Wieder Seiten eines Buches auf der Straße

Ewa Maria Slaska

Was ist mit uns passiert?

Es ist schon meine Tradition, dass ich über die Bücher schreibe, die ich irgendwo bekommen (oder nicht bekommen), gefunden oder, naja, entwendet habe, in schierer Hoffnung kein Mensch wird sich dafür interessieren.

Nein, nein, seien Sie beruhigt, ich habe sie nicht aus den Bibliotheken entwendet, auch nicht aus Euren Bibliotheken.

In Berlin gibt es so viele Möglichkeiten, Bücher umsonst zu bekommen. Oder sie unbemerkt zu entwenden, Cafees etwa, die über Bücher verfügen…

In der ganzen Stadt gibt es vor allem verschiedene Büchertische, die zum Teil schon ganz schön groß geworden sind und den Raum einnehmen, die man eigentlich Laden oder Buchladen nennen wird und nicht Tisch.
Aber was soll es?

In einem von diesen Läden, in denen man Bücher einfach so bekommt, habe ich die Bücher nicht bekommt, weil man sie gerade schön im Ladenfenster ausgelegt hatte. Ein Gehabe, das man gewöhnt ist zu akzeptieren, wenn es  die Fenster grossen Läden und Konzernen sind. In einem Laden wie Zara wird dir niemand das Kleid von der Fensterpuppe abnehmen. Es ist nicht erlaubt, manchmal gar verboten, manchmal unter der Strafe… Manchmal behauptet man, man muss dem Chef anrufen, dann zeigt sich aber, dass der Chef es doch nicht erlaubt.

In kleinem Laden wird anders umgegangen. Im kleinem Laden wißen die Verkäufer(Innen), dass nichts besser gefällt, als das, was man in voller Fülle an einem Kunstkörper sieht, viel besser als das, was sich auf den Auslagen stappelt oder auf den Stangen aneinanderreibt.
Aber in diesem großen Büchertisch, der doch einfach ein klein Laden war, im Karl-May-Jahr hat mir die Verkäuferin (Buch-Abgeberin? sie verkaufte doch nichts!) nicht erlaubt, mir ein Buch vom May auszusuchen, weil sie gerade alle May-Bücher so schön “drapiert” hat. Das Wort machte mich total stutzig. Ich weiss, dass man in der neudeutschen Sprache die Steine auf dem Kaminsims und Obst in der Schale drapieren kann. Für mich ist jedoch drapieren bei seinem Ursprung geblieben und bedeutet ausschliesslich etwas weiches, fliessendes kunstvoll in Falten oder Plisses zu legen. Ich glaube, man benutzt es jetzt in steifen und hartkantigen Kontext, weil es elegant und salonhaft klingt, und die Buch-Abgeberin hat es gerade so elegant im Fenster aufgebaut.

Aber sonst sind Bücher überall zu bekommen, dh. auch zu abgeben. Man kann sie im Metro finden oder liegenlassen, auf einer Parkbank, in einer Kiste neben der Türeingang, auf den Fenstersimse in Treppenhäuser… Im Krankenhäuser gibt es massenweise alte Hardcover-Romane, offensichtlich aus verschiedenen Bibliotheken aussortiert (zugegeben – da bediente ich mich auch ein paar mal). Manchmal liegen sie auch in Bibliotheken und sind für einem symbolischen Obulus zu haben…

Ein grosser Teil meiner Bibliothek bilden die Bücher, die ich gefunden und manchmal gerettet habe. Seit ein oder zwei Jahren finde ich aber auf den Strassen die Bücherseiten… Bücherseiten eines Paperback, eines Taschenbuches… Offensichtlich Hardcover schützt vom Wandalismus. Kann sein. Als wir mit Monika Wrzosek Müller im Mai in Lemberg waren, hat uns ein Verleger gesagt hat, dass er alle Bücher als Hardcover herausgibt. In Ukraine, sagte er, sind Paperbacks keine Bücher.

Ist das die Erklärung?

Bis vor kurzem war ich eigentlich zufrieden, als ich auf der Strasse ein paar Seiten gefunden habe, weil es für mich ein Test meiner Geschicklichkeit war, als ich aus diesen ein paar Seiten rekonstruiert habe, WAS für ein Buch es war. Immer habe ich die Bücher dann auch gekauft, gelesen, über sie geschrieben…

Jetzt aber, bei dem neuen Fund – es ist Der Duft der Kaffeeblüte, ein Roman von Ana Veloso – bin ich eigentlich erschrocken. Wer macht das? Weshalb? Auch wenn ihm das Buch nicht gefällt. Muss nicht, ist eine langweilige Liebesgeschichte, wo die Bäuerin die schönste ist und Zeit hat, blühenden Kaffezweige zu bewundern. Aber auch dann…Warum kann er/sie es nicht einfach igendwo ablegen, damit es die Andere lesen? Wieso reist er/sie die Seiten aus, wieso verstreut er/sie sie über die Strassen…

Schauet nur:

Der neuste Fund, gefunden als ich den obigen Text schon fertig hatte – 26. August 2018, Fremdwörter Lexikon, Berlin-Friedrichshain

August 2018, Ana Veloso, Der Duft der Kaffeeblüte, Berlin-Schöneberg

Mai 2018,  Antonio Skármeta, Die Hochzeit des Dichters, Berlin Tempelhof, direkt vor meinem Haus

Februar 2017, Max Frisch, Andorra, Berlin-Charlottenburg

Juni 2016, Hermann Kasack, Die Stadt hinter dem Strom, Berlin-Kreuzberg

Juni 2013, Lutz van Dijk, Verdammt starke Liebe, Berlin Ku_Damm

Es sind meistens gute Bücher, kein Schund, den man einmal liest und wegwirft. Wer macht das mit den Büchern? Weshalb?
Was ist mit uns passiert?

Niemcy z drogi 1

Dla Christine Ziegler

Ewa Maria Slaska

Na przełomie marca i kwietnia 2018 roku opublikowałam TU cztery fragmenty powieści Andrzeja Stasiuka Wschód, a uzasadniłam to w sposób następujący:

…jest to książka nie tylko o naszej przeszłości, rzymskiej, mongolskiej, stalinowskiej, jagiellońskiej, peerelowskiej, piastowskiej, ale też książka o tym, co przyjdzie, co się czai, jest tuż tuż, a zaraz się objawi… Czarne wydało Wschód w roku 2014, w roku 2015 to, co się czaiło, a co odkrył tylko geniusz pisarza, stało się prawdą, która od maja 2015 roku zaczęła nas dławić, dławi dziś i dławić zapewne będzie jeszcze dobrych kilkanaście lat. (…) On to wiedział już wtedy, trzeba było czytać ze zrozumieniem, to nic by się wprawdzie nie zmieniło, ale przynajmniej nie stalibyśmy z rozdziawioną buzią, patrząc jak na naszych oczach z zakamarków, komyszy i oczeretów naszego świata, z tego stasiukowego piachu i kurzu wypełza… Suweren!

W roku 2018 Christine Ziegler, jedna z moich licznych autorek-przyjaciółek (ten blog jest ich pełen, niektóre są też moimi siostrami, ciotkami lub kuzynkami), podarowała mi książkę niemieckiego dziennikarza, który w sierpniu 2016 roku zszedł z asfaltu i betonu, które pokrywają Niemcy na powierzchni 6,2% (tak twierdzi Autor) i poszedł tysiąc kilometrów na przełaj, z Darst na Północy, która jest jednocześnie Wschodem, na najwyższy szczyt Niemiec – Zugspitze – na Południu, który jest również Zachodem.

Sußbach szedł więc a nie jechał jak Stasiuk, a jego wędrówka wiodła na Południe, a nie na Wschód, ale mimo to łączy ich obu obserwacja, która ociera się o… profetyzm. Stasiuk zobaczył niewidzialnych ludzi, którzy w dwa lata później wyszli w Polsce “po swoje”, Sußbach pisze o takich samych ludziach w Niemczech. O tych, których nie ma, których my – “miastowi” – nigdy nie widzimy, nawet jeśli czasem wyjedziemy na wieś i kupimy u nich ze stoiska przy drodze szparagi, grzyby lub truskawki.

Ludzie, których nie ma

To nie jest tytuł  nadany przez autora, to mój tytuł, wspólny dla Stasiuka i Sußbacha. Nie wydaje mi się, by książka Sußbacha ukazała się (już) w Polsce. Nie znalazłam jej w sieci. Sugeruję jednak wydawnictwu WAB, by zamówiło u mnie jej tłumaczenie (tu na początek kilka stron), i jak najszybciej ją wydało, bo to ważna książka, być może ważniejsza niż wszystko, co do tej pory napisano o nas i o tym, co idzie… Sugeruję też, byśmy to “przeczytali ze zrozumieniem”. Nawet jeśli niczego to nie zmieni, to przynajmniej nie będziemy zaskoczeni…

Też będzie kilka odcinków.

Mięso bułka ogórek

Drugi badacz, z którym rozmawiałem, zanim ruszyłem, jest profesorem socjogeografii na Uniwersytecie w Jenie. Benno Werlen, Szwajcar z górskiej wioski. Werlen bez zachwytu ustosunkował się do mojego pomysłu. “Nie będzie tam panu dobrze”, powiedział z politowaniem.
“Dla kogo urządzono ten kraj tak, jak on dziś wygląda?”, zapytał i sam sobie odpowiedział: “Dla tych jego mieszkańców, którzy pracują. Dla tych, którzy pracują i poruszają się autem. Te aspekty, które są ważne dla osiągnięcia produktu socjalnego brutto, są traktowane priorytetowo przy kształtowaniu świata materialnego”. Dzieci, wedle kryteriów ekonomicznych, kategoria nieproduktywna, zostają zamknięte “w wydzielonych i ogrodzonych rezerwatach”. Połączenia kolejowe na terenach o niskim zaludnieniu zostają zlikwidowane. Dorosły, który siedzi bezczynnie na przystanku autobusowym, i nawet nie wsiadł do auta i nie udaje, że coś robi, jest podejrzany.

Tu oczywiście muszę wtrącić swoje trzy berlińskie grosze. W Berlinie w biały roboczy dzień wszystkie knajpy są pełne ludzi. Oczywiście, wielu z nich to turyści, ale nawet oni pytają ze zdumieniem: czy u Was nikt nie pracuje? No ale Berlin to zdegenerowany wyjątek w solidnym krajobrazie niemieckiego społeczeństwa pracującego…

Geograf nie skarżył się na to, że tak jest. Jego analiza nie miała w sobie elementów nawracania. Chłodno mówił o tym, jak zasada efektywności pracy i wynikająca z niej konieczność mobilności przy użyciu samochodu, wpływają na wygląd naszego otoczenia. Już pierwsza restauracja McDonald’sa, powiedział profesor, była przeznaczona dla użytkowników aut. Był to pawilon typu drive-in na parkingu w Kalifornii. “A dlaczego? A dlatego że od czasu industrializacji przestrzeń mieszkania oddzieliła się od przestrzeni pracy. To sprawia, że wciąż jesteśmy w ruchu i rzadko w domu. Jedną z odpowiedzi na ten stan rzeczy było związanie jedzenia z autem.”

Berlinka-adminka musi się tu wtrącić po raz kolejny. W Berlinie samochód nie jest może aż tak wszędobylski, jak w innych miastach, bo mamy dobrze funkcjonującą komunikację miejską i siłą rzeczy nasze jedzenie przeniosło się do metra. Stacje metra oferują z reguły co najmniej jedną potrawę fast-food, czasem zamieniają się w prawdziwe centrum gastronomiczne o zróżnicowanej ofercie. Zasada jednak pozostała ta sama. A Berlin dla hipsterów to nie reszta świata. Już pięć kilometrów od centrum oferta sprowadza się do… 

“Trzeba więc było zorganizować to tak, by jedzenie podano nam do auta. Fastfood, szybkie zaspokajanie głodu. To jednak będzie funkcjonowało najlepiej, jeśli oferta będzie wąska, a wybór ograniczony i sprowadzony do produkcji seryjnej. Gdy wszyscy jedzą to samo, wystarczy wszędzie posadzić to samo. Potrzeba tylko mięsa, bułek, ogórków.”
Gegrafa szczerze ubawiła wizja tego, jak wędruję przez krajobraz mięsa, bułek i ogórków. Facet bez pracy i auta, ale związany z jakimś miejscem w tym krajobrazie, jakiś wioskowy przygłup, może sobie poradzi, ale człowiek taki jak ja – pracujący mieszczuch-konsument – zginie. Bo wprawdzie ten świat został urządzony po to, żeby zaspokoić potrzeby takich jak ja, ale spełnia swoją funkcję pod warunkiem, że trzymamy się od niego z daleka.

To były strony 49-50. Ciąg dalszy za tydzień…

 

 

Zaklinanie deszczu 2

Wczorajszy wpis wywołał burzę z piorunami. Zobaczymy, jak mi pójdzie dzisiaj…


Ach, jakaż to wspaniała książka. Jedna z lepszych jakie w życiu czytałam. Zawsze się martwię, że jak mi każą wybierać dziesięć książek do zabrania na bezludną wyspę, to o niej zapomnę. Z tymi dziesięcioma książkami to zresztą dziwna sprawa. Kiedyś myślałam, że zabiorę Prousta, w końcu siedem tomów, i z głowy. Ale teraz wiem, że nie można się przygotowywać na całe życie tylko z Proustem. Na pewno trzeba mieć ze sobą pierwszy tom, ale więcej nie trzeba. A więc Proust, Saul Bellow, Saroyan – Cóż za pomysł, tato!, Gerald Durrell – Moja rodzina i inne zwierzęta, Markus Zusak – Złodziejka książek, Robert van Gulik – jedna z książek o sędzim Di, na przykład Sędzia Di i chiński gwóźdź, Margaret Atwood – Pani Wyrocznia, Pascal Mercier – Nocny pociąg do Lizbony, Harper Lee – Zabić drozda, Romain Rolland – Cola Breugnon. I jedenasta – nadprogramowa – Nicole Kraus, The history of love.

Teraz sobie uświadamiam, że już raz robiłam na blogu podobną listę, ale niezbyt ją pamiętam. Nie wiem co się tu powtórzy, ale na pewno była Harper Lee. Sprawdzam i okazuje się, że było to 2,5 roku temu, w lutym 2016 roku…: Moje książki. Colas Breugnon, Zabić drozda, Sto lat samotności, Imię róży, Gra w klasy… kultowa książka mojego pokolenia w Polsce. Oczywiście W poszukiwaniu… i oczywiście Odyseja.
Czyli trzy te same książki, Harper Lee, Romain Rolland i Proust. Dużo to czy mało? Czy trzy książki na dziesięć znaczą, że jestem wierną czytelniczką, czy przeciwnie – niewierną… Dodam też, że żadna z tych książek, które się pojawiły na dzisiejszej liście, nie jest odkryciem nowym – wszystkie czytałam i wtedy, gdy zestawiałam poprzedni spis… O Hendersonie… wtedy zapomniałam.

Zawsze wierzyłam w to, co mi ktoś powiedział, że Bellow dostał za Hendersona… doktorat honoris causa z etnografii, ale usilne poszukiwania udowodniły mi, że chyba to nieprawda. Bo owszem, dostał hc, nawet kilkakrotnie, ale z literatury. Szkoda. Jak zawsze okazuje się, że zmyślenie jest lepsze od faktów…

W każdym razie – ja bym mu dała doktorat z etnografii za tę książkę, nawet jeśli wszystko w niej jest zmyśleniem, jak w każdej pikardyjskiej opowieści o zwariowanym wędrowcu, czy był to król Jan czy łazik z Tormesu.

To piosenka Rain King, do której inspiracją była powieść Bellowa… Gdy to piszę pada deszcz… Niech pada, niech pada… Bo jak nie pada, to nie tylko jest susza, ale w wodzie, gdzie poi się krowy zalęgną się żaby… (Nie wiecie o co mi chodzi – to znaczy, że koniecznie musicie przeczytać tę książkę. To historia człowieka, który jest złośnikiem i w złości porzuca, dom, rodzinę i rzeźnię śwień, która przyniosła mu ulewę pieniędzy, i wyjeżdża do Afryki, gdzie kompromituje się w sprawie żab i tak dalej).

