…tak se gramy po festynach

Autor wpisu sprzed tygodnia o tym, co się zdarzyło (i nadal zdarza) w śródmieściu pewnego dużego polskiego miasta (TU). Tym razem jako autor piosenek.

Szymon Dominiak-Górski

Ja (czyli ten po prawej) i ten w głębi sceny (Michał Kłos – basista) gramy na gitarach zrobionych przez mojego przyjaciela Jacka Kobylskiego, który struga takie gitki pod nazwą Nexsus. To legenda polskiej sceny – ten od Nexusa oczywiście 😉 Na jego wiosłach grają wszyscy znani basiści (a jak nie grają, to przynajmniej słyszeli o tym lutniku). Ten ciemnobrązowy bas jest zrobiony z hebanu  – nie ma takiej drugiej gitary. 

Drugi gitarzysta, Marcin (po lewej stronie sceny), odszedł z kapeli; gra na Gibsonie SG (ale chyba nie oryginalnym). Garowy – Marek Radkowiak gra ze mną od 30 lat – strasznie się kłócimy. No i na wokalu Monika Jar. Świetny głos, choć mało rockowy – to żona generała Korpusu NATO ze Szczecina z Niemiec. Fajni ludzie 🙂  

Te piosenki pisałem jakieś 30 lat temu (są też nowe oczywiście). Są zbyt liryczne na muzykę rockową i zbyt rockowe na poezję śpiewaną czy coś tam ;), więc tak se gramy po festynach. Często do pustej widowni. Mamy radochę, bo to fajne. Mieliśmy, bo po pandemii nie wróciliśmy do prób.

Wysłane z iPhone’a

Pisane na kanapie 

W lovcie
 
w lovcie
w pokoście
po kostki 
w nagości
zapodziani 
na bani
piliśmy odurzenie 
o smaku malin 
 
palce błądziły 
na oślep 
skrwawione 
 
bit złośnik huczał basem
już dawno uschły kwiaty
 
krwawe guzy
na bongu
wygrzewał mózg chory
 
duszno było od złudzeń
któreśmy milcząc ssali
a jęk tylko wówczas 
wybuchał w otchłani
gdym kłamał sam sobie
że o to właśnie chodzi

Projekt Irena Bobowska. Tkanki.

Niestrudzona nasza autorka i poszukiwaczka śladów odbywa w ramach naszego projektu o Irenie Bobowskiej coraz to nowe wędrówki. Najczęściej są to tragiczne miejsca i wiążą się z nimi przeraźliwe informacje i ciężkie, smutne refleksje. Jedynie w Poznaniu jej wędrówki poprowadziły ją nie tylko do więzień i na cmentarze, ale również w miejsca, gdzie Irena mieszkała, chodziła do szkoły, udzielała się aktywnie w życiu społecznym a potem w konspiracji. I nie zapominajmy – zawsze na wózku inwalidzkim!

Najbliższe wydarzenie naszego projektu

Elżbieta Kargol

Doktor Hermann Stieve, zbrodniarz wojenny?

Na jednym z piękniejszych berlińskich cmentarzy, Dorotheenstädtischer Friedhof otoczonym murem i ochroną zabytków, wśród starych morw i starych nagrobków, kryjącym w ziemi prochy tylu ważnych tego świata, położonym w centrum Berlina, odbyła się trzy lata temu dość nietypowa uroczystość.

Najpierw w kaplicy cmentarnej odprawiono nabożeństwo żałobne w trzech religijnych obrządkach – żydowskim, katolickim i protestanckim, a potem uczestnicy pogrzebu udali się wspólnie do grobu, gdzie umieszczone zostały mikroskopijne próbki ludzkich tkanek, znalezione w posiadłości doktora profesora anatomii Hermanna Stieve’a.


Kim był doktor Stieve?

Polska wikipedia nazywa go zbrodniarzem wojennym, niemiecka – profesorem anatomii i histologii, o wielkich osiągnięciach naukowych i niechlubnej działalności w czasach nacjonalizmu. Pisarz Wilhelm Bartsch tekst o doktorze Stievie dla Ärzteblatt Sachsen-Anhalt 2007 zatytułował Mistrz z Niemiec, nawiązując do Fugi śmierci Paula Celana (Todesfuge).

...der Tod ist ein Meister aus Deutschland sein Auge ist blau
er trifft dich mit bleierner Kugel er trifft dich genau...

...Śmierć jest mistrzem z Niemiec niebieskie ma oko
Trafi cię kulą z ołowiu trafi celnie głęboko...
                            przekład Stanisława Jerzego Leca

Hermann Stieve urodził się w 1886 roku, studiował na uniwersytetach w Monachium i Innsbrucku. W 1912 roku otrzymał tytuł doktora medycyny.

W 1935 roku objął profesurę na Uniwersytecie Friedricha-Wilhelma w Berlinie (dzisiejszy Humboldt-Universität zu Berlin), gdzie kierował pierwszym Instytutem Anatomicznym i Instytutem Anatomiczno-Biologicznym. Funkcje te sprawował aż do śmierci w 1952 roku.

Był naukowcem, cenionym i nagradzanym jeszcze długo po wojnie.

Przedmiotem badań prof. Stieve’a były ludzkie gruczoły płciowe – czyli jądra i jajniki – a zwłaszcza wpływ strachu i przerażenia na te narządy.

To wojna i dyktatura Hitlera stworzyła Stieve’owi możliwości do przeprowadzania badań, które w sposób nieludzki, nieetyczny wykorzystał.

Hermann Stieve habilitował się w 1918 roku, praca nosiła tytuł Rozwój jajnika u kawki. Niełatwo było znaleźć inny materiał do badań prócz zwierząt, nad którymi można było się znęcać do woli. Po kawkach zajął się kurami, straszył je lisem i dokumentował, jak kury radzą sobie ze stresem i strachem i kiedy pod wpływem tych nieprzyjemnych doznań zniosą jajko. Już w 1931 roku Stieve pisał do kuratora o trudnościach w pracy badawczej: Niezmiernie trudno jest znaleźć jajniki od naprawdę zdrowych dziewcząt. I Tu z pomocą przyszedł system, dyktatura Hitlera i bezprawie w faszystowskich Niemczech. Niesprawiedliwe procesy i decyzje nazistowskiego wymiaru sprawiedliwości Unrechtsjustiz przyczyniły się do dużej ilości wykonywanych wyroków śmierci. I na tym skorzystał doktor Stieve. Nie musiał już gonić kur, wystarczyło umówić się z katem i paroma innymi więziennymi urzędnikami, żeby ciała młodych kobiet, zabitych w centralnym miejscu straceń Berlin-Plötzensee, zaraz po egzekucji dostarczyć do Charité. Pośpiech był wskazany. Ciała musiały być w miarę świeże.

Hermann Stieve badał cykl menstruacyjny kobiet pod wpływem stresu, włącznie z obserwacją nieregularnego krwawienia, które pojawiało się u nich, gdy dowiadywały się, że idą na egzekucje. Podobno był w zmowie z więziennymi lekarzami, którym powierzał dopilnowanie prowadzenia przez więźniarki kalendarzy miesiączkowych. Gdy krótko przed jajeczkowaniem dowiadywały się one o terminie egzekucji, pojawiał strach, przerażenie, skutkiem czego były nagłe krwawienia menstruacyjne, nawet po kilkumiesięcznej przerwie.

Znany jest przypadek Cato Bontjes van Beek. Jej ciało zostało przewiezione zaraz po egzekucji (5 sierpnia 1943 roku w Plötzensee) do Instytutu Anatomicznego w Berlinie i tam poddane sekcji przez Hermanna Stieve’a.

Po wiadomości, która bardzo poruszyła kobietę (wyrok śmierci), nastąpił krwotok szokowy. Następnego dnia kobieta zmarła nagle na skutek działania siły zewnętrznej (zmarła pod gilotyną)…, pisał w swoim sprawozdaniu doktor Stieve.

Materiał, którego nie posiada żaden inny instytut na świecie, chwalił się Stieve i nie ukrywał, skąd materiał pochodzi.

Egzekucje dostarczają Instytutowi Anatomicznemu i Anatomiczno-Biologicznemu materiału, którego nie posiada żaden inny instytut na świecie. Jestem zobowiązany do odpowiedniego opracowywania, utrwalania i zabezpieczania tego materiału.

