Wiersze z brodą i bez (1)

Tibor Jagielski

Ernst Jandl (1925 – 2000)
 
 
meldunek
 
teraz przyniosłem jedzenie
dla nas wszystkich
 
a kim są ci wszyscy?
 
to ja
 
 
Rose Ausländer (1901 –1988)
 
 
Zaproszenie
 
Na stole 
jabłka i wino
kwiaty kruche kolory
 
Zapraszam Ciebie
 
Mieszkam w domu
pod numerem zero
 
Zapach namalowal Monet
jabłka dojrzaly u Cezanne’a
wino przybyło pocztą butelkową
 
Powtarzam
zapraszam Ciebie
serdecznie
 
 
Rolf Haufs (1935 –2013)
 
O zachodzie słońca 
odchodzi ostatni prom,
chcemy na drugi brzeg.
 
 
 
Boris Vian  (1920 – 1959)
 
na zielonej trawce raz, dwa, trzy,
pasły się pratchawce raz, dwa, trzy...
 
a to była pierwsza zwrotka,
teraz będzie druga zwrotka
 
na zielonej trawce raz, dwa, trzy,
pasły się pratchawce raz, dwa, trzy...
 
a to była druga zwrotka,
teraz będzie trzecia zwrotka
 
na zielonej trawce...
 
 
 
Tibor Jagielski (1959 – 2042)
 
 
ikona
 
50 lat temu
już się nie obudziła
nasza ikona z celuloidu
i w technikolorze
ale jej cuda
przetrwają
 
5.08.2012
Roger McGough (ur. 1937)

Wegetarianie

Wegetarianie to okrutni i bezmyślni ludzie.
Każdy wie, że marchewka krzyczy na tarce,
że rozrywana palcami brzoskwinia krwawi.
Wierzysz, że pomarańcza nie czuje 
kciuków, które się w niej zanurzają?
że pomidory rozlewają swe mózgi bezboleśnie?
A kartofle, żywcem obierane ze skóry i gotowane, 
te homary podziemnego królestwa?
Nie opowiadaj, że nie boli,
gdy odrywa się groch od strączka,
obłupia brukselkę,
szatkuje kapustę i ćwiartuje cebulę.

Odrzuć chochlę.
Odstaw motykę.
Nie koś,
wyzwól moje plemię!

Listopad wspomnień / November der Erinnerungen

SprachCafé Polnisch e.V. – Polska Kafejka Językowa

PL

Piątek, 18 listopada 2022 o godz. 19.00

Listopad wspomnień

W tym szczególnym miesiącu – listopadzie mamy czas na refleksję i zadumę, to czas na odświeżenie pamięci o bliskich, znajomych i nieznajomych, których nie ma wśród nas. Zapalając znicze zastanawiamy się nad ulotnością ludzkiego życia, które – jak mówi Seneka -” jest tylko podróżą do śmierci…” Od tej gorzkiej prawdy nikt z nas nie ucieknie.

Pamięć o zmarłych jest pełna milczenia i wspomnień. Dla nas Polaków na emigracji czas szczególnej refleksji i pamięci tych, którzy odeszli od nas na zawsze. Byliśmy z nimi, niektórzy zaprzyjaźnieni pozostawiając po sobie trwały ślad w pamięci. Liczne zdjęcia utrwalone w albumie Stefana Dybowskiego zaświadczają o ich współistnieniu. Co roku odwiedzamy groby naszych bliskich, znajomych, także znanych Polaków i tych pochowanych w zbiorowych mogiłach. Miesiąc listopad przybliża pamięć o nich, myślimy, piszemy, wspominamy i choć nie każdy tworzy wielkie dzieła, to każdy tworzy historię.

Człowiek żyje tak długo, jak długo żyje pamięć o NIM, dlatego chcemy wspólnie odświeżyć pamięć o nich podczas spotkania w Sprachcafé Polnisch na które serdecznie zapraszamy.

Przynieście ze sobą zdjęcia tych, którzy odeszli i świeczki.

Zapraszamy!

DE

Freitag, 18. November 2022 um 19 Uhr

November der Erinnerungen

In diesem besonderen Monat – November – nehmen wir uns öfter Zeit zum Nachdenken und zur Besinnung. Es ist Zeit, um die Erinnerung an geliebte Menschen, Freunde und Fremde, die nicht unter uns sind, wieder lebendig zu machen. Wenn wir die Kerzen anzünden, denken wir über die Vergänglichkeit des menschlichen Lebens nach, das, wie Seneca sagt, “nur eine Reise in den Tod ist…” Dieser bitteren Wahrheit kann keiner von uns entkommen.

Das Gedenken an die Toten ist von Stille und Erinnerung geprägt. Für uns Exilpolen ist es eine Zeit des besonderen Nachdenkens und des Gedenkens an diejenigen, die für immer von uns gegangen sind. Wir waren mit ihnen zusammen, sie waren Freunde, sie haben eine bleibende Spur in unserer Erinnerung hinterlassen. Zahlreiche Fotos, die in Stefan Dybowskis Album aufgenommen wurden, zeigen schon diejenigen, die gegangen sind.. Jedes Jahr besuchen wir die Gräber unserer Verwandten, Freunde, aber auch berühmter Polen und Gräber deren, die in Massengräbern bestat wurden. Der Monat November bringt uns die Erinnerung an sie näher, wir denken, schreiben, erinnern uns, und obwohl nicht jeder große Werke schafft, schafft jeder Geschichte.

Ein Mensch lebt so lange, wie sein Gedächtnis lebt. Deshalb wollen wir gemeinsam das Gedächtnis auffrischen bei einem Treffen im SprachCafé Polnisch, zu dem wir Sie herzlich einladen.

Bringt Fotos von euren Verstorbenen und Kerzen mit.

Seid dabei!

Don Kichot w Berlinie (SI)

Ewa Maria Slaska

Wszystko co wiem o sztucznej inteligencji (SI) i co tu piszę, wiem od Konrada, ale wszystkie błędy i przeinaczenia w tym wpisie są tylko i wyłącznie moje. To nie jest tekst informacyjny, to takie sobie dywagacje.

