Dorota Seydenmann z domu Berlinerblau

Tomasz Prot

Dalszy ciąg opowieści o rodzinie Berlinerblau

dorotasedenmann-berlinerblauSiostrą Anieli, drugą córką Józefa Berlinerblau’a była Dorota, (w domu mówiono o niej Dosia), urodzona 1 sierpnia 1898 roku. Po matce, która uzyskała dyplom warszawskiej Szkoły Rysunku, odziedziczyła talent i po ukończeni w Warszawie na pensji 6 klas, studiowała w Krakowie na Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem Wojciecha Weissa, Józefa Pankiewicza i Felicjana Szczęsnego Kowarskiego. Po studiach w 1925 roku przeniosła się do Paryża, przystując do Komitetu Paryskiego tj. do grupy polskich malarzy działających w stolicy Francji pod patronatem Józefa Pankiewicza i ówczesnego rektora ASP w Krakowie A. Szyszko-Bohusza. W skład Komitetu Paryskiego wchodzili między innymi Jan Cybis i jego żona Hanna Rudzka-Cybisowa. Nazwa ugrupowania – kapiści – pochodzi od liter KP, które oznaczały Komitet Paryski czyli Komitet Paryskiej pomocy dla wyjeżdżających studentów
na studia malarskie do Francji
.

Kapiści byli grupą artystyczną, malującą zgodnie zasadami pointylizmu, polegającym na kładzeniu obok siebie podobnych w formie, jednakowej wielkości małych plamek czystego koloru, dzięki czemu powierzchnia obrazu stwarza wrażenie barwnej wibracji. Jest to metoda charakterystyczna dla twórczości neoimpresjonistów, a wywodząca się z francuskiego impresjonizmu. Kapiści organizowali wspólne wystawy, pierwsza odbyła się w 1930 roku w Paryżu, następna w galerii Moos w Genewie. Powrót kapistów do kraju nastąpił w 1931 roku, wtedy grupa „KP” miała wystawę w Polskim Klubie Artystycznym w Warszawie, następna wystawa tej grupy była zorganizowana w 1934 roku w Warszawie w Instytucie Propagandy Sztuki, a ostatnia w Salonie 35 w Poznaniu.

Dorota Berlinerblau poślubiła Mieczysława Seydenmanna i stąd, w pracach naukowych pojawia się często jako polska malarka Dorota Seydenmann. W czasie II Wojny Światowej Hanna Rudzka-Cybis, która pomagała prześladowanym Żydom, ukrywała Dorotę, która dzięki temu nie poszła do getta. Na skutek denuncjacji, Dorota Seydenmann nie chcąc ryzykować życia Rudzkiej-Cybis, wyjechała do kuzynki do Rabki, tam jednak została wydana i mimo dobrych dokumentów, osadzona w więzieniu w Nowym Sączu. Została zgładzona koło Nowego Roku. Miejsce jej grobu nie jest znane.

Na aukcjach jej obrazy pojawiają się niezwykle rzadko i są przez znawców bardzo cenione.

Dorota-seydenmann-zabudowania-wiejskie-1932

Alma (6)

Lech Milewski

Pieśń Almy

Wygląda na to, że Alma wzięła swój los we własne ręce. Teraz inni będą tańczyć tak jak ona zagra. Jako podkład muzyczny proponuję zatem pięć pieśni jej autorstwa…


Z książki Almy:
Pod koniec roku 1914 moja znajoma wspomniała, że pewien młody architekt, niejaki Walter Gropius, osiągnął ogromny sukces na wystawie Deutscher Werkbund. Walter Gropius… moja krótka, poważna przyjaźń z Tobelbad rozpłynęła się gdzieś w mgle czasu, ale nigdy nie wątpiłam w jego talent. Napisałam list z gratulacjami… Otrzymałam odpowiedź, że porucznik Gropius, z takiego to regimentu, przebywa w szpitalu lecząc kontuzje, których doznał podczas działań wojennych” – bibliografia (2).

Niejaki Walter Gropius? Według Francois Giroud – bibliografia (1) – Alma nigdy nie straciła kontaktu z Gropiusem. Dowodem są jej listy, które Gropius skrupulatnie przechowywał. Alma przeprowadziła drastyczną cenzurę swojego archiwum korespondencji, ale nie przewidziała, że Walter zachował nie tylko otrzymane od niej listy, ale również kopie swoich listów do niej.

Przenieśmy się na chwilę na solidniejszy grunt oficjalnych faktów.

W 1914 roku Deutscher Werkbund – stowarzyszenie artystów, architektów, projektantów – zorganizowało w Kolonii, przy wydatnej pomocy wiceburmistrza miasta Konrada Adenauera, pierwszą swoją wystawę – KLIK. Architekci Walter Gropius i Adolf Meyer zaprezentowali tam swoją modelową fabrykę.

Czytając powyższą informację przetarłem oczy ze zdumienia – Konrad Adenauer?!
Konrad Adenauer – ten sam, którym często nas straszył towarzysz Wiesław Gomułka?
Ten sam.
Dopiero ten fakt uświadomił mi, jak bliskie czasowo są opisywane tu historie.

Walter odpowiedział na list z gratulacjami chyba dość chłodno, gdyż Alma skomentowała to tak:
Luty 1914: “Czuję, że mnie nie kocha. Będę musiała zrobić wiele, żeby znowu zaistnieć w jego oczach. Ten Niemiec nie będzie tak niewierny jak Oskar Kokoschka (…). Nie powinno zająć mi zbyt długo żeby go znowu zdobyć.”

“Pojechałam do Berlina z bewstydnym zamiarem odzyskania tego syna muz z wyższych sfer. Spędziliśmy dni na bolesnych pytaniach i noce na płaczliwych odpowiedziach. Walter Gropius nie może przejść do porządku nad moim związkem z Oskarem Kokoschką.”

Tak minęło kilka dni. Pożegnalny wieczór spędzili w restauracji. Stamtąd pojechali na stację kolejową odprowadzić Waltera, który wyjeżdżał odwiedzić matkę w Hanowerze. Przy pożegnaniu Walter trzymał Almę tak mocno w uścisku, że musiała wskoczyć do pociągu. “…bez koszuli nocnej, bez neseseru. Stałam się jego łupem. I podobało mi się to.”

Po kilku dniach spotkali się znowu. Gropius wyglądał bardzo dobrze w oficerskim mundurze.
Nagle zaczął się zachowywać, jakby był moim mężem – robił wszystko żeby mnie poślubić, a ja dostaję dreszczy na myśl, że to może się rzeczywiście zdarzyć.”

Walter Gropius in his sergeant uniform in World War I.jpgZa kilka dni Walter pojechał na front. W liście napomknął o zazdrości, jaką nadal budzi w nim jej związek z Kokoschką. Komentarz Almy:
“Oskar miał prawo być nietaktowny, ale nie ten człowiek, ten tak zwyczajny człowiek.”

Walter Gropius – tak zwyczajny człowiek?

19 sierpnia 1915 roku Alma zapisała w swoim pamiętniku:
“18 sierpnia wzięłam ślub z Walterem Gropiusem. Nic nie odwiedzie mnie z mojego kursu. Moja wola jest jasna – nie pragnę niczego tylko uczynić tego człowieka szczęśliwym. Niech Bóg ochrania moją miłość.”

Urlop z okazji ślubu trwał tylko kilka dni. Walter musiał przy okazji uzupełnić swoje wyposażenie. “Było duszno, wyszłam na zewnątrz. I wtedy przytrafiło się, że zauważyłam ulicznego handlarza książkami. Kupiłam magazyn literacki a ten otworzył się na poemacie Franza Werfla – Der Erkennende.”

Ten przypadek jest na tyle istotny, że przytoczę wiersz w całości:

Ten, co rozpoznał

Ludzie nas kochają, nieszczęśliwi
Wstają od stołu, by płakać przez nas.
A my wciąż siedzimy pochyleni nad obrusem,
Tak, jesteśmy chłodni, możemy ich zanegować.

Odrzucamy to, co nas kocha
Nawet zimno nas nie zmiękczy ni o jotę.
To, co kochamy wyzwoli się od słów i miejsc,
utwardzi się i nigdy już nie będzie nasze

A słowo, najważniejsze, znaczy – samotnie
płoniemy ku sobie w bezsile.
Wiem jedno – nic nigdy nie będzie moje.
A com posiadł jedynie, to tego rozpoznanie.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

Tekst oryginału tutaj – KLIK.

Przypadek na tyle istotny, że Alma wykorzystała wiersz do jednej ze swych pieśni – proszę przestawić wideo na 9 min 6 sek.

Następne miesiące to czekanie na kolejne krótkie wizyty Waltera. Po kilku miesiącach małżeństwa Alma zaszła w ciążę – to już po raz siódmy.

Latem 1916 roku gazety podały wiadomość, że Oskar Kokoschka zginął w bitwie pod Łuckiem. Alma miała klucze do pracowni, więc pospieszyła tam i zabrała wszystkie swoje listy. Po chwili zastanowienia zabrała również kilkaset rysunków i szkiców.
Ale Oskar nie zginął. Miał płuco przebite bagnetem i postrzał głowy. Uznany za zabitego, spędził noc na polu bitwy, lecz następnego dnia został zabrany do szpitala. Po kilkunastu dniach przewieziono go do szpitala w Wiedniu. Za pośrednictwem przyjaciół dał Almie znać o swoim miejscu pobytu i poprosił o wizytę. Alma stanowczo odmówiła. Widocznie wzięła sobie do serca nietzscheańską zasadę, której nauczył ją Burckhard – jeśli ktoś potrzebuje pomocy, to znaczy, że na nią nie zasługuje.

W październiku 1916 roku urodziła się córka, której nadali imię matki Waltera – Manon.
Walter był na froncie i nie mógł odwiedzić Almy, ale kupił jej w prezencie obraz, który bardzo lubiła – Edward Munch – Nocne Słońce

Munch - The Night Sun

Spotkanie nastąpiło kilka dni później. Walter jechał lokomotywą całą dobę z frontu zachodniego. W pierwszym odruchu Alma nie pozwoliła mu zobaczyć dziecka. Dopiero po długich prośbach pozwoliła mu popatrzeć na córkę z odległości. Walter powiedział jej później, że wyglądała jak tygrysica stająca w obronie swoich dzieci, Alma tłumaczy to inaczej:
“…prawda leży głębiej. Sama nie zdawałam sobie wtedy z tego sprawy, ale to nie była kwestia higieny. Nie chciałam mu pozwolić na dostęp do dziecka gdyż instynktownie czułam, że to już zmierzch naszego związku, że nie potrafię żyć w tym małżeństwie dużo dłużej.”

