Z wolnej stopy 21

Zbigniew Milewicz

Pamięci obrońców Daugavpils

Nasi korespondenci zagraniczni nie próżnują. Aina Jakovele z Łotwy przysłała mi jeszcze ciepłą informację o odsłonięciu pomnika dowódców kampanii łatgalskiej, o której pisałem w materiale Polacy nad Dźwiną z 26 sierpnia b.r. Pomnik, przedstawiający marszałka Józefa Piłsudskiego oraz generałów Edwarda Rydza-Śmigłego, Janisa Balodisa i Peterisa Radzina powstał w Parku Wolności w Daugavpils, wpisując się pięknie we wspólne, łotewsko-polskie obchody odzyskania niepodległości. Uroczystość miała miejsce 15 listopada i była celebrowana przez przedstawicieli władz wojskowych i państwowych obydwu krajów.

Czytelników zainteresowanych szczegółami operacji wojennej sprzed stu lat, przeprowadzonej w ramach wojny polsko–bolszewickiej, odsyłam do tego wpisu. Dzisiaj natomiast chętnie przytoczyłbym słowa marszałka Piłsudskiego, który powiedział: „Polacy chcą niepodległości, lecz pragnęliby, aby ta niepodległość kosztowała dwa grosze i dwie krople krwi. A niepodległość jest dobrem nie tylko cennym, ale bardzo kosztownym”. Przypomniano je przy odsłonięciu pomnika, bo pod Łatgale armia łotewska i polska straciły kilkuset żołnierzy, kilkuset kolejnych zostało ciężko rannych a kilkudziesięciu zaginęło. Igor Prelatov, przewodniczący Rady Miasta Daugavpils, czyli Dyneburga, wyrażając wdzięczność ludziom, którzy złożyli tę ofiarę, podkreślił , że minęło ponad 100 lat, a przedstawiciele Łotwy i Polski po raz kolejny stoją tu razem, co oznacza, że czas ich zjednoczył i współpracują ze sobą coraz bliżej. Nic nie cementuje przyjaźni narodów tak mocno, jak wspólne bitwy, wspólne straty i wspólne zwycięstwa – mówili kolejni oratorzy. Oczywiście, akcentowano również obecne, wielkie znaczenie Sojuszu NATO dla obronności Łotwy i Polski oraz fakt, że nasi żołnierze ze sobą współpracują w ramach różnych, konkretnych zadań. Polscy żołnierze są również obecni w łotewskiej grupie bojowej, aby zademonstrować nie tylko pozycję i jedność sojuszu wojskowego, ale także zjednoczenie obu narodów poprzez przyjaźń” – stwierdzono.

Pomnik dowódców kampanii Łatgale wykonano ze specjalnego metalu – cortine; autorem jest Romuald Gibovsky. Cortin nie potrzebuje malowania. Z czasem nabiera charakterystycznego, rdzawego odcienia, który pasuje do tego środowiska, pobliskiej kolei, budynków i wydarzeń z przeszłości. Koszt produkcji i montażu pomnika wyniósł ok. 20 tysięcy euro; pokrył go polski fundusz wspierający Polaków na Wschodzie.

Zdjęcia z gazety Latgales laiks.

A tu tekst po łotewsku:

Atklāts piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem

Polijas un Latvijas neatkarības gadadienas svinību ietvaros svētdien, 15. novembrī pl. 12.00, Daugavpilī, Brīvības parkā netālu no krusta kritušajiem poļu karavīriem, tika atklāts piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem – maršalam Juzefam Pilsudskim, ģenerālim Edvardam Ridzam-Smiglijam, ģenerālim Jānim Balodim un ģenerālim Pēterim Radziņam, kuri vadīja kaujas, kurās Daugavpils tika atbrīvota no lieliniekiem.

Pirms vairāk nekā simts gadiem Latgalē sākās Polijas un Latvijas armijas kopīgā uzbrukuma operācija “Ziema” ar mērķi padzīt Padomju Krievijas lieliniekus. Polijas un Latvijas valstu vadītāji secināja, ka, tikai darbojoties kopīgi, valstīm izdosies aizsargāt savu suverenitāti.

1919. gada 30. decembrī Polijas militārais atašejs Rīgā pulkvedis Aleksandrs Miškovskis, Latvijas Bruņoto spēku virspavēlnieks ģenerālis Jānis Balodis un Latvijas armijas virspavēlnieka štāba priekšnieks ģenerālis Pēteris Radziņš parakstīja vienošanos par sadarbību. Lēmumu par Polijas iesaisti karadarbībā pašos Latvijas austrumos pieņēma Polijas valsts vadītājs maršals Juzefs Pilsudskis.

3. janvārī Polijas un Latvijas spēki ģenerāļa E. Ridza-Smiglija un Latvijas armijas Galvenā štāba vadībā stājās cīņai ar iebrucēju. Kopumā kaujās iesaistījās ap 20 000 Latvijas armijas un 35 000 Polijas armijas karavīri. Gaisa temperatūra janvārī bija noslīdējusi līdz -30 °C atzīmei. Daugavpils tika atbrīvota jau pirmajā uzbrukuma dienā. (…)

“Poļi vēlas neatkarību un vēlas, lai tā maksātu tikai divus grašus un divus asins pilienus. Taču neatkarība ir ne tikai vērtīga, bet arī dārga,” kādreiz teicis Polijas armijas virspavēlnieks Juzefs Pilsudskis. Latgales atbrīvošanas kaujās Latvijas un Polijas armija zaudēja vairākus simtus karavīru, vēl vairāki simti tika smagi ievainoti, bet vairāki desmiti karavīru pazuda bez vēsts.

Daugavpils domes priekšsēdētājs Igors Prelatovs, uzrunājot klātesošos, pauda pateicību tiem, kas savulaik palīdzēja Latvijai aizstāvēt savu suverenitāti. “Ir pagājuši vairāk nekā 100 gadi un Latvijas un Polijas pārstāvji atkal stāv šeit kopā, kas nozīmē, ka laiks mūs ir apvienojis un mūs sadarbība kļūst aizvien ciešāka,” uzsvēra Igors Prelatovs.

Turpinājumā klātesošos uzrunāja arī Polijas pagaidu pilnvarotā lietvede Latvijā, konsule Malgožata Heiduka-Gromeka.

Latvijas Nacionālo Bruņoto spēku komandieris ģenerālis Raimonds Graube klātesošajiem atgādināja senu patiesību, ka nekas neuztur tautu draudzību tik stipri kā kopējas kaujas, kopēji zaudējumi un kopējas uzvaras. Turpinājumā viņš nolasīja Latvijas aizsardzības ministra Arta Pabrika vēstuli.

Zemessardzes 3. Latgales brigādes komandieris pulkvežleitnants Oskars Purmalis nolasīja NBS komandiera ģenerāļa Leonīda Kalniņa vēstuli, kurā viņš pauž pārliecību, ka Latvijas un Polijas militārā savienība nav formāls dokuments, bet gan radīta uz izcila vēsturiskas draudzības apliecinājuma. “Arī patlaban Polijas karavīri atrodas Latvijas kaujas grupas sastāvā, lai demonstrētu ne tikai militārās alianses nostāju un vienotību, bet arī abu nāciju savienību caur draudzību,” vēstulē norādījis Leonīds Kalniņš.

Pasākumā tika nolasīta arī Polijas kultūras ministra Pjotra Gļinska un Polijas armijas ģenerālštāba komandiera ģenerāļa Raimonda Andžeičaka vēstule. Pēc apsveikuma uzrunām un vēstuļu nolasīšanas Igors Prelatovs un Malgožata Heiduka-Gromeka atklāja pieminekli, kam sekoja ziedu nolikšana.

Piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem — maršalam Juzefam Pilsudskim, ģenerālim Edvardam Ridzam-Smiglijam, ģenerāim Jānim Balodim un ģenerālim Pēterim Radziņam ir izgatavots no speciāla metāla — kortēna. Tā autors ir Romualds Gibovskis.

Kortēnam nav nepieciešama krāsošana. Ar laiku tas iegūs rūsai līdzīgu nokrāsu, kas piestāvēs šai videi, tuvumā esošajam dzelzceļam, ēkām un to tālo dienu notikumiem. Pieminekļa izgatavošanas un uzstādīšanas izmaksas ir teju 20 000 eiro, tās sedz Polijas fonds, kas atbalsta Austrumu zemēs dzīvojošos poļus.

