Wspomnienia o Maryli 25

Magdalena Ciechomska

„Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…”

Ten cytat z wiersza księdza Jana Twardowskiego stał się tak popularny chyba dlatego, że jego metafora w genialnym skrócie ujmuje jeden z największych dramatów egzystencjalnych naszego życia. Sein zum Tode, jesteśmy w drodze do nieuchronnego końca, nasz byt ma tylko taki sens, jaki mu zdołamy nadać. Paradoksalnie myśl katolickiego księdza poety staje się bliska ateistycznej filozofii Heideggera. Musimy być czujni. Musimy się spieszyć. Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny…

Wiersz Jana Twardowskiego mówi o tym, że kochamy wciąż za mało i zawsze za późno. Kiedy myślimy o naszych zmarłych, zawsze pojawia się to przekonanie, że z czymś nie zdążyliśmy. Gdy staram się przypomnieć sobie moje rozmowy z Marylą, z moim Tatą, z moimi Teściami, zawsze mam poczucie, że nie zostały nigdy dokończone, czegoś ważnego nie dopowiedziano, jakaś myśl pojawiła się na chwilę ale zaraz znikła na zawsze, ktoś zmienił temat, ktoś zażartował, coś przerwało rozmowę. Ważne sprawy wymagają namysłu, pośpiech nie jest tu wskazany. Ale właśnie na te najważniejsze zawsze brakuje czasu.

Maryla często powtarzała, że nie lubi się spieszyć. Mówiła to zwykle, gdy pakowała się przed podróżą. Na pociąg wychodziła z dużym zapasem czasu, zamawiała taksówkę, pamiętam, że gdy odprowadzałam ją na dworzec, przyjeżdżałyśmy tam zwykle na godzinę przed odjazdem pociągu. Tę godzinę wypełniał swoisty rytuał. Najpierw szłyśmy do jednego z dworcowych barków, gdzie zamawiałyśmy koktajle owocowe. Siadałyśmy na wysokich barowych stołkach, był czas, żeby jeszcze pogawędzić, przypomnieć najważniejsze sprawy, jakie należy załatwić w najbliższym czasie, zaplanować następny przyjazd Maryli do Warszawy. Potem szłyśmy do kiosku, gdzie Maryla kupowała kilka najnowszych tygodników. Następnie wsiadała do pociągu relacji Warszawa – Berlin.

Maryla nie lubiła się spieszyć, ale myślała stale o tym, żeby zdążyć na czas. Dotyczyło to zwykle ludzi, bliskich, znajomych. Wynikało chyba z doświadczeń, naszych wspólnych, związanych ze śmiercią rodziców, moich teściów, mojego taty. Wszyscy troje, ja, Tadek, Maryla, mieliśmy poczucie, że z czymś nie zdążyliśmy w porę, nie dopilnowaliśmy, nie nakłoniliśmy do wizyty u lekarza w odpowiednim czasie. I równocześnie poczucie bezradności wobec faktu, że nie byliśmy w stanie podjąć decyzji za kogoś, kto nie chciał zając się poważnie swoim zdrowiem.

Maryla po śmierci rodziców bardzo dbała o kontakty ze znajomymi, zwłaszcza tymi najstarszymi. Zdarzało się, że przypominała sobie o kimś, kogo dawno nie widziała. Mówiła wtedy: Muszę się do niej wybrać, bo może się pewnego dnia okazać, że już nie będzie do kogo. Przez dłuższy czas po śmierci swojej mamy odwiedzała jej znajomą, starszą samotną panią, mieszkającą w pobliżu. Składała jej wizyty do czasu, gdy staruszka zamieszkała w domu opieki, wtedy obowiązek odwiedzin przejął jej krewny.

Pamiętam naszą rozmowę po śmierci cioci, gdy siedzieliśmy w półmroku małej knajpki na grójeckim rynku. Kuzyn namawiał Marylę, żeby nie sprzedawała mieszkania po cioci, ale wynajęła je. Maryla odpowiedziała krótko, że musi sprzedać, bo ma dług wobec pewnej znajomej, osoby w podeszłym wieku. I że musi to zrobić jak najszybciej. Żeby zdążyć.

Na początku marca 2019 roku zadzwoniła do mnie, żeby powiedzieć, że zdążyła spłacić mieszkanie w Berlinie.

Wydaje mi się, że myśl, aby zdążyć na czas, była jedną z najważniejszych w życiu Maryli. Dotyczyło to zarówno relacji z ludźmi jak i jej pracy. Już na szpitalnym łóżku zdążyła dokończyć tłumaczenie filmu Siłaczki.