Ze​wnętrz​ne scho​dy – sze​ro​kie, wy​god​ne – skrę​ca​ły na dru​gą stro​nę bu​dyn​ku. Ro​sną​ce tuż obok drze​wo chwia​ło się i trzeszczało, po​nie​waż ja​cyś lu​dzie wy​ko​ny​wa​li wśród konarów oso​bli​we za​da​nie, mia​no​wi​cie z po​mo​cą sznu​rów i prymitywnych drew​nia​nych blo​ków win​do​wa​li na ga​łę​zie duże gła​zy. Wrzesz​cze​li do za​ło​gi na​ziem​nej, któ​ra podpiera​ła gła​zy od dołu, a ich twa​rze jaśnia​ły bla​skiem wy​tę​żo​nej pra​cy. He​re​ko wyjaśnił mi, a ja nie bar​dzo go zro​zu​mia​łem, że te ka​mie​nie mają ja​kiś zwią​zek z chmurami i desz​czem, któ​ry Wa​ri​ri spodziewa​ją się spro​wa​dzić na zie​mię pod​czas niedale​kiej już cere​mo​nii. Wszy​scy tu wydawa​li się bar​dzo pew​ni, że uda im się dzi​siaj zro​bić deszcz. Sę​dzia śled​czy po​wie​dział wczo​raj​szej nocy: – Wak-ta – i po​ka​zał pal​ca​mi ule​wę. Ale na nie​bie nie ​by​ło nic. Zu​peł​na pust​ka, je​że​li nie li​czyć słoń​ca. Jak do​tąd były tyl​ko te okrą​głe ka​mie​nie na ga​łę​ziach, któ​re naj​wy​raź​niej mia​ły przed​sta​wiać deszczowe chmu​ry.

Henderson idzie spotkać się z królem. Rozmawiają trochę, a potem ruszają na dziedziniec, bo czas rozpocząć ceremonię.

Na dzie​dziń​cu do pro​ce​sji przy​łą​czył się He​re​ko ze swo​imi paraso​la​mi, a tak​że ama​zon​ki, żony, dzie​ci nio​są​ce dłu​gie pęki ku​ku​ry​dzy, wo​jow​ni​cy trzy​ma​ją​cy w ra​mio​nach boż​ków i fetysze, do​pie​ro co po​cią​gnię​te ochrą i wap​nem i ta​kiej brzydoty, na jaką stać ludz​ką pomy​sło​wość. Nie​któ​re, zda​wa​ło się, mia​ły same zęby, inne same noz​drza, kil​ka zaś obdarzo​no przy​ro​dze​niem więk​szym od ich ciał. Na dzie​dziń​cu zro​bi​ło się na​gle bar​dzo tłocz​no. Słońce pie​kło i pra​ży​ło. (…)  Te wrza​ski, to pod​nie​ce​nie! Te ryki, te głę​bo​kie pomru​ki bęb​nów, jak gdy​by zwie​rzę​ta prze​mó​wi​ły znów za po​śred​nic​twem skór, któ​re kiedyś ob​le​ka​ły ich ciel​ska! Był to po​tęż​ny wy​buch wrza​wy, przypo​mi​na​ją​cy Co​ney Island czy Atlan​tic City, czy Ti​mes Square w noc syl​we​stro​wą. W mo​men​cie kie​dy król opusz​czał dzie​dzi​niec, po​twor​na ka​ko​fo​nia zdy​stan​so​wa​ła wszyst​kie zna​ne mi do​tąd hała​sy.
Na​tę​ża​jąc glos do wrza​sku spy​ta​łem kró​la:
– Gdzie…?
Schy​li​łem się ni​sko w ocze​ki​wa​niu od​po​wie​dzi.
– … mamy spe​cjal​ne miej​sce… are​na – od​parł.
Nie usły​sza​łem wię​cej. Szał był szałem wiel​ko​miej​skim. Ko​tło​wa​ła się taka ciż​ba mężczyzn, ko​biet i fe​ty​szów, tak ogłu​sza​ją​ce było war​cze​nie jak​by bi​tych psów, świst jakby ostrzo​nych sier​pów, głos ro​gów tak dziu​ra​wił i roz​dzie​rał po​wie​trze, że nie da​ło​by się tego za​re​je​stro​wać na nor​mal​nej ska​li. Ba​rie​ra dźwię​ku mo​gła lada mo​ment pęk​nąć. (…)
Tłum
li​czył co naj​mniej ty​siąc osób, w więk​szo​ści na​gich, czę​sto o cia​łach po​kry​tych jaskra​wą farbą, a wszy​scy uży​wa​li prze​róż​nych ha​ła​śli​wych in​stru​men​tów i wrzesz​cze​li. Po​wie​trze było cięż​kie, dusz​ne, więc swę​dzi​ła mnie skó​ra na ca​łym cie​le. Był to groź​ny, prze​siąk​nię​ty ku​rzem upał i chwi​la​mi mia​łem uczu​cie, że ktoś okrę​cił mi twarz kawałkiem szorst​kiej wełny. Tłum uno​sił mnie, wciąż u boku kró​la. Pro​ce​sja wy​szła na sta​dion – nad​uży​wam tego po​ję​cia – czy​li dużą prze​strzeń oko​lo​ną drze​wa​mi. W środ​ku stał po​czwór​ny rząd ławek wy​ku​tych w bia​łym wa​pie​niu. Król miał spe​cjal​ną lożę, gdzie rów​nież mnie po​sa​dzono, pod bal​da​chi​mem ozdo​bio​nym po​wie​wa​ją​cy​mi wstąż​ka​mi, w oto​cze​niu żon, urzędni​ków i ro​dzi​ny kró​lew​skiej. Ama​zon​ki w ka​mi​ze​lach przypominających gor​se​ty, wszyst​kie o ro​słych, gład​kich cia​łach i de​li​kat​nych, wygolonych, ogrom​nych gło​wach, okrągłych jak me​lo​ny, owal​nych jak kan​ta​lu​py, podługo​wa​tych jak dy​nie, sta​nę​ły do​oko​ła nas na stra​ży. (…)
Nie​sio​ny wy​so​ko przez czte​ry ama​zon​ki, każ​da przy jed​nej jego no​dze, za​je​chał sto​lik brydżo​wy. Sta​ła na nim misa z dwie​ma czasz​ka​mi ludz​ki​mi, któ​re wi​dzia​łem nie​daw​no w aparta​men​tach kró​lew​skich. Ale te​raz mia​ły prze​wią​za​ne przez oczo​do​ły dłu​gie i bardzo błysz​czą​ce ciem​no​nie​bie​skie wstąż​ki. Po​sta​wio​no czasz​ki przed kró​lem, któ​ry rzucił im jedno spoj​rze​nie i wię​cej na nie nie pa​trzył. (…) na​gle kil​ka od​dzia​łów amazonek usta​wi​ło się w sze​re​gi i wy​mie​rzy​ło z musz​kie​tów w nie​bo. Te ro​słe ko​bie​ty za​czę​ły od​da​wać sal​wa po sal​wie, naj​pierw na cześć kró​la, po​tem jego zmar​łe​go ojca Gmila, po​tem na cześć kil​ku in​nych osób. Wresz​cie, wy​ja​śnił mi król, była sal​wa honorowa dla mnie.

Wywoływanie deszczu to niełatwa sprawa. Tu nie starczą już kamienie na gałęziach drzew, czaszki przeplecione błyszczącymi wstążkami i salwy z muszkietów. Na oczach króla, jego świty i Hendersona, tnie się nożem ciało starego mężczyzny…

Ale cię​cia nie były głę​bo​kie, tyl​ko uko​śne i po​wierz​chow​ne, i mimo szyb​ko​ści, z jaką pokryty ma​lun​ka​mi ka​płan wy​ma​chi​wał no​żem, były wy​ko​ny​wa​ne pla​no​wo i zręcz​nie. W świe​że rany wcie​ra​no ochrę, co mu​sia​ło piec jak wszy​scy dia​bli, ale ten człowiek da​lej szcze​rzył zęby, a król po​wie​dział:
– Ta pro​ce​du​ra jest, moż​na rzec, pra​wie na pół zwy​czaj​na, panie Hen​der​son. Zmartwienie nie jest po​trzeb​ne. On w ten sposób awan​su​je jako ka​płan, co go bar​dzo cieszy. Je​śli idzie o krew, pa​nu​je mnie​ma​nie, że po​bu​dza ona nie​bo do desz​czu czy też urucha​mia pom​py firma​men​tu. (…) Roz​le​gła się ze wszystkich luf ogłu​sza​ją​ca sal​wa i wraz z nią głę​bo​kie dudnie​nie ba​so​wych bęb​nów. Król wstał. Osza​la​łe wrza​ski ra​do​ści! Fontanny po​chwał! Twa​rze pa​ła​ją​ce dzi​ką dumą, wy​krzy​wio​ne róż​no​ra​kim natchnieniem. Od czar​ne​go tła ciał szcze​pu Wa​ri​ri ode​rwa​ła się czy też z nie​go buch​nę​ła fala czer​wie​ni, wszy​scy stanę​li na białym ka​mie​niu try​bun i po​wie​wa​li czer​wo​ny​mi przed​mio​ta​mi. Szkar​łat był ko​lo​rem dni świą​tecz​nych szcze​pu Wa​ri​ri. Ama​zon​ki zasaluto​wa​ły pur​pu​ro​wy​mi sztan​da​ra​mi, barwą kró​lew​ską. Unie​sio​no w górę purpurowy pa​ra​sol kró​la, roz​ko​ły​sa​ła się opię​ta je​dwa​biem ko​pu​ła.
Kró​la nie było już obok mnie. Wy​szedł z loży, żeby za​jąć po​zy​cję na are​nie. Po dru​giej stro​nie krę​gu, któ​ry był nie więk​szy od pola bram​ko​we​go bo​iska, uka​za​ła się wy​so​ka kobie​ta. Była naga do pasa i całą gło​wę mia​ła w weł​ni​stych kę​dzior​kach. Kiedy po​de​szła bli​żej, zobaczy​łem, że jej twarz po​kry​wa pięk​ny deseń blizn (…).
Dziew​czy​na mia​ła na so​bie szkar​łat​ne spodnie, har​mo​ni​zu​ją​ce ze spodnia​mi kró​la, i była jego part​ner​ką w grze, któ​rą te​raz rozpo​czę​li. Do​pie​ro w tym mo​men​cie za​uwa​ży​łem, że na środ​ku are​ny stoi kil​ka osło​nię​tych płach​ta​mi po​są​gów. Do​my​śli​łem się – i słusz​nie – że są to bo​go​wie. Do​ko​ła nich i nad nimi król i złoco​na dziew​czy​na roz​po​czę​li grę posługu​jąc się czasz​ka​mi. Okrę​ca​li je na dłu​gich wstąż​kach, każ​de z nich prze​bie​ga​ło kilka kro​ków i wy​rzuca​ło czasz​kę wy​so​ko w po​wie​trze, po​nad drew​nia​ne fi​gu​ry przykryte płach​tą. Czasz​ki wy​la​ty​wa​ły hen w górę, po czym król i dziew​czy​na je chwytali. Ro​bi​li to bar​dzo zręcz​nie. Po pierw​szych kil​ku rzu​tach, za​pa​no​wa​ła ci​sza. Po chwi​li za​czął do​cie​rać do mnie świst okręcanych w po​wie​trzu cza​szek. Dziewczy​na rzuciła swo​ją. Sze​ro​kie nie​bie​skie i szkarłatne wstążki spra​wi​ły, że wy​glą​da​ła jak kwiat w po​wie​trzu. W pół dro​gi mi​nę​ła się z czasz​ką rzu​co​ną przez kró​la. Obie spa​dły w dół, a za nimi ogo​ny po​wie​wa​ją​cych nie​bie​skich wstą​żek, jak gdy​by były parą mor​skich polipów. Wkrót​ce zro​zu​mia​łem, że nie jest to zwy​kła gra, ra​czej za​wo​dy, i na​tu​ral​nie posta​wi​łem na kró​la. Skąd mo​głem wie​dzieć, czy karą za upusz​cze​nie czaszki nie jest śmierć? (…) Ostat​nie dwa rzu​ty i gra do​bie​gła koń​ca. Każ​de z nich wsu​nę​ło czasz​kę pod pa​chę, jak ma​ski szermie​rza; i obo​je skło​ni​li się wi​dzom. Wy​bu​chła po​tęż​na wrzawa i zno​wu eks​plo​do​wa​ły w gó​rze szkar​łat​ne fla​gi i płach​ty.

Deszcz wciąż jeszcze nie pada. Ceremonia trwa. Król wyjaśnia Hendersonowi, że czaszki-piłki to głowy jego przodków i że nadejdzie czas, wtedy, gdy nie będzie już mógł spełniać małżeńskich obowiązków wobec kilkudziesięciu żon i zostanie zabity, że gra o deszcz będzie się toczyła z użyciem jego czaszki…

Skła​da​no te​raz zwie​rzę​ta w ofie​rze, a ro​bio​no to dość bezceremonial​nie. Ka​płan, z którego pió​ra stru​sie ster​cza​ły na wszyst​kie stro​ny, ob​jął ra​mie​niem szy​ję kro​wy, chwycił ją za pysk, szarpnął łeb do góry i prze​je​chał no​żem po gar​dzie​li, jak gdy​by zapalał za​pał​kę o siedze​nie spodni. Pa​dła na zie​mię i sko​na​ła. Nikt nie zwró​cił na to uwagi. (…)
Po​tem przy​szła ko​lej na tań​ce ob​rzę​do​we i wy​stę​py, jak żyw​cem wzię​te z wo​de​wi​lu. Stara ko​bie​ta mo​co​wa​ła się z kar​łem, ka​rzeł wpadł we wście​kłość i usi​ło​wał zro​bić jej krzyw​dę, a wte​dy ona prze​rwa​ła za​ba​wę i za​czę​ła mu wy​my​ślać. Jed​na z ama​zo​nek wkro​czy​ła na arenę, pod​nio​sła kar​ła z zie​mi, wsa​dzi​ła go so​bie pod pa​chę i ode​szła kołysząc się w biodrach. Try​bu​ny po​kwi​to​wa​ły to okrzy​ka​mi i kla​ska​niem. Na​stęp​na scen​ka też mia​ła nie​po​waż​ny cha​rak​ter. Dwaj fa​ce​ci cię​li so​bie ba​ta​mi po no​gach, podska​ku​jąc jak przy skakance. Ta​kie nie​bez​piecz​ne wy​głu​py by​naj​mniej mnie nie uspo​ka​ja​ły.

Deszczu wciąż nie ma. Henderson filozofuje na temat deszczu.

Wiesz, wa​sza wy​so​kość, moja żona Lily abo​nu​je „Scien​ti​fic Ameri​can”, więc je​stem obeznany z za​gad​nie​niem desz​czu. Techni​ka roz​py​la​nia w chmu​rach su​che​go lodu nie zdała egzaminu. We​dług nie​któ​rych ostat​nich teo​rii pra​przy​czy​ną desz​czu jest pył opadający w prze​strze​ni ko​smicz​nej. Kie​dy ten pył ude​rza w at​mos​fe​rę, coś się tam dzieje. We​dług in​nej teo​rii, któ​ra bar​dziej do mnie prze​ma​wia, sło​ny pył oce​anów, czy​li inny​mi słowy pia​na mor​ska, jest jed​nym z głów​nych skład​ni​ków desz​czu. Wil​goć osia​da i skra​pla się na tych krysz​tał​kach unoszących się w po​wie​trzu, bo prze​cież musi mieć na czym się skro​plić. Więc jak sam wi​dzisz, kró​lu, jest to praw​dzi​wa łamigłów​ka. Gdy​by nie było pia​ny mor​skiej, nie by​ło​by desz​czu, a jak​by nie było desz​czu, nie by​ło​by ży​cia.

