13 grudnia / 13th December / 13. Dezember

English
Deutsch

Michal Talma-Sutt

Drodzy Państwo

Fortuna kołem się toczy, jak się okazuje – historia też. Dla kogoś, kto całkiem już świadomie przeżył 13 grudnia 1981 roku w Polsce, obrazy z najnowszymi protestami w naszym kraju, a zwłaszcza rola jaką w nich odgrywa policja oraz obóz władzy, muszą budzić przykre skojarzenia. Także retoryka polityków Zjednoczonej Prawicy, na czele z głośnym już przemówieniem pewnego posła z kotem, pogłębia moje wrażenie, że podróże w czasie mogą być jednak możliwe. Tylko inaczej jak myśleliśmy, nie my wędrujemy w czasie (do tyłu), to czas przeszły zdaje się wędrować do nas, w wersji dość idiotycznej.

No cóż, najwyraźniej nie potrzeba dzisiaj Tuwima ze Słonimskim, aby pisać nową wersję „W oparach absurdu“, wystarczą nasi politycy, głównie ci lepszego sortu, niestety czasem także z opozycji. Nie zazdroszczę polskim satyrykom. W czasie, gdy życie zamienia się w jakiś, co prawda ponury, ale jednak kabaret, uprawianie satyry staje się tak trudne, że prawie niemożliwe. Trudno przecież przebić przygody posła Suskiego z Katarzyną Wielką w czasie przesłuchania komisji ds. Amber Gold. Wiem, że dowcip był nie zamierzony, ale mimo wszystko…

No i oczywiście, jakość tego kabaretu też kiepska, Laskowikowi i Smoleniowi do pięt to nie sięga. No cóż, to byli profesjonaliści, dzisiejsi komedianci w polskim Sejmie i Senacie, w ministerstwach i komisjach a także w Trybunale Konstytucyjnym i co raz częściej w prokuraturze, to amatorzy. Co gorsza, także we własnym wykonywanym zawodzie.

Mają też ogromnego pecha, na arenie międzynarodowej odgrywają coraz mniejszą rolę, szansy na zdobycie jakiejkolwiek nagrody politycznych złotych malin nie mają żadnej, te mianowicie we wszystkich kategoriach powędrują do Trumpa, czyli naczelnego Pajaca najważniejszego (chwilowo jeszcze) kraju na świecie.

Tak na marginesie, polityczna zmiana w USA, spowoduje, że jedynym sensownym wyjściem dla PiSu i przystawek, będzie wejście Polski w skład Monarchii Brytyjskiej, zaraz po tym jak Szkocja zrobi tam wolne miejsce dla nas. Terytorialnie Wielka Brytania na tym nie straci, a nawet zyska. Nowe znaczenie otrzyma termin wewnętrznej emigracji, młodzi Polacy nadal będą mogli masowo wyjeżdżać tam, gdzie zawsze najchętniej chcieli pracować. Pozostaje pytanie, czy Złoty czy Funt Sterling. Dostęp do morza mamy, można byłoby pomyśleć o odbudowaniu Imperium. Oczywiście można oczekiwać, że także Polska błyśnie dyplomatyczną propozycją, żeby to Wielka Brytania się do nas przyłączyła, bo fajnie byłoby mieć jeszcze jedną wyspę poza Wolinem, przepraszam, pół wyspy. Po długich negocjacjach i osiągnięciu kompromisu, ostatecznie przystąpimy do Królestwa Zjednoczonej Wielkiej Brytanii i Polski. Potem tylko hulaj dusza do kontusza, marzenia o wielkości spełnione, a co tam, że tylko w nazwie, która zresztą była naszą kartą przetargową wspomnianych negocjacji.

No i tak oto ratuję się jednak humorem, choć w sumie śmiesznie nie jest. Właściwie powinienem przestać się tym wszystkim przejmować i zająć się tylko sztuką, czyli moją muzyką. Ale jak na początku wspomniałem, Fortuna kołem się toczy i ostatnio się potoczyła tak, że nie mam na czym pracować, mój komputer odszedł do nieba lub piekła (kto to wie?) i liczę na Państwa pomoc. O moim problemie można przeczytać tutaj, po polsku, po niemiecku lub po angielsku.

Życząc Państwu Wesołych i spokojnych Świąt (na ile w tych szalonych czasach jest to możliwe) oraz Szczęśliwego Nowego Roku, serdecznie pozdrawiam z Berlina.

p.s. a tutaj można posłuchać mojej muzyki.

Odcinek 2

Pamiętacie? poprzedni odcinek kończył się tymi słowami:

A jednak. Te ostatnie dziesięć, czy nawet kilkanaście schodów sprowadza nas na skraj wielkiej, podziemnej sali. Nie widzisz jej sklepienia ani ścian. Wokół jest przecież ciemno, a one są daleko od ciebie, daleko od siebie. Wyczuwasz tylko tę przestrzeń poprzez niosące się echo twoich kroków, echo skapujących kropel wody, poprzez nagle rozrzedzoną wilgoć, powiew powietrza (skąd w tej pieczarze wiatr?) Czujesz ją intuicyjnie, nie widzisz jej, ale wyobrażasz ją sobie.

Mieczysław Bonisławski

Nie widzisz, ale zdajesz sobie sprawę, że pod nogami masz wodę. To nie są kałuże, ale stojąca woda. Od krańca, po kraniec. Wypełnia płytko, może tak do kostek, wszystkie zagłębienia. Ale nie, tu nie ma zagłębień. Chropowate, kamienne dno jest płaskie, całe zalane kilkunastocentymetrową tonią wody. Nie ma zagłębień, jest płaskość, z której co metr, dwa – a może tylko co półtora metra – wystają obrobione ręką ludzką, prostopadłościenne kamienne bloki. Jest ich dużo, całe mnóstwo. Wydają się być rozrzucone chaotycznie, ale w miarę równomiernie po całej przestrzeni.
Nie chcąc zamoczyć nóg, stąpasz po tych blokach. Skąd wiesz jaki trzymać kierunek? Przecież wokoło nic nie widać, w każdą stronę jest pozornie tak samo. Twój błędnik już dawno ogłupiał. Nie da się racjonalnie ocenić gdzie jesteś i dokąd zmierzasz? Czy to instynkt samozachowawczy ci podpowiada kierunek, nakazuje ci iść tam, (chyba) do przodu, zamiast uklęknąć i poddać się? Nadaje sens w sytuacji bez sensu, pokazuje jakieś wyjście z sytuacji bez wyjścia?
No i jednak. Kończy się zalane pole kamiennych prostopadłościanów. Docierasz do przeciwległego końca tej podziemnej hali. Przed tobą, na prawo, na lewo wyrasta pionowa, sucha, niemal płaska ściana skalna. Znowu nie wzrokiem, ale czuciem, słuchem, węchem namierzasz jedno, drugie, trzecie wąskie wejście gdzieś dalej, w głąb ściany.
U jej podnóża ciągnie się na szerokość trzech stóp chodniczek, tak wąziutki, że łatwo go nawet nie zauważyć. A co dopiero nim iść. Robisz jednak tędy kilka kroków w prawo. Zagłębiasz się w pierwsze wejście. Po chwili wracasz. Nie, tędy nie. Dlaczego? Gdy stoisz przed tą ścianą kończącą skalną halę, słyszysz jakby za tą ścianą ów podziemny wodospad. Przez szum spadającej wody przebija się chyba czyjś głos. Może to głos dziecka? Nie wiadomo, ale „tam” coś jeszcze jest. A może nawet coś i ktoś? Czy to cię tak ciągnie ku sobie, czy chcesz, pragniesz jeszcze czegoś nowego, tajemniczego, spotkania z kimś nieznanym, przybyłym ze świata wyobraźni?
Pierwszy korytarz, ten do którego prowadzi pierwsze wejście, był suchy, cichy. Odgłosów w nim nie było i wiódł w górę. Do wyjścia, ku codzienności normalnego świata, który właśnie opuściliśmy i do którego nie chcesz teraz jeszcze wracać.
Zatem nie wracasz do swojego dnia, wracasz na środek chodniczka wzdłuż skalnej ściany. Próbujesz kolejnego wejścia, tego o kilka kroków w lewo. I – niestety to samo. Gubisz w nim odgłosy, korytarz wydaje się krótki, wąski, ale nie przytłaczający. Proste, równe i bezpieczne schody prowadzą do góry. Gdzieś na końcu prześwituje słońce. Niemal widzisz ten tłum milczących teraz ludzi. Spoceni pod pachami, z odciskami plastikowych obręczy uchwytów toreb na dłoniach, z zaciśniętymi ustami. Mężczyzna nie mówi miłych słów do kobiety. Oczy ma zwężone, pełne złości. Kobieta idąca przed nim ucieka od tego wzroku. Sama niesie w swoich oczach rozczarowanie. Druga, gdzieś obok niej kryje w oczach tylko zmęczenie. Nie ma już w nich miejsca nawet na złe uczucia, na niespełnienie.
Z innego mężczyzny emanuje to, że pogodził się już z „tym wszystkim”. Widać jego wypalenie. To było niegdyś buchające snopem iskier ognisko, wulkan pomysłów na niezwykłe przygody. Troje wrzeszczących dzieciaków podąża za nim krok w krok. Przewodnik turystyczny bez skutku mozoli się, aby je czymkolwiek zainteresować. Patrzy z prośbą w stronę kobiety, ale ta ucieka wzrokiem (i myślami) gdzieś daleko, hen. Może do spokojnego pokoiku w rybackiej chacie, gdzie ponad prostym łóżkiem i małą komódką roją się nadzieje, miłość i pragnienia? Gdy się ocknie, poznać po niej, że „to” wie. „To”, że w klimatyzowanym hotelu, między telewizorem a automatem do wody sodowej już nic się nie roi. Może poza zmęczeniem… Tak, ten zmęczony, milczący tłum na placu przed starożytną świątynią, któremu nie pomoże już żadna modlitwa, do jakiegokolwiek, umarłego wraz z tą świątynią boga.
Ale przecież tego landszaftu nie widać z dna skalnej hali pod ziemią. To była tylko wyobraźnia. Jakaś tania makatka, podłego asortymentu. Jej autor nie utkał twórczej wizji, nie przekazał nic odkrywczego. Wyszedł mu nudny moralitet, z postaciami sztampowymi i bez wyrazu. Nachalna scholastyka, bez blasku i polotu. To nikogo nie porwie, nie zachęci do żadnych zmian. Porwać jedynie można kartkę, na której by to wszystko ktoś zapisał. Porwać z bezsilności, z nudów.
Czy obywatelka to zapisuje?

– Ja?

– Istotnie. Będzie mogła to obywatelka potem porwać. Te zapisane przez obywatelkę kartki.

– Przestańcie z tą „obywatelką”! Panie Olku, proszę, co to znaczy…!?

– Czy zapisuje to pani, drogi człowieku? I będzie chciała pani jednak sobie to poprzedzierać?

– Coś niecoś tam sobie zapisuję. Tak, troszeczkę bazgrolę… Ale! Proszę już mówić dalej… A ja, dlaczego miałabym to rwać…? To jest bardzo ciekawe.

– Czy naprawdę? Patrząc na panią, drogi człowieku, można odnosić przeciwne wrażenie.

– Tak. Naprawdę?

– Nie ma też żadnego blasku tam na górze. Są schody, które przyprawiają cię o wymioty, gdy pomyślisz o powrocie. Nie, cofasz się do hali, na twój chodniczek. Tu, gdzie tak wyraźnie słyszysz za ścianą wodospad i głos szczęśliwego dziecka. Skąd te tajemnicze odgłosy, którędy do nich dojść? Jak trafić?
I rozglądasz się, choć w tych ciemnościach tak naprawdę nic nie widać. A jak udało się tu dostać? Aż tutaj, do kresu. Do kresu, a może na granicę tajemnicy, za którą jest nowy początek a nie kres? I najpierw ten dziwny, klaustrofobiczny, kręty, prowadzący w dół, do piekieł korytarz. Gdy każdy kolejny krok w dół, to był kolejny stopień niepokoju, strachu. Gdy coś powstrzymywało przed zawróceniem, chociaż narastała panika, że to coś prowadzi ku zagładzie i jest nieodwracalne. A potem ten lekki oddech, fala jakiegoś uspokojenia – przestronna hala, oczyszczająca, bezpieczna. Bo przecież ta płytka i stojąca woda, w której można umyć nogi, zanurzyć dla odpoczynku strudzone stopy… I nagle uświadomienie sobie, że to zbyt łatwe, zbyt piękne, ta woda. Bo to pewnie trucizna. Albo jakieś bakterie, węże, pijawki. I było to nagłe hop, na te porozrzucane kamienne bloki. Bo przecież nie leżą tu przypadkowo. Bo są po to, aby z nich skorzystał ten, który chce przejść na drugą stronę. Do raju jakiegoś szczęśliwego zakończenia, które przecież musiało być po drugiej stronie. Tylko ono nadaje sens całej tej scenerii, sekwencji zdarzeń, wyjściu ze świata i wejściu w ten podziemny mrok. Bo bez niego… po co to wszystko? Nie, nie…
Ta cała wyobraźnia… Bo tak było jeszcze wtedy, tam… W uszach słychać syk wodnych węży, których tam nie ma. I szum wirów, które czekają na to, że wessą nierozważnie zanurzoną w wodzie stopę, a których naprawdę nie ma i nigdy nie było. A te kamienne bloki, no, bo który z nich okaże się zdradziecki, który z nich jest tylko pułapką, zapadnią? Po nastąpieniu na niego, but się przyklei, a ten który na nim stanął, zostanie wessany w głąb wody, w jakąś większą otchłań i w niej na wieki uwięziony.
A teraz… Bo, skoro udało się uniknąć tych niebezpieczeństw, to jedynym sensem jest nagroda. Jaka? A to elizjum za ścianą? A rajski wodospad i kontakt ze szczęśliwym, szczebioczącym dzieckiem. I kim ono się okaże? Młodym bogiem, demiurgiem, tobą po reinkarnacji, darem dla ciebie?
A trzeba zanurzyć się w tę bryzę i poczuć na skórze odbite od skały krople wody. Trzeba dotknąć dziecka, spojrzeć na nie, porozmawiać. I wyjaśnić. Co wyjaśnić?
Ale najpierw trzeba tam dojść. Najpierw trzeba odnaleźć właściwą drogę. Bo ile jeszcze będzie tych ślepych korytarzy? Ślepych, to znaczy prowadzących do wyjścia, czyli z powrotem do świata, do dnia, który – tak by się chciało – aby już nie wrócił. Albo żeby wrócił, ale jak najpóźniej, dopiero na końcu. Czyli po czym? Co jest za tym korytarzem, jeszcze następnym po lewej? Za ścianą?
I tym razem szczęście dopisuje. Przynajmniej częściowo.
Bo korytarz huczy echem wodospadu i nagle, po pięciu krokach urywa się. I otwiera się jeszcze większa przestrzeń, nieskończona. Tyle tylko, że jej dno rozpościera się kilkanaście metrów niżej od twoich stóp.
A przed tobą pionowa ściana w dół. I nic, żadnych stopni, uchwytów czy lin. A tylko w połowie wysokości, pod tobą, ze ściany wypływa obficie źródło i spienioną kaskadą opada w wirujące, kłębiące się wodne szaleństwo. Czyżby tu był koniec, taki kres przypisany jest twej drodze? A gdzie obiecana nagroda, gdzie dziecko, które obiecywało nowe życie? Ten bóg w wieku dziecięcym, przebrany demiurg, twoja reinkarnacja?
Ale jest i ono. Bo oto w oddali, gdzieś po środku tej przestrzeni w dole, pieniąca się woda obmywa wyspę złotego piasku. Takiego jaki sypie się na budowie, dla wypełnienia betonowych obramowań fundamentów. I na jakim kładzie się belki stropowe nie podpiwniczonego parteru budynku. A nad wyspą, sklepienie z odbijających iskry światła kryształków „czegoś tam”. Tylko skąd to światło, nie wiadomo? Bo wyspa wyłania się z mroku a na jej środku bawi się, niczym w piaskownicy, dziesięcio – gdzieś – letni chłopiec. I nie jest zupełnie widno, jest taki ćwierćmrok, wystarczający dla utrzymania klimatu i jednocześnie – rozróżniania szczegółów…
A chłopiec bawi się. I trudno jest dostrzec tak z góry, jakie zabawki ma wokół siebie. A na skraju kręgu tego przytłumionego światła, na skraju świata wykreowanego na potrzeby zabawy, widać jest jeszcze tylko porzucony, brązowy tornister.
I nagły plusk wyrywa cię z tego zapatrzenia. A plusk dochodzi z dołu, stamtąd gdzie spadająca woda niknie w wirach podziemnego jeziora. I tam właśnie kołysze się na falach szeroka łódź. Pusta. Ławki w poprzek, czekają na tego kto weźmie w ręce martwo zwisające wiosła i popłynie w kierunku złotej wyspy. I nic, tylko skorzystać, wsiadać, wziąć w dłonie wiosło i pokierować łódką w stronę szczęścia.
Tylko jak się do niej dostać? Skoczyć? Podjąć takie ryzyko? To musiała by być już skrajna determinacja. Łódka, bądź co bądź, nieduża, jak w nią trafić? A obok woda, kłębiącą się woda, może bardzo głęboka? A może bardzo płytka, ale za to dno najeżone skałami? Skrajna determinacja? Skrajna? A może odwaga? Odwaga sięgania po coś. Odwaga uczynienia następnego kroku, zamiast ciągłego grzęźnięcia w stagnacji. Tylko, czy to nie pułapka? Pułapka nadziei? No cóż, aby się przekonać, trzeba po prostu zrobić ten jeden krok przed siebie i skoczyć. A wtedy okaże się, czy było warto…?

