Z wolnej stopy 37

Zbigniew Milewicz

Młody pan w starszym wieku

Dawniej mówiło się na mierniczego: geometra, albo żartobliwie skoczybruzda. Kojarzył się zwykle z podchmielonym osobnikiem o niedbałym wyglądzie, co biega po polach z łatą i mapą, coś tam mierzy, udowadnia, zapisuje, u gospodarza jeszcze się doprawi bimbrem i znika. Matki pilnowały przed nim córki, a mężowie żony, bo słynął z jurności. Osobiście znam takiego pana, jest moim sąsiadem w Tychach (witaj Kaziu), który może zaświadczyć, że to wszystko prawda, choć sam od lat prowadzi się już bardzo porządnie. Niedawno, z okazji 509 urodzin Gerarda Merkatora, flamandzkiego matematyka i geografa, prekursora współczesnej kartografii, uznawanego za ojca światowej geodezji, branża ta tradycyjnie świętowała. Co prawda wyrosła jej jeszcze inna, konkurencyjna data – 21 marca, ale geodeci to taki naród, który pracuje, kiedy trzeba, a świętuje, kiedy chce, więc zostawmy im wolność wyboru.

Mam również przyjemność znać wnuczkę Prof. Stanisława Kluźniaka – ojca polskiej geodezji. Jesteśmy z Marysią zaprzyjaźnieni od końca lat 80 i jak dzisiaj opowiem o jej dziadku, to usmażę dwie pieczenie na jednym ognisku. Będzie to bowiem wpis na Międzynarodowy Dzień Geodety a dla Marysi – laurka na niedawny Dzień Kobiet, który świętujemy latoś przez cały marzec. 

Stanisław Kluźniak urodził się w 1891 roku w Hebdowie, na ziemi miechowskiej, która była pod zaborem rosyjskim, w wielodzietnej rodzinie wiejskiego nauczyciela. Ojciec miał patriotyczne poglądy, w związku z czym także na pieńku z carskimi władzami, ale dzieci musiały zdobyć dobre wykształcenie. Po ukończeniu z wyróżnieniem polskiego gimnazjum, Stach złożył eksternistyczny egzamin maturalny w języku rosyjskim, otrzymał pierwszą lokatę z odznaczeniem i to otworzyło mu drogę na uczelnie Rosji. W 1914 r. ukończył Instytut Inżynierów Mierniczych w Moskwie – na swoje utrzymanie w czasie studiów zarabiał korepetycjami i drobnymi pracami pomiarowymi – a następnie został wcielony do carskiej armii, ponieważ w tym w samym roku wybuchła Wielka Wojna. Najpierw jest to służba w artylerii, później w wojskach kolejowych, przy czym zataja uczelniany dyplom, żeby uniknąć oficerskich szlifów i wysyłki na pierwszą linię frontu. Obdarzony aktorskimi zdolnościami, skutecznie gra niegramotnego, durnego chłopa i tak, w stopniu szeregowca, szwejkowskimi fortelami, przeżywa wojnę. Jeszcze w Moskwie poznaje piękną studentkę biologii i geografii, kresowiankę Wandę Wolską, biorą ślub i po wybuchu Rewolucji Październikowej w 1917 r. jadą do Briańska, w guberni orłowskiej. Mają już córeczkę Halinkę, przyszłą mamę Marysi. W guberni mieszka wielu Polaków, więc wspólnie z żoną zakładają polskie liceum i to jest początek pracy nauczycielskiej Profesora. Równocześnie wchodzi w politykę, współorganizując Związek Wojskowy Polaków.

Pobyt w Briańsku trwa krótko. Kiedy wojna już dogorywa, ruszają pierwsze transporty kolejowe ze Wschodu na Zachód, a w nich tłumy Polaków; wśród pasażerów jest Stanisław Kluźniak z żoną i dwuletnim dzieckiem. Jadą zatłoczonym, towarowym wagonem, droga jest niebezpieczna, wiedzie przez linie frontu, na którym jeszcze trwają pojedyncze potyczki, ale docierają cało do Warszawy. Do stolicy przeprowadziła się też rodzina z Hebdowa, więc na razie mają dach nad głową. Później znajdą własny. Dla pedagoga z powołania, który wyrósł w nauczycielskim i patriotycznym domu, najważniejsza jest praca oświatowa – Niepodległa potrzebuje geodetów. Jak odpowiedział na to zapotrzebowanie, pisze w życiorysie, który znalazłem w dokumentach rodzinnego archiwum Marysi Mayerhöfer-Trzeciak:

Od powrotu do Polski w końcu 1918 r. jestem 1. nauczycielem kolejno na kursach mierniczych, szkole topografów, Państwowej Szkole Mierniczej 2. dyrektorem Liceum Mierniczego, Technikum Geodezyjnego, 3. habilitowanym docentem na Politechnice Warszawskiej w 1928 r. (pisownia oryginalna).

Życiorys, którym można byłoby obdzielić parę osób, mieści się na połowie kartki maszynopisu i ma jedną charakterystyczną cechę: tytuły profesora pisane są z małej litery, a tylko jego szkoły – z dużej. Świadczy to o wielkiej skromności człowieka, choć językoznawca powiedziałby zapewne, że pisownia się z czasem zmienia i z cechami charakteru nie ma nic wspólnego. W czasie okupacji hitlerowskiej uczy w stolicy na tajnych kompletach, działa w szeregach Armii Krajowej, biorąc udział m.in. w licznych akcjach sabotażowych. Po upadku Powstania Warszawskiego, internowany do obozu w Pruszkowie, ucieka z niego Niemcom.

Kiedy wojna się kończy, wraca do miejsc, w których wcześniej uczył i wykładał – na Politechnikę, gdzie otrzymuje stopień profesorski i kierownictwo Katedry Geodezji, ale najpierw zajmuje się adresem przy ulicy Hożej 88, gdzie stoi ocalały z pożogi budynek szkoły mierniczej. Założona w 1916 roku, dwa lata przed przyjazdem Profesora do Warszawy, jest jego drugim domem. Po okupacji ponownie zostaje tu dyrektorem i nauczycielem, bo kraj znowu pilnie potrzebuje mierniczych – m.in. do przeprowadzenia reformy rolnej, prac regulacyjnych na tzw. Ziemiach Odzyskanych i przygotowania dokumentacji dla odbudowy miast oraz przemysłu. Ponadto bierze na siebie organizację Katedry Geodezji na Wydziale Melioracji Wodnych w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i kieruje nią przez 11 lat. Spełnia się jako naukowiec; jest autorem szeregu cennych prac i podręczników, z dziedziny geodezji i planowania przestrzennego oraz zastosowania pomiarów geodezyjnych w pracach rolnych.

Punkt ciężkości jego zainteresowań naukowych leżał w kręgu tradycyjnej, klasycznej niejako geodezji. Tworząc, miał zawsze na celu aktualne potrzeby techniczne, a w swych pracach, jako autor podręczników i jako redaktor wielotomowej Geodezji gospodarczej, dążył do aktywizacji nowych metod geodezyjnych, przy sporządzaniu map do różnego rodzaju potrzeb gospodarczych kraju.
Jako człowiek był z natury bardzo dobry i uczynny, chociaż niełatwo udzielał kredytu zaufania. Nie uznawał kompromisów tam, gdzie należało odróżnić dobro od złego, co łączyło się poza tym z odwagą cywilną nazywania wielu rzeczy po imieniu. Oportunistą nie był.

Pamiętne jest wystąpienie Profesora w 1956 r., w pewnym gronie naukowców, w którym zażądał uwolnienia z sowieckich łagrów polskich więźniów, wywiezionych w głąb imperium, po napaści ZSRR na Polskę, 17 września 1939 r. Przekonującą i spokojną, lecz śmiałą argumentacją umiał zjednać dla dobrej sprawy swoje środowisko.

Inaczej działał w obronie swoich własnych interesów. Kiedy w latach międzywojennych, po krótkim okresie docentury na Wydziale Geodezyjnym Politechniki Warszawskiej, wbrew swojej woli zmuszony był opuścić tę placówkę, zareagował na to posunięcie w sposób godny uczonego: wydał w r. 1928 największe objętościowo w historii polskiej literatury geodezyjnej dzieło, jakim jest Geodezja niższa, o przeszło 1100 stronach formatu A4, a następnie w r. 1937 – prawie na 500 stronach – Urbanizm. Pozostał tylko przy swojej szkole mierniczej (…), nie opuszczając jej już do końca życia, nawet po objęciu katedry w S.G.G.W. Młodzież ukochał szczerze i rozumnie: był wyrozumiały, choć niezbyt pobłażliwy. Kiedy zwrócono kiedyś uwagę, że umie sobie jakoś dawać radę z tą niesforną czeredą, ktoś zauważył: Rozumie młodzież, bo sam jest młody od środka: to taki młody pan w starszym wieku… Wychowankowie odpłacali Mu się szczerym szacunkiem i przywiązaniem, a tłumne ich przybycie (z niejednego już pokolenia) dla oddania Mu ostatniej posługi, było wprost wzruszające.

W szkole przy Hożej, dzisiaj noszącej imię Profesora, miał mały pokoik, w którym często nocował. Marysia mówi, że rzadko bywał w domu, co nie znaczy, że nie darzył miłością i troską swoich najbliższych. Pokazuje mi jeden z wierszy, które dziadek napisał specjalnie dla niej, pierwszej wnuczki oraz dla Wandy, jej młodszej siostry. Warszawa leżała jeszcze w gruzach, ludziom żyło się biednie, ale geodeta-poeta miał wiele nadziei, humoru i fantazji.

Odszedł nagle, 1 października 1957 r. We wspomnieniach o Profesorze Stanisławie Kluźniaku, zamieszczonych w Zeszytach Naukowych Politechniki Warszawskiej (Geodezja Nr. 5, 1960), z których pochodzą wcześniej cytowane zdania, jest adekwatny czterowiersz:

Pragnęłoby się wiedzieć, że się gasnąć będzie
Nie jak knot ogarka, pełgający wszędzie,
Lecz jak żarówki, które w oka mgnieniu gasną,
A przedtem do ostatniej chwili świecą jasno.

Autorem tego epitafium jest filozof, Prof. Tadeusz Kotarbiński.

Czekając na boga luk

Poprosiłam autora, żeby napisał coś na temat boga luk (God of the Gaps), a on przysyła już drugi wpis, gdzie nie ma ani słowa o tej istocie (pierwszy był TU). Jednak nie należy się niecierpliwić, a zatem po prostu czekam i Wy ze mną…

Jedyna informacja na temat Boga, jaką ostatnio dostałam od Autora, brzmiała tak:

Karol Olgier Borchard w swej najsłynniejszej książce, Znaczy kapitan, opisuje jak to oficerowie Batorego sprzedawali statek ortodoksyjnym Żydom na czas szabatu. Żydzi mieli problem, że na czas szabatu będą poza domem. Wtedy rabin im doradził, by na ten czas kupili statek. Gdy sprawa się wydała, kapitan Mamert Stankiewicz zrobił im awanturę. „To, że oni oszukują swojego Boga, to ich sprawa, ale że moi oficerowie pokątnie handlują moim statkiem, to jest niedopuszczalne”.

Dawid Hadar mówił mi, że Bóg jest już stary, słabo słyszy i niedowidzi można go oszukiwać.

Ale stary Bóg i bóg luk to chyba nie jest ta sama istota, bo bóg luk musi jednak sprawnie wskakiwać wszędzie, gdzie akurat okaże się potrzebny, i musi tam robić to, co do niego należy.