Najpierw, kilka tygodni temu, gdy Hiszpania była głównym gościem tegorocznych Targów Książki we Frankfurcie, Christine Ziegler przysłała mi artykuł z berlińskiej gazety codziennej Tagesspiegel. Traktował o współczesnej literaturze Hiszpanii, a zilustrowany był miedziorytem, przedstawiającym Don Kichota i Sancho Pansę dyskutujących o sensie walki z wiatrakami. Nie mieli oni z tematem i tekstem artykułu nic wspólnego. Tekst był od Sasa, a ilustracja od Lasa. Nie została podpisana, nie wiadomo kto jest jej autorem, a zaczerpnięta została ze zbioru fotografii i reprodukcji. Wyglądało to tak, jakby tę stronę w gazecie ułożyła wyszukiwarka. System wybrał z tekstu dwa najważniejsze wyrazy – literatura i Hiszpania – i dokonał wyboru. Wybór był zaś oczywisty. Literatura i Hiszpania dają Don Kichota z Sancho Pansą.

Przypomniało mi to dawny żart z PRL o początkach polskiej komputeryzacji. Tak na marginesie przypomnę, choć nie ma to w tej historyjce żadnego znaczenia, że były to czasy, gdy komputery zajmowały wielkie budynki. Biuro polityczne wzywa informatyka i każe mu ułożyć jadłospis dla żołnierza – pożywny i tani. Specjalista stawia komputerowi zadanie, ten liczy i bach bach, otrzymujemy wynik: żołnierz powinien zjadać 200 kilo ziemniaków tygodniowo.

Skłania mnie to do rozmyślań o tym, jak funkcjonuje stopniowe wchodzenie do naszego życia sztucznej inteligencji. Zasadniczo, wbrew pozorom, mamy z nią jeszcze stosunkowo rzadko do czynienia. Systemy, które się teraz pojawiają i zatruwają nam życie, gdy próbujemy zatelefonować do banku lub umówić wizytę u lekarza, nie są w ogóle sztuczną inteligencją, są nieudolną cyfryzacją tego, co wciąż jeszcze człowiek robi znacznie lepiej niż automaty. Automat nic nie umie, oprócz tego, co mu zapisano, niczego się nie uczy i o niczym nie decyduje. Facebook, który jak dotąd wciąż jeszcze nie wpadł na to, że mój syn jest moim synem, lub systemy, które podsuwają mi reklamy łóżek, gdy już dawno kupiłam i łóżko, i materac, też nie operują żadną sztuczną inteligencją, a co co najwyżej lepiej lub gorzej funkcjonującymi algorytmami. Te jednak są już w stanie dokonać wyboru.

No cóż, wybór często taki właśnie. Don Kichot i Sancho Pansa mają zjeść 200 kilo ziemniaków, albo pojawią się jako ilustracja w artykule, w którym nawet aluzyjnie i metaforycznie nikt się do nich nie odwołuje.

Gdy tak rozmyślałam sobie o sensie i bezsensie tej ilustracji i o tym, że podpis gwarantuje prawa licencyjne owego zbioru zdjęć, nie troszczy się natomiast o autora, bo cóż on jest wart, skoro działał w XIX wieku i już dawno umarł, Konrad powiedział mi, że uzyskał dostęp do świetnego portalu DALL-E, na którym sztuczna inteligencja na podstawie podanych haseł w kilka sekund tworzy obrazy.

Hasła dla poniższych obrazów wybrał Konrad, a brzmiały one najpierw “Don Quixote in Berlin”:

Potem zaś: “real-life Don Quixote at Tempelhoferfeld”:

Tu natomiast dodane zostało jeszcze hasło: “impresjonizm”, choć powiedziałabym, że ten obraz po lewej jest raczej ekspresjonistyczny niż impresjonistyczny, tym niemniej efekty są niebywałe.

***

Konrad wybrał też inne hasła, a wykonane przez SI obrazy wstawiłam już do różnych wpisów lub będę je z czasem wstawiała. Poszukajcie od czasu do czasu tagu “sztuczna inteligencja”.

Z wolnej stopy 71

Zbigniew Milewicz

Święto orlich piór

Przed miesiącem, we wpisie Workowanie, poruszyłem temat politycznych dysydentów, na przykładzie Mariny Owsiannikowej, rosyjskiej dziennikarki, osadzonej za antywojenne wystąpienia w domowym areszcie, z którego uciekła. Forma represji nie była zbyt surowa, jeżeli tylko przypomnimy los, który spotkał moskiewską dziennikarkę Annę Politkowską, zastrzeloną w 2006 roku, czy polityka Borysa Niemcowa, który dziewięć lat później zginął w podobny sposób, niedaleko Kremla. Obydwoje byli krytykami autorytarnych rządów Putina, dziennikarka pisała książki o krwawej wojnie w Czeczenii, polityk popierał prozachodnie władze w Kijowie, więc ich zlikwidowano. Otruty – także w 2006 roku – Aleksander Litwinienko należał do innej bajki, zginął, bo jako były oficer KGB, a później FSB, został informatorem obcego, brytyjskiego wywiadu, czyli zdradził. Te trzy śmierci miały jeden wspólny, prewencyjny mianownik: przestrogę. Aby nie iść śladem ofiar. Zastraszonym społeczeństwem łatwiej się kieruje.

Nie wszyscy jednak dają się zastraszyć, na przykład aktualny lider rosyjskiej opozycji, Aleksiej Nawalny, którego również próbowano otruć, ale przeżył. Zamach na jego życie miały zorganizować rosyjskie służby specjalne, czemu Kreml oczywiście zaprzecza. Incydent z otruciem wydarzył się podczas jego poprzedniej odsiadki, chorego udało się przewieźć na leczenie do szpitala w Niemczech, po wyzdrowieniu wrócił do Rosji i… ponownie znalazł się w więzieniu. Ponownie z oskarżenia o jakąś defraudację finansową i dodatkowo za obrazę sądu. Dostał za to 9 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Mieści się ona 250 kilometrów na wschód od Moskwy, w Mieliechowie, w obwodzie włodzimierskimi i ma opinię jednego z najbardziej przerażających miejsc w Rosji, gdzie więźniowie są torturowani i zabijani. Zgodnie z więziennym regulaminem rodzina Nawalnego będzie go mogła rzadko odwiedzać, mniej więcej raz na pół roku. Spotkania opozycjonisty z jego prawnikami będą jeszcze rzadsze. Pod koniec maja b.r. polityk usłyszał kolejne oskarżenie, dotyczące „tworzenia organizacji ekstremistycznej i podżegania do nienawiści wobec władz“. Jeżeli zostanie uznany przez sąd za winnego, to grozi mu dodatkowo 15 lat katorgi, czyli możliwa kara śmierci rozpisana na raty.