Jeszcze raz ten sam poniedziałek, po krótkiej przerwie na obiad.

– …wyspa między ulicą Łużycką, a tą niedokończoną ulicą Waszkiewicza. Półmroczna grota pośrodku osiedla Łużyckiego. Tu gdzie zawsze zatrzymuje się piątoklasista Januszek w drodze ze szkoły do swojego domu w bloku. Gdzie żółta łacha budowlanego piachu jest sceną dla małego demiurga. Na której to scenie kreuje on nowe, przyszłe sytuacje…
Jednak ktoś podążył tu za nim.

– Ktoś… Na pewno? A któż to taki mógłby być? Czy pani będzie w stanie go rozpoznać?

– Ktoś… Ten ktoś… taki, zatem, ktoś….

– Takie stawianie sprawy nie stanowi rozwiązania dylematu przed którym pani stanęła.

– Zatem człowiek. Grotołaz.

– Grotołaz? Drogi człowieku, pani raczy sobie żartować… Ha, ha, ha…

– Nie, zatem nie grotołaz?

– Człowiek. Prawdziwy człowiek i przy tym zostańmy, obywatelko.

– Dobrze. Człowiek. Jednak jest już tak blisko, że może się kryć za którymś z filarów z betonu. I z mroku go podglądać. Czy nie szkoda, że nie posłuchał tych, którzy mu radzili aby się pilnował… Nie oczekuję odpowiedzi. Tu jest natomiast, proszę, o, dla pana kartka i długopis…

– A nie ma obywatelka pióra, takiego wiecznego pióra? Tak bardzo lubię pisać wiecznym piórem…

– Nie wiem, czy powinnam? Mam tylko swoje, pamiątkowe… Pióra się nie pożycza, przesąd taki… Ale, dobrze, proszę… Chcę, aby pan mi to napisał. Nie opowiadał, ale jednak napisał.

Płowowłosy chłopiec ma unurzane gołe kolanka w piachu. Bo piasek na wierzchu jest suchy, ale głębiej zachował skądś wilgoć. I teraz oblepia nagą skórę dziesięciolatka, gdy ten tylko zanurzy kolana, łydki, kostki wystające z krótkich spodenek głębiej w sypkim podłożu na którym klęczy. A klęczy, podnosi się, znów opada. I staje, obchodzi coś, schyla się, poprawia. I coś podśpiewuje, mruczy, pokrzykuje. A lepki, wilgotny piasek oblepia mu małe kolanka, zasycha i tak zaschnięty na nich pozostaje. I nie możesz się oderwać od tego widoku.
I patrzysz na zabawę chłopca, widzisz co szykuje ów demiurg – młody bóg. I wiesz, co cię czeka, gdy dostaniesz następną szansę, w tamtym wcieleniu i zaczynasz odczuwać niepokój. Strach. I boisz się. I wyciągasz wilgotne, spocone dłonie i za chwilę całkiem wyprostowane ręce trzymasz przed sobą. A choć cały trzęsiesz się z emocji, nie obejmujesz tego filara, za którym się kryjesz. Bo dotykasz go tylko czołem i czujesz jak spływają ci po twarzy krople potu. I opuszczasz ręce wzdłuż tułowia, a dłońmi dotykasz szwów swoich spodni. I jeszcze drżą, jeszcze drżysz ty cały. Ale już chłód idący od betonowego słupa powoli przenika twoje ciało…
…a tymczasem na wyspie demiurg wyrysował w piachu długie, idące szerokim łukiem przez całą jej powierzchnię, dwie równoległe linie. I w poprzek tych linii ułożył co kilka centymetrów krótkie, podłużne ścinki betonu. A przyniósł je spod tych betonowych słupów, które jeszcze schły po ich wylaniu. Bo spomiędzy desek szalunku wypływa zawsze nadmiar betonu, układając się na ich zewnętrznej powierzchni w płaskie paski. I po zaschnięciu można je sobie odrywać i przy zachowaniu odpowiedniej ostrożności, przenieść na środek groty i takie, nie połamane dłuższe wstęgi ułożyć na piasku w poprzek dwóch równoległych linii wyrysowanych czubkiem buta…
A potem demiurg przyniósł grube, frezowane pręty zbrojeniowe i kładąc je na tych ścinkach betonu, ale wzdłuż wyrysowanych linii, ułożył coś, co absolutnie nic ci nie mówi. Ale on sam wiedział, co robi, jego wyobraźnia kierowała nim konsekwentnie i bez zbędnego zastanawiania się…
A chłopiec wstaje znad ułożonej płasko na piasku konstrukcji, obciera o spodenki zupełnie czyste rączki i rozgląda się. I gdzieś obok wyłuskuje wzrokiem z półmroku to, czego potrzebuje. I odchodzi, bierze w dłonie, przynosi. Odchodzi jeszcze raz i jeszcze raz, wracając za każdym razem z pełnymi rączkami. A robi to bez trudu i z zadowoleniem, uśmiecha się. Ale w końcu odchodzi kawałek dalej, obejmuje rączkami znacznie większy przedmiot, którego nie może tak z marszu, na stojąco nie tylko podnieść, ale nawet ruszyć. I pochylony rozszerza nóżki, zapiera się i postękując bierze to oburącz, opierając ciężar na obu ramionkach. Z trudem podnosi, obraca się w kierunku wyspy i małymi krokami, na zgiętych w kolankach nóżkach, przyciskając ciężar do klatki piersiowej, człapie do celu. Sapie. I kładzie na miejscu, które od samego początku sobie obrał. Wzdycha, łapie głębszy oddech. I patrzy w dół, pod nóżki. Obchodzi wokoło. A na idących łukiem prętach leżą ułożone jedna za drugą, krótszymi krawędziami do siebie, białe cegły. I na początku ich ciągu jest ten tak ciężki, dużo od nich większy, ciemny blok betonu komórkowego.
I nadal nic nie rozumiesz. O co w tym chodzi? I robi ci się żal wymęczonego chłopca.
– Cholera – wyrywa ci się tylko na moment. Bo szybko zakrywasz sobie usta, ale i tak, o mało nie wychodzisz do niego ze swojego ukrycia.
– Ciuch, ciuch, ciuch!
I coś ci zaczyna świtać w głowie. A tymczasem młody bóg, rozkraczony na wyspie piasku… –
…- stanął ponad wykreowanym przez siebie światem… I wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. Ale chyba tylko on wiedział, dlaczego? A ty nie zrozumiałeś, z czego było się tu cieszyć?
– Ciuch! Uuuu…!
Na piasku coś się dzieje. A dźwiękom wydawanym przez chłopca towarzyszą jakieś zdarzenia, którymi steruje on przy pomocy rączek i nóg. Teraz bierze jakieś patyki. I patyki w jego dłoniach ożywają. Ten patyk nie, tamten nie, ale ten, o ten, tak. I patyk kierowany małą dłonią idzie, nie, podbiega do ostatniej w ciągu białej cegły.
– Ciuch, ciuch, ciuch! Uuuu…
A patyk jest krótki i cienki, gdyby miał imitować człowieka, byłby to zapewne niewysoki chłopiec. Bo rozpościera jeszcze dwie, cieńsze gałązki, wychodzące z głównego malutkiego konara. I jedna gałązka w lewo, druga – w prawo, nieco nierówno, ale prawie, prawie, niczym… dwie rozpostarte na boki ludzkie ręce… I patyk łapie gałązkami–rączkami tylną ściankę ostatniej cegłówki.
– Uuuu…
A ciąg cegłówek, ciągnięty przez większy od nich blok betonu odjeżdża. Tak to wygląda przynajmniej, patrząc na gesty chłopca–demiurga. Ale, co to? Gałązka–chłopiec leży na ostatniej cegłówce, a Januszek teraz stoi nad tym większym blokiem betonu. A w ręku ma gruby konar. I ten gruby konar…
– Ho, ho, ho!
Tak! Patrzy znad dużego, ciemnego bloku betonu na ciąg białych cegieł z tyłu, za nim, i… grozi, krzyczy na gałązkę–chłopca…
– Co ty tam robisz?! Chcesz spaść, połamać się! – piskliwie „pohukuje” Januszek.
I nagle robi ci się niedobrze. Bo zaczynasz rozumieć.
Nie, tego nie da się zrozumieć. Czy ten mały gnój cię jednak widzi, ale jak, kiedy? Nie, to niemożliwe.
– Ho, ho, ho! Zmiataj stąd, no szybko! W try miga cię tu nie ma! Za długo masz nogi przy dupie? Chcesz żeby ci je koła obcięły…?
A kto to woła? Ten mały Januszek, swoim piskliwym głosikiem, czy… Czy on wie? Czy on się domyśla – to nie może być. Ktoś mu powiedział, nastawił go, pouczył, co i jak i dokładnie wszystko opracował przeciwko tobie… Czyli to jednak jest pułapka… A ten zasrany gnój, tak ci się odpłaca. I czujesz ukłucie gdzieś w boku. I z żołądka cofa ci się coś do przełyku, zaraz zwymiotujesz.
I udaje ci się to przemóc. Ale teraz coś cię ciśnie w skronie, masz zawroty głowy, na moment odpływasz, wszystko wokół kręci się jak na karuzeli… A taki miły zasraniec… I motylki w brzuchu.
A wagony z cegłówek jadą dalej po szynach z drutu zbrojeniowego. Blok betonu – parowóz wydaje ustami Januszka dźwięki buchającej pary. A konar-maszynista przegania w końcu chłopca–gałązkę. I chłopiec zostawia skład pociągu samemu sobie i na końcu łuku usypuje teraz, po obu stronach torów, dwie piaszczyste skarpy. I łączy je na górze gałązkami, które układa ściśle jedną przy drugiej i też posypuje je piaskiem. Z tornistra wyciąga mały, plastikowy model ciężarówki marki „Star”. I delikatnie ustawia na przysypanych piaskiem gałązkach, ponad torem kolejowym. Bo parowóz pociągnie teraz za sobą wagony, wjeżdżając łukiem w głęboki jar i za chwilę przejedzie pod wiaduktem.

Środa, od samego rana, ok. godz. 9

– Tak, faktycznie, to tutaj starsi od Januszka chłopcy z osiedla Łużyckiego, z ulicy Waszkiewicza i II Armii robią te swoje głupie zabawy.

– Skąd pan o tym wie? Bywa pan przy tych zabawach?

– Czy obywatelka nie ma już tego wszystkiego zapisanego? Od tych różnych ludzi… Po co obywatelka zadaje takie pytanie?

– Bo może chcę to wiedzieć od pana. Jakie to są zabawy? I skąd u pana taka wiedza o nich?

– A, bo pracowałem wtedy jeszcze w służbie ochrony kolei. Na węźle Zielona Góra, jako patrolujący. Głównie zielonogórski dworzec, od strony dyscypliny pasażerów – bo pani to nawet nie wie, co cywile potrafią robić na dworcu, nie tylko w gmachu. Na peronach i w wagonach… A już szczególnie w dni wypłaty, ci dojeżdżający do roboty, po trasie z Gubina, od Krosna znaczy się, albo po trasie na Nową Sól, Bytom. I co z tego, że w „Warsie” na dworcu zakazują piwa, jak pierwsza pijalnia jest zaraz naprzeciwko, przy Placu Kolejarza…
Ale chadzałem też na złodzieja, pod parowozownię, na tory manewrowe i odstawcze, numer osiem i dwanaście, bo tam stoją towarowe, czekając na rozładunek, albo osobowe do sprzątania, po zjechaniu z trasy.
A przez całą Zieloną Górę prowadzą też tory, które idą donikąd. Bo kiedyś, jeszcze za Niemca, była to linia do Szprotawy. Ale po wojnie ruscy ją rozebrali i teraz kończy się gdzieś w lesie, pod Jędrzychowem.
I choć pociąg już dalej nie jedzie, to nadal dostarczają tędy wszystko do kilku fabryk. A najwięcej jeździ węgla, do składu na Węglowej, do „mebli”, do „wełny”. I spirytus wożą do „monopolu” i są wagony do browaru, do winiarni, na tartak i na składy WZGS-u…
Czy to co mówię, jest dla pani nudne, tak?

– Nie, nie. Bynajmniej nie dla mnie. Chyba, że pan sam tak uważa?

– Czy co ja uważam?

– Ta praca, dostarczanie towarów do fabryk, nudziła pana? Nie to pan chciał robić w życiu?

– Ja nie pakowałem na wagony, ja goniłem złodziejstwo i pijaków, łobuzów. Czy obywatelka wie, ile jest wszędzie tego kurewstwa, wszędzie! Jaki tu wokół jest burdel do posprzątania? Pewnie nawet obywatelka nie wie…

– Przestańmy z tą „obywatelką”! Panie Olku, proszę…

– Nie mogę… Coś mnie zmusza… Jak pani pyta o TE rzeczy, o TEGO chłopca…

– Jednak coś możemy zrobić z tym strachem? Bo to chyba tak ze strachu, prawda…?

– Coś mi się tak przestawia w głowie. Może gdyby bez TYCH rzeczy… Ja mogę tyle ludziom powiedzieć. Niedługo, już niedługo przyjdzie ta chwila, gdy TO się zdarzy… I ja to wiem…. Ten chłopiec, jego Matka i moja praca… Nie mówmy już o tym…

– No, niestety, musimy… A zatem, drogi Olku, robił pan porządek? Sprzątał pan świat.

– Sprzątałem? Czy ja sprzątałem świat?

– Tak. To chyba ważne zajęcie? A jak w tym nieporządku pojawili się ci chłopcy?

– Czy pani, taka wielka dama, pyta o chłopaczków? O małych chłopców? Na co to pani?

– Chodzi mi o tych z osiedla, na torach. Chyba nie byli aż tak bardzo mali? Czy byli może wśród nich koledzy Januszka…?