Tabor Regresywny

Podobno Napoleon swoje sukcesy zawdzięczał pewnej modyfikacji szyku marszowego. W normalnym wojsku szyk marszowy wygląda tak; najpierw idą zwiadowcy, za nimi awangarda czyli straż przednia, dalej główna kolumna, a za główną kolumną ariergarda, czyli straż tylna. Zadaniem ariergardy jest wyłapywanie dezerterów. Nie ma się co dziwić, niektórzy mając dość wojny, tęsknią za dziewczynami z rodzinnej wsi i uciekają. Napoleon wprowadził między główną kolumnę a ariergardę markietanki. Liczba dezercji istotnie spadła, a zapał do walki wzrósł.
Sukces Sobieskiego pod Wiedniem polegał na tym, że husaria ruszyła na Turków od strony Lasu Wiedeńskiego, przeleciała przez obóz turecki i znalazła się na tyłach wojsk tureckich, mając harem Kara Mustafy za plecami. Turcy nie mieli szans.
Ale do rzeczy. Na czele pochodu cywilizacyjnego kroczą fizycy. Za nimi awangarda inżynierów i wynalazców, przekuwająca odkrycia fizyki na pożyteczne wynalazki. Dalej idzie lud produkująco-konsumujący te wynalazki. Niestety zdarzają się dezerterzy z tego triumfalnego pochodu, malkontenci którym nie w smak jest postęp cywilizacyjny. Kierowani jakimiś bliżej nieokreślonymi tęsknotami, próbują się wyłamać. Pochód zamykają psychiatrzy, który z większym lub mniejszym skutkiem przywracają dezerterów zdrowemu społeczeństwu.

Okazało się, że jeśli między lud produkująco-konsumujący a psychiatrów wstawić artystów, to dezercji będzie mniej. Marketanki dawały żołnierzom namiastkę miłości i to wystarczało, by żołnierze zapominali o dezercji. Czy artyści też dają namiastkę czegoś? Czego?

Zwiadowcy
Straż przednia
Główna kolumna
Markietanki
Straż tylna
Fizyka
Technika
Produkcja
Sztuka
Psychiatria

***

Wymówka pogodą też powoli przestaje być aktualna. Pozostał problem z obostrzeniami sanitarno- epidemiologicznymi. Obawiam się, że scrabble nie zrobią wrażenia na granicy. Trzeba by coś wymyśleć, czymś się wyłgać.

Rozwój pandemii i coraz bardziej wątpliwa skuteczność szczepień wskazują na to, że trzeba będzie wrócić do starych sprawdzonych sposobów radzenia sobie z epidemią i innymi chorobami.
W średniowieczu gdy panowała dżuma, Europę przemierzały pielgrzymki biczowników. Można by do tego wrócić, ale jest to sposób mało estetyczny, promujący przemoc i mogą być problemy z chętnymi. Innym sposobem stosowanym w prymitywnych społecznościach, które nie wiedziały nawet o istnieniu lekarzy, nie mówiąc już o koncernach farmaceutycznych, było szukanie odpowiedzi na pytanie – co takiego wydarzyło się w naszej społeczności, do jakiego naruszenia ładu kosmicznego doszło z naszej winy na ziemi, że pojawiła się choroba? To podejście, wydaje się, bardzie pasuje do współczesnego świata, szczególnie w świetle Młodzieżowego Strajku Klimatycznego. Już widzę te międzynarodowe konferencje, z których nic nie wynika, te szczyty unijne, w czasie których elita intelektualna nie jest w stanie ustalić nawet porządku obrad. Tych utytułowanych ekspertów, wydających sprzeczne opinie.
Nie, to się nie uda, lepiej wrócić do biczowania. Będzie szybciej i taniej. Niestety w 1345 roku papież Klemens wydał bullę, w której zabronił biczowania. Można by biczowanie zastąpić czymś innym, na przykład wędrówką połączoną ze zbieraniem śmieci. Może znajdą się chętni. Chyba tego nam nie zabronią? Nie wiem tylko czy to poskutkuje, ale można spróbować.
Czyli: Wypada mi dostarczyć “Kawkę” do Berlina, zbierając po drodze śmieci i uwzględniając sytuację politycznie-epidemiologiczną.

Bal przebierańców na obozie stowarzyszenia “Pod klonowym liściem”. Największą furorę zrobił Wiatrak.

Najnowsze doniesienia w sprawie szczepionek:

15.02.2021 Na WP jest artykuł “Miały czekać w magazynach. Co dzieje się z drugimi dawkami?”
***
15.02.2021 Tylko rząd Baratarii zachował zimną krew. Sprzedał drugą dawkę szczepionki A na wirusa A za podwójną cenę i za te pieniądze kupił dwie dawki szczepionki B na wirusa B, który wypiera wirusa A. Po podaniu pierwszej dawki drugą sprzeda i kupi dwie dawki na wirusa C. Genialne.

Rozmowy polskie zimą 2021 roku

Ewa Maria Slaska

Książka i ci, co o niej rozmawiają

Rozmowa o książce odbyła się na zoomie w dniu 8 lutego 2021 roku. Brali w niej udział sami utytułowani naukowo ludzie i ja. Moderatorka, Iwona Dadej, zaprosiła czworo autorów (ten polski rodzaj niemęskoosobowy! trzy autorki, jednego autora!) i czworo czytelników (to samo 3+1). Byłam w tym gronie jedyną osobą pamiętającą dobrze PRL. Ale ponieważ jestem stara, to pamiętam nie tylko PRL, ale również czas, kiedy rozmowa oznaczała, że spotykają się ludzie i ze sobą rozmawiają, a to oznacza, że ktoś coś mówi, a ktoś inny już niecierpliwie wierci się na krześle, bo chciałby na to odpowiedzieć, ktoś przerywa, ktoś coś wtrąca niby na boku, ale tak, żeby wszyscy słyszeli, ludzie nawiązują ze sobą kontakt, myśli latają jak trzmiele na wiosnę, a moderator to nie jest Władca Czasu i Dostępu do Mikrofonu, tylko człowiek, który ma przedstawić kolejnego rozmówcę (a bogdaj to, sami możemy to zrobić!) i zadbać o wypełnienie luki, gdyby nagle się okazało, że nikt nic nie ma do powiedzenia i zapada głucha (głupia) cisza. Choć i tak trzeba przyznać, że nasza regentka robiła, co mogła, żeby jej władza była jak najmniej dokuczliwa. Tym niemniej i ona nie mogła nic zdziałać przeciw “reżimowi” takiej rozmowy AD 2021.

No więc nie było rozmowy, tylko wystąpienia i statementy. Szkoda, bo ja bym chętnie porozmawiała tak naprawdę, szczerze i od serca z autorami tej książki. Powiedziałabym, co myślę i tak długo bym ich dręczyła, aż bym wymusiła na nich sensowne odpowiedzi i nie musiałabym się zadowalać akademicką gładką nowomową, wygłaszaną przez ludzi, którzy połknęli kij (no, nie wszyscy – pani Barbara na pewno nie połknęła kija) i przez to zapomnieli, jak się uśmiechać, przejmować i angażować w temat. Tak się zachowywała tylko mieszkająca (przebywająca) w Szwecji Białorusinka – Olga Sasunkiewicz. Ale tak poza tym było tak, jak zawsze, już od dawna, a nie tylko w czasach pandemii, był akademicki dyskurs, w którym wszyscy wszystkich chwalą i wszyscy są z siebie zadowoleni.

Przygotowałam sobie uprzednio notatki, na wypadek, gdybym zapomniała języka w gębie. Nie były mi potrzebne, pamiętałam dobrze, co chcę powiedzieć, powiedziałam znacznie mniej niż chciałam i dostałam następującą odpowiedź zbiorczą, wygłoszoną cztery razy, bo udało mi się zadać cztery pytania: mieliśmy inne założenia, nie chcieliśmy tego uwzględniać, ale może szkoda, bo może dobrze by było. Aha. W dwóch wypadkach odpowiedź uzupełniło stwierdzenie: nie mogliśmy tego uwzględnić, bo nie ma na ten temat badań!
Jak to nie ma badań?! Czy ośmioro naukowców nie odczuło wstrząsu po takiej wypowiedzi? Nie ma badań! To trzeba je było zrobić, albo odważnie sformułować tezy-hipotezy bez badań cząstkowych. OmG, nauka była kiedyś cudowną przygodą myślącego umysłu, który mógł się zająć wszystkim, czym chciał, a teraz jest żmudnym zbieraniem materiałów, mrówczym przeprowadzaniem badań, kolekcjonowaniem punktów i wymuszonym (!) odpisywaniem od innych. Bo jak inni nie zrobili badań, to nie ma czego cytować, a zatem nie możemy na ten temat pisać?

Nie pierwszy to raz, że rozpacz mnie ogarnia w obliczu tego, czym stała się nauka. Już o tym pisałam. Na przykład TU. Albo TU. I TU. I nie pierwszyto raz, że sama siebie z zachwytu klepię po ramieniu, że udało mi się uniknąć pułapki, jaką jest wysoka nauka akademicka. A mogłam byłam była (bymbyłabyła), pracowałam na uczelni, rozpoczęłam pisanie pracy doktorskiej i… ogarniało mnie przerażenie na myśl, że teraz TAK będzie wyglądało moje życie.
A przecież 45 lat temu nauka była jeszcze cudownie wolna w porównaniu z tym, czym się stała dzisiaj. Bo cóż tak naprawdę ograniczało naukowca w Polsce w pierwszej połowie lat 70?

Tylko Komuna! Phi!

Niech żyje nauka niska! nauka z rozmów i przemyśleń, tradycji i intuicji, odwagi i samodzielnego myślenia! A oto moje notatki, sporządzone przed spotkaniem zoomowym. Nie obejmują one wszystkich zagadnień, w końcu wiadomo było, że to spotkanie potrwa dwie godziny, a na pewno będzie musiało się wpowiedzieć osiem osób i ewentualnie jacyś słuchacze:

Co mi się podoba, to fakt, że powstało kompendium, obszerne, napisane wartkim językiem, interesujące. Gratuluję!

Podoba mi się też wyjściowa teza, że obraz sytuacji kobiet w PRL stworzony po roku 1989 był uproszczony i pełen luk.

Ale niestety to, co Państwo stworzyliście, jest też uproszczone i ma braki. A szkoda, bo przez następne kilkadziesiąt lat Wasza książka będzie czytana i cytowana wszędzie na świecie, gdzie badacze się zajmują sytuacją kobiet w PRL, a brakuje w niej wielu ważnych spraw i ludzi.

Posłuchajmy tej listy nazwisk:

Maria Janion
Agnieszka Holland
Krystyna Janda
Wisława Szymborska
Kora Jackowska
Magdalena Abakanowicz
Ewa Demarczyk

To były najważniejsze kobiety PRLu! To były nasze wzory zachowań, wyglądu, walki, odwagi cywilnej. Nie Zofia Grzyb, tylko Janion, Holland, Janda! Tych kobiet nie ma w tej książce. Listę można wydłużyć: nie ma Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Kuncewiczowej, nie ma rysowniczki Mai Berezowskiej, która zmieniła nasze widzenie erotyki kobiecej. Nie ma pisarek z okresu transformacji, które zapoczątkowały tzw. literaturę menstruacyjną w Polsce i które opisywały widzianą przez kobiety rzeczywistość PRL, a zatem nie ma też jednej z nich, czyli Olgi Tokarczuk.

Nie ma Krystyny Jandy, której rola w filmie Człowiek z marmuru (1977) stała się wzorem wszystkich młodych nowoczesnych kobiet. To od niej uczyłyśmy się bezkompromisowej postawy, która już kilka lat później okazała się tak potrzebna podczas strajków 1980 roku.
Ale nie ma też filmu Agnieszki Holland Kobieta samotna (1981), która ukazała tak straszny ciężar bycia kobietą w PRL, że każda z nas skłonna była na klęczkach dziękować za to, że ją spotkał jednak inny los.

To mogłoby nie mieć znaczenia w pracy naukowej, gdyby nie fakt, że sami Państwo piszecie, że sięgacie do „tekstów kultury popularnej, filmów, przedstawień plastycznych, beletrystyki“ (str. 16 i 17). I gdyby nie fakt, że akurat TE kobiety były wzorcami dla kolejnych pokoleń Polek w PRL. Nie piszecie o nich, nawet ich nie cytujecie!

Nie piszecie o religii i roli kościoła, no bo… nie piszecie.
To samo o problematyce homoseksualnej – bo nie.

Uzasadniacie to tym, że każdy rozdział książki jest propozycją autorską i że te braki to wasze „przemyślane decyzje“ – w trakcie rozmowy dowiedziałam się jeszcze, że… nie ma badań!

