Reblog: Olesin ciąg dalszy

Artur Czyżewski w Kurier Skruda (online)

Sylwana to obszar ziemi położony mniej więcej w dzisiejszych granicach firmy CHEMA OLESIN, nazwany tak (jak napisała na swoim blogu a wcześniej opowiedziała mi osobiście Pani Ewa Maria Slaska) przez Państwa Lublinerów (jej pradziadków), ówczesnych właścicieli tego terenu około roku 1910.

„…Według tradycji rodzinnej majątek Pradziadków w Olesinie został nazwany Sylwana, co na dokumentach złożonych w archiwum w Otwocku zostało zapisane jako Silvana…”

mapaolesinPan Stanisław Leopold Lubliner (warszawski lekarz) około roku 1910 (może wcześniej) wszedł w spółkę z księdzem Stanisławem Zarembą (budowniczym i pierwszym proboszczem kościoła w Dębem W.) Po zmianie statusu prawnego Królewszczyzny w Dębem Wielkim, kupili wspólnie majątek we wsi Olesin Duży. W 1913 roku spółkę rozwiązali i podzielili się nabytym 3 lata wcześniej majątkiem ustalając odrębne księgi hipoteczne. W wyniku tego podziału obecny obszar zakładów Chema Olesin przeszedł na własność Stanisława Leopolda Lublinera i jego żony Eugenii Lublinerowej. A teren w granicach obecnie istniejącego dworu w Olesinie (nieruchomość Pana mecenasa Puławskiego) na własność ks. Stanisława Zaremby. Ks. Zaremba w 1917 roku odsprzedaje swoją część majątku senatorowi RP Janowi Zaglenicznemu.

„…Tak czy owak najpierw obaj panowie, mój Pradziadek – lekarz i ksiądz proboszcz, byli współwłaścicielami majątku i dopiero w roku 1913 rozwiązali spółkę i założyli osobne księgi hipoteczne. W roku 1917 ksiądz, już teraz nie wspólnik lecz sąsiad, odsprzedał swoją część senatorowi RP Janowi Zaglenicznemu. Mniej więcej w tym czasie, tuż po Wielkiej Wojnie, Prababcia założyła tu szkołę i zamieszkała na stałe w Olesinie….”

Pani Eugenia Lublinerowa w swojej części majątku w Olesinie (Silvanie) około roku 1915-1917 założyła szkołę z internatem.

„…Sylwana była szkołą z internatem, gdzie mieszkało kilkanaścioro dzieci małozdolnych i niezamożnych, żeby nie powiedzieć – po prostu biednych. Utrzymanie majątku, szkoły i dzieci finansował pradziadek, który był wziętym lekarzem laryngologiem i ftyzjatrą. Dzieci kształcono metodą wprowadzoną w Polsce przez Prababcię i panią Dorotę Zylberową, polegającą na połączeniu prostej nauki szkolnej z nauką czynności manualnych. W szkole byli więc zarówno nauczyciele jak rzemieślnicy, przygotowujący uczniów do wykonywania zawodu (kowal, ślusarz, cieśla)…”

Pani Eugenia Lublinerowa wspólnie z panią Dorotą Zylberową od 1908 roku prowadziły już podobną szkołę w Warszawie. Była to pierwsza w Polsce placówka dydaktyczna dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie.

obozna5-rok1885„…Szkoła powstała w roku 1908 i istniała tylko kilka lat, a mieściła się przy ulicy Oboźnej 5 w bardzo znanej warszawskiej kamienicy. Została ona zbudowana w 1882 roku przez architekta Karola Kozłowskiego na potrzeby Zakładu Wodoleczniczego doktora Wincentego Brodowskiego. Zakład istniał nota bene aż do II wojny światowej. W kamienicy znajdowały się też mieszkania do wynajęcia, a jednym z lokatorów był słynny artysta, rysownik, ilustrator i malarz, ale też bohater Powstania Styczniowego, więzień i katorżnik carski, Michał Elwiro Andriolli. Budynek rozebrano po wojnie, a stojący tu obecnie dom został zbudowany z wykorzystaniem części zachowanych murów. Szkoła, jako się rzekło, istniała zaledwie kilka lat, ale była ważnym kamieniem milowym w historii pedagogiki polskiej – była to bowiem pierwsza taka szkoła na ziemiach polskich. Dodajmy też, że była ona niemal w całości finansowana przez panią Zylberową i Prababcię, bo opłaty za naukę wnosiły tylko rodziny dzieci zamożniejszych, a było ich zaledwie kilkoro…”

Silvana istniała 10-12 lat. W 1929 roku majątek w Olesinie kupiło warszawskie gimnazjum im. Zamoyskiego. Bynajmniej nie jest to koniec historii Sylwany. Na fali zmian w szkolnictwie, wzorując się na pomysłach niemieckich pod koniec lat dwudziestych XX wieku powstają w Polsce OSIEDLA SZKOLNE.

Na zdjęciach – Osiedle Szkolne w Olesinie / zdjęcie 2 – stawy

Jak opisuje broszura wydana w 1933 roku przez Adolfa Rondthalera pod tytułem „Osiedla Szkole w Polsce”:

„…Najlepiej zorganizowana praca wychowawcza szkoły i współdziałanie z nią domu rodzicielskiego nie są w stanie odgrodzić młodzieży od wpływów czynników postronnych. A jest ich co niemiara. Ulica, wystawy sklepowe, krzykliwe afisze, widowiska, modne piosenki, literatura sensacyjna, prasa, brukowa, dezorganizacja w życiu rodziny. Ciasnota mieszkań, brutalne przejawy życia, niefortunnie dobrane towarzystwo, przykład starszych. W wielu wypadkach nawet wielostronna praca społeczna i. t. d. – oto są źródła różnych suggestyj, którym poddaje się młodzież. Wszystkie one oddziaływują na nią, lecz ich wpływ wychowawczy, niestety, jest w wielu wypadkach destrukcyjny. Ale nawet te przejawy kultury, dziedziny nauki, sztuki, techniki, życia społecznego i jego układu, których wartość jest bezwzględnie dodatnia, również nie dają pomyślnych wyników pod względem wychowawczym, jeśli młodzież spotyka się z niemi przedwcześnie, albo zbyt często, Cóż bowiem dobrego może wyniknąć stąd, że dla, młodzieży staną urok i spowszednieją rzeczy, które z istoty swej są przeznaczone na to, by stanowić ucztę duchową dla dojrzałych i należycie przygotowanych, dostarczyć im chwil podniesienia? Zresztą, niezależnie od ich oceny wartościowej, sama już mnogość wrażeń, jakie nasuwa młodzieży życie wielkomiejskie z kalejdoskopijną zmiennością, utrudnia jej skupienie się, popycha do płytkości, powierzchowności, do przesiewania na pozorach, z zaniedbaniem treści głębszej. Wszystko to razem osłabia lub wręcz udaremnia oddziaływanie wychowawcze szkoły na młodzież. Im większe miasto, im bardziej nerwowe i skomplikowane w niem życie, tem trudniejsza w niem praca wychowawcza w codziennych warunkach. A ktokolwiek to rozważy, Wczuje się z łatwością w motywy pedagoga, będącego entuzjastycznym zwolennikiem szkoły średniej na wsi. Jest niepodobieństwem, aby z dusznych murów wielkich miast przenieść na stale wszystkie szkoły w zacisze wsi. Lecz nie jest bynajmniej Fikcją myśl, aby w periodycznych odstępach czasu przenosić do wiejskiego ustronia, część szkoły chociaż na krótki pobyt. Niektóre szkoły powzięły taki pomysł, a dla urzeczywistnienia go stworzyły sobie osiedla na wsi, które niebawem stały się dla nich ważnemi placówkami pomocniczemi w pracy wychowawczej. Ale oderwanie młodzieży na czas krótki od wpływów wielkomiejskich – to tylko jeden szczegół, dotyczący osiedla, a przytem szczegół mniejszej wagi..

Kto się przypatrzy pracy na osiedlu bez uprzedzenia i rozważy nasuwające się tu możliwości, ten musi przyznać, że pod względem wychowawczym, jak i dydaktycznym, osiedle otwiera, rozległe horyzonty. Jeśli tedy słuszne jest żądanie, aby szkoła czemś narastała i wzbogacała swój dorobek pedagogiczny, to powołanie do życia każdego osiedla szkolnego na wsi uważać należy za fakt dodatniej wartości…”

Rozwój osiedli szkolnych nie przybrał w Polsce,takiego rozmachu, jak w Niemczech. Gdzie własne osiedla posiadały nie tylko szkoły średnie w liczbie 149, ale i 102 szkoły powszechne, zawodowe i specjalne.

„…Przyczyną powolnego tempa rozwoju osiedli szkolnych w Polsce jest ciężki kryzys ekonomiczny oraz brak dostatecznej w tym kierunku propagandy. Tą ostatnią okolicznością objaśnić należy niewątpliwe fakt, że ruch w kierunku zakładania osiedli u nas ogranicza się dotychczas prawie wyłącznie do szkolnictwa średniego ogólnokształcącego, w szkolnictwie powszechnem zaś – niestety – zupełnie jeszcze nie zapuścił’ korzeni…”

W styczniu 1933 r, zawiązał się „Zespół szkół posiadających własne osiedla”. Zespół istniał w ścisłej łączności z Pracownią wychowawczą w „Muzeum Oświaty i Wychowania Ministerstwa W. R. i O. P. W 1933 roku w Polsce, 14 szkół posiadało własne Osiedla szkole.

„….Pod względem ilościowym na, pierwsze miejsce wysunęły się szkoły warszawskie, jest ich bowiem 9, prowincjonalnych zaś 5. Z pośród nich jest 6 szkół państwowych, jedno gimnazjum miejskie i 3 prywatnych. W grupie szkół prywatnych są 3 szkoły społeczne, to znaczy będąca własnością zrzeszeń „społecznych. Według płci niewielką przewagę liczebną mają szkoły męskie, jest ich bowiem 7, żeńskich jest 6 i jedna koedukacyjna (Instytut Głuchoniemych i Ociemniałych)….”

W roku 1928 powstały pod Warszawą 4 pierwsze osiedla w Polsce, będące własnością szkół stołecznych:

– gimnazjum Haliny Gepnerówny w Brwinowie

– gimnazjum J. Popielewskiej i J. Roszkowskiej w Nowinkach gminy Jazgarzew, powiatu Grójeckiego [stacja Chojnów),

– gimnazjum T-wa im. Jana Zamoyskiego w Olesinie, gm. Dębe Wielkie, pow. Mińsk-Mazowiecki, (stacja Dębe Wielkie)

– gimnazjum im. M. Reya Zboru Ewangelicko – Augsburgskiego w Chojnowie, skąd po roku przeniesione zostało do wsi Banioszka, gmina i stacja Kąty pod Górą Kalwarią, gdzie otrzymało nazwę Rejówka.

W roku 1929 otwarte zostało osiedle I gimnazjum miejskiego im. jenerała Sowińskiego Magistratu m. st. Warszawy w Mieni, przy stacji kolejowej tejże nazwy, w powiecie Mińsko-Mazowieckim. W roku następnym powstało w Olsztynie, pow. Częstochowskiego, osiedle żeńskiego gimnazjum państwowego im. Juliusza Słowackiego w Częstochowie, którego punkt ciężkości stanowi kolonia odpoczynkowa i półkolonie. W roku 1931 zostały uruchomione 3 osiedla: w Kasinie Wielkiej, pow. Limanowa. województwa Krakowskiego – osiedle Państwowe, Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego im. Józefy Joteyko w Krakowie. W Pamiątce, gminy Konie, pow. Grójeckiego – męskiego gimnazjum pod wezwaniem św. Wojciecha, w Warszawie, oraz w Rząsce pod Krakowem – żeńskiego gimnazjum im. H. Kaplińskiej (Mari Trąmpczyńskiej) w Krakowie. W roku 1932 miało miejsce otwarcie dwóch Osiedli szkół państwowych warszawskich. W Świdrze – gimnazjum żeńskiego im. Marii Konopnickiej i Mogielnicy osiedla Belweder gimnazjum im. Króla Władysława IV.