W 1946 roku Hermann Stieve sporządził na zlecenie władz Berlina listę 174 kobiet i ośmiu mężczyzn, których ciała po wykonanym wyroku śmierci trafiły w jego ręce i zostały poddane sekcji w jego instytucie.

Na liście Stieve’a nie ma Ireny Bobowskiej, zamordowanej w 1942 roku w Berlinie-Plötzensee, ale to nic nie znaczy, bo lista jest niepełna. Jest kilka polskobrzmiących nazwisk, w tym Bronisława Czubakowska, która przed ścięciem prosiła o wydanie ciała swojej matce. Nikt jej prośby nie spełnił. Dla doktora stała się materiałem. W sumie Instytut Anatomii w Berlinie pozyskał prawdopodobnie ponad 4 tys. ciał z miejsc egzekucji Berlin-Plötzensee i Brandenburg-Görden. Sam doktor Stieve przeprowadził sekcje co najmniej 450 ciał osób straconych.

Charlotte Pommer była asystentką doktora Stieve’a. Gdy poznała przy sekcji ciała znanych jej osób, zmieniła miejsce pracy i zaczęła działać w ruchu oporu.

Hermann Stieve zmarł w roku 1952. W roku 2016 znaleziono w jego domu mikroskopijne próbki ludzkich tkanek. Po trzech latach zakopano tkanki na cmentarzu Dorotheenstadt. Piszę zakopano, gdyż mam duży problem z użyciem tu czasownika pochowano. Pochówek należy się zwłokom lub ich prochom, niekoniecznie tkankom. Nie mam też pomysłu, co należałoby z nimi zrobić. Od momentu odnalezienia tkanek przez potomnych minęly trzy lata do momentu ich pogrzebania. Prawdopodobnie wszyscy się zastanawiali.

Hermann Stieve był po wojnie przesłuchiwany przez wszystkie władze okupacyjne. Według prawa, nie uczynił nic nielegalnego, dlatego wrócił z wszystkimi honorami do pracy w berlińskiej Charité.
Większość pracowników Instytutu Anatomii z czasów nazistowskich pozostała po wojnie na swoich stanowiskach. A po ich śmierci uczniowie często dbali o ich dobre imię. Dopiero w latach 90 ubiegłego wieku zaczęto upubliczniać niektóre życiorysy. Hermann Stieve nie należał nigdy do NSDAP, czego nie można powiedzieć o jego następcy, doktorze Antonie Waldeyerze.


W foyer budynku Instytutu Anatomii obok wystawionych w gablotach preparatów, modeli, narzędzi medycznych i ludzkich tkanek – zastanawiam się, które z nich są spuścizną po doktorze Stievie -, znajduje się dość obszerna informacja o działalności instytutu w czasach nacjonalizmu.


Nie wiem, dlaczego wybrano jedno z ładniejszych zdjęć doktora Stieve’a. Przyglądając się fotografii, widzę przystojnego mężczyżnę o łagodnym uśmiechu, budzącym zaufanie. Ale gdy czytam dalsze informacje o nim, jego uśmiech przestaje być łagodny, staje się cyniczny, wręcz nieprzyjemny, zjadliwy. Pozory bardzo mylą, podobno Mengele był też bardzo uprzejmy, miły, skromny – do czasu.

Doktor Stieve nie był drugim doktorem Mengele, był doktorem Stievem, któremu ciała kobiet służyły do medycznych badań. A wojna i częste wyroki śmierci temu sprzyjały.
To nie były ciała, którym należał się pochówek, grób, ksiądz, rodzina nad grobem, stypa i epitafia w różnych językach. To były ciała, przede wszystkim kobiet, często oskarżonych bezpodstawnie o zdradę stanu, skazanych na śmierć, ściętych lub powieszonych w nazistowskich miejscach straceń.
Nasza kultura, a dla wielu z nas religia nie daje pozwolenia na bezczeszczenie zwłok. Żadna z tych kobiet niesłusznie skazanych na śmierć, nie podpisywała zgody na udostępnienie swojego ciała post mortem dla przeprowadzania badań medycznych.
Nie pytano o zgodę rodzin. A ich prośby o wydanie zwłok ignorowano. Tysiące zamordowanych mają symboliczne groby, tablice upamiętniające.
Wrogowie III Rzeszy nawet pośmiertnie nie mieli żadnych praw.

***

Nad budynkiem Instytutu Anatomii widnieje napis: HIC LOCUS EST UBI MORS GAUDET SUCCURRERE VITAE. Oto miejsce, gdzie śmierć cieszy się, że może przyjść z pomocą życiu.

Osobą, która się cieszyła z tych śmierci był doktor Hermann Stieve.

Na miejscu, gdzie zakopano tkanki, tuż obok grobu bojowników ruchu oporu, i obok prochów tych, którzy zginęli pod koniec wojny podczas licznych bombardowań miasta, umieszczono tablicę z tekstem.

Im Strafgefängnis Berlin-Plötzensee wurden während der nationalsozialistischen Diktatur zwischen 1933 und 1945 mehr als 2800 Menschen durch das Fallbeil oder durch den Strang ermordet. Die meisten von ihnen wurden danach im Anatomischen und Anatomisch-Biologischen Institut der Berliner Universität zu Forschungs- und Lehrzwecken seziert. Mehr als 300 der dabei entstandenen mikroskopischen Präparate, zumeist von Frauen, wurden 2016 im Nachlass des Anatomen Hermann Stieve aufgefunden. Sie wurden hier am 13. Mai 2019 bestattet.

W więzieniu Berlin-Plötzensee podczas nacjonalistycznej dyktatury w latach 1933-1945 zamordowano przez zgilotynowanie lub powieszenie ponad 2800 osób. Większość z nich została następnie poddana sekcji zwłok w Instytucie Anatomicznym i Anatomiczno-Biologicznym Uniwersytetu Berlińskiego dla celów badawczych i dydaktycznych. Ponad 300 powstałych w ten sposób mikroskopijnych preparatów, pochodzących głównie z ciał kobiet, znaleziono w 2016 roku w posiadłości anatoma Hermanna Stieve.
13 maja 2019 roku zostały tu pochowane.

Kontynuacja

Teresa Rudolf

Zielono-rude panowanie

Lato
zaborcze  
powoli już
odchodzi,
pakując
spory kufer
swych zalet
też i wad...

I już widać
nieśmiałe
wejście
jesieni...
zachwyca
rozkładem
kolorowych
sztalug.

Władzę
corocznie
wymieniając
dyskutują,
"i co dalej?"
niestety,
...za naszymi
plecami...
Błękit myśli

Niekiedy,
w gęsto
utkanym
istnieniu,

zadziwiają
nagle
widoki 
w prześwitach
 
...na 
aksamitnie 
błękitne 
niebo...

taki inny, 
beztrosko
niebieski...
...świat.

Elżbieta Windsor

Ewa Maria Slaska

Szczerze powiedziawszy nie mam nic specjalnego do napisania na jej temat. Była zawsze, a wczoraj umarła i jest to bardzo dziwna sytuacja. Była nieco młodsza od mojej mamy i od 1952 roku była królową. Z różnych rzeczy, które wiedzieliśmy o niej jako o królowej, jak broszki, kapelusze, książki czy psy, najbardziej mi się podobała informacja, że jako królewna wstąpiła, w lutym 1945 roku, do służb medycznych armii angielskiej. Miała wtedy stopień podporucznika, została przeszkolona na kierowcę i mechanika, otrzymała stopień kapitana i pojechała na wojnę. Prowadziła karetki pogotowia wojennego.

To mi naprawdę imponowało.

Alan Bennet napisał powieść o tym, że królowa w podeszłym wieku stała się zapaloną czytelniczką powieści. Nie do końca wiem, czy autor to sobie tylko wymyślił, czy rzeczywiście królowa nabrała zamiłowania do literatury.

Z drugiej strony my, ludzie czytający książki, moglibyśmy sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście królowa mogła NIE czytać książek.

Na Netflixie przez kilka lat wszyscy oglądali Koronę, serial o panowaniu Elżbiety, ale przyznaję, że pierwszy odcinek tak mnie znudził, że nawet w przybliżeniu nie mam pojęcia, jak królowa została w nim przedstawiona.