– Bo to było tak, że dwa razy na dobę, na manewrowej spinano składy na tę wewnętrzną linię. Na teren samej Zielonej znaczy się. I potem dwa razy na dzień szedł skład kilku wagonów, a „Amerykanka” była wczepiona tak po środku. Z raz w tygodniu, składy były dłuższe i wtedy „Amerykanka” szła nie, jak zwykle, między wagonami, ale z przodu, a od tyłu pchał jeszcze dodatkowo jakiś maluch. Albo i druga „Amerykanka”, o ile tylko była wolna pod ręką.
„Amerykanka”, czy pani wie co to takiego? Bo to parowóz, Tr203 – 358.
A w jarze od Krośnieńskiej, a potem to przy Waszkiewicza oraz tam dalej, zwłaszcza tam dalej, przy Kukułczej i między Strzelecką a Sienkiewicza, jest mocno pod górę, a tory idą pod drzewami. I jak jesienią spadły liście na szyny, to leżały, aż przeleżały do wiosny i parowóz potrafił się na nich ślizgać i nie wepchnąć wagonów pod taką górkę. A po deszczach są do tego jeszcze nanosy na przejazdach przez ulice, na Kraszewskiego, przed Polską Wełną… I przy Ogrodowej… I wtedy tam jest najgorzej… Tak, jesienią i wiosną, to już bardzo często szły po dwa parowozy. Z tyłu albo z przodu albo jeden na jednym końcu a drugi na drugim. I wtedy też było najbardziej niebezpiecznie, bo maszyniści z obu lokomotyw nie mieli żadnego kontaktu między sobą. A przecież ten drugi musiał ciągnąć skład od przodu, ślizgając się po tych liściach i na nanosach, aby wspierać tego pierwszego, który by sam nie dał rady wepchnąć ślizgającego się składu. Tak, znacznie łatwiej było wtedy, gdy dwa szły razem i pchały od tyłu, albo oba ciągnęły pod przodu.
I podobnie było po każdych roztopach. Co tylko mróz ulżył, od późnej jesieni, przez zimę, aż do początku wiosny…
Czy mógłbym opowiedzieć jeszcze o spinaniu?
A to było tak. Pociągi z tymi wagonami, które przyszły na stację do Zielonej Góry, ale nie do rozładunku na miejscu, tylko u odbiorców, tych co mają własne bocznice, to dawano je na tor szesnasty. A potem na manewrowej, tam przy Traugutta, wypinano wagony według miejsca docelowego, czyli konkretnego zakładu w mieście. I te które przyszły późno, pod koniec dnia lub wieczorem, zaczynano spinać od czwartej w nocy, ale tak, żeby te do tartaku czy WZGS-u były przed parowozem, na samym przedzie, czyli najdalej od środka składu, od tej „Amerykanki”. A potem, już za parowozem, w kolejności szedł browar, „wełna”, „meble” i tak dalej.
I zawsze było tak, że wagon do najdalszego, ostatniego zakładu był od czoła składu. A „Amerykanka”, która jechała w środku, pchała przed sobą te wagony, najpierw wjeżdżając powiedzmy do tartaku, położonego na samym końcu trasy, już pod Jędrzychowem. I dzięki takiemu układowi, gdy pociąg wjechał na teren placu z drewnem, odczepialiśmy z samego przodu wagon przeznaczony dla tartaku a „Amerykanka” mogła teraz wypchać resztę składu w drugą stronę, z powrotem torem szlakowym, ku miastu. I na tym powrocie pociąg najpierw zajeżdżał do WZGS-u, gdzie zostawialiśmy kolejny wagon sprzed parowozu. A potem – do kolejnych odbiorców, do browaru, „wełny”, „mebli”, u których na ich bocznicach odczepiano następne wagony. I teraz, to z tego drugiego końca, bo po obsłużeniu WZGS-u, przed „Amerykanką” nie było już przecież niczego..
A puste wagony doczepiano do składu powrotnego w odwrotnej kolejności. Czasem przed „angielką” przy browarze, te wagony z tyłu parowozu zostawialiśmy na płozach i dopiero na powrocie z WZGS-u lub tartaku zabieraliśmy je dalej, samym parowozem.
A bywało też, że lokomotywa szła normalnie, czyli z przodu. I było to tylko wtedy, gdy wagony szły jedynie do browaru, „mebli” lub „wełny” i nigdzie indziej. No i po tym też można było poznać, dokąd tego dnia jechał skład. Bo jak parowóz ciągnął wagony za sobą, to był to pociąg do browaru, fabryki mebli i „Polskiej Wełny”.
A skład spinany od czwartej w nocy, szedł na trasę około siódmej rano.
A gdzieś między jedenastą w południe a pierwszą wracały z powrotem puste wagony z wczoraj. I w te dni, kiedy jeździły po dwa pociągi na dzień, powtarzało się to późnym popołudniem, tak aby na dziewiętnastą wrócić na wieczorne wyposażenie parowozu.
No i tu się pojawiała ta cała gówniażeria. Bo robili sobie zabawy, nie zważając w ogóle na niebezpieczeństwo.

– Na czym te niebezpieczne zabawy polegały?

– Bo to czepiali się skrajnego wagonu, ostatniego albo pierwszego. A było to zależne od tego, gdzie był parowóz. I podjeżdżali po kawałku, aż kto ich nie pogonił. I zawody takie sobie robili, kto wskoczy, przytrzyma się i dłużej nie spadnie. Albo kto wskoczy z jak najkrótszego rozbiegu, a nawet próbowali wskakiwać z miejsca.
A wyciągali też i płozy, gdy zostawialiśmy wagony, aby wziąć je później, po odstawieniu wagonów do tartaku czy WZGS-ie na górze lub do „budowlanki” czy na „węglarni” na dole.
Czy było to niebezpieczne? A było. A zresztą obsłudze składu nie brakło i innych kłopotów. Bo zdarzały się wypadki, gdy wagony się wyczepiały i wyczepione staczały się same w dół, wzdłuż torów. Bo parowozy się ślizgały, bo nie mogły pociągnąć w górę… I bywały problemy na przejazdach, bo pod pociąg wjeżdżali kierowcy samochodów lub były duże nanosy. No, a tu na dodatek ci gówniarze, czepiali się wagonów, podrzucali monety na szyny i inne jakieś blachy, aby pociąg po nich przejechał… I wyciągali te płozy, o których już mówiłem…
A tak było głównie przy tych nowych osiedlach, bo to byli gówniarze z bloków przy Waszkiewicza, z Sucharskiego, Jóźwiaka, Jaskółczej i okolic Ogrodowej.

– I pan ich gonił?

– A jakże! Bo obsługa składów, maszynista i manewrowi, ci co to wyskakiwali na ulice, aby wstrzymać ruch na przejeździe, nie dawali sobie z nimi rady. Bali się ich. Czy znaleźli jakieś rozwiązanie? Znaleźli! Poszukali sobie kogoś odważnego. I koniec końców poprosili nas, patrole Służb Ochrony, byśmy co pewien czas pojechali z nimi składem i pogonili gówniarzy.

– I co, pogonił ich pan?

– A oczywiście! I nie tylko pogoniłem, ale i złapałem też paru tych obwiesiów.

– A jak to się odbywało?

– A jak miało się niby odbywać?

– Co wtedy pan czuł?

– Nie rozumiem…

– Proszę opowiedzieć, co pan czuł tak ich goniąc? A jak ich pan złapał? Było panu jakoś lepiej, jak to pan zapamiętał? Poznał, może, pan bliżej któregoś z tych gówniarzy?

– Łobuzów?

– Łobuzów. Tak, oczywiście, że łobuzów, panie Olku…

Ciąg dalszy w następny piątek

Z wolnej stopy 24

Zbigniew Milewicz

Dalszy ciąg opowieści o i z ulicy Mariackiej w Katowicach. Odcinek 1 TU.

W cenzurze

Urodziłem się niedaleko tej chacharskiej ulicy, w kamienicy przy Starowiejskiej, o czym już pisałem kiedyś, w swoim cyklu rodzinnym W górę rzeki. W kościele Mariackim zostałem ochrzczony, ale na tym na razie skończyły się moje katowickie dzieje, bo niebawem dostałem nowy, chorzowski adres, w domu dziadków. Do Katowic wróciłem oficjalnie dopiero w 1969 roku, w związku z moją pierwszą pracą po studiach; to był Wojewódzki Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, który mieścił się przy ulicy Mariackiej 1. Przepracowałem w nim mniej więcej rok i w tym momencie trzeba byłoby mi odpowiedzieć na pytanie, co robi młody człowiek, który jeszcze niedawno domagał się od komuny wolności słowa, w obozie wroga? Szczerze odpowiem, że nie wiem. Dobrze pamiętam natomiast, że po odsiedzeniu w Krakowie wyroku za Marzec 68 niełatwo mi było znaleźć pracodawcę, który chciałby mnie zatrudnić i dopiero Kazimierz Dworecki to zaryzykował. Naczelnika katowickiej cenzury znał prywatnie ktoś z kręgu znajomych mojej mamy, poręczył za mnie i tym sposobem wylądowałem w instytucji, mającej ostatnie zdanie w życiu ówczesnych mediów, wydawnictw i twórców kultury.

Zatrudniono mnie na stanowisku praktykanta i zgodnie ze zwyczajami panującymi pewnie w całym świecie, powierzono różne podrzędne roboty, takie jak odkurzanie i segregowanie akt, przesuwanie biurowych mebli, albo pilnowanie dalekopisu, który stale drukował jakieś wiadomości, a lubił się zacinać. Gdy szefostwo nabrało do mnie pewnego zaufania, dostałem dodatkowo funkcję tzw. biegłego przysięgłego, czyli kogoś, kto biegnie po wódkę i przysięga, że nikomu o tym nie powie. Byłem najmłodszy w tym kilkunastoosobowym zespole i trudno było nie pójść po flaszkę, jak ktoś jej potrzebował. A pili w urzędzie w czasie służby prawie wszyscy, jedni więcej, drudzy mniej, niektórzy codziennie, tylko Olek Ochenkowski nie mógł, bo prowadził służbowe auto.

Naczelnik Dworecki wódki nie lubił. Na emigracji we Francji, czy też w Belgii rozsmakował się w winach i niekiedy chodziłem po nie do delikatesów, gdzie zaprzyjaźniona z urzędem kierowniczka zawsze trzymała pod ladą odpowiedni zapasik. Przynosiłem mu dwie, trzy butelki i dziwiłem się w duchu, jak on może pić taką glicerynę, bo gustował w ciężkich, słodkich winach. Był to ludzki szef, zawsze pytał, czy nie mam ochoty na szklaneczkę i czasami dotrzymywałem mu towarzystwa. Przez chwilę, bo nie chciałem przeszkadzać mu w pracy, ani w rytuale samotnej degustacji trunku. Jak się przynosiło wódkę, to później biegły też musiał łyknąć, tylko mnie ciepła gorzała opornie przechodziła przez gardło, zwłaszcza bez zagrychy. Miła sekretarka Trudzia starała się więc zawsze coś wyczarować kulinarnie, a to śledzika, czy jajeczko, albo przynamniej kawałek ciasta i tym sposobem nauczyłem się pić, jak normalny człowiek. Tak to określał Dzidek Pietrzycki, który był najbardziej elokwentny w naszym zespole i poza urzędem miał niezliczone fuchy w postaci wykładów z marksizmu-leninizmu dla mas pracujących. Sączył czystą ze szklanki jak wodę, drobnymi łykami z miną olimpijskiego boga raczącego się nektarem, a Staszek Zaród potrafił łyknąć na raz setkę, ale w tym nawet nie próbowałem im dorównać. Tylko z pierwszą dawką alkoholu zawsze mieli kłopoty; grubawy Dzidek, który wił na swojej łysinie misternego ślimaka z resztek włosów, dławił się zawartością szklanki, jak gęś karmiona kluskami. Purpurowiał na twarzy i pocił się, płyn kilkakrotnie wracał, ale Dzidek zawsze w końcu go połknął. Staszek przechodził mniejsze męki, jako były partyzant wiedział, że z wrogiem nie należy się cackać.

Pierwszy pochodził z Ostrowca Świętokrzyskiego, drugi z Zagłębia Dąbrowskiego. Staszek Zaród, najniższy wzrostem, w urzędzie miał najwyższe notowania jeżeli chodzi o pracowitość w referacie prasy i był ogólnie lubiany za pogodny charakter, koleżeństwo i smakowite pieczonki, które urządzał dla nas na swojej działce w Gołonogu. Komunista z przekonania, jako młody chłopak walczył z Niemcami w szeregach Batalionów Chłopskich, albo Gwardii Ludowej. Był również zawołanym akordeonistą i chętnie nam przygrywał w czasie tych biesiad, najczęściej Samotną harmonię, Spoza gór i rzek, albo Na strażnicy.

O czym nie wolno było w PRL-u pisać i mówić traktowały zawiłe i obszerne zapisy cenzorskie. Do nich dopuszczono mnie dopiero po odbyciu szkolenia w głównym urzędzie, na ulicy Mysiej w Warszawie. Wtedy zagoniono mnie również do prawdziwej roboty, czyli do czytania szczotek drukarskich gazet i czasopism oraz książek, które czekały na wydanie. Działy prasy i publikacji miały najwięcej zadań i odpowiedzialności; największy luz był w widowiskach, którymi jednoosobowo zajmował się Dzidek i udało mi się go przekonać, że potrzebuje asystenta. W urzędzie spędzałem od tej pory mniej niż połowę roboczego dnia, resztę czasu zajmowały generalne próby sztuk w śląskich teatrach i wszelkich innych imprez kulturalnych, które cenzor musiał obejrzeć i zakwalifikować. Jako praktykant o niczym samodzielnie na ogół nie decydowałem, ale nie pamiętam poważniejszych ingerencji. U większości twórców działał mechanizm autocenzury, sami wiedzieli, na co mogą sobie w swojej twórczości pozwolić. Poza tym wcześniej czytaliśmy z Dzidkiem scenariusze przedstawień, ewentualne uwagi konsultowało się z autorami, lub reżyserami, którzy nanosili sugerowane zmiany w tekstach, albo korygowali interpretację i spektakle mogły się odbywać. Niemniej byliśmy dla nich klasycznym wrzodem na tyłku (proszę, jak działa autocenzura ) i to trzeba było przyjąć po męsku.

Najmilej wspominam przedpremierowe przeglądy filmów i próby variete, prowadzonego przez muzyczną gwiazdę – Marię Artykiewicz, z dopiero raczkującym na Śląsku stripteassem, gdzie raz osobiście rozpinałem czeskiej tancerce biustonosz. Kiedy zapytałem Dzidka, w co cenzor może ingerować w tańcu erotycznym, odparł, że w obrazę poczucia moralności widza. Biust tancerka mogła pokazać, ale majtki wolno jej było ściągnąć ewentualnie dopiero przy zgaszonych reflektorach na scenie. Opowiedział mi, że kiedyś stripteasserka miała na osobistej bieliźnie wydrukowaną flagę amerykańską i wtedy musiał zaingerować politycznie. Kazałem jej wszystko z siebie zdjąć, w Polsce nie ma miejsca dla wrogiej propagandy – uzasadnił. Nie wiedziałem, czy mówił prawdę, czy żartował, bo lubił.

Dziegciu do tego miodu dołożyłem sobie sam, na nocnym dyżurze w drukarni na Liebknechta, który dostałem w zastępstwie za chorego kolegę. Puściłem szpunta na sportowej stronie Trybuny Robotniczej o trzecioligowym meczu piłkarskim, którego powinienem był wywalić, bo jedna z drużyn reprezentowała barwy utajnionego w cenzorskich zapisach klubu wojskowego. Wrogi, zachodni szpieg mógł przeczytać tę informację i wydedukować, że w podanej miejscowości stacjonuje jednostka wojskowa, więc naraziłem system obronny Układu Warszawskiego na straty i musiałem ponieść za to konsekwencje. Naganę służbową na piśmie sporządził osobiście nowy naczelnik WUKPPiW, towarzysz Imielski, ponury aparatczyk z Sosnowca. Zastąpił mojego protektora, który naraził się czymś wojewódzkiej nomenklaturze i poszedł na boczny tor. Edward Gierek, z którym Dworecki znał się osobiście, nie użył swoich wpływów, żeby tę decyzję zmienić.

