Tysiąc dróg do Mekki 1

Lech Milewski

Thousand.roads.to.mecca.jpgLink

Ta książka to zbiór 23 relacji o odbytej pielgrzymce do Mekki – KLIK.
Nie znalazłem żadnej informacji o Michaelu Wolfe, który dokonał selekcji materiału do książki i nie potrafię odgadnąć kryteriów, jakimi się kierował. Niezależnie od tego trzy relacje zwróciły moją uwagę.

Trafiłem na tę książkę “od kuchni” a właściwie od pralni, podczas lektury książki Washerwoman’s Dream.
Praczka w Mekce, australijska praczka – to zapowiadało się interesująco. To co wyszło w praniu przewyższyło moje oczekiwania.

Jeszcze jedno – patrząc na listę 23 relacji zauważyłem, że na rok 1927 przypadają dwie – Winifred Stegar z Australii i Muhammada Asada z Galicji.
Z Galicji, w roku 1927, Muhammad – o kogo chodzi? Jak to o kogo? O Leopolda Weissa ze Lwowa.

Chyba zostaniemy w Mekce trochę dłużej.

Zacznę jednak od Lwowa.
Rok 1900, w rodzinie Akivy Weissa, prawnika z rodziny z rabiniczną tradycją, urodził się syn, Leopold. Chłopiec od dziecka pobierał nauki religijne, znał hebrajski i aramejski.
Gdy wybuchła I Wojna Światowa, 15-letni Leopold uciekł z domu i zaciągnął się do armii austriackiej pod fałszywym nazwiskiem. Ojciec z pomocą policji zdołał go wyciągnąć i zorganizował mu pobyt i naukę w Wiedniu.
W wieku 20 lat Leopold porzucił studia i chwytał się dorywczych zajęć – m.in. pracował w studio filmowym Fritza Langa, przeprowadził wywiad z żoną Maxima Gorkiego.

W 1922 roku przeniósł się do Palestyny gdzie pracował jako free-lancer dla Frankfurter Allgemaine Zeitung.
W Palestynie mocno zainteresowała go tematyka syjonizmu a w szczególności reakcja Arabów na tę ideologię. Frankfurter Allgemaine zlecił mu dwuletni projekt – głębsze zbadanie tematu w okolicznych krajach arabskich.
Efektem była książka i zafascynowanie Islamem oraz sprawami arabskimi.

W roku 1926, w Berlinie, Leopold Weiss ożenił się. Jego żona, Elsa, była znacznie starsza od niego i miała syna z poprzedniego związku. Po kilku miesiącach wraz z żoną  przyjęli Islam przy czym Leopold zmienił nazwisko na Mohammad Asad. Uwaga: arabskie imię Asad znaczy lew – Leo.

Niecały rok później razem wybrali się na pielgrzymkę do Mekki.

Proponuję zacząć wizytę w Mekce zgodnie z miejscowym zwyczajem…

Tylko pielgrzymi byli na pokładzie statku płynącym po Morzu Czerwonym w rejsie z Egiptu do Arabii. Przewoźnik, goniący tylko za zyskiem, załadował statek dosłownie po brzeg, nie troszcząc się zupełnie o wygodę pasażerów.
Zostali upchnięci wszędzie. Na pokładzie, w kabinach, w korytarzach, w salach jadalnych. W magazynach pod pokładem. W każdym kącie boleśnie stłoczone stworzenia ludzkie. W pokorze, z tylko jednym celem przed oczami, znosili bez narzekań te cierpienia.

W tym momencie ja podniosłem oczy – Patna – tam nie było wzmianki o pielgrzymach na pokładzie, chyba nie byliby tak zapatrzeni, żeby nie zauważyć dezercji dowództwa statku.

Opuszczam oczy… tłoczyli się na pokładzie zajęci gotowaniem – przewoźnik nie zapewniał posiłków. Widziałem jak krążyli w te i z powrotem po wodę przenoszoną w puszkach, jak tłoczyli się pięć razy dziennie przy kranach, aby dopełnić obmycia przed modlitwą, jak cierpieli w duchocie kilka poziomów pod pokładem.
Wszędzie widać było siłę wiary, która pozwalała zapomnieć im o cierpienach, gdyż pochłaniała ich myśl o Mekce.

To tu, to tam, co chwila rozlegało się – Labayak, Allahumma, labayak!

Drugiego dnia mężczyźni przebrali się w ihram – dwa niezszyte kawałki płótna. Ten strój ma eliminować obcość, różnice między wiernymi.
Kobiety pozostały w swoich codziennych strojach gdyż ihram odkrywa zbyt wiele ciała.
O świcie trzeciego dnia dotarliśmy do niewielkiego portu Jedda. Jak strzały pomknęły do nas od nadbrzeża żaglówki. Ich szerokość i niezgrabność niemile kontrastowały z pięknem smukłych masztów i żagli.
Zapewne na takiej łodzi, może nieco większej, ale tego samego typu, dzielny podróżnik Sindbad wybrał się na swoje przygody.

Dotychczas wiedziałem, że zamierzam żyć w krajach Wschodu, wśród muzułmanów, ale nie wiedziałem, że mój stary świat się kończy, świat zachodnich idei i odczuć, doświadczeń i dążeń. W tym okresie miałem już za sobą pobyt w wielu krajach Wschodu. Znałem Iran i Egipt lepiej niż jakikolwiek kraj w Europie, Kabul mnie nie zaskakiwał, znane mi były bazary Damaszku i Isfahanu. Szedłem teraz ulicami Jeddy i myślałem – jak trywialne.

Jedda to było jedyne miasto na arabskim brzegu Morza Czerwonego gdzie wolno było przebywać niewiernym.
Po południu następnego dnia ruszyliśmy karawaną do Mekki.
Beduini, obładowane wielbłądy, osły. Czasem mijały nas samochody, pierwsze samochody w Arabii Saudyjskiej. Wyprzedzały nas hałasując sygnałami typu Klaxon. Wielbłądy reagowały bardzo nerwowo na ich dźwięk, chyba czując, że sygnalizują one ich zmierzch.
Po chwili opuściliśmy miasto i zanurzyliśmy w ciszy pustyni, podkreślanej jeszcze przez klapanie wielbłądzich kopyt, okrzyki Beduinów i śpiew pielgrzymów.

Czasem odezwał się śpiew grupki pielgrzymów, czasem jakaś kobieta zaśpiewała pieśń ku chwale Proroka, czasem inna wydała z siebie ghatrafa, ten radosny krzyk arabskich kobiet, bardzo wysoki, przenikliwy tryl, wznoszony przy świątecznych okazjach – ślub, urodziny, obrzezanie, procesje religijne.
Google nie potrafiło znaleźć ghatrafa, ale po pobycie na Bliskim Wschodzie nie mam wątpliwości, że jest to to samo co ululation lub zaghrouta KLIK.

Większość pielgrzymów jechała w dwuosobowych lektykach, które bujały się w rytm kroków wielbłąda.
Nad ranem dotarliśmy do Bahry, gdzie karawana zatrzymała się na porę dnia, gdyż było za gorąco na podróż.
Wiele osób, nie przyzwyczajonych do długich podróży, nie wiedziało, co ze sobą zrobić. Wiele z nich po prostu siedziało nieruchomo, zapatrzeni w stronę Mekki.

Pod wieczór starszy mężczyzna nieopodal – umarł. Kobiety nie podniosły krzyku, jak to mają w zwyczaju we wschodnich krajach. Wszak zmarł jako pielgrzym, na świętej ziemi, jest błogosławiony. Mężczyźni obmyli jego ciało i ubrali je w ten sam strój, który ostatnio nosił.
Po dwóch nocach wędrówki dotaliśmy do Mekki.

Załatwiłem kwaterę u znanego przewodnika. Po sytym śniadaniu udaliśmy się do Świętego Meczetu. Zatłoczone ulice, stragany, ludzie wszelkich ras i narodowości, nagle znaleźliśmy się przed bramą. Potrójny łuk bramy, a za nim wielki kwadrat placu, otoczony kolumnadami krużganków, a w środku czarny sześcian o boku około 40 stóp – Ka’ba – cel marzeń milionów na przestrzeni wieków.
Widziałem setki przepięknych meczetów, od północnej Afryki do Samarkandy, ale nigdzie nie czułem się tak jak tutaj, gdzie budowniczy zbliżył się tak bardzo do religijnej idei.
Ostateczna prostota sześcianu, całkowite wyrzeczenie się piękna linii i formy przekazywała jego myśl: zarozumialstwem byłoby sądzić, że jakiekolwiek piękno stworzone przez człowieka może być warte Boga. Dlatego im prostsze twoje dzieło, tym bardziej wyrażasz chwałę bożą.

Oto przede mną była ta niewielka budowla, z którą nie może się równać żadna inna na ziemi.
Wnętrze budunku nie ma istotnego znaczenia, w jego wschodnim rogu znajduje się Czarny Kamień w szerokiej srebrnej ramie.
Ten kamień, wycałowany przez miliony pielgrzymów, wywołuje niezrozumienie wśród niewiernych. Uważają go za fetysz przejęty przez Mahometa jako ukłon w stronę pogańskich mieszkańców Mekki. Nic błędniejszego. Podobnie jak Ka’ba, Czarny Kamień jest obiektem szacunku, ale nie czci.
Jest szanowany jako jedyna pozostałość z domu Abrahama i ponieważ dotknęły go usta Mahometa.

I tak stałem przez Świątynią Abrahama nie myśląc (refleksje przyszły później) i czułem w sobie jakiś ukryty, uśmiechający się rdzeń, w którym dojrzewało uniesienie, jak pieśń.

Częścią pielgrzymki jest przejść siedem razy wokół Ka’ba. Więc szedłem i ja, powoli, aż stałem się częścią strumienia ludzi. Minuty mijały i wszystko co było małe i gorzkie w moim sercu, zaczęło je opuszczać. Minuty roztapiały się, czas stanął i oto tu było centrum wszechświata.