Jednocześnie:
“Czy ja jestem tą samą kobietą, która chciała się wznieść z Gustawem Mahlerem? Wszystko wokół zadziwia mnie. Opiekuję się dzieckiem i nie potrafię zrozumieć tej zmysłowości, której nauczyło mnie życie.”

To jest rzeczywiście zupełnie inna Alma, ale jednak:
“Czasem mam dosyć tej prowizorycznej egzystencji i mam ochotę zrobić coś złośliwego. Och, odrobina złośłiwości. Moja miłość do Waltera ustąpiła miejsca znużeniu małżeństwem. Małżeństwo nie może funkcjonować na odległość.”

Alma prowadziła nadal ożywione życie towarzyskie. W jej salonie, dotychczas odwiedzanym głównie przez ludzi związanych z malarstwem lub muzyką, zaczęłi pojawiać się również literaci.

Franz Werfel

Pewnego dnia Franz Blei – wydawca i krytyk literacki – “…przyprowadził swojego znajomego, masywnego mężczyznę o zmysłowych wargach i pięknych niebieskich oczach pod goetheańskim czołem. To był Franz Werfel.”

Tak – autor wiersza Der Erkennende, który wpadł Almie przypadkowo w ręce tuż po ślubie.

“Mój zachwyt jego twórczością spowodował, że od razu poczuł się swojsko. Był nieprzeciętnie muzykalny, kochał muzykę Mahlera i wyznał, że chciał mnie już wcześniej poznać z tego powodu. Miał piękny głos i był nadzwyczajnym mówcą, wykładowcą, gawędziarzem.”

Franz Werfel, młodszy od Almy o 11 lat, był typowym wiedeńczykiem, chociaż urodził się w Pradze, gdzie jego ojciec posiadał fabrykę rękawiczek. Nonszalancki, dogadzający sobie, spędzał czas w kawiarniach, palił za dużo, za bardzo lubił wino, kochał kobiety i wszelkie przyjemności życia.
Powołany do wojska, podczas pierwszego urlopu doznał kontuzji, za co został postawiony przed sądem wojennym. Dzięki wstawiennictwu wpływowego admiratora został oczyszczony z zarzutów i przeniesiony na najlepsze możliwe stanowisko – oficer prasowy z siedzibą w Wiedniu.

Wkrótce stał się stałym gościem w domu Almy.

Któregoś dnia w listopadzie (1917), gdy Gropius był na przepustce w domu, odbyło się urocze spotkanie towarzyskie. Przybyli Blei i Werfel – grali, śpiewali. Wieczorem nadeszła burza, goście nie mogli powrócić do domu, impreza przeciągnęła się do późnej nocy…
“…staliśmy się nagle tak intymnie połączeni; to było duchowo-muzyczne cudzołóstwo na oczach wszystkich. Franz Werfel jest cudownym skarbem. Gdy w końcu udałam się z mężem do sypialni miałam bardzo dziwne uczucia.

Dwa miesiące później:
Jestem szalona… Werfel też. Gdybym była 20 lat młodsza rzuciłabym wszystko, żeby iść za nim. A tak muszę pozostać z płaczącym sercem, gdy on zajmuje się swoją karierą wybrańca bogów.”

Alma odwiedzała Franza codziennie w jego apartamencie w hotelu Bristol. Kochali się, po czym Alma pilnowała, żeby wziął się do pracy i spędził nad nią przyzwoitą ilość czasu.
W ramach swych obowiązków wojskowych Franz został wysłany z misją do Szwajcarii. Miał tam wygłosić serię prelekcji, promujących zaangażowanie Austrii w wojnę. Franz był jednak zdecydowanym pacyfistą i dał temu wyraz w swoich prelekcjach, wywołując oburzenie lokalnych Austriaków i entuzjazm szwajcarskiej klasy robotniczej. Został w trybie pilnym odwołany do Wiednia.

Walter walczył na froncie zbyt odległym od Wiednia, żeby mógł odwiedzić Almę. Na początku 1918 roku Alma pojechała spotkać się z mężem w Berlinie. Miała mu do zakomunikowania istotną wiadomość – jest w ciąży.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK .

Ausstellung / Exhibition / Wystawa: Bruno Schulz

Lidia Głuchowska

Foto oder Grafik? »Kabinett der historischen Fototechniken« von Mariusz Kubielas bei dem Europäischen Monat der Fotografie in Berlin 2014

Der Fotozyklus „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu“ ist das Ergebnis eines 2004 initiierten Kunstexperiments, das vom literarischen und bildkünstlerischen Werk des polnisch-jüdischen Künstlers Bruno Schulz aus Drohobytsch (früher Österreich-Ungarn und Polen, heute Westukraine) inspiriert wurde. Sein Effekt bilden inszenierte und auf dem Negativ festgehaltene Szenen aus dem Grenzbereich zwischen Performance und Pantomime, die an eingefrorene Bildausschnitte aus einem Stummfilm erinnern.

Schulz 1Dieses transmediale Projekt, das auch durch Auszüge aus Schulz’s Prosa und die metaphorischen Titel der Arbeiten bereichert wird, dient der Aktivierung des internationalen und generationsübergreifenden Diskurs über das multinationale und multikonfessionelle Kulturerbes Mittelosteuropas.

Schulz 2Die größte Attraktion dieser Fotoschau ist jedoch das »Kabinett der historischen Fototechniken«, welches ca. 20 einmaliger Aufnahmen umfasst, welche Zeichen des persönlichen Stils des Künstlers tragen. Wie kaum einem zeitgenössischen Fotografen ist es Kubielas (geb. 1953) gelungen, einige um die Wende des 19. und 20. Jahrhunderts verwendete manuelle Techniken der Fotografie und deren Varianten zu rekonstruieren. Damit erreichte er Effekte von genauester Wiedergabe der Wirklichkeit sowie schärfster Licht-Schatten-Kontraste oder bis zur „impressionistischen“ Körnigkeit und edlen Matts der Bildoberfläche.

Der Realisierung des Kabinetts gingen Kubielas Studien zur Rekonstruktion archivalischer Technologien zur Schaffung von Lichtbildern voraus, die er 2004 an der Hochschule für Fotografie in Jelenia Góra/Hirschberg begann und bis heute in Zusammenarbeit mit führenden polnischen Experten, wie Cezary Chrzanowski, Roman Michalik, Janusz Sochacki und Rafał Warzecha weiterführt. Der Initiator dieser Arbeiten war Andrzej Pytliński, Patron des informellen Freundeskreises der historischen Fototechniken.

Das „Kabinett der historischen Techniken” von Mariusz Kubielas ist ein offenes Projekt: auch nach Ablauf des Europäischen Monats der Fotografie wird es fortgeführt und um weitere Varianten derselben Motive in weiteren Techniken ergänzt. In näherer Perspektive ist die Präsentation des Zyklus in Belgrad, Helsinki, Brüssel, Bratislava und Prag geplant – vorbereitet von dem Künstler in Zusammenarbeit mit der Kuratorin Dr. Lidia Głuchowska.

Ausstellung Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu

Kuratorin: Dr. Lidia Głuchowska
Vernissage: Donnerstag, 2. Oktober 2014, 19.00 Uhr
Ausstellungsdauer: 4. Oktober bis 14. November 2014

Begleitpublikation:
Lidia Głuchowska (Hg.): Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, Wrocław: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu, 2013.

Über das Projekt wurde schon auf diesem Blog berichtet
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/18/bruno-schulz-reloaded/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/22/kobieta-i-kon-rewers/

Ein Projekt im Rahmen des Europäischen Monats der Fotografie Berlin
http://www.mdf-berlin.de
und des Berliner Kunst- und Kulturfestivals Kunstkreuz: 10. bis 12. Oktober 2014
http://www.kulturring.org/kunstkreuz/

Vorbereitet vom Kultur- und Kunstzentrum OKiS in Wrocław
Mitfinanziert aus den Mitteln der Woiewodschaft Niederschlesien
http://www.okis.pl/site/zapowiedzii/n/1/n/1/951/n.html

Fotogalerie Friedrichshain, Helsingforser Platz 1, 10243 Berlin
Öffnungszeiten: Di, Mi, Fr, Sa 14 bis 18 Uhr, Do 10 bis 18 Uhr
Tel. (030) 296 16 84, Fax (030) 29 04 98 02
fotogalerie@kulturring.org • www.kulturring.org
S- und U-Bahnhof Warschauer Straße, Tram M10 und M13

Abbildungen

1. Mariusz Kubielas, Das große Glas oder Damals war die Mutter noch nicht da, jedoch…, 2010/14, 42 x 54,5 cm, 3 Paralell-Aufnahmen aus dem „Kabinett der historischen Techniken”
2. Mariusz Kubielas, Gebadet, Gummi
-4-chromatschicht, „Kabinett der historischen Techniken”, 2011/14 (Im Rahmen).
2a. Mariusz Kubielas, Gebadet, Gummi
-4-chromatschicht, „Kabinett der historischen Techniken”, 2011/14 (ohne Rahmen)

***

Photo or Graphics? “Cabinet of Historic Techniques” by Mariusz Kubielas during the European Month of Photography in Berlin 2014

Schulz2aThe photography cycle „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu“ is a result of an artistic experiment inspired by the literary and fine arts oeuvre of the Polish-Jewish artist of Drohobycz (previously Austria-Hungary and Poland, today located in Western Ukraine). Its result are scenes from the edge of performance and pantomime, recorded on the negative, which resemble the stopped frames of a silent movie.
That trans-media project also comprises fragments of Schultz’s poetry and metaphorical titles of the works. It aims at activating an international and beyond-generational discourse about a collective future, and the future of the multicultural and multi-confessional cultural heritage of Central-Eastern Europe.
The very special attraction of the show is the “Cabinet of Historic Techniques”, to which belong c. 20 versions of the unique photographs, which carry the hallmarks of inimitability as well as the artist’s style. Unlike many contemporary artists, Kubielas (1953) has managed to reconstruct numerous photographic methods from the turn of the 19th and 20th centuries, as well as their abbreviations. Using traditional manual techniques, he achieved not only a precise reflection of details of the reality or the sharp light-shadow effects but also the sophisticated mat of the picture’s surface up to its “impressionist” graininess.
The development of “Cabinet” was preceded by Kubielas’ study on the reconstruction of archival methods of creating photographs which he had started in 2004 at the Photography Professional School in Jelenia Góra and has continued up to today in cooperation with leading Polish experts, such as Cezary Chrzanowski, Roman Michalik, Janusz Sochacki and Rafał Warzecha. The initiator of these works was Andrzej Pytliński, patron of the informal Society of Historic Photographic Techniques.

“Cabinet of Historic Techniques” by Mariusz Kubielas is an open project: also continued after the end of the European Month of Photography it will be enriched by further variants of the same motifs in other techniques. In the nearest future it will be shown in Belgrade, Helsinki, Bratislava and Prague prepared by the artist in cooperation with the curator Dr. Lidia Głuchowska.

