Z wolnej stopy (5)

Zbigniew Milewicz

Lutnia i karabin

Nawiązując do zakończenia mojego ostatniego wpisu, w którym zadąłem w patriotyczny róg i przyznałem do wychowania w duchu tzw. wartości, pragnę powiedzieć, że czasami w życiu z różnych powodów chciałem pocwaniaczyć, ale nigdy mi to nie wyszło. Kiedy w latach 70 i 80 ubiegłego stulecia uprawiałem zawodowo dziennikarstwo, obowiązywała rzetelność w zdobywaniu informacji i ich opracowaniu, dużo większa niż obecnie. Inne kryteria obowiązywały kolegów po piórze, zajmujących się komunistyczną propagandą , tam kłamało się na zamówienie, ale reszta była zobowiązana do służby prawdzie, czyli do uczciwości zawodowej i myślę, że lepiej, albo gorzej jakoś dawaliśmy sobie z tym radę.

Dzięki mojej skrupulatnej mamie, która przez lata systematycznie wycinała z Dziennika Zachodniego i innych tytułów, to co napisałem, a później wklejała do zeszytów formatu A-4, dziś mogę wrócić do tamtych starych tekstów. Wreszcie też przywiozłem je z Polski do Monachium, żeby przynajmniej niektórym dać drugie życie w tym blogu. Zacznę od fragmentów Lutni i karabinu, jednego ze swoich pierwszych tekstów publicystycznych, opublikowanych w DZ . Przeprowadzam w nim m.in. wywiad ze swoimi dziadkami, przemilczając fakt, że nimi są. No więc, gdzie ta uczciwość dziennikarska, ktoś zapyta… Cóż, wtedy nie chciałem, żeby ktoś posądził mnie o uprawianie rodzinnej autoreklamy, dlatego zataiłem fakt, że pochodzę z Hamplów i Paluchów, a dziś autopromocja w modzie. Czasy się zmieniają, a my razem z nimi… mówi stara łacińska maksyma.

Cześć pieśni – to było nasze hasło – mówi 75-letnia mieszkanka Chorzowa, Jadwiga Paluch, wówczas Hampel, jedna z niewielu już dzisiaj żyjących członkiń chóru „Lutnia“. Towarzystwo Śpiewacze „Lutnia“ – opowiada – powstało 63 lata temu w Chorzowie, ówczesnej Królewskiej Hucie. Zbierali się młodzi wówczas chłopcy i dziewczęta, aby śpiewać polskie pieśni i grać polskie sztuki teatralne, manifestując w ten sposób swą przynależność do Macierzy i ojczystego języka.

“Lutnia“ była jednym z bardzo licznych towarzystw śpiewaczych działających na terenie Górnego Śląska, cieszyła się dużym powodzeniem wśród chorzowian i z roku na rok zyskiwała coraz większą ilość członków. Razem z tym narastały trudności związane z legalnym organizowaniem zebrań, koncertów chóru i przedstawień – Niemcy niechętnym okiem patrzyli na te manifestacje polskości. Kiedyś – wspomina p. Jadwiga – żandarmeria rozpędziła nasze zgromadzenie, mieliśmy proces, bo zebraliśmy się bez zezwolenia. W okresie powstań śląskich większość chorzowskiego Towarzystwa, w tym również mąż pani Jadwigi – Seweryn – zmieniła „lutnię“ na broń i podjęła czynną walkę z Niemcami. W pamiętnym wrześniu 1939 roku kilku członków „Lutni“, w obawie przed prześladowaniami uciekło na Wschód, zabierając jednocześnie drogi symbol – swój sztandar, na który składali przysięgę wierności Polsce i mowie ojczystej…

– Miał on spłonąć w pożarze, ukryty gdzieś w okolicach Stanisławowa – mówi mgr Janusz Modrzyński, dyrektor Muzeum Górnośląskiego w Chorzowie. – Jako historyk jestem jednak niewierzący – stwierdza żartobliwie – więc postanowiłem pójść tropem zaginionego sztandaru. W 1964 roku, po blisko półrocznym „śledztwie”, dowiedziałem się, że cel moich poszukiwań znajduje się prawdopodobnie w Sulistawicach, wsi województwa wrocławskiego, u 80-letniej wówczas Rozalii Szczurek. Przypuszczenia okazały się słuszne…

Kiedy (w podstanisławowskiej wsi – przyp. Z.M.) zaczął płonąć kościół, mieszkańcy zdołali wynieść z niego część dewocjonaliów, a między nimi ukryty przez uciekinierów śląskich sztandar. Rozalia Sczczurek zaopiekowała się nim, świadoma niebezpieczeństwa, na jakie się naraża, gdyby ten (…) skrawek materiału dostał się w ręce żandarmerii niemieckiej lub gestapo. Ukrywany raz w łóżku, to znów za belką strychu sztandar ocalał w trakcie kilkakrotnie przeprowadzonych w domu rewizji. (…) W 1945 roku Rozalia Szczurek, jak wielu jej ziomków, wyjechała na Ziemie Odzyskane, zabierając ze sobą sztandar nieznanych sobie Ślązaków (…).

– Kiedy zaprosiłem do siebie Rafała Skubałę, wieloletniego działacza chóru „Lutnia“, uczestnika powstań śląskich, który przed rozpoczęciem moich poszukiwań mocno wątpił w ocalenie sztandaru i pokazałem go – mówi dyrektor Modrzyński – stary powstaniec uklęknął i ze łzami w oczach pocałował wystrzępiony kawałek materiału.

Sztandar znajduje się obecnie w zbiorach Muzeum Górnośląskiego w Chorzowie, jako jeden z licznych symboli walk ludu śląskiego o powrót do Polski.

Materiał ten opublikowałem 8 maja 1971 roku, dokładnie 17 lat później znalazłem się w Monachium, jako śląski spätaussiedler, czyli późny przesiedleniec, ale do Polski przyjeżdżam często i regularnie. Życie lubi paradoksy.

 

 

Prowincjonalne Theatrum Mundi 7

Stefan Andrzejewski

No cóż, urlop

Jest lipiec 2020 roku. Piszący te słowa uda się za kilka dni na krótki urlop do Polski, by spotkać swoich starych, schorowanych Rodziców, Brata z rodziną oraz przyjaciół i znajomych.

Będzie to jego pierwsza od roku wizyta w rodzinnym kraju! Kwarantanna spowodowana pandemią, trwająca w Belgii trzy miesiące, pokrzyżowała autorowi wiele planów, w tym coroczny, wielkanocny wyjazd do ojczyzny.

Jaka będzie ta Polska po dwunastu miesiącach rozłąki? Czy to wciąż kraj przyjazny, otwarty, pełen uśmiechniętych, życzliwych ludzi?

Czy autor znajdzie wśrod rodaków zrozumienie dla swojej mentalności, swej wizji kraju, społeczeństwa, polityki? Wszak kilkanaście lat pobytu na Zachodzie dało mu zupełnie inną perpektywę niż ta, którą miał przed wyjazdem za granicę.

12 lipca bieżącego roku, wbrew swojemu sumieniu «Polaka i katolika», wbrew nieformalnej «dyscyplinie poselskiej», nakazującej księżom polskim głosować na ugrupowania prawicowe, bliskie wszakże ideałom Kościoła, piszący te słowa postawił krzyżyk przy nazwisku kandydata opozycji.

Uczynił tak mimo faktu, iż od wielu miesięcy roztaczano przed nim mroczną wizję prezydenta Rafała, biegającego po przedszkolach, by uczyć masturbacji czteroletnie dzieci lub chodzącego po szpitalach, by biednym starcom aplikować zastrzyk z fenolu w ramach przymusowej eutanazji.

Ponieważ piszący te słowa od zawsze dostrzegał fałsz w każdej zacietrzewionej, ideologicznie zaprawionej propagandzie, dlatego również i tym razem nie uwierzył w owe piekielne wizje.

Wiele już lat marzy autor o polskim Kościele, w którym każdy znajdzie miejsce dla siebie, w którym jest pole do dyskusji na wszystkie tematy. O Kościele, który jest «za», a nie «przeciw», który nie jest oblężoną twierdzą, ale bezpieczną przystanią.

Dlatego, jeszcze przed swoim wyjazdem za granicę, kiedy jego współbracia  sięgali po «Nasz Dziennik», on – ostentacyjnie i ku zgorszeniu kolegów po fachu – czytał namiętnie «Tygodnik Powszechny».

Przed kilkunastu laty, rozczarowany tym, jak bardzo ten Kościół odbiega od jego aspiracji, wyjechał, by w bardziej demokratycznych i po prostu ludzkich strukturach Kościoła na Zachodzie Europy, realizować swoje powołanie.

To ostatnia nadzieja, której sie kurczowo trzyma: Kościół jest nie tylko polski, ale również francuski, belgijski czy nowozelandzki. Jest «katolicki», czyli «powszechny»: tak samo dobrze przyjął się kiedyś w plemieniu Dakotów, jak i wśród mieszkańców obydwu Korei. Z definicji jest wiec multi-kulti, choć to kolejne przeklęte slowo, którym próbowano straszyć wyborców, jeśliby wybrali kandydata opozycji.

Na poczatku cyklu o Prowincjonalnym Thatrum Mundi administratorka bloga zakwalifikowała autora i jego «twórczość» do kategorii «Barataria». Miała wiele racji: nadzieja, że jego Kosciół kiedyś się zmieni, nosi w sobie rys nieuleczalnej donkiszoterii.

Reakcje jego kolegów po fachu z Polski w wieczór wyborczy 12 lipca pokazały mu dobitnie, że ta nadzieja jest matką głupich: mesjanizm narodowy w pełnym rozkwicie, wybrany na drugą kadencję prezydent to «dar Boga dla Polaków»… tak przynajmniej przeczytał w jednym z postów współbrata kapłana z kraju nad Wisłą.

Czytelników Prowincjonalnego Theatrum Mundi autor cyklu serdecznie przeprasza za to, co czytają dzisiaj. Ma pomysły na kolejne odcinki: pisanie poprzednich sześciu otwarło w jego pamięci kolejne zakamarki z zakurzonymi wspomnieniami. Teraz jednak siedzi już na walizkach, by wyjechać na dawno oczekiwany urlop. Liczy na to, że powitają go – te same co zawsze – dziewicze krajobrazy ukochanych Bieszczadów. Że będzie mógł chłonąć – to samo co zawsze – rześkie poranne powietrze ciągnące od beskidzkich wzgórz.

Ma też nadzieję, że ujrzy – te same co zawsze – życzliwe twarze. Jednak liczy też na to, że podczas owych spotkań uda się narzucić i zachować ścisłe embargo na tematy polityczne oraz te związane z kondycją polskiego Kościoła. Urlop to urlop! Przede wszystkim od czczych dyskusji na tematy, na które i tak nie ma się żadnego wpływu.

Wiersze gorszego sortu

Roman Brodowski

Polska To – My

Odnalazłem się wczoraj
Niby w domu a bezdomny
Odarty z wolności słowa
Zdobytej dramatem niemych ust
Ojczyźnianego aktu „Jestem“
Przytuliłem matczyny płacz

Tak niedawno szliśmy „My“
(Nie oni, tamci, inni, ale „My“)
Ciernistym żywotem ojców
Do ziemi wielobarwia Dusz
Szliśmy po nowy lepszy los
Dla dzieci, wnuków… “Nam”

W końcu doszliśmy zmęczeni,
Silni mocą polskiej wspólnoty
Nad brzeg rzeki zakrzepłej krwi
Płynącej losem przodków naszych
Do chłodnych ruin pustego gniazda
Do kolejnej szansy naszego “Być”

To gniazdo ponownie odzyskało blask
Powstało niby z zmartwychwstania
Z tradycji kultur, z wiar, z przekonań
Z szacunku innym z tolerancji
Polskiej Rzeczy jakże nam Pospolitej
Z żywej historii wielobarwna w “nas ”

Dziś ta mozaika wspólne dzieło
Obraz Ojczyzny dumnej i trwałej
Ta nasza jedność “My Nam i w Nas”,
Po raz kolejny w fekaliach tonie
W poklasku, w tanim populizmie
W faszyzmie w dyktatorskim “ja”

Nie dajmy więcej się podzielić
Z różnego ciasta może powstać chleb
Tęcza jest ponoć znakiem z nieba
Bożym przymierzem z ludzkim rodem
Nie ze mną, z Toba, lecz nie z nim…
Obudź się Polsko jednym sortem.