Dziewięć dni później Elsa umarła.
Umarła nagle, po kilku dniach ostrej choroby, którą potem zidentyfikowano jako tropikalną dolegliwość. Ogarnęła mnie czarna rozpacz.
Pochowaliśmy ją na piaszczystym cmentarzu w Mekce. Położyliśmy kamień na jej grobie. Nie chciałem żadnego napisu.  Napis oznacza myślenie o przyszłości, a ja nie wyobrażałem sobie żadnej przyszłości teraz.

Niedaleko stąd leżała równina Ararat, na której zbierają się pielgrzymi na przypomnienie Ostatecznego Zgromadzenia, kiedy człowiek odpowie Stwórcy za wszystkie uczynki swego życia.

Po chwili wracałem do Mekki na cwałującym wielbłądzie. Wokół mnie tysiące falujących głów, okrzyki Allahu Akbar. Ci ludzie wyrośli ponad swoje małe życia i teraz ich wiara pcha ich ku nieznanym horyzontom.

Tu kończy się relacja.

Wiara popchnęła Mohammada Asada daleko.

Wkrótce po odbyciu pielgrzymki osiedlił się na dobre w Arabii Saudyjskiej, gdzie został stałym doradcą króla Abdulaziza (znanego na Zachodzie jako Ibn Saud).
W 1928 roku król wysłał go z misją wywiadowczą do Kuwejtu, gdzie brytyjczycy zaangażowali się w budowanie opozycji.
Wywiad brytyjski donosił, że Mohammed Asad miał powiązania z “bolszewikami”.

W 1932 roku Mohammed Asad przeniósł się do brytyjskich Indii, gdzie nawiązał bliski kontakt z poetą i politykiem Mohammedem Iqbalem.
Wtedy właśnie powstawała idea utworzenia Pakistanu, niezależnego islamskiego państwa.

W momencie wybuchu wojny Mohammed Asad jako obywatel austriacki został internowany w obozie.
Po zakończeniu wojny idea Pakistanu stała się ciałem.
Mohammed Asad współpracował w tworzeniu konstytucji pierwszego kraju muzułmańskiego i dołożył starań, żeby zapewniała ona kobietom prawo głosu i prawo zajmowania najwyższych stanowisk w państwie.
Działało to w praktyce – w 1988 roku, czyli jeszcze za życia Mohammeda Asada, Benazir Bhutto została premierem Pakistanu.

W 1949 roku Mohammed został kierownikiem oddziału Bliskiego Wschodu w MSZ Pakistanu, trzy lata później został wysłany do siedziby ONZ w Nowym Jorku jako minister pełnomocny.

W latach 60 Mohammed Asad, żonaty z Arabką Munirą, zakochał się w Poli, Amerykance, polskiego pochodzenia.
Pola zadeklarowała chęć przyjęcia Islamu, Mohammed zaproponował jej małżeństwo.
Tego małżeństwa nie dało się pogodzić z pracą w służbie dyplomatycznej Pakistanu, Mohammed zrezygnował z pracy, rozwiódł się z Munirą (mieli syna – Talal-a) i pobrał z Polą.
Od tego pory spędzał wiele czasu poza Pakistanem.
Ostatecznie osiadł na stałe w Hiszpanii, gdzie zmarł w 1992 roku.

Pamiątki:
Wiedeń: Muhammad-Asad-Platz – Distrikt 22, przed UNO City.
Berlin: Berliner Gedenktafel – Hannoversche Str 1.

Materiały studyjne – 4-częściowy wywiad z Mohammadem Asadem.
Przepraszam, że tak się panoszę z tym tematem. Na jego zgłębienie trzeba by kilku dni. Zachęcam jednak choćby do wysłuchania pozycji 2, to tylko 8 minut, a dla mnie rewelacja.
Niestety posiadane przeze mnie tłumaczenie Koranu na polski nie potwierdza poglądów religijnych Mohammeda Asada.
Wspomina on o niedostatkach tłumaczeń dokonanych przez europejskich orientalistów, oferuje swoje.
Polski tłumacz – Józef Bielawski – wspomina, że tłumaczenie Mohammada Asada jest mu znane. Jednak to nie wystarczyło.

1. Spotkanie ze światem Islamu, tłumaczenie Koranu – KLIK.
2. Opinia na temat wiary, religii, istnienia – KLIK.
3. Koran – KLIK.
4. Grzech, czytanie Koranu – KLIK.

Ciąg dalszy jutro i pojutrze.

Auf dem Fahrrad und zu Fuß 1

Corona. Wir bleiben zu Hause, was in der Sommerzeit bedeutet: In Deutschland, mehr noch: In der Nähe, nicht weit… Das erinnert jeden von uns an den alten, guten Theodor Fontane.

Christine Ziegler

briefe aus dem urlaub

liebe ewa,

das war unsere heutige wanderung. bei dem vielen wasser, was vom himmel fiel, war uns wandern lieber als radeln. doch gestern war die tour auch vom feinsten. über plattenburg nach bad wilsnack, dann rüber zur elbe und über glöwen zurück zum quartier in klein-leppin.

es ist wirklich ziemlich menschenleer hier. und gefällt uns auf jeden fall sehr gut.

die plattenburg muss hier aber auch noch dokumentiert werden:

der gute herr fontane war ein bißchen systematischer als ich, der hätte schon parat gehabt, was alles in plattenburg geschehen war, seit es aufgebaut wurde. Wir haben dort ein fischbrötchen mit forelle aus den dortigen teichen genossen. die teiche sind dort nicht schon seit dem mittelalter, sondern wurden in bismarckschen zeiten angelegt.

tatsächlich kann in diesen landen so viel erzählt werden. am besten hat mir gefallen, dass frau kreckel, geborene renner, eine erbin der letzten besitzerinnen, nach der wende das schloss in lenzen an den BUND gegeben hat und dort nun ein besucherzentrum des biosphärenreservats hier an der elbe entstanden ist. www.burg-lenzen.de

also sicher ist schon mal, dass die elbe in diesem teil einen eigenen urlaub erforderlich macht.

wer alles in klein-leppin gehaust hat, seit es gebaut wurde, das wissen wir noch nicht. wir haben aber schon gemerkt, dass wir uns viel auf ehemaligen bahndämmen bewegt haben, pollo haben sie das hiesige schmalspurnetz genannt.

wir haben unseren unterschlupf in der alten mühle von klein-leppin und hier werden enthusiastinnen des denkmalschutzes noch viel zeit, energie und nerven versenken, es gibt zu tun für viele jahre. Und mensch muss lernen, nicht alle baustellen gleichzeitig wahrzunehmen und sich statt dessen dran zu freuen, was gerade wieder gerettet werden konnte.

bad wilsnack hat heute eine therme, um die menschen in die leere weite der prignitz zu locken. das ist keine schlechte sache. früher hatten sie dafür eine riesige kirche, die es heute noch gibt. doch die pilgerscharen von damals, die die wunderbluthostie sehen wollten, die wird es so schnell nicht wieder geben. aber wie du weißt, gibt es auch heute immer wieder pilger und das wegzeichen ist überall zu finden. wir könnten uns das auch mal vornehmen, oder?

noch wissen wir nicht, wohin heute die reise geht, wir könnten uns nach kyritz wenden. da können wir dann herausfinden, was es mit der knatter auf sich hat. oder gleich wikipedia fragen: kyritz trägt im volksmund den beinamen „an der knatter“. für den nebenarm knatter der jäglitz war das geräusch der früher zahlreichen knatternden wassermühlen namensgebend. heute ist die knatter verrohrt und von den fünf wassermühlen existiert nur von einer noch das gebäude. wir fahren aber trotzdem hin, auch wikipedia ersetzt nicht den eigenen blick, auch wenn es heißt mensch sieht nur, was er schon weiß. vor allem, wenn der fluss im rohr fließt …

liebe grüße

christine

ps: alle bilder sind von martin, ich hab die kamera zuhause gelassen.

Z wolnej stopy 3

Zbigniew Milewicz

Świetne miejsce

Jeżeli w Bawarii człowiek ma problemy, to najczęściej sięga po piwo. Kiedy nie pomaga, trzeba wypić dwa, mówią ludowi znachorzy, a jak te nie wystarczą… Głównym mankamentem wspomnianej metody jest kac nazajutrz i dalej nierozwiązany problem, dlatego od jakiegoś czasu próbuję również alternatywnych odgromników, takich jak trening autogenny Schultza. Jest to oparta na zasadach yogi i medytacji zen technika relaksacyjna, w której pacjent sam oddziaływa na swój układ nerwowy i wyciszony jest w stanie lepiej siebie ogarnąć. W tej technice najbardziej podoba mi się końcowa imaginacja podróży do miejsca, w którym człowiek czuje się w pełni szczęśliwy. Dla mnie prawie zawsze jest to polskie wybrzeże Bałtyku, na którym lato trwa ledwie chwilę, dlatego staram się nim nacieszyć na zapas teraz, w lipcu, żeby w listopadzie było się czym ogrzać u Schultza.

Nie przepadam za wczasowym luksusem. Pozłacane krany w łazience z wodotryskiem, łoże z baldachimem i homary na śniadanie oddam za przyzwoity, turystyczny standard i dzięki Basi, która w Jastrzębiej Górze prowadzi jeden z ośrodków Spa, znajduję to czego szukam. Hotel La Siesta mieści się zaraz przy miejscowym deptaku, do plaży mam pięć minut, karmią smacznie i za tydzień pobytu płacę ze wszystkim niecałe 1200 złotych, a więc niedrogo. Branża turystyczna na polskim wybrzeżu zareagowała na odwołanie – związanego z korona wirusem – zakazu przyjmowania gości niejednolicie. Jedni postanowili szybko odbić sobie straty z zimy i wiosny i wyśrubowali ceny do chorych rozmiarów, inni zrobili to umiarkowanie, lub pozostawili na dotychczasowym poziomie, wychodząc z założenia, że ich goście nie mogą płacić za pandemię. Środki bezpieczeństwa nadal jednak obowiązują, oczywiście na deptaku i plaży nikt maseczek nie nosi, a w pomieszczeniach zamkniętych jest różnie; personel kawiarni, sklepów i barów na ogół stosuje się do wymogów, a klientela dowolnie. Sam jestem tego przykładem, niestety częściej negatywnym, co zwalam na wczasowy luz. Tylko w miejscowym kościele panuje pełna dyscyplina, wszystkie boże owieczki zamaskowane.

