więc przed alternatywą, albo pozwolić umrzeć matcę ziecku, albo przeprowadzić operację. Wybrano dziecko. Agnieszka prawdopodobnie była świadoma wyboru i swojego poświęcenia. Agnieszka Wirtemberska z rodu Piastów, prawnuczka świętej Jadwigi Śląskiej zmarła po porodzie 13 marca 1265 roku.

Została pochowana najpierw w kolegiacie w Beutelsbach, gdzie był pochowany jej mąż. W roku 1321 ich szczątki zostały przeniesione do kolegiaty w Stuttgarcie, gdzie spoczywają do dnia dzisiejszego. Agnieszka była we Wirtembergii nazywana polską księżniczką, na inskrypcji na grobie w stuttgarckiej kolegiacie Agnes jest wymieniona jako córka księcia polskiego (filia ducis Poloniae).

Syn Agnieszki, Eberhard I, zwany Wybitnym, po śmierci starszego brata Ulricha II, obejmuje władzę w hrabstwie wirtemberskim. Jego rządy to niemal nieprzerwana seria wojen i waśni, z ciągłą zmianą stron, której jedynym celem było przeciwstawienie się jakiejkolwiek potędze, która mogłaby zagrozić rodzącemu się terytorium Wirtembergii. Widocznie swój charakter odziedziczył po dziadku Bolesławie II. Eberhard I zmarł 5 czerwca 1325 roku i został pochowany w kolegiacie stuttgarckiej, tam gdzie jego rodzice. Po nim rządy w Wirtembergii objąl jego syn Ulrich III.

Inną kobietą, która związała swoje losy z rodem Wirtembergów była Maria Anna Czartoryska. Maria Anna, później księżna Wirtemberska, urodziła się 15 marca 1768 w Warszawie, była córką Adama Kazmierza Czartoryskiego, pisarza, działacza politycznego, mecenasa nauki i sztuki, i Izabeli z Flemmingów. Są przypuszczenia, że jej prawdziwym ojcem był Stanisław August Poniatowski, który był kochankiem jej matki. Maria otrzymała staranne wykształcenie domowe. Dom Czartoryskich był ośrodkiem życia kulturalnego i politycznego, bywali tu Franciszek Kniaźnin, Grzegorz Piramowicz, Julian Ursyn Niemcewicz.

Za namową matki Maria Anna 28 października 1784 roku wychodzi za mąż za księcia wirtemberskiego, Fryderyka Ludwika Würtemberg-Montbéliard, syna Fryderyka Eugeniusza Wirtemberskiego i pruskiej księżniczki, Fryderyki Zofii. Ojciec Fryderyka Ludwika był w latach 1795- 1797 czternastym księciem Wirtembergii.

Ślub odbył się w Siedlcach. Fryderyk Ludwik był spokrewniony z wpływowymi rodami ówczesnej Europy. Był siostrzeńcem króla pruskiego Fryderyka II Wielkiego i bratem wielkiej księżnej rosyjskiej, później carycy Marii Fiodorownej, a także arcyksiężnej Elżbiety, żony Franciszka II Habsburga, późniejszego cesarza. Matka Anny Marii prawdopodobnie dostrzegała w nim dobrego kandydata, przede wszystkim ze względu na powiązania rodzinne. Jednak małżonek nie pasował do wykształconej, inteligentnej, uczuciowowej i wrażliwej Marii Anny. Przyszły mąż nie cieszył się dobrą sławą, był zdegenerowany moralnie, porywczy i rozrzutny. Najwyraźniej nie przejął żadnych pozytywnych cech od swych ziomków Szwabów, którzy do dzisiaj znani są z oszczędności, zaradności i pracowitości. Małżeństwo Marii Anny i Fryderyka nie układało się dobrze. Mąż był wybuchowy, znęcał się nad nią psychicznie, a niekiedy i fizycznie, poniżał. Był notorycznie zadłużony, finansowo zależny od teściów.