Gimnazjum im Jana Zamoyskiego poprzez zakup Sylwany weszło do elitarnej grupy polskich szkół posiadających własne Osiedle szkolne.

„…Osiedle szkoły im. J. Zamoyskiego posiada najwięcej gruntu: teren jego wynosi 17 hektarów z okładem, w tem 7 ha

lasu, łąki 2 ha, 6 stawów o powierzchni łącznej 6800 m2, roli 4 ha, ogrodów 1 ha itd……Największy ogród jest w Olesinie, a drzew owocowych jest w nim ponad 400. ………w Olesinie, inwentarz żywy waha się od 1 do 4 koni, tyluż krów….”

Gimnazjum kupiło Sylwanę za 295 000 zł.

Koszty utrzymania i cele:
„…Najbardziej liczny personel administracyjny, składający się z 8 osób, mają osiedla w Olesinie, Mogielnicy i Mieni. W pierwszych 2 wypadkach pochodzi to stąd, że parę osób z tego personelu pracuje na roli, …..Własnych ogrodników mają 4 osiedla, Na czele 3 osiedli stoi mężczyzna, w innych – kobieta, w 4 osiedlach. Z własnych produktów rolnych korzystają osiedla w Kasinie i w Olesinie….. Opłaty, pobierane za pobyt młodzieży, wahają się przeważnie w granicach od 3 do 4 zł. dziennie….. Środki, jakiemi rozporządza opieka rodzicielska, wystarczają na pokrywanie niedoboru w 7 wypadkach. W gimnazjum im. Zamoyskiego w latach 1931/32 niedobór roczny wyniósł przeszło 30.000 zł… Do niektórych osiedli przyjeżdża jednego dnia dwóch nauczycieli, co pozwala na urządzenie dwugodzinnych lekcyj z 2 przedmiotów, poczem jeszcze 2 godzin przeznacza się na pracę dodatkową. W niektórych osiedlach młodzież ma od 2 do 5 godzin lekcyj z nauczycielem, zależnie od różnych okoliczności…. I tu zaczyna się rola historyka na osiedlu, Pola bitew 1830 r„ krzyże nad grobami powstańców 1863 r., cmentarze wojskowe nowszego pochodzenia, rowy strzeleckie z czasów wielkiej wojny, ….. obfitujące w pamiątki, nagrobki, zażydzone nędzne miasteczka, których nazwy zapisane zostały kiedyś na kartach dziejów, dają liczne sposobności do nawiązania lekcji i do aktualizacji,…… utrwali im się w pamięci stokroć głębiej niż przeciętnej innej lekcji w zwykłych warunkach szkolnych. A wyjaśnienia otrzymane w Magistracie o samorządzie miasteczka, lub w urzędzie gminnym – o samorządzie wiejskim ułatwiają zrozumienie teraźniejszości, nasuwania, myśl o przyszłości, do której nas rozwój samorządów prowadzi wraz z postępem kultury, rozwojem świadomości obywatelskiej oraz kultu poczucia obowiązków względem państwa……. Nauczyciele kilku szkół “powiadają się o pracy dydaktycznej na osiedlu z entuzjazmem, zaznaczając, że materiału bierze się na godzinę lekcyjną – dwa razy więcej niż w szkole, a treść lekcji jest bardziej pogłębiona, Uczniowie uczą się bowiem na osiedlu o wiele chętniej niż w Warszawie i biorą czynny udział w dyskusjach lekcyjnych z wielką łatwością, nie wykazując skrępowania, które jest tak pospolite w szkole. Słabi uczniowie mają sposobność uzupełnienia braków ze względu na łatwość uzyskania pomocy ze strony kolegów lub nauczyciela. Nauczyciel ma możność obserwowania sposobów opracowania lekcyj przez młodzież, …… Po powrocie z osiedla młodzież oddaje się pracy szkolnej z większem natężeniem sił, jest bowiem nieco wypoczęta i pozostaje pod wpływem dobroczynnego odprężenia nerwów!…”

Cele dydaktyczne:

„…..określonych obowiązków, posługiwanie przy stole, pomoc w kuchni lub gospodarstwie albo ogrodzie, utrzymanie porządku w poszczególnych pomieszczeniach, staranie o zachowanie czystości osobistej oraz dokoła siebie, nadzór nad tem, aby, łóżka były zasłane i ubrania ułożone „w kostkę”, aby wyczyszczone obuwie było ustawione w równe rzędy, a czapki ułożone w równe szeregi, opieka nad księgozbiorem, ekspedycja i odbiór poczty, pisanie kroniki, notowania meteorologiczne, utrzymanie w porządku sprzętu sportowego, narzędzi i przyborów, gier i czasopism, nut, opieka nad radioaparatem, czasem nawet układanie regulaminu dziennego, rozkładu pracy na cały dzień lub tydzień, a w jednem osiedlu prowadzenie rachunkowości osiedla przez seminarzystki, ….. Obok zasad samorządowych metody wychowawcze, stosowane na osiedlu, cechują również pierwiastki, zaczerpnięte z harcerstwa i życia obozowego młodzieży. Więc młodzież dzieli się na zastępy albo dziesiątki, odbywa się śpiewana modlitwa poranna i wieczorna, rano ma miejsce uroczyste podnoszenie, a wieczorem opuszczanie sztandaru i proporczyka klasowego oraz oddawanie im na komendę honorów przez ustawioną w dwuszeregu młodzież, …. „

Sport:

„….Olesinie jest boisko 4.800 metrów, kwadratowych, …..strzelnice 50 metrów długości dla broni małokalibrowej posiada Olesin,….Łucznictwo jest uprawiane w jednem osiedlu żeńskiem i paru męskich. Prawidłowy tor łuczny posiada jednak tylko Olesin. Sport pływacki umożliwiają w 3 osiedlach stawy, ….. Oszczepy, dyski, piłki, siatki, łuki, krokiet. różnorodny sprzęt sportowy i lekkoatletyczny znajdujemy na osiedlach w różnej ilości, Najbogaciej jest pod tym względem zaopatrzony Olesin…..”

Czas wolny:

„…..na osiedlu młodzież spędza na grach i zabawach sportowych, towarzyskich (warcaby, szachy itp.), na tańcach, słuchaniu radia lub patefonu, na grze fortepianowej lub innych produkcjach muzycznych, są też urządzane małe przedstawienia, improwizowane pokazy, wyświetlanie przezroczy, wspólne lub indywidualne czytanie, przeglądanie ilustracyj, roboty dla przyozdobienia osiedla. Na widowiska tego rodzaju i obchody zaprasza się tu i owdzie sąsiedztwo. młodzież wiejską. Służy do tego świetlica, ….o wycieczkach i spacerach nie potrzeba wspominać,….Dosyć ważnym czynnikiem wychowawczym jest organizacja wieczorów na osiedlu. Mamy na myśli część wieczoru po zakończeniu zajęć obowiązkowych, Świetlica z księgozbiorem, czasopismami, aparatem radiowym i kompletami do gier towarzyskich – nie zawsze wystarczy, aby się chłopcy nie nudzili. Pożyteczne okazały się umiejętnie i interesująco-dla młodzieży przeprowadzane pogadanki, dotyczące życia na osiedlu, z tendencją wychowawczą…. Resztę wieczoru przeznacza się na gawędę, tu i owdzie odbywającą się przy ognisku na wolnem powietrzu, albo przy kominku…”

Satysfakcja:

„…Młodzież lubi osiedle i ustosunkowuje się do niego życzliwie. Chłopcy i dziewczęta mówią 0 osiedlu – zwłaszcza w klasach młodszych-z zachwytem i entuzjazmem, oczekują z tęsknotą dnia wyjazdu, który jest dla nich dniem radości. U starszej młodzieży zapał dla osiedla ujawnia się w sposób bardziej spokojny, rozpieszczone jednostki starają się czasem pod różnemi pozorami wymówić od wyjazdu, aby się uchylić od rygoru, bądź od pracy fizycznej. Starsze dziewczynki mówią niekiedy, że osiedle powoduje ociężałość umysłową. Szkoła domyśla się w tem tęsknoty za rozrywkami miasta, Starsi uczniowie zdradzają niekiedy pewną skłonność do bagatelizowania zarządzeń charakteru obozowego….” Przed paru laty na zjeździe przedstawicieli szkół niemieckich, posiadających własne osiedla (z okazji wystawy higienicznej w Dreźnie), nauczyciele stwierdzali, że nie wyobrażają już sobie pracy wychowawczej bez pomocy osiedla. Istotnie, osiedle znakomicie pracę wychowawcy pogłębia i sublimuje zarazem, oraz czyni ją bardziej owocną. Parę lat działalności osiedla może spowodować, że w szkole umilkną pewne zgrzyty,…….nastawienie jej życia, nastrój uczniów i nauczycieli staną się inne, bardziej pogodne, Osiedle wpływa korzystnie na zmianę oblicza indywidualnego szkoły. Jedna z dyrektorek zaznacza, że zetknięcie się uczennic z ludnością wiejską dało również wyniki dodatnie, młodzież miejska poznała nędzę na wsi, przekonała się, że może ją łagodzić przy pewnym ze swej strony wysiłku, a stąd powstało poczucie siły własnej i otworzyło się źródło radości….”

Osiedle szkole gimnazjum im Jana Zamoyskiego, podobnie jak jej poprzedniczka – szkoła z internatem Pani Eugenii Lublinerowej – były na ówczesne czasy przedsięwzięciami nowoczesnymi, prekursorskimi. Patrząc dziś na wieś Olesin, aż nieprawdopodobne, że dwie tak niezwykłe inwestycje (a właściwie więcej niż dwie – o tym w następnych odsłonach naszej opowieści) zlokalizowane były w tej maleńkiej miejscowości. Dziwi również fakt, że żadna z tych nowoczesnych aktywności nie wpłynęła na dalszy dynamiczny rozwój Olesina. Osiedle Szkolne zakończyło swoją działalność na terenie Sylwany w 1937 roku. Prawdopodobnie z tych samych przyczyn co istniejąca wcześniej szkoła Pani Lublinerowej, osiedle zostało sprzedane. Przełom lat 1929-1939 to szalejący na świecie kryzys gospodarczy.

Reblog: Wielka Wojna / Der Große Krieg

Ten wpis już tu był rok temu. Wracam do niego, bo taki mi się wydaje ważny i piękny zarazem. / Den Beitrag gab es hier schon – genau vor einem Jahr. Ich kehre zu ihm zurück. Er war sehr wichtig und sehr sehr schön.

Inge da Silva

choinka-okopyWeihnachten 1914. An der Front harren Millionen Soldaten in den verschlammten Schützengräben aus. Im Niemandsland zwischen den feindlichen Linien liegen die Leichen der Gefallenen, teils mit Schnee bedeckt. Am Himmel stand ein blasser Mond. Bleich. Als hätte er die Farbe angenommen der Toten, die unten, im Schlamm, im Stacheldraht, im Niemandsland lagen. Doch mit einem Mal gehen auf beiden Seiten hinter den Wällen Pappschilder hoch: “Frohe Weihnachten” steht da, und “Merry X-Mas”. Was folgt, könnte ein Weihnachtsmärchen sein, aber es hat sich mitten im Ersten Weltkrieg, wirklich so zugetragen. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Weihnachten, das hatten
so viele Soldaten geglaubt, als sie im Sommer 1914 trunken vor Euphorie an die Front marschierten, Weihnachten sollte der Krieg zu Ende sein. Aber Weihnachten ging gar nichts mehr an der Westfront, die vom belgischen Nieuwpoort an der Nordsee bis zur Schweizer Grenze im Süden reichte und an der sich Deutsche auf der einen, Belgier, Franzosen und Briten auf der anderen Seite gegenüberlagen.
Ein Brite schreibt seiner Frau: “Stell dir vor: Während du zu Hause deinen Truthahn gegessen hast, plauderte ich da draußen mit den Männern, die ich ein paar Stunden vorher noch zu töten versucht hatte.” Ein anderer berichtet: “Auf beiden Seiten herrschte eine Stimmung, dass endlich Schluss sein möge. Wir litten doch alle gleichermaßen unter Läusen, Schlamm, Kälte, Ratten und Todesangst.”