Niestety te braki świadczą albo o nieznajomości sytuacji w PRLu, albo (choć nie chce mi się w to wierzyć!) o podporządkowaniu Waszej wizji, obowiązującym założeniom współczesnej narracji historycznej AD 2020. Bo jak inaczej wytłumaczyć nieobecność choćby tych czterech najważniejszych kobiet z mojej listy: Janion, Holland, Janda, Tokarczuk? Czy to przypadek, że akurat wszystkie cztery są, czy były, twarzami protestu obywatelskiego przeciwko kolejnym decyzjom obecnej władzy?

To jednak niestety nie wszystkie braki:

1/ Z rozdziału o aborcji czytelnik nie dowie się nawet, od kiedy aborcja w PRL była legalna (a była legalna w latach 1956 – 1993). I oczywiście szkoda, że nie ma tu odniesienia do tego, jak dramatycznie problem aborcji wygląda w roku 2020 i 21.

2/ Brakuje rozprawienia się z popularną na Zachodzie teorią, że w Polsce nie było tzw. drugiej fali feminizmu w latach 60 i 70 – konieczna byłaby konkretna teza – była druga fala, tylko się tak nie nazywała!

3/ Przesadnie opieracie się na badaniach anglojęzycznych, które mówią o Europie Wschodniej i Polsce w kontekście Związku Sowieckiego.

4/ Nie ma osobnego rozdziału o kobietach jako inspiratorkach, twórczyniach i odbiorczyniach kultury.

5/ Zbyt intensywnie omówiona została Liga Kobiet, co zmienia w oczach Czytelnika jej funkcję w życiu społeczno-politycznym PRL.

6/ Niejednolity język – zwłaszcza w sprawie feminitywów i neologizmów

7/ Wspaniałe wprowadzenie nt. gender, ale dlaczego nie ma tam ani jednego słowa nt. tego, co w Polsce się stało z tym terminem i w jaki wstrętny sposób został wykorzystany? I to akurat w czasie, kiedy Państwo pisaliście tę książkę.

8/ No i dwa zwyczajne głupstwa:

Napisaliście, że internowane w Gołdapi chwaliły sobie internowanie, bo mogły odpocząć!
No halo!? Naprawdę?

I na koniec perełka bezsensu z rozdziału “Uroda”: twaróg produkuje się z serwatki!

Nie proszę Państwa, twarogu NIE produkuje się z serwatki, serwatka jest produktem ubocznym produkcji twarogu! I każdy człowiek zajmujący się PRL musi to wiedzieć, bo twaróg był obok ziemniaków i cebuli jednym z najważniejszych środków spożywczych w Polsce! I każdy w PRL-u umiał domowym sposobem wyprodukować twaróg ze zsiadłego mleka (teraz się nie da).

Powiecie – nieważne głupstwo! Tak, zapewne, ale jeżeli w takim głupstwie nie wiecie, o czym naprawdę piszecie, to dlaczego mamy Wam wierzyć w sprawach poważniejszych niż twaróg i serwatka!?

W worku jest ser biały, czyli twaróg, w garnku to, co odciekło, czyli serwatka 🙂

Tate Modern po raz drugi

Ewa Maria Slaska

Tak sobie tydzień temu napisałam trochę o Tate Modern i… poczułam niedosyt. Bo o Tate Modern można oczywiście w nieskończoność, a ja chciałam “tylko” o oknach, korytarzach, schodach i Themersonach, ale już i te chcenia wystarczyły, by znowu napisać o Tate Modern.

Okna i schody są moim ulubionym tematem w muzeach i w innych budynkach publicznych. Ale możliwe, że w muzeach przede wszystkim, bo są wytchnieniem dla oka i ducha, pozornie zajętych wchłanianiem sztuki wielkimi kęsami, a tak naprawdę coraz bardziej znużonych. Widok za oknem, pusta przestrzeń westybulu, funkcjonalność schodów przynosi ogromną ulgę. W Tate Modern świetnie to wiedzą. Naprzeciwko wielkich okien z widokiem na panoramę Londynu z Tamizą, katedrą św. Pawła i wieżowcem The Shard stoją długie ławki. Na każdej siedziała jedna osoba. Skutek pandemii czy postępującej atomizacji społecznej?

A o Themersonach muszę też koniecznie napisać, bo wydaje mi się, że ze “starej” polskiej sztuki tylko oni zostali pokazani w Tate. Z nowej wciąż się ktoś pojawia, ale ze starej nie ma nikogo, choć przecież co najmniej Witkacy świetnie by tu pasował. Albo “papież awangardy”, Tadeusz Peiper.

Themersonów znałam od dzieciństwa, bo moi rodzice i ich przyjaciele byli miłośnikami Przygód Pędrka Wyrzutka, książeczki dla dzieci, napisanej przez Stefana Themersona, a zilustrowanej przez jego żonę – Franciszkę.  Pędrek Wyrzutek był w zależności od tego, z kim rozmawiał, człowiekiem, rybą, psem i słowikiem. Ludzie widzieli w nim psa, według psów był słowikiem, a według słowików – rybą. Książeczka to seria odrębnych opowiastek o wędrówkach Pędrka i istotach które spotkał. Były to profesor-wielbłąd, karabinier, małpa, król Pingwin, kapitan Metaferejn, Subiekt sprzedający kapelusze, wilk i Mały Zafrasowany Człowieczek. Z tych historyjek najlepiej zapamiętałam świat, gdzie wszystko było udawane, ale ponieważ wszyscy się na to godzili, można było… udawać, że jest to świat prawdziwy.

Autor, z wykształcenia filozof, w tej błahej historyjce zadaje poważne filozoficzne pytania, o sens życia, o zgodę na normy, zasady i konwenanse, o to kim jesteśmy?

A skoro już jesteśmy przy pytaniu, kim jest Pędrek Wyrzutek, nie mogę nie zacytować tu wiersza Wisławy Szymborskiej Zdumienie:

Czemu w zanadto jednej osobie?
Tej a nie innej? I co tu robię?
W dzień co jest wtorkiem? W domu nie gnieździe?
W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?
Dlaczego tylko raz osobiście?
Właśnie na ziemi? Przy małej gwieździe?
Po tylu erach nieobecnosci?
Za wszystkie czasy i wszystkie glony?
Za jamochłony i nieboskłony?
Akurat teraz? Do krwi i kości?
Sama u siebie z sobą? Czemu
nie obok ani sto mil stąd,
nie wczoraj ani sto lat temu
siedzę i patrzę w ciemny kąt
– tak jak z wzniesionym nagle łbem
patrzy warczące zwane psem?

Stefan Themerson, urodził się w roku 1910 w Płocku, zmarł w roku 1988 w Londynie. Był nie tylko filozofem, ale awangardowym artystą, pisarzem, poetą, eseistą, filmowcem i kompozytorem; stworzył koncepcję poezji semantycznej i maszynę do filmowania poklatkowego. Pisał po polsku, francusku i angielsku. Jedna z recenzentek Pędrka (Marta_25) pisze: Stefan Themerson stworzył powieść uniwersalną, która do dziś nie traci na wartości. To książka trudna, wymagająca od czytelnika sporego zaangażowania i pewnej zdolności „zacierania granic” między fikcją, a rzeczywistością.

Themerson na tle obrazu swojej żony, Franciszki.

Równie niezwykłym powieściowym bohaterem Themersona co Pędrek jest też profesor Mmaa, czyli termit-antropolog, prowadzący badania nad ludźmi. Termity są bardzo dociekliwymi naukowcami, a zdobywają wiedzę pożerając książki. Wykład profesora Mmaa to kolejna opowieść utopijna o całym życiu i całym świecie, pełna odniesień do filozofii, religii i psychoanalizy.

Franciszka Themerson z domu Weinles (ur. 1907 w Warszawie, zm. 1988 w Londynie) – polska malarka żydowskiego pochodzenia, rysowniczka, ilustratorka, scenografka; wydawczyni; żona Stefana Themersona.

W Tate znaleźli się oboje głównie dzięki awangardowym filmom. Wikipedia wymienia ich siedem, ale cztery zaginęły. Dwa powstały w Londynie na zlecenie Rządu RP na Uchodźstwie. W Tate można obejrzeć film The Eye & The Ear, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – rekonstrukcję  Apteki.

W historii Themersonów wzrusza mnie też ich wzajemne przywiązanie do siebie. Byli kuzynami, poznali się, gdy Stefan miał lat 19, a Franciszka 22, pobrali się dwa lata później. Przeżyli ze sobą ponad 50 lat i jak twierdzą wszyscy, którzy ich znali, przez cały czas byli bardzo dobrym, zaprzyjaźnionym ze sobą małżeństwem. Umarli w tym samym roku, w odstępie trzech miesięcy.

Rozmowy a nauka (rozmowy z Konradem)

Ewa Maria Slaska, Konrad oraz (z książek) Dariusz Bogucki, Jack Halberstam

Kasi i Konradowi z podziękowaniem za tysiące inspiracji

Dla wyjaśnienia, dla tych, którzy może tego nie wiedzą. Konrad wiosną zdał maturę w Gdańsku, ma 20 lat i od września studiuje filozofię na jednym z uniwersytetów w Anglii. Komunikujemy się głównie za pomocą WhatsAppa. Przysłał mi (na moje własne życzenie) skrin z prezentacji na temat kradzieży, omawianej podczas wykładów z etyki. Siedem sposobów okradzenia torebki pani Jessop. Chociaż moim zdaniem to nie są sposoby, tylko motywacje, powody albo przyczyny. Ale nie bądźmy drobiazgowi.

Ewa: Przeczytałam, ale jakoś nie poruszyło mnie to wyliczenie
Konrad: Mało co Cię porusza z moich zajęć 🙂. Już się przyzwyczaiłem
Ewa: Naprawdę? Ojej, przepraszam
Konrad: Za co? Tak reagujesz. Jest ok. Może po prostu to nie jest Twoja działka i to Cię zwyczajnie nie interesuje.
Ewa: Nie, nie o to mi chodzi. Mnie interesują różne rzeczy, to nie jest więc pytanie, czy to moja działka, czy nie. Kradzież jest zresztą fascynującym tematem literackim, socjologicznym, politycznym. Oczywiście również filozoficznym. Moim ulubionym bogiem greckim jest Hermes, czyli, wiadomo, bóg kupców i złodziei. Ma skrzydła u stóp. Ale te rzeczy, które mi przysyłasz, są bez polotu i ciężko obarczone nudną powagą. Bardzo nie angielską.
Konrad: Hmmm. No taka jest filozofia 🙂. Szalone pogadanki w środku nocy na balkonie zamieniają się w naukę.

Hmmm, no cóż, ponad wszystko uwielbiam pogawędki na balkonie, a rozmowę uważam za najwspanialsze osiągnięcie ludzkości 🙂

Dariusz Bogucki
z książki Śladami życia

Ciocia Marysia (…) zaproponowała, bym (…) stanął do egzaminu na kurs wstępny na Politechnikę Gdańską. Bo akurat taki się organizuje dla tych wszystkich, którzy nie mieli matury, a chcieli studiować. Bedziesz tam miał to swoje budowanie okrętów, powiedziała, i to od razu na poważnie, na przyszłość.
Plan był prosty: jeśli zdam, a następnie ukończę kurs, po roku będę studentem. Mieszkać zaś mogę u wujostwa, a nie w płatnym internacie.
Zamilkłem z wrażenia. Moje wyśnione morze było na wyciągnięcie ręki, ale decyzję, jakże ważką i „dorosłą”, musiałem podjąć samodzielnie, bez odwoływania się do starszych. No, i nie był to wcale prosty plan. Intuicyjnie czułem jednak, że choć to, co zamierzyłem, jest potwornie trudne, to jest to dla mnie wielka szansa.
(…)
Egzamin na poziomie maturalnym, dopuszczający na kurs wstępny, miał się odbyć na początku września. Wróciłem zatem do Gniezna i zabrałem się ostro do pracy. Powtórzyła się sytuacja sprzed paru miesięcy. Czekał mnie egzamin, do którego brakowało mi dwóch lat regularnej nauki, tyle że o poziom wyżej, bo nie gimnazjalnej, tylko licealnej. Do tego teraz byłem zdany wyłącznie na siebie, gdyż nie było tu pani Lody, która mi wtedy tak bardzo pomogła. Nie miałem też książek, z których mógłbym się uczyć. Skromna biblioteka pani doktor, u której mieszkała moja mama, była czysto medyczna, a w mieście na żadną bibliotekę nie natrafiłem. Gniezno bowiem w czasie wojny zostało włączone do Reichu, a to oznaczało, że działania okupantów miały na celu całkowite zniemczenie wszystkich podległych im grup etnicznych i kulturowych. Stąd niemal zupełny brak polskiego dziedzictwa w tym, co odzyskaliśmy tutaj po wojnie.
Nie mając wyboru, zmieniłem taktykę i zamiast z książek, uczyłem się przez rozmowy z mamą, z panią doktor, i w ogóle z każdym, kto pojawił się na horyzoncie naszego życia. Tak przygotowany, a właściwie nieprzygotowany, z początkiem września pojechałem do Gdańska. (…) Bez większej nadziei, ale zdeterminowany, zasiadłem do egzaminu. Tym razem nie były to zadania, tylko ogromny zestaw pytań w postaci testu z całej wiedzy, jaką przystępujący do matury licealista powinien rozporządzać. Na połowę pytań odpowiedziałem zaraz przy pierwszym czytaniu, na pozostałe, wprawdzie już z namysłem i niezbyt pewny swego, zdążyłem odpowiedzieć, mieszcząc się w czasie.
Następnego dnia okazało się, że dałem prawidłowe odpowiedzi na niemal wszystkie pytania. Egzamin ustny, ku mojemu pełnemu zaskoczeniu, poszedł równie gładko. Tym sposobem, wczesną jesienią 1945 roku, zostałem studentem kursu wstępnego Politechniki Gdańskiej.