Curator: Dr. Lidia Głuchowska
Vernissage: Thursday, Oktober, 2nd, 2014, 7 pm.

4th of October until 14th of November 2014

Related publikation:

Lidia Głuchowska (ed.): Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, Wrocław: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu, 2013.

Projekt in the framework of the European Month of Photography Berlin
http://www.mdf-berlin.de
and the Berlin Art- and Culture Festival „Kunstkreuz“: 10- 12. Oct. 2014
http://www.kulturring.org/kunstkreuz/

Prepared by the Culture and Art Office OKiS in Wrocław
Supported by the of the Województwo Lower Silesia
http://www.okis.pl/site/zapowiedzii/n/1/n/1/951/n.html

Fotogalerie Friedrichshain, Helsingforser Platz 1, 10243 Berlin
Opening times: Tuesday, Wednesday, Friday, Saturday 2-6pm, Thursday 10am-6pm
Tel.
(030) 296 16 84, Fax (030) 29 04 98 02
fotogalerie@kulturring.org • www.kulturring.org
S- and U-Station Warschauer Straße, Tram M10 and M13

Images
1.
Mariusz Kubielas, The Great Glazing – The Mother Was Still not Present Then, Though 2010/14, 42 x 54,5 cm, 3 Paralell-Photographs from the “Cabinet of Historic Techniques”
2.
Mariusz Kubielas, Bathed, gum 4-chromate technique, “Cabinet of Historic Techniques”, 2009/14 (in the frame)
2a. Mariusz Kubielas, Bathed,
gum 4-chromate technique, “Cabinet of Historic Techniques”, 2011/14 (without the frame)

Reblog: Hiszpańskie dzieci

It’s About Time – hier the same in English

Kilkakrotnie już odwiedzaliśmy wspólnie ten niezwykły blog o sztuce, odkryty parę lat temu przez moją siostrę. Dziś XVI i XVII-wieczne hiszpańskie dzieci, i nie myślmy, że skoro znamy infantki w czarnych i białych sukniach oraz obraz ze służącymi, to już znamy hiszpańskie dzieci. Blog prowadzi

Zanim jednak podążymy tropem hiszpańskich obrazów wybranych przez Barbarę, spójrzmy na dwa obrazy namalowane przez Włoszkę – Sofonisbę Anguissolę.

Rok 1555. Trzy siostry Anguissola przy partyjce szachów (nota bene – obraz znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Poznaniu!) Jakie te dziewczynki są tu żywe, wesołe, przekorne i filuterne. Malarka miała zaledwie dwadzieścia kilka lat. W cztery lata później wezwano ją na dwór królewski w Toledo – została nadworną malarką Filipa II i nauczycielką jego młodziutkiej, smutnej żony Izabeli. Izabela, a właściwie Elżbeta Walezjanka, była trzecią żoną Filipa – miała 14 lat, gdy wysłano ją jako królową do Hiszpanii.

Gdy w roku 1570 Sofonisba namalowała infantki hiszpańskie, Clarę Eugenię  i Catalinę Micaelę, dziewczynki nie były ani figlarne, ani ożywione, jak siostry Anguisolla, tu już mamy rzeczywiście dzieci złapane w pułapkę. Portrety dzieci Filipa II zostały namalowane przez Alonso Sancheza Coello, malarza hiszpańskiego (1531-1588). Barbara przypisuje mu również i ten podwójny portret księżniczek hiszpańskich, o którym ja wiem, że namalowała go Sofonisba. Ale jakaż różnica między wesołymi siostrami włoskimi, a smutnymi infantkami z Hiszpanii.

Dzieci renesansowych władców – pisze Barbara – ubierano jak małych dorosłych, a ich strój świadczył o statusie majątkowym i społecznym rodziców. Portrety te powstawały być może jako informacja dla rodziców przyszłego małżonka. Był to czas, gdy małżeństwa, zwłaszcza królewskie, kojarzono gdy kandydaci do ślubu byli właściwie jeszcze dziećmi. Takie kontrakty małżeńskie miały cementować koalicje społeczne, polityczne i majątkowe obu królewskich rodów. Portret infanta zaświadczał więc o zamożności, pozycji i wysokim urodzeniu. Zwyczaj portretowania dzieci przeszedł z rodów królewskich do kręgów arystokracji i szlachty. Tu już jednak nie można było aż tak przechwalać się luksusem, w którym pławią się dzieci królewskie. W wieku od XVI do XVIII w całej niemal Europie obowiązywały surowe prawa, dozwalające poszczególnym grupom społecznym noszenie odpowiadających ich stanowi strojów i biżuterii. Bogate tkaniny, koronki i biżuteria miały być zastrzeżone dla arystokracji, były więc jeszcze jednym elementem podkreślającym zróżnicowanie społeczne. Jednak niestety, a może raczej “stety”, prawa te były nader trudne do wyegzekwowania. Miłośnicy literaury polskiej na pewno przypomną sobie, że na owe surowe prawa skarżyła się piękna pani Flora, wdowa po majstrze passamonniku, w gdańskiej powieści Deotymy “Panienka z okienka”.

Ale oczywiście drakońskie prawa nie dotyczyły królów i ich dzieci.

Ciekawy komentarz do tego wpisu znalazł się na Facebooku, tak ciekawy, że postanowiłam go tu dołączyć. Piotr Loch napisał mianowicie:

Sofonisba Anguissola ciekawie sportretowana została w książce Roberta C. Davisa i Beth Landsmith “Ludzie renesansu – Umysły, które ukształtowały erę nowożytną”. Próbują oni tłumaczyć tę dość niezwykłą umiejętność oddania emocji na twarzach portretowanych dzieci. Sofonisba, ze względu na to, że była kobietą nie mogła wynajmować obcych mężczyzn w charakterze modeli przez co nie mogła podejmować poważniejszych tematów religijnych czy historycznych. Z konieczności zajmowała się malarstwem portretowym – odpowiednim dla szanowanej arystokratki. “Początkowo oznaczało to malowanie bez końca członków własnej rodziny i samej siebie, dzięki czemu wypracowała własny styl, w którym na plan pierwszy wysuwała się charakterystyka psychologiczna postaci ukazanych z czułością i dbałością o szczegóły. Na niektórych jej rodzinnych portretach widać upodobanie do żartobliwych scen z życia codziennego, w czym o ponad pokolenie wyprzedziła twórczość holenderskich malarzy rodzajowych zwanych “bamboccianti.” Sofonisba korespondowała z Michałem Aniołem. Hołd złożył jej osobiście Peter Paul Rubens, który zajął jej miejsce nadwornego malarza na dworze Hiszpanii, a także Antoon van Dyck. Jej życie to gotowy scenariusz filmowy. Ostatni autoportret namalowała w wieku 90 lat. Malując infantki w Hiszpanii chyba poddała się sztywności etykiety. A może te hiszpańskie córy tak wcześnie weszły w swoje monarsze role – i Sofonisbie nie pozostało nic innego jak je w nich odmalować. I jeszcze jedna ciekawa (tak sądzę) informacja. Skąd to dziwne imię? “Anguissolowie, ród drobnej szlachty z położonej na północy Italii Cremony, mieli zwyczaj nazywać swych potomków na cześć starożytnych kartagińskich bohaterów. Hamilkar Anguissola, syn Hannibala, nazwał swojego syna Hazdrubalem, a córkę Sofonisbą.”

Po lewej u góry datowany na rok 1550 portret Carlosa, księcia Asturii (Don Carlos, szalony infant), dziedzica króla Filipa II. Po prawej – Rudolf II, cesarz świętego cesarstwa rzymskiego, król Czech, Węgier i Chorwacji, arcyksiążę austriacki (portret z roku 1560). Poniżej infantki Izabela oraz Izabela Clara Eugenia z małpką, córki króla Filipa II, te same, które kilka lat wcześniej sportretowała Sofonisba. Również Coello namalował podwójny portret obu dziewczynek.

 

Infanci Don Diego i Don Felipe na portrecie podwójnym, a poniżej sam infant Filip, synowie czwartej żony króla, Anny Austriaczki. Nota bene, król był wujkiem swej małżonki.

Infant Filip został rzeczywistym następcą tronu Filipa II i odziedziczył po nim największe państwo na świecie, obejmujące Hiszpanię, Austrię, Bałkany i Niederlandy, Burgundię, całe południowe Włochy, posiadłości w Nowym Świecie i Filipiny, nazwane tak zresztą na cześć jego ojca. W ciągu swego panowania postradał większą część schedy znajdującej się poza Półwyspem Iberyjskim, zdobywając za to Portugalię. Przegrał też większość wojen, z których do historii przeszła zwłaszcza wojna z Anglią (pamiętamy, oczywiście, Francis Drake, golibroda króla Hiszpanii). No ale też przyznajmy, miał z kim przegrywać – królowa Elżbieta, król francuski, Henryk IV (ten, który stwierdził, że Paryż wart jest mszy) i wreszcie Wilhelm Orański. Miał pecha, biedny Filip.

Filip ożenił się z Małgorzatą Austriaczką. Dano mu do wyboru trzy siostry. Spodobała mu się najmłodsza, jednak ojciec zadecydował, że najstarsza siostra bardziej się nadaje. Czyli wybór był taki raczej pozorny. Na szczęście, jeśli można to nazwać szczęściem, najstarsza księżniczka umarła i królowi pozwolono ożenić się z wybranką. Urodziła mu ona ośmioro dzieci. Portretowali je już jednak inni malarze. Po śmierci królowej Izabeli wyjechała z Hiszpanii Sofonisba, a Coello zmarł w roku 1588. Filip został królem w roku 1598 i rządził do roku 1621. Jego dzieci malowali Juan Pantoja de la Cruz (1553–1608) i Bartolomé González y Serrano (1564–1627).

Pokażę je następnym razem.

Alma (5)

Lech Milewski

Narzeczona wiatru

Jako akompaniament proponuję utwór napisany w czasie, gdy rozgrywała się akcja tego wpisu, będący całkowitym zaprzeczeniem muzyki Gustawa Mahlera, natomiast w swojej gwałtowności zgodny z charakterem bohatera dzisiejszego odcinka – Święto Wiosny Igora Strawińskiego…

Spełniając życzenie zmarłego męża Alma nie nosiła żałoby. Zgodnie z konwencją przez sześć miesięcy trzymała się z dala od życia towarzyskiego i kulturalnego. Koniec okresu żałoby wypadł późną jesienią, w pełni sezonu kulturalnego. 32-letnia Alma znalazła się w zupełnie nowej sytuacji. W każdym towarzystwie, na każdej imprezie, stawała się centrum zainteresowania – wdowa po słynnym kompozytorze.

