Z wolnej stopy 64

Zbigniew Milewicz

Wyższe sfery II

Ta piękna dama na zdjęciu, to Julia Hauke, prababcia Księcia Filipa, ojca Karola III, która urodziła się w Warszawie przed Powstaniem Listopadowym. O polskich korzeniach brytyjskiego monarchy pisze m.in. portal informacyjno-publicystyczny Związku Polaków na Białorusi, Znadniemna.pl. Linka podrzucił mi mój brat Mariusz, który przeczytał ostatni wpis i pomyślał, że może będę chciał go uzupełnić o dodatkowe informacje, co też zaraz zrobię. Nie wiem, jaką wartość dokumentarną mają fakty, opisane przez portal -oryginalnych dokumentów niestety nie widziałem – ale są one na tyle ciekawe, że chciałbym się obszernymi fragmentami z Państwem podzielić.

Przodkowie Julii przybyli do Polski z Holandii tuż po pierwszym rozbiorze. Fryderyk von Haacken przyjechał z Flamandii nad Wisłę, by tutaj objąć stanowisko wykładowcy w Szkole Artylerii Koronnej. Rodzina szybko się spolonizowała i odtąd znana była pod nazwiskiem Hauke.

Syn Fryderyka, Maurycy, walczył w wojnie z Rosją w obronie Konstytucji 3 Maja, a później w powstaniu kościuszkowskim. W mundurze Legionów Polskich walczył u boku Napoleona, a później w szeregach Księstwa Warszawskiego. Po upadku Napoleona, na mocy kongresu wiedeńskiego utworzono Królestwo Polskie pod carskim berłem. Liberalna konstytucja pozwalała wierzyć, że Polacy będą cieszyć się w nim dużą swobodą.

Car Mikołaj I nie zamierzał jednak przestrzegać praw polskiej konstytucji, co doprowadziło do wybuchu powstania listopadowego. Hrabia Maurycy Hauke, wówczas już w randze generała dywizji, został ministrem wojny Królestwa. Kiedy jednakowoż zaproponowano mu, a myślę, że bardziej rozkazano, aby stanął na czele wojsk polskich, odmówił. Szczerze, jako wytrawny wojskowy stwierdził, że insurekcja jest głupotą i wtedy powstańcy zastrzelili go. Mimo to w polskich szeregach w czasie powstania walczyło trzech synów Haukego.

Jego córka Julia, po śmierci matki została przygarnięta przez carski dwór. Tak zaczęła się oszałamiająca kariera „biednej polskiej sieroty”, jak w Sankt Petersburgu nazywano dziewczynę.

Julia Hauke urodziła się 12 listopada 1825 roku w Warszawie. Była córką hrabiego Maurycego Hauke i Zofii Lafontaine. Akt urodzenia Julii Hauke – prababci księcia Filipa – odnotowany został w księgach metrykalnych cyrkułu VII w Warszawie. Pod aktem nr 603, 14 października 1825 roku, odnotowano, że narodziny dziecka zgłosił Jaśnie Wielmożny Maurycy Hauke, generał dywizji, radca stanu, pełniący obowiązki Ministra Wojny, Kwatermistrz Generalny Wojska, Dowódca Korpusów Artylerii i Inżynierii, nosiciel Orderów Świętego Aleksandra Newskiego, Świętego Włodzimierza drugiej klasy, Świętej Anny z Brylantami Pierwszej klasy, Świętego Stanisława Pierwszej Klasy tudzież Krzyża Wojskowego i Legii Honorowej, mający 49 lat. Matką dziecięcia była 34-letnia Jaśnie Wielmożna Zofia z Lafontainów. Dziecko na chrzcie otrzymało trzy imiona: Julia Teresa Salomea. Jej chrzestnymi byli Wielmożny Tomasz Skrobecki – kapitan i Wielmożny Karol Grabowski – kapitan, obaj adiutantci polowi. Wszyscy stawający podpisali się pod dokumentem.

Julia została damą dworu księżnej heskiej Marii, żony następcy tronu Aleksandra i przyszłej carycy. Wkrótce dziewczyna zakochała się ze wzajemnością w innym Aleksandrze, bracie Marii. Tego mezaliansu nie mógł zaakceptować car. Zakochani w tajemnicy opuścili Rosję i pobrali się we Wrocławiu. Z pomocą przyszedł Ludwik, Wielki Książę Heski, który nadał swojej szwagierce tytuł hrabiny Battenberg.

Julia i Aleksander doczekali się piątki dzieci. Powrót na europejskie salony Battenbergowie zawdzięczali sympatii królowej Wiktorii. Brytyjska monarchini poparła związek swojej wnuczki Wiktorii z synem Julii, Ludwikiem, a parę lat później córki Beatrycze z innym Battenbergiem – Henrykiem.

Julia zmarła w 1895 roku. Jej potomkowie zasiedli na tronach Bułgarii, Szwecji i Wielkiej Brytanii. Choć całe życie spędziła poza polskimi ziemiami, nigdy nie zapomniała języka rodziców. Do dziś przetrwała jej korespondencja z przyjaciółką pisana po polsku.

Córka Ludwika i Wiktorii, Alicja, wyszła za następcę greckiego tronu Andrzeja. W 1921 roku przyszedł na świat ich syn Filip. Gdy republikańskie władze wygnały rodzinę z Grecji, Filip dostał się pod opiekę babki Wiktorii, która mieszkała w Wielkiej Brytanii. W 1939 roku poznał swoją daleką kuzynkę i przyszłą żonę Elżbietę, która dla świata miała stać się wkrótce królową Elżbietą II.

Gdyby książę Filip, mąż Elżbiety II, nie przyjął nazwiska swojej matki (Battenberg), a następnie, w 1947 roku wraz z przyjęciem brytyjskiego obywatelstwa, nie zmienił go na Mountbatten, to dziś, być może jego prawnuczęta – George i Charlotte – posługiwałyby się nazwiskiem o mało brytyjskim brzmieniu Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glücksburg.

Projekt Irena Bobowska. Portrety (Sztuczna Inteligencja).

O Irenie Bobowskiej czytelnik znajdzie wiele wpisów na tym blogu – np. TU

W różnych miejscach na blogu umieszczone zostały obrazy, których wykonanie Konrad zlecił Sztucznej Inteligencji DALL-E. Osoba zlecająca podaje temat, DALL-E w ciągu kilku sekund produkuje dzieła. Jednym z pierwszych tematów, o jakie Konrad poprosił, była Irena Bobowska. Podane przez niego hasła brzmiały: “młoda kobieta”, “wózek inwalidzki”, “więzienie”. Oto, co powstało:

Takie obrazy powstały, gdy do zestawu haseł zostało dodane słowo “bohaterka”.

Ale niewątpliwie najbardziej niezwykły jest ten portret:

Przyznaję, że doskonałość tego obrazu wydała mi się straszna, ale zarazem poczułam, powiew optymizmu. Nie uciekniemy od tego. Jest pewne, że czeka nas świat organizowany, a może nawet sterowany, przez Sztuczną Inteligencję. Zdaniem Konrada wystarczy, że jedno państwo odda Sztucznej Inteligencji swoją armię, a po pewnym czasie inne państwa będą MUSIAŁY zrobić to samo. A ja myślę, że to, co najpierw dotyczy wojskowości, z czasem przechodzi do normalnego życia. Kapitalizm może do tego doprowadzić, bo zawsze premiuje wydajność. Kiedyś zatem Sztuczna Inteligencja zacznie sterować komunikacją czy racjonowaniem zaopatrzenia, zdominuje politykę i określi zasady życia społecznego, przejmie wychowanie dzieci, opiekę zdrowotną, handel czy cokolwiek innego. To przeraża. Bo przeraża wizja żołnierzy, których nie da się przebłagać, bomb, przed którymi nie da się uciec, społeczeństw, w których dyktator będzie mógł śledzić nasze najdelikatniejsze odruchy oporu. Przeraża myśl, że tak będzie i że to wszystko będzie okrutne i coraz okrutniejsze. Ale może tak jak dotychczas w naszym życiu, będzie coś co nas pocieszy i pomoże żyć – miłość, empatia i sztuka, nawet jeśli i one będą pochodziły od władającej nami Sztucznej Inteligencji.

Może…

Jakaś wojna w mieście Grünberg (1)

Mieczysław Bonisławski

Zimowe egzaminy 1991. Za oknem śnieg. Mało go, bo sypie dopiero od wieczora. Jasne, wolno opadające płatki srebrzą się w świetle latarni. Do rana to co spadnie na chodnik i jezdnię przed Instytutem Fizyki WSP, na wznoszący się blisko rynku Plac Słowiański i tak stopnieje.

Ostatnie w sesji egzaminy powinno czcić się piwem w klubie muzycznym, w takiej Studenckiej lub Teatralnej. Radek i Mundek jadą na wieś, na domową ucztę. Gorące frytki i bardzo dużo piwa. A mnie czeka męcząca noc przed monitorem komputera. Kierownik naszego Zakładu Astrofizyki, profesor Gil ściągnął z zagranicy program obliczeniowy do pulsarów. I teraz my, asystenci–stażyści zgrywamy go z kaset magnetofonowych. Jako że w dzień laboratorium komputerowe jest zajęte pod dydaktykę, te kilka wolnych godzin jest tylko w nocy. A że to noc po ostatnim egzaminie… No, szkoda! I tyle.

Czuwam do drugiej na zegarze. Potem lekko przysypiam…

…Mundek wyjeżdża fiatem po Radka na pociąg. Gdy wracają z Kostrzyna, pola aż po horyzont kryje śnieżna pierzyna. Ale między domami Dąbroszyna mijają tylko takie pojedyncze płaty. Sprawiają wrażenie zleżałych i zabrudzonych.