Nie wiem więc, czy w serialu jest mowa o romansie księcia Filipa z pisarką Daphne du Maurier, autorką Rebeki i Ptaków. Może zresztą to w ogóle nie był romans, tylko, jak twierdzą królewscy plotkarze, platoniczna przyjaźń.

Od dziś jej syn, Karol, jest królem. I jakie to dziwne, bo dwa dni wcześniej Anglia otrzymała nową premierkę – Liz Truss. Tak jakby obie zmiany musiały nastąpić jednocześnie, więc gdy zamiast królowej jest teraz król, to zamiast premiera będzie teraz premierka. On jest już starszym panem, ma 74 lata, ona jest jak na premierkę młoda – ma 47 lat. Tu też im się te cyfry obróciły. 47, 74.

O Karolu można śmiało powiedzieć, że długo czekał na swoją szansę. Nareszcie będzie mógł kupić królowej Karolinie korale koloru koralowego. Ale żarty na bok. Czy kiedykolwiek myśleliśmy o tym, że Karol naprawdę zostanie królem? A Kamila królową? Wiem, królowa (tamta królowa) zapowiedziała, że tak ma być, ale przecież nie traktowaliśmy tego poważnie.

Słowiańskie słowo król pochodzi od Karola. Wielkiego.

Król Karol jest starym królem. Jego matka była młodą królową i panowała najdłużej na świecie. A on jest starym królem.

Trzeba będzie wymienić w Anglii wszystkie banknoty, żeby przywrócić napis “God save the king”.

No dobrze, Biden jest jeszcze starszy, ma 79 lat, a papież Franciszek, który ma teraz 85 lat, miał 77, jak został wybrany. Ale może to bez znaczenia w czasach, gdy zaczynamy nagminnie dożywać osiemdziesiątki, a i dziewięćdziesiątka nie robi już wrażenia.

Jednak najgorszym problemem z królową jest jej imperialistyczna odpowiedzialność, którą zresztą odziedziczy też Król Karol. Gdy rozpoczynała królowanie była władczynią 33 królestw, gdy umarła – zostało ich wciąż jeszcze kilkanaście:  
Antigua i Barbuda, Australia, Bahamy, Belize, Grenada, Kanada, Jamajka, Nowa Zelandia, Papua-Nowa Gwinea, Saint Kitts i Nevis, Saint Lucia, Saint Vincent i Grenadyny, Tuvalu i Wyspy Salomona.

Dużo wysp. Ale tak naprawdę są to już niezależne państwa, często republiki. Wciąż jednak istnieją brytyjskie terytoria zamorskie czyli po prostu kolonie, miejsca, gdzie mogli się osiedlać osadnicy angielscy. Też prawie same wyspy.

  • Anguilla
  • Bermudy
  • Brytyjskie Terytorium Antarktyczne
  • Brytyjskie Terytorium Oceanu Indyjskiego
  • Brytyjskie Wyspy Dziewicze
  • Kajmany
  • Falklandy (sporne z Argentyną)
  • Gibraltar
  • Montserrat
  • Pitcairn
  • Wyspa Świętej Heleny, Wyspa Wniebowstąpienia i Tristan da Cunha
  • Georgia Południowa i Sandwich Południowy
  • Turks i Caicos
  • Akrotiri
  • Dhekelia

Tak, była imperialistyczną władczynią. Tak, sama z siebie nie oddała ani piędzi brytyjskich posiadłości, a o niektóre walczyła zbrojnie.

Ale jakoś nie mogę jej nie lubić. Może przez te wyspy.

Z Karolem nie będę miała takich problemów. Ale jego chyba nie muszę lubić.

***

Upadek śródmieścia

Upadek śródmieść był w latach 70 bardzo ważnym zjawiskiem demograficznym. Socjologowie obrazowo opisywali miasta jako donaty, twory puste w środku. Niekiedy w śródmieściu tylko się pracowało, niekiedy nawet praca przeniosła się na obrzeża. W Polsce i to, podobnie jak wszystkie inne procesy społeczne, pojawiło się z co najmniej trzydziestoletnim opóźnieniem.

Szymon Dominiak-Górski

Fragment powstającej aktualnie powieści pt. Emigranci seksualni

Filip Okrzeja był nocnym alter ego poważnego skądinąd redaktora Karola Preisa – dziennikarza prasowego, który nie był przychylny władzom. Preis był zrzędliwym maruderem, zgorzkniałym krytykiem, którego jak się nie można pozbyć, to trzeba ignorować. Oskarżał magistrat o to, że swoją polityką doprowadził do podziału miasta na biedną i bogatszą część. Zdaniem Karola, to właśnie polityka konserwatywnej prawicy doprowadziła do powstania dwóch miast w jednym. W lepszej części – nad rzeką – piętrzyły się atrakcyjne komercyjnie inwestycje niedostępne dla przeciętnego mieszkańca. W apartamentowcach na wyspach – poza nieliczną elitą miejską – mieszkali pracownicy wyższego szczebla korporacji – najczęściej obcokrajowcy lub absolwenci najlepszych krajowych uczelni. Szklane wieże, poza parkingami w najniższych kondygnacjach posiadały także kanały wraz z miejscem do cumowania jachtów.

Mieszkańcy śródmieścia – stanowili gorszą część społeczności miejskiej. Utrzymywali się ze sprzątania, budowlanki, pracowali najczęściej za granicą. Ci bardziej zdeterminowani żyli z przemytu, prostytucji, sprzedaży narkotyków czy usług seksualnych w internecie. Do nowych pięknych mieszkań się nie przeprowadzili. Dla nich były to szklane domy – puste obietnice wyborcze władz, podyktowane potrzebą uzyskania politycznego przyzwolenia, na sprzedaż wysp spółkom zagranicznym a nie dbaniem o wyborców.

XIX-wieczne śródmieście pozostawiono samo sobie. Niszczyła je swoim graffiti sfrustrowana młodzież, a także czas, który osypywał się z elewacji, jak piasek w klepsydrach antykwariuszy. Śródmieście było antykwariatem, swoistym skansenem dla mieszkańców wysp – bogatych Szwedów, Norwegów, Duńczyków i Niemców. Tym pierwszym przypominało ono rodzinny Goteborg, Duńczycy widzieli ukochaną Kopenhagę a Niemcy – wschodni Berlin tyle, że przed remontem. Wszyscy natomiast uwielbiali w śródmieściu imprezować, przyjeżdzać na dziewczyny lub po zapas narkotyków.

(Umówił się z jedną z nich.)

Było wczesne popołudnie. Z podniecenia nie mógł wysiedzieć w gazecie. Wyszedł się poszwendać, choć pogoda była paskudna. Rano padał śnieg z deszczem. Na dworze była plucha. Olbrzymią zaletą deszczu ze śniegiem była godność z jaką poruszamy się samochody i ludzie. Można było odnieść wrażenie, że pojazdy nie jadą, lecz godnie zmierzają. Ludzie natomiast nie chodzi, lecz kroczyli w nabożnym skupieniu. Błąkał się po śródmiejskich zakamarkach, kiedy przyszedł mu do głowy pomysł na felieton. Zatrzymał się więc w jednej z bram przy ul. Bohaterów Getta Warszawskiego. Włączył mikrofon:

Mieszkam w mieście najłatwiej dostępnych usług seksualnych i niemal rozsypujących się kamienic w centrum – zaczął. – Te pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego fakty, mają ścisły związek.

