Trees & drzewa

Anna Nacher wrote on FB:

Plants never cease to amaze me. This juniper was rescued from the place, where someone threatened to burn it down or otherwise destroy. So upon hearing this, Marek Styczyński decided to uproot the already fully grown bush, then asked Marcin Sarota to transport it to Biotop Lechnica.
It was already too big to fit in the car, Marcin had at the disposal, so they were driving with this bush that took up all the inside space, sticking a bit through the window – luckily they didn’t meet the police (I’m sure the officers would’ve been sure the bush is driving a car). We immediately fell for each other when I saw it for the first time and sensed its marvellous, rich and strong smell. So we placed it in the soil again, with no guarantee it would survive. The first three years were difficult. It apparently was struggling, a lot. It was changing its shape, lost most of his leaves, then grew another set (of a completely different kind), then lost some more. I was afraid we’re losing it. But deep inside I knew it was still transforming and not giving up. And there He is, five years later, His Majesty Almighty Juniperus, with all his glorious smell again, giving shelter to so many other beings, uplifting my mood and coaching me on coping with transformation.

***
Adam Węglowski
napisał (albo został zacytowany) w kalendarzu Przekroju w sobotę 29 sierpnia 2020 roku, w Dzień Sprzeciwu wobec Prób Jądrowych

Drzewa, które pamiętają historię: Ocalone z blasku tysiąca słońc.

Hibakujumoku to po japońsku „drzewa, które przeżyły” wybuchy bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki. Według naukowców fala uderzeniowa natychmiast unicestwiła co najmniej połowę drzewostanu w promieniu 2 km od epicentrum wybuchu. Większość pozostałych drzew zniszczyło promieniowanie. Przetrwało od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu sztuk, np. wierzba i eukaliptus przy ruinach zamku w Hiroszimie czy kilkusetletnie cynamonowce w świątyni Sanno Shinto w Nagasaki.

***
To mi przypomniało, że pierwszym drzewem, które odrosło w Hiroszimie był miłorząb japoński. Drzewo rośnie w ogrodzie Shukkei-en w centrum miasta, założonym w roku 1620. Ogród został całkowicie zniszczony w ataku nuklearnym, po miłorzębie pozostał pień, z którego już następnej wiosny odrosły nowe gałęzie.

Napis na tablicy głosi (Wikipedia):

Ten miłorząb jako jedyne drzewo w tym ogrodzie przetrwał burzę ogniową po bombardowaniu atomowym w dniu 6 sierpnia 1945 roku. Obwód pnia: około 4 m, wysokość: około 17 m, wiek drzewa: szacowany na ponad 200 lat. Jest przechylony przez podmuch, przycinanie gałęzi zapobiega jego upadkowi

***

Ale magia miłorzębu to nie tylko Hiroszima. To jedyne drzewo liściaste, które jest jednocześnie drzewem iglastym. Jego igły zrosły się w liście.

Czasami używana nazwa miłorząb japoński jest myląca, gdyż gatunek ten nie występuje naturalnie w Japonii, a jedynie z tego kraju drzewo to po raz pierwszy trafiło do Europy. Gatunek endemiczny i reliktowy, występujący na stanowiskach naturalnych wyłącznie w południowo-wschodniej części Chin, w prowincji Anhui, gdzie rośnie 167 drzew. Przez długi czas utrzymywało się przekonanie, że ani w Chinach ani w Japonii miłorząb nie występuje już w stanie dzikim, a jego osobniki rosnące m.in. przy wielu świątyniach i klasztorach zawdzięczają swe istnienie jedynie opiece kapłanów i mnichów. Miłorzęby mogą żyć nawet 4000 lat i osiągać wysokość 40 m.

Irysy / Irises

Kiedyś zbierałam wszystko, co było ozdobione irysami, uważałam, że są to najpiękniejsze kwiaty na świecie. Teraz nie byłabym już taka pewna, że naj, ale nadal uważam, że są piękne.

Vor Jahren sammelte ich alles, dass mit Iris dekoriert wurde. Ich war der Meinung, dass sie die schönsten Blumen der Welt sind. Jetzt bin ich mir nicht so sicher, dass sie die schönsten Blumen der Welt sind, schön aber schon.

Frederick Judd Waugh, New Jersey, USA1861-1940

Im Internet findet man unter diesem Bild Kommentare, dass die Irises von van Gogh doch schöner sind. Vielleicht ja, aber sicher viel öfter reproduziert.
Niektórzy uważają, że Irysy van Gogha są piękniejsze. Zapewne, ale na pewno bardziej “oklepane”.

Als ich van Gogh im Internet gesucht habe, fand ich noch Max Pechstein. / Przeglądając Internet w poszukiwaniu van Gogha znalazłam też Irysy Maxa Pechsteina.

Irises waren gern von Claude Monet gemalt. Monet bardzo chętnie malował liliowe i żółte irysy.

Irysy tak mi się podobają, że obraz Hansa Memlinga Lilie i irysy wybrałam jako winietę bloga.
Das Bild von Hans Memling, Lilien und Irises sieht man auch auf meinem Blog.

I wreszcie niespodzianka / und jetzt Überraschung…

Wer malte dieses Bild? Kto namalował ten obraz? Ich verrate nur, dass der Künstler ganz, aber wirklich ganz anders malt. Dodam tylko, że artysta jest znany z zupełnie, ale to zupełnie innych obrazów.

Za odgadnięcie zagadki będzie nagroda. Es wird einen Preis geben für die / den, die /der dieses Rätsel löst.

Reblog Rosh Hashana Mazel Tov

Konrad Sałagan

Akedat Jicchak

Jutro Rosz Haszana – żydowski Nowy Rok 5787. שנה טובה ומתוקה  schana tova u’metuka.

Rosz Haszana nawiązuje do narodzin i poświęcenia Izaaka (Akedat Jicchak), przede wszystkim jednak jest to święto upamiętniające zakończenie boskiego aktu stwórczego, jego szósty dzień, w którym stworzony został człowiek.

