Krowa Yvonne

Teresa Rudolf

Przed laty, w roku 2011, pojawiła się w mediach, w gazetach austriackich, niemieckich i innych światowych, też i w TV, istota rodzaju żeńskiego, skupiająca na sobie uwagę przez około trzy miesiące prawie codziennie. Kiedy przeczytałam pierwsze informacje o niej, zakochałam się bezpowrotnie, śledząc jej przygody, robiąc zdjęcia z prasy i dzieląc się nimi i mymi komentarzami do nich z  przyjaciółmi w Polsce.
Wrzucałam zdjęcia i sprawozdania na komórkę typu Nokia, informując świat o losach  mojej wybranki  serca, totalnej emancypantki, idącej za głosem rozumu i ufającej swemu instynktowi samozachowawczemu, która to, zdając się tylko na siebie, wyrolowała najtęższe głowy Austrii i niemieckiej Bawarii, poruszając się z lekkoscią piórka, po obu stronach przygranicznych lasów i  pól. Polowała też niezmiernie chętnie na multiwitaminową, czystą bez pestycydów zieleń  codziennego pożywienia.
A na imię miała ta dziewczyna Yvonne i była najgenialszą krową, o jakiej kiedykolwiek słyszałam, krową, która wyzwoliła się z roli wyznaczonej jej przez krowi los, a była tzw. krową mleczną i niewolnicą austriackiego posiadacza ziemskiego. Pózniej, jak to z takimi niewolnicami bywało, została sprzedana do Bawarii, docelowo po to, by utuczona odpowiednio, ukończyła swój krowi żywot w rzeźni.
Yvonne intuicyjnie wyczuwając nagłe zagrożenie życia, oddaliła się od zagrody swego właściciela… i to na zawsze.

I tu się zaczyna  wspaniała historia tej wysoce charakternej bohaterki, której perypetie śledziło wtedy (i pamięta do dziś) mnóstwo ludzi, drżąc o jej los.
Zarówno odpowiednie przygraniczne siły austriackie, jak i niemieckie, zostały postawione do pionu, by znaleźć uciekinierkę, która to, bez dokumentów i bez prośby o azyl, buszowała sobie na wolnosci.
Yvonne, jak przystało na tak wyzwoloną istotę, jaką się stała, podzieliła bardzo opinię społeczną:
jedni chcieli, by znalazła się w jakimś dobrym miejscu, gwarantującym jej dożywocie, (w najbardziej pozytywnym sensie), a inni dopatrywali się w niej groźniej, agresywnej przestępczyni, która z każdego kąta austriacko-niemieckiego może wyjść i napaść na autostradzie przejeżdżające samochody, czy też z kolei rzucać się na policję, próbujacą ją bezskutecznie zwabić w różne pułapki.
Gdy prawie że spowodowała kolizję z samochodem policyjnym, wydano zarządzenie pozwalające na odstrzał Yvonne. Wyznaczono też nagrodę w wysokości 10 000 euro za schwytanie tej odważnej krowiej kobiety.
I temu sprzeciwili się Miłośnicy Zwierząt, decydując się na odkupienie jej,  gdy będzie to już możliwe, od właściciela, mającego wciąż do niej prawa.
Yvonne przez całe trzy miesiące unikała psychologicznie wszystkich zasadzek, znając dobrze wredną naturę ludzką, i walczyła zaparcie o swoje i to bez rozlewu krwi.

Była wówczas najbardziej fotografowaną krową świata, niestety tylko z  bardzo daleka, nie było bowiem żadnych szans na bliższe z nią spotkanie. Jej niebywała, krowia intuicja podpowiadała jej zawsze, że kątem oka “należy mieć wszystko na oku”, a cała inteligencja ma się skupiać w  momentach zagrożenia na ukierunkowaniu szybkich kopyt.
Psychologowie zwierzęcy proponowali przeróżne strategie, na przykład, by pójść na emocje związane z więzami rodzinnymi Yvonne, lub na jej hormonalną, kobiecą stronę. Przeszkolono w tym celu krowie wabiki, raz była to siostra Yvonne, Waltraud, a raz z kolei najpiękniejszy byk Ernst, prawdziwy George Clooney wśród najwspanialszych byczków w kraju i za granicą. Obie te istoty pokazywały się pod ścisłą  kontrolą, w okolicach znanych już z pobytu uciekinierki. Ale Yvonne nie poleciała na nic, ani emocjonalnie, ani hormonalnie. Nie dała się zmanipulować, zwabić, molestować, nie próbowała się również zakochać, bedąc sobie i swej wolności wierna do samego końca. Nie miała pojęcia, co działo się na zewnątrz jej świata, gdzie stała się przedmiotem sportowych zakładów, istotą skupiającą tysiące ludzi przed telewizorami obu krajów, prawie jak bohaterka jakiegoś znanego w Polsce serialu, na przykład Zniewolona.
Yvonne zażywając świeżego powietrza, zdrowej żywności, sielanki wolności, zaufała któregoś dnia znów swej intuicji i odpuściła sobie kontrolę sytuacji, zakładając, że co by się już nie stało, musi być dobrze.
Będą stworzeniem socjalnym, dołączyła do innych pasących się krów na łąkach bawarskich, gdzie jako medialna gwiazda, została szybko zidentifikowana przez właściciela stada, który poinformował od razu odpowiednie czynniki administracyjne.
Yvonne nie  zauważyła nawet, kiedy padł strzał, powalający ją do snu i decydujący o jej dalszym, bajkowym losie.
Obudziła się w innym świecie, wśród różnych, nieznanych jej dotąd zwierząt, żyjących obok siebie w spokoju i bezpieczenstwie, mających podobny jak ona los – one również zostały uratowane od eutanazji…
Raj? Tak, raj czyli schronisko dla “ułaskawionych” od wyroku śmierci zwierząt, w pobliżu miejscowości Deggendorf w Bawarii. I w takiej oto sielance Yvonne przeżyła jeszcze całe osiem lat, do sierpnia 2019 roku, kiedy to niestety nieszczęśliwy wypadek skrócił jej życie.

Bardzo smutna była to dla mnie wiadomość, kiedy się dowiedziałam, ale jestem też świadoma faktu, że wszystkie szczęśliwe lata wygrała dzięki swej odważnej krowiej osobowości, pokazującej, że o własne prawa trzeba zawalczyć, nawet za wszelką cenę.

W ostatnich latach zaskoczyły nas w mediach, informacje o brutalnych atakach krów na ludzi, zdarzało się, że bywały one dla turystów nawet śmiertelne w skutkach. Najczęściej zdarzało się to w podgórskich okolicach. Wycieczkowicze przechodząc przez łąki, pastwiska, niekiedy ze szczekającami, agresywnymi psami, zachowywali się na ogół bez żadnego respektu dla poruszających się tam zwierząt, jak gdyby byli u siebie, na własnym podwórku…
Nagle okazało sie  że nawet krowy bronią się przed nieproszonymi gośćmi, wkraczającymi bezkompomisowo na ich teren. Pastwiska są więc od jakiegoś czasu przepisowo ogradzane, tak by ludzie nie wydeptywali sobie na skróty ścieżek, kosztem spokoju pasących się tam krów i zagrażajac też własnemu bezpieczeństwu.

Jak widać, zwierzęta, jak i ludzie, zaczynają coraz częściej mówić bezprawiu: NIE!

Starość

Ewa Maria Slaska

Miłość, erotyka, seks

O starości pisałam wprawdzie bardzo dużo, ze dwadzieścia lat temu prowadziłam nawet jakiś czas bloga na ten temat, ale nigdy nie rozmawiałam, nie pisałam, nawet chyba nie myślałam o seksie, miłości czy erotyce starych ludzi. Teraz jednak ten temat wydał mi się ważny, a dlaczego – okaże się na końcu tego wpisu. Poczułam, że muszę go napisać, bo się rozzłościłam. Tym niemniej zabierałam się do pisania jak pies do jeża. Pocieszało mnie tylko, że z plotek, filmów i literatury pamiętałam jakieś wzmianki i napomknienia na ten temat.

Były więc oczywiście Golden girls, słynny serial amerykański o flirtach i erotycznych znajomościach trzech starszych kobiet, mieszkających wspólnie z kobietą jeszcze starszą, matką jednej z nich, która pełni rolę mentorki i komentatorki. Było to zabawne, ale nie miało nic wspólnego z prawdziwym życiem. Wszyscy wiedzieli, że producenci ubrań, kosmetyków i gadżetów odkryli właśnie starych ludzi, głównie zresztą kobiety, jako nowy target, a serial miał na stałe zapewniać grupę docelową, że warto się starać, bo za każdym zakrętem czeka kolejny wielbiciel.

We wspaniałej powieści Edgara Hilsenratha Fryzjer i nazista jest epizod, jak uciekający z obozu główny bohater znajduje schronienie u starej kobiety, która oczekuje w zamian życia seksualnego.
– Ale ja nie sypiam z kobietami po siedemdziesiątce – mówi mężczyzna.
– Aby na pewno? – pyta kobieta. I oczywiście, ponieważ to ona jemu ratuje życie, on z nią jednak sypia.

Na pewno widziałam kiedyś jakiś film o życiu starych ludzi w domu opieki. Odwiedzające starą matkę dzieci z zaskoczeniem odkrywają przed jej łóżkiem dwie pary pantofli, jej własne oraz przydeptane męskie laczki.

Ale gdy to piszę, jak błyskawice przelatują mi przez myśl dwie historie prawdziwe.

Mam spotkanie autorskie w domu seniora i przy okazji poznaję pewną bardzo starą autorkę (jej samej nie znam, czytałam kiedyś jej książkę) – siedzi przy stoliku tuż obok bardzo starego pana, który ją serdecznie przytula. “To Franz”, mówi mi pani po spotkaniu, “poznaliśmy się tu i tu będziemy ze sobą aż nas śmierć nie rozłączy.”

Bardzo wiekowa ciotka (chyba nawet cioteczna babka) wyszła za mąż za bardzo wiekowego pana. Cała rodzina uważa, że to rozsądne. Mają dwie emerytury, a będą płacić za jedno mieszkanie, wynajmować jedną sprzątaczkę, no i będą mieli towarzystwo. Córka tej pani, nocując kiedyś u mamy i ojczyma, weszła rano do sypialni starszych państwa, bo chciała coś wyjąć z szafy. Weszła bez pukania i wycofała się z okrzykiem zażenowanego zdumienia, bo starsi państwo (w interesujący sposób) uprawiali seks. Mama tłumaczyła potem córce, popijając kawę, że “ona wprawdzie nie musi, ale on jest taki, no wiesz…”

I nagle przypomina mi się cała masa książek, w których pojawiają się starzy ludzie, uprawiający seks. I nie są to “stare, dobre małżeństwa”, tylko historie o nowych znajomościach, zawartych w podeszłym wieku.