Na domiar złego prywatnie podłożyłem się nowej władzy, recytując w urzędzie fragmenty słonego Alfabetu Studenckiego. To było na moich urodzinach, które odprawiałem po pracy w pokoju konferencyjnym. Mój dobry kolega, Wicio Bieńkowski, z którym później spotkałem się znowu w Dzienniku Zachodnim, lubił po kieliszku recytować różne perełki z polskiej, klasycznej poezji. M.in. Maraton Kornela Ujejskiego, za którym przepadałem; robił to świetnie, a kiedy skończył i dostał od nas zasłużone brawa, dałem czadu na zupełnie inną nutę:

Armia nasza jest zwycięska
Alfons jest to k…. męska

Jakby tego było za mało, przy literze C, zaimprowizowałem:

Cygan w kartach lubi bujać
Cenzor to jest kawał h…

Naczelnika Imielskiego nie było przy tym, ze względu na wrzody żołądka unikał zakrapianych przyjęć i zabraniał picia na służbie, ale ktoś mu doniósł, że miały miejsce szkodliwe wypowiedzi. Nowy szef nosił imię Alfons i wziął tę moją recytację osobiście do siebie. Do tego przy literze C pokalałem własne gniazdo i nie pozostało mi nic innego, jak poszukać sobie nowego. Ciągnęło mnie do świata artystycznego, a wtedy akurat wakowało miejsce kierownika Organizacji Widowni w Teatrze Śląskim, ale to już temat na kiedy indziej. Jeszcze nie jestem gotów z Mariacką.

Odcinek 1

Rozpoczynam dziś publikację ogromnej powieści, której fragmenty już kiedyś tu umieściłam (Deszczowa delegacja), a której poszczególne części rozgrywają się co 10 lat. Główni bohaterowie tych historii znikają, pojawiają się nowi, jedni umierają, inni przesuwają się na boczny plan, przenosimy się wzdłuż osi czasu to wstecz, to do przodu, a sens całości zrozumiemy zapewne, jak się to monumentalne dzieło skończy, a może i wtedy nie, bo już pozapominamy, kto kiedy kogo o co podejrzewał, kto umarł i kto komu podstawił nogę. Trzeba więc będzie przeczytać całość raz jeszcze, łudząc się, że tym razem zrozumiemy, ale też, że autorowi nie przydarzyło się to, co mianowicie było udziałem Antoniego Gołubiewa, autora wielotomowej i wielowątkowej powieści Bolesław Chrobry. Gołubiew nie poradził sobie z tym, co stworzył i nie umiejąc rozplątać i zakończyć zawikłanych wątków, nigdy powieści nie dokończył.

No to zaczynamy.

Mieczysław Bonisławski

JESZCZE WE WRZEŚNIU. NIEMAL TUŻ PO WAKACJACH I URLOPIE

ok. godz. 9:00 rano

To posłuchajcie teraz tego. Przecież wy też wracacie z wakacji, urlopów. Z urlopów… Pierwszy dzień w pracy, jeszcze ta rozgrzana plaża, zimne piwo, gorące rytmy… A tu od rana sprawa, taka bardziej poważna. Posłuchajcie zatem mojej opowieści, trochę, właśnie o tym…

– Panie Olku… Niech pan sobie wyobrazi, proszę, słoneczne popołudnie w Zielonej Górze. Stoimy na zachodnim krańcu miasta. Jest ciepły, bardzo ciepły wrzesień. Złota jesień. Dzieci od dwóch tygodni znowu chodzą do szkoły. Właśnie wróciły po lekcjach do pustych mieszkań w bloku. Rodzice nie przyszli jeszcze z pracy. Dla tych, co nie jedzą obiadu w szkole, gorący posiłek przy rodzinnym stole będzie dopiero za godzinę. Albo za dwie lub trzy? Niech pan nam powie może, co dziesięcio-, dwunastolatek robi w bloku, gdy nie ma dorosłych?

– Właśnie wyobrażam sobie bloki.
Nowe bloki. I raczej szare, bo sklecone tak na szybko z betonowych płyt (zwanych nawet „wielką płytą”). Niskie, czteropiętrowe, są bardzo proste i bardzo długie. I przy tych ich kilkunastu klatkach schodowych i jednostajnym, wydłużonym kształcie, bez żadnych załamań czy skosów, wydają się takie niskie, jeszcze niższe niż te cztery piętra.
I całe są szare, chropowate od betonu, zimne. Bo jedyne żywsze barwy, to jakieś schnące po praniu szmaty, kwiat w doniczce, plażowy leżak. A rozłożone są one po wciśniętych w bryłę bloku balkonach (balkony tak zwanym kosztem pokoju). I pozostają tak stłamszone w czeluściach budynku, że nie stanowią krzykliwej toni w morzu szarości. I są raczej szeptem, niknącą w odmętach kolorową plamką…
Wokół domów ciągle coś się buduje, bo osiedle jest nowe. I nawet dojazdy nie są jeszcze do końca gotowe. I dlatego wzdłuż bloku prowadzi ulica z betonowych płyt, w pewnym momencie kończąca się łachą piachu. A dalej wiedzie już tylko rozjeżdżona ciężkim sprzętem piaszczysta, błotnista breja. Ta betonówka, to ulica generała Waszkiewicza. Wznosi się nieco i nagle urywa w miejscu, gdzie architekci zaplanowali na przyszłość niewielki wiadukt.
A między blokami widzę przestrzeń międzyblokową.
I próbuję przejść tunelem, ziejącym ni stąd ni zowąd z niczym nie zaburzonej bryły bloku na jego drugą stronę. Próbuję wejścia w tę przestrzeń…

– Tak, rozumiem to. I niech pan nam powie może, co się wówczas dzieje?

– A, staję przed drugim, takim samym blokiem. A dwie betonowe, równolegle do siebie ściany z szarej wielkiej płyty wygradzają przestrzeń, gdzie na boisku z betonu, wokół paru huśtawek i przy piaskownicy, obok ceglanego śmietnika dokazuje stadko dzieciaków. A nad ich głowami, spomiędzy betonowych ścian unosi się stłumiony zasłoną z wielkiej płyty gwar. I tonacja tych głosów jest zniekształcona swoistym echem tej studni i zwielokrotnieniem kakofonii dźwięków wydobywających się na raz z tak wielu gardeł. Gwar, szum głosów, głuchy dźwięk odbitej piłki od betonu, przenikliwego pisku rozbujanej huśtawki, może brzdęk dzwonka od roweru. I na pewno słychać odgłosy skakania przez skakankę.
I właśnie tu możesz, w oczekiwaniu na matkę, ciotkę, sąsiadkę, ojca, wujka robić to, co inni, ci wszyscy. O ile masz się do kogo przyłączyć. A tak właśnie powinno być, bo skoro tu, w jednym z tych bloków, mieszkasz…

– Wracamy jeszcze przed blok, proszę. Na rozkopaną, niedokończoną ulicę.

– Dobrze. Po jej drugiej stronie nie ma ani kolejnego bloku, ani śmietnika z placem zabaw. Bo tam zieje pustka, a raczej krajobraz, potocznie nazywany przez dorosłych, księżycowym.
I ciężko powiedzieć, czy tak właśnie powinno nazywać się dużą skarpę świeżego, żółtego piachu, która wznosi się po prostu na wysokość pierwszego piętra? I ułożone po jej bokach w sterty drewno budowlane (głównie deski i kantówki). I stos przygotowanych do układania cegieł, i pryzmę ułożonych jedne na drugich płyt stropowych? A jeżeli powinno, to dlaczego? Czy tak właśnie wygląda księżyc? Czy stojący też tutaj, na szeroko rozstawionych szynach, dźwig, w ogóle, czy to gabarytem, czy konstrukcją przypomina księżycowego łazika?
A za dźwigiem, nazwanym imieniem „Marian”, wyłania się niedokończona jeszcze budowla z białej cegły. I, co ciekawe, ta biel ożywia cały widok.
Czy nie mówią: biały to nie kolor? A niech tylko pani spojrzy na to morze szarości wielkiej płyty i bure błoto wkoło, a zrozumie pani, że świeża, śnieżna biel to też żywy, wesoły kolor!
A ta budowla jest bardzo ciekawa. Bo stanowi ją konstrukcja z żelbetonowych filarów łączonych belkami stropowymi i poprzecznymi (chyba też z betonu). Pustą przestrzeń pomiędzy nimi robotnicy wypełniali jeszcze przed godziną właśnie tą białą cegłą. I przypomina to trochę technikę budowy, zwaną pruskim murem, choć cegła tu znacznie większa i biała a nie czerwona, a szkielet przecież nie drewniany.
A czy nie jest dziwne, że cegły zaczęto układać od piętra? Tak, że dół tej konstrukcji na razie jest niezabudowany. I wygląda ona z daleka jak zadaszona hala, nad którą wznosi się jeszcze piętro. Otwarta całkowicie na zewnętrzne otoczenie, ale z przegrodami wewnątrz, niczym ciąg grot czy jaskiń.
Bo wrażenie to potęguje mrok panujący w tych zamkniętych od góry, ale nie obudowanych ścianami zewnętrznymi pomieszczeniach parteru. A tym głębszy, że białe ściany piętra wręcz lśnią we wrześniowym słońcu popołudnia. I kontrast jest przejmujący.
I do tego dochodzi ta zupełna pustka i towarzysząca jej cisza. Bo robotnicy zaczynają tu robotę z samego rana, stąd po godzinie piętnastej plac budowy zupełnie się wyludnia. A do niedawna nie było tu nawet stróża. I całe piętro i wszystkie nisze na parterze, przestrzeń między stosami desek i cegieł, zbocza hałdy piasku, dźwig są teraz po prostu jak martwe.

– Dobrze, znamy już czas i miejsce, czyli scenę dramatu. Teraz niech pan sobie wyobrazi może, w takiej mrocznej, ceglanej grocie, pustej i martwej, samego jak palec dziesięciolatka…

Dwa dni później, znowu ok. 9 rano

– Dzisiaj kogoś poznamy, panie Olku. Przenieśmy się, może, do pobliskiej szkoły. W nowym gmachu przy ulicy Gwardii Ludowej jest któraś z kolei lekcja. Na szczęście przedostatnia dzisiaj. W końcu! Przyjrzyjmy się, proszę, przez chwilę mikremu Januszkowi. Z ciężkim, wielkim tornistrem na przygarbionych pleckach. Niech pan nam o nim opowie może.

– A, wiem, że od kilkunastu dni mały chłopiec chowa coś na parapecie swojego pokoju. I cały czas czujemy razem tę tajemnicę, skrywaną nawet przed domownikami. Bo słoik jest wyciągnięty gdzieś z piwnicy, gaza podprowadzona z domowej apteczki w kuchni.
Bo woda w słoiku – po cichu przeniesiona nocą z łazienki. A nasączona nią gaza, chroniona ściankami słoika skrywa coś, co w końcu osiągnęło cel, udało się temu chłopcu. Bo ziarnko fasoli nie jest już ziarnkiem. Napęczniało, pękło, spomiędzy dwóch połówek wydostał się żółty ogonek. I teraz, po kilku dniach, ogonek nie jest już żółty, tylko zielony. I nie jest ogonkiem, ale coraz grubszą i wyższą łodyżką, obrastającą kolejnym listkiem.
I od paru nocy mały tuli co wieczór słoik, który zdejmuje z parapetu, zza zasłony i bierze pod pierzynę. I przytula buzię, muska usteczkami, szepce doń słowa pieszczoty. I bardzo uważa, aby nie zasnąć ze słoikiem, bo wtedy, we śnie mógłby go zrzucić z łóżka, stłuc. A to byłaby tragedia. Pilnuje się zatem, czeka do ostatniej chwili przed zaśnięciem i odkłada słoik na parapet, za zasłonę, czule go żegnając i życząc roślince w środku „dobranoc” i dobrych snów.
A zaraz potem zasypia, bezpieczny, silny, gotowy ustrzelić z haubicy wrogie czołgi, atakujące batalion Czernousowa i Marusi, przywalić Kotlarskiemu w ryja, najlepiej tak, aby to zobaczyła Kamila Graczyk…
…Czy Arleta Gratyniuk już się ze mnie nie naśmiewa, a nauczyciel techniki stoi z rozdziawionymi ustami, słuchając jak doskonale tłumaczę zasadę działania… A, czekaj, jak to się nazywa…? No, nie pamiętam. A, co tam wszystkim do tego! To jest cokolwiek, kolejne z urządzeń omawianych na poprzedniej lekcji. A ten „Technik” mówi tak niezrozumiale, dyktuje tak szybko i dużo. I jak tu zdążyć to wszystko zapisać w zeszycie i do tego wyraźnym, wyprostowanym pismem technicznym, tak aby potem, sprawdzając zeszyty, Technik nie krzyczał, nie wyśmiewał przy całej klasie? Czy to jest normalne, że im wszystkim się to udaje? Jak oni to robią? Kiedy się tego nauczyli?
…A przecież w twojej poprzedniej szkole nie było żadnego pisma technicznego, żaden nauczyciel tak nie dyktował. Pani rozmawiała z tobą, tłumaczyła, była taka bliska…

– Proszę, kto tak myśli!?

– A rankiem chowam się pod pierzyną i nie chcę wstawać, a przecież muszę. I nagle zrywam się, po długiej chwili ociągania się. A zanim pójdę do łazienki, tulę słoik, odkładam go. A gdy wracam stamtąd, wyciągam słoik, przyglądam mu się, gadam z fasolką i zaczynam się ubierać. I jem śniadanie. I w końcu wychodzę do szkoły. A przed wyjściem żegnam się z fasolką.

– Jednak, kto to wszystko robi!?

– Januszek. Bo on wie co go czeka. A to będą ciężkie chwile, ale trzeba się przemóc. Przeboleć te godziny, po to, by po południu wrócić do domu, gdzie jest słoik z rosnącą fasolką. I znowu jest do kogo się przytulić, z kim porozmawiać. A ona tak wszystko rozumie, wszystkiego wysłuchuje. I pociesza samym tylko tym, że po prostu jest, jego jest i z nim.
Ale dzisiaj słoik trzeba było zabrać ze sobą, do szkoły. I obaj wiemy, że to nic dobrego. Bo to coś złego, co czai się cały czas wokół nas. No i ta przyroda jest właśnie przedostatnią lekcją. Po niej jeszcze tylko technika. A wokół słoneczny, wrześniowy dzień, a w środku, w nas, mrok. Kiedy, gdzie i jak stąd szybko uciec, schować się…?

– Ale z kim my teraz rozmawiamy? Proszę, kim wy jesteście? Czy jest tu jeszcze pan Olek?

– Ja jestem Januszek, proszę pani… Drodzy ludzie! Tu nikogo więcej nie ma!

– Ten mały chłopiec, tak? A co się dzieje z panem Olkiem, jednak gdzie jest pan Olek?

– Ja nie wiem o kim pani mówi? Ja nie znam takiego pana!

– Zatem…

– Ja jestem Januszek. Januszek z piątej klasy… Tak, droga pani, kogo pani jeszcze będzie chciała tu widzieć?!