Deszczu nadal nie ma. Król i Henderson zakładają się o to, czy spadnie jeszcze tego samego dnia.

Kil​ku męż​czyzn w czar​nych pió​ro​pu​szach, jak pta​ki – lu​dzie o dość nędz​nym wy​glą​dzie – zru​dzia​łe pió​ra zwi​sa​ły im na ramiona – za​czę​ło zdej​mo​wać płach​ty z po​są​gów bóstw. Zrywali je nie oka​zu​jąc naj​mniej​sze​go sza​cun​ku. Ich lekceważenie nie było przy​pad​ko​we, je​śli ro​zu​mie​cie, co mam na my​śli. Cho​dzi​ło o to, żeby wy​wo​łać śmiech, co też się sta​ło. Te pta​sie czy pie​rza​ste typy, roz​zu​chwa​lo​ne śmie​chem, za​cho​wy​wa​ły się jak cyr​ko​we błazny; na​stę​po​wa​ły po​są​gom na pal​ce u nóg, prze​wra​ca​ły nie​któ​re z tych mniej​szych, niby to zaleca​ły się do nich, wy​śmie​wa​ły je i tak da​lej. Ka​rzeł, po​sa​dzo​ny na ko​lanach jednej z bogiń, ścią​gnął pal​ca​mi w dół dol​ne po​wie​ki i wysu​nął ję​zyk, marsz​cząc się i robiąc miny obłą​kań​ca, czym do​pro​wa​dził tłum do pa​rok​sy​zmów śmie​chu. Ro​dzi​na bożków, wszy​scy krót​ko​no​dzy i o dłu​gich kor​pu​sach, trak​to​wa​ła te obe​lgi z wiel​ką pobłaż​li​wo​ścią. Więk​szość z nich mia​ła nieproporcjonalnie małe gło​wy osa​dzo​ne na długich szy​jach. W su​mie nie wyglą​da​li na groź​ną ban​dę. Mimo to była w nich godność, ta​jem​ni​czość; osta​tecz​nie byli bo​ga​mi i fe​ro​wa​li wyroki losu. Wła​da​li po​wie​trzem, górami, ogniem, ro​śli​na​mi, by​dłem, szczę​ściem, cho​ro​bą, chmu​ra​mi, na​ro​dze​niem, śmiercią. Niech to dia​bli, na​wet ten naj​grub​szy, prze​wa​lo​ny na brzuch, czymś tam władał. Po ja​kimś cza​sie za​czę​li prze​no​sić cały pan​te​on. Gre​mial​nie. Naj​pierw mniej​sze po​są​gi, z któ​ry​mi ob​cho​dzi​li się bar​dzo bru​tal​nie i nie​go​dzi​wie. Prze​wra​ca​li je, toczy​li na wszyst​kie stro​ny, wrzesz​cze​li na nie, jak​by to było z winy ich nie​zdar​no​ści.

Kie​dy to sta​do kru​ków za​bra​ło się do więk​szych fi​gur, ko​lej​no szar​pa​li je i cią​gnę​li, ale nie da​wa​li rady i mu​sie​li się zwró​cić o po​moc do tłu​mu. Je​den po dru​gim si​ła​cze zeskakiwa​li na are​nę, żeby dźwi​gnąć boż​ka i prze​nieść go z po​zy​cji pier​wot​nej na – powiedz​my – bliskie pole, cze​mu to​wa​rzy​szy​ły wrza​ski i wi​wa​ty na try​bu​nach. Z postawy i umię​śnie​nia tych czem​pio​nów, któ​rzy prze​no​si​li więk​sze po​są​gi, wy​cią​gną​łem wnio​sek, że po​pis siły jest tra​dy​cyj​ną czę​ścią ce​re​mo​nii.

Gdy pozostają dwa ostatnie, przeogromne posągi, Wielkiego Boga i Wielkiej Bogini pojawia się siłacz, który potrafi przesunąć o dwadzieścia stóp wielki posąg Hummata, ale, jak co roku, braknie mu sił, by przenieść jeszcze większą Mummah. Nie można jednak odwrócić kolejności przesuwania bogów – Hum​ma​ta trze​ba prze​su​nąć naj​pierw, bo ina​czej nie prze​pu​ści chmur nad gó​ra​mi.

Po​wie​dzia​łem gło​śno:
– Mu​szę spró​bo​wać.
– Co pro​szę? – rzekł Dah​fu.
– Wa​sza wy​so​kość – zwró​ci​łem się do nie​go – je​że​li nie zo​sta​nie to uzna​ne za mie​sza​nie się ob​co​kra​jow​ca w wa​sze spra​wy, myślę, że mógł​bym prze​nieść ten po​sąg… tę bo​gi​nię Mummah. Na​praw​dę chciał​bym się wam przy​słu​żyć, jako że po​sia​dam pew​ne zdol​no​ści, któ​re sta​now​czo po​win​ny być spo​żyt​ko​wa​ne. (…) Czy mógł​bym spró​bo​wać mo​ich sił z Mum​mah? Nie wiem, jak to wy​tłu​ma​czyć, ale po pro​stu czu​ję, że uda mi się ją ru​szyć.
– Je​stem zo​bli​go​wa​ny za​wia​do​mić pana, pa​nie Hen​der​son, że mogą być pew​ne konsekwencje. Na​praw​dę jest pan prze​ko​na​ny, że zdo​ła tego do​ko​nać? – spy​tał.
– Kró​lu, mogę tyl​ko po​wie​dzieć: puść mnie do niej. Chcę jed​ne​go: opa​sać ją ra​mio​na​mi. (…)
Bez se​kun​dy wa​ha​nia ob​ją​łem Mum​mah ra​mio​na​mi. Ani my​śla​łem usły​szeć „nie” w odpowie​dzi. Przy​war​łem do niej brzu​chem i zgią​łem tro​chę ko​la​na. Po​czu​łem za​pach starej ży​wej ko​bie​ty. Bo też była dla mnie żywą oso​bą, a nie bó​stwem. Spo​ty​ka​li​śmy się jako wyzywa​ją​cy i wy​zy​wa​ny do wal​ki, ale jed​no​cze​śnie jako przy​ja​cie​le. I z se​kret​ną przyjemnością, jaką od​czu​wa​my we śnie albo w je​den z owych cie​płych, do​bro​czyn​nych, lek​kich, le​ni​wych dni, kie​dy każ​de na​sze pra​gnie​nie jest za​spo​ka​ja​ne, przytkną​łem policzek do jej drew​nia​nych pier​si. Zgią​łem jesz​cze tro​chę ko​la​na i po​wie​dzia​łem: – Jazda do góry, ko​cha​nie. Nie pró​buj ro​bić się cięż​sza. Gdy​byś wa​ży​ła dwa razy tyle, też bym cię pod​niósł. Drew​nia​ny kloc ustą​pił pod moim na​po​rem i dobrotli​wa Mum​mah uległa mi z nieruchomym uśmie​chem. Po​dźwi​gną​łem ją z zie​mi i prze​nio​słem na odległość dwu​dzie​stu stóp, w jej nowe miej​sce po​mię​dzy in​ny​mi boż​ka​mi. Wa​ri​ri podskaki​wa​li na swo​ich bia​łych ka​mien​nych try​bu​nach, wrzeszcze​li, śpie​wa​li, sza​le​li, rzu​ca​li się so​bie w ob​ję​cia, wychwala​li mnie.

I wtedy przyszedł deszcz. Henderson został Sungo, królem deszczu. I na dziś tylko to się miało liczyć… A jutro…

Jutro ciąg dalszy zaklinania deszczu, ale Hendersonem każdy musi się już zająć sam.

Hungrige Zeiten

Es ist zu heiss zum Essen. Um die Gelegenheit zu nutzen, mache ich, nach dem Beispiel von Doktor Jackson, ein 3-Tage-Programm des Nicht-Essens. Gesundheitsfasten ist zu leichtes Wort dafür. Aber egal. Ich bin nicht zu sehr hungrig (gewesen – die 3 Tage sind schon vorbei, wenn ihr es liest), aber Hunger ist immer noch da. Und mit ihm auch laute Versuchungen, überall wo man nur hinschaut. Da wird leckeres Eis verkauft (Vanille & Marille Eismanufaktur), hier sitzt eine Frau alleine am einen kleinen Tischchen und bekommt gerade eine Kaloriebombe ganz in Altrosa und Grün, och lecker…
Ich flüchte mich nach Hause, wo zwar unter dem Dach die Temperaturen über 40 Grad herrschen, aber die Versuchung viel geringer ausfällt.
Ich werde mich hinlegen und etwas sehr leichtes lesen (leichte Kost! hahaha!), schiebe also weg alle harte Schinken (Schinken! hahaha – na ja, ich bin zwar eine Vegetarierin, aber Schinken ist, mindestens theoretisch – auch essbar) und hole mir ein Buch von Jalid Sehouli, Marakesch, das mir vorgestern Monika brachte. Sie war im Marakesch, schrieb darüber

Ich gehe unter die Dusche (3 Mal am Tag!), lege mich hin (man soll viel liegen!), trinke grünen Tee (2 bis 3 Liter am Tag!) und lese… Glaubt mir oder nicht, aber es ist ein Buch übers Essen (Entschuldige, Professor Sehouli, ich weiß, ihr Werk hat auch andere Schichten, die viel tiefer reichen)… Schon der Untertitel des Buches betrifft das Essen: Viele Geschichten in einer Geschichte oder Die besondere Geschichte der Pastilla… Und Pastilla, auch Bastilla, Bstilla oder Bsteeya (und auch wenn man es nicht weißt, erfährt man sofort, weil es ein Buch über Pastilla ist) ist etwas Essbares! Und wie! Am Ende des Buches gibt es mehrere Rezepte für Pastilla.
Pastilla, schreibt der Autor, verbindet verschiedene Aromen und ist eine Komposition aus Fleisch (und Fisch oder Milch) und knusprigen, warmen, übereinandergeschichteten dünnsten Teigblättern mit süßen Gewürzen. Das Huhn (oder Fisch und Frutti di Mare, oder Ente, oder, och je, Tauben) wird vorsichtig gekocht, die Knochen werden entfernt, das Fleisch zerkleinert und geröstete gemahlene Mandeln beigegeben. Puderzucker und Zimt runden das Gericht ab.

Der Autor isst eine Fischpastilla bei Khalid, einem marokkanischen Freund, dann fährt er nach Hamburg und in Piment, einem kleinem, elegantem Restaurant, wo der marokanische Koch gerade als Koch des Jahres gekürt wurde, isst er Pastilla mit Ente und diese beide Pastillas ändern plötzlich seine ganze Lebenseinstellung. Er ist in Deutschland geborener erster Professor (der Medizin) mit marokkanischer Familiengeschichte, total modern und westlich, und plötzlich findet er, dass ein New-York-Bild, das seine Wohnung ziert… Na ja, lassen wir es den Autor erzählen, er ist ein richtiger Geschichtenerzähler von Djemaa el Fna, den Platz der Toten, Hauptmarkt in Marrakesch, der berühmte Nachtmarkt …

Ich schaute etwas müde, aber wach genug auf das Bild und fühlte, dass es nicht das richtige Bild für meine Wohnung war. Nach dem Erlebnis mit Enten-Pastilla empfand ich, dass ich das Bild durch etwas Orientalisches zu ersetzen habe.
Am nächsten Tag erzählte ich Khalid von meiner kulinarischen Erfahrung in Hamburg und das ich ein orientalisches Bild für meine Wohnung suchte. Khalid sagte, er würde mir ein besonderes Bild besorgen.
Etwa eine Woche später erhielt ich einen Anruf: “Das Bild ist da!” Ich fuhr umgehend zu Khalid und traute meinen Augen nicht. Das Bild zeigte einen Blich auf den Markt von von Djemaa el Fna. Man schaut hindurch zwischen zwei Orangenverkäfer-Wagen, die an ältere englische Pferdekutschen erinnern und an denen frisch gepresster Orangensaft zu kaufen ist. Im Hintergrund erkennt man andere Verkaufsstände, zum beispiel einen Dattel- und Nuss-Verkäufer, weiter dahinter eine der Moscheen auf dem Platz. Der Marktplatz ist noch nicht voll, es scheint Spätnachmittag zu sein, die Zeit, wenn die Vorbereitungen für den Abend beginnen. Das Bild schien mir so vertraut, als hätte ich diesen Blick auf den markt schon seit Jahren in meinem Herzen getragen.
Etwas Besonderes an dem Bild ist auch, dass es sich dem Licht in der Wohnung anzupassen scheint. Abends hat man das gefühl, auf dem Bild sein es neunzehn Uhr; morgens kommt es mir vor wie eine Szene um acht Uhr früh.

So sind die Geschichten, die der Professor erzählt… Das Kulinarische ist dafür da, um etwas anderes erzälen zu können. Aber das Kulinarische ist nicht nur der Vorwand. Und am Ende des Buches gibt es leckere Rezepte. So viel zumindest vermute ich. Ich hungre immer noch und sowieso sind die Rezepte für Fleischfresser oder eventuell Milchtrinker… Also nichts für hungrige Zeiten einer Vegetarierin…

Barataria 77 Swift

Lech Milewski

Czytelników mojego poprzedniego wpisu mogło zaskoczyć dziwne pomieszanie tematów – staroirlandzka legenda, rzeczowe obserwacje angielskich obyczajów dokonane przez czołowego filozofa epoki Oświecenia i Podróże Guliwera – bajki dla dzieci.

Dzisiaj zacznę od bajki.
Podróże Guliwera były jednym z największych sukcesów wydawniczych XVIII wieku. Pierwsze wydanie sprzedano w ciągu tygodnia. Za kilka miesięcy książka została przetłumaczona na francuski. Na początku 1727 roku książka została wydana w Hadze a we Francji ukazało się kolejne tłumaczenie autorstwa księdza Desfontaines’a.

Zatrzymajmy się chwilę na tym ostatnim tłumaczeniu.
Ksiądz Desfontaines w przedmowie napisał:
Nie mogę zataić, że w dziele pana Swifta znalazłem ustępy słabe, a nawet bardzo złe, niezrozumiałe alegorie, niesmaczne aluzje, dziecinne szczegóły, trywialne uwagi, wulgarne żarty, ordynarne dowcipy… słowem rzeczy, które dosłownie oddane po francusku… obrażałyby dobry smak jaki rządzi we Francji, okryłyby mnie samego wstydem i ściągnęłyby niechybnie słuszne zarzuty, gdybym był tak lekkomyślny i nieostrożny, aby je pokazać oczom publiczności.

Co rzekłszy ksiądz Desfontanes, jak sam pisze: …naprawiłem potknięcia i wypolerowałem miejsca, które mi się nie podobały.

Jeszcze cytat z Woltera, pisany bez znajomości Podróży Guliwera i ich francuskiego tłumaczenia.
Każdy tłumacz dowcipnych powieści jest głupi. Otóż dlaczego nigdy nie zrozumieją we Francji dowcipnego nauczyciela Swifta, którego nazywają angielskim Rabelais.

Wolter – Listy o Angielczykach

Pierwsze tłumaczenie na polski ukazało się w 1784 roku. Było to, zgodnie z ówczesnym obyczajem, tłumaczenie nie z angielskiego lecz z francuskiego.

Chyba jednak poprawki księdza Desfontanes za bardzo nie zaszkodziły, skoro w roku 1817 Jędrzej Śniadecki w wydawanych w Wilnie przez Towarzystwo Szubrawców – KLIK Wiadomościach Brukowych opublikował cykl Dalszy ciąg postrzeżeń włóczęgi Guliwera – satyrę na obskurantym szlachecki i nędzę chłopską na ziemiach litewsko-ruskich.

Pierwsze, prawie wierne tłumaczenie ukazało się w Lipsku w 1842 roku.

Ja czytałem Podróże Guliwera wydane w Warszawie w 1953 roku – wydawnictwo Iskry.