Wróciłem do wątku o rosyjskich opozycjonistach, ludziach walczących o wolność słowa, dlatego że dzisiaj, 15 listopada, przypada Międzynarodowy Dzień Uwięzionego Pisarza. Jest to święto uchwalone przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Pisarzy PEN, które ma na celu pokazanie, jak niebezpieczna bywa praca ludzi pióra, którzy piszą prawdę w każdych okolicznościach (a przynajmniej tak powinni robić – przyp. Z. M.). Za swoją niezależność często płacą oni ogromną cenę – więzieniem, utratą zdrowia, a nawet życia. Pojęcia pisanie i pióro są tutaj umowne, bo kontestuje się słowem, obrazem i dźwiękiem, więc poza dyskryminowanymi za swoje poglądy pisarzami świętują dzisiaj represjonowani dziennikarze wszystkich mediów – prasy, radia i telewizji, dokumentaliści, filmowcy i ludzie sceny. Day of the Imprisoned Writer został ustanowiony w 1981 roku i miał na celu nobilitację twórców, którzy sprzeciwiają się ograniczaniu podstawowego prawa człowieka — prawa do wolności wypowiedzi oraz do przekazywania informacji.

Każdego roku 15 listopada komitet PEN Clubu zwraca uwagę na kilku konkretnych prześladowanych lub więzionych pisarzy. Każdy z nich pochodzi z innej części świata i zmaga się z innymi trudnościami oraz okolicznościami represji. W tym (2021 – przyp. Z.M.) roku wybrani zostali Maykel Osorbo z Kuby, Selahattin Demirtaş z Turcji, Rahile Dawut z Chin, zespół dwunastu pisarzy z Erytrei i Mohammed Al-Roken ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Z okazji tego dnia inicjatorzy zachęcają społeczeństwa do podejmowania działań, np. wysyłania listów apelacyjnych. Dzień ten ma także upamiętnić wszystkich autorów zabitych od ubiegłorocznego Dnia Pisarza Uwięzionego.

Wśród najbardziej znanych z historii więźniów politycznych-pisarzy jest m.in. Niccolò Machiavelli. Autor Księcia był szanowanym dyplomatą, mieszkającym we Florencji, jednak gdy w 1512 roku rodzina Medyceuszy odzyskała władzę, został uznany za wroga stanu, oskarżony o konspirację, aresztowany i torturowany. Po uwolnieniu, skazany na wygnanie, stworzył swoje najsłynniejsze dzieło, którym inspirowali się m.in. amerykańscy prezydenci — Benjamin Franklin i Thomas Jefferson. W więzieniu 27 lat spędził za swoje poglądy także Nelson Mandela. Choć uważany jest przede wszystkim za działacza i polityka, przez całe życie, także w celi, tworzył liczne zapiski. Uzupełnione o listy, notatki i materiały z archiwum, dokumenty te zostały wydane w formie dwutomowej autobiografii — niestety nieopublikowanej jeszcze w języku polskim. Nelson Mandela niezależnie od okoliczności pozostawał wierny swoim przekonaniom i nieustannie walczył o prawa człowieka.

Problem braku czy ograniczenia wolności słowa nie jest jednak od nas tak odległy historycznie czy geograficznie. W czerwcu 2021 roku dziennikarz i blogger Roman Protasiewicz został aresztowany przez białoruskie służby bezpieczeństwa., O swoje życie musiała też drżeć nieco wcześniej białoruska pisarka, noblistka w dziedzinie literatury, autorka m.in. reportażu pt. Wojna nie ma w sobie nic z kobietySwietłana Aleksijewicz. Reportażystka była nękana telefonami, śledzona i nachodzona przez nieznane osoby w swoim domu.

PEN Club co roku publikuje tzw. PEN International Case List 2020 – dokument, który zawiera informacje o atakach, aresztowaniach, prześladowaniach pisarzy z całego świata, a także o najważniejszych wydarzeniach, które wpłynęły na wolność wypowiedzi w poszczególnych regionach. W 2020 roku na świecie zaatakowano 220 osób związanych ze słowem pisanym, a 22 pracowników mediów straciło życie na skutek wykonywania przez siebie zawodu. Pomimo pandemii, w 2020 roku było dwa więcej razy ataków niż w roku 2019.*

Cytowany wyżej materiał pozwoliłem sobie w paru miejscach uściślić, ponieważ pochodzi on z ubiegłego roku. Kiedy dowiem się, jakich twórców wybrał PEN Club dzisiaj, uzupełnię ten wpis.

*lubimyczytać.pl, 15.11.2021

Johannes Quistorp

Ela Kargol

Johannes Quistorp (1822-1899) szczecinianin

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałam nazwisko Quistorp.
Evy Quistorp z Berlina też nie znałam.
O Wieży Quistorpa w Szczecinie opowiadała adminka, o tym, że kiedyś na szpilkach, ale w błocie i słocie do jej ruin zmierzała.
Jeszcze wtedy nic o Quistorpach nie wiedziałam. A wspomnianą wieżę myliłam z wieżą Bismarcka, też w Szczecinie.
Potem nagle w mediach społecznościowych pojawił się temat cmentarza, w zasadzie miejsca po nim, przy byłym Zakładzie Opiekuńczym “Bethanien” w Szczecinie.
Zakład powstał w drugiej połowie XIX wieku i działał do II Wojny Światowej. Fundatorem zakładu był Johannes Quistorp.

Większość budynków Betanii stoi do dziś. Są objęte ochroną zabytków i nadal służą użyteczności publicznej.

Kim był Johannes Quistorp?

Był odważnym człowiekiem czynu, który wyprzedził pod niejednym względem swoją epokę, był przedsiębiorcą, fabrykantem, deweloperem, człowiekiem biznesu i sukcesu, pracodawcą, dbającym o swoich pracowników, dobroczyńcą i filantropem.
Stettin i Szczecin, oba miasta zawdzięczają mu wiele. Jego spuścizna obecna jest w mieście prawie na każdym kroku.

Zaczęłam od końca, czyli od grobów Quistorpów, grobów, których nie było, które w latach 60 ubiegłego wieku, a może jeszcze wcześniej, zniknęły z powierzchni ziemi.