Oczywiście nie zapomniała o Walterze Gropiusie. Ich spotkanie po wielu miesiącach rozłąki było pełne wspomnień i wzruszeń. Zresztą Walter był też w żałobie po niedawno zmarłym ojcu, rozumieli się więc doskonale. Snuli plany małżeńskie. I wtedy Gropius zadał o jedno pytanie za dużo – czy w czasie romansu z nim Alma miała również fizyczny kontakt z Mahlerem? Alma nie chciała, może nie potrafiła kłamać. To był cios. Gropius czuł się oszukany, zdradzony, wykpiony. Rozstali się chłodno. Po kilku dniach Alma wznowiła kontakt korespondencyjny.

W międzyczasie odbierała hołdy jako wdowa i jako kobieta. Nie minęło wiele czasu a otrzymała kilka propozycji małżeństwa. Na marginesie wspomnę, że jej sytuacja materialna była dość dobra. Dostawała cesarską rentę po mężu, miała spore oszczędności w bankach i posiadłość w Semmeringu. W swojej książce wspomniała, że w momencie ślubu z nią Mahler tonął w długach. Nie znalazłem nigdzie wzmianki czy wniosła coś w posagu. Niewątpliwie ascetyczny styl życia z Mahlerem pozwalał na zrobienie oszczędności.

Jednym z jej gorących wielbicieli był znany biolog Paul Kammerer – KLIK. Nie mógł zaproponować jej małżeństwa, bo był żonaty, ale żeby mieć stały kontakt z Almą zaproponowal jej pracę (bezpłatną) w swoim laboratorium. Alma przyjęła tę propozycję. Codzienne spotkania służbowe nie wystarczały Kammererowi; pisał do Almy długie listy, w których zwracał się do niej “moja ukochana Almo” i groził, że jeśli nie odwzajemni jego miłości, popełni samobójstwo na grobie jej męża.
Na marginesie dodam, że Kammerer był wielkim miłośnikiem muzyki Mahlera i że popełnił samobójstwo, chociaż z zupełnie innego powodu.
Mnie zainteresowało jedno zdanie z jego pamiętnika – Wiem, że każde spotkanie z Almą Mahler odświeża zapasy energii potrzebne do mojej pracy.

W styczniu 1912 roku Alma spotkała się z Gropiusem w Berlinie. Walter zaprezentował się jej jako pan domu, człowiek oddany rodzinie, czuły syn. Matka Waltera poczuła do Almy niechęć od pierwszego wejrzenia. I wzajemnie. Po wyjeździe Walter długo nie odpisywał na jej listy. Wreszcie napisał:
Nic już nie będzie tak jak przedtem. Wszystko się zmieniło od podstaw.

Wkrótce potem Alma poznała w pracowni malarskiej swojego ojczyma kogoś nowego. Według relacji Almy ubrany był w wytarty garnitur, buty miały zdarte obcasy, często wycierał usta chusteczką, na której pozostawiał ślady krwi. Miał przy sobie arkusz papieru i zaczął szkicować jej portret. Alma pozowała przez chwilę nieruchomo, wreszcie wstała, żeby przejść do fortepianu. W tym momencie młody człowiek objął ją. Alma zachowała spokój i wyzwoliła się z tych objęć.

Relacja drugiej strony jest nieco inna:
Zaprowadziła mnie do swojego pokoju, gdzie grała na fortepianie i śpiewała dla mnie Śmierć Izoldy. Gdy powiedziała, że chce, żebym ją malował w jej domu, poczułem się szczęśliwy i zmieszany. Po pierwsze, nie malowałem nigdy kobiety, która się we mnie zakochała od pierwszego wejrzenia. Po drugie byłem trochę przestraszony – jak można być szczęśłiwym, jeśli się ma zastąpić kogoś, kto niedawno umarł?

Po powrocie do domu młody człowiek napisał do Almy list, w którym nie widać zmieszania ani strachu: Jeśłi chcesz zachować respekt do mnie i być tak czysta jak byłaś wczoraj, to poświęć się dla mnie i zostań moją żoną. Będziemy to trzymać w sekrecie tak długo jak będę biedny.

Oskar Kokoschka był prawie zawsze biedny…. Ooooops, sekret się wydał.

Wysoki, ze skośnymi oczami, odstającymi uszami i czerwonymi dłońmi nie wyglądał atrakcyjnie. Jednak niefrasobliwość jego zachowania stwarzała klimat pewnej elegancji. Jego malarstwo było brutalne i gwałtowne, podobnie jak charakter.

Wojownik

Żył w biedzie i nie wahał się tego demonstrować. W Wiedeńskiej Szkole Sztuki wyjął nóż i zagroził samobójstwem, jeśli nie dostanie stypendium.
W 1909 roku odbyła się w Wiedniu duża międzynarodowa wystawa malarstwa, na której wystawiono dzieła Klimta, Gaugina, Matissa, Vlamincka, Van Gogha. Dzięki rekomendacji nauczycieli przydzielono tam wstępnie jedną małą salę Kokoschce. Natychmiat zamknął ją na klucz i zapowiedział, że nie otworzy, jeśli komisja kwalifikacyjna zdecyduje umieścić tam czyjeś inne prace. Klimt, który przewodniczył komisji powiedział – zostawcie chłopaka w spokoju, niech go rozszarpią krytycy.

Poszarpali. Pojawiły się komentarze: wódz dzikusów, oszalały Gaugin, izba koszmarów. Ale znaleźli się też admiratorzy, wśród nich znany architekt Loos, który zakupił autoportret Oskara – rzeźbę Wojownik – patrz wyżej.

Kokoschka próbował również sił jako dramaturg. Jego sztuka Morderca, nadzieja kobiet wywołała awanturę, która przekształciła się w bitwę, trzeba było wzywać policję – KLIK. Wyjaśnienie Kokoschki – nie stać mnie na bilet do teatru, więc napisałem sztukę, żeby się tam dostać.
Na marginesie dodam, że Święto Wiosny wywołało podobnie gwałtowne protesty chociaż Igor Strawiński nie mial problemów z zakupem biletu do teatru.

Co połączyło Almę, która twierdziła, że jedyna rzecz, której teraz potrzebuje to spokój, z takim gwałtownikiem?

Bo połączyło.

W swojej książce (bibliografia – 2) Alma pisała:
Miał wszystko, czego potrzebuje człowiek, żeby byc wielkim. Kochałam go za to, a także za to , że był jak niesforne, uparte dziecko. Byliśmy ze sobą zgodni do ostatniego włókna naszych istot. Nasz katolicyzm pochodził z tych samych źródeł. W ten sam sposób odbieraliśmy Boże Narodzenie i Wielkanoc. Nie jako radośc z prezentów i ozdób, ale z przenikającej nas mistycznej światłości.

Alma spędzała całe dni w pracowni Kokoschki, gdzie na przemian – kochali się lub Oskar malował jej portrety. Kłócili się często, ale Alma była przekonana o niezwykłym talencie Kokoschki i trwała przy nim, nie szczędząc pomocy finansowej. Spędzili razem kilka tygodni we Włoszech. Potem krążyła między kochankiem i własną córką, która spędzała wakacje nad morzem. W międzyczasie poddała się aborcji. Oskar o tym nie wiedział. On z kolei wykradł jej świadectwo urodzenia i wykorzystał je do opublikowania zapowiedzi ich ślubu. Alma ukarała go limitując spotkania – jedno na trzy dni.

Matka Oskara nie znosiła Almy do tego stopnia, że wysłała jej ostrzeżenie – jeśli nie przestanie Pani spotykać się z Oskarem, to Panią zastrzelę. Rzeczywiście, kilka dni później pojawiła się pod domem Almy, kryjąc pod płaszczem coś długiego. Oskar pospieszył ją rozbroić – był to kawałek drewna.

Alma nie rezygnowała jednocześnie ze swej roli wdowy po geniuszu. Była zapraszana na wiele koncertów, na których wykonywano utwory jej zmarłego męża. Gdy proponowała Oskarowi, by jej towarzyszył ten wybuchnął:
Almo, nie zaznam spokoju, dopóki wiem, że ktoś inny jest w Tobie, żywy czy martwy. Dlaczego zaprosiłaś mnie do tańca śmierci i każesz mi godzinami patrzeć jak Ty, jak duchowa niewolnica, naginasz się do rytmu narzuconego przez człowieka, który był Ci obcy.

I jeszcze:
Jeśłi nie zostaniesz moją żoną, mój talent zgaśnie. Karmisz mnie energią podczas wspólnie spędzonej nocy. Tylko wtedy mogę pracować cały dzień, przetwarzając to co wchłonąlem w nocy.

Alma – źródło energii – nie pierwszy raz to słyszę. Nie na darmo imię Alma znaczy żywicielka.

Odpowiedź Almy:
Wyjdę za Ciebie jak namalujesz arcydzieło.

I Oskar namalował…

'Bride of the Wind', oil on canvas painting by Oskar Kokoschka, a self-portrait expressing his unrequited love for Alma Mahler (widow of composer Gustav Mahler), 1913.jpg
Źródło tutaj – KLIK.

Gdy arcydzieło wyłaniało się spod pędzla Oskara, Alma była skłonna dotrzymać swej obietnicy. Była w kolejnej ciąży. Oboje przyjęli ten fakt z radością. Alma wprowadziła się właśnie do nowego domu. Trwało urządzanie. Oskar malował freski na gzymsie kominka – Alma w płomieniach wznosiła się do Raju, pozostawiając Oskara w piekle, otoczonego wężami.

W tym czasie nadeszła niespodziewana przesyłka – maska pośmiertna Gustawa Mahlera. Oskar wpadł w gniew – nie będzie tolerował trwałych wspomnień przeszłości. Alma postawiła maskę na honorowym miejscu. Wybuchła awantura. Kilka dni później Alma pojechała do kliniki dokonać aborcji. Oskar nigdy nie pogodził się z tym faktem.

Kilka tygodni później wybuchła I Wojna Światowa.
Komentarz Almy – czasem sobie wyobrażam, że to ja spowodowałam ten cały zamęt.
Reakcja Oskara – nie będę czekać na pobór, zgłoszę się jako ochotnik.

Na swoje 35 urodziny – 31 sierpnia – Alma zapisała w pamiętniku:
Chciałabym zerwać z Oskarem. Odbiera mi energię. Musimy to zakończyć… ale ja go tak lubię, za bardzo go lubię.

Wigilię 1914 roku spędzili razem, była to noc pełna pasji, ale zaraz potem Alma zaczęła naciskać Oskara, żeby się zgłosił do wojska.
To nie było takie proste. Nie przyjęto go do piechoty ze względu na słabe zdrowie. Nie przyjęto do artylerii ze względu na brak zdolności do matematyki. Pozostała kawaleria – prestiżowy pułk dragonów. Kłopot w tym, że ochotnik musiał mieć własnego konia, mundur i całe wyposażenie. Oskar zdobył pieniądze na konia sprzedając Narzeczoną Wiatru aptekarzowi z Hamburga. Mundur uszył mu krawiec, który lubił malarstwo.