Podróże Guliwera

Zdjęcie pochodzi z witryny antykwariatu Rara Avis w Krakowie. Ilustracje w tym wpisie są autorstwa J.I. Grandville’a.

Rok 1953. Przygody Guliwera znane mi były z rysunkowego filmu dla dzieci. Wydaje mi się, że znakomita ilość osób, którym tytuł książki coś mówi, zna ją właśnie z filmów lub książeczek dla dzieci. W rezultacie, gdy wydorośleją, nie sięgną raczej po dość grubą książkę, no bo co ich obchodzą tak naiwne bajeczki.

Jestem przekonany, że moja matka nie czytała całej powieści i w rezultacie byłem mocno zdezorientowany, że z jej rąk otrzymałem książkę zawierającą tak “wulgarne treści” i bardzo śmiałe obserwacje dotyczące zachowania istot rodzaju żeńskiego.

Obecnie jednak zajrzałem do Podróży Guliwera szukając Baratarii. Oto wyniki moich poszukiwań.

Liliput
Większość opowieści poświęcona jest opisowi jak też istoty o wysokości 15 cm radzą sobie z olbrzymem – Człowiekiem Górą (Quinbus Blestrin).
Radzą sobie nieźle, poza jednym – kosztami wyżywienia.

Poszukałem jednak informacji, które nie są tak oczywiste dla dzieci.
Gdy jakiś wielki urząd bądź przez śmierć, bądź przez popadnięcie w niełaskę (co się często zdarza) wakuje, pięciu lub sześciu kandydatów podaje Cesarzowi memoriały, ażeby mieli pozwolenie bawienia Jego Cesarskiej Mości i dworu skakaniem na sznurach.
Kto skacze najwyżej bez upadnięcia, ten otrzymuje urząd.

Dwa najpoważniejsze problemy, które nękały ten kraj to po pierwsze – rywalizacja dwóch partii politycznych Tramecksan i Slamecksan, tak nazwanych od Wysokich i Niskich Klocków, czyli obcasów trzewików, które nosili.
Wysokie Klocki bardziej się zgadzają ze starą konstytucją jednak Cesarz postanowił używać tylko Niskich Klocków, tak w sprawowaniu rządu jak i we wszystkich od woli monarszej zależnych urzędach. Niechęci dwóch partii w tak wysokim są stopniu, że ani jedzą, ani piją z sobą, ani do siebie gadają.

Drugi problem to zagrożenie Liliputu ze strony mieszkańców wyspy Blefusku. Te dwa mocarstwa toczyły od 36 księżyców wojnę, której powód był następujący: Wszyscy się zgadzają, że początkowo zawsze tłuczono jaja przed jedzeniem z grubszego końca, ale dziad naszego Cesarza jeszcze gdy był dziecięciem, mając jeść jajo skaleczył sobie palec, skąd poszło prawo, żeby jaja z cieńszego końca tłuczono. Lud tą ustawą tak był oburzony, że dziejopisowie o sześciu z tej okoliczności wspominają rozruchach. Na jedenaście tysięcy liczą ludzi, którzy woleli śmierć ponieść, aniżeli poddać się prawu tłuczenia jaj z cieńszego końca. Zamieszanie wykorzystują władcy Blefusku, którzy oskarżają nas jakobyśmy kardynalnie gwałcili przykazania naszego Wielkiego Proroka objawione w 54 rozdziale Blundekralu (to jest Al-koranu), co jednak myślę jest tylko przekręceniem tekstu, którego te są słowa: “Wszyscy wierni tłuc będą jaja z końca wygodniejszego (pogrubienie moje).

Wszystkie dzieci wiedzą, że Guliwer włączył się w decydujący sposób do wojny z Blefuskiem a mianowicie unieszkodliwił flotę najeźdźców.

I dalej o Liliputach:
Mają swoje prawa i zwyczaje osobliwsze, które bym może przedsięwziął usprawiedliwić, gdyby prawom i zwyczajom mojej kochanej ojczyzny nie były nazbyt przeciwne.
Pierwsze prawo, które nadmienię mówi o donosicielach. Oszukanie maja za obrzydliwszą zbrodnię niż kradzież i dlatego zawsze karzą śmiercią.
W obieraniu osób na urzędy więcej uważają na poczciwość niżeli na wysoką zdatność. Rząd potrzebny jest rodzajowi ludzkiemu, mówią oni, a zatem Opatrzność nie miała zamiaru zawiadywania interesami publicznymi uczynić umiejętnością trudną.
Nie chcą aby dziecko miało jakieś osobliwsze zobowiązania wobec ojca za poczęcie i wobec matki za urodzenie, które zważywszy nędzę ludzkiego życia, nie było dobrodziejstwem ani nie było zamierzone przez rodziców. Z tej przyczyny uważają, że ojciec i matka mniej od kogoś obcego nadają się do wychowywania swych dzieci.

Czytelnicy Przygód Guliwera wiedzą, że pobyt Guliwera na Lilipucie zakończył się intrygami i zamiarami zabicia go w podstępny sposób. Na szczęście morze wyrzuciło na brzeg rozbitą szalupę, którą udało się doprowadzić do stanu używalności i podróżnik dotarł nią w pobliże angielskiego statku, na którym znalazł ratunek.

Podsumowanie – może te, wymienione w ostatnim cytacie, osobliwe zwyczaje wykazują jakieś cechy Baratarii, ale wcześniejsze relacje i informacje o intrygach i podstępach zniechęciły mnie do tej wyspy. Nie, to nie tu.

Brobdingnag – kraina olbrzymów

Brobdingnag

Znowu znaczna część opowieści to relacja jak wiele zależy od punktu spojrzenia, tym razem zdecydowanie z dołu.

To w tej opowieści Guliwer relacjonuje bardzo niedyskretnie wygląd wypielęgnowanych ciał kobiecych ogladanych okiem liliputa. Równie niedyskretnie zdradza tajemnice damskich pokojów.

Nie dowiadujemy się wiele o stosunkach społeczno-politycznych Brobdingnagu. Odwrotnie, Guliwer musi opowiedzieć królowi o stosunkach i obyczajach panujących w Angli i królewska ocena jest zupełnie różna od tej wyrażonej przez Woltera.

Mój malutki przyjacielu Grildrigu, uczyniłeś niezwyczajną kraju swego pochwałę. Dowiodłeś arcydobrze, że niewiadomość, lenistwo i występek mogą być niekiedy jedynymi przymiotami prawodawców, że prawa bywają objaśniane, tłumaczone i stosowane przez osoby, w których interesie jest ich zepsucie, zawikłanie i przekręcenie.

Opuszczam więc Brobdingnag z poczuciem, że nie znalazłem tam Baratarii. Co gorsza zwątpiłem, czy była nią Anglia.

Balnibarbi

Balnibarbi

Jak widać z powyższej mapy są to dwa terytoria – latająca wyspa Laputa oraz spora wyspa na Pacyfiku, na której znajduje się właściwe królewstwo.
Z opowieści Guliwera można wnioskować, że mieszkańcy tego kraju nie różnią się fizycznie od mieszkańców Anglii. Różnice jednak są:

Balnibarbi

Nigdy jeszcze nie widziałem ludzi tak osobliwych w swojej postaci, odzieniu i obyczajach. Zwieszali głowę raz na prawą, raz na lewą stronę. Jednym okiem patrzyli w niebo, drugim ku ziemi. Suknie ich były upstrzone niezliczonymi figurami słońca, gwiazd, księżyca między którymi znajdowały się skrzypce, arfy, flety, gitary… Umysły tego narodu wydają się być tak roztargnione i w zamysłach pogrążone, że nie mogli ani mówić, ani uważać co drudzy do nich mówią bez pomocy trzaskających pęcherzy, którymi ich dla ocucenia bito albo po uszach albo po ustach.

Guliwer poświęca kilka rozdziałów opisowi zachowań i prac badawczych prowadzonych przez mieszkańców Balnibarbi. Z innych źródeł dowiedziałem się, że ten fragment powieści to satyra na Royal Society, Królewskie Towarzystwo Naukowe, które w tym okresie było pod wpływem partii Whigów.

Luggnagg

Podobnie jak w Balnibarbi Guliwer większość swej relacji poświęca jednej, charakterystycznej właściwości mieszkańców krainy.
Powiedział mi, że czasem (choć rzadko) rodzi się dziecię z plamą czerwoną prosto nad lewą brwią i że to szczęśliwe znamię uwalnia je od śmierci (…).
Zawołałem w niejakim będąc zachwyceniu: “Szczęśliwy naród, którego dzieci mogą się spodziewać nieśmiertelności! Szczęśliwy kraj, gdzie starożytnych czasów przykłady zawsze trwają, gdzie pierwszych wieków cnota jeszcze nia zaginęła, gdzie pierwsi ludzie żyją i żyć będą wiecznie, ażeby nauczali mądrości wszystkich swoich potomków..”(…).
Ten, który mi to opowiedział, spojrzał na mnie z uśmiechem oznaczającym moją niewiadomość godną politowania. Rzekł mi naprzód, iż takie prawie zdanie zdarzało mu się znajdować u Balnibarbów i Japończyków, że chęć życia jest przyrodzona człowiekowi… Lecz na wyspie Luggnagg inaczej myślą, bo przykład i ustawiczny widok Struldbrugów zachowuje jej mieszkańców od nierozsądnej miłości życia.

Strulbug

Potem odmalował mi obraz Struldbrugów i rzekł, że podobni są do śmiertelnych i żyją jak ci do lat trzydziestu a potem wpadają w coraz większy smutek, aż póki nie dożyją lat osiemdziesięciu, że naówczas nie tylko są podlegli wstrętnym chorobom, nędzy i słabościom starości, ale nadto tak ich dręczy świadomość wiecznej trwałości ich zgrzybiałości, że się niczym ucieszyć nie mogą. Nie tylko są, jak wszyscy inni starcowie, uparci, nieużyci, łakomi, wielomówni, gniewliwi. ale też kochają tylko siebie, wyrzekając się słodyczy przyjaźni, a nawet do dzieci swoich żadnego nie mają przywiązania. Zawiść pożera ich bez przestanku, a na widok rozkoszy zmysłowych, miłostek, rozrywek, jakich używa młodzież śmiertelna, niejako co moment konają.

Kraina Houyhnhnmów

Podczas kolejnej podróży to Guliwer jest kapitanem statku. Ma jednak pecha, jego załoga składa się z byłych korsarzy. Opanowują statek i w odruchu łaski wywożą Guliwera na mijaną właśnie wyspę.
Napotyka tam jakieś paskudne stwory, na szczęście w którymś momencie rozbiegają się w popłochu.
Przyczyną popłochu był zbliżający się koń. Koń obejrzał uważnie i obwąchał Guliwera z każdej strony. Podczas tych oględzin przybył jakiś drugi koń i ukłonił się bardzo grzecznie pierwszemu. Witały się uderzając łagodnie prawymi kopytami i zaczęły rżeć różnymi sposobami, jakby jakieś wymawiając słowa… Zadziwiony, że jeśli tak się ze sobą znoszą zwierzęta, pomyślałem, że mieszkańcy w tym kraju muszą być najmędrszymi na ziemi.

Houyhnhnm

Wszyscy wiemy, że rzeczywiście byli najmędrszymi, ale to były właśnie konie. Co gorsza te paskudne stwory spotkane na początku wizyty okazują się być coraz bardziej podobne do naszego gatunku ludzkiego. Konie, ujęte manierami i wiedzą Guliwera, traktują go bardzo przyjaźnie. Gdy jednak relacjonuje im szczegółowo zasady i obyczaje panujące w jego kraju, sam zdaje sobie sprawę, do jakiej kategorii istot należy.

I tak odwiedziłem z Guliwerem aż pięć wysp i nigdzie nie znalazłem Baratarii. Do tego wykreśliłem Anglię z listy potencjalnych kandydatów.

Pozostało jeszcze jedno miejsce, Irlandia, od której zacząłem poprzedni wpis.
Wszak Jonathan Swift urodził się w Dublinie, jego matka była rodowitą Irlandką a ojciec osiedlił się tam na stałe.
Dlaczego nie napisał nic o swoim kraju?

Napisał, napisał, ale o tym już w następnym odcinku.

P.S. Wnikliwych czytelników może zainteresować teoria, że nazwa yahoo może pochodzić od YHWH – Jahwe. Być może w kontekście “hnea Yahoo” jako antyteza Boga. Patrz TUTAJ.

Wolę psią wachtę niż psią gwiazdę

Ewa Maria Slaska

Za gorąco, za gorąco…

Wyginam jak dinozaury, a razem ze mną wygina cała ludność północnej półkuli…

Proroczy obrazek… Dla ochłody próbuję sobie przypomnieć najzimniejsze historie, własne i cudze. Z własnych chyba najbardziej na upamiętnienie zasługuje wyjazd do Brna w ubiegłym roku, żeby przez kilka dni wziąć udział w zimowej części Marszu dla Aleppo. Szliśmy na przełaj przez pola, wiał lodowaty wicher, podnosząc tumany białego puchu. W oddali przebiegały ogromne stada jeleni. Było tak zimno i biegły tak daleko, że nikt z nas nie zdołał zrobić zdjęcia. Wydaje mi się, że był to dzień 30/30 – minus 30 stopni i 30 kilometrów. Miałam 68 lat. Już przedtem, zanim jeszcze tego lata zaczęliśmy się w upale roztapiać na mokre placki, sądziłam, że ten dzień był czymś bardzo ważnym w moim życiu. Wydawało mi się niezwykłe, że wzięłam w tym udział, że podołałam i gdy ktoś mnie pytał, co dał Marsz, zawsze odpowiadałam, że na płaszczyźnie społecznej był największym ruchem oddolnym w sprawie uchodźców w Europie po roku 2015, a dla mnie osobiście był najbardziej niezwykłym sprawdzianem tego, co mogę.

Teraz, gdy Marsz dla Aleppo został mianowany do pokojowej nagrody Nobla, już nikt nas nie pyta, po co był? Teraz wszyscy pytają (czy mi się wydaje, że z pogardą lub z politowaniem?), czy naprawdę jesteśmy takimi idiotami i wierzymy, że dostaniemy tego Nobla. A my wtedy musimy stanąć na wysokości zadania, wzruszyć ramionami i powiedzieć: no nie, jasne, że nie… W końcu człowiek powinien być cool, co by się nawet w ten upał przydało.


Oczywiście zamiłowanie do zimna można uznać za cechę dziedziczną. W końcu Ojciec “uprawiał” latami żeglugę polarną i to w czasie, gdy było tam jeszcze naprawdę zimno i z lodu nie wyłaziły robale, które przespały 42 tysiące lat, odmarzły i zaczęły jeść jak gdyby nigdy nic (dziękuję mojej synowej za to, że zauważyła tę informację i opublikowała ją na facebooku).

Nota bene, odkrycia dokonali “radzieccy uczeni” (pamiętacie te czasy, gdy na Zachodzie byli naukowcy, a w Sojuzie – uczeni?)