Niektóre nagrobki rzeczywiście znaleziono, zakopane w ziemi, niektóre, częściowo zrekonstruowano, w tym krzyż na grobie Johannesa Quistorpa, nagrobek Martina, syna Johannesa.
Na oryginalnych krzyżach biblijne cytaty, nie zawsze łatwe do odczytania:
“Słudzy jego będą mu cześć oddawali, i będą oglądać jego oblicze, a imię jego na ich czołach.”
(Apokalipsa św. Jana)

Bardzo dobrze zachował się nagrobek pierwszej żony Johannesa, Minny Quistorp z domu Theune.

“Denkmal Pomorze”, stowarzyszenie dbające i pielęgnujące historię starego Stettina wskazało mi drogę do cmentarzyka.
Z budynku obok właśnie wyszła jego mieszkanka i już nie wiem, kto kogo zagadnął. Może ona właśnie mnie, bo stałam niezdecydowana przed zielonym skwerem, zastanawiając się, czy to tu?
“Szukam cmentarza”, powiedziałam pytająco.
“To tu, ale śladu nie ma. Byli tu tacy niedawno, coś kopali, sprawdzali, mierzyli. Wie Pani, po wojnie to wszyscy tu wszystko rozkradli, zniszczyli. Mój ojciec opowiadał mi, że on z sąsiadem kilka kamieni nagrobnych zakopali, bo tak to by wszystko rozkradli, powywozili, ale co teraz tu będzie, to nie wiem.”

Od dzisiaj wiedzą już wszyscy, no może jeszcze nie wszyscy, ale bardzo wielu.
“Denkmal Pomorze” stara się bardzo i przywraca jeśli nie świetność, to na pewno pamięć starym cmentarzom ewangelickim na Pomorzu. Dzięki staraniom stowarzyszenia i osobom zaangażowanym, przede wszystkim Dorocie Pundyk i Sabinie Wacławczyk, odnowiono grób Johannesa Quistorpa. Powróciła do jego miasta, jego i jego rodziny, pamięć o tym, kim i jacy byli Quistorpowie.

Dzisiaj nad grobem Johannesa wiele osób się wzruszyło.

Praprawnuczka Johannesa, pani Nicola Stegmann przyjechała znad Jeziora Bodeńskiego, Diakonisa Irma i pastor przyjechali z Ducherow. Do Ducherow przeniosły się po wojnie diakonisy ze szczecińskiej Betanii. Siostra Irma znała wiele szczecińskich diakonisek. Pastor Sikora ze Szczecina wygłosił modlitwę dziękczynną nad grobem Johannesa Quistorpa. Były też inne przemówienia, wieńce, kwiaty, znicze.
Na ławeczce cmentarnej, takiej samej, jak sprzed stu lub więcej lat, można było przysiąść i podumać nad biegiem czasu, historii, zapominaniu i pamięci.
Kaplica cmentarna jest własnością prywatną i nie przynależy już do cmentarza.

Sama Betania nie jest już jednością, Budynki, które razem z terenami zielonymi stanowiły całość, pozostały w większości budynkami użyteczności publicznej, lecz park wokół poprzegradzano płotami i zabudowano, a same budynki zmieniono. Straciły dużo z uroku architektonicznego, który im nadano przeszło sto lat temu.

Willa, w której mieszkał ze swoją rodziną sam Johannes, jest własnością miasta – w budynku mieści się Wojewódzka Stacja Pogotowia Ratunkowego. Nie ma już ogrodu i niektórych zabudowań, ale sama willa nie straciła zbyt dużo ze swojej świetności.
“Szczeciński Westend”, piękna dzielnica willowa, powołana do życia przez utworzoną w 1871 roku spółkę Johannesa Quistorpa, jego syna Martina, Heinricha C. Burmeistera, Augusta Horna, Ernsta Petzolda, w dalszym ciągu zachwyca zabudową.

Spacerując ulicą Wojska Polskiego, możemy podziwiać niejedną reprezentacyjną willę, prawie każda z nich wybudowana jest w innym stylu architektonicznym. Otwarta po długim remoncie, renowacji i częściowej rekonstrukcji “Willa Lentza” stała się wizytówką szczecińskiego Westendu.

Jasne Błonia, Park Kasprowicza, Las Arkoński, to tereny zielone, należące ongiś do rodziny Quistorpów. Już w XIX wieku zostały udostępnione mieszkańcom miasta. To tam, pod rozległymi platanami zakwitają wiosną tysiące krokusów, a rozłożyste stare platany dają cień spacerującym. Magnolie i krokusy są od lat wizytówką miasta.
Romantyczna kładka nad jeziorem Rusałka w dawnym Parku Quistorpa jest do dzisiaj obiektem pełnym westchnień zakochanych i fotografów.

Wieża Quistorpa wybudowana została w latach 1900–1904 na zlecenie syna Martina w Lasku Arkońskim (dawniejszym Eckerberger Wald) w hołdzie dla ojca – Johannesa. Projektantem wieży był Franz Schwechten, autor zachowanej do dziś berlińskiej Wieży Grunewaldzkiej (Grunewaldturm), upamiętniającej cesarza Wilhelma I. Z wieży Quistorpa, podobnie jak z wielu innych budowli Schwechtena, pozostały tylko ruiny, z pozoru dość romantyczne, acz okrutne w przekazie – są wszak świadectwem tragedii wojny.

W upamiętnienie 200 rocznicy urodzin Johannesa Quistorpa zaangażowanych było i nadal jest bardzo wiele osób: wspomniany już “Denkmal Pomorze”, Sabina Wacławczyk i Dorota Pundyk, realizujące projekt “2Q22 – rok upamiętnienia Johanessa Quistorpa”, Stowarzyszenie Historyczno-Eksploracyjne “Archegryf”, społeczności skupione na Facebooku na portalu “Szczecin znany i historyczny”, “Historyczny Niemierzyn/Nemitz Arkońskie”, Damian Kolassa (autor książki „Szczecińska Wieża Quistorpa. Od monumentu po ruinę”) i wielu tu niewymienionych, którzy, kierując się umiłowaniem miasta, ludzi i historii, wspierali pomysłodawców i realizatorów (a i siebie nawzajem).