Wspomnienia o Maryli 24

Magdalena Ciechomska

Zbliża się listopad ze swoją melancholią, miesiąc poświęcony zmarłym, w którym cała przyroda zdaje się powtarzać koheletowe vanitas. Coraz krótsze dni, zaczynające się mglistym porankiem, coraz wcześniej zapadający zmierzch. Próbujemy rozproszyć mrok światełkami cmentarnych zniczy, ożywić kolorem jesiennych chryzantem. Nasi umarli są w tych dniach bardziej obecni. Wierzymy, bądź chcemy wierzyć, że kiedy zmiatamy z ich grobów liście, zapalamy światełka, stawiamy kwiaty, oni kręcą się tuż obok, przyglądają naszej krzątaninie, że to ma dla nich znaczenie. Choć tak naprawdę, te światła i kolory bardziej potrzebne są nam, żywym. Najważniejsza jest pamięć. Także modlitwa. Pamięć trwa dłużej niż świeca, która się wypali, niż kwiaty, które wkrótce zwarzy przymrozek. Niedługo listopadowa szarość przejdzie w ciemność Adwentu. Roratnie lampiony są jak przedłużenie cmentarnych płomyków.

W adwencie chowaliśmy ciocię Oleńkę, najmłodszą siostrę mojej teściowej. Była nam bardzo bliską, a zwłaszcza Maryli, która kupiła dla niej nowe mieszkanie w Grójcu i każdy pobyt w domu, w Warszawie, zaczynała od odwiedzin cioci. Często przywoziła ją do nas. Chcieliśmy, żeby ciocia w końcu zamieszkała z nami na stałe. Coraz bardziej potrzebowała opieki. Jednak wolała być u siebie, zgodnie z zasadą, że „starych drzew się nie przesadza”. W październiku 2017 roku trafiła do szpitala w Grójcu, skąd Tadeusz zabrał ją do nas. Przygotowaliśmy dom i siebie do opieki nad staruszką, która już nie mogła wstać z łóżka. Nie trwało to długo. W listopadzie ciocia zmarła na oddziale geriatrii szpitala wolskiego w Warszawie. W niedzielę rano miałam telefon ze szpitala. Zaraz potem zadzwoniłam do Maryli, do Berlina. Rozpłakała się. Miała nadzieję, że ciocia mimo wszystko będzie jeszcze żyła, nawet nie wstając z łóżka, nawet jeśli będzie wymagała stałej opieki…

Pogrzeb wypadł na początku adwentu. Po mszy żałobnej w kościele grójeckiej parafii odprowadziliśmy ciocię Oleńkę na cmentarz w Jazgarzewie, gdzie została pochowana w grobie obok swoich rodziców i starszej siostry, Henryki. Z cmentarza wróciliśmy do Grójca. W małej knajpce na Rynku mieliśmy zamówioną skromną konsolację. Było kilka osób ze znajomych cioci, posiedzieli z nami przy obiedzie. Po ich wyjściu my z Marylą i naszym kuzynem siedzieliśmy jeszcze dość długo, rozmawiając, pijąc herbatę, skubiąc sernik i szarlotkę. Na Rynku zapalały się wieczorne latarnie i kolorowe światełka bożonarodzeniowych dekoracji. Mieszkanie cioci było niedaleko. Wyszliśmy z restauracji i poszliśmy tam, mijając błyszczące od choinkowych lampek stragany na świątecznym kiermaszu. Na drzwiach klatki schodowej wisiała klepsydra. Maryla już podjęła decyzję o sprzedaży tego mieszkania. Mieliśmy świadomość, że jesteśmy tam ostatni raz. Wzięłam do ręki stojącą na kredensie fotografię przedstawiającą młodą ciocię, ładną kobietę, w letniej sukience w kwiaty, z lekko rozwianymi, długimi, ciemnymi włosami i nieśmiałym uśmiechem. Ile mogła mieć wtedy lat? Dwadzieścia, dwadzieścia kilka?

Wracaliśmy do Warszawy autobusem PKS, takim, jakim często ciocia przyjeżdżała do nas, gdy była młodsza. Tadeusz powiedział wtedy, że skończył się czas Grójca, myślę, że w ten sposób żegnał się ostatecznie z dzieciństwem, swoim i Maryli. Także z dzieciństwem naszego syna, któremu ciocia przywoziła słodycze, albo, gdy jechałam z Jankiem do mojej mamy przez Grójec, wychodziła na przystanek PKS, żeby podać Jasiowi paczuszkę łakoci na drogę. Rozmawialiśmy też o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia, o tym, że będą to święta bez cioci. Że przybędzie kolejne puste miejsce przy stole.

Maryla zachorowała pół roku później, w marcu 2018. Zdiagnozowano jej raka przełyku. Przygotowując się do operacji i trudnego leczenia, mówiła: „Czuje się tak, jakbym miała przed sobą wysoką i stromą górę, na która muszę wejść.” Ruszyła bez wahania na tę wspinaczkę. Góra ją pokonała.

Maryla nieraz mi się śni. Często w tych snach pojawia się też ciocia Oleńka. Obie milczą. Uśmiechają się tylko.