Wśród wczasowiczów dominują młodzi ludzie, najwięcej rodzin z dziećmi, a więc 500+. Adekwatnie do tego rozrywka i gastronomia, typowa – nadmorska, dostosowana do wieku, poziomu i oczekiwań konsumentów. Tu się nic nie zmienia od lat, może i dobrze, bo do tych kolorowych, tandetnych plastików też mnie ciągnie we wspomnieniach, do znajomego gwaru deptaku, zapachu waty cukrowej i smażonej ryby, do flirtowania z dziewczynami starszymi i młodszymi, śmiesznych kalamburów, co rodzą się na poczekaniu w rozmowach z nieznajomymi… Ciągnie jak do szumu Bałtyku i piasku pod stopami na plaży, rozgrzanego słońcem, albo mokrego od fali, co zostawia na chwilę ich ślady; takiego mięciutkiego i złocistego próżno szukać nad Adriatykiem i Morzem Czarnym. Od ubiegłego roku plaża w Jastrzębiej Górze jest dużo szersza, przywieziono piasek pozostały po pogłębieniu Portu Północnego w Gdańsku i nie brakuje miejsc do opalania, wygląda czysto. Morze tutaj też jest klarowne i na tyle ciepłe, że da się w nim zanurzyć, choć jest to najbardziej wysunięta na północ miejscowość w Polsce.

Na wysokim klifie, gdzie biegnie promenada, koncertuje na akordeonie Leszek Sypniewski z Konina, bard o głosie przypominającym trochę Wysockiego. Śpiewa poezję Mickiewicza, Słowackiego, Wyspiańskiego, Tuwima i innych klasyków, do której sam układa muzykę, ku pokrzepieniu – jak powiada – ludzkich serc. Kiedyś pracował przy remontach kotłów energetycznych, teraz cieszy się, kiedy widzi, że słuchacze regenerują się duchowo pod wpływem jego sztuki. Przychodzą oklapnięci, smutni, a odchodzą z błyskiem w oku i uśmiechem na twarzy. Część swoich tekstów pisze sam, to są przeważnie lekkie historie z romantyczną nutką, takie, jak Letnia dziewczyna na przykład.

21 maja 2020 Letnia Dziewczyna Gorąca Jastrzębia Góra

Strawę duchową z tzw. wyższej półki (chociaż Mickiewicz na niższej się nie plasuje ), oferują w Jastrzębiej Górze ojcowie Jezuici, w ramach XV Międzynarodowego Letniego Festiwalu Muzycznego. Uczestniczę w pięknym koncercie wiolonczelistki Edyty Słomskiej i organowym szwajcarskiego wirtuoza, Vinzenta Thevenaza, w planie są kolejne. Koncerty odbywają się w kościele pw. św. Ignacego Loyoli, wstęp na nie jest bezpłatny, ale można ofiarować datki na remont tutejszych organów. Do kościoła prowadzi od głównej drogi do Władysławowa ulica Prof. Krzysztofa Pendereckiego. Ten wybitny kompozytor zmarł niedawno, 29 marca b.r. Związany był z nadmorskim kurortem od kilkudziesięciu lat, przyjeżdżał tu z potrzeby serca i dla walorów zdrowotnych kaszubskiej Pilece. Zatrzymywał się zawsze w domu Leśna Perła, przed którym jutro, 9 lipca, odsłonięta zostanie uroczyście tablica pamiątkowa, poświęcona zmarłemu. Profesor Penderecki patronuje festiwalowi i tym imponującym 40-tonowym organom na 77 głosów, których w przyszłości ma być ponad 100. Dołożyłem się więc do kwesty.

Kiedy na początku swojego pobytu w Jastrzębiej Górze wysłałem admince swoje zdjęcie znad morza, z dopiskiem, gdzie dokładnie jestem, odpowiedziała mi: Aaa, świetne miejsce. Ewunia pochodzi z pobliskich stron i wie, co pisze.

PS od Adminki: Tak, wiem, co piszę. Przyjeżdżaliśmy tu latami, bardzo chętnie zimą lub wczesną wiosną, często na Wielkanoc, kiedy właściwie nie było w ogóle turystów, bo nawet jeśli domy wczasowe bywały pełne, na plażę prawie nikt nie wychodził. Ale Autor mnie niezmiernie zaskoczył twierdzeniem, że jest to najbardziej na północy położona miejscowość w Polsce. Nie sprawdzam tej rewelacji, jestem pewna, że Autor wie, co pisze 🙂

Marek o dezintegracji

Tabor Regresywny (Marek)

…pozytywnej (cd)

Nie dajmy się zwieść idei zrównoważonego rozwoju. Po II wojnie Polska znalazła się na drodze brutalnej integracji pierwotnej pod czerwonym sztandarem. Krocząc w stronę dobrobytu, przeszliśmy parę wydarzeń, mających cechy dezintegracji cząstkowej. 56 Poznań, marzec 68, Wybrzeże 70, Radom 76, aż w końcu stanęła cała Polska i zaczął się festiwal Solidarności, zakończony stanem wojennym.
Lekarstwo okazało się nieskuteczne i po okrągłym stole weszliśmy na drogę integracji wtórnej totalnej. Tak nam się przynajmniej wydawało. Z punktu widzenia dnia dzisiejszego to nie była integracja pozytywna lecz remisja, a choroba miała głębsze podłoże.

Mam poważne wątpliwości, czy zrównoważony rozwój nie będzie kolejną remisją i choroba znów nie powróci ze zdwojoną siłą. Tak się składa, że idea zrównoważonego rozwoju Polsce nie grozi. „Dobra zmiana” już zapowiedziała przedłużenie dnia pracy, ograniczenia w urlopach i możliwość obniżania pensji. To są świetne warunki, by spróbować innej drogi.

Agata Zasępa napisała do mnie: Marek, podpowiedz, co dalej. Wszyscy do lasu? Wszyscy, którzy chcą. Podpowiedź przygotowałem i sfotografowałem. Nie polecałbym czegoś, czego sam nie wypróbowałem. Po przejściu do dezintegracji spontanicznej, pojawiła się okazja do integracji w ramach wolontariatu na oddziale pielęgnacyjno-opiekuńczym. Nie uległem. Ruszyłem w drogę. W drodze spotkałem artystów, może bym się skusił, uratował mnie prof. Jerzy Olek. Obejrzał moje wózki i powiedział: – Panie Marku, muszę panu zadać niedyskretne pytanie, z góry za nie przepraszam. Czy pan, jak większość najwybitniejszych artystów, jest na utrzymaniu żony? Nie powiedziałem tego głośno, tylko w myślach – mam wyższą półka, mało, że na utrzymaniu żony, to jeszcze mam orzeczenie psychiatryczne i wyrok skazujący na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata, a to najwyższa półka w sztuce. Niestety wielki artysta kończy się w momencie, kiedy dowiaduje się, że jest wielkim artystą.

Agata, zgodnie z tym, co wiem, jedyna sensowna integracja jest w drodze. Wszystko inne to tylko remisja.

Marek w drodze

Tabor Regresywny

Podczas spotkania na wydziale intermediów Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie przedstawiłem założenia Taboru Regresywnego, Rom Dziatkiewicz zasugerował, abym szedł w stronę słońca.

Sugestie artystów są bardzo cenne, ale wymagają weryfikacji w praktyce. Analizując moje wędrówki, doszedłem do wniosku, że oznacza to, iż trzeba, bym szedł w tę samą stronę co słońce. W rytmie dziennym oznacza to wędrówkę ze wschodu na zachód, w rytmie rocznym, wiosną z południa na północ, a jesienią odwrotnie.

Ruszyłem brzegiem Wisły w kierunku Górnego Śląska. Po drodze wstąpiłem do Tyńca. Dawno temu, gdy spływałem Wisłą do Krakowa, byłem częstym gościem Benedyktynów w Tyńcu. W tamtych czasach byli niezwykle gościnni.

Wjechałem więc razem z wózkiem na dziedziniec klasztoru. Podszedł do mnie jeden z braci. Zapytałem, czy mogę przenocować na dziedzińcu. Wyjaśniłem, że wszystko mam i niczego mi nie trzeba, a tu będę czuł się bezpieczny. Odpowiedział, że musi zadzwonić do Opata. Idziemy więc do telefonu. Brat mówi coś, jednak przerywa w pół zdania. Myślę sobie, że nic z tego nie będzie, po czym słyszę słowa: “Opat widział Pana przez okno. Kazał podać kolację i przygotować łóżko”. Odpowiedziałem, że z zaproszenia na kolację chętnie skorzystam, ale dziś jest noc świętojańska i chciałem spędzić ją na dworze w moim wózku.

Rano dostałem śniadanie i zaproszenie na jutrznię. Tak, jak arytmetyka jest jedna, a systemy liczbowe różne, tak wiara jest jedna, a religie różne. Prawo gościnności nakazuje dostosować się do religii gospodarzy i nie ma w tym nic złego.

Do Górnego Śląska nie dotarłem, ponieważ pogoda się popsuła. Michał Fostowicz w wierszu pt. Sztuka napisał „Sztuką jest nie zostawiać śladów”. I znów przyszło mi weryfikować w drodze intuicje artysty. Pojechałem do Kołobrzegu, by iść w tę samą stronę, co słońce i aby fale zacierały moje ślady. Po wyjściu z pociągu trafiłem na orkiestrę wojskową Marynarki Wojennej, która grała Żółtą łódź podwodną Beatlesów i szła w stronę portu jachtowego. Udałem się z moim wózkiem za nimi. Zbierało się na deszcz, kapitan portu użyczył mi więc wiaty, pod którą dwóch rybaków piło wódkę i odgrażało się: – ja muszę na morze, jak nie popłynę, to komuś narąbię. Tylko ja byłem pod ręką. W końcu tak się rozpadało, że weszli do mojej wiaty.