Praprawnuczka Johannesa Quistorpa nauczyła się dzisiaj jednego zdania po polsku. Powiedziała głośno: “Byłam bardzo wzruszona”.

Ja też.

Miniaturki

Teresa Rudolf

***

Jesień,
dziewczyna
raz w sukni
z babiego lata,
a raz w czerwonej,
zielonej i żółtej,
raz rozhulana,
a raz płaczliwa,
szalona wariatka…

***

Jesień rudowłosa,
od fryzjera prosto,
dziś z chryzantemami
we włosach kręconych.

***

Kropla deszczu
na jej rzęsach,
splątana ze łzą,
jak warkocz…

***

Na wielkim Balu Życia,
zdziwione tańczą obok,
bez deptania sobie 
po palcach nagich stóp,
Radość i Smutek…

***

Słowo przeciw słowu,
często gra “nie fair”,
napięcie, złość,
czasem remis,
bo przegrani
oboje.

***

Ptaki krążą dziś
niespokojne takie,
wiedzą coś więcej
i boją się wyśpiewać…

…no i dobrze.

Wojenne rekreacje Mikołajka (4)

Tibor Jagielski

Jak znaleźliśmy się na ubecji.

Siedzieliśmy na lekcji historii, a pani Nadzieja, nauczycielka, opowiadała nam o ludziach jaskiniowych, o tej wspólnocie pierwotnej, w której wszystko było fajnie i dobrze. Pani powiedziała, że powinniśmy sobie brać wzór z takiej wspólnoty i że w przyszłości, jak już będzie komunizm, to my też będziemy tacy szczęśliwi.

Na to odezwał się, wstając z tylnej ławki, Alcest, że on sobie nie wyobraża, aby mógł być szczęśliwy, jedząc surowe mieso. Ale pani Nadzieja spojrzała na niego krzywo i stwierdziła, że Alcest nie pojął istoty sprawy i że w komunizmie nie chodzi o jedzenie surowego mięsa, ale o radość, że ludzie mogą się wszystkim dzielić. Nawet kruchymi ciasteczkami? zapytał Alcest. Pani nauczycielka skinęła głową. No to, wobec tego jestem, stwierdził Alcest, tym… no… antyjaskiniowcem – i usiadł.

I na dodatek uczynił to z takim impetem, że ze ściany zerwał się nagle i spadł na podłogę portret generała, który ratuje naszą ojczyznę. No i powstał jeszcze większy huk, bo rozbiła się rama i pękła szyba, a spod zdjęcia naszego wielkiego przywódcy w czarnych okularach, wypadło wiele innych portretów, ale już innych panów, głównie z wąsami, i –  co ciekawe – ani jeden z tych panów nie miał brody! Natomiast pani  Nadzieja zdążyła jeszcze krzyknąć, że to jest prowokacja i dostała palpitacji serca.

Zaraz przyjechało pogotowie i wyniosło panią od historii na noszach, a wkrótce potem przyszedł stary woźny Wycech. Pozbierał rozsypane na podłodze szkło i stwierdził, że to żadna prowokacja, tylko dawny nauczyciel od historii, który przed rokiem poszedł na emeryturę, a który miał takiego fisia misia, że nie zmieniał portretów z „duchem czasu“, tylko je po prostu jeden na drugi wkładał w tę starą ramę. Woźny podniósł starą, pożółkłą fotografię i mruknął, że po raz pierwszy w życiu mu się to zdarza, aby ktoś dostał ataku serca na widok wizerunku prezydenta Mościckiego.

Wtedy wkroczył do klasy nasz nowy dyrektor Przykuc i powiedział, aaa… wszystko jasne, znowu Mikołajek! – i uśmiechnął się straszliwie (tak jak Brunner do kapitana Klosa) do mnie i Alcesta, podczas gdy my przyglądaliśmy się zdjęciu takiego łysego pana w drucianych okularach, i krzyknął, żebyśmy natychmiast zostawili Gomółkę w spokoju i wrzasnął też na Euzebiusza, żeby przestał ciągać Bieruta po podłodze.

Wcale nam na tym Gomółce nie zależało, ale nasz były pan od wuefu tak jakoś tym zdjęciem łysego pana szarpnął, iż nam tylko połowa tego portretu w rękach pozostała. Tego już za wiele, oświadczył nowy dyrektor, najpierw zbladł, a potem się zaczerwienił i dodał, że to nam już na sucho nie ujdzie.

I rzeczywiście, ledwie zaczęła się następna lekcja, biologia z panią Pantofelek, przyszła do klasy nowa sekretarka naszego nowego dyrektora i kazał nam (mnie i Alcestowi) udać się niezwłocznie do gabinetu. Alcest sapnął, że nie bardzo mu się to podoba i schował na wszelki wypadek do tylnej kieszeni paczkę sucharów, a ja oddałem, z wielkim bólem serca, norweski korkowiec Maksencjuszowi. No i okazało się, że mieliśmy rację.

W gabinecie dyrektora Przykuca czekało na nas dwóch smutnych panów, ubranych w takie same jesionki, takie same buty i takie same szaliki. Dyrektor kręcił się wokół nich i ciągle pytał, a może kawki, albo koniaczku? Na co ci panowie tylko przecząco kręcili głowami, na których mieli takie same kapelusze.

Obaj panowie podnieśli się na nasz widok natychmiast z nowych pluszowych foteli i powiedzieli krótko – idziemy! Najpierw poszliśmy do szatni, gdzie stara pani szatniarka popłakiwała cichutko, wydając nam palta i buty, a odbierając i deponując nasze worki z kapciami. Wobec tego powiedzieliśmy, ja i Alcest, aby się nie martwiła i powiadomiła chłopaków z 5 c, że z dzisiejszego meczu w hokeja będą niestety nici.

Przed szkołą czekała na nas wielka czarna bryka o nazwie „Wołga“. Kazano nam do niej wsiąść, no i pojechaliśmy do takiego miejsca, które wszyscy nazywają ubecją.