“Niemals sah ich ein schöneres Bild des Friedens”

Es dauert nicht lange, und die Feinde machen sich Geschenke, singen Weihnachtslieder, spielen Fußball, veranstalten Radrennen und trinken belgisches Bier. Vor allem Sachsen, Bayern und Österreicher verstehen sich gut mit den Briten – besser als mit ihren oft so schneidigen Kameraden aus Preußen. Ein britischer Soldat steht plötzlich seinem deutschen Coiffeur aus London gegenüber, der das Gastland bei Kriegsausbruch verlassen musste. Er bekommt sofort einen neuen Schnitt. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Es war wie im Stadion bei einem Fußballspiel.” Ein britischer Offizier scherzt, für den Neujahrstag sei schon ein neuer Waffenstillstand verabredet worden: “Denn die Deutschen wollen sehen, wie die Fotos geworden sind”. Als das Fest vorbei ist, feuern sich die Soldaten zunächst noch über die Köpfe, dann geht das große Schlachten weiter. Im Jahr darauf ist Weihnachten ein Tag wie jeder andere. Befehl von oben: Jeder, der mit dem Feind “Stille Nacht” singt, ist sofort zu erschießen.
Bekannt ist nur, dass diese Geschichte am 9. Januar 1915 in der britischen “North Mail” erschien. Sie ist eine von zahllosen Beschreibungen eines Ereignisses, das als “Weihnachtsfrieden” in die Geschichte eingegangen ist, als an zahlreichen Abschnitten der Westfront die Soldaten spontan die Waffen niederlegten, um gemeinsam, mitten im Krieg Weihnachten zu feiern. Belgier und Franzosen reichten Deutschen die Hände. Das passierte auch. Aber meistens waren es Briten und Deutsche, die sich freundschaftlich begegneten. Sie sangen “Stille Nacht, heilige Nacht” und “Silent night, holy night”. Sie zeigten sich Fotos von ihren Liebsten. In der Nähe des französischen Dorfes Fromelles feierten sie einen Gottesdienst. “Der Herr ist mein Hirte” sprachen sie, den 23. Psalm, in Deutsch und in Englisch.

Manchmal trafen sich alte Bekannte, der britische Restaurantgast zum Beispiel und der Deutsche, der vor dem Krieg in London als Kellner gearbeitet hat. Und es gab ein Fußballspiel zwischen Sachsen und Schotten, das nicht zuletzt deshalb ein besonderes Erlebnis war, wie ein deutscher Soldat nach Hause schrieb, weil die Männer jedes Mal in Gelächter ausbrachen, wenn ein Schotte zeigte, dass er keine Wäsche unter dem Rock trug.

Eine Episode von vielen, die sich vor allem an den Abschnitten zwischen Mesen und Nieuwkapelle abspielten. “Einen solchen Frieden von unten gab es noch nie in der Geschichte eines Krieges”, schreibt Michael Jürgs, der in seinem Buch “Der kleine Friede im Großen Krieg” das Weihnachtswunder von 1914 minutiös nachgezeichnet hat.

Die Geschichte von Frederick W. Heath wurde erst vor wenigen Monaten wieder entdeckt. 96 Jahre, nachdem sie in einer Zeitung stand. Sie ragt deshalb aus den vielen Augenzeugenberichten heraus, weil sie so viel erzählt von Gefühlen. Von Ängsten und Misstrauen und von der Sehnsucht, trotz allem, einander als Menschen zu begegnen.

Er träumte noch von zu Hause, als er an jenem Weihnachtsabend auf der feindlichen Seite plötzlich ein Licht aufflackern sah. “Ein Flackern in der Dunkelheit”, schrieb er. “Ein Licht an der feindlichen Linie zu dieser Zeit war so selten, dass ich es gleich meldete.” Doch noch während er die Nachricht weitergab, ging an der deutschen Linie ein Licht nach dem anderen an. Und dann hörte er eine Stimme, eine deutsche. Ganz nah schien sie ihm, so nah, dass er sein Gewehr schussbereit hielt. “English soldier”, rief sie, “English soldier, a merry Christmas, a merry Christmas!”

Medien berichteten über den Weihnachtsfrieden

Die Briten schwiegen. Kein Laut war zu hören, außer den Befehlen der Offiziere, still zu bleiben. Es war noch nicht lange her, da hatten deutsche Soldaten an der Westfront vorgetäuscht, sich zu ergeben. Doch als die Briten ebenfalls die Waffen senkten, kamen Deutsche aus dem Hinterhalt – und schossen. Die englische Zeitschrift “The Sphere” hatte darüber ausführlich berichtet. Wer wird an diesem Weihnachtsabend nicht daran gedacht haben?

Doch etwas anderes war größer als die Angst. “Überall an unserer Linie”, schrieb Heath, “hörte man Männer, die den Weihnachtsgruß des Feindes erwiderten. Wie konnten wir dem widerstehen, uns gegenseitig schöne Weihnachten zu wünschen?” Sie begannen, mit den Deutschen zu reden, nicht ohne die Gewehre fest in den Händen zu halten. In dieser Weihnachtsnacht, in der sie Lieder hörten aus den deutschen Schützengräben und das Pfeifen von Flöten, in der die Briten mit Lachen antworteten und Weihnachtslieder aus ihrer Heimat sangen.

Sie riefen Segenswünsche

In dieser Nacht fiel kein Schuss. In der Dämmerung, als der Himmel grau und rosa wurde, da sahen sie ihre Feinde. Unbekümmert bewegten sich die Deutschen außerhalb der Schützengräben. Heath bewunderte den Mut. Es wäre geradezu eine Einladung an die Briten gewesen, abzudrücken. Aber sie schossen nicht. Sie standen auf und riefen Segenswünsche herüber zu den Männern, mit denen sie wenige Stunden zuvor noch gekämpft hatten um Leben und Tod.

Ein Jahr danach passierte schon kein Wunder mehr.

Reblog: Babka

Karol Maliszewski na Facebooku. Namówiłam go, żeby, podobnie jak poprzedni swój tekst, który TU publikowałam, udostępnił i to opowiadanie “w celu udostępnienia”.

Babka

Stara Liskowa przemyka się za oszronioną siatką. Jeszcze szaro za oknem, a ona biegnie za głosem serca. Cała dzielnica ma ubaw po pachy. Co tam za wiersz znowu napisała? „O, wonna stuło mego serca; widziałam Cię wczoraj, wsiadałeś do merca”. Chce być pierwsza pod kościołem. Dobrze wie, kto odprawia poranną mszę. Chce widzieć smukłe, opalone dłonie, wznoszące do góry biały krążek. Chciałaby pić z jego kielicha. Nosić za nim te wszystkie święte rzeczy. Gotować mu zupę na plebani albo gdziekolwiek. Już nie widzi świata poza tą drobną, szczupłą postacią. Nie widzi kościoła i złośliwych uśmieszków. Nie widzi Boga, jeśliby zasłaniał to, co najważniejsze.
Eugeniusza widzi po raz ostatni. Gdyby wiedziała, kazałyby fotografowi Pliszce zrobić zdjęcie. A potem powiększyć. Powiesiłaby sobie nad łóżkiem. Modliłaby się do niego rano i wieczorem. A jak trzeba, to i w środku dnia. Żeby tylko jakoś przetrzymać ostatni odcinek serialu, w jaki ją wepchnięto. I oznaczono etykietką „zwariowana staruszka”. Nikt nie rodzi się kimś takim. Nie dali mi szans, myśli. On nie dał. Kawał gnoja z tego zięcia. Drzwi zamyka na klucz, wrzeszczy z drugiej strony. Nie wie, w jakim języku. I ze swojego wielu słów już nie pamięta. Co ją zresztą obchodzi jakiś wściekły syk. Zakrywa uszy rękami. Wraca do przerwanej melodii. Widzi dym nad łąką, opadającą mgłę. Wokół lśnią witraże, czerwony połysk słońca. Gdzie ona właściwie jest? Organy grają coraz skoczniej. Eugeniusz zrzuca ciężką od rosy pelerynę. Prosi ją do tańca. Uwalnia spod czepca warkocze. Tak, miała je kiedyś. Złote, lśniące.
Już nam babka więcej wstydu nie przyniesie, słyszy. Tak jakby odetkały się uszy po długim zjeździe z przełęczy. Po śmierci męża kupiła sobie rower. Najbardziej lubiła wyprowadzać go daleko w pola, a potem zjeżdżać z przełęczy bez pedałowania. Różnica ciśnienia powodowała, że głuchła na chwilę. Potem coś strzyknęło w jednym albo drugim uchu i znów słyszała wyraźnie, bez szumu. Skoro babka nie umie nad sobą zapanować, to my zapanujemy nad babką. Amen, dodała w myślach. Bo jak to jest z modlitwą? Czy amen urywa ją na zawsze, kończąc natchnioną chwilę? Nie ma ciągłości między momentami? Czy te modlitwy nie łączą się czasem, nie zbierają w jeden wielki błagalny nurt? Eee, czemu błagalny… Nieraz tylko omawiała swoje sprawy, konsultowała, radziła się, o nic nie prosząc. Tak ją wychowano, że z trudem o coś prosiła. Nawet Boga. Ale teraz skłonna była prosić. Wykrztusiłaby chętnie jedną maleńką prośbę. Niech tego buca szlag trafi. Niech wyjedzie za granicę do pracy. A klucz odda córce. Już ona się z nią dogada. A ta zwróci jej wolność. Prawo do miłości.

Reblog: Hiszpańskie dzieci II

 

Dzisiaj po raz drugi hiszpańskie dzieci – tym razem dzieci króla Filipa III, namalowane przez Juana Pantoja de la Cruz (1553–1608) i Bartolomé Gonzáleza y Serrano (1564–1627), dzieci, o których autorka w blogu It’s About Time, mówi, że zostały złapane w pułapkę świetnego urodzenia i równie świetnego stroju. Jest to już drugi wpis o malowaniu hiszpańskich dzieci królewskich. Poprzedni był TU.

1602 Juan Pantoja de la Cruz namalował i ten obraz i cztery znajdujące się poniżej.
Tu infantka Anna (1601-1666), Ana Maria Mauricia Infanta, córka Filipa III i Małgorzaty Austriaczki, najstarsza z ośmiorga królewskich dzieci. Detal.

Infantka Anna Mauricia

Infantka Anna

Infantka Anna Maria

Infanci Filip i Anna
A tu oboje w kilka lat później, już sportretowani przez innego artystę.

1610 Bartolomé González y Serrano (1564–1627), Anna Austriaczka w wieku 9 lat, przyszła królowa Francji i jej brat Filip, w wieku 5 lat, przyszły Filip IV, król Hiszpanii.

Anna była żoną Ludwika XIII i matką Ludwika XIV, a siostra Ludwika XIII, Elżbieta Bourbon została żoną brata Anny – Filipa. To podwójne małżeństwo miało wzmocnić sojusz francusko-hiszpański. Oba śluby per procura odbyły się tego samego dnia – 25 listopada 1615 roku: Anny i Ludwika w Burgos (to tam gdzie byłam podczas pielgrzymki), Elżbiety i Filipa w Bordeaux. Anna miała lat 14, Filip 10. Anna znana jest nam wszystkim z filmów i książek. To o jej honor walczą u Aleksandra Dumasa Trzej muszkieterowie, to jej naszyjnik trzeba odzyskać w jego powieści Naszyjnik królowej. To ona w pewnym momencie przekazuje władzę w ręce zachłannego kochanka, a może nawet i potajemnie poślubionego małżonka – kardynała Mazariniego.