 

Burnum Burnum

Lech Milewski

26 stycznia 1988 roku Australia obchodziła uroczyście 200 lat… hmmm, trochę trudno
powiedzieć czego… Australii.
Obchody 200-lecia były huczne, pamiętam że przybył też polski statek szkoleniowy Dar
Młodzieży.
Nikt nie zauważył, że tego samego dnia, na skałach Dovru, aborygeński aktywista Burnum
Burnum ogłosił swoją deklarację: KLIK.

Oto dość swobodne tłumaczenie:

Ja, Burnum Burnum, szlachetnie urodzony mieszkaniec starożytnej Australii, biorę Anglię w
posiadanie na rzecz Ludu Aborygeńskiego.
Roszcząc sobie prawo do tej kolonialnej placówki, nie zamierzamy wyrządzić tubylcom żadnej
krzywdy, lecz wprowadzić tu dobre maniery, wytworność i dać szansę nowego startu.
Dlatego wizerunek Aborygeńskiej twarzy ukaże się na waszych monetach i znaczkach, aby
zaznaczyć naszą suwerenność w tym dominium.
Dla bardziej zaawansowanych wprowadzimy tu złożony język Pitjatjajara, nauczymy ich, jak
nawiązać duchowy kontakt z Ziemią i jak przygotować posiłek z tego, co można znaleźć w lesie..
Nie zamierzamy konserwować głów 2.000 waszych ludzi ani wystawiać publicznie szkieletów
waszych królów, jak to zrobiono z naszą królową Truganini, nie zamierzamy zatruć waszych wód, ani podrzucać wam strychniny.
Opierając się na naszej trwającej 50.000 lat tradycji, stwierdzamy konieczność zachowania rasy kaukaskiej z powodu naszego zainteresowania starożytnością i możemy chcieć zmierzyć wasze czaszki, by określić poziom inteligencji. Natomiast obiecujemy nie sterylizować waszych kobiet ani nie zabierać dzieci rodzicom.
Zobowiązujemy się nie stworzyć uzależnienia waszego społeczeństwa od rządowych zasiłków, lecz zapewnimy korzystanie z wszelkich pożytków aborygeńskiej równości.
Po dwustu latach zawrzemy z wami układ na drodze pokojowej, nie zaś przez podbicie.
Na koniec, uroczyście obiecujemy, że nie przekształcimy Anglii w kopalnię, nie będziemy eksportować Waszych minerałów do Australii, nie zniszczymy też trzech czwartych Waszych drzew, lecz poprzemy akcję Naprawy Ziemi, aby zjednoczyć ludzi, społeczności, religie i narody we wspólnym, produktywnym i pokojowym celu.

Burnum Burnum

Spójrzmy bliżej na kilka spraw —

Autor Deklaracji ​ – Burnum Burnum – urodził się w 1936 roku jako Harry Penrith. Jego rodzice zmarli, gdy był małym dzieckiem. Wiele lat spędził w rządowych domach dziecka, po czym rozpoczął pracę w urzędach rządowych.
Przyjął nazwisko swojego dziadka ze strony matki. Wyróżniał się w grze w krykieta i rugby.
W latach 60 ubiegłego wieku studiował na uniwersytecie na Tasmanii. Otrzymał stypendium W. Churchilla na studia społeczności aborygeńskich. W wieku 50 lat wystąpił w kilku filmach.
Głównym nurtem jego życia była praca w instytucjach zajmujących się sprawami Aborygenów.
Zmarł w roku 1997.

Najwięcej rozgłosu przysporzyła mu Deklaracja, będąca tematem tego wpisu.

Treść Deklaracji  – wydaje mi się, że kilka punktów zasługuje na wyjaśnienie.

* Wzięcie Australii w posiadanie ​ –
Czy Anglia wzięła Australię w posiadanie?
Z formalnego punktu widzenia sprawa nie jest oczywista.
Po pierwsze: początek sprawy to rok 1770 – wizyta kapitana Cooka.
Kapitan Cook dostał polecenie sprawdzenia, czy wielki ląd rzeczywiście istnieje, czy ma jakiś ekonomiczny potencjał i, jeśli jest zamieszkały, nawiązania kontaktu z tubylcami i za ich zgodą wzięcie w angielskie posiadanie dogodnych pozycji.
Więcej na ten temat, ale w żartobliwej formie, pisałem na tym blogu ​TUTAJ​.
W roku 1788, kapitan Filip polecił wznieść brytyjską flagę i nazwał tereny (wschodnie wybrzeże) kolonią Nowa Południowa Walia.
W następnych latach identyfikowano dalsze tereny, początkowo włączano je do Nowej
Południowej Walii, później nadano im status kolejnych kolonii. Każda miała swojego
gubernatora, który podlegał angielskiemu monarsze.
Australia jako jedna jednostka administracyjna powstała w 1900 roku, już jako niepodległe
państwo.
Warto wspomnieć, że to państwo ignorowało istnienie Aborygenów, prawa obywatelskie
uzyskali dopiero w roku 1948, prawo głosu w 1962 roku.

* Język Pitjantjatjara ​ –
Australijscy Aborygeni posługują się ponad 300 językami, język Pitjantjatjara jest drugim
najpopularniejszym – używa go około 3.100 osób.
Żaden z aborygeńskich języków nie miał swojego pisma. Języków aborygeńskich uczy się w szkołach komunalnych, od kilkunastu lat również w szkołach stanowych. W roku 2019 w stanie Wiktoria uczyło się ich 1.867 uczniów.

* 2000 aborygeńskich czaszek, królowa Truganini –
W drugiej połowie XIX wieku Australią zainteresowali się antropologowie. Przyczyniły się do tego teorie, że Aborygeni są brakującym ogniwem w łańcuchu ewolucji. W rezultacie wiele muzeów w Europie prezentowało aborygeńskie czaszki.
Istotna sprawa to fakt, że według Aborygenów zmarli powinni być pozostawieni w absolutnym spokoju. Nie powinno się wspominać ich nazwisk, ani prezentować ich wizerunków. Obecnie w czołówkach filmów wyświetlane są ostrzeżenia, jeśli ta zasada nie została zachowana.
Pod koniec XX wieku rozpoczęto energiczną akcję odzyskiwania tych “zabytków”. Najdłużej opierało się British Museum.
Truganini była córką przywódcy jednego z plemion tasmańskich. Została wykorzystana w
akcji tworzenia przez Anglików zamkniętych rezerwatów dla Aborygenów. Sama zmarła w takim rezerwacie. Wbrew jej woli jej zwłoki zostały ekshumowane i jej szkielet wystawiono w gablocie w muzeum. W 1976 roku Burnum Burnum odzyskał je i zorganizował kremację.

* Zatrucie wody, podrzucanie trucizny –
Kolonizatorzy nie próbowali nawiązać kontaktów z Aborygenami. Zajęli ziemię, a następnie, w miarę wyzwalania skazańców, przydzielali im spore działki ziemi i zostawiali wolną rękę.
Wyzwoleńcy brali się do roboty i okrutnie traktowali kogoś, kto chciał im przeszkodzić.
Do największych konfliktów doszło chyba na Tasmanii, gdzie gęstość zaludnienia zarówno
Aborygenów jak i wyzwoleńców była największa.
Tam właśnie doszło do masowego podrzucania trucizny. Anglicy widzieli tylko jedno rozwiązanie – zamknięcie Aborygenów w rezerwatach na otaczających Tasmanię wyspach.

* Zabieranie dzieci​ –
Intencje były dobre.
Angielscy kolonizatorzy a potem władze niepodległej Australii nie widzieli szansy na integrację Aborygenów. Pozostawienie ich na marginesie lub w rezerwatach oznaczało całkowite zmarnowanie dzieci.
W tej sytuacji zabranie dzieci do ośrodków wychowawczych wydawało się dobrym
rozwiązaniem.
Ośrodki zapewniały podstawową edukację i pomagały w znalezieniu zatrudnienia.

* Akcja Naprawy Ziemi​ –
Akcja znajduje się w stadium początkowym. Nie tylko w Australii.

* Sytuacja obecna –
Jest tak pokręcona, że nie czuję się na siłach jej przedstawić.
Na poziomie rządu federalnego istotna/główna sprawa to specjalne uhonorowanie Aborygenów w konstytucji. Generalnie zgodzono się, że powinno być, ale od wielu lat nie sprecyzowano, co to miałoby być.