Wiersz & Reblog na 11 listopada 2022

Anna Dobrzyńska

póki my

na skrzydłach sławy płyniemy po niebie
płócienne mundury, chodaki nosimy
nad rzeką cudem piszemy jak było
w głębokim lesie, w dole zaśniemy
w lodowych soplach ostrzymy kosy
w kolejkach piszemy swoje nazwiska
w zuchwałych miastach ciskamy granaty
nadzieję i przeszłość chowamy w walizkach

***

Aru Dziennik niecodzienny

Las Rzeczy

skarpety polskie

Kilka dni temu, w którejś ze stacji radiowych usłyszałem wyrecytowany przez Marka Kondrata wiersz Kazimierza Przerwy-Tetmajera Patryota. Wiersz znałem, ale całkiem o nim zapomniałem. Trudno uwierzyć w to, że Tetmajer opublikował go w 1898 roku, może poza językiem, każdy jego fragment odnosi się przecież do rzeczywistości A.D. 2022. Niesamowite i przerażające jest to, że w tym narodzie kompletnie nic się nie zmieniło i niestety jakoś kompletnie w to nie wierzę, żeby jakaś przemiana mogła nastąpić. Poniżej jego rockowa interpretacja, a pod nią oryginalny tekst.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

W zdro­wym cie­le zdro­wa du­sza!
Hoc! Hoc! Hop­sa! tyl­ko śmia­ło!
Jesz­cze Pol­ska nie zgi­nę­ła!
Co się sta­ło, to się sta­ło!
Jak Bóg da, to od­bie­rze­wa!
Hu­laj du­sza bez kon­tu­sza!
Kto nie z nami, to ho­ło­ta!
Huha! Vi­vat »pa­trio­ta«!

Ro­zum, wie­dza, ta­lent, pra­ca
U nas, brat­ku, nie po­pła­ca!
Po­stęp i cy­wi­li­za­cja
W kąt gdzie wcho­dzi do gry na­cja!
I »gu­anem« wnet do­sta­nie
Kto nie z nami, mo­cium pa­nie.
Bo jest jed­na tyl­ko cno­ta,
Byś był, wa­sze, »pa­trio­ta«!
Mo­żesz kpem być i cym­ba­łem,
Mo­żesz du­reń być siar­czy­sty:
By­leś z mocą i za­pa­łem
Kraj mi­ło­wał ma­cie­rzy­sty!
Co się sta­ło, od­stać może!
Jed­no, dru­gie, trze­cie mo­rze...

Huha! Hop­sa! Każ­dą nową
Myśl wi­ta­my krzy­żem pań­skim —
Precz z ge­niu­szem Eu­ro­py
Far­ma­zoń­skim i sza­tań­skim!
My o jed­no tyl­ko szle­my
Mo­dły k’ nie­bu z na­szej cha­ty:
By nam buty mo­gły śmier­dzieć,
Jak śmier­dzia­ły przed stu laty...

Gdzieś tam ja­kiś Fran­cuz wściekł się —
Bęc! Już ster­czy na in­dek­sie!
Oj­ciec świę­ty sie­dzi w Rzy­mie,
Na ple­ba­nii ksiądz Wa­len­ty —
Wara, chłyst­ku, mi tu wno­sić
Swo­je »ludz­kie do­ku­men­ty«!
Lon­dyn, Ber­lin i War­sza­wa
Niech ci krzy­czy: sła­wa! sła­wa!
Cho­ciaż wiem, jak ci za­le­ży,
Abyś u mnie był przy­ję­ty,
Ja ci domu nie otwo­rzę,
Nie dla ta­kiej on ho­ło­ty!
U mnie w du­szy cno­ta leży —
Vi­vat skrom­ność »pa­trio­ty«!

Hoc ha! Hop­sa! Byle zdro­wo,
Zdro­wa du­sza — zdro­we cia­ło!
Nie­chaj śmier­dzi, jak śmier­dzia­ło,
Byle tyl­ko na­ro­do­wo!
Wolę pol­skie ..... w polu,
Niż fioł­ki w Ne­apo­lu!
Swoj­sko, pol­sko, po na­sze­mu,
Hoc! Hoc! Hop­sa! Tak, jak wte­dy
Gdy nas na­przód tłu­kły Szwe­dy,
Po­tem Niem­cy i Mo­ska­le —
Hoc! Hoc! Hop­sa! Do­sko­na­le!
Po swo­je­mu! Po sta­re­mu!
Le­piej do­stać w łeb w kon­tu­szu,
Niż we fra­ku na­trzeć uszu!
Nie­chaj żyje sta­ra cno­ta!
Daj nam da­lej ki­snąć Boże!
Jed­no, dru­gie, trze­cie mo­rze —
Vi­vat »pra­wy pa­trio­ta«!...

Śladami Berlińskiego Muru (kolejny odcinek)

Ela Kargol

Griebnitzsee i Steinstücken

Steinstücken to jedna z dziesięciu eksklaw Berlina Zachodniego, jedyna zamieszkała, oddalona od Berlina Zachodniego o ponad kilometr.

Powstała, gdy chłopi ze wsi Stolpe nabyli w 1787 roku kawałek ziemi poza właściwymi granicami gminy, na którym w XIX wieku powstała kolonia.

Pruskie prawo przyporządkowywało grunty poza miejscem zamieszkania do gminy, w której właściciel mieszkał na stałe, w tym wypadku była to wieś Stolpe, która w 1898 r. stała się gminą Wannsee, ta z kolei w 1920 roku została włączona do Wielkiego Berlina.

Steinstücken było więc terytorium należącym do Berlina, jednak znajdowało się poza jego obszarem.

Po II wojnie światowej Steinstücken, jako część dzielnicy Zehlendorf, weszło w skład sektora amerykańskiego, otaczający je Babelsberg stał się częścią radzieckiej strefy okupacyjnej. Granicę początkowo można było przekraczać bez dużych problemów. 18 października 1951 roku Steinstücken zostało tymczasowo zajęte przez NRD-owską Volkspolizei. Na skutek interwencji USA, NRD po czterech dniach cofnęła aneksję. Od tego czasu Steinstücken zostało odgrodzone linią posterunków, a mieszkańcy nie mogli już swobodnie przedostawać się do okolicznych dzielnic, do Babelsbergu i Poczdamu. Jedyne nadal funkcjonujące połączenie z Berlinem Zachodnim prowadziło teraz przez leśną drogę i dwa przejścia graniczne w Kohlhasenbrück.

Od czasu wybudowania muru berlińskiego w 1961roku, Steinstücken ogrodzono osobnym murem. Zwłaszcza po ucieczce na zachód ponad 20 enerdowskich pograniczników granica w tym miejscu zaczęła być szczególnie mocno chroniona.