Odgłos przejeżdżających samochodów brzmiał mokro i kleiście. Koła przebijając się przez pięciocentymetrową warstwę brunatnej brei, wydawały charakterystyczny odgłos, który kojarzył się z mlaskaniem. „Mlaskanie na okrągło – pomyślał – taka alternatywna nazwa dla błota pośniegowego. Proszę państwa dziś nasze ulice mlaszczą na okrągło”. Był podekscytowany. Umówione spotkanie wprawiło go w wyśmienity nastrój. Czuł, że ma wyostrzone zmysły. Nasze centrum zasiedlone jest przez najuboższych mieszkańców. Bogacze zamieszkali w szklanych domach nad rzeką, odwiedzają „dzielnicę” głównie po to, by wtulić się w ramiona córek tego miejsca. Ludzie śródmieścia nie mają pieniędzy i pracy. Żyją z tego co sobie zorganizują – mówiąc to spojrzał na strużkę moczu ciągnącą się wzdłuż wydeptanej rynienki w posadzce klatki schodowej – Swoją frustrację zalewają piwem, a następnie zasikują nią bramy i mury kamienic. Ludzie leją na to miejsce nie jak zwierzęta, by oznaczyć teren, lecz by zaznaczyć brak szacunku. To nie ich miejsce. Oni go nie wybrali. To ich rodzice tu przyjechali, wprowadzili się, ale tyko na chwilę. – Koło niego rozdarł się gawron. Karol uwielbiał nakładanie się dźwięków otoczenia na materiał. Uważał, że podnoszą wiarygodność. Ptak był chyba jednak przesadą, zwłaszcza w tym momencie wypowiedzi.

– Ludźmi śródmieścia od czasów powojennych kieruje mechanizm przetrwania. Oni nie osiedli. Wciąż są w drodze. Nie należą ani do tej przestrzeni, ani do żadnej innej. Na murach malują graffiti, jak więźniowie na ścianie celi wyskrobują swoje ksywki. Gotowi są sprzedać to, co mają najcenniejsze, by się upić, by przetrwać kolejny dzień. Pod tym względem są zupełnie, jak władze miasta, które też ich sprzedały. Choć oni je wybrali, one ich sprzedały i robią to codziennie.

Oczywiście Karol trochę koloryzował w swoim felietonie. Nie powiedział na przykład o tym, że centrum powoli stawało się modne. Mieszkanie tu było przejawem ekstrawagancji. Deweloperzy wykupowali więc kamienice, przesiedlali „patolę” (często na ogródki działkowe), restaurowali budynki – robili parkingi podziemne, windy, bramy i sprzedawali mieszkania przedstawicielom wolnych zawodów – programistom, grafikom, blogerom czy architektom. Na ulicach zamontowane był kamery, budynków strzegły firmy ochroniarskie.

– Stoję w bramie przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego. Czas się zatrzymał. Elewacja budynku nosi ślady pocisków z Drugiej Wojny Światowej. Przestaliśmy na to zwracać uwagę. Topniejący śnieg na chodniku ujawnia liczne ślady rozmokniętych psich odchodów. Do bramy prowadzą stare drzwi z wypaczonej płyty pilśniowej. Tuż za nimi, na stuletniej marmurowej posadzce cieknie długa strużka moczu.

Spojrzał z zegarek. Do spotkania z Martą, czy jakkolwiek się ona nazywa, zostało mu jeszcze dziesięć minut. W bramie minęła go kilkunastoletnia dziewczyna w krótkiej spódnicy. Rzuciła mu przeciągłe wyzywające spojrzenie i puściła oko.

– To relacja z obozu tymczasowego, mentalny skansen rzeczywistości po Drugiej Wojnie Światowej. Tu od 80 lat trwa impreza, którą nasi dziadowie wyprawili z okazji spóźnionego końca świata. Tani bazar wszystkiego. Tu wszystko jest na sprzedaż, a zwłaszcza córka sąsiada. Czy można się dziwić, że tak samo postępują władze? Krew z krwi. One też sprzedają to, co stanowi największą wartość, po to by przetrwać… kolejną kadencję. Tego, co powoli obraca się w ruinę nikt nie naprawia. W naszym mieście prostytucja nie jest problem społecznym, to społeczna tożsamość. Miasto wyśniło swój sen o potędze. Jesteśmy największym w tej części Europy centrum usług biurowych, ale nieźle płatna praca w tym sektorze jest dostępna dla wąskiej grupy. Najczęściej dla zagranicznych rezydentów. Oni zamieszkują peryferyjne dzielnice willowe i apartamentowce nad rzeką. Śródmieście stanowi Getto Straconego Czasu. Jedyną korzyścią jaką prezydent zagwarantował córom tego miasta, są dobrze płacący dewizowi klienci.

Karol wyłączył mikrofon i zamarł obserwując matkę z dwuletnim dzieckiem w wózku. Kobieta wyszła z mieszkania na parterze. Matki i ich biologizm – pomyślał. Przepuścił ją, przytrzymał drzwi bramy starej kamienicy. Konstrukcja z płyty OSB zatrzasnęła się po jej wyjściu i zapanował półmrok. Śmierdziało moczem. W wyobraźni przywołał zdjęcia z anonsu internetowego. Za drzwiami pod numerem 2 miała czekać na niego piękna delikatna czarnowłosa dziewczyna. Zadzwonił. Drzwi otworzyły się po chwili. W półmroku korytarza stała filigranowa postać.

(Zrobili w łóżku różne rzeczy, a potem Karol nagrał wywiad z Martą.)

Karol wyemitował nagrany tekst felietonu wieczorem podczas czwartego – ostatniego w rozgłośni publicznej odcinka „Pulsu Miasta”. Miastem już trzecią kadencję rządziła Partia Cheścijańsko-Narodowa z bezpartyjnym prezydentem na czele. Gmina była istotnym płatnikiem reklam w lokalnych mediach, co dawało jej wręcz nieograniczony wpływ na publikacje. Miejska władza uprawiała propagandę sukcesu, początkowo programowo nie dostrzegając problemów śródmieścia, a później celowo je ignorując. „Dzielnia” (czyli dzielnica Śródmieście) rządziła się swoimi prawami. Mężczyźni pracowali dorywczo w budownictwie, zajmowali się paserką, drobnymi kradzieżami lub sprzedawali narkotyki. Władze nie miały i nie chciały mieć zbytniego wpływu na te procesy. W niektórych rejonach policja w ogóle nie interweniowała i nie przyjmowała zgłoszeń. W statystykach bezpieczeństwo wyglądało dobrze, ale w praktyce było towarem dla wybranych. Felieton Karola był im wyjątkowo nie na rękę.

W połowie maja, kiedy obrabiał „zdarzyłkę”, przeczytał w policyjnym mailu o morderstwie w mieszkaniu przy Bohaterów Getta Warszawskiego 6/2. Jakiś wkurzony brat zadźgał swoją siostrę, za to że się puszczała za pieniądze. Nie, nie była to ona. Wydzwaniał do niej wielokrotnie, ale telefon Marty odbierały jej koleżanki. Ładne dziewczyny, które profesjonalnie wykonywały swoją robotę, ale nie były Martą. Po dwóch razach zrezygnował. Chciał, zachować wspomnienie tego miejsca takim, jakim je widział będąc z nią. Śmierdząca stęchlizną i moczem, zniszczona klatka schodowa, czynszowa kamienica nie odnawiana od ponad wieku, a w nim dziewczyna zagadka, klejnot znaleziony w tak obcym środowisku. Czy ktoś go wydobył? Jakaś mafia diamentowa?

(…)

Karol szedł zamyślony. Niemal wpadł na barierkę ogródka letniego przed lokalem na deptaku Bogusława. „Out of office” – pub na który moda niedawno przeminęła, lecz wciąż miał dobrą ofertę sałatek i makaronów. Nadto oferował także dobre WiFi i całkiem niezłe piwo. Była to jedna z knajp w „oswojonej” części śródmieścia, nastawiona na „nową klasę średnią”. Część ulic miejskich przeszła modernizację. Były to główne ciągi komunikacyjne łączące znaczące urzędy i miejsca użyteczności publicznej z nowym centrum, sercem miasta, powstałym nad rzeką i wyspach.

Struktura miasta była bardzo czytelna. Nie sposób było nie dostrzec działania „siły odśrodkowej” – jak mawiał Karol, – siły wypychającej nowe domy na obrzeża miasta. W konsekwencji rozwijało się ono dynamicznie, ale poza centrum. Zresztą centrum z prawdziwego zdarzenia, nie było. Były tylko centralnie położone obszary – zaniedbanie i zapomniane. Budynki, ulice i place usychały, płowiały i kruszały nie podlewane troską mieszkańców. Mimo to były piękne. Nosiły bowiem do dziś widoczne znamiona dawnej świetności i rozmachu, który nadali im niemieccy budowniczowie.