Nowy Rok obchodzony jest zupełnie inaczej niż Nowy Rok w większości kultur. Nie jest okazją do radosnej celebracji, alkoholu i zabawy. Jest Dniem Sądu. Przygotowania do tego dnia polegają na analizowaniu własnych uczynków, szczególnie tych złych – skierowanych przeciwko ludziom i Bogu. Celem etycznym Rosz Haszana i następującego po nim (dziesiątego dnia tiszri) Jom Kipur jest analizowanie własnego życia, dostrzeżenie win, okazanie skruchy, przebłaganie Boga i skrzywdzonych bliźnich. Jest szczególną cechą judaizmu, że Nowy Rok staje się okazją do rozliczenia swojego życia, ocenienia własnej postawy wobec Boga i ludzi.

Zadałam autorowi pytanie, co ostatnio pisze. Przyszła odpowiedź, a do niej jeszcze dwuczęściowe wyjaśnienie

Wyjaśnienie I

Ewo

ten tekst, czyli post, napisałem
dla Ciebie – może, by Cię trochę
zainspirować.

Ciebie da się tak inspirować, bo jesteś
człowiekiem księgi i książki. A takich
ludzi jest coraz mniej na świecie.

Jeśli tak uważasz, Ewo, opublikuj ten
tekst na twoim blogu.

Proszę tylko zachowaj formatowanie tego
tekstu – właśnie w smukłej kolumnie
w dół; tak, jak rozkładają się wersy poezji.
Zresztą, za tym tekstem, jak za zasłoną,
ukrywa się tchnienie poetyckiej inspiracji.

***

Co piszę?

Ewo

pisałem od końcowych dni lipca 2017 r.
poema o Powstańcach Warszawy 44 r.,
mając w zamiarze również pisanie
o Powstańcach Warszawy 43 r.
w Getcie (także o symbolu tego powstania,
symbolu wolności, rabinie Menachemie
Ziębie). Szukałem połączenia tych dwóch
Powstań Warszawy. Ale przerwałem.

W sierpniu 2017 r. w Warszawie na Żoliborzu
przypadkowo spotkałem Jerzego Maksymiuka.
Może to nie był przypadek. Między nami
wywiązała się rozmowa – między innymi
przestrzegł mnie przed “mitologizacją”
Powstania Warszawskiego. Dał przykład
z podobnego zamiaru twórczego
Krzysztofa Pendereckiego z końca lat 60
XX w. Przestrzegł, że pisząc poema
o Powstaniu Warszawskim 44 r.,
sprowadzę na siebie nieopacznie “sprawy
niezałatwione panoszącej się nad
Warszawą bestii, jeszcze teraz” – coś w tym
stylu. Penderecki w tamtych latach (latach 60)
ponoć popadł przy pisaniu takiej muzyki
w ciężką depresję. I nie napisał.

Nie posłuchałem od razu sugestii Jerzego Maksymiuka
i dalej pisałem poema we wspomnianym temacie.
No, ale gdy zacząłem “ostro odjeżdżać” jak przy
psychodelicznej grze komputerowej (np. przy
Morrowind), dałem spokój.

Z zasady jestem przeciwnikiem wszelkiego
mesjanizmu – więc dałem spokój. Pytanie
o człowieczeństwo. Ile istot ludzkich obchodzi
idea człowieka? Przedtem lub teraz w kręgach
Hadesu. Czytam opowiadanie Stanisława Lema
“Kongres Futurologiczny. Ze wspomnień Iliona Tichego”.
Taka powtórka z lektury.

Choć dalej marzy mi się posąg rabina Menachema Zięby
w Warszawie, w miejscu gdzie zginął, biegnący
ze Zwojami Tory. Bez naszywki żółtej gwiazdy tak,
jak zwykle się nosił rabin Menachem Zięba,
godny obywatel Rzeczpospolitej. A zarazem “mój”
symbol Wolności.

W te dni pospolite, gdy świat chybocze się nad
przepaścią (co jest chyba stałym elementem
gry – od zarania); wypijam oceany zielonej
herbaty tu w Warszawie, w lokum na Bielanach
warszawskich; na przełomie sierpnia a września
2017 r.

***

Wyjaśnienie II

Polacy i Polacy izraelskiego pochodzenia
nie wiedzą kim był rabin Menachem Zięba
– w ogóle nie znają tej osoby.

Angielski tekst biografii rabina Menachema Zięby
na Wikipedii, mówiąc delikatnie, ma zasadnicze
błędy. Ale dobrze, że jest.

Najwięcej i najsensowniej można poznać działalność
rabina Menachema Zięby w Żydowskim Instytucie
Historycznym w Warszawie (ul. Tłomackie 3/4)
– np. o jego zasadniczej roli w Powstaniu Getta
Warszawskiego 43 r. Piszę o tym na wszelki wypadek.

Nieprawdą jest, że Kościół Katolicki nie chciał
go wyciągnąć z Getta (ale naukowe organizacje
międzynarodowe również chciały go uchronić
wraz z rodziną od śmierci) – rabin Menachem Zięba
odmówił, a jego rodzina również. Odpowiadał wciąż
z uporem, że w takiej chwili musi zostać ze swoimi.

Właśnie rabin, jeden z największych rabinów w historii
Izraela, rabin i chasyd, zsakralizował walkę Żydów,
obywateli Rzeczpospolitej, o wolność i prawo do życia.

Niemcy podpalili budynek, gdzie rezydował (a nie
ukrywał się) – i rabin Menachem Zięba wybiegł
ratując swego wnuka i Zwoje Tory w drugiej ręce.
I Niemcy go zabili.

Wybacz długi post, ale musiałem kilka spraw wyjaśnić.
Dla mnie postawa rabina i chasyda Menachema Zięby
jest kluczowa wobec bestii – jakiejkolwiek nacji.
To był ten szczególny wyjątek od reguły ahinsy.

Mięliśmy jeszcze w miarę dobrą sytuację, lat 1981-1989,
że walczyliśmy metodą Mahatma Gandhiego – przede wszystkim
wolnym słowem i pomocą dla prześladowanych.

PS. Gdy postawią pomnik Menachema Zięby
w Warszawie, “dobiegną końca” Powstania: 43 i 44,
tam w górze nad Warszawą – jak mi się wydaje.
Ot, poetycka intuicja.

Жыве Беларусь!