Maluch, prowadzony pewnie, bierze zakręt o 180 stopni tuż za ukrytym między drzewami kościołem. Stają z boku szosy, przy parterowej chałupie. Radek wyjmuje plecak. Potem wynoszą z bagażnika torby z brzdąkającymi butelkami.

– Sam jesteś? – upewnia się ten, który przyjechał.
– Tak. Urszula jest u ciotki w Glisnie. Dla małych robi wszystko. Uparta, że przy was dzieci nie mają spokoju, że dajemy złe wzorce, szast, bezpłatny urlop ze szpitala i przez trzy dni ich nie ma. Ale w kuchni za to czeka na ciebie wór ziemniaków.

Rudowłosy gość krzywi się.

– Nie bój nic – mityguje go zaraz gospodarz. – Ja potem będę je kroił na frytki.

Tego wieczora obierają i kroją 1/3 worka. Zostawiają też na rano połowę piw.

Gdy rano Radek podnosi głowę znad poduszki i spogląda przez okno, widzi brudnoszare płaty śniegu wokół brukowanej szosy i przed chałupą naprzeciw.

Mundek już obiera w kuchni kartofle.

Rudy gramoli się spod kołdry, bierze z torby piwo i zdejmuje kapsel. Włącza TV.

…i wtedy budzi mnie dźwięk telefonu. Aż podskakuję na swych złączonych krzesłach, a sen pryska. Przechodzę z pracowni do kantorka. Podnoszę słuchawkę.

– Radek. Jak tam? – słyszę.
– Nic. Przysnąłem. Do rana czuwał Jarek z tą stypendystką, Jezabel. Niezniszczalna! A, i pomagała im ta niemiecka studentka, blond Lilly. Ale ona to nie mogła spać z powodu Jarka, nie pulsarów.
– Włącz telewizor.

Rozglądam się. Nie mamy tu telewizora. Jest ten w pracowni, podłączony do komputerów i specjalnej anteny, pozwalającej odbierać na częstotliwościach zarezerwowanych tylko dla instytutów naukowych i służb. Na szczęście jest wyłączony, pracują tylko monitory sieciowe, przypisane do stanowisk.

Jako że ekran tego głównego telewizora jest widoczny z głębi kantorka, wciskam odpowiedni przycisk i wracam do telefonu. Przyciskam ucho do słuchawki.

– Jak wam idzie?
– Wczoraj ja obierałem a Mundek kroił i smażył. Dzisiaj odwrotnie – rudy Radek odtwarza mój niedokończony sen. – Włączyłeś?
– Jakiś program historyczny.
– Co? Amerykanie weszli do Kuwejtu! Schwarzkopf spuścił ze smyczy Challengery i Abramsy. Ale walą w te ruskie T-54! No, gadam ci, na żywo to puszczają…

Popatruję na ekran. Dwaj faceci gadają, zero dynamiki. Archaiczny obraz znajomych mi czołgów. Tygrysy i Panzer IV, z 44, z Normandii, spod Kurska.

– To jak u nas. Codzienny widok w Izraelu – słyszę zza ramienia głos Jezabel.

Postanawiam włączyć dźwięk.

Niby wiadomości, ale nadawane ze studia. Speaker i komentator gadają po angielsku, jak jankesi. Jestem na jakimś amerykańskim kanale informacyjnym?

– Grupa Armii B generała Speidela zajęła w nocy Charków, odbijając teren utracony wiosną i latem. Siły Stalina cofają się w takim tempie jak w roku 41.
– Widzimy to już od miesiąca, od niemieckiej kontrofensywy spod Modlina – przerywa speakerowi komentator – Wypoczęte dywizje pancerne, wycofane z zachodniego frontu, które kanclerz Rommel dał pod dowództwo byłemu szefowi sztabu, Speidelowi, robią różnicę. Żukow nie jest w stanie nic im przeciwstawić.
– Udany zamach na Hitlera z 20 lipca spełnił nadzieje niemieckich patriotów i demokratów. Nowy kanclerz Niemiec, Erwin Rommel, mógł powtórzyć genialny manewr pancerny z Libii.
– Tak, wykorzystanie zawieszenia broni w Normandii i błyskawiczne przerzucenie dwóch Grup Armii z Francji i Belgii nad Wisłę to majstersztyk logistyczny i taktyczny „Lisa pustyni”, porównywalny z operacjami Aleksandra Macedońskiego, Napoleona albo Czyngis–chana.
– Co u ciebie? Podoba się ten „Pustynny miecz”? Ta relacja na żywo to zupełna rewelacja – słyszę znowu głos w słuchawce.

Przełączam kanał. Na ekranie pojawia się znajome miasto. Tak, to gmach mojego Instytutu. Kolejny kadr to ratusz pośrodku rynku. Obok jego smukłej wieży, ośmioboczna piramida iglicy wieńczy szkieletowy kościół Ogrodu Chrystusa.

Dziennikarka rozmawia z uchodźcami, którzy pchają przed sobą jakieś wózki, niosą tobołki. Dużo dzieci. Ale skąd tu na rynku bruk ? Przecież w roku 71 plac wokół ratusza wyłożono płytami i zrobiono deptak…

– Tu Bertha Plociennik. Przede mną Jelena z Rosji. Jak was tu w Grünberg przyjęto?
– Jesteśmy wdzięczni Niemcom, że nas do siebie zaprosili. Striłcy Bandery nie puścili by nas żywych!
– Armia niemiecka zaprowadzi porządek na wschodnich terenach! – odpowiada pewnym głosem dziennikarka, ale widząc strach w oczach Rosjanki, dla rozładowania stresu pozwala sobie na prywatną wycieczkę – Mój Simon jest teraz na Ukrainie, tam gdzie przerzucono siły Wehrmachtu z zachodu. Żołnierze nie pozwolą….
– Tam gdzie front przejdzie, Banderowcy robią co chcą. Strach o dzieci, to już nie chodzi o domy, o nas, o starych… – uciekinierka z Buczy zalewa się łzami. Kryje twarz w dłoniach, cała się trzęsie.
– Znowu ktoś chce robić porządek, tam gdzie go o to nie proszą – zrezygnowanym tonem kwituje reportaż żydowska stypendystka Gila. Stoi za mną. Zamknięta w sobie, nie wyrywa się z tą obecnością. Zupełne przeciwieństwo blond szałaputa Lilly.

Kamera najeżdża teraz na twarz szarowłosej, dobrze zbudowanej, niemłodej już dziennikarki, typowej niemieckiej Frau. Maksymalne zbliżenie:

– Postępy ofensywy Grupy Armii B w Donbasie spowodowały wystąpienia sił OUN Stepana Bandery. Realizując postulat odbudowania państwowości ukraińskiej na terenach opuszczonych przez Sowietów, siły UPA i Dywizji SS „Galizien” czyszczą teren z ludności rosyjskiej. Kanclerz Rommel, mimo trwającej wojny ze Stalinem, nakazał przyjąć rosyjskich uchodźców z Donbasu i rejonu Charkowa w miastach kraju związkowego Niederschlesien. Społeczność międzynarodowa wyraża podziw i wdzięczność naszemu Führerowi!

Nie mam powodu nie wierzyć Radkowi. Amerykanie od miesiąca bombardują siły Husajna z powietrza. Lada dzień ma rozpocząć się ofensywa lądowa. Ale co ja mam włączone? To nie audycja historyczna. To nadają na żywo. To taka sama relacja, jak ta którą chłopaki odbierają w Dąbroszynie, tylko wojna jakaś inna.

Mój telewizor jest przysposobiony i odbiera dziwne częstotliwości, już mówiłem, te dostępne służbom specjalnym. Czy to przebitka, szum, tło z równoległego świata? Czy może to tunel czasoprzestrzenny, którym wracam do czasów końca II wojny światowej? Ale przecież Stauffenberg nie zabił Hitlera, ranny Rommel przestał się liczyć a Żukow został pod Warszawą przez całe Powstanie, aż do stycznia 1945 roku.

– Nie widzieliście pana asystenta Jarka? – wpada na moment Lilly. Jej poskręcane, jasne loki robią wichurę, po czym dziewczyna gdzieś znika.

To jakiś efekt motyla, do huja? Ale jak w takiej sytuacji rozwinie się historia Europy? Co będzie za rok, za dwa z moim miastem, z moją Zieloną Górą?

*

Była to prosta, jasno otynkowana, prostopadłościenna konstrukcja z parterem i piętrem. Solidnie podpiwniczona, wzdłuż fasady siedem okien z prostokątnymi, zielonymi, pod kolor dachu, okiennicami z obu stron. Złudzenie ogromu sprawiał bardzo wysoki, czterospadowy dach z lukarnami. Piramida dachówek lecąca na gzymsy z wysoka, a pochyłość ta zajmowała niemal trzy czwarte tego, co było pod nią.

Uchyliły się drzwi, umieszczone dokładnie pośrodku budynku. Wyszła wysoka, pulchna kobieta w fartuchu i chustce na głowie, spod której uciekały grube włosy. Przeplecione siwizną, z daleka wyglądały na popielate. Była w mocno dojrzałym wieku, ale jeszcze nie stara, w pełni sił. Nogi w drewniakach, wystające spod spódnicy za kolana, umięśnione i spracowane. Ręce też.

– Bertha! – zawołał ktoś, wychylając się z okna na piętrze, nad ozdobną plątaniną winorośli z gipsu, wieńczącą półkolisty portal wokół drzwi.

Kobieta zadarła głowę.

– Trzeba zanieść pranie do magla. Jest w koszu przy wejściu na strych. Ja po wszystkim porozkładam na pokoje – rzuciła do góry znudzonym głosem.
– Może ta Ukrainka?
– Nie wiem, mnie jest wszystko jedno.
– Dobrze, idź chwilę odpocząć.
– A jakże.