Z wolnej stopy 20

Zbigniew Milewicz

Miało być dobrze…

Niepodległość Polski, wywalczona 102 lata temu, była jak górniczy urobek, opłacony ludzkim znojem i życiem. Można było z niego zrobić diament. Premier nowo utworzonego rządu, socjalista i piłsudczyk, Jędrzej Moraczewski z euforią wtedy pisał: Po 120 latach prysły kordony! Nie ma ich! Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili (…). Kto tych krótkich dni nie przeżył, kto nie szalał z radości w tym czasie wraz z całym narodem, ten nie dozna w swoim życiu najwyższej radości. Cztery pokolenia nadaremno na tę chwilę czekały, piąte doczekało. Od rana do wieczora gromadziły się tłumy na rynkach miast, robotnik, urzędnik porzucał pracę. Chłop porzucał rolę i leciał do miasta, na rynek dowiedzieć się, przekonać się, zobaczyć wojsko polskie, polskie napisy, orły na urzędach, rozczulano się na widok kolejarzy, ba, na widok polskich policjantów i żandarmów.

Równocześnie od pierwszych dni wolności główne siły polityczne kraju spierały się o własne zasługi w dziele odbudowy niepodległości i każda z nich inaczej przedstawiała prowadzące do niej drogi i same początki państwowości. Narodowi demokraci lansowali pogląd, według którego o swym losie polityczno-państwowym zadecydował sam naród polski, nie tylko zachowując w okresie ponad stuletniej niewoli tożsamość, ale jeszcze umacniając swe dążenia niepodległościowe i wolę odbudowy państwowości. Naturalnie, główną zasługę przypisywali sobie, dowodząc, że ich koncepcja wiązania przyszłości Polaków z polityką państw Ententy przyniosła pozytywne rezultaty. Negowali jednocześnie heroistyczno-elitarną interpretację procesu odbudowy niepodległości Polski upowszechnianą przez piłsudczyków, którzy głównie w czynie legionowym widzieli przyczynę odzyskania wolności.

Inne ugrupowania – zwłaszcza konserwatyści – uwypuklali znaczenie działań dyplomatycznych i roli mocarstw zachodnich, przede wszystkim Francji i Wielkiej Brytanii. Natomiast środowiska chrześcijańsko-demokratyczne bardziej skłaniały się do opinii narodowo-demokratycznej i zwracały uwagę na udział Kościoła katolickiego w rozbudzaniu aspiracji narodowych Polaków. Opinii tych nie podzielali  z  kolei socjaliści i ludowcy, eksponując znaczenie warstw plebejskich – robotników i włościan – jako tych, które poniosły największą ofiarę w procesie spełniania się marzeń wolnościowych wielu pokoleń Polaków. Wypisz, wymaluj spierano się o ojcostwo sukcesu, równie usilnie, jak dzisiaj o to, kto ma wypierdalać: rząd z politycznej sceny, czy demonstranci z ulicy? Do dnia dzisiejszego jeszcze wrócę, chciałem tylko zwrócić uwagę na długą tradycję brudnych walk politycznych o władzę w Polsce, których symbolem jest Targowica. Marzenie socjalisty Jędrzeja Moraczewskiego się spełniło, pozbyliśmy się cudzych pijawek, ale przecież szybko wyhodowaliśmy własne.

Zarówno pod rządami Narodowej Demokracji, jak i później sanacji rosła zasobność krajowych, gospodarczych elit, ale także proletariacka bieda i nie można jej było przypisać wyłącznie wojnie z bolszewikami. Wśród urzędników państwowych szerzyła się korupcja na taką skalę, że kodeks karny przewidywał za nią nawet karę śmierci przez rozstrzelanie. O ile się jednak nie mylę, sądy II RP (poza wojskowymi) nigdy jej w tych sprawach nie orzekły, choć nie należały do rzadkości samosądy, dokonywane przez zdesperowanych obywateli na winnych różnych nadużyć i wtedy Temida ferowała zwykle łagodne wyroki. Myślę, że rozumiem tę prawniczą wstrzemięźliwość. Sędzia sam jest urzędnikiem i gdyby tak komuś udało się go skorumpować (czysto teoretycznie oczywiście rozumując), to inny sędzia mógłby go kazać kropnąć, a znowu tego drugiego jakiś trzeci wysłałby pod ścianę… W końcu zabrakłoby sędziów. Nie po to ciężko studiowali prawo, żeby gryźć ziemię, kawior lepszy. Ich obecni następcy pewnie są podobnego zdania.

Po latach kolejnej wojny, jeszcze okrutniejszej niż pierwsza, komuna w Polsce hodowała swoje pijawki. Później miało być już tylko lepiej, a jest tak, że prawnukowie komunardów z 1905 roku formują na ulicach nowe demonstracje, w obronie swojej wolności i godności osobistej a przeciw nadużyciom obecnej władzy. Są to ludzie przeważnie młodzi, jak dawni studenci z Marca 68, których pacyfikowali milicjanci wspólnie z ORMO – ochotnikami spośród partyjnych aktywistów. Ci mają przeciw sobie oddziały policji i kiboli. Nami, z marca, kierowali tzw. komandosi z grupy Michnika, wypierdalacze robią to, czego chce PiS-owska opozycja. Osobiście jestem bezpartyjny, nie trzymam żadnej strony i nie wiem, kto wygra w tej grze, ale z dużym prawdopodobieństwem mogę wskazać przegranego – szeregowego demonstranta.

Piszę to na własnym przykładzie. Przyłożyłem się w jakimś stopniu do zmiany ustroju w Polsce, ale nigdy nie poprawiłem sobie przez to życia, wręcz przeciwnie, tylko na tym straciłem. Po 68 roku, ze stempelkiem nieprawomyślnego w papierach nie zrobiłem oszałamiającej, zawodowej kariery, a kiedy przyszedł czas Solidarności, miano mnie już za recydywistę i w końcu dostałem wilczy bilet w prasie. O Michniku tego powiedzieć nie można, ale mu nie zazdroszczę jego Wyborczej. W każdej wojnie są żołnierze, którzy w imię jakichś ideałów o coś walczą i dowódcy, którzy później odcinają sobie z tego kupony. Pierwsi nadstawiają karku, drudzy pierś pod ordery. Kiedy mój dziadek pod koniec swojego życia powiedział mi, że właściwie żałuje, że walczył w trzecim powstaniu śląskim o Polskę, nie rozumiałem tego. Tej nagłej, jak mi się wtedy wydawało, utraty etosu; dzisiaj, kiedy mam już jego lata, przypuszczam, że stopniowo dojrzewał do tego przeświadczenia, pod którym też mógłbym się podpisać.

Wspomnienia (1): Bystrzanowice

Ewa Maria Slaska:

8 listopada 2020 roku umarła po krótkiej ciężkiej chorobie moja ukochana Teściowa, Zofia Slaska.

RiP

Dziesięć lat temu, w 2010 roku, mój syn przeprowadził wywiad z Babcią i wydał go na potrzeby rodziny w kilkudziesięciu egzemplarzach. Publikowałam już tu wiele lat temu fragmenty tych rozmów, teraz postanowiłam, że przypomnę po prostu całą rozmowę, po kolei, w kilku odcinkach.


Zofia Slaska i Jacek Slaski

Opowiedz może, jak poznali się Twoi rodzice?

O tym, jak moi rodzice się poznali, to ja wiem ze starych listów, jeszcze narzeczeńskich, moich rodziców, które swojego czasu miałam i je przeczytałam (możliwe, że one jeszcze leżą u mnie w szafce, albo je już zniszczyłam – bo ja bardzo dużo listów zniszczyłam; wszystkie moje narzeczeńskie). Wiem tyle, że byli poswatani. Kuzynka mojego ojca, Godlewska, poszukiwała kogoś… żeby poznać mojego ojca, Stanisława Grabkowskiego, z jakąś wartościową panną. A moja matka – Konstancja Morawska – na pewno była wartościową panną.

Podczas wojny moja matka była najpierw z rodziną w Kijowie i nie do końca wiadomo, co tam robiła. Potem wróciła do Planty, gdzie gospodarował jej ojciec, a mój dziadek – Tadeusz Morawski. I mieszkała u ojca. Ale te dorosłe córki, co one tam miały robić? Udzielały się społecznie. Były z dobrego domu, mogły to robić.

Mama po I wojnie światowej wyjechała do Warszawy i zaangażowała się w działalność społeczną w „YWCA” (Young Women’s Christian Association). Znała angielski i została przez YWCA wysłana na kilkumiesięczny pobyt do Stanów Zjednoczonych, gdzie przeszła przeszkolenie w pracy społecznej. W latach 20 XX wieku Stany Zjednoczone już były bardzo zaawansowane w pracy społecznej. Do Stanów moja mama pojechała z dwiema koleżankami, Sapieżanką, bratanicą kardynała Adama Sapiehy, tego wspaniałego kardynała z Krakowa – ja ją też poznałam i ciociu do niej mówiłam – ciocia Bisia. A druga była Dżonka (Joanna) chyba Kossak. Nie wiem czy z tych Kossaków, potem nazywała się Skarżyńska. Moja mama też była z nią w kontakcie, jeszcze w czasie II wojny światowej. Pojechały chyba w 1920 roku. Moja mama była urodzona w roku 1888, więc miała 32 lata. Zachowały się (też są tu w szafce) pamiętniki mojej matki z jej całego pobytu w Stanach. Mam tu cały szereg listów od jej różnych podopiecznych, którymi się zajmowała. Pracowała w edukacji, przygotowywała młode kobiety do zdobywania zawodu, ale nie była nauczycielką, może je czasem czegoś uczyła, ale była raczej menadżerem, organizowała kursy dla tych kobiet.