Wspomnienia o Maryli 23

Magdalena Ciechomska

Jesień coraz bardziej kolorowa, drzewa sypią żółto-czerwonym confetti, niedługo początek listopada – Święta Zmarłych, podzielone na dwa dni: Wszystkich Świętych i Zaduszki. Naturalnie w tym czasie więcej myślimy o bliskich, którzy odeszli, to dlatego, że jedziemy na cmentarz, trzeba uporządkować groby, zapalić znicze, położyć świeżą wiązankę. Coraz więcej wspomnień, tych zaduszkowych, z czasu, kiedy jeszcze przychodziliśmy na cmentarze z kimś, a nie do kogoś. Te polskie Zaduszki maja jedyny w swoim rodzaju, melancholijny, podszyty smutkiem nastrój, poważny, otwierający na eschatologię. Komercyjna, jarmarczna zabawa Halloween wprowadza jakiś dysonans, przełamuje smutek i religijną powagę, pozwala na śmiech, na kpinę ze śmierci, ma zapewne łagodzić lęk egzystencjalny. Według mnie Halloween po prostu nie pasuje do tych naszych świąt. Maryla była innego zdania. Może podobała jej się groteskowość Halloween, może też dlatego że w ogóle lubiła wszelkie poważne rozmowy zamykać żartem. Może w tym jej zwyczaju kryła się jakaś myśl o nietrwałości wszystkiego, może te żarty były rodzajem przypomnienia, że nie warto wszystkiego traktować tak bardzo serio, w końcu nic nie jest wieczne, wszystko się zmienia, a wreszcie kiedyś kończy. Może w tych żartach przejawiała się jej prywatna filozofia, zakładająca konieczność zachowania stoickiego dystansu wobec tego, co nieuchronne. Ten stoicki spokój zachowywała podczas swojej choroby, spokojnie opowiadała o kolejnych etapach leczenia, o tym jak się czuje, co ją czeka. Pojawiała się też myśl o śmierci, lecz bez lęku, jak o czymś, co należy oczywiście uwzględnić, potraktować poważnie, raczej jako pewną ewentualność, no i zadaniowo załatwić odpowiednio wcześniej różne ważne sprawy. To oczywiście nie znaczy, że nie bała się śmierci. Przyjmowała perspektywę eschatologiczną, wierzyła, że nasze istnienie nie kończy się tu, na ziemi. Pamiętam jej refleksje po jakimś pogrzebie, gdy stwierdziła, że patrząc na ciało zmarłego w trumnie, ma wrażenie, że nie jest to cały człowiek tylko jakaś skorupka, jakby kokon poczwarki, z której wyfrunął motyl…

Z zaduszkowych wspomnień najwyraźniej pojawia się jedno, sytuacja gdy Maryla i jej mama we Wszystkich Świętych wróciły z cmentarza. Obie bardzo zmarznięte, pogoda tego dnia była fatalna, wiał zimny wiatr, zacinał deszcz ze śniegiem. Ja musiałam zostać w domu z dzieckiem, ale dzień wcześniej zrobiłam obiad, duży gar gołąbków i szarlotkę. Natychmiast zasiedliśmy do stołu, gorące gołąbki, ciasto i herbata stały się najważniejszym wydarzeniem dnia, Maryla stwierdziła, że nie ma lepszego posiłku w takim dniu jak ten. Taki mały, zwyczajny, symboliczny triumf życia nad śmiercią.

Listopadowe święta zmarłych mają swój dalszy ciąg podczas Wigilii Bożego Narodzenia. W czasach pogańskich to właśnie ten dzień poświęcony był duchom zmarłych przodków. Wigilijne potrawy są reliktem dawnych wierzeń i zwyczajów; ziarna zbóż, mak, suszone owoce i grzyby. Nawet dodatkowe nakrycie pierwotnie przeznaczone było nie tyle dla zbłąkanego wędrowca, ile raczej dla duchów tych, którzy już nie mogli osobiście zasiąść przy stole. Przy każdej kolejnej Wigilii Maryla zauważała, że jest nas coraz mniej. Podczas ostatnich świąt przy stole siedzieliśmy we troje z mężem i synem, no i nasza kotka staruszka, która odeszła za tęczowy most trzy miesiące później, w marcu tego roku. Postawiliśmy na stole tyle nakryć, co zawsze. Co drugie miejsce było puste.

Łucja, żaden autorytet (9)