– Zatem, mój drogi Januszku… Tydzień temu też była przyroda. Dobrze to pamiętasz? Czy tak samo zapamiętałeś to jak ja…? Masz ciągle przed oczyma to…

… jak Arleta Gratyniuk stoi przy Kapale. I pokazuje na ciebie. A jest przerwa przed przyrodą. A do tego, dyżurująca nauczycielka znikła gdzieś z korytarza.
I tulisz się do ściany, tam gdzie hol zwęża się i kończą się okna, wychodzące na plac apelowy przed wejściem do szkoły, a zaczynają się ubikacje. I Szczepański ze złośliwym grymasem na twarzy podchodzi do ciebie.
– Co, ty – pada obraźliwie określenie, przed którym tak się wzdragasz, ilekroć ktoś nim w ciebie rzuca – znowu odpierdalasz?! Powiedziano ci ostatnio…
I Szczepański popycha cię silnie oboma rękoma. Zasłaniasz twarz tornistrem, który spada ci z ramion.
I doskakuje Kapała i wyrywa ci tornister. I otwiera go pospiesznie i niedbale, prawie wyrywając zamek.
– Dawaj, gdzie to masz? Jak znajdę, to…
I wyciąga ci z tornistra małe kartonowe pudełko z wyciętymi całkowicie dwoma ścianami. A to praca na lekcję przyrody, która będzie po tej przerwie. Bo to ulepiony z plasteliny kwiatostan pospolitej rośliny. Płatki, pręciki, szypułka są bardzo udane, bo odtworzone z wielką dokładnością, wiernie do ostatniego szczegółu. A delikatna linia krawędzi poszczególnych elementów płynnie rozdziela kolory różnych kawałków plasteliny. Naprawdę doskonały efekt kilkugodzinnej pracy, z którego można być dumnym. I może, w końcu, wpadnie piątka z przyrody, ta pierwsza piątka po kilku miesiącach w nowej szkole?
A tu nic z tego. Bo Kapała rechocząc wyciąga model kwiatu z chroniącej go tekturki. I bierze dwoma palcami, kładzie sobie na drugiej dłoni i powoli, celebrując poczucie satysfakcji zaciska pięść z tracącą jakąkolwiek postać, stającą się bezkształtną masą plasteliną w środku.
I podbiega zdziwiona Beata Dunaj, pełniąca w tym tygodniu funkcję dyżurnej.
– Co ty robisz? – strofuje rozbawionych Kapałę i Szczepańskiego. A nieco z tyłu, jakby nie mając z nimi, z tym co się tu dzieje, nic wspólnego, stoi jeszcze Kotlarski. I udaje ni to obojętność, ni to uprzejme ubolewanie.
– I po co mu to zabieracie? Przecież możecie mu to oddać, dlaczego ma mieć kolejną dwóję – pastwi się nad tobą tą swoją służbową litością Beatka z trzeciej ławki. Och, tylko nie to – dziewczyna broni cię przed dwoma największymi, klasowymi cwaniakami… I to tak przy wszystkich, na oczach całej szkoły…! A żeby to była chociaż Kama Graczyk, która gdzieś na uboczu, poza zasięgiem wzroku całej klasy i tak, tylko we dwoje, pomaga ci ulepić na nowo ten model…
– No, masz – Szczepański odbiera Kapale zniszczoną pracę i ze złośliwym uśmiechem oddaje ci ją.
I Kapała niemal rzuca w ciebie jeszcze pustą kartonową osłonką.
– I jeszcze to jest twoje. Bierz – krzyczy za tobą, gdy ty łykając łzy, tak aby ich nikt nie zobaczył uciekasz do szkolnej ubikacji. Aby jak najdalej od tych chłopaków i dziewczyn. I od nich wszystkich.
A z korytarza dobiega cię jeszcze dzwonek na lekcję przyrody.

Tego samego dnia, ale już późnym popołudniem

– Zacznijmy już, może, panie Olku. Dziś jest dla nas nowy dzień…
– I nowa lekcja przyrody. I masz ze sobą tę fasolkę, która wyrosła dla ciebie. A w dupę nawet z tą kolejną, ostatnią lekcją techniki, na której „Technik” znowu… Bo przed nią jest ta przyroda, która pozwala na najbliższy czas zapomnieć o technice.
I wychodzisz dumny z gabinetu matematycznego, dzierżąc w rękach słoik, w którym wykiełkowała dla ciebie twoja fasolka. Czy wszyscy patrzą i widzą jak wyrosła? Raczej nie patrzą, bo i co w tym nadzwyczajnego, każdy ma dzisiaj ze sobą taki słoik. I raczej nie widzą, ty jednak jesteś tak zapatrzony, że bodaj całego świata wokół nie dostrzegasz.
I wychodzisz z klasy. A przed sobą niesiesz słoik. I skręcasz w ten korytarz w stronę klatki schodowej. I jesteś na końcu korytarza. A za jego rogiem zaczynają się schody i nie widzisz czającego się tam w ukryciu Kotlarskiego. Nie zauważasz jego delikatnego gestu w stronę przyglądających się wszystkiemu z dołu Kapały, Szczepańskiego, Arlety i reszty. A może zresztą tej reszty nawet nie ma, przecież to nie kino, tylko szkoła?
I nie widzisz jak Kotlarski lekko wystawia nogę, o którą zahaczasz. I nie rozumiesz też dlaczego Kotlarski niby niechcący, zza węgła, delikatnie na ciebie wpada, popychając w stronę schodów. Jakby było mało już tego, że potykasz się o jego nogę, którą ci po chamsku podstawił.
I w pierwszej chwili nie widzisz też tego, jak słoik leci ci z rąk i toczy się po schodach, rozbijając się na wiele okruchów.
A ty spadasz na dół i podnosisz z podłogi złamany, zielony badyl ze zwisającym, naderwanym ostatnim liściem.
W pierwszej chwili nie rozumiesz co do ciebie mówi Kotlarski, pochylając się nad tobą z udawaną troską.
– Och, stary, przepraszam cię. Wyleciałeś na mnie taki, taki zza tego rogu. Nic nie mogłem zrobić. Wszystko w porządku?
I bierze połamaną fasolkę z twoich rąk.
– Czekaj, pomogę ci… Ale, ale z tego to chyba już nic nie będzie…? Bo tego się nie uratuje. Może wyrzucę ci to do kosza? Czy jednak chcesz to sobie zabrać, do domu…?
Ale oszołomienie mija. I zabierasz Kotlarskiemu trupa fasolki. I porywasz z podłogi otwarty tornister i tłumiąc płacz, rozpychając uczniów na korytarzu wybiegasz przez drzwi wejściowe ze szkoły…

– Gdzie wtedy pan był? Co pan czuł? Ten chłopiec…

– Drodzy ludzie! Przecież chłopiec cały czas jest tutaj! O co pani będzie jeszcze pytać?

– Gdzie? Tutaj, razem z nami, proszę…?

– Czy…? Tak, oczywiście! Januszku, drogi chłopcze, obywatelka się ciebie pyta…

– Zatem… Tak, powiedz nam zatem, chłopcze, może, o swych uczuciach, o swych przeżyciach.

– Januszek! Czemu milczysz…? To nie jest w porządku. Odpowiadaj obywatelce…
Czy nie pamiętasz tego? I nie wiesz jak to wtedy jest?
Wychodzisz pospiesznie do góry. Po rozkopanej, nieutwardzonej jeszcze skarpie, która okala szkolny plac apelowy, rozciągający się przed głównym wejściem do szkoły i wzdłuż jej całego gmachu. A buty grzęzną ci w miękkiej glinie. I potykasz się. Przystajesz. Ruszasz i dalej się ślizgasz w mokrej breji. I nieporadnie próbujesz założyć tornister, co udaje ci się za trzecim razem. I gdy jesteś na szczycie skarpy, wrogi korytarz szkolny, który masz gdzieś za plecami, wydaje ci się już tylko wspomnieniem. A włożony w to twój wielki wysiłek, jest ceną, którą płacisz za sukces, jaki udało ci się osiągnąć. I mierzysz to zmęczenie zgodnie ze skalą oddającą bezmiar twojego dokonania. Ale czujesz też na karku złowrogie skurcze. Bo to stres z obawy przed skuteczną pogonią.


A stając już na wzniesieniu, jesteś na skraju nowej, wyasfaltowanej niedawno ulicy. W lewo rozszerza się ona w dwujezdniową arterię, przedzieloną po środku pasem zieleni. I w tym kierunku idzie się do liceum i amfiteatru. A twoje osiedle jest jednak w prawo.
I masz do wyboru dwie drogi. Tę krótszą – gdyby zawrócić i stojąc znowu twarzą do szkoły – odbić w lewo ku długiemu czteropiętrowemu mrówkowcowi, stojącemu na górnym skraju obszernego, lejkowatego obniżenia, zwanego Kaczym Dołem, za którym, na dole, pieszy szlak biegnie dalej pomiędzy otynkowanymi na brązowo punktowcami. I ta trasa wiedzie obok ogrodzonego betonowym parkanem więziennego baraku, u podnóża wieżyczki strażniczej. A najgorsze jest to, że idzie się tędy, okrążając plac przed szkołą, niemal tuż nad nim i będąc cały czas widocznym z okien korytarzy szkoły. A tędy też wracają do siebie uczniowie z owego mrówkowca i ulicy punktowców. I na tej drodze do domu nikt nigdy przez to nie jest sam, pełno tu chłopaków i dziewczyn z różnych klas. I tu jesteś widoczny dla nauczycielki przyrody i innych nauczycieli, jeżeli tylko szukają cię, zaniepokojeni tym, że cię nie ma na lekcji przyrody. I tu widzi cię cała banda Szczepańskiego, o ile chce cię dopaść i pobić lub sprowadzić w niesławie do klasy, w taki haniebny sposób karząc cię za ucieczkę z lekcji. I tu cię zagadują, widzą, śmieją się z twoich wagarów ci wszyscy inni, wracający do domu tak jak się należy, po zakończeniu swoich lekcji.
A ty chcesz się schować, zniknąć. I dlatego skręcasz w prawo (czyli gdybyś zawrócił, to te „w prawo”, byłoby właśnie tamtym „w lewo”, obok więziennej wieżyczki, którego tak chcesz unikać), ale odbijasz nieco dalej (wyżej) niż więzienie, szerokim, odchodzącym od szkoły łukiem tej nowej, asfaltowej ulicy Gwardii Ludowej.
A ta ulica, choć jeżdżą nią już prywatne samochody osobowe, ciężarówki z zaopatrzeniem a nawet autobusy miejskie, jest jeszcze cały czas w budowie. Bo prowadzi praktycznie przez wielki plac budowy. I gotowa jest tylko nie za szeroka (dwa pasy), asfaltowa jezdnia, a nie ma ciągle chodników. I idzie się obok wylanej masy bitumicznej bez krawężników (niczym szosa gdzieś między polami lub w lesie), wydeptaną w gliniastej brei ścieżką. I w dni deszczowe jest to zdradliwe, wciągające buty bagno, a w porze suchej i słonecznej – najeżone koleinami twarde klepisko. A ścieżka wije się to przy samym asfalcie, to odchodząc od szosy, raz w dół raz w górę, jeszcze innym razem po płaskim. W zależności od położenia budowy konkretnego budynku względem tej, okrążającej, jeden po drugim, cały ich ciąg ulicy.
Szosa generalnie wiedzie szerokim łukiem w prawo, łukiem obchodzącym pozostającą nieco w dole szkołę i domy zgrupowane wokół Kaczego Dołu (na górze mrówkowiec, na dole punktowce). A w oddali, na linii horyzontu, stoją po wewnętrznej stronie tego łuku (na prawo od wygiętej ulicy) dwa zamieszkałe już dziesięciopiętrowe wieżowce. Bliższe, budowane zaraz za szkołą (patrząc wzdłuż łuku ulicy od strony liceum i amfiteatru) trzy inne wieżowce są już gotowe, ale jeszcze nieotynkowane i puste. A w jednym, najbliższym szkole, nie ma jeszcze nawet okien i drzwi balkonowych. I wszystkie tworzą jedną, wygiętą linię, po tej stronie ulicy. A po jej drugiej stronie jest pustka, pofałdowana łąka z kępami owocowych drzew, przechodząca w oddali w lity las. Gdzieś pośród tych traw i krzewów są glinianki, a w nich wielkie mrowie traszek i żab. I będą tam, dopóki w miejscu łąk nie powstanie kolejne osiedle.
Dla dziesięciolatka wybór tej trasy, to trzykrotne nadrobienie odległości i wyprawa niemal po skraju poznanego świata. Ale tylko tutaj jest szansa na przebycie drogi do domu w samotności, skutecznej ucieczki.
I dlatego idziesz w stronę domu właśnie tędy.

Początek następnego tygodnia, poniedziałek, godz. 11 przed południem.

– Wróćmy może jeszcze do tego co się stało po ucieczce z lekcji przyrody… Jednak od początku tej wędrówki wiadomo, że po drodze, daleko poza ostatnim blokiem osiedla Łużyckiego, aż na linii widnokręgu jest krzyżówka ulicy Gwardii Ludowej z ulicą Łużycką. To tędy trzeba wracać ku blokom przy Waszkiewicza. Ale zanim dojdzie się do bloku Januszka, przechodzi się obok tej budowli z piętrem z białych cegieł. Obok dźwigu na szeroko rozstawionych szynach. Januszek, gdy wie, że w domu nikogo nie ma, nie idzie do pustego mieszkania. Nie zostaje też na placu zabaw lub na boisku. Nie kładzie tornistra na trawie i nie dołącza się do kręgu bawiących się dzieci. Januszek skręca do białego budynku. Przenika przez ogrodzenie. Daje się wchłonąć mrocznym grotom na parterze budowli.
Niech pan nam teraz opowie coś, proszę, właśnie o tym.

– Wzrok ci się już przyzwyczaił do półmroku. Pomimo kontrastu z jasnym, pozostającym w ostrym słonecznym świetle otoczeniem, rozróżniasz dokładnie szczegóły wnętrz skrytych pod wymurowanym z cegieł piętrem. Czujesz się niczym przy wchodzeniu z olbrzymiej, otwartej przestrzeni do dusznej, wąskiej i niskiej pieczary. Pieczary, czyli jaskini? Nie, to chyba niezbyt trafne. To ma być zejście z pustyni, gorącej i nasłonecznionej do wnętrza piramidy? Zaprzeczamy. To jest raczej wejście z obszernego, zatłoczonego, pełnego spoconych i zmęczonych gwarem, intensywnością dnia wielu ludzi placu pod kolumnadę jakiejś starożytnej, greckiej lub rzymskiej budowli. Budowli opartej o kolumny, z dachem hen wysoko nad głową, bez ścian na wyciągnięcie ręki, w jej mrok, w jej ograniczoną przestrzeń, w jej otchłań. Otchłań? Skąd tu otchłań? Tylko dlatego, że schodzimy z pełnego słońca, z bezkresną linią horyzontu w cień? W ciemność tak kontrastującą, że ograniczającą do minimum wgląd w postrzegane granice widnokręgu?
Przy wchodzeniu między kolumnadę akropolu, jakichś ruin hellenistycznej świątyni, czy pozostałości imitacji innej Arkadii (gdzieś zupełnie z dala od Grecji czy Italii) nie towarzyszy poczucie zanurzania się w otchłani… To jest coś innego. Rzeczywiście wchodzisz ze strefy gorąca i jasności w obszar cienia, półmroku, mroku. Tak, robi się coraz mniej jasno, coraz mniej przestronnie. Jest coraz ciemniej, idziesz dalej, głębiej, nie rozróżniasz już kształtu kolumn, ich ilości, tego gdzie są. Robi się coraz ciaśniej, schodzisz w dół. Najpierw szerokim korytarzem, który łagodnie, ale systematycznie, za każdym kolejnym krokiem się zwęża. Możesz już dotknąć ściany z lewej, ściany z prawej, sklepienia. Jesteś w korytarzu, korytarz skręca, w lewo, w prawo, wyczuwasz stopami, że jego spąg się obniża. Czujesz całym ciałem, iż stąpasz w dół, zapadasz się… Ale…
Jak to się dzieje, że robisz zaledwie kilka kroków, a zmienia się całe twoje otoczenie, całe życie? Ze światłości, w mrok. Spomiędzy przestronnej, strzelistej kolumnady świątyni w kręty, wąski korytarz wiodący gdzieś w dół? Co to za głębia? Co to za czeluście?
Spąg nie jest już pochylony, pod nogami są schody. Schodzisz. Przed tobą jakieś szmery, odgłos spadającej wody. „Tam” jest gdzieś podziemny wodospad?
Zakręt w lewo, pod kątem prostym. I cztery bardzo wysokie stopnie w dół, ledwo dajesz radę je przestąpić, niemal obijasz sobie uda o kamienie. Teraz kilka, kilkanaście kroków ostro schodzącą upadową. I w prawo, tym razem prawie zawracasz, to niemal kąt półpełny. Znowu schody, tym razem płytsze, ale jest ich chyba z dziesięć. I nagle… co?
Zeszliśmy z placu pełnego turystów, z rynku (?), ze świątynnego wzgórza (?) pod dach zabytkowej arkady, opisywany w każdym szkolnym podręczniku, w tysiącach przewodników turystycznych, w stu pięćdziesięciu językach. Przestronnej, ale przecież skończonej, ograniczonej zamysłem architekta i wykonawcy. Po stokroć zbadanej, po tysiąckroć schodzonej. Skąd w tej ograniczonej budowli ten długi, niekończący się, pełen zakrętów korytarz, jak tu się mieści ten bezmiar? Jakieś podziemne wodospady, tajemnicze przejścia, labirynty. To niemożliwe.
A jednak. Te ostatnie dziesięć, czy nawet kilkanaście schodów sprowadza nas na skraj wielkiej, podziemnej sali. Nie widzisz jej sklepienia ani ścian. Wokół jest przecież ciemno, a one są daleko od ciebie, daleko od siebie. Wyczuwasz tylko tę przestrzeń poprzez niosące się echo twoich kroków, echo skapujących kropel wody, poprzez nagle rozrzedzoną wilgoć, powiew powietrza (skąd w tej pieczarze wiatr?) Czujesz ją intuicyjnie, nie widzisz jej, ale wyobrażasz ją sobie.