Zima, zimno, ciemno. Zima, zimnica, ciemnica… Paskudne słowa, źle się kojarzą. Tam na pewno są jakieś robale, ruszają się i żrą jak gdyby nigdy nic…


Jak byliśmy mali, kochaliśmy zimę. Zima, biała, śnieżna, śnieżysta, kryształowa, skrząca się jak brylanty… Czekaliśmy na wiosnę, ale w upalne letnie dni tęskniliśmy za zimą. Jaskinia Królowej Tatry, białe sanie Królowej Śniegu, zima w Narni, zima nad dalekim cichym fiordem, zima w Bullerbyn, zima w Dolinie Muminków…

Tove Jansson, Zima Muminków

W zasypanym śniegiem salonie niebo było niemal czarne, lecz śnieg lśnił jasnoniebieskim blaskiem w świetle księżyca. Morze spało pod lodem, a głęboko w ziemi, między korzeniami, wszystkie małe stworzonka śniły o wiośnie. Ale do wiosny było dość daleko, bowiem Nowy Rok minął dopiero co. Właśnie w miejscu, gdzie dolina wznosiła się łagodnie ku górom, stał dom zasypany śniegiem. Wyglądał bardzo samotnie. Podobny był raczej do dziwacznej zaspy śnieżnej. Tuż obok, między oblodzonymi brzegami, wiła się czarna jak węgiel rzeka. Prąd sprawiał, że nie zamarzała przez całą zimę. Ale na moście nie było żadnych śladów stóp, a i wokół domu zaspy śniegu naniesionego przez wiatr były nietknięte.
Wewnątrz domu było ciepło i przytulnie. Na dole w piwnicy tliły się wolno na ruszcie całe masy torfu. Księżyc zaglądał w okno oświetlając białe zimowe pokrowce na meblach i owinięty tiulem kryształowy żyrandol. A w salonie wokół największego kaflowego pieca rodzina Muminków spała długim zimowym snem. Spali zawsze od października do kwietnia, tak bowiem czynili ich przodkowie, a Muminki przestrzegają tradycji. Wszyscy, podobnie jak ich przodkowie, mieli w żołądkach porządną porcję igliwia, przy łóżkach zaś, pełni nadziei, położyli to, co mogło być potrzebne wczesną wiosną. Łopaty, okulary przeciwsłoneczne i trochę taśmy filmowej, przyrządy do mierzenia siły wiatru i tym podobne przedmioty.
Cisza pełna była spokoju i oczekiwania. Czasem ktoś westchnął i zwinąwszy się wsuwał głębiej w posłanie, w którym spał. Promień księżyca przewędrował od fotela na biegunach do stołu w salonie, przesunął się po mosiężnych gałkach na wezgłowiu łóżka i zaświecił prosto w twarz Muminka. A potem zdarzyło się coś, co nie zdarzyło się nigdy, odkąd pierwszy troll z rodziny Muminków zapadł w sen zimowy. Muminek obudził się i nie mógł już zasnąć.
Patrzył, jak świeci księżyc i kryształy lodu na szybie. Słyszał buczenie pieca na dole w piwnicy i był coraz bardziej rozbudzony i zdumiony. W końcu wstał i podreptał do łóżka swojej Mamy. Pociągnął ją ostrożnie za ucho, lecz się nie obudziła, tylko zwinęła się w obojętną kulkę. “Jeśli nawet Mama się nie obudzi, to nie ma co próbować budzić innych” – pomyślał Muminek i ruszył dalej przez obcy, tajemniczy dom. Zegary stały już od dawna i wszystko pokryte było delikatną warstwą kurzu. Na stole w salonie stała od jesieni waza do zupy z resztkami igliwia w środku. A kryształowy żyrandol w tiulowej sukience podzwaniał sobie z cicha. Nagle Muminek zląkł się i znieruchomiał w ciepłym mroku za promieniem księżyca. Poczuł się ogromnie samotny.
– Mamo! Obudź się! – zawołał, ciągnąc za kołdrę. – Cały świat gdzieś się zgubił!
Ale Mama się nie obudziła. Co prawda do jej snu o lecie wkradł się na chwilę niepokój i troska, ale nie mogła się obudzić. Więc Muminek zwinął się w kłębek na dywanie przy jej łóżku i długa noc zimowa ciągnęła się dalej.
O świcie zaspa śnieżna na dachu zaczęła się ruszać. Zsunęła się kawałek, po czym zdecydowanie zjechała przez okap i siadła z miękkim plaśnięciem. Wszystkie okna zostały zasypane i przez szyby sączyło się do wnętrza domu tylko słabe, szare światło. Salon stał się bardziej nierzeczywisty niż kiedykolwiek, jakby znalazł się głęboko pod ziemią. Muminek nastawiwszy uszu długo nasłuchiwał, po czym zapalił nocną lampkę i podszedł do komody, żeby przeczytać wiosenny list Włóczykija. List leżał tam, gdzie zwykle, pod małym tramwajem z morskiej pianki, i podobny był do wszystkich wiosennych listów, jakie zostawiał Włóczykij, kiedy w październiku wyruszał na południe. Na początku dużymi, okrągłymi literami napisane było “Hej”. Sam list był krótki.
HEJ! Śpij dobrze i nie smuć się. Pierwszego ciepłego, wiosennego dnia będziesz mnie miał tu znowu. Zaczekaj na mnie z budowaniem tamy. Włóczykij
Muminek przeczytał list kilka razy i nagle poczuł, że jest głodny. Poszedł do kuchni. Kuchnia także zdawała się tkwić całe mile pod ziemią. Była niesamowicie wysprzątana i pusta. Spiżarnia również świeciła pustkami, jak wszystko inne. Znalazł jedynie butelkę sfermentowanego soku malinowego i paczkę zakurzonego knackebrod. Usadowił się wygodnie pod kuchennym stołem i czytając jeszcze raz list Włóczykija zaczął jeść. Potem położył się na plecach i przyglądał się czworograniastym drewnianym listwom pod stołem. Było bardzo cicho.
– Hej – szepnął Muminek. – Śpij dobrze i nie smuć się. Pierwszego ciepłego wiosennego dnia… – powiedział trochę głośniej. A potem zaśpiewał na całe gardło: – Będziesz mnie miał tu znowu! Będziesz mnie miał i będzie wiosna, i będzie ciepło, i będę tu, i będziemy tu, i ty, i ja, i tak co dnia, i tak co dnia.
Tu urwał nagle na widok dwojga małych oczu spoglądających na niego spod kuchennej szafki. Odpowiedział im spojrzeniem. W kuchni zapanowała cisza. Potem oczy znikły.
– Czekaj! – zawołał Muminek z niepokojem. Podpełzł do szafki i zaczął szeptem wabić:
– Chodź, chodź! Nie bój się! Nie zrobię ci nic złego. Wracaj! Ale kimkolwiek był ten, kto mieszkał pod szafką – nie pokazał się już więcej. Muminek rozłożył rzędem na podłodze kawałki knackebrod i nakapał na nie trochę soku malinowego. Kiedy wrócił do salonu, kryształowe wisiorki na żyrandolu dzwoniły melancholijnie.
– Pójdę sobie stąd – powiedział Muminek surowo do żyrandola. – Znudziliście mi się wszyscy, pójdę na południe, na spotkanie Włóczykija. Usiłował otworzyć drzwi wejściowe, ale przymarzły. Biegał popiskując od okna do okna, ale i okna były poprzymarzane. Wtedy pobiegł na strych, otworzył klapę i wyszedł na dach. Uderzyło go zimne powietrze. Dech mu zaparło, pośliznął się i stoczył przez okap.
I tak nieszczęsny Muminek znalazł się w nowym niebezpiecznym świecie i wpadł po uszy w zaspę śniegu – pierwszą, jaką mu się zdarzyło w życiu widzieć. Coś kłuło go niemile w aksamitną skórę, ale jednocześnie jego nos zwietrzył jakiś nowy zapach. Był to zapach poważny, najpoważniejszy ze wszystkich znanych mu dotąd zapachów, i trochę przerażający. Lecz sprawił, że Muminek obudził się na dobre i poczuł ciekawość. Nad doliną rozpościerał się szary półmrok. Ale teraz dolina nie była zielona, tylko biała. Wszystko, co się kiedyś ruszało, zrobiło się nieruchome. Wszelkie żywe dźwięki zamilkły. Wszystko, co było kanciaste, stało się okrągłe.
– To jest śnieg – szepnął Muminek. – Słyszałem o tym od Mamy, to nazywa się śnieg. Bez wiedzy Muminka jego aksamitna skóra postanowiła powoli stać się futerkiem, które mogło przydać się w zimie. Wymagało to trochę czasu, ale decyzja została powzięta. A decyzja to zawsze rzecz pożyteczna. Tymczasem Muminek dalej z trudem wędrował przez śnieg, aż doszedł do rzeki. Była to ta sama rzeka, która przejrzysta i wesoła przepływała latem przez ogród Muminków. Teraz jednak wyglądała inaczej. Była czarna i obojętna – ona też należała do tego nowego świata, który był Muminkowi obcy. Na wszelki wypadek spojrzał na most. Spojrzał na skrzynkę pocztową. Zgadzało się. Uchylił nieco wieczka, ale nie było tam żadnej poczty prócz zeschłego liścia bez jednego słowa. Przyzwyczaił się do zapachu zimy i ów zapach nie budził już w nim ciekawości. Popatrzył na krzak jaśminu, który był bezładną plątaniną nagich gałęzi, i pomyślał przerażony: “Umarł. Cały świat umarł, kiedy spałem. Ten świat należy do kogoś innego, kogo nie znam. Może do Buki. I nie został zrobiony po to, aby żyły w nim Muminki”.
Przez chwilę wahał się. Ale potem uznał, że jeszcze gorzej byłoby znosić samotność, będąc jedynym nie śpiącym wśród śpiących. I Muminek ruszył przed siebie, wydeptując pierwsze ślady na moście i dalej, na zboczu góry. Były to ślady bardzo drobne, ale stanowcze i wiodły prosto pomiędzy drzewa, na południe.



Ojciec, Dariusz Bogucki, na jachcie w lodach


I zagadka… Jest taka książka, w której jest cały czas zimno i światem rządzi Ministerstwo Zimy, i nie jest to Lewa ręka ciemności Ursuli K. Le Guin ani Gra o tron, choć i tam oczywiście the winter is coming
Książka zaczyna się tak…

14 lipca 1924 roku, gdy przyszli po mnie czynownicy Ministerjum Zimy, wieczorem tego dnia, w wigilję syberjady, dopiero wtedy zacząłem podejrzewać, że nie istnieję.
Pod pierzyną, pod trzema kocami i starym płaszczem gabardynowym, w barchanowych kalesonach i swetrze włóczkowym, w skarpetach naciągniętych na skarpety – tylko stopy wystawały spod pierzyny i koców – po kilkunastu godzinach snu nareszcie rozmrożony, zwinięty prawie w kulę, z głową wciśniętą pod poduchę w grubej obszewce, że i dźwięki docierały już miękkie, ogrzane, oblane w wosku, jak mrówki ugrzęzłe w żywicy, tak one przedzierały się w głąb powoli i z wielkim mozołem, przez sen i przez poduszkę, milimetr za milimetrem, słowo za słowem…

Ślub w rodzinie

…skłonił mnie do zreblogowania dawnego mojego wpisu, w którym słynna kobieta literacka bierze ślub. Wpis ukazał się na blogu Jak udusić kurę…, w którym niemal w każdym wpisie była zagadka, najczęściej literacka, i przepis kulinarny. Najpierw zagadka:

Stół zastawiono pod wozownią. Znalazły się na nim cztery pieczenie wołowe, sześć kurcząt, duszona cielęcina, trzy ćwiartki baranie, a pośrodku pieczone prosię przybrane czterema kiełbaskami ze szczawiem. Po rogach stały karafki z wódką. Słodki jabłecznik, musując w butelkach, otaczał korki gęstą pianą, a kieliszki już zawczasu napełnione były winem aż po brzegi. Na wielkich półmiskach z żółtą galaretką, która drgała za każdym potrąceniem stołu, wypisane były kolorowym maczkiem monogramy nowożeńców. Ciasta i torty piekł cukiernik sprowadzony z Y. Starał się, jak mógł, bo był to pierwszy jego występ w okolicy. Deser był arcydziełem i powitany został okrzykami podziwu. Na niebieskiej tekturowej podstawie w kształcie świątyni z portykami, kolumnadą, posążkami ze stiuku ustawionymi w niszach, usianymi złotymi gwiazdami z papieru, stała wieża z ciasta otoczona pomniejszymi fortyfikacjami z tataraku, migdałów, rodzynków i pomarańczowych skórek. Wreszcie na najwyższej kondygnacji przedstawiającej zieloną łączkę wśród skał i jezior z konfitur, wśród okrętów z łupinek orzecha kołysał się mały amorek na czekoladowej huśtawce, której słupy ozdobione były, niby kulkami, pąkami świeżych róż.

Jedli do wieczora; kto był zmęczony siedzeniem, szedł przejść się trochę na podwórze albo do stodoły na partię kręgli i wracał znów do stołu. Wreszcie kilka osób zdrzemnęło się, niektórzy chrapali nawet. Ale przy kawie ożywili się wszyscy. Śpiewali, mocowali się, nosili ciężary, próbowali dźwignąć wóz na ramionach, dowcipkowali i całowali panie. Wieczorem, gdy przyszła pora odjazdu, konie po chrapy spasione owsem wierzgały, stawały dęba, aż pękała uprząż, a panowie klęli lub wybuchali śmiechem. W całej okolicy widać było w tę księżycową noc pędzące galopem po kałużach, wybojach i bezdrożach bryczki, z których wychylały się kobiety, by chwycić lejce…

Co to za książka? Co to za kobieta?

Za rozwiązanie zagadki będzie nagroda.

Zastanowiły mnie te kiełbasy ze szczawiem. Wydaje mi się, że nie ma przepisu na kiełbasę, która miałaby szczaw w środku i raczej chodzi o potrawę, w której kiełbasy (kiełbaski) ułożone są na warstwie szczawiu. Nie znalazłam przepisu, któryby się tak nazywał, również w języku oryginału. Tym niemniej w oryginale są to też kiełbasy ze szczawiem. Dziwne, dziwne… ale być może Flaubert nie miał pojęcia o kulinariach, albo, przeciwnie, miał pojęcie jak najbardziej, ale była to potrawa, która już dziś nikogo nie rajcuje i nikt jej już nie robi.

Ja proponuję placek lotaryński czyli kisz ze szczawiem i kiełbaskami (oczywiście może być bez kiełbasek lub z kiełbaskami sojowymi). Tarta jest przepyszna, najlepsza jaką kiedykolwiek jadłam (oczywiście bez kiełbasek)…

Ciasto:
1 szklanka mąki
0,5 kostki masła
2 żółtka
2 łyżki zimnej wody

Farsz:
1 cebula
ok. 0,25 kg szczawiu
1 ząbek czosnku
2 łyżki musztardy dijon
60 g sera (powinien być ostry i twardy)
6 kiełbasek typu dobre cienkie parówki, bez skórki lub ze skórką jadalną
3 jajka
1 duży jogurt kremowy
tymianek świeży i suszony
gałka muszkatołowa cała (mamy tarkę lub młynek do gałki? Bo jak nie, to wziąć w proszku)
pieprz

Zimne masło pokroić w kostkę, mąkę przesiać przez sito, żółtka ubić z wodą. Wszystkie składniki stopniowo wrzucić do malaksera i ukręcić ciasto, albo zagnieść ciasto w misce. Tak czy owak powinna się zrobić nie lepiąca się do palców kula. Zawinąć w folię przezroczystą i włożyć na godzinę do lodówki.
Wyjąć, rozwałkować, natłuścić masłem okrągłą foremkę do tart, wyłożyć ciastem, pokrywając również brzegi. Ciasto nakłuć widelcem. Aby kształt placka się utrzymał, dobrze jest pokryć ciasto folią do pieczenia lub papierem i nasypać suchego grochu. Nagrzać piekarnik do temperatury 180 stopni. Piec 8 minut, wyjąć z piekarnika, usunąć fasolę i folię, wstawić z powrotem do pieca na 2 minuty. Wyjąć, ostudzić, posmarować musztardą i wsadzić z powrotem do pieca na 2-3 minuty. Wyjąć i schłodzić.

Ufff. Teraz farsz.

Cebulę, pory, szczaw, kiełbaski pokroić. Podsmażyć na patelni kiełbaski (na oliwie lub na boczku, jak kto woli), wrzucić cebulę i rozgnieciony czosnek oraz suszony tymianek, podsmażyć, dodać pokrojony szczaw. Raczej dusić niż smażyć, aż składniki zmiękną. Ostudzić.
Połowę sera pokroić w cienkie plasterki, połowę zetrzeć na tarce. Plasterkami wyłożyć dno tarty.
Jogurt wymieszać w miseczce z 3 jajkami, utartym serem i startą gałką muszkatołową, pieprzem, solą. Dodać świeży tymianek.
Do foremki z ciasta nałożyć farsz, zalać sosem jogurtowo-jajeczno-serowym.
Piec 20 minut, aż wierzch się zetnie i zrumieni.
Podawać na zimno lub ciepło.