Kobieta w chuście przeszła obok narożnika domu, minęła małą, murowaną przybudówkę o równie spadzistym dachu i spojrzała prosto w słońce.

Z tyłu domu stromo wznosiło się podłużne wzgórze, od swej jednej trzeciej porośnięte lasem Parku Ludowego. Na łące, rozciągającej się od budynku aż po pierwsze drzewa, rozstawiono ławki, na których półleżeli kuracjusze z sanatorium.

Bertha wybrała najbliższą z nich, pustą i usiadła. Na brzegu, niepewnie, nie wypełniając całej głębi siedziska.

Wystawiła twarz na ostro operujące nad miastem słońce. Było wczesne lipcowe popołudnie, pięknego lata 1947 roku. Złota kula toczyła się powoli ku wierzchołkom drzew na szczycie zamykającego widnokrąg wzgórza. Czekała ją jeszcze daleka droga, zanim stanie się czerwona i ucieknie gdzieś za ich korony, na drugą stronę ozu.

Kobieta z lubością pozwalała na to, by padające z góry promienie grzały jej policzki, nos i czoło. Przymknęła powieki. Zamyśliła się. Bezwiednie cofnęła całe ciało w głąb ławki, zanurzyła się w niej, prostując nogi, a rozpostartymi rękoma zajęła całą długość drewnianego oparcia.

– Te, nie za dobrze ci?

Bertha już od chwili słyszała zbliżający się ku ławce szurgot żwiru na ścieżce, wiodącej spod ornamentu z winogronami. Nie otworzyła oczu. Była pogodzona z tym, że ta, która szła ku niej, by przerwać jej owe błogie zapomnienie, kimkolwiek była, i tak zaraz zrobi to, co nieodwołalne. Na słuch, po barwie głosu i na poły chamskim, męskim sposobie mówienia poznała Ursulę.

Dziewczyna miała szerokie spodnie wojskowego kroju i bluzę polową z wysoko podwiniętymi rękawami, tak jak nosili się żołnierze Waffen-SS. Do ich nonszalancji i luzu Ursula dorzuciła od siebie jeszcze to, że bluzy nie włożyła w spodnie, jak nakazywał regulamin mundurowy. Falowała teraz na wietrze wokół bioder. Dziewczyna była wychudzona. Włosy na głowie, białe, taki matowy blond, miała przystrzyżone na zapałkę. Na przedramieniu nosiła wytatuowany numer obozowy, jak każdy więzień Konzentrationslager.

– Weź te łapy – rzuciła rozsiadłej po całej szerokości ławy koleżance, na co Bertha, jakby przestraszona, skuliła się, zwijając ku sobie ręce i nogi. Znów siedziała ledwie na brzeżku. I ciągle nie otwierała oczu, zapatrzona pod powiekami gdzieś hen, w jasne słońce ponad Parkiem Piastowskim.

Ursula energicznie klapnęła obok. Z kieszeni bluzy wyjęła papierosy. Wyciągnęła jednego ustami prosto z paczki. Przypaliła. Wygodnie oparta, zaciągnęła się.

– Na górze są tylko ta Ukrainka i Żydówka – powiedziała przed siebie. I spojrzała lekko, ruchem samych oczu na Berthę. Ta milczała, choć szczęka się poruszała i policzki naprężyły. Zacisnęła też mocniej powieki.

Ursula wyraziście wzruszyła ramionami.

– Słyszysz? Same! Ta Ukrainka i Żydówka.
– Simona zabili żydowscy partyzanci gdzieś w lesie na Ukrainie.
– Jaka Ukraina! To było na Białorusi, w Lasach Nalibockich. Zresztą, ty wierzysz w te SS-mańskie kłamstwa? Aleś ty naiwna.

Bertha obruszyła się.

– A co mi zostało? W coś muszę wierzyć. Nasz Führer…
– Nowego Führera masz tu, pod poszwą, którą ta Ukrainka z tą drugą maglują, a którą ty założysz zaraz na kołdrę – zaśmiała się szyderczo Ursula. – Rano przejrzyj prześcieradło. Sprawdź czy leczy się tylko winogronami, czy też może aplikuje sobie dodatkowo uchodźczynie z Ukrainy? Od tego zależy przecież wynik wojny!
– Co też ty, Ursula! – oburzyła się Bertha i nagle posmutniała – Co ty mówisz, przecież nasza wojna już się skończyła.

Zza ławki wyskoczyła ładna, zgrabna, choć nieco przysadzista blondynka w letniej sukience nad kolana. Długie, złociste loki opadały jej falując na plecy, a przycięta równo grzywka zasłaniała do połowy wysokie czoło.

Pchnęła koleżanki w plecy, zaśmiała się perliście z tego kawału i pokonawszy jednym susem oparcie ławki, klapnęła tyłeczkiem między Ursulą a Berthą.

– Ojej, Lilly – zlękła się starsza z nich.
– Odbiło ci?! – warknęła druga.
– Co wy takie! – zaczęła się droczyć Lilly. – Widziałam gości, co dziś przyjechali. Nie wiecie kto to jest ten starszy pan, taki wysoki, bez brzuszka, z piękną twarzą?
– Ten ze szramą na lewym policzku?
– A tam szrama! Popatrz na kształt nosa, na linię podbródka.
– Spodobał ci się?
– Tak, bardzo.
– To Führer, ty głupia! – parsknęła Ursula.

Kolację w sanatorium winogronowym w Grünberg podawano wcześnie, o wpół do szóstej po południu. Personel ściśle egzekwował dyscyplinę, nie patrząc na status pacjentów, czy ich – ważną ostatnimi czasy – rangę wojskową.

Złotowłosa Lilly, zanim wyszła z zastawą i potrawami do jadalni, wyprostowała loki i upchała je w ciemnozielonym czepeczku. W służbowym uniformie nie była już blondynką o zgrabnej, choć nieco przysadzistej, jak to u Niemek, figurce. Nie przeszkadzało jej to jednak i nadal robiła cielęce oczy w kierunku stolika numer 13, przy którym siedział tak fascynujący ją, dojrzały mężczyzna.

Naczelny lekarz zakazał pacjentom poruszania się po sanatorium w mundurach. W czasie zabiegów i wizyt lekarskich obowiązywał strój sportowy, a w stołówce oraz w trakcie zajęć towarzyskich – wieczorowy. Stąd Lilly nie mogła zweryfikować sensacji Ursuli. Jej wspaniały mężczyzna przyszedł do jadalni w ciemnym, modnym garniturze, tak jak wszyscy pozostali kuracjusze. Przyjrzała mu się jednak dokładniej i rzeczywiście, na lśniącej, starannie wygolonej twarzy, na lewym policzku była niezbyt rzucająca się w oczy szrama.

– A, Stauffenberg!

Idol Lilly powitał kuracjusza, z którym miał jadać przy jednym stoliku. Tamten, nieco spóźniony, dopiero przyszedł. Dziewczyna, kryjąc lęk, skonstatowała, że nie miał jednej ręki. Do tego połowę twarzy zakrywała mu czarna przepaska – nie miał też oka!

– Mein Führer! – kaleka stanął na baczność.
– Siadajcie pułkowniku – polecił ten, którego tytułowano Führerem. Inwalida, zachowując głęboką atencję, usiadł do posiłku.

Lilly na chwilę przeszła na zaplecze, odwieźć wózek z brudnymi naczyniami. Gdy wróciła, mężczyźni w zgodnej komitywie byli już zajęci kolacją.

– Słyszał pan, Churchill przegrał wybory – zagaił Führer.
– Nigdy nie ufałem Anglikom. To jest naród bez honoru i poczucia wdzięczności.
– Taaak – zawahał się Führer, pogryzając suchara. – I po co on tak obstawał, aby kontynuować tę wojnę? Walczył na własną zgubę – zatrzymał nieruchomo widelec nad talerzem i spojrzał w oczy rozmówcy – Niewdzięczność. To samo mógłby powiedzieć nasz Führer o panu. Gdyby tylko przeżył, oczywiście.
– Ależ panie marszałku! – obruszył się kaleka.

Dziewczynę odwołano do innych gości. Potem ułożyła naczynia przed zmywakiem i pomogła nowej kelnerce z Ukrainy na końcu sali. Starała się to robić szybko, a i tak straciła swego marszałka z oczu na dłuższą chwilę.

– …tak działa przypadek – usłyszała końcówkę jakiejś myśli tego inwalidy, gdy powróciła w okolice stolika numer 13.
– Gdybym był sekundy szybciej, tam gdzie strzelał kaem tego Spitfire’a, albo gdyby pilot nacisnął spust moment później, trafił by prosto w naszego kubelwagena. Nie było by mnie tutaj, pułkowniku – twardo stwierdził marszałek, pomiędzy jedną łyżką lekkostrawnej zupy z kaszą palmową a drugą – Lub wyglądałbym jak, nie przymierzając, pan. Ile czasu, ile metrów dzieliło mnie od znacznie gorszych ran? Afryka, Berlin, potem Londyn, tyle przygotowań, a cała historia mogła zawrócić pod jakimś tam Sainte-Foy-de-Montgommery. I to nie przez Churchila, Roosvelta czy nawet Hitlera, ale przez anonimowego pilota myśliwca.
– Ktoś mi powiedział – w zamyśleniu dodał ten pierwszy, nabierając sałatkę z kalafiora i pasternaku – że tam, w Wilczym Szańcu, źle ustawiłem torbę z bombą. Na szczęście ktoś mimochodem, zupełnie przypadkowo, kopnął ją w stronę Hitlera. Gdyby nie to, masywny stół uratowałby mu życie. Wszystko przewidzieliśmy, a i tak, na końcu zadziałał przypadek. Myślałem, że obliczyłem parametry co do joty, scenariusz był opracowany w najdrobniejszych szczegółach. A tu najważniejszy nie był pirotechnik i nie dowódca całej armii rezerwowej, ale zbyt solidny stolarz. Zaważyła nie dokładność wielomiesięcznych przygotowań, tylko czyjś nerwowy odruch, niekontrolowane kopnięcie ścierpniętej nogi.