Sortem, co zwie się – “Jedność, My ”

W mojej kolekcji

Wczoraj kupiłem
Czyjeś sumienie
Za bezcen
Leżało przecenione
W starym koszu
A na nim napis
Towar przeterminowany

Zbędny przedmiot
Pomyślałem
Wkładając nabytek
Do starego plecaka.
Z zapałem zbieram
Zużyte wartości
Człowieczego “wczoraj”

W mojej kolekcji
Mam ich wiele.
Zagubioną prawdę
Namiastkę empatii
Zużytą tolerancję
I młodzieńczą życzliwość
Do rozdania

Nikt jednak nie chce.
Dziwny świat z lamusa
Jakże już niemodny
Komu potrzebna
Ludzka słabość
Minionej epoki…
Nadszedł “lepszy” Dla “silnych” czas

09.11.2019

Nadzieja odchodzi ze mną

Odnalazłem pożółkłą
Obleczoną w przeszłość
Pamięć zapisaną
Młodzieńczym tekstem

Usłyszałem siebie
W nocnym seansie
Niemego kina snów
Podczas pierwszego – ach!

Kilka prostych rymów
W intymności serca,
Romantyczne kocham
Pachnącej ekstazy

Dziś znów imię miłości
Powróciło tęsknotą
Wnętrze płacze cicho…
Mefisto – dlaczego?

A Ona wiernie czeka
W mroku przemijania
Moja wielka… no właśnie
Zegar wybija kolejny rok

Nadzieja?

22.03.2020

Przyrzeczenie

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Bo i szronu przybyło na głowie
I społecznie mniejsze przyzwolenie.

Dziś po latach walki z PiS dyktatem
Walki w sprawie polskiej Konstytucji
Zrozumiałem czego chce nasz naród
Kasy, wódy, politycznej prostytucji…

Znów historia zatoczyła koło
Kiedyś były “Bar” i “Targowica”
A obecnie? – sorty – lepszy, gorszy
Władza PiS-u, dyktator, ulica.

Niepotrzebne są moim rodakom
Praworządność, jedność, demokracja
Dla nich ważne są treści z ambony,
Polityka dyktatu, populizm, dewiacja.

Żal mi naszej polskiej tożsamości,
Krwi ofiary przodków naszych…
Dziś historię nową pisze PiS-u władza
Dumnie kroczy nacjonalizm, faszyzm

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Gaśnie we mnie dusza romantyka
Pozostają gorycz i … łzawienie.

15.02.2020

Mojej Liluszce

Moja Żoneczka jak przed laty
Gdy ją ujrzałem po raz pierwszy
Uśmiechem kusi mnie codziennie
Więc nie żałuję dla niej wierszy.

Z ochotą biorę pióro w dłonie
W myślach przytulam mą Liluszkę
I piszę strofy, tylko dla niej
Bo ona jest mym dobrym duszkiem

Ona jest mamą mej córeczki
Płomykiem ciemnej duszy mojej
Jest tym kto sens nakreśla życia
Mojego życia… za nas troje.

Chociaż nie zawsze świeci słońce
Czasami wieje wiatr mi w oczy
To wiem że “jutro” będzie lepsze
Bo ona śmiało przy mnie kroczy.

Moja Liluszka jak przed laty,
Gdy ja ujrzałem po raz pierwszy,
Niezmienna treścią swoich uczuć
Miłością… wartą także wierszy.

13.04.2019

Z cyklu Apokryfy Broma

Apokryf XXXVIl

Wiatr znów nam
Wieje ze złej strony
Znów nie tę prawdę
W purpurze niesie
Zmienia się wiara
Ginie przeszłość
Nastał czas rządu
Dla nierządnych

Naród się ubrał
W czas pogardy
Ruszyła przed się
Myśl prostacza
Przewodnik powiódł
W otchłań bagien
Na horyzoncie
Widać strach

Dzwony na alarm
Biją żałośnie
Nikt nie chce słuchać
Ich wołania
Kupionym duszom
Dziwnie dobrze
A ja się boję
Wściekłość i żal

Dziś “dobra zmiana”
Jutro? Nie wiem
Nie wiem czy będzie
Dla nas jutro
Brunatny sztandar
Wciąż powiewa
I polskie krzyże
Na nich… Nikt

Na mojej starej
Polskiej ziemi
Jedność narodu
W błocie tonie
Nienawiść, kłamstwo
Płoną w ofierze
Nowemu Bogu
Smutny to dar

A ja wciąż szukam.

Listopad 2017 – 29. 04.2020

O jeden strach za dużo

O tym strachu
Co większy niż mój
Już powstały
Ballady i wiersze
Więc napiszę
Ja także
A niech tam
Nie ostatnim
Wszak będę
Nie pierwszym

Widać coś się
W przyrodzie zmieniło
Jakaś nowa
Zależność powstała…
Więc strach większy
Lub mniejszy
Jest teraz
W zależności
Od rozmiarów
Ciała

Nasz dyktator
Jest przecież
Niewielki
Nosi z sobą
Tę swoją drabinkę,
Więc go straszy….
Strachem Jego większym
Pożałujmy Jarka
Odrobinkę

Strachów mamy
W kraju dziś
Dostatek
Obrodziły latoś
Ponad miarę
Zaś strach
Sortu najlepszego,
Ten strach PiS-u
Jest ponad wymiarem

Ja nie równam
Tu mojego strachu
(Bo moj strach, strachem hołoty)
Z wielkim strachem
Jaśnie Kaczyńskiego
Jego strach jest Potężny
Wręcz złoty

Strachów mamy
W kraju dziś bez liku
Nikt nie może
Zaprzeczyć to fakt,
A kaczyści tworzą
Nam wciąż nowe
Więc empatii
Na kaczy strach
Brak

12.06.2020

Z domowego aresztu (12)

Zbigniew Milewicz

W służbie Najjaśniejszej…

Wiódł życie o jakim marzą mężczyźni. Ciekawe i pełne przygód, pozbawione trosk materialnych, miał ogromne powodzenie u kobiet, z czego czerpał pełnymi garściami i z każdej opresji wychodził obronną ręką, tylko pod koniec się wszystko popsuło. 81 lat temu, 17 czerwca 1939 roku oficer polskiego wywiadu, Jerzy Sosnowski został skazany na karę 15 lat pozbawienia wolności i grzywnę w wysokości 200 tysięcy złotych, za zdradę i współpracę z Niemcami.

Urodził się 3 lub 4 grudnia 1896 roku we Lwowie, w rodzinie ze szlacheckimi korzeniami; to był mniej więcej rocznik mojego dziadka, a więc jako młody człowiek aktywnie uczestniczył w patriotycznych i parawojskowych organizacjach – w konnym oddziale Sokoła i ćwiczeniach Strzelca. W sierpniu 1914 roku wstąpił jako ochotnik do formowanego właśnie przez Piłsudskiego 1 pułku piechoty, chrzest bojowy miał szybko, w bitwie pod Karczówką, pod Kielcami. Przeszedł szlak Pierwszej Brygady od Kielc przez Chmielnik, Pińczów do Szczucina, walczył koło Opatowa, pod Wiślicą, w Czarkowie i Szczytnikach. Później pod Laskami koło Dęblina i w odwrocie Brygady do Krakowa. Kiedy dowództwo armii austriackiej sprzeciwiło się dalszemu werbunkowi żołnierzy do Legionu i zaczęło ich wcielać do swoich formacji, Sosnowskiego skierowano do szkoły oficerów kawalerii w Holicach.

Pół roku później awansowano go do stopnia podchorążego i powierzono mu dowództwo plutonu w austriackim pułku kawalerii. W kwietniu 1916 roku promowany na stopień podporucznika i od razu wyjazd na front rosyjski. Wraca w marcu 1917 roku z pięcioma medalami i odznaczeniami. Kończy szybki kurs dowódców broni maszynowej i już w stopniu porucznika udaje się do Wiener Neustadt na kurs lotniczy, gdzie po trzech miesiącach zdobywa kwalifikacje obserwatora i pilota. Dostaje przydział do 13 kompanii lotniczej i walczy w niej aż do końca wojny – na froncie rosyjskim, m.in. w Odessie oraz na froncie albańskim, najpierw jako oficer techniczny,  później jako pilot. Za skrzydlate zasługi otrzymuje Wojskowy Krzyż Karola (cesarza).

Z takim wojennym wianem byłby znakomitą partią dla niejednej Emmy czy Johanny nad pięknym, modrym Dunajem, z błogosławieństwem mamusi i majątkiem tatusia żyli by sobie beztrosko i szczęśliwie w otoczeniu gromadki dzieci, choć  niedługo by to trwało, bo następna wojna była już za rogiem…Sosnowski poszedł jednak za swoim brygadierem Piłsudskim, bronić ojczyzny przed bolszewikami. Zgłosił się do elitarnego 8 pułku ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego w Krakowie, gdzie dowodził szwadronem karabinów maszynowych i przez pewien czas pełnił w zastępstwie funkcję dowódcy pułku.

Za  akcję pod Maniewiczami otrzymał pochwałę Dowódcy Grupy, gen. Rydza-Śmigłego. Był czterokrotnym kawalererm Krzyża Walecznych. 23 stycznia 1920 roku na wniosek dowódcy pułku, ppłk. Henryka Brzezowskiego, odznaczono go orderem Virtuti Militari V klasy. W uzasadnieniu napisano m.in.: „Po ciężkich walkach z przeważającymi siłami (…) w krytycznym momencie rzuca się porucznik Sosnowski na czele swego szwadr. na zbliżające się szwadrony Budzionnego i brawurową szarżą wpędza je do bagna, gdzie przez ogień km zostały dziesiątkowane. 25/7 wysłany jako straż boczna pułku przez Dżekrwiny zdobywa tę miejscowość wyrzucając pułk bolszew. zadając mu duże straty (…) Przy zdobyciu Beresteczka 25/7 przez 8 p.uł. wpada jako pierwszy w konnym szyku do miasteczka”( pisownia oryginalna).  1 września 1920 r. zostaje rotmistrzem.

W styczniu 1920 roku rotmistrz Sosnowski był już na Litwie, najpierw w Lidzie, później w Wilnie, w dyspozycji II Odziału 2 Armii, co było kryptonimem polskiego wywiadu. Po wojnie polsko-rosyjskiej skierowano go do 13 pułku ułanów w Nowej Wilejce, był szefem sztabu dywizji kawalerii, a później  brygady kawalerii Wojsk Litwy Środkowej w Wilnie. W trakcie służby wykonał szereg tajnych zadań rozpoznawczych. We wrześniu 1921 roku dostaje się do Sztabu Generalnego w Warszawie, na stanowisko referenta kawalerii i instruktora jazdy konnej, i tutaj mogłaby się zacząć fikcyjna historia Rittera von Nalecza, bogatego, polskiego barona, bez pamięci zakochanego w hippice, który pewnego dnia przyjechał do Berlina i zatrzymał się tu na dłużej. Wojsko Polskie mogłoby się jednak wydać Niemcom podejrzane, więc niby baron się nim nie afiszuje, natomiast nie kryje swojej obecności na zgrupowaniu ekipy olimpijskiej w Grudziądzu, a następnie na międzynarodowych wyścigach konnych w Paryżu, dokąd przed Berlinem wyjeżdża na krótko. Jest bogaty i nikt nie zabroni mu podróżować.