Nie miałem innego wyjścia, musiałem z nimi wypić. Na drugi dzień rano, na kacu i z dużym opóźnieniem ruszyłem w kierunku Dziwnowa. Ledwo doszedłem do Grzybowa, gdy znów spadł deszcz. Szedłem do miasta i trafiłem do ośrodka wypoczynkowego, prowadzonego przez Redemptorystów. Wynająłem pokój, zamówiłem obiad, a wózek schowałem pod zadaszeniem. Przyszedł proboszcz, który wypytywał mnie raz po raz, wyraźnie mną zaintrygowany, bo co chwilę wracał.

Wieczorem poszedłem do siostry recepcjonistki i powiedziałem, że chcę wyjść o 3 nad ranem, dlatego chcę zapłacić od razu, na co ona: “Ale nie ma mowy”. Uparła się i koniec.

Nie muszę opisywać świtu nad morzem w drodze i pustej plaży przez wiele kilometrów. Gdzieś około południa wszedłem do Rewala, by kupić coś do jedzenia. Szedłem środkiem ulicy. Zobaczyłem grupę mężczyzn pijących piwo i pokazujących na mnie palcami. Jeden wyskoczył na środek ulicy, złożył głęboki ukłon kapeluszem i zapytał: – Skąd przybywasz szlachetny wędrowcze? – Z Ciplandii – odpowiadam. – A co to jest Ciplandia?- pyta. – Kraina globalnego ocipienia – odpowiadam. – A dokąd zmierzasz? – Do Wałkonii – odpowiadam. – A co to Wałkonia? -Kraina wolna od śmieci, bo nikt ich nie produkuje. Wszyscy się wałkonią. Zapadła cisza, a ja idę dalej. Ktoś rzuca za mną: szczęśliwej drogi!

Wyprawę zakończyłem w Dziwnowie, gdzie w toalecie na polu namiotowym znalazłem 11 złotych, co mi częściowo pokryło koszty biwakowania.

Pojechałem, bez żadnych ekstrawagancji, do znajomych do Lublina. To była moja pierwsza wizyta w tym mieście. Przechodząc koło KUL-u, wstąpiłem, by trochę zwiedzić tę uczelnię. Chodziłem po korytarzach, a tu na drzwiach napis Katedra Filozofii Przyrody. Coś mnie skusiło, by nacisnąć klamkę. Drzwi się otworzyły, ale szybko się wycofałem. Siedzący w środku pan zaprosił mnie do środka. Wywiązała się rozmowa. Po chwili do pokoju zagląda ktoś inny, a mój rozmówca woła go. Opowiadałem oczywiście o moich wędrówkach i filozofii drogi. Po chwili weszła trzecia osoba. Pokazuję im „chustę Hellera”. Rozmowa staje się coraz ciekawsza. W końcu mówią: – Pan ma niebywałe szczęście, bo rzadko można nas spotkać razem, tylko na obronie doktoratu. Przedstawili mi się, jeden jest profesorem fizyki, drugi teologii, a trzeci biologii. Chcieli mi coś dać, jednak nie mieli nic do zaoferowania. Wtedy jeden z nich wpadł na pomysł: – Dajmy panu tytuł doktora filozofii! – Jakiej filozofii?- pyta drugi. – No jak to jakiej, filozofii życia. No tak, powiedział teolog, w końcu pan robi to, o czym wygłasza się wykłady i pisze artykuły, ale nikt nie wierzy, że tak naprawdę w dzisiejszych czasach jest to możliwe.

Budapeszt, fryzjer, węgierski chłopiec i korona (2)

Ela Kargol

Dzień drugi naszego trzydniowego pobytu w Budapeszcie był dniem deszczowym, niezorganizowanym, gubiliśmy się w mieście, pływaliśmy po Dunaju promem komunikacji miejskiej, od brzegu do brzegu, próbowaliśmy wejść do parlamentu, ale nam się nie chciało albo nie udało. Potężny Gyula Andrássy (https://pl.wikipedia.org/wiki/Gyula_Andrassy) na koniu i cokole, były premier królestwa Węgier i uczestnik powstania w latach 1848-1849, strzegł go dzielnie.

Stacje metra były na mapie, ale w rzeczywistości ich nie było. Wszystkiemu winna była palinka, wypita poprzedniego dnia w urodziny Kingi, Ludwika i Tomka. Palinka przypomina naszą rodzimą przepalankę,(https://pl.wikipedia.org/wiki/Palinka), a kuchnia węgierska bez palinki jest po prostu niestrawna. Trzeciego dnia Helcia i ja myślałyśmy już o pójściu do McDonalda, całe szczęście znaleźliśmy restaurację belgijską. I właśnie w ten deszczowy dzień rodzina zdecydowała za mnie: „Jedziemy na Csepel do Węgierskiego Chłopca”. Dokładny adres znalazłam na węgierskiej stronie internetowej, przekazałam Helci i jazda, dość długa, tramwajem, metrem i kolejką podmiejską skończyła się sukcesem. Była już późna godzina popołudniowa i krajobrazy mijanych pól, nieużytków i pozostawionych domostw z tektury, trochę niepokoiły. Wreszcie dojechaliśmy. Przystanek i Plac noszą nazwę świętego Emeryka, syna i następcy świętego Stefana, równolatka Bolesława Chrobrego, u którego w Gnieźnie Emeryk jakiś czas gościł. Na środku placu jest kościół rzymskokatolicki pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, wokół jest park z alejkami, którymi mieszkańcy skracają sobie drogi w różnych kierunkach. I wreszcie jest. On. Chłopiec z Pesztu, po węgiersku „Pesti srác”, choć brzmi to dość śmiesznie dla polskiego ucha. Niewielki postument chłopca z karabinem, taki sam, który w Szczecinie stoi na Jasnych Błoniach stanął w 2016 roku na placu Szent Imre w Csepel, dzielnicy robotniczej o tradycjach stoczniowo-portowych jak w Szczecinie. Csepel jest częścią wyspy o tej samej nazwie. Dzielnica, która mocno ucierpiała jesienią 1956 roku, dzielnica, dokąd mieszkańcy Szczecina wysyłali krew, lekarstwa, żywność, ubrania, a nawet zabawki. Cała historia tego zaangażowania szczecinian i pomocy mieszkańcom Csepla jest opisana na tablicach informacyjnych stojących na brzegu placu. Plac jest monitorowany, o czym mogliśmy się po kilku minutach pobytu na nim przekonać. Pomnika dotykałam i obchodziłam go z każdej strony, ustawiałam się do zdjęcia. Byłam szczęśliwa, że mój budapesztański plan się spełnia. Stan szczęścia przerwała głośna syrena i głos mówiący przez megafon po węgiersku, lecz dopiero, gdy ochroniarz ruszył w naszym kierunku, zorientowaliśmy się, że to wszystko nas dotyczy. Pędził prosto na nas, wymachując rękoma krzyczał: „Kamera!, Kamera!, Kamera!” Zorientowałam się od razu, pochodzę z czasów, kiedy nie należało deptać trawników, a „Pesti srác” stał na trawniku. Nie pomogły zapewnienia, że jesteśmy from Poland, ja nawet byłam na tę chwilę from Szczecin. Od pomnika musieliśmy odstąpić i podziwiać z należytej odległości, tak jak wszystkie pomniki na tym placu, pomnik Nepomucena, Emeryka, rewolucji węgierskiej i inne. Jedynie tablicom ze szczegółowym opisem pomocy szczecinian mieszkańcom Csepla mogliśmy przyjrzeć się dokładniej. Jestem pod wrażeniem. Co tam Jadwiga, co tam Jagiełło, Bem, Kinga! Bratanki nie muszą być królami, ani wodzami, ani świętymi. To zwykli ludzie, do szabli, szklanki, pomocy, przyjaźni.

Wracając do naszej dzielnicy na nocleg byliśmy świadkami tzw. „wystawki”, czyli wyprzątania mieszkań i piwnic z rzeczy niepotrzebnych niektórym, a poptrzebnych innym. Jak widać Marie Kondo wszędzie ma swoich sympatyków. Zapytany chłopak, szperający w kartonie z książkami opowiadał, że taka akcja przeprowadzana jest raz do roku na koszt miasta. Każdy przy tym znajdzie coś dla siebie, ludność biedniejsza zaopatruje się w ten sposób w meble, sprzęty gospodarstwa domowego, niektórzy biorą inne niepotrzebne rzeczy, by je na drugi rok znowu wystawić. Większość zostaje na ulicach do następnego ranka, kiedy wszystko zostaje posprzątane przez tutejsze firmy trudniące się wywozem śmieci. My również nie mogliśmy się oprzeć zabraniu kilku książek, które, wyjeżdżając, z ciężkim sercem zostawiliśmy w w naszym wynajmowanym mieszkaniu. Nikt z nas nie zna węgierskiego, nie przeczytałby więc „Zbrodni i kary” a tym bardziej „Fausta” Goethego w tym języku. Perłą wśród znalezionych książek okazał się prawie stuletni FOHASZ, modlitewnik dla żydowskich kobiet.

Im mniejsze państwo, tym większe pomniki, tak powtarzał często węgierski kolega Tomka. Gdy dojechaliśmy zabytkowym metrem do Placu Bohaterów, mogliśmy sami się o tym przekonać. Na środku wznosi się kolumna archanioła Gabriela, który według legendy podarował koronę pierwszemu kólowi Węgier, Stefanowi. Stał tu też pomnik Stalina, zniszczony podczas rewolucji w 1956 roku, a po nim Lenina. Archanioła Gabriela otacza półkolista kolumnada podzielona na pół, a w niej wszyscy ważni Węgrzy. Habsburgów po II wojnie światowej nie odrestaurowano, zastąpiono Węgrami, jednym wśród nich jest polski król Ludwik Węgierski.

