Lesławowi trudno było wręcz uwierzyć, że dopiero dwa tygodnie minęły od jego wyjścia ze szpitala.
Nierealne poczucie innego czasu towarzyszyło mu każdego dnia. Znalazł się w dziwnym, swoim, ale jakby i nie swoim świecie.
Kiedy wszedł przed dwoma tygodniami, po dłuższej nieobecności, do swego mieszkania, podpierany przez dwóch mężczyzn z pogotowia, za którymi pewnie kroczyła Regina, Regina zachowywała się jak pierwsza i jedyna dama świata Lesława.
Pracownicy pogotowia zwracali się tylko do niej z formalnymi pytaniami, prawie zapomnieli, kto powinien podpisać druk, potwierdzający dostarczenie chorego do domu.
Lesław miał wrazenie, że wszystko dzieje się kompletnie bez jego udziału, jak w koszmarnym śnie, z którego nie można się wybudzić.
Przed oczyma przesuwały mu się różne postacie, obrazy, nakładając się na siebie. Szczególnie często w tym półśnie pojawiała się sąsiadka z drugiego piętra, Filomena, której nawet nie zdążył podziękować za częste i bardzo przyjemne odwiedziny w szpitalu.
Czuł jakiś żal do siebie, że jej nie zatrzymał w tym ostatnim tam dniu pobytu, wypuszczając bezpowrotnie ster z rąk, na rzecz zaborczej Reginy, femme fatale, rujnującej nieustająco poczucie jego własnej wartosci.
Poprzez chwilowe inwalidzwo czuł się uzależniony od pomocy innych osób i nie miał zbyt wielkiego wyboru. Regina była profesjonalistką, pomyślał więc, że musi ją tak potraktować, jak każdą inną osobę wykonującą ten zawód, i ustalić z nią warunki jej pracy.
Z rozmyślań wyrwał go dźwięk telefonu.
– Panie Lesiu, to ja, Klara. Salomonowi jest u mnie bardzo dobrze, ale on tęskni za panem. Co moglibyśmy zrobić, byście się, choćby na krótko, zobaczyli? Czy mam z nim przyjść do pana?
Czy nie wchodzić i zostawić kosz przed drzwiami, uprzednio krótko dzwoniąc, a później wpadnę po niego? Obawiam się bowiem, że pana… hmmm, pomoc domowa, Regina, nie zapałała nagłą miłością do Salomona.
Lesio nie miał pojęcia jak zareagować. Chciał bardzo zobaczyć swego wieloletniego towarzysza życia, nagle uświadomił sobie, jak bardzo za nim tęsknił. Miał prawie łzy w głosie.
– Pani Klaro, przez tę “Coronę” nie mogę Pani tutaj wpuścić, bo jest pani sąsiadką, a nie współmieszkanką, sama pani rozumie, co się teraz dzieje, trąbią ciągle o tym w TV. Nie ma Reginy, może mogłaby Pani go przynieść pod drzwi, zadzwonić i wpuścić do mieszkania, bo sam nie będę mógł go wnieść?
Zastanowił się i po chwili dodał:
– Aha, ja tutaj przecież nic nie mam dla kota, więc zadzwonię odpowiednio, by o czasie zjadł swój posiłek znów u Pani. Zgadza się Pani?
– Dobrze, za 15 minut dzwonię do drzwi i czekam, aż pan doskoczy, ok?
Klara biegała po mieszkaniu za Salomonem, który na widok przenośnego kosza natychmiast zaczął uciekać i chować się po kątach.
-Kici, kici, kiciunia, wołała Klara, bez żadnego pozytywnego rezultatu.
Spocona jak po cieżkiej pracy, krzyknęła: – Jak nie, to nie, nie zobaczysz więc Lesia, zaraz do niego dzwonię.
W tym momencie, słysząc imię przyjaciela, Salomon wyszedł zza kanapy, sam wszedł do kosza, zwinął się w kłębek potulnie i czekał, aż Klara założy maseczkę i cienkie rękawiczki. Klara zaniosła dzielnie dość ciężki kosz na następne piętro.
Kot mruczał coraz głośniej i nie musiała już dzwonić, gdyż drzwi otworzyły się natychmiast. W drzwiach stanął Lesio, wspierając się na dwóch kulach.
Klara wypuściła Salomona, który wskoczył Lesiowi na ramię, głośno mrucząc i tuląc się.
Kiedy wzruszona odwróciła się, by iść już do swego mieszkania, usłyszała jeszcze cichutkie “dziękuję pani bardzo” i zamykające sie drzwi. Nagle, ni stąd ni zowąd, stanęła przed nią Regina, sycząc:
– A co się tu dzieje za moimi plecami, czego pani chce od Lesława?
Klara spojrzała na nią z pogardą i odpowiedziała:
– Za pani plecami jest ogromny świat, o którym się nawet pani nie śni, świat pełen kotów różnej maści, uśmiechęła się zagadkowo.
Dziś, wraz z Księciem, spróbuję opowiedzieć o dwóch obliczach miłości. Dwóch spośród wielu możliwych. Miłości? Tak! Co prawda zeloci spod różnych sztandarów stwierdzą zgodnie, iż zwierzę – jako nie posiadające duszy – na miłość nie zasługuje. Ja mogę im jedynie odpowiedzieć: „Nadgorliwcy wy moi kochani! Spójrzcie w oczy psa. Zajrzyjcie w kocie źrenice. Nie widzicie duszy? Wasza strata – nie znam niestety adresu okulisty, który mógłby wam pomóc”. Im tak odpowiem, a Wam dalej, jakem obiecał, snuć będę klechdę o dwóch twarzach uczucia.