I właśnie Warszawie, u tej cioci Godlewskiej, moi rodzice się poznali. Nie umiem powiedzieć, czy to była jesień czy zima, ale następnego roku w sierpniu, 2 sierpnia 1927 był ślub moich rodziców. Brali ślub w Krakowie, u świętej Barbary. Huczny był ślub, duży, dużo prezentów mama dostała. A w tym czasie mój ojciec objął Biórków. To znaczy administrację Biórkowa. Ja się urodziłam w dzień przed ich pierwszą rocznicą ślubu. Oboje brali ślub bardzo późno, nawet jak na dzisiejsze czasy. Moja matka miała 39 lat, jak ja się urodziłam, a mój ojciec był o 9 lat starszy. Ożenił się tak późno, bo się szalenie kochał w pewnej pannie Zofii (zresztą dlatego ja mam Zofia na imię), którą w czasie I wojny zamordowali Ukraińcy na Wołyniu.

Skąd te zainteresowania prababci pracą społeczną?

Jej babka, Łempicka, żona Morawskiego, ogromnie się angażowała w działalność społeczną na wsi, i może to ukształtowało też zaangażowanie mojej matki, Konstancji. Prababka Łempicka zajmowała się krzewieniem umiejętności, nabywaniem zawodu przez dziewczęta i kobiety na wsi, i to chyba było tak przyjęte. Tylko, że moja mama była trochę inna niż te typowe kobiety i panny z dworów, co może wynikało z jej przyjaźni z Elżbietą (Bisią) Sapieżanką z Krakowa. Bo one to już traktowały bardziej profesjonalnie. Działały w YWCA, pojechały na kursy dokształcające do Stanów, a potem po powrocie, mama wykonywała zawód pracownika społecznego, aż do wyjścia za mąż.

Gdzie prababcia spędziła dzieciństwo?

To było tak. Rodzina mieszkała wtedy w Złotym Potoku. Wtedy jeszcze rodziło się w domu. Tam też mama spędziła dzieciństwo i młodość. Moja mama I wojnę światową spędziła w Kijowie, bo rodzina Morawskich – mieszkali wtedy w majątku Planta – miała obywatelstwo austriackie. Dziadek wprawdzie pochodził z Wielkopolski, ale mieszkali całe długie lata najpierw w zaborze austriackim, w Złotym Potoku i Krakowie, a potem w Plancie, w zaborze rosyjskim. I Rosjanie, jak wybuchła wojna, wywozili tych, którzy byli obywatelami wrogiego kraju (Austria i Prusy walczyły podczas I wojny światowej z Rosją). Po wybuchu I wojny rodzina została deportowana w głąb Rosji, byli w końcu poddanymi wroga, czy to Austrii czy Prus, nawet nie wiem, ale dla Rosjan to byli obywatele wrogiego mocarstwa.

Uwięziono ich?

Nie. Nie zostali uwięzieni w Kijowie, lecz osiedleni. Wysiedlono ich w głąb Rosji, ale nie byli więźniami, mogli tam normalnie żyć i pracować. Wuj Staś, najstarszy brat mojej Mamy, który później był w Plancie, ojciec 13 dzieci, ukończył już wtedy studia i administrował majątkiem jakiegoś Polaka na terenie dzisiejszej Ukrainy, a potem w Rumunii, dokładniej – w Mołdawii. To wiem z pamiętników Morawskich.
Dopiero po 1917 roku udało im się wyjechać z Kijowa z powrotem do Polski. Wojna jeszcze trwała, ale wojska rosyjskie już zostały odepchnięte i można było próbować. Mojej rodzinie się udało. Wuj Staś przejął administrację Planty, a wszystkie córki, w tym i moja mama, a żadna z nich nie była jeszcze zamężna, szukały jakiegoś sposobu zarobkowania. Mama i ciocia Azia pojechały do Warszawy, a ciocia Zosia, później Bocheńska, pojechała na rok do swojej kuzynki Potworowskiej do Wielkopolski i tam była praktykantką.

Inni bracia, nie wiem, może coś studiowali. Oni nie mieli majątków, Złoty Potok był plenipotencją Raczyńskich, dopiero potem dziadek odziedziczył Plantę. A brat mojej matki, Edward, wżenił się w majątek, bo ożenił się z zamożną panną z domu Turnau. Mieli majątek Karmin w Wielkopolsce. Moja mama była podczas wojny w Kijowie. Czasem, jak byłam mała, opowiadała coś o tym pobycie, ale co ona tam robiła, nie wiem, może jakieś dzieci uczyła polskiego?

Prababcia była nauczycielką?

Moja mama szkoły żadnej nie kończyła. Była wyuczona w domu, ale w zakresie nauk humanistycznych była wykształcona lepiej niż ktokolwiek z nas. Znała angielski i francuski. Potem też rosyjski i oczywiście niemiecki. W domu się mówiło po polsku, ale były guwernantki, po kolei różnej narodowości. Mama była więc bardzo wszechstronnie wykształcona. Powieści, które po niej odziedziczyłam, były angielskie, francuskie. Mam ich jeszcze kilka, stare, XIX-wieczne. Ja je potem całą wojnę z rozkoszą czytałam. Bo ja też zostałam tak wykształcona, że swobodnie czytałam po francusku i po angielsku. I też mnie wykształcono w domu. Przedwojenne szkolnictwo było tak zorganizowane, że była szkoła podstawowa, cztery lata gimnazjum i dwa lata liceum, i ja dopiero liceum robiłam w szkole.

A pradziadek czyli twój ojciec?

Mój ojciec był drugim z kolei synem w rodzinie Grabkowskich. Najstarszy był Bronisław, potem on – Stanisław, potem Jerzy, a potem trzy córki: Jadwiga, Zofia i Maria. Bronisław odziedziczył Śladów, ale miał dwie lewe ręce do roboty i przetracił majątek rodzinny, albo jeszcze przed I wojną, albo w czasie wojny. Dla mojego ojca nie było już majątku, tak jak dla jego brata Jerzego i obaj studiowali. Wuj Jerzy pracował potem jako urzędnik ubezpieczeniowy w Warcie w Zamościu. Mój ojciec był po studiach rolniczych. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie na przełomie wieków i był nawet na tym weselu w Bronowicach, chyba w roku 1900, które zostało opisane przez Wyspiańskiego.

Pierwszą pracę po studiach ojciec podjął u Sapiehów w Spuszy. Mam taką książkę Edmunda Sapiehy, o jego dzieciństwie w Spuszy. Oczywiście nie mówi tam o żadnym praktykancie, który tam pracował. Zresztą to musiało być jeszcze przed jego urodzeniem, bo mój ojciec był tam na samym początku wieku. Wspaniale wspominał swój pobyt tam, polowania. A potem ojciec podjął pracę w majątku na Wołyniu i tam poznał tę pannę Zofię, nie pamiętam, jak ona się nazywała. Ojciec mojego ojca, Adam Grabkowski, ożeniony był z Teodozją Woźniakowską, siostrą dziadka Jacka Woźniakowskiego. Adam posiadał majątek Śladów koło Kazimierzy Wielkiej. W Kazimierzy znajduje się ich grobowiec. Tam też niedaleko znajduje się wieś Grabki, z której podobno wywodzą się Grabkowscy.

Mój ojciec w czasie wojny dostał się do wojska, do polskiej formacji Dowbora-Muśnickiego, która walczyła po stronie rosyjskiej. W wojsku nie zajmował się walką, tylko aprowizacją… koni. (Tu są dwa dokumenty ilustrujące pobyt ojca w wojsku – list Stefana Wielowiejskiego do ojca, że spotkał Stanisława, który jest w wojsku i jest w dobrym zdrowiu, oraz ogłoszenie gazetowe, żeby zawiadomić matkę Stanisława, Teodozję Grabkowską, że jej syn jest w wojsku.)