No i na zimno można było ułożyć takie kawałki tarty wokół pieczonych mięsiw. Czemu nie.

Procol Harum and a whiter shade of pale

I was reading a wonderful book of W. G. Sebald, a German writer which left Germany in early 60. and went to Manchester. He is one of the best writer I ever read in my whole life, better as Marcel Proust. It means something when I say something like that. His book, Die Ausgewanderten / The Emigrants I am reading ever and ever again… It was published in German 1992 and in English 1996. Sebald won with it the Berlin Literature Prize, the Literatur Nord Prize, and the Johannes Bobrowski Medal. Wikipedia says: The Emigrants is largely concerned with memory, trauma, and feelings of foreignness. All the characters in the work are emigrants who have left Germany, mostly Jewish and mostly self-murder. In the 3rd novel in a scene which takes place in a bar in Deauville, he writes.

Die Instrumentalisten waren vier schon etwas gealterte Jünglinge mit lockigem Haar. Sie spielten songs aus den sechziger Jahren, die ich in der Union Bar in Manchester ich weiß nicht wie oft gehört hatte. It is the evening of the day. Hingebungsvoll hauchte die Vokalistin, ein blondes Mädchen mit noch sehr kindlicher Stimme, hinein in das Mikrofon, das sie mit beiden Händen ganz dicht an ihre Lippen hielt. Sie sang in englischer Sprache, aber mit deutlichen französischen Akzent. It is the evening of the day, I sit and watch the children play. Manchmmal, wenn sie die Worte nicht richtig erinnern konnte, ging ihr Gesang in ein wundervolles Summen über. Ich setzte mich auf einen der weißen Schleiflacksessel. Die Musik erfüllte den ganzen Raum. Rosarote Quellwolken bis unter den goldumrankten Plafond. Procol Harum. A whiter shade of pale. Die reine Rührseligkeit.

I needed urgently to listen to it…

Original lyrics were written by Keith Reid

We skipped the light fandango
turned cartwheels ‘cross the floor
I was feeling kinda’ seasick
the crowd called out for more
the room was humming harder
as the ceiling flew away
when we called out for another drink
the waiter brought a tray

and so it was that later as a mirror
told its tale that her face
at first just ghostly turned
a whiter shade of pale

She said: “There is no reason
and the truth is plain to see”
but I wandered through my playing cards
would not let her be one
of sixteen vestal virgins
who were leaving for the coast
and although my eyes were open
they might just as well’ve been closed

and so it was that later
as the miller told his tale
that her face at first just ghostly
turned a whiter shade of pale.

But all that was nothing in comparison to what was written underneath. So I just quote it, reading a book of Sebald and listening ever und ever again to Procol Harum, which I liked so much as I was young, and then forgot them totally till bei reading Sebald the 10th time or so I found them again. Rührselig.

Anyway, did you know it?

could you please stop commenting about it being ‘originally written by’ Johann Sebastian Bach? I tried to find similarities with “Air on G String”, “Ich steh mit einem Fuß im Grabe” (BWV 156), “O Mensch bewein dein’ Sünde groß” (BWV 622), “Sleepers, Wake!” from Bach, but honestly: None of them warrant the claim that the melody is borrowed from any of them. It’s quite a stretch to find similarities, even, between chord-schemes, bass-lines, and the two or three tone-sequences that match with aforementioned pieces by Bach; You could then say the same about ALL pop hits! To claim it borrows ideas from “When a Man Loves a Woman” (Percy Sledge) is like saying every pop-song in C-minor borrows ideas from songs with the same tempo. This composition stands tall on its own. Every song out there is *inspired* by those from other songwriters, you don’t need to brag about your miracle discovery; I’m holding a do-I-give-a-shit-o-meter in my hand, and the needle’s not moving.

Mmmmm… it was published on you tube on 09.09.2007 and since then people listened to it (only here of course) 89.577.793 times (the last  ten times it was me listening to it). 89 millions! It was commented 22 009 times.

I copied only comments from today and yesterday, I finished by a comment from somebody remembering Poland…

Do not forget to listen to the music by reading:

Qué lindo recuerdo, escuchar un tema tan lindo
I first saw this video on a “video jukebox” in a corridor in a mall in Quebec City in about 1967. There was a selection of less than a dozen videos to choose from, and you had to stand at the jukebox to see the film projected onto a small screen within the box. In the meantime, the music was almost drowned out by the passing shoppers and tourists. This was truly groundbreaking at the time.
💙💙💙💙💙💙💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔🌷🌷🌷🌷🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹💕💕💕💕💕💕❤❤❤❤
l’humour avant tout !!!
BROKER FISHER c’est PROCOL !!!
Make me feel in peace…
Una de las mejores canciones de todos los tiempos!
When I was a teenager I would leave the radio on all night….this is the only song that would wake me up no matter what time in the wee hours it came on….always gave me goosebumps
MAGNIFICOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOO
Esta é a música mais marcante da minha vida!!!!❤❤❤😘😘😂😂💏💏🌷🌷🌻🌻🌞🌞
прекрасная песня . настальгия 70х. Procol Harum такой музыки больше не будет. Олег Г. 2.07.18.
A whiter shade of pale has been N0 one a long time in 1967. One of the greatest year for music. What a thrill it was on Radio Caroline. How great it was to be in England for sweet Summer of Love..!!!
le batteur n’est pas gay malgré son gros sexe !!il n’a pas de slip !!!
Sad world
Me encantó, que temas x favor.
dancei muito beijei muito vila Primavera soci da Vila Formosa feras do jd Primavera saudades das minhas namoradas e dos amigos.
The Commitments 😊😊😊🙋🙋🙋🙌🙌🙌
música lindona por demais que nós envolve por inteiro dessa banda inglesa que arrebatou os corações apaixonados em 1.976 na Hippoputumus disco Club em São Paulo, Dancei por demais.
En complacencias en tj,México yo escuchaba esta canción en 1972, mi hermana, Yani,amigas Irma,laya,maria vivíamos en colonia libertad p/a saturnino herrant,serca de iglesia Loreto y tienda maiza, my novio que quise mucho Victor lo recuerdo con estas cansiones,samba pa ti Santana ,color my world,Chicago,have you seen her,chi-lites,my world bee gees, my mama ya se fue en enero 22,2017 en San Diego ella escuchaba complacencias radio de tj, los Freddy’s moonlights,solitarios,los dos oros cros,
London is finished. Sad but thats liberalism for you
Happy days when London the capital city of Great Britain was full of white people
Look at those street scenes! When London was white!
I heard this at a karaoke, now I’m hooked. timeless indeed.
Lovely and haunting….
EVERY PERSON FADES WITH THE PASSAGE OF TIME AND POP MUSICIANS ARE NO EXCEPTION.
Sad that these boys are old men or gone, in what seems like a moment, as are we….
Probably my all time favorite…
En 1971 sonaba esta cancion en Colima Mexico un muchacho la cantaba con su guitarra sin saber Ingles la cantaba espectacular.
arrebentou meu coração…
There is a nice place – SĘPÓLNO KRAJEŃSKIE. First summer song, first young, no strings, love. Just crazy youngsters. Never to be forget!!!

and so on and so on…

Barataria 72 Król (“redruk”)

Książkę – z brulionów i notatek autora – wydało w roku 2001 wydawnictwo a5 w Krakowie

Zbigniew Herbert, Król mrówek

CZARNOFIGUROWA WAZA
GARNCARZA EKSEKIASA
                                                                         Josifowi Brodskiemu
Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino ku
jakim wyspom wędruje pod żaglem winorośli śpi i nic nie wie
więc my także nie wiemy dokąd płynie z prądami bukowa
łódź lotna

II
BOGOWIE Z ZESZYTÓW SZKOLNYCH

TRIPTOLEMOS

Oto mit dla zmęczonych okrucieństwem świata (bezmyślnym okrucieństwem ludzi i wyrachowanym okrucieństwem bogów), mit płaski jak równina, mit kojący, dlatego narratorzy żądni krwi i intryg omijają go.
Triptolemos był synem Keleosa, króla Eleusis, na którego dworze zatrzymała się Demeter.
Był więc skromnym herosem lokalnym, jednakże jego znaczenie przerosło znacznie ramy Gothy.
Wdzięczna za pomoc, jaką w poszukiwaniu Persefony znalazła w domu Triptolemosa, Demeter wtajemniczyła młodego syna rodziny w rytuał siewu.
I Triptolemos ruszył w świat, i głosił ewangelię siewu, ewangelię zbioru, ewangelię pszenicy, ewangelię żyta, ewangelię owsa. I głosił ewangelię zboża, prowadzony przez świat na rydwanie ciągnionym przez dwa węże.
Zaiste wygląd ludów zbierackich budził litość zmieszaną z obrzydzeniem. Wyobraźmy sobie wielkie stada niechlujnie ubranych włóczęgów obu płci, dzieci, dorosłych i starców, którzy przemierzają obrzeża pralasów, polany i zagajniki, schylają się, szybko wyrywają kępkę traw, podnoszą z ziemi coś lepkiego, wkładają pospiesznie w otwarty łapczywie otwór gębowy, a potem żują z wyrazem skrajnego zniechęcenia.
Ulubionym miejscem popasów zbieraczy były śmietniska natury, owe postrzępione brzegi jarów, bagniska, tajemnicze zapadliny w ziemi, gdzie roiło się od żab, skorpionów i pająków.
T a c y  byli  z b i e r a c z e .


Jestem archeolożką, moją specjalizacją była epoka kamienia. Zajmowali mnie właśnie oni, bo wszyscy wiedzieliśmy (a w każdym razie powinniśmy byli wiedzieć), że ludy epoki kamienia żyły zbieractwem i że łowiectwo było zajęciem ubocznym, a prawdziwe mięso łupem rzadkim, tak rzadkim, że jak się raz udało polowanie na wielkiego zwierza, i już było wiadomo jak, to zaczynało się mordowanie ponad potrzeby i ponad możliwość przechowania tego, co się upolowało. I tak to, właśnie dlatego że mięso było trudne do zdobycia, wybiliśmy do szczętu mamuty i z tego samego powodu zaczęliśmy tworzyć cywilizację i kulturę, a u jej podłoża leżała padlina… Trzeba było bowiem wprowadzić podział pracy, mięso zdobywali ci, którzy umieli je zdobywać, a za użyczenie łupów kazali sobie płacić – seksem, pracą, darami. I tak to się zaczęło.

To jednak tylko wtręt, uwaga na marginesie, prawdziwym tekstem baratarystycznym jest tytułowy…


KRÓL MRÓWEK

Ajakos był synem Zeusa i córki boga rzeki Ajsopos – Eginy. Urodził się na bezludnej wyspie i rósł w lata swoje z niejasnym przekonaniem, że jest władcą tego pustego kawałka ziemi pośród bezmiaru wód – władcą i zarazem wygnańcem. Jak większość
podrzutków, nie domyślał się nawet, kto jest jego ojcem. Zachował natomiast mglistą pamięć o matce i jej imieniem ochrzcił wyspę.
Tak więc na początku było imię, jałowa ziemia i król.
Jedynym zajęciem Ajakosa była solenna bezczynność. Jest to w końcu przywilej, a nawet obowiązek władców – manifestacja zastygłego istnienia, dobrotliwie lub groźnie czuwającej obecności, ale do tego konieczne są jeszcze czyjeś oczy, lustra – w pustce każda hieratyczna fałda, każdy gest, każde władcze spojrzenie obraca się w nicość. Ponieważ nie dane mu były zdolności Robinsona Crusoe, który z takim zapałem i chwalebnym wysiłkiem przerobił cały praktyczny podręcznik cywilizacji, Ajakos wynalazł sobie zatrudnienie pozorne, nazywając je w duchu – królewską inspekcją włości.
Całymi dniami tedy wędrował przez wyspę, pośród spalonych traw, rzadkich krzewów i drzew, nieśmiało bulgocących źródeł, których wody wsiąkały w kamień, ginęły w piasku, jakby na myśl im nie przychodziło, że mogą być początkiem choćby nędznego strumyka. Wegetacja była licha, zwierząt prawie żadnych, poza paroma rodzinami przerażonych zajęcy, natomiast obfitość insektów, całe roje cykad, chrząszczy, mrówek, a ich chitynowe chroboty, skrzypienia, szelesty, odgłosy gramolenia, stanowiły zaledwie nikłą podściółkę tego, co nazywamy symfonią stworzenia.
W jasne noce zwykł był wyprawiać się do małej zatoki i aż do świtu wpatrywał się w sensacyjne Nereidy, tańczące przy schyłkowym trochę blasku księżyca, w stada delfinów i foki wychodzące na brzeg, całe rozkołysane, jakby dźwigały jeszcze na grzbiecie śliską kulę oceanu. Zazdrościł im, zazdrościł nawet ławicom ryb, bowiem jego tęsknota do wspólnoty była nieutulona.
O świcie wracał jeszcze bardziej samotny do swego pałacu – fiołkowego cienia pod dębem – i modlił się do ojca bogów, aby zesłał mu ludzi, i żarliwie przyrzekał, że będzie dla nich dobry i wyrozumiały.
I Zeus ulitował się nad swoim porzuconym synem. Ajakos zobaczył we śnie jak z liści i konarów dębu, pod którym spał, podobne do rudej rosy spadają mrówki i dotknąwszy ziemi przybierają postać ludzką. Kiedy obudził się, na wyspie było rojno. Głosy unosiły się w powietrzu, krzątanina, nawoływania, cudowny rozgardiasz.
Tak więc zamiast jakiejś parki wyskrobanej z Arki Noego, Ajakos otrzymał w darze spory kawał ludzkości, a także trudne do określenia istoty płci obojga, podobne do glonów, przygniecione okresem pokwitania i bezsensem życia, i jeszcze długowłosych młodzieńców, którzy zamiast zająć się czymś pozytywnym, wpatrują się tępo w przestrzeń, co ma oznaczać, że zgłębiają filozofię Dalekiego Wschodu, i jeszcze dorosłych mężczyzn i kobiety o twarzach łagodnych, bez wyrazu, nosach mało klasycznych i grubych członkach, a w końcu starowiny zgnębione reumatyzmem, którym wszystko leci z rąk, i staruszków,
gadatliwych lub posępnych, dla których jedyną przedśmiertną pociechą jest, że świat zwariował na dobre – słowem Ajakos miał ludzkość taką, jaka być powinna, wzorcowo niepoprawną i cudownie pospolitą.


Jeden ze statków, jakie budowali potomkowie Myrmidonów. Ten był zapewne statkiem Odysa, Jazona, bądź Dionizosa, o którym pisze autor w wierszu przytoczonym na początku wpisu; pamiątka z Grecji na ścianie u przyjaciółki moich rodziców.