Trzy miesiące po ślubie państwo młodzi wyjechali do Berlina, a następnie do Montbéliard. Na pewno w tym czasie młoda para bywała niejednokrotnie u teściów w Stuttgarcie i Wirtembergii. Po trzech latach, w roku 1788 małżonkowie wrócili do Polski, aby ostatecznie osiąść w zamku w Trzebiatowie na Pomorzu, ponieważ Maria bardzo tęskniła za rodzinnymi stronami. W roku 1789 książę Fryderyk uzyskał indygenat i nominację na generała-majora, dowódcę dywizji małopolskiej wojsk koronnych. Fryderyk jako wódz wojsk litewskich w wojnie z Rosją w roku 1792 symulował chorobę i pozostając bezczynnie, działał na korzyść Prus i Rosji, co przyczyniło się się do przegrania wojny. Już wcześniej pozostawał w układach z Rosjanami, paraliżował podległe mu wojska, przez co stał się powszechnie znienawidzony.

Po ośmiu latach małżeństwa (16 stycznia 1792) urodził się ich pierworodny syn, Adam Karol Wilhelm. Maria jednak miała już dość takiego męża i wniosła o rozwód. W roku 1793 książę przystał na rozwód pod warunkiem oddania mu na wychowanie jedynego ich syna. Chłopiec miał wówczas dwa lata. Adam Karol Wilhelm trafił więc pod opiekę ojca, który wychował go w głębokiej nienawiści do matki, jej rodziny i do polskości. Adam Karol w czasach Królestwa Kongresowego dowodził brygadą ułanów, a w powstaniu listopadowym walczył po stronie rosyjskiej przeciwko Polakom. Ostrzelał Puławy i wypędził sędziwą babkę, Izabelę Czartoryską. Za swoje zasługi w tłumieniu powstania otrzymał od cara część dóbr Czartoryskich.

Maria Wirtembergska po rozwodzie na krótko zamknęła się w klasztorze sióstr sakramentek w Warszawie, taki był zwyczaj ówczesnej epoki. Potem wyjechała do Wiednia, a w roku 1808 roku wróciła do Warszawy. Stała się tu gwiazdą warszawskich salonów w stolicy marionetkowego państwa, stworzonego przez Napoleona. Włączyła się z dużym zaangażowaniem w życie umysłowe ówczesnej Warszawy. Słynne stały się jej „błękitne soboty” – salon literacki, którego gościem bywał m.in. Julian Ursyn Niemcewicz. Brała udział w posiedzeniach Towarzystwa Iksów, działała w Izbie Edukacyjnej i Towarzystwie Dobroczynności. Wraz z matką zajmowała się działalnością filantropijną i edukacyjną wśród chłopów.

Około roku 1813 spod jej pióra wyszała pierwsza polska powieść sentymentalna – Malwina, czyli domyślność serca, która ukazała się drukiem w 1816 roku.. W 1821 roku książkę przełożono na francuski. Pozostała twórczość Marii pozostała w większości w rękopisie.

Po upadku powstania listopadowowego księżna Wirtemberska osiadła w Galicji, a w 1837 roku przeniosła się do Paryża, do brata Adama Jerzego Czartoryskiego. Trudno powiedzieć, czy Maria Wirtemberska znała Fryderyka Chopina już w Warszawie, czy poznała go dopiero w Paryżu. Na pewno wzbudziła u Chopina uznanie, skoro dedykował jej powstałe w roku 1836/1837 utwory – op. 30 mazurki à Madame la Princesse de Würtemberg née Princesse Czartoryska.

Maria Wirtemberska zmarła 21 października 1854 w Paryżu. Została pochowana w rodzinnym grobowcu Czartoryskich w Sieniawie.

Upadek postania listopadowego był straszliwym ciosem dla Polski, tysiące wybitnych ludzi opuściło ojczyznę. Wśród nich oprócz Marii Wirtemberskiej był także Fryderyk Chopin.

Fryderyk Chopin dał 11 października 1830 roku w Warszawie pożegnalny koncert przed wyjazdem do Wiednia i Paryża. W mieście odczuwało się atmosferę niepokoju i napięcie wsród patriotów. Na pożegnalny koncert do Teatru Narodowego przyszło ponad 700 osób. 2 listopada 1830 roku Chopin opuścił Warszawę. Wybuch Powstania Listopadowego zastał go w Wiedniu. Znajomi i rodzina powstrzymali go przed powrotem do kraju ze względu na jego słaby stan zdrowia, a on sam pisał: “Przeklinam chwilę wyjazdu”.