Polska społeczność, która wprowadziła się do opuszczonych domów i mieszkań, nie odnalazła się w obcej strukturze. Swoje życie, swoje ważne sprawy mieszkańcy zostawili we wsiach i miasteczkach, z których ich tu przesiedlono. To dlatego żaden z licznych i pięknych placów nie zyskał miana ważnego, czy centralnego. To miasto było dla nich obce i tymczasowe. Chodników i skwerów nie oświetlała energia marzeń i planów mieszkańców. Te pozostały na wschodzie. Jeżeli więc mówiono o śródmieściu, jako o centrum miasta, to tylko dlatego, że leżało ono w jego środku. Nie kipiało ono energią mieszkańców.

Jeśli drzewa zakwitały tu na wiosnę, to tylko z przyzwyczajenia. Nie powodowała tego bynajmniej niecierpliwość tych, którzy je posadzili ani nawet ich wnuków. Utopione w studniach śródmiejskich podwórek wspomnienia poprzednich mieszkańców brzmiały złowrogo. Ich głosy, jeśli kiedykolwiek ożywały i były słyszalne przez nowych osadników, i tak pozostawały obce. Głosy śródmieścia budziły trwogę. Były to głosy w języku, który był obcy, nawet jeśli ktokolwiek z mieszkańców rozumiał znaczenie słów. Wszyscy, którzy tylko mogli, uciekali, by nie słyszeć. Pracownicy urzędów, szkół, kadra kierownicza dużych zakładów przemysłowych, lekarze, adwokaci, architekci i przedstawiciele innych elitarnych zawodów wybierali przestrzenie wolne od głosów.

Jeśli budowniczy nowego porządku światowego kiedykolwiek myśleli, że ta transfuzja mieszkańców w obcy organizm miasta się przyjmie, to się mylili. Oczywiście nie można powiedzieć, że miasto było martwe, ale z pewnością nie było żywe. Było, jak zombie. Co więcej, nikt nie wiedział, gdzie bije jego serce, pewno dlatego nikt nie mógł go uleczyć.

Głosy budziły grozę wśród nowych mieszkańców i napędzały „siłę odśrodkową”. Rozwijały się wyłącznie dzielnice ościenne, z których każda miała swoje własne, małe centrum. Odzwierciedlały one marzenia mieszkańców o pozostawionych gdzieś daleko wsiach i miasteczkach,nie odpowiadały jednak ich nowym wielkomiejskim ambicjom.

Siła odśrodkowa działała bardzo długo, a może nawet nigdy nie przestała działać, nawet wtedy, kiedy mieszkańcy to wszystko sobie uświadomili i zapragnęli, by ich miasto miało serce. Dużo o nim mówili, więc władze postanowiły im owo serce zbudować. Idea „nowego serca” jednak pełzała. Wprawdzie niezbyt prędko, ale wystarczająco szybko, by skołowani mieszkańcy nie mogli za nią nadążyć. Cykl przemieszczania się „nowego serca” wyznaczały kadencje władz wybieranych w ramach młodej demokracji. „Serce” uciekało wraz ze zmieniającymi się obietnicami włodarzy. Najpierw miało bić w śródmieściu, na deptaku Bogusława, pompując dobrobyt i koloryt. Póżniej nastąpił przerzut – miało bić bliżej rzeki – na Placu Orła Białego. W końcu uzgodniono, że serce miasta będzie na terenach nadrzecznych – na nabrzeżach i wyspach. Tak już zostało. Piękne, drogie mieszkania powstały w apartamentowcach nad wodą na terenach niemieckich stoczni i zakładów przemysłowych. „Nowe Centrum” nad rzeką rozwijało się dynamicznie za sprawą kolosalnych pieniędzy inwestowanych przez zachodnie korporacje. Było najnowocześniejszą, najmodniejszą i najdroższą dzielnicą miasta i mieszkańcy może nawet byliby z niej dumni, gdyby nie to, że nie była ich. Wybudowali ją właściciele zagranicznych korporacji, dla siebie, a nie dla nich.

Ostatecznie więc „serce” nie biło nigdzie, albo biło wszędzie po trochu – różnie mówią. Dość, że rozproszone serce nie wytwarza wystarczającego ciśnienia, by zasilić energią wszystkich mieszkańców. Tych natomiast opuściły resztki nadziei, że ktokolwiek reprezentuje ich zbiorowe marzenie o wspólnocie, którą zresztą nigdy nie byli.

Karol kochał śródmieście takie jakie było. Potrafił je czytać. Sam mieszkał w starej poniemieckiej kamienicy położonej między rzeką, a parkiem. Uwielbiał też spędzać wolny czas w lokalach. Zamówił piwo. Wyjął iPada sprawdził nowe wiadomości.

(Wieczorem Karol miał grać z zespołem kumpla o ksywce Wooyt. To było kolejne jego wcielenie. Gitarzysta. Dobrze improwizował)

Wypił głęboki łyk piwka i odruchowo sprawdził, czy ma przy sobie paczkę papierosów z jointem, którego skręcił wczoraj wieczorem specjalnie, na tę okazję. Sięgał po marihuanę raczej rzadko. Palił głównie przy okazji jamsessions, tylko wtedy, kiedy wiedział, że nie będzie nikt wymagał od niego nadzwyczajnej czujności, liczenia taktów i pilnowania skali. Zaproponowane przez Wooyta numery były doskonale Karolowi znane z ich wspólnego muzykowania w klubie Słowianin. Obaj byli wtedy młodzi i obaj lubili eksperymentowa. Wooyt jednak więcej ćwiczył i grał więcej standardów. Rozwijał się poznając nowe skale i ogrywając nowe rify. Z tego powodu zawalił studia na Akademii Medycznej. Grali razem przez około cztery miesiące. Mieszkali wtedy wynajmowanych pokojach w domu Maxa, którego stary był posłem na sejm i przebywał wraz z matką głównie w Warszawie. Chłopcy w piwnicy urządzili sobie salę do prób. Pokoje podnajęli jeszcze dwóm kolegom, z których jeden pukał na garach, a drugi – ekonomista – szmuglował spirytus zza wschodniej granicy, by sprzedawać alkohol w akademikach. Przez dom Maxa przewinęli się wtedy chyba wszyscy. To właśnie w tym czasie Wooyt zawalił studia, a Karol przepisał wszystkie egzaminy na wrzesień.

Karol spojrzał na zegarek. Była 19.10. Za niecałe półtorej godziny musiał być w klubie. Nie chciał pić drugiego piwa, bo miał wejście na antenę inicjujące program. Później mógł przekazać głos Garemu – dj-owi, który był odpowiedzialny za część muzyczną Pulsu Miasta. Koncert był przewidziany dopiero na 23, a jammsessions mogło się zacząć najwcześniej o 24. Do północy z pewnością zdąży wypić i nie tylko.

Jam nastąpił wcześniej niż się spodziewał. Na małej klubowej scenie dla muzyków było mało miejsca. Centralną część zajmował zestaw perkusyjny, odsłuchy, stojaki na mikrofony i piece. Karol miał dobrą lutniczą gitarę, robioną na zamówienie przez przyjaciela. Nie lubił elektroniki. Lubił brudne surowe brzmienie. Nie lubił też popisywania się i szybkich pseudowirtuozerskich solówek.

Wszedł na scenę. Grając z Wooytem funky, Karol patrzył na stoliki, przy których jak duchy majaczyły postacie gości klubu. Ale naprawdę grał z odmętów nieświadomości. Wpatrzony w statyw do mikrofonu grał swoją gitarę, od czasu do czasu podchwytując dźwięki Wooyta. Wiedział, że na widowni jest ktoś bardzo mu przyjazny, ktoś kto czeka na tych parę dźwięków, jak na sygnał porozumiewawczy. Zaczął solo. Był już po marihuanie, gdy zamknął oczy, widział kolorowe figury, które omijał w karkołomnym locie.