Pieśń solidarności z narodem Białorusi w wykonaniu z 15 września 2020 roku, publikowana tu dziś w rocznicę napaści związku Radzieckiego na Polskę, z nadzieją, że Жыве Беларусь! Zwrotki śpiewane po polsku, refren po białorusku. Za śpiewanie tej piosenki na Białorusi grozi do 5 lat więzienia.

Słowa: Brom
Melodia i wykonanie: Ryszard Maczel i Krzysztof Malinowski

Жыве Беларусь

Zostało dwóch na placu boju
Białoruś walczy dla przyszłości
Już czas rozliczyć Łukaszenkę!
Nareszcie powiał wiatr wolności

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew.

Ды ёсць надзея у мяне
Я бачу беларускі гнеў
Мы скажам Бацьку разам “Не”
Не пойдзем у ягоны хлеў.

“Żywie Bieloruś” krzyczą ulice
Dzisiaj jest szansa na normalność
Wygrajcie bracia z “Baćką”, gdyż
W was żyje jedność, solidarność.

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew

Zostało wam ostatnie koło
Pięćdziesiąt procent pół na pół
Odziana w godność praworządność
Lub zniewolenie, bezprawia muł

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że, wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew

Słowiańska duszo, w Tobie jutro
Twój głos, to droga ku wolności
Od tego jak postąpisz dziś
Zależy przyszłość potomności.

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że, wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew

Ды ёсць надзея у мяне
Я бачу беларускі гнеў
Мы скажам Бацьку разам “Не”
Не пойдзем у ягоны хлеў.

Wy wciąż nadzieję jeszcze macie
Na życie w wolnej Białorusi
Lecz by tak było, tak się stało
Krwawy dyktator odejść musi.

Надзея ў вас яшчэ не згасла
На шчасце вашай Беларусі
На шчасце вашай Беларусі
Рэжым крывавы знікнуць мусіць.

Z wolnej stopy 12

Zbigniew Milewicz

Fotopstryk nieuleczalny

W tej historii występuje troje bohaterów: zwierzę transportowe, nieboszczyk i Bogdan Kułakowski. O dwóch pierwszych wiadomo niewiele, koń był czarnej maści, prawdopodobnie już niemłody, nagle padł na drodze, czyli wyciągnął kopyta. Ciągnął zaś karawan z klientem, lub klientką zakładu pogrzebowego, co w drugiej połowie ubiegłego wieku praktykowano jeszcze w Polsce i może padł z przepracowania, albo go potrącił jakiś samochód, bo trasa była ruchliwa: Częstochowa – Katowice. Trzecim bohaterem tej opowieści jest fotoreporter Trybuny Robotniczej, najważniejszej niegdyś nomenklaturowej gazety na Śląsku, który wracał do Katowic służbowym samochodem z jakiegoś tematu pod Siewierzem. Kierowca w pewnym momencie zwolnił, bo zamieszanie na drodze, leży koń, a na przeciwnym pasie, jak raz, podąża regularny pogrzeb. Takiej perły nie mógł zmarnować, ale miał w aparacie ostatni film, a w nim jeszcze tylko dwie wolne klatki – wtedy techniki cyfrowej jeszcze nie było, a liczył się czas. Pierwsze zdjęcie spudłował, kondukt zasłoniła mu jakaś cysterna.

– Dopiero drugie, to ostatnie, które praktycznie mogłem zrobić, udało się. Był i koń, i karawan, i pogrzeb, i ksiądz, i ruch samochodowy na ruchliwej trasie – wspomina po latach

Tym zdjęciem najpierw wygrał konkurs na Śląską Fotografię Prasową, później pochylił się przed nim Ogólnopolski Konkurs Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a kiedy stołeczny establishment łaskawie zgodził się wysłać jego pracę w świat, trafiła na prestiżową World Press Photo w Hadze. Za czasów PRL polscy fotoreporterzy nie mogli, jak obecnie, indywidualnie startować w zagranicznych konkursach. Praca nosiła tytuł Ich ostatnia droga i za tę pracę Bogdan otrzymał wyróżnienie. Dzisiaj równoznaczne z drugim miejscem w tym konkursie. To był wielki powód do dumy, jako drugi – po Stanisławie Jakubowskim –, śląski fotoreporter otrzymał nagrodę WPP, a rok był 1980.

Bogdan twierdzi, że pierwszy raz spotkaliśmy się na na rajdzie samochodów weteranów w beskidzkiej Wiśle, w latach 70. On wtedy zaczynał jako fotoreporter, ja już cos wiedziałem o pracy dziennikarza, więc na konferencji prasowej trochę się wymądrzałem, wtedy pomyślał sobie, ale gość. Podobnie, jak ja dzisiaj myślę sobie o Dudim, do tego zasłużenie.

Siedzimy i rozmawiamy w jego mieszkaniu w Katowicach na Słonecznej, mieszkaniu pełnym lwowskich pamiątek po dziadkach i rodzicach, w którym w latach 80, za łaskawym przyzwoleniem Maryli*, małżonki gospodarza, często balowaliśmy do białego rana. Otek Morawski, Włodek Paźniewski, Jaśniak, Filipek, Jasiu Lewandowski, Jurek Miciak, Michał Smolorz, Magda… i wielu innych druhów czasu minionego, nie zawsze słusznie przeszłego. Kiedy w stanie wojennym nieprawomyślni pracownicy mediów dostali wilczy bilet, katowicki Katolik zatrudnił niektórych z nich, między innymi Bogdana i mnie, w swojej redakcji. Pisałem o Katoliku w tym blogu 24. 04. 2015 r. O tym, że pierwszy numer miał być wydrukowany częściowo w kolorze złotym, nie wiedziałem. Posłowi PAX-u i naczelnemu pisma, Janowi Waleczkowi oraz Januszowi Jaśniakowi, jego prawej ręce, zachciało się mianowicie przypodobać kościelnej hierarchii i zarządzili, aby ileś tam egzemplarzy dla niej wydrukować na złoto. Drukarze wykonali zadanie, ale okazało się, że złota farba ma to do siebie, że już przy lekkim dotyku pyli i wszędzie zostawia ślady. Bogdan miał wtedy dyżur w drukarni i kiedy zobaczył Jaśniaka z plikiem szczotek do numeru pod pachą, całego na złoto, to o mało się nie przekręcił ze śmiechu. Katolicki PAX drukował w Katowicach na Liebknechta, w tym samym budynku, co Trybuna Robotnicza i inne pisma, i drukarze dowcipkowali, co by było, gdyby tę świętą pozłótkę zdmuchnęło na partyjne wydania i nazajutrz cały skład komitetu wojewódzkiego PZPR nadawałby się do kanonizacji…