W Wiedniu spędza sam wigilię, a potem idzie do katedry św. Stefana na pasterkę. Bardzo przeżywa okres powstania, interesuje się jego przebiegiem i żałuje bardzo, że nie jest obecny w kraju. Dla spełnienie patriotycznego obowiązku dużo komponuje.

2 kwietnia 1831 roku opuszcza Wieden i przez Linz, Salzburg i Monachium udaje się w kierunku Paryża. Na początku września dociera do Stuttgartu. Zatrzymuje się w hotelu Zum König von England, kilkanaście metrów od kolegiaty stuttgarckiej, gdzie znajduje się sarkofag Agnieszki Wirtemberskiej z rodu Piastów. 8 września 1831 roku otrzymuje wiadomość o upadku powstania listopadowego w Polsce i maskrze ludności Warszawy przez wojska rosyjskie. Przeżywa to strasznie, w nocy ma straszne sny, majaczy. W dzienniku pisał:

[…] Ojcze, Matko, dzieci. Wszystko to, co mi najdroższe, gdzieście wy? — Może trupy? — Może Moskal zrobił mi figla! — A, zaczekaj! — Czekaj… Ależ łzy? — Dawno już nie płynęły? — Skądże to? — Wszakże suchy smutek od dawna mnie ogarnął. Ach — długo płakać nie mogłem. Jakże mi dobrze… tęskno! Tęskno i dobrze! — Jakież to uczucie? Dobrze i tęskno, kiedy tęskno, to niedobrze, a jednak miło! — Jest to stan dziwny. Ale i trup tak. Dobrze i niedobrze mu razem w jednej chwili. Przenosi się w szczęśliwsze życie i dobrze mu, żałuje przeszłego opuszczać i tęskno mu. To trupowi musi być tak, jak mnie było w chwili, gdym skończył płakać. Było to, widać, jakieś skonanie momentalne uczuć moich — umarłem dla serca na moment! Albo raczej serce umarło dla mnie na moment. — Czemuż nie na zawsze? — Może by mi znośniej było. — Sam, sam —. Ach, nie da się moja biedota opisać. Ledwo ją czucie zniesie. Ledwo serce nie pęka z uciechy i z wielkich przyjemności, jakich się w ciągu tego roku doznało. Na przyszły miesiąc paszport mi się kończy — nie mogę żyć za granicą, a przynajmniej urzędownie żyć nie mogę. Będę tym jeszcze podobniejszy do Trupa. — Studgard. Pisałem poprzednie karty nic nie wiedząc — że wróg w domu — Przedmieścia zburzone — spalone — Jaś! — Wiluś na wałach pewno zginął — Marcela widzę w niewoli — Sowiński, ten poczciwiec, w ręku tych szelmów! — O Boże, jesteś ty! — Jesteś i nie mścisz się! — Czy jeszcze ci nie dość zbrodni moskiewskich — albo — alboś sam Moskal! — Mój biedny Ojciec! — Mój poczciwiec, może głodny, nie ma za co matce chleba kupić! — Może siostry moje uległy wściekłości rozhukanego łajdactwa moskiewskiego! Paszkiewicz, jeden psiak z Mohilewa, dobywa siedziby pierwszych monarchów Europy?! Moskal panem świata? — O Ojcze, takież to przyjemności na twoje stare lata! — Matko, cierpiąca, tkliwa matko, przeżyłaś córkę, żeby się doczekać jak Moskal po jej kościach wpadnie gnębić was. Ach, Powązki! Grób jej szanowali? Zdeptany — tysiąc innych trupów przywaliło mogiłę. Spalili miasto!! — Ach, czemuż choć jednego Moskala zabić nie mogłem! O Tytusie — Tytusie! Studgard. Co się z nią dzieje? Gdzie jest? — Biedna! — Może w ręku moskiewskim! — Moskal ją prze — dusi — morduje, zabija! — Ach, Życie moje, ja tu sam — chodź do mnie — otrę łzy twoje, zagoję rany teraźniejszości przypominając ci przeszłość. Wtenczas, kiedy jeszcze Moskali nie było. — Wtenczas, kiedy tylko kilku Moskali tobie najgoręcej podobać się chciało, a tyś z nich kpiła, bom ja tam był — ja, nie Grab…! — Masz Matkę? — I taką złą! — Ja mam taką dobrą! — A może wcale matki już nie mam. Może ją Moskal zabił… zamordował — siostry bez zmysłów, nie dają się — nie — Ojciec w rozpaczy, nie wie sobie rady, nie ma komu podnieść Matki. — A ja tu bezczynny, a ja tu z gołymi rękami, czasem tylko stękam, boleję na fortepianie, rozpaczam — i cóż nada[l]? — Boże, Boże. Wzrusz ziemię, niech pochłonienie [!] ludzi tego wieku. Niech najsroższe męczarnie dręczą Francuzów, co nam na pomoc nie przyszli.