Marszałek pokiwał głową.

– Pan, pułkowniku, zawsze był za dogadaniem się ze Stalinem, a ja – z Anglikami i Amerykanami. Ale gdyby Iwan pospieszył się, choć dzień lub dwa i te kilkadziesiąt godzin wcześniej odbił ów obóz pod Lublinem… Nagłośnił to, co zobaczyli…
– Konzentrationslager Maydanek.
– Nie 24, ale zaraz 21 lub 22 lipca, gdy jeszcze nie dogadaliśmy się z Roosveltem, nic by nam nie pomogła śmierć Hitlera.

– Lilly, ile mam cię wołać?!

Złotowłosa z niechęcią obejrzała się. Musiała znowu iść do kuchni, opuścić swoje stanowisku przy JEJ marszałku.

Po wczesnej kolacji kuracjusze schodzili na ostatnią w ciągu dnia turę zabiegów. Przypadek sprawił, że obaj wojskowi, ci siedzący przy stoliku 13, mieli stawić się o tej samej porze, u tej samej pielęgniarki sanatoryjnej.

Ursula, która przyjmowała ich obu, wyczytała na głos dane z kart kuracjuszy.

– Pan Erwin – rozejrzała się po korytarzu i skinęła zainteresowanemu głową, zapraszając go tym gestem do gabinetu.
– Pan Claus – zachowała niewzruszoną twarz na widok podchodzącego inwalidy, choć powieki jej drgnęły, a źrenice zwęziły się.

We trójkę weszli do środka.

– Pan, pułkowniku, ma zimną kąpiel w wodzie studziennej z wodą kredową z jeziora pod Saabor. Ma zwiększoną zawartość magnezu i węglanu wapnia. Wanna na lewo. Asystentka przyniesie panu, pana porcję winogron i będzie regulować konsumpcję. – Sprawdziła wzrokiem, czy mężczyzna idzie w stronę szatni i czy ma ręcznik.

Zawahała się nieco i oschłym tonem dodała:

– To jest uchodźczyni, od tygodnia w Grünberg. Zna pan choć trochę rosyjski? Bo ona jeszcze miesza nieco słowa i kaleczy niemiecki.
– Pan, panie feldmarszałku – zwróciła się do drugiego – Też kąpiel zimna, woda studzienna z dodatkiem igliwia sosnowego i świerkowego.

Rommel podążył za towarzyszem. Tak jak miejsca w jadalni mieli przy jednym stoliku, tak i tu, wanny też stały obok siebie. Spotkali się więc wnet, rozebrani, z ręcznikami.

Ursula już na nich czekała. Gdy weszli do wody, wskazała ręką za siebie.

– Olena – przedstawiła kruczowłosą, wysoką, dobrze zbudowaną kobietę, która za pielęgniarskim czepkiem kryła splecione w krąg warkocze. Przywołała ją gestem – Dostarczy wam dzisiejsze lecznicze porcje winogron.

Odprawiła Ukrainkę i dodała:

– Gdyby było coś nie tak, jakieś trudności z nią, zawołajcie mnie. Jestem obok.

Przyglądający się temu z uwagą Rommel, nagle złapał ją za nadgarstek. Lekko pociągnął całą rękę, aż do wyprostowania, spojarzał na tatuaż i cicho spytał:

– Dawno cię zwolniono?
– Jesienią 46. Nieco ponad pół roku temu.
– Ravensbrück?
– Od 1937 roku Moringen, po pół roku przeniesiona do KL Lichtenburg. W Ravensbrück od 1942 – meldowała bezwiednie, niczym automat przyjmując postawę zasadniczą.

Marszałek przyciągnął łokieć Ursuli do swego torsu, wystającego z wody.

– Jeśli to nie tajemnica… Czy mogę spytać? Za co tak już w 1937, na samym początku? Czym się naraziłaś?
– Ja? – zdziwiła się Ursula. Wróciła jej pewność siebie, całe to lekceważenie, jakim darzyła wszystko dookoła – Niczym. Ojciec działał z takim Lisowskim, blacharzem z Grünberg, w towarzystwie polskich rzemieślników.
– Polka? – nie kryjąc niesmaku zdziwił się Stauffenberg.
– Skąd ten pomysł?! – oburzyła się dziewczyna. – Nie cierpię tych ze Wschodu. Może Lisowski, ale on robił to na przekór rodzinie żony. Własne dzieci się go wyparły.
– Jak do tego doszło? – rzeczowo drążył Rommel.
– W 1935, gdy ten cały Bundführer, Lisowski, dostał na Gestapo ataku serca, aresztowali i innych. Z rodzinami. W BDM w Grünberg dziewczęta przygotowywały się do zawodu, większość na przedszkolanki, ale część na pielęgniarki i opiekunki chorych. Ja chodziłam do Borchers-Haus, gdzie diakonisy z Bethesdy kształciły w pielęgniarstwie. Dlatego też mnie od razu wywieźli. Potrzebowali takich jak ja w Moringen. Nikt nie pytał, kim się czuję… Dla jasności – uprzedziła kolejne pytanie pułkownika – miałam status pracującej więźniarki, a nie personelu.
– Masz odszkodowanie? – zainteresował się marszałek.
– Dostałam pierwszeństwo do tej pracy. I specjalny dodatek co miesiąc do poborów.

Ciąg dalszy za tydzień

Projekt: Irena Bobowska. Zakończenie / Abschluß

SprachCafé Polnisch e.V. – Polska Kafejka Językowa

Schulzestr. 1
13187 Berlin Pankow

S-Bahn: Wollankstraße

*

Dziś, 23 września 2022 o godz. 20 organizujemy spotkanie kończące projekt “Irena Bobowska, zapomniana bohaterka. Brakująca połowa historii”.
Naszymi gośćmi są organizatorzy, współpracownicy i osoby biorące udział w projekcie.
*
O projekcie opowiedzą Anna Krenz i Ela Kargol
Wiersze Ireny Bobowskiej po polsku i po niemiecku przeczyta Karen Kandzia
Filmowe impresje – Jasha Seibel
Zdjęcia – Maciej Soja
Muzyka live
Wystawa

*

Zrobimy sobie wspólne zdjęcie

Było nas w sumie ponad 40 osób, w tym 16 panelistek, 4 muzyków, 5 tłumaczek, 2 techników, 1 performerka, 1 filmowiec i 2 fotograf*ki, 1 praktykantka.

Byliśmy, jak to zawsze pisała Ania Krenz, w ciągu jednego miesiąca w 4 miejscach, odbyły się 4 zupełnie różne dyskusje i koncerty, 4 performance – każdy inny.

To jest nasze piąte miejsce – dziś po raz pierwszy zobaczymy performance w całości.

Polin – to żydowski wyraz, oznaczający: tu odpoczniesz. Przyjdź, napijemy się wina, porozmawiamy. Tu i dziś odpoczniesz.

Projekt Irena Bobowska. Erinnerung. Pamięć.

4. ERINNERUNG / Diskussion / Performance / Ausstellung / Konzert

WAS: 4. Event Projekt “Irena Bobowska”
WO: Städtischer Friedhof Altglienicke, Schönefelder Chaussee 100
WIE: U-Bahn Adlersfof / Bus 164 ==>> BER Stop: Dankmarsteig
WANN: Donnerstag / czwartek 22.09.2022 / 18:00 – 21:00

Fehlende Hälfte der Geschichte. Irena Bobowska, die vergessene Heldin.
DISKUSSIONEN / PERFORMANCE / AUSSTELLUNG / KONZERTE4 Orte / 4 Termine / 4 Themen / 8 Gedichte
Die Veranstaltungsreihe „Fehlende Hälfte der Geschichte“ ist ein Versuch, die polnisch-deutsche Geschichte zu vervollständigen, indem es an Frauen erinnert – vergessene Heldinnen, die aus den Seiten der Geschichte gelöscht wurden, polnische Frauen, die vor 100 Jahre gemeinsam mit Frauen in Deutschland um ihre Rechte gekämpft haben, die später die Opfer des Krieges waren, aber auch für die Freiheit gekämpft haben. Viele von ihnen haben in Berlin gehandelt oder sind dort ermordet. In dem Projekt wollen wir an die Polinnen in Berlin erinnern, die von dem Verbrecher-Regime verfolgt, gefoltert, umgebracht und danach noch in die Vergessenheit gebannt wurden. Vor dem Hintergrund des Krieges in der Ukraine hat die Geschichte eine völlig neue Dimension, die sehr relevant und aktuell ist.
Brakująca część historii. Irena Bobowska, zapomniana bohaterka.

DYSKUSJE / PERFORMANCE / WYSTAWA / KONCERTY4 Miejsca / 4 Terminy / 4 Tematy / 8 Wierszy
Projekt “Brakująca część historii” jest próbą uzupełnienia polsko-niemieckiej historii poprzez przypomnienie kobiet – zapomnianych bohaterek wymazanych z kart historii, Polek, które 100 lat temu walczyły o swoje prawa razem z kobietami w Niemczech, które później stały się ofiarami wojny, ale również walczyły o wolność. Wiele z nich działało w Berlinie lub zostało tu zamordowanych. W tym projekcie chcemy przypomnieć o polskich kobietach w Berlinie, które były prześladowane, torturowane i zabijane przez zbrodniczy reżim, a następnie wymazane z kart historii. W kontekście wojny na Ukrainie temat ten zyskuje zupełnie nowy i aktualny wymiar.