Otek, fotoreporter z Trybuny, słynący nie tylko z dobrego, zawodowego rzemiosła, ale i z mocnej głowy tudzież sarkastycznego humoru, mieszkał w sąsiedztwie Bogdana. Niestety już go nie ma, pożegnaliśmy też Jaśniaka, Mariana Filipka, naczelnego Waleczka, Lewandowskiego i Smolorza, znakomitego felietonistę i gawędziarza. Filmowego reżysera, pisarza i polityka – Kazimierza Kutza, niepodzielnie zrośniętego z kulturą Śląska, którego nigdy osobiście nie poznałem, też już nie ma, a był z Bogdanem i jego rodziną serdecznie zaprzyjaźniony. Drugiego z jego zmarłych przyjaciół, Jacka Cieszewskiego, męża Basi, mojej redakcyjnej koleżanki z Dziennika Zachodniego, także bliżej nie poznałem, a przecież na jego tekstach uczyłem się pisać reportaże.

Odszedł zabrzanin Marek Dworaczyk, młody, pryszczaty i prywatnie nieśmiały fotoreporter z Katolika, którego zdjęcia Bogdan cenił najbardziej ze wszystkich… Wyjechał do Duisburga, wydał rewelacyjne albumy fotograficzne, później zachorował na chorobę nowotworową i wszystko się skończyło, szkoda.

Bogdan wie, że jest już na zasłużonej emeryturze, ale nie wyobraża sobie, żeby dokądkolwiek pójść, czy pojechać bez aparatu fotograficznego. Przecież w każdej chwili może się zdarzyć coś, co trzeba koniecznie uwiecznić. Osobiście jestem podobnego zdania, tylko warsztat mam inny. Kiedy parę lat temu zwierzyłem się pewnej swojej rosyjskiej znajomej, że żałuję przejścia w stan spoczynku, jako dziennikarz, odpowiedziała mi:
– Nie dręcz się się, podobnie jak nie ma byłych pracowników KGB, tak nie ma i byłych dziennikarzy.
Po rosyjsku brzmiało to soczyściej:Ne terzaj, net bywschych kagebeschnikow, kak i bywschych żurnalistow. Może sama pracowała w służbach, nie wiem. W każdym razie, tak trzymać Bogdan.


Od  góry: Bogdan Kułakowski i zdjęcie Ich ostatnia droga, a na dole kilka innych prac Bogdana Kułakowskiego.

1985 Piekary Śląskie
Fabryka wszystkich świętych, zakład wykonujący z betonu figury religijne


2013-10-02 Katowice
Ruiny Kopalni “Kleofas” w Katowicach


18.07.2018-Katowice
Uliczna śpiewaczka z Charkowa na Ukrainie

11.02.2008 Skaryszew
Targi koni w Skaryszewie organizowane w pierwszy (wstępny – stąd nazwa) poniedzialek po Środzie Popielcowej. Tradycja ta pozostała do dzisiejszego dnia. Drugi dzień targów (wtorek) jest dniem “poprawin”. Jarmark koni jest do dziś dnia jednym z najstarszych, najsłynniejszych i najpopularniejszych tego typu targów w Europie. Na tegorocznym jarmarku bylo ok. 1700 koni


Autor dodaje jeszcze:

***
Bogdan Kułakowski, fotoreporter ur. w roku 1944.

Fotografią prasową zajmuje się od 1962 roku. Członek legendarnego Gliwickiego Towarzystwa Fotograficznego. Pracował etatowo w dziennikach i tygodnikach wydawanych na Górnym Śląsku. Kierował działami fotoreporterskimi „Panoramy”, „Katolika”, „Gościa Niedzielnego”, „Trybuny Górniczej”, „Dziennika Zachodniego”. Sporadycznie pracuje na planach filmowych jako fotosista.

Uczestnik i laureat wielu wystaw i konkursów profesjonalnej fotografii reportażowej. Ostatnia (2016, w Katowicach, Gliwicach, Tychach) duża wystawa autorska „Bogdan Kułakowski-Fotografie”. Współautor fotograficzno-poetyckiej książki F.M.R.ydy. W 1980 roku wyróżnienie World Press Photo w kategorii życie codzienne, za zdjęcie „Ostatnia jazda” (last ride). Obecnie fotograf niezależny.

A ja dodam jeszcze tylko: dla przyjaciół to od zawsze Dudi, z racji swojego uderzającego podobieństwa do Ptaka Paradoksalnego artysty Andrzeja Dudzińskiego

***
Prof. dr hab. Maria Szwajger-Kułakowska jest profesorem zwyczajnym w Katedrze Kameralistyki Akademii Muzycznej w Katowicach. Prowadzi zajęcia dla pianistów z zakresu nauki akompaniamentu oraz zespoły kameralne.

Berliner Spaziergänge / Berlińskie spacery (2)

Das Auto steht irgendwo in Charlottenburg und kein Mensch scheint es zu benutzen. Jemand stellt es aber ab und zu von einer Straßenseite auf die andere. Und jemand hat sich irgendwannmal Mühe gegeben, um es so liebevoll hippiearrtig zu bemalen. Man kann da Vieles entdecken, Symbole Aiurvedischer Medizin und van Gogh, Ganesh und zwei lustige Bengel aus polnischen Kinderfilme aus den 70ern: Bolek und Lolek, die auf Deutsch in der umgekehrten Reihenfolge Lolek und Bolek heißen. Ich glaube auch, Hitler gefunden zu haben.

Bitte schreib in den Kommentaren, was Ihr sieht.

Auto stoi gdzieś na Charlottenburgu, nigdy nie jeździ, choć czasem ktoś je przestawia z jednej strony ulicy na drugą. Zostało kiedyś pomalowane tak, jak 50 lat temu malowali swoje auta hippisi. Ale wydaje mi się, że zostało tak ozdobione co najmniej 20 lat później. Zastanawiam się, czy należy do kogoś z Polski, bo wśród różnych ezoterycznych i ajurvedycznych symboli, wśród memów współczesnej popkultury jak van Gogh, dinozaury czy Hitler, można też znaleźć Bolka i Lolka.