Łucja Fice

W moim śnie

Widzę w lustrze spirytualną niebieską barwę swego odbicia. Stoję w zewnętrznym kręgu słonecznej żółci. Kręgi rzucają cień na niebieski diadem w kształcie motyla, który otacza mi głowę. Jakaś plama wzbija się ponad. Czuję się rozżarzonym jądrem. Kolory ocierają się o siebie. Przez głowę przebiegają fale ciepła aż po granice myślenia, tam gdzie kończą i załamują fale. Staję się wolną od myślenia przestrzenią i z ssącym wirowaniem czuję, że jestem tylko świetlną mgiełką. Mam wrażenie zamknięcia w wieczności, a jakieś wiry wsysają tę mgłę. Miriady mgiełek kłują mój wewnętrzny zmysł wzroku. Ból. Aby go uśmierzyć pomyślałam o Bogu i skupiłam się na diademie motyla. Wtedy ognista materia zamieniła się w jezioro błyszczącej magmy i rozlała po całym lustrze. Nie chciałam oślepnąć od światła. Oddychałam. Wprowadziłam do umysłu kalkulacje. Mój ciężko dyszący mózg zaczął lodowacieć, a ja zrozumiałam bez zdziwienia i wątpliwości, że jestem z kimś połączona, że nie jestem materią w postaci zmęczonego człowieka. Jestem przestrzenią w przestrzeni. Myślenie jest przestrzenią, a przestrzeń jest myślą. W moim myśleniu zaczęło coś żarzyć, a pod wpływem ciepła tego żaru ponownie poczułam ból i wydawało się, że zaczynam ślepnąć, bo nie widziałam już lustra z taką wyrazistością jak poprzednio. Strach. Nagle ujrzałam w sposób materialny zamiast diademu motyla mój własny mózg i wtedy nad ramą lustra spojrzało na mnie duże czerwone oko.

I znów jestem na jawie, z powrotem we własnej cielesnej powłoce. Nie mam diademu motyla na głowie, a światło lampki się żarzy. Czy żyję naprawdę? – oto moje pierwsze pytanie, które mi nie wystarcza. Może sen to powołanie do życia w materii, do życia przez kilkanaście godzin, by potem znów przenieść się w sen, co też jawą w innym wymiarze. A może co dzień rano wpadam do materii jak kamyk do rzeki? A może jestem tylko westchnieniem, pragnieniem kogoś dawno zmarłego, który wrzawą dnia puka do mojego mózgu: żyjesz?

Poszukiwanie

Od dawna, choć nie pamiętam od kiedy, stanęłam na drodze poszukiwania czegoś, czego nie mogłam zdefiniować. Ta tęsknota nie była niczym określona ani z niczym zidentyfikowana. Szukałam czegoś nieuchwytnego, nienazwanego. Wiem, że szukałam NOWEGO, jakiegoś EDENU. Dziś wiem, że to było pragnienie PRZEBUDZENIA. Trwał ten stan lat „dzieści” lat, właściwie od momentu śmierci mojej mamy. Od tego czasu miewam dziwne sny, które skierowały mnie na duchowa ścieżkę. Zaczęłam odkrywać samą siebie i ten wewnętrzny świat, który istnieje, ten Spirytus Mundi. Zaczęłam być bardziej świadoma treści przekazywanych z tej innej rzeczywistości, czyli własnego ducha. Ten świat jest tak samo realny jak nasz materialny. Podążanie tą ścieżką teraz kojarzę z intuicyjnym podążaniem za wolnością, za miłością, za boską miłością. Nie jestem bez wad, bo początek zawsze jest trudny, ale nie zbaczając z raz obranej ścieżki, wiem, że osiągnę sukces i nie będzie to sukces z tego świata. To co robię i jak obecnie żyję, to staranie się o pozytywne myślenie, to nie tylko moja zasługa, ale całego ludzkiego kolektywu. Potrzebne było tylko zrozumienie tego procesu, który ogarnia całą Ziemię za pomocą boskiej energii. Bez emocjonalnych składników tego procesu nie da się przeprowadzić oczyszczania. Odbieram coś na wzór ewolucji ludzkości, która powoli następuje i ważne są tu nasze myśli i pragnienia. Obecnie ludzie są zdominowani przez EGO, karmią się nienawiścią i zazdrością, ale jak w piosence Czesława Niemena wiem, że „ludzi dobrej woli jest więcej” i to oni będą przewodnikami na drodze ODNOWY rasy ludzkiej. My sami musimy zrozumieć, że MY, to nie MY i że nie pochodzimy z tego świata. Tak powiedział Jezus – „Mój dom nie jest z tego świata”. Więc KIM JESTEŚMY? Te pytania powinnyśmy zadawać sobie na tyle często, by uzmysłowić sobie, że życie nie jest wieczne, że kiedyś każdy z nas wróci do DOMU, z którego przybył tu na wakacje, może do szkoły, a może za karę, by ją odbyć na tej karnej kolonii?

Wspomnienia o Maryli (22)

Magdalena Ciechomska

Cisza zapada w przyrodzie jesienią. Odleciały ptaki, ucichły owady. Na to miejsce pojawiają się dwa rodzaje dźwięku, które słyszymy do wiosny: szum wiatru i szmer jesiennego deszczu. To pora, kiedy myślimy częściej o naszych zmarłych bliskich. Pamięć przechowuje pojedyncze obrazy, urywki wspomnień, jakieś kadry zatrzymane w czasie, fragmenty rozmów.