Oddziały Dowbora-Muśnickiego opuściły Rosję i przeszły do Polski. Po zakończonych działaniach wojennych mój ojciec wziął w zarząd folwark Mszczonów na Kielecczyźnie i zabrał do siebie matkę. Ja nie poznałam moich dziadków ze strony ojca. Dziadek zmarł jeszcze w czasie wojny, a babcia Teodozja w latach 20, dobrze przed ślubem moich rodziców. Po jakimś czasie najmłodsza siostra mojego ojca owdowiała i z dwiema córkami zamieszkała u brata w Mszczonowie. Jednak w roku 1927 właściciel Mszczonowa postanowił sprzedać folwark i wymówił umowę z ojcem. Czyli w roku, kiedy mój ojciec żenił się z moją matką, nie miał zapewnionej posady i szukał pracy. Ale wtedy właśnie umarł wujek mojego ojca, brat jego matki, Marcjan Woźniakowski.

Dziadek pisarza Jacka Woźniakowskiego?

Tak. Syn Marcjana, też zresztą Marcjan, ale nazywano go zdrobniale Ciś, studiował i poproszono mojego ojca, żeby na okres studiów Cisia, przejął w zarząd jego majątek Biórków koło Proszowic.

Aha, tam się urodził Jacek Woźniakowski i opisuje go w swojej książce.

Mój ojciec zabrał zatem żonę do Biórkowa i ja się tam urodziłam. W Biórkowie był duży dom, ale sam majątek nie był specjalnie wielki. W Małopolsce majątki nie były rozległe, duże posiadłości były na Wschodzie. Oczywiście, taki Złoty Potok, który też był w Małopolsce, był duży, ale ¾ to były lasy. Poza tym był majątek Raczyńskich, arystokracji.

W Biórkowie rodzice zajmowali górne piętro domu, na dole mieszkała wdowa po Marcjanie, Babunia, dwie jej córki, no i Ciś, jeśli przyjeżdżał do domu. Na pierwszym piętrze rodzice mieli duży salon, sypialnię i z drugiej strony korytarzyka – pokój dziecinny, w którym rezydowałam ja z nianią. Tam spędziłam całe wczesne dzieciństwo, do roku 1933. Niewiele z tego okresu pamiętam, ale zachowały się zdjęcia. Mam cały album zdjęć z Biórkowa, i wiem, że dom był kamienny, było w nim zawsze zimno, a nade mną się trzęśli – byłam jedynaczką. Moja matka poroniła jakoś tak wcześnie po mnie drugie dziecko, synka – w końcu miała już 40 lat i nie było nadziei na więcej dzieci. Miał być Józio. W każdym razie mnie wywożono do Rabki, gdzie mieszkałam z nianią w pensjonacie. Moją nianię Cicię bardzo kochałam. Naprawdę nazywała się siostra Maria, a ja nazywałam ją Cicią, bo jako dziecku nie pasowało mi słowo „siostra“. Pochodziła z jakiejś dość skromnej rodziny z Wielkopolski, ukończyła w Poznaniu szkołę, którą taki doktor założył dla opiekunek niemowląt. Cicia została ze mną długo potem, jak już nie byłam niemowlęciem.

Jak rodzice żyli w Biórkowie?

Moja matka po wyjściu za mąż wciąż jeszcze angażowała się społecznie, prowadziła kursy dla gospodyń, które uczyła haftu i robót ręcznych. Nie zajmowała się domem i nie była w pełnym tego słowa znaczeniu panią domu. Rodzice nie byli u siebie, panią domu była Babunia Woźniakowska. Gdy Ciś skończył studia, wrócił na stałe do Biórkowa, i przez pewien czas obaj gospodarowali razem z moim ojcem. Ale mój ojciec szukał już innego zatrudnienia. I wtedy zgłosił się kuzyn ojca, Szczęsny Libiszowski, który był w Złotym Potoku pełnomocnikiem pana Karola Raczyńskiego. Pan Karol bardzo lubił studiować stare księgi, a nie zajmować się gospodarką rolną, rybną i leśną. Był to ten sam zresztą Karol Raczyński, u którego, gdy był jeszcze bardzo młody, mój dziadek Morawski, ojciec mojej matki, był plenipotentem. Szczęsny mieszkał u Raczyńskiego w pięknym dużym domu. Jak moi dziadkowie tam pracowali, a Karol mieszkał bądź w Krakowie, bądź za granicą, to moi dziadkowie mieszkali w pałacu i mama się tam urodziła. Pałac w Złotym Potoku wciąż istnieje. Byłam tam mnóstwo razy, po raz pierwszy jak miałam chyba 10 lat. Nie było tam żadnych dzieci w moim wieku. Państwo Raczyńscy mieli jednego syna, który gdy wybuchła II wojna światowa, wyjechał do Hiszpanii.

Jeździłam tam przed wojną z wizytami, a po wojnie byłam tam też z moimi dziećmi, Markiem i Ewunią. Czyli ze Złotym Potokiem istniały podwójne więzi, raz przez rodzinę mojej mamy, a z drugiej strony, bo kuzyn mojego ojca tam pracował. A w roku 1933, za namową Szczęsnego, mój ojciec wziął w dzierżawę majątek Bystrzanowice (i ubezpieczał go u swojego brata w Zamościu), który należał do majątku w Złotym Potoku. Bystrzanowice leżały 8 kilometrów jazdy lasem od Złotego Potoku, w województwie częstochowskim. Ojciec prowadził tam gospodarkę rolną i hodował konie.

Jak wyglądał dzień powszedni w Bystrzanowicach?

W Bystrzanowicach był rządca, który wstawał najwcześnie ze wszystkich, bo musiał dopilnować dojenia krów i transportu mleka pociągiem do Częstochowy. W międzyczasie fornale zadawali obrok koniom i wyruszali na roboty. Myśmy byli budzeni o 7.00 rano, bo o 8.00 się zaczynały lekcje. Lekcje były oczywiście w domu, a uczyłam się czy to z Tomkiem Bocheńskim, czy to z innymi dziećmi w moim wieku, na przykład z Rozmarynką Wolską. Tomek przyjeżdżał po Bożym Narodzeniu i zostawał do końca roku szkolnego. Tak więc wstawaliśmy i jedliśmy śniadanie razem z naszą nauczycielką. Rodzice jedli osobno, ojciec wcześniej, bo o 8.00 już albo urzędował w kancelarii, albo wyjeżdżał w pole. A mama może z nami jadała, ale nie pamiętam. Na pewno mama też wstawała wcześnie. Wszyscy wstawali wcześnie. I zawsze się wstawało o 7 rano. Nawet w niedziele. Bo lekcje były od poniedziałku do soboty, a w niedzielę się jechało do kościoła na 9.00, a żeby dojechać na 9.00, trzeba było wyjechać o 8.00 rano. No chyba, że była nadzwyczajna sprawa i ktoś był przeziębiony, to nie musiał jechać w niedzielę do kościoła. W dzień normalny po śniadaniu były lekcje, a obiad był o pierwszej, albo nawet o w pół do pierwszej. Na stodole był dzwon i o 12.00 jakiś podwórzowy dzwonił, a wtedy wszyscy schodzili z pola na posiłek. Robotnicy mieszkali w czworakach i tam jedli z rodzinami, a we dworze obiad był o tej samej porze. Rządca też żywił się we dworze, ale nie jadał z nami, tylko jedna ze służących niosła mu obiad w menażkach do jego mieszkania, w takim domku, już poza podwórzem. W tym domku z jednej strony mieszkał ogrodnik z żoną i czwórką dzieci. Te dzieci to już wszystko byli dorośli ludzie. Jeden z synów ogrodnika to był stolarz i ja wciąż mam tu meble, które on wykonał. I w tym domku ogrodnika było z drugiej strony osobne wejście do mieszkania rządcy. Rządca był kawaler, dlatego miał tylko pokój i kuchnię. Nie wiem, jak ze sławojką było. W moich wspomnieniach wraca często „chatka bliźniaków”. To było właśnie tam, taki pokój, do którego się wchodziło z tej samej sionki, co do mieszkania rządcy.

W tym domku często mieszkali ojciec mojego kuzyna Stanisława Augusta i jego brat. Oni uwielbiali tam mieszkać. I tam im się nosiło śniadanie, ale już na obiad i kolację to przychodzili do dworu.

To kto siedział przy stole podczas obiadu we dworze?

Moi rodzice, nauczycielka i my. A jak byli goście, to goście.

A po obiedzie?

Po obiedzie to myśmy się kładły, Rozmarynka i ja, leżałyśmy na podłodze na dywaniku, a mamusia nam czytała. Po polsku. Mamusia uczyła nas francuskiego i religii. Reszty uczyła nas nauczycielka, cały normalny kurs szkolny. Wszystko, łącznie ze śpiewem.