Prawdziwy rotmistrz Sosnowski w styczniu 1921 roku zmienia stan cywilny, jego żoną zostaje starsza o 18 lat Aleksandra Gabriela Knaapowa, o której względy konkurował z samym pułkownikiem Rómmlem. Małżeństwo to zostaje rozwiązane krótko po rozpoczęciu przez Sosnowskiego misji szpiegowskiej w Berlinie. Do czego polskim władzom potrzebny był szpieg w Berlinie? Od początku lat 20 ubiegłego stulecia napływały do Polski wysoce niepokojące informacje o licznych przypadkach, kiedy to Republika Weimarska nie respektowała postanowień Traktatu Wersalskiego odnośnie zakazu zbrojeń. Już w 1919 roku utworzono w Niemczech nielegalnie Reichswehr, Sztab Generalny, który powstał pod niewinną nazwą Truppenamt, Biuro Wojsk. Twórca i szef sztabu, stary generał Hans von Seeckt był gorącym orędownikiem zbliżenia z sowiecką Rosją i równie wielkim przeciwnikiem istnienia odrodzonego państwa polskiego. 11 września 1922 roku w liście do ministra spraw zagranicznych Republiki, był nim Ulrich von Brockdorff-Rantzau, napisał: „Istnienie Polski jest nie do zniesienia, jako sprzeczne z warunkami życia Niemiec. Polska musi zniknąć i zniknie”. Sytuację pogorszyło zbliżenie pomiędzy Związkiem Radzieckim i niemiecką Republiką Weimarską na mocy układu z Rapallo, zawartego 16 kwietnia 1922 roku. Stał się on m.in. podstawą nawiązania bezpośredniej współpracy zbrojeniowej pomiędzy obydwoma państwami. Zatem polski wywiad wojskowy starał się o aktualne informacje i przy pełnej aprobacie “góry” rozbudowywał siatkę szpiegowską w Niemczech.

31 grudnia 1924 roku rotmistrz Sosnowski zostaje przeniesiony w normalny, żołnierski stan spoczynku i z nowym rokiem jest żołnierzem wywiadu WP – Oddziału II SG WP, Referatu „Zachód”. 25 lutego 1925 roku, po krótkim przeszkoleniu, jedzie wraz z żoną i swoimi końmi najpierw dla niepoznaki do Paryża, a stamtąd w kwietniu do Berlina, gdzie rozpoczyna organizowanie placówki wywiadu głębokiego „In-3”*. Pretekstem przyjazdu do stolicy Niemiec były kolejne, międzynarodowe zawody jeździeckie. Sosnowski pełnił służbę wywiadowczą z pozycji nielegalnej, bez immunitetu dyplomatycznego, pod przykrywką polskiego arystokraty, niechętnego Józefowi Piłsudskiemu, zwolennika nawiązywania przyjaznych stosunków z Niemcami oraz członka ponadnarodowej organizacji do walki z bolszewizmem. Przedstawiał się tam jako wielbiciel niemieckiej kultury i zagorzały przeciwnik barbarzyńskiej (unkultur) sowieckiej Rosji. Znany na skalę europejską doskonały jeździec konny, będący jednocześnie wielbicielem kobiet i wystawnego nocnego życia, które (ze szczodrze przydzielanych mu pieniędzy operacyjnych Oddziału II) finansował swym towarzyszom, a zwłaszcza towarzyszkom, w zubożałym po wielkiej wojnie Berlinie. Taka postawa młodego i przystojnego rotmistrza wraz z jego wyjątkową inteligencją, urokiem osobistym i poczuciem humoru zjednywała mu śmietankę towarzyską stolicy Republiki Weimarskiej.

Szybko zdobył popularność w berlińskich kręgach towarzyskich. Pierwszym, istotnym z punktu widzenia wywiadu, był kontakt z jego dawnym znajomym – Richardem von Falkenhayn, z którym kiedyś skutecznie rywalizował na torach wyścigów konnych. Już na terenie kompleksu hippicznego w Hoppegarten zdobył pierwsze informacje o udziale niemieckich oficerów i generalicji w sowieckich ćwiczeniach wojskowych oraz o spodziewanej rewizycie w Niemczech “oficjeli” na fałszywych, bułgarskich paszportach, w tym Marszałka ZSRR M. Tuchaczewskiego, głównego przegranego wojny polsko-bolszewickiej. Nie czas jednak i miejsce na opis działalności agenturalnej rotmistrza Sosnowskiego w Niemczech, bo to temat na grubą książkę. Napisał ją już inny były agent wywiadu, PRL-owskiego, gen. Marian Zacharski, który działał w Stanach Zednoczonych. Książka nosi tytuł „Rotmistrz“ i jest często cytowana przez Wikipedię, z której ja z kolei korzystam.

Mnie jednak interesuje przede wszystkim polski proces sądowy Jerzego Sosnowskiego, a nie napiszę o nim, póki bodaj krótko nie opowiem o jego wsypie w Niemczech, bo to fakty ze sobą powiązane.

Niemiecki kontrwywiad deptał baronowi von Nalecz (ojciec naszego bohatera był herbu Nałęcz) po piętach już od samego początku jego pobytu w Berlinie, jednak chroniły go przyjaźnie z establishmentem, a później jeszcze Günther Rudloff, wysoki oficer Abwehry. Rozpracowywał barona, ale jako namiętny hazardzista miał spore długi, więc pozwalał sobie pomagać finansowo, a później przystał na współpracę z polskim wywiadem, jako podwójny agent. Ponieważ były różne donosy na Sosnowskiego, które groziły dekonspiracją, Rudloff zarejestrował go jako współpracownika Abwehry, oficerem prowadzącym czyniąc… samego siebie, póki co więc wszystko było pod kontrolą. Zmieniło się to mocno na niekorzyść, kiedy naziści doszli w Niemczech do władzy. Jesienią 1933 roku Gestapo wpadło na trop polskiej siatki wywiadowczej. Mimo że Sosnowski otrzymywał informacje o grożącym niebezpieczeństwie, kontynuował działalność z zamiarem przeorganizowania działalności szpiegowskiej tak, by mogła funkcjonować bez jego udziału.

O wydanie Sosnowskiego był podejrzewany porucznik Józef Gryf-Czajkowski, podwójny agent, współpracownik niemieckiego wywiadu, a wcześniej poprzednik Sosnowskiego na stanowisku w Berlinie. Do rozpracowania Ritter von Nalecza została użyta także aktorka Lea Kruse, jego kolejna kochanka, którą poznał jesienią 1933 roku. Mimo kolejnych ostrzeżeń o jej działalności, otrzymał on z centrali zadanie zwerbowania jej do pracy dla polskiego wywiadu. Posiadał również informacje o nielojalności służącego, Hermanna Spiegla, które zbagatelizował. Wiedząc, że znajduje się pod stałą obserwacją, zdołał 25 lutego 1934 ostrzec trzech polskich agentów, którzy zbiegli z Niemiec. Sam planował ucieczkę dwa dni później, podczas balu, jaki wyprawił dla śmietanki towarzyskiej Berlina po wieczorze w operze.

27 lutego 1934 roku na zaproszenie majora Sosnowskiego zjawiła się cała socjeta Berlina: elita towarzyska i artystyczna, politycy i dyplomaci, biznesmeni i przedstawiciele prominentnych rodów, a także… Abwehra. Pierwsza część uroczystości odbyła się w Sali Bacha opery berlińskiej, wybranych 80 gości zaproszonych było do berlińskiego mieszkania barona przy Lützowufer 36. Gestapo aresztowało Sosnowskiego w trakcie odbywającego się tam hucznego przyjęcia wraz ze wszystkimi gośćmi. Aresztowani zostali przewiezieni dwiema przygotowanymi wcześniej ciężarówkami do głównej siedziby Gestapo przy Prinz-Albrecht-Straße 8. Korowód szykownych dam z najwyższych sfer w kapiących złotem kreacjach i najważniejszych berlińczyków we frakach i smokingach został przeszukany, przesłuchany i powędrował do cel. W ciągu najbliższych kilku dni do aresztu trafiło kilkadziesiąt osób, w tym Benita von Falkenhayn, Renate von Natzmer i Irene von Jena, które miały dostęp do niemieckich tajnych dokumentów i były głównymi informatorkami wywiadowcy. Aresztowania uniknął tylko Günther Rudloff, który twierdził, że znajomość z Sosnowskim miała mu pomóc w uzyskiwaniu informacji operacyjnych. Proces Sosnowskiego i  jego agentek rozpoczął się rok później, wyrok zapadł 16 lutego 1935 roku. Benitę von Falkenhayn i Renate von Natzmer skazano za zdradę na karę śmierci. Hitler nie skorzystał z prawa łaski i wyroki na młodych arystokratkach wykonano. Jerzy Sosnowski i Irene von Jena otrzymali wyroki dożywotniego pozbawienia wolności i horrendalne grzywny.

Wyroki śmierci wykonano dwa dni po ogłoszeniu wyroku w więzieniu Plötzensee. Obie  kobiety zostały w obecności Sosnowskiego ścięte toporem przez kata Karla Gröplera. Wykonanie kary śmierci na młodych niemieckich arystokratkach przy użyciu średniowiecznego narzędzia, nie stosowanego od setek lat w Europie, zszokowało światową opinię publiczną. Było ono równie patologiczne, jak cały faszystowski system.

Skutkiem sprawy Sosnowskiego służby bezpieczeństwa Rzeszy sporządziły dwa dekrety o zwalczaniu szpiegostwa, które weszły w życie 1 stycznia 1935 roku. Pierwszy zobowiązywał wszystkich członków NSDAP do zwracania uwagi na treść rozmów toczonych w miejscach publicznych, drugi dekret nałożył na dozorców kamienic obowiązek donoszenia o podejrzanych zachowaniach lokatorów i przesyłkach do nich adresowanych.

Nazajutrz po wsypie siatki w centrali w Warszawie wybuchła panika. Minister spraw zagranicznych, Józef Beck, wraz z płk. Mayerem, powiadomiwszy Naczelnika, postanowili aresztować całą znaną niemiecką agenturę na terenie Polski i natychmiast wystąpić do Niemców z propozycją wymiany więźniów. Intensywne próby uratowania majora – ów awans otrzymał Sosnowski 1 listopada 1929 roku – były ponawiane, m.in. w czasie wizyty w Warszawie ministra propagandy Rzeszy, Goebbelsa, oraz późniejszej – Göringa. Kiedy 12 maja 1935 roku zmarł Józef Piłsudski, przychylny Sosnowskiemu do końca, nastąpiły liczne zmiany kadrowe w polskim wojsku, w tym także w służbach wywiadowczych. Do władzy doszli zawzięci przeciwnicy Sosnowskiego – płk. Stefan Mayer, kpt. Stefan Maresch i kpt. Adam Świtkowski, którzy od dawna gromadzili w zaciszu swych gabinetów materiały mające go skompromitować. M.in. pomówienia niemieckich służb specjalnych, że as polskiego wywiadu przez szereg lat był ich płatnym współpracownikiem. W niepamięć poszły doskonałe opinie byłych przełożonych majora i uznanie Naczelnika Państwa dla jego dokonań, za które w 1929 roku otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi. Kiedy więc w kwietniu 1936 roku udało się wreszcie sprowadzić go do Polski , w ramach wymiany szpiegów, zaraz po przekroczeniu granicy został przewieziony do centrali wywiadu w  Sztabie Głównym i tam osadzony w areszcie domowym.