Przed założeniem munduru… ale oddajmy głos Almie:
Przed założeniem munduru dał mi pożegnalny prezent niewyobrażalnej piękności: siedem wachlarzy. W jarzących sie kolorach, z delikatnością, o którą nikt by go nie podejrzewał, namalował historię naszej miłości na siedmiu kawałkach papieru.

Wachlarz

Alma pożegnala go z pewnym roztargnieniem, w głowie układała list do Waltera Gropiusa.

PS. Obszerne uzasadnienie mojego wyboru akompaniamentu można znaleźć tutaj – KLIK – pierwsze 6 minut.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK .

Prezent na urodziny czyli…

Ewa Maria Slaska o roli przypadku w ludzkim życiu

dedykuję Marynie Over

Były moje urodziny. Nie mogłam w nocy spać. Nie mogłam i nie mogłam. Gdy już się zorientowałam, że to takie niespanie, kiedy nic nie pomoże, zapaliłam światło i sięgnęłam po książkę. Było to jednak poważne dzieło, a gdy nie można spać, nie można czytać Dzieł, tylko książki znane i lubiane. Tak to po latach zapewne 30 sięgnęłam po Opowieści mojej żony. Przeczytałam kilka opowiadań, po kolei, bo ja nie lubię skakać z rozdziału do rozdziału, tylko lubię, żeby wszystko było po kolei. Ciekawe, że jak sama piszę, to nie piszę po kolei. Ale to akurat w tym miejscu nieważne. Czytałam więc, a oczy powoli zaczęły mi się kleić. Gdy skończyłam czytać, zasnęłam.

Mirosław Żuławski

KER

Odbywały się właśnie Dni Książki i rozmowa dotyczyła różnych korzyści, jakie przynosi lektura, oraz roli książki w podnoszeniu kwalifikacji osobistych. Panie robiły na drutach, a mężczyźni nie robili nic, tylko wałkonili się w słońcu.
– Jeśli o mnie chodzi – powiedziała moja żona – to zawsze byłam zapaloną czytelniczką, ale pewnego razu czytanie książek nie tylko nie pomogło mi i nie wyszło na dobre, ale nawet poważnie przeszkodziło w nauczeniu się czegoś, na czym mi ogromnie zależało. Stąd wniosek, że nie należy generalizować i przesadzać, przypisując książkom i lekturze same dobre strony.
– Opowiedz! Opowiedz! – zawołały panie.
Moja żona szybko policzyła drutem oczka w robótce, którą zaraz przełożyła z jednego druta na drugi.
– Było to – powiedziała moja żona – w pierwszych latach po wojnie. Dziwnym zbiegiem wypadków, możliwym tylko w owych czasach, mój mąż został skierowany do pracy w ambasadzie w Paryżu. Z wyjazdu pamiętam tylko tyle, że przez cały dzień biegałam po Warszawie za jakimś kapeluszem, bo jeżeli wtedy w Paryżu modne były kapelusze, to żadna kobieta nie pokaże się bez kapelusza. Teraz zresztą, znowu są modne.

Po przyjeździe czułam się bardzo nieszczęśliwa, bo nie rozumiałam nic z tego, co do mnie mówią, chociaż w gimnazjum miałam zawsze piątkę z francuskiego. Wobec tego mąż mój postanowił, że pojadę na dwa miesiące letnie do Bretanii, i to zupełnie sama, tak żebym miała od rana do wieczora do czynienia wyłącznie z językiem francuskim. Pojechałam więc do takiej małej, rybackiej dziury i zamieszkałam w hoteliku, który stał nad samym morzem.

Właścicielką tego hoteliku była pani Cochennec. Miała lat osiemdziesiąt, nosiła wysoki, koronkowy czepek, który nazywa się bigouden, i nie umiała ani czytać, ani pisać. Wieczorami zapraszała mnie na rozmówkę i kieliszek wiśni w koniaku, co bardzo lubiła. I to była moja jedyna konwersacja w ciągu dnia!

Przesiadywałam całymi dniami na plaży, czytając książki i patrząc na przypływy i odpływy morza. Zmieniały one zupełnie wygląd zatoki, bo w czasie wielkich przypływów morze wypełniało ją aż po samą plażę, a w czasie odpływów ocean uciekał daleko, odsłaniając skały, pośród których brodzili ludzie w poszukiwaniu krabów, małży i krewetek.

Byłam zupełnie samotna. Do tej miejscowości przyjeżdżały przeważnie matki z dziećmi, była to tak zwana plaża rodzinna, nikt się mną nie interesował, przesiadywałam więc całymi godzinami nad morzem, czytając książki i martwiąc się, że tak nigdy nie nauczę się francuskiego. Na pewno było tam ładnie i ciekawie, ale kiedy człowiek jest taki zupełnie sam, to czuje się nieszczęśliwy nawet w najpiękniejszym miejscu na ziemi. Powiedziałabym nawet, że im gdzieś jest ładniej, tym więcej dokucza samotność. A ponieważ tam było naprawdę bardzo ładnie, więc samotność dokuczała mi ogromnie. W dodatku nie robiłam żadnych postępów we francuskim, a przecież pojechałam tam po to, żeby język właził mi przez cały dzień do głowy przez uszy. Mój mąż twierdził, że to jest jedyna metoda i że on tak właśnie nauczył się francuskiego, kiedy za studenckich czasów spędził jakiś czas w Paryżu. Dziś jestem prawie pewna, że musiał sobie sprawić jakiś słownik, którego z całą pewnością nie wkładał na noc pod poduszkę, lecz postępował z nim wprost przeciwnie.

Obruszyłem się, bo w pobliżu znajdowały się osoby nieletnie i strzygły uszami, ale moja żona spojrzała tylko na mnie i powiedziała:
– Ale on się i tak nigdy do niczego nie przyzna.
Wolałem więc nie wchodzić na ten grząski grunt, na którym nikt nie może czuć się pewnie, i puściłem to mimo uszu, a moja żona powiedziała:

Powiedziałam o tym wszystkim pani Cochennec, która zamyśliła się na króciutko, nigdy nie widziałam, żeby zamyśliła się na dłużej niż na króciutko, i zapytała, co robię całymi dniami na plaży. Kiedy jej powiedziałam, że czytam książki, podniosła obie ręce i oczy ku niebu, a raczej ku sufitowi, bo to się działo przy kontuarze, na którym stały nasze wiśnie w koniaku, i zawołała: “Książki! Dobry Boże! Któraż szanująca się matka rodziny podejdzie do kobiety, trwoniącej czas na czytanie książki!”
I kazała mi zabrać ze sobą na plażę wełnę i druty. Powiedziałam jej, że nie umiem robić na drutach. Odpowiedziała, że to bardzo dobrze, że nie umiem robić na drutach, i poradziła, żebym usiadła na dobrze widocznym miejscu i manipulowała drutami tak, żeby z daleka było widać, że nie umiem robić na drutach. Tak też uczyniłam i gdy tylko te panie zobaczyły, że chciałabym robić na drutach, ale nie mam o tym zielonego pojęcia, zleciały się ze wszystkich stron i zaczęły mówić do mnie jedna przez drugą, tak że do końca pobytu miałam już konwersację i kiedy mój mąż po mnie przyjechał, paplałam już z tymi paniami tak, że nie mógł się zupełnie połapać, o co chodzi. Tak to nauczyłam się robić na drutach i dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o wkraczaniu cudownych przypadków w życie ludzkie, o czym wam może kiedyś opowiem.

Ale panie chciały koniecznie usłyszeć natychmiast o cudownych interwencjach przypadku w życie ludzkie, bo tak naprawdę to jest właśnie to, na co wszyscy liczymy, choć nie lubimy się do tego przyznawać. Gromadzimy więc po kryjomu wszelkie fakty świadczące o takich przypadkach w nadziei, że i nam się także coś podobnego przytrafi.
Moja żona policzyła znowu oczka w robótce, dotykając ich po kolei drutem, i powiedziała:
– W czasie naszych wieczornych posiedzeń przy wiśniach w koniaku pani Cochennec opowiedziała mi swoje życie ze szczegółami. Ja już mam takie szczęście, że kogo tylko spotkam, to zaraz opowiada mi swoje życie ze szczegółami, ale to chyba dlatego, że, jak wam już mówiłam, ludzie obchodzą mnie najbardziej ze wszystkiego na świecie. Nikt przecież nie wpadnie na pomysł opowiadania o sobie komuś, kogo interesują tylko ryby albo znaczki pocztowe, czy też komuś, kto interesuje się tylko samym sobą, to jest niczym, jak nie wskazując palcem niektóre osoby.

Postanowiłem udawać, że drzemię na leżaku, więc moja żona ciągnęła dalej:

– Pani Cochennec pochodziła z biednej, ale za to licznej rodziny, więc od dziecka była służącą u jednych państwa w Quimperlé, bo te właśnie biedne, ale liczne rodziny bretońskie dostarczają Francji od wieków marynarzy, żołnierzy i pracownic domowych. Kiedy miała lat osiemnaście, poznała młodego cieślę, który pracował przy restauracji katedry w niedalekim Quimper. Cieśla miał złote włosy i niebieskie oczy, których pani Cochennec nigdy nie mogła zapomnieć, więc ślub odbył się w kościele w Quimperlé i zaraz potem urodziła się Jeannette. W czasie mojego pobytu miała już własne dzieci, ale to nie ma nic do rzeczy, wróćmy więc do czasów, kiedy była maleńkim, ślicznym noworodkiem. Wówczas bowiem wydarzyło się nieszczęście: złotowłosy i niebieskooki cieśla zabił się spadając z wieży katedry w Quimper, pozostawiając żonie i córeczce w spadku jedynie mały domek, w którego kupnie ulokował wszystkie swe oszczędności. Pozostawszy bez środków do życia pani Cochennec zamieszkała w tym domku, zajmując wraz z córeczką kuchnię a jedyną izbę i co parę lat wyklejała jej ściany nowymi, czystymi tapetami. Ale któregoś lata tapicer oświadczył, że nie można naklejać tak bez końca jednych tapet na drugie, że trzeba zedrzeć te, które już zostały naklejone, i zacząć wszystko od nowa. Pani Chochennec targowała się z nim zawzięcie, bo powiększyło to znacznie koszty przygotowania izby do sezonu, ale tapicer był nieugięty i postawił na swoim.
Poczęli więc zrywać tapety, a mała Jeannette dzielnie im w tym pomagała. Oderwała z wielkim trudem płat tapety, ale zaraz przestała, bo zobaczyła pod nią kawałek czyjejś nogi.
Krzyknęła z wrażenia, więc pani Cochennec i tapicer przybiegli kolejno i wtedy oni także zobaczyli tę nogę. Wyglądała spod zdartej tapety wymalowana na murze olejną farbą i choć nie była tak całkiem podobna do prawdziwej nogi, można się było domyślać, że to ma być noga.
Moja żona przerwała i popatrzała na nas, jakby chciała sprawdzić, czy wyobrażamy sobie należycie tamtą izbę i tamtych troje oglądających namalowaną na ścianie nogę, a my widzieliśmy to wszystko tak dokładnie, jak widzi się zawsze bardzo dawne wydarzenia i ludzi, których nie spotkało się nigdy.
– Wtedy – mówiła dalej moja żona – tapicer zerwał własnoręcznie resztę tapety ze ściany, odkrywając w całej okazałości wielkie malowidło, płaskie i bez perspektywy, na którym niebo miało kolor, jaki powinna mieć ziemia, a za to ziemia była czerwona i niebieska, jak niebo o zachodzie słońca.
“Trzeba będzie zamazać wapnem – powiedziała ze zmartwieniem pani Cochennec. – Bohomaz taki jakiś.”
Ale tapicer powiedział surowo, żeby się nie ważyła dotknąć tego malowidła, dopóki on nie wróci, a jeśliby go broń Boże dotknęła, to on więcej ręki nie przyłoży do tapetowania izby, co było wystarczającą groźbą, bo drugiego tapicera nie było w całej okolicy. Wsiadł na rower i pojechał do Quimperlé, skąd wrócił pod wieczór prowadząc ze sobą brodatego malarza w rozwianej pelerynie i w ogromnym berecie. Malarz zażądał zaraz cidre’u, bo dzień był upalny, pani Cochennec miała w piwnicy dobry, musujący i chłodny cidre chowany dla letników, więc ten malarz wypił cztery butelki tego cidre’u i kiedy już miał dość, powiedział, że nie dałby ani czterech sous za bohomaz na ścianie, po czym wsiadł na rower i odjechał z powrotem do Quimperlé.