Na gruncie tych przeżyć powstała w stuttgarckim hotelu Etiuda c-moll op. 10 nr 12, nazywana Rewolucyjną. Jeszcze we wrześniu 1831 roku artysta wyjechał ze Stuttgartu dalej do Paryża.

Polskie organizacje już dwa razy bez powodzenia zwaracały się do władz Miasta Stuttgart o pozwolenia na ustawienie pomnika lub tablicy pamiątkowej, upamiętniających to wydarzenie. Niestety Stuttgart nie ma szczęcia do swoich włodarzy, którzy mieliby wizję rozwoju kulturalnego miasta i umieliby wykorzystać fakty historyczne do promowania miasta.

Po upadku powstania listopadowego w roku 1831 tysiące powstanców udało się na emigrację. Powstańcy internowani w Austrii wyruszyli z Moraw przez Czechy do granicy bawarskiej, przez Norymberię i Würzburg w Bawarii, dalej przez Heilbronn w Wirtembergii do Strassburga. Inna grupa szła przez Ratyzbonę i Ausburg w Bawarii, dalej przez Ulm, Stuttgart, Tybingę w Wirtembergii i Bazyleę do Francji.

Austriacy odesłali powstańców do granicy Bawarii pod eskortą wojskową. Z chwilą przekroczenia granicy Bawarii koszty dalszej podróży podjęły lokalne Komitety Przyjaciół Polski (Polenvereine). Powstańcy, którzy do granicy bawarskiej cierpieli nędzę i upokorzenia, witani byli przez Niemców z sympatią i entuzjazmen, doznawali wielu dowodów przyjaźni i gościnności. Niemiecka ludność patrzyła z podziwem na powstańców, którzy nie bali się wystąpić przeciw despotyzmowi rosyjskiemu.

Rzesze mieszkańców wszystkich stanów społecznych wiwatowały Niech żyją Polacy, niekiedy przy dźwiękach armat i salw honorowych artylerii. Powstańcom udostępniano najlepsze hotele i domy prywatne. Na ich cześć urządzano bale i wieszano transparenty: Jeszcze Polska nie zginęła, póki żyją Niemce. Powstawały też utwory poetyckie poświęcone bohaterskim Polakom.

Bywało jednak i inaczej. W Ludwigsburgu na przykład, w archiwum miejskich, istnieją zapiski policji z tego okresu, że wycieńczeni podróżą powstańcy próbowali zdobyć na własną rękę potrzebne im rzeczy.

Ogólnie jednak przemarsz powstańców zapisał się dobrze w pamięci Niemców opowiadających się głównie po stronie niemieckiej opozycji liberalno-demokratycznej i był ważnym czynnikiem, wzmacniającym patriotyzm. Popieranie „sprawy polskiej” było dla niemieckich demokratów dobrą sposobnością do mówienia o własnych problemach i wysuwania własnych postulatów. Te propolskie stowarzyszenia przekształciły się potem w kluby polityczne, podejmujące działania w imię wolności i demokracji przeciwko autokratycznym rządom w różnych, niezrzeszonych jeszcze, państwach niemieckich.