Ten obraz został w roku 1612 również namalowany przez przez Bartolomé González y Serrano (1564–1627) – infant Alfons.

Infant Carlos (1607-1632) z siostrą, infantką Marią Anną (1606-1646)
Poniżej infanci: Ferdynand, Alfons i Małgorzata

i tylko dwoje spośród nich: Alfons i Małgorzata

Reblog: Jadą Żydzi, jadą

hartmanPolin – Muzeum Historii Żydów w Warszawie
Wielkie otwarcie – 28 października o godzinie 19

Wielkie otwarcie Muzeum Historii Żydów Polskich. Będzie gości co niemiara! Jak to zwykle w Polsce bywa, nie obeszło się bez rozmaitych zgrzytów i zacięć, a w końcu i znacznych opóźnień. Ale to wszystko za nami.

Jest muzeum, jest dyrektor, jest program i są pieniądze. Dzięki pracy setek ludzi, wśród których bez wątpienia wyróżnić trzeba ojca i patrona całego przedsięwzięcia red. Mariana Turskiego, Polska ma jeden z najważniejszych obiektów na mapie żydowskiej diaspory. Ma go już, a świat przekona się, że jest właśnie taki ważny, a nie jakiś tam, jeden z wielu, już za rok albo dwa.

To niezwykle istotne dla światowego wizerunku Polski, często tak niesprawiedliwie i przesadnie eksponującego polski antysemityzm. Antysemityzm jest, lecz jest też godność państwa i jego elit, które potrafią stanąć twarzą w twarz ze wspólną polsko-żydowską historią, antysemitom zaś pokazać drzwi.

Za tydzień zasypią nas recenzje z wystawy stałej. Sam nie mogę się już doczekać jej obejrzenia. Wyobrażam sobie, jak trudno było ominąć wszystkie rafy uprzedzeń i stereotypów, które tak łatwo, acz całkiem niechcący się utrwala. Jak pokazać powszechną nienawiść Polaków do Żydów w czasie wojny, obok sprawiedliwych, którzy Żydów z narażeniem życia ratowali, i obok tych, którzy robili to samo, tylko że dla pieniędzy? Jak pokazać „żydokomunę” obok jej również żydowskich ofiar? Jak pokazać antysemityzm polskich bohaterów i zasługi, jakie ponieśli dla Żydów liczni „półantysemici”, osoby „judeo-niejednoznaczne”, w tym wielu Żydów? Jak wytłumaczyć zawiłości tożsamościowe: Żyd, polski Żyd, Polak wyznania mojżeszowego, Polak-Żyd, Żyd-Polak, osoba pochodzenia żydowskiego, pół-Żyd, etniczny Żyd… Sami Żydzi połapać się w tym nie mogą, a co dopiero zwiedzający.

Będą mówili o wystawie, że się tam oprawców wybiela? A Izraelczycy będą narzekać, że umniejsza się pogromy i rozgrabianie mienia żydowskiego? Religijni, że nazbyt podkreśla się żydowskie pochodzenie osób, które z żydostwem nie mają nic wspólnego? Ateiści, że za dużo w tym muzeum religii i zrównywania żydowskości z judaizmem? Katolicy, że zniesławia się Kościół, pokazując, jak przez stulecia jątrzył i prześladował Żydów? Wierzący Żydzi, że nazbyt podkreśla się niechęć żydowskich środowisk religijnych do żywiołu chrześcijańskiego? Antysemici, że za mało jest o zbrodniach żydowskich partyzantów na polskich patriotach? Aj, waj, wszyscy będą biadolić i narzekać. Jeszcze się taki nie urodził, kto by wszystkim dogodził.

Na wszelki wypadek Muzeum nazwało się Polin, czyli Polska. Żeby nie było wątpliwości, że jest polskie i patriotyczne. Czy to zapowiedź podporządkowania się doktrynie idyllizmu w stosunkach polsko-żydowskich, zagłaskującej bolesną pamięć i wygadzającej wszystkie fałdki, tak aby na uroczystościach zawsze było cacy, ach, jak cacy? Mam nadzieję, że nie.

W przeddzień otwarcia, na które wybieram się z mamą (dzieckiem Holokaustu), życzę Muzeum przede wszystkim wielkiej odwagi. Nie dajcie się zastraszyć ani przekupić! Nie dajcie sobie narzucić filisterskich pseudoprawd! Nie bójcie się PiS-u, Rydzyka, kiboli, faszystów ani opętanych prawicowych oszołomów z Jerozolimy i Nowego Jorku! Nie bójcie się w ogóle nikogo! Bądźcie jak pionierzy i kibucnicy. Bo to muzeum jest właśnie jak kibuc na środku pustyni. Pustyni pozostałej po żydowskiej Polsce. Żadna z instytucji żydowskich nie może się z Wami równać. Zostaliście skazani na przywództwo w żydowskim życiu kulturalnym naszego kraju – wszystkie fundacje, wydawnictwa i stowarzyszenia znajdą się w Waszym cieniu, oby przyjaznym i opiekuńczym. Bądźcie w tej swojej patriarchalnej misji jak mądry rabin, który godzi zwaśnionych sąsiadów i stara się mieć dobre słowo dla każdego. Otwierajcie swoją przestrzeń na wszystkich zwariowanych Żydów i zwariowanych gojów, którzy nie wiedzieć czemu ciągle do Żydów lgną. Nie róbcie nikomu łaski. Bądźcie Domem Żydowskim, a jednocześnie Domem Polskim, aby nikt nie miał wątpliwości, że tu, w tym zapierającym dech w piersi gmachu, dwa dzielne narody współżyją ze sobą i goszczą się wzajem we wspólnym domu, a wraz z tym goszczą cały świat.

Wiele lat minie, zanim Polacy zrozumieją, że Muzeum Historii Żydów Polskich nie jest statkiem kosmicznym, obcym, żydowskim obiektem wybudowanym dla Żydów za polskie pieniądze, lecz pomnikiem wspólnej historii i polską placówką kulturalną, której zadaniem jest pielęgnowanie dziedzictwa dwóch narodów, które żyły razem na jednej, wspólnej ziemi. Ale przyjdzie czas, gdy ludzie to zaakceptują i uwierzą, że żydowskie może być polskie, a polskie może być żydowskie. To nie będzie jutro ani za dziesięć lat. Ale kiedyś będzie.

Drogie Muzeum, bardzo na Was czekamy i bardzo na Was liczymy!

Reblog: Otwarty dostęp do nauki

Artykuł ukazał się we wrześniu

Emanuel Kulczycki

Jakiś czas temu obrońcom „jedynej i niezbywalnej jakości nauki” został wytrącony z ręki kolejny argument. Jedno z najlepszych czasopism naukowych na świecie, tj. „Nature Communications”, ogłosiło, że przechodzi na publikowanie tekstów w otwartym dostępie i od tej pory materiały będą publikowane m.in. na licencji Creative Commons BY 4.0. Co to oznacza? Między innymi to, że każdy użytkownik Sieci może nie tylko za darmo i bez technicznych ograniczeń (tzn. bez potrzeby logowania się i zakładania konta) pobrać i przeczytać artykuł, ale może go również przetłumaczyć i bez pytania wydawcy czy autora o zgodę opublikować u siebie w antologii. Dlaczego tak ważne czasopismo (jako jedno z wielu – co trzeba podkreślić) postanowiło zrobić taki krok? To naprawdę proste: przede wszystkim dlatego, że celem nauki i komunikacji naukowej jest jak największa popularyzacja wyników badań. Gdyż dzięki temu nasze społeczeństwa szybciej się rozwijają, a badania finansowane – najczęściej – ze środków publicznych służą tym, którzy je finansują.

Otwarty dostęp do publikacji

Otwarty dostęp do publikacji naukowych jest jednym z kluczowych filarów otwartej nauki. Mówi się o nim i wdraża już od wielu lat. Publikacje naukowe (poza tajemnicami państwowymi itd.) nie powinny być towarem reglamentowanym. Dlatego wszystkie publikacje, które powstają w oparciu o finansowanie ze środków publicznych, powinny być dostępne za darmo dla każdego. Piszę o darmowym dostępie do publikacji i mam na myśli „darmowość” dla ostatniego elementu tego łańcucha – czyli dla zwykłego czytelnika. Nie ma bowiem co się oszukiwać: ta darmowość musi kosztować i koszty tego musi ktoś ponosić. Otwarty dostęp jest możliwy przede wszystkim dzięki rozwojowi technologii – i jeżeli ktoś obraża się na „internetowe zasoby” oraz „darmowe bazy danych”, to przypomina piętnastowiecznych mnichów ze scriptorium, którzy obrażali się na ruchomą czcionkę Gutenberga.

Publikowanie w otwartym dostępie ma swoje „lokomotywy”, takie jako BioMed Central (w Wielkiej Brytanii) czy Public Library of Science (PLOS) w Stanach. W ten sposób zmienił się model finansowania kluczowych dla nauki czasopism: do tej pory były finansowane głównie przez subskrypcje opłacane przez biblioteki uniwersyteckie. W modelu open access (a dokładnie w tzw. „złotej drodze”) koszty opublikowania tekstu zostają przerzucone na konkretnego naukowca – który oczywiście najczęściej nie płaci z własnej kieszeni, lecz z funduszy grantowych czy uczelnianych.

Ktoś może powiedzieć, że zarówno BioMed jak PLOS są nowymi instytucjami o jeszcze nieugruntownej renomie (co byłoby całkowitym minięciem się z danymi). Moglibyśmy przyjąć taki argument; ale jak wówczas poradzić sobie z faktem, że najstarsze towarzystwo naukowe na świecie – tj. Royal Society (Towarzystwo Królewskie) ogłosiło uruchomienie nowego otwartego czasopisma „Royal Society Open Science”.

W przyszłym roku minie 350 latach od powstania – właśnie w ramach Towarzystwa Królewskiego – pierwszego czasopisma naukowego o nazwie „Philosophical Transactions”. Towarzystwo Królewskie rozpoczęło wielką rewolucję w nauce (bo tak trzeba postrzegać powstanie czasopism naukowych). Teraz ma szanse wesprzeć trwające już zmiany; a jak widać ma taki zamiar, gdyż pisze wprost: „Mamy nadzieję, że Royal Society Open Science pokaże nasze nieustające wsparcie dla publikowania w otwartym dostępie i zaangażowania w publikowanie wyników badań, które służą nauce i ludzkości”.

Co takiego umożliwia otwarty dostęp do publikacji?

Aktywnych naukowców nie trzeba przekonywać do tego, jak ważny jest dostęp do literatury i wyników najnowszych badań. Chociaż nasze biblioteki akademickie robią co mogą, to i tak wciąż napotykamy mnóstwo barier (finansowych!), jeśli chcemy być na bieżąco z najnowszymi książkami i artykułami. A nie da się uprawiać nauki nawet na przyzwoitym poziomie, bazując na publikacjach, które nie są przedmiotem żywych dyskusji.

Naturalnie można wskazywać bardzo wiele zalet otwartego dostępu do publikacji (chociażby promocja własnych badań, potencjalny wzrost cytowań a przez to wskaźników bibliometrycznych służących do oceny naukowców). Warto jednak spojrzeć na tę całą sytuację w szerszym kontekście, tj. nie z perspektywy naukowca, lecz normalnego obywatela-​podatnika. Ta bowiem perspektywa sprawia, że wszystkie badania finansowane z nowego programu unijnego Horyzont 2020 (a także np. wszystkie badania prowadzone i finansowane ze środków budżetowych w Wielkiej Brytanii) będą musiałyby być udostępnione w otwartym dostępie.

Jeżeli podatnicy finansują badania naukowców, to powinni mieć dostęp do wyników owych badań. Obecnie natomiast bardzo często sprawa wygląda tak, że naukowcy otrzymują finansowanie, a następnie publikują artykuły i książki w taki sposób, że dostęp do nich jest płatny. Biblioteka zatrudniająca danego naukowca musi kupić dostęp do tych pozycji, aby koledzy naukowca mogli z nich korzystać. Podatnik również musi zapłacić za książkę wydawnictwu, chociaż przecież wyniki zawarte w tej książce zostały sfinansowane ze środków publicznych.