Pani Cochennec wiedziała z góry, że tak się to skończy, i zaczęła użalać się na niepotrzebną stratę czasu i cidre’u, lato już się zaczynało, w kiosku naprzeciwko ustawiano już ruszt do smażenia bretońskich naleśników, a tapetowanie pokoiku jeszcze się nawet nie rozpoczęło. Ale tapicer tylko na nią popatrzył, ale za to tak, że umilkła od razu. Poszedł do sklepikarza, zastawił rower, żeby mieć na bilet do Quimper, i wrócił nazajutrz w południe prowadząc ze sobą trzech panów ubranych z miejska, którzy ledwie rzucili na obraz okiem, zaraz zaczęli wydawać okrzyki i podnosić w górę ramiona, jakby stało się jakieś nieszczęście, nie chcieli pić cidre’u, tylko zaraz zabrali się z powrotem, a nazajutrz powrócili z wozem transportowym i czterema murarzami, którym kazano wyciąć obraz wraz ze ścianą i załadować na wóz, a pani Cochennec kazali coś podpisać krzyżykami przy świadkach i dali jej czterdzieści tysięcy franków w złocie, co było bardzo dużą sumą, jako że działo się to wszystko przed pierwszą wojną światową, kiedy pienądz był jeszcze coś wart. Za te pieniądze pani Cochennec wybudowała pensjonat, w którym mieszkała, a Jeannette poszła do szkoły i została nauczycielką, potem wyszła za mąż i miała dużo dzieci.

Moja żona umilkła i najwyraźniej uważała opowiadanie za skończone. Widać to było po jej minie i ze sposobu, w jaki zabrała się do robienia na drutach.
– No dobrze – spytaliśmy. – A co to był za obraz?
– To nie ma nic do rzeczy – powiedziała moja żona – co to był za obraz. Nie zmienia bowiem w niczym sensu opowieści, której treścią jest ingerencja przypadku w życie ludzkie, a nie przyczynek do historii sztuki. Ale jeśli już chcecie koniecznie wiedzieć, to wam powiem: to był najprawdziwszy Gauguin. Powstał zapewne w czasie drugiego pobytu malarza w Bretanii. Gauguin musiał nie mieć któregoś dnia na płótno, co mu się często zdarzało, i począł malować na ścianie izby, którą wynajmował, żeby dać upust rozsadzającej go pasji twórczej. W ten sposób, gdyby Gauguin miał dość pieniędzy na płótno, pani Cochennec tapetowałaby do końca życia swój jedyny pokoik. Być może, jakiś inny przypadek sprawił, że Gauguin nie miał na płótno akurat wtedy, kiedy miał natchnienie. Być też może, że młody cieśla całkiem przypadkowo kupił właśnie ten domek, a nie inny, bo tam było zawsze pełno domków do kupienia. Ale nie było przypadkiem, że tapicer nie pozwolił zamazać obrazu wapnem, jak chciała pani Chochennec, i może to on jest właściwym bohaterem tej historii, obok domku oczywiście, a domek po bretońsku nazywa się “ker”. Już jesteście zadowoleni?
Potaknęliśmy chórem, a wtedy moja żona podniosła wzrok znad robótki, popatrzyła na nas i powiedziała:
– Cóż to za przerażający brak wyobraźni! Myślicie naprawdę, że to jest wszystko, co na ten temat można powiedzieć? Nikt z was nawet nie pomyślał o człowieku, który był przekonany, że zrobił świetny interes, sprzedając młodemu cieśli z Quimperlé za parę franków walący się domek, zawierający coś, co warte było czterdzieści tysięcy franków w złocie. Ale to już zupełnie inna historia i może ją jeszcze kiedyś opowiem.

Rano mogłabym napisać Wam w ramach porad kulturalnych, że zapewne nikt już nie czyta Opowieści mojej żony, a szkoda, bo to dobra literatura i warto do niej po latach zajrzeć ponownie. Albo po raz pierwszy. I wtedy się okaże, że nie pojedliśmy wszystkich rozumów i przed nami też był już ktoś, kto rozmyślał o sprawach gender, nie wiedząc zapewne, że słowo takie w ogóle istnieje, albo że może być problemem.

I na tym by się skończyło. Ale nie, bo oto – i możecie mówić co chcecie, ale jeśli to nie jest cudowny przypadek, to jest to jeszcze bardziej cudowna telepatia. Bo oto w urodzinowy poranek Maryna Over przysłała mi na Facebooka ten oto obraz:

Paul Gauguin, Mulatka z rudą małpeczką

Wszystko się zgadza, jest nawet noga jak żywa. Nie mam pojęcia, jaki obraz Gauguina odkrył tapeciarz pani Cochennec, nie wiem nawet, czy to była prawda, czy opowieść. Ważne jednak, że Maryna przysłała mi na urodziny właśnie ten obraz!

Parę słów o Dziadku…

agatadziadek2 (2)Kolejny wpis, który to już!, że udało mi się namówić kogoś, by spisał wspomnienia rodzinne. Wciąż bowiem powtarzam, piszmy o naszych przodkach, rozmawiajmy z nimi, pytajmy, zapisujmy to, co o nich wiemy, bo inaczej zaginą w niepamięci…

Agata Kopydłowska

… Bogusławie Kopydłowskim

Dziadek urodził się w 1920 roku w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego. Był najstarszym z rodzeństwa – miał młodszego brata Mirosława i siostrę Danutę. W czasie wojny uczył na tajnych kompletach języka polskiego i historii. Po wojnie ukończył historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i pracował w Muzeum Narodowym w Warszawie. Zajmował się kowalstwem artystycznym/architektonicznym oraz średniowiecznymi srebrami (w tamtym czasie był cenionym znawcą w tej dziedzinie). Na temat kowalstwa wydał książki:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/27309/kowalstwo-artystyczne-tom-1

http://www.arkady.com.pl/product/912,polskie_kowalstwo_architektoniczne.html

MINOLTA DIGITAL CAMERA MINOLTA DIGITAL CAMERADziadek ożenił się z Babcią, Aleksandrą Czarnecką (również historykiem sztuki) w 1959 roku, a rok później urodził się ich syn Marek, a mój Tata.

W 1965 roku przeprowadzili się do Olsztyna, gdzie Dziadek został dyrektorem Muzeum Warmii i Mazur. Niestety był nim tylko kilka lat. W wyniku prowadzenia prac badawaczych na historią tego terenu, które kolidowały z interesami “ziemiaństwa” niemieckiego, w 1969/70 roku został odwołany z funkcji z “wilczym biletem”. Niemieckiej części mieszkańców nie zależało, aby wykazać, że ziemie Warmii i Mazur były zamieszkiwane przez Słowian aż od okresu średniowiecza, a Dziadek był historykiem, więc nastąpił konflikt interesów. Jednocześnie Dziadek nie należał do partii.

kopydlowski (1)Dziadkowie przeprowadzili się z powrotem do Warszawy, jednak Dziadek nie miał pracy przez prawie dwa lata. W końcu znalazł ją w cechu zegarmistrzowskim. Założył Muzeum Zegarów, znajdujące się na warszawskiej Starówce. Następnie pracował jako dyrektor w “Desie” – państwowym antykwariacie z dziełami sztuki i antykami, a potem w dziale kultury w NIKu czyli Najwyższej Izbie Kontroli.

kopydlowskiWłaśnie czasie pracy w “Desie” zaczął malować pierwsze obrazy. Dostał dokument Artytysty Plastyka (w tamtym czasie był on konieczny, aby np. mieć wystawy lub dostęp do artykułów plastycznych). Jeździł niejednokrotnie do Zalesia oraz nad Pilicę w okolicę Warki, skąd czerpał inspirację. Nad Pilicą wynajmował domek i tam malował, zbierał zioła, gdyż z zamiłowania był również zielarzem i przyrodnikiem.

Najczęstszymi tematami były pejzaże, martwa natura, a także malarstwo symboliczne. Stworzył cykl “Strachów”, który był odpowiedzią na sytuacje polityczną związaną ze stanem wojennym i nastrojem w społeczeństwie. Miewał wystawy w warszawskich domach kultury.

Zmarł w 1992 roku w Warszawie.

Dziadek był bardzo skromnym człowiekiem, nie starał się zaistnieć jako malarz i nie zabiegał o popularność. Malował dla przyjemności. Potem po prostu wpadał na pomysł, że można by było zrobić wystawę.

agatadziadekpodwW celu zebrania tych informacji musiałam się konsultować z Tatą, gdyż niestety prawie nie pamiętam Dziadka. Miałam 6 lat, jak umarł. Pamiętam, że lubił się z nami bawić (ze mną i moją siostrą), jak przyjeżdzaliśmy ich odwiedzać oraz że miał miły głos

Alma (3)

Lech Milewski

Żelazny Gustaw

Jako akompaniament do tego wpisu proponuję włączyć to video – KLIK– Gustaw Mahler – Symfonia Nr 3. Uprzedzam – to nie będzie miły akompaniament. Motywacją takiego wyboru była dla mnie informacja opublikowana przed premierą tej symfonii w Krefeld: “… słynny dyrygent, który ma przyjemność komponować monstrualne symfonie i narzucać je innym.”