Myślenie życzeniowe, można by pomyśleć. Starsi ludzie chcieliby, żeby tak było, bo wciąż marzą o romantycznej miłości, a młodsi chcieliby, żeby tak było, bo dobrze jest pomyśleć, że stary rodzic jest na stare lata szczęśliwy.

Zresztą może to być też myślenie pragmatyczne, nie tylko z uwagi na podwójną emeryturę i mniejsze wydatki mieszkaniowe. Stary mężczyzna chętnie by się znowu ożenił, bo zapewni sobie tym samym opiekunkę, kucharkę, pomoc domową, damę do towarzystwa i jeszcze na dodatek, jeśli się będzie miało ochotę, towarzystwo do łóżka.

Jest też oczywiście “klasyka”, czyli historie o starych bogatych ludziach, znacznie częściej mężczyznach niż kobietach, którzy “kupują sobie” młodą (a w każdym razie młodszą) osobę jako żonę czy męża, ale “klasyka” mnie nie obchodzi. Tak jak nie interesuje mnie tu płatny seks i w ogóle żadne mniej lub bardziej ukryte intencje. Interesuje mnie MiSEr – Miłość, Seks, Erotyka starych ludzi – w odbiorze społecznym.

Ponieważ jestem Polką i mieszkam w Niemczech, widzę dwa odmienne podejścia: w Niemczech ocenia się, że potrzeby ludzi w starszym wieku istnieją i są być może nawet bardziej szalone u tych, którzy pokończyli już 50, 60 czy 70+ lat, niż u trzydziestolatków, bo ci się “muszą” dorabiać i ustawiać w życiu. Ale też dlatego, że tak po prostu jest: je toller, desto oller, mówi niemieckie przysłowie, im człowiek starszy, tym bardziej hula. W Polsce generalnie się zakłada, że starzy ludzie nie mają libida, czyli są z racji wieku aseksualni. A to z kolei z góry ma wykluczać i erotykę, i miłość.

Ryszard Przybylski w eseju o starości pisze o poetach. Michał Anioł (już go tu cytowałam), Iwaszkiewicz i Różewicz gdy piszą o starości, są starzy, Thomas Stearns Eliot, czwarty poeta Przybylskiego, jest jednak młody, ma 32 lata. Nie pisze więc o tym, co przeżywa, lecz o tym, co sobie wyobraża na temat starości. Gerontion, Stary Człowiek, pisze Przybylski, tracąc na starość wrażliwość zmysłów, traci jednocześnie chęć kochania.
Straciłem wzrok i dotyk, słuch, smak, powonienie.
Jakże więc mam ich użyć do zbliżenia z tobą.
Zanim Stary Człowiek umrze zdrętwienie zmysłów odbirze mu możność kochanoa: pozbawi go dobra, które odsłania ludziom piękno świata, radość istnienia, sens bytowania. Eliot był przekonany, że istnieją trzy stopnie wtajemniczenia w poznanie własnego losu: seksualność, która rozpoczyna ten niełatwy proces; Eros, który rozświetla drogę zbawienia i Boska Miłość, zespolenie z którą stanowi cel wszystkiego, ponieważ to ona stworzyła świat i ciągle nim rządzi jako Dantejska Miłość, “co wprawia w ruch słońce i gwiazdy”.

Tak właśnie myślą młodzi ludzie. Gdy jesteśmy starzy nie kochamy, nie marzymy, nie pożądamy. Starzy ludzie też zresztą nie będą się do tych marzeń przyznawać, a jeżeli to nie publicznie, żartem, mimochodem. “Zakochałabym się”, mówi moja rówieśnica, a ja odruchowo pytam: “Ale po co?”

Pewnego dnia kilka lat temu brałam udział jako tłumaczka w spotkaniu grupy rencistek niemieckich i polskich. Niemki mówiły o podróżach, odkrytym zainteresowaniu uprawianiem sztuki (niech żyje malarstwo na jedwabiu!) i zaangażowaniu społecznym. Polki – o wnukach, chorobach i ogródkach. O miłości nie mówiły ani Polki, ani Niemki. To jednak wciąż tabu, mimo że nawet w Polsce coś się powoli zmienia. Podobno był w polskiej telewizji jakiś program o seniorach, który poruszał takie tematy. Zresztą seks i erotyka to nie wszystko, nawet zaangażowanie polityczne starych kobiet było przez młode kobiety krytycznie oceniane. Jeszcze kilka lat temu obecność starej kobiety na demonstracji antypisowskiej była odczytywana albo jako wsparcie dla wnuczek, albo jako mieszanie się w nieswoje sprawy (np. TU – mój własny wpis sprzed czterech lat). Dziś na demonstracjach pojawiły się Polskie Babcie i nikogo to już nie dziwi, a raczej wszyscy są dumni.

Drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, jeśli doczytaliście aż dotąd, to znaczy, że temat Was też interesuje. Być może pomyśleliście sobie w międzyczasie, że ta Slaska to ma dobrze, bo starość jej nie przeszkadza. Może macie rację, ale miałam pecha i postanowiłam przypomnieć sobie, co o tym naszym wieku napisała moja ulubiona autorka, Simone de Beauvoir w klasycznym dziele o kobietach, czyli Drugiej płci. A ponieważ w Czarnej Owcy ukazało się właśnie II wydanie, zakupiłam je byłam czym prędzej i… zdębiałam. Ale po kolei. We Francji książka ukazała się w roku 1949, a autorka (1908-1986) pisząc ją miała 40-41 lat. Wikipedia przypomina, że jest to jedno z jej najsłynniejszych i najbardziej kontrowersyjnych dzieł, które zdobyło jej miano “duchowej matki” drugiej fali feminizmu. Książka zyskała nieprawdopodobną wręcz popularność. W ciągu pierwszego tygodnia po wydaniu sprzedano ponad 20 tysięcy egzemplarzy.
Najsłynniejszy cytat brzmi: Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi.

Druga płeć została zaliczona do stu najsłynniejszych książek XX wieku wg czasopisma Le Monde.

Przeczytałam tę książkę po niemiecku, nawet nie pamiętam kiedy, pewnie w czasach, kiedy czytałam wszystko na temat feminizmu, czyli w latach 80 i 90. Książka ukazała się w Niemczech w dwa lata po wydaniu francuskim, czyli umówmy się – była tu zawsze.  Pierwsze wydanie po polsku przegapiłam, wzięłam do ręki dopiero drugie, no i właśnie… zdębiałam.

Bo może było tak, że wtedy byłam za młoda, żeby uważnie przeczytać to, co teraz interesuje mnie najbardziej. Byłam w wieku autorki, wtedy, gdy to pisała, i automatycznie przyjmowałam jej punkt widzenia. A może w ogóle to, co teraz interesuje mnie najbardziej, wtedy nie interesowało mnie w ogóle. Może w ogóle tego nie przeczytałam. A może po niemiecku czytałam to jednak inaczej niż po polsku. Nie wiem, ale teraz prawie się popłakałam ze złości. Na nią, panią o wcale niepięknym spojrzeniu, a może na siebie tamtą, młodą i obojętną, a może na to, że dożyłam wieku, kiedy mnie to złości.

Zaczęłam lekturę od rozdziału o starości (tom II, część II, rozdz. 9) i chyba na razie na nim zakończę. Uwaga, to co poniżej, to cytaty, ale ponieważ je mocno poskarcałam, oszczędzę Wam i sobie ciągłego używania znaku skrótu: (…).

Wszystkie etapy życia kobiet są równe i monotonne, ale przejście z jednego do drugiego cechuje groźna brutalność; z każdym związany jest przełom: pokwitanie, wtajemniczenie seksualne, klimakterium. Mężczyzna starzeje się stopniowo, kobieta zostaje nagle odarta z kobiecości; w młodym stosunkowo wieku traci urok erotyczny i płodność. A przecież ma wtedy jeszcze przed sobą, bez żadnych widoków na przyszłość, mniej więcej połowę dorosłego życia. Klimakterium przecina życie kobiety na pół. Na długo przed zniedołężnieniem kobietę zaczyna prześladować strach przed starością. Przypatruje się bezsilnie upadkowi cielesnego obiektu, z którym stanowi jedność. Zaczyna walczyć, lecz farbowanie włosów i zabiegi kosmetyczne mogą tylko przedłużyć konającą młodość. Może szachrować z lustrem, może kokietować i udawać, że wciąż jest jeszcze młoda, ale czuje, że musnęło ją skrzydło śmierci.

Staje bezbronna twarzą w twarz ze sobą. Przypomina sobie, czym mogło i czym miało być jej życie, ale nie było. Wie, że nie jest już obiektem erotycznym, nie tylko dlatego że utraciła powaby, lecz również dlatego że dzięki doświadczeniu stała się indywidualnością, a to odstrasza mężczyzn. Szuka kochanków, chce jeszcze urodzić dziecko, uczy się tańców, czy podróżuje. Zaczyna znów uprawiać onanizm, zaniechany od czasów dzieciństwa, dopuszcza tendencje homoseksualne. Szuka przygód. Kocha się potajemnie we wszystkich mężczyznach, ma obsesje kazirodcze, marzy o gwałcie i prostytucji, staje się erotomanką. Doznaje schizofrenicznego rozszczepienia na tę, która wciąż jest młoda i tę, która jeszcze nigdy nie była taka stara.

Gdy nie może zrealizować seksu, erotyki i miłości, zaczyna ją pociągać dewocyjna pobożność. Spowiednik zyska nad nią potężną władzę, ale może też popaść w sekciarstwo, ezoteryzm, poszukiwanie prawdy ostatecznej. Krzewią się objawienia, posłannictwa i znaki.

Przekracza granice rzeczywistości, zatraca krytycyzm i kontakt ze światem, umiera i zmartwychwstaje, ale ziemia się nie zmieniła, szczyty są nadal niezdobyte, posłannictwo nie daje się odcyfrować, przed lustrem pozostaje kobieta postarzała od wczoraj o jeden dzień. Niepokój chwyta za gardło, życie się skończyło, a do śmierci daleko. Odarta z uroku przez przyzwyczajenie i czas, nie ma już szans na obudzenie mężowskich zapałów… Poluje na mężczyzn, przytłacza ich, w najgorszym wypadku – płaci im. Ale nawet, gdy nie robi tego bezpośrednio, lecz utrzymuje pozory tajemniczej hojności, jest narażona na okrutną klęskę.

Wreszcie poddaje się, przestaje walczyć. Uznaje, że jest stara. Klimakterium się skończyło. Kiedy zrezygnowała z walki z fatalnością czasu, zaczyna walczyć o miejsce na ziemi. Uwolniona od fryzjerek, krawcowych, gorseciarek, folgując łakomstwu, staje się wolna, ale nie ma gdzie tej wolności zrealizować…

I tak dalej.

Autorka z zimnym turpistycznym okrucieństwem analizuje kolejne pięcioletnie etapy starzenia się. Nigdy jednak nie spojrzy na opisywane przez siebie obiekty chociażby obiektywnie, nie mówiąc już o okazaniu im choćby cienia sympatii, chociaż odrobiny współczucia, a przynajmniej przeczucia wspólnego losu. Odziera z godności każdy postępek i każdą decyzję, już sam dobór słów przekreśla wszelkie nadzieje, że można być na starość kobietą mądrą, albo miłą, serdeczną, czy lubianą, pomocną lub szlachetną, że ktoś może do nas żywić sympatię. Każdy gest i każdy krok są tylko oznaką fałszu, nic nie jest prawdziwe, niczemu nie pozostał nawet cień wartości. Po analizie filozoficznej, dokonanej w końcu przez kobietę, pozostajemy jak stare puste łachmany na jałowym pobojowisku.

Myślę, że nawet mężczyźni nigdy okrutniej nas nie opisali, niż zrobiła to ta czterdziestoletnia kobieta, którą czciłyśmy jak bóstwo. Dobrze, że czasy się zmieniły.

Do widzenia piękna, zimna pani. Może kiedyś jeszcze do ciebie wrócę, ale na pewno nie teraz.

Mity nasze powszednie (1) Ajtra

Obiecałam Konradowi, że napiszę mu co jakiś czas coś o jakimś micie greckim. Aby nie uznał, że pisząc będę wybierała coś, co dobrze znam, zaproponowałam, żeby podał mi losowy numer strony, szpaltę i lokalizację hasła w mojej ukochanej ongiś książce, czyli Małej Encyklopedii Kultury Antycznej (rok wydania 1968, właśnie zaczynałam studiować archeologię i przeczytałam ten leksykon dosłownie od deski do deski). Wybrał stronę 28, lewą szpaltę u góry. Wylosował Ajtrę, właściwie nawet dwie, obie interesujące, ale musiałam się zdecydować na jedną. Wybrałam pierwszą.

Ewa Maria Slaska

Była córką króla Trojzenu i matką Tezeusza, tyle wiemy na pewno.

Mit chce, by Tezeusz był, jak tylu innych bohaterów (i bohaterek) greckich opowieści, synem (córką) ziemianki i boga. Był więc herosem, podobnie jak Herakles, Jazon, Orfeusz, Orion, Perseusz. Herosi byli ludźmi i umierali tak jak ludzie, bogowie żyli wiecznie. Uważani byli jednak za lepszych ludzi i pośredników między światem bogów i ludzi. Herosi byli piękni, silni, dzielni, wędrowali po świecie, walcząc z bestiami, karząc zbrodniarzy i ratując dziewice z rąk czarnoksiężników i sprzed smoczych pysków. Dziewczęta urodzone w takich związkach były nadzwyczajnie wręcz piękne, co nie zawsze przynosiło im szczęście. Helena trojańska, najpiękniejsza kobieta na świecie, pierwszy raz została porwana, gdy miała lat 12, a porywaczem był… Tezeusz; jej bracia odbili ją z rąk Tezeusza, Helena wyszła za mąż za Menelaosa, króla Sparty, po czym porwał ją Parys i zabrał do Troi, a dalej już każdy wie, Grecy postanowili ją odebrać, rozpętała się wojna, nazwana potem trojańską, która trwała 10 lat, Grecy zwyciężyli, a Helena z mężem wróciła do Sparty, wciąż jeszcze młoda i nadzwyczajnie piękna.

Jeśli niemal nikt nie pamięta Ajtry, matki Tezeusza, sam bohater jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych bohaterów mitów greckich, a jego przygody powtarzają się do dziś niemal niezmienione w legendach o królu Arturze, bajkach o tym jak rycerz pokonuje smoka, wielu opowieściach SF i Fantasy. Klasycznym herosem jest więc sam Tezeusz, podobnie jak Lancelot, rywal i przyjaciel króla Artura, jak Wiedźmin, jak Aragon z opowieści o Władcy Pierścieni, liczni bohaterowie Gry o tron, oczywiście, Don Kichot, a nawet Benia Krzyk, menel i bohater, król odeskich bandziorów u Babla. Praktycznie rzecz biorąc każda wartka opowieść o kolejnych nie związanych ze sobą przygodach walecznych wojowników jest powtórzeniem greckiego mitu heroicznego.

Tezeusz wychowywał się z mamą i dziadkami w Argolidzie. Obaj domniemani ojcowie przespali się z Ajtrą (czyli Eteryczną, a zatem Jasną) tej samej nocy, dlatego nie-jasne jest, który z nich faktycznie spłodził Tezeusza. O świcie Posejdon obiecał Ajgeusowi wyłączne ojcostwo spodziewanego potomka, po czym udał się do swych boskich zadań (co często oznaczało wylegiwanie się na kanapach i popijanie nektaru z ambrozją), a Ajgeus podążył dalej ku swem właściwemu celowi, czyli Attyki, którą zjednoczył i ustanowił jej stolicą Ateny. Zanim jednak odpłynął, pozostawił synowi miecz i sandały. Ukrył je w świątyni i przycisnął głazem. Jeśli urodzi się syn, powiedział Egeusz do Ajtry, powiedz mu, że tu ukryłem dla niego insygnia władzy. Gdy dorośnie i będzie w stanie poruszyć ten głaz, znajdzie tu przedmioty, które ma zabrać i przypłynąć do Aten. Zostanie moim następcą, królem Attyki.

Miecz w kamieniu, Excalibur, to jeden ze starych symboli prawa do władzy, pierworodny syn nie zostaje władcą za nic, musi udowodnić, że ma dość mocy, by po tę władzę sięgnąć.

Interesujące jest to, że w mitologii greckiej w wyniku podwójnego stosunku, a zatem niepewnego ojcostwa, kobieta zazwyczaj rodziła bliźnięta, które mimo iż identyczne, miały jednak odmienną naturę – jeden dzieciak był bogiem, drugi – człowiekiem. Najsłynniejszą taką parą (a właściwie czwórką) są Kastor i Polideukes (Pollux), bracia dziewcząt bliźniaczek Heleny (trojańskiej) i Klitajmestry. Ich ojcami byli Zeus w postaci łabędzia i Tyndareos, mąż Ledy. Polideukes i Helena byli bogami, Kastor i Klitajmestra – śmiertelnikami. Polideukes tak kochał brata, że ubłagał ojca o zapewnienie mu nieśmiertelności. Zeus zgodził się, ale jak to zawsze się dzieje, gdy bogowie coś obiecują – była to zgoda dziwaczna i perfidna. Obaj mieli co dzień zmieniać przeznaczenie. Jednego dnia żyli jako ludzie na Ziemi, następnego przebywali jako bogowie w konstelacji Bliźniąt.

Heros miał do wykonania liczne zadania, które przyjęło się nazywać “prace”. Do prac Tezeusza należało zabicie Minotaura, które uczyniło go sławnym, ale wykonał też wiele innych prac: rozprawił się zwycięsko z ogromną świnią, straszliwym bykiem i trzema zbójami: Perifetesem, Skejronem i Prokrustem, zabił olbrzyma Sinisa i pokonał w zapasach siłacza Mickuna oraz stoczył zwycięską walkę z Centaurami.

Jako archeolożka dodam, że herosi wędrowali po świecie starożytnym na historycznej granicy między kulturą minojską a mykeńską, czyli mniej więcej w XIV wieku przed naszą erą. Tezeusz był przedstawicielem najeźdźców i reprezentował kulturę achajską (mykeńską), a jego słynna wyprawa na Kretę jest opisem zwycięstwa dzielnych i surowych Achajów nad zniewieściałymi mieszkańcami greckich wysp. Jeszcze niedawno Grecy byli poddanymi króla Minosa i co rok musieli mu wysyłać daninę w postaci siedmiu dziewcząt i siedmiu chłopaków, których rzucano na pożarcie Minotaurowi. Młodych ludzi losowano i zazwyczaj siłą wydzierano rodzinom. Tezeusz zgłosił się dobrowolnie z zamiarem pokonania potwora i uwolnienia Attyki od okrutnej daniny.

Minotaur (byk minojski) był pół bykiem i pół człowiekiem. Byki są nieodłącznym elementem składowym kultury minojskiej. Matką króla Minosa była fenicka księżniczka, Europa, którą Zeus pod postacią białego byka porwał, przepłynął z nią z Azji Mniejszej przez morze na Kretę, gdzie spłodził z nią trzech synów. Minos zatem, sam zrodzony z śmiertelniczki i boga w postaci byka, musiał pogodzić się z szaleństwem swej żony, Pazyfae, bez pamięci zakochanej w byku i cierpieć na stałe obecność jej zwyrodniałego potomka, który miał ludzką postać i głowę byka, a obdarzony był nadludzką siłą. Byk ojciec, byk mąż, byk syn.

Można by wzruszyć ramionami i powiedzieć, cóż za bzdura, nawet jeśli zdarza się, że zwierzęta i ludzie uprawiają seks, nigdy nie doczekają się żadnych potomków. Oczywiście na poziomie racjonalnym sceptycy mają rację. Przez wiele stuleci tłumaczyło się te wcale nierzadkie greckie mity o seksie bogów, ludzi, zwierząt, a nawet roślin, zwłaszcza drzew albo myśleniem życzeniowym (Pazyfae zapatrzyła się na byka, ale seks uprawiała z człowiekiem), albo metaforycznym (a więc Pazyfae zakochała się nie w byku, lecz w umięśnionym, silnym i pełnym wigoru mężczyźnie), albo symbolicznym (wyrafinowana kultura ulega zwierzęcej sile barbarzyńców). Ale (pisałam o tym TU) jest też inna możliwość: nie jesteśmy pierwszą wysoko rozwiniętą cywilizacją na Ziemi. Przed nami była jeszcze co najmniej jedna (albo wiele) i ich eksperymenty doprowadziły do upadku ich cywilizacji, pozostawiając nam w dziedzictwie wyprodukowane przez siebie potwory. My właśnie doszliśmy po raz drugi (albo kolejny) do etapu produkcji potworów. Zaczęło się od sklonowanej owieczki Dolly, ale poszło dalej. W środę, 02 kwietnia 2008 roku w prasie znalazła się następująca wzmianka: “Forscher schaffen Hybrid-Embryo aus Mensch und Kuh. Britische Wissenschaftler haben zum ersten Mal Embryonen aus menschlichem Erbgut und Eizellen von Tieren geschaffen. So wollen sie embryonale Stammzellen herstellen – ohne ethische Bedenken.” Napisałam o tym na blogu, a mój komentarz brzmiał: właśnie wyprodukowaliśmy Minotaura!

Tezeusz z pomocą córki Minosa, Ariadny, pokonał Minotaura, co historycznie oznaczało, że Grecja achajska strząsnęła jarzmo minojskie, choć z upływem lat coraz bardziej się upodabniała do swej poprzedniczki. Ale, jak mawiał Kipling, to już zupełnie inna historia.

Gdy Tezeusz wracając z Krety zapomniał zmienić żagle z czarnych na białe, Ajgeus przekonany, że misja syna się nie powiodła, zabił się, skacząc w odmęty morza, które odtąd zwane jest jego imieniem: Morze Egejskie. Co ciekawe Ajgeus – Egeusz dał też drugą nazwę kulturze greckich wysp, nazywa się ją bowiem nie tylko minojską od króla Minosa, ale również egejską, co oznacza po prostu kulturę wysp na Morzu Egejskim. Tym niemniej zabawne jest pomyśleć, że obaj ojcowie niedobranej pary kochanków, jakimi zostali Tezeusz i Ariadna, dali imię kulturze, którą Minos doprowadził do rozkwitu, a syn Egeusza zniszczył.

Na zakończenie luźnych skojarzeń, jakie wywołało we mnie imię Ajtra, muszę jeszcze napisać o sprawach Tezeusza z kobietami. Zaczęło się od tego, że możliwość zabicia Minotaura, którego ojciec trzymał w  Labiryncie i wydostania się z matni nasz heros zawdzięczał Ariadnie, córce Minosa. Dziewczyna zakochała się w obcym pięknym jak bóg chłopaku i zdradziła mu tajemnicę Labiryntu. Dedal, budowniczy więzienia, przed ucieczką z Krety (uciekał na skrzydłach) powiedział jej, że ktoś, kto wchodzi do labiryntu ma przywiązać jeden koniec kłębka nici do progu drzwi i rzucić kłębek przed siebie, a ten potoczy się do miejsca gdzie mieszka Minotaur. Uciekając z Krety Tezeusz zabrał Ariadnę ze sobą, porzucił ją jednak, samotną, na wyspie Naksos. Po powrocie do Aten i śmierci ojca Tezeusz został królem. Prowadził rozliczne wojny w tym z Amazonkami. Poślubił królową Amazonek, Antiope. Ich syn – Hippolytos (Hipolit) stał się jako młody chłopak obiektem namiętności kolejnej żony Tezeusza – Fedry. Odtrącona Fedra popełniła samobójstwo, oskarżając Hipolita o molestowanie. Tezeusz wygnał syna i dopiero po jego śmierci poznał prawdę. Wreszcie jako dość wiekowy mężczyzna porwał słynną już wtedy z urody dwunastoletnią Helenę, córkę Ledy i Zeusa, której jednak ze względu na jej wiek nie poślubił. Zachodzi więc pytanie, po co ją zatem porywał.
Wszystkie te historie są dość wątpliwe moralnie.

Zakończenie. Ten wpis mógłby być znacznie dłuższy, mógłby stać się rozdziałem książki, książką, albo księgą. Każde napisane tu zdanie można by było rozwinąć i poprowadzić opowieść w inną stronę, do Racine’a, Prousta, Einsteina, Bachusa, iluminatów, argonautów, wojny trojańskiej, Odyseusza, zabicia Ifigenii, patriarchatu, feminizmu, Freuda, Erynii, Klitajmestry, sztuki pamięci, Ericha von Dänikena, labiryntu, Borgesa… Gdzieś jednak trzeba się było zatrzymać.
Jeśli ktoś ma ochotę też coś napisać o mitologii, serdecznie zapraszam.

To jest wojna

Minds that seek revenge destroy states, while those that seek reconciliation build nations
Nelson Mandela
(From Echeverría Martínez Chicali Wall)

Tabor Regresywny (vel Marek) i Ewa Maria Slaska

Tabor: Chodzi mi o taką myśl. Skoro oni nie chcą, to zróbmy to my. Berliński pociąg z napisem “wypierdalać” nabiera w tym kontekście kapitalnego znaczenia. Czas się przesiąść z pociągu byle jakiego do tego.

Ewa: “Ten pociąg” jeździ być może po Berlinie (linia nr 8, są tacy, którzy się bożą, że widzieli i jechali), a być może jako fantastycznie spreparowane zdjęcie krąży po forach społecznościowych, ale to przecież nieważne, ba, może nawet ważniejsza jest obecność tego pociągu w świecie surrealu…

TU

Tabor: Jak kobiety mówią „wypierdalać”, to wypierdalać i nie zadawać głupich pytań. Jak kobiety mówią „wypierdalać”, to wypierdalać , żeby potem nie mówiły – a nie mówiłam. Kobiety „widzą” i dlatego się nie mylą. To jest wojna. To jest trzecia wojna światowa. Tym razem między Gają a człowiekiem. Pandemia jest tylko orężem w tej wojnie tak jak ekstremalne zjawiska pogodowe czy inne katastrofy. To jest wojna, którą człowiek musi wreszcie przegrać.

Jak to ludziom wytłumaczyć? Od czego zacząć? Na razie się miotam i próbuję zachować zimną krew. Czuję się jak żołnierz w okopie do którego dowódca mówi, jeszcze poczekaj, niech podejdą bliżej.

Ewa: Odjedziemy zatem na łodzi albo pociągiem “wypierdalać”, a wsiądziemy do niego o godzinie 11 na peronie dziewięć i trzy czwarte. Popłyniemy na Wyspy Szczęśliwe, każdy na swoje, bo ja twierdzę, że mieszkają tam Umarli, a Tabor Regresywny, że mieszkają tam szczęśliwi ludzie, którym udało się uciec ze świata, gdzie głównym zadaniem człowieka jest “czynienie Ziemi sobie poddaną”. Nie wiem, co my będziemy robić na “moich” Wyspach Szczęśliwych, mam nadzieję, że czytać, rozmawiać, sadzić kwiaty i kochać, oni zamierzają zrealizować Nową Baratarię. Sancho Pansa zrezygnował już ze stanowiska gubernatora, a Marek zamierza powołać Rząd na Uchodźstwie, którego premierem zostanie jego żona Olimpia (proponowałam formę “ta premiera”, ale podobno ma być parytet i wprawdzie wszystkie stanowiska zostaną obsadzone przez kobiety, zawsze po dwie na każdy (podwójny) fotel (projektant Gaudi) ale maskulinizmy zostaną zachowane. Myślę, że tak bywało w Egipcie, faraonem mogli być kobieta, albo mężczyzna, ale zawsze pełnili oni funkcję mężczyzny, dopiero królowa Hatszepsut była prawdziwą kobietą na tronie.  

Tabor: Fritjof Capra w książce Punkt zwrotny opisuje plemiona, dla których każda choroba ma związek z jakimś naruszeniem ładu kosmicznego. To, że naruszyliśmy ład kosmiczny, to nie podlega dyskusji. Trudniej skojarzyć to z pandemią. Łatwiej szukać winnych w Chinach. Czy mamy szansę wyjść z tej pandemi, bez przyjęcia perspektywy tych prymitywnych plemion? Trzeba się liczyć z tym, że nie. Że nie znajdziemy szczepionki, a nawet jak znajdziemy, to już w kolejce czeka następny wirus. Trzeba się też liczyć z tym, że ostre restrykcje oznaczają huśtanie się między zahamowaniem a kolejną falą. Niczym choroba dwubiegunowa. Prawdopodobnie każda choroba zaczyna się ostrzeżeniem. A jeśli to, czego doświadczyliśmy na wiosnę, to było tylko ostrzeżenie, a teraz zaczyna się właściwa pandemia?
Ewa: Jak przeżywaliśmy wiosenny lockdown, wielu z nas się łudziło, że wywoła to pozytywne zmiany w naszej organizacji życia prywatnego i społecznego, że zmienimy systemy wartości, damy odpocząć planecie, pozwolimy, by zregenerowały się żywioły, woda, ziemia, powietrze, że damy roślinom, zwierzętom i ludziom szansę odnowy, zwolnimy tempo życia, przestawimy potrzeby z symboli statusu na symbole wspólnoty, a wielkie cele konsumpcyjne zastąpimy małym szczęściem, budowanym małymi krokami. Zaczęliśmy lepiej gotować i lepiej jeść, sprzątnęliśmy nasze domy i oddaliśmy innym to, czego sami nie potrzebowaliśmy.
Ale wiosna minęła, a z nią przeminęła wyciszona i uspokojona wizja innego życia. Ze zdwojoną siłą powróciły wrzask, szarpanina, manipulacje, pretensje, walki, pogarda. 
To jest wojna.

Gromiwoja, czyli wielkie WYPIERDALAĆ!

Dziękuję mojej siostrze, Kasi, za całościowy koncept tego wpisu od pierwszej linijki do ostatniej, zdjęcie Kasia B.

Rzecz się dzieje podczas wojny peloponeskiej. Trwała ona tak długo, że kobiety się zbuntowały, stanęły do walki i wygrały!

Gromiwoja (Lizystrata)

Tekst: Arystofanes 411 p.n.e
Komentarz (fragmenty przedmowy): tłumacz Edmund Cięglewicz (ur. 1862, zm. 1928)
Przypisy i uwagi: Ewa Maria Slaska 2020

Jest rok 411 p.n.e. Trwa druga wojna peloponeska. Otóż na wiosnę tego roku (…) gdy nieszczęsne Ateny zaledwie łzy osuszyły po klęsce sycylijskiej, wśród powszechnego przesilenia ekonomicznego, niesłychanej drożyzny, wywołanej przeludnieniem i przymusowym, już od lat dwu, zaniechaniem uprawy roli w znacznej części ziemi attyckiej, wystawia poeta (Arystofanes), w lutym, podczas świąt Lenajskich, Lysistratę-Gromiwoję, komedię, w której szalony, śmiechem i dowcipem pieniący się pomysł idzie o lepsze z głębią myśli polityczno-społecznej. (…) Mądra, wyższa, patriotyczna kobieta postanowiła zmusić Hellenów do zawarcia pokoju. Gromiwoja obmyśliła sposób, aby pogromić wojujące strony: widząc, że zwykłymi środkami nie zaradzi się temu, już dwadzieścia lat trwającemu obłędowi, użyła sposobu wyjątkowego, na który mamy dziś wyraz zanadto dobrze znany, aby go nie użyć: białogłowski strajk.

GROMIWOJA (do Starucha)

Słuchaj jeno
Czasu wojny długotrwałej
Myśmy siła
złego… siła,
Od was, mężczyzn, znieść musiały,
A cierpliwość… z nami była!
Nie lza było słówkiem pisnąć,
Choć burzyła się krew na was.
Więc śledziłyśmy was ładnie
I, bywało, siedząc w domu,
Słyszym nieraz, jak zapadnie
Straszny wyrok złej uchwały
W sprawie ważnej!

Poeta wyprowadza na scenę niewiasty, walczące doskonale tą bronią, jaką im dała natura, a celem tej walki jest powszechny pokój. Pomysł poety świadczy, że kobieta w Atenach miała swoje aspiracje, dążące do emancypacji; dążenia te, nawet dziś tu i owdzie ironicznie pojmowane, niekiedy namiętnie zwalczane, przedstawia poeta w sposób, zapewne, wielce komiczny, lecz niezmiernie sympatyczny: jego Gromiwoja nie jest śmieszną, lecz owszem dzielną i wielką obywatelką, której się słusznie wszystkie należą prawa.

Jak wykonał poeta ten pomysł?

„W naszym ręku leży zbawienie Hellady”, woła bohaterka komedii, piękna i mądra Gromiwoja, do zwołanych z całej Grecji przedstawicielek płci pięknej. (…) “Zmusimy ich zaprzestać tej obmierzłej wojny, jeżeli zgodzimy się na jedno… Od dziś kwita z wszelkich czułości”. (…)

Na zamku, w obronnym grodzie, pod opieką dziewiczej Pallas Ateny, strajkowiczki przebywają tak długo, aż wreszcie mężowie, zrazu oburzeni, potem „prywacją kobiet” (…) srodze znękani, składają broń przed tym pospolitym kobiet ruszeniem, zawierając pokój panhelleński (…).

Ale Lizystrata to nie tylko historia kobiecego strajku. To również apel o demokrację. Oto, co mówi dalej Gromiwoja do Senatora, przyrównując obywateli i politykę do wełny

Naprzód tedy, jak się z brudu
Myje wełnę na potoku,
Tak kołtuństwo trzeba z ludu
Zmyć i z miasta, jako wióry
Gnać, a kłęby powikłane
Polujących na godności
I na tłuste synekury
Zgrzebłem międlić bez litości —
I urywać łby skalane!
Potem czesać czystą wełnę,
W jeden kosz swobody wspólnej
Wszystkich kładąc: więc wmieszkanych
Pobratymców i związkowych
Nawet i dłużników owych,
Co stracili prawa ludzkie,
Trzeba mieszać w ten kosz wspólny.
Przebóg, wszystkie miasta one,
Zakładane, jak osady
Naszej macierzystej ziemi,
Wiedz, że jako rozrzucone
Pasma leżą, zatem słabe.
Więc te pasma
Zebrać wszystkie w ten kosz pełny,
Potem zbić na jeden wełny
Zwał, chociażby nie bez trudu
I tkać nowy płaszcz dla ludu!

Tą odezwą wystawił sobie Arystofanes największy pomnik, jako myśliciel, jako polityk, jako obywatel. Tak, obywatel, bo ta wełna w koszu, to wszak “wspólność praw obywatelskich”. Ale niestety głos natchnionego wieszcza był głosem wołającego na puszczy; przezornej myśli, najdonioślejszej, jaką kiedykolwiek wypowiedział Ateńczyk, którą należało przyjąć jako program dyplomatyczny, współczesność nie zrozumiała, a gdy zrozumiała, było już… za późno. Nie przyznano metojkom praw obywatelskich, nie zrównano ludzi wobec prawa. To zrobił dopiero Rzym.

Wróćmy jednak do naszych bojownic. Ich cel bardzo przypomina to, o co teraz pod wodzą kobiet walczy cała Polska: o wielkie WYPIERDALAĆ! skierowane do, ujmijmy to skrótowo, dziadersów wszelkiej maści.

Rzekłby kto, no ale jednak pardon fi donc, nieprzyzwoite to słowa. A tu tymczasem:

Śmiałym słowem przemawia Grek w życiu i na scenie; wyobrażenia helleńskie o przyzwoitości, zwłaszcza scenicznej, różnią się od dzisiejszych, o zewnętrzną tylko przyzwoitość dbających. Nasza scena przemyca częstokroć prawdziwą i potworną zgniliznę, ale ten jeden warunek musi być zachowany: o wszystkim wolno mówić, byle parafrazą, przyzwoicie i mniejsza o to, że pod tą osłoną wypranych, wyprasowanych i ublanszowanych Tłumacz, chcący oddać poetę, jakim był, nie może trzymać się tej recepty: zbyt wielki to umysł, aby go przykrawać do pojęć cnotliwego emeryta lub zwagneryzowanego pajaca. Niech więc nikogo
…nie razi, że tu greckie panie
Mówią dość śmiałą mową, a panienki,
Niepowstrzymane swym greckim sumieniem,
Zwą często rzeczy… właściwym imieniem.

Takim na przykład:
Haj, na dwa bożyca, dyć
goła hipkam i piętą w rzyć biję!

Z jednej strony gromada dorodnych erotycznie rozbuchanych rokoszanek, z drugiej (nie do wiary!): na scenę wkracza powoli zadyszany chór Starców siwobrodych, złożony z 12 choreutów (…) Dziady owe dźwigają pęki chrustu, wleką polana i konary; dwaj dzierżą sagan miedziany z żarzącym węglem i dmuchają, raz po raz kaszląc od gryzącego dymu. (…) Na końcu wlecze się przodownik chóru, koryfajos, imieniem Strymodoros; stary wyga, nie dźwiga nic, tylko dowodzi. (…) stają, krztusząc się, kaszląc i ocierając pot.

Strymodoros! Ten ze sceny wypisz, wymaluj jak ten nasz!

Ale choć główną bronią ma być odmowa chędożenia się, dziewczyny i dziady naparzają się też bezpośrednio. Mają nie tylko normalną broń. Starcy walczą ogniem, rokoszanki, jak je nazywa tłumacz, wodą. Kobiety zwyciężają. Główny Staruch bardzo nad tym ubolewa. Gromiwoja odpowiada mu beztrosko:

Azaś ty myślał, że baby nie… biją,
Że my niewolne? Że może kobiety
Nie mają ducha? (…)
Więc my tedy obwołały
Sejm niewieści, by Helladę
Wyrwać z toni wspólną mocą.
Czekać jeszcze? Na co, po co?
Więc gdy zbawczą kobiet radę
Przyjąć chcecie sercem wdzięcznym,
I, jak my wpierw, milczeć, luby,
Ocalimy was od zguby!
(…)
CHÓR BIAŁOGŁÓW

Ninie zbliż się który do mnie, a wybiję zęby!
Czosnku ten nie będzie gryźć,
Grochu, bobu, ni ziarenka:
Jednym słówkiem spróbuj lżyć,
Wściekła jestem, będę bić,
Że polecą z was otręby,
I wspomnisz bajkę, jak żuk orła nęka!
(…)
Nie dbam o was, póki żyje
Ma Lampito, wierna straż,
I tebańska krasawica,
Ismenija — zaszczyt nasz!
Wy bezsilni, nie pomoże
Na to nawet uchwał sto,
Zwłaszcza, że wam wszyscy wkoło
Źli sąsiedzi zemstą klną.

Niezaspokojeni seksualnie wojownicy ze Sparty i Aten, wspierani przez pokonanych starców, podejmują decyzję o zawarciu przymierza, które zakończy wojnę.

Nie trudna to rzecz, kiedy obie strony
Bez fałszu zadmą już w jednakie tony
A zatem: ***** ***

Kochani i jeszcze opis do zdjęcia: zostało zrobione 3 listopada podczas demonstracji w Gdańsku w obronie wolnych mediów. Pochód formował się we Wrzeszczu na ulicy Grunwaldzkiej, pod pięknym pałacykiem czyli siedzibą radia Gdańsk (to było kiedyś fantastyczne radio), a potem szedł do Gdańska, pod siedzibę ***. Poszłyśmy z koleżanką. Miałyśmy mnóstwo rzeczy do obgadania, a na trasie nikt nic nie skandował, to, zatopione w rozmowie, szłyśmy coraz wolniej. Nagle okazało się, że idziemy jako ostatnie i chyba byśmy tego nawet nie zauważyły, gdyby nie pogoniły nas buczkiem zamykające pochód auta policyjne. Upozowałam się na ich tle, a koleżanka zrobiła zdjęcie. A dopiero dziś zrozumiałam, że wystylizowałam pozę na zdjęciu na Gromiwoję. Trudno się zresztą dziwić, pisałam o niej przecież przez cały dzień.

Übersetzer Workshop 3

Vor einer Woche und gestern berichteten wir (ich und Plamena Maleva) über Übersetzer Workshop, der im Rahmen der Osteuropa-Tage organisiert wurde.

Heute präsentieren wir polnische Autorin und Aktivistin der neusten Frauen- und Kampfbewegung in Polen

Monika Tichy

Die Autorin des polnischen Textes Monika Tichy hat sich am zweiten Workshop-Tag eingewählt und sich mit der polnischen Gruppe über ihren Text und über die aktuelle Lage in Polen unterhalten. Ihr machen die aktuellen Umstände in Polen rund um das Abtreibungsverbot Sorgen.

Monika Tichy (l) & Katarzyna Hajduk

Ein Video von unserem Zoom-Gespräch findest du HIER / TU
Text Original  / Tekst po polsku: TU / HIER

Der Ausschnitt aus der entstandenen Übersetzung (grün auf Polnisch / zielony po polsku)

Ich war mal eine ins Gebet vertiefte, Bibel lesende und drei Mal pro Woche im Gottesdienst dienende junge Frau. Sakramentale Ehefrau. Glaubend an den Schwindel des Patriarchats, verpackt in ein lyrisches Sacrum, an das mein Vater glaubt.
Vater weiß nicht, dass ich nicht mehr glaube. Ich spreche mit ihm über nichts Wichtiges, obwohl wir hin und wieder aufeinander treffen, denn meine Mutter passt manchmal auf meinen Sohn auf. In diesem Moment, so wie immer mittwochnachmittags, ist der Kleine bei der Oma, aber ich bin nicht auf Arbeit, so wie üblich. Ich streike.
Vater weiß nicht, dass mein Mann, der im Ausland arbeitet, schon jemand anderen hat und ich ebenfalls. Vater weiß nicht, welche Ethnie, welches Geschlecht, welches Alter unsere neuen Partner haben. Warum soll ich es ihm sagen, wenn ich weiß, dass er „solche“ nicht akzeptiert?
Vater weiß nicht, dass ich bei jedem lokalen und zentralen Antiregierungsprotest war, seitdem die Partei an die Macht kam. Seine Partei.
Vater ist ein Mitglied der Partei.
Also was macht er hier?

Kiedyś byłam młodą, rozmodloną panną czytającą Biblię i trzy razy w tygodniu służącą do mszy. Sakramentalną małżonką. Wierzącą w te ściemy patriarchatu, opakowane w liryczne sacrum, w które wierzy mój ojciec.
Ojciec nie wie, że ja już nie wierzę. Nie rozmawiam z nim o niczym ważnym, mimo że widuję go, bo moja mama czasem zajmuje się moim synem. W tej chwili, jak zawsze w środy po południu, mały też jest u babci, ale ja nie jestem w pracy, jak zazwyczaj. Jestem na strajku.
Ojciec nie wie, że mój mąż pracujący za granicą ma już kogoś innego, i że ja mam również. Ojciec nie wie, jakiej rasy, płci i wieku są nasi nowi partnerzy. Po co mam mu mówić, skoro wiem, że on „takich” nie akceptuje?
Ojciec nie wie, że byłam na każdym antyrządowym proteście lokalnym i centralnym od czasu, gdy do władzy doszła Partia. Jego Partia.
Ojciec jest członkiem Partii.
Więc co on tu robi?
2.
Sie sind wie die Pharisäer, über die Jesus sprach: „Sie bürden den Menschen unerträgliche Lasten auf, doch sie selbst rühren keinen Finger, um diese Lasten zu tragen”. Liege in fruchtbaren Nächten neben der Ehefrau, aber fasse sie nicht mal an! Gebäre sechs! Und ziehe sie groß! Lass ihn dich schlagen, wenn er betrunken zurückkommt! Gebäre ein krankes Kind, kümmere dich um es bis Ende des Lebens und sterbe ohne Sicherheit, was mit ihm weiter sein wird! Welcher von ihnen, die da bequem im Pfarrhaus oder der Bischofsresidenz leben, roch zumindest einmal im Leben eine Windel?

Oni są jak faryzeusze, o których Jezus mówił: „Wiążą ciężary wielkie nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, a palcem ich tknąć nie chcą”. Leż obok żony w noce płodne, ale jej nawet nie dotknij! Urodź sześcioro! I wychowaj! Pozwól, by cię bił, kiedy wraca pijany! Urodź chore dziecko, zajmij się nim do końca życia i umrzyj bez pewności, co z nim będzie dalej! Który z nich, żyjących wygodnie na plebanii czy w biskupiej rezydencji, chociaż raz w życiu powąchał pieluchę?
3.
Die letzte Kraft, in der ich sie noch sehe, sind Frauen. Die Regierung weicht vor Nichts und Niemandem zurück. Demonstrationen von mehreren tausend Menschen zur Verteidigung der Verfassung oder der Medien zerschlugen sich an ihrem Hochmut wie eine Welle an einem Betonmast. Die Meinungen der EU-Organe oder der internationalen Institutionen gehen komplett an ihnen vorbei. Den einzigen Schritt rückwärts, den sie machten, war unter Druck von Frauen.
Ostatnia siła, w jakiej jeszcze ją widzę, to kobiety. Rząd nie cofnął się przed nikim i niczym. Wielotysięczne manifestacje w obronie konstytucji czy mediów rozbiły się o ich butę jak fala o betonowy słup. Opinie instytucji unijnych czy międzynarodowych mają gdzieś. Jedyny krok wstecz, jaki zrobili, to pod naciskiem kobiet.

Übersetzer Workshop 2

Plamena Maleva

Zitate von mir als Koordinatorin:
– Der Workshop war ein großer Erfolg und das Team der Osteuropa-Tage ist sehr froh, dass wir es trotz der aktuellen Umstände geschafft haben, einen digitalen Raum für Austausch und Zusammenarbeit zwischen Übersetzer*innen zu schaffen.

– Dieses Jahr lag der Fokus des Workshops auf publizistischen Texten und wir hatten vier sehr unterschiedliche, jeweils sehr spannende Texte dabei, die vor allem für die Bevölkerung der jeweiligen Länder geschrieben sind. Die vier Gruppen, die jeweils aus dem Polnischen, Bulgarischen, Tschechischen und Russischen übersetzt haben, standen also vor der Herausforderung, gewisse kulturelle Kontexte, sowie landerspezifisches Hintergrundwissen, welches für das Verständnis der Texte notwendig ist, möglichst verständlich ins Deutsche zu übertragen, ohne dass dabei zu viele Fußnoten entstehen. Wenn man sich die entstandenen Übersetzungen anschaut, sieht man, dass alle Gruppen diese Herausforderung erfolgreich gemeistert haben.

Atmosphäre und Austausch:
Am Ende des Workshops haben sich alle Gruppen zusammengetan und sich über den Übersetzungsprozess ausgetauscht. Dabei konnte z.B. die bulgarische Gruppe, in der es keine deutschen Muttersprachler*innen gab, bei der Suche nach einem passenden Begriff wertvolle Tipps bekommen. Die Teilnehmenden konnten einen Teil von jeder Übersetzung hören und einen Eindruck von den jeweiligen spachrlichen Besonderheiten in jedem Text bekommen.

Ein besonderer Dank geht an die Referent*innen: Katarzyna Hajduk (PL), Evdokia Stoyanova-Kostova (BG), Anastasia Myasina (RU) und Ruben Höppner (CZ) für die tolle Arbeit an den Rohübersetzungen und beim Moderieren der Gruppenarbeit. Sie haben von den Workshop-Teilnehmer*innen auch viel Lob bekommen und es freut uns, als Veranstalter des Events, dass die Betreuung der Gruppen in sicheren Händen war.

Rozmowy z Konradem: kobiety

Wieczny dylemat, czyli mówić czy wyglądać?

Ewa Maria Slaska

Dla moich koleżanek i dla mnie, czyli tych kobiet, które zdały maturę w okolicy marca 1968 roku (to ważna cezura, jeszcze będę do niej wracać), bycie kobietą emancypowaną, było sprawą jak najbardziej naturalną. Miałyśmy nowoczesne matki, a niekiedy również babki, nasze nauczycielki były pełnokrwistymi indywidualnościami, a na dodatek nasze młode ciotki były dla nas jeszcze wzorem urody, powodzenia, ubierania się i czesania. Nie wiem, czy któraś z nas poświęciła w ciągu lat nauki choćby jedną myśl pytaniu, co to znaczy być kobietą emancypowaną, albo czy chcemy być emancypowane? To w ogóle nie było pytanie – było oczywiste, że już jesteśmy emancypowane i nie przychodzi nam do głowy żadna inna wersja losu kobiety. Miałyśmy studiować, a potem pracować, miałyśmy być piękne, dobrze ubrane i uczesane, chciałyśmy gotować fajne potrawy z oryginalnymi jarzynami i przyprawami (nie darmo Kalkowski od lat promował w Przekroju taki styl gotowania) i mieszkać w ładnych domach lub mieszkaniach z przystojnymi mężami podobnymi do Beatlesów i grzecznymi, inteligentnymi dziećmi.

Ten świetny model wielu z nas zatruł(by) życie, uczesane włosy były(by) w dwa dni po wizycie u fryzjera znowu potargane, na kolorowych podłogach zbierał(by) się kurz, mężczyźni podobni do Johna Lennona okazali(by) się zazdrosnymi nudziarzami, a szpinaku i tak nie było ani w sklepie, ani w polu, ani w zagrodzie.

Na szczęście w międzyczasie pojawili się hippisi i nie chodzi mi o te niewielkie grupki tzw. “prawdziwych hippisów PRL-u”, tylko o ideę, modę, muzykę, taniec, pacyfizm, tolerancję, luz, lekceważenie konwenansów, wegetarianizm, kwiaty we włosach, trawkę, wolny seks, pigułkę antykoncepcyjną i radio Luxemburg, czyli wszystko, co się zgromadziło wokół słowa “hippisi”. To osłabiło szczelny perelowski model emancypowanej kobiety i, choć w mniejszym stopniu, peerlowski model “prawdziwego mężczyzny”. Oba mocno się porysowały, a w drugiej połowie lat 60 zyskały nową treść – nasyciły się polityką. Dotychczas byliśmy, tak naprawdę, istotami apolitycznymi, urodziliśmy się po wojnie, stalinizmu świadomie nie pamiętaliśmy, nasi rodzice przezornie milczeli, partia i ZMS nie miały do nas dostępu, a kościół traktował nas łagodnie, kiedyś zostaliśmy ochrzczeni, potem poszliśmy do komunii, niektórzy z nas do bierzmowania, ale na pewno nie wszyscy. Partia przymykała oczy na sprawy społeczeństwa z kościołem, kościół nie żądał od społeczeństwa, by przestrzegało przykazań i zbyt surowo odcinało się od partii – wszyscy się jakoś “zaaranżowali”. Każdy próbował na swoją modłę urządzić sobie życie, no cóż – jak najprzyjemniej.

W drugiej połowie lat 60 polityka jednak gwałtownie wtargnęła w nasze życie. Zaczęło się od tego, że Willy Brandt podpisał umowy z Polską i z PRL zaczęli oficjalnie wyjeżdżać Niemcy. Okazało się wtedy, że w Polsce są jacyś Niemcy. Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z faktu, że są Niemcy, gdy w roku 1968 pojawili się Żydzi. Pawłowi Jasienicy wytknięto jakiegoś ukraińskiego Łupaszkę, a to przypomniało, że byli kiedyś Łemkowie i Bojkowie, Ukraińcy. Rzeczpospolita przestała być jednolita “jak postaw czerwonego sukna” i mocno wystrzępiła się na brzegach. W roku 1970, właśnie próbowaliśmy być (mimo Marca 1968 roku) szczęśliwymi studentami, z całą mocą spadła na nas polityka, której już nie dało się pominąć. To nie były “obrzeża i skraje”, to nie byli Niemcy (nie byliśmy Niemcami), to nie byli Żydzi (nie byliśmy Żydami), to nie byli Ukraińcy. To był sam środek naszego życia. Polityka stała się jego główną treścią i, mimo iż stale przegrywaliśmy, a od czasu do czasu partia, rząd i milicja zabijały nas i biły, czuliśmy się silni, bo byliśmy razem. To była gra MY kontra ONI, i oni mogli mieć w garści wszystko, a my i tak byliśmy lepsi. Czyli było strasznie, ale wciąż było przyjemnie, pewnie dlatego że nie mieliśmy dylematów, czyli znaliśmy odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mogło zaserwować nam życie.

I tak było do roku 1980, czyli do strajków sierpniowych i powstania Solidarności, kiedy to cały ten pięknie funkcjonujący gmach, zbudowany przez nas w procesie wzajemnego aranżowania się Partii, Kościoła, Opozycji i Społeczeństwa, runął do śmietnika historii, a z każdego kąta zaczęły wyłazić upiory. Im więcej zdobywaliśmy wolności, tym było gorzej, tym więcej upiorów wsysało się nam w szyję i wypijało krew. Rozpadło się nasze “razem”, wszędzie czaili się wrogowie, często my nimi byliśmy dla innych. To czego nie dokonała Komuna, tego dokonała Wolność. Niestety, zaczęło się od razu po podpisaniu porozumień. Jeszcze nie wiadomo było, jak ruch się będzie nazywał, a już zaczęły się pojawiać zwiastuny tego, co nas zniszczy. Ruch w Obronie Dziecka Poczętego. Albo żołnierzy wyklętych. Skąd mogliśmy wiedzieć, że trzeba je zdusić w zarodku..

Przez ostatnie 40 lat podzieliśmy się, może na zawsze, a w każdym razie na długo. Nie  będę się tu zajmować “prawdziwymi Polakami”, nacjonalizmem, Obrońcami Jezusa, strefami wolnymi od uciekinierów, Żydów, gejów i gender, nie piszę rozprawy o Polsce PiSu, pozostanę zatem przy tym, co mnie dotyczy(ło) jak najbardziej bezpośrednio, czyli sprawie kobiet.

Pierwszy raz dowiedziałam się, że istnieje sprawa kobiet za czasów Solidarności. Przyjechały z Anglii dwie feministki i miałam im opowiedzieć o sprawie kobiet w Polsce. I w ogóle nie zrozumiałam, o co im chodzi. Przez cały czas mówiłam o polityce, o niesprawiedliwości społecznej, o potrzebie wolności, o skorumpowanej władzy i biedzie robotników i chłopów. A one pytały o sprawę kobiet. No to odpowiadałam, że nie ma podpasek, albo że są z ligniny twardej jak deska, że nie ma pieluch jednorazowych, ani proszku do prania pieluch z tetry. A one nadal pytały o sprawę kobiet, i nie interesowały ich nawet dziesięcioletnie kolejki po klucze do własnego mieszkania.
Wreszcie machnęły na mnie ręką.

Następne feministki spotkałam już w Niemczech. Był rok 1985. Zapytały mnie o sprawę kobiet, ale tym razem już wszystko wiedziałam. Poprosiły, żebym napisała o tym artykuł na światową konferencję kobiet w Nairobi. Czekałam na azyl polityczny w Niemczech i nie mogłam wyjechać, pojechał tylko mój referat. Nazywał się “The rights we don’t have”. Myślę, że był to taki tekst, może jedyny w moim życiu, który przeczytały miliony ludzi. Zapewne głównie kobiet. Był cytowany tak długo, że postradał i tytuł, i autorkę, a potem i sens, bo po roku 1989 wszystko się zmieniło. W referacie do Nairobi pisałam o tym, co się dzieje z prawami kobiet w kraju komunistycznym, jeśli kobieta nie należy (jak ja należałam) do uprzywilejowanej wyższej klasy średniej, nie ma emancypowanych rodziców, w miarę zamożnego życia i nie mieszka w wielkim mieście. O tym, że o obrazie świata decydowałyśmy my, inteligentne studentki z Warszawy, Gdańska, Krakowa i Poznania, a Polska wygląda zupełnie inaczej. Już Rzeszów albo Białystok są w stosunku do nich opóźnione o co najmniej 20 lat, miasta powiatowe są jeszcze bardziej zacofane, kobieta mieszkająca na wsi opóźniona była w stosunku do najbliższego miasta o kolejne 20 lat. O tym, co to jest potrójne obciążenie kobiety, czyli praca, dom i rodzina oraz, jako trzeci rodzaj zajęcia kobiety – zapewnianie zaopatrzenia, głównie stanie w kolejkach i dźwiganie siat. O źle płatnych sfeminizowanych zawodach, gdzie jednak zawsze nad całą gromadką pracownic stał kierownik lub dyrektor. O strajku głodowym pracownic fabryk włókienniczych. O wioskach, w których najbliższy ginekolog oddalony jest o 70 kilometrów, a autobus jeździ dwa razy dziennie. O szklanym suficie, czyli o tym, że dziewczęta lepiej się uczą, jest ich więcej w liceach i na studiach, a przecież ilość kobiet spada w miarę wspinania się po szczeblach kariery naukowej i że kadra profesorska to głównie mężczyźni. I że opozycja wcale nie jest lepsza, bo choć jest dużo niepokornych politycznie pisarek, to od roku 1962 do roku 1985 nagrodę Kościelskich dostało 85 osób piszących, a tylko 11 z nich to były kobiety, bo to nagroda dla polskich opozycjonistów, czyli dla mężczyzn. I że wszędzie (zresztą do dziś) przedstawia się Solidarność jako ruch brodatych mężczyzn koło 30, choć to kobiety wykonywały większość prac usługowych w Solidarności i niemal wszystkie, również przywódcze, w czasie stanu wojennego. I że w encyklopedii Solidarności nie było haseł kobieta, matka, prawa kobiet, aborcja, nierówne płace…

Był rok 1985, nie mogłam więc jeszcze napisać, że jak już w roku 1989 doszło do rozmów Okrągłego Stołu, to brała w nich udział tylko jedna kobieta, Grażyna Staniszewska.

I wtedy się okazało, że gdy odeszła Komuna, to sprawa kobiet przecież nie odeszła, ale wraz z Wolnością przyszła sprawa kobiet numer 2. Zaczęła się od odesłania kobiet do domu i publicznego głoszenia tezy, że miejscem kobiety jest rodzina. Pierwszy raz przeczytałam taką wypowiedź tuż po czerwcu 1989 roku. Właśnie tworzyliśmy zręby wolnej Polski. Powiedziała to w wywiadzie wnuczka Józefa Piłsudskiego, żona opozycjonisty i ważnego polityka nowej Polski, pierwszego cywilnego ministra obrony narodowej – Janusza Onyszkiewicza.
W roku 1993, za czasów, gdy Hanna Suchocka była premierką, wprowadzono niemal całkowity zakaz aborcji, obowiązujący do dziś i nazywany, nie wiadomo czemu – kompromisem aborcyjnym.

Poszliśmy do przodu, żebyśmy musiały się cofnąć, żeby się okazało, że tkwią w nas nauki nie tyle i nie tylko matek i babek, ale pewnie i praprababek. Gdzie one się podziewały, gdy byłam uczennicą i studentką? Skąd wychynęły?
Mężczyzna pracuje, kobieta przebywa w domu z dziećmi.
Kobieta nie odmawia seksu mężowi, nawet jeśli jest chora lub zmęczona.
Przetrwaj, przeczekaj.
Mąż może bić, poniżać i gwałcić. Wykorzystywać seksualnie dzieci.
Trzeba nieść swój krzyż.

Ale nie sięgajmy nawet do rejonów, które za moich młodych lat albo w ogóle nie istniały, albo uważałyśmy je za jakieś przeraźliwe patologie.
Bo nasze zniewolenie jest również znacznie subtelniejsze.
Mamy być powabne, ale przecież również chcemy być powabne. Zobaczcie, co robimy, jeśli do pokoju wchodzi mężczyzna. Porozwalałyśmy się z koleżankami na kanapach i fotelach, siedzimy wygodnie, naokoło nas bałagan, szklanki, gazety, ciastka. Gdy wchodzi mąż gospodyni, nagle wszystkie siadamy prosto, szybciutko uprzątamy bałagan, układamy nogi, by łydka zgrabnie się prezentowała, wciągamy brzuch…

Ale jest i na odwrót, mężczyzn w pokoju jest kilku, my dwie, a może nawet tylko jedna… Toczy się dyskusja na temat edukacji. Jedna z nas jest pedagożką i matką, miałaby coś do powiedzenia, ale póki co rezonują mężczyźni, nie ma jak dojść do głosu, wiedzą lepiej. No wreszcie, udało się, próbujemy coś powiedzieć, ale zanim to zrobimy, już się nas popędza. Właściwie może lepiej zamilknąć. Czy to znowu takie ważne, to co mamy do powiedzenia? OK, jednak udało się wygłosić jakieś zdanie, ale już ten Iksiński mi przerywa i… powtarza to, co ja właśnie powiedziałam jako swoją tezę. Tylko, że ja stosowałam wszystkie znane od tysiącleci sposoby mówienia niewolników, mówienia tak, by nie zirytować pana i jego przedstawicieli. Bo, gdy mówimy, irytujemy ich lub rozśmieszamy. Wiem, wszystkie wiemy, jak możemy próbować tego uniknąć. Mówiłam przepraszająco, ciszej, łagodniej, używałam słów chyba, może, wydaje mi się, a on po prostu zasuwa propagandową mowę z mównicy. Ale o co chodzi, przecież i tak było nienajgorzej, bo przecież mogłam usłyszeć, że nudzę i się wymądrzam, za dużo gadam, nie umiem się skracać, gdyby to było publiczne wystąpienie, można by mi było na przykład nie dać mikrofonu do ręki, tylko podetkać go pod nos lub głośnym szeptem pouczać, co mi wolno, a czego nie. To naprawdę nic trudnego publicznie mnie poniżyć i obrazić. Tak, żeby wszyscy słyszeli. A jeśli grzeczność będzie jednak wymagała przeprosin, zostanę przeproszona po cichu i prywatnie. Przez telefon albo smsem.
Ale nie mam czasu, żeby go przeczytać. Panowie stworzenia poszli na taras na papierosa. To ja tu tymczasem szybciutko trochę posprzątam… Bo przecież lubię, żeby naokoło było ładnie i powabnie.

Zasadniczo stale to robimy, automatycznie polepszamy nasz wygląd i wygląd naszego otoczenia, a pomniejszamy naszą inteligencję. Taki mechanizm obronny. Dzień w dzień próbujemy rozwiązać dylemat: mówić inteligentnie, czy ładnie wyglądać, czyli jak się nie narażać? I, moje młode, młodsze i najmłodsze, koleżanki. Nawet jeśli świadomie potraficie się temu przeciwstawić, w środku w Was tkwi wciąż ta istota, która pod atrakcyjnym wyglądem ukrywa fakt, że jest mądra. Nawet jeśli prowokujecie i mówicie jak zwyciężczynie. Przyjrzyjcie się sobie uważnie.

***

Nie mam racji? To proszę, posłuchajcie wystąpienia pastorki Pauli Stone Williams, która przeszła zmianę płci, a zatem dobrze wie jak to jest być mężczyzną, a jak kobietą. Jej całe wystąpienie jest właśnie o tym, nie o przemocy, gwałtach i niesprawiedliwości, nie, jej wystąpienie dotyczy tych subtelnych różnic:

Wystąpienie jest świetne, ale najlepsze jest zdanie: WHY DO I HAVE TO APOLOGISE FOR BEING RIGHT?

thatorfor

Przepraszam…

Z wolnej stopy 10

Zbigniew Milewicz

Dzień dużego rozmiaru

2 września to przede wszystkim urodziny naszej Adminki, wszystkiego najlepszego Ewuniu 🙂
Z Kalendarza Świąt Nietypowych, Kalbi dowiaduję się, że jest to również międzynarodowy dzień pulchnych pań, których osobiście jestem wielbicielem. Oto, co pisze o nim Kalbi:

„Dzisiaj mamy święto “dużych” ciałek, krągłości, wypukłego brzuszka, obfitych udek, ponadwymiarowych biustów, wielkich stópek i pulchnej pupci.

Z tej okazji warto zastanowić się czemu moda kreuje wychudzone wieszaki – model kobiecego ciała, który ma niewiele wspólnego z seksownością, zdrowym i zadbanym wyglądem? Jeszcze nasze prababcie i babcie powiadały, że chude to chorowite. Coś w tym jest. Wielu panów otwarcie przyznaje, że woli, aby partnerka była “przy kości”, żeby “było za co łapać”. Po za tym szersze kobiety kojarzą się z ciepłem domu rodzinnego, z dobrą kuchnią, z dogadzaniem i poczuciem humoru. Czemu więc na siłę, przez media promuje się chude ciało? Czy tęga osoba nie może być zgrabna, przystojna, modna? To jest jakiś mit, który został wtłoczony społeczeństwu do głów. Wiele kobiet popada w kompleksy z powodu większej wagi. Dla niektórych kobiet bycie chudą jest po prostu niemożliwe z racji uwarunkowań biologicznych. Nadmierne odchudzanie się w takich przypadkach może prowadzić tylko do spadku odporności i chorób.

Oczywiście we wszystkim trzeba mieć umiar. Chodzi tu tylko o naturalne krągłości, a nie o przesadną otyłość. Australijska modelka Jessica Vender Leahy wpadła na pomysł genialnej kampanii “Project Woman KIND”, która ma na celu pomóc zaakceptować szerokim dziewczynom swoje ciało. Razem z innymi modelkami plus size, nagrały filmiki w których opowiadają jak się z nich śmiano z powodu ich ciała. Dziś te kobiety są sławnymi modelkami. Może zamiast popadać w kompleksy, lepiej zgłosić się do konkursu na Miss? Co roku odbywają się ogólnopolskie i światowe wybory Miss Plus Size. Jest to konkurs dla wszystkich kobiet w rozmiarach od 40/42 do 52/54. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się konkurs Miss Plus America, w którym startują piękne kobiety o obfitych kształtach.

W Polsce działa kilka agencji modelek over size. Światową ikoną modnych, puszystych kobiet, ostatnio jest Tess Munster (na zdjęciach). Dziewczyna z wielkimi gabarytami na początku 2011 roku podpisała umowę z ważną brytyjską agencją, a już w 2013 roku jej zdjęcia ukazały się w magazynie VOGUE, w rankingu najważniejszych modelek plus size. Warto, też wspomnieć o Ashley Graham, która współpracuje z wieloma markami odzieży dla puszystych kobiet m.in. Lane Bryant czy Addition Elle. Modelka wypuściła własną kolekcję bielizny XXL, która jest inspirowana książką “50 twarzy Greya”. Choć w Polsce jeszcze trzeba trochę poczekać na szerszy asortyment odzieży w szerszych rozmiarach, to w Wielkiej Brytanii bez problemu można znaleźć takie sklepy. Przełomem było wypuszczenie przez Triumph bielizny w większych rozmiarach. Wszystko zmierza ku temu, aby naprawić kanon piękności damskiego ciała, wrócić do rzeczywistego i normalnego wyglądu, do akceptacji w mediach tego co okrągłe, tęgie i ponętne.

Podpisuję się oburącz pod tą odą do BBW, Big Beautiful Woman, w nadziei, że czytelniczki w rozmiarach mniejszych niż 40/42 nie wezmą mi tego za złe. Duży iloraz inteligencji i poczucia humoru z pewnością rekompensuje im brakujące kilogramy. Przy okazji przypomina mi się primaaprilisowa zabawa dziennikarska, którą w latach 70 organizowaliśmy w katowickim Dzienniku Zachodnim. Raz do roku, 1 kwietnia, dziennikarze mogli sobie zażartować z czytelników i wymyślali, co im tylko fantazja podsunęła. Nie wiem już dokładnie, kiedy to było, ale pewnego razu napisałem, że w miejscowej Hali Widowiskowo – Sportowej, słynnym kapeluszu Ziętka, właśnie odbędą się wybory miss pań przy kości. W warunkach uczestnictwa podałem chyba dolną granicę wieku 45 lat, wagę od 90 kilogramów wzwyż i byłem święcie przekonany, że nikt się nie da nabrać. Tymczasem przyjechało kilkanaście kandydatek, niektóre aż zza Częstochowy, w swoich najlepszych ciuchach i makijażu jak na Sylwestra. Ileż ja się musiałem naprzepraszać, redakcja zwróciła im pieniądze za dojazd, z własnej kieszeni kupiłem kwiaty i jakieś czekoladki , ale widziałem, że było im przykro, a mnie z tego powodu też.

Współcześnie zorganizowanie takiego konkursu w kraju nad Wisłą byłoby realne, więc z okazji dzisiejszego święta zachęcam: nie wstydźcie się panie swoich gabarytów, pokażcie się, duże jest piękne.

Nigra sum sed formosa

Głos w dyskusji o tym, czy mamy jeszcze używać słowa Murzyn. I komentarz. Kilkadziesiąt lat temu widziałam w polskiej (peerelowskiej) telewizji film o wchodzeniu na Mont Everest (to jeszcze nie było takie miejsce dla hipsterów, tylko niebezpieczny szczyt górski). Film nie był jednak o himalaistach, tylko o sherpach, kobietach, mężczyznach i dzieciach, którzy razem ze wspinaczami wchodzą na górę, niosą bagaże, rozbijają obozy, gotują i sprzątają (dziś nikt już nie sprząta, na Mont Everest są kolejki, a po drodze śmietnik). Byłam młoda, mało wiedziałam o świecie, a film mną wstrząsnął. Wydawało mi się oburzające, że biali mężczyźni uzyskują swoje sukcesy kosztem gromady ludzi biednych, ciemnoskórych, młodych i starych, kobiet i mężczyzn. Prawie płacząc opowiedziałam to znajomemu moich rodziców (od dawna to jest już mój znajomy), taternikowi, którego zawsze uważałam i nadal uważam za najszlachetniejszego człowieka, jakiego w życiu spotkałam. Wysłuchał mojej rozdygotanej relacji i powiedział: ale wiesz, najważniejszy jest szacunek dla godności tych ludzi.

Tylko tyle. Tak sobie myślę, że Tuwim pisząc Murzynka Bambo, szanował godność czarnych chłopaczków, a pewnie i dziewczynek.

Ale oczywiście, przyznaję, jestem nienowoczesna. Choć jednak prace Harmonii Rosales bardzo do mnie przemawiają. Może dlatego, że są obok i równolegle, a nie zamiast.

Soraia Alves

Reblog. Pintora cubana recria obras de arte clássicas com mulheres negras como protagonistas

Trabalho de Harmonia Rosales busca imaginar como seriam as obras clássicas se a estrutura dominante fosse feminina e negra

Usando obras de arte clássicas para levantar questionamentos na atualidade, a pintora cubana Harmonia Rosales, que mora em Chicago, tem feito versões de obras históricas colocando mulheres negras como protagonistas.

Com essa iniciativa, Rosales mostra como essas figuras foram negligenciadas da história da arte: “Não estávamos lá? Será que todos nós não ajudamos a construir essa terra em que vivemos?”, indaga a artista.

Um das obras analisadas por Rosales é “A Criação de Adão”, de 1508. Se a obra pretende retratar o momento da criação da humanidade, por quê todos os personagens pintados por Michelangelo são brancos? Além disso, se esse é o nascimento da humanidade, por que o há apenas homens na cena?

Obviamente algumas perguntas são respondidas pelo contexto histórico de quando as obras foram produzidas. Ninguém está dizendo que Michelangelo era racista ou misógino. O fato aqui é ver como a sociedade está há muito tempo sendo vista e representada por apenas um olhar: masculino e branco. Essa estrutura dominante de gênero e raça é o que tem ditado a História, e não é diferente com a história da arte.

A proposta de Rosales é imaginar como seriam essas obras clássicas se a estrutura dominante fosse outra: feminina e negra.

O trabalho de Rosales é poderoso. A forma como ela usa a arte para contestar modelos tão arraigados faz as pessoas verem alternativas que questionam as ideologias incorporadas da humanidade até hoje.

Autorka ma 35 lat i pochodzi z Chicago. Sławę przyniosła jej zreprodukowana na początku tego wpisu czarna i kobieca wersja stworzenia Adama wg Michała Anioła. Obraz poniżej, namalowany wg Botticellego, nosi tytuł:

Narodziny czarnej Oshun
Oshun to w religii Yoruba i brazylijskim Candomblé – Afrodyta, jedna z Orishas / Orixás.

Więcej na stronie artystki: Harmonia Rosales