Nie chodzi o to, żeby zablokować możliwość sprzedawania książek i czasopism. Wręcz przeciwnie! Chodzi o to, aby np. oprócz owej wersji papierowej czy elektronicznej sprzedawanej w wydawnictwie można było pobrać (np. ze strony repozytorium instytucjonalnego) darmową wersję owej publikacji.

Otwarty dostęp to śmierć jakości

Przeciwnicy otwartego dostępu podnoszą wiele argumentów przeciw takiemu podejściu do komunikacji naukowej. Najczęściej podnoszonym jest coś, co ja nazywam „Argumentem ze śmierci jakości”. Okazuje się bowiem, że dla przeciwników otwartego dostępu to, że coś jest opublikowane w taki sposób, oznacza, że tych wyników nikt nie chciał gdzie indziej (powinniśmy niby to rozumieć tak: w zamkniętym, czyli prestiżowym wydawnictwie).

Oczywiście wszędzie tam, gdzie są ludzie i pieniądze, pojawiają się wszelkiej maści patologie. Tak też i jest z otwartym dostępem – powstają bowiem tzw. drapieżni wydawcy. Są to firmy, które zakładają wiele czasopism, pobierają od autorów opłatę za publikację i publikują wszystko jak leci – najczęściej bez procesu recenzyjnego. Takie patologie opisuje i śledzi m.in. Jeffrey Beall na swoim blogu Scholarly Open Access.

Sprawa drapieżnych wydawców jest oczywiście poważna – jednakże deprecjonowanie otwartego postępu z tego powodu, przypominałoby deprecjonowanie najlepszych winnic we Włoszech, gdyż w Polsce robi się tanie wyroby winopodobne.

Otwarty dostęp a „sprawa polska”

W Polsce debata na temat otwartego dostępu i otwartej nauki… powoli się toczy. Można nawet powiedzieć, że przyśpieszyła, aczkolwiek wciąż pojawiają się różne przeszkody. To, jak aktualnie wygląda otwieranie nauki, widoczne jest w najnowszym raporcie przygotowanym przez ICM UW pt. Otwarta nauka w Polsce 2014. Diagnoza.

Obecnie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego prowadzi konsultacje na temat Planu wdrożenia otwartego dostępu do treści naukowych w Polsce. Konsultacje na temat otwartości są… zamknięte i ograniczone do wyznaczonych podmiotów. Dlatego zwykły naukowiec może zapoznać się jedynie z oficjalnymi stanowiskami odpowiednich instytucji, które na swych stronach zamieściły opinie. Tak uczyniło np. Narodowe Centrum Nauki czy Polska Izba Książki. I tak jak opinia NCN-​u jest stonowana i wyważona, tak opinia PIK-​u jest po prostu absurdalna. Na szczęście już pojawiły się polemiki z tym stanowiskiem, które – co zasługuje w pełni na uznanie – PIK zamieściła na swojej stronie. Jedną z odpowiedzi napisało wydawnictwo De Gruyter Open, które podkreśliło:

Ubolewamy, że PIK, mająca służyć polskim wydawcom, przyjęła tak zachowawczą i zaściankową postawę, oddalającą polską branżę wydawnictw akademickich od nowych trendów na rynku światowym. Nasze wydawnictwo (pod poprzednią nazwą Versita) było członkiem PIK, ale zrezygnowało z członkostwa widząc brak zainteresowania, brak zrozumienia, a nawet wrogość PIK wobec modelu OD.

Za kilka tygodni ma odbyć się konferencja podsumowująca dotychczasowe konsultacje i opinie, które spłynęły do MNiSW. Przyznaję, że nie mogę się doczekać lektury tych dokumentów i sprawozdań.

Historycy, obudźcie się!

Napisałem, że stanowisko Polskiej Izby Książki jest absurdalne (De Gruyter Open nazwało to stanowisko zachowawczą i zaściankową postawą – to chyba taki delikatny eufemizm). Skoro tak mocnego słowa użyłem w stosunku do PIK-​u, to nie wiem, co mi pozostanie, aby określić wypowiedź prof. Jana Szymczaka, prezesa Polskiego Towarzystwa Historycznego, która została wygłoszona na XIX Powszechnym Zjeździe Historyków Polskich w Szczecinie. Prof. Szymczak powiedział (film poniżej):

Uważamy, że pewnym zagrożeniem dla polskiej humanistyki staje się tzw. otwarty dostęp – jak nazywa to Ministerstwo Nauki – będący w zasadzie próbą zlikwidowania rozwoju badań z jednym z najważniejszych jego cech, jaką jest krytyka naukowa, ale także poszanowanie dla praw autorów, badaczy do wyników ich badań.

Powyższą wypowiedź chyba trzeba nazwać wprost: jest to wyraz absolutnego niezrozumienia i/​lub niekompetencji. Nic tak nie sprzyja krytyce naukowej, jak dostęp do publikacji. Może część historyków nadal uważa, że najlepiej opublikować monografię w nakładzie 100 egzemplarzy i rozprowadzać ją po zaprzyjaźnionych czytelniach. Wówczas rzeczywiście krytyka naukowa będzie prawdziwa, bo od prawdziwych przyjaciół. Jednakże prawdziwa nauka – o czym już 350 lat temu wiedzieli członkowie Towarzystwa Królewskiego – opiera się na ocenie eksperckiej. I nie ważne kto jest tym ekspertem – ważne jest to, na czym się zna i czy ma dostęp do publikacji.

Również drugi argument, jakoby otwarty dostęp nie był „poszanowaniem” praw autorów i badaczy jest całkowicie bałamutny. Bo niby w jaki sposób rodzaj dostępu do publikacji miałby łamać prawa autorów? Może ktoś wciąż myśli, że „jak będzie w internecie, to ktoś to ukradnie”. Tylko że – ponownie – jest to wyraz niezrozumienia współczesnego systemu autorsko-​prawnego oraz tego, jak działa współczesna Sieć.

Okazuje się jednak, że takie niezrozumienie nie jest tylko domeną historyków. W bardzo ciekawym artykule Kariery lewarowane opublikowanym w „Polityce” prof. Leszek Pacholski – analizując różne patologie – napisał: „Moda na open access (publikowanie wyników prac naukowych w otwartych czasopismach w internecie) sprawiła, że zupełnie zapomniana o trosce o jakość”. W żaden sposób nie potrafię się z tym zgodzić, gdyż taka opinia brzmi niczym: „Moda na wbijanie gwoździ młotkiem sprawiła, że zupełnie zapomniano o trosce o ładne paznokcie”. Zakażmy używania młotków, gdyż można zrobić sobie krzywdę. Przecież otwarty dostęp do wyników badań jest tylko narzędziem, a nie celem samym w sobie. Jeżeli będziemy nasze opinie budować tylko na skrajnych przypadkach i patologiach, wówczas dobrze na tym nie wyjdziemy. Okaże się, że każdy naukowiec to patologiczna jednostka, która chce wszystkich oszukać.

To nieprawda, że wielokrotne powtarzanie nieprawdziwych słów, czyni z nich prawdę. Wręcz przeciwnie: przede wszystkim odsłania niekompetencję wypowiadających.


Powyższy tekst powstał z inspiracji (1) dyskusji zainicjowanej na Facebooku przez Marcina Wilkowskiego z Historii i Mediów oraz (2) dyskusji z Romanem Sidorskim – redaktorem Histmag. org.

Miejsce pierwotnej publikacji: Histmag​.org

Zdjęcie: kshelton – Public Domain

Głos krytyczny w dyskusji na temat otwartego dostępu podczas XIX Powszechnego Zjazdu Historyków Polskich w Szczecinie, w dniach 17-21 września 2014 roku; uwaga: tekst znajduje się na samym początku nagrania, potem są marynarskie szanty.

A tu prof. Maria Poprzęcka na rzecz otwartej nauki:

Reblog: Hiszpańskie dzieci

It’s About Time – hier the same in English

Kilkakrotnie już odwiedzaliśmy wspólnie ten niezwykły blog o sztuce, odkryty parę lat temu przez moją siostrę. Dziś XVI i XVII-wieczne hiszpańskie dzieci, i nie myślmy, że skoro znamy infantki w czarnych i białych sukniach oraz obraz ze służącymi, to już znamy hiszpańskie dzieci. Blog prowadzi

Zanim jednak podążymy tropem hiszpańskich obrazów wybranych przez Barbarę, spójrzmy na dwa obrazy namalowane przez Włoszkę – Sofonisbę Anguissolę.

Rok 1555. Trzy siostry Anguissola przy partyjce szachów (nota bene – obraz znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Poznaniu!) Jakie te dziewczynki są tu żywe, wesołe, przekorne i filuterne. Malarka miała zaledwie dwadzieścia kilka lat. W cztery lata później wezwano ją na dwór królewski w Toledo – została nadworną malarką Filipa II i nauczycielką jego młodziutkiej, smutnej żony Izabeli. Izabela, a właściwie Elżbeta Walezjanka, była trzecią żoną Filipa – miała 14 lat, gdy wysłano ją jako królową do Hiszpanii.

Gdy w roku 1570 Sofonisba namalowała infantki hiszpańskie, Clarę Eugenię  i Catalinę Micaelę, dziewczynki nie były ani figlarne, ani ożywione, jak siostry Anguisolla, tu już mamy rzeczywiście dzieci złapane w pułapkę. Portrety dzieci Filipa II zostały namalowane przez Alonso Sancheza Coello, malarza hiszpańskiego (1531-1588). Barbara przypisuje mu również i ten podwójny portret księżniczek hiszpańskich, o którym ja wiem, że namalowała go Sofonisba. Ale jakaż różnica między wesołymi siostrami włoskimi, a smutnymi infantkami z Hiszpanii.

Dzieci renesansowych władców – pisze Barbara – ubierano jak małych dorosłych, a ich strój świadczył o statusie majątkowym i społecznym rodziców. Portrety te powstawały być może jako informacja dla rodziców przyszłego małżonka. Był to czas, gdy małżeństwa, zwłaszcza królewskie, kojarzono gdy kandydaci do ślubu byli właściwie jeszcze dziećmi. Takie kontrakty małżeńskie miały cementować koalicje społeczne, polityczne i majątkowe obu królewskich rodów. Portret infanta zaświadczał więc o zamożności, pozycji i wysokim urodzeniu. Zwyczaj portretowania dzieci przeszedł z rodów królewskich do kręgów arystokracji i szlachty. Tu już jednak nie można było aż tak przechwalać się luksusem, w którym pławią się dzieci królewskie. W wieku od XVI do XVIII w całej niemal Europie obowiązywały surowe prawa, dozwalające poszczególnym grupom społecznym noszenie odpowiadających ich stanowi strojów i biżuterii. Bogate tkaniny, koronki i biżuteria miały być zastrzeżone dla arystokracji, były więc jeszcze jednym elementem podkreślającym zróżnicowanie społeczne. Jednak niestety, a może raczej “stety”, prawa te były nader trudne do wyegzekwowania. Miłośnicy literaury polskiej na pewno przypomną sobie, że na owe surowe prawa skarżyła się piękna pani Flora, wdowa po majstrze passamonniku, w gdańskiej powieści Deotymy “Panienka z okienka”.

Ale oczywiście drakońskie prawa nie dotyczyły królów i ich dzieci.