Po obiedzie szło się z nauczycielką na spacer, zawsze, obowiązkowo, niezależnie od pogody. Czasem, ale to już było wielkie święto, mama szła z nami na spacer, a ojciec nigdy. Ja już wtedy umiałam jeździć konno, ale to nie zastępowało spaceru. Konno się jeździło w czasie wakacji.

Ze spaceru wracało się na podwieczorek, a od podwieczorku do kolacji, najprzód się odrabiało lekcje, a jak się odrobiło zadania, to można było się pobawić. To był czas wolny, taka rekreacja. I kolacja była o w pół do ósmej.

Słuchało się muzyki?

Był gramofon w dziecinnym pokoju. Taki na korbkę. I słuchało się płyt. Kiepury, ale były też melodie taneczne, bo uczyli nas tańca, walca, tango, lambertłoka. To mój ojciec tak zadecydował i on nas uczył tańca. Gramofon zaginął już na początku wojny, jak wyjechaliśmy na ucieczkę. Kiedy wyjechaliśmy, to w powozie był gramofon i jak nocowaliśmy w Kurozwękach, to wszystko zostało wyjęte z powozu i zaniesione do przedpokoju, a rano zapomnieliśmy go wziąć. Rodzice nie bardzo się tym przejęli, ale my, dzieci, bardzo nad tym ubolewaliśmy.

Wróćmy jeszcze do życia w Bystrzanowicach.

Gdy miałam 8 lat, czyli jak już mieszkaliśmy w Bystrzanowicach, Cicia wciąż z nami mieszkała, ale przyjechała też nauczycielka, która miała mnie uczyć. Była też jeszcze guwernantka, Francuzka. Rodzina uznała, że trzy panie do jednej małej dziewczynki to za dużo szczęścia, i Cicia pojechała opiekować się w Karminie najmłodszą siostrą wuja Kajetana Morawskiego, Anią (Anusią), która się właśnie urodziła. Okropnie to przeżywałam, bo kochałam Cicię miłością wielką. W 1938 roku, gdy Anusia miała chyba trzy latka, wujostwo Edwardowie pojechali ze starszymi synami nad morze, a Cicia z Anią przyjechały na wakacje do Bystrzanowic.

Jakie były twoje nauczycielki i guwernantki?

Te nauczycielki, Francuzki i Angielki, załatwiało się przez specjalne biuro. Często nie mówiły po polsku, np. moja Angielka mówiła po francusku, ale to starannie ukryto przede mną, żebym się uczyła angielskiego, a nie mówiła po francusku. Bo przedtem przez trzy lata była u nas mademoiselle de la Bord, która nas, mnie i taką dziewczynkę Lidzię, uczyła francuskiego, i ja w tym wieku miałam pewnie większy zasób słów po francusku niż po polsku.

Opowiedz trochę o samych Bystrzanowicach.

Bystrzanowice to była wieś i duży majątek, liczył 300 hektarów i zaliczał się do kategorii tzw. małych folwarków. Niestety ziemia była marna, same piaski, i dobrze rosły tylko kartofle. Ale już w latach 20 w Złotym Potoku, koło stacji kolejowej, bardzo rozumnie została zbudowana syropiarnia – produkowało się syrop z ziemniaków, z którego wytwarzano cukierki i mączkę ziemniaczaną czyli krochmal.

Właściwie stacja i syropiarnia znajdowały się w wiosce, która się nazywała Julianka, ale ponieważ ziemię pod stację dał majątek Złoty Potok, to stacja też się tak nazywała. Ale wioska nadal się nazywała Julianka i poczta też była Julianka.

Te ziemniaki…

Ziemniaki się kopie w październiku i zawsze była cała wielka akcja. Zwoziło się ziemniaki na pole na tyłach obory i stodół, i tam się budowało kopce. Sypanie kopców to bardzo specjalna technika. Trzeba było wykopać rowy, wyłożyć słomą, ułożyć ziemniaki, też je okryć słomą i obsypać ziemią na tyle grubo, żeby nie przemarzły. I w styczniu, ale tu już nie sklecę, musiała być temperatura poniżej 10 stopni, mój ojciec najmował z sąsiednich wiosek gospodarzy z wozami, to były takie specjalne wozy, jakby skrzynie, i przez trzy dni wywoziło się ziemniaki do syropiarni oddalonej o 13 kilometrów, czy nawet 15, bo 13 było do stacji kolejowej, a syropiarnia była dalej jeszcze niż stacja. W syropiarni podnosiło się z tyłu klapę wozu, osadzoną w łożyskachi wysypywało się ziemniaki.

Jakie było najbliższe miasto w okolicy?

Częstochowa, ale to było daleko, 30 kilometrów, dlatego wcale się tam często nie jeździło. W ogóle do dużych miast jeździło się rzadko. W 1939 roku byłam pierwszy raz w Warszawie. Mamusia zabrała tam nas, mnie i Tomka Bocheńskiego, mojego kuzyna, syna siostry mojej mamy, Zofii Bocheńskiej, z domu Morawskiej. Oni mieszkali pod Krakowem, ale jak siostra Tomka umarła, on został sam i wtedy za drogo było wujostwu mieć nauczycielkę tylko dla Tomka, żeby się uczył w domu, więc Tomek mieszkał w Bystrzanowicach i tu się uczył. Jego starsze rodzeństwo, przyrodnie, już było dorosłe. Wuj Leon był wdowcem, jak się ożenił z ciocią Zosią i Tomek miał trójkę przyrodniego rodzeństwa. Tomek przyjeżdżał do Bystrzanowic po Bożym Narodzeniu i zostawał do czerwca. Przerabiał tu swoją klasę, ale nie uczyliśmy się we dwójkę, bo ja byłam młodsza od niego. Przez pewien czas mieszkała też u nas moja kuzynka Rozmarynka Wolska, córka kuzynki mojego ojca, wnuczka poetki Maryli Wolskiej, której syn ożenił się z cioteczną siostrą mojego ojca. Mieli szóstkę dzieci, najpierw jeszcze piątkę, bo Piotruś się urodził dopiero na początku wojny. I Rozmarynka była chyba ze trzy lata w Bystrzanowicach.

Dlaczego wujek Tomek i Rozmarynka mieszkali w Bystrzanowicach?

Bo ja bym wyrosła na okropną egoistkę i rozpuszczoną – mój ojciec mnie bardzo rozpuszczał. Ale mama trzymała mnie w ryzach i dbała o to, żebym miała wokół siebie rówieśników. W moim pokoleniu niemal nie było jedynaków, nawet dwójka była dość rzadka. W rodzinach miało się dużo dzieci, troje i więcej.

Czyli pojechaliście…

Mama zabrała mnie i Tomka do Warszawy. Ale tylko raz. Za granicę, do Paryża czy Wiednia nie wyjeżdżało się w ogóle. A morze zobaczyłam chyba dopiero po I roku uniwersytetu. Takie wyjazdy były za drogie. Miałam obiecane, że chyba po 6 klasie pojadę nad morze, ale zdążyłam przed wojną skończyć tylko 5 klas. Ale jeździło się co roku. Do rodziny. Jeździło się do Planty, dopóki żyli moi dziadkowie – mama zabierała mnie, jak jechała odwiedzić rodziców. Podróżowało się pociągiem. Najpierw jechało się końmi do stacji Złoty Potok, która leżała na linii Częstochowa – Kielce, a potem koleją, do Kielc, do Krakowa. W Kielcach mieszkała siostra mojego ojca, tak że tam też się jeździło w odwiedziny. I w Kielcach trzeba się też było przesiąść, żeby pojechać do Krakowa.

O, a zimą 1938 roku dostaliśmy oboje z Tomkiem od babci Morawskiej, dziadek już nie żył, wyjazd na dwa tygodnie na narty. Mieszkaliśmy na Bukowinie, w pensjonacie. Z Tomkiem pojechała ciocia Zosia czyli jego mama, a ze mną panna Ala, moja nauczycielka. Moja Mama przyjechała na jeden dzień, jak kończył się nasz pobyt i zabrała mnie do Zakopanego, żeby się spotkać z bratową, z takim wujem „krawaciarzem” i synami Pawłem, Andrzejem i Tadziem. Panna Ala już pojechała do domu, bo przez nasz wyjazd nie miała urlopu i nie była u rodziny na święta. My z mamą z Zakopanego pojechałyśmy do Krakowa i dalej też do domu. W Krakowie było wspaniale. Mieszkało się w hotelu, chodziło do restauracji i można było samemu zamawiać. Ja zawsze zamawiałam to samo – kotlet mielony, bo to była jedyna rzecz, o której wiedziałam, że zjem. W domu też bywały kotlety mielone, ale bywały też różne niedobre rzeczy, na przykład wątróbki. Takie rzeczy, które trzeba było zjeść i nie wolno było nawet mrugnąć, ale to nie było dobre. A tam mogłam zamówić sama – kotlet mielony i lody. W Krakowie była rodzina i tam się chodziło z wizytą. Do Górskich się chodziło, do cioci Bisi Sapieżanki się chodziło i do takiej pani, panny Butrym, która była guwernantką mojej mamy, jeszcze w Złotym Potoku. Ale po sąsiedztwie niewiele się jeździło. Potem, już w czasie wojny, zdarzało mi się jeździć z moim ojcem do takich dwóch sióstr Rzewuskich, może zresztą nie nazywały się Rzewuskie, tylko jakoś inaczej. Jedna była za Grabkowskim i to było bezdzietne małżeństwo, a ta druga była za panem Szycem, który mieszkał kilkanaście kilometrów od Bystrzanowic.