Erinnerung
Erinnerungskultur, Erinnerungspolitik, Denkmäler, Frauen. Unsere Mütter, Großmütter, Tanten, Urgroßmütter. Kriegerinnen, Opfer. Wissenschaftlerinnen, Arbeiterinnen, Künstlerinnen, Hausfrauen. Anonyme Heldinnen. Was kann getan werden, um ihnen eine Stimme zu geben, um ihre Erinnerung in der kollektiven Kultur wiederherzustellen, insbesondere im Kontext der deutsch-polnischen Beziehungen?

Schirmherrschaft Herr Oliver Igel, Bezirksbürgermeister von Berlin Treptow-Köpenick

Grüßwort: Oliver Igel, Bezirksbürgermeister von Berlin Treptow-Köpenick

Rede: Katharina Struber, Bildhauerin, zusammen mit Architekt Klaus Gruber Gestalterin der Begräbnisstätte und Erinnerungsort Friedhof Altglienicke

Rede: Klaus Leutner, Forscher, Autor, Initiator des Erinnerungsorts Friedhof Altglienicke

Rede: Wacława Małecka und Mitgliederinnen des Vereins der Freunde der Dabrówka-Schule, Poznań

Performance: Karen Kandzia

Anna Krenz bei der Veranstaltung in der Nikodemus Kirche am 15.09.2022; Foto: Krzysztof Rottermund

Diskussion mit:
Franziska Bruder / Lagergemeinschaft Ravensbrück Freundeskreis e.V.
dr Iwona Dadej / Instytut Historii PAN
Klaudyna Droske / Leiterin der Geschäftsstelle der Polonia
Nora Hogrefe / Leiterin der Koordinierungsstelle Historische Stadtmarkierungen im Verein Aktives Museum Faschismus und Widerstand in Berlin
Anja Witzel / Referentin der Berliner Landeszentrale für politische Bildung

Konzert: Warnfried Altmann | www.warnfried-altmann.de

Projektwebsite: www.dziewuchyberlin.org/bobowska/
instagram.com/bobowska_berlin/
Kontakt:
bobowskaberlin@gmail.com

Liebe Besucher*innen,
laut Informationspflicht nach Art. 14 DSGVO weisen wir darauf hin, dass während dieser Veranstaltung Foto- und Videoaufnahmen angefertigt werden. Diese verwerten wir für Zwecke der Berichterstattung und der Öffentlichkeitsarbeit. Dazu werden die Aufnahmen in diversen lokalen und sozialen Medien, wie z.B. Internetauftritt (www.dziewuchyberlin) und unseren Facebook-Seiten veröffentlicht. Rechtsgrundlage für die Verarbeitung der Foto- und Videodaten von Ihnen ist Art. 6 Abs. 1 (f) DS-GVO, da ein berechtigtes Interesse daran besteht, die Öffentlichkeit über die Aktivitäten des Dziewuchy Berlin zu informieren und unsere Gruppenaktivitäten zu dokumentieren. Empfänger dieser Daten sind somit intern die mit Öffentlichkeitsarbeit betrauten Mitglieder*innen unserer Gruppe und extern die regionale Presse sowie Redaktionen und Redaktionssysteme von Printmedien, Onlinemedien und international operierende Social Media-Anbieter. Datenschutzrechtlich Verantwortlicher ist die Gruppe Dziewuchy Berlin.

Ein Projekt von:
Dziewuchy Berlin www.dziewuchyberlin.org;
Polkopedia www.polkopedia.org;
Ambasada Polek e.V.i.G.
In Kooperation mit: Regenbogenfabrik; Polonijna Rada Kobiet+
**************
Gefördert durch:
Senatsverwaltung für Kultur und Europa / https://www.berlin.de/sen/kultur/

#IrenaBobowska #DziewuchyBerlin #niewiederkrieg 
#Poznań #Berlin #Lenzen #historiakobiet #miejscapamięci 
#polnischesdenkmal #polkiwberlinie #Polkopedia 
#VergesseneHeldin #ZapomnianaBohaterka
#Herstoria #polnischdeutscheschwesternschaft 
#polskoniemieckesiostrzeństwo 
#feminizmponadgranicami #Ojczyzna #Heimat 
#Krieg #Wojna #Pomnik #ZaNaszaiWaszaWolnosc 
#poznanianka 

Z wolnej stopy 63

Dawno nie widziany! Witamy serdecznie.

Zbigniew Milewicz

Wyższe sfery

The king is dead, long live the king… skanduje świat przed brytyjskim tronem, ale Karol III już zbiera baty. Media, zwłaszcza społecznościowe, zauważają każdą jego niezręczność, wpadkę, nietakt. Przypominają, że już w roli księcia dał się poznać światu, jako ekscentryk, próbujący wpływać na decyzje rządu, albo publicznie głoszący dyskusyjne poglądy, jako bohater różnych skandali, typ nadmiernie emocjonalny, który żył jednocześnie w cieniu swojej matki.

„ To zupełnie inny król. Inna postać, niż jego matka. Elżbieta mimo swej niezwykłej pozycji była osobą bardzo skromną. Było to widać zarówno w codziennym życiu, jak i w jej sposobie odnoszenia się do służby, osób z którymi pracowała. Karol miał zawsze inne podejście do życia. Jest oderwany od rzeczywistości.”

Autorka cytowanej wypowiedzi, Wioletta Wilk-Turska, ekspertka do spraw monarchii brytyjskiej, której treść przytaczam za Gazetą.pl, podkreśla, że monarchini rozumiała potrzeby służby. Wiedziała, że jest im ciężko. Wiedziała, że nie mają życia osobistego, bo często muszą z nią podróżować i przebywać przez okrągłą dobę. Pamiętała trudne czasy, w których się wychowała, więc była ludzka. Na wiele rzeczy przymykała oko. Z kolei Karol został wychowany, jako następca tronu, jako najlepsza partia do wzięcia. To przewróciło mu w głowie.

„Wydawał skrupulatne wytyczne dotyczące swojej codzienności. – czytam w dalszym ciągu tekstu. – Na przykład do tego, jak ma mu zostać nałożona pasta do zębów, jaka temperatura do kąpieli jest najlepsza, a jak powinien zostać ułożony ręcznik kąpielowy.“ To wszystko powoduje, że część brytyjskiej opinii publicznej jest niechętna nowemu władcy. Tak jak zmarła Królowa Elżbieta II żegnana jest na Wyspach z powszechnym respektem i autentyczną, ogromną sympatią, tak Karol III budzi przeciwne reakcje. Nie mówię, że powszechnie, ale są one zbyt głośne, by je bagatelizować. O zmarłej królowej wspomina się, że może i bywała surowa, formalna i nieokazująca emocji, ale za to sprawiedliwa i niezmienna w swoich postawach. Nie komentując różnych rodzinnych wybryków, zawsze gotowa była wesprzeć delikwenta i naprowadzić na dobre tory – zauważa korespondentka Gazety.pl w Londynie, Ola Długołęcka. Karol III w często powtarzanej, obiegowej opinii to natomiast gbur i ważniak. „Ma mechaniczne odpowiedzi na wszystko, jakby wyuczone na pamięć i napisane przez doradców.” To tylko jeden z głosów z londyńskiej ulicy, który przytaczam za korespondentką. Niechęć do nowego monarchy nie bierze się wyłącznie z jego dziwactw i odmiennego, w porównaniu z matką, charakteru. Powodem są również, albo zwłaszcza, kontrowersyjne decyzje, które podejmuje.

The Guardian pisze, że już kilkadziesiąt osób z Clarence House, królewskiej rezydencji w Londynie, otrzymało informacje o zwolnieniu z pracy. W gronie zwolnionych są prywatni sekretarze, członkowie biura finansowego, zespół ds. komunikacji i pracownicy domu. Jest to tym smutniejsze, że wymówienie przekazano im w czasie, gdy w katedrze św. Idziego w Edynburgu odbywało się nabożeństwo dziękczynne za królową.

„Karol potrafi być kapryśny. Próbuje już pierwsze rzeczy poprzestawiać po swojemu. Podejmuje działania szybko, bo czuje, że on teraz rządzi i czekał na ten moment bardzo długo. Mógł jednak poczekać ze zmianami przynajmniej do pogrzebu swojej matki“ – stwierdza W. Wilk-Turska. Jej opinia nie jest odosobniona. Przeciwko Karolowi III demonstruje londyńska ulica, wśród protestujących dochodzi do aresztowań. W ubiegłym tygodniu w okolicach Parliament Square grożono zatrzymaniem brytyjskiemu adwokatowi, który… trzymał w ręku pustą kartkę papieru. Podszedł do niego oficer policji, poprosił o dane personalne i poinformował, że jeżeli napisze na kartce „Nie mój król“, to zostanie zaaresztowany na mocy ustawy o porządku publicznym, bo kogoś mógłby obrazić. Pojawia się zatem pytanie, czy wolność słowa na Wyspach Brytyjskich jest faktycznie respektowana. Wszyscy wiedzą, jak się ona miewa w Rosji i na Białorusi, ale że w demokratycznej Anglii też można wylądować w pudle za „mówię, co myślę“, to dla mnie ciekawostka.

„Jak wielu, byłem zszokowany arbitralnym aresztowaniem protestujących, sugerujących, że król Karol III nie został wybrany przez nich na głowę państwa. Popierasz monarchię, czy nie, kwestia wolności słowa ma fundamentalne znaczenie“ – napisał na Twitterze brytyjski ekonomista, prof. Richard Murphy.

Wioletta Wilk-Turska uważa mimo wszystko, że pierwsze emocje narodu, jeżeli chodzi o nowego monarchę, są pozytywne. Oddał hołd matce, zapowiedział, że będzie podążał jej drogą. Zobaczymy, jak będzie to wyglądało w praktyce – konkluduje, dodając, że czas pokaże także, czy społeczeństwo pozwoli mu zapomnieć o grzechach przeszłości.