Poprzedni wpis tego cyklu zakończyły zaręczyny Almy Schindler
z Gustawem Mahlerem.

Najwyższa pora wyjaśnić jedną sprawę – poważną chorobę Mahlera, przed którą ostrzegano Almę jeszcze przed zaręczynami. Były to hemoroidy, które powodowały czasem bardzo intensywne krwotoki. Wygląda jednak na to, że interwencja medyczna podziałała, temat ten nie powrócił podczas małżeństwa z Almą.

Nowy Rok 1902.
“To, co napiszę dzisiaj będzie bardzo, bardzo smutne. Odwiedziłam Gustawa popołudniu. Byliśmy sami w jego pokoju. Oddał mi swoje ciało, a ja pozwoliłam mu się dotknąć. Jego męskość była sztywna i wyprostowana. Przeniósł mnie na sofę i położyl się na mnie. I wtedy – kiedy czułam, że się we mnie zagłębia, stracił całą siłę. Wstrząśnięty oparl głowę na mych piersiach i nieomal płakał ze wstydu. Sama zrozpaczona próbowałam go pocieszyć. …Słowa nie mogą wyrazić, co ja niezasłużenie wycierpiałam. A do tego widzieć jego mękę, jego niewiarogodną mękę. Mój ukochany mąż.”

Środa 3 stycznia.
Rozkosz i zachwyt.”

Czwartek 4 stycznia.
Zachwyt bez końca.”

Czwartek 16 stycznia.
Przez długi czas byłam autentycznie szczęśliwa i dlatego niczego nie napisałam. Ale w ostatnich dniach wszystko się zmieniło. On chce, żebym była inna, zupełnie inna. I ja tego też chcę. Jak długo jestem z nim udaje mi się to, ale gdy jestem sama, moje własne, próżne ja, wychodzi na wierzch i chce swobody… Muszę się wznieść aby być z nim. (Bo żyję tylko w nim).”

Tu pamiętnik się kończy.

Przyjąłem to z ulgą. Moim głównym źródłem informacji do tej serii wpisów jest książka Françoise Giroud – The art of being loved (1). Świetnie napisana, a do tego przez kobietę, co daje szansę, że jest to osoba, która rozumie, jaka była Alma. Do pamiętników Almy zajrzałem, aby wyjaśnić kilka luk i sprzeczności w relacji Françoise Giroud. Zajrzałem i utknąłem.
Do tej chwili Alma kojarzyła mi się z kimś typu Colette/Klaudyna. W miarę czytania jej pamiętników niknął wdzięk paryskiego fin de siècle, a na wierzch wypływała wiedeńska krew i Alma zaczęła mi się kojarzyć z bohaterkami powieści Elfriedy Jelinek.
Wyznam, że czytając tak intymne wspomnienia, czułem się nieswojo. Obawiam się, że w poprzednim wpisie widać to moje nieprzystosowanie do niezgrabnej sytuacji, więc nic dziwnego, że odetchnąłem z ulgą, gdy stanąłem na spokojniejszym gruncie. Ten spokojniejszy grunt to trzy źródła: wspomniana powyżej książka Françoise Giroud i dwie książki autorstwa Amy Mahler: Gustaw Mahler, memories and letters (2) oraz And the bridge is love (3).
W swoich książkach Alma zastosowała bardzo ostrą autocenzurę, więc mogę już spokojnie wrócić do opowieści.

9 marca 1902 roku odbył się cichy ślub, który Alma opisała tak:
“...Mahler poszedl do kościoła na piechotę, w kaloszach bo był duży deszcz. Moja matka, Justyna i ja pojechałyśmy. W kościele Karola nie było nikogo poza nami i świadkami. Było rano. Kiedy trzeba było uklęknąć, Mahler nie trafił w klęcznik i musieliśmy zacząć od nowa. Uśmiechnęłiśmy się wszyscy, nie wyłączając księdza.
Na ślubnym śniadaniu było nas sześcioro i trwało krótko, żeby dać nam czas na spakowanie się na podróż poślubną. W pociągu do St. Petersburga odetchnęliśmy. Jego chmurny duch rozjaśnił się, a ja nie musiałam dłużej ukrywać swojego stanu
(ciąży – przypisek mój).”

Pora przedstawić trochę faktów na temat pana młodego.
Gustaw Mahler urodził się w 1860 roku w biednej, wielodzietnej, żydowskiej rodzinie w małym miasteczku na terenie obecnych Czech. Sześcioro spośród jego rodzeństwa zmarło w dzieciństwie. Zdolności muzyczne wykazywał już w bardzo młodym wieku i ojciec, który stopniowo awansował do klasy drobnego mieszczaństwa, zapewnił mu wykształcenie muzyczne łącznie z wiedeńskim konserwatorium i uniwersytetem. Wkrótce po ukończeniu studiów Gustaw rozpoczął pracę jako dyrygent. Poczynając od orkiestry w niewielkim kurorcie, poprzez Ljublanę, Ołomuniec, Pragę, Lipsk, Budapeszt, Hamburg dotarł wreszcie, w 1897 roku, do wymarzonego Wiednia. Na wszystkich swoich dyrygenckich stanowiskach doświadczył konfliktów z dyrekcją i członkami orkiestry. Jednak dzięki profesjonalizmowi i wielkim wymaganiom od orkiestry zyskał sobie duże uznanie krytyków i publiczności.
Aby objąć posadę dyrektora Dworskiej Opery – Hofoper – musiał się ochrzcić i przyjąć wiarę katolicką. Nie stanowiło to dla niego problemu, gdyż jego rodzice i on sam byli zdecydowanymi agnostykami.

Po powrocie z podróży poślubnej Alma musiała się przystosować do bardzo precyzyjnego rozkładu dnia swojego męża:
7 – pobudka i śniadanie,
8.45 – wyjście do pracy – próby orkiestry,
1 – powiadomienie domu, że wraca na lunch,
1.15 – powrót do domu i powiadomienie kucharki, żeby podawała zupę. W tym czasie Mahler krążyl po wszystkich pokojach, trzaskając głośno drzwiami.
Po lunchu sjesta, a potem długi spacer, w którym Alma musiała mu towarzyszyć.
Spacery z Mahlerem były mocno uciążliwe, gdyż szedł nierównym tempem, czasem bardzo szybko, czasem niespodziewanie zatrzymywał się, by odtworzyć pomysł muzyczny, jaki mu właśnie przyszedł do głowy.
5 – wyjście do opery na występ.
Wieczorem Alma musiała czekać na niego w operze, aby po spektaklu towarzyszyć mu w pieszym powrocie do domu. Tu nie było wymówek typu zła pogoda czy ciąża.
Po powrocie do domu posiłek, po posiłku czasem Alma czytała mu książki.
Sypialnie mieli osobne. Gustaw odwiedzał sypialnię Almy dopiero, gdy był pewien, że zasnęła.
Jeśli chodzi o posiłki, to Mahler życzył sobie, żeby były łagodne i dobrze wygotowane. Dokladne przeciwieństwo gustów Almy.

Jak Alma to znosiła? Fatalnie.

W liście poprzedzającym zaręczyny Gustaw pisał: “… wiem co mogę dać i dam w zamian“.
A co dawał? Brak jest jakichś konkretnych objawów tego uczucia poza może pieszczotliwymi zdrobnieniami imienia żony.
Swoją drogą – jak zdrobnić imię Alma – Almeczka, Almusia?
U Mahlera było to najczęściej – Almschi, ale w porywach dochodzilo do Almschitzitzi… Ilości tych tzitzi nie udało mi się dokładnie zliczyć.
Jednak Alma nie wątpiła w niezwykłą miłość Gustawa i odbierała ją w jakimś mistycznym wymiarze. W związku z tym znajdowała się często w zupełnej rozterce, raz buntując się przeciwko narzuconej jej niewoli, to znowu winiąc się za to, że nie potrafi się wznieść do poziomu swego męża.

Podczas sezonu koncertowego Mahler nie miał czasu na komponowanie. Poświęcał temu letnie wakacje. Lato spędzali nad wodą. Od 1902 roku był to Maiernigg. Mahler kupił tam dom, przy którym kazał zbudować mały domek do pracy – Häuschen.

Hauschen

Wakacyjny rozkład dnia wyglądał następująco:
6 – Gustaw wstawał i dzwonił na kucharkę, żeby przygotowała mu śniadanie w Häuschen. Śniadanie musiało być podane w ten sposób, żeby kucharka, ani nikt inny, nie spotkał się z Mahlerem.
Po śniadaniu praca do południa w absolutnej ciszy. Wszyscy sąsiedzi byli powiadomieni, żeby nie wydawać żadnych odgłosów.
Południe – pływanie w jeziorze. Gustaw był bardzo dobrym pływakiem. Gdy już był w wodzie, gwizdał na Almę, żeby do niego dołączyła.
Po pływaniu lunch, sjesta, niekończący się spacer w towarzystwie Almy.
Alma krytycznie oceniała twórczość swego męża. Gdy prezentował jej partyturę Symfonii Nr 2 przerwała komentarzem – wolę Haydna.

Alma w swym pamiętniku pisała: “…czuję ucięte skrzydła. Czemu przywiązuje do siebie ptaka chętnego do lotu, gdy pasowałoby raczej coś ciężkiego i nudnego. W ostatnich dniach tkam muzykę w głowie, tak głośną… To musi się zmienić.”

Po powrocie do Wiednia nieco się zmieniło. Z jednej strony znajomi Almy, Schönberg i Zemlinsky, założyli grupę kompozytorów, wzorującą się nieco na secesji i zaprosili do niej Mahlera. Z drugiej, Mahler zgodził się na wizyty niektórych starych znajomych Almy.

W 1902 roku twórczość kompozytorska Gusstawa Mahlera zaczęła zyskiwac uznanie i popularność. Punktem przełomowym był czerwcowy koncert w Krefeld i premiera cytowanej na wstępie Symfonii Nr 3. Mimo uprzedzenia miejscowej prasy, publiczność i najlepsi krytycy muzyczni Niemiec przyjęli utwór z ogromnym entuzjazmem.

Czy to uznanie wpłynęło na zmianę bardzo negatywnej oceny twórczości Gustawa przez Almę? Alma miała zaszczepioną przez Burckharda ideę, że Żydzi nie są zdolni do pracy twórczej. W jej pismach można znaleźć stwierdzenia typu: “Żydzi, jak wszyscy mierni ludzie, uwielbiają muzykę włoską.” Ale również: “Nie mogłabym żyć bez Żydów.”