Patrząc w okna pokoju Maryli, przypominam sobie, że nie znosiła krat w oknach. Został jej uraz z czasu internowania. Wiem, że potem, gdy odzyskała wolność, prowadziła bardzo intensywne życie towarzyskie. Wtedy też zaczęła jeździć z Uniwersyteckim Klubem Turystycznym UNIKAT. Na imprezach klubowych panowała atmosfera zabawy i beztroski, na przekór otaczającej nas szarej, ponurej rzeczywistości. To była nasza rzeczywistość alternatywna, częściowo odkryta, częściowo wykreowana. Szukaliśmy niezwykłości, egzotyki. To UNIKAT eksplorował i właściwie odkrył północno-wschodnią Polskę z jej wielokulturowym bogactwem: polskich Tatarów, prawosławnych , Litwinów. Oczywiście, klub miał już wtedy wieloletnią tradycję, był jednym z najstarszych klubów studenckich. Marylę zapamiętano w klubie przede wszystkim jako osobę radosną, lubiącą dobrą zabawę. Trzymała się blisko tych osób, które miały poczucie humoru i chęć do wygłupów. Ale nawet w tym czasie nie zrezygnowała z działalności opozycyjnej. Gdy pierwszy raz przyszłam do domu Ciechomskich, zobaczyłam na biurku Maryli dużą, elektryczną maszynę do pisania. Taka maszyna wskazywała jednoznacznie na rodzaj prowadzonej działalności, mogła być jedynie wypożyczona z podziemnej Solidarności. Zobaczyłam ją przez uchylone drzwi, oczywiście solennie przyrzekłam, że zachowam absolutną dyskrecję.

Początki mojej znajomości z Marylą to właśnie kilka takich obrazów: sylwestrowa impreza UNIKAT-u , wieczorne ognisko na rajdzie Orient w okolicy Kruszynian, spotkanie w Riwierze na projekcji Blaszanego bębenka, seminarium profesor Marii Janion, no i ta maszyna do pisania. Jakby znak firmowy Maryli. Bo potem już zawsze widziałam ją piszącą. Zawsze aktywną, zaangażowaną. I taka była do końca. Do czasu, gdy w berlińskim szpitalu, leząc w łóżku kończyła tłumaczenie na niemiecki filmu Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego pt. Siłaczki.

Z wolnej stopy 55

Zbigniew Milewicz

Październikowo

Październik, obraz Jamesa Tissot

Do tego wpisu zainspirowała mnie Teresa Rudolf swoją poezją. Jej nastrojowe Tęsknoty jesienne wyzwoliły mi z szuflady pamięci październikowe wypady w Tatry, kiedy jeszcze rok akademicki i nasi profesorowie wspaniałomyślnie udawali, że nie widzą tych paru pustych miejsc w auli. Mieniącą się wszystkimi kolorami złota Dolinę Roztoki, kochane schronisko w Pięciu Stawach, w którym sypialiśmy pokotem na podłodze, jak był komplet gości, najlepszą herbatę na świecie z kotła, którą częstowali Dominikanie u Matki Boskiej Jaworzyńskiej i zachód słońca na Głodówce, kiedy wracałem z gór do Bukowiny. Czasami na tle płomiennego kręgu, jak w kiczowatym oleodruku, pojawiało się stadko jeleni, które przez chwilę pozwalały się podziwiać w bezruchu, zanim zniknęły w lesie. W takich chwilach Darwin zdecydowanie przegrywał z Panem Bogiem.

Moja babcia po kądzieli, Jadzia, z domu Hampel, około 1913 r.

Kiedy mieszkałem w Chorzowie, w domu dziadków na Wesołej, zawsze w październiku się świętowało. Babcia Jadzia, rocznik 1895, miała 11 października urodziny, a cztery dni później imieniny. Imienin na Śląsku się generalnie nie obchodziło, ale święta Jadwiga, śląska patronka rządziła się innymi prawami i jak u Jadwiżki, czyli w naszej starej parafii był odpust, to każdy świętował. Na łobiod musiała być wtedy rolada z modrom kapustom i kluskami, a wcześniej rosół, do kawy był kołocz.

Odpustowe maszkety, fot. AnnaLerch-Wójcik.

Po mszy odpustowej szło się całymi rodzinami na stragany jeszcze przedwojennego kramarza Widery, ustawione przy kościele, wszyscy ładnie ubrani, kto miał w domu paradny, śląski strój, to go zakładał; dorośli kupowali sobie i dzieciom roztomaite geschenki, ja musiałem mieć swoje korki do pistoletu i kapiszony, czyli placpatrony, mama – ulubione makrony, a ciocia Irka – kanoldy, których osobiście nie cierpiałem, bo kleiły się do zębów. Kramy sięgały od ulicy Wolności, czyli Wolki, aż po wejście na cmentarz przy Drzymały, z przydrożnych kasztanowców opadały już liście, więc szeleściły pod stopami, kiedy szliśmy zapalić świeczkę na grobach cioci Milki i ujka Willika. Nad cmentarną bramą widniał napis: Sit janua coeli, co dopiero po latach sobie przetłumaczyłem na polski. Niech to będzie bramą nieba, życzy łacińska sentencja żywym, z czego wniosek, że wejście w zaświaty jest wspólne, dopiero później drogi się rozchodzą. Tak to przynajmniej rozumiem.