Pobożny król nazwał nowych mieszkańców wyspy – Myrmidonami, czyli ludem mrówek. Chciał w ten sposób rozsławić dobroć boga i jego cudowną ingerencję. Skąd mógł wiedzieć, że w nazwie tej ukryte jest przeznaczenie?
Naczelnym obowiązkiem dobrego władcy jest poznanie charakteru podwładnych – zalet, wad, osobliwego kształtu ich sposobu myślenia i tęsknot. Przeto Ajakos pilnie obserwował zwyczaje Myrmidonów, starał się dotrzeć do zakamarków zbiorowej świadomości z całą sympatią, wyrozumiałością, ale czasem także ze starannie ukrywanym, pełnym zdziwienia niepokojem.
Myrmidoni posiadali instynktowną zdolność samoorganizacji, i to w stopniu rzadko spotykanym u innych ludów. Zabierali się do swoich czynności spontanicznie, dobrowolnie, na podobieństwo dzieci przystępujących do zabaw. Podział pracy nie nastręczał żadnych trudności, a przy tym obywało się bez nadzorców, poganiaczy, inspektorów, bez jakiejkolwiek hierarchii i najmniejszych śladów administracji. Po prostu pracowali zgodnie od świtu do nocy, z pewną protestancką przesadą, w natchnieniu, nie licząc na zachwyty czy pochwały.
Historycy cywilizacji, etnolodzy, strukturaliści, skrzętnie omijają temat Myrmidonów, ponieważ nie mieści się on w ich prostych, trójkowych schematach. W przypadku tego osobliwego ludu, wygnanego z podręczników naukowych, rozpraw doktorskich, międzynarodowych seminariów, nie bardzo wiadomo, co było
sacrum, a co profanum, górą – dołem, dobrem – złem, i w jaki sposób teza, zawsze walcząca zaciekle z antytezą, mogła być uwieńczona na koniec zbawczą syntezą.
To prawda, Myrmidoni nie odznaczali się ani dociekliwością, ani nadmiarem wyobraźni. Religia – o dziwo monoteistyczna – sprowadzała się do staropelazgijskiego kultu Matki-Kozy. W dziedzinie moralności zatrzymali się jakby w samym środku, między wybujałością cnót a grząskim bagnem występku. Obcy im był uświęcony tradycją sposób załatwiania sporów z bliźnim-bratem naszym za pomocą metodycznego uderzania kamieniem w czaszkę, a także kradzież, fałszywe świadectwo, obmowa. Cudzołóstwo zdarzało się tylko osobom cierpiącym na okresowy zanik pamięci.
Myrmidoni odrzucili zdecydowanie wszystkie style architektury. Budowali swoje osady pod ziemią i składały się one
z zawiłego systemu korytarzy, mrocznych placów i komór mieszkalnych. Miało to swoje zalety: straż pożarna była zbędna, środowisko naturalne zachowane. Ale nade wszystko wychwalano głośno uroki podziemnego klimatu, miły chłód, niezależność od kaprysów aury i krzepiący sen pod władzą korzeni, sen bez gwiezdnych proroctw i koszmarów, sen wypełniony szczelnie iłem, gliną i piaskiem. Psychicznie zrównoważeni, w ciągu ich długich dziejów trudno spotkać choćby jednego osobnika tkniętego na przykład lekką manią religijną.
O metodach pracy Myrmidonów nauka milczy, a przecież są one godne uwagi, odbiegające od znanych wzorców, na wskroś samorodne. Otóż Myrmidoni całą swoją ufność pokładali w rękodziele, w sensie dosłownym, bowiem odrzucili pociechę narzędzi, dobrodziejstwo koła, bloku, prostej dźwigni. Uzbrojeni tylko w zaostrzone drągi i patyki, uprawiali ubogie poletka i ogródki warzywne, a bezlitosne słońce niszczyło owoce znoju. Pracowali przy budowie dróg i kanałów, zasypywanych stale przez piasek, spędzali utrudzone miesiące na wieczystym remoncie swoich podziemnych osad, które waliły się im na głowę.
Przerzucenie kładki (dla średnio wykształconego bobra znaczy tyle co zjedzenie śniadania) dla Myrmidonów było gigantycznym przedsięwzięciem, przekazywanym z pokolenia na pokolenie.

Trzy księżniczki baktryjskie na wystawie Documenta w Kassel

Nigdy jednak nie tracili zapału, energii i dobrego samopoczucia. Postęp – ta zdradziecka siła, pchająca ludzkość do ryzykownych ekstrawagancji – cierpiał na tym, za to zatrudnienie, dające poczucie bezpieczeństwa, było pełne.
Pracowali zawsze razem i zawsze było ich jakby za dużo. Mocowali się z oporną materią i choć wyniki były mało imponujące, nie można było oderwać oczu od tych napiętych mięśni, pochylonych pleców, żywych rąk, walczących z bezduszną masą. Efekty akustyczne, towarzyszące tym zmaganiom, godne były najwyższego podziwu. Gromkie, junackie pohukiwania, wzajemne, śpiewne ponaglanie, rytmiczne dźwięki wydobywane z głębi płuc, okrzyki tryumfu i porażki – skła
dały się na kantatę o rzadkiej piękności. Przy pracujących gromadzili się zawsze bezzębni starcy, powiększając i tak już spory zamęt, żywo komentując wyczyny zespołów roboczych, udzielając głośno rad i surowych nagan.
Tacy byli Myrmidoni.
Los Ajakosa godny był zazdrości. Kochali go bogowie i poddani. Mogło się zdawać, że idylle wyśnione przez marzyciela Platona i marzyciela Włodzimierza Iljicza – ziściły się w kształcie doskonałym, a przy tym ugruntowane były nie na teorii czy przekonaniach, które są przecież zmienne, ale na trwałym fundamencie genetyki.
W głowie króla kiełkowały idee nowe, niemal rewolucyjne. Pragnął obdarzyć swój lud autonomią, a potem wolno przekazywać mu różne sfery władzy, by na koniec ograniczyć swoje funkcje do reprezentacji, wygłaszania okolicznościowych kazań i zaklinania deszczu. I tu natrafił na opór Myrmidonów – bierny i zdecydowany – którzy zasłaniali się tym, że mają dosyć własnych, domowych zajęć. Także tytuły – rzecz niekosztowna, a tak na ogół pożądana – jakimi chciał obdarzyć niektórych obywateli, co mogło doprowadzić do wykształcenia arystokracji rodowej i z kolei płodnych napięć społecznych – nie wzbudziły entuzjazmu. Król nadal rezydował pod dębem, więc tytuł szambelana dworu oznaczał tyle, co – szambelan cienia.
Ajakos z racji sprawowanych funkcji, a także usposobienia, był konserwatystą, ale konserwatystą oświeconym, i zdawał sobie sprawę, że niezmącona harmonia między władcą a poddanymi jest sprzeczna z prawami natury, należy zatem wyjść naprzeciw nieuchronnym przemianom, a nawet wywabić je z ciemnych zakamarków losu, aby potem tym łatwiej oswoić. Zabrał się tedy do ostrożnych reform, poczynając od tego, co nie jest ani bazą, ani nadbudową (według genialnej dystynkcji uczonego Jotwuesa), to znaczy od innowacji językowych.
W upalny lipcowy dzień odbył się uroczysty wiec wszystkich mieszkańców, na którym król ogłosił, że odtąd Egina
po wieczne czasy nazywać się będzie, na cześć dzielnych obywateli – Myrmidonią. Pragnął w ten sposób obudzić uśpione poczucie odrębności narodowej, dumy, wyzwolić tę niepojętą skłonność człowieka do wywyższania się nad innych z przyczyn raczej błahych: miejsca urodzenia, pigmentacji skóry, kształtu nosa. Ustanowił także, że główna droga, ściślej mówiąc ścieżka, biegnąca środkiem wyspy, będzie nosić miano Prospektu Zwycięstwa.
Myrmidoni przyjęli zarządzenia spokojnie, kiwali głowami. Ale wszystko zostało jak dawniej, po staremu. Potulni mieszkańcy, nie zdając sobie z tego sprawy, w sporze o uniwersalia zajęliby stanowisko tych, którzy głosili, że pojęcia ogólne są w rzeczach, a nie bujają groźną chmurą ponad rzeczami. Takie było ich prostactwo.
Pedagogia społeczna, jak każda pedagogia, zakłada gradację, przechodzenie od stopni łatwiejszych ku trudniejszym, i Ajakos po pierwszej porażce przystąpił do następnego etapu edukacji narodowej. Aby przygotować swych upartych prowincjuszy do spotkania z innymi ludami, ogłosił, że wkrótce na wyspie odbędą się Międzynarodowe Targi.
I rzeczywiście zjechało się do Eginy sporo kupców, głównie z Krety. Myrmidoni wystawili to, co mieli najlepszego: patyki do uprawiania roli, łapcie z kory, zgrzebne płaszcze, gliniane garnki bez ozdób, konopne sznurki z węzełkami, które tutaj uchodziły za biżuterię. Natomiast goście błysnęli oszałamiającym bogactwem eksponatów, bo i przysłowiowe paciorki, i perkaliki, nowe, automatyczne modele sochy, przedmioty do uśmiercania zwierząt i ludzi, wisiorki, zausznice, diademy z piór, a także towary, których przeznaczenia mieszkańcy Eginy nawet się nie domyślali. Oglądano to wszystko bez większego zainteresowania, instynkt konsumpcyjny nie drgnął, a już skandalem był zupełny brak zrozumienia dla artykułów, jakie wszędzie cieszyły się ogromnym wzięciem, a mianowicie dla dzbanów, amfor i kraterów, na których najlepsi malarze tego okresu przed
stawiali bogów, zwierzęta i ludzi w sytuacjach intymnych, oddanych przy tym z drobiazgowym realizmem.

No tak…

Wkrótce po wizycie kupców, która skończyła się fiaskiem, odkryto przypadkowo na wyspie bogate złoża srebra. Ajakos w lot pojął, że jest to dar bogów, który pozwoli wydobyć Eginę z zacofania, umożliwi przeskok od prymitywnej gospodarki wymiennej do wymiany pieniężnej, rozbudzi namiętność posiadania – i podzieli wreszcie monotonnie jednorodnych mieszkańców na opasłych i chudych, bogatych i nędzarzy. Ale niepoprawni Myrmidoni tłukli cenny kruszec na kamieniach, zmieniając go w proszek, którym wysypywali korytarze swoich podziemnych siedzib.
Król nie zrażał się przeciwnościami. Jeśli ktoś ma mocne postanowienie uszczęśliwienia ludzkości, trudno go, niestety, od tego odwieść. Ajakos wiedział, że uszczęśliwianie zakłada ruch, dążenie, wspinanie się w górę. Nie wiedział jednak, że postęp, żeby użyć tego złowróżbnego słowa, jest tylko obrazem, nie gorszym i nie lepszym od innych majaków wyobraźni. Myrmidoni natomiast, pozbawieni wyobraźni, nigdy nie wyrażając swoich myśli (tym mocniejsze mieli swoje przekonania), wiedzieli na pewno, że życie jest kołem, które spina śmierć. Jest tedy zamknięte, a nie otwarte, jednostkowe, nie ogólne, mieści się dokładnie w granicach każdego ciała – ludzi, owadów, drzew. Zatem bardziej naturalne są bose stopy drepczące w kółko, niż marsz za przeraźliwym olbrzymem kroczącym tryumfalnie naprzód, ku celom ukrytym za horyzontem, po linii prostej, wyprowadzonej z nicości i zmierzającej ku lepszej, promiennej nicości.
Po nieudanych eksperymentach w sferze bazy i języka, Ajakos postanowił zaatakować problem żenującej apatii swoich poddanych od strony nadbudowy. Poziom umysłowy przeciętnego Myrmidona pozostawiał istotnie wiele do życzenia. Ani nauka, ani choćby teologia, nie pociągały nikogo. Brali świat takim, jaki jest (naiwny realizm), a zadawanie mu pytań uważali za stratę czasu.
Ajakos zaczął sprowadzać na wyspę najwybitniejszych filozofów z kontynentu, którzy mieli mówić o wszystkim, co im przyjdzie do głowy, zupełnie tak, jak to się dzieje obecnie na uniwersytetach zachodniej hemisfery. Impreza zakrojona była na ogromną skalę, trwać miała lata całe, a uczestnictwo obywateli było obowiązkowe, nie wyłączając kobiet, dzieci i osesków.
Tym razem inicjatywa władcy znalazła odzew, który przeszedł wszelkie oczekiwania i napełnił królewskie serce bezmierną radością. Myrmidoni walili na wykłady tłumnie i bez specjalnej zachęty nawet. Siadali wielkim półkolem wokół mówcy, przymykali oczy, niektórzy otwierali usta, inni opierali głowy na ręku, pełni metafizycznej zadumy. Panowała cisza, czasem tylko przerywało ją głębokie westchnienie.
Aż pewnego dnia wybuchło. Kiedy prelegent kończył swój wykład fundamentalnym stwierdzeniem, które wyraża ontologiczną zasadę tożsamości:
Trzeba z konieczności powiedzieć i myśleć, że to, co jest istnieje. Bo byt jest, a niebytu nie ma – rozległ się potężny jak grzmot śmiech. Nie był to wcale śmiech szyderczy, ale eksplozja żywiołowej, nieposkromionej radości. Myrmidoni tarzali się po ziemi, beczeli, rechotali, ci, którzy tracili oddech, wydobywali z siebie jękliwe piski i skowyty, walili się przy tym rękami w głowę – a z oczu płynęły im czyste łzy szczęścia.
Po tym incydencie filozofowie przestali jakoś odwiedzać Eginę. Co więcej, imię Myrmidonów stało się – jakże krzywdząco – synonimem duchowego nieokrzesania. A przecież to oni, nikt inny, dokonali epokowego odkrycia, że każda praca intelektualna jest swoistym wynaturzeniem, a jej wyniki zawierają potężny ładunek komizmu. Owe wydumane problemy, konstrukcje myślowe, kategorie, pojęcia – jeśli przyjrzeć się im dokładnie – są nieodparcie śmieszne. Ze wszystkich mądrości, jakimi raczono Myrmidonów, przyjęli do swego potocznego języka tylko słowo
apeiron. U filozofów oznacza ono tyle co – bezkres. Myrmidoni nadali mu sens swoisty, określając nim wszystkie rzeczy zbyteczne, jak śmiecie, obgryzione kości i trąbę, powietrzną.
Rozmaicie można oceniać reformatorskie wysiłki Ajakosa, stworzyły one jednak nową sytuację. Egina wyszła ze stanu bezważkości, zaistniała nareszcie w greckiej topografii. Dlatego zapewne zaczęła przyciągać osobliwych gości. Byli to młodzi ludzie, którzy najogólniej mówiąc zajmowali się transportem. Morskim i lądowym transportem – idei.
Podobnie jak filozofowie, mieli oni mało taktowny nawyk pouczania bliźnich jak mają żyć, ale w odróżnieniu od filozofów, czynili to w sposób bardziej bezpośredni, pozbawiony intelektualnych zawiłości, niekiedy dość gwałtowny. Otóż pouczali Myrmidonów, że wszystko, co ważne, istotne – dzieje się w głowie, to znaczy w świecie wymyślonym, i ten świat silniejszy jest od świata widzialnego. Tłumaczyli także Myrmidonom, jak bardzo są nieszczęśliwi, a miarą ich nieszczęścia jest fakt, że sobie tego w ogóle nie uświadamiają. Główną przyczyną ich niedoli są rządy nieudolne, przestarzałe, kruche. Należy zatem obalić Ajakosa i zaprowadzić ludowładztwo.
Myrmidoni natomiast, zgodnie chwalili swój los, po cóż więc mieliby obalać łagodnego króla? Wykazywali całkowity brak zainteresowania ludowładztwem, bo z właściwą sobie naiwną szczerością wyznawali, że nie bardzo wiedzą, co to znaczy. Być może – mówili – świat zmierza w tym kierunku, ale dlaczego oni, Myrmidoni, mają być podobni do świata, a nie do siebie. Według świętych zasad Teorii, przewroty dokonują się zawsze „od dołu”. W zupełnie wyjątkowych wypadkach dopuszczalne jest majstrowanie ich „od góry”. Jest to oczywiście odstępstwo i jako takie winno być starannie przemilczane, a po wszystkim należy czym prędzej dorobić genezę, tło i chronologię, zgodnie z zasadami nauki.
Transportowcy idei zaczęli zatem prowadzić tajne rokowania z Ajakosem. Chwalili bardzo jego wolę reform, ale – sam przyzna – że niewiele zdołał osiągnąć. Aby wyrwać Myrmido
nów z zacofania, należy sięgnąć do metod dramatycznych. Trzeba krwi. To słowo przewijało się wielokrotnie w każdej rozmowie.
Biedny Ajakos drżał na całym ciele, bladł, czasem nawet płakał. Brał na świadka wszystkich bogów, zaklinając się, że nic mu nie jest tak obce, jak gwałt, i nigdy nie pozwoli, aby mieszkańcom wyspy wyrządzono jakąś krzywdę. Na to odpowiadano: w czasie istotnie przykrych wydarzeń zostanie usunięty za kulisy. Król bladł, chlipał i miękł.
Trudno pominąć milczeniem narzucające się pytanie, dlaczego Ajakos godził się na te rozmowy, skoro stały się one źródłem jego psychicznej udręki. Był człowiekiem wolnym, więc mógł po prostu wyrzucić nieproszonych gości za drzwi, to jest za granicę cienistego dębu.
Proste wytłumaczenie tej zagadki odwołuje się do dziwnej cechy ludzi, którzy zamiast wzruszyć ramionami, uważają za swój święty obowiązek odpowiadać na idiotyczne pytania, bezczelne zaczepki, i w ten sposób stają się łatwym łupem przeróżnych obłąkańców. Granica między przypadkową sytuacją a związkiem na całe życie jest bardzo płynna, małżonkowie wiedzą o tym. A przecież można uniknąć wielu przykrości, a nawet katastrof, przywołując na pomoc zdrowy rozsądek, tylko jest to niezmiernie rzadka cnota ducha, zwłaszcza u osobników myślących i delikatnych. Natomiast każdy, albo prawie każdy, nosi w sobie niejasne poczucie winy, i z tego poczucia winy, przy odrobinie sprytu, bliźni nasz może wykroić rzeczy groźne. Ajakos uważał się za słabego władcę, na domiar złego za mało kochającego swoich poddanych. Transportowcy idei wiedzieli o tym dobrze i ta wiedza wystarczała, aby wstrząsnąć strukturą psychiczną Ajakosa, obrazowo mówiąc – zdobyć twierdzę.
Scenariusz opracowany przez Transportowców i przedłożony królowi do zatwierdzenia (uczcijmy tę subtelność) – był prosty. W oznaczonym terminie odbędzie się pozorowany zamach stanu. Ajakos zostanie lekko ranny i – jak się rzekło – wyniesiony za kulisy.
Potem  k i l k u  Myrmidonów oskarży się
o próbę królobójstwa i na publicznym procesie otrzymają surowe kary. Wówczas mieszkańcy wyspy, siłą rzeczy, podzielą się na zwolenników i przeciwników zamachu, co będzie początkiem płodnego antagonizmu. Dalej sprawy potoczą się zgodnie z prawami dialektyki: od form dobrych ku coraz lepszym, aż na koniec z szarego kokona – wyfrunie motyl doskonałości.
Naprawdę niewiele brakowało. Historyczną winę za uśmiercenie motyla – trzeba to stwierdzić ze smutkiem – ponoszą Myrmidoni, ich niewybaczalny upór i tępota. Po prostu żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy. To zdanie należałoby powtórzyć kilka razy, brzmi bowiem zupełnie fantastycznie. Na nic łagodne perswazje Transportowców, na nic wymyślne tortury. Myrmidoni, w zaciekłym uporze, mówili, że aby podnieść kamień, trzeba naprzód  c h c i e ć  podnieść kamień (inaczej, aby zabić króla, trzeba tego pragnąć). Wszyscy wiedzą, że kochali swego władcę, a któż przy zdrowych zmysłach dobrowolnie pozbywa się przedmiotu swojej miłości. Mało ich przekonywał argument, że Ajakos miał jakoby zamiar poświęcić swoje życie na ołtarzu lepszej przyszłości, bo nigdy na ten temat nie mówił, a tak naprawdę to nikt, nawet zając nie chce być zabity. (Nawiasem, zwróćmy uwagę na prymitywną metaforę Myrmidonów: kamień, zając).
Oskarżonych utwierdzano w przekonaniu, że króla już nie ma, odszedł do lepszego świata, ich opór jest zatem bezcelowy, walczą o cień. Ale Myrmidoni, którzy znali realną wartość cienia, bronili się z determinacją, jaką zsyła rozpacz. Umysłowo zacofani, odrzucili bez głębszego zastanowienia argument, iż subiektywnie nie chcieli, ale obiektywnie pragnęli – mordu. Ten sofizmat, wymyślony przez półinteligentów o politycznych skłonnościach, jest starszy, niż nam się wydaje. Oskarżeni ponadto do znudzenia pytali swoich oprawców, jak to jest możliwe spać u boku żony (ich właśnie przypadek) i jednocześnie majstrować coś w odległym miejscu. (Zasada wyłączonego środka, raczej moralna niż logicz
na, podważona, czy raczej rozszerzona, przez logikę wielowartościową, której jeszcze na szczęście nie wymyślono).
Gorycz, obrzydzenie, pogarda, wypełniły do tego stopnia serca Transportowców, że postanowili zakończyć swoją misję i opuścić wyspę. Aby jednak pozostawić po sobie jakiś choćby drobny ślad, zabili wszystkich, bez wyjątku, oskarżonych. Miało to znaczyć: topór został zakopany, ale oni jeszcze tu przyjdą, na pierwszy zew dziejów.
Restaurację monarchii świętowali Myrmidoni w atmosferze niebywałego entuzjazmu. Osobliwe – Ajakos powrócił w chwale. Jeśli to było możliwe, kochano go jeszcze goręcej, niż przed krótką inwazją. On sam jednak próbował coś wyjaśniać, usprawiedliwiać się – nikt nie chciał tego słuchać.
Czułe sumienie nie dawało mu spokoju. Patrzył na swoich poddanych jakby z żalem, że nikt mu niczego nie wypomina. Ich ufność była dla niego wyrzutem, ich całkowite oddanie ciężarem. Prosił tedy swojego boskiego ojca, aby odwołał go z tej mistycznej wyspy, gdzie dobro jest naturalne, zło zawsze z zewnątrz, i niczego, ale to niczego pośredniego.
I Zeus po raz drugi ulitował się nad synem swoim. Powołał go na kierownicze stanowisko w pozagrobowym wymiarze sprawiedliwości.