Księżyc był prawie w pełni, a za placem, który nas przytłoczył swoją wielkością i monumentalnością połyskiwał w poświacie księżyca i reflektrów kolejny potężny zamek, który okazał się zabytkowym „Disneylandem” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Zamek_Vajdahunyad). Zespół historycznych budynków, wybudowany ponad 100 lat temu w różnych stylach z różnych epok, jest konglomerat kopii znanych nie tylko węgierskich budowli, począwszy od średniowiecza, a skończywszy na baroku. Spacer prawie romantyczny przerwała wygrywana na skrzypcach melodia dość dobrze mi znanej „dzieweczki, co do laseczka szła”. Podeszliśmy bliżej, ja zaczęłam podśpiewywać, a skrzypek grał i grał. Potem koniecznie chciał nauczyć naszą córkę trudnej sztuki gry na skrzypcach. Mówił, że nie każdy urodził się Paganinim, ale bez pracy nie ma kołaczy.

Po chwili padły słowa, na które cały czas czekałam, o bratankach tych do szabli i do szklanki. Helci musieliśmy wytłumaczyć, że ten pan nie ma w Polsce bratanków, chociaż właściwie ma, tak samo jak my ich mamy na Węgrzech.

8 marca wracaliśmy do Berlina, po trzech dniach budapesztańskiej przygody. Zmierzono nam już na lotnisku temperaturę, odebrano słoiczek z ostrą papryką, a stewardesy przywitały nas w maskach.

Koronowanych głów niestety przybywało.

Nie znałam larendogry, ale nawet wikipedia poświęca jej krótką wzmiankę (https://pl.wikipedia.org/wiki/Larendogra), a inne strony piszą o niej jeszcze obszerniej. Larendogra, woda królowej węgierskiej, matki króla Węgier i Polski Ludwika Węgierskiego, nie tylko odmładza i jest kosmetykiem, jest również lekiem na całe zło, a więc lekiem, którego w dzisiejszych czasach należy spróbować:

Woda ta (a raczej nalewka) jest godna podziwu przeciw wszystkim przeziębieniom i powodowanym wilgocią chorobom głowy, apopleksji, epilepsji, zawrotom głowy, letargowi, paraliżowi, chorobom nerwów, reumatyzmowi, skazom, skurczom konwulsjom. Utracie pamięci, tępocie, śpiączce, senności, głuchocie, szumom w uszach, zaburzeniom widzenia, koagulacji krwi, bólom głowy powodowanym flegmą i humorami. Pokonuje bóle zębów, bóle i słabości żołądka, zapalenie opłucnej, brak apetytu i złe trawienie, obstrukcje wątroby, śledziony, jelit i macicy. Przyjmuje i konserwuje naturalne ciepło. Odnawia zdolności i funkcje ciała, nawet w starości (tak mówią). Niewiele jest remediów dających tak wiele dobrych efektów. Podawać wewnętrznie w winie lub wódce, przemywać nią skronie, wdychać nozdrzami.

(https://www.hajduczeknaturalnie.pl/tonik-larendogra-naturalny-specyfik/)

Budapeszt, fryzjer, węgierski chłopiec i korona (1)

Ela Kargol

O tym, że pojedziemy do Budapesztu, wiedzieliśmy już od kilku miesięcy. Był to prezent, trochę przypadkowy, od naszej młodszej córki Heleny, obejmujący wiele okazji, począwszy od Świąt Bożego Narodzenia przez Dzień Babci i Dziadka, skończywszy na Dniu Kobiet. Po drodze była jeszcze najważniejsza uroczystość, a mianowicie 60 urodziny mojego męża, Tomka.

Nasza starsza córka Marta spędziła w zeszłym roku kilka dni w stolicy Węgier i cała w zachwytach podarowała nam przewodniki, udzieliła wskazówek i rad typu: “Co musimy koniecznie zobaczyć!”
Czasu było dużo, więc można było się solidnie przygotować, tym bardziej, że żadne z nas nie jest ignorantem w sprawach poznawania nowych miejsc, innej kultury i innej, choć często wspólnej, historii.

Dwa dni przed planowanym wyjazdem zapytałam Tomka, czy zajrzał do przewodników. On na to, że w zasadzie wszystko wie, jest Buda i jest Peszt, a w pracy miał kiedyś kolegę Węgra, jakby to w czymś miało pomóc. Ja wspomniałam coś o Batorym i Jadwidze Andegaweńskiej, córka Helena, że nie wiadomo, czy w ogóle polecimy, bo zbliża się wirus korony i jeżeli dolecimy, to ona i tak nie wyjdzie z wynajętego mieszkania, najwyżej na krótki spacer w samotności.

Dla Tomka oprócz wspomnianych dwóch części miasta i kolegi Węgra najważniejsza miała być wizyta u fryzjera w Budapeszcie. Ten zwyczaj powstał wiele lat temu, kiedy to po raz pierwszy byliśmy w Stanach. Na pytanie “Jak było w Ameryce?” mój mąż odpowiadał: “Byłem u fryzjera”. Później już wszystkie wyjazdy dalsze i bliższe związane były z wizytą w salonie fryzjerskim.

Dzień przed wylotem do Budapesztu przypomniałam sobie o Węgierskim Chłopcu“, pomniku, stojącym na Jasnych Błoniach, w Szczecinie, mieście, które kocham, i odwiedzam w każdej wolnej chwili. Wiedziałam, że bliźniacza rzeźba stoi w Budapeszcie i chciałam ją koniecznie zobaczyć. Wprawdzie oba pomniki powstały w czasach autorytarnych rządów obu krajów, w roku 2016, ale nawiązują do historii z roku 1956, kiedy to „Węgrzy maszerowali pod poskimi sztandarami i z wizerunkami orła białego dnia 23 października 1956. Na transparentach widniały napisy: „Niech żyje odważna polska młodzież”, „Niech żyją polskie zmiany”, „Bem, Kossuth, Petöfi”. Marsz zakończył się pod pomnikiem bohatera Polski i Węgier – Józefa Bema odczytaniem listy żądań studentów. Studenci węgierscy skandowali hasło: „Polska ukazuje drogę…” Solidarnościowa demonstracja studentów węgierskich z protestami polskich robotników stała się przyczyną wybuchu Powstania na Węgrzech w roku 1956“ (https://pl.wikipedia.org/wiki/Stosunki_polsko-wegierskie).

Powstanie, nazwane później rewolucją węgierską, zostało krwawo stłumione przez wojska radzieckie. W wyniku walk zginęło po węgierskiej stronie 2500 osób, ponad 20 tysięcy aresztowano lub internowano, a około 200 tysięcy osób uciekło z kraju do Austrii i Jugosławii. Polacy, już po odwilży gomółkowskiej, a właściwie w czasie jej trwania, zareagowali natychmiast, zaangażowali się w pomoc narodowi węgierskiemu, przekazując krew, lekarstwa, żywność i artykuły pierwszej potrzeby. Dary ze Szczecina przekazano do robotniczego Csepel, dzielnicy na obrzeżach Budapesztu, w jego południowej części. O tej dzielnicy nie piszą przewodniki. Dojazd do niej z centrum Budapesztu był dość skomplikowany, ale to najważniejsze moje budapesztańskie życzenie zostało w pełni zrealizowane i spełnione.

Inaczej rzecz się miała z życzeniami dalszych członków rodziny. Nasza córka nie została w mieszkaniu, które nazywało się obiecująco „Balzac apartament”, a było zwykłą kawalerką z całym zachowanym wyposażeniem z lat 80 ubiegłego wieku. Lot był tani, mieszkanie tanie, ale takie, że niekoniecznie chciałoby się spędzać w nim całe dnie. Helcia stwierdziła, że z „koroną“ jeszcze nie jest tak źle, a my sobie nie poradzimy bez komórek, tylko z mapą. Tomka plany też legły w gruzach, choć na naszej budapesztańskiej ulicy Balzaka było aż czterech fryzjerów. Jeden był zamknięty, drugi zbyt ekskluzywny, a u dwóch pozostałych trzeba było zawsze poczekać godzinę. Tomek w końcu stwierdził, że do fryzjera pójdzie w Lachowicach pod Suchą Beskidzką, dokąd mieliśmy pojechać wkrótce potem. Bądź co bądź trochę ponad sto lat temu były to Austro-Węgry, a moja beskidzka babcia śpiewała o Franciszku Józefie cesarzu Austrii i królu Węgier pochwalne pieśni.

Wylądowaliśmy w Budapeszcie 5 marca, na lotnisku Ferenca Liszta, w dniu urodzin mojego męża Tomka (1960), świętej Kingi (1234) i Ludwika Węgierskiego (1326), przyszłego króla Polski.

Mieszkaliśmy w Peszcie, ale pierwszy dzień spędziliśmy w Budzie, a wieczór w węgierskiej knajpie, nie pamiętam po której stronie miasta, gdzie świętowaliśmy potrójne urodziny.

Do Budy zaprowadził nas Most Elżbiety (żony Franciszka Józefa, czyli Sissi. Jest jeszcze dzielnica żydowska nazwana jej imieniem), wprost na Wzgórze Gellerta, wzgórze samych sprzeczności. Kiedyś zbierały się na nim czarownice i odprawiały sabat, potem przybył biskup Gellert, chcący nawrócić niewiernych, ale poganie poradzili sobie z biskupem, spuszczając go ze szczytu w drewnianej beczce. Pomnik Wolności na szczycie, postawiony w podzięce Armii Czerwonej, po zdjęciu czerwonej gwiazdy upamiętnia wszystkich, którzy polegli za Węgry. Nawet roślinność jest przeciwstawna, na stoku południowym śródziemnomorska, a na północnym prawie alpejska. Spojrzałam na Dunaj, a on piękny i modry tylko u Straussa i w fotoshopie, majestatyczny, dzielący i łączący miasto. Ruszyliśmy do zamku.