Napiszcie w komentarzach, co jeszcze zauważyliście.

 

Berlińskie spacery (1)

Ewa Maria Slaska

Wyspa umarłych

Toteninsel, tak nazwali “swój” cmentarz mieszkańcy eleganckiego osiedla willowego na Charlottenburgu, (elegancka, zachodnia dzielnica Berlina). Cmentarz Grunewald to, jak Barataria u Cervantesa, wyspa, gdzie Sancho Pansa przez dziesięć dni sprawował rządy jako gubernator, wyspa na lądzie – nie omywają jej przejrzyste wody jeziora lub rzeki, otaczają ją tory kolejki miejskiej i kolei regionalnej. Wyspa znajduje się w samym centrum miasta, jest oddalona o parę kroków od głównej ulicy zachodniego Berlina czyli Kudammu, tuż obok mają sklepy Wielcy Tego Świata, Gucci, Armani, Hermes, gdzie powyciągana posthippisowska sukienczyna potrafi kosztować sześć tysięcy euro.

Cmentarz został założony w roku 1892  i miał “obsługiwać” mieszkańców nowej dzielnicy willowej, gdzie się osiedliła zamożna klasa średnia – urzędnicy państwowi, przemysłowcy, adwokaci, lekarze i artyści (oczywiście ci, którym się powiodło). Wybitnych ludzi, którzy tu leżą, znamy jednak najczęściej z nazw przystanków autobusowych (sic transit gloria mundi):

  • Hans Delbrück (historyk, zm. 1929) – Delbrückstraße
  • Dr Carl Paul Goertz (założyciel zakładów optycznych, zm. 1923) – Goerzallee
  • Prof. Otto Lessing (stryjeczny prawnuk dramatopisarza, rzeźbiarz, zm. 1912) – Lessingbrücke (poświęcony pisarzowi, ozdobiony rzeźbami prawnuka)
  • Hermann Sudermann (pisarz, zm. 1928) – Sudermann-Park
  • Bernhard Dernburg (bankowiec, minister kolonii zagranicznych, zm.1937) – Dernburgstraße
  • Hans Geiger (fizyk, wynalazca licznika Geigera, zm.1945) – Hans-Geiger-Straße, Hans-Geiger-Schule
  • Oskar Hertwig (biolog, zm.1922) – Oscar-Hertwig-Haus

Na cmentarzu znajduje sie kilka interesujących grobów, informatory wymieniają najczęściej dwie piękne, barwne mozaiki secesyjne (grobowiec rodziny Dernburg i grób Therese Möbius).

 

Mnie jednak zainteresował ozdobiony ekspresyjną rzeźbą grób, o którym w sieci nic nie znalazłam, a pracująca na cmentarzu stara pani powiedziała, że nic nie wie, ale rzeźbę na pewno wykonał ten, kto tam leży, czyli Urs Jeschke.

R.i.P., Urs Jeschke!

Fat women (Lewandowska)

Ciekawe jak nasze blogowe rozważania starszego pana, który po prostu szczerze pisze o tym, co lubi, pokrywają się niespodziewanie z wielką polską kampanią przeciw wyśmiewaniu grubych kobiet. Sprawa zatacza szerokie kręgi, a zaczęła się od występu słynnej polskiej celebrytki, żony piłkarza, Anny Lewandowskiej, która…

Maja Staśko, znana aktywistka kobieca napisała:

Anna Lewandowska nakręciła filmik, w którym tańczy przebrana za grubą kobietę. Nazywa to „body positive”. To wyraz totalnego braku empatii. Superszczupła laska, którą stać dosłownie na wszystko, na każdy zabieg upiększający i usługę, i która ma mnóstwo czasu, by ćwiczyć – w stroju grubej osoby robi sobie żarty. No naprawdę, boki zrywać.

Lewandowska nie widzi swoich przywilejów – jako szczupła, bogata osoba nie musi się zmagać z mnóstwem problemów. Dla niej strój grubej to śmieszna odmiana, a dla innych to ciało, w którym żyją. Ciało, przez które lekarze ignorują choroby, mówiąc „schudnij”. Przez które nie dostają pracy. Przez które ludzie ich poniżają i uznają za gorszych.

Nie chodzi o wasze zdrowie. Chodzi o pieniądze

Żarty z grubych osób są tak samo śmieszne jak żarty z gwałtów. Grube osoby to ludzie, nie obiekt żartów czy inwektywa. „Grubość” to nie jest nazwa choroby, tylko wyglądu. Neutralna, nie obraźliwa, podobnie jak szczupłość. „Gruba” to nie inwektywa! Chorobą przewlekłą spowodowaną stanem zapalnym tkanki tłuszczowej jest otyłość, nie grubość. I to także nie jest inwektywa – nazwy chorób to nie sposób na obrażenie kogoś.

Grube ciała to nie są ciała „przed” – przed zmianą na te lepsze, chude. Przed życiem jako pełnowartościowa osoba. Nie – to są ciała „teraz”. Często zdrowsze niż te chude „po” – zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Jeśli miałoby chodzić o zdrowie, to dlaczego trenerki fitness nie pokazują wyników badań lekarskich „przed” i „po”? Badań krwi, ale i tych psychologicznych i psychiatrycznych? Pokazują tylko kształt ciała – kształt, który nie znaczy nic ponad to, że wpisuje się bardziej lub mniej w aktualne trendy.

Trenerki mogą powtarzać milion razy, że tu chodzi o samopoczucie i zdrowie. Ale gdy to wygląd ciała jest wyznacznikiem zmiany „przed” i „po” i to za jego pomocą trenerki motywują kobiety – to w centrum jest wygląd, a nie zdrowie. Tak to działa – obrazy realnie na nas oddziałują i wpływają na nasze samopoczucie i wartości.

Jak muszą czuć się osoby grube, gdy widzą, że są dla innych synonimem tego, co nieatrakcyjne i do zmiany? Przecież to wielka machina dręczenia grubych osób.