Jack Halberstam, Przedziwna sztuka porażki
Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2018

* Jack Halberstam (urodzony jako Judith Halberstam) – amerykański kulturoznawca, badający kulturę wizualną, media, sztukę queer i subkultury. Profesor Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku. Opublikował m.in. Female Masculinity oraz Gaga Feminism. * Przedziwna sztuka porażki to manifest kluczenia, improwizacji, mylenia się, kręcenia się w kółko, w których znaleźć możemy jednak zupełnie nieoczywisty nowy cel. Mając za przewodników SpongeBoba Kanciastoportego i rybkę Nemo wyruszmy w rejs, w którym „zamiast opierać się kresom i ograniczeniom, pozostańmy radośnie wierni wszystkim naszym nieuniknionym fantastycznym porażkom”.

Dziękuję mojej siostrze, która podarowała mi tę pozycję bez żadnej okazji (ale nie bez żadnego trybu), tylko dlatego że uznała, iż Marylin Monroe z wąsami na okładce publikacji o porażce to na pewno książka, którą będę zachwycona. I tak właśnie jest! Patronami wydania są portale Chujowa pani domu, czyli, jak twierdzi jej autorka, Magdalena Kostyszyn, strona przekłuwająca bańkę perfekcjonizmu, oraz Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty. Michał Michalski, założyciel strony, mówi, że Coaching i rozwój osobisty to taki ruch antyszczepionkowy sfery mentalnej. Cóż za znakomity patronat! jestem pod wrażeniem.

A tu garść cytatów z podziękowań i wstępu, bo już w podziękowaniach objawiają się fantastyczne propozycje:
alternatywne formy produkcji wiedzy (o tak!)
alternatywne pedagogie
dążenie do niewiedzy
które są (jak rozumiem) odszczepieńczą, subwersywną i wywrotową formą uprawiania intelektu poza campusem.

Nie sortuję tych cytatów, nie zaznaczam cudzysłowami, nie wstawiam nawiasów z kropkami. Niekiedy je uzupełniam, najczęściej skracam. Tym niemniej wszystko, co poniżej, to cytaty. Chyba, że coś jest zaznaczone na zielono – bo wtedy to ja.

Zacznijmy od najważniejszego: Rozmowa zamiast praktykowania mistrzostwa faktycznie wydaje się naprawdę konkretnym sposobem bycia w relacji do nabywania wiedzy u mistrza (wykładowcy, profesora, nauczyciela) na uczelni, sposobem wolnym od obowiązku mierzenia się na punkty czy na publikacje (publish-or-perish).

Wszyscy przywykliśmy do tego, iż nasze marzenia idą w rozsypkę, nadzieje zostają rozwiane, iluzje roztrzaskane. Wiemy, wszyscy to wiemy. Co jednak zajmuje miejsce nadziei, gdy jej już nie ma?
Co? Poszukiwanie mądrości i nowego, porowatego jak gąbka stosunku do życia, kultury, wiedzy i przyjemności, sformułowanie alternatywnej wizji życia, miłości i pracy oraz przełożenie tej wizji na praktykę. Radykalni utopiści szukają sposobów na bycie w świecie, innych niż te, które zaleca konsumencki liberalizm.
Ta książka, badając te sposoby w kulturze masowej, porusza się na stałe w obszarze teorii niskiej, starając się zidentyfikować wszystkie miejsca “pomiędzy”, dzięki którym nie ulegamy pokusom konsumpcyjnym, ani nie nadziewamy się na haczyki hegemonii.
Oczywiście liczymy się z tym, że alternatywy zamieszkują w mętnych wodach bezgranicznie mrocznego królestwa krytyki i odmowy.
Autor, tłumaczony czasem jako kobieta (bym chybiała celniej), a czasem jako mężczyzna (Jack Halberstam na okładce), zastanawia się nad sposobami bycia i posiadania wiedzy, które plasują się poza konwencjonalnymi wyobrażeniami o sukcesie, bo sukces w społeczeństwie heteronormatywnego kapitalizmu jest w gruncie rzeczy utożsamiany z dwiema tylko cechami: dojrzałością reproduktywną i gromadzeniem bogactwa. A już nawet ekonomista, a nie tylko antropolog kultury widzi gołym okiem, że obie normy w XXI wieku przestały cokolwiek znaczyć.

Wiek XX zakończył się plajtą myślenia pozytywnego (“sukces jest moim dziełem, porażkę uczynili mi inni”). Sukces to “zbiorowe urojenie”, a bankructwo wiary w to, że każdy jest kowalem własnego losu, oznacza szansę dla odmieńców, bo niepowodzenie to coś, co odmieńcom (queers) zawsze wychodziło wyjątkowo dobrze. Niekiedy niepowodzenie, przegrywanie, niedawanie rady, nieposiadanie wiedzy mogą przynosić twórcze wspólnotowe i zrównoważone rozwiązania. Hasłem takich wspólnot jest zdanie: Nikt nie zostanie na lodzie lub (jak podczas wiosennej pandemii korony lub w listopadzie 2020 roku w Polsce podczas strajków pod hasłem “wypierdalać”) Nigdy nie będziesz szła sama /You will never walk alone.

Być może porażka to najwłaściwszy sposób bycia, pozwala ujść karzącym normom narzucanym nam przez społeczeństwo i pozwala uniknąć iluzji optymizmu. Pozytywne myślenie nie uleczy raka, a fakt, że zachorowaliśmy na raka nie uczynił z nas lepszych ludzi. Optymizm pozytywnego myślenia napędza tryby istniejącego porządku społecznego. Porady typu “bądź sobą” i “podążaj za marzeniami”, jeszcze niedawno najpiękniejsze hasło, jakie można było dać na drogę młodemu człowiekowi, wkraczającemu w życie, okazały się egoistyczną mazią, smarującą tryby korporacji, globalizmu i zniszczenia świata.

Nasz świat nie powinien zostać wydany na pastwę ludziom sukcesu, musi w nim być miejsce na coraz więcej odmieńców. Nauki ścisłe, szczególnie fizyka i matematyka, znają wiele przypadków niesfornych intelektualistów, ludzi błądzących po nieodkrytych terytoriach, don Kichotów nauki. Wprawdzie sam Don Kichot nigdzie w książce nie został wymieniony, jest ona jednak wręcz entuzjastyczną pochwałą donkichoterii i przydaje jej głębokiego sensu społecznego. Ci niesforni intelektualiści unikają konwencjonalnych metod produkcji wiedzy i wydeptanych szlaków, również dlatego że prawidła dyscyplin stoją na przeszkodzie poszukiwań, bo dają gotowe mapy myślowe tam, gdzie intuicja i błądzenie po omacku może przynieść lepsze rezultaty. Wąsko wyspecjalizowane dziedziny nauk, które się wyłoniły się ponad 100 lat temu w odpowiedzi na zapotrzebowanie nowej gospodarki rynkowej, tracą obecnie znaczenie. A to dobry czas, żeby ustalić nowe zasady. Możemy skorzystać z tego czasu, żeby wymyślić od nowa projekt myślenia i uczenia.

Oczywiście teraz, gdy to piszę, pandemia wymusiła na nas nowe techniki uczenia i uczenia się, a my myśleliśmy, że wymusi też na nas nowe myślenie o świecie i naszym w nim miejscu, ale na razie oprócz strachu, co będzie, jak system się zawali, nie widać, żebyśmy się przygotowywali do nowych zadań. Oczywiście najsłabsze ogniwa w łańcuchu sukcesu już czują ciężar spowodowanego koroną kryzysu – młody filozof pisze właśnie w Süddeutsche Zeitung, że jego koleżanki i koledzy nie znajdują teraz typowych prac studenckich, jak praca w knajpach czy babysitting, pracują w fabrykach lub zatrudniają się przy zbiorze jarzyn i owoców. Za każdą linijką tego artykułu czai się strach. Nie jest to oczywiście strach egzystencjalny, nikt z nas jeszcze nie przypuszcza, że będziemy umierać na ulicach i nie będziemy mieli co jeść, ale strach o to, co będzie i jak sobie poradzimy, towarzyszy wszystkim. Mieszkam w Niemczech, państwie opieki społecznej, gdzie każdy, kto nie zarabia sam, może liczyć na urzędową pomoc, ale oczywiście pobieranie zasiłku jest zgodą na to, że urząd pozbawi człowieka części jego praw obywatelskich. Czy dałoby się to rozwiązać inaczej? Przyznając wszystkim wynagrodzenie podstawowe? Wprowadzając zasadę solidarnego podziału tego, co zarabiamy? Opodatkowując bogatych? Robiąc fantastyczny indiański potlacz?

Niewątpliwie potrzebujemy nowych wizji społecznych, politycznych, nowej nauki, nowego systemu nauczania, nowego systemu własności. Bo siedem powodów okradzenia torebki pani Jessop to stosunkowo błahe powody.


– chcemy mieć coś, czego nie mamy (i bez czego świetnie możemy się obejść)
– kradniemy, bo jesteśmy biedni
– kradniemy dla zabawy
– ktoś nas zmusił (dwie opcje)
– jesteśmy kleptomanami (dwie opcje)

Tylko bieda jest w tym przykładzie prawdziwym dylematem. Autor tej listy z typową (chyba) obojętnością angielskiej klasy średniej pomija cały szereg innych powodów (a i obiektów) kradzieży. Bez drążenia tematu, wymienię tu jeszcze kilka problemów:
1. Do kradzieży z torebki (kradzież a sprawa polska)

A. Kradzież, bo się nadarzyła okazja

B. Kradzież, bo nigdzie nie można kupić
C. Bo to państwowe, czyli wspólne, czyli niczyje
D. W stylu Janosika – odebrać bogatym, dać biednym
E. Konspiracyjna (np Piłsudski)
Wersja a: osłabić okupanta
Wersja b: zdobyć środki na dywersję

2. Kradzież dla wyższych celów

A. Sokrates (kradzież duszy ucznia)

B. Prometeusz (kradzież ognia dla dobra ludzkości)
C. Plagiat (kradzież czyjejś własności intelektualnej)
D. Odebranie monopolu
E. Każda własność prywatna jest kradzieżą, a zatem kradzież nie jest niczym nagannym. Więcej nawet: kradzież można potraktować jako wyrównywanie niesprawiedliwego podziału dóbr

Halberstam podsuwa jeszcze jedną opcję dozwolonej kradzieży: kradzież z uniwersytetu (oczywiście nie chodzi o kradzież materialną), chodzi o to, żeby kraść oświecenie dla innych, stworzyć podwspólność uniwersytetów, co równa się deprofesjonalizacji nauki. Uwolnienie procesu zdobywania i tworzenia wiedzy od systemu egzaminowania i zbierania punktów. Nauka w okowach systemów uniwersyteckich równa jest więzieniu. Nie tyle idzie o zniesienie więzień, ile o zniesienie społeczeństwa, w którym możliwe są więzienie, niewolnictwo, płaca.