Przesiedział w nim w całkowitej izolacji od otoczenia 17 miesięcy, bez możliwości skontaktowania się z rodziną, prawnikami, szefostwem II Oddziału i… bez  jakichkolwiek zarzutów. 17 miesięcy trwało śledztwo, w którym prowadzący oficerowie starali się udowodnić mu nierzetelność finansową, zawodową łatwowierność i przede wszystkim zdradę. Po roku  zdesperowany podciął sobie żyły, ale go odratowano, więc rozpoczął głodówkę. Gdy stan zdrowia majora się pogorszył, wezwano lekarza i podjęto próby przymusowego odżywiania, na szpital śledczy nie wyrażono zgodzili. Wreszcie, wobec zagrożenia życia zatrzymanego, zostało wystosowane zawiadomienie do Wojskowej Prokuratury Okręgowej, na podstawie którego orzeczono dwumiesięczny, tymczasowy areszt wobec majora Sosnowskiego. Przewieziony został do wojskowego aresztu śledczego przy ul. Gęsiej w Warszawie i dopiero wtedy przerwał głodówkę. Prowadzący jego sprawę prokurator ppłk. Porębski  w piśmie do sądu stwierdził, że na razie nie ma żadnych  materiałów dowodowych, obciążających zatrzymanego, ale wdrożył postępowanie. Na wokandę Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie sprawa weszła dopiero pod koniec marca 1938 roku; w celu uniknięcia rozgłosu rozprawy odbywały się w miejscu odosobnienia majora, przy ul. Gęsiej. W ciągu 15 miesięcy trwania procesu sędziemu – był nim płk. Górecki – nie udało się również zebrać żadnych dowodów winy przeciwko delikwentowi, poza  wziętą z księżyca korespondencją, dotyczącą budowy willi ze zdefraudowanego, wojskowego mienia. Dodajmy – w sytuacji, kiedy ten nadal znajdował się w ścisłym areszcie, bez kontaktu z otoczeniem i najbliższymi. Tak sztucznie sfabrykowanych dowodów prokurator nie zdecydował się zastosować.

W procesie, podobnie jak w postępowaniu przygotowawczym, oskarżony zaprzeczył wszystkim stawianym mu zarzutom. Skazujący go wyrok urągał prawu i tzw. sędziowskiej niezawisłości. Był nieprawomocny, ale do rozpatrzenia sprawy w kolejnej instancji już nie doszło, ponieważ wybuchła wojna. Jakie były dalsze losy majora Jerzego Sosnowskiego, tego nie wiemy. Najprawdopodobniej był ewakuowany z więzienia na Wschód, później jedne źródła podają, że został zastrzelony przez konwojentów w okolicach Jaremcza, albo Brześcia nad Bugiem, a inne, że tylko został ranny i dostał się w ręce NKWD. Data zgadzałaby się, to miało się wydarzyć około 17 września 1939 roku. Jeżeli zastrzelił go konwój, to działał na mocy ustnego polecenia służb więziennych, aby w razie wybuchu wojny po cichu „likwidować” więźniów, których uwolnienie  mogło być niebezpieczne dla państwa polskiego. Natomiast w drugiej wersji miał wylądować na Łubiance, gdzie przekonano go do współpracy z rosyjskim wywiadem, albo nie przekonano, jak twierdzą jeszcze inni, więc później przewieziony został do więzienia w Saratowie, gdzie podjął kolejną głodówkę i zmarł z wycieńczenia. Data śmierci majora nie jest więc dokładnie znana, zmarł między 1939 a 1945 rokiem – podaje Wikipedia.

*Do 1934 roku placówka „In-3” uważana była za główne źródło informacji Polski o Reichswehrze. Przez cały okres swojej działalności pochłonęła 2 miliony złotych. Major Sosnowski przekazał do centrali w Warszawie charakterystyki dwustu kandydatów do potencjalnego werbunku, ze szczególnym uwzględnieniem ich stanowisk i rozpoznanych słabości.

 

 

 

rtm. Jerzy Sosnowski, 13 Pułk Ułanów Wileńskich

 


PS: Każdy areszt, nawet ten domowy kiedyś się na szczęście kończy. Granice otwarte, można znowu podróżować, więc od następnego tygodnia będę pisał “z wolnej stopy”.

Nie bądźcie obojętni

Z uwagi na aktualność tego wpisu przesunęłam Zbycha Milewicza na jutro…

Aleksandra Puciłowska

Hejt i krzywdzące obelgi rzucane w stronę osób LGBT, do których sama należę, już dawno przestały robić na mnie wrażenie.

Pancerz, którym człowiek obrasta przez lata ciągnącego się braku szacunku i bezpodstawnych, bezsensownych oskarżeń, jest naprawdę gruby i ciężko jest się przez niego w jakikolwiek sposób przebić.

Kiedy jako  jeszcze niewyoutowana osoba nieheteronormatywna słyszysz w swoim rodzinnym domu – miejscu, w którym powinienieś czuć się najbezpieczniej na świecie, na przykład: Hitler wiedział co robił, gdy chciał zagazować pedałów, to możesz albo się załamać i poddać, albo postanowić walczyć o siebie, swoją godność i swoje życie.

Ja osobiście wybrałam to drugie. A o tym, jak złe i niemoralne ma być to, że kocham kobiety, dowiedziałam się w życiu niejeden raz.

Wyobraźcie sobie, że słyszycie podczas rodzinnego przyjęcia wulgarne i pozbawione jakiegokolwiek taktu wypowiedzi o swojej psychoseksualności. Teksty tak obrzydIiwe, że nie chce się ich cytować i powielać. Pomyślcie, że te słowa padają z ust kogoś, do kogo jeździliście wcześniej, jako dziecko, na wakacje. I że wy wtedy – zdobywając się na resztki odwagi w obronie swojej godności – protestujecie głośno i otwarcie, a zostajecie wyśmiani. Przez bliskie osoby, u których zawsze szuka się przecież wsparcia, zrozumienia i akceptacji. Zwłaszcza, gdy świat wokół nam nie sprzyja.

Pomyślcie, jak czuje się młody człowiek LGBT na lekcjach religii, gdzie mówi mu się że homoseksualizm to grzech śmiertelny.

Zastanówcie się choć raz, jak to jest iść za rękę z ukochaną osobą przez ulicę i usłyszeć, że „takich zboków to tylko zajebać”.

A jak może czuć się kobieta, której mówi się, że receptą na to, by „przestała być pieprzoną lesbą”, byłoby przymusowe wydanie jej za mąż za „jakiegoś chłopa, który pokaże jej gdzie jest jej miejsce”? I że pewnie żaden jej do tej pory nie chciał bo jest „brzydkim babochłopem”? Co dzieje się w głowie takiej dziewczyny…?

Spróbujcie postawić się w sytuacji młodego, wchodzącego dopiero w okres dojrzewania człowieka, który odkrywając swoją seksualność, zamiast cieszyć się z pierwszych miłosnych uniesień, musi się ukrywać w strachu przed tym, jak zareagują inni.

Wyobraźcie sobie, jak wiele odwagi potrzeba, by powiedzieć o tym głośno – zarówno przed innymi, jak i – po prostu – przed sobą samym. Mając doskonałe pojęcie o tym, jak dalej wyglądać może wasze życie.

Jak czuje się młoda dziewczyna, która w odpowiedzi na swój coming out słyszy od rodziców, że nie jest już ich córką?

Jak czuje się młody chłopak, którego koledzy znieważają i poniżają, tylko dlatego, że kocha nie tak jak „powinien”…? Gdy codziennie boi się, czy dziś „tylko” go wyzwą od „pedałów”, czy może jednak przejdą już do rękoczynów, jak wielokrotnie mu grozili?

Z takimi problemami i sytuacjami muszą mierzyć się osoby LGBT od najmłodszych lat – czy to w życiu szkolnym, cyz rodzinnym czy, później, zawodowym. Wiem to ze swojego życia i wiem to z opowiadań moich znajomych i przyjaciół. Często tak przerażających, że chwilami myślę że ja sama – choć nie było łatwo – i tak mam całkiem sporo szczęścia, bo mogło być o wiele gorzej…

Jeśli się to wszystko przetrwa, to później w dorosłym życiu już naprawdę trudno o to, by niesprawiedliwe, homofobiczne wypowiedzi innych mogły nas w ogóle jakoś dotknąć. Zbroja, którą się obrosło do tej pory jest na tyle silna i mocna, że nie przebije jej byle co.

Pamiętać musimy jednak o tych wszystkich młodych ludziach, którzy dopiero stoją u progu swej dorosłości. O tych, którzy być może nie odnajdą w sobie wystarczająco dużo odwagi, by nie udawać, że pada deszcz, gdy ktoś pluje im w twarz. O dzieciakach, które boją się powiedzieć kim są, jak kochają, co czują. A także o dorosłych już ludziach, którzy żyją nie swoim, udawanym życiem, bojąc się przyznać przed sobą samym, że nie tak chcą i nie tak powinni żyć. O tym jak cholernie przesrane musi mieć ktoś, kto całe swoje życie udaje kogoś, kim nie jest, a wszystko w imię społecznych oczekiwań i strachu przed brakiem akceptacji, być może agresją, utratą pracy…

O tolerancji i akceptacji LGBT powiedziano już w Polsce dużo. Dyskusje, które się w naszym kraju na ten temat prowadzi, przeraziłyby większość zachodniego świata. Sama wyjechałam do Niemiec w wieku lat 19, zaraz po maturze. Do Polski tęsknię nieustannie, ale nie umiem wyobrazić sobie powrotu do kraju, w którym stygmatyzuje i dehumanizuje się ludzi. Gdzie urzędujący Prezydent wypowiada klarownie i otwarcie słowa, które przerażają i powodują, że nadzieja na to, że będziesz mógł poczuć się we własnej Ojczyźnie jak u siebie, jest niestety niezwykle płonna i złudna.

Rodziny ani kraju się nie wybiera. Można jednak próbować zmienić – zarówno jedno jak i drugie.

Można szukać wsparcia i zrozumienia – i choć wiele razy towarzyszy temu na koniec uczucie zawodu i odrzucenia (o czym sama niejednokrotnie musiałam się niestety przekonać), to warto próbować.

Nie umiecie sobie nawet wyobrazić, jak wiele znaczyć mogą takie gesty wsparcia i zrozumienia od kochanych osób. Choćby nawet te najmniejsze, których większość otoczenia nawet nie zauważa. My je widzimy – tak mocno odznaczają się od fali hejtu i nagonki, która nieustannie jest wokół nas…

Dawno straciłam nadzieję, że apelowanie do polityków ma jakikolwiek sens. Większość z nich nie widzi niczego poza czubkiem własnego nosa, który wychylają tylko po to, by zawalczyć o kolejny stołek, o władzę i o kasę.

Człowiek, jego godność i prawo do poszanowania ma w tym najmniejsze znaczenie. Cholernie boli mnie fakt, że urzędujący Prezydent RP publicznie porównuje mnie, moją partnerkę, naszą miłość i uczucia do ideologii sowieckiej, która wyrządziła ludziom i naszemu krajowi tak wiele niewyobrażalnych krzywd.

Wiele więcej się po Panu Andrzeju Dudzie nie spodziewałam. O wiele bardziej boleśnie da się odczuć w sercu ból na widok słupków jego poparcia. Bo to oznacza, że albo w Polsce jest aż taka rzesza ludzi myślących tak samo jak obecny obóz władzy, albo że jest jeszcze większa grupa ludzi którzy na tego typu słowa pozostają po prostu obojętni.

I to do tych drugich właśnie apeluję. Nie róbcie tego. Nie zamykajcie oczu. Miarą człowieczeństwa jest to, w jaki sposób traktujemy bliźnich. Jeśli dziś to ja nie jestem człowiekiem, a groźną ideologią, która zagraża całemu społeczeństwu, to jutro możecie być nią Wy. Kto nie jest z nimi, jest przeciwko nim. Tak a nie inaczej to działa.

Jeśli twierdzicie, że Wasz głos i tak nie ma znaczenia, to ja Wam mówię, że jest inaczej. Każdy pojedynczy głos w nadchodzących wyborach, który oddany zostanie w sprzeciwie wobec homofobicznej propagandy obecnego obozu władzy, nie będzie głosem straconym.

Nie musicie głosować w mojej obronie, ja sobie już doskonale radzę sama.