Ciekawy komentarz do tego wpisu znalazł się na Facebooku, tak ciekawy, że postanowiłam go tu dołączyć. Piotr Loch napisał mianowicie:

Sofonisba Anguissola ciekawie sportretowana została w książce Roberta C. Davisa i Beth Landsmith “Ludzie renesansu – Umysły, które ukształtowały erę nowożytną”. Próbują oni tłumaczyć tę dość niezwykłą umiejętność oddania emocji na twarzach portretowanych dzieci. Sofonisba, ze względu na to, że była kobietą nie mogła wynajmować obcych mężczyzn w charakterze modeli przez co nie mogła podejmować poważniejszych tematów religijnych czy historycznych. Z konieczności zajmowała się malarstwem portretowym – odpowiednim dla szanowanej arystokratki. “Początkowo oznaczało to malowanie bez końca członków własnej rodziny i samej siebie, dzięki czemu wypracowała własny styl, w którym na plan pierwszy wysuwała się charakterystyka psychologiczna postaci ukazanych z czułością i dbałością o szczegóły. Na niektórych jej rodzinnych portretach widać upodobanie do żartobliwych scen z życia codziennego, w czym o ponad pokolenie wyprzedziła twórczość holenderskich malarzy rodzajowych zwanych “bamboccianti.” Sofonisba korespondowała z Michałem Aniołem. Hołd złożył jej osobiście Peter Paul Rubens, który zajął jej miejsce nadwornego malarza na dworze Hiszpanii, a także Antoon van Dyck. Jej życie to gotowy scenariusz filmowy. Ostatni autoportret namalowała w wieku 90 lat. Malując infantki w Hiszpanii chyba poddała się sztywności etykiety. A może te hiszpańskie córy tak wcześnie weszły w swoje monarsze role – i Sofonisbie nie pozostało nic innego jak je w nich odmalować. I jeszcze jedna ciekawa (tak sądzę) informacja. Skąd to dziwne imię? “Anguissolowie, ród drobnej szlachty z położonej na północy Italii Cremony, mieli zwyczaj nazywać swych potomków na cześć starożytnych kartagińskich bohaterów. Hamilkar Anguissola, syn Hannibala, nazwał swojego syna Hazdrubalem, a córkę Sofonisbą.”

Po lewej u góry datowany na rok 1550 portret Carlosa, księcia Asturii (Don Carlos, szalony infant), dziedzica króla Filipa II. Po prawej – Rudolf II, cesarz świętego cesarstwa rzymskiego, król Czech, Węgier i Chorwacji, arcyksiążę austriacki (portret z roku 1560). Poniżej infantki Izabela oraz Izabela Clara Eugenia z małpką, córki króla Filipa II, te same, które kilka lat wcześniej sportretowała Sofonisba. Również Coello namalował podwójny portret obu dziewczynek.

 

Infanci Don Diego i Don Felipe na portrecie podwójnym, a poniżej sam infant Filip, synowie czwartej żony króla, Anny Austriaczki. Nota bene, król był wujkiem swej małżonki.

Infant Filip został rzeczywistym następcą tronu Filipa II i odziedziczył po nim największe państwo na świecie, obejmujące Hiszpanię, Austrię, Bałkany i Niederlandy, Burgundię, całe południowe Włochy, posiadłości w Nowym Świecie i Filipiny, nazwane tak zresztą na cześć jego ojca. W ciągu swego panowania postradał większą część schedy znajdującej się poza Półwyspem Iberyjskim, zdobywając za to Portugalię. Przegrał też większość wojen, z których do historii przeszła zwłaszcza wojna z Anglią (pamiętamy, oczywiście, Francis Drake, golibroda króla Hiszpanii). No ale też przyznajmy, miał z kim przegrywać – królowa Elżbieta, król francuski, Henryk IV (ten, który stwierdził, że Paryż wart jest mszy) i wreszcie Wilhelm Orański. Miał pecha, biedny Filip.

Filip ożenił się z Małgorzatą Austriaczką. Dano mu do wyboru trzy siostry. Spodobała mu się najmłodsza, jednak ojciec zadecydował, że najstarsza siostra bardziej się nadaje. Czyli wybór był taki raczej pozorny. Na szczęście, jeśli można to nazwać szczęściem, najstarsza księżniczka umarła i królowi pozwolono ożenić się z wybranką. Urodziła mu ona ośmioro dzieci. Portretowali je już jednak inni malarze. Po śmierci królowej Izabeli wyjechała z Hiszpanii Sofonisba, a Coello zmarł w roku 1588. Filip został królem w roku 1598 i rządził do roku 1621. Jego dzieci malowali Juan Pantoja de la Cruz (1553–1608) i Bartolomé González y Serrano (1564–1627).

Pokażę je następnym razem.

Reblog: Wielka Wojna (11)

Lech Milewski

Bitwa pod Gallipoli.

Gdy 4 sierpnia 1914 roku Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Niemcom, Australia i inne kraje Imperium Brytyjskiego zostały automatycznie włączone do operacji wojennych. Ciekawostką jest fakt, że pierwszy strzał artyleryjski tej operacji został oddany właśnie w Australii.

Wojenko, wojenko...
W 1914 roku Australia miała za sobą dopiero 14 lat niezależnego bytu państwowego. Obywatele Australii uważali się nadal za brytyjczyków (independent Australian Britons) i byli nieco zdezorientowani oficjalnym odcięciem od macierzy. To tłumaczy entuzjazm z jakim przyjęli wiadomość o wybuchu wojny. Urzędy rekrutacji ochotników nie mogły sobie poradzić z ilością kandydatów. Jaka była ich motywacja? Wydaje się, że dwojaka – z jednej strony poczucie, że po raz pierwszy jesteśmy równorzędnym partnerem Wielkiej Brytanii, z drugiej – chęć sprawdzenia się, i porównania – jacy jesteśmy po tych latach samodzielnego bytu?
Ciekawy jest fakt, że rząd australijski rozpisał dwukrotnie referendum w sprawie wprowadzenie przymusowego poboru. I dwukrotnie obywatele odrzucili ten projekt. Ale w tym samym czasie do urzędów rekrutacyjnych zgłosiło się prawie 422 tysiące ochotników. Jakaś przekora – chcę iść do wojska, ale tylko z własnej, nieprzymuszonej woli. Warto zdać sobie sprawę, że w tym okresie w Australii było niecałe 3 miliony mieszkańców płci męskiej. Na wojnę pojechało 332 tysiące.
Pierwsze transporty australijskich rekrutów wylądowały w Egipcie, gdzie rozpoczęły intensywne szkolenie. Do Egiptu przybyła również regularna armia nowozelandzka oddana na okres wojny do dyspozycji Wielkiej Brytanii. Wtedy powstał skrót ANZAC – Australian and New Zealand Army Corps.

Chrzest bojowy australijskiej armii nastąpił 25 kwietnia 1915 roku pod Gallipoli.
Gallipoli (z greckiego Kalli-poli – piękne miasto) – Turcja – okolice mitycznej Troi. Co Australia miała tam do roboty?

Scena polityczna.
Turcja przechodziła właśnie okres poważnych zmian wewnętrznych. Sześć lat wcześniej nastąpił ostateczny upadek Cesarstwa Ottomańskiego. Kraj potrzebował spokoju i stabilizacji, szukał sprzymierzeńca. Mogłaby być nim Anglia, ale stało się inaczej.
3 sierpnia 1914r, jeden dzień przed wypowiedzeniem Niemcom wojny, Winston Churchill nakazał konfiskatę dwóch pancerników zbudowanych dla Turcji w angielskich stoczniach. Wtedy znalazł się przyjaciel, Niemcy oddały do dyspozycji floty tureckiej pancerniki Goebel i Breslau.
Pod koniec sierpnia 1914r nastąpiła kolejna prowokacja – Anglia zarekwirowała turecką łódź torpedową. W odpowiedzi Turcja ogłosiła blokadę Cieśniny Dardanelskiej odcinając w ten sposób Morze Czarne od reszty świata.

Ministrem Wojny Wielkiej Brytanii był lord Kitchener, którego Anglia uwielbiała za odbicie Omdurmanu z rąk zwolenników Mahdiego i zwycięstwo w wojnie burskiej. Nic dziwnego, że użyto jego wizerunku na plakacie wzywającym brytyjczyków do broni.
Przebieg wojny na kontynencie europejskim zaskoczył Kitchenera. Regularna armia niemiecka to było coś innego niż tłumy sudańskich fanatyków uzbrojonych w dzidy. Może dlatego z taką chęcią ruszył na Turcję, uważał ją za kolejną konfrontację białych z barbarzyńcami.
12 marca 1915 r Lord Kitchener wezwał do swego gabinetu generała Iana Hamiltona i zlecił mu misję dowodzenia operacją lądową opanowania Dardaneli. Wiadomym było, że Grecja rozważała taką operację przy użyciu 150 tys żołnierzy.
Half of this number will do you handsomely – powiedział Kitchener do Hamiltona – I hope you will not have to land at all.
Atak floty brytyjskiej nastąpił 18 marca. Siedemnaście okrętów bojowych miało za zadanie unieszkodliwić baterie tureckiej artylerii i umożliwić rozminowanie cieśniny. Bardzo szybko zniszczono nadbrzeżne fortyfikacje, ale to nie rozwiązywało sprawy. Za zasłoną wzgórz znajdowały się ruchome baterie artylerii, które mogły bezkarnie ostrzeliwać atakujące okręty. Bilans dnia: trzy pancerniki zatopione, następne trzy jednostki unieszkodliwione. Winston Churchill ponaglał do powtórnego ataku, ale wiceadmirał Carden oszczędzał swoje okręty i powiadomił Londyn, że konieczna jest operacja lądowa zanim flota ruszy do następnego ataku.

Komedia pomyłek.
Generał Hamilton dostał rozkaz desantu. Zapomniano, że 75 tys wojska to ilość wystarczająca tylko dla wsparcia floty, że frontalny atak wymaga dwa razy większych sił. Zapomniano wyznaczyć dowódcę operacji, który mógłby koordynować działania sił lądowych i floty. Nie było żadnego planu działania, pierwsi pracownicy sztabowi i administracyjni przybyli do Aleksandrii 1. kwietnia. Zaczęło się gorączkowe gromadzenie środków, ale nikt nie wiedział dokładnie co i w jakiej ilości jest potrzebne. W ostatniej chwili ktoś zauważył, że w dniu desantu będzie ponad 3000 rannych. Na wąskiej plaży nie ma możliwości postawienia szpitala polowego, potrzebny jest statek-szpital. Na 3000 osób? Z Anglii wysłano dwa statki szpitale, każdy o pojemności 700 osób. Stracono wszelką szansę zaskoczenia przeciwnika. Wszyscy wiedzieli co się szykuje. Dowódca sił tureckich, niemiecki generał Otto von Sanders, metodycznie przygotowywał się do obrony.

Piekło na ziemi.
Desant nastąpił 25 kwietnia o godzinie 4:05,w ciemnościach nocy. Chodziło o to, aby turecka obrona nie mogła ostrzeliwać lądujących żołnierzy. Australijczycy mieli lądować na płaskim odcinku wybrzeża, który wyglądał tak zachęcająco, że nazwano go Brighton Beach…

Brighton Beach

Jednak w ciemności statki wiozące Australijczyków popłynęły za daleko na północ. Żołnierzy wysadzono na stromy, skalisty, pocięty wąwozami brzeg…

ANZAC Cove

Źródło: http://www.anzacsite.gov.au/

Nastąpiło totalne zamieszanie. Nikt nie wiedział gdzie jest, ani w którą stronę ma iść. Dowódcy stracili łączność z żołnierzami, żołnierze stracili kontakt ze swoimi jednostkami bojowymi. Do końca dnia wylądowało 15,000 Australijczyków. Angielska flota nie mogła udzielić im wsparcia artyleryjskiego gdyż nikt nie był w stanie ustalić gdzie przebiega linia frontu. Turecka obrona strzelała bezkarnie. Tego dnia zginęło 2000 australijskich żołnierzy. Ale nie wycofali się. W innych punktach wyniki desantu były podobne. Wojska aliantów okopały się. Zamiast ataku i marszu na Konstantynopol zaczęła się obrona beznadziejnych pozycji. W grudniu 1915 r rząd brytyjski zarządził wycofanie wojsk. Straty Australijczyków wyniosły 8,709 zabitych i 19,441 rannych.