Sceptyczny co do Karola III jest natomiast mój śląski sąsiad Jurek, emerytowany kierowca monachijskich autobusów i największy osiedlowy ekspert w dziedzinie polityki: Łon mo tela lot co jo i powinien dać ta korona swojymu Wilusiowi, a som różaniec rzykać za to, co nagrzyszył.

Jurek mu zwyczajnie zazdrości – kontruje żartobliwie Marta, jego żona.

Zwolennikom i przeciwnikom nowego, brytyjskiego monarchy dedykuję na zakończenie Opowieść o złym lordzie Gburze, według A. A. Milne’a z Księgi Nonsensu, której dawno tu nie cytowałem, gdyż bohater tej historii też należy do brytyjskiego establishmentu. Rozdział, z którego pochodzi wiersz, nosi tytuł Wyższe sfery, ale poza tym wszelkie podobieństwo lorda Gbura do Karola III może być tylko przypadkowe.

Opowieść o złym lordzie Gburze

Lord Gbur miał toporzystko
Długości metra blisko
I wielu miał poddanych,
A bić potrafił też.
We czwartki i w soboty
Najwięcej miał roboty,
Po wszystkich chatach łaził
I ryczał niby zwierz:

“Lordowska Mość – to ja!
Kto nie zna mnie ten kiep!
Haha, haha, haha!
A teraz macie w łeb!”

Miał buty ten Gbur nasz srogi
Po dziadku – i ostrogi,
Kłuć nimi zwykł przechodniów
I śmiał się, wielce rad.
W niedziele i we środy
Nad brzegiem stawał wody
I ryczał aż z radości,
Gdy ktoś do wody wpadł.

“Lordowska Mość – to ja!
Jam Gbur – hehe! hehe!
Kto jeszcze – ha! ha! ha!
Wykąpać się dziś chce?”

Lecz raz przy piątku rano
Buciory mu zabrano.
Chce topór wyjąć z szafy –
Topora także brak.
Do swoich pędzi włości,
Lecz tutaj z Jegomności
Kto żyw pokpiwa sobie
I ludzie mówią tak:

“Lordowska Mość – to on?
Czy aby to ten sam?
Popatrzmy z wszystkich stron!
Ach! Jakże miło nam!”

Nie pomógł wygląd srogi,
Złapali go za nogi,
Wrzucili do sadzawki
I po łbie dali mu.
Gdy oblepiony błotem
Wyłaził z wody potem,
Pękało wprost ze śmiechu
Poddanych jego stu:

“Dość głupią minę ma
Lordowska Mość – no nie?
Haha! haha! haha!
Hehe! hehe! hehe!”

Gdy chyłkiem po kryjomu
Gbur wśliznął się do domu,
Gdy się osuszył troszkę
I przemył na łbie guz,
Wyrzucił stare zbroje,
Ubrania wyjął swoje
I rzekł: “Dość tej zabawy,
Nie będę Lordem już.

Prastary Gburów klan
Niech na mnie skończy się.
Ja się nazywać PAN
CAŁKIEM ZWYCZAJNY chcę!”

Projekt Irena Bobowska. Poświęcenie.

Konrad Kozaczek

Logika poświęcenia. Manifest Bobowskiej.

Konrad Kozaczek jest studentem filozofii. Ma 22 lata – tyle, co Irena Bobowska w dniu, gdy została stracona. Napisał tekst o poświęceniu.

Po co nam Bobowska? Czy nadal możemy się od niej czegoś nauczyć? Imponuje nam swoją odwagą, ale może świat się zmienił? Być może dzisiejsze problemy są inne, więc wymagają odmiennych metod? Być może to my się zmieniliśmy i nie mamy już odwagi, by postępować tak jak ona? Być może nawet już w jej czasach takie poświęcenia były chybione? Może trzeba było współpracować z okupantem, ale tylko na niby? Sabotować? Umierając, tracimy przecież wszelką możliwość dalszego wpływu na rzeczywistość. A więc po co nam dzisiaj Bobowska?

Poświęcenie takie jak Bobowskiej może się nam dziś wydawać czymś odległym, dziwnym, i niezrozumiałym. Tymczasem jestem przekonany, że Bobowska wciąż jest nam bliska, a jej poświęcenie nie jest czymś odległym, dziwnym, niezrozumiałym, tylko czymś, co każdy z nas tak czy inaczej robi – również codziennie, również obecnie.

Większości ludzi wspólne jest to, że przejmują się losem innych. Człowiek to istota przejmująca się. Ponieważ przejmujemy się, czujemy się zobligowani, żeby coś zrobić – tym samym zajmujemy się etyką. Jeżeli przejmujemy się, to etyka i jej zagadnienia również powinny nas obchodzić. Etyka może nam pomóc przejmować się lepiej, może nam pomóc przekuć to „przejmowanie się” w coś produktywnego.

Czym jest więc etyka i jaka jest jej esencja? Tu właśnie łączymy się z Bobowską, ponieważ esencją etyki jest właśnie poświęcenie. Przez poświęcenie mam na myśli wszystko, na czym my sami nie zyskujemy. Wszystko, co robimy kosztem swojego dobrostanu na rzecz dobrostanu kogoś innego. Dlaczego poświęcenie jest esencją etyki? Ponieważ bez poświęcenia etyka przestałaby istnieć. Etyka istnieje, ponieważ istnieje rozdźwięk między tym co dobre dla mnie, a tym co dobre dla innych. Gdyby udało się pozbyć tego rozdźwięku – to znaczy gdyby to, co dobre dla mnie, zawsze było również dobre dla innych – to w takim świecie etyka nie byłaby potrzebna. Byłby to rodzaj nieba – świata naturalnie dobrego, świata, w którym dobro i natura, dobro i nawyk są tym samym. My jednak nie żyjemy w takim świecie. Żyjemy w świecie, w którym rzeczy dobre i przyjemne dla nas, nie zawsze są dobre i przyjemne dla innych i vice versa.

Mamy więc problem – problem zwany etyką. Jakie jest rozwiązanie tego problemu? Jest nim właśnie poświęcenie – a konkretnie takie poświęcenie, które zbliża nas do świata, gdzie każdemu będzie dobrze. Być może nigdy nie osiągniemy tego świata, ale ponieważ jesteśmy istotami przejmującymi się, chcemy się chociaż do niego zbliżać i każdy krok naprzód jest dla nas wartościowy. Problem etyki polega na tym, że żeby osiągnąć ten lepszy świat, czasami trzeba pogorszyć swój własny, indywidualny świat, swoje własne życie, czyli poświęcić się. Niektóre poświęcenia są większe (na przykład takie jak to Bobowskiej), inne mniejsze – poświęcenia dnia codziennego. Wszystkie je natomiast łączy wspólny mianownik: wynikają z przejmowania się i związanej z tym chęci niesienia pomocy.

Etyka pozostaje nierozwiązanym problemem, ponieważ poświęcenia są trudne. Mamy dostęp tylko do naszych własnych odczuć. Nawet empatia, której tyle zawdzięczamy, bywa zawodna. W przypadku niektórych rodzajów poświęcenia nie tylko my tracimy, ale także nie wiemy, czy inni zyskają. Weźmy na przykład głosowanie w wyborach. Zwykle nie myślimy o tym jak o poświęceniu, ale w istocie może to być rodzaj niewielkiego poświęcenia. Być może nie mamy czasu żeby pójść zagłosować, nie mówiąc już o czasie potrzebnym na zapoznanie się z ofertą programową różnych partii. Być może w dniu wyborów czujemy się nienajlepiej, jesteśmy zmęczeni, niewyspani, jest upał, są korki na drogach i kolejki przy urnach. Ale, pomimo tych bolączek, decydujemy się na pójście na wybory – dokonujemy poświęcenia. Pokonaliśmy pierwszą trudność związaną z poświęceniem – zgodziliśmy się na osobistą stratę. Uznaliśmy, że warto dokonać wysiłku dla wyższego celu.

Ale czy na pewno warto? Jakie jest prawdopodobieństwo, że właśnie nasz głos zaważy o wyniku wyborów? W drugiej turze ostatnich wyborów prezydenckich w Polsce zwycięski kandydat zgromadził 51% głosów wyborców – zaledwie dwa procent więcej niż kontrkandydat. Te niewielkie dwa procent to jednak aż 400 000 głosów. Gdyby jedna dodatkowa osoba postanowiła zagłosować na kontrkandydata, szansa, że jej głos zmieniłby wynik, byłaby bliska zeru. Czy w takim razie warto odmawiać sobie przyjemnego popołudnia z Netflixem? Czy warto odmawiać sobie relaksu na rzecz poświęcenia, które niemal na pewno nic nie zmieni? Nie są to błahe pytania. Problem ten doczekał się nawet swojej nazwy: “paradoks głosowania”.

Moim zdaniem poświęcenie w tym przypadku nadal ma sens. Wiemy przecież, że gdyby wszyscy dokonali takiej kalkulacji zysków i strat, a następnie stwierdzili, że ich pójście na wybory nic nie zmieni, skumulowany efekt tych decyzji miałby już całkiem realny wpływ na wynik wyborów. Jednocześnie wiemy, że każda z pojedynczych decyzji prawdopodobnie nic nie zmieni. Myślę, że jest to przykład paradoksu par excellence. I wbrew nazwie nie dotyczy on wyłącznie głosowania. Pojawia się wszędzie i jest jedną z dwóch głównych przeszkód, powstrzymujących nas przed poświęceniem (wraz z wspomnianą wcześniej kwestią, że my sami musimy ponieść stratę).