Zróbcie to dla Waszych dzieci, a może wnuków? Dla znajomych, przyjaciół, sióstr, braci, wujków i cioć. Dla tych wszystkich, których kochacie. Nawet nie podejrzewacie, ilu wśród nich mogło mieć łzy w oczach, gdy usłyszeli ostatnio w mediach, że „nie są równi ludziom normalnym”…

LGBT to nie żadna ideologia. To my, ludzie – Wasi znajomi, przyjaciele, rodzina, koledzy i koleżanki z pracy.

Nie chcemy żadnych przywilejów, chcemy tylko równych praw. I poczucia bezpieczeństwa we własnym, mimo wszystko – ukochanym i pięknym kraju.

Z domowego aresztu (10)

Zbigniew Milewicz

Sacrum i profanum

Red. Tadeusz Dyniewski, na którego się powoływałem przy Sprawie Cywińskiego, był autorem Pitavalu Śląskiego – Zbrodnia Zdrada Kara, wydanego w 1986 roku, w nakładzie 60 tysięcy egzemplarzy, a opisującego głośne niegdyś procesy sądowe z terenu dawnego województwa katowickiego. Dziś są już one pokryte kurzem zapomnienia, a nawet jeżeli żyją jeszcze w czyjejś pamięci, to drugiego wydania książki już nie było i myślę, że warto do niej powrócić. Na pierwszy ogień wziął autor Zbrodnię Damazego Macocha, która przed ponad stu laty budziła w Polakach przeogromne emocje, pisano o niej liczne artykuły, reportaże i felietony, trafiła na scenę i do literatury, a wszystko przez miejsce, gdzie ją popełniono oraz tło polityczne i obyczajowe.

26 lipca 1910 roku w przydrożnym rowie niedaleko wsi Zawady, koło Częstochowy, znaleziono sofę zawierającą zwłoki nieznanego człowieka. Denat miał zmasakrowaną twarz, więc ustalenie jego tożsamości było niełatwe. Carskiej policji jakby poza tym nie zależało na wykryciu sprawcy zbrodni i zanosiło się na umorzenie sprawy. Znalazł się jednak pewien dociekliwy policjant, mianowicie komisarz Denisow, który ustalił ponad wszelką wątpliwość, iż ofiarą jest Wacław Macoch z Warszawy, zaś zabójcą jego stryjeczny brat, zakonnik – paulin Damazy Macoch. Komisarzowi nie udało się aresztować sprawcy, ten kiedy wyczuł, że traci grunt pod nogami, zbiegł w niewiadomym kierunku. Denisowowi zaś zawodowa gorliwość nie wyszła na dobre, nie dano mu doprowadzić sprawy do końca i aresztowano pod zarzutem popełnienia politycznego przestępstwa.

„Zbrodnia nabrała wielkiego rozgłosu. – pisze T. Dyniewski – Ze zrozumiałych względów – zważywszy status społeczny zabójcy – wieść o niej docierała do społeczeństwa polskiego przez wszystkie granice zaborów. Wśród różnych plotek i pogłosek funkcjonowała i ta, że Macoch był agentem ochrany, związany z Rybakiem, prowokatorem zabitym przez polskich rewolucjonistów w Krakowie na początku 1910 roku. I wersja o agenturalnej pracy Macocha wydaje się bardziej niż prawdopodobna. Zda się za nią przemawiać również wspomniane wyłączenie Denisowa, jak i odebranie sprawy pierwszemu prokuratorowi. Powierzenie prowadzenia śledztwa dwom prokuratorom też wiele mówi: po prostu jeden drugiego pilnował. Znani ze współpracy z ochraną, sformułowali wobec Macocha i współoskarżonych wyłącznie zarzuty natury kryminalnej.”

Sprawca zbrodni został ujęty jesienią 1910 roku na dworcu kolejowym Krakowie. Śledztwo w tej procesowo łatwej sprawie trwało aż półtora roku. 1 marca 1912 roku na salę rozpraw Sądu Okręgowego w Piotrkowie wkroczyło siedmiu oskarżonych, pod strażą kordonu policyjnego z karabinami „na sztyk.” Poza Damazym Macochem stanęli przed sądem dwaj inni księża zakonni , Izydor Starczewski, który pomógł zabójcy zatrzeć ślady zbrodni, i Bazyli Olesiński, oskarżony wspólnie z nimi o regularne okradanie jasnogórskiego skarbca. Ściślej – powinienem był napisać “byli księża”, po wykryciu tych przestępstw zostali bowiem wykluczeni ze społeczności Ojców Paulinów. Czwartą oskarżoną była Helena Krzyżanowska-Macochowa, w swoim czasie urzędniczka łódzkiego telegrafu, a prywatnie kochanka zabójcy i żona ofiary, której zarzucano m.in. korzystanie z pieniędzy uzyskanych drogą przestępstwa i pomoc w ukryciu zbrodni. Pozostali oskarżeni to Wincenty Pianka, dorożkarz, który wywiózł z klasztoru ukryte w sofie zwłoki, Józef Pertkiewicz, podejrzany o dorobienie kluczy do skarbca i Lucjan Cyganowski. Zarzut – wyprodukowanie fałszywych dokumentów na użytek Damazego Macocha i Krzyżanowskiej.

Para poznała się w konfesjonale. Penitentka była młodą kobietą z tzw. przeszłością, z obydwu stron – jak to się dzisiaj mówi – zaiskrzyło, ale trzeba było zadbać o zasłonę dymną. Do kadzielnicy wsypał cwany mnich następującą miksturę : „Przy pomocy wytwórcy pieczęci Lucjana Cyganowskiego z Częstochowy, sfabrykował świadectwo ślubu niejakiego Kacpra Macocha z Heleną Krzyżanowską. Kacper to było imię świeckie Damazego i dziwić się tylko wypada, że przed sądem odpowiadał pod imieniem zakonnym. Równocześnie na to samo imię wystawił sobie świadectwo zgonu. Tym sposobem Helena Krzyżanowska mogła się legitymować wobec swojej, zresztą przyzwoitej rodziny majątkiem kilku tysięcy rubli, otrzymanym dzięki małżeństwu zawartemu z człowiekiem na łożu śmierci. Jako rzekomy brat zmarłego, dłuższy czas uchodził za opiekuna Heleny, a gdy sytuacja zaczęła stawać się dwuznaczna, wydał podopieczną za mąż za swojego stryjecznego brata Wacława, małego urzędniczynę, chętnie zgadzającego się na rolę familijnego parawanu. Huczne wesele, luksusowe mieszkanie, służąca, podróż poślubna do Zakopanego. Damazy wszystko finansował. I trwało to małżeńskie szczęście zaledwie sześć tygodni. Wacław rychło się znarowił i zaczął żądać coraz więcej pieniędzy. Damazy gotówki odmawiał, więc doszło do szantażu. Bo nie zazdrość, lecz konieczność definitywnego usunięcia szantażysty była motywem zbrodni“.

Oskarżony bronił się przed sądem, utrzymując, że zabił Wacława w afekcie, w czasie kłótni o Helenę, a nie, kiedy ten spał w jego celi. Narzędziem zbrodni była siekiera, która… przypadkiem znajdowała się w pobliżu. Według wersji Macochowej, jej mąż przyjechał z Warszawy do Częstochowy, wezwany przez Damazego obietnicą tysiąca rubli pożyczki. Skończyło się morderstwem. Po utopieniu zwłok sprawca pojechał do Warszawy i opowiedział wszystko Helenie. Brakuje relacji, jak przyjęła śmierć męża, ale zgodziła się rozpuścić pogłoskę, że Wacław ją opuścił i wyjechał do Ameryki. Informowany na bieżąco przez Starczewskiego o rozwoju śledztwa, kiedy zaczęło być gorąco, Macoch wyjechał wraz z kochanką z Warszawy, zawiózł Helenę do jej siostry, a sam ukrył się na terenie zaboru austriackiego. Finał tego posunięcia już znamy.

Z zeznań świadków złożonych przed sądem wynikało, że Wacław szantażował kuzyna ujawnieniem informacji na temat jego osoby, których nikt się nie spodziewa. Jakich konkretnie? Tego się już nie dowiemy, ale wszystko wskazuje na to, że chodziło o domniemane powiązania Damazego Macocha z ochraną, rosyjską policją polityczną. Jest to tajemnica czternastu stron usuniętych z pierwotnego aktu oskarżenia; prokuratora, który nie wahał się to udokumentować, odsunięto, jak już wcześniej wspomniałem, od sprawy, podobnie jak komisarza Denisowa. Oczywiście czas najwyższy odpowiedzieć na pytania, kim był Damazy, czy raczej Kacper Macoch i jak się znalazł na Jasnej Górze, w miejscu dla Polaków świętym. Zanim na to odpowiem, muszę cofnąć się jeszcze bardziej w czasie. W pracy Jana Pietrzykowskiego, p.t. „Jasna Góra po kasacie klasztorów 1864-1914”, opublikowanej w 1982 roku na stronach Studia Claramontana, czytamy: W trzydzieści lat po zniesieniu zakonów na Litwie i Rusi car Aleksander II, idąc za przykładem Katarzyny II, wydał ukaz o kasacie klasztorów rzymsko-katolickich w Królestwie Polskim (Kongresowym). Decyzję tę uzasadniono przede wszystkim popieraniem przez zakonników powstania styczniowego i bezpośrednim w nim udziałem. Powstańców nazywano zbrodniarzami, zakonników zaś, udzielających im pomocy, świętokradcami.

Ukaz carski z 19 grudnia 1864 roku, cytowany przez historyka, głosił: Zakonnicy, nie bacząc na przykazanie Ewangelii i pogardzając dobrowolnie złożonymi przed ołtarzem ślubami zakonnymi, pobudzali w roku 1863 do przelewu krwi, podpuszczali do morderstw, profanowali mury klasztorne, odbierając w nich świętokradzkie przysięgi na spełnienie zbrodni, a niektórzy wchodzili sami w szeregi buntowników i broczyli swe ręce w krwi ofiar niewinnych… Wśród napiętnowanych znaleźli się również ojcowie Paulini, padli w walce lub wywieziono ich na Sybir. 30 września 1863 roku pod Lelowem zginął wybitny strateg wojskowy, o. Zygmunt Trawiński, 1 września pod Piłsudami – o. Paweł Bohdanowicz, w Kownie poległ o. Augustyn Dębski. Na Sybir zesłano między innymi o.o. Rocha Ejsmonda, Czesława Harwozińskiego i Bonawenturę Gawełczyka, który przebywał na zesłaniu aż 15 lat… Z mocy ukazu klasztorami zarządzali właściwi terenowo biskupi, przy pomocy mianowanych przez siebie administratorów, którzy najczęściej nie mieli pojęcia o życiu zakonnym. Mieli oni natomiast obowiązek raz do roku składać władzom pisemne sprawozdania ze swojej pracy, z oczywistym wyszczególnieniem wszelkich podejrzanych, antypaństwowych zachowań. Biskupi zostali też uprawnieni do mianowania bezpośrednich przełożonych w klasztorach: przeorów i ich pomocników – prokuratorów i wikariuszy. Tak rozprawiono się z wewnętrzną organizacją zakonów i ich zwierzchnością – kwituje Jan Pietrzykowski.

Dostać się do zakonu Ojców Paulinów na Jasnej Górze teoretycznie nie było łatwo, reguła wymagała wytrwania dłuższego czasu w nowicjacie, ale po wejściu w życie carskiego ukazu, znalazły się skróty. Rosyjskiemu zaborcy zależało na osłabieniu wewnętrznej spoistości, poziomu umysłowego i etycznego zakonników, a więc kandydat musiał przede wszystkim uzyskać aprobatę gubernatora i zezwolenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które dostawało się po policyjnym zbadaniu lojalności obywatela. Musiał wcześniej odbyć służbę wojskową i ukończyć 24 lata, uroczyste śluby mógł złożyć dopiero w trzydziestym roku życia. Natomiast intelekt i wykształcenie kandydata były nieistotne, przez klasztorne furty mogli więc przechodzić także ludzie niegodni noszenia habitu.