Jakie jeszcze mieliście rozrywki?

Ja przed wojną byłam na dwóch wielkich imprezach rodzinnych. Jedna to był ślub mojej kuzynki, siostrzenicy mojego ojca, Teresy Wielowiejskiej, która wyszła za mąż za pana Jelskiego. Byłyśmy druhnami, trzy małe dziewczynki – dwie córki jej starszej siostry Jaskółowskie i ja. Niosłyśmy jej welon czy tren. Miałyśmy różowe sukienki i ślicznie wyglądałyśmy. A drużbami było dwóch chłopców Wielowiejskich w kontuszach. Świetnie pamiętam, że był taki osobny stół dla dzieci. To był czerwiec 1938 roku, a pierwszy syn Jelskich, Andrzej rodził się w 1939 roku pod bombami. Wesele było w Lubczy, to był wielki dwór rodziców panny młodej. W tym samym roku żeniło się też dwóch braci Teresy, ale to były śluby w Warszawie – tam nie byłam, moi rodzice jeździli.


W Bystrzanowicach, ceramika Janusz Bersz

A druga impreza to było 25-lecie moich wujostwa Adamostwa Grabkowskich, stryjecznego brata mojego ojca. To była wielka impreza, srebrne weselew Michałowie i to był chyba 1937 rok. Mój stryj Adam był plenipotentem Zamojskich w Klemensowie, w pałacu pod Zamościem. A stryjostwo mieszkali w wielkim dworze w Michałowie i tam właśnie wyprawiali swoje srebrne gody. Zamojscy też byli. Ja tam byłam najmłodsza i w dwa dni po ślubie zostałam do nich zaproszona, bo ich najmłodsza córka była niewiele starsza ode mnie. Pamiętam, że przyjechała po mnie powozikiem i zostałam zabrana do pałacu. Ja miałam 10 lat, a ona mogła mieć 12 lat. Miła dla mnie była, bardzo gościnna. Pamiętam, że pierwszy raz w życiu zobaczyłam żywe drzewka cytrynowe. To było lato i te drzewka stały w takich wielkich donicach. Zamojscy to była arystokracja, mieli wielkie posiadłości i to był bardzo uprzemysłowiony majątek, były cukrownie i gorzelnie, bo to było Lubelskie. Tam się tańczyło i owszem, ale ja po prawdzie to niewiele mogłam skorzystać z tych lekcji tańca, których udzielał mi ojciec. W czasie wojny bywały podwieczorki tańcujące u państwa Grabowskich. Pan Grabowski to był nadleśniczy w Złotym Potoku. Państwo Grabowscy mieli trzy córki, dwie starsze ode mnie i Alina – młodsza. A ja byłam przyzwyczajona do tego, że jestem najmłodsza w prawie każdym towarzystwie, bo byłam najmłodsza w całej rodzinie. Obracałam się wśród starszych i byłam „mała stara”.

Najwyraźniej pamiętam z Michałowa dwie rzeczy. Myśmy zajmowali pokój na piętrze, wchodziło się na piętro, wokół holu były pokoje gościnne, a po środku było WC. Tak im było pewnie najwygodniej poprowadzić kanalizację. A druga rzecz, że mnie ogromna krzywda spotkała. To był wielki bal, zaczynał się po kolacji i mnie mama o północy zapakowała do łóżka, a lody były o pierwszej. Nie pamiętam, czy grała orkiestra, ale te lody to pamiętam.

Często jedliście lody?

Oczywiście u nas w domu też bywały lody, robiło się lody, to była cała ceremonia. Lodówka była skrzynią, a w środku była mniejsza skrzynia. Wokół sypało się pokruszony lód. Lód przywoziło się zimą ze stawów, musiał być tęgi mróz. Lód składało się w lodowni – to był wielki dół w ziemi, taka wykopana piwnica, wyłożona słomą. Tam się ten lód sypało, przekładało też słomą, przykrywało i grubo obsypywało ziemią. I to do lata trzymało. Latem wybierało się ten lód dołem. Tam się też latem przechowywało bańki z mlekiem z wieczornego udoju. Rano, po porannym udoju, gdy mleczarek wywoził mleko na stację, to zabierał też bańki z wieczornego udoju. I to mleko dojeżdżało do mleczarni świeże.

A chodziło się do kina?

Byłam przed wojną w kinie. W Krakowie. Jechało się na egzamin po skończeniu piątej, a później szóstej klasy i u Urszulanek w Krakowie przez jeden czy dwa dni zdawało się egzaminy. To był 1937, 38 rok. W kinie byłam na filmie pt. „Ben Hur”, klasyk. To był film czarno-biały, ale z dźwiękiem. I na pewno widziałam jeszcze jakiś film z Shirley Temple. Może w Częstochowie? Byłam z mamą i z nauczycielką. I byłam w Krakowie w teatrze, na „Balladynie”. Bo to było tak, że najpierw wszyscy jechaliśmy do Krakowa, a potem my jechaliśmy dalej, np. do Łazowa do Bocheńskich, a nauczycielka jechała na wakacje do swojej rodziny.

Jak obchodziło się święta?

Na święta w Bystrzanowicach bywali goście, Morawscy, bliźniacy Morawscy, ci z Warszawy, i przyjeżdżała siostra mojego ojca. Bardzo pobożnie spędzaliśmy święta. Była duża choinka i w drugie święto była duża impreza dla dzieci z czworaków, u nas w pralni, we dworze. Ja byłam w stroju aniołka, a któryś z moich kuzynów był przebrany za św. Mikołaja i rozdawało się prezenty.

Na wigilię jadło się karpia, zupę grzybową i kluski z makiem. Nie pamiętam, czy było 12 potraw, ale na pewno były same niedobre rzeczy. Karp miał ości, zupa grzybowa niedobra, kluski z makiem bardzo niedobre. Kompot z suszeniny też niedobry. Lodów nie było. Ale prezenty były. Tylko prezenty to były bardzo skromne. Jakąś książkę się dostawało. Na imieniny też prezenty były bardzo skromne. Większy prezent dostawałam od mojej matki chrzestnej, siostry mojego ojca, tej, która z moją mamą zmarła w Oświęcimiu. Ładną sukienkę jakąś. Nie było wspólnego muzykowania ani instrumentów, ale ojciec miał dobry głos i ładnie śpiewał. Ciocia Mimi też ładnie śpiewała, więc jak było śpiewanie kolęd, to bardzo ładnie wychodziło. Kolędy również były na płytach.

Na Wielkanoc też było bardzo pobożnie i więcej było z tym zachodu, bo większe były przygotowania. Najgorsze było to, że się w Wielki Piątek piekło mazurki. I to było tak, że na stół w jadalni przynoszono wszystkie produkty potrzebne do mazurków. Mamusia miała przepisy. I my dzieci wszystko przygotowywałyśmy do kolejnych mazurków, według przepisów. Ale to był Wielki Piątek i nie wolno było łasować. Pamiętam, że się wszystko do kolejnego mazurka układało na talerzach, ale nie mąkę i cukier, tylko migdały, rodzynki. Jajek się nie malowało w obrazki, tylko były gotowane w cebuli i w czymś, co dawało zielony kolor. Jedzenie na Wielkanoc było smaczne. I Wielkanoc była wspaniała. W sobotę przyjeżdżał ksiądz święcić, ale nie jakiś tam koszyczek, tylko dwa zastawione stoły w jadalni. Na tych stołach było wszystko – baby, mazurki, wieńce kiełbas, a raz był nawet cały pieczony prosiak. Przed domem stała służba folwarczna ze swoimi koszykami i im ksiądz to też święcił. I na Wielkanoc było inaczej niż w normalne dni, bo w normalne dni nie wolno było nic podjadać, były ustalone godziny posiłków – tylko wtedy się jadło, a po obiedzie się dostawało dwa cukierki, chyba że czasem czekoladkę. A w Wielkanoc nie było obiekcji, można było między posiłkami ukroić sobie coś i zjeść.