“Łodpust na Górnioku”, aut. Brygida Simka, akwarela, 2011 r.

Ciekawą alegorię października stworzył w 1877 roku francuski malarz neoklasycystyczny, James Tissot (obraz w winiecie). Przedstawia ona urodziwą, dojrzałą kobietę na tle złocistego listowia, ale nie dajmy się jej zwieść. Historia dowodzi, że w miesiącu tym dochodzi często do dramatycznych wydarzeń, czego przykładem chociażby wybuch Rewolucji Październikowej. Według kalendarza juliańskiego, który obowiązywał w Rosji w czasach carskich, miał on miejsce 25. X. 1917 r. (7 listopada w późniejszej konwencji gregoriańskiej).

Dzisiaj 12 października. W tym dniu w 1435 roku żona dziedzica księstwa Bawarii – Monachium, Albrechta, piękna i mądra Agnes Bernauer, została utopiona w Dunaju na rozkaz swego teścia, księcia Ernesta. Straszne. Ciąg dalszy kalendarium z 12 października jest mniej kryminalny, przynajmniej chwilowo, ale nadal głównymi bohaterkami wydarzeń są kobiety. 12 października 1492 roku Krzysztof Kolumb – niekwestionowany samiec alfa – dopłynął do archipelagu Bahamów i jest to oficjalna data odkrycia Ameryki, która ma… płeć żeńską. Dzisiaj panie pretendują do najwyższych stanowisk politycznych w świecie, a 12 października 1681 roku jedna z mieszkanek Londynu została publicznie wychłostana za zaangażowanie się w politykę. Jak ten świat się jednak zmienia. 118 lat później Francuzka Jeanne-Geneviève Garnerin, jako pierwsza kobieta w historii, wykonała udany skok ze spadochronem z balonu lecącego na wysokości 900 metrów i jeżeli doliczy się do tej daty jeszcze lat jedenaście, to będzie wiadomo, kiedy książę Ludwik I Wittelsbach poślubił księżniczkę Teresę von Sachsen-Hildburghausen. Wtedy bowiem bawarska para królewska zaprosiła mieszkańców Monachium do wspólnego świętowania godów weselnych i to był pierwszy w historii Oktoberfest.

Niestety, również dzisiaj mija 106 lat od dnia śmierci brytyjskiej pielęgniarki Edyty Luizy Cavell, rozstrzelanej przez niemiecki pluton egzekucyjny za pomoc udzieloną żołnierzom alianckim w ich ucieczce z Belgii. Jej bohaterska postawa i tragiczna śmierć dały ofierze miano męczennicy okresu I wojny światowej. Dokładnie 80 lat temu natomiast, w ukraińskim Dniepropietrowsku, Niemcy rozpoczęli masowe mordy miejscowych Żydów. Spośród około 11 tysięcy ofiar okupację przeżyło jedynie 15 z nich. To są niedobre, niemieckie akcenty, nad którymi trudno przejść do porządku dziennego. Stonuję je wobec tego butem Nikity Chruszczowa, który 12 października 1960 roku był głównym bohaterem pewnych obrad w auli ONZ. Przywódca ZSRR, zdegustowany krytyką Kremla za politykę wobec krajów Europy Wschodniej, oponował, tłukąc swoim obcasem w pulpit mównicy. Dzisiaj taki but na giełdzie byłby pewnie sporo wart.

Łucja, żaden autorytet (8)

Łucja Fice

Intuicja

Wciąż nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czym jest intuicja. Ale już próbuje się ją badać. Joel Pearson, australijski profesor psychologii, prowadził doświadczenia, które udowodniły, że intuicja pomaga podejmować szybsze, pewniejsze i bardziej trafne decyzje. Intuicją zajmują się też nauki ścisłe, m.in. fizyka, która bada przestrzeń wielowymiarową. Naukowcy mówią, że intuicja, to rodzaj wewnętrznego przewodnictwa, nasza zdolność do uzyskiwania wiedzy na jakiś temat bez logicznego rozumowania. Moim zdaniem, to pewna subtelna więź, która łączy naszą świadomość z większą  całością, z jakąś głębszą, uniwersalną mądrością.

Są ludzie, którzy potrafią przeczuć wiele rzeczy i nie znaczy to, że oni intuicję mają, a inni są jej pozbawieni.

Myślę, że intuicja dostępna jest wszystkim, nie tylko ludziom, ale także zwierzętom, że mają ją wszystkie istoty czujące. Pisze o tym przekonująco Peter Wohlleben w książce Duchowe życie zwierząt. Kto ma do czynienia ze zwierzętami, ten wie, jak szybko wyczuwają zamierzenia ludzi. Psy np. intuicyjnie odczytują nasz nastrój, choć nikt ich tego nie uczył. Także dzieci mają  z intuicją wyjątkowy kontakt – zanim zaczną używać rozumu, działają intuicyjnie. W dorosłym życiu ważne jest, czy i jak intuicji słuchamy i jaki z niej użytek zrobimy.

Pewnie to zaskakujące, ale w szczególny sposób intuicję potrafią wykorzystywać przestępcy. Złodziej ma intuicję, kogo okraść. To często wynika z życiowej traumy. Ten człowiek zapewne znalazł się kiedyś w traumatycznej sytuacji i nauczył się słuchać przeczuć, żeby przeżyć. Dalej jest przekonany, że musi walczyć o życie, robi to, zagarniając dla siebie, niszcząc innych. Intuicja, której warto słuchać, nie niszczy, ale integruje z naszym  światem, i tym zewnętrznym, i wewnętrznym.

Intuicja kobieca

Mężczyźni nam jej zazdroszczą…

– Moim zdaniem, intuicja nie ma płci, ale kobietom łatwiej ją usłyszeć. To wynika z kultury i z ról, które społeczeństwo nam przypisało. Od mężczyzn oczekuje się  analitycznego myślenia i twardego stąpania po ziemi. Kobiety są bardziej nastawione na odczytywanie emocji, m.in. dlatego, że częściej zajmują się dziećmi. Mają też przyzwolenie na to, by słuchać przeczuć i czasem zachowywać się nieprzewidywalnie. A osoby, które słuchają intuicji, bywają nieprzewidywalne, nie trzymają się schematów.

Mam zatem jako kobieta łatwiejszy dostęp  do tej wewnętrznej mądrości.

Od kobiet dużo częściej słyszę, że mają przeczucia, choć nie wiedzą skąd. Ale wiele z nich to ukrywa. Boją się zderzenia z tzw. zdrowym rozsądkiem i zarzutu: “coś sobie wymyślasz, coś ci się przywidziało”. Szkoda, bo intuicja to nasza siła, wykorzystujmy ją i wzmacniajmy, zamiast ją zagłuszać.

W intuicji nie ma drogi na skróty ani gotowych rozwiązań, które moglibyśmy dostać na kursie. Trzeba zacząć od uporządkowania swojego realnego życia. Jeśli tego nie zrobimy, intuicję zagłuszą problemy, kłopoty w pracy, konflikt z partnerem, jakieś doświadczenia z przeszłości, które nie chcą puścić. Zacząć warto od porządków na najbardziej podstawowym, materialnym poziomie, np. wyrzucić dziurawe skarpetki z szuflady.

– To pierwszy etap: zadbać o to, co na zewnątrz. Kolejny, to poznać siebie, bo intuicja wiąże się ściśle z samoświadomością. Oczywiście, nie da się tego zrobić ot tak, często to praca na całe życie. Ale warto ją zacząć. Zatrzymać się i pobyć ze sobą. Uświadomić sobie emocje w ciele.  Czujemy je podobnie, ale nie jednakowo. Złość może być odczuwana jako fala gorąca, strach jako drżenie lub napięcie mięśni, np. na karku. Kiedy mamy świadomość siebie i typowych reakcji naszego organizmu i schematów myślowych, w które wpadamy, łatwiej nam zrozumieć to, co płynie z intuicji.

Pamiętajmy o tym.

OWEN – Niemcy, 1 grudnia 2019

Wspomnienia o Maryli (21)

Magdalena Ciechomska

Jesień w pełni, teraz bardzo piękna, kolorowa i słoneczna. Złota polska. Taką jesień lubię najbardziej. Robi się coraz chłodniej, naturalną koleją rzeczy. W sklepach pojawia się coraz więcej zniczy, sztucznych kwiatów na nagrobne wiązanki, na straganach królują wrzosy, suszki, coraz więcej chryzantem. Za niecały miesiąc Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, te nasze polskie Dziady, najważniejsze, po Bożym Narodzeniu święto w całym roku. Ponieważ wszyscy mamy coraz więcej mogił do odwiedzenia, uporządkowania, przystrojenia, już powoli zaczyna się wędrówka po cmentarzach, również do tych miejsc położonych w odległych zakątkach kraju. Jesień w naturalny sposób przywołuje temat przemijania i śmierci. To pora roku gdy najbardziej odczuwam obecność archetypów. Czas uświadamiania sobie istnienia granic, schyłku, przesilenia, zamknięcia. Czas zwrócenia się ku eschatologii. Dla mnie jest to jednocześnie pora obfitująca w doznania zmysłowe. Bogactwo kolorów, mocnych, nasyconych, intensywne zapachy, ostre, korzenne, jakby płynące z samego wnętrza ziemi, powiedziałabym – chtoniczne. Jesienne warzywa i owoce mają też inny smak niż letnie.