Damazy Macoch pochodził z Lipia, podczęstochowskiej wsi. Dzięki protekcji stryja, który był wójtem, został pisarzem gminnym, później zamarzyła mu się księżowska sutanna. Z seminarium duchownego musiał po pewnym czasie odejść, gdyż zabrakło mu stosownych, umysłowych kwalifikacji. Wtedy dostał się do klasztoru na Jasnej Górze. Cztery miesiące nowicjatu i świadectwo prawomyślności wystarczyło, aby stał się paulinem, ze wszystkimi właściwymi temu statusowi obowiązkami i przywilejami. Przeor Rejman zaliczył mu do stażu czas nauki w seminarium i nie był to przypadek odosobniony. Ten szanowany skądinąd paulin – czytamy w Pitavalu – był człowiekiem miękkim, zabiegał – jego zdaniem w interesie zakonu – o względy władz państwowych, a to sprawiało, że protegowanym władz kariera duchowna przychodziła łatwo. W tych warunkach wprowadzenie na teren klasztoru prowokatorów i agentów ochrany nie mogło przedstawiać żadnych trudności. A że ochrana liczyła na dokonanie przez Macocha prowokacji, świadczy nalot żandarmerii na klasztor zaraz po ucieczce zabójcy. W czasie rewizji zaglądano w każdy kąt klasztorny, szukano bomb, broni i ulotek nawet za głównym ołtarzem. Prowokacja nie wypaliła, pozostało prowadzić śledztwo w sprawie kryminalnej.

Opinia publiczna, jak to zwykle w przypadku głośnych procesów bywa, koncentrowała się na pikantnych szczegółach sprawy. Na detalach okrutnie popełnionej w świętym miejscu zbrodni, na krociach, jakie źli mnisi grabili z klasztornego skarbca, z tych groszy, „które lud ubogi niósł do puszek ukochanej świątyni, i grosze te rzucali kobietom”. Prokurator Katranowski był starym wyjadaczem w swoim fachu, wiedział, jak zbudować oskarżenie, jego przemówieniu na sali sądowej towarzyszyły burzliwe oklaski audytorium. Publiczność sądowa zawsze ceniła sobie piękne pod względem retoryki oracje stron procesowych. Ale coś w tej mowie Katranowskiego zabrzmiało fałszywo, co podchwycił obrońca Krzyżanowskiej, znakomity adwokat, dr. Korwin-Piotrowski.

Wysoki Sądzie – powiedział – panowie prokuratorzy wnieśli jeden akt oskarżenia, do którego mam się ustosunkować. W rzeczywistości akty oskarżenia są dwa. Ten drugi zapisany w myślach i sercach narodu polskiego. I przeciwko temu drugiemu ja wystąpić bym się nie odważył…

Jako poddany cara Wszechrosji mógł wyrazić swój protest przeciwko tendencyjnemu prowadzeniu procesu tylko w sposób aluzyjny, co już nie obowiązywało w sąsiednich zaborach, niemieckim i austriackim. Tamtejsza prasa otwarcie więc i na bieżąco informowała opinię publiczną o wszystkich szczegółach sprawy. To czego nie odważył się powiedzieć mecenas Korwin-Piotrowski, wyartykułował na sali sądowej paulin, który wrócił z pięcioletniego zesłania, o. Pius Przeździecki:

– Nie mogę zbrodni usprawiedliwiać – powiedział – ale wyznać muszę, że my, zakonnicy w trudnym bardzo znajdujemy się położeniu. Z jednej strony bowiem mamy prawa zakonne, które nas w sumieniu obowiązują, z drugiej strony mamy tym prawom całkiem przeciwne przepisy prawa rządowego. Zachowując te prawa, działamy przeciwko sumieniu, zachowując zaś nasze, narażamy się rządowi. Oto parę przykładów: według naszych przepisów kandydatów do zakonu przyjmują przeorowie i definitorzy wybrani przez Zakon, tymczasem u nas o przyjęciu kandydatów decyduje nie Zakon, lecz rząd. Urzędy przeorów i definitorów rząd skasował i sam wyznacza przełożonego na czas nieokreślony, co również jest przeciwne ustawom naszym. Przyjęci do zakonu winni odbyć roczny nowicjat, tymczasem rząd skasował i nowicjat i urząd magistra. Po nowicjacie winny się odbywać przez szereg lat studia filozoficzno-teologiczne, tymczasem rząd wszelkie studia skasował. W tych warunkach zakon nie może ponosić odpowiedzialności za smutne następstwa, jakie się po tym muszą wytworzyć wśród zakonników.

Przebieg procesu, któremu przewodniczył sędzia Wołkow, śledził z ramienia generała gubernatora dyrektor departamentu obcych wyznań. Niebawem w rosyjskim dzienniku urzędowym ukazała się następująca wzmianka: „Rzecz godna podziwu – na procesie Macocha w Piotrkowie o. Przeździecki nie zawahał się odpowiedzialnym za zbrodnię Macocha uczynić nie kogo innego, tylko panujący rząd rosyjski”. O. Pius zapłacił za swoją odwagę kolejnym wyrokiem, ponownie musiał opuścić klasztor i przygotować się na następne, pięcioletnie zesłanie na Sybir. Ostatecznie pozwolono mu „dobrowolnie“ opuścić Częstochowę i wyjechać za granicę.

Proces Macocha trwał krótko. 38-letniego oskarżonego bronił z urzędu mecenas Dobrosław Kleyna; Macoch przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów, aczkolwiek próbował je minimalizować i wielokrotnie zmieniał zeznania. Otrzymał karę 12 lat ciężkiego więzienia. Starczewski – 5 lat, Olesiński – 2,5 roku, Macochowa – dwa lata. Cała czwórka została pozbawiona wszystkich tzw. praw stanu. W stosunku do pozostałych oskarżonych orzeczono kary od roku pozbawienia wolności do siedmiu dni policyjnego aresztu. Wszystkim zaliczono w poczet kary areszt śledczy. Do jasnogórskiego klasztoru wróciła część zagrabionych dóbr – 10 tysięcy rubli i klejnoty, które wspólniczka głównego oskarżonego powierzyła przed aresztowaniem na przechowanie swojej rodzinie. T. Dyniewski pisze, że podczas rozprawy ta 27-letnia kobieta zionęła wprost nienawiścią do mordercy, zaklinała się, że ślubnego męża kochała, a zgodziła się na ukrywanie winowajcy tylko ze strachu przed jego rewolwerem. Przekazała depozyt ojcom Paulinom za pośrednictwem swojego obrońcy, który nawiasem mówiąc zrezygnował na rzecz klasztoru z adwokackiego honorarium, w wysokości 1500 rubli. Chyba zbyt wielka była presja moralna opinii publicznej – czytamy – by ta przewrotna i zepsuta niewiasta mogła postąpić inaczej. Jaki los spotkał złote korony, wysadzane drogimi kamieniami i suknię z pereł, które skradziono z obrazu Matki Boskiej, tego nie wiem.

Damazy Macoch liczył na to, że niedługo, w 1913 roku, z powodu trzechsetletniego jubileuszu domu Romanowych, jego kara będzie zmniejszona do połowy; zmarł w 1916 roku, w piotrkowskim więzieniu, na gruźlicę. Przed śmiercią prosił, żeby pogrzebano go na drodze cmentarnej, tak aby przechodnie deptali jego grób. Życzenia tego nie spełniono, został pochowany w pobliżu kwater żołnierskich na piotrkowskim cmentarzu, na grobie widnieje napis: Śp. ksiądz Damazy Macoch, wielki grzesznik i wielki pokutnik prosi o modlitwę. Śp. znaczy świętej pamięci, tak? Albo może ja czegoś nie rozumiem… ponad to, że Jezus jest miłosierny.

Pocztówka z procesu (oba zdjęcia z Wikipedii)

Z domowego aresztu (8)

Zbigniew Milewicz

20 maja

Dzisiaj mija 139 rocznica urodzin gen. Władysława Sikorskiego, Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych i premiera Rządu RP na Uchodźstwie podczas II wojny światowej, który zginął tragicznie w lipcu 1943 roku na Gibraltarze. W oficjalnej wersji, doszło do katastrofy lotniczej, spowodowanej zablokowaniem sterów maszyny, którą podróżował, inne ekspertyzy mówią o zamachu na życie generała.

Według jednych hipotez za zamachem stali Brytyjczycy, inne wskazują na Rosjan, Niemców, Polaków, a też na ich kolaborację. Dokumenty z informacjami, jak było naprawdę znajdują się w brytyjskich, rządowych archiwach i termin ich ujawnienia jest konsekwentnie przedłużany. Normalnie ważne dokumenty utajniane są na 30 lat; zaraz po śmierci Władysława Sikorskiego nasi sojusznicy wydłużyli ten czas do 50 lat, po czym dodali jeszcze czterdzieści. Jeżeli więc po raz kolejny nie zmienią zdania, to w roku 2033 powinniśmy dowiedzieć się prawdy o śmierci polskiego premiera. Tylko kogo ona wtedy jeszcze zainteresuje… Na starych zdjęciach z pałacu cesarskiego w Liwadii pod Jałtą, Roosvelt, Churchill i Stalin mają syte twarze, Europa została na nowo skrojona, strefy wpływów podzielone, jeżeli ktoś coś na tym dealu stracił, to na pewno nie oni.

Dzisiaj obchodzimy również Międzynarodowy Dzień Płynów do Mycia Naczyń oraz Europejski Dzień Morza, święta skłócone ze sobą, bo zużyte chemikalia dokądś płyną i niszczą przyrodę, ale żyjemy w tak absurdalnych czasach, że już nic nie dziwi. Można tylko powiedzieć starym wrogom, żeby usiedli przy wspólnym stole i spróbowali się jakoś dogadać, albo poczytali sobie angielskie humoreski z Księgi Nonsensu i przestali siebie zbyt poważnie traktować. Dziś Ojciec Wirgiliusz Antoniego Marianowicza, według Lewisa Carolla (a potem jeszcze dwa wierszyki – ot, tak sobie):

PS od Adminki:
Wierzcie mi drodzy Czytelnicy,
naprawdę próbowałam jakoś
wyrównać te zwrotki i linijki.
Ale poległam w boju.

Frauenblick: Prag 6

Monika Wrzosek-Müller

Prag immer wieder und noch immer!

Die Wege zu manchen Parks in Prag werden sich in mein Gedächtnis einprägen: mit der roten 18 oder der kurzen 2 nach Letna, mit der alten 22 nach Petrin und mit der meist modernen 20 nach Divoka Sarka, mit der 17 zur Stromovka oder in die anderen Richtung nach Visehrad, allesamt Straßenbahnlinien. Unterwegs ein Meer von soliden alten Bürgerhäusern mit differenzierten, sehr verschiedenen Fassaden, meistens in gutem Zustand, in allen Architekturstilen. Ab und zu ragen wunderschöne Türme, Kuppeln, Dächer von Klöstern, Kirchen, Theatern auf. Die Zahl der Theater ist unendlich; fast jedes Viertel hat nicht nur eins, meistens sind es mindestens zwei; eines für das tschechische Publikum das andere (früher) für das deutsche, und manchmal sogar für das jüdische und sie heißen nicht Theater, wie in fast allen europäischen Sprachen, sondern divadlo (was in der slawischen Sprache leicht zu erklären ist: dziwować się, patrzeć: sich wundern, schauen). Das mit der großen Zahl gilt auch für die Friedhöfe; Friedhofsmauern und -tore laufen an vielen Straßen entlang, manche bilden nur noch Oasen des Grüns und werden nicht mehr genutzt, es sei denn zum Verweilen und Ausruhen, manche sind inzwischen Teil von Museen. Die Fassaden der Kirchen, oft in die Fluchtlinie der Straße eingegliedert, doch mit bewegten, wellenförmigen Ornamenten sind eine gute Unterbrechung, damit das Auge wieder konzentriert betrachten kann. Es gibt auch enorm viele Denkmäler, neben den alten bronzenen menschlichen Gestalten zu Pferd oder auch sitzend, auf einem Sockel stehend, kommen neuere Skulpturen auf kleinen Plätzen, neben einem Gebäude, vor einer Kirche; sie signalisieren meistens: wir denken noch daran, immer, immer wieder. So zum Beispiel das Denkmal für die Opfer des Kommunismus; aber auch so viele ganz moderne Skulpturen im weitesten Sinne (wie die von Cerny) habe ich bis jetzt in keiner anderen Stadt gesehen. Es gibt sogar ein Lapidarium, in dem alle nicht mehr aufgestellten Skulpturen und Denkmäler versammelt und aufbewahrt sind. Ja, eine Stadt, die über so viele Jahrhunderte kontinuierlich gewachsen ist und das meiste erhalten und gepflegt hat, gibt es in Europa mit allen seinen Kriegen wirklich selten.