Od postawienia muru w 1961 roku w Steinstücken stacjonowało trzech żołnierzy amerykańskich. Helikoptery zapewniały połączenie z Berlinem Zachodnim.

Dziś niewielki pomnik upamiętniający most powietrzny wykonany z dwóch łopat wirnika przypomina o skomplikowanej historii eksklawy. Lądowisko, gdzie stoi helikopter, na który można się wspiąć i fikać koziołki, jest placem zabaw, na mapie zaznaczonym jako Helikopter-Spielplatz.

Drogę prowadzącą na lądowisko nazwano Am Landeplatz.

Lądowisko wykorzystywane było do roku 1976.

Po umowie o wymianie terytorialnej z 1971 roku eksklawa została połączona z obszarem Berlina prawie kilometrowym korytarzem. 30 sierpnia 1972 r. otwarto drogę, Bernhard-Beyer-Straße, która zapewniała publiczny dostęp i połączenie z siecią transportu lokalnego Berlina Zachodniego. Do dziś nie zmienił się numer autobusu, który tu przyjeżdża.

Jeszcze przed upadkiem muru nasz sąsiad zabrał nas na wycieczkę do Steinstücken. Niewiele z tej wycieczki pamiętam, jedynie przejazd przez las, płot z obydwu stron i tory kolejowe, które przecinały Steinstücken. Most nad torami kolejowymi i niebo nad nim stały się częścią Berlina Zachodniego, natomiast przestrzeń powietrzna pod mostem wraz z ziemią pod nim pozostała przy NRD. I tak jest do dzisiaj, most należy do Berlina, a to co pod mostem do Brandenburgii. Choć dzisiaj nie ma to już żadnego znaczenia.

W tym roku przyjechałam tu rowerem z Griebnitzsee, kierując się drogą muru, wyznaczoną nie zawsze po śladach rzeczywistej granicy. Rzeczywista granica muru w tym miejscu tworzy zygzaki, zakręty i już nikt nie pamięta jak przebiegała.

Mur przedni, mur tylni, pas śmierci, to wszystko już jest historią, wcale niedaleką.

Griebnitzsee, jezioro na granicy Berlina i Poczdamu. Statek wycieczkowy przepełniony, jakby miałby to być ostatni ciepły dzień tej jesieni, kajaki, deski i inne łódki na jeziorze. Podczas podziału Berlina granica między NRD a Berlinem Zachodnim, a więc praktycznie część muru berlińskiego, leżała na środku jeziora. Stela z nazwiskami upamiętnia trzy osoby, Willego Marzahna, Petera Böhme i Jörgena Schmidtchen (pierwszy strażnik graniczny, który zginął przy ochronie muru). Warto wspomnieć o czwartej ofierze, o Günterze Wiedenhöft, który utonął w grudniu 1962 roku w jeziorze podczas próby ucieczki.

W „Chronik der Mauer” czytamy:

Mieszkańcy zachodniej części Berlina – Steinstücken i Kohlhasenbrück – zostali zaskoczeni hałasem strzałów z broni palnej we wczesnych godzinach porannych, jeden pocisk wbił się w otwarte skrzydło okna sąsiedniego budynku mieszkalnego. “Ratunku, zaraz mnie zabijecie” – usłyszał świadek krzyk z pasa śmierci pomiędzy seriami oddawanych strzałów. Krzyż pamiątkowy z napisem “Willi Marzahn – zastrzelony 19 marca 1966 roku podczas ucieczki” upamiętnił później zabitego uciekiniera w berlińskiej dzielnicy Zehlendorf. – W oświadczeniu batalionu strzeleckiego z 13 kwietnia 1966 roku czytamy: “Marzahn otrzymał sprawiedliwą karę, zapłacił za swoją zbrodnię życiem.”

Nad samym jeziorem autentyczna część muru przedniego pomalowana od strony wody szarą farbą, od strony lądu naturalnie szara jak beton. Lekko pochylona w stronę jeziora. W murze wetknięte szare jak beton róże jakby na przeprosiny za to, co było, za te 28 lat, za setki niepotrzebnych śmierci.

Kawałek dalej japońskie wiśnie, które stały się też symbolem muru, ale tego, który 9 listopada 1989 przestał istnieć.

Na wiosnę znowu zakwitną.

Z wolnej stopy 70

Zbigniew Milewicz

Dzieje kłamstwa II

Kiedy człowiek zaczyna wprowadzać w błąd? Precyzyjne określenie tego pozostawiam specjalistom, ale wcześnie. Każdy rodzic wie, że kilkumiesięczne dziecko często drze się w niebogłosy, tylko dlatego że się nudzi i kiedy bliska osoba dotrzyma mu towarzystwa, to się zaraz uspokoi. Dziecko szybko uczy się, że jego rozpacz przywołuje opiekunów i jeżeli ten nawyk się utrwali, to może się przenieść później do dorosłego życia. Trudno będzie jednak nazwać wyjące maleństwo niemoralnym i uznać, że oszukuje, bo nic go nie boli, jest syte i suche. Kłamie, aby milej spędzić czas, albo – językiem naukowym – zoptymalizować warunki przetrwania.

Tomasz Witkowski, autor Psychologii kłamstwa, uważa, że w świetle zgromadzonych faktów możemy uznać to zjawisko za zwykłą umiejętność i trudno byłoby nadać jej wymiar moralny. A jednak oburzamy się – pisze – wewętrznie na samo słowo „kłamstwo”, bronimy się przed podejrzeniami o kłamstwo, myślimy źle o kimś, o kim wiemy, że kłamie. Próbując wyjaśnić, dlaczego kłamstwo ma taką fatalną kondycję w naszej współczesnej kulturze, wraca do postaci Odyseusza, którego starożytni Grecy kochali za przebiegłość.

Najważniejszy podstęp Odyseusza – koń trojański (naczynie gliniane, VII w.p.n.e.)