Ciąg dalszy za tydzień

Rozmowy z Konradem: kobiety

Wieczny dylemat, czyli mówić czy wyglądać?

Ewa Maria Slaska

Dla moich koleżanek i dla mnie, czyli tych kobiet, które zdały maturę w okolicy marca 1968 roku (to ważna cezura, jeszcze będę do niej wracać), bycie kobietą emancypowaną, było sprawą jak najbardziej naturalną. Miałyśmy nowoczesne matki, a niekiedy również babki, nasze nauczycielki były pełnokrwistymi indywidualnościami, a na dodatek nasze młode ciotki były dla nas jeszcze wzorem urody, powodzenia, ubierania się i czesania. Nie wiem, czy któraś z nas poświęciła w ciągu lat nauki choćby jedną myśl pytaniu, co to znaczy być kobietą emancypowaną, albo czy chcemy być emancypowane? To w ogóle nie było pytanie – było oczywiste, że już jesteśmy emancypowane i nie przychodzi nam do głowy żadna inna wersja losu kobiety. Miałyśmy studiować, a potem pracować, miałyśmy być piękne, dobrze ubrane i uczesane, chciałyśmy gotować fajne potrawy z oryginalnymi jarzynami i przyprawami (nie darmo Kalkowski od lat promował w Przekroju taki styl gotowania) i mieszkać w ładnych domach lub mieszkaniach z przystojnymi mężami podobnymi do Beatlesów i grzecznymi, inteligentnymi dziećmi.

Ten świetny model wielu z nas zatruł(by) życie, uczesane włosy były(by) w dwa dni po wizycie u fryzjera znowu potargane, na kolorowych podłogach zbierał(by) się kurz, mężczyźni podobni do Johna Lennona okazali(by) się zazdrosnymi nudziarzami, a szpinaku i tak nie było ani w sklepie, ani w polu, ani w zagrodzie.

Na szczęście w międzyczasie pojawili się hippisi i nie chodzi mi o te niewielkie grupki tzw. “prawdziwych hippisów PRL-u”, tylko o ideę, modę, muzykę, taniec, pacyfizm, tolerancję, luz, lekceważenie konwenansów, wegetarianizm, kwiaty we włosach, trawkę, wolny seks, pigułkę antykoncepcyjną i radio Luxemburg, czyli wszystko, co się zgromadziło wokół słowa “hippisi”. To osłabiło szczelny perelowski model emancypowanej kobiety i, choć w mniejszym stopniu, peerlowski model “prawdziwego mężczyzny”. Oba mocno się porysowały, a w drugiej połowie lat 60 zyskały nową treść – nasyciły się polityką. Dotychczas byliśmy, tak naprawdę, istotami apolitycznymi, urodziliśmy się po wojnie, stalinizmu świadomie nie pamiętaliśmy, nasi rodzice przezornie milczeli, partia i ZMS nie miały do nas dostępu, a kościół traktował nas łagodnie, kiedyś zostaliśmy ochrzczeni, potem poszliśmy do komunii, niektórzy z nas do bierzmowania, ale na pewno nie wszyscy. Partia przymykała oczy na sprawy społeczeństwa z kościołem, kościół nie żądał od społeczeństwa, by przestrzegało przykazań i zbyt surowo odcinało się od partii – wszyscy się jakoś “zaaranżowali”. Każdy próbował na swoją modłę urządzić sobie życie, no cóż – jak najprzyjemniej.

W drugiej połowie lat 60 polityka jednak gwałtownie wtargnęła w nasze życie. Zaczęło się od tego, że Willy Brandt podpisał umowy z Polską i z PRL zaczęli oficjalnie wyjeżdżać Niemcy. Okazało się wtedy, że w Polsce są jacyś Niemcy. Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z faktu, że są Niemcy, gdy w roku 1968 pojawili się Żydzi. Pawłowi Jasienicy wytknięto jakiegoś ukraińskiego Łupaszkę, a to przypomniało, że byli kiedyś Łemkowie i Bojkowie, Ukraińcy. Rzeczpospolita przestała być jednolita “jak postaw czerwonego sukna” i mocno wystrzępiła się na brzegach. W roku 1970, właśnie próbowaliśmy być (mimo Marca 1968 roku) szczęśliwymi studentami, z całą mocą spadła na nas polityka, której już nie dało się pominąć. To nie były “obrzeża i skraje”, to nie byli Niemcy (nie byliśmy Niemcami), to nie byli Żydzi (nie byliśmy Żydami), to nie byli Ukraińcy. To był sam środek naszego życia. Polityka stała się jego główną treścią i, mimo iż stale przegrywaliśmy, a od czasu do czasu partia, rząd i milicja zabijały nas i biły, czuliśmy się silni, bo byliśmy razem. To była gra MY kontra ONI, i oni mogli mieć w garści wszystko, a my i tak byliśmy lepsi. Czyli było strasznie, ale wciąż było przyjemnie, pewnie dlatego że nie mieliśmy dylematów, czyli znaliśmy odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mogło zaserwować nam życie.

I tak było do roku 1980, czyli do strajków sierpniowych i powstania Solidarności, kiedy to cały ten pięknie funkcjonujący gmach, zbudowany przez nas w procesie wzajemnego aranżowania się Partii, Kościoła, Opozycji i Społeczeństwa, runął do śmietnika historii, a z każdego kąta zaczęły wyłazić upiory. Im więcej zdobywaliśmy wolności, tym było gorzej, tym więcej upiorów wsysało się nam w szyję i wypijało krew. Rozpadło się nasze “razem”, wszędzie czaili się wrogowie, często my nimi byliśmy dla innych. To czego nie dokonała Komuna, tego dokonała Wolność. Niestety, zaczęło się od razu po podpisaniu porozumień. Jeszcze nie wiadomo było, jak ruch się będzie nazywał, a już zaczęły się pojawiać zwiastuny tego, co nas zniszczy. Ruch w Obronie Dziecka Poczętego. Albo żołnierzy wyklętych. Skąd mogliśmy wiedzieć, że trzeba je zdusić w zarodku..

Przez ostatnie 40 lat podzieliśmy się, może na zawsze, a w każdym razie na długo. Nie  będę się tu zajmować “prawdziwymi Polakami”, nacjonalizmem, Obrońcami Jezusa, strefami wolnymi od uciekinierów, Żydów, gejów i gender, nie piszę rozprawy o Polsce PiSu, pozostanę zatem przy tym, co mnie dotyczy(ło) jak najbardziej bezpośrednio, czyli sprawie kobiet.

Pierwszy raz dowiedziałam się, że istnieje sprawa kobiet za czasów Solidarności. Przyjechały z Anglii dwie feministki i miałam im opowiedzieć o sprawie kobiet w Polsce. I w ogóle nie zrozumiałam, o co im chodzi. Przez cały czas mówiłam o polityce, o niesprawiedliwości społecznej, o potrzebie wolności, o skorumpowanej władzy i biedzie robotników i chłopów. A one pytały o sprawę kobiet. No to odpowiadałam, że nie ma podpasek, albo że są z ligniny twardej jak deska, że nie ma pieluch jednorazowych, ani proszku do prania pieluch z tetry. A one nadal pytały o sprawę kobiet, i nie interesowały ich nawet dziesięcioletnie kolejki po klucze do własnego mieszkania.
Wreszcie machnęły na mnie ręką.

Następne feministki spotkałam już w Niemczech. Był rok 1985. Zapytały mnie o sprawę kobiet, ale tym razem już wszystko wiedziałam. Poprosiły, żebym napisała o tym artykuł na światową konferencję kobiet w Nairobi. Czekałam na azyl polityczny w Niemczech i nie mogłam wyjechać, pojechał tylko mój referat. Nazywał się “The rights we don’t have”. Myślę, że był to taki tekst, może jedyny w moim życiu, który przeczytały miliony ludzi. Zapewne głównie kobiet. Był cytowany tak długo, że postradał i tytuł, i autorkę, a potem i sens, bo po roku 1989 wszystko się zmieniło. W referacie do Nairobi pisałam o tym, co się dzieje z prawami kobiet w kraju komunistycznym, jeśli kobieta nie należy (jak ja należałam) do uprzywilejowanej wyższej klasy średniej, nie ma emancypowanych rodziców, w miarę zamożnego życia i nie mieszka w wielkim mieście. O tym, że o obrazie świata decydowałyśmy my, inteligentne studentki z Warszawy, Gdańska, Krakowa i Poznania, a Polska wygląda zupełnie inaczej. Już Rzeszów albo Białystok są w stosunku do nich opóźnione o co najmniej 20 lat, miasta powiatowe są jeszcze bardziej zacofane, kobieta mieszkająca na wsi opóźniona była w stosunku do najbliższego miasta o kolejne 20 lat. O tym, co to jest potrójne obciążenie kobiety, czyli praca, dom i rodzina oraz, jako trzeci rodzaj zajęcia kobiety – zapewnianie zaopatrzenia, głównie stanie w kolejkach i dźwiganie siat. O źle płatnych sfeminizowanych zawodach, gdzie jednak zawsze nad całą gromadką pracownic stał kierownik lub dyrektor. O strajku głodowym pracownic fabryk włókienniczych. O wioskach, w których najbliższy ginekolog oddalony jest o 70 kilometrów, a autobus jeździ dwa razy dziennie. O szklanym suficie, czyli o tym, że dziewczęta lepiej się uczą, jest ich więcej w liceach i na studiach, a przecież ilość kobiet spada w miarę wspinania się po szczeblach kariery naukowej i że kadra profesorska to głównie mężczyźni. I że opozycja wcale nie jest lepsza, bo choć jest dużo niepokornych politycznie pisarek, to od roku 1962 do roku 1985 nagrodę Kościelskich dostało 85 osób piszących, a tylko 11 z nich to były kobiety, bo to nagroda dla polskich opozycjonistów, czyli dla mężczyzn. I że wszędzie (zresztą do dziś) przedstawia się Solidarność jako ruch brodatych mężczyzn koło 30, choć to kobiety wykonywały większość prac usługowych w Solidarności i niemal wszystkie, również przywódcze, w czasie stanu wojennego. I że w encyklopedii Solidarności nie było haseł kobieta, matka, prawa kobiet, aborcja, nierówne płace…

Był rok 1985, nie mogłam więc jeszcze napisać, że jak już w roku 1989 doszło do rozmów Okrągłego Stołu, to brała w nich udział tylko jedna kobieta, Grażyna Staniszewska.

I wtedy się okazało, że gdy odeszła Komuna, to sprawa kobiet przecież nie odeszła, ale wraz z Wolnością przyszła sprawa kobiet numer 2. Zaczęła się od odesłania kobiet do domu i publicznego głoszenia tezy, że miejscem kobiety jest rodzina. Pierwszy raz przeczytałam taką wypowiedź tuż po czerwcu 1989 roku. Właśnie tworzyliśmy zręby wolnej Polski. Powiedziała to w wywiadzie wnuczka Józefa Piłsudskiego, żona opozycjonisty i ważnego polityka nowej Polski, pierwszego cywilnego ministra obrony narodowej – Janusza Onyszkiewicza.
W roku 1993, za czasów, gdy Hanna Suchocka była premierką, wprowadzono niemal całkowity zakaz aborcji, obowiązujący do dziś i nazywany, nie wiadomo czemu – kompromisem aborcyjnym.

Poszliśmy do przodu, żebyśmy musiały się cofnąć, żeby się okazało, że tkwią w nas nauki nie tyle i nie tylko matek i babek, ale pewnie i praprababek. Gdzie one się podziewały, gdy byłam uczennicą i studentką? Skąd wychynęły?
Mężczyzna pracuje, kobieta przebywa w domu z dziećmi.
Kobieta nie odmawia seksu mężowi, nawet jeśli jest chora lub zmęczona.
Przetrwaj, przeczekaj.
Mąż może bić, poniżać i gwałcić. Wykorzystywać seksualnie dzieci.
Trzeba nieść swój krzyż.

Ale nie sięgajmy nawet do rejonów, które za moich młodych lat albo w ogóle nie istniały, albo uważałyśmy je za jakieś przeraźliwe patologie.
Bo nasze zniewolenie jest również znacznie subtelniejsze.
Mamy być powabne, ale przecież również chcemy być powabne. Zobaczcie, co robimy, jeśli do pokoju wchodzi mężczyzna. Porozwalałyśmy się z koleżankami na kanapach i fotelach, siedzimy wygodnie, naokoło nas bałagan, szklanki, gazety, ciastka. Gdy wchodzi mąż gospodyni, nagle wszystkie siadamy prosto, szybciutko uprzątamy bałagan, układamy nogi, by łydka zgrabnie się prezentowała, wciągamy brzuch…

Ale jest i na odwrót, mężczyzn w pokoju jest kilku, my dwie, a może nawet tylko jedna… Toczy się dyskusja na temat edukacji. Jedna z nas jest pedagożką i matką, miałaby coś do powiedzenia, ale póki co rezonują mężczyźni, nie ma jak dojść do głosu, wiedzą lepiej. No wreszcie, udało się, próbujemy coś powiedzieć, ale zanim to zrobimy, już się nas popędza. Właściwie może lepiej zamilknąć. Czy to znowu takie ważne, to co mamy do powiedzenia? OK, jednak udało się wygłosić jakieś zdanie, ale już ten Iksiński mi przerywa i… powtarza to, co ja właśnie powiedziałam jako swoją tezę. Tylko, że ja stosowałam wszystkie znane od tysiącleci sposoby mówienia niewolników, mówienia tak, by nie zirytować pana i jego przedstawicieli. Bo, gdy mówimy, irytujemy ich lub rozśmieszamy. Wiem, wszystkie wiemy, jak możemy próbować tego uniknąć. Mówiłam przepraszająco, ciszej, łagodniej, używałam słów chyba, może, wydaje mi się, a on po prostu zasuwa propagandową mowę z mównicy. Ale o co chodzi, przecież i tak było nienajgorzej, bo przecież mogłam usłyszeć, że nudzę i się wymądrzam, za dużo gadam, nie umiem się skracać, gdyby to było publiczne wystąpienie, można by mi było na przykład nie dać mikrofonu do ręki, tylko podetkać go pod nos lub głośnym szeptem pouczać, co mi wolno, a czego nie. To naprawdę nic trudnego publicznie mnie poniżyć i obrazić. Tak, żeby wszyscy słyszeli. A jeśli grzeczność będzie jednak wymagała przeprosin, zostanę przeproszona po cichu i prywatnie. Przez telefon albo smsem.
Ale nie mam czasu, żeby go przeczytać. Panowie stworzenia poszli na taras na papierosa. To ja tu tymczasem szybciutko trochę posprzątam… Bo przecież lubię, żeby naokoło było ładnie i powabnie.

Zasadniczo stale to robimy, automatycznie polepszamy nasz wygląd i wygląd naszego otoczenia, a pomniejszamy naszą inteligencję. Taki mechanizm obronny. Dzień w dzień próbujemy rozwiązać dylemat: mówić inteligentnie, czy ładnie wyglądać, czyli jak się nie narażać? I, moje młode, młodsze i najmłodsze, koleżanki. Nawet jeśli świadomie potraficie się temu przeciwstawić, w środku w Was tkwi wciąż ta istota, która pod atrakcyjnym wyglądem ukrywa fakt, że jest mądra. Nawet jeśli prowokujecie i mówicie jak zwyciężczynie. Przyjrzyjcie się sobie uważnie.