Najstarsze zachowane fundamenty Zamku Królewskiego w Budzie pochodzą podobno z czasów Ludwika Węgierskiego. Ludwik, król Polski w latach 1370–1382, nie posiadając męskiego potomka, przekupił szlachtę polską i łapówkarstwem załatwił dziedziczenie tronu swojej córce Jadwidze, właśnie tej Jadwidze Andegaweńskiej, która musiała poślubić Jagiełłę i zrezygnować z zaręczyn z Wilhelmem Habsburgiem. Setki lat Jadwiga wraz z Kingą czekały na kanonizację. No i wreszcie, po znajomości, się jej doczekały. Obie stały się świętymi i patronkami Polski za sprawą papieża Polaka. Pomnik Jadwigi i Jagiełły znaleźliśmy w Budzie przy Bramie Wiedeńskiej, dość nowoczesny, odsłonięty nie tak dawno, powstał z inicjatywy i na koszt Litwy. Żartując jeszcze z „korony”, dotykaliśmy koron obu władców Polski, Litwina i Węgierki, siedzących w dość dużej odległości od siebie, takiej jak odległy był ich związek małżeński i tak jak nakazuje dzisiejszy czas pandemii. W środku insygnia ich władzy, którymi w imię wyższej konieczności ich połączono. Pomnik samej Jadwigi, bez męża ustawiony naprzeciwko pomnika Kingi przy kościele śródmiejskim pw. NMP jest dużo radośniejszy. Nieszczęśliwy był też Batory, zmuszony do ślubu z 10 lat od niego starszą 53-letnią Anną Jagiellonką. Jego pomnik stoi w w dość nieciekawym miejscu, jakby opuszczony, małoważny. A przy jego grobie na Wawelu Węgrzy zawsze przystają i śpiewają hymn „Boże zbaw Węgrów” i wtedy Batory staje się ważny.

Jeśli już o pomnikach piszę, Budapeszt to miasto pomników, pomniczków, monumentów, postumentów, statui (tak się odmienia w liczbie mnogiej statua!), rzeźb na fasadach, na dachach, na stacjach metra, w bramach, parkach, mostach i na… cokołach jak przystało. Pomniki towarzyszyły nam wszędzie. Pan z psem, robotnik z młotem, człowiek z beczkami, Colombo z jamnikiem, maszkaron nad bramą, święty Stefan i święty Emeryk, ryczący lew przy zamku w Budzie, mityczny ptak Madziarów, turul, Węgierski Chłopiec i wiele innych postaci ważnych dla Węgrów, mnie zupełnie nieznanych. Największe jednak wrażenie robią na nas „Buty na brzegu Dunaju”. Pomnik przedstawia 60 par butów damskich, męskich, dziecięcych. Upamiętniają one ludzi, przede wszystkim Żydów, którzy zostali tutaj rozstrzelani, a ich ciała wpadły do Dunaju. Napis na tablicy pamiątkowej w języku węgierskim, angielskim i hebrajskim głosi: Pamięci budapeszteńskich ofiar rozstrzelanych nad brzegiem Dunaju przez uzbrojonych strzałokrzyżowców (było to faszystowskie ugrupowanie założone w 1935 roku, w czasie II wojny światowej kolaborujące z Trzecią Rzeszą).

W ten dzień byliśmy w synagodze budapesztańskiej, największej w Europie, choć przewodniczka, opowiadająca o niej, dodała, że tych największych w Europie jest kilka. Na dziedzińcu pomnik płaczącej wierzby, której metalowe gałązki i liście z wygrawerowanymi nazwiskami zamordowanych Żydów dźwięczą na wietrze, jakby chciały przypomnieć o Holokauście i skomplikowanej historii Węgrów.

Niedaleko dworca Kaleti, dworca wschodniego, wybudowanego w latach 80 XIX wieku, dworca, na który wjeżdżają pociągi z Polski, leży potężny, jak wszystko w tym mieście, cmentarz Kerepesi. Od 1855 roku Węgrzy chowają tutaj swoich zasłużonych artystów, polityków, dziennikarzy, architektów, no jednym słowem wielkich i ważnych ludzi. Grobowce wzbogacone są majestatycznymi rzeźbami. Nad wszystkimi góruje mauzoleum Lajosa Kossutha, wielkiego przywódcy walki o niepodległość z czasów Wiosny Ludów. Pomnik Józefa Bema, przyjaciela Kossutha, bohatera węgierskiego z tamtych czasów i nabrzeże jego imienia musieliśmy minąć idąc na wyspę Małgorzaty. Oprócz pomnika „ojczulka Bema”, jak go nazywali Węgrzy, znajduje się w tym mieście 14 placów oraz ulic noszących jego imię. Czyli chodząc dużo po mieście, być może stąpaliśmy po jednej z nich.

Ciąg dalszy jutro

Alte und neue Amerika oder Amerika als Utopiemuster

Brigitte von Ungern-Sternberg

Slubfurt, die Hauptstadt von Nova Amerika (Nowa Ameryka)
Am 29. Februar habe ich in einer kleinen Galerie im Graefekiez Michael Kurzwellys Vortrag zu seiner ’sozialen Plastik’ in Slubfurt und Umgebung gehört.
Slubfurt? Was soll das sein? Es ist ein ‚realer Ort‘, der Name ist eine Schöpfung aus Slubice und Frankfurt und besagt, dass diese kleine Region zwischen den beiden Städten links und rechts der Oder  weder polnisch noch deutsch ist …  eine schöne Utopie! Diese  aber bleibt kein Traum, sondern wird konkret verwirklicht und das in einer östlichen Gegend, von der man hört und liest, dass sich des öfteren Nazis und Antifas feindlich konfrontieren und Asylsuchende und Migranten sehen müssen, wo sie bleiben.
Ich war sehr beeindruckt.
Im Video führt Kurzwelly anschaulich aus, wie man sich das vorzustellen hat, wer die Mitspieler in diesem real existierenden Territorium mit Nationalfahne, Währung, Regierung sind, das sich in der Grenzregion entlang der Oder ausweitet zu ’Nowa Amerika’.

Ewa Maria Slaska

Amerika als ein Utopie-Projekt

The Church of John F. Kennedy, Roman von Thomas Meinecke (Suhrkamp, 1997)

Der Verleger schrieb zu diesem merkwürdigen postmodernen Buch:

Auf der Suche nach den transatlantischen Luftwurzeln der europäi­schen – und vor allem auch: der deutschen – Kultur in Amerika bewahrheitet sich dem Reisenden Wenzel Assmann die These, daß die USA zwar imstande sind, die ganze Welt über den Einheitskamm ihres »Way of Life« zu scheren, dass sie nach innen jedoch eine bis heute äußerst heterogene Kulturlandschaft voller weißer Flecken und schwarzer Löcher aufweisen. Jene Kadenzen, die von den einzelnen ethnischen Gruppierungen der Salatschüssel U.S.A. auf die europäische Nationalstaatlichkeit, der sie einst entflohen sind, angestimmt werden, erscheinen dabei als nach wie vor utopischer Vielklang, der in krassem Gegensatz zu den engstirnigen Bestrebungen des während seines sogenannten Einigungsprozesses in lärmende National- und wütende Kleinstaaterei zerfallenden Europas steht.

Zugegeben, der obige Text scheint einfach geschrieben zu werden im Vergleich mit dem Roman, den er beschreibt. Ellenlange Sätze von Meinecke sind verschnörkelt, modern baroque und zum Teil vollkommen unverständlich. Dafür aber ist die Materie des Meineckes Buches unheimlich unbekannt und daher auch sehr interessant. Es ist Frühling 1990. In Deutschland wird alles durch die Vereinigung gewendet bzw durch die Wende vereinigt.  Wenzel Assman, einem jungen deutschen privat Forschern, gefällt das, was in seiner Heimat passiert, überhaupt nicht. Er ist einer an die Utopie glaubender Kommunist und glaubt zu wissen, dass die utopischen Gedanken, mit denen man sich an die Vereingung ranmachte, wie etwa die blühenden Landschaften von Helmut Kohl, von dem Kapitalismus locker verschluckt werden. Er flieht nach Amerika und hat es überhaupt nicht vor, zurück zu kommen. In Amerika sammelt Assman Informationen über die Deutschen ebendort, seine Studienreisen finanziert er mit Hilfe Deutscher Telefonbücher, die er in kleinen immer noch sehr deutschen Ortschaften in den Südstaaten zu kostenpflichtigen Durchblättern und Kopieren anbietet. Wenn er aber den Süden Richtung New York verlässt und über die blühende Landschaften der protestantischen Utopie Pennsylwania fährt, nutzen ihn seine Telefonbücher nicht mehr. Die Amische, in dessen Land er sich gerade bei dem beginnenden Winter begibt, sind an ihre europäischen Wurzel nicht interessiert. Sie haben auf dem alten Kontinent Verfolgungen erlitten, müssten fliehen und um ihr Leben bangen, dies unterstützt keine Nostalgie nach die alten guten Zeiten daheim.  Sie machten sich nach Übersee, um endlich so zu leben, wie es ihnen ihre strenge protestantische Religion oktroyiert hat. Dort gründeten sie Pennsylvanien, einen Paradies auf der Erde

Dieser Bundesstaat im Osten der Vereinigten Staaten von Amerika wurde von William Penn (1644 – 1718), einen wohlhabenden und einflussreichen Engländer, gegründet. Er war Theologe, Jurist und erfolgreicher Verwalter seiner zahlreichen Güter. Noch in England gesellte er sich der Sekte der Quaker und erarbeitete ein Modell für eine neue quakersche Siedlung in Nordamerika. Nach dem Tod von Penns Vater, berühmten Admiral, Sir William Penn, beglich König Karl II. im Jahre 1681 eine größere Geldschuld, indem er Penn Junior ein riesiges Gebiet in der nordamerikanischen Wildnis vermachte und ihn zum dortigen Gouverneur ernannte. Das neue Land wurde zuerst „Sylvania“ (Waldland) und dann Pennsylvania als Ehrung für Penn-Papa genannt. Noch im gleichen Jahr, 1681, gründete Penn die Hauptstadt Philadelphia, die damit zu den ältesten Städten der USA zählt.