Czytelność, minimalizm, uporządkowanie są elementami opresji społecznej, bo ich prawdziwym sensem jest uproszczenie, ułatwiające zdyscyplinowanie chaosu. Idei pustego białego pokoju w kanciastym betonowym domu przeciwstawić musimy różnorodność, niezdyscyplinowanie, wzajemność, kolektywność, plastyczność i adaptacyjność. Małe różnorodne ośrodki zamiast ujednolicającej wszystko globalizacji.

Foucault wzywa studentów, by opierali się “globalnym i wszechogarniającym teoriom” i zwracali się ku wiedzy podbitej (ujarzmionej, a przez to porzuconej), czyli tym formom produkcji wiedzy, które zostały przysypane, odepchnięte, zlekceważone, a nawet zakazane. Nowy człowiek nauki powinien zwrócić uwagę na wiedzę naiwną, niską, nienaukową. Ale, tam gdzie to będzie potrzebne, ma bez lęku “okraść uniwersytet”. Okraść i wyjść poza porośnięte bluszczem ściany campusu, wybrać nieważnych, od których będziemy się uczyć, a stawić opór mistrzowi. To właśnie tu pojawia się rozmowa jako forma stawiania oporu mistrzowi.

I to by było na tyle, zatoczyliśmy koło, możemy wrócić na balkon i porozmawiać.

Circa van Gogh und die Künstliche Intelligenz

Meistens finde ich, irgendwo in der Stadt, Bücher oder Bücherseiten, diesmal war es eine alte Zeitung in einem Café, eine Seite vom Bild, auf die ich aufmerksam geworden bin, weil das, was man sofort sah, ein Selbstbildnis von van Gogh war. Die Buchstaben der Titel sind jedoch viel größer als das Bild. Ich, hmmm, entwand die Seite und erst später stellte ich fest, dass ich am 9. Oktober die Zeitung vom 1. September fand und entwand.

Echtheit mit künstlicher Intelligenz bewiesen

Computer löst van-Gogh-Rätsel

 

 

Van Gogh oder nicht van Gogh? Das Hamburger Auktionshaus Dechow versteigerte am Dienstag 1. September 2020 online ein Gemälde zum Ausgangspreis von 500 000 Euro, das eines der frühesten Werke von van Gogh sein soll, die „Mühle von Wijk“, eine Kopie des berühmten Bilds von Jacob van Ruisdael aus dem 17. Jahrhundert. Einige Experte hielten diese Kopie für “echt Vincent”. Das Amsterdamer Van-Gogh-Museum erkennt das Bild jedoch nicht als eigenhändig an, zumal auch die Unterschrift des Künstlers anders ist als sonst. Van Gogh unterschrieb seine Werke immer als Vincent, hier gibt es jedoch einen verschnörkelten van Gogh.

Jetzt hat angeblich ein Computer das Rätsel gelöst: Wolfgang Reuter (55) von der Münchner Data-Firma „Alexander Thamm“ ließ das Gemälde ohne Auftrag des Besitzers mit Künstlicher Intelligenz (KI) untersuchen. Das Ergebnis: Es stammt mit 89 % Wahrscheinlichkeit von der Hand des van Gogh (1853-1890). Reuter sollte für 20 Künstler einen Klassifizierungs-Alghorithmus gespeichert haben, Rembrandt, Leonardo da Vinci, van Gogh. Jeder Künstler hat eigene Stilelemente und Muster, die der Alghorithmus selbst erkennt und lernt. Es ist, sagt Reuter, ein digitaler Fingerabdruck des Malers, den ein Fälscher nicht hundertprozentig nachahmen kann.

Der Alghorithmus wurde mit 1878 Werken von van Gogh trainiert.

Bei mir im Kopf klingelt es Alarm Stufe A1! 1878 Werke! Wie das? Ich glaubte zu wissen, VvG hatte 300 Bilder gemalt. Ich lag allerdings falsch, bei Wikipedia fand ich die Information, es waren 864 Gemälde und über 1000 Zeichnungen. Nun also: der Alghorithmus wurde mit allen Werken von Vincent trainiert. Bei Testen des Bilds speisste man ihm mit ca. 100 zufällig ausgewählten Bildfragmente von Mühle von Wijk. Er verglich dies mit seinem eingespeicherten Fundus und entschied: Es ist echt!

Juristisch bindend ist der Urteil nicht. Nicht desto trotz hat jemand das Bild gekauft. Das Aktionshaus sagt der Öffentlichkeit nicht, wer der Käufer war.

Wenn das Bild aber nun echte van Goghs Kopie ist, wieso bezeugt man es nur 89%ige Echtheit?

Weil es mathematisch bei der Wahrscheinlichkeitsrechnung so ist. Mein Vater, der Ingenieur war, brachte mir irgendwann bei, wie man mit einem Rechenschieber rechnet.
Das erste, was wir gemeinsam ausgerechnet haben, war fantastisches Ergebnis:
2 x 2 ist ca. 4.
Circa? fragte ich.
Circa, stimmte mein Vater zu.

Circa van Gogh wurde für 550.000 Euro erworben.

Reblog+: Gegen das Klischee der Steinzeit

Annika Bangeter

Jagen war nicht nur Männersache

Der Mann war Jäger, die Frau hütete Kinder: Dieses Bild der Urzeitmenschen wird oft herangezogen, um­­­ Familienmodelle oder Sexualtriebe zu rechtfertigen. Archäologin Brigitte Röder räumt mit Klischees auf.

Bis heute werden die Unterschiede der Geschlechter mit den Steinzeitmenschen erklärt. Was ist da dran?

Brigitte Röder: Die Idee, dass Männer «von Natur aus» Jäger seien, ist ein Klischee. Das Bild vom mutigen Jäger, der einem Mammut auflauert, finden wir in vielen Schulbüchern, Museen, Romanen oder Filmen. Der Mann soll seit Urzeiten die Familie ernährt haben, während sich die Frau um Kinder und Haushalt gekümmert habe.

Was spricht dagegen?

Um dieses Klischee rankt sich die Vorstellung von der gefährlichen und heldenhaften Grosswildjagd, die Männersache gewesen sei. Sie fand zwar statt, aber ihre Bedeutung wird massiv überschätzt. Das zeigen moderne archäologische Untersuchungen. Dank feinerer Grabungsmethoden finden wir an Fundstellen aus der Altsteinzeit inzwischen auch Skelettreste von kleinen Tieren und sogar Fischschuppen. Daher wissen wir, dass der Fischfang eine grosse Rolle spielte, ebenso die Jagd auf Kleinwild und Vögel. Das Bild der heldenhaften Grosswildjagd muss also überdacht werden. Das Nahrungsspektrum war viel breiter.

Wer hat denn tatsächlich gejagt?

Einem Speer oder einem Bogen sieht man nicht an, ob ein Mann oder eine Frau ihn benutzt hat. Wer in der Urgeschichte gejagt hat, ist nicht mit letzter Sicherheit zu entscheiden. Dafür bräuchte man Schriftquellen, die jedoch fehlen. Deshalb ziehen wir Vergleiche aus historischen Zeiten heran. So haben Ethnologen Gemeinschaften beschrieben, in denen auch Frauen gejagt haben. Bekannt ist auch, dass bei den Inuit Mädchen zur Grosswildjagd ausgebildet wurden, wenn der männliche Nachwuchs in der Familie fehlte. Kurz: Es gibt keinen Grund auszuschliessen, dass Frauen auch in der Urgeschichte gejagt haben.

Weshalb besteht dann dieses Bild vom Mann als Jäger und der Frau als Sammlerin?

Die Geschlechterrollen, die für die gesamte Urgeschichte gezeichnet werden, sind ungemein stereotyp. Stets erscheinen die Männer als Ernährer, die mobil waren, Handel oder Bergbau betrieben und sämtliche Innovationen kreierten. Ihnen stehen die ewigen Hausfrauen und Mütter am Herdfeuer gegenüber. Diese Rollenteilung geht auf Idealvorstellungen der bürgerlichen Gesellschaft des 18. und 19. Jahrhunderts zurück. Damals wurde das Geschlechter- und Familienmodell neu konstituiert und für universal erklärt. Es wurde auch festgelegt, welchen «Geschlechtscharakter» Männer respektive Frauen haben. Noch heute gilt dieses bürgerliche Geschlechtermodell vielfach als ursprünglich – und wird auf die Urgeschichte projiziert.

Wie lebten die damaligen Menschen wirklich?

Historisch und ethnografisch ist eine unglaubliche Vielfalt an Geschlechtermodellen, Familien-, Verwandtschafts- und Haushaltsformen belegt. Wer für archäologische Befunde Analogien sucht, müsste also ein breites Spektrum in Betracht ziehen. Interessanterweise fokussieren die meisten Interpretationen aber auf das, was wir von der bürgerlichen Gesellschaft kennen. Etwa die Idee, dass in jedem Pfahlbau eine Kernfamilie wohnte. Studien der Universität Basel zeigen jedoch, dass diese Idee falsch ist. Die Siedlungen waren erstaunlich kurz bewohnt, manche nur acht oder zwölf Jahre. Die Gruppen müssen sich immer wieder aufgeteilt und neu zusammengesetzt haben. Die Vorstellung von Bauernfamilien, die über Jahrhunderte im selben Dorf gelebt haben, muss aufgegeben werden.

Haben die Steinzeitväter auch mal den Brei vorgekaut oder die Kinder betreut?

Mit archäologischen Funden können wir das nicht beantworten. Wie auch? Wir haben Hausruinen, materielle Kultur und darunter ganz wenige Objekte, die wir mit Kindern in Verbindung bringen können. Ohne Schriftquellen ist völlig offen, wer sich um sie gekümmert hat. Das sieht man auch einem Skelett nicht an. Die Wissenslücken werden deshalb leider häufig mit ­Vorstellungen gefüllt, die uns ­vertraut sind und die wir für ursprünglich halten. Deshalb er­scheinen sie plausibel und werden nur selten hinterfragt.

Wann begann die Archäologie, die angebliche Rollenteilung zu hinterfragen?

Vor etwa dreissig Jahren. Seither gibt es diverse Beispiele, die bisherige Bilder auf den Kopf stellen. Sehr interessant finde ich Hallstatt, eine Fundstelle in Österreich. Dort gab es in der Eisenzeit sowohl ein Salzbergwerk als auch den dazugehörigen Friedhof. Anhand markanter Unterschiede an den Skeletten von Männern und Frauen liess sich eine geschlechtsspezifische Ar­beitsteilung rekonstruieren. Ergänzt durch die Funde im Berg, liess sich zeigen, dass die Männer das Salz mit Bronzepickeln geschlagen und die Frauen es nach oben getragen haben. Ein sehr überraschendes Ergebnis brachte auch die Untersuchung der Kinderskelette: Sie zeigte, dass auch Kinder in den Bergbau involviert waren und sehr schwer gearbeitet haben.

Wie alt waren diese Kinder?

Im Bergwerk fand man neben Kinderschuhen auch eine Babykappe. Die Kinder waren also von klein auf dabei und sind in die Arbeit buchstäblich reingewachsen. Nach Ausweis der Skelette müssen die Kinder etwa ab dem Alter von fünf bis sieben Jahren hart gearbeitet haben. Das sprengt all unsere Vorstellungen von einer behüteten Kindheit. Die Bergleute von Hallstatt waren zudem enorm reich. In ihren Gräbern fanden sich kunsthandwerkliche Spitzenprodukte aus kostbaren Rohmaterialien, darunter importiertes Elfenbein und Bernstein. Auch das sprengt gängige Klischeevorstellungen.

Wieso?

Wir nehmen ja an, dass Menschen, die so reich waren wie jene in Hallstatt, andere – beispielsweise Sklaven – für sich arbeiten liessen und sich darauf beschränkten, den Reichtum abzuschöpfen. Doch selbst bei ganz reich bestatteten Individuen sieht man anhand der Skelette, dass sie von frühster Kindheit an hart gearbeitet haben. Das passt nicht zu den gängigen Vorstellungen von Reichtum und gesellschaftlichen Hierarchien.

In Hallstatt waren die Menschen bereits sesshaft. Gibt es Skelette, die Aufschluss über noch frühere Zeiten geben?