Co ważne, paradoks ten wyjaśnia po części, dlaczego tak niewielu Niemców sprzeciwiało się Hitlerowi, i dlaczego dzisiaj tak niewielu Rosjan sprzeciwia się Putinowi. Z jednej strony taki sprzeciw naraża na wiele osobistych problemów – łącznie z torturami i śmiercią. Z drugiej strony w wielu przypadkach nie wiadomo, czy poświęcenie takie rzeczywiście coś zdziała. Urzędnika, protestującego przeciwko niesprawiedliwościom, można zwolnić i zastąpić inną osobą. System poradzi sobie z pojedynczymi buntownikami. Nierzadko dopiero gdy bunt się poszerza, dokonują się faktyczne zmiany, tak jak w przypadku głosowania. Natomiast, tak jak i w przypadku głosowania, wielkie ruchy wymagają poświęceń wielu poszczególnych osób. Każda osoba musi podjąć ryzyko, że nie tylko osobiście na tym straci, ale że jej poświęcenie może okazać się niepotrzebne.

Sposobem na wygranie z paradoksem głosowania jest skupienie się na właściwych czynach, zamiast prób kalkulacji tego, co się najbardziej opłaci. Nie kalkulujmy – działajmy!

Jest to również sposób na to, jak przemóc się do poświęceń. Bobowska zapisując się do ruchu oporu nie kalkulowała, czy sama na tym zyska ani czy jej poświęcenie na pewno przyniesie pożądany skutek. Skupiła się na tym, żeby dobrze wykonać swoje zadanie. Nie każdy z nas musi być Bobowską – nie każdego z nas stać na poświęcenie tak wielkie, jak poświęcenie własnego życia. Ale każdy, kto się przejmuje, na co dzień staje przed różnymi decyzjami, w których z jednej strony możemy wybrać to, co przyjemne i pewne, z drugiej zaś mamy coś mniej przyjemnego, coś czego efekty są mniej gwarantowane, ale co przemawia do nas jako właściwe, jako to, co należałoby zrobić – to, co podpowiada nam nasze „przejmowanie się”. Stojąc przed tymi wyborami, nie różnimy się wcale tak bardzo od Bobowskiej. Jej poświęcenie było innej skali, lecz tego samego typu.

Jej działanie wynikało ze zrozumienia, że właśnie dzięki poświęceniom świat staje się lepszy. I tak jak Bobowska decydowała się poświęcać, tak i my będziemy – bo należymy do ludzi, którzy się przejmują, i rozumieją, że logiczną konsekwencją przejmowania się jest poświęcenie.


Niemiecka wersja tekstu, przetłumaczona przez Dorotę Cygan, została we fragmentach przeczytana przez tłumaczkę 13 września 2022 roku w ramach projektu Irena Bobowska, zapomniana bohaterka pod pomnikiem Walczących o Naszą i Waszą Wolność w Berlinie-Friedrichshain.

Foto: Ela Kargol

Don Kichot i fejki

Ewa Maria Slaska

Tytuł wpisu nawiązuje do tytułu książki Marii Kuncewiczowej Don Kichot i niańki, o której pisałam TU.

Ilustracji a przeto i inspiracji do tego wpisu dostarczył Arkadiusz Łuba. Dziękuję.


O ile ten po prawej (rysunek Moebiusa; zob. TU) to zaiste Don Kichot, taki któremu znudziło się donkichotowanie i donkiszoteria i który, po prawdzie tak samo jak Jezus i Syzyf (o których pisałam TU), postanowił wszystko olać, odpocząć i odciąć się od obowiązków, o tyle ten po lewej, dzieło podpisane MAJA (tak – ten Maja, inspirator mnie z góry uprzedził, że to mężczyzna), to jednak zapewne wcale nie Don Kichot, tylko jeżdżąca na ośle imitacja. Czyli fejk.

Tych pseudo Don Kichotów jest u Maja więcej, w samym wydawnictwie Austeria – dwóch. Zdobią okładki książek profesora Adama Wodnickiego. Ale, choć myślałam, że tak właśnie jest – nie przedstawiają samego profesora. Profesor, Adam Wodnicki, tłumacz literatury francuskiej i profesor ASP (Wydział Form Przemysłowych) w Krakowie, był nie dość, że mężczyzną gładko wygolonym, to jeszcze konkretnie spoglądającym na obserwatora (proszę kliknąć w linka). Tymczasem ta postać na ośle jest roztargnionym profesorem z anegdot o profesorach, skrzyżowaniem wyimaginowanego pana Ambrożego Kleksa i jego owianego legendą warszawską pierwowzoru – Franca Fiszera (też proszę kliknąć w linka). Ale Daniel Maja portretuje też pana, który jednak być może jest profesorem-autorem (po prawej):

Daniel Maja, autor tych profesorów, jest francuskim rysownikiem, autorem komiksów i rysunków satyrycznych. Od roku 2008 prawie codziennie publikuje na swoim blogu La Vie Brève jeden rysunek. Czuję tu pokrewną duszę, w końcu ja też od grudnia 2012 roku publikuję na tym blogu co noc nowy wpis. Jednak na blogu Maji niestety nie ma jednego rysunku dziennie; np. ostatni jest z lutego 2022. Maja ma dość liczne związki z Polską. Był (a może jest nadal) żonaty z polską artystką Ewą i pośród niezliczonych książek, jakie ilustrował, nie ma wprawdzie Don Kichota, ale jest na przykład Porwanie Baltazara Gąbki.

Ilustrował mnóstwo książek współczesnych, ale też Biblię, mitologię grecką i wielu filozofów. Filozofia jest, jego zdaniem, bardzo ważna.

W jednym z wywiadów (z 2008 roku) odpowiada na pytanie, dlaczego?

Mam duży szacunek dla umysłów filozoficznych, mówi Maja, dla tej potrzeby jasności, dla posuwania rzeczy do granic możliwości, dla zbliżania się do światła i czasem gubienia się w nim, dla prób dawania świadectwa temu, co się dostrzegło, w języku, który nie jest słyszalny. To wymaga odwagi i uporu. Wady filozofów są wadami wszystkich: próżność, przekonanie, że ma się zawsze rację, autyzm, miażdżenie przeciwnika i wszystkie te wspaniałe grzechy, które są tak przyjemne. Inną bardzo zabawną (ale i fascynującą) dziedziną jest filozofia uprawiana przez szaleńców, obsesjonatów, poszukiwaczy Jedynej Przyczyny, gnostyków, okultystów, heretyków, utopistów, guru, iluminatów, często niebezpiecznych sekciarzy. Antidotum na szaleństwo są Arystofanes, Rabelais, Montaigne, Voltaire, Sterne, Cervantes, Woody Allen…


I jeszcze jeden Don Kichot – w książce wydanej przez Lidię Głuchowską i nieżyjącego już Vojtecha Lachodę. Książka jest uczona, ma więc uczony tytuł:

Nationalism and Cosmopolitanism in Avant-Garde and Modernism. The Impact of World War I

Książka się niedawno ukazała i ma tę nieznośną cechę wszystkich ważnych książek wydawanych w ciągu ostatnich dziesięciu lat – jest okropnie gruba i ciężka. Nie sposób jej położyć na biurku i zerkać, na pewno nie da się jej wziąć do łóżka, nawet usiąść na fotelu się z nią nie da. Musi płasko leżeć na stole. A tymczasem na stronie 460 zaczyna się rozdział zatytułowany Don Quixote in the Trenches. Don Kichot w okopach. Narodziny hiszpańskiej poezji awangardowej pomiędzy cywilizacją a barbarzyństwem.
Don Kichot w okopach. Autor: Emilio Quintana Pareja. Autor przypomina, że obchody trzechsetnej rocznicy śmierci Cervantesa miały miejsce w roku 1916, czyli podczas Wielkiej Wojny. Nie tylko żołnierze, również poeci umierali w okopach i to w ich obronie pojawił się po latach zapomnienia smutny, szalony rycerz w misce balwierskiej na głowie. Jeździł konno i w hełmie z przyłbicą, choć wiadomo, koń nie chronił przed czołgami, przyłbica – przed gazem bojowym. Był anachroniczny. Dobrze nadawał się do roli symbolu zmagań człowieczeństwa z potęgą zbrojną. Najmniejszy z żołnierzy frontowych. Najważniejszy. Wyidealizowany. Bohater najważniejszego poematu modernistycznego w kulturze hiszpańskojęzycznej.
El Soldado desconocido (Nieznany żołnierz) Salomona de la Selva, wydany dokładnie sto lat temu, w roku 1922.


I nie łudźmy się, czy jesteśmy starzy czy młodzi, czy jesteśmy żołnierzami czy żołnierkami wszelkiej płci i niepłci, czy jesteśmy sławne czy niesławne, każda wojna, gdy już przetrawi człowieka, sprawia, że stajemy się la soldada desconocida.

Wojenne rekreacje Mikołajka 1

Tibor Jagielski (René Niegościnny)

Odcinek 1: Jak wybuchła wojna.

Bardzośmy się wszyscy cieszyli, bo nareszcie spadł śnieg, a i mróz trzymał tak, że woźny przyrzekł zrobić ślizgawkę. Maskencjusz, który ma bogatego tatę, zaczął już paradować. W żółtym kasku z napisem SVERIGE i bardzo byliśmy wszyscy zazdrośni, kiedy chwalił się, że ma w domu, najprawdziwszy i zagraniczny kij hokejowy, a jemu można wierzyć.

Alcest oświadczył, że w tym roku stać na bramce nie będzie. Choćbyśmy mu przyrzekli wszystkie czekoladki świata. Na dodatek Rufin, nasz najlepszy napastnik był chory na świnkę. Kłopotów co niemiara. Kiedy wróciłem do domu, mama zapytała, czy wytarłem nogi. I co w szkole, odparłem, że wszystko w porządku, bo nie chciałem jej martwic widmem Maskencjusza w żółtym kasku z napisem SVERIGE, mającego dwie lewe nogi. I grającego na prawym skrzydle. Dorośli też mają swoje kłopoty.