Und jetzt endlich zum Buch! Zum Buch! Seite 196 und drei weitere.

Der Nachmittag begann bereits diesig zu werden, am Horizont tauchten weitere Schneefall verheißenden Wolken auf, Wenzel hatte bestimmt noch siebzig Meilen durch Pennsylvania vor sich, bis er endlich im gelobten Land der geheimnisvollen Amischen einrollen würde. Links eine Abzweigung nach East Berlin, dann eine nach Weigelstown, rechts ging es nach Hanover und dem Lake Marburg, dazwischen New Oxford, York, ein weiteres Manchester und, schließlich, Lancaster. Wo es dort links nach Mannheim abging, hielt er sich rechts, um wenige Meilen weiter südlich in den Highway 340 einzubiegen. Windige, überdachte Pferdewagen, deren dreieckig fluoreszierende Heckmarkierungen in Assmanns Scheinwerferkegeln aufleuchteten, trabten vor dem zerbeulten Chevrolet her, beachtliche Ackergaul-Gespanne zogen, zu beiden Seiten der Landstrasse, diverses, vorsintflutlich anmutendes Bauerngerät in die stattlichen Scheunen, und hinter den Fenstern der großen, weißgestrichenen Gutshäuser wurden die ersten Kerzen angezündet. Wenzel hielt den Atem an und war tatsächlich etwas erleichtert, als ihm, auf der verschneiten Gegenfahrbahn, eine Kolonne benzinbetriebener Kraftfahrzeuge begegnete, welche ihrerseits, wie Assmann, hinter einem Pferdebuggy klebte. Halleluja, dachte Wenzel, und schlug mit der flachen Hand auf das Lenkrad. Er war nunmehr ein paar Autostunden von New York City entfernt, wenn er sich hierbei nicht gerade um einen weißen Flecken der Karte handelte, so doch, ganz offensichtlich, auf ein weiteres schwarzes Loch in American Dream gestoßen!

Wenzel Assmann beschlos eine Reihe von Tagen im Landkreis der sogennanten utopischen Gemeinden zu verbringen, und bog zwischen den Dörfern Bird-in-Hand und Intercourse, auf deutsch hieß das Geschlechtsverkehr, in die südliche Harvest Straße Richtung Orchard View Motel ein.
Das hübsche Gasthaus wurde von einer Familie abgefallener Amischer betrieben; das hieß, sie waren lediglich noch die reguläre Mennoniten, durften mit der Welt verhandeln, zum Beispiel Gastgewerbe treiben und sogar schwarzlackierten Autos fahren, vorausgesetzt, dass sie an diesen auch alle Chromteile, Zeugen irdischer Eitelkeit, schwarz einfärbten. Ein solchermasse komplett schwarz geschwärzter Chevy Impala parkte dann auch im Hof des Orchard View Motel; dem gewöhnlichen Kinogänger wäre er wie Killer-Limousine aus einem Carpenter’schen Siebziger-Jahre Film vorgekommen, allein der Eingeweihte wußte von dem schicken Design tiefdemütiges Täufertum altdeutscher Zunge auszumachen. Gut nacht! Motelbesitzer Stauffer schlurfte in sein Haus zurück: wahrscheinlich legte er sich schon um acht zu Bett. Assmann dagegen machte sich putzmunter daran, sein Auto auszupacken. Neben ihm logierte ein älteres Ehepaar aus Manhattan, das seine eigenen, lange zurückliegende Hochzeitsreise, vom deutschen Pennsylvanien bis zu den beinahe kosmisch rauschenden Niagara-Fällen, noch einmal über die Weihnachtstage nachvollzog. Zwar waren die beiden extra ins abgelegene Orchard View Motel gegangen, aber daß dessen menonnitischer Besitzer absichtlich keine Fernsehgeräte in die Zimmer gestellt hatte, hielten sie doch für übertrieben und kaum erträglich. Zweiter Themenschwerpunkt der New Yorker, wann immer Assman einen neuen Karton Bücher in sein Zimmer schleppte: Die USA würden von Rechtsanwälten regiert und also ruiniert; auch diese durchaus einleuchtende Verschwörungstheorie hatte Assmann schon des öfteren gehört. Ihm war nun aber weder nach einer leichten Seifenoper noch nach gravierendenr Rechtsprechung zumute, also wunschte er den Yankees einen schönen Abend, holte, bei Stauffer war schon alles dunkel, seine Yuengling-Sechserpackung aus dem Kofferraum und schloß sich in der frommen Stubbe ein. Auf dem Kopfkissen des voluminösen Federbett, wie aus einem Wilhelm-Busch-Bogen, dachte Assmann, lag ein winziges Brustbild des täuferischen Theologen Menno Simons inklusiver rückwärtiger Kurzbiografie; der Mann war 1496 in Witmarsum geboren worden sowie Anfang 1561 bei Bad Oldesloe gestorben; und auf dem Nachtschrank lag, Wenzel hochwillkommen, ein buntes Büchlein mit dem vielversprechenden Titel 20 Most Asked Questions, verlegt in Lancaster im Jahre 1979 nach des Herren Geburt.

Naturgemäß drehten sich alle zwanzig Fragen um die verschiedenen Täufer Gruppen, welche sich in pennsylvania, Dutch Country, Dutch immer für Deutsch, niedergelassen hatten; mit unüberhörbar begünstiegender Betonung der Mennoniten-Sekte, in welche Stauffer gewissermaßen zurückgestoßen worden war. Da aber die Amischen mit der Wißbegirige weitgehend mit mennonitischen Abhandlungen über deren fundementalistischen Glaubensbrüder vorliebnahmen. Frage Nummer Eins hielt sich den auch gleich mit dem Unterschied zwischen Amischen und Mennoniten auf; wobei die ersteren, von denen sich einige Gruppen auch Mennoniter alter Verfassung nannten, als schrullig-archaische Ausgabe der letzten durchgingen. Wo der Mennonit in die Carpenter-Chaise stieg, schwang sich der Amische auf den harten Kutschbock, wo dieser den Lichtschalter drückte, machte jener eine Kerze an, wo Menno Simons’ Anhänger in ihrem kargen, pseudoprotestantischen Kirchenschiff beteten, blieb die Gefolgschaft Jacob Ammans gleich im Bauernstübchen, und so weiter. So etwas läßt sich merken, dachte Assmann und blätterte weiter. Punkt zwei: Zuerst mit Luther und Zwingli gegen die korrupten, alten Katholen, dann die wiedertäuferische Abspaltung in Deutschland, Holland und der Schweiz; anarchistische Anabaptisen-Kommunen kämpfen einen apokalyptischen Dreifrontenkrieg gegen Staat, Katholizismus und Reformation zugleich. Verdachtsmomente der Kriegskommunisten, nach denen Luther die Wucherer in erster Linie aus antisemitischen Beweggründen verurteilt hatte, erhärten sich; Assmann kannte diese geschichten aus seiner eigenen Anarchistenzeit. Frage Drei; Jawohl, die Amischen und Mennoniten sind Christen wie Sie, liebr Motelbesucher, oder wie Dirk Willems, der dem Büttel, welcher ihm nachsetzte und dabei durch die dünne Eisdecke des Dorftümpels gebrochen war, das Leben rettete und daraufhin trotzdem festgenommen sowie 1569 auf dem Scheiterhaufen verbrannt wurde.

Märtyrer, notierte Assmann, spielen offenbar eine zentrale Rolle in den utopischen Kommunen.

Nun ja…

Myślałam, że korony noszą tylko królowie…

Od Adminki: 14 marca czyli wczoraj Ela pojechała do Polski i również wczoraj, ostatnim pociągiem, wróciła. Już poprzedniego dnia na Facebooku pojawiały się informacje, że Polska zaraz zamknie granice, długo jednak nie było wiadomo, kiedy i na jakich zasadach, a to sprawiło, że ci, którzy chcieli jechać do Polski, musieli się liczyć ze wszystkim, że ich nie wpuszczą, że ich nie wypuszczą, że ich odeślą z powrotem, że wylądują w miejscu odosobnienia, zwanym kwarantanną, choć zasadniczo kwarantanna to samo odosobnienie, a nie miejsce. No i zasadniczo, jak sama nazwa wskazuje – na 40 dni, choć na razie trwa ona “tylko” 14 dni, choć już słychać głosy, że powinna zostać wydłużona do trzech, a nawet czterech tygodni.

Ela Kargol

Bilety i plany zmieniałam kilkakrotnie. Najpierw miałam jechać w piątek 13 marca do Szczecina, by w sobotę uczestniczyć w wycieczce pt. “Bitwa o Szczecin” z Michałem Rembasem, który jako jedyny chyba nie odwołał wydarzenia. Jednak po namyśle wybrałam otwarcie wystawy Siegmara Jonasa w Cafe Berlin, też w Szczecinie. Ze Szczecina miałam zamiar udać się do Poznania do mamy i siostry, osób niepełnosprawnych, którymi się opiekuję, po części na odległość, a po części jeżdżąc do nich co dwa tygodnie z Berlina.


Wystawę Jonasa odwołano, a ja głupia, wierząc pisowskim wiadomościom, że granic nie zamkną, kupiłam bilet z Berlina do Poznania na sobotę wieczór. W piątek byłam już zdezorientowana, tym bardziej, że prawie wszystkie wiadomości były zaprzeczeniem tych poprzednich.
Jeszcze raz zawierzyłam pisowskiej jedynce. Trzy razy z rzędu wysluchalam “Aktualności dnia” i zrozumiałam, że w sobotę mogę wyjechać, ale w niedzielę mogę już nie wrócić, na pewno nie pociągiem.
Bilet powrotny miałam na niedzielę.
Kupiłam nowy bilet do Poznania, na 9:37 w sobotę, w sobotę też postanowiłam wracać.
Pełna niepewności, jakiegoś lęku, ale muszę się przyznać, też chęci przeżycia przygody, wyszłam z domu w Berlinie, czule pożegnana przez męża, wsiadłam do autobusu wejściem środkowym, bo przód, razem z kierowcą oddzielony był biało-czerwona taśmą.