Françoise Giroud (1) – strona 50 – konkluduje, że Almie związek z ludźmi “niższego gatunku” dawał poczucie słodkiej wyższości osoby obdarzonej “chrześcijańskim splendorem”.

W listopadzie 1902 roku urodziła się córka, której nadano imię matki Gustawa – Maria. W domu nazywano ją Putzi. Poród był bardzo ciężki. Gustaw przyjął te narodziny z największym entuzjazmem, Alma obojętnie.
W czerwcu 1904 roku urodziła się druga córka – Anna, którą w domu nazywano Gucki.
Gustaw miał bardzo dobry kontakt z córkami. Znajdował czas wolny na długie rozmowy, z każdą z osobna. Jednak podczas wakacji, w czasie przeznaczonym na komponowanie, dzieci musiały być zamknięte w pokoju i zachowywać się cicho.

Komentarz Almy: “…geniusze to ludożercy, którym wydaje się, że są wegeterianami.”

Latem 1907 roku, podczas tradycyjnego pobytu w Maiernigg, obie dziewczynki zachorowały na szkarlatynę. Maria zmarła z powodu powikłań. Gustaw przeżył śmierć córki bardzo ciężko. Alma wpadła w stan depresji i lekarze zalecili jej wyjazd na odpoczynek.

Korzystając z obecności kilku lekarzy Gustaw poprosił o zbadanie stanu jego zdrowia. Diagnoza była miażdząca – degeneracja zastawek serca i infekcyjne zapalenie osierdzia. Zakaz jakiegokolwiek intensywnego wysiłku fizycznego.
Był to bardzo poważny cios, gdyż Gustaw byl zapalonym rowerzystą i pływakiem. Na szczęście lekarze nie zabronili mu dyrygować z tym, że musi się oszczędzać.

Ciąg dalszy nastąpi.

PS1. Tytuł tego wpisu był dla mnie oczywisty ze względu na charakter głównego bohatera, ale równocześnie w podświadomości brzęczało skojarzenie z tytułem książki Hansa Fallady chociaż jej tematyka jest zupełnie inna KLIK.

PS2. Czy Symfonia Nr 3 nadal trwa (1 godz 45 min)? Jeśli tak, to dobrze, bo to znaczy, że mój wpis nie był zbyt długi.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being lovedKLIK
2. Alma Mahler – Gustav Mahler, memories and lettersKLIK
3. Alma Mahler – And the bridge is loveKLIK

Deutsch 1914 Papua Niugini 2014

Seit ein paar Wochen präsentierte ich hier an Mittwochs eine polnische in Berlin lebende Künstlerin /Od paru tygodni prezentowałam tu w środy polską artystką z Berlina / Since some weeks I was presenting here on Wednesdays a Polish artist from Berlin.

Aleksandra Hołownia

Dziś kolejny projekt, w którym Aleksandra bierze udział. Heute ein weiteres Projekt, an dem sich Aleksandra beteiligt. Today another project she is participating in.

Deutsch 1914 Papua Niugini 2014

Sie folgte dem Ruf vom 29.07.2014 / Odpowiedziała na wezwanie, które ukazało się w Berlinie w lipcu 2014 roku / She answered to an open call for participation issued in Berlin on 29th of July 2014

Maske 100kleinProjekt – Współcześni artyści z Berlina w Papua Nowa Gwinea

Do dziewiętnastego wieku Papua Nowa Gwinea była całkowicie niezbadana. Dzisiejsza Papua Nowa Gwinea powstała z połączenia dwóch terytoriów kolonialnych, obejmujących wschodnią część Nowej Gwinei oraz pobliskie wyspy. Początkowo stanowiła kolonię brytyjską. Później została przekazana pod administrację australijską. Północno-wschodnia część wyspy nazwana Ziemią Cesarza Wilhelma należała do protektoratu niemieckiego. Po przegranej I wojnie światowej Niemcy musiały zrezygnować ze swych posiadłości kolonialnych.
W 1914 roku przed wybuchem pierwszej wojny światowej, berlińscy ekspresjoniści, Emil Nolde i Max Pechstein podobnie jak wielu innych awanturników, biznesmenów, misjonarzy, dobroczyńców, pisarzy, podróżników udali się na wyspy zachodniego Pacyfiku. Spragnieni przygody oraz poznania egzotycznych kultur malarze swe spostrzeżenia, badania, i inspiracje pozostawili na znanych europejskiej publiczności płótnach. W latach 1915 do 1918 również polski etnograf i antropolog, Bronisław Malinowski, odwiedził regiony wysp Triobriandzkich należących do państwa Papua Nowa Gwinea. Efektem czego były wydane w 1922 roku w języku polskim i angielskim książki: „Argonauci Zachodniego Pacyfiku”, „Zycie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji”oraz „Zwyczaj i zbrodnia w społeczności dzikich”. Warto przypomnieć, że w 1915 roku, w podróży do krainy Papua Nowa Gwinea Malinowskiemu towarzyszył fotograf Stanisław Ignacy Witkiewicz.

2maski2

W 2004 roku berliński artysta i kurator Alfred Banze wspólnie z antropolożką Marion Struck-Garbe postanowili zrealizować projekt artystyczny konfrontujący prace zafascynowanych kulturą Oceanii, współczesnych artystów berlińskich z dziełami artystów Papua Nowej Gwinei. Dziś, w dobie nieograniczonej komunikacji i podróży, sztuki wizualne są „lingua franca” stosunków międzykulturowych – twierdzą kuratorzy. Do udziału w projekcie zakwalifikowali propozycje 12 artystów, w tym również moje czarno białe rysunki masek z 1994 roku. Ja sama kolekcjonuję maski z Oceanii, Afryki, Azji.

Maski kolekcja AHW 1987 roku lecąc z Moskwy do Warszawy spotkałam szwagierkę operatora filmowego Waldka Czechowskiego. W Moskwie miałyśmy tylko przesiadkę. Ja wracałam ze stypendium w Meksyku a ona z Papua Nowej Gwinei, gdzie towarzyszyła zaprzyjaźnionym etnografom. Jej barwne opowieści rozbudziły moją wyobraźnię. Kupiłam wszystkie dzieła Bronisława Malinowskiego. Do dziś stoją na półce – jeszcze nie przeczytane. Natomiast w latach 90, gdy mieszkałam już w Niemczech, pod wpływem wspomnień związanych z opowieściami owej znajomej, stworzyłam cykl stu rysunków masek inspirowanych sztuką ludów Papua.

Kolekcja masek Aleksandry Hołowni

Seria ta stanowi próbę transformacji na papier ducha nieżyjącej osoby, której odbicie twarzy zostało uwiecznione w masce. Rysunki masek były między innymi dwukrotnie wystawiane w Nowym Jorku w galeriach: Monserat (1994) i The Cork (1999) – tam też naprawdę znalazły uznanie.

Alexandra Holownia Masks  Exhibition, Monserat Gallery NYC 1994Wystawa masek Aleksandry w Nowym Yorku

Pod koniec października 2014 roku kuratorzy, Marion Struck-Garbe i Alfred Banze, jadą do Nowej Gwinei, gdzie zrealizują projekt. W Muzeum Narodowym w Port Moresby i w Wyższej Szkole Sztuki w Gorka zaprezentują prace 12 artystów z Berlina. Są to Barabara Eitel, Juliane Laitzsch, Christine Niehoff, Ingeborg Lockemann, Maurice De Martin, Jacob Roepke, Patrick Jambon, Moritz R., Alexandra Holownia, Ilse Ermen, Michel Aniol, Stephan Gross. W maju 2015 pokaz ten wraz z workshopem i performance będzie można obejrzeć w Projektraum Alte Feuerwache i ZK/U w Berlinie.

2maski1***

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Krzesła

Kasia Krenz & Co

Kasia i ja dedykujemy ten wpis Julicie, która przypomniała Wojaczka, stając się  inspiratorką tego tekstu jako kompozycji z obrazów i poezji oraz z tego, co prywatne i tego, co publiczne

J_Krenz_acryl_Ausencias3xJacek Krenz, akryl na płótnie
Pod spodem: Andrzej Wróblewski, Ukrzesłowienie, olej, płótno, 1956
Muzeum Narodowe w Krakowie


Muzeum podaje do obrazu następujący opis:

Siedząca nieruchomo na krześle kobieta to nie studium postaci, lecz jej relacji z rzeczywistością. W obrazie wyczuwa się stan napięcia, oczekiwania, choć nie wiadomo na co czy na kogo. Ów trop wyznacza stojące obok, puste krzesło. Przedstawiona sytuacja przypomina głośny w owym czasie dramat Samuela Becketta Czekając na Godota (1952). (…) Wydaje się, że Wróblewski podjął artystyczny dialog z Beckettem, tworząc cykl dzieł, w których motyw krzesła symbolizuje stagnację i bliżej nieokreśloną nadzieję. Na opisanie owego stanu oczekiwania wymyślił termin „ukrzesłowienie”, oznaczający trwały stan przymusowego siedzenia, a zatem także w jakimś zakresie – ubezwłasnowolnienia i uprzedmiotowienia.

Rafał Wojaczek – Mimikra

Pani Barbarze Bittnerównie

Prawdziwe jest mistrzostwo śmierci, co wymyśla
coraz to inne formy swojego istnienia:
zostają nieśmiertelne, gdy ona już zmienia
– jak naturalnie metrum zmienia nieumyślna

decyzja precyzyjnie liczącej akcenty
oddechu krwi pisząca dłoń; jak zmienia kostium
tancerka w interwale gry, zezując z boku
do lustra tylko po to, by sprawdzić zapięcie

stanika – nie nagości zawodowej twarz
kontemplować; jak ciekły niepokój poety
znajduje odwołanie wreszcie przy kuchennym

zlewie, gdzie na krawędzi jawnie siedzi ona,
rozkraczona, na pamięć w mózgu wyrzeźbiona
sekunda pożądania, tak śmierć zmienia twarz.

marzec 1968, Kudowa-Zdrój

Kasia Krenz – Mimikra

Siadam na krześle
czuję jego kształt
anatomię małej litery h
kolejne wcielenie
wiotkich włókien
zawiłych sęków lasu
które dawno temu
były koroną pniem
siecią korzeni
płynących na połów
które śniły sen
o czterech porach
każdego roku

Wtapiam się w krzesło
przywieram plecami
do oparcia
wrastam czterema nogami
w podłogę

Znikam w ciszy słów
nigdy niewypowiedzianych
za parawanem czynów
których historia
już tylko milczeniem.
Ludzie przechodzą obok mnie
ten i ów przysiądzie na chwilę
albo kopnie nogę krzesła
odsuwając je ze swej drogi
bez namysłu, niecierpliwie.

Ja – krzesło. Ja na krześle.
Jestem krzesłem.