Początek legendy.
Pierwszy obszerny reportaż z walk pod Gallipoli, autorstwa angielskiego dziennikarza Ellisa Ashmead-Barletta, ukazał się w Sydney Morning Herald 8 maja i trafił do serc i wyobraźni Australijczyków.
The Australians who were about to go into action for the first time in trying circumstances were cheerful, quiet, confident. There was no sign of nerves… They did not wait for orders… but sprung into the sea… rushed the enemy’s trenches. I have never seen anything like these wounded Australians in war before… They were happy because they knew they had been tried for the first time and not found wanting…. There has been no finer feat in this war than this sudden landing… These raw colonial troops, in these desperate hours, proved worthy to fight side by side with heroes of Mons, Ypres.
To było dokładnie to, co ludzie chcieli przeczytać. Właśnie po to zgłaszali się dobrowolnie na tę wojnę. Nie odstraszały ich listy strat, które zaczęły się pojawiać w następnych dniach. Wprost przeciwnie. W lipcu 1915 r zgłosiła się rekordowa ilość ponad 36,000 ochotników.
Listy od żolnierzy potwierdzały to, co pisał Ashmead-Bartett. Australijczycy okazali się być lepszymi żołnierzami niż ich brytyjscy koledzy. Byli lepsi, bo byli bardziej zaradni, samodzielni, egalitarni, optymistyczni i koleżeńscy. Właśnie te cechy stały się definicją australijskiego charakteru narodowego.

25 kwietnia został nazwany ANZAC Day. W 1927 r ANZAC Day został uznany za święto we wszystkich stanach Australii – KLIK.

Obrona Gallipoli to również legenda turecka. Dowódcą jednostek walczących przeciwko Australijczykom był Mustafa Kemal, który kilka lat później stanął na czele rządu tureckiego i zyskał szczytne miano Ataturk – ojciec Turków.

Wpis został zreblogowany z blogu “W altanie przy kawie”: http://waltanie.blox.pl/2013/04/ANZAC-Day-historia.html

Reblog: Wielka Wojna (10)

Lech Milewski

Pierwszy strzał

– A to nam zabili Ferdynanda – rzekła posługaczka do pana Szwejka, który opuściwszy przed laty służbę w wojsku, gdy ostatecznie przez lekarską komisję wojskową uznany został za idiotę, utrzymywał się z handlu psami, pokracznymi, nierasowymi kundlami, których rodowody fałszował.

– Którego Ferdynanda, pani Mullerowo? – zapytał Szwejk – ja znam dwóch Ferdynandów: jeden jest posługaczem u drogisty Pruszy i przez pomyłkę wypił tam razu pewnego jakies smarowanie na porost włosów, a potem znam jeszcze Ferdynanda Kokoszkę, tego co zbiera psie gówienka. Obu nie ma co żałować.
– Ależ, prosze pana, pana arcyksięcia Fernanda, tego z Konopisztu, tego tłustego, pobożnego.
– Jezus Maria – zawołał Szwejk – A to dobre! A gdzie też to się panu arcyksięciu przytrafiło?
– Kropnęli go w Sarajewie, proszę pana, z rewolweru, wie pan….

Jarosław Haszek – Przygody dobrego wojaka Szwejka.

28 czerwca minęła setna rocznica powyższego wydarzenia, które zapoczątkowało I Wojnę Światową – KLIK.

Dzień wcześniej usłyszałem w australijskim radio wywiad z Margaret MacMillan, Kanadyjką, autorką bardzo cenionej książki – The war that ended peace – KLIK. Nagranie wywiadu tutaj – KLIK.

Lech_231Szczególnie zainteresowała mnie opinia autorki na temat powodów wybuchu wojny. Europa miała za sobą prawie 100 lat pokoju – od Kongresu Wiedeńskiego w 1815 roku. Jednak pod pokrywą tego pokoju gotowały się nacjonalistyczne tarcia i wielkie ambicje. W 1914 roku powszechna była opinia, że aby te napięcia rozładować konieczna jest wojna. To miała być krótka i decydująca wojna, żeby żołnierze wrócili na Boże Narodzenie do domów. Wojna, która miała być końcem wszystkich wojen.
Gdy zaś politycy mają przeświadczenie, że coś jest nieuniknione, wówczas zaczynają działać w stosowny sposób i przewidywania stają się faktem. Faktem, który przerósł wszelkie przewidywania.

A jakie były przewidywania dobrego wojaka Szwejka?

Podsłuchałem go w gospodzie U Kalicha…

– W Sarajewie w całej tej sprawie maczali palce Serbowie – nawiązywał wywiadowca Bretschneider.
– Myli się pan – odpowiedzial Szwejk – to zrobili Turcy przez tę Bośnię i Hercegowinę. Turcy przegrali wojnę w 1912 z Serbią, Bułgarią i Grecją. Chcieli, żeby Austria ich poratowała, a gdy Austria nie chciała, zastrzelili Ferdynanda.

– Myślisz pan może, że najjaśniejszy pan puści to płazem? Nie znasz go pan w takim razie. Wojna z Turkami musi być. Serbia i Rosja pomogą nam (Austrii) w tej wojnie.

– Może się zdarzyć, że w razie wojny z Turcją napadną na nas Niemcy, bo Niemcy i Turcy trzymają z sobą. To takie dranie, że drugich takich nie ma na świecie. Ale możemy się sprzymierzyć z Francją, która od roku siedemdziesiątego pierwszego krzywo patrzy na Niemca. I damy sobie radę.

Przewidywania dobrego wojaka Szwejka okazały się równie trafne jak przewidywania mężów stanu.

Margaret MacMillan zatytułowała swą książkę – Wojna, która zakończyła pokój. Według autorki Traktat Wersalski był zarzewiem konfliktów, które spowodowały wiele tragedii XX wieku. Tuż po zakończeniu Wielkiej Wojny wybuchło wiele lokalnych wojen i konfliktów, o których wspomniał pan Tomasz Fetzki w trzecim odcinku tego cyklu – “.. rosyjska wojna domowa, rumuńska interwencja w Węgierskiej Republice Rad, Powstanie Spartakusa, Bitwa Warszawska, wojna turecko-grecka, Powstanie Wielkopolskie i trzy Powstania Śląskie, zduszenie Bawarii Radzieckiej…” Winston Churchill z typowo imperialną nonszalancją nazwał je “wojnami Pigmejów” – Pygmy Wars – KLIK.
Skutki niektórych wydarzeń gnębią nas do dzisiaj – na przykład upadek Cesarstwa Ottomańskiego i ustanowiony przez Anglików nowy porządek na Bliskim Wschodzie zakończył okres pokojowego współżycia Żydów i Palestyńczyków oraz różnych grup wyznaniowych i etnicznych na terenie obecnego Iraku.

W krajach anglosaskich I Wojna Światowa nazywana jest Wielką Wojną. W Australii chyba w każdym miasteczku znajduje się pomnik upamiętniający mieszkańców, którzy stracili życie na europejskich frontach. 100-lecie jej wybuchu celebrowano w Australii w ostatni poniedziałek.

Dla Polski ta wojna nie zapowiadała niczego dobrego. Polacy zostali wciągnięci do walczących przeciwko sobie armii. A jednak stało się coś niemożliwego – nasi zaborcy, którzy walczyli przeciwko sobie, wszyscy jednocześnie przegrali.

wielkawojnaPS. Już po przygotowaniu tego wpisu zauważyłem, że w Gazecie Wyborczej ukazał się również wywiad z Margaret MacMillan. Prawdopodobnie dla Polaków bardziej interesujący niż ten dla radia ABC – KLIK.

Tekst został zreblogowany z blogu “W altanie przy kawie”: http://waltanie.blox.pl/2014/06/Sto-lat-i-jeden-dzien.html. A na naszym blogu tak imponująco wygląda aktualny spis treści. Były już serie tematyczne, np. o Stalinie albo o Marcu 1968, ale nigdy nie udało się zebrać aż tylu Autorów i tylu wpisów. A to jeszcze nie koniec.

Reblog: Wielka Wojna (7)

I to się zdarzyło sto lat temu!

Jan Józef Kasprzyk

Wymarsz ku wolności

Latem 1914 roku spełniała się modlitwa, jaką w „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” zanosił do Boga Adam Mickiewicz. Zbliżała się „wojna powszechna za wolność ludów”. Konflikt między państwami, które w końcu XVIII w. doprowadziły do upadku Rzeczypospolitej, rodził szansę powrotu Polski na mapy świata.

Symbolicznym aktem końca zaborów stało się obalenie słupów granicznych w podkrakowskich Michałowicach przez strzelców I Kompanii Kadrowej. Rankiem 6 sierpnia 1914 r. rozpoczął się ich marsz ku wolności, którego zwieńczeniem stał się po czterech latach 11 listopada 1918 roku.

Hej, strzelcy wraz

Serce ruchu niepodległościowego biło przed I wojną światową w Galicji. Dzięki autonomii, jaką Polacy mogli się cieszyć w zaborze austriackim, Józef Piłsudski i jego współpracownicy tu właśnie szkolili kadrę przyszłej armii. Kraków, Lwów, Stanisławów, Brzeżany i całe Podhale tętniły życiem strzeleckim. Jak słusznie zauważał w 1910 r. minister spraw wewnętrznych Rosji Makarow: „centrum polityczne sprawy polskiej leży obecnie nie w Królestwie, ale w Galicji. W Królestwie wszystko jest spokojne, w Galicji natomiast wszystko wre, tam organizują się półjawnie i jawnie oddziały strzelców pod wodzą Piłsudskiego, któremu lekkomyślnie pozwoliliśmy ujść z więzienia”.

Do organizacji strzeleckich zgłaszali się masowo młodzi studenci, robotnicy, chłopi, aby w szeregach „Strzelca” zdobyć umiejętności niezbędne do prowadzenia przyszłej walki. Ćwiczyli musztrę, strzelectwo, poznawali topografię zaboru rosyjskiego. Mundury kupowali za własne oszczędności, broń – często przestarzałą – dostarczali Austriacy. Dla większości z nich był to pierwszy kontakt z karabinem. Trudno zresztą się dziwić. Przeważali bowiem studenci i absolwenci medycyny, prawa, kierunków technicznych i… malarze.

Nie bez powodu krakowską Akademię Sztuk Pięknych nazwano w II Rzeczypospolitej kuźnią generałów. Sztalugi malarskie zamienili na mundur strzelecki Edward Rydz-Śmigły, Józef Kordian-Zamorski czy Czesław Jarnuszkiewicz. Młodzieży tej brakowało wprawdzie doświadczenia bojowego, a jako pokolenie „urodzonych w niewoli, okutych w powiciu” nie poznali dotychczas, jak smakuje niepodległość, jednak nie brakowało im zapału. Jak stwierdzał obserwujący ich wysiłek Stefan Żeromski, byli przepojeni „niewzruszoną wiarą” w sens walki zbrojnej o wolność. Wierzyli w słowa Piłsudskiego, który przekonywał, że „w kryzysach i w boju zwycięstwo dokonuje się w tajnikach duszy ludzkiej. Szala zwycięstwa rozstrzyga się w sercu, woli, charakterze i umiejętności trwania u człowieka. W kryzysie technika ustępuje miejsca charakterowi”. Gdy wybuchła wojna, ruch strzelecki liczył kilkanaście tysięcy ludzi oddanych bezgranicznie sprawie niepodległości.

Ułani, ułani

Nieopodal krakowskich Błoń miłośnicy kwiatów, krzewów i drzew mogli podziwiać ciekawą ekspozycję otworzonej w 1912 r. Wystawy Architektury i Wnętrz w Otoczeniu Ogrodowym. Do sceny letniego teatrzyku prowadził szpaler pachnących oleandrów. W upalne lato 1914 r. słowo „oleandry” nabrało nowego znaczenia. W miejscu pelargonii, cyprysów, rozmarynów i malw zakwitły „żelazne kwiaty” – chłopcy w szarych mundurach i maciejówkach z polskim orłem, którzy przybywali na tereny powystawowe z różnych zakątków Polski, a także ze środowisk emigracyjnych, wykonując rozkaz mobilizacyjny swego Komendanta.