Grał. Czuł się tak, jak lubił najbardziej. Nie chodziło o odjazd, czy wizje, lecz dźwięki, przestrzeń miedzy nimi i komunikację z innymi muzykami, z ludźmi przed sceną i jeszcze z kimś. Ilekroć grał, ilekroć udawało mu się złapać ten klimat czuł obecność. Jakby grał dla kogoś, albo innej części siebie. Jakby ktoś słyszał wszystkie smaczki i ukryte w improwizacjach konteksty muzyczne. Nie wiedział, czy to modlitwa, ale kiedyś tak się modlił. Kiedyś powiedziałby, że to Bóg, ale teraz? Była w nim pewność, co do tego, że istnieje coś więcej, że nie jest tylko ciałem, a widzialny świat – tym co widzi. Za cholerę nie mógł jednak z tych majaków poskładać do kupy jakiegoś spójnego obrazu. W zasadzie, motyw kontaktu z jakąś siłą towarzyszył mu często. Ilekroć grał i pisał odnosił się do tej świadomości. Czasem działo się tak również we śnie.

Silny akcent na perkusji sprowadził go na ziemię. Przez chwilę nie wiedział w jakiej części numeru się znajduje i czy przypadkiem nie przegiął z solówką. Spojrzał na basistę, ale ten nie zdradzał objawów zniecierpliwienia. Teraz grał już Wooyt. Grał szybko. Karol pilnował rytmu, jak liny, która nie pozwala spaść w przepaść nieświadomości. Wzrokiem próbował przebić się przez oślepiającą kurtynę reflektorów, by zobaczyć, kto siedzi przed sceną. Machała do niego jakaś dziewczyna.

Zszedł ze sceny.

Ola. Ona też kiedyś udzieliła Karolowi wywiadu. I również tyn wywiad był podawany jako powód, wyrzucenia Karola z radia publicznego. Ola na antenie przeczyła tezie, że uprawia płatny seks wyłącznie z przyczyn zarobkowych. Powiedziała, że od kiedy jest prostytutką, przestała mieć depresje, bo robi to, co sprawia jej przyjemność. Wybiera swoich klientów, więc z tymi, których nie lubi się nie spotyka. Zdecydowanie zaprzeczyła również, gdy Karol, zapytał o kwestie moralno-etyczne – „w końcu przychodzą do niej klienci posiadający rodziny.” Ola odpowiedziała, że mężowie i ojcowie, to jej główna klientela. Zaraz potem jednak dodała, że nie uważa, by w tym, co robi było coś złego i że ludzie niepotrzebnie obciążają seks złymi emocjami, a przecież seks, podobnie jak masaż, może być sposobem na rozluźnienie i relaks. Na potwierdzenie tych słów dodała, że korzystają z jej usług „prawnicy, księża, biznesmeni, a nawet politycy, którzy swoim wyborcom wciskają pełen hipokryzji kit o wartościach rodzinnych”.

Ola przysunęła się do Karola. Jej ręka znalazła się natychmiast pod jego koszulą. Miał płaski brzuch, choć nie można było powiedzie, że był jakoś szczególnie umięśniony. Miał raczej figurę lekkoatlety. Przypomniała sobie, że Karol gra w squasha. Cieszyła się, że może się do kogoś przytulić w knajpie. Zwykle mężczyźni niechętnie pokazywali się z nią w miejscach publicznych. Była prostytutką i to dość rozpoznawalną w mieście. Nigdy nie kryła się z tym, co robi. Miała pełną świadomość konsekwencji tego wyboru. Dziś jednak czuła się samotna bardziej niż zwykle. Zauważyła, że dziewczyna, która zaczepiała Karola poszła na parkiet z jednym z młodych chłopaków, a drugi całował się z jej koleżanką. Była wdzięczna Karolowi za jego wybór. Karol dopił już piwo. Patrzyła na niego z profilu. Jego nieco przydługie włosy zasłaniały oczy. Widziała jedynie kontur nosa, pełnych ust i nieco cofniętej brody. Karol zawsze przypominał jej Johna Lennona, mimo że nosił okulary kwadratowe zamiast okrągłych. Dolała mu piwa ze swojej szklanki, chciała już iść. Karol wypił je i spojrzał na nią wyczekująco. Wzięła torebkę. Wyszli na ulice.

Ola mieszkała przy ulicy Tarczyńskiego, w domu z lat 60. naprzeciw Wydziału Filozofii Uniwersytetu. Kiedy pierwszy raz do niej poszedł, bardzo go ta koincydencja zajmowała. Jej trzypokojowe mieszkanie było urządzone nowocześnie, ale bez zbędnego przepychu. Ola pracowała w wynajętym lokalu przy ulicy Jagiellońskiej. W tym mieszkała wraz z synami. Przy wejściu powiedziała Karolowi, że może czuć się swobodnie, bo dzieci są u na wakacjach u rodziców ojca.

Poszli razem pod prysznic…

Don Kichot? Nie, Pierre Menard. Ach, nie – Jorge Louis Borges. Ale też nie, bo tak naprawdę…

Angelika Murawska
przedruk artykułu opublikowanego na stronie internetowej Akademia

„Pierre Menard, autor Don Kichota”. Technika zamierzonego anachronizmu i
błędnych atrybucji.


Dzięki zabiegowi intertekstualności w utworze Borges’a przestaje obowiązywać naturalny porządek rzeczy i pojawia się miejsce dla innych dopuszczalnych interpretacji. Utwór wykracza nie tylko granice różnorodnego odbioru dzieła, ale także oczekiwania czytelników co do zastosowanych technik.
„Przestrzeń hipertekstu jest (…) przestrzenią, w której przestają obowiązywać i tak arbitralne prawa, których dotkliwy wpływ na nasze życie obserwujemy na każdym kroku.” (Pisarski, Ja tu a ty tam 2004) Jednak eksperyment autora idzie dalej. Użycie techniki zamierzonego anachronizmu i błędnych atrybucji sprawia, że czytelnik przestaje patrzeć na dzieło dosłownie, jest zmuszony do głębszych przemyśleń w różnych kontekstach: literatury, historii czy tradycji.
Główny bohater kreuje dzieło widzialne przez odtworzenie dzieła Cervantesa. Powstają fragmenty, które są pozornie identyczne z hypotekstem. Jest początek wieku XX. Menard postanawia nie tyle przełożyć dzieło Hiszpana, co napisać je „od nowa”. Stawia sobie jednak warunek, że posiądzie najpierw całą wiedzę autora książki z XVII wieku. Osiąga on swój zamierzony cel, jego własne dzieło jest identyczne z tekstem pierwotnym. Utwory są zgodne co do przecinka i kropki nad „i”. Całe zdarzenie jest relacjonowane przez narratora, który ma wgląd do tych dzieł i na swój własny sposób dokonuje ich interpretacji.
Czytelnik ma z początku wrażenie, że powstaje nowy utwór. Kluczowa jest jednak analiza narratora, który w pewien sposób naprowadza odbiorcę na właściwy trop przez porównanie stylów i przytoczone fragmenty.
Relacja narratora jest wyrazem użycia techniki błędnych atrybucji. To dzięki niemu i jego trafnym komentarzom na temat obydwu tekstów autorowi przypisane jest to, że napisał dzieło bardziej wartościowe od Cervantesa, gdyż jest to dzieło bardziej świadome. Co więcej, wychwala on czyn Menarda, który „postanowił wyprzedzić bezużyteczność” i urozmaicił sztukę lektury, zezwalając na przenoszenie się w czasie rzeczywistym.
W opowiadaniu wszystko dzieje się na przekór namacalnemu porządkowi. Język utworu niegdyś współczesny staje się archaiczny, powstaje nowe dzieło, nowe doświadczenia mają miejsce, nowe interpretacje pojawiają się: powtórzona przez Menarda wypowiedź Don Kichota „przeciwko literaturze na korzyść broni” zyskała nowe znaczenie i była rozpatrywana przez baronową da Bacourt w kontekście filozofii Nietzschego.
Wprowadzenie techniki zamierzonego anachronizmu jest interesującym literackim chwytem Borges’a. Dzięki niej czytelnik może spojrzeć na „Don Kichota” poprzez doświadczenia Menarda. Pojawia się ona już na poziomie języka kiedy cytowane jest dzieło Cervantesa, ale także dotyczy samego faktu, że ten utwór pojawia się w XX w. Absurdalny zamiar nabrał sensu ze względu na przepaść czasową dzielącą obydwóch twórców. Najpierw Menard chciał się nauczyć siedemnastowiecznej hiszpańszczyzny i zapomnieć historię Europy od 1602 do 1918 roku. Jednak doszedł do wniosku, że uwłacza to jemu jak pisarzowi i obniża jego wartość. Chciał stać się Cervantesem, ale to było zbyt wymagające, posiadał zbyt małą wiedzę. Wolał pozostać Menardem i z całym swym intelektualnym dorobkiem „dojść” do „Don Kichota”.
Trafna jest uwaga narratora, który mógłby być traktowany jako recenzent pracy Menarda. Otóż, zaznacza on dosyć często w swych wywodach, że jego tekst wydaje się bogatszy od oryginału, ponieważ każde jego zdanie zawiera aluzję do przyszłych wydarzeń, o których Cervantes nie miał pojęcia cztery stulecia wcześniej.
Myślę, że obłęd i ucieczka przed światem i odpowiedzialnością często przypisywana Cervantesowi, przeistacza się dzięki Menardowi w świadomy wybór. Jest odzwierciedleniem „zajęcia umysłowego” i czytelnik jak Menard jest w stanie rozważać historię. „Don Kichot” w wykonaniu Menarda jest dziełem bardziej świadomym.
Tak jak wspomniałam już na początku intertekstualność w utworze Borges’a tworzy nowy porządek rzeczy i pojawia się miejsce dla innych dopuszczalnych interpretacji. „Don Kichot uosabiał rozdźwięk pomiędzy szlachetnością intencji, a niestosownością ich realizacji oraz pomiędzy subiektywnym poczuciem znaczenia a społeczną bezużytecznością, wynikającą z oderwania od swoich czasów i anachronizmu” /Wikipedia/.
Czy tak samo można traktować „Don Kichota” z XX wieku? Czy kontekst historyczny wpływa na jego interpretację? Wg Cervantesa historia jest nauką badającą rzeczywistość, natomiast dla Menarda jest to już „źródło rzeczywistości”, będące swoistym punktem odniesienia. Wszystko ulega relatywizacji włącznie z przygodami Don Kichota.
Dzięki inteligentnemu eksperymentowi Borges chciałby przybliżyć czytelnikowi jego moc nad interpretacją tekstu oraz wpływ różnych kontekstów na odbiór dzieła, czy to historycznych, kulturalnych czy tradycyjnych. Użycie wyżej wspomnianych i pokrótce tu omówionych technik „zaludnia przygodami najspokojniejsze utwory”. Dzieła mogą być dla jednych „widzialne” w pewien sposób, a dla innych odbiorców „widzialne” inaczej.
Pierre Menard stworzył dzieło widzialne na miarę swoich możliwości intelektualnych, gotowości do interpretacji i otwartości umysłu, na które wpłynęły jego doświadczenia życiowe. Każdy z nas ciągle to robi, biorąc do ręki jakąkolwiek książkę i mniemam, że według Borges’a ten proces jest nieunikniony.
Z drugiej strony, można to rozpatrywać oczami autora, który stoi przed możliwością powtarzania pewnych archetypów, wzorów czy języka w swych nowo powstających dziełach i jest to proces, który dzieje się bardzo często, ponieważ: „(…) zbieranie dawnych i cudzych myśli, wspominanie z niedowierzaniem tego, co pomyślał doctor universalis, to wyznawanie naszej bezsilności czy naszego barbarzyństwa.”