Für die ganz frühen Zeiten gibt es nur Fossilien, und zwar meist nur Fragmente, so dass eine Geschlechtsbestimmung oft gar nicht möglich ist. Erst aus den letzten 40000 Jahren gibt es dann auch vermehrt komplette Skelette, die im Hinblick auf Tätigkeiten, Gesundheitszustand oder Lebenserwartung von Frauen und Männern untersucht werden können. Neue geschlechtsgeschichtliche Erkenntnisse liefern auch forensische Methoden. Etwa zur Höhlenmalerei. Bis vor kurzem ging man ganz selbstverständlich davon aus, dass sie das Werk von Männern war.

Das stimmt nicht?

Das Bild von den altsteinzeitlichen Männern, die die Kunst erfunden haben, bekommt Risse, weil man an Handabdrücken sehen kann, dass auch Frauen ihre Hände auf den Höhlenwänden verewigt haben. Ebenso Kinder. Wir müssen davon ausgehen, dass Männer, Frauen und Kinder vermutlich gemeinsam in Höhlen rituelle Praktiken durchführten. Nicht zuletzt deshalb ist zu hinterfragen, weshalb die figürlichen Darstellungen ausschliesslich von Männern stammen sollten. Dafür gibt es keinen Beweis – und auch keinen Grund. Was für Männer selbstverständlich und ohne wissenschaftliche Grundlage gesetzt wird, braucht für Frauen umgekehrt eine hieb- und stichfeste wissenschaftliche Beweisführung – etwa, dass sie auch einen Beitrag zur Ernährung, zur Kunst oder zu Innovationen geleistet haben.

Ärgert Sie das?

Ich finde es unsinnig – und obendrein unwissenschaftlich, denn hier wird methodisch mit zweierlei Mass gemessen. Das Denken verändert sich, aber sehr langsam. Als Prähistorikerin, die auf zweieinhalb Millionen Jahre Menschheitsgeschichte zurückblickt, bin ich an das Denken in langen Zeiträumen jedoch gewöhnt.


Anmerkungen der Administratorin:


Frau und Mann (unten) aus Dolni Vestonice, einer paläolithischen Siedlung der Mammutjäger in Möhren; Dolni Vestonice ist wichtigste archäologische Ausgrabungsstelle in Tschechien.

Es ist interessant, dass die, sagen wir es so, “westlichen” Archäologinnen diese Erkenntnisse erst vor 30 Jahren und sehr mühsam, mit viel Widerstand seitens der Arbeitskollegen UND Kolleginnen ansammeln könnten. Ich habe selber Archäologie in kommunistischen Polen 20 Jahre früher als Brigitte Röder studiert und kann mich auf gar nichts so einseitiges erinnern, als das, was hier Frau Röder als große Errungenschaft der mutigen Wissenschaftlerinnen in der Schweiz erinnern. Die Archäologie, die uns in den 60/70 beigebracht wurde, war zwar auf keinen Fall als modern feministisch zu bezeichnen, war aber auch kein nach Hinten projieziertes Bild der bürgerlichen Verhältnisse. Ich glaube seit eh zu wissen, dass die Frauen mit den Männern zusammen für Ernährung der Familien sorgten vor allem aber, dass diese (auch hier) hochgepriesene Jagd auf großes Wild, diese berühmte Jagd mit einem Speer in der Hand, im Paläolithikum kein Muster war. Man hat entweder kleine Tiere gegessen, Frösche, Fische, Wasserratten, Muschel und Schnecken, die quasi auf Sammlerweise aufgesammelt wurden, oder machte man eine Großjagd auf große Tiere, die man laufend in eine Falle, höher Kliff, eine Schlucht forttrieb. An der Laufjagd hinter einer Herde (oder deren Teil) beteiligte sich der ganze Stamm, Männer, Frauen, Alte, Kinder. Als die Tiere in der Falle lagen, wurden sie erst mit großen Steinen beworfen und letztendlich könnte es sein, dass man mit einem Speer einem Tier einen Gnadenschlag verabreicht hat.
All das wussten wir Archäeologen eigentlich von Anfang an, vielleicht schon, bevor wir angefangen haben zu studieren.

Und woher? Aus einem Buch :-). Lovci mamutů. Ein Jugendroman.

Sein Autor, Edward Štorch, war ein Tscheche; Archäologe und Schriftsteller; er schrieb seinen “paläolithischen Roman” 1918; auf Polnisch ist das Buch 1949 erschienen; auf Deutsch (Die Mammutjäger) in Globus-Verlag Wien, 1953 (Übersetzung Felix Rausch) und Kinderbuchverlag Berlin, 1958. Nun ja, Kinderbuchverlag war ein Ost-Berlin Verlag… In Polen wurde das Buch gern und viel gelesen. Kann aber sein, dass Frau Röder in der Schweiz keine Romane gelesen hat, die in einem jämmerlichen Ostberlin-Verlag herausgegeben wurden. Dazu noch Jugendromane :-). Wissenschaftler lesen wissenschaftliche Abhandlungen…

Nauki przyrodnicze a nauki humanistyczne

Tabor Regresywny

Przepaść między humanistyką a naukami przyrodniczymi wyznaczają dwa rodzaje znaków – ślady i komunikaty. Śladem jest plamka na kliszy w miejscu, gdzie padł promień światła, odcisk kopyt końskich na miękkiej ziemi czy guz po uderzeniu głową w ścianę. Oczywiście śladami zajmują się nauki przyrodnicze. Jerzy Kmita, logik, ślady określał jako znaki autonomiczne. Z kolei komunikatami nazywam znaki, które, jak mówił prof. Kmita, są nastawione na interpretacje. Są to znaki kulturowe – dzieło pisarza, obraz czy gest wykonany na powitanie. Komunikaty nie są znakami autonomicznymi, wymagają nadawcy i odbiorcy. Proszę nie mylić komunikatów z informacjami np. klepnięcie szablą w ramię, którym mianuje się na stopień oficerski jest komunikatem, czyni kadeta oficerem, gwiazdki na pagonach informują stopniu oficerskim.

No, ale do rzeczy.

Zbliżał się wieczór. Wiatr powoli przygasał. Pakowaliśmy nasz dobytek na jedyną łódź, jaka została w porcie. Była to szalupa okrętowa, znaleziona przez jakiś statek na pełnym morzu, prawdopodobnie zgubiona przez inny statek. Trafiła do Gdańska, a stamtąd zbiegiem okoliczności – do mariny „Wdzydzki Kąt”. Jako masztu użyliśmy żerdki sosnowej leżącej za śmietnikiem, żagiel lugrowy zrobiłem z resztek podartego foka. Wiedząc, że w tych warunkach pogodowych nie mamy szans dopłynąć do naszego ulubionego miejsca na wyspie, poprosiłem Ewę Marię by czuwała nad wiatrami i w razie czego czyniła, co do niej należy. Z portu wypłynęliśmy „na śrubkę”, a jak w końcu chwyciliśmy wiatr, zaczęła się ruletka – dopłyniemy czy nie. I prawie się udało, gdyby nie to, że na drodze do naszej zatoczki stanęło przewrócone drzewo wystające z brzegu. Widać było, że tego drzewa nie ominiemy, zabrakło wiatru, choć niewiele brakowało. I wtedy przyszedł niespodziewany lekki powiew wiatru, takie muśnięcie, które delikatnie przeniosło nas do naszej cichej zatoczki. Czy Ewa Maria miała z tym coś wspólnego czy też był to szczęśliwy zbieg okoliczności?

Wieczorem przy ognisku Kol Nze spytał o antynaturalizm Kmity i jak się on miał do fizykalizmu. Wyjaśniłem, że antynaturalizm to pogląd, że przepaści między humanistyką a naukami przyrodniczymi nie da się zasypać ze względu na odmienne rodzaje znaków, będące przedmiotem zainteresowań obu tych dziedzin. Jerzy Kmita był antynaturalistą i przeciwnikiem fizykalizmu czyli przekonania, że tę przepaść można zasypać od strony fizyki, co dobitnie wskazywałoby na wyższość nauk przyrodniczych nad humanistyką i usprawiedliwiało lekceważący stosunek fizyków do literatów.

W pewnym sensie fizykalistą był Ezaw, gdy sprzedawał swoje pierworództwo Jakubowi za miskę soczewicy. Śmiał się w duchu, bo myślał, że pierworództwa nie można sprzedać. Albo się jest pierworodnym albo nie i nic tego nie zmieni. Jakub też był świadomy, że w wyniku transakcji nie stał się pierworodnym, natomiast nabył prawo do błogosławieństwa Izaaka czyli czynności nastawionej na interpretację – komunikat. Nie pierworództwo czyli fakt należący do przyrodoznawstwa, a błogosławieństwo ojcowskie czyli znak kulturowy, zadecydowały o ich dalszych losach.

Nie lekceważyłbym literatów.

No ale do rzeczy, czyli Kursu Sztuki Żeglowania (KSŻ), przypowieść druga, choć chronologicznie pierwsza.

Przypadkowa uczestniczka KSŻ miała 12 lat i znalazła się u mnie na jachcie wraz z rodzicami w ramach krótkiej wycieczki wokół wyspy Glonek. Druga rodzina płynęła z Jackiem. Wyszli z portu wcześniej i mieli silnik na wypadek. gdyby zabrakło wiatru. Nie miałem szans, by ich dogonić, nawet po to, by w razie ciszy przyholowali nas do portu. Powiedziałem tej małej 12-letniej czarodziejce, jak może mi pomóc, sprowadzając wiatr. I sprowadziła. Jak wyjaśniłem Jackowi, co się stało, napisał mi: „Miała taką moc, że zostaliśmy daleko w tyle”.

Przypadek, czy jest coś na rzeczy?

Uczyłem fizyki w klasie kucharzy małej gastronomii. Na pierwszej lekcji powiedzieli mi – nas nikt niczego nie nauczył, panu też się nie uda. Pomyślałem sobie – to świetnie. W tym samym czasie czytałem „Część i całość” Heisenberga. Opowiadał, jak to Niels Bohr skarżył się po wykładzie z mechaniki kwantowej dla filozofów z Koła Wiedeńskiego. Bohr uznał, że źle tłumaczył, bo nie było żadnych pytań, wszyscy zachowywali się tak, jakby wszystko rozumieli, a tego nie da się zrozumieć. Opowiedziałem o tym kucharzom małej gastronomii i zaproponowałem wykład z mechaniki kwantowej. Jak nic z tego nie zrozumieją, to będzie znaczyło, że dobrze tłumaczę. Wydawało się, że zrozumieli, o co mi chodzi i się zgodzili. Po lekcji poszli do wychowawczyni i się poskarżyli, że źle tłumaczę, bo oni nic nie rozumieją. Tylko Krystian zorientował się, o co chodzi i stanął w mojej obronie. Lilka, ich wychowawczyni, powiedziała mi, że rozumie, że w tej lekcji właśnie chodziło o to, by nie rozumieli i poprosiła mnie, bym powtórzył tę lekcję, ale tak, by zrozumieli. Próbowałem jej wytłumaczyć, że nikt tego nie rozumie. Ale tłumacz to kobiecie, w dodatku polonistce. Ja swoje, a ona swoje – ty sobie poradzisz, wytłumacz im. I tak powstała lekcja pt. “Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii”.

Jeśli moje rozumowanie jest poprawne, zarówno Ewa Maria, jak i mała czarownica mają władzę nad zjawiskami pogodowymi. Jeśli moje rozumowanie jest poprawne, to przepaść między przyrodoznawstwem a humanistyką można zasypać od strony humanistyki i przejąć władzę nad pogodą i nie tylko.


Komentarz Adminki: O!

“To ja wymyśliłem nowoczesność”

Ewa Maria Slaska

Tesla, nieoczywista ikona popkultury

Sformułowanie “nieoczywista ikona” zaczerpnęłam z artykułu Jakuba Demiańczuka, opublikowanego tydzień temu w Polityce (niestety poza poniższym cytatem przeczytać go mogą tylko ci, którzy wykupili prenumeratę).