Wojna wisiała na włosku. Nadchodził czas „ugrania polskiej karty”. W nocy z 2 na 3 sierpnia, gdy pogasły już ogniska strzeleckie na Oleandrach, w stronę granicy z Rosją wyruszył siedmioosobowy patrol dowodzony przez Władysława Belinę-Prażmowskiego. Szli pieszo z rozkazem dokonania rozpoznania w pasie przygranicznym i z nadzieją, że… uda im się pozyskać gdzieś we dworach konie, bo – jak mówili – „marny jest zwiad spieszony”.

Zadanie było niebezpieczne, na miarę bohaterów powieści Sienkiewicza, który kształtował ich pokolenie. Nie bez przyczyny wybierali sobie pseudonimy odnoszące się do bohaterów Trylogii. Jeden z siódemki – Ludwik Skrzyński – wyruszał na zwiad, obrawszy sobie pseudonim „Kmicic”.

Dotarli ponad 50 km w głąb zaboru rosyjskiego. Konie pozyskało tylko pięciu, dwóch nosiło przez pewien czas siodła na plecach. Jak wspominał Kazimierz Sosnkowski: „wykonali znakomicie powierzone zadanie. Patrol spenetrował Słomniki, Miechów i Jędrzejów, ukazując się tu i ówdzie w mundurach i w pełnym uzbrojeniu. Lotem błyskawicy rozeszła się wieść o inwazji ’wielkich sił strzelca’. Drobne oddziały straży granicznej i policji uchodziły pospiesznie na północ. Jeszcze w tydzień później, podczas marszu na Kielce, mogłem na własne oczy oglądać w Jędrzejowie ślady popłochu, a więc akty mobilizacyjne, walające się po podłodze w urzędzie powiatowym”.

Siódemka powróciła szczęśliwie do Krakowa 4 sierpnia. Chyba nikt nie spodziewał się, że patrol Beliny otworzył nową kartę w dziejach polskiej kawalerii i że za sześć lat kawaleria ta, licząca na razie tylko siedmiu ułanów, rozgromi wielką Armię Konną Budionnego pod Komarowem.

To Pierwsza Kadrowa na wojenkę rusza

„Spotkał was ten zaszczyt niezmierny, że pierwsi pójdziecie do Królestwa i przestąpicie granicę rosyjskiego zaboru jako czołowa kolumna wojska polskiego, idącego walczyć za oswobodzenie ojczyzny”. Tych słów Komendanta Piłsudskiego wysłuchało ze wzruszeniem blisko 160 strzelców zebranych na zbiórce w Oleandrach późnym popołudniem 3 sierpnia 1914 roku.

Strzelcy z Komendantem Józefem Piłsudskim w Oleandrach – sierpień 1914 r. Fot. CAW

Pierwsza Kompania Kadrowa, nazwana popularnie Kadrówką, sformowana została z wyróżniających się członków Związku Strzeleckiego i Polskich Drużyn Strzeleckich. Organizacje te konkurowały dotychczas ze sobą, choć – rzecz jasna – miały ten sam cel działania. Aby zatarły się jakiekolwiek różnice i aby dokonać symbolicznego połączenia obu formacji tworzących Kadrówkę, Piłsudski odpiął ze swej maciejówki orzełka Związku Strzeleckiego i wręczył go dowódcy kompanii Polskich Drużyn Strzeleckich Stanisławowi Burchardt-Bukackiemu, otrzymując od niego w zamian tzw. blachę, czyli owalne oznakowanie noszone na czapkach członków PDS. W ślad za tym gestem wszyscy żołnierze powołani w skład kompanii dokonali między sobą podobnej wymiany. Od tej pory – jak stwierdzał Komendant – „jedynym waszym znakiem jest orzeł biały”.

Było to niezwykle młode wiekiem wojsko. Najmłodszy – Jerzy Morris-Malcolm ps. „Poraj” – przed dwoma tygodniami ukończył zaledwie 14 lat. Ponieważ wyglądał nad wiek dojrzale, podawał w ewidencji strzeleckiej fałszywą datę urodzin, dodając sobie pięć lat życia. Rzecz sprostował dopiero w okresie międzywojennym, gdy służył w baonie wartowniczym w Warszawie i Policji Państwowej.

Nieco starsi byli Adam Buczma i Józef Sujkowski, liczący sobie niespełna 16 lat. Pierwszy z nich służył później jako wachmistrz w Szwadronie Przybocznym Prezydenta RP, drugi po latach został wybitnym profesorem geologii i mineralogii na Uniwersytecie Warszawskim, a w czasie II wojny światowej kierował najpierw Biurem Studiów Kedywu Armii Krajowej, a później Wydziałem Operacyjnym Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza.

Z kolei najstarszym kadrowiakiem był Ignacy Boerner, przy czym słowo „najstarszy” jest i tak przesadne, jako że liczył sobie 39 wiosen. Ten syn pastora ewangelicko-augsburskiego, wybitny inżynier, miał za sobą już wspaniałą przeszłość niepodległościową. W 1905 r. był prezydentem tzw. Republiki Ostrowieckiej, tworzył struktury Związku Walki Czynnej i „Strzelca”. W latach międzywojennych piastował wiele funkcji w Wojsku Polskim i administracji cywilnej, których ukoronowaniem był urząd Ministra Poczt i Telegrafów sprawowany w kilku gabinetach.

W Oleandrach wszyscy byli równi stopniem. W rozkazie wygłoszonym do strzelców Piłsudski stwierdzał wyraźnie: „Wszyscy jesteście równi wobec ofiar, jakie ponieść macie. Wszyscy jesteście żołnierzami. Nie naznaczam szarż, każę tylko doświadczeńszym wśród was pełnić funkcje dowódców. Szarże uzyskacie w bitwach”.

Nad nami Orzeł Biały

W inny sierpniowy czas tłumy warszawiaków stały na stokach Cytadeli. Wyrokiem sądu rosyjskiego na ustawionej szubienicy kończyli życie członkowie Rządu Narodowego na czele z Romualdem Trauguttem. Aby jeszcze bardziej upokorzyć przywódców powstańczej Polski, rosyjska orkiestra grała tanecznego walca. Na przekór tej hańbie lud stolicy runął na kolana przed Rządem Narodowym i śpiewał ze łzami w oczach suplikacje „Święty Boże, Święty mocny…”.

Dokładnie pół wieku później, 5 sierpnia 1914 r., w Oleandrach trwali w gotowości bojowej spadkobiercy insurekcji 1863 roku. Nazajutrz, jeszcze przed wschodem słońca, ogłoszono alarm. Ulicami uśpionego Krakowa Kadrówka ruszyła na północ – ku granicy z imperium rosyjskim. W Michałowicach przed posterunkiem granicznym dowódca kompanii Tadeusz Kasprzycki zatrzymał strzelców. „Przed nami ziemia od lat w niewoli! Idziemy ją wyzwolić!” – zawołał.

Świadomość dowodzenia pierwszym polskim oddziałem od czasów Powstania Styczniowego potęgowała poczucie ogromnej misji i obowiązku wobec Polski. Kasprzycki nie krył wzruszenia, gdy po śmierci Piłsudskiego spisywał jako minister spraw wojskowych swoje wspomnienia. Nie krył go również wtedy, gdy na kilka lat przed śmiercią powracał do sierpnia 1914 r. w audycjach emitowanych na falach Radia Wolna Europa w latach 60. Na jego rozkaz obalono słupy graniczne rozerwanej przez zaborców Polski i podeptano portret cara wiszący w komorze celnej.

Ruszyli ku Kielcom. Pierwsi od pół wieku żołnierze z polskimi orłami i polską komendą wkroczyli na teren zaboru rosyjskiego. Pierwsi polscy żołnierze w tej wojnie… Towarzyszyła im pieśń, której brzmienie przerwali brutalnie Rosjanie, pacyfikujący Powstanie Styczniowe: „Hej, strzelcy wraz! Nad nami Orzeł Biały…”. Wierzyli, że z tą pieśnią poderwą Naród do kolejnego powstania. Wzmacniał tę wiarę Piłsudski, ogłaszając, że w Warszawie powstał Rząd Narodowy, pod którego przewodnictwem muszą zjednoczyć się wszystkie siły polskie. Była to wprawdzie swego rodzaju polityczna fikcja, ale miała służyć obudzeniu zastraszonego i uśpionego po klęsce ostatniej insurekcji społeczeństwa.

A nasi strzelce zdobyli Kielce

Pułkownik Józef Piłsudski ze sztabem przed Pałacem Gubernialnym w Kielcach w 1914

Rosjanie na wieść o maszerujących oddziałach polskich opuszczali swoje posterunki w Słomnikach, Miechowie, Jędrzejowie i Chęcinach. Wraz ze strzelcami wracała Polska. Ustanawiano komisariaty wojsk polskich i usuwano z gmachów publicznych napisy w języku rosyjskim, zastępując je polskimi.

W ślad za Kadrówką nadciągały następne kompanie dowodzone przez Mieczysława Norwid-Neugebauera, Stanisława Zosika-Tessaro, Wacława Scaevolę-Wieczorkiewicza. Siły strzeleckie liczyły już ponad tysiąc sześciuset żołnierzy. W okolicach miejscowości Brzegi strzelcy sforsowali Nidę. W Słowiku pod Kielcami, gdzie zatrzymano się na nocleg, zawiązany został Batalion Kadrowy, którego dowództwo objął Kazimierz Herwin-Piątek. 12 sierpnia Batalion wkroczył do Kielc. Strzelcy zajęli ważne punkty miasta, m.in. dworzec kolejowy i stoczyli walki z Rosjanami na folwarku Czarnów, a także w okolicach Szydłówka i Zagórza. Niestety, nazajutrz wobec okrążenia miasta przez przeważającą liczebnie armię rosyjską musieli opuścić Kielce i przez Karczówkę, Brusznię, Białogon i Słowik wycofać się do Chęcin.

Odwrót był bolesnym doświadczeniem, ale znacznie bardziej bolał brak oczekiwanego wsparcia ze strony społeczeństwa, któremu nieśli wolność. Piłsudski pisał: „że szabla nasza była mała, że nie była godna wielkiego, dwudziestomilionowego narodu – nie nasza w tym wina. Nie stał za nami naród, bojący się spojrzeć olbrzymim wypadkom w oczy”. W pamiętnikach tamtego czasu znalazło się wiele przepełnionych goryczą relacji. Kapelan oddziałów strzeleckich kapucyn o. Kosma Lenczowski opisał, jak na jarmarku w jednej z miejscowości przemówił do tłumów, kończąc swe wystąpienie okrzykiem: „Niech żyje Polska!”. „Jedna tylko staruszka – wspominał – zawołała nieśmiało: ’niech żyje’ i nie dokończyła. Ktoś ją szarpnął za zapaskę i umilkła”. Zbyt silny był lęk przed powrotem Rosjan i represjami, jakie mogły spotkać każdego, kto udzieliłby pomocy polskiemu wojsku. Pamięć o szubienicach wystawionych na rynku kieleckim i tysiącach zesłanych na katorgę budziła ogromny lęk, którego nie było w stanie przełamać niesione przez strzelców umiłowanie wolności.

Ale strach ten topniał z miesiąca na miesiąc. Wkraczających ponownie z końcem sierpnia 1914 r. do Kielc żołnierzy Legionów Polskich nie witały już zamykane okiennice, ale wdzięczność. Historia przyznała im rację. Udowodnili, że są – jak stwierdzał po latach Piłsudski – „spadkobiercami godnymi wielkiej przeszłości polskiej”.

Autor jest historykiem, prezesem Związku Piłsudczyków i Komendantem Marszu Szlakiem I Kompanii Kadrowej.