Można tak, jak moja Żona i ja. Czarnuch przychodzi do nas rzadko. Ma znacznie ważniejsze sprawy do załatwienia – zwłaszcza teraz, w czas kwietniowy. Całymi dniami albo patroluje swe włości…
…albo się wygrzewa w słonecznych plamach, na przykład na którymś z parapetów.
Przedwczoraj wieczorem moim oczom ukazał się taki oto, bajkowy i malowniczy, ensemble: głęboki mrok, na niebie błyszczy złoty sierp księżyca, na parapecie siedzi Książę, a na sąsiednim oknie przysiadła Tośka – brązowo-biała kotka sąsiadów; co prawda wysterylizowana, ale widocznie jej sex-appeal wciąż głośno rozbrzmiewa…
No to jakim cudem, w takich warunkach, Sierściuch mógłby znaleźć czas dla nas? A przecież znajduje! Przyjdzie, podje sobie godnie i widząc na fotelu słoneczną plamę, wskakuje, by się w niej wyspać.
Maciej Kot potrafi zadbać o swój interes, nie można jednak powiedzieć, iż jest egoistą: ileż uroczych chwil spędza tam również z Kropką!
Natomiast ostatnio rzadziej darzy względami moją Żonę (bo mnie, jak już wielokrotnie wspominałem, traktuje zasadniczo w kategoriach obsługi kelnerskiej). Po trosze dlatego, iż nie ma na to zbyt wiele czasu, ale jest też inna przyczyna: Żona posiada wyjątkowy talent do wyszukiwania i wyłapywania kleszczy, które kryją się pośród puszystego, czarnego futerka. Umie to robić – i robi to! Niestety, nie zjednuje tym aprobaty Księcia, który, mrucząc przejmująco, ucieka z Jej kolan, albo i w ogóle opuszcza mieszkanie. A Żona tak bardzo lubi te wspólne chwile tête a tête…
Narażamy się na jego wymówki, ratując go od pasożytów. Nie robimy niczego, co ograniczałoby jego wolność. Od małego easy rider, chimeryczny łazęga, pozostanie nim już do końca. A my akceptujemy taki układ. Czy to nie miłość?
***
Lecz można inaczej. Tak, jak czyni to, przywołany już niegdyś, mój Przyjaciel – belgijski prezbiter. Opowiedziałem o „Księciu Ciemności”, to teraz będzie o „Księdzu Ciemności” (taki żarcik, wynikający z uroczego przejęzyczenia naszej Adminki). Na plebanii w Ryżej Tafli – jak po trosze żartobliwie, a po trosze kreatywnie przetłumaczyłem nazwę miejscowości, w której ów zacny kapłan rezyduje – najważniejszą osobą jest Śnieżynka.
Nie zaznała w swym życiu poniewierki, od maleńkości otoczona czułą opieką Wielebnego. Nie zna szerokiego świata, nie opuszcza domu, choć może nawet i chciałaby nawiązać znajomość z kimś z zewnątrz.
Brak jej tej swobody, którą dysponuje Książę, ale jest bezpieczna. Co prawda nie przed kleszczami, bo te wnikną wszędzie – nie masz na tym świecie ucieczki od kleszczy! Jednak niebezpieczeństwa, na które narażony jest Czarnuch, jej w większości nie dotyczą.
A przede wszystkim śnieżynkowy Pańcio, kapłan, który wziął wszystko, co najlepsze, z nauk świętego Franciszka, kocha ją nad życie!
Na ten sposób, jak widać, też można. Inaczej, lecz równie prawdziwie. I tak jest dobrze.
Jam jest Książę Ciemności! Mroczny, tajemniczy i złowrogi. Nieujarzmiony, chadzam – jak kotu przystoi – wyłącznie własnymi drogami. Wolność cenię nad wszystko i za nic jej nie oddam.
Jestem dziki i nieprzewidywalny, w moich żyłach krąży, gotuje się i śpiewa krew przodków: pustynnych i leśnych drapieżników. Ze mną nie ma żartów, zapamiętaj to sobie dobrze!
Ostatni czterodniowy gigant Księcia przyprawił mnie o lekką depresję, ale na jedno- czy dwudniówki już dawno nie zwracam uwagi: po prostu Czarnuch z arystokratyczną dezynwolturą wykorzystuje przynależną mu swobodę.
Gdy wraca pozwala się, po wielkopańsku szczodrobliwy, ugościć. I jakiś czas – cztery, pięć godzin – odsypia swe łazęgi. Zazwyczaj robi to w kąciku, na koszu z wypranymi ubraniami, osłonięty różnymi kartonami i innymi przedmiotami – musi tak czynić, bo Kropka, mając w nosie wielkoksiążęcy ceremoniał, dość natrętnie domaga się wspólnej zabawy.
Ale czasem jest tak umęczony, iż pogrąża się w głębokim śnie na fotelu. O! Właśnie zasnął. Popatrzcie, zwinął się w kłębuszek.
Ciiicho, podejdźmy bliżej. Oto czarne Półdiablę śpi jak aniołek. Opadły zeń, zniknęły gdzieś dzikość i mrok.
Jam jest Książę Ciemności! Oj, Książę, Książę… Mam ja z Tobą!
Czasem przywołuję w mojej opowieści inne koty. Dziś wspomnę o innym – Księciu. Małym.
Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. (…) Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie. (…) tobie nie wolno zapomnieć. Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś.
Tak Czarnuszku! Do Ciebie mówię!