Mama powiedziała, że zaraz siadamy do obiadu, gdyż tata wróci późno, bo po pracy ma jeszcze zebranie „Solidarności”. Oboje wiedzieliśmy, że to zły znak. Nastąpią niechybne przepytywania z biologii albo z matmy i narzekania, że zupa znowu przesolona. Tak było już od jesieni, bo przedtem tata wracał z zebrań wesoły jak skowronek, nawet z kwiatami dla mamy i gumą do żucia dla mnie. A czasami zabierał nas nawet na wieczorny spacer nad rzekę.

Potem zadzwonił Alcest i powiedział, że w ostateczności zgadza się na kilogram mieszanki wedlowskiej, a jak nie, to będziemy musieli postawić na bramce którąś z dziewczyn. Bardzo się zdenerwowałem.

Tato wrócił rzeczywiście bardzo późno i zamknął się z mamą w kuchni, a ja siedziałem przed telewizorem, bardzo zdziwiony tym, że nie wysłano mnie spać. W telewizji leciał właśnie jeden z filmów bułgarskich, które, nie wiem dlaczego, tak nie podobają się dorosłym. Uśmiałem się, bo jeden aktor, biorąc jakąś panią za rękę, robił takie miny jak Zenobiusz wywołany do tablicy. Niestety zabawa nie trwała długo, bo rodzice zgasili „to straszne pudło“ i kazali mi iść do łazienki.

Leżąc już w łóżku usłyszałem jeszcze słowa taty, że „jak ci w Gdańsku dzisiaj czegoś stanowczego nie uradzą, to…“

Zasnąłem. W środku nocy obudziło nas wszystkich natarczywe pukanie do drzwi. Tato narzucił szlafrok, wcisnął między zęby wygasłą fajkę i udał się do przedpokoju. Zapytał głośno – Kto tam? – Swój – usłyszeliśmy cichą odpowiedź. – Jaki swój?! – sapnął zirytowany tato, otwierając w międzyczasie drzwi. Do środka wtoczyła się ośnieżona, futrzana kula, która po pewnym czasie okazała się być Panem Ignacym, mieszkającym parę ulic dalej znajomym taty. – Aresztują – powiedział pan Ignacy, zrzucając futro. – Co?! Jak?! – krzyknęli chórem moi rodzice. – Ciii…cho – przyłożył palec do ust pan Ignacy – Aresztują, zamykają, wszystkich wyciąga z domów ubecja, istna noc świętego Bartłomieja, Sodoma i Gomora! Uciekłem ledwo co…- wskazał na swoje stojące na klatce schodowej zaśnieżone traktory. Ojciec zatrzasnął drzwi, a matka poszła do kuchni robić herbatę. Na kanapie  w pokoju gościnnym rozsiadł się, ubrany w strój harcerski i z finką u boku, pan Ignacy i zaczął opowiadać, że jego znajomych zaaresztowano przed godziną, a on sam, powiadomiony przez życzliwych, w ostatniej chwili rzucił się do ucieczki.

– Hmm… – mruknął tato, nalewając do kieliszka, który postawił przed uciekinierem na stole, wiśniową nalewkę, zrobioną przez babcię i, chociaż milczał, to ja dobrze wiedziałem, co ma na myśli – że choćby zamknęli pół miasta, to i tak między zatrzymanymi nie znalazłby się pan Ignacy.

Mama przyniosła herbatę i powiedziała, że telefon nie działa. Wobec tego wlaczylismy radio, ale leciała na wszystkich programach tylko muzyka. Na okrągło same marsze i marsze, aż tata stwierdził, że mu kiszki grać zaczynają. Po pewnym czasie usłyszeliśmy głos spikera, który powiedział, że jest wojna i że niczego nie wolno teraz  robić. Nawet chyba grać w hokeja.

Chciałem zapytać rodziców, ale mieli takie zmartwione miny, iż postanowiłem się nie odzywać. Pan Ignacy wypił herbatę z nalewką i powiedział, że czas mu w dalszą drogę, bo tu zaczyna się robić niebezpiecznie.
– Gdzie? Tutaj?! – spytała odrobinę nieprzytomnie mama.
– No u was – ruszył po swoje futro pan Ignacy – jestem tu  prawie godzinę i prawdopodobnie zdążyli już zrobić na mnie namiar i mogą się pojawić lada chwila.
– Tak, tak – przytaknął skwapliwie tato i z oddechem ulgi wypuscił go za drzwi.
– Co teraz będzie? – zapytała mama, gdy zostaliśmy sami. Tato wzruszył bezradnie ramionami.
Ja też mógłbym zadać to samo pytanie, w związku z naszym poniedziałkowym meczem z piątą C.

Projekt Irena Bobowska. Zniewolenie / Unterdrückung

3. UNTERDRÜCKUNG / Diskussion / Performance / Ausstellung / Konzert

KulturKirche Nikodemus
Nansenstr. 12
Berlin Neukölln

15.09.2022 18:00

Anna Krenz

Fehlende Hälfte der Geschichte. Irena Bobowska
, die vergessene Heldin.

DISKUSSIONEN / PERFORMANCE / AUSSTELLUNG / KONZERTE

4 Orte / 4 Termine / 4 Themen / 8 Gedichte

Die Veranstaltungsreihe „Fehlende Hälfte der Geschichte“ ist ein Versuch, die polnisch-deutsche Geschichte zu vervollständigen, indem es an Frauen erinnert – vergessene Heldinnen, die aus den Seiten der Geschichte gelöscht wurden, polnische Frauen, die vor 100 Jahre gemeinsam mit Frauen in Deutschland um ihre Rechte gekämpft haben, die später die Opfer des Krieges waren, aber auch für die Freiheit gekämpft haben. Wir erinnern an die Polinnen in Berlin, die von dem Verbrecher-Regime verfolgt, gefoltert, umgebracht und danach noch in die Vergessenheit gebannt wurden. Vor dem Hintergrund des Krieges in der Ukraine hat die Geschichte eine völlig neue Dimension, die sehr relevant und aktuell ist.

Brakująca część historii. Irena Bobowska, zapomniana bohaterka.

DYSKUSJE / PERFORMANCE / WYSTAWA / KONCERTY

4 Miejsca / 4 Terminy / 4 Tematy / 8 Wierszy

Projekt “Brakująca część historii” jest próbą uzupełnienia polsko-niemieckiej historii poprzez przypomnienie kobiet – zapomnianych bohaterek wymazanych z kart historii, Polek, które 100 lat temu walczyły o swoje prawa razem z kobietami w Niemczech, które później stały się ofiarami wojny, ale również walczyły o wolność. Przypominamy o polskich kobietach w Berlinie, które były prześladowane, torturowane i zabijane przez zbrodniczy reżim, a następnie wymazane z kart historii. W kontekście wojny na Ukrainie temat ten zyskuje zupełnie nowy i aktualny wymiar.


Unterdrückung

Räume der Gewalt, Räume der Unterdrückung und Räume der Freiheit: Bei der Unterdrückung geht es nicht nur um Gefängnisse, Mauern und Gitter. Die Unterdrückung findet in vielen Bereichen statt – kulturell, sozial, politisch, religiös. Was unterdrückt uns, Frauen, heute? Und wie gehen wir damit um?

15. September 2022 (Donnerstag),  18.00 Uhr | Kulturkirche Nikodemus, Nansenstraße 12, 12047 Berlin  (Neukölln)

Mehr: www.dziewuchyberlin.org/15-9-2022-unterdruckung/

Performance: Karen Kandzia

Karen Kandzia: Performance Alles wird gut / Denkmal des polnische Soldaten und deutschen Antifaschisten, Volkspark Friedriechshain, 13.09.2022. Foto: Ela Kargol

Diskussion mit:
Marta Ansilewska-Lehnstaedt / Historikerin, Gedenkstätte Deutscher Widerstand 
www.gdw-berlin.de
Zofia Nierodzińska 
/Kuratorin, Künstlerin, Autorin, Aktivistin. Stellvertretende Direktorin der Galerie Arsenal in Poznań znierodzinska.com
Marina Wesner 
/Architektin, Architekturhistorikerin, Autorin  www.marinawesner.de

Begleitende Ausstellung: “Frauengefängnis Barnimstraße“ von Marina Wesner

Konzert: Helmut Mittermaier | www.guruclub.de/mittermaier/
Musiker und Komponist. Studierte an der UdK Berlin Experimentelle Klanggestaltung. Kompositionen für Konzert, Theater, Radio und Film. Radioautor Hörspiel und Feature (SWR, Deutschlandfunk Kultur).


Ein Projekt von:
Dziewuchy Berlin www.dziewuchyberlin.org;
Polkopedia www.polkopedia.org;
Ambasada Polek e.V.i.G.

Konzeption und Durchführung:
Anna Krenz (Dziewuchy Berlin); Ewa Maria Slaska (ewamaria.blog)
Team: Miłosława Ryżczak, Karen Kandzia, Elżbieta Kargol, Jemek Jemowit
Texte: Anna Krenz, Ewa Maria Slaska
Grafik: Anna Krenz
Übersetzungen: Ewa Maria Slaska, Elżbieta Jagiełło, Dorota Cygan
Fotos: Maciej Soja (Soja Photography / facebook.com/SojaPhotography)
Video: Jasha Seibel

Projektwebsite: www.dziewuchyberlin.org/bobowska/
instagram.com/bobowska_berlin/

PRESSEBILDER:
https://www.dziewuchyberlin.org/media-pack/


Kontakt:
bobowskaberlin@gmail.com

Kooperation: