Pojawił się meszek na głowie, a więc jest nadzieja, że w końcu włosy zaczną rosnąć. Podobno będą inne, tak mówią ci, co na ten temat coś wiedzą. Włosy, znaczy ich brak nie był dla mnie nigdy problemem. Peruki, które przymierzałam były straszne, pani, która doradzała, dwoiła się i troiła, też była straszna (przepraszam panią, ale w sumie jestem pewna, że tego nie przeczyta), nie rozumiała mnie, a ja jej. Jest taki typ ludzi, który chce cię zagłaskać na śmierć, jeszcze zanim ta śmierć do ciebie zawita, bo że zawita, to oni, ci głaszczący, są o tym przekonani. I muszą współczuć. To ich wyuczone współczujące spojrzenie wywołuje u mnie zawsze agresję. W końcu jej powiedziałam, że wszystkie rodzaje peruk, które oferuje, są brzydkie, bez życia, właśnie tak powiedziałam leblos. Spoglądała na mnie z tym rutynowym współczuciem, w końcu zaproponowała kaszmirowy turban. Wyszłam. Mojemu lekarzowi powiedziałam, że gdzieś mam te wszystkie peruki, że może przy okazji kupię sobie taką tęczową, albo pożyczę od wnuków, bo chyba taką mają. Kupiłam kilka czapek, potem jeszcze kilka. O mojej chorobie dowiedziałam się w dniu śmierci przyjaciółki, której dane było przeżyć z rakiem rok, tylko rok, aż rok. Wymacałam go sama, guza w lewej piersi, we Wrocławiu.
Termin u lekarza, dość odległy, a potem już dość szybko dowiedziałam się, że jednak jestem wśród tych iluś tam procent kobiet zaznaczonych. Wybranych. Następne terminy, aż wreszcie znalazłam odpowiedni szpital, odpowiedniego onkologia, przy okazji dowiedziałam się o chorobach tzw. współistniejących, z którymi też muszę się zaprzyjaźnić. Zrozumiałam też, że każdy lekarz chce dobrze, ale każdy z nich chce inaczej, tym bardziej, gdy oprócz raka są jeszcze inne dolegliwości. Z dnia na dzień dostałam tzw. zwolnienie lekarskie, które jest ciągle przedłużane, chyba już ósmy miesiąc i końca nie widać. Szczerze mówiąc, od jakiegoś czasu marzyłam o emeryturze, zazdroszcząc polskim równolatkom, że już mogą. A z drugiej strony wiedziałam, że pracować to ja muszę, aż do śmierci, bo emerytura, którą wyliczył mi niemiecki ZUS, starczy na waciki, których i tak nie używam. Takiego obrotu sprawy nie brałam wcale pod uwagę. Nie chodzi o te waciki, których i tak nie kupię, chodzi o tę wymarzoną przerwę w pracy, od pracy, której już wcale nie chcę. Chcę być zdrowa i wrócić do pracy.
Jak to? Ja? Zawsze zdrowa, na głowie wszystko: włosy, chora siostra, chora matka, w pracy zawsze obowiązkowa, mniej w domu, dzieci odchowane, ale też trzeba pomóc przy wnukach. To nie miało prawa się mnie przytrafić. Lekceważyłam badania kontrolne, nie tylko zresztą ja. Czułam się nieśmiertelna. Ostatnio dwudziestoletni Konrad zapytał mnie, nomen omen na cmentarzu, czy chciałabym być nieśmiertelna. Uśmiałam się z tego pytania, choć wcale nie jest takie głupie. Póki żyjemy wszyscy jesteśmy nieśmiertelni, a potem nas nie ma i naszą nieśmiertelność pielęgnują kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat ci, co jeszcze są. Są też tacy, powiedzmy „wybitni“, którzy na kilkaset lat i więcej pozostaną nieśmiertelni, chociaż może nie, może to tylko pielęgnowane wspomnienie, wyuczone z podręczników historii. Wracając do mojej nieśmiertelności, przestałam nagle w nią wierzyć. Pochowałam tatę, planowałam w myślach już pogrzeb mamy, która ciągle żyje, potem musiałabym zająć się chorą siostrą, w końcu ona też by umarła. Potem wnuki dorosną, ożenią się, wyjdą za mąż, urodzą się prawnuki, też się nimi zajmę, a co? Przecież będę żyła wiecznie! I nagle klops, bo wcale tak nie musi być. Z jednej strony zdumienie, niepokój i strach, z drugiej strony ulga: ja już nic nie muszę, nie muszę troszczyć się o innych, choć w miarę możliwości nadal to robię. Choroba, albo dosadniej rak, uzmysłowiła mi, że nie jestem nieśmiertelna, choć cały czas mam apetyt na życie. Jak będzie, tego nie wiem. Chemia za chemią, operacja za operacją. Fizycznie, psychicznie i intelektualnie jestem wyssana. Kilka osób zostało przy mnie, resztę sama odrzuciłam, są jeszcze tacy, co nie wiedzą, jak do mnie podejść i obchodzą mnie z daleka, a ja im niczego nie ułatwiam. Byłam taka sama, gdy sąsiadka zachorowała na raka, też nie wiedziałam, jak podejść, jak pocieszyć, jak się zachować. Teraz to sobie z detalami opowiadamy, sąsiadka i ja, kto jaką chemię dostał, w którym był szpitalu i jaki rodzaj raka mu się przytrafił. Bo o tym, że jest kilkanaście rodzajów nowotworów piersi i kilka stopni zaawansowania, dowiedziałam się w trakcie choroby. Jestem na półmetku leczenia i terapii. Moja jedna połowa wierzy w życie, druga w śmierć. Gdybym była osobą wierzącą, mogłabym powiedzieć, że ta druga wierzy w życie pozagrobowe. Ale ja jestem niewierzącą katoliczką.
Rak mnie wiele nauczył, przede wszystkim zgody na niepewną i nieprzewidywalną przyszłość, zgody na to, z małymi elementami buntu, co ma nastąpić. Rak piersi przytrafia się co ósmej kobiecie w Niemczech. W mojej klatce schodowej jest osiem mieszkań, w nich mieszka osiem kobiet i dwie z nich miały raka piersi. Coś się tu nie zgadza. To co piszą w sieci o raku też się nie zgadza. Jedni piszą, że i tak niedługo pojawią się przerzuty do innych organów, a drudzy, że mam wielką szansę na długie życie i komu tu wierzyć. Najzabawniejsze z tego wszystkiego są oferty usług pogrzebowych, którymi masowo bombarduje mnie internet. Czy rak daje przyzwolenie na takie reklamy? Nie wiem. Wiem, że lubię czarny humor i nie miałabym nic przeciwko, jakby to miał być pogrzeb raka w najładniejszej z urn.
Trwają rozgrywki Euro 2021. Dlatego początek będzie o futbolu.
Przypominam sobie, że Maryla zainteresowała się piłką nożną w czasie, gdy tłumaczyła coś dla jakiejś organizacji sportowej. Wtedy zaczęła oglądać mecze. Szybko odkryła, że naprawdę interesujące są rozgrywki dopiero od pierwszej ligi wzwyż, więc najchętniej oglądała mistrzostwa. Pamiętam Mundial w 1990 roku, już po upadku Muru Berlińskiego. Byłam wtedy w Berlinie. Niemcy przeżywali euforię jednoczenia podzielonego kraju i bardzo potrzebowali zwycięstwa, które zresztą osiągnęli. Maryla początkowo kibicowała drużynie Kamerunu, ponieważ ich mecze wyróżniały się niespotykaną dotąd dynamiką i prawie tanecznymi sekwencjami, wykonywanymi przez piłkarzy. Później jej faworytami zostali Włosi, ostatecznie jednak to Niemcy zdobyli mistrzostwo. Ten właśnie mecz oglądałyśmy razem, w mieszkaniu Romana, od którego Maryla wynajmowała pokój. Ja wtedy korzystałam z uprzejmości naszej niemieckiej znajomej, Heike, mieszkającej przy Gleditschstrasse. Transmisja skończyła się po godzinie 22, a ja musiałam dotrzeć z Kreuzbergu do mieszkania Heike. Pamiętam radosny, rozśpiewany tłum młodych ludzi w metrze, nad moją głową ktoś otworzył z hukiem butelkę szampana, a piana wylała mi się na głowę, co spowodowało chwilową konsternację i przeprosiny oraz pytania, czy się nie gniewam? Odpowiedziałam, że skądże, wcale, w takiej chwili! Jednak do wspólnego picia nie chciałam się przyłączyć. Wymówiłam się brakiem kubka, co przez przestrzegających higieny Niemców przyjęte zostało ze zrozumieniem. To był ostatni kurs metra, autobus nocny nie jechał w moim kierunku, musiałam odbyć nocny spacer po mieście. Była pogodna noc, mijałam grupki rozgadanych, wesołych ludzi. To jedno z moich najprzyjemniejszych wspomnień z Berlina. Heike przywitała mnie nachmurzona i zła. Ona, feministka, „zielona i alternatywna”, jak się wtedy mówiło, o zdecydowanie lewicowych poglądach, stwierdziła od razu, że to za dużo – i mistrzostwo świata w futbolu i zjednoczenie. Bała się „niemieckiej dumy”, która, jej zdaniem, mogła obudzić demony przeszłości. Jakoś nie podzielałam jej obaw. Przez cały ten rok mojego pobytu w Berlinie, rok po obaleniu muru, poddawałam się wszechobecnemu nastrojowi święta.
21 lipca 1990 roku na Placu Poczdamskim odbył się koncert The Wall Live in Berlin. Obie z Marylą odżałowałyśmy ciężko zarobione marki i nabyłyśmy najtańsze wejściówki. Spełniło się jedno z moich „nastoletnich” marzeń, z czasów, gdy muzyki Pink Floyd mogłam słuchać tylko z radia lub kaset do starego Grundiga. No i czułam wtedy, podrygując na trawie razem z tłumem, że dzieje się coś niezwykłego. Historia tworzyła się w rytmie rocka, myślałam wtedy, że już tak powinno zostać, żadnych murów, żadnych wojen, strzałów, bomb.
Maryla uwielbiała takie imprezy. W Polsce co roku jeździła latem do Jarocina, w Berlinie czasem wolała zaoszczędzić nawet na jedzeniu, żeby pójść na koncert. Prawdziwym cudem był wtedy dla niej walkman, mogła słuchać swojej ulubionej muzyki stale, w sklepie, na spacerze, w komunikacji miejskiej. Wtedy było to reggae, potem przyszła faza metalu. Przeplatało się to u niej z muzyką klasyczną, operową. Miała pokaźną kolekcję płyt, które zostawiła w spadku naszemu synowi. On także jest melomanem. I też słucha wszystkiego, od opery po rocka, no, może metal nie znajduje u niego specjalnego uznania.
Zainteresowanie futbolem dzieliła Maryla ze swoim partnerem, Dirkiem. Opowiadała, że przed ważniejszymi rozgrywkami międzynarodowymi, które oczywiście oglądali wspólnie, robili zakłady. Każde kibicowało jednej z drużyn. Potem razem szli na kolację, do knajpy z kuchnią kraju zwycięskiej reprezentacji, a płacił kibic drużyny, która przegrała…
Nigdy osobiście nie poznałam Dirka, znam go tylko z opowiadań i fotografii. Kilka razy, z okazji świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy dostaliśmy od niego kartkę z życzeniami. To był wolny związek dwojga ludzi o wysokim poczuciu niezależności. Dzień po pogrzebie Maryli do naszej bramy zadzwonił kurier Poczty Kwiatowej. Przekazał nam bukiet jedenastu ogromnych białych róż i kondolencje podpisane przez Dirka.
Nasz syn urodził się we wrześniu 1993 roku. Pamiętam, że był to czas pięknej, słonecznej pogody. Moja ulubiona pora roku – kiedy lato powoli przechyla się ku jesieni. Nasz stary ogród zaścielały żółto-złote liście włoskich orzechów, opadłe wcześnie, bo lato było suche i upalne.
Maryla przysłała mi z Berlina kartkę przedstawiającą posążek egipskiej bogini Izydy z małym Horusem na kolanach. Poprosiła o fotografię syna, którą zrobiono mu w szpitalu, bezpośrednio po porodzie. Na tym zdjęciu leży na szpitalnej wadze dla noworodków, kilka minut po tym, jak wyszedł z otchłani mrocznych wód. Istota z pogranicza dwóch światów, ziemno-wodna, amfibialna, która w niepojęty sposób powtarzając kolejne etapy ewolucji, od komórki do organizmu ludzkiego, w ostatnim akcie wydobyła się na stały ląd, oznajmiając początek nowego istnienia przenikliwym krzykiem, zsynchronizowanym z pierwszym oddechem. Tę fotografię Maryla umieściła na początku albumu, który później gromadził wykonane przez nią samą zdjęcia rodzinne. Fotografowała nas, naszego syna, swoich i moich rodziców, wtedy, gdy przyjeżdżała do Warszawy. Na kilku z nich widać nas w ogrodzie. Janek bawi się w bujnej trawie, kwitną peonie lub hortensje. Na innym drzewa są jeszcze bez liści, schodzimy z ganku w płaszczach, dziecko w kurtce i czapeczce. Idziemy ze święconką do kościoła, to Wielka Sobota, wczesnowiosenna, chyba marcowa Wielkanoc.
Sporo jest tych rodzinnych świąt sfotografowanych przez Marylę. Bardzo je lubiła. W ogóle była bardzo rodzinna. Może to się wydawać paradoksalne, że sama siebie nie widziała w roli żony i matki, a jednocześnie rodzina była dla niej tak ważna.
O ile dobrze pamiętam, od czasu, gdy wyjechała do Berlina , może dwa albo trzy razy nie było jej w Polsce na Wielkanoc i chyba raz na Boże Narodzenie. Z widocznym entuzjazmem przystępowała do świątecznych przygotowań, zwłaszcza kulinarnych; uwielbiała piec ciasta, za każdym razem przywoziła jakiś nowy, wyszperany skądś przepis. Chętnie ubierała choinkę, angażowała do pomocy Jaśka. A kiedy wszystko było już gotowe, z równym zapałem przystępowała do świątecznego obżarstwa, które uwielbiała. Mimo to udawało jej się zachować szczupłą sylwetkę. Ważnym tematem było kupowanie prezentów. Zwykle ustalaliśmy to wcześniej, tworząc katalog potrzeb i życzeń, ale zdarzały się niespodzianki.
Pamiętam, jak Maryla przywiozła dla Jasia prezent od naszej niemieckiej znajomej, Gudrun Koch: pluszową, bardzo kolorową papugę, mającą w brzuszku pozytywkę, która wygrywała melodię kołysanki. Janek ma tę zabawkę do dziś, choć nie wiem, czy pozytywka jeszcze działa. Często na Boże Narodzenie Maryla kupowała mu słodycze, np. czekoladowe figurki Mikołajów lub zwierzątek, bynajmniej nie te seryjne z hipermarketu, zdecydowanie z wyższej półki, starannie wykonane, w ładnych opakowaniach, z dobrej jakości czekolady, co było ważne, gdyż mały miał alergię na mleko krowie. Niestety, walory estetyczne tych cudeniek docenialiśmy tylko my, dorośli. Nasz synek błyskawicznie rozwijał mieniące się kolorami sreberka a zawartość, kawałek po kawałku, znikała w jego buzi.
Może niektórych zaskoczyć, że święta miały dla Maryli wymiar nie tylko rodzinny, ale także religijny. Była wierząca, jej uczestnictwo w bożonarodzeniowej czy wielkanocnej liturgii wcale nie sprowadzało się do tradycyjnego zwyczaju. W naszych rozmowach z nią, nie tylko tych odświętnych, problemy wiary, religii, relacji z Bogiem a zwłaszcza – wadzenia się z Nim, to był stały temat. Maryla celebrowała nabożeństwa Maryjne, zwłaszcza Nabożeństwo Majowe. Biblijne postacie kobiet interesowały ją w oczywisty sposób. Wyraźnie fascynowała ją Maryja, Miriam, Matka Jezusa, kult, który łączy Jej postać z przyrodą, charakterystyczny dla naszej ludowej pobożności, widoczne pokrewieństwo wizerunków Matki Bożej z pogańskimi bóstwami żeńskimi.
Postać Izydy z Horusem przy piersi wg religioznawców jest pierwowzorem obrazów Madonny z Dzieciątkiem – hodegetria – najbardziej znany typ ikonograficzny przedstawiający święte macierzyństwo. Matka Boża, Bogurodzica, Theotokos.
Nasze ostatnie spotkanie, to święta Bożego Narodzenia 2018 roku. Maryla była po operacji, w trakcie leczenia, mimo wszystko przyjechała. Choroba mocno nadwątliła jej organizm, patrząc na nią widziałam jej kruchość, delikatność, ale była zadowolona , ożywiona, radosna.
Nawet, swoim zwyczajem, upiekła kilka ciast. Stwierdziła, że bez tego nie poczułaby w pełni atmosfery świąt.
Gdy wyszłam za Tadeusza, Maryla już działała jako feministka. Nasze pierwsze rozmowy na ten temat, nie licząc dyskusji o tym, kto właściwie powinien sprzątać, gotować lub pozmywać naczynia (tu poglądy zmieniały się zależnie od okoliczności), miały związek z literaturą. Zaczęło się od pewnej książki dla młodzieży, którą wygrzebaliśmy wśród szpargałów, zalegających w jakimś zakamarku naszego starego, mokotowskiego domu. Była to powieść z gatunku science fiction, autorstwa Andrzeja Janickiego, pt. Porwany w przestrzeń, wydana w 1959 roku w Londynie, przez katolickie wydawnictwo Veritas. Dość atrakcyjnie skonstruowana rzeczywistość fantastycznego świata przedstawionego tworzy w niej kostium dla dydaktyzmu i moralizatorskiego przesłania, w duchu katolickiego wychowania młodzieży. Rzecz dzieje się na planecie Wenus, co niewątpliwie ma znaczenie symboliczne, ponieważ tematem utworu są miłosne perypetie głównego bohatera, młodego ziemianina i atrakcyjnych mieszkanek drugiej planety Układu Słonecznego. Wenusjanie również są przedstawicielami gatunku homo sapiens, więc darmo szukać tu problematyki konfrontacji z Obcym, jaką znamy ze Star Treka. Nas interesowało przede wszystkim operowanie damsko-męskimi stereotypami obyczajowymi i ogranym schematem romansu, który dla autora stanowił pretekst do przekazania umoralniających pouczeń na temat przyzwoitości, czystości przedmałżeńskiej, a także rycerskości w stosunku mężczyzn do kobiet oraz niewinności i czułości tychże. Odkrywanie i demaskowanie tych schematów tak nas rozbawiło, że zabrałyśmy się do dalszych poszukiwań. Dobrałyśmy się do naszej narodowej klasyki. Maryla przyjęła rolę inspirującą, powiedzmy, ideowo, ja, z racji mojego zawodu nauczycielki języka polskiego, zajęłam się wyszukiwaniem przykładów literackich. W ten sposób odkryłyśmy temat: kobieta w literaturze polskiej. Uwagę skierowałyśmy przede wszystkim na twórczość romantyków i pozytywistów. No i się zaczęło! Po pierwsze dość szybko okazało się, że najtrafniej całą prawdę na ten temat wyraził Cyprian Kamil Norwid: „(…) literatura nasza nie określiła jeszcze ani jednego skończonego typu kobiety (…)”*. Po drugie, zaczęłyśmy odkrywać mizoginizm naszej dziewiętnastowiecznej literatury narodowej i tę prawdę, że, wbrew pozorom, „Polska nie jest kobietą”. Najbardziej chyba pastwiłyśmy się nad Sienkiewiczem. I świetnie się przy tym bawiliśmy, we trójkę, bo i Tadeusz dał się w to wciągnąć. W końcu Maryla podsunęła mi pomysł spisania naszych odkrywczych interpretacji.
Niedługo potem zajęła się sprawą wyjazdu do Berlina. Kiedy pojechałam do niej, zabrałam ze sobą wszystkie notatki. Właściwie nie bardzo wiedząc jeszcze po co i dla kogo, raczej „sobie a Muzom”, zaczęłam składać z nich jakąś całość. Traktowałam to jako rodzaj intelektualnego fitnessu po całodziennym trudzie pracy w „sprzątalnictwie”. Polskie książki pożyczałam od Romana, znajomego Szwajcara, studenta polonistyki. Kolejne fragmenty dawałam Maryli do przeczytania i oceny. Udało nam się wyodrębnić kilka typów, którym dałyśmy nazwy od bohaterek literackich: „dziewica-bohater”, „Matka Polka”, „niewinna Zosia”, „anielska Marynia”, „niezłomna Oleńka”, „Hajduczek”, „Siłaczka”. Najbardziej interesująca wydała mi się postać Matki Polki. Napisałam na ten temat rodzaj szkicu krytycznego; później powstał na jego podstawie tekst, z którym wystąpiłam na kilku spotkaniach poświęconych tematyce feministycznej, w Krakowie i w Berlinie. Mój udział w tych spotkaniach zawdzięczam Maryli, która nie tylko mnie tam ściągnęła, ale także tłumaczyła na żywo to, co czytałam i mówiłam.
W 1993 roku urodziłam syna. Sama zostałam Matką Polką. To był czas wielu przemian w Polsce; z postkomunistycznego śmietnika wyłaniała się nowa rzeczywistość państwa, które wracało do Europy. Feminizm odbierany był wtedy jak coś zupełnie nowego, dziwnego, choć przecież miał już swoje miejsce w naszej historii, w pismach warszawskich pozytywistów, w wystąpieniach kobiet, które po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku upomniały się o swoje prawa. Ale w Polsce lat 90 budził często zdziwienie, obawy i niechęć, zwłaszcza ze strony kościoła katolickiego i środowisk z nim związanych. Przez same kobiety był postrzegany jako zjawisko niszowe, rodzaj dziwacznego hobby wielkomiejskich intelektualistek, niemających pojęcia, jak wyglądają prawdziwe problemy tzw. „zwykłych kobiet”. Coraz częściej w rozmowach z Marylą przyjmowałam też punkt widzenia takiej zwykłej kobiety. Stawałam się coraz bardziej krytyczna; irytowała mnie elitarność ruchu, który w trudnym czasie polskiej transformacji zdawał się reprezentować interesy tylko pewnej grupy kobiet, w dodatku tych, które już były samodzielne, wykształcone, miały dobrą pracę. Maryla, pryncypialna w swoich poglądach, starała się odpierać moje zarzuty. Później przekonałam się, że jednak uważnie słuchała.
Mam takie zdjęcie, zrobione w mieszkaniu Maryli na Nordufer; siedzę na sofie, przede mną, na stoliku stoi duży bukiet pięknych, żółtych tulipanów. Zdjęcie zrobiła Maryla, drugie, podobne, chyba ja zrobiłam jej. Te tulipany dostałyśmy od niemieckich feministek. To był rok 1996 lub 1997. Zostałam zaproszona na konferencję zorganizowaną w ramach kobiecej współpracy polsko-niemieckiej. Maryla, która już od paru lat aktywnie działała na tym polu, zaproponowała mi wygłoszenie referatu na temat pracy nauczyciela w liceum, mającym swój własny, autorski program nauczania. Od 1995 roku pracuję w warszawskim XIX LO im. Powstańców Warszawy, które wówczas realizowało taki program. Był to czas, kiedy w polskiej oświacie, uwolnionej od komunistycznej, ideologicznej cenzury, nastąpiła erupcja twórczej inwencji nauczycieli, głównie tych wcześniej związanych ze środowiskiem opozycji antykomunistycznej, teraz zrzeszonych w NSZZ Solidarność. Chodziło o to, żeby stworzyć szkołę wolną, otwartą na różne potrzeby i zainteresowania uczniów, kreatywną. Na tym spotkaniu opowiadałam właśnie o mojej szkole, która była tego przykładem. Mówiłam po polsku, Maryla tłumaczyła na żywo, na niemiecki. Na zakończenie dostałyśmy bukiet żółtych tulipanów. Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że to był marzec, chyba nawet blisko Dnia Kobiet i może stąd te tulipany? Pisząc te wspomnienia podejmuję rodzaj gry z własną pamięcią. Nie zawsze jestem pewna, czy zdarzenia, które kojarzy moja wyobraźnia, w rzeczywistości miały ze sobą coś wspólnego?
Mieszkanie na Nordufer Maryla przejęła po moim kuzynie, Jurku i był to punkt zwrotny w historii jej pobytu w Berlinie. Znalazła wreszcie stałe lokum, miejsce dla siebie. Obie znałyśmy dobrze to mieszkanie, gdyż to właśnie Jurek pomógł Maryli w przyjeździe do Berlina Zachodniego (wtedy konieczne było tzw. zaproszenie). Pomógł też znaleźć na początku pracę, polegającą na sprzątaniu mieszkań po remontach wykonywanych przez firmę, w której on sam był zatrudniony. W tym jego mieszkaniu na Nordufer ja też wcześniej bywałam, bywałyśmy tam obie. Tego wieczora siedziałyśmy więc przy stoliku, na którym stał bukiet żółtych tulipanów, w pokoju mieszkania Maryli, z poczuciem, że jesteśmy tu, w tym mieście jakby u siebie, bo już można było wsiąść w pociąg na Dworcu Centralnym w Warszawie i pojechać do Berlina bez żadnych wiz itp., bo to w końcu przecież tylko trochę dalej niż do Poznania.
Po przyjęciu Polski do UE przestrzeń dzieląca kraje i miasta kurczyła się coraz bardziej. Maryla przyjeżdżała do Warszawy systematycznie, mniej więcej co miesiąc. Przede wszystkim na święta – Boże Narodzenie, Wielkanoc. To było tak oczywiste, jak to, że my też kiedyś wybierzemy się do niej, w odwiedziny… Później działo się dużo w naszej rodzinie i czas nie sprzyjał planowaniu wycieczek. Gdy już zdołaliśmy pozbierać się po większych i mniejszych dramatach, pomyśleliśmy, że warto byłoby znów odwiedzić Berlin, zwłaszcza, że Maryla miała już swoje naprawdę własne mieszkanie. I znów stało się oczywiste, że możemy pojechać tam kiedy przyjdzie na to ochota, więc nie trzeba było się spieszyć ….
W marcu 2019 roku uświadomiłam sobie, czego nie mogłam wiedzieć tego wieczora z bukietem żółtych tulipanów, że taki berliński wieczór już się nie powtórzy.
Akcja powstała jako propozycja na obchody Międzynarodowego Dnia Kobiet w 2019 roku dla niemieckiego Feministycznego Strajku Kobiet (Feministischer Frauen*Streik). Podczas zjazdu organizacyjnego 17 lutego 2019 roku w Berlinie propozycja została przedstawiona i przyjęta w głosowaniu większością głosów jako jedna z głównych akcja Feministycznego Strajku w Niemczech (obok akcji #IchStreike również zaproponowanej przez Annę Krenz / Dziewuchy Berlin). Akcja #GlobalScream po raz pierwszy odbyła się 8 marca 2019 roku w Berlinie i innych niemieckich miastach, w niektórych miejscach w Polsce (Poznań – Black Venus Protest, Kraków – Siostry Rzeki), Danii, Belgii czy Afryce Zachodniej. W samym Berlinie, krzyczało 25.000 osób (https://kommon.jetzt/globalscream-womenstrike-2019-berlin-2/).
28 września 2020 Safe Abortion Day Foto Oliver Feldhaus
Koncepcja
Kolektyw Dziewuchy Berlin zainicjował #GlobalnyKrzyk jako symboliczną, ale i realną akcję solidarności kobiet ponad granicami, w której każda osoba może wziąć udział, bez względu na różnice ideologiczne, narodowość, język, wyznanie czy płeć.
Globalny Krzyk powstał również jako próba zjednoczenia podzielonego środowiska feministycznego w Berlinie w Międzynarodowy Dzień Kobiet. Tego dnia odbywają się dwa różne marsze, organizowane przez dwa kolektywy: Frauen*Kampftag i Alliance of Internationalist Feminists, które mają różne programy, ideologie i trasy przemarszów. (https://berlinlovesyou.com/anna-krenz/)
Dzięki symbolicznej akcji przeprowadzonej o tej samej godzinie uczestniczki obu marszy mogły zrobić coś wspólnie, choć znajdowały się w różnych miejscach – krzyczały przez minutę, razem choć osobno, a każda z osobistych powodów.
Z opisu akcji: „Global Scream jest kobiecym krzykiem wściekłości, gniewu, żalu a może i radości – każda z nas zna te emocje, nawet jeśli ich przyczyny są różne. I każda może krzyczeć. Nie musimy nawet mówić tym samym językiem, aby stać się jednym głosem. Głosem kobiet. Krzyk staje się rodzajem katharsis, który wyzwala emocje. Fizycznie krzyk zamienia nasze negatywne emocje na pozytywne, a tlen uwalnia moc i energię. Oddajemy nasz głos! Jesteśmy kobietami, jesteśmy wściekłe i nie poddamy się! Wszystkie kobiety razem!
To tylko minuta dla kobiety, ale globalny krzyk dla kobiet świata! Będziemy głośno! Dołącz do nas! Podnieś głos!” (Anna Krenz / Dziewuchy Berlin)
Hashtag
Globalny Krzyk posługuje się hashtagami: #GlobalScream, #AufschreiGlobal, #GlobalnyKrzyk, #ElGritoGlobal. Niemiecka wersja nazwy jest nawiązaniem i ukłonem w kierunku hasła #Aufschrei, spopularyzowanego przez niemiecką feministkę Anne Wizorek 23 stycznia 2013 roku na Twitterze (https://de.wikipedia.org/wiki/Aufschrei#). Była to reakcja na seksistowskie wypowiedzi polityków w niemieckich mediach i zapoczątkowała lawinę komentarzy w mediach społecznościowych – dotycząych doświadczeń seksizmu w życiu codziennym. Hashtag #Aufschrei był niemieckim odpowiednikiem hashtagu #MeToo, który powstał kilka lat później – w 2017 roku (https://www.augsburger-allgemeine.de/themenwelten/leben-freizeit/Chauvinimus-Debatte-MeToo-wir-alle-der-neue-Aufschrei-id43026451.html)
Kolejne performance Globalny Krzyk (#GlobalScream)
“Wir leben Widerstand! Für ein Ende der Gewalt gegen Frauen*” / Dość! Stawiamy opór!
Dziewuchy Berlin wzięły udział w Proteście na rzecz zaprzestania przemocy wobec kobiet*” 16.11.2019 na Hermannplatz w Berlinie i przeprowadziły akcję #GlobalScream.
W Międzynarodowy Dzień Bezpiecznej Aborcji 28 września 2020 pod Bramą Brandenburską Dziewuchy Berlin zorganizowały protest i performance „Voices“, którego częścią była mobilna instalacja Ambasada Polek (Botschaft der Polinnen*) i Globalny Krzyk. Na proteście głos zabrały członkinie organizacji jak Ni una menos Berlin, Berlin-Ireland Pro Choice Solidarity czy Bündnis für sexuelle Selbstbestimmung.
Marsz solidarności z kobietami w Polsce, zorganizowany przez kolektyw Dzieuwchy Berlin w ramach Krwawych Tygodni, który odbył się 5 listopada 2020, prowadził z Bebelplatz do Bramy Brandenburskiej, gdzie zakończył się Globalnym Krzykiem.
Protest “Hańba! Schande! Disgrace! Soli demo with Polish women”
Po opublikowaniu przez Trybunał Konstytucyjny wyroku dotyczącego zakazu aborcji z powodu wad letalnych płodu, Dziewuchy Berlin zorganizowały protest solidarności z Polkami na Placu Paryskim, którego częścią był Globalny Krzyk.
Na demonstracji zorganizowanej wspólnie z Omas Gegen Rechts Berlin na Nettelbeckplatz w Berlinie, Dziewuchy Berlin zorganizowały performance z manifestem „Jesteśmy Istotne“ oraz poezją poznańskiej aktywistki zamordowanej podczas II Wojny Światowej w więzieniu w Ploetzensee w Berlinie – Ireny Bobowskiej (https://www.dziewuchyberlin.org/2021/03/11/irena-bobowska-die-vergessene-heldin-zapomniana-bohaterka/). Częścią performance był Globalny Krzyk.
Berlin: “Um 17 Uhr soll es eine Aktion geben, die auch diejenigen anspricht, die weniger gut Deutsch sprechen: Beim „globalen Aufschrei“ soll durch Schreien auf Arbeitskämpfe, fehlenden Klimaschutz oder Kinderbetreuung aufmerksam gemacht werden.” taz.de >>>
Leipzig: “Dort findet um 17 Uhr der globale Aufschrei statt: Wir werden bundesweit 100 Sekunden schreien, um darauf aufmerksam zu machen, dass Frauen* und Queers jeden Tag 100 Minuten mehr arbeiten müssen, um das gleiche zu verdienen wie Männer. ” kreuzer-leipzig.de >>>
Hamburg: “Um 17 Uhr startete die Demo „Ohne uns steht die Welt still“ mit dem „globalen Aufschrei“, der bundesweit mit Trillerpfeifen, Töpfen etc. durchgeführt wurde. Die Demonstration kam auf halber Strecke mit der Demonstration des Pflegebündnisses zusammen. Insgesamt waren 10.000 Menschen auf den Straßen”. anfdeutsch.com >>>
Halle: “Kreative Protestformen wie ein globaler Aufschrei, die Niederlegung der Erwerbs- und Hausarbeit, Fahrraddemos, Performances zeigen, dass der Unmut unter den Frauen* wieder zunimmt und vielfältige Ausdrucksformen findet.” www.hallelife.de >>>
Bonn: „Wir schreien 100 Sekunden für die 100 Minuten, die Frauen in Deutschland pro Tag unbezahlt mehr arbeiten“ www.rundschau-online.de >>>
“Internationaler Frauenkampftag am 8. März: Aktionsformen vom kollektiven Aufschrei bis zum diskreten Bummelstreik” www.jungewelt.de >>>
I mówił znowu Pan do Mojżesza: Powiedz Izraelitom, niech sobie zrobią frędzle na krajach swoich szat, oni i ich potomstwo, i do każdej frędzli użyją sznurka z fioletowej purpury (fringes of blue). Dla was będą te frędzle, a gdy na nie spojrzycie, przypomnicie sobie wszystkie przykazania Pana, aby je wypełnić, Księga Numerów 15:38-40.
Ostatnie spotkanie Kwakrów w Warszawie.
Dr Hilda Clark, bardzo zasłużona działaczka charytatywna, pogratulowała efektów pracy Towarzystwa w Polsce i opowiedziała o kolejnym kraju potrzebującym pomocy – Grecja. Grecja zachowała neutralność przez większość I Wojny, w 1917 roku dołączyła do Aliantów. Gdy wojna się skończyła, Grecja, przy zachęcie Anglii, zaatakowała Turcję – zajęła Smyrnę i spore tereny na zachodzie kraju, planowała zajęcie stolicy kraju – Ankary.
W 1922r sytuacja diametralnie się zmieniła. Upadło cesarstwo ottomańskie, do głosu doszły elementy postępowe pod przywództwem Kemala Ataturka. Jednocześnie okazało się, że Turcja nadal kontroluje wiele roponośnych terenów, co zyskało jej przychylność zarówno USA jak i ZSRR. Również i Anglii, która z dnia na dzień wycofała swe poparcie dla Grecji.
Dygresja na czasie – książe Andrzej, ojciec niedawno zmarłego księcia Filipa, służył podczas tej wojny w armii greckiej, w randze generała. Nie zgadzał się z agresywną strategią greckiej generalicji, za co obwiniono go o zdradę i aresztowano. Ostatecznie został skazany na wydalenie z kraju. Przezornie wcześniej przeniósł swoją rodzinę na wyspę Korfu i tam właśnie urodził się książe Filip. Królem Anglii, która odegrała w tej wojnie dwuznaczną rolę, był Jerzy V, dziadek królowej Elżbiety II.
Rezultatem przegranej wojny była rzeź Greków. Ich ostatnią przystanią była Smyrna (obecnie Izmir) gdzie na ewakuację czekało 200 000 Greków i Ormian. Kilka dni po zajęciu miasta przez Turków, wybuchł pożar i rzeź. Ilość ofiar ocenia się na 180 000.
W porcie w Smyrnie zakotwiczonych było wiele statków, głównie angielskich, ale zasada zachowania neutralności nie pozwalała im na udzielenie pomocy, bezradnie oglądali masakrę. Pierwszy z pomocą pospieszył statek japoński, gdyż Japonia nie miała żadnych interesów w tych okolicach.
W ramach traktatu pokojowego w Lozannie ustalono zasady ewakuacji (1 500 000 Greków z Turcji do Grecji i 400 0000 Turków w odwrotnym kierunku) i tu było pole do działania dla Towarzystwa Przyjaciół. Statki z uchodźcami dopływały do Salonik, Towarzystwo już zorganizowało tam obóz – czy jest ktoś chętny do pracy? Joice podniosła rękę, Sydney poszedł jej śladem.
Na początku maja 1923 roku Joice przyjechała pociągiem do Salonik. Sydney miał dołączyć do niej za kilka miesięcy, po zakończeniu pracy nad projektem szkoły w Brześciu.
Pierwsze kroki były trudne. Ze swojej pracy na wydziale historii klasycznej Uniwersytetu w Melbourne Joice znała sporo klasycznej greki, która, ku jej zaskoczeniu, okazała się teraz nieprzydatna. Kwakrzy zaopatrzyli ją w nieco gotówki na pierwsze dni pobytu. Okazało się, że dwa dni przed jej przyjazdem dokonano wymiany pieniędzy i jej zasoby nie były wiele warte, przejazd konną taksówką do obozu uchodźców załatwił jej przyjazny portier w hotelu. Podczas długiej jazdy taksówkarz rzucił nieco światła na obecną sytuację w Grecji. – Cały świat będzie pomagał przybywającym tu uchodźcom, a kto pomoże nam, którzy też straciliśmy wszystko podczas wojny? – Ale to przecież Grecy, wyznają waszą religię – mitygowała go Joice. – Grecy, religia. Wielu z nich nie zna naszego języka, po latach życia wśród muzułmanów zapomnieli naszej wiary.
Dojechali wreszcie do terenów wojskowego lotniska, na którym piętrzyły się stosy zwłok – ofiary Blackwater Fever (odmiana malarii).
Kilka kilometrów dalej była tablica – Thesalloniki Agricultural Institute and Farm School – po obu stronach flagi – USA i Grecji.
Niebieskie paski – przypomniał jej się komentarz polskiego generała o przeznaczeniu do służby.
Spotkanie z amerykańską multimilionerką ubraną w strój roboczy poprawiło humor. W magazynie czekano na kolejny pociąg z dostawami odzieży, koców, chininy i szczepionek.
Pierwszą noc spędziła w baraku. Nastęnego dnia poznała doktora Johna House i jego żonę Susan. Ich motto – specjalizujemy się w rzeczach niemożliwych. Zorganizowali Joice lekcje greckiego. Jej główne zajęcia to rozdział odzieży, odwszanie, praca w kuchni i przy wydawaniu posiłków oraz pomoc przy szczepieniach.
W kuchni poznała gorzki smak chleba, do którego z braku mąki dodawano mąkę z żołędzi. Do zupy z kolei dodawało się bardzo pożywny szarłat, który przypomniał Joice biedę na farmie w Australii.
Z pomocą tłumacza Joice zorganizowała dla przybywających wciąż sierot klasy, gdzie uczono je, jak żyć w Grecji. To była istotna umiejętność. Większość sierot to były dziewczynki, wiele ofiar gwałtu. W ich tradycji rodzinnej kobiety pełniły służebną rolę, nie miały nawet podstawowego wykształcenia, nie były przygotowane do żadnego zawodu. To wszystko musiało się zmienić. Zaczęto od nauki gotowania, szycia, czytania i pisania, podstawowej opieki medycznej.,
Przy okazji Joice zorientowała się, jak istotne znaczenie dla ludzi w tak tragicznej sytuacji, miała ich tradycyjna wiara – liturgia pełna ceremoniałów i obrzędów, święte obrazy i rzeźby. Joice musiała hamować zapędy reformatorskie swoich kolegów – surowych, minimalistycznych, protestantów.
Nadchodziła jesień, do Joice dołączył jej mąż, jednocześnie rozpoczęła się epidemia malarii. Joice dowiedziała się o rybie – gambuzja pospolita, nazywana potocznie – mosquito fish, która masowo niszczyła komary. Dzięki jej staraniom założono liczne stawy hodowli tych ryb i w ciągu kilku lat malaria została wyeliminowana.
W ciągu dwóch lat praca i życie Joice i Sydney’a w Grecji ustabilizowały się, przyszedł czas na wakacje. Po dwóch dniach podróży dotarli na półwysep Atos, nazwany tak na cześć syna Posejdona. W dali widzieli potężną sylwetkę Góry Atos. Rozbili namiot w okolicach niewielkiego miasteczka Ouranopolis. Tam spotkali mnichów z okolic świętej góry, którzy przyjeżdżali kupować kozie mleko. W Monastycznej Republice Atos (obecnie uznanej oficjalnie przez Unię Europejską) istotom płci żeńskiej wstęp wzbroniony. Zakaz obejmuje więc również kozy. Jedyne wyjątki to koty niezbędne do kontroli szczurów i kury, których jajka są potrzebne do malowania ikon. Wielu mnichów pochodziło z Rosji, skąd uciekli po rewolucji. Zaprosili Sydney’a do klasztoru i pokazali mu bibliotekę zaopatrzoną w księgi zarówno z Bizancjum jak i ze starożytnej Grecji i carskiej Rosji.
Sydney stał się regularnym gościem klasztorów na wyspie, gdzie zwiedzał biblioteki i skarbce. Joice zaczęła pisać książki, na które nie miała czasu podczas pobytu w Polsce. Pierwsza to – The fourteen thumbs of St Peter – sensacyjna opowieść inspirowana pobytem w ZSRR. Joice wykorzystała swoje wspomnienia z wystawy ateizmu w Moskwie, fakt aresztu przemytniczki relikwii oraz nowopowstały kult Lenina. Podobieństwo kultu boga i wodzów rewolucji było dla niej oczywiste. Kolejna książka to River of hundred ways – relacja w pracy w Poworsku. Tytułowa rzeka to Prypeć.
Obie książki zainteresowały londyńskich wydawców i Joice otrzymała sporą zaliczkę, której znaczną część przeznaczyła na pomoc dla Ouranopolis – między innymi doprowadzenie wodociągu.
Wkrótce zorganizowała dostawy szczepionek i witamin dla dzieci chorych na malarię i krzywicę.
Nie minęło wiele czasu, a Joice stała się niezastąpionym członkiem miejscowej społeczności – pomoc medyczna, pisanie listów, załatwianie spraw urzędowych, organizacja szkół. W Ouranopolis znajdowało się jeszcze coś, co zafascynowało Joice i Sydney’a – stara wieża.
Bardzo operatywny burmistrz miasta szybko zorientował się, że stała obecność osób takich jak małżeństwo Loch, to skarb i po krótkim czasie zaproponował im wieczystą dzierżawę wieży. Dzierżawa była poparta rządowym grantem.
Wkrótce małżonkowie doprowadzili wieżę do względnego porządku i przeprowadzili się. Z Salonik sprowadzili elektryka, który założył oświetlenie elektryczne, zasilane generatorem. Pierwszymi gośćmi w wieży byli mnisi z klasztorów na Górze Atos, głównie uciekinierzy z Rosji. Przyciągnęła ich informacja o dobrze wyposażonej bibliotece i dobra kawa. Inni goście to były zazwyczaj osoby proszące o lekarstwa i pomoc medyczną. Zgłasiła się również do nich pani Zofia Topolska, wdowa po uciekinierze z Rosji, która zaoferowała prowadzenie domu w zamian za gościnę. Wkrótce okazała się osobą nie do zastąpienia, a wieża w Ouranopolis stała się Instytucją. Mieszkańcy wsi wiedzieli, że zawsze dostaną tu pomoc medyczną. Często w nocy budziło Joice stukanie do drzwi. Kyria (pani) Loch, doktorika! – dobiegało wołanie matki, która przyniosła chore dziecko. Joice nawiązała współpracę z lokalnymi znachorkami-położnymi. Znajdowała wiele rozsądku w ludowej medycynie a ze swojej strony starała się wdrożyć zasady higieny i wykorzenić bezsensowne przesądy. Z drugiej strony wieża stała się popularnym miejsce urlopów dla licznych przyjaciół z Australii i Anglii. Odwiedził ją również Melchior Wańkowicz.
Jednak głównym wyzwaniem dla Joice była aktywizacja zawodowa kobiet, znalezienie im zajęcia, które podniesie ich pozycję społeczną, wyzwoli je z niewolniczej pracy w domu. Znalazła – wiele przybyłych z Turcji kobiet wspominało jak spędzały tam wiele czasu na produkcji dywanów. Na początek zamówiła u lokalnego stolarza warsztat tkacki, wkrótce pierwszy, jedwabny, dywan o tureckim wzorze był gotowy.
Wkrótceokazało się, że wiele kobiet chciałoby się podjąć takiej pracy. Potrzebna była wełna (jedwab był zbyt drogi), barwniki i krosna.
Joice wkrótce przełożyła to na konkretną akcję – znalazła misję Kwakrów, która zapewniła dostawy wełny, zorganizowała lokalną produkcję krosien. Miała wizję stworzenia rozpoznawalnej marki – Pirgos Rugs (woven in Macedonia). Okazało się jednak, że jest pewien poważny problem – wzornictwo. Wszystkie jej podopieczne znały tylko motywy tureckie, perskie, muzułmańskie, które dla Greków były nie do przyjęcia Zwróciła się o pomoc do Sydney’a, który miał dostęp do skarbów sztuki bizantyjskiej w klasztorach na Górze Atos. Razem opracowali unikalne wzory. Przełamanie przesądów zabrało kilka lat, po których Pirgos Rugs zdobyły nagrodę na międzynarodowej wystawie. Za tym ruszyły zamówienia. Joice postarała się aby dotarły do Anglii, USA i Australii.
Lata mijały pracowicie i pogodnie aż nadeszła jesień 1939 – wybuch II Wojny Światowej. W Grecji panowała akceptowana przez obywateli dyktatura, która nie uległa naciskowi państw osi. Pod koniec 1940 roku włoska armia zaatakowała Grecję. Napotkali niespodziewany opór i ostatecznie zostali przegonieni do Albanii. Było to pierwsze zwycięstwo Aliantów w tej wojnie.
Joice i Sydney’a nie było już wtedy w Grecji. Już w sierpniu 1939 roku otrzymali list od Melchiora Wańkowicza, informujący o mobilizacji w Polsce. Na Boże Narodzenie 1939 otrzymali telegram z nominacją Sydney’a na szefa Misji Kwakrów w Rumunii. Celem misji był ratunek uciekinierów z Polski. Joice dostała zadanie zorganizowania opieki nad kobietami i dziećmi.
Pozostawili wieżę pod opieką pani Zofii Topolskiej, w Salonikach dostali bilety do Bukaresztu, gdzie mieli ściśle współpracować z poselstwem angielskim.
Sytuacja była następująca: uciekinierzy z Polski mieli dwie możliwości – zgłosić się do obozu dla internowanych, gdzie istniało ryzyko, że po inwazji Rumunii przez Niemcy lub ZSRR, ich los znacznie się pogorszy. Druga opcja – kupić na czarnym rynku wizy wyjazdowe z Rumunii, a wtedy poselstwo kupi im bilety do Francji.
Dla odważnych, którzy gotowi byli zaryzykować ucieczkę do Jugosławii, Sydney organizował narty i odpowiednie ubrania. Święta spędzili przy akompaniamencie polskich kolęd.
W ciągu następnych trzech miesięcy Kwakrzy zorganizowali w Anglii sporą pomoc finansową. Joice i Sydney przełożyli to na zorganizowanie mieszkania i wyżywienia. Do pomocy dołączyło się wielu zamożnych i wpływowych Rumunów. Dzięki nim działalność komitetu Save the Poles stała się na tyle widoczna, że król Karol II przyznał Joice Order Elżbiety, a Sydney’owi Order Gwiazdy. W tej atmosferze zorganizowany został elegancki bal charytatywny, po którym Joice dostała ciekawą propozycję – z uzyskanych funduszy miała zorganizować drukarnię w obozie uchodźców. Propozycja wydawała się nieco ekstrawagancka, ale miała drugie dno – w obozie przebywa zawodowy fałszerz dokumentów, który potrafi wyprodukować wizy wyjazdowe. Doświadczenie Sydney’a z organizacji drukarni w Polsce okazało się bardzo przydatne.
Wiosna 1940 – w Bukareszcie pojawiły się bojówki faszystowskiej Żelaznej Gwardii, Hitler zażądał od Rumunii zwiększenia dostaw żywności i ropy naftowej. Bułgaria i ZSRR zaanektowały rumuńskie tereny przygraniczne. Ceny poszybowały do góry, dobroczynność Rumunów zmalała.
Trzeba wyprowadzić stąd tysiące polskich uciekinierów – TERAZ.
Sydney został szefem operacji Pied Piper (Flecista z Hamelinu, szczurołap, który z niemieckiego miasteczka Hameln wyprowadził dzieci, grając na flecie). Cel – wywieźć Polaków na Cypr (Anglia wyraziła zgodę), a stamtąd na Bliski Wschód, głównie do brytyjskiej Palestyny.
We wrześniu pierwsza grupa opuściła pociągiem Bukareszt. Pierwszy przystanek – port Konstanca nad Morzem Czarnym, stamtąd prom do Konstantynopola, a kolejny prom – do Mersin w tureckiej Anatolii. W Mersin trafiła się okazja – prom Warszawa, który został zakontraktowany przez brytyjską armię do transportu polskich żołnierzy do Palestyny, może zrobić mały skok w bok i przewieźć Joice i uciekinierów z Rumunii na pobliski Cypr.
Na Cyprze Joice spotkała Sydney’a, który przypłynął tu z grupą ponad 1 000 polskich uchodźców. Pobyt na Cyprze nie trwał długo. Wiosną 1941 Niemcy zaatakowały Grecję, Cypr nie był bezpieczny. Anglia zorganizowała transfer uchodźców do Haify w Palestynie. Bilans operacji Pied Piper – 2 500 osób uratowanych.
W Haifie Joice mogła zobaczyć na każdym kroku niebieskie paski wspomniane przez polskiego generała…
W 1942 roku do Palestyny zaczęli napływać polscy uchodźcy z ZSRR, wyprowadzeni z Armią Andersa. Konieczne było założenie obozu Tel Avivie, gdzie było więcej przestrzeni. Wśród uciekinierów było wiele dzieci – sierot lub odłączonych od rodziców. Wkrótce Joice miała pod opieką około 10 000 dzieci i wdów. Pzy okazji udało jej się dopilnować istotnej sprawy – wpisania dzieciom do dokumentów statusu żołnierza. To przenosiło finansowy ciężar ich utrzymania na brytyjskie War Office. Zaliczały się do tego mundury, nawet najmniejsze rozmiary wyglądały karykaturalnie na 12-letnich, wygłodzonych dzieciach
Istotnym problemem był tyfus. Na masowe szczepienia brakowało funduszy, na szczęście grupa polskich uciekinierów zorganizowała występy, dochody wystarczyły na stworzenie laboratorium, w którym znajdujący się w gronie uchodźców naukowcy wkrótce zaczęli produkować szczepionkę.
Od polskich żołnierzy Sydney dowiedział się o zbrodni katyńskiej. Napisał na tej podstawie szczegółowy raport do War Office, licząc, że żołnierska solidarność przełoży to na wymierną pomoc. Raport zaginął bez śladu. To nie był wygodny dokument w klimacie militarnego sojuszu z ZSRR.
Wiele dzieci chorowało na szkorbut. Potrzebne były witaminy, co nie było proste do załatwienia przez biurokratyczną machinę brytyjskiej armii. Sydney wymógł wypożyczenie wojskowego samochodu, za godzinę byli w Jaffie – krainie pomarańczy. Już w pierwszym sadzie udało im się kupić na pniu, za 25 funtów, całoroczny zbiór z 12 000 drzew.
Po kilku miesiącach w obozie pojawił się kolejny problem – wiele kobiet zaszło w ciążę, ale po porodzie nie były w stanie karmić swoich dzieci piersią. Armia miała proste rozwiązanie – wojskowy przydział mleka w proszku. Joice zdołała przeforsować zakupy świeżego mleka na pierwsze dziewięć dni życia od lokalnych matek.
Rok 1944 dobiegał końca, krytyczna sytuacja w obozach w Palestynie unormowała się. Anglia uregulowała sprawę migracji uchodźców w obozach w swoich koloniach. Sydney i Joice chcieli dołączyć do tego Australię, ale restrykcyjna polityka migracyjna pozwoliła na to dopiero w 1947 roku. Przed powrotem do “domu” Joice i Sydney zostali udekorowani przez Polski Rząd na Emigracji złotymi krzyżami zasługi.
Dom – znaczy Grecja. Sydney dostał list od Towarzystwa Przyjaciół, mianujący go szefem Szkoły Rolniczej, Joice została trochę dłużej, żeby przekazać pracę nowoprzybyłym. Sydney, na statku do Grecji spotkał reprezentantów nowej generacji pracowników społecznych – świetnie opłacanych i kapryśnych pracowników UNRRA.
U celu zastali kraj kompletnie zniszczony wojnami, tą z Niemcami i domową. Podczas wojny pozytywnie wyróżnili się greccy partyzanci o przekonaniach komunistycznych i właśnie oni uzyskali główne poparcie militarne Anglii. Po wojnie nastał nowy porządek – tereny starożytnej Macedonii zostały podzielone między komunistyczne Albanię, Bułgarię i Jugosławię. Komuniści pozostali w Grecji rozpalali wojnę domową. Liczba greckich ofiar wolny domowej przekroczyła ilość ofiar podczas wojny.
Na gospodarczym froncie – komuniści spustoczyli gospodarstwa rolne. To był pierwszy kierunek działania – skierować fundusze UNRRA na zakup ziarna i zwierząt hodowlanych. Minęło wiele miesięcy zanim dotarli do Oraonoupolis. Wieża stała, ale jej wnętrze było całkowicie rozgrabione i zniszczone. Komuniści zamodrowali panią Zofię, a także wielu osobistych przyjaciół Joice i Sydney’a. Musiało minąć jeszcze kilka miesięcy, zanim bardzo groźne bojówki komunistyczne przeniosły się do Jugosławii.
Joice uzyskała nieco środków od Towarzystwa na odbudowę zaincjonanych przez nią ośrodków medycznych. Król Grecji osobiście poprosił Joice o aktywizowanie produkcji dywanów, ale nie dał na to żadnych pieniędzy. Mimo to produkcja ruszyła, ale zbyt w zniszczonej wojną Europie był słaby. Joice i Sydney zaapelowali do przyjaciół na innych kontynentach.
Życie wracało do normy, niestety smutną tego stroną były starość i śmierć. W 1954 r zmarł Sydney, Joice zdała sobie lepiej sprawę, jak wielu jej starych przyjaciół zmarło. Ogromną podporą dla niej było, że owoce jej pracy w lokalnej społeczności nigdy nie umrą, wciąż będą podejowane przez nowe generacje, które zapamiętają ich początki i twórców.
W ostatnich latach życia Joice dprowadziła do realizacji bardzo istotnej inicjatywy – doprowadzenia do Ouranoupolis szosy i wodociągu. Jej ostatnie (bardzo popularne) dzieło literackie to Tales of Christopilos – zbiór lokalnych opowieści opowiedzianych przez młodego chłopca i jego osła.
W roku 1962 Joice odwiedziła Melchiora Wańkowicza w Warszawie.
Zmarła wczesną zimą 1982.
Źródła:
Joice Nankivell – The Cobweb Ladder Joice Nankivell – Solitary Pedestrian Joice Nankivell – A fringe of blue – autobiografia. Susanna de Vries – Blue Ribbons, Bitter Bread – KLIK Wikipedia – Joice Nankivell-Loch – KLIK Kwakrzy – Wikipedia – KLIK
Chciałbym Państwu przedstawić Australijkę, której dziecięce życzenie, aby po pajęczej drabinie wspiąć się do Krainy, Której nie Było – spełniło się i to z nawiązką. Najpierw jednak ja sam musiałem pokonać skomplikowany labirynt covidowych restrykcji, aby wreszcie zostać doprowadzonym przez długi łańcuch bibliotecznych strażników do stołu, na którym, na poduszce, spoczywał pierwszy szczebel mojej wędrówki.
Skąd taka specjalna troska? Książka wydana w 1915 roku. Ja jestem odrobinę młodszy i nie potraktowano mnie tak luksusowo. Zatem i ja będę traktować moich czytelników dość obcesowo i strzelę na początku z działa dużego kalibru –
J. Nankivell-Loch – A Fringe of Blue.
Oficjalna wizyta generała Focha w Polsce? To musiało chyba być w roku 1923 – KLIK. A skąd tam ta osoba o rzadkim (kornwalijskim) nazwisku? Mało tego, google podpowiedziało mi, że pani Nankivell została wtedy odznaczona Krzyżem Zasługi. To chyba uzasadnia moją ciekawość i chęć podzielenia się odkryciami. Zacznę od początku…
Joice Nankivell urodziła się w 1887 roku w rodzinie właściciela plantacji trzcin cukrowej w Queensland. To zapowiadało początek bardzo wygodnego życia, jednak już po kilku latach nad plantacją zaczęły gromadzić się chmury. Wujek Joice, który był posłem do parlamentu stanowego, ostrzegł jej ojca, że dyskutowany jest tam projekt zakazujący korzystania z niewolniczej siły roboczej. Na plantacjach trzciny cukrowej byli to Kanacy, mieszkańcy wysp Pacyfiku.
George Nankivell zignorował ostrzeżenie, zresztą nie miał wielkiego pola manewru. Jego, bardzo zamożny ojciec, nie dał synom żadnej finansowej odprawy lecz oddał pod ich zarząd swoje, mocno zadłużone, plantacje.
George nie posłuchał rad, żeby zdobyć jakieś kwalifikacje potrzebne do pracy urzędniczej, krewni i znajomi mogli pomóc znaleźć wygodną posadę, uważał jednak, że siłę czerpie się z ziemi.
W rezultacie plantacja trzciny zbankrutowała, komornik zabrał całe luksusowe wyposażenie rodzinnej rezydencji. George pojechał do Zachodniej Australii szukać złota, żonę i dzieci (do Joice dołączył brat, Geoff) wysłał do swoich rodziców w Melbourne.
Nankivell seniorzy mieszkali w luksusowej rezydencji w Melbourne, ale była to tylko fasada. Bankructwo w Queensland było dla nich szokiem, wizytę synowej i wnucząt traktowali jak dopust boży. Siedmioletnia Joice zapamiętała, że w sobotę wieczorem, jej matka, jak każdy ze służących, dostawała tygodniową rację zapałek – 8 sztuk. Na domiar złego Joice podpatrzyła, że jej babcia jest łysa i nosi perukę. Oczywiście nie omieszkała obwieścić tego przy posiłku i od tego czasu, ilekroć w domu byli goście, wnuczka była wysyłana do swojego, zimnego, pokoju. W rezultacie mama Edith zwróciła się o pomoc do swojej rodziny i wkrótce wraz z dziećmi przeniosła się do swojej siostry Lily w słonecznym Brisbane (stan Queensland). To też życie nie była sielanką. Lily była dewotką i absolutnie nie akceptowała stylu życia i sposobu wychowywania dzieci przez swoją siostrę. Z tego pobytu Joice zapamiętała codzienne długie modlitwy i wyjścia do kościoła, w niedzielę dwukrotne.
Po roku George Nankivell stracił nadzieję na znalezienie złota i postanowił wrócić do pracy na roli. Kuzyn zaoferował mu pozycję managera na farmie owiec w stanie Wiktoria. Warunkiem było spłacenie długu ciążącego na tej farmie. George nie miał żadnego kapitału i nie mógł liczyć na wsparcie ojca. Zgodnie z ówczesnym prawem nie musiał pytać żony o zgodę, więc, bez jej wiedzy, przeznaczył na ten cel cały jej posag.
Dwudniowa podróż pociągiem i dwa dni pobytu w hotelu w Melbourne były ostatnim miłym akcentem tego roku. Z Melbourne pojechali pociągiem w głąb rolniczego Gippsland, gdzie czekał na nich ojciec i bryczką zawiózł do ich nowej rezydencji.
Drewniana, trzypokojowa, podszyta wiatrem, budka. Szpary w ścianach uszczelnione starymi gazetami i jutowymi workami. Na klepisku odchody myszy, które były tu głównymi lokatorami. W dobudowanej do budki budce znajdowała się kuchnia. Tam Edith zorientowała się, że dom nie posiada zbiornika z wodą. Mąż z dumą pokazał jej usprawnienie – wodę czerpało się z rzeki spuszczanym tam na łańcuchu kubłem. Była właśnie zima, deszczowo i przeraźliwie zimno. George spędzał większość czasu w siodle, pilnując bydła i owiec. Do Edith należała opieka nad domem i dziećmi. O szkole nie było mowy. Mieszkali na zupełnym pustkowiu, nie mieli żadnych sąsiadów. Edith spędzała sporo czasu ucząc dzieci z przezornie przywiezionych starych podręczników. Na domiar złego okazało się, że Geoff cierpi na astmę.
Jedynym miłym zajęciem dzieci były wyprawy do lasu, czasami połączone z przyrządzeniem posiłku na ognisku i nocowaniem w namiocie. To pewnie wtedy powstał pomysł przeniesienia się do Krainy, Której nie Było.
Lato przyniosło istotną zmianę, na gorsze – upały i suszę. Joice zapamiętała do końca życia wycie umierających z głodu zwierząt i usuwanie ich zarobaczonych zwłok. Szczęściem w nieszczęściu było sprowadzenie się na farmę również zbankrutowanego brata George’a. Wykazał on więcej troski o Edith i jej dzieci i doradził im aby przeniosły się w bardziej cywilizowane miejsce. Wróciły więc do niezbyt im przychylnej cioci Lily w Queensland.
Po roku George zdecydował się przenieść na mniejszą farmę, w nieco bardziej cywilizowane okolice. Najważniejsze, że w okolicy była szkoła. Byli też sąsiedzi, towarzystwo dzieci.
Joice zapamiętała wizyty wędrownych kaznodziei przeróżnych denominacji religijnych. Największą atrakcją były wizyty Armii Zbawienia. Ich domem były wozy pokryte plandeką, a towarzyszyła im orkiesta. Z całej okolicy zbiegały się dzieci, biegły za wozem i śpiewały: There are no flies on Jeezus, No flies on Jeezus. There are no flies on Jeezus, No bloody flies on him.
Wyjaśniam, że muchy są wręcz legendarnym utrapieniem Australijczyków.
To może właściwe miejsce żeby wspomnieć, że Joice pisze również kilka razy o kontaktach z Aborygenami. Pisze równie otwarcie jak o tej piosence. Jednak w obecnych czasach, to co ujdzie w odniesieniu do Jezusa, nie uszłoby w Australii w odniesieniu do Aborygenów, zamilknę więc, gdyż cytowanie tych wspomnień mogłoby spowodować ukrycie książek Joice w jakimś lochu.
Dygresja – z podobnego powodu wymazano z historii staromodną protektorkę Aborygenów, Daisy Bates, o której pisałem na tym blogu – KLIK.
Bardzo istotna dla Joice była kilkumiesięczna wizyta dalekiego kuzyna jej ojca – wybitnego lekarza. Postanowił on spędzić kilka miesięcy w terenie, badając stan zdrowia i poziom opieki lekarskiej w okolicy. Obejmowało to wiele interwencji medycznych, w tym operacje. Joice była jego asystentką i wkrótce zdobyła bardzo istotne kwalifikacje. Zaczęła snuć marzenia o studiach medycznych, ale kuzyn był bardziej racjonalny – studia są długie i bardzo kosztowne, a status kobiety-lekarza, niski. Wątpi, aby to dało jej satysfakcję.
Atrakcją innego rodzaju było wprowadzenie Joice na arenę panien do wzięcia. Kolejna ciocia zaprosiła Joice na Tasmanię na okres karnawału. Świetna okazja, aby poznać stosownych kawalerów. Joice wzbudziła spore zainteresowanie, ale nie odwzajemniła go. Wprost przeciwnie, po wielu latach obserwacji zmarnowanego życia swojej matki, nie widziała się na ani na farmie, ani jako posłuszna żona.
W tej sytuacji pozostał tylko powrót do dziecięcych marzeń. Joice napisała cytowaną na wstępie książkę dla dzieci – The Cobweb Ladder. Książka została wysoko oceniona przez wydawcę, który spodziewał się, że będzie ona przebojem na Boże Narodzenie.
To był rok 1914. W lipcu wybuchła wojna. Nakład książki musiano zmniejszyć z powodu racjonowania papieru, zresztą należało się spodziewać zmniejszenia popytu. Geoff zglosił się do służby w wojsku i wkrótce został wysłany na europejski front gdzie zginął w drugim roku wojny.
Ojciec Joice zorientował się, że nie ma sensu prowadzić dużej farmy z myślą o przyszłości swoich dzieci, a właściwie już tylko jednego, Joice nie potrzebowała posagu. W tej sytuacji George Nankivell sprzedał farmę hodowlaną i zakupił sady czereśniowe, których prowadzenie nie wymagało wiele wysiłku.
Joice zdecydowała się na przeprowadzkę do Melbourne, gdzie znalazła pracę jako sekretarka na Wydziale Historii Klasycznej tutejszego uniwersytetu. Równocześnie miała roboczy kontakt z redakcjami i wydawnictwami i dzięki temu poznała dobrze zapowiadającego się pisarza – Sydneya de Loghe, który uprościł swoje nazwisko na – Loch.
Sydney Loch pochodził ze szkockiej rodziny arystokratycznej, której z dawnej świetności pozostało tylko nazwisko. Kilka lat wcześniej emigrował do Australii, gdzie spróbował pracy na farmach bydła. Gdy wybuchła wojna, zgłosił się do australijskiej armii i został ranny w bitwie pod Gallipoli. Do końca życia lekko utykał. Po powrocie do Australii napisał książkę The Straits Impregnable (Cieśnina nie do przebycia), w którejopisał wiele przypadków niekompetencji angielskiego dowództwa kampanii. Przez kilka kilka miesięcy książka była sensacją. Gdy zauważyły ją władze, została natychmiast wycofana z rynku.
Nie minęło wiele czasu, a Joice i Sydney stwierdzili, że są stworzeni dla siebie. 22 lutego 1919 roku wzięli cichy ślub w Melbourne. Joice nie mogła się oprzeć pewnej kobiecej słabości i na świadectwie ślubu podała swój wiek 26 lat (miała już 32).
Miesiąc miodowy spędzili już w Europie, po czym osiedlili się w Anglii. Joice już w Australii nawiązała kontakt z kilkoma redakcjami w Londynie i wkrótce zaczęła publikować wiersze i artykuły o Australii. Sydney poszedł w jej ślady, ale rozglądał się za jakimś poważniejszym wyzwaniem.
Wkrótce je znalazł. Rok 1920 – w Irlandii toczyła się już drugi rok wojna domowa między irlandzkimi republikanami IRA i Wielką Brytanią.
Sydney znalazł bardzo wartościowy kontakt – Anglik pracujący dla brytyjskiego wywiadu – major X. Ta znajomość pomogła w zdobyciu wielu cennych informacji, ale też naraziła Sydney’a i Joice na podejrzenia obu walczących stron. W rezultacie wrócali do Anglii, ale nawet tu dostali ostrzeżenie, że nie są bezpieczni. Wymiernym efektem pobytu w Irlandii była książka – Ireland in Travail (Bóle przy porodzie Irlandii).
Dokąd teraz? Oczywistym kierunkiem był Związek Radziecki. Wszak tam działa się Historia.
Konkurencja na rynku dziennikarskim była jednak zbyt duża. Znajomi zasugerowali kontakt z organizacją charytatywną, konkretnie Society of Friends, bardziej znaną jako Kwakrzy.
Joice i Sydney zaprezentowali się na interview z najgorszej strony – Joice była ubrana modnie i swobodnie, nie byli praktykującymi protestantami, swoje małżeństwo traktowali jako przyjacielski związek. Być może z tego powodu zaproponowano im mało popularny kierunek – Polskę. Ich jedynym atutem były kontakty wśród londyńskich wydawców. Towarzystwo Przyjaciół liczyło, że korespondencje z Polski mogą przyciągnąć zamożnych darczyńców.
Na marginesie wspomnę, że świat intelektualny Wielkiej Brytani podczas toczącej się kilka miesięcy wcześniej (1920 rok) wojnie Polsko-Sowieckiej, opowiadał się zdecydowania po stronie ZSRR. Joice odwiedziła znajomych wydawców w Londynie, ale spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem. Nikt nie chciał słuchać o polskich ofiarach sowieckiego komunizmu. Anglicy darzyli sympatią ludzi, którzy obalili cara. Komunizm z Leninem na czele miał załatwić wszystkie problemy ludzkości.
Wczesną wiosną 1922 roku Joice i Sydney dojechali pociągiem do Warszawy.
Pierwsze wrażenie – cerkiew w centrum miasta (prawdopodobnie ta na Placu Saskim). Na dworcu przywitał ich wysoki, elegancki mężczyzna – książe Mieńszykow – emigrant z Rosji. Książę zaprowadził ich do pałacu Radziwiłłów (obecnie pałac prezydencki lub pałac na Długiej – Instytut Sztuki PAN lub pałac na Miodowej – Ministerstwo Zdrowia), w którym znajdowały się kwatery dla mężczyzn. Joice została zaprowadzona do znacznie skromniejszej kwatery dla kobiet. Podczas kilku dni pobytu w Warszawie, Joice zawarła istotną znajomość, poznała Melchiora Wańkowicza.
Warunki pracy: 7 dni w tygodniu, nienormowany czas pracy, zapewnione mieszkanie i transport, niewielkie kieszonkowe. Wszelkie dochody z pracy dziennikarskiej mają oddawać Towarzystwu Przyjaciół
Docelowe miejsce pracy to gospodarstwa na Wschodzie, z których z powodu wojny i rewolucji uciekło kilka milionów ludzi. Teraz wracają, bez niczego, w fatalnym stanie zdrowia, wielu zmarło na tyfus. Co miesiąc do Polski przyjeżdżał pociąg z pomocą – mleko skondensowane, odżywki dla niemowląt, koncentrat mięsny Bovril, sardynki w puszce. Sydney został wkrótce wydelegowany na wschód (miejscowość Selecz?) gdzie miał zorganizować akcję wypożyczania koni. Rolnicy mogli wypożyczyć od armii konie do wykorzystania przy orce. Rezultat był taki, że po kilku dniach koń wracał zagłodzony i kompletnie wyczerpany. Sydney zaproponował aby dostarczać grupę koni dla całej wsi i aby im towarzyszył fachowy opiekun. Rezultaty były bardzo dobre. Kolejny projekt to zaopatrzenie w drewno do odbudowy gospodarstwa. Rolnik miał prawo wycięcia 35m3 z państwowego lasu jednak zbiurokratyzowany system działał bardzo nieefektywnie. Sydney załatwił przejęcie całej biurokracji przez Kwakrów. Z Anglii sprowadzili maszyny drukarskie i wkrótce projekt ruszył do przodu. W tym czasie Joice została zatrudniona w stacji odwszania (Powalski delousing station??). Stacja przyjmowała uchodźców polskich, białoruskich, ukraińskich i żydowskich. Pracownicy ubrani byli w czarne kalosze i srebrne fartuchy, wyposażeni w nożyczki, brzytwy i butelki ze środkami do dezynfekcji. Całe dni spędzali w kłębach pary, otoczeni przez nagich, chudych jak szkielety pacjentów pokrytych “białą kurtyną wszy”. Racja żywności dla personelu: rano – czarna herbata i kromka chleba, wieczorem – rzadki kapuśniak, kromka chleba, pół puszki sardynek. Joice zrezygnowała z porannej kromki chleba na rzecz swoich podopiecznych, którzy odbywali tu kwarantannę. Efektem tych doświadczeń była seria artykułów, która zaowocowała zorganizowaniem pociągu z dostawą żywności, leków i prezentów na Święta.
Co dwa miesiące odbywało się spotkanie w Warszawie, a to było okazją, by spotkać się z mężem. Miejsce spotkań – sala balowa pałacu Radziwiłłów. Relacjonowano postęp prac i dyskutowano nowe projekty. Po obradach uczestnicy przechodzili do jadalni, gdzie ubrana w liberia służba podawała wodnistą zupę wzmocnioną koncentratem bovril oraz jarzyny w ryżem. Posiłek popijano wodą serwowaną w rodzinnych kryształach Radziwiłłów.
Jesienią Joice i Sydney zostali przeniesieni do misji w Poworsku (Wołyń, 30 km od Kowla) nad Prypecią.
Sydney zajął się organizacją produkcji pługów, które będą potrzebne podczas wiosennej orki. Joice została zatrudniona jako pomoc medyczna (felczerka?). Początek listopada – stan zdrowia zarówno ochotników Towarzystwa Przyjaciół jak i miejscowej ludności był tragiczny. Również Joice zachorowała na dezynterię.
Właśnie wtedy Joice stwierdziła, że jest w ciąży. Przeniesiono ją do Warszawy, ale ciąży nie udało się uratować.
Swoją działalność w Poworsku opisali później w książce – The River of a hundred Ways.
Środek zimy, działalność Towarzystwa Przyjaciół zamarła. Sydney i Joice dostali urlop i prezent – delegację do biura Towarzystwa w Moskwie.
Po opuszczeniu Mińska, ostatniej stacji na polskim terytorium, pociąg wyraźnie zwolnił, wreszcie stanął na bezkresnym stepie. Maszynista i konduktor przeszli po przedziałach zbierając pieniądze “na szybkość”. W pociągu nie było wagonu restauracyjnego, tylko samowar. Jedzenie można było kupić na stacjach, gdzie pasażerów otoczały żebrzące, zagłodzone dzieci. Dodatkowych emocji dostarczyło im wkroczenie do ich przedziału policji, która aresztowała podróżującą z Londynu młodą dziewczynę. Z uwag pasażerów zorientowali się, że była ona podejrzewana o przemyt relikwii z Rosji do Anglii.
Na dworcu w Moskwie czekała na nich przedstawicielka Towarzystwa Przyjaciół i zawiozła ich do hostelu, który znajdował się w zrujnowanym pałacu nieopodal Kremla. Tu dowiedzieli się, że Towarzystwo współpracuje ściśle z międzynarodowym komitetem pomocy prowadzonym przez Fridtjofa Nansena, który zdołał zyskać poparcie wielu krajów europejskich. Udało mu się zabezpieczyć duże dostawy kukurydzy, niestety bardzo zawodny transport spowodował, że wiele dostaw nie dotarło w terminie do celu i zmrożona kukurydza nie zakiełkowała na wiosnę. Dowiedzieli się również, że spore ilości dostarczanej z Europy żywności są odsprzedawane przez komunistów, głównie do Niemiec, jako spłata pożyczki, z której finansowano Rewolucję.
W niedzielę ludzie, którzy nie otrzymywali kartek na żywność – arystokraci, kułacy – tłoczyli się na placach, próbując sprzedać pozostałości po dawnych czasach, niektórym nie pozostało już nic innego tylko żebrać. Jednocześnie całkiem dobrze funkcjonowały eleganckie restauracje, które wypełniali oficjele partyjni i “nepowcy” – beneficjenci Nowej Ekonomicznej Polityki (NEP). Dobrze funkcjonowały też instytucje kulturalne, energicznie działała kulturalna awangarda.
Joice i Sydney odwiedzili operę, gdzie wystawiano Lohengrina w nowoczesnej, kubistycznej, scenerii. Bilety były śmiesznie tanie, co miało zachęcać klasę robotniczą. Dodatkowym punktem pobytu była wizyta w Buzułuk, gdzie Kwakrzy prowadzili zakład opiekuńczy dla 16.000 dzieci. Sydney podzielił się swoimi pomysłami z Polski, Joice włączyła się do pomocy pielęgniarkom.
Po powrocie do Moskwy zdążyli jeszcze obejrzeć wystawę ateizmu, zorganizowaną przez gazetę Bezbożnik. Na wystawie zgromadzono eksponaty demonstrujące bogactwo kościoła i jego zakłamanie – relikwie, wśród nich aż trzy całuny, w które zawinięte było ciało Jezusa, 14 kciuków św. Piotra.
Towarzystwo Przyjaciół poprosiło Joice i Sydneya, aby nie publikowali żadnych materiałów na temat warunków życia w ZSRR, gdyż poskutkują one likwidacją ich działalności.
Wrócili do Warszawy, gdzie na ulicach topniały resztki śniegu. Wiosna spełniła wiele nadziei, program odbudowy gospodarstw zaowocował ponad tysiącem domów, do gospodarstw dostarczono pługi. Jesienne siewy zapowiadały dobry plon. Joice i Sydney otrzymali zaproszenia do Belwederu na ceremonię podziękowania Kwakrom za ich pracę w Polsce. Oboje otrzymali krzyże zasługi.
Oznaczało to również koniec ich działalności. Większość cieszyła się na myśl o powrocie do domów, do rodzin. Joice i Sydney zdali sobie sprawę, że nie mają do czego wracać. Sydney potrzebował jeszcze kilku miesięcy, aby zakończyć projekt utworzenia szkoły rolniczej w pobliżu Brześcia nad Bugiem, Joice była wolna. Melchior Wańkowicz poradził im, aby osiedlili się w Polsce, ale po ostatniej zimie tęsknili za cieplejszym klimatem.
W ostatnich dniach pobytu w Warszawie wzięli udział w spotkaniu Towarzystwa Przyjaciół podsumowującego działalność w Polsce.
Ciąg dalszy jutro
Źródła:
Joice Nankivell – The Cobweb Ladder Joice Nankivell – Solitary Pedestrian Joice Nankivell – A fringe of blue – autobiografia. Susanna de Vries – Blue Ribbons, Bitter Bread – KLIK Wikipedia – Joice Nankivell-Loch – KLIK Kwakrzy – Wikipedia – KLIK