Skoro już mnie oswoiłeś, to teraz nie rób takich numerów. Do czego to podobne: zniknąć po południu w Wielki Czwartek i pojawić się ponownie dopiero późnym rankiem Poniedziałku Wielkanocnego! Wrócić jakby nigdy nic, bez cienia wstydu, bez śladu poniewierki. Czy Ty wiesz, co ja czułem?! Ty mały gnojku!! Ty draniu!!!
Saint Émilion błyszczy wśród otaczającej je zieleni jak szkatułka misternie rzeźbiona w kości słoniowej. Kiedy latem ubiegłego roku zachwycaliśmy się wraz z Żoną średniowiecznymi domkami, romańskimi i gotyckimi kościółkami oraz klasztorem z białego wapienia w czarodziejskim miasteczku, gdy przemierzaliśmy bezkresne okoliczne winnice poszukując wybornych win bordoskich, gdyśmy te wina wieźli troskliwie przez całą Europę… Ani przez chwilę nie przeszło nam przez myśl, że jedną z butelek uczcimy powrót Kota Marnotrawnego. Zacny i sławetny Saint-Émilion? Tak. Grand Cru? Oczywiście. Rocznik 2009? Jak najbardziej.
Jam jest Książę Ciemności! Zazwyczaj mięciutki i przytulaśny. Ale kiedy trzeba – zdystansowany oraz wyniosły.
Akurat dziś Czarnuszek zachowa rezerwę. A ja solidarnie z nim. Bo też i mamy istotny powód: walczymy o naszą tożsamość!
Jakem już kiedyś zapowiadał, nie odnoszę się w moich opowieściach o Księciu do aktualiów. Ale aktualia odnoszą się do nas. Więcej – chcą nas pochłonąć, strawić i wyrzucić. Chodzi mi o zeszłotygodniowe komentarze, w których sugerowano, iż od rzeczywistości nie uciekniemy, bo ona nas i tak dopadnie.
Dlatego wraz z Księciem deklarujemy uroczyście: my i tak się nie poddamy! Prywatności naszej oraz odrębności strzec będziem jak wolności! Świat przed, w czasie, i po epidemii pędzi na złamanie karku w przepaść. Średnio nam się ten świat podoba. Nasza ambicja sprowadza się przeto do tego, by sobie zbudować nasz własny intymny mały świat.
Najpierw Książę wkracza wprost w moje zaaferowanie, rozkłada się bezceremonialnie na mych papierach i mruczy słodko: Daj se chłopie spokój! Obowiązki? Praca naukowa? Odpuść, wyluzuj. I zajmij się mną: czyż na to po stokroć nie zasługuję?
Zgodzicie się, iż z tak postawioną sprawą nie sposób dyskutować? Toteż nie dyskutuję. Jednym z warunków szczęścia jest umiejętność odróżniania spraw ważnych od bzdetów, bzdur oraz pierdołków.
Ale to nie wszystko. Nasz intymny mały świat jest przede wszystkim miejscem, w którym każdy czuje się – a co ważniejsze JEST – bezpieczny i kochany. Po co nam inny świat? Tak, to egoizm, ale nikt z jego powodu nie ucierpi.
Przyglądam się zwierzątkom, a na myśl przychodzą mi słowa wielkiego poety. Izajasz mu było na imię:
Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na norze kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii. Zła czynić nie będą ani zgubnie działać po całej świętej mej górze.
Tak dwadzieścia siedem wieków temu judzki arystokrata wyobrażał sobie raj. Ja ten raj mam tu i teraz. Prawdziwy. Cenię go sobie nad wyraz. Tym bardziej, że nie przewiduję innego: ani na tym, ani na tamtym świecie.
Czemu przeto, jako ateusz, powołuję się na słowa człowieka, którego liczni uważają za bożego posłańca? Nie tylko dlatego, iż to po prostu piękna poezja. Jest jeszcze jeden powód.
Pod błękitnym niebem Brabancji Walońskiej mieszka mój Przyjaciel. Nasza zażyłość zadaje kłam sceptycznej ocenie innego bożego posłańca – trzymajmy się już konsekwentnie Biblii – który stwierdza: Albo jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem? Okazuje się, że jest! W roli Beliara obsadzam rzecz jasna siebie samego, bo mój Przyjaciel to ksiądz. Polak posługujący (jak to określa ichnia nomenklatura) w Kościele belgijskim. Sporo by można opowiadać o naszych wspólnych pasjach intelektualnych oraz kulinarnych, ale… nie można, bo dbać musimy o reputację.
Jedno Wam wszakże zdradzę: Wielebny też sobie stworzył mały ziemski raj, choć dąży wytrwale ku innemu. Przedstawiam: ta belgijska ślicznotka wabi się Neige, czyli Śnieżynka. Pierwszym skojarzeniem jest co prawda Śnieżka, ale skoro Prezbiter mówi że Śnieżynka – to Śnieżynka! Czy to istotne? Ważne, że jest piękna.
Intymny mały świat brabanckiego kapłana inaczej wygląda niż mój, ale także intryguje i zachwyca. Lubię dzielić się historyjkami o naszych rajach. Tym bardziej, że Przyjaciel prezentuje poczucie humoru dość – powiedziałbym – jak na księdza… hmm… niekonwencjonalne. Które mnie skądinąd wybitnie pasuje.
Każdy ma prawo do swego raju! Nie zabiorą go nam! Nie pozwolimy na to: prawda, Koteczku?
Jam jest Książę Ciemności! Kot czarny, a odcinek 13. I co? Oczywiście nic – poza spostrzeżeniem, że czarne koty od zawsze intrygowały ludzkość. Cóż intrygującego jest w dużym skupieniu melaniny? Nie mam pojęcia. Ale faktycznie tkwi w tym jakaś tajemnica.
Otóż to! Tajemnica. Ona mnie w Księciu pociąga najbardziej. Teraz, gdy po zimie i po epizodzie intensywnego marcowania Sierściuch stracił nadwagę, a wraz z nią bufonkowaty wygląd, jest naprawdę intrygująco tajemniczy. Zwłaszcza, gdy harcuje po nocy w całym domu, sadowiąc się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach.
Zielone oczy Księcia kryją tajemnicę. Czarne oczy Kropki wyrażają wierność i oddanie. Niezbyt odkrywcza konstatacja, nieprawdaż? Ale czy fakt, iż jest banalna, ujmuje coś z jej prawdziwości i trafności?
Tajemnica pociąga, wierność topi serce. Co lepsze? Co ważniejsze?
Wyższość świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy?
Myć ręce czy nogi?
Wahałam się długo, czy w czasach tak skomplikowanych, jak dzisiejsze, mam i ja pisać o kotach, bo przecież koty łażą po tym blogu i tak wszędzie – w czwartki wychodzi zza węgła czarny kot, nazywany przez autora Księciem Ciemności, w piątki są aż dwa koty Teresy, podobne jak dwie krople wody do kota z opakowań Whiskasa (ale jedzą, jak się zdaje, Shebę) – Salcia i Salomon, u mnie oczywiście w domu jest Rysia, młoda, ale już stateczna dama, która 5 maja skończy dwa lata i wtedy… Ale nie uprzedzajmy wypadków, jak mawiali autorzy groszowych powieści (i ich postmodernistyczni naśladowcy) i na razie powiedzmy sobie, że skoro nawet najpoważniejszy z nas – Tibor – przysłał mi właśnie rysunki i wiersz o kocicy Ernie (i o sobie, i o coronie), pomyślałam, że jednak pokażę te koty, które mi się zawsze zbierają, przychodzą nie wiadomo skąd, choć o tych akurat wiadomo, kiedy – koty, które przyszły w marcu. Nawet pomyślałam, że to w sam raz wpis na Prima Aprilis.
No ale potem w sieci zaczął krążyć taki rysunek i już przestało być tak do śmiechu. Choć z drugiej strony, czy to ważne, czy to był kot w laboratorium, czy zupa z łuskowca, czy pieczony nietoperz. Jak wszystkie inne epidemie w historii ludzkości, ta też przyszła z Chin, i czy jest to zemsta Ziemi, czy wirus, który uciekł z laboratorium, to chyba wszystko jedno. I tak jest to lepsza wizja, niż ta, którą wpisałam kilka dni temu w komentarzu, czyli niż spiskowa wizja dziejów. Bo wtedy to nie kot wypuścił wirusa na Chiny, tylko Chińczyk na koty i resztę świata (zob. TU, komentarz nr 6).
Tibor Jagielski
eindringlinge in neheimer str. 2
irgendwie bin ich mir sicher,
dass mit so einen dreckskerl wie ich,
kann nur eine gemeine, wie erna,
verweilen, aber kein gekröntes haupt.
***
Ten piękny ogród letni w szarościach, błękitach i zieleniach został namalowany przez Nikolaja Bogdanowa-Bielskiego. Okno na ogród powstało w roku 1940 i bardzo przypomina wcześniejszą o 10 lat, złocistą Wiosnę w Gościeradzu Leona Wyczółkowskiego. Ile razy jestem w Muzeum w Bydgoszczy, zastanawiam się, czy nie dałoby się tego obrazu wynieść.
Puste te pokoje, “państwo wyszło”, zostały tylko koty, fotele, kapelusze. U Bogdanowa-Bielskiego za oknem siedzi dziewczyna i czyta, u Wyczółkowskiego ten kto czytał, przed chwilą i na pewno tylko na chwilę opuścił pokój, skoro okno zostało otwarte, a książka leży na parapecie. Na obrazach Jarosława Łukasika zawsze jest pusto, ale zawsze widać, że przed chwilą jeszcze ktoś tu był. Ktoś już wyszedł, kot wciąż jeszcze jest. Kontempluje swoją samotność. Teraz, gdy patrzę na ten obraz, myślę, że ten ktoś być może odszedł na zawsze. Tego się nie robi kotu, ale zdaje się, że kot tego jeszcze nie wie.
O tym pisze Zbigniew Milewicz. O samotności w czasach corony. Pierwszy felieton z cyklu Z domowego aresztu
Pochwała samotności
Były naczelny redaktor „Dziennika Zachodniego” w Katowicach, srogi Bronisław Schmidt – Kowalski, u którego terminowałem w latach 70 ubiegłego stulecia jako szpunciarz, czyli zbieracz i autor informacji do kroniki miejskiej, był zagorzałym zwolennikiem zwięzłości treści. Mawiał, że absolutnie każdy temat dziennikarski można zmieścić na jednej stronie maszynopisu, przeciwko czemu buntowali się najczęściej publicyści, którym pozwalano wprawdzie pisywać dłuższe teksty, ale te nadmiernie rozgadane szły nieodmiennie pod gilotynę sekretarza redakcji. Wyjątek stanowiły pryncypialne materiały partyjne, pisane na zamówienie nieboszczki PZPR, ale to już inna historia. Gadulstwo nie wyszło jej na dobre, wiadomo, jak skończyła, a ja jeszcze żyję, bo mało gadałem i tego się będę dalej trzymał.
Zatem krótko: ludzie, przestańcie się nad sobą użalać, że z powodu korona wirusa siedzicie w domu, izolacja ma wiele zalet. W nieustannym, coraz większym pędzie po sukces, sławę i pieniądze, nie mieliście czasu na medytację, na zastanowienie się, po co ten cały stress. Szczurzy wyścig musiał wyhamować i niechcący dołączyliście do emerytów, od lat samotnie spędzających czas w swoich domach, do skazanych z wyrokami odsiadki, do chorych przykutych do łóżek. Zapytajcie ich, co czują, jak organizują sobie czas i dlaczego wielu z nich mimo wszystko zachowuje pogodę ducha i mogłoby swoim optymizmem obdzielić połowę świata? Paradoksalnie im jest teraz łatwiej, przyzwyczaili się do samotności, do swoich ograniczonych ruchów i duchowo sprawniej przyjdzie im przetrwać czas zarazy.
Kiedy okazało się, że wirus zbiera swoje śmiertelne żniwo zwłaszcza u ludzi starszych, zadzwonił do mnie mój młodszy syn i żartobliwie zapytał, czy sporządziłem już testament i nie zapomniałem tam o nim. Odpowiedziałem przecząco, w tonie równie lekkim. Zawsze – powiedział – mogę na niego liczyć, ale jak będzie ze mną źle, to mam wsiąść do auta i jechać po pomoc. Adresu niestety nie dostałem, sam go nie znał, więc póki co staram się dbać o zdrowie i chodzę na gimnastykę leczniczą do Eleny, która męczy się z moim stawem barkowym, oczywiście w obowiązkowej maseczce ochronnej na twarzy.
Dzisiaj jest to artykuł deficytowy, trudno dostępny na niemieckim rynku, jakiś czas temu zamówiła w Amazone trzy sztuki, do swojego prywatnego użytku, ale podała adres firmowy. Maseczki przyleciały z Hongkongu i… wylądowały w Urzędzie Celnym w Lipsku, który wystosował do Eleny pismo, że będzie musiała zapłacić cło za zamówiony towar i dopiero wtedy go otrzyma. Dokładnie w tym samym czasie media odtrąbiły wspaniałomyślny pakiet pomocowy niemieckiego budżetu dla gospodarki, dotkniętej pandemią koronawirusa. Pieniądze jeszcze nie zostały wypłacone, a już trzeba je zwracać, więc budżet za bardzo nie ucierpi, a Elena może. Twarda z niej jednak sztuka, wysłała odwołanie do Lipska i liczy na to, że może trafi na jakiegoś mądrego urzędnika. Mądrość urzędnicza jest jak legendarny potwór z Loch Ness, wszyscy o nim słyszeli, ale kto go tak naprawdę widział?
PS od Adminki: Od tego tygodnia poczynając będę co środę publikowała teksty, które z domowego aresztu będzie nadsyłał Zbychu, czyli Zbigniew Milewicz.
Ten kawałek sztuki ulicznej znalazłam na Facebooku, a podpisany był: academia-lorenense-de-letras-e-artes, Akademia literatury i sztuki w Sao Paulo, w Brazylii.
Tibor Jagielski, twierdzi, że TEN kot to Kot morski. No nie wiem, koty morskie to jednak małpki, o czym TU już kiedyś pisałam, a to ewidentnie kot.
Wśród kocich znalezisk są też trzy, które nie dają się nijak połączyć w jakąś myślową całość, ale dla porządku dodam je tu, bo inaczej będą się przez następne miesiące dopominały o swoje miejsce na blogu. Zresztą skarpetki są w końcu bardzo fajne.
O jednym z tych kotów pamiętajmy tak, jak na to zasługuje, jeśli rzeczywiście 10 maja Czytelnicy z Polski rzeczywiście będą mieli głosować. My, Polacy mieszkający i przebywający poza Polską, zostaliśmy wykluczeni już jakiś czas temu podczas głosowania w sejmie 28 marca o 3 nad ranem. Nie chcę nikogo do niczego namawiać, ale może warto by się zastanowić nad bojkotem tych wyborów. No, ale może Unia zmusi Polskę do ich odwołania z powodu corony. Na razie przedstawiciele samorządów odmawiają ich zorganizowania. To słynne nieposłuszeństwo obywatelskie. Chwała im za to!
Zdjęcie szarego kota na szarej rzeźbie zrobił Elliot Erwitt, (właśc. Elio Romano Erwitt, ur. 26 lipca 1928 w Paryżu) – amerykański fotograf i filmowiec, słynący z ironicznych czarno-białych zdjęć przedstawiających codzienne życie. Tak pisze Wikipedia. Ale takie znowu codzienne to to zdjęcie nie jest.
Nasza autorka, nadal we Włoszech (zob. TU), oczywiście, bo gdzie by miała być, skoro im nawet z mieszkań nie wolno wychodzić, ale pisze o sytuacji w Warszawie. Maria używa na perypetie, które opisuje, określenia “sytuacja kafkowska”, ale my, specjaliści, a takich jest już nas kilkoro na tym blogu, dobrze wiemy, że to Barataria. Ani chybi.
Maria Marucelli
Sytuacja kafkowska to szczeniak w porównaniu ze sprawą leków dla mojej Mamy.