In dieser Stadt laufe ich jeden Tag herum, betrachte Fassaden, Denkmäler, Straßen und grübele, wie das Leben wohl früher hier aussah. Das ist ganz nah und greifbar und eigentlich leicht vorstellbar, doch vieles oder auf jeden Fall einiges ist auch auf ewig verschwunden. Das ganze jüdische Leben ist zum Beispiel zu einem musealen Komplex in Josefov-Viertel geworden, in Corona-Zeiten regt sich da nichts mehr. Die hier lebenden Juden wurden mehrmals auch in früheren Zeiten vertrieben, von Maria Theresia 1744, später durften sie ihr Handwerk oder ihren Beruf ausüben, doch kein Eigentum erwerben. Nach 1849 wurde das Ghetto allmählich aufgelöst und wegen des schlechten Zustandes und mangelnder Hygiene aufgrund der Assanierungsgesetze von 1893 völlig neu errichtet und später der Stadt als Josefov-Viertel eingegliedert. Nach dem Zweiten Weltkrieg sind nun die alten Bewohner völlig verschwunden, zu denen auch die deutschen Bewohner dieser neu entstandenen prächtigen Bürgerhäuser zählten. Geblieben sind nur die alten Synagogen und der alte Friedhof als museale Objekte; einzig die Jerusalemer Synagoge wird noch für religiöse Zwecke genutzt; die heutige jüdische Gemeinde ist winzig. Fast jeden Morgen schaue ich mir auch vier Stolpersteine, die um die Ecke unserer Wohnung in das schöne Pflaster aus kleinen hellen Granit- und Marmorsteinchen eingelassen sind, sie zeugen von der Abwesenheit.

Mein Kopf geht manchmal in den schmalen, engen Gassen seinen eigenen Weg, verlässt die umgebende Realität. Seit Tagen sitze ich und übersetze Texte für einen Sammelband über die Entwicklung des Regionalismus in Polen. Die Entstehung dieser historischen Teildisziplin ist mir eher schleierhaft, aber manchmal werde ich durch diese Texte mit eigenen Erinnerungen konfrontiert. Einer der Texte handelt von der Herausbildung der Subregion Gorce-Gebirge neben der stark autonomen und folkloristisch interessanten Region Podhale. Da werde ich in die Vergangenheit katapultiert; als Kind fuhr ich nämlich jahrelang in die Gorce-Region: Rabka-Zdrój, Rabka Zaryte, Chabówka etc… das kleine Flüsschen Białka. Meine Großmutter konnte sich nicht in höheren Bergen aufhalten und so wurde die Familie nach Gorce gelenkt. Meist gleich für zwei Monate mieteten meine Eltern eine richtige Bauernhütte; ich erinnere mich an das Entsetzen meiner Oma, als wir das erste Mal in Rabka-Zaryte ankamen und das Häuschen sahen, in dem wir wohnen sollten, ein gemeinsamer Flur sozusagen für Mensch und Tier. Wir sollten auf der einen Seite, die Tiere auf der anderen Seite hausen. Ich erinnere mich an die laut summenden dicken Fliegen, und an den Geruch, um nicht zu sagen den Gestank. Meine Oma kämpfte resolut und mit allen Mitteln mit der Bäuerin und die Tiere wurden verlegt, die beiden Räume, in denen wir wohnen sollten, noch schnell geweißt. Wir blieben die ganzen zwei Monate der Ferien in den Bergen, zuerst mit der Oma, was mich am meisten freute und mir lieb war, dann kam noch meine Lieblingstante dazu, um in das Dorfleben eingeführt zu werden, meine Oma reiste ab, zum Schluss kamen meine Eltern und manchmal auch irgendwelche Freunde mit ihren Kindern. Auf den Fotos aus der Zeit sehe ich wie ein kleiner Junge aus, mit ganz kurzen Haaren und einem komischen Pony, ganz hoch, kurz geschnitten, ich fürchte von der Hand meiner Mutter; neben mir meine Schwester und zwei oder drei andere Kinder, dazu kamen dann auch oft noch die Kinder aus dem Dorf. Für uns waren das immer ganz tolle Ferien, mit verschiedenen Tieren, mit viel Auslauf und Freiheit, mit ganz anderem, fast exotischen Leben; wir lernten Butter schlagen in hohen hölzernen Gefäßen und hatten jede ein eigenes Küken, das mit der Zeit wuchs und später verspeist werden sollte, was aber jedes Mal mit einem Drama endete. Man musste Wasser aus dem Brunnen ziehen und auf einem alten Holz- oder Kohleofen heiß machen, damit man kochen konnte. Später gab es zum Wasserkochen große, kleine und mittlere Tauchsieder. Wir tobten in den Scheunen herum, gingen auf die Wiesen, um auf die Kühe aufzupassen, sammelten Eier, die die Hühner irgendwo auf dem Gelände gelegt hatten. Zum ersten Mal sah ich ganz kleine Küken, die gerade aus dem Ei geschlüpft waren. Nach Warschau kamen wir braungebrannt, gestärkt und meistens voller Läuse zurück. Dass diese Gegend so einen Aufschwung nehmen und zum Touristenmagnet werden würde, hätte ich nie gedacht. Natürlich fuhren wir wegen der guten Luft, der günstigen klimatischen Lage dorthin, aber auch und vor allem weil es da sehr preiswert war.

Mein Vater kam meistens nur für zwei Wochen dazu und nach ein paar Tagen ging er wandern. Er nahm seinen alten, rundlichen Stoffrucksack, mit zwei aufgesetzten Taschen mit ledernen Verschlüssen, und verschwand für zwei, drei Tage; es hieß, er würde den Turbacz besteigen, den höchsten der eigentlich ziemlich niedrigen Berge da. Er kam meistens voll von Erlebnissen aus dem Wald zurück, überwältigt von der Natur und den Ausblicken auf die Tatra-Gipfel; oft, das gab er auch freimütig zu, hatte er sich verlaufen, denn es gab keine vorgezeichneten Routen. Einmal hatte er eine Begegnung mit einem Luchs, der ihn den ganzen Nachmittag verfolgte und sich gegen Abend auf ihn stürzen wollte; und wohl hat er das auch getan, denn mein Vater kam mit Schrammen an Armen und Händen zurück und meine Mutter schimpfte, dass er sich solchen Gefahren aussetzte. Ich jedoch fand es fantastisch und stellte mir immer wieder vor, wie sich das abgespielt haben mochte.

Wir waren ganz in das Dorfleben integriert, spielten in der Scheune im Heu, gingen mit den Kühen auf die Weide, sangen mit den Dorfkindern Lieder; während der Ernte halfen wir, so gut wir konnten, und fuhren abends auf den hohen Heuwagen mit der ganzen müden Mannschaft nach Hause zurück. Wir gingen alle mit Eimern Blaubeeren und Himbeeren pflücken, am Ende des Aufenthalts auch Pilze sammeln. Pilze wuchsen zu Tausenden in der Gegend, man musste sie nicht besonders suchen, manchmal schnitt man sie mit einer Sichel (die Reizker und die Butterpilze), man stolperte über sie und wollte sie irgendwann gar nicht mehr sehen.

Diese Welt, so lese und übersetze ich, ist verschwunden; die Region hat sich herausgemacht, ist touristisch voll erschlossen. Man kann Appartements mieten oder im Hotel wohnen. Natürlich ist es gut, dass es den Menschen dort besser geht, doch ganz viel von dem authentischen Leben, dem aus meiner Erinnerung, ist weg. Eigentlich, denke ich, müsste man auch bestimmte Lebensformen wie die alten Denkmäler konservieren, erhalten, damit wir sehen können, wo wir waren und wohin wir gegangen sind und welche Entwicklungen dabei wirklich positiv waren.

Zurück zu Prag, die Stadt nutzt die Zwangspause und bessert alles aus: die Fassaden, die Straßenbahnschienen, die Trottoirs, die Gärten; auch viele Restaurants renovieren ihre Innen- und Außenräume, auch manche Museen sind mit Gerüsten versehen. Doch eigentlich, so geben auch unsere hiesigen Freunde zu, ist die Stadt jetzt schöner und zugänglicher mit der deutlich reduzierten Zahl an tobenden Menschenmassen; wäre das nicht ein guter Ansatz etwas zu ändern.

Dwadzieścia lat temu

Czy we wrzasku Bóg, Honor, Ojczyzna i tupocie butów podczas nacjonalistycznych marszy, w wojnie z lewacką zarazą i ideologią LGTB ktoś to jeszcze pamięta o tym przesłaniu?

Ewa Maria Slaska

Mea Culpa

Był chory. Cierpiał. W niemieckich mediach z regularnością odlotów i przylotów bocianów pojawiały się uwagi, że jest chory i najwyższy czas, żeby ustąpił, że może, powinien, musi ustąpić, że jest to w jego mocy, dlaczego więc nie ustępuje? Po jakimś czasie już nie tylko media, ale każdy w Niemczech zadawał to pytanie. Również moi niemieccy przyjaciele. Dziennikarze i nie-dziennikarze. Od końca lat dziewięćdziesiątych Niemcy “wiedzieli”, że Papież powinien ustąpić. Mój stosunek do tych wypowiedzi był ambiwalentny.
Był chory. Cierpiał. Gdy go widziałam w telewizji, cierpiałam wraz z nim. Serce mi się ściskało na myśl o jego cierpieniach.
Ale z drugiej strony… dlaczego akurat Niemcy z takim uporem zadawali to pytanie, które w gruncie rzeczy było przede wszystkim żądaniem? Przyznaję, nie była to myśl elegancka. Nie była też zgodna z regułami “political correctness”. Przypisywałam Niemcom zadawnioną niechęć do Polaków. Zakładałam, że gdyby Papież był Anglikiem, Włochem albo Francuzem, a nie Polakiem, prasa niemiecka nie stawiałaby takich pytań, a w każdym razie formułowałaby je oględniej. Ale moje rozmyślania szły dalej i – taką mam nadzieję – to “dalej” zgadzało się być może z jakąś częścią myśli samego Papieża. Czas, w którym żyjemy, wymaga od nas, żebyśmy byli młodzi, ładni, sprawni i, najlepiej, bogaci.  Ci, którzy nie pasują, niech znikają. Niech nie rażą oczu, uszu i wydelikaconych uczuć. Ten, kto “się przeżył”, ma dobrowolnie odesłać samego siebie na japońską górę Narajami. Im więcej słyszałam wokół siebie głosów, że ma odejść, tym bardziej wszystko się we mnie buntowało. Tym bardziej podziwiałam go za to, że nie reaguje na te głosy, choć na pewno musiał je słyszeć.
Dnia 12 marca 2000 roku wygłosił homilię Mea Culpa. Siedziałam przed telewizorem i płakałam ze wzruszenia. Zadzwoniłam do moich niemieckich przyjaciół dziennikarzy. Też byli poruszeni. Uznali, że jest to być może najważniejszy tekst w historii Kościoła. Zgodziłam się z nimi. I co? – zapytałam. – Co by było, gdyby ustąpił ZANIM wygłosił najważniejszy tekst w historii Kościoła?

Napisane w kwietniu 2005 roku, po śmierci Papieża.