***

Nie mam racji? To proszę, posłuchajcie wystąpienia pastorki Pauli Stone Williams, która przeszła zmianę płci, a zatem dobrze wie jak to jest być mężczyzną, a jak kobietą. Jej całe wystąpienie jest właśnie o tym, nie o przemocy, gwałtach i niesprawiedliwości, nie, jej wystąpienie dotyczy tych subtelnych różnic:

Wystąpienie jest świetne, ale najlepsze jest zdanie: WHY DO I HAVE TO APOLOGISE FOR BEING RIGHT?

thatorfor

Przepraszam…

Z wolnej stopy 16

Zbigniew Milewicz

Mściwe niemowlę

Szperając w swoich starych publikacjach spod paragrafu, natrafiam przeważnie na historie cięższego kalibru – rozboje, oszustwa, tragiczne wypadki, ponure morderstwa w hotelach robotniczych, albo melinach, popełnione dla zdobycia pieniędzy na jeszcze jedną ćwiartkę… Nie mam ochoty do tych spraw wracać i ponownie się ładować ich złą energią, ale przecież były i lżejsze. Takie, jak Mściwe niemowlę, które napisałem jesienią, albo zimą 1975 r. Przytoczę je ze skrótami i poprawkami stylistycznymi, bo z perspektywy czasu dawny tekst aż prosi mi się o korektę:

Urodziło się planowo, w pierwszej połowie stycznia 1975 roku, w Gliwicach, zgodnie z obyczajem noworodków – rozwrzeszczane, zaborcze. Ile ważyło i mierzyło, nie wiem, ale spore chłopię to było i dano mu na imię Pawełek. Zaraz po przywiezieniu do domu, zażądał ten Pawełek całej masy rzeczy. Od rodziców – całodobowego czuwania nad kołyską, zawsze czynnego bufetu z błyskawiczną obsługą i takiej że wymiany brudnych pieluch na czyste. Od krewnych oczekiwał nieustannych wyrazów uwielbienia na swój widok, a od miejscowego proboszcza, że ochrzci go w stosownym czasie. Później miało się odbyć w domu wystawne przyjęcie z okazji chrztu i wręczenie dziecku okolicznościowych, godziwych prezentów.

Życzeniom Pawełka stało się zadość. Mama Maria i ojciec Marian nie liczyli bezsennych nocy, spędzonych nad kapryszącą zawartością becika, ani pieluch zmienianych w iście atomowym tempie. Nie milkły pełne zachwytu „ochy“ i „achy“, zgromadzonych wokół kołyski babć, cioć i wujów. Chrzest odbył się z iście królewską pompą, a o przyjęciu lepiej nie mówić, takie było udane. Z prezentów też był kontent, bogate były i ze szczodrego serca dane. Wszystkie, z wyjątkiem jednego… Chodziło o dar wujka Romka, brata mamy, tego co namiętnie palił fajkę. Otóż ten wujek Romek, w sposób nie licujący z bliskim pokrewieństwem, oszukał niemowlę, dając mu w prezencie podrobioną jednodolarówkę. Sądził, że Pawełek, z racji braku życiowego doświadczenia, weźmie ją za dobrą monetę, a raczej banknot, ale się pomylił i przyszło mu za to niebawem słono zapłacić.

W przeciwieństwie do swoich rodziców, cwany maluch od razu rozpoznał falsyfikat i żeby odegrać się na oszuście, wysłał ich do Pewexu po zachodnie kosmetyki dla niemowląt. Jak pamiętamy, choć pewnie nie wszyscy, w sieci tych sklepów, głównym środkiem płatniczym były dolary i tzw. bony dolarowe. Pan Marian dołożył jeszcze pięć swoich zielonych, które trzymał w szafie, w charakterze zaskórniaków i poszedł wraz z żoną do miejscowego Pewexu. Kasjerka rutynowo rozpoznała podróbę, dyskretnie wezwała milicję i tak, po nitce do kłębka, wyszło na jaw oszustwo wujka Romka. Wezwany na przesłuchanie do gliwickiej komendy milicji, przyznał się, że podrobiony dolar był przedtem jego własnością. Na temat okoliczności, w jakich wszedł w jego posiadanie, opowiedział następującą historię:

Gdzieś na początku stycznia zauważył, że kończy mu się Amphora, tytoń, którym zwykł był nabijać swą fajkę. W komisach go brakowało, więc od jakiegoś cinkciarza w mieście kupił 1 dolara, ale upłynęło trochę czasu zanim go upłynnił w sklepie PKO. Pracował jako technik w jednym z biur projektowych w Gliwicach i któregoś dnia dostał zlecenie, aby wykonać kserokopie pewnych dokumentów. Stojąc przy kserografie, przypomniał sobie o zakupionym dolarze i zastanowił się nad tym, jak też wyglądałaby jego kopia w stosunku do oryginału. Podkusiło go, żeby to sprawdzić. Koleżankę z pracy, która obsługiwała urządzenie również temat zaciekawił, więc zrobili kopię banknotu, ale ich rozczarowała. W domu porównał obydwa egzemplarze jeszcze raz i wpadł z kolei na pomysł, że można byłoby wyretuszować kopię kolorowymi kredkami, w kolorach oryginału. Był zdolnym rysownikiem, więc tym razem obydwa wizualnie prawie się nie różniły, ale papierem oczywiście – zdecydowanie tak. Powiedział śledczym, że wykonał tę kopię wyłącznie dla zabawy i kiedy wreszcie wydał oryginalnego dolara na swój ulubiony tytoń, o kopii niemal zapomniał.

Dopiero kiedy dowiedział się o chrzcinach siostrzeńca, na które został zaproszony wraz z małżonką, powstał problem prezentu. Wiedział, że ich krewni będą chcieli się postawić na forum rodzinnym i błysną kosztownymi podarkami, a im akurat wiodło się materialnie nienajlepiej. Byli młodym, startującym w życie małżeństwem, on zarabiał miesięcznie 1900 złotych, ona 2200. Spłacali raty za meble, ledwo radzili sobie z czynszem za ich M-3, coś trzeba było jeść, ciuchy kupić… W sumie nie stać ich było na wystawny prezent dla Pawełka. Poszli więc do sklepu z dewocjonaliami, kupili pamiątkowe serduszko w puzderku, a do środka włożyli tamtą podobiznę dolara, wykonaną dla zabawy.

W naszej rodzinie istnieje zwyczaj przechowywania prezentów, otrzymanych z okazji chrztu – stwierdził na sali sądowej wuj Pawełka, oskarżony o sfałszowanie zagranicznego środka płatniczego. – Nie przypuszczałem, że siostra będzie chciała puścić w obieg tę odbitkę i zamierzałem ją w późniejszym czasie wymienić na prawdziwego dolara. Gdybym wiedział, że sprawa przybierze tak fatalny obrót, nigdy nie odważyłbym się skopiować tego banknotu, nie miałem przecież zamiaru zostać fałszerzem pieniędzy – bronił się roztrzęsiony.

Pawełek otrzymał należytą satysfakcję. 23 czerwca 1975 roku Sąd Wojewódzki w Katowicach uznał jego wuja winnym popełnienia przestępstwa z art. 227 § 1 kk., ferując wyrok w postaci 1 roku i 6 miesięcy pozbawienia wolności, z zawieszeniem na 3 lata i 3 tysięcy złotych grzywny. Dodatkowo zasądzono od skazanego, tytułem opłat sądowych, kwotę 4.000 złotych na rzecz Skarbu Państwa i obciążono go wszystkimi kosztami postępowania w sprawie. Był to niewątpliwie najwyższy, światowy kurs amerykańskiego dolara, w historii tego środka płatniczego. Z czego nieszczęśnik zapłacił sądowe należności, tego się już nie dowiedziałem. Może zaczął kraść, albo zawodowo fałszować pieniądze, niejeden na jego miejscu by to zrobił. Nieznana mi jest również późniejsza droga życiowa Pawełka. Zapowiadał się dobrze na bezkompromisowego, mściwego człowieka władzy, jakich wielu po obydwu stronach polskiej sceny politycznej.

Z wolnej stopy 12

Zbigniew Milewicz

Fotopstryk nieuleczalny

W tej historii występuje troje bohaterów: zwierzę transportowe, nieboszczyk i Bogdan Kułakowski. O dwóch pierwszych wiadomo niewiele, koń był czarnej maści, prawdopodobnie już niemłody, nagle padł na drodze, czyli wyciągnął kopyta. Ciągnął zaś karawan z klientem, lub klientką zakładu pogrzebowego, co w drugiej połowie ubiegłego wieku praktykowano jeszcze w Polsce i może padł z przepracowania, albo go potrącił jakiś samochód, bo trasa była ruchliwa: Częstochowa – Katowice. Trzecim bohaterem tej opowieści jest fotoreporter Trybuny Robotniczej, najważniejszej niegdyś nomenklaturowej gazety na Śląsku, który wracał do Katowic służbowym samochodem z jakiegoś tematu pod Siewierzem. Kierowca w pewnym momencie zwolnił, bo zamieszanie na drodze, leży koń, a na przeciwnym pasie, jak raz, podąża regularny pogrzeb. Takiej perły nie mógł zmarnować, ale miał w aparacie ostatni film, a w nim jeszcze tylko dwie wolne klatki – wtedy techniki cyfrowej jeszcze nie było, a liczył się czas. Pierwsze zdjęcie spudłował, kondukt zasłoniła mu jakaś cysterna.

– Dopiero drugie, to ostatnie, które praktycznie mogłem zrobić, udało się. Był i koń, i karawan, i pogrzeb, i ksiądz, i ruch samochodowy na ruchliwej trasie – wspomina po latach

Tym zdjęciem najpierw wygrał konkurs na Śląską Fotografię Prasową, później pochylił się przed nim Ogólnopolski Konkurs Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a kiedy stołeczny establishment łaskawie zgodził się wysłać jego pracę w świat, trafiła na prestiżową World Press Photo w Hadze. Za czasów PRL polscy fotoreporterzy nie mogli, jak obecnie, indywidualnie startować w zagranicznych konkursach. Praca nosiła tytuł Ich ostatnia droga i za tę pracę Bogdan otrzymał wyróżnienie. Dzisiaj równoznaczne z drugim miejscem w tym konkursie. To był wielki powód do dumy, jako drugi – po Stanisławie Jakubowskim –, śląski fotoreporter otrzymał nagrodę WPP, a rok był 1980.

Bogdan twierdzi, że pierwszy raz spotkaliśmy się na na rajdzie samochodów weteranów w beskidzkiej Wiśle, w latach 70. On wtedy zaczynał jako fotoreporter, ja już cos wiedziałem o pracy dziennikarza, więc na konferencji prasowej trochę się wymądrzałem, wtedy pomyślał sobie, ale gość. Podobnie, jak ja dzisiaj myślę sobie o Dudim, do tego zasłużenie.

Siedzimy i rozmawiamy w jego mieszkaniu w Katowicach na Słonecznej, mieszkaniu pełnym lwowskich pamiątek po dziadkach i rodzicach, w którym w latach 80, za łaskawym przyzwoleniem Maryli*, małżonki gospodarza, często balowaliśmy do białego rana. Otek Morawski, Włodek Paźniewski, Jaśniak, Filipek, Jasiu Lewandowski, Jurek Miciak, Michał Smolorz, Magda… i wielu innych druhów czasu minionego, nie zawsze słusznie przeszłego. Kiedy w stanie wojennym nieprawomyślni pracownicy mediów dostali wilczy bilet, katowicki Katolik zatrudnił niektórych z nich, między innymi Bogdana i mnie, w swojej redakcji. Pisałem o Katoliku w tym blogu 24. 04. 2015 r. O tym, że pierwszy numer miał być wydrukowany częściowo w kolorze złotym, nie wiedziałem. Posłowi PAX-u i naczelnemu pisma, Janowi Waleczkowi oraz Januszowi Jaśniakowi, jego prawej ręce, zachciało się mianowicie przypodobać kościelnej hierarchii i zarządzili, aby ileś tam egzemplarzy dla niej wydrukować na złoto. Drukarze wykonali zadanie, ale okazało się, że złota farba ma to do siebie, że już przy lekkim dotyku pyli i wszędzie zostawia ślady. Bogdan miał wtedy dyżur w drukarni i kiedy zobaczył Jaśniaka z plikiem szczotek do numeru pod pachą, całego na złoto, to o mało się nie przekręcił ze śmiechu. Katolicki PAX drukował w Katowicach na Liebknechta, w tym samym budynku, co Trybuna Robotnicza i inne pisma, i drukarze dowcipkowali, co by było, gdyby tę świętą pozłótkę zdmuchnęło na partyjne wydania i nazajutrz cały skład komitetu wojewódzkiego PZPR nadawałby się do kanonizacji…

Otek, fotoreporter z Trybuny, słynący nie tylko z dobrego, zawodowego rzemiosła, ale i z mocnej głowy tudzież sarkastycznego humoru, mieszkał w sąsiedztwie Bogdana. Niestety już go nie ma, pożegnaliśmy też Jaśniaka, Mariana Filipka, naczelnego Waleczka, Lewandowskiego i Smolorza, znakomitego felietonistę i gawędziarza. Filmowego reżysera, pisarza i polityka – Kazimierza Kutza, niepodzielnie zrośniętego z kulturą Śląska, którego nigdy osobiście nie poznałem, też już nie ma, a był z Bogdanem i jego rodziną serdecznie zaprzyjaźniony. Drugiego z jego zmarłych przyjaciół, Jacka Cieszewskiego, męża Basi, mojej redakcyjnej koleżanki z Dziennika Zachodniego, także bliżej nie poznałem, a przecież na jego tekstach uczyłem się pisać reportaże.

Odszedł zabrzanin Marek Dworaczyk, młody, pryszczaty i prywatnie nieśmiały fotoreporter z Katolika, którego zdjęcia Bogdan cenił najbardziej ze wszystkich… Wyjechał do Duisburga, wydał rewelacyjne albumy fotograficzne, później zachorował na chorobę nowotworową i wszystko się skończyło, szkoda.

Bogdan wie, że jest już na zasłużonej emeryturze, ale nie wyobraża sobie, żeby dokądkolwiek pójść, czy pojechać bez aparatu fotograficznego. Przecież w każdej chwili może się zdarzyć coś, co trzeba koniecznie uwiecznić. Osobiście jestem podobnego zdania, tylko warsztat mam inny. Kiedy parę lat temu zwierzyłem się pewnej swojej rosyjskiej znajomej, że żałuję przejścia w stan spoczynku, jako dziennikarz, odpowiedziała mi:
– Nie dręcz się się, podobnie jak nie ma byłych pracowników KGB, tak nie ma i byłych dziennikarzy.
Po rosyjsku brzmiało to soczyściej:Ne terzaj, net bywschych kagebeschnikow, kak i bywschych żurnalistow. Może sama pracowała w służbach, nie wiem. W każdym razie, tak trzymać Bogdan.


Od  góry: Bogdan Kułakowski i zdjęcie Ich ostatnia droga, a na dole kilka innych prac Bogdana Kułakowskiego.

1985 Piekary Śląskie
Fabryka wszystkich świętych, zakład wykonujący z betonu figury religijne


2013-10-02 Katowice
Ruiny Kopalni “Kleofas” w Katowicach


18.07.2018-Katowice
Uliczna śpiewaczka z Charkowa na Ukrainie

11.02.2008 Skaryszew
Targi koni w Skaryszewie organizowane w pierwszy (wstępny – stąd nazwa) poniedzialek po Środzie Popielcowej. Tradycja ta pozostała do dzisiejszego dnia. Drugi dzień targów (wtorek) jest dniem “poprawin”. Jarmark koni jest do dziś dnia jednym z najstarszych, najsłynniejszych i najpopularniejszych tego typu targów w Europie. Na tegorocznym jarmarku bylo ok. 1700 koni


Autor dodaje jeszcze:

***
Bogdan Kułakowski, fotoreporter ur. w roku 1944.

Fotografią prasową zajmuje się od 1962 roku. Członek legendarnego Gliwickiego Towarzystwa Fotograficznego. Pracował etatowo w dziennikach i tygodnikach wydawanych na Górnym Śląsku. Kierował działami fotoreporterskimi „Panoramy”, „Katolika”, „Gościa Niedzielnego”, „Trybuny Górniczej”, „Dziennika Zachodniego”. Sporadycznie pracuje na planach filmowych jako fotosista.