Według Sofoklesa na pytanie, czy kłamstwo jest godne pogardy, odpowiedział: “Nie, jeżeli kłamstwo może nas ocalić“. Był to V wiek p.n.e., a więc o ile pojawiały się wątpliwości co do istoty kłamstwa, były one bardzo słabe i łatwo można było kłamstwo uzasadnić. Pamiętajmy również, że bliskość kłamstwa i bardzo wysoko cenionej umiejętności tworzenia fikcji, opowiadania pięknych, choć zmyślonych, historii zabarwiała cieplejszymi odcieniami wszelkie oceny kłamstwa i doprowadziła do stworzenia i rozkwitu m.in. pięknej sztuki retoryki. Jak drastycznie ocena kłamstwa i jego uzasadnień uległy transformacji, świadczyć najlepiej może fakt, że Dante umieścił Odyseusza w ósmym rozdziale w ósmym kręgu piekła! A przecież już w Księdze Rodzaju Abraham dopuszcza się ewidentnego oszustwa, polegającego na tym, że swoją żonę podaje za siostrę i nie wzbrania się oddać jej na dwór faraona. Ale Abraham był wybranym przez Pana, więc karę za ten postępek ponosi ofiara oszustwa! Gniew Boga spada na faraona. Czyż takie „ załatwienie” sprawy oszustwa Abrahama nie legitymizowało kłamstwa?

Dobre, retoryczne pytanie. Oszustwo to było środkiem do realizacji celu, czyli zniszczenia złego faraona, ale jego autorem był sam Bóg. Arystoteles w swoim dziele Etyka nikomachejska umieszczał jeszcze kłamstwo pośrodku, między dobrem a złem, ale filozof i teolog Augustyn Aureliusz potraktował je już jako bezwarunkowe zło. To był przełom IV i V wieku n.e. i chodziło o dwa jego dzieła: De mendacio i Contra mendacium, czyli O kłamstwie i Przeciw kłamstwu, które wpłynęły na nowożytny sposób jego rozumienia. Głoszą one, że fałsz, nieprawda odwodzi człowieka od poznania Boga i już samo to jest wystarczającym powodem, dla którego zasługuje na miano zła. Czczony w kościele katolickim, prawosławnym i luterańskim jako święty Augustyn, autor wymienionych rozpraw oddzielił kłamstwo od pojęcia trafności i na zawsze powiązał je z zamiarem wprowadzenia w bład. Z zamiarem najczęściej motywowanym, nierzadko zbrodniczo, z czym oszust stara się nie zdradzić przed otoczeniem.

Ojciec kościoła dopuszczał wprawdzie stosowanie fałszu w żartach, kiedy wiadomo, że zamierza się odbiorcę wprowadzić w błąd, m.in. w treściach komedii, ale już wszelkie inne kłamstwa, łącznie z tak zwanym kłamstwem służebnym (popełnianym w interesie zachowania wiary), uważał za zło. Jego zakazy – pisze T. Witkowski – były bezwarunkowe i zbudowane w oparciu o autorytet Biblii, chociaż czasami dość mozolnie, bowiem ta święta księga zawiera aż nazbyt wiele opisów oszustw i podstępów pozostawionych bez komentarza i, co najważniejsze, bez kary bożej. Augustyn uczynił szatana ojcem kłamstwa, bowiem wszystko, co zwodnicze, pozorne, urojone jest domeną diabła. Zdolność do rozmijania się z prawdą jest przyrodzoną ułomnością człowieka, świadectwem upadku w grzech.

Ta podjęta walka z kłamstwem spełniała także konkretne, polityczne cele. W czasach współczesnych Augustynowi chrześcijaństwo działało jeszcze w pewnym ukryciu, czesto nielegalnie. Przetrwanie tych gmin zależało nierzadko właśnie od… różnych konfabulacji. Głośne wyznawanie prawd wiary miało być więc sposobem na wyprowadzenie pierwszych chrześcijan na światło dzienne i na umocnienie wiary. Wtedy, niestety, przybywało męczenników, nowych świętych. Jawne głoszenie chrześcijańskich prawd narażało bowiem na prześladowania, a ofiary te umacniały wiarę. Miały one również znaczenie w posłudze misyjnej, bo jeżeli ktoś był gotów oddać życie za swoją prawdę, to pewnie była ona tego warta i godna poznania.

Autor książki zastanawia się, czy przypadkiem Augustyn Aureliusz nie był pierwszym, nieświadomym odkrywcą dysonansu poznawczego – niezwykle silnego mechanizmu psychologicznego, który został opisany przez Leona Festingera w 1956 roku*. A jeśli nawet odmówimy mu miana odkrywcy, był z pewnością praktykiem, który na taką skalę mechanizm ów wykorzystał.

Chyba od tego czasu zaczyna się era totalnego zakłamania w sprawach kamstwa. O ile głoszenie prawdy i męczeństwo w jej obronie mogą być godne podziwu, o tyle trudno odnaleźć niezwykle cienką granicę, gdzie kończy się męczeństwo, a zaczyna walka o prawdę z innymi. Ta granica jest bowiem granicą zła. W tym miejscu kłamstwo przestaje być złem, a złem zaczyna być prawda. Oczywiście o tym Augustyn już nie pomyślał, nie pomyśleli twórcy Inkwizycji, nie zawracali sobie tym głowy fundamentaliści wszelkiej maści, Hitler, Stalin i wielu, wielu innych dyktatorów moralnych, dla których ich prawda i walka o nią była podstawą działania.

Skupiłem się zaledwie na streszczeniu części pierwszego rozdziału tej książki, jakże aktualnej we współczesnych czasach powszechnej dezinformacji. Nie ruszyłem choćby pojęcia kłamstwa koniecznego, tego, dlaczego kłamiemy i jakimi metodami, kto to robi najczęściej i najlepiej, jak rozpoznawać oszustów i dawać im odpór, co to jest wariograf i jak go oszukać? oraz wielu innych spraw, którymi zajmuje się ta dziedzina psychologii. W ogóle nie wspomniałem o bogatym doświadczeniu i repertuarze środków masowego przekazu tudzież polityków w biciu propagandowej piany, ale o tym wszystkim możecie Państwo poczytać we wspomnianej książce, jeżeli uda się Wam ją zdobyć, na przykład przez internet.

Na zakończenie, żeby diabła trochę odczarować, zacytuję trafną myśl XVIII-wiecznego francuskiego pisarza i filozofa: Kłamstwo jest grzechem, jeżeli wyrządza zło, jest wielką cnotą, jeżeli czyni dobro. Voltaire, który to powiedział, dodał z troską: Bądźcie więc bardziej cnotliwi niż kiedykolwiek.

* When prophecy fails. University of Minnesota Press, Minneapolis 1956.