Sam tekst Borgesa przedrukowałam już dawno temu TU.


Niedawno wiadomo kto (Arkadiusz Łuba) podesłał mi świetny portret Salmana Rushdie jako Don Kichota. Gdy zajrzałam do internetu, stwierdziłam, że autor, Fernando Vicente, zresztą artysta niezwykle płodny, wielokrotnie w swej twórczości portretował Rycerza Smętnego Oblicza. Tu kilka przykładów znalezionych w sieci:

Zachwyt

Anna Dobrzyńska

Wiersz taki, że mogła go 80 lat temu napisać nasza wrześniowa protagonistka, Irena Bobowska.

Autorka specjalnie namalowała tę winietę do dzisiejszego wpisu
i dopisała serdeczne życzenia. Dziękuję!
ZACHWYT

Od dziś – 
nie będziesz miał słońca, powietrza, swobody
nie będziesz miał nieba i kwiatów i wody
nie będziesz oglądał czerwieni, błękitu
nie będziesz oglądał zachodu i świtu
odbieram ci jasność, pogodę, wytchnienie
daję ci za to – ból i kamienie
niepewność, strach, ciężar, smutek i szarość
chłód, niespełnienie, słabość i małość
żelazo i stal, pociski, zasieki
błoto i doły, piach pod powieki
lecz – 
dam ci nadzieję
gdy mocno ją chwycisz
przeniesie cię tu – gdy
- się zachwycisz

Projekt Irena Bobowska. Irena i Sonia.

Ewa Maria Slaska

W czwartek rozpoczynamy nasz projekt. Przychodźcie.

Gdy dziennikarze i osoby zainteresowane pytają nas, Anię Krenz i mnie, dlaczego zajęłyśmy się Ireną Bobowską, odpowiadamy z reguły, że tak się złożyło, że była nam bliska, że była aktywistką i artystką, ale odpowiadamy też, że tych młodych polskich dziewczyn było w Berlinie podczas wojny wiele tysięcy, a Irena jest dla nas postacią symboliczną i przypominamy ją jako uosobienie tych młodych, pięknych istot, których życie tak prędko zgasło, a takie było piękne.

Sonja Horn

Grób Soni na Cmentarzu Garnizonowym w Berlinie
na Invalidenstrasse

Miała, podobnie jak Irena, 22 lata, gdy zginęła podczas jednego z ostatnich bombardowań Berlina. Bombardowań, przypomnijmy, alianckich.

Sonia w wieku 10 lat
podczas występów tanecznych

Urodziła się w roku 1923 w Mysłowicach. Jej ojciec był Niemcem, matka – Polką. Dziewczynka była wychowywana po polsku, głównie przez babcię, która nie znała ani słowa po niemiecku. Sonia niemal nie znała ojca, bo rodzice się rozwiedli, jak miała cztery lata. W wieku 14 lat poszła do Technikum Handlowego, które ukończyła w roku 1939. Podczas balu maturalnego poznała Franciszka Roja, nauczyciela i polskiego oficera, z którym w tymże roku wzięła ślub.

Zdjęcie zaręczynowe Soni i Franciszka

W początku wojny w Mysłowicach uformowała się organizacja podziemna »Braciom na otuchę«, w której aktywnie działali Sonia i jej mąż. Pomagali rodzinom pomordowanych, zdobywali dla nich odzież i pieniądze, przygotowywali odezwy i kolportowali ulotki.

W lutym 1943 roku Sonia została uwięziona. Po jakimś czasie wypuszczono ją, ale była śledzona. Sonia i Franciszek uciekli do Krakowa, gdzie zostali aresztowani 13 czerwca 1943 roku. Franciszek został deportowany w październiku do Auschwitz i tam rozstrzelany. Sonię przewieziono do obozu koncentracyjnego dla kobiet w Ravensbrück, numer obozowy – 25551.

I ona, podobnie jak Irena, pisała listy do ukochanej Mamy. Listy trzeba było pisać po niemiecku, atramentem i wyraźnie. List miał prawo liczyć 15 linijek, kartka pocztowa – dziesięć. W lipcu 1944 roku Sonia pisała:

Bin gesund… Mutti. Mach dir bitte keine Sorgen um mich, Du weißt, daß ich schon als Kind selbständig war, und auch jetzt, in den schweren für mich Zeit, werde ich nicht unter gehen… Denke so viel an die Tage, wo Du mich, liebste Mutti als Kind… auf meine Lippen aufgedrückt, da muß ich weinen.

Jestem zdrowa, Matuś. Nie martw się o mnie, proszę, wiesz przecież, że już jako dziecko byłam uparta, teraz też, w ten ciężki czas, nie dam się zgnębić… Dużo myślę o tamtych dniach, kiedy Ty, Matuś, mnie jako dziecko… do ust przyciskałaś i płakać mi się chce.

Sonia uciekła z obozu podczas jego likwidacji w kwietniu 1945 roku i na piechotę dotarła do Berlina w ostatnich dniach wojny. Zginęła 29 kwietnia 1945 roku, nie wiadomo, czy od kuli, czy trafiona odłamkiem granatu, czy przygnieciona walącą się ścianą?