Uczestnik i laureat wielu wystaw i konkursów profesjonalnej fotografii reportażowej. Ostatnia (2016, w Katowicach, Gliwicach, Tychach) duża wystawa autorska „Bogdan Kułakowski-Fotografie”. Współautor fotograficzno-poetyckiej książki F.M.R.ydy. W 1980 roku wyróżnienie World Press Photo w kategorii życie codzienne, za zdjęcie „Ostatnia jazda” (last ride). Obecnie fotograf niezależny.

A ja dodam jeszcze tylko: dla przyjaciół to od zawsze Dudi, z racji swojego uderzającego podobieństwa do Ptaka Paradoksalnego artysty Andrzeja Dudzińskiego

***
Prof. dr hab. Maria Szwajger-Kułakowska jest profesorem zwyczajnym w Katedrze Kameralistyki Akademii Muzycznej w Katowicach. Prowadzi zajęcia dla pianistów z zakresu nauki akompaniamentu oraz zespoły kameralne.

Z wolnej stopy (7)

Zbigniew Milewicz

Na gapę przez życie

Moja przygoda z kryminalnym światem zaczęła się w liceum, od czytania powieści kryminalnych. Tytuły i autorzy już ulecieli mi z głowy, ale pamiętam, że zło zawsze było udziałem przestępców, a dobro po stronie stróżów prawa. Na czwartym roku studiów slawistycznych zamieszkałem w krakowskim „Żaku“, akademiku, z przyszłymi prawnikami i te pojęcia mi się trochę przemieszały. Na piątym natomiast, za politykę, poszedłem na miesiąc do kryminału i poznałem go od środka. Kiedy więc zacząłem w Dzienniku Zachodnim pisać “moje kryminałki”, to już nie byłem kompletnym amatorem, ale jak je dzisiaj czytam, to mi często głupio. Widzę młodzieńczą pychę autora, naiwność osądu, błędy gramatyczne… Dzisiaj na przykład historię Maksia napisałbym zupełnie inaczej, wtedy zakpiłem z bezdomnego i wstyd mi za to.

Pisaniem sądowych felietonów zajmował się za moich czasów w Dzienniku red. Marek Wydra, elegancki, starszy pan, zawsze pod muchą, albo krawatem, który publikował swoje teksty pod pseudonimem Marcin Prawda. Mnie początkowo musiały wystarczyć materiały, które uzyskiwałem z milicji, niekiedy jakiś smakowity kąsek podsunął mi mecenas Berezowski, albo Lolek Zahraj, który pracował w Prokuraturze Wojewódzkiej, z czasem jednak wywalczyłem sobie dostęp także do akt sądowych. Bohaterowie moich materiałów zwani byli w PRL-owskiej propagandzie ludźmi z marginesu, dla podkreślenia, że większość społeczeństwa jest zdrowa moralnie – nie kradnie, nie oszukuje ani broń Boże zabija, tylko owocnie pracuje dla dobra swojego kraju, a swój wolny czas spędza godziwie, przy herbacie i ciastku. Nikt jednak nie informował, jaki jest rozmiar owego marginesu. A ja, nawet gdybym to wiedział i napisał, to zaingerowałby cenzor, z powodu szkodliwych ustrojowo uogólnień, więc wystarczyło mi, że relacjonuję poszczególne przypadki społecznej patologii. Oto kilka dawnych tekstów z tego podwórka:



Z wolnej stopy 6

Zbigniew Milewicz

Myszy wolą bułki…

Zanim młodemu dziennikarzowi pozwolono napisać jakiś większy tekst, musiał poćwiczyć w kronice miejskiej. Biegałem więc po mieście w poszukiwaniu dziurawych ulic, a tych akurat w Katowicach nie brakowało, zepsutych latarni, zapchanych studzienek kanalizacyjnych, kolizji komunikacyjnych, pijanych już z rana budowlańców i dziesiątków innych tematów, które mogły zainteresować czytelników. Później to trzeba było odręcznie sklecić, przedyktować jednej z redakcyjnych maszynistek i na czas oddać do wstępnej oceny szefowej działu, pięknej, ale wymagającej Zofii Pietrzyckiej. Później materiał lądował w sekretariacie redakcji, przechodził adiustację i razem z tekstami kolegów i koleżanek po piórze docierał do drukarni na Liebknechta. Na kółkach naszego redakcyjnego Fiata 125 p, albo Wołgi, ale ta druga najczęściej była tylko do dyspozycji naczelnego.

Informacje do kroniki miejskiej, w naszym slangu – szpunty, musiały być zwięzłe, tematycznie zróżnicowane, napisane dobrą polszczyzną i oczywiście sprawdzone. Na luksus fantazjowania mógł sobie pozwolić felietonista, ale przyłapanemu na cygaństwie szpunciarzowi groziły konsekwencje w postaci służbowej nagany, obciętej wierszówki, a nawet zwolnienia z pracy. Poza tym kronika miejska była najuważniej czytanym działem gazety, więc przykładaliśmy się do roboty. Tylko, skąd tu było brać u licha ciągle nowe wiadomości, kiedy często w zasięgu wzroku, słuchu i węchu nic szczególnego się działo… Była to zmora, która nękała wszystkich początkujących dziennikarzy, także i mnie. Każdy z nas miał swoich informatorów w różnych miejskich służbach, którzy niejednokrotnie ratowali nam skórę, ale jak i oni nie mieli nic nowego do powiedzenia, to ostatnią deską ratunku był ślepy przypadek. Jemu też zawdzięczałem różne ciekawe materiały, chociażby takie:

Kiedyś obowiązywała taka maniera, że dziennikarz-narrator pisząc o sobie używał liczby mnogiej, co mnie dzisiaj trochę śmieszy i irytuje, ale to było i na szczęście  minęło.

Kilka innych faktów, które przypomniały mi się w trakcie lektury moich starych szpuntów z DZ:

Zdarzyło się, że dosłownie chwilę po moim wyjściu z Domu Prasy w Rynku, na sąsiedniej ulicy, pirat drogowy wjechał w grupę ludzi na przejściu dla pieszych, wśród których był inwalida o kulach, kobieta z dzieckiem i opisujący to zdarzenie. Jakimś cudem nikt z nas nie ucierpiał, kierowca nie zatrzymał się, przejechał obok posterunku milicyjnego w Rynku i zniknął za zakrętem. Udało mi się odnotować numery rejestracyjne pojazdu, nazajutrz w DZ ukazała się stosowna notatka na temat zdarzenia, jednak  jego sprawca nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Kiedy uparcie próbowałem dociec w drogówce, kim był, bez ogródek dano mi do zrozumienia, że na takich tablicach jeżdżą tajniacy i powinienem dać sobie spokój ze sprawą. Tym bardziej, że nie było ofiar.

W 1971 roku swoje dwudzieste szóste urodziny odprawiłem w katowickiej restauracji „Fregata“, w której babcia klozetowa dorabiała handlem wówczas niedostępnymi w sklepach mięsnych… frankfurterkami. Raz łapiąc za ścierkę i wiadro, raz za kiełbaski, zachwalała swój towar nie gorzej od przekupki na bazarze, kazała mi go wąchać i ocenić świeżość, a ja to później opisałem, w szpuncie p.t. Babcia klozetowa i frankfurterki.

Ucząc się dziennikarskiego fachu, starałem się zaopatrywać swoje teksty w dobre tytuły. Jak tytuł jest słaby, to nikt nie przeczyta nawet najlepszego materiału – powtarzali starzy wyjadacze, powołując się na przedwojenną prasę, gdzie  wymyślaniem tytułów trudnili się ekstra fachowcy. Kiedy więc napisałem w nadtytule: Rozpędziła kolejkę, a później: Delikatesowa mysz, wiedziałem, że handel będzie miał do mnie pretensje, ale klienci zastanowią się, zanim przekroczą próg tego sklepu. Chodziło o Delikatesy w centrum Katowic i zdechłą mysz, znalezioną przez ekspedientkę w worku z bułkami oraz o panikę wśród personelu i klientów, która z tego powodu wybuchła, co zrelacjonowałem, jako naoczny świadek zdarzenia. Wtedy kupowałem chleb i pomyślałem sobie: dobrze, że myszy wolą bułki. Ten optymizm mi się skończył, kiedy do redakcji przyszła czytelniczka z połową bochenka, w której zapieczone były bliżej niezidentyfikowane, brzydko pachnące, obce ciała. Wtedy postanowiłem w ogóle zrezygnować z jedzenia pieczywa.

Kronika miejska urodziwej Zofii Pietrzyckiej była dla mnie dobrą szkołą. Pisząc o dziurach w drodze, wypadkach i społecznej znieczulicy nie odkrywałem Ameryki, ale uczyłem się patrzeć trzeźwo na otaczający świat, krytycznie go oceniać i w miarę możliwości definiować. Bardzo mi w tym pomogli w redakcji DZ tacy wspaniali ludzie, jak Bolesław Surówka, Stanisław Kalbarczyk, Kazimierz Skotnicki, Wicio Bieńkowski… Nie byłoby mnie w zespole redakcyjnym bez akceptacji naczelnego, Bronisława Schmidta-Kowalskiego, ale to już zupełnie inna historia.

Prowincjonalne Theatrum Mundi 2

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1986 roku. Wszyscy uczniowie klasy pierwszej o profilu humanistycznym mają poczucie misji i mocno zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości. Wszak w naszym miasteczku wojewódzkim jest tylko jedno liceum ogólnokształcące, a w nim klasa humanistyczna z rozszerzonym językiem francuskim. Noblesse oblige!

Jak przystało na intelektualną elitę tego miasta – Pani Polonistka nazwała tak uczniów klasy humanistycznej, i to całkiem na serio – młodzież zakłada czasopismo. Żeby tylko jedno! Nie wszyscy są zgodni co do jego profilu, wkrótce więc okaże się, że w trzydziestoczteroosobowej klasie ukazują się już dwa miesięczniki: jeden prowadzą chłopcy (jest ich siedmiu w całej klasie), drugi zaś redaguje kobieca większość.

Obydwa konkurencyjne periodyki mają charakter wybitnie literacki i artystyczny. Redaktorzy publikują w nich nie tylko swoje wiersze i opowiadania, ale także recenzje teatralne czy omówienia różnych dzieł malarskich. Jak przystało na poważne wydawnictwa, pisma te nie unikają jednak aktualiów. Wszak za trzy lata rozpoczną się obrady Okrągłego Stołu, później runie berliński mur. Trzeba się określić… W tym, jak się określić, przychodzi z pomocą samo życie. Ponieważ tata jednej z koleżanek, prowadzących damskie czasopismo, pracuje w Komitecie Wojewódzkim PZPR, do gazety wydawanej przez dziewczyńską większość szybko przylgnie łatka «komunistycznej» (wdzięczne terminy, takie jak «lewactwo» czy «lewacy», zrobią karierę dopiero dziesiątki lat później).

Tymczasem w redakcji gazetki chłopięcej pracuje aż dwóch ministrantów, zaangażowanych również w działające przy parafii struktury opozycyjne. Aktywność opozycyjna obu chłopców polega na tym, że przed mszą za Ojczyznę każdego trzynastego dnia miesiąca, mają zaszczytne zadanie przypięcia do ołtarza flagi z napisem «Solidarność». Może to jeszcze nie pierwsza linia frontu walki z komuną, ale wystarcza, by prowadzone przez nich pismo klasowe zyskało miano konserwatywnego i opozycyjnego.

Każdy z periodyków ma swoją grupę wiernych czytelników, nie wychodzącą poza ramy klasy. Są to więc czasopisma bardzo elitarne: gazetkę chłopięcą czytają sami jej redaktorzy – w liczbie Siedmiu Wspaniałych; gazetka dziewcząt ma trochę szerszą publikę, boć przecież jest ich w klasie przytłaczająca większość. Ale oczywiście każdy obóz sięga również po czasopismo przeciwnika! Trzeba bowiem mieć adwersarza, z którym można polemizować: każdy artykuł w konkurencyjnym piśmie ma szansę stać się inspiracją do ostrej repliki.

Taki stan rzeczy trwa około dwóch semestrów. Jeden z redaktorów męskiej gazetki, autor niniejszego tekstu – wówczas ministrant i «działacz» opozycji – dzisiaj katolicki ksiądz, dokonuje przedziwnej wolty. Przechodzi do obozu wroga i zaczyna publikować w czasopiśmie dziewcząt! Dlaczego? Może dlatego, że uświadamia sobie, iż zgoda buduje, a niezgoda rujnuje? A może zdaje sobie sprawę z faktu, że w obydwu redakcjach są utalentowani ludzie i szkoda, by rozmieniali się na drobne, zamiast połączyć siły? Wszak wśród chłopców jest przyszły znany krytyk teatralny, który wiele lat później szpalty szkolnej amatorskiej gazetki zamieni na profesjonalne łamy krakowskiego Przekroju. Zaś pomiędzy dziewczynami kryje się późniejsza producentka filmowa, laureatka berlińskiego Złotego Niedźwiedzia….

Tego wszystkiego zdrajca jeszcze wtedy, w 1986 roku, nie wie. Ale przeczuwa, że wielu jego kolegów i wiele koleżanek zajdzie kiedyś wysoko.

Bo przecież uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i mocno zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości!

Oczekujący mocnych wrażeń Czytelnik będzie rozczarowany. Zdrada naszego bohatera nie przyniosła mu ostracyzmu w męskim gronie, jego zbrodnia nie została napiętnowana ani przykładnie ukarana. Wkrótce bowiem dojdzie do fuzji obydwu czasopism: jej owoc ląduje na biurku wychowawczyni klasy, zyskując pełną aprobatę. Zaś ministrant, który zdradził męskie czasopismo, zostaje zastępcą redaktora naczelnego nowego periodyku; funkcję Naczelnej obejmuje była szefowa dziewczęcej gazetki. Nie ma zwycięzców ani pokonanych, wszyscy włączają się w nowe dzieło, każdy na miarę swych talentów i możliwości.

Wkrótce rozpoczną się kolejne Miejskie Spotkania Teatralne. Któregoś spośród wielu teatralnych wieczorów autor wraz z Naczelną udadzą się za kulisy, by przeprowadzić wywiad z aktorami Teatru im. Słowackiego w Krakowie, którzy przyjadą z przedstawieniem Ławeczka Aleksandra Gelmana. Będzie to prawdziwe dziennikarskie zadanie. I to jeszcze z błogosławieństwem dyrekcji szkoły! Kto wie – może ów wywiad stanie się tematem którejś z kolejnych opowieści?

Jakie były dalsze losy periodyku klasy humanistycznej po tym, gdy jego twórcy zdali już maturę? Tego autor nie wie. Jednak kilka lat temu trafił na stronę internetową swojego liceum, na której znalazł pewne informacje. Obecnie wydawana w szkole gazetka nosi tytuł Postscriptum – taki sam, jaki przed ponad trzydziestu laty uczniowie klasy humanistycznej wybrali dla swojego czasopisma….

Czy to tylko przypadek? Chyba nie! Wygląda na to, że następne pokolenia licealistów podjęły się kontynuacji dzieła. Może jakiś uczeń-archeolog wygrzebał na szkolnym strychu pożółkły egzemplarz gazetki sprzed trzech dekad? A może odpowiedź jest bardziej banalna: wszak jedna z redaktorek dawnego pisma pracuje obecnie w liceum jako romanistka. I przez sentyment do czasów młodości, zasugerowała taki tytuł swoim uczniom? Nieważne…

Ważne, że to, co było tak cenne dla uczniów klasy humanistycznej Anno Domini 1986, doczekało się kontynuacji. Piszący te słowa ma nadzieję, że «dzisiejszej młodzieży» nie brakuje pasji czy wyobraźni, a tym bardziej marzeń. Trzeba mieć marzenia, nawet jeśli nie zawsze zostaną w stu procentach zrealizowane. One niosą człowieka przez życie bardzo długo i mogą zaprowadzić daleko.