A jak czują się te szczupłe? Sama jestem i zawsze byłam szczupła, zmagam się z zaburzeniami jedzenia. Uwielbiam sport, trenuję gimnastykę artystyczną od piątego roku życia. Przez całe swoje życie codziennie ćwiczę – choćby brzuszki albo plank, cokolwiek. Ale gdy patrzę na kolejne zdjęcia trenerek fitness, czuję, że ciągle nie jestem wystarczająco szczupła.

Bo o to w branży trenerskiej tak naprawdę chodzi. By sprzedać jak najwięcej towarów, przemysł kosmetyczny i fitness od lat wzbudzają w ludziach wieczne poczucie niezadowolenia z własnego wyglądu. Dzięki niemu klienci nigdy się nie kończą – klientem jest każdy z nas w każdej chwili, bo zawsze czujemy, że coś jest do poprawy. Treningi mające służyć lepszemu samopoczuciu zaczynają działać jak tresura. Bo towar nie zastanawia się, jakie społeczne i psychiczne konsekwencje może mieć jego reklama – towar musi się sprzedać, jak najszerzej i za wszelką cenę.

Reklamy treningów i umięśnionych ciał u osób z zaburzeniami jedzenia mogą być olbrzymim triggerem. Zdjęcia kolejnych wyfotoszopowanych ciał przypominają o tym, że w tym momencie nie ćwiczą, a przecież Chodakowska powtarza: „Dasz radę! Dupa z kanapy!”. Więc dupa z kanapy, nawet ostatkiem sił i kosztem zdrowia. U osób cierpiących na ortoreksję to może wywołać nieprzespaną noc.

Zdjęcia idealnych, odchudzonych w programach graficznych ciał z wydłużonymi nogami dla osób zmagających się z anoreksją mogą być powodem, dla którego nie zjedzą dzisiaj obiadu. I kolacji. A jutro śniadania. Ale za to wykupią kolejną płytę z ćwiczeniami. Dla trenerek, które na tym zarabiają, to czysty zysk.

To nie jest zdrowe, prawda? Dlaczego zamiast fałszywej troski o grube osoby, podszytej w istocie pogardą do nich, nie wspieramy osób, które mają zaburzenia psychiczne właśnie przez stygmatyzowanie grubości? Bo zupełnie nie chodzi o zdrowie, tylko o pieniądze.

W komentarzach czytam, że Anna Lewandowska sama zapracowała sobie na taki wygląd. Ale to nieprawda. Dietetycy, lekarze, makijażystki, fotografowie, montażyści, graficy, osoby od social mediów, od PR-u – to wielki zespół, który sprawia, że trenerki fitness wyglądają na zdjęciach i filmikach tak, jak wyglądają. Do tego dostęp do siłowni, zabiegi upiększające, operacje chirurgiczne, dobre aparaty, studia fotograficzne, profesjonalne programy do przeróbki zdjęć i filmów – to olbrzymie pieniądze, które wkładane są w wygląd trenerek. Idealne ciało to coś, za co się sporo płaci. Batonik czy trening na płycie dają tego tylko złudzenie. Nigdy nie doprowadzą do ciała, które mają trenerki. Także dlatego, że to ich praca.

Żadna osoba, która pracuje osiem godzin dziennie na stanowisku niezwiązanym z fitnessem, nie będzie w stanie poświęcić tyle czasu ćwiczeniom. Z tego prostego faktu, że te osiem godzin musi poświęcić na coś innego. A po pracy mogą dojść dodatkowe obowiązki – opieka nad dziećmi i starszymi z rodziny, gotowanie, sprzątanie, nadgodziny, dorabianie czy studia.

Gdy nie jesteś bogaty czy bogata, nie stać cię na opiekunkę do dziecka, sprzątaczkę, kucharkę, dietę pudełkową, wypady do restauracji, prywatnego lekarza, prywatne zaoczne studia czy płatną psychoterapię, które dawałyby ci przestrzeń i czas na ćwiczenia. Sam(a) musisz zadbać o zdrowie i życie swoich najbliższych i własne.

I tak naprawdę sam(a) zapracowujesz na wszystko, co osiągasz.

Dlaczego biedni są grubi?

burger otyłość

Bardzo ciekawa w tym kontekście jest książka Sabriny Strings, Fearing the Black Body: The Racial Origins of Fat Phobia. Według niej fatfobia służy dystynkcji klasowej: oddzieleniu elit od całej reszty. Szczupłe, białe ciało to wyznacznik elit, do których dążyć ma cała reszta. Autorka przedstawia, jak elity okresu Oświecenia za wszelką cenę próbowały dowieść swojej biologicznej wyższości nad czarnymi niewolnikami. Przekonywali, że grubość jest wyrazem niższości rasowej i klasowej. To służyło dwóm celom: miało jednocześnie upokarzać czarne kobiety i dyscyplinować te białe. Wizja „grubej czarnej kobiety” – leniwej, roszczeniowej i prostackiej – miała działać tak, by białe chrześcijańskie kobiety dążyły do osiągnięcia odpowiedniej „formy” i podporządkowania ich sobie przez wyrzeczenia, odpowiednie zabiegi i dietę.

Coś wam to przypomina?

Anna Lewandowska zdecydowała się poświęcić swoją karierę wyglądowi i sprawności fizycznej ciała.

I okej, to jej wybór. Ale wywieranie presji na tych, którzy nie wybrali (i wybrać nie mogli) życia podporządkowanego temu samemu i których ciała wyglądają inaczej, jest bardzo średnim etycznie sposobem na zarabianie. Zwłaszcza pod hasłami akceptacji siebie i #bodypositive.

Bo Lewandowska nazywa swój filmik „body positive”. A to, co zrobiła, to dokładne przeciwieństwo ciałopozytywności. Oznaczanie się „body positive” przez kobietę, która swoją karierę oparła na przedstawianiu grubych osób jako tych „przed” – tych do poprawy – to już szczyt hipokryzji.

Trenerki zgarniają wielkie pieniądze na tym, że grubość jest stygmatyzowana. Mogą wcale tego nie chcieć i nie robić celowo, mogą nawet nie widzieć konsekwencji swoich działań (wierzę, że tak jest!) – ale mogą, bo mają taki przywilej, żeby tego nie widzieć. Grube osoby go nie mają. Osoby z zaburzeniami odżywiania też nie. To te osoby na własnym ciele odczuwają przemożne i bardzo bolesne konsekwencje presji przemysłu fit. Trenerki fitness wpisują się w fatfobiczne reguły, zamiast je zmieniać. Linie kosmetyków, przekąsek, kolejne płyty z treningami – odpowiednio uformowane ciało mają dawać przepustkę do lepszego życia. Tego „po”, nie „przed”.