Co prawda miała umówioną wizytę u nowej lekarki domowej gdzieś na styczeń, ale w przeddzień tej wizyty, jedyny raz tej zimy w Warszawie spadł śnieg, i Mama mająca problemy deambulacyjne przestraszyła się, że jak wyjdzie z domu, to się poślizgnie, upadnie, połamie; no sami rozumiecie jak to jest. Mama ma skończone 90 lat, żyje samotnie, ma dwie panie, które przychodzą do niej sprzątać, robić zakupy i gotować obiady, daje sobie nieźle radę, od stycznia ma trzyletnią kotkę. Ale wracam do sprawy leków i lekarza domowego.
Zaraz po odwołaniu wizyty u lekarki w styczniu, zadzwoniłam do przychodni, żeby umówić nową wizytę. Oczywiście do przychodni jest łatwiej dojść na rzęsach niż się dodzwonić, zadzwoniłam wiec na numer centralny zespołu przychodni i bardzo mila pani powiedziała mi, że również i ona może zamówić mi wizytę, że bardzo dobrze wie, że do przychodni, do której Mama miała iść, nie można się dodzwonić! Tak jak powiedziała, tak też zrobiła – w styczniu zamówiła mi wizytę na pierwszy możliwy termin …. na 19 marca!!! (i to mają być lekarze pierwszego kontaktu?) Pani bardzo uprzejmie poinformowała mnie, że jeżeli Mama nie będzie mogła pójść na tę wizytę to należy ją odwołać, ale nie dzwoniąc do centrali, a bezpośrednio do konkretnej przychodni. Zapytałam uprzejmie jak, skoro w poprzednim zdaniu powiedziała, że wie, że tam nie ma jak się dodzwonić! – odpowiedzi nie dostałam.
19 marca to wszyscy wiemy co się działo w Polsce, w Europie i na Świecie – grasował i grasuje w dalszym ciągu wirus! Na kilka dni przed 19 marca Mama dostała telefon z przychodni z zapytaniem, czy ta wizyta jest pilna, bo jeżeli nie, to trzeba ją odwołać. Oczywiście Mama zmuszona nagle do podjęcia decyzji, iść czy nie iść, w sytuacji, jaka panuje, odpowiedziała: „nie wizyta nie jest pilna”, nie myśląc o tym, że właśnie kończą jej się leki i jest bez recept! Odpowiedziała również w ten sposób, bo pomyślała, że nie będzie się pchać do pełnej chorych ludzi przychodni, żeby złapać nie tylko wirusa, ale i panująca aktualnie grypę; pomyślała jednocześnie o przychodni prywatnej, gdzie przyjmuje lekarka specjalistka, do której Mama chodzi i która przy okazji wizyt wystawia Mamie recepty na leki. Jak pomyślała tak i zrobiła, zamówiła sobie wizytę na 27 marca. Tymczasem od poniedziałku 23 marca ambulatorium prywatne jest zamknięte, nikt nie odbiera telefonów, nawet nie włączyli automatycznej sekretarki informującej o tym, że z powodu koronawirusa itd. I to ma być prywatna opieka zdrowotna? Przecież oni za każdą wizytę biorą spore pieniądze. Po prostu uciekli, bo się przestraszyli wirusa, zamiast zorganizować się tak, żeby wizyty były na konkretną godzinę, żeby pacjenci nie musieli czekać w poczekalni, ale żeby lekarze ich przyjmowali. Lekarze muszą być odpowiednio ubrani: w maskach, w jednorazowych fartuchach, tak żeby ani nie ryzykowali zarażenia pacjenta, ani sami nie zostali zarażeni. Możliwość ochrony istnieje, gabinety lekarskie powinny być często odkażane, na pewno są jakieś zasady i odpowiednie zalecenia. Przecież wirus nie może zablokować całej służby zdrowia, bo pacjenci oprócz tego, że będą umierać na Covid-19, umrą z braku leków i opieki lekarskiej!
Jak nerwowa się zrobiła sytuacja, to pozostawiam Waszej wyobraźni. Na szczęście w bliskiej rodzinie mamy dwóch lekarzy pracujących w warszawskich szpitalach. Pomyślałam, nie ma problemów, zadzwonię do nich, jako lekarze maja recepty, wypiszą je, dostarczą Mamie i sprawa załatwiona. Mój Tata, który był ortopedą, wiele razy wypisywał recepty dla rodziny i nie było z tym żadnych problemów, od wieków na receptach była formułka „pro famiglia”. Ale właśnie: była, ale już nie ma. Nie teraz, teraz jesteśmy w czasach komputerów, internetu i tym podobnych „ułatwień” w załatwianiu wielu spraw. Okazało się, że od pierwszego stycznia został wprowadzony system e-recepty, świetnie, ale po to, żeby została wystawiona taka recepta, trzeba być w SYSTEMIE! Nie będę tu wchodzić w szczegóły, kto jak i kiedy ma być wprowadzony w ten system, bo nie wiem, fakt jest, że nasza kuzynka (wyżej wspomniana lekarka) po to, żeby wprowadzić Mamę do systemu szpitala, w którym pracuje, musiałaby sprowadzić Mamę do tegoż szpitala, odbyć u niej wizytę i dopiero później wypisać recepty, podać wygenerowane kody i wysłać Mamę do apteki, rzecz w obecnej sytuacji NIEREALNA!
Napięcie rosło dalej. Przychodnia prywatna w dalszym ciągu nie odbierała telefonów, do przychodni lekarza pierwszego kontaktu w dalszym ciągu nie można się dodzwonić, bo zajęte, a jak jest wolne to nikt nie podnosi słuchawki.