W metrze ruch umiarkowany, niektórzy muszą do pracy. Kolejka świeci pustkami, oprócz mnie dwoje ludzi z walizkami. Dworzec Główny w Berlinie jak miasteczko w leniwą niedzielę. Ktoś przyjeżdża, ktoś wyjeżdża. A na środku, na poziomie chyba pierwszym, powstają zagony kolorowych kwiatów. Wiosna za kilka dni.

 

W pociągu jadącym do Warszawy Wars jeszcze był i pojawili się, jak to napisała autorka, kosmonauci mierzący temperaturę. Ona na szczęście miała temperaturę w normie: 36,9. W Warsie trzeba też było wypełnić formularz, ale jeszcze udało się zamówić żurek i smażonego camemberta. Autorka, jak wielu innych podróżujących, jest wielbicielką Warsu (zob. TU).

W pociągu wracającym do Berlina (ostatni taki pociąg, przynajmniej na jakiś czas) było…

… jak za dawnych czasów, radośnie i tłoczno! Bo wszystkie bilety były ważne. Cała Europa w tym pociągu, każdy dokądś chciał pojechać, ale musi wracać, albo inaczej kombinować.
Piwo w kubku do kawy, bo Wars się ewakuował.

Mimo zamknięcia granic, szkół, teatrów, wstrzymania lotów, przejazdów autobusowych i kolejowych wiosna przyjdzie na pewno, nie przyleci samolotem, ani pociągiem. Chociaż, gdy spojrzę przez okno, to muszę stwierdzić, że ona już jest. Udało jej się. Tak jak mnie, wrócić ostatnim pociągiem do Berlina.

Jest.

Tydzień temu powtarzałam z wnukiem wiersz: Jana Brzechwy o wiośnie:

A wiosna przyszła pieszo –
Już kwiaty z nią się śpieszą,
Już trawy przed nią rosną
I szumią: „Witaj wiosno!”


A ten wiersz powstał wczoraj, w pociągu z Berlina do Poznania, w dużej niepewności, w godzinach porannych.

Podróż w jedną stronę?

Jadę, żeby już nie wrócić.
Wracam, żeby nie wyjechać.
Dobrowolnie,
Z miłości,
Poczucia obowiązku,
I czegoś jeszcze,
Nie wiem czego?
Przekory?
Buntu?
Rewolucji?
Ze znakami zapytania.

Mama staruszka, niewidoma
Siostra schorowana
Co one zrobią beze mnie?
Co ja zrobię bez nich?
Znowu mury, znowu granice
I ta niepewność, która boli i straszy.
A na dworcu kwiaty, kolorowe, świeżo nasadzane, tylko dla mnie.

Myślałam, że korony noszą tylko królowie.


Po tygodniu Ela dopisała na FB taki tekst:

Czuję się tak, jak w latach 80, po przyjeździe do Berlina. Z tą różnicą, że wyjechałam wtedy z Polski dobrowolnie, licząc się z tym, że może nigdy już nie wrócę do domu, do rodziców, siostry.
Po dwóch latach kwarantanny w Berlinie wysłaliśmy w ramach „eksperymentu“ siedmioletnią wówczas córkę do Poznania do dziadków. Po wakacjach Marta wróciła do Berlina. Potem była kolej na mnie. Pojechałam i też wróciłam. Zaczęłam jeździć regularnie i regularnie wracałam. Raz miałam tylko nieprzyjemną rozmowę w biurze paszportowym. Zapytano mnie, co ja tam robię. Odpowiedziałam, że studiuję. „A co robią inni studenci?“ „Też studiują“. „To proszę się przypatrywać, co studiują.“
Czy była to próba zwerbowania mnie do współpracy tuż przed upadkiem muru? Jakiś czas nie jeździłam po tym zdarzeniu do Polski, nie pamiętam, jak długo. Wtedy dobrowolnie poddałam się kwarantannie.
Potem wszystko się zmieniło. Granice zniknęły, rodzice się zestarzeli. Potrzebowali mojej częstszej obecności.
Od trzech lat, po śmierci taty jeżdżę regularnie do schorowanej, starej, niewidomej matki i niepełnosprawnej siostry. Opłacam rachunki, robię zakupy, układam lekarstwa, umawiam lekarzy, sprzątam, ale przede wszystkim jestem, rozmawiam, kocham.
Tydzień temu stojąc na dworcu w Berlinie, przypomniałam sobie tamte czasy, tamte niepokoje. Tym bardziej, że konduktorzy niemieccy nie umieli powiedzieć, czy pociag dojedzie w ogóle do granicy. „Bleiben sie hier, sie kommen nicht zurück“. W pociągu każdy mówił coś innego. Najpierw, że do Poznania nie dojadę, a jak dojadę, to na pewno nie wrócę, bo ten ostatni pociąg już nie pojedzie. Dojechałam, czasu miałam dwie godziny na ułożenie lekarstw, wypicie kawy, przytulenie i zrobienie zdjęcia. Ostatnim pociągiem wróciłam do Berlina.

Tu opisuję dokładniej moją “podróż w jedną sronę?”

https://ewamaria.blog/2020/03/15/podroz-w-jedna-strone/

Od trzech lat stałym obrzędem pożegnania jest pstryknięcie zdjęcia mamie w oknie. Tych zdjęć są dziesiątki. Nigdy nie wiem, kiedy będzie następny “pstryk”.
Tydzień temu zrobiłam ostatnie zdjęcie i nie wiem, kiedy będę mogła zrobić następne i czy je zrobię.

Wtorek z Markiem

Tabor Regresywny alias Marek

Żona wysłała mnie po jajka. Chciała żebym pojechał pociągiem. Słucham kobiet, a w szczególności żony, ale robię po swojemu. Tym razem to był błąd. Ale po kolei. Miałem kupić dwadzieścia dwa jajka, dwanaście do naszego pojemnika i dziesięć w standardowym opakowaniu. Wziąłem wózek o wdzięcznej nazwie „Zapilux” i o czwartej rano ruszyłem w stronę Bystrzycy Kłodzkiej. Szło się rewelacyjnie. Zawsze miedzy czwartą a dziesiątą rano idzie się rewelacyjnie, bez odpoczynku, bez picia i bez jedzenia. Na miejscu byłem około ósmej. Kupiłem od znajomego jajka, wypiliśmy kawę, trochę pogadaliśmy i ruszyłem w drogę powrotną. Nie lubię wracać tą samą drogą. Do Bystrzycy Kłodzkiej szedłem przez Kłodzko, Krosnowice, Gorzanów Zabłocie, a z powrotem przez Stary Waliszów, Romanowo, Trzebieszowice. Szło się trochę gorzej zaczęły się przerwy na odpoczynek. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że wprawdzie zapłaciłem za 22 jajka, ale zapomniałem 10, tych w pudełku. No trudno. Nie będę wracał. W Ołdrzychowicach nad rzeką było zejście do wody. Postój i moczenie nóg. W drodze staram się jak najczęściej myć nogi i sandały. W pewnym momencie do wody podchodzi kobieta z wiadrami. To pana wózek? Mój. Skąd pan idzie? Z Bystrzycy. A dokąd? Do Kłodzka. A wstąpi pan na kawę? A wstąpię.

Nigdy nie odmawiam zaproszenia do stołu.

I już siedzimy na podwórku z jej mężem i synem, pijemy kawę, zajadamy pyszne ciasto, kpimy z lokalnych polityków. Bardzo wesoła rozmowa, zapraszają, jak bym wstąpił, jak bym przechodził, jakbym był w pobliżu. Ruszam dalej, jestem coraz bardziej zmęczony, w końcu wspinam się na Przełęcz Droszkowską, gdzie u znajomych zostaję na noc. Wieczorem długa rozmowa przy winie i z pięknymi widokami na Ptasznik i góry Złote. Rano gospodarz mówi, że nie mamy już nic do jedzenia, ale ja mam przecież jajka. No i poszło siedem. Ruszam w kierunku sklepu Madagaskar w Kłodzku. To taki sposób by oszukać chochlika drogi powrotnej. Nie wracam do domu, tylko idę w kierunku jakiegoś miejsca w pobliżu domu, tam kończę wędrówkę i dopiero wtedy wracam. Chochlik drogi powrotnej to taka złośliwa bestia, która utrudnia powrót. Odyseusz miał z nim do czynienia, gdy wracał na Itakę. Jest niebywale przebiegły. Ostatnio jak jechałem do Berlina, to wykiwał mnie i okazało się, że zamiast kupić bilet powrotny na Flixbusa z Berlina do Wrocławia, kupiłem bilet z Wrocławia do Berlina. Oddałem sprawę w ręce kobiet i wszystko wyprostowały. Wróćmy jednak do naszych jajek. Kończę wyprawę u Heni w Madagaskarze, pijemy kawę, no i mogę wracać do domu, dla pewności pcham wózek tyłem. Zbliżając się do domu, muszę minąć sklep spożywczy, a tam siedzą miejscowi zwolennicy Partii Przyjaciół Piwa. A ja z tym idiotycznym wózkiem. Jak minąć ich niepostrzeżenie, żeby się nie śmiali? Podjechałem do nich i pytam: Kto postawi piwo staremu koniowi, który wraca do domu, bo mu się pieniądze skończyły? Wszyscy rzucają się, by mnie poratować. Nie jest tak źle. Jest jeszcze solidarność w narodzie. W domu tłumaczę żonie, jak to się stało, że zostało mi tylko pięć jaj. No, ciebie to tylko wysłać po jajka, mówi żona. Próbuje być zła, ale jej to nie wychodzi.


PS. Te dziesięć jaj, których zapomniałem, odzyskaliśmy. Żona dała je synowi, mówiąc: To są jaja od chłopa. To są jaja są niemyte. Jaja niemyte dłużej zachowują świeżość. Taka jest wiara chłopów.