Symbolem sympatii społeczeństwa niemieckiego do powstańców i Polaków był festyn na zamku w Hambach. 27 maja 1832 roku wyrusza z Neustadt prawie trzydziestotysięczny pochód mieszczan. Z przodu kroczyła gwardia obywatelska przepasana biało-czerwonymi szarfami, a jej chorąży niósł biało-czerwoną flagę. Na baszcie zamku zatknięto dwie flagi, jedną polską biało-czerwoną, drugą czarno-czerwono-złotą z napisem Odrodzenie Niemiec.

Przetłumaczony wtedy na niemiecki polski hymn narodowy stał się najpopularniejszą pieśnią w Bawarii, Badenii, Nadrenii i Palatynacie. W kościołach odprawiano nabożeństwa w intencji powstańców i zniewolonej Polski. Znany publicysta, Jochan Georg August Wirth twierdził, że: Odrodzenie Polski może się dokonać tylko dzięki Niemcom. Nasz naród jest też zobowiązany moralnie i prawnie, aby odkupić grzech unicestwienia Polski. Nasz naród musi uznać odrodzenie Polski za swoje najważniejsze i najpilniejsze zadanie, także w swoim własnym interesie. Nigdy przedtem Polska i sprawy polskie nie były tak popularne na ziemi niemieckiej i nigdy dotąd Polacy nie zetknęli się tak gorącym przyjęciem, poparciem i solidarnością ze strony społeczeństwa niemieckiego.

31 maja 1992 roku w 160 rocznicę Hambacher Fest Polskie Stowarzyszenie Kulturalne z Karlsruhe zorganizowało na zamku w Hambach sesję naukową. Ważnym wydarzeniem tych uroczystości jubileuszowych było odsłonięcie tablicy, upamiętniającej udział Polaków w tym ważnym dla historii Niemiec i Europy wydarzeniu.

W 175 rocznicę wydarzeń poczta niemiecka wydała okolicznościowy znaczek na listy. Od roku 2007 w Hambach odbywają się spotkania młodzieży z Niemiec, Polski i Francji.

Ta Wielka Emigracja, rozpoczynająca się po upadku powstania listopadowego, a trwająca do roku 1870 objęła około 8-9 tysięcy osób, głównie z wyższych warstw społecznych.

Z powstaniem listopadowym wiąże się też osoba Ludwika Adama Mierosławskiego, który potem stał się bohaterem Badenii. Mierosławski (ur. 17 stycznia 1814 roku w Nemours) był polskim pisarzem i poetą, działaczem politycznym i narodowościowym, a także historykiem wojskowości.

W wieku lat 16 w stopniu porucznika, brał udział w powstaniu listopadowym. Po klęsce powstania, od roku 1833 roku przebywał na emigracji we Francji.

 

Portret, ok. r. 1840

Mierosławski został wybrany na dowódcę powstania w roku 1846. Uwięziony i skazany na karę śmierci w procesie berlińskim, uniknął jej wykonania dzięki wybuchowi rewolucji berlińskiej. Wraz z Karolem Liebeltem został oswobodzony w marcu 1848 roku z berlińskiego więzienia Moabit. Wrócił do Polski i został naczelnym wodzem armii polskiej zaboru pruskiego. Dowodził m.in. w zwycięskiej potyczce pod Miłosławiem i Sokołowem, oraz przegranym starciu pod Wrześnią. Po kapitulacji powstania poznańskiego Mierosławski ponownie dostał się do niewoli pruskiej.

W grudniu 1848 roku przybył do Palermo, gdzie objął stanowisko szefa sztabu armii rewolucyjnego rządu sycylijskiego. Po upadku powstania w kwietniu 1849 roku wrócił do Paryża, ale już w czerwcu znalazł się w Karslruhe, gdzie rząd Badenii i Palatynatu mianował go naczelnym wodzem armii rewolucyjnej. Po klęsce w bitwie z Prusakami pod Rastatt Mierosławski podał się do dymisji i powrócił do Paryża.

Zmarł 22 listopada 1878 roku i został pochowany na cmentarzu Montparnasse.

***
Z pewnością jest więcej osób i wydarzeń związanych ze wspólną historią polsko-niemiecką. Może warto przejrzeć archiwa i wydobyć na światło dzienne tą wspólną historię.