Na szczęście Mama wpadła na pomysł, żeby zadzwonić do swojej starej przychodni, gdzie dyrekcja ruszyła głową i jak się do nich dzwoni, jest „zegarynka”, która mówi, że są zamknięci z wiadomych powodów, ale żeby „umawiać” się na wizytę – rozmowę telefoniczną, wypełniając formularz na ich stronie internetowej, co też natychmiast zrobiłyśmy, Mama i ja. Było to wczoraj, a dziś rano zadzwonił pan doktor, który wygenerował „cudowne” kody i teraz pozostało tylko pójść do apteki i mieć nadzieję, że będą wszystkie leki!!!!!!!
Dzień później zadzwoniła sekretarka z prywatnej przychodni i spytała, czy ja (ja z Florencji) przyjdę jutro do pani doktor, czy może potrzebuję recept? Odpowiedziałam jej, ze e-recepty już mam i że nie przyjdę. Bardzo podziękowałam za telefon.
Dopisek po dwóch dniach: Leki w aptece były wszystkie.
PS od Adminki:
Kilka dni temu pojawiła się w sieci fantastyczna hipoteza! Dr Sabina Olex-Condor ze szpitala w Madrycie poczynila bardzo ważne obserwacje, przyjmując pacjentów, którzy mieli kontakt z koronawirusem: osoby posiadające koty i psy nie wykazywały objawów, nie rozwijała się u nich choroba, bądź przechodziły ją bardzo łagodnie. Obserwacje dotyczyły grupy ok. 100 pacjentów i wymagają dalszych badań. Istnieje przypuszczenie, że możemy mieć tu do czynienia z wyższą odpornością ze względu na kontakt z koronawirusami specyficznymi dla zwierząt domowych oraz sprawniej działającym układem odpornościowym, Należałoby może sięgnąć do zagadnienia odporności krzyżowej.
My wszyscy, wielbiciele kotów i psów, pomyśleliśmy, że nareszcie “wyszło na nasze” i to nie jakieś tam czary-mary, aury i fluidy, tylko konkretne naukowo-pragmatyczne podejście: koty i psy nas uodporniają!
Bohaterka opowieści ma na szczęście kicię Puszynkę, czyli przeżyła wprawdzie bieg przez płotki w stylu dowolnym, ale kicia chroni ją i przed stressem (to już dawno było wiadomo, że tak jest), i przed coroną 🙂
Było spiętrzenie wpisów aktualnych i wpis o sąsiadach opóźnił się o tydzień – przepraszam czytelników, którzy przecież czekają niecierpliwie, żeby się dowiedzieć, czy Lesio, czy Filomena, czy pani Klara…
Teresa Rudolf
Powrót Lesia do domu…
Po trzech tygodniach pobytu w szpitalu pan Lesio został wypisany do domu, gdzie powinien przez następne trzy tygodnie bardzo się oszczędzać, prawa noga i ręka były ciągle jeszcze zagipsowane, twarz jeszcze opuchnięta, ale już bez bandaży i plastrów.
Filomena, pomagając mu przy pakowaniu tych niewielu rzeczy, które miał w szpitalu, pomyślała, “mam nadzieję, że wyjdzie z tego, bo jak na razie…”, jednak zawstydzona, przerwała te rozważania, koncentrując się na pomocy Lesiowi.
On natomiast długo nie wiedział, czy wypada sąsiadkę angażować w swoje sprawy. Tyle lat mieszkali w tej samej kamienicy, ale nigdy nie pałali do siebie zbytnią sympatią. Nie lubił rudych włosów, gdyż mu się źle kojarzyły, nie cierpiał też faktu, iż, zdarzało się, że był przypadkowym świadkiem wzajemnej niechęci obu sąsiadek z drugiego piętra, wpadając na siebie stwarzały bowiem napięcia.
Na szczęście, od jakiegoś czasu wszystko się zmieniło, sam nie umiał sobie jednak przypomnieć, jak się to w ogóle stało.
Dzisiaj, kiedy siostra oddziałowa przyszła do jego pokoju, siedziała już tam od rana Filomena.
Pielęgniarka zapytała, jak pacjent poradzi sobie w domu, bo na razie nawet o kulach nie da rady się poruszać, spytała też, na którym piętrze mieszka i czy jest tam winda.
– Owszem w naszej starej kamienicy jest winda, a w domu spróbuję sobie powoli jakoś dać radę, odpowiedział.
Poza tym zamówi na początek kogoś z Czerwonego Krzyża, kontynuował, ta pomoc na pewno mu przysługuje, gdyż jest osobą mieszkającą samotnie…
Filomena nieśmiało włączyła się do rozmowy, oferując sąsiedzką pomoc, obiecując również dalsze zaangażowanie Klary w opiekę nad Salomonem.
Jak na razie jedynym problemem, leżącym zresztą w gestii szpitala, był fakt, że Lesio powinien dostać się do budynku z czyjąś fachową pomocą, gdyż sam może zrobić tylko parę kroków, skacząc na jednej nodze.
– Myślę, że uda nam się zorganizować paru silnych panów z Pogotowia Ratunkowego, relacjonowała oddziałowa.
Filomena usłyszała pukanie do drzwi, kiedy akurat Lesio wyszedł do łazienki.
– Proszę, powiedziała odruchowo w imieniu pacjenta, po czym do pokoju weszła Regina. Filomena omiotła wzrokiem byłą małżonkę Lesława i pomyślała, że Regina nigdy nie nazywa byłego męża Lesiem.
– A gdzie Lesław?, zapytała Regina. Siostra dyżurna powiedziała, że dziś wychodzi do domu, dodała.
Po czym oświadczyła, że jest jedyną osobą, która może pacjentowi pomóc, ponieważ zna bardzo dobrze rozkład mieszkania, no i oczywiście też Lesława.
Filomena na przemin raz czerwona, raz blada, wykrztusiła, że Lesio zaraz wróci, a ona, Regina i tak nie jest żadną dla niego pomocą, bo po prostu nie lubi, a przecież nawet nie cierpi, kotów.
– No, to ten kot Lesława zostanie tam, gdzie teraz jest, u tej starszej kobiety, którą tu poznałam. Ma tam zresztą towarzystwo jakiegoś drugiego sierściucha.
Zamilkła, a po chwili dodała:
– No i nie wierzę, by Lesław przedkładał starego kota, ponad codzienną stałą opiekę fachowej osoby.
Na pytające spojrzenie Filomeny odpowiedziała: – Zrobiłam odpowiednie wykształcenie, dające prawo do wykonywania zawodu opiekunki, zarówno w kraju jak i za granicą…
Filomena czuła się coraz mniej pewna siebie, wiedziała z góry, że z tą kobietą nie ma żadnych szans i na pewno przegra.
Lesio w asyście dwóch pielęgniarek, podskakując na jednej nodze, znalazł się znów w pokoju.
Siadł z wysiłkiem na łóżku, spojrzał na obie kobiety i powiedział: – Regina, jak ostatnio tu przyszłaś, nie oddałaś mi klucza do mieszkania, a zanim się zorientowałem, już wyszłaś. Oddaj mi teraz, proszę, kontynuował, i po tylu latach, nie przyzwyczaj się znów do niego, no, proszę… Wyciągnął jednoznacznie, rozkazująco rękę: – Już przed laty musiałem dorabiać dodatkowy klucz, bo przy odejściu, zabrałaś go ze sobą.
Regina oświadczyła, że właśnie teraz ten klucz bardzo się przydał. Posprzątała mieszkanie, wyrzuciła niepotrzebne rzeczy po kocie, bo skoro go tam nie ma, to już i nie będzie, a teraz jest czyściutko, pachnąco, i ona będzie spała w sypialni, a on w salonie na kanapie, pościel już też zmieniona.
Kiedy skończyła, w pokoju zapadła grobowa cisza, słychać było tylko komara, który przeleciał z cienkim wizgiem. Komar w lutym, pomyślała Filomena, taka dziwna ta zima. Spojrzała na zachwyconą sobą Reginę z najwyższym zdumieniem, ale i respektem, i powiedziała: – No, no, pani to naprawdę doskonale wie, gdzie i jak się w życiu urządzić, a pan, tu zwróciła się do Lesia/Lesława, gdyby pan tej kobiety już w swym życiu naprawdę nie chciał, nie dorabiałby pan wtedy klucza, ale po prostu zmienił zamki, a nie zrobił pan tego.
W pokoju było nadal cicho. Filomena dodała więc jeszcze:
– Mam nadzieję, że będzie pan miał teraz dobrą, bo aż taaaaaaką fachową opiekę, ale gdyby pan czegoś potrzebował, służę sąsiedzką pomocą.
Wstała z krzesla i z uczuciem “wyższości Bożego Narodzenia nad Wielkanocą” opuściła dumnie pokój.
Nie była jednak wcale taka pewna siebie, jak chciała, by to zbarzmiało. Wyszła na gumowych nogach i z mgłą w oczach.
Co za lafirynda, pomyślała z wściekłością, ale on też nie lepszy, dupek żołędny.
I przysiadła, blada jak kreda, na ławeczce, stojącej na parterze, gdzie znalazła się, nie wiedząc jak i kiedy.
Od adminki:
Autorka przysłała też dwa wiersze. Zazwyczaj umieszczam jej wiersze osobno, w odrębnym wpisie, ale wydały mi się aktualne i nie chcę odkładać ich publikacji na jakiś daleki termin (a czas jest taki, że więcej piszemy, żeby opowiedzieć, żeby poczuć kontakt, żeby podzielić się tym, co myślimy, czujemy, widzimy, a to sprawia, że na blogu jest długa kolejka).
Pytanie X
Z balkonu nieosiągalna
ręka podana komuś,
figlarny, nieśmiały całus,
spojrzenie następnego razu. X
Na ulicy biała “burka”,
w ciszy bolących uszu,
pustka pamiętająca,
miliony oddechów. X
Z szumem skrzydeł
wygłodzone gołębie,
gruchające ulice,
parapety okienne. X
Powietrze czyściutkie,
kryształowo niebieskie,
przedziwna świeżość
zapowiedzią zdrowia. X
Niebo z chmurkami
z karteczki pocztowej,
przesadnie niebieskie,
z owieczkami chmur. X
Niesamowitość zagadki
oplątującej cały świat,
krzyczy w głowach,
początek to, czy koniec? X
Strach Chin, Włoch,
strach wielkich miast,
strach miasteczek,
zdziwienie człowieka. X
*** X A mnie się marzy X
A mnie się marzy
kwiecień piękny
bez Prima Aprilis. X A mnie się marzy
śmiech ludzi,
chichot dzieci. X
A mnie się marzą
kolorowe parasolki,
z dymiącą kawą. X
A mnie się marzy
codzienność zwykła,
ze świergotem ptaków. X
A mnie się marzy
seledynowy, pachnący
sen o szczęściu. X
A mnie się marzą
prawdy wyśpiewane
ptakami wiosny. X
A mnie się marzy,
to co już mialam
ale jakoś tak inaczej.X