Zginęła, ale, w przeciwieństwie do tysięcy ofiar, nie została pochowana na cmentarnej łące w szeregu innych znanych i niezanych ofiar – na każdym berlińskim cmentarzu znajdują się takie łąki nagrobków – ją jednak pochowano w osobnym grobie z kamieniem nagrobnym.

Heute, czyli dziś

Ela Kargol & Ewa Maria Slaska

Zapraszamy na spacer po Zehlendorfie / Wir laden zu einem Spaziergang in Zehlendorf ein

Eine Blog-Veranstaltung in Zusammenarbeit mit Sprachcafé Polnisch / Spacer w ramach projektu My organizowanego przez ewamaria.blog i Polską Kafejkę Językową

Treffpunkt / Miejsce spotkania: Heimatmuseum Zehlendorf um /o godzinie 11:00 Uhr
Eintritt frei / Wejście za darmo

Clayallee 355
Historischer Winkel
14169 Berlin

S-Bahn S1 >>> Zehlendorf


Besuch im Historischen Winkel von Zehlendorf.

Alter Friedhof, alte Schule und alte Eiche. Die Hochzeitsvilla und ihre ehemalige Bewohnerin.

Zapraszamy na spacer do Historycznego Zakątka w Zehlendorfie. Odwiedzimy stary cmentarz i starą szkołę, w której obecnie mieści się lokalne muzeum (Heimatmuseum Zehlendorf). Dalej przejdziemy do willi znanej mieszkanki Zehlendorfu, zaangażowanej w życie społeczne dawnej wsi.


Ich sitze hier in Zehlendorf und warte auf den Bus
Ich will hier weg, das ist der Grund, warum ich warten muss
Der Bus kommt nich, wie könnt' es anders sein
Stattdessen kommt ein Schrank und haut mir eine rein

Ich sag: Du bist doch Proletarier, vereinig dich mit mir!
Doch er schnappt mich am Kragen und schleift mich zurück zu ihr
Vorbei am eig'nen Wasserfall, zum beheizten Swimmingpool
Dort sitzt sie und heult in 'nem antiken Schaukelstuhl

Ich sag: Zehlendorf-Mädchen, aus uns wird nie was werden
Ich träum nachts von Anarchie und du von deinen Pferden
Oh, Zehlendorf-Mädchen, wir hatten nur ne Nacht
Und, Ann-Kathrin, ich glaub, wir ha'm das Beste draus gemacht

***

Siedzę sobie w Zehlendorf, czekam na autobus
Chcę stąd zniknąć i dlatego czekać muszę ja tu
Autobus nie jedzie, wszak nie mogło być inaczej
Lecz przyszedł gostek, buch mnie w dziób i dlatego płaczę

Mówię mu, Proletariuszu, łączmy się w ucieczce!
On mnie za wszarz łaps, ciągnie k'niej, choć ja wcale nie chcę!
Nie chcę prywatnych wodospadów i słimmingpulu.
Gdzie ona płacze, siedząc w swoim antycznym fot'lu.

Dziewczyno z Zehlendorfu, zapomnij, nic nie będzie
Ja marzę o anarchii, ty konie swoje czeszesz.
Panno z Zehlendorf, tylko ta noc była nam dana
I wiesz, Anno-Kasiu, wierzę, nie była zmarnowana! 

                                                            Przetłumaczyła (na chybcika) Ewa Maria Slaska

Pokolenie Solidarności (14)

Ewa Maria Slaska

Eli

Czterdziestolatek (1975)

W latach 20 w Ameryce ideałem była mała stabilizacja – każdy uczciwie pracujący człowiek miał mieć dom, samochód (czarnego Forda T!), radio, pralkę, wodę w domu i ogrzewanie.

Zamieniwszy słowo dom na mieszkanie zwane M z cyferką, a zatem M2, M3, M4, i dodawszy telewizor, Polacy w drugiej połowie lat 70 wyprodukowali marzenie, które wyglądało dokładnie tak, jak amerykańskie pół wieku wcześniej. Kultowy serial Czterdziestolatek był orgiastyczną pochwałą peerelowskiego dorabiania się, czego symbolem stał się słynny „łuk Karwowskiego”, czyli wycięty w ścianie mieszkania w bloku łuk, mający udawać, że znaleźliśmy się we wnętrzu szlacheckiego dworku, a może nawet arystokratycznego pałacu.

Dorabianie się jest wprawdzie ideałem drobnomieszczańskim, ale jednak niezaprzeczalnym. W roku 2022 media doniosły, że w Brazylii zmniejsza się gwałtownie ilość katolików. Brazylijczycy opuszczają kościół katolicki i przenoszą się do sekty zielonoświątkowców, ci bowiem głoszą pochwałę dorabiania się. Im więcej zarobiłeś, tym bardziej Bóg Cię kocha, mówią zielonoświątkowcy. Kościół Powszechny pod wodzą Franciszka postawił na reprezenztowanie interesów biednych, biedni zaś postawili na zielonoświątkowców.

Jakie więc było nasze życie według Karwowskich? Zacznijmy od prostego pytania, czy w Czterdziestolatku były kartki? Tak, macie rację, nie było, bo jednak Karwowscy, którzy byli parę lat starsi niż Stefek i Basia, niż ja i mój mąż, wstrzelili się w świat gierkowskiego dobrobytu. Mieli mieszkanie w blokach, na podwórku stał trzepak, młoda Karwowska miała więc gdzie wykonywać fikołki na trzepaku. Mieli samochód. Gdy zaangażowali się społecznie w rozwiązanie jakiegoś lokalnego problemu i przyszła dziennikarka nagrywać z nimi wywiad, Karwowski prezentuje się w garniturze plus modne baczki, a Karwowska wkłada luźną czarną sukienkę z elany i ma długie sztuczne perły na szyi. Oczywiście oboje mają pracę, a dzieci się dobrze uczą. Standard Polski gierkowskiej nie zakłada innych możliwości. Na obiad była pomidorowa, schabowy, tłuczone ziemniaki, ale już się nieśmiało zaczął czas udziwnionego jedzenia – na jakiś proszony obiad Karwowscy przygotowują indyka na słodko i wytrawny deser.

My już nie żyliśmy w idealnym raju PRL-u, my znaliśmy kartki od 76 roku, kiedy na dziesięć lat pojawiły się i ustabilizowały swój byt kartki na cukier. Mój syn, podobnie jak Małgosia Szarzyńska, córka Basi i Stefana, od urodzenia znali tylko cukier na kartki. I był to szarawobiały cukier w szarawo-granatowych torebkach. Jacek i Małgosia nawet nie wiedzieli, że istnieje cukier w kostkach. Kiedy Jacek zobaczył taki cukier w sklepie, prawie się rozpłakał z potrzeby dostania takiego cuda do zjedzenia. Wiedziałam, że nic z tego nie będzie, ale mimo to zapytałam, jak można by było „dostać” to coś i dowiedziałam się, że jest to towar reglamentowany, tylko dla cukrzyków, którzy mają na ten luksus specjalne kartki.

Potem to już w ogóle zaczęły się kartki w iście kubańskim stylu – w kraju cukru, ludzie dostawali cukier na kartki, kilogram miesięcznie, ale z wymaganej przez partię oszczędności cukru, tylko przez 11 miesięcy w roku.

Były kartki, a i tak się stało w kolejce. Był tłok, wszyscy się pchali na wszystkich, Jackowi kiedyś w takiej kolejce jakieś dziecko wyrwało z ręki bułkę z serem i ją zjadło. To wtedy właśnie mój ośmioletni syn powiedział, że można by poustawiać takie płoty z lewa na prawą i z prawa na lewą, żeby ludzie porządnie stali w kolejce.

Gdy w roku 1985 wyjechaliśmy do Niemiec, wszystkie kolejki w Policji dla Cudzoziemców były regulowane takimi metalowymi płotami z lewa na prawą i z prawa na lewą, żeby ludzie porządnie stali w kolejce.

Tak to się niekiedy spełniają nasze marzenia. Spełniają się, a Los wykrzywia przy tym gębę w ironicznym uśmiechu.

Chciałeś płoty?
No to masz!