Genialny serbski wynalazca, przez lata zapomniany, stał się dziś nieoczywistą ikoną kultury popularnej. Gdyby ktoś pokusił się o napisanie biografii Nikoli Tesli opartej wyłącznie na powieściach fantastycznych, komiksach, filmach i grach wideo, okazałoby się, że Serb był nie tylko błyskotliwym wynalazcą. Na zlecenie cara badał tajemnicę meteorytu tunguskiego. Wraz z Marią Curie, Zygmuntem Freudem i Karolem Darwinem tworzył grupę naukowców superbohaterów walczących ze złem. Konstruował roboty i był członkiem tajnych stowarzyszeń. Walczył ze złem u boku Sherlocka Holmesa i Supermana. Poleciał nawet na Marsa w towarzystwie Marka Twaina i słynnego iluzjonisty Harry’ego Houdiniego.

W dalszej części tekstu pojawi się termin “teslomania”. Tym samym dowiedziałam się, że moje zainteresowanie Teslą wcale nie jest moje, a Tesla nie jest osobą, a częścią popkultury. Zobaczyłam też, że właśnie wszedł na ekrany film pt. Tesla. Zaprawdę, powiadam wam, nie ma się co silić na oryginalność.

Nie wiem, może mi się wydaje, ale pierwszy raz świadomie przeczytałam o Tesli w powieści Dukaja, Lód. Był rok 2007. To niezwykła książka, być może najlepsza nowoczesna powieść polska, nie skoncentrowana na cierpiącym polskim Ja i nieszczęsnym bolesnym kompleksie polskim. Ta powieść powinna była zmienić Polskę, a udało jej się zmienić tylko mnie, moje animozje i upodobania. Prawdziwą bohaterką powieści jest bowiem Syberia, kraina, która wcześniej budziła we mnie niechęć, zwykłam nawet byłam mówić, że po co my, Polacy, mamy jeździć na Syberię za własne pieniądze, skoro prędzej czy później Rosjanie i tak nas wszystkich tam wyślą za darmo. Od czasu lektury Lodu Syberia stała się jednak moją skrytą tęsknotą. Marzyło mi się, że pojechałabym do pracy np. do Omska. Nic zresztą nie robiłam w tym kierunku, nie ruszyłam się z miejsca, tylko czas posunął się do przodu i już nikt nie przyjmie mnie do pracy, nie tylko w Omsku czy Irkucku. W międzyczasie zresztą Syberia się ogrzała i spłonęła, i już nic nie pozostało z zimnego kraju, dokąd zesłano mojego wujecznego pradziadka, Feliksa, w którym z lodu Dukaja wstają potworne lute, a ludzie jak Aleister Crowley potrafią poruszać się pod ziemią, wędrując przez wieczną zmarzlinę.

No, ale Tesla, Tesla… Co ja na miłość boską wiedziałam o nim przed Dukajem? Elektryczność, prąd zmienny, emigrant. Fantastyczny facet. Prawdziwy nowoczesny człowiek. A co wiem teraz, zanim jeszcze pójdę do kina? Przeczytałam jeden artykuł, obejrzałam jeden film dokumentalny i wiem, że jego postać wchłonął i pożarł Elon Musk, który założył fantastyczną firmę PayPal (korzystam z niej bez przerwy), chce zrealizować Kroniki marsjańskie Raya Bradbury’ego i buduje w Brandenburgii gigafabrykę, jakiej jeszcze świat nie widział (a na pewno Brandenburgia nie widziała), a i tak go nie lubię. Nie lubię go za wiele rzeczy, ale najbardziej chyba za to, że wyciera sobie pysk Teslą, jakby to była ściereczka irchowa.

Występują: Ethan Hawke, Kyle Maclachlan, Eve Hewson
Reżyseria: Michael Almereyda

***
Film jest marny i kręci się w kółko wokół tezy, że Tesla jest genialny, czego jednak nie udaje się pokazać, trzeba po prostu wierzyć w to, co słyszymy. Ethan Hawke gra jak kij od miotły i ma tylko dwie miny do dyspozycji, smutną i bardzo smutną. Gdy gra młodego Teslę, jest już zawczasu stary i pofałdowany, jak ma być naprawdę stary, to, wciąż pofałdowany, wygląda jeszcze dość młodo. W pewnym momencie, nie wiadomo dlaczego, wszyscy jeżdżą na wrotkach. Piękna Eve Hewson, która gra zakochaną w Tesli córkę J. P. Morgana, miliardera z brzydkim nosem, odkochuje się nie wiadomo dlaczego, może z zazdrości o Sarę Bernhardt, ale nie jest to jasne. Tesla jest wizjonerem i robi wynalazki, ale właściwie wcale nie wiadomo jakie, a im bliżej końca filmu, tym bardziej jego opowieści o wynalazkach przypominają majaczenie wariata. I z takim uczuciem wychodzimy z kina – Tesla to był szurnięty maniak, który na pustyni przy pomocy złotej kuli zdołał wyprodukować błyskawice.
A więc, jeśli chcecie dowiedziec się czegoś o Tesli, to obejrzyjcie na youtubie ten film i nie  zawracajcie sobie głowy kinem.

Reblog: Die älteste Pandemie der Menschengeschichte

Für diejenige, die meinen, es wäre Zeit, dass diese verdammte Pandemie schon endlich endet! Sieben Monate! Es reicht! Och je! Die älteste Pandemie, die die Menscheit fast halbierte, dauerte Sieben Hundert Jahre!
Bleiben Sie gesund!

spektrum.de 

Hubert Filser

Steinzeitpest

Im 4. und 3. Jahrtausend v. Chr. schrumpfte Europas Bevölkerung rapide. Genetiker sind überzeugt: Die Pest hatte gewütet, die zuvor noch in der Schwarzmeersteppe umgegangen war. © AKG Images / De Agostini Picture Lib. / G. Dagli Orti (Ausschnitt)

Irgendetwas Dramatisches muss vor rund 5000 Jahren in Mitteleuropa geschehen sein, vielleicht auch schon einige hundert Jahre zuvor. Nur so viel ist sicher: Für die Zeit von 3500 bis 2800 v. Chr. haben Archäologen kaum Bestattungen dokumentiert. Auch Spuren großer Siedlungen fehlen. Es scheint, als seien zuvor kultivierte Landschaften schlagartig menschenleer geworden. Nichts deutet dabei auf kriegerische Ereignisse oder gewaltsame Konflikte unter den neolithischen Bauern hin. Archäologen rätseln, was damals passiert ist.

Neue genetische Untersuchungen legen nahe, dass der Schlüssel zu diesem Rätsel im Osten Europas liegen könnte. In den weiten Landschaften vom Ural bis zu den Karpaten und zum Kaukasus im Süden lebten damals mobile Viehzüchter, die auf ihren gezähmten Pferden Rinder, Schafe und Ziegen über die Steppen getrieben haben. Von dieser so genannten Jamnaja-Kultur kennen Archäologen bis heute praktisch keine Siedlungen. Nur Gräber. Hunderttausende von Grabhügeln, die vorwiegend aus der Zeit von vor 3600 bis 2300 v. Chr. stammen.

In einigen Jamnaja-Gräbern entdeckte Johannes Krause jüngst Hinweise, die ein neues Licht auf die Ereignisse in Mitteleuropa werfen: Der Direktor der Abteilung für Archäogenetik am Max-Planck-Institut für Menschheitsgeschichte in Jena und sein internationales Team fanden heraus, dass einige der Toten eine frühe Form des Pestbakteriums in sich trugen. Die Forscher fragten sich, ob es nicht sein könnte, dass der Erreger auch nach Mitteleuropa gelangt war.

Der Weg der Pest nach Europa

Der bislang älteste Nachweis von Yersinia pestis ist rund 4900 Jahre alt und stammt aus einem Grab im russischen Nordwestkaukasus. Weitere, nur unwesentlich jüngere Spuren des Erregers fanden die Forscher im Altai-Gebirge, sie sind 4800 Jahre alt. Genetisch sind die Bakterien eng miteinander verwandt. »Noch kennen wir den tatsächlichen Ursprungsort für die Steinzeitpest nicht, wahrscheinlich lag er in Zentralasien«, sagt Krause. »Wir wissen aber, dass die Erreger erstmals vor rund 5500 Jahren auftauchten.« Das ergaben molekulargenetische Berechnungen. Anhand der Mutationsrate des Krankheitskeims können die Forscher dessen Abstammungsgeschichte rekonstruieren. Darüber hinaus stellte Krause fest: »Alle bekannten Typen dieses Bakteriums gehen genetisch auf einen gemeinsamen Vorfahren zurück.« Inzwischen haben Forscher für die Bronzezeit die Bakterien in ganz Europa nachgewiesen, von der Iberischen Halbinsel bis zum Baikalsee. »Die Steinzeitpest war die erste Pandemie der Menschheitsgeschichte«, sagt Krause.
Von Mensch zu Mensch übertrug sich die Steinzeitpest vermutlich über Tröpfcheninfektion – eine Lungenerkrankung, die noch gefährlicher war als die spätere von Nagetieren übertragene Beulenpest
Der dänische Archäologe Kristian Kristiansen von der Universität Göteborg vertritt eine andere Theorie. Er setzt den Ursprung der Steinzeitpest bereits vor etwa 5800 Jahren an. Zu jener Zeit lebten die Menschen der so genannten Cucuteni-Tripolje-Kultur in der Region der heutigen Ukraine. Sie gründeten dort bis zu 15 000 Einwohner fassende Megasiedlungen, die »möglicherweise auf Grund der Pest«, so Kristiansen, noch im 4. Jahrtausend v. Chr. niedergebrannt wurden. Von dort habe sich der Erreger nach Westen ausgebreitet, davon ist der Forscher überzeugt.

Der bislang einzige frühe Nachweis des Pesterregers bei Menschen außerhalb der Jamnaja-Kultur stammt aus Westschweden: Es handelt sich um eine Grablege mit zahlreichen Skeletten mittelneolithischer Bauern aus der Zeit um 2900 v. Chr. Kristiansen nennt den Fund die »Mutter aller späteren Pesterregerstämme«, der einen großen Teil der neolithischen Bevölkerung vom Norden Europas ausgehend auslöschte. Dieses Ereignis habe am Ende der Steinzeit um 2800 v. Chr. einen radikalen Umbruch eingeleitet: Es hätte für die Steppenreiter den Weg nach Europa geebnet. Sie hätten demnach von der Pest profitiert, sie aber nicht eingeschleppt. Johannes Krause widerspricht dieser Idee. Für ihn fehlen immer noch stichhaltige Belege. »Das ist genetisch ein völlig anderer Peststamm, der für die steinzeitliche Pandemie in Mitteleuropa keine Rolle spielte«, sagt Krause. Zudem sei Yersinia pestis bisher in den Siedlungen der Cucuteni-Tripolje-Kultur nicht nachgewiesen.
Der Stammbaum des Erregers
Die todbringenden Bakterien spalteten sich einst vom harmlosen Bakterium Yersinia pseudotuberculosis ab und wurden vor rund 30 000 Jahren in Nagern heimisch – bis sie vermutlich irgendwo in den eurasischen Steppenlandschaften von den Tieren auf den Menschen übersprangen. »Die genauen Übertragungswege kennen wir noch nicht«, sagt Krause. Zehntausende von Jahren war der Mensch zwar potenzieller Wirt, aber kein besonders viel versprechender. Denn innerhalb einer Gruppe Jäger und Sammler konnte er sich zwar verbreiten, doch er hatte nur wenig Gelegenheit, auch andere der weit umherziehenden Wildbeutergemeinschaften zu infizieren. Erst mit dem vermehrten Kontakt zwischen Menschengruppen und dem engeren Zusammenleben mit domestizierten Tieren, die ein Erregerreservoir gebildet haben könnten, änderte sich das.

© Landesamt für Denkmalpflege und Archäologie Sachsen-Anhalt / Juraj Lipták (Ausschnitt)

Schleifarbeit | Die geschliffene Axt aus Schiefergestein ist charakteristisch für die Schnurkeramikkultur des 3. Jahrtausends v. Chr. Der Fund stammt aus Mitteldeutschland.
Nur welches Tier käme als Zwischenwirt in Frage? »Wir haben hier die Vorläufer der Przewalski-Pferde im Verdacht, auf denen die Steppenreiter tagtäglich unterwegs waren«, sagt Krause. Lange Zeit war die Forschergemeinschaft davon überzeugt: Die heutigen Przewalski-Pferde in der mongolischen Steppe sind die letzten Wildpferde der Erde. Doch 2018 ergab eine Genstudie: Sie sind verwilderte Hauspferde, die Nomaden vor 5500 Jahren in der eurasischen Steppe gebändigt hatten. Aber diese Tiere waren nicht die Vorfahren unserer heutigen Pferde – bisher ist immer noch unklar, wo der Stammvater der Reittiere lebte. Vielleicht auch, weil die frühen gezähmten Steppenpferde vermehrt der Pest zum Opfer fielen? Krause zumindest hält einiges von dieser These.