Oczywiście, nie dają jej – to tylko chwyt reklamowy. Dawałaby ją powszechna opieka zdrowotna, darmowy dostęp do kultury czy krótszy tydzień pracy. Dzięki temu również otyłość mogłaby być lepiej leczona – osoby miałyby dostęp do specjalistów i czas na leczenie. Ale znacznie łatwiej zamiast postulatów politycznych wymagających wspólnej walki i organizowania się w celu zmiany systemu – co polepszyłyby życie wszystkich – oferować zmianę personalną, polegającą na dostosowaniu się do panujących wymogów atrakcyjności. To może polepszyć twoje życie.

Chociaż raczej tego nie zrobi – możesz mieć ciało kilka kilogramów lżejsze, ale wciąż będziesz mieszkała w wynajmowanym pokoju i pracowała w magazynie albo korpo, by przez osiem godzin dziennie wykonywać polecenia swojego szefa na śmieciówce, bez ubezpieczenia i emerytury. Więc czy jest sens zaprzęgać swoje ciało do kolejnej orki, gdy przez osiem godzin było już na usługach szefa?

Czy to oznacza, że Anna Lewandowska nie pomogła żadnej kobiecie? Skądże! Na pewno jest sporo takich kobiet – i wspaniale. Sama dobrze wiem, jak porządny trening potrafi poprawić nastrój i poczucie pewności siebie. Niestety, w tym fatfobicznym świecie nawet dobre, sportowe działanie przeradza się szybko w towar, który trzeba sprzedać. Za wszelką cenę. Nawet kosztem ludzi, ich zdrowia i życia.

Moria reblogged

komentarz po polsku – na dole; autorką komentarza jest Ania Alboth, inicjatorka Marszu dla Aleppo, od wielu lat polska rzeczniczka praw uciekinierów

Fire Destroyed Most of Europe’s Largest Refugee Camp, on Greek Island of Lesbos

By Patrick Kingsley, Sept 9th

Campaigners have long warned that the overcrowded conditions at the impoverished camp might lead to catastrophe.Video player loading

Vast stretches of the camp and an adjacent site were destroyed in the fire.

Europe’s largest refugee camp, on the Greek island of Lesbos, has long been a desperate makeshift home for thousands of refugees and migrants who have risked everything to flee war and economic hardship for a better life. They lived in cramped tents with limited access to toilets, showers and health care. For years, rights groups warned that these squalid conditions would sooner or later prompt a humanitarian disaster.

On Tuesday night, that disaster came. A fast-moving fire destroyed much of the camp, leaving most of its 12,000 residents homeless. By Wednesday, a process of soul-searching had begun among many Europeans, for whom the Moria camp, and the neglect of its residents, has long been synonymous with the continent’s increasingly unsympathetic approach to refugees.

No deaths were initially reported. But vast stretches of the camp and an adjacent spillover site were destroyed in the fire, leaving only a medical facility and small clusters of tents untouched.

Since 2015, Moria has filled with an influx of migrants — now mostly Afghan refugees — seeking to reach northern Europe. It is a bleak tent camp designed for 3,000 people that at times has swollen to more than 20,000 after Europe started blocking their paths in 2016.

Ursula von der Leyen, president of the European Union’s executive arm, the European Commission, said she felt “deep sorrow” about the fire, while the governor of a region in western Germany, Armin Laschet, said he was willing to admit up to 1,000 refugees from the camp as part of a wider European resettlement program that has yet to be developed.

Some residents of the camp managed to escape to the island’s main town of Mytilene, while others were able to remain in their tents in small areas of the camp that were unaffected by the blaze. But many were being held nearby on Wednesday morning while the Greek authorities decided where to house them.

Aid workers said that the fire at Moria, which is named after a nearby village, began shortly after 10 p.m. on Tuesday following protests by residents over recent coronavirus restrictions, and that it spread quickly because of high winds and the explosion of gas canisters.

Video player loading

A fast-moving fire destroyed much of the camp, leaving most of its 12,000 residents homeless.

Aid workers, activists and officials said a series of fires were started intentionally by a group of camp residents who were furious at being forced to quarantine after at least 35 people tested positive for coronavirus at the camp.

A new, smaller fire broke out on Wednesday evening in one of the few areas that had survived the first blaze, displacing roughly 1,000 more people, aid workers said.

Notis Mitarachi, the Greek migration minister, said during a Wednesday evening news conference that those responsible for the fires would not go unpunished.

The fire quickly destroyed much of the camp’s formal enclosure, including a facility for 400 unaccompanied children and much of its water infrastructure, before spreading to a spillover site in olive groves close to the camp’s fence. Prime Minister Kyriakos Mitsotakis said a state of emergency had been declared for all of Lesbos and noted that all unaccompanied minors would be transferred off the island.

Videos provided to The New York Times by aid workers at the camp showed residents hurrying from Moria in droves in the early hours of Wednesday morning. They carried their belongings in bags slung over their shoulders, some of them pushing infants in strollers, and others draped in blankets.

“It was absolute chaos,” said Jonathan Turner, an aid worker who been building water infrastructure in the camp on behalf of Watershed Foundation and Choose Love. “There were just so many people trying to move, trying to escape.”

By sunrise, footage showed that much of the camp’s formal infrastructure had collapsed, with many of the tents burned. Several metal portable cabins were blackened with soot, their walls having buckled in the heat. Trees on the nearby slopes had been charred.

Video player loading

Fire at a migrant camp on the Greek island of Lesbos.

Thousands of displaced residents were left with nowhere to go, with many simply sitting down a few hundred meters from the camp.

“There are thousands of people just sitting on the main road,” said Nick Powell, an Australian aid worker who witnessed the fire and its aftermath, and who was helping to provide food to the survivors on Wednesday.

It is still unclear where they will be taken. George Koumoutsakos, Greece’s deputy migration minister, said during a Wednesday news conference that efforts were being made to rehouse around 3,000 people in new tents.