Nasz stary, mokotowski ogród pachniał jesienią liśćmi drzew orzecha włoskiego. Orzechy spadały na ziemię i trzeba było systematycznie je zbierać, żeby zdążyć, zanim zostaną przykryte kolejną warstwą liści. Te liście grabiliśmy i początkowo paliliśmy w ogrodzie, wtedy jeszcze w mieście wolno było to robić. Charakterystyczny był ten zapach jesiennych ognisk, unoszących się ze wszystkich ogrodów. Później, gdy w zamieszkały u nas jeże, zostawialiśmy pryzmy liści i gałęzi dla nich na zimę. Przez wiele lat ogrzewaliśmy dom za pomocą starego, jeszcze przedwojennego pieca koksowego. Był to niewątpliwie zabytek techniki, wyglądem przypominał mały parowozik, wmurowany był w podłogę piwnicy, w wydzielonej kotłowni, obok której znajdowało się pomieszczenie na opał. I działał jeszcze dobre dziesięć lat. Codziennie rano musieliśmy w nim rozpalać. Rozgrzewał się powoli i trzeba było poczekać z godzinę, zanim gorąca woda zacznie krążyć w kaloryferach. Zapach dymu węglowego każdego rana wypełniał kuchnię, z której schodziło się do piwnicy, żeby dorzucić do pieca. Jesienne chłody zawsze były utrapieniem Maryli, z trudem je znosiła. Często się przeziębiała. Narzekała na jesień i zimę w Berlinie, bardziej deszczowe i wilgotne niż w Polsce. Otulała się w wełniane, luźne swetry, pod które mogła założyć kilka warstw, „na cebulkę”. Pamiętam czasy, gdy sama dziergała na drutach te swoje swetry, chusty, szale. Potem zrezygnowała, gdyż intensywna praca przy komputerze zbytnio męczyła jej wzrok. Za to nieraz szyła coś na starym Singerze, do którego domontowano elektryczny silnik. Przeważnie były to przeróbki zasłon lub poszewki na poduszki. Jesienią Maryla odkładała do szafy krótkie spódniczki, które tak chętnie nosiła latem. Przez cała zimę chodziła wyłącznie w spodniach, wtedy nie marzła. Do tego zakładała długie płaszcze lub kurtki sięgające przynajmniej za kolana. Przez pewien czas miała długie, prawie do kostek, sztuczne futro . Zwykle dużo wcześniej niż ja zakładała czapkę lub beret i wełniane rękawiczki.

W domu po wstaniu rano z łózka otulała się w długi, ciepły szlafrok, na nogi naciągała wełniane getry i ciepłe skarpety. W tym stroju i z kubkiem gorącej herbaty w ręku zasiadała do pisania. Początkowo przy maszynie, później przy komputerze. Było to zawsze miejsce, w którym spędzała najwięcej czasu. Z jej pokoju dobiegał stukot klawiatury, a gdy nie pracowała, grające radio lub jakaś muzyka. Tak było również w nowym domu, gdy przyjeżdżała z Berlina. Te dźwięki oznaczały, że Maryla jest w domu. Zawsze miała jakąś pracę do wykonania. Po jej śmierci, wchodząc na górę do jej mieszkania, długo odczuwałam przede wszystkim dojmującą ciszę.

Jesienna kabała

Teresa Rudolf

Liść jesienny

Czytam z niego
jak z mojej ręki,
wiatr go przyniósł
i gdzieś zagoni.

Linia życia.. 
jakaś taka dziwna,
porozrywana,
co z Tobą listku?

A liść  patrzy 
rdzawo na mnie,
gotowy do odlotu,  
wiatr nim kręci.

I oto odleciał,
patrzę na swą
rękę, linia życia
pozrywana jakaś,

…eeee tam,
nie znam się
przecież
ani na rękach…

…ani na liściach

Czarny sen o przyszłości

Patrz, patrz, patrz,
ale czy widzisz?
Słuchaj, słuchaj,
ale czy słyszysz?

To ta autostrada 
głośniejsza od szumu
wiatru, śpiewu ptaków,
tu w środku lasu.

Jakaś mieszanka
tego, co chcesz,
z tym, co musisz,
i z tym, co jest.

Zamknij oczy, 
zamknij uszy,
usłysz znowu
świergot ptaków,

zdrowych drzew
zieleń zobacz, 
zapach tego mchu
poczuj, odpręż się.

Otwórz oczy, 
znów autostrada,
zapach smogu rani
ogołocony las… 

…za ile to już lat? 

Tęsknoty jesienne

Teresa Rudolf

Tęsknota

W głowie obrazy,
zapachy, smaki,
wspomnienia,

pora roku uwodzi
na spacer tam,
lub tam, albo tam,

w sercu ciepło, 
oczekiwanie ponad  
miejscem i czasem

w całym ciele,
niepewność jakaś 
drży, co się spełni…

znów ten zapach
wraca, ten obraz, 
i to wspomnienie…

w głowie stary  film, 
a nowy smutek
w sercu…

że jeśli nawet…
to może być coś
“nie tak”.

Jesienne słońce

Jesień znów,
lato zabrało już
prawie wszystkie
“szmatki i lalki”

i “poszło się bawić
na inne podwórko”,
pozostawiając złote
słońca  resztki…

A ono, jak złocista
lampa na niebie, 
raz zapala się,
a raz gaśnie,

…jak i we mnie,
raz zapala się,
a raz gaśnie…

…tak, tak
we mnie też
już jesień…