Keine Beulen-, sondern eine Lungenpest

Von Mensch zu Mensch übertrug sich die Steinzeitpest vermutlich über Tröpfcheninfektion. Sie war also eine Lungenerkrankung, die sogar noch gefährlicher war als die spätere von Nagetieren übertragene Beulenpest, die sich über Flohbisse verbreitete. Kristiansen geht davon aus, dass sich die damalige Bevölkerung Europas von geschätzt acht Millionen Einwohnern mehr als halbierte.

Die Suche nach dem Schicksal dieser Menschen erhielt durch den jungen Zweig der Archäogenetik einen enormen Schub. Die neuesten Sequenzierungstechnologien erlauben es, schnell und kostengünstig die Überreste prähistorischer Menschen zu untersuchen. Für die Analyse uralter Genome brauchen Forscher nur wenige Milligramm Knochen- oder Zahnmaterial. Aus darin über Jahrtausende erhaltener DNA können sie nicht nur wichtige genetische Informationen über Herkunft, Augenfarbe oder Hinweise auf Laktoseintoleranz gewinnen, sie finden auch Spuren von Erregern wie Salmonellen – oder eben der Pest.

Das Pandemieszenario ist zwar nur eines von mehreren, denn auch ein Klimawandel könnte für schlechte Ernten und Hungersnöte bei den neolithischen Bauern gesorgt haben. Doch wo sind all die Toten hin? Gerade die geringe Zahl von Skelettfunden zwischen 3500 und 2800 v. Chr. wertet Krause als Indiz, dass die Pest wütete. »Vielleicht fingen die Menschen in dieser Zeit an, ihre Toten zu verbrennen, um so der Gefahr aus dem Weg zu gehen, die von den Leichen ausging«, vermutet Krause. Oder sie ließen die todbringenden Körper einfach liegen, ohne sie zu bestatten.

Männer sind nicht mehr die, die sie mal waren

Archäologische Nachweise für diese Theorie gibt es noch keine, doch die Genetiker spürten einen weiteren Hinweis auf: »Wir sehen in den genetischen Daten, dass es vor rund 5000 Jahren praktisch einen kompletten Bevölkerungsaustausch in Mitteleuropa gegeben haben muss – vor allem bei den Männern«, sagt Krause. Die Gene der Jamnaja-Kultur verdrängten in Europa bis zu 95 Prozent des Erbguts der männlichen Bevölkerung. Der große Teil heute lebender männlicher Mitteleuropäer trägt ein Y-Chromosom, das von diesen Steppennomaden stammt.
Was damals genau passierte, ist aus archäologischer Sicht immer noch ein Rätsel. Haben die berittenen Viehhirten den Tod nach Mitteleuropa gebracht, als sie vor rund 4800 Jahren in kleinen, mobilen Gruppen mit ihren Pferden und Wagen ankamen? Und waren sie selbst womöglich schon immun, nicht aber die einheimischen Bauern? Oder gibt es noch eine andere Erklärung?

© Landesamt für Denkmalpflege und Archäologie Sachsen-Anhalt / Juraj Lipták (Ausschnitt)

Schnurkeramik. Die Töpfer der späten Jungsteinzeit haben die Ornamente mit Schnüren in den Ton gedrückt, wie bei diesem kugeligen Becher mit zylinderförmigen Hals. Das Gefäß aus Sachsen-Anhalt ist typisch für die Schnurkeramikkultur.
Sicher ist: Die Reiter kamen – die Frage ist nur wann. »Für die Zeit von vor 5000 Jahren finden wir in Mitteleuropa keine Spuren der Jamnaja-Gruppen«, sagt Sabine Reinhold, Archäologin am Deutschen Archäologischen Institut in Berlin. Sie erforscht die Nomadenkulturen im Kaukasus. »Entweder haben sie keine archäologischen Spuren hinterlassen, oder der Kontakt fand indirekt über die einheimische Bevölkerung statt.« Die Nomaden lebten in den Steppen nördlich des Schwarzen und des Kaspischen Meeres in kleinen Gemeinschaften zusammen. Sie zogen mit ihren Herden im Umkreis von maximal 80 Kilometern durch die Region und sammelten sich immer wieder in riesigen Zeltlagern. Die Gruppen kamen dabei in Kontakt, tauschten Waren und Wissen aus, erklärt Reinhold. Darüber hinaus waren die berittenen Nomaden stets in der Lage, sich rasch miteinander in Verbindung zu setzen.

Kam der Erreger vor der Einwanderungswelle?

Zu der Frage, ob und wann die Reitervölker die Pest nach Westen trugen, verfolgt die Archäologin eine interessante Spur: »Es gab offenbar bereits vor 5500 Jahren einen intensiven West-Ost-Austausch.« In einigen Steppenbewohnern der Jamnaja-Kultur fanden sich genetische Spuren von Menschen aus Mitteleuropa. Offenbar waren die Bauern und Nomaden schon jahrhundertelang in Kontakt, handelten mit Gütern und Ideen, bevor die Steppenbewohner gen Westen strömten. »In dieser Zeit verbreiteten sich viele Innovationen, etwa der Wagen und die Bronzemetallurgie«, sagt Reinhold. »Über diese etablierten Netzwerke könnte sich auch der Erreger ausgebreitet haben.« Wenige Infizierte schleppten ihn dann womöglich bis nach Mitteleuropa.

In diesem Fall wäre das todbringende Bakterium den Reitern vorausgeeilt – und hätte Europa entvölkert. Die Jamnaja erhielten über die alten Netzwerke vielleicht Nachricht, dass es im Westen saftige Weiden ohne Siedler gab, und zogen los. »Die Dynamik der Pandemie könnte ähnlich verlaufen sein wie bei der Eroberung der Neuen Welt im 16. Jahrhundert«, vergleicht Krause. »Auch damals führte der Kontakt der indigenen Völker mit den Europäern zur Ausbreitung von Krankheiten und zu einem Bevölkerungskollaps.«

Geschlechtsspezifische Erkrankung

Womöglich hatten die Mitteleuropäer vor 5500 Jahren also einfach nur Pech? Weil für sie der Steinzeitpesterreger ansteckender und gefährlicher war – anders als für die Steppenbewohner? Dabei fällt auf, dass in Mitteleuropa vor allem Männer dahingerafft wurden. Wenn tatsächlich die Pest die Bevölkerung dezimiert hatte, dann waren die Männer aus irgendeinem Grund stärker durch das Bakterium gefährdet. »Solche unterschiedlichen Anfälligkeiten gab es immer wieder«, bestätigt Krause. »Auch bei Covid-19 beobachten wir, dass Männer und Frauen unterschiedlich betroffen sind.«

Die Gene der Jamnaja-Kultur verdrängten in Europa bis zu 95 % des Erbguts der männlichen Bevölkerung

Krause könnte sich auch vorstellen, dass erst ein Pestausbruch in der Heimat viele Jamnaja dazu brachte, Richtung Westen und auch Richtung Osten zu ziehen. Anderer Meinung ist Kristiansen: Seines Erachtens seien die weiten Wanderungen kulturbedingt gewesen. So sah die Gesellschaft der Jamnaja-Verbände vor, dass jeweils der älteste Sohn den Besitz erbte. Das zwang alle anderen Männer dazu, alternative Wege einzuschlagen. Sie wurden Krieger, Hirten und Kolonisten, davon ist Kristiansen überzeugt. So hätten sich einige zu Banden zusammengeschlossen, die ihr Glück anderswo suchten. Die Pest bot ihnen die große Chance, in Mitteleuropa eine neue Existenz zu gründen und sich dort Frauen unter der einheimischen Bevölkerung zu suchen. »Sie waren fähige Krieger und behielten die Oberhand«, sagt Kristiansen. »Die einheimischen Männer wurden wahrscheinlich getötet.«

Allerdings gibt es in Mitteleuropa zu dieser Zeit keine Hinweise auf kriegerische Konflikte, sagt Sabine Reinhold. Ein derart massiver Einschnitt lasse sich so nicht erklären. Kristiansens Thesen sind daher unter Archäologen sehr umstritten. Es gibt neueste genetische Untersuchungen aus der Schweiz, die zeigen, dass zumindest auf regionaler Ebene Einheimische und Einwanderer fast 1000 Jahre nebeneinanderlebten, berichtet ein Forscherteam um Anja Furtwängler von der Eberhard Karls Universität Tübingen. Die Schnurkeramiker mit Steppenvorfahren besetzten zwar große Teile Zentraleuropas. Daneben existierten jedoch über Hunderte von Jahren auch Gruppen ohne nomadische Ahnen. »Sie lebten möglicherweise in Alpentälern, die kaum Verbindungen zu anderen Regionen hatten«, sagt Johannes Krause, der ebenfalls an der Studie beteiligt war.

Eine neue Welt wird geboren

Insgesamt erlebte Mitteleuropa in dieser Zeit einen enormen Kulturschub. Ob der große Wandel allein durch die Zuwanderung oder auch durch den Austausch zwischen unterschiedlichen Kulturen ausgelöst wurde, ist schwer zu klären. Doch das Leben veränderte sich drastisch. Zuvor hatten die neolithischen Bauern in Dörfern gelebt und auf gemeinschaftlich bewirtschafteten Feldern vorwiegend Emmer und Einkorn angebaut. Nun wohnten die Menschen auf Gehöften und in Weilern. Kristiansen spricht von einer »sehr viel individualistischeren Kultur, die um Kernfamilien organisiert ist«.

Opfer der Beulenpest. Die Überreste dieser zwei Menschen sind zirka 3800 Jahre alt. Als die beiden starben, waren sie mit der Beulenpest infiziert. Das Grab aus der Samara-Region im Süden Russlands liefert damit den ältesten bekannten Nachweis für den von Flöhen übertragenen Pesterreger.
Die verringerte Siedlungsgröße könnte eine Reaktion auf die Pesterfahrungen gewesen sein, denn gerade das enge Zusammenleben in Dörfern hätte den Ausbruch einer Epidemie begünstigt. Auch Lebensstil und Essgewohnheiten wandelten sich: Die Bauern züchteten vermehrt Rinder, aßen mehr Fleisch, Milch und Käse. Mit den Einwanderern verbreitete sich zudem die Fähigkeit, den Milchzucker Laktose abzubauen. Dass in weiten Teilen Europas eine neue Bevölkerung weilte, erkennen Archäologen auch an der Art, wie die Menschen ihre Haushaltsgefäße gestalteten. Sie verzierten ihre Keramikbehälter mit einem Schnurmuster. Nach diesem Detail haben Forscher der gesamten Kultur ihren Namen gegeben: Schnurkeramiker. Die Neuankömmlinge benutzten zudem andere Waffen als die ansässigen Bauern, nämlich steinerne Streitäxte. Und es wandelten sich die Grabsitten: Die Menschen legten ihre Toten zwar immer noch in Seitenlage ins Grab, doch betteten sie Frauen auf die linke und Männer auf die rechte Körperflanke. Die Reiternomaden aus der Steppe hatten das Leben in Europa nachhaltig verändert, denn mit ihnen hielt auch die indoeuropäische Sprache Einzug auf dem Kontinent.

Nach dem Drama der ersten Pestpandemie folgte einer der größten Umbrüche in der frühen europäischen Geschichte – seine Spur zieht sich bis in die Gegenwart. Zwar verschwand der Erreger der Steinzeitpest vor rund 3500 Jahren, aber offenbar wurde er von einem nahen Verwandten verdrängt: der Beulenpest. Krause und sein Team identifizierten die ältesten bekannten Opfer in einem Grab in der russischen Samara-Region, das Alter: 3800 Jahre. Ebenjenes Bakterium wird wiederum Jahrtausende später erneut die Weltgeschichte dramatisch prägen.

Aber das ist eine andere Geschichte.