Ten tekst, opublikowany w książce Marii Kalczyńskiej i Leonarda Paszka, Jan Paweł II we wspomnieniach polsko-niemieckich, nabrał w ciągu 15 lat wielu nowych znaczeń. Przede wszystkim już, gdy to pisałam, następcą papieża Polaka został Papież Niemiec, Benedykt XVI (Joseph Aloisius Ratzinger, ur. 16 kwietnia 1927) – niemiecki duchowny rzymskokatolicki, od 19 kwietnia 2005 do 28 lutego 2013 papież. Nikt w Niemczech tego nie oczekiwał i nie żądał, ale jednak Benedykt to zrobił – w roku 2013 ustąpił. Jest emerytowanym papieżem, pierwszym od XV wieku, który dobrowolnie zrzekł się swojego urzędu.

Cóż, ironia losu! Myślę, że w międzyczasie niemieckie media zapomniały już “na śmierć”, że kiedyś oczekiwały, iż Papież Polak ustąpi. Ciekawe, że w przypadku Benedykta XVI właściwie nie wiadomo, dlaczego ustąpił, zwłaszcza że miał za sobą wybitnie krótki, siedmioletni, pontyfikat. W swoim oświadczeniu podkreślił, że jest w podeszłym wieku i odczuwa osłabienie sił fizycznych i duchowych. Jednak dziś, w siedem lat później, Ratzinger nadal żyje, ba nawet nadal pełni od czasu do czasu posługi kapłańskie. Jako emerytowany papież, cztery razy tj. 19 listopada 2016, 28 czerwca 2017, 28 czerwca 2018 oraz 5 października 2019 roku przyjmował w swojej rezydencji nowych purpuratów, którzy tego samego dnia otrzymali insygnia kardynalskie. W październiku 2019 roku papież miał 92 lata. Oczywiście podeszły wiek, ale czasy się zmieniły, wszyscy znamy co najmniej kilka osób, które są w tym wieku i wciąż jeszcze zachowują intensywny kontakt ze światem.

Jeszcze bardziej znamienne wydaje mi się, że owa wypowiedź – „milenijne mea culpa” – została całkowicie zapomniana. W internecie nie znalazłam jej tekstu, a i wzmiankowana jest tylko w nielicznych wpisach internetowych. Pomyśleć, że przed 20 laty oceniliśmy ją jako “najważniejszą w historii Kościoła” i że Jan Paweł II przeprosił za wszystkie grzechy, jakie w swej liczącej 2000 lat historii popełnił Kościół katolicki: nawracanie siłą na wiarę, krucjaty, inkwizycję, antysemityzm, nietolerancję, dyskryminację kobiet i godzenie w prawa człowieka.
Obserwatorzy pisali, że wierni zgromadzeni w kościele, ale również duchowni, biorący udział w mszy ekspiacyjnej, nie byli przygotowani na słowa Papieża. Na stronie pius.org czytamy:

Wydarzenia te zapoczątkowały nie kończącą się rzekę ceremonii pokutnych, podczas których episkopaty wszystkich krajów świata prosiły o przebaczenie za prawdziwe i urojone grzechy nie żyjących z reguły od co najmniej kilku wieków katolików. W Polsce „liturgia” taka miała miejsce 1 maja w Warszawie. (…): kardynał Glemp przeprosił Boga m.in. za akty kolaboracji niektórych księży w okresie w PRL, za życie duchownych ponad stan i uleganie nałogom oraz tolerowanie przejawów antysemityzmu. Osobiście Ksiądz Prymas przepraszał za „lęk” w okresie stanu wojennego oraz za to, że nie zdołał „ocalić życia ks. Popiełuszki, mimo wysiłków podejmowanych w tym kierunku”. Prymas prosił także Boga o wybaczenie grzechów społecznych, obecnych w życiu dzisiejszej Polski. Wśród nich wymienił na pierwszym miejscu brak powszechnego dostępu do pracy, brak zapewnienia dostatecznego bezpieczeństwa oraz brak dostatecznego poszanowania wartości moralnych w demokracji.

Ciekawe. Dokładnie 20 lat temu. Jak, w gruncie rzeczy, niedawno! Jak całkowicie zapomniana została w polskim kościele ekspiacyjna idea Papieża.

Ulisses Don Kichot Hamlet Szwejk

Dziś miały być wybory, a sposób w jaki je władza najpierw zamierzała przeprowadzić, a potem zadecydowała, że jednak ich nie będzie, przypomina zamach stanu. Dlatego pozwoliłam tu sobie zamieścić znaleziony na FB obraz Agnieszki Kann, zatytułowany Wybory. Ależ im się ta pandemia przydała.

A teraz w tył zwrot, do starej publicystyki ze “starych, dobrych czasów PRL”:

Andrzej Kijowski, zbiór felietonów publikowanych w Tygodniku Powszechnym w latach 1970-1971, książka wydana w roku 1988 (wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze, Poznań). Tekst sprzed pół wieku, ale niczego mu nie brakuje, jest współczesny, jakby go autor dziś napisał.

Nasza Wojna Trojańska

10 maja 1970

Dziś przed dziewiątą pobudzili nas ślepcy muzyką skrzypiec i harmonii. Drżący tenor odśpiewał Warszawskie dzieci pójdziemy w bój, Ten pierwszy marsz, Oto dziś dzień krwi. Słońce świeciło. Wyszliśmy na balkony w piżamach, w gatkach, w nocnych koszulach i rzucając monety niewidomym czciliśmy ćwierć wieku życia. Ćwierć wieku temu, chory na anginę, w gorączce, stałem kocem owinięty w oknie, patrząc poprzez gałęzie rozkwitających kasztanów na wojsko idące do rynku. Na karabinach kiście bzu. Płakać mi się chciało, że mnie tam w rynku nie będzie z wojskiem, z tłumem, gdy grają muzyki, dzwony biją. Wiosna beze mnie, pokój beze mnie, dzwony i trąby beze mnie. Wiła wianki i rzucała — śpiewali żołnierze. A ślepcy: Czy widzisz te gruzy na szczycie. Gardło boli.

Nasza wojna trojańska. Kto był jej żołnierzem, kto nią kierował, kto był więźniem, kto się przez nią tułał, kto jej się tylko przyglądał z ukrycia, komu wzięła dzieciństwo, komu je tylko zatruwają cudze wspomnienia o niej, wszyscyśmy coraz bardziej wobec niej równi, bo nas jednako od niej oddala czas, nikogo z nas wszakże nie uwalniając od zależności, jaką nałożyła naszym duszom. W całej Europie od Pirenejów po Władywostok nie ma człowieka, który by z nią, przez nią, lub przeciw niej nie myślał o świecie, o losie; żyjemy, oczywiście, nowymi problemami, ale zważcie, że wszystkie poważne między nami konflikty wzbudzają echa tej wojny już dawno minionej, jakbyśmy z niej, niby z ukrytej siłowni, wciąż pobierali prądy, wstrząsy, bodźce. Nie tylko o międzynarodowych konfliktach myślę, które wynikają z nie załatwionych do końca spraw politycznych, lecz także o konfliktach powstających z przeciwstawienia zasadniczych postaw wobec życia społecznego, wobec życia w ogóle. „Patriotyzm” i „kosmopolityzm”, „indyferentyzm” i „zaangażowanie”, „konsumpcjonizm” i jego — nie wiem jak je nazwać — przeciwieństwo, walczą z sobą w skali społeczeństw, i w skali rodzin. Gdy młodzież powstaje przeciw władzom, jak dwa lata temu we Francji i w innych krajach, albo gdy syn kłóci się z ojcem, co może zdarzyć się przy każdej kolacji, konflikt taki, jeśli nabierze rozpędu, powagi, zawsze, jakoś, którędyś, pokręconym swoim odgałęzieniem połączy się z tym, co się ćwierć wieku temu zakończyło.

„I poszli szaleni uparci” — śpiewają ślepcy, lecą monety w papierkach, dzieci je podnoszą i wtykają muzykantom w kieszenie. Ta wojna wydusiła z ludzkości (w Europie) maksimum cierpienia, wysiłku i dzielności, stając się miarą wszystkiego, co człowiek może. Z upływem czasu, gdy zaczynają siwieć najmłodsi jej żołnierze, miara staje się coraz bardziej mityczna, a więc tym bardziej absolutna. Podzieliła nas ta wojna na dobrych i złych, jakby była generalną próbą Sądu Ostatecznego, a zakończyła się przykładnym tryumfem Dobra nad Złem. Tak nam się przynajmniej dziś wydaje. Jak prosto było wtedy wybrać słuszną sprawę, i jak łatwo wierzyć w jej wygraną. Tak nam się przynajmniej dziś wydaje. Od trudności współczesnych uciekamy w mityczny czas wojny, jak w archaiczną, dziecinną epokę, aby w niej szukać wzorów dobra i męstwa. Cofamy się do niej jako do początku historii, jak do Troi cofali się Grecy, i jak każdy człowiek, przywołuje dziecinne, dawne swoje fantazmaty na pomoc, gdy mu ciężko podołać problemom dojrzałego życia.

Wieczorem w telewizji film Bułata Okudżawy (kto nie widział, niech żałuje) o żołnierzu Małyszkinie. Pośmiewisko kolegów, utrapienie oficerów, nie może poradzić sobie z bronią ani z maszynerią katiuszy, ani z musztrą, choruje na czyraki, upija się jednym łykiem spirytusu, do dziewczyn zbliża się z lękiem i czcią, jak paź, i z tak wielkim pragnieniem miłości, że go od siebie pędzą z litością i śmiechem. Szwejk–poeta, Szwejk–Hamlet, Hamlet–Don Kichot, chudy, o wielkich, smutnych oczach, a z komiczną twarzą, skulony w kącie ziemianki lub ciężarówki, która go wiezie przez rosyjskie bezdroża, z szyją owiniętą brudnym bandażem, snuje sam sobie opowieść o swojej własnej, niepodobnej do prawdy wojnie bohaterskiej, o swojej miłości i o śmierci. Zmyśla sobie pechowe przygody, które kończą się zawsze szczęśliwie, gdyż ów Szwejk–Hamlet–Don Kichot–Bezuchow jest jednocześnie Ulyssesem — bohaterem wszystkich powieści, które przeczytał i które opowiada żołnierzom; jest dzieckiem 19-letnim, które z wojną razem poznaje świat, miłość, siebie. Może to była ostatnia wojna w Europie, może ostatnia, z której dało się wyjść z życiem. Do niedawna literatura o niej opowiadała. Kto ją przeżył, układa w literackie formy swoje względem niej kompleksy. Ale niedługo przeżycia oraz ich brak spadną na dno pamięci, którą zastąpi historia coraz obfitsza i coraz dokładniejsza. Wojna zstąpi w podświadomość poetów, którzy będą na jej temat coraz więcej i coraz śmielej fantazjować. Objawi nam się ona w nowych postaciach, rozpoznamy ją w różnych symbolach i alegoriach, i coraz cudowniejsze jej wersje będziemy czytać w powieściach i poematach. Literatura stworzy z niej jeden z tych wielkich mitów historycznych, które na wieki całe służą wyobraźni poetów za pole formowania się opowieści o człowieku próbującym swych sił w zetknięciu z nieprzyjaznym światem.

W filmie Okudżawy biegną żołnierze śnieżną równiną, krzycząc Urra–Urra, jak do szturmu, jak tyle razy w batalistycznych filmach. Podnoszą w górę pepesze, u ramion im powiewają pałatki — biegną wielkim mrowiem czarne sylwetki, jak uskrzydlone. Przed nimi morze — biegną do morza, jak Grecy na Anabasis. Aby się wykąpać!

„Z trzynastu cegieł, z cegieł trzynastu, zbuduję domek wielki jak miasto” — zaśpiewali ślepcy na zakończenie, po czym przysiedli na murku okalającym przedszkolny ogródek, aby przeliczyć dochód. Przebierali monety w palcach z głowami uniesionymi ku młodemu słońcu.