Sędziowie Trybunału w Hadesie – mianowani odgórnie i na wieki: Radamantys z Minosem i Ajakosem

W zapale narracji zapomnieliśmy powiedzieć, że Ajakos był dwukrotnie żonaty i z każdego małżeństwa miał syna. Obaj chłopcy, a raczej już mężczyźni, byli wyjątkowo piękni. O innych zaletach trudno coś powiedzieć. Później dopiero okazało się, że są pozbawieni skrupułów, co jest cechą jednostek usiłujących zrekompensować pewną wrodzoną tumanowatość – przerostem ambicji.

Tu zawieszamy opowieść, bo do świętego gaju mitu wkracza właśnie Klio, dziewka rosła, toporna, silna jak koń i nad wyraz ordynarna – bogini uzurpatorów, powtarzająca swoje wytarte frazesy.


PS 1: Ostatni akapit nie ma nic wspólnego z Baratarią, pozostawiłam go jednak, albowiem wydaje mi się odświeżająco odmienny od tego, co znamy.

PS 2: Jotwues? Nie wiecie kto to? Ja nie wiedziałam. Stalin.

Orient powszedni VII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Słońce powoli zaczyna chylić się ku zachodowi. Natomiast Wędrowcy ruszają na wschód, żegnając Drohiczyn. Jeszcze chwilę towarzyszyć im będzie Bug.

Następne miały być Siemiatycze. I byłyby, gdyby Viator, chwilę przed zakrętem wiodącym ku temu miastu, nie zauważył skromnej tabliczki, wskazującej inny cel. Czy to możliwe, że Wędrowiec, przygotowując trasę wyprawy, pominął to miejsce? Gdzie się podział jego sławetny profesjonalizm?! Jak to się mogło stać?!! Nie szkodzi. Nic straconego. Tylko, niestety, zaplanowaną wizytę trzeba będzie odłożyć na kolejny pobyt w tych stronach, bo na wszystko czasu z pewnością by zabrakło. Wybaczcie, Siemiatycze! Tym razem nie zakręcamy, jedziemy prosto.

Wjeżdżamy na tereny zamieszkałe w dużym stopniu, miejscami w większości, przez prawosławnych Białorusinów. Tutaj nawet zwykłe krzyże przydrożne wyglądają inaczej.

Mijając wiele takich krzyży, Wędrowcy zbliżają się ku Świętej Górze. Ach, te święte góry! Olimp, Parnas, Synaj, Nebo, Syjon, Tabor, Garizim i Ebal, Mount Graham, Ayers Rock, Ślęża, Łysica, Athos, Subiaco, Coropuna… Góry miały i mają w sobie coś mistycznego – stwierdzenie to banalne, ale prawdziwe. Ludzie zawsze uważali, że wzniesienia są wyśmienitym miejscem na spotkanie z Najwyższym. Góra się wyróżnia. Góra przyciąga wzrok i myśli. Góra wyrasta z równiny, jak sacrum górujące nad profanum, jak święto przerywające ciąg nudnych, powszednich dni. Góra daje poczucie czegoś wzniosłego, szansę na wyrwanie się z miałkiej szarzyzny. Daje nadzieję na… nadzieję.

Nawet, jeśli to w rzeczywistości zaledwie pagórek, wzgórze. Choćby Jasna Góra: górą nie jest, ale mimo to stała się świętą górą. Tak mają katolicy, tak też sprawa się przedstawia u ortodoksów: Święta Góra Grabarka (bo, ku niej, rzecz jasna, zdążają właśnie Wędrowcy) to właściwie niezbyt wysokie wzgórze. Ale świętą górą jest bez żadnej wątpliwości. Taką ją bowiem uczyniła nadzieja wiernych, którzy pielgrzymują tutaj od kilkuset lat. Od ilu dokładnie, trudno orzec. Niektórzy mówią, że już od XIII wieku, inni, że od XVIII. Nieważne. Z pewnością pielgrzymują od dawna i z gorącą wiarą.

Najliczniej przybywają w Święto Przemienienia Pańskiego. Przywołującego tajemnicze wydarzenie z góry Tabor:

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!”

Grabarka to Podlaski Tabor. Orient powszedni…

W cerkwi Przemienienia Pańskiego, tej która, podpalona, spłonęła była dwadzieścia osiem lat temu i którą starannie odbudowano, trwa wieczorne nabożeństwo. Święty Starzec wiedziałby, jako ono się nazywa. Viator nie wie. Ale chodzi zapewne o coś w rodzaju prawosławnych nieszporów. Płoną setki świec. Świętą Liturgię odprawia się na Grabarce z wielką pieczołowitością: dbają o to mniszki, które zamieszkały tutaj, zakładając monaster, wkrótce po zakończeniu Wielkiej Wojny i po zmianie granic.

Wchodzić do wnętrza i przeszkadzać Wędrowiec nie chce. Zdjęć robić i tak nie byłoby tam wolno. Ale widok z zewnątrz też chyba nie rozczaruje Czytelników.

Tutaj, jako się rzekło, przybywają pątnicy z gorącą wiarą. Jej znakiem są krzyże wotywne, które od lat przynoszą ze sobą i ustawiają wokół cerkwi. I to jest chyba największa różnica między Grabarką a Jasną Górą. Kaplica Czarnej Madonny też jest gęsto obwieszona wotami. Ale dziękczynnymi, za wysłuchane modlitwy. Tutaj stoi las krzyży błagalnych. Las… Opisać jego atmosfery Viator się nie podejmie, nie ten warsztat. Fotografie powiedzą więcej.

Każdy krzyż to czyjś dramat, troska, krzywda, choroba, zdrada i diabli… przepraszam! anieli wiedzą, co jeszcze. Tysiące małych i dużych strapień. Przeto tuż obok zbudowano drugą, pomocniczą cerkiew, pod wezwaniem Ikony Matki Bożej “Wszystkich Strapionych Radość”. Viator wie, że na jego strapienia nie ma lekarstwa, będzie je dźwigał do samego końca. Przeto wzdycha jedynie i ruszają Wędrowcy dalej, tym bardziej, że noc nadchodzi wielkimi krokami. Noc astronomiczna, nie mistyczna. Na szczęście!

Mijają Podróżnicy pędem wsie i miasteczka. Takie, gdzie Polaków nie ma prawie w ogóle, lub są w mniejszości. Bywa, że stoi w nich tylko cerkiew, czasem świątynie obu obrządków. Na przykład w Kleszczelach. Tutejsza cerkiew jest tak niezwykła, że, mimo pośpiechu, Pielgrzym musiał się zatrzymać i ją uwiecznić. Błękitna Brama Niebios…

Rozum każe się zatroszczyć o nocleg. Ale serce nie pozwala. Viator przygotował coś specjalnie dla Viatorki i musi Ją tam zawieźć, po prostu – musi. Tam, czyli do Bielska Podlaskiego. Są w tym mieście warte uwagi kościoły, są też piękne cerkwie.

Jednak nie dla nich już niemal o zmroku zatrzymuje Wędrowiec auto na bialskim rynku. Nie dla nich!

Viatorka

Uparł się Viator, mimo późnej pory, aby zamiast szukać noclegu, koniecznie jechać do Bielska Podlaskiego, choć nie zdradził, dlaczego. Powiedział tylko, że warto, a jak nie dziś, to innej okazji może nie być. No to pojechaliśmy. Zobaczyliśmy cerkiew, podjechaliśmy na rynek… No tak, znajome to miejsce, choć Viatorka jest tutaj po raz pierwszy w życiu! Tą właśnie – tyle, że niegdyś wyłożoną kocimi łbami, pełną dziur i kałuż – uliczką, niezwykle przystojny hrabia Leszek Czyński podjeżdżał motocyklem do sklepu z pasmanterią, w którym igły, nici i tytoń sprzedawała skromna i uboga, ale o wielkiej urodzie sierota, niejaka Marysia Wilczurówna.

Tak, Czytelnicy na pewno też już poznają: to plenery Znachora, wyreżyserowanego w 1981 przez Jerzego Hoffmana na podstawie powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Kolejne pokolenia mają okazję oglądać ten kultowy już melodramat w każde święta, zarówno religijne, jak i państwowe, na różnych kanałach telewizji publicznej, na zmianę z Trędowatą tego samego reżysera.

Któraż z kobiet nie chciała być na miejscu Marysi, wtulać się w ramiona przystojnego hrabiego – granego przez Tomasza Stockingera – szaleńczo zakochanego, gotowego popełnić mezalians, a nawet odebrać sobie życie, gdy myślał, iż utracił swą miłość na zawsze! Który z mężczyzn nie wpatrywał się w piękne, wielkie oczy Marysi, której twarzy użyczyła Anna Dymna! Któż nie wzruszał się losami doświadczonego życiem, dobrego doktora Wilczura, który spotkał swą córkę, choć tak długo jej nie poznawał!

Nie, to stanowczo nie jest jakieś tam byle romansidło dla pensjonarek. To dobrze nakręcony i świetnie zagrany film, mimo że jego fabuła niezbyt jest skomplikowana. I choć Viatorka oglądała go niezliczoną ilość razy, zawsze z sentymentem do niego wraca.

Z uroczej uliczki, jaką widzimy w filmie, niestety mało się zachowało. Wyłożono ja szarą, smutną kostką brukową. Stoją już tylko dwa stare domy, między innymi ten, gdzie mieścił się sklep Marysi, o czym przypomina szyld Znachor. Niewiele zostało. Ale i tak warto było tu zajechać. Viator miał rację!

Nocleg zaplanowało Viatorostwo w Dubiczach Cerkiewnych – wiosce będącej stolicą gminy z najmniejszym w całym kraju odsetkiem ludności polskiej. Ponad osiemdziesiąt procent Białorusinów! Kiedy wjeżdżaliśmy, było już ciemno, ale i tak do tego stopnia zaintrygował nas mijany cmentarz prawosławny z XIX wieku, że rankiem następnego dnia wróciliśmy aby obejrzeć go w świetle słońca. Tak „barwnej” – na swój sposób, rzecz jasna – nekropoli jeszcze nie widzieliśmy.