The priority was to rehouse the most vulnerable, with some 400 unaccompanied minors being moved to “safe zones” and hotels, he said.

Moria was started in 2015, when more than 850,000 war refugees and migrants made their way by boat from Turkey to nearby Greek islands like Lesbos, hoping to travel farther north. A further 300,000 have arrived in the years since.

At first, when Europe was more tolerant of migrants, people tended to pass through the camp quickly. But in 2016, Europe changed tack, blocking the onward movement of migrants to countries like Germany and leaving thousands stranded in squalid Greek camps like Moria, which soon became overcrowded.

Since then, Moria has been considered an emblem of Europe’s hardening approach to migrants in the aftermath of the 2015 crisis.

Through the European Union, other European countries provided Greece with money to care for its refugee population. But European leaders refused to allow many of them to leave Greek camps for sanctuary elsewhere in Europe.

Stuck in Moria, migrants lined up for hours for food that was often moldy. And they became enmeshed in what for many of them seemed an interminably complex asylum application process, leading to what some doctors deemed a mental health crisis at the camp.

Refugees and migrants sleeping next to a road following the fire.

The situation has been no better in other camps on nearby Greek islands. Across the Greek islands before the fire, more than 23,000 people were crammed into camps built for just 6,000, according to recent statistics compiled by aid groups.

The dynamic has created deep hostility between migrants and Greek islanders who, once welcoming to their new neighbors, have grown increasingly resentful. It has also led the Greek government to immediately expel many new arrivals this year, abandoning more than 1,000 immigrants in rafts at sea.

Given these conditions, campaigners had long predicted a catastrophe at the camp.

“This fire was expected,” said Eva Cossé, who leads research in Greece for Human Rights Watch, an independent New York-based rights organization. “It’s not surprising. It’s a testament to the European Union’s negligence and Greece’s negligence.”

Human Rights Watch has been calling for the camp to be closed or its number of residents to be significantly reduced for years.

“E.U. member states need to have a serious discussion about reducing numbers on the island, and alleviate the pressure on Greece, because Greece cannot deal with this alone,” Ms. Cossé said.

While Mr. Mitsotakis, the prime minister, condemned those who started the fire, he said the disaster could “become an opportunity to deliver better conditions and a new reality in Lesbos.”

Offers of support began on Wednesday, with the European Commission saying it would immediately help relocate the 400 unaccompanied minors to mainland Greece and onward to new homes in E.U. member states. These children are the last of 1,200 that the bloc has been helping place in other countries.

Ylva Johansson, the European commissioner for migration, said that the commission was also paying for a boat that was on its way to Lesbos on Wednesday afternoon and would serve as a makeshift hotel for the most vulnerable.

She also said that, despite recent efforts to improve the overwhelmed camp, conditions had remained very poor. Thousands of people were transferred off the island as the pandemic began, reducing numbers from more than 20,000 to 12,000, though it remained vastly overstretched.

“There are still too many people there,” she said, calling the conditions in Moria “unacceptable.”

Reporting was contributed by Niki Kitsantonis and Iliana Magra from Athens, Matina Stevis-Gridneff from Brussels, and Melissa Eddy from Berlin.


Bardzo nie lubię mówienia o ludziach w numerkach.
Bo numerki oddalają.

Dlatego 13 000 ofiar pożaru obozu Moria na Lesbos czy 11 000 ofiar wysiedleń z obozów i mieszkań w kontynentalnej Grecji albo bezdomne tłumy na placu Victoria, chciałabym w Waszych oczach zamienić w konkret.

Poznajcie Sajrę: Kardiochirurżka z Afganistanu. Kobieta, szanowany lekarz, matka dwóch bliźniaczek i Aliego. Jeździła po świecie, operowała, zna języki.

Talibom nie podobało się, że Ali się do nich nie przyłączy. Najpierw został zabity mąż Sajry. Potem przyszli po syna. Wieczorem, nie pukali.
Sajra zasłoniła syna własną piersią. Pamięta tylko gwałt, wbicie noża, potem straciła przytomność. Aliemu udało się uciec, ale gdy Sajra doszła do siebie, okazało się, że… jej bliźniaczki zniknęły. 8-letnie. Blond, po mamie.

To było 3 lata temu. Nikt nie wie, czy żyją. Gdzie. Z kim. Jak.

Sajra mieszka w maleńkim pokoju w Grecji, z Alim, w tymczasowym ośrodku UNHCR . Obok jej łóżka leży stetoskop. Nie ma nadziei, nie ma siły, ma jedną spódnicę i ten stetoskop.

Za numerkami stoją takie właśnie dramaty

Wiersze jesienne

Teresa Rudolf

Już jesień…

Pachnie jesienią w ludziach,
opadają już w nich liście,
żegnają się pikantne tajemnice,
odlatują letnie już w nich ptaki.

Urywa się nagle, “jak z choinki”
w płaczu czarne niebo, plując
wyrzutami gorzkimi za ziemię,
za tę chorą, z żalu bezbronną.

Nie wiadomo, co znów dalej
mówią jedni, lęk bzdurami
nazywając, chichoczą gorzko
clowny ostro malowane.

Pełno oczu nad maskami,
wiecej niż język mówiących,
komplementy, obelgi, wyznania,
karnawał iście wenecjański.

Mgła nad świata pewnością,
jak i przed maskami dawniej,
przed odległością bliskości,
a ręka też myła rękę, choć…

nie swoją.

Tango

Tango lata z jesienią,
zdrowia z chorobą
bólu z uśmierzeniem,

życia ze śmiercią…

Tango kłamstwa z prawdą,
ciszy z hałasem,
szacunku z pogardą,

deptanie sobie po piętach…

Tango czystości z brudem,
chamstwa z kulturą,
młodości ze starością,

mylenie ciągle kroków…

Tango wiary z nadzieją,
religii “lepszej” z tą inną,
brzydoty z elegancją,

zdziwienie tańczących…

Tango ślepych z głuchymi,
tango sytych z głodnymi,
tango głupich z mądrymi.

Tango miłości z nienawiścią,

– Czy mogę prosić do tanga?
– Proszę bardzo, oczywiście…
muzyka zagłusza intuicję…

“bo… do tanga trzeba dwojga”.