Na imieniny mojego ojca Stanisława fornale przychodzili, z bata strzelali i później ojciec z wódką wychodził. Ale imieniny to nie były wielkie uroczystości. W lecie zawsze było mnóstwo gości. Czasem i na Wielkanoc było dużo gości. Pamiętam taką Wielkanoc, ostatnią przed wojną. Była śliczna pogoda i byli Morawscy, Stanisław August ze swoimi braćmi. I graliśmy w krykieta przed domem. Zachowały się takie fotografie. Ja byłam w mundurku szkolnym. Bo od święta i niedzieli wyjściowym strojem był mundurek szkolny – granatowa spódniczka i bluza z marynarskim kołnierzem. To było moje odświętne ubranie.

Dożynki były wspaniałe, bo na dożynki fornale przychodzili przed mszą, a dziewczyny przynosiły wieńce, i śpiewali przyśpiewki, „A ta pani nasza…“. Dziewczyny miały zapaski, takie pelerynki w paski. Ja też miałam taką zapaskę i chodziłam w niej później, jak byłam w ciąży. Służba podchodziła pod dwór, a myśmy stali na ganku, odbieraliśmy wieńce, a potem roznosiliśmy poczęstunek. Ja już też chodziłam i częstowałam, chlebem, ogórkami kiszonymi, kiełbasą. Ojciec chodził z wódką. A potem była zabawa wiejska, ale nie przed domem, tylko jakoś dalej. Grało się na harmonii i były tańce. Ale tam już myśmy nie chodzili. A w czasie wojny nie urządzało się żadnej zabawy.

Jednak główną rozrywką było czytanie. Bardzo wcześnie zaczęłam czytać sama, ale mimo to długo jeszcze nam czytano, na przykład całą „Trylogię”. Do wojny pożyczało się książki dla młodzieży z biblioteki Macierzy Szkolnej w Janowie. Na przykład 7 tomów powieści Jadwigi Łuszczewskiej (Deotymy) z epoki Bolesława Wstydliwego pt. „Branki w jasyrze”, o tym jak na Podolu Tatarzy porwali dziedziczkę i jej siostrę i wywieźli. Całe jakieś niesamowite historie, jak te kobiety zostały zarażone trądem, zostały wyrzucone przez Tatarów, wędrowały z dzwoneczkiem, żeby ludzie je omijali, i jak dotarły do Polski. W czasie wojny przywoziło się z Wierbki mnóstwo powieści, a ja też w czasie wojny zaczęłam czytać książki dla dorosłych z biblioteczki moich rodziców. A mieli oni – jak na dwór przystało – całkiem sporą bibliotekę. Czytałam „Noce i dnie”, „Chłopów”, ale też „Lato leśnych ludzi”. Pożyczało się też książki z pałacu. Stamtąd była powieść Gastona Leroux, którą czytałam po francusku „Le Fantôme de l’Opéra” („Upiór w operze”). A przed wojną dorośli mieli taką „latającą bibliotekę”, to była organizacja, którą zresztą zajmowała się ciotka mojego ojca. Dwór należał do grupy bibliotecznej i wpłacało się raz na rok jakąś określoną kwotę na zakup książek. W grupie było 12 dworów, które przekazywały sobie kolejno co miesiąc 5 książek – w obrocie było więc na rok 60 książek. I to jakoś tak było, że to, co dany dwór miał w grudniu, to już zostawało na własność. A rodzice abonowali też czasopisma, też francuskie, „Illustration“. Na pewno jakaś gazeta i był „Bluszcz”, takie damskie pismo, były tam jakieś powieści były w odcinkach, artykuły, przepisy, ja mam do dziś dnia przepisy z „Bluszczu” na mazurki. Dostawałam książki na gwiazdkę i na imieniny. Strasznie kochałam książkę Joanny Szczepańskiej „Córka kapitana okrętu” i powieści Marii Buyno-Arctowej, np. „Nasza maleńka”, jakaś jej powieść działa się w lesie, jakaś na Helu. I czytałam „Płomyczek”, takie czasopismo dla dzieci, i „Młody las”. Czytałam ten „Płomyczek” lata całe, aż później się okazało, że tam jakieś infiltracje bolszewickie są i przestano kupować. Rodzice mieli bardzo określone poglądy polityczne – w Bystrzanowicach lubiło się Piłsudskiego. Miałam lalki i jedna miała na imię Jagódka, a druga Wandzia jak żony marszałka. Sama im nadałam takie imiona, bo wciąż o nich słyszałam. Nie traktowałam tego jak poglądów politycznych, tylko jako sprawy ważne. W końcu jak Piłsudski umarł w 1935 roku to ja miałam 6 lat. Ale pamiętam z dzieciństwa, że Rosjan się nie lubiło. Chyba Austriaków bardziej się lubiło niż Rosjan i niż Prusy, oni tak nie prześladowali Polaków.

A wracając jeszcze do książek. W Złotym Potoku w administracji pracowali i mieszkali państwo Milewscy, którzy mieli trzy córki. Najstarsza była Jagoda, a druga była Hania – to jest dzisiaj pani Anna Milewska, która napisała książkę „Życie z Zawadą” – to ja ją pamiętam jako taką pięcioletnią dziewczynkę. Kiedy dziewczynki dostały wietrznej ospy czy odry, państwo Milewscy pożyczyli ode mnie dwa roczniki „Płomyczka” dla dziewczynek, bo one długo leżały i musiały coś czytać. Ale ponieważ to była choroba zakaźna, to te gazety później chyba spalono, a ja dostałam za to bardzo dużo różnych książek. I miałam też takie francuskie książki dla dzieci, które się abonowało – „Bibliotheque rose” i „Bibliotheque bleu”.

Dwór w Bystrzanowicach…

W Bystrzanowicach był prawdziwy dom, rodzice byli u siebie, mama była panią domu, zarządzała też ogrodem. Ciekawe, że ogrodnikiem w Bystrzanowicach był stary Piotr Mizgała, który był ogrodniczkiem w pałacu, gdy moja mama jako dziewczynka tam mieszkała. Został potem ogrodnikiem w pałacu, ale miał sentyment do mojej mamyi przeszedł do pracy u niej. Ogród był ogromny, miał osiem hektarów, był sad, szparagarnia, duża plantacja truskawek.

Dwór w Bystrzanowicach wciąż jeszcze stoi, byłam tam kiedyś z dziećmi, a kilka lat temu twój tata, Marek, też tam pojechał ze swoimi dziećmi. Był to duży dom murowany, który miał dziewięcioro drzwi zewnętrznych. Mieszkaliśmy tam my we troje, nauczycielka jedna, druga, a w czasie wojny mieszkała u nas masa osób: wysiedleni z Warszawy, rodzina, Hulewicze i tacy państwo Zwolińscy, których ojciec znał jeszcze z czasów jak pracował na Wołyniu. Był pan Zwoliński, wuj Leon, z synem, co córkę, Danusię, stracił w powstaniu, a ciotkę wywieźli na roboty do Niemiec, ale zostało to jakoś tak załatwione, że już na Boże Narodzenie 1944 roku wróciła.

Przed wojną rodzice prowadzili duże gospodarstwo, w samej kuchni było pięć osób służby, ale we dworze mieszkały tylko dwie. Z tego Mszczonowa, gdzie ojciec przedtem pracował, przyjechała za ojcem do Bystrzanowic jedna rodzina – Jędrzejowscy. On był inwalidą, nie miał nogi, tylko protezę. Jędrzejowski był stróżem nocnym, jego żona zajmowała się świniami i drobiem, zięć był fornalem, jeździł wozem drabiniastym, Jadzia nie pracowała, a młodsza ich córka Stefka przychodziła się bawić ze mną i Rozmarynką. Pamiętam, że urządzałyśmy przedstawienia. I cała ta rodzina przyjechała za moim ojcem, bo mój ojciec był dobrym pracodawcą, uczciwym, dobrze gospodarował, był sumienny, akuratny, nie tak jak jego brat, Bronisław.

Cd za tydzień, w następny poniedziałek

Dożynki, sukkot i 3 października

Ewa Maria Slaska

A poza tym nic na działkach się nie dzieje,
śpiewała Barbara Kraftówna.
Co niedziela działkowiczów barwny tłum,
Pośród kwiatów głośno dziecię się zaśmieje,
Bo wesoło, bo beztrosko jemu tu.
Nam też było beztrosko. Przyszliśmy na ekumeniczne święto dziękczynienia “na działkach”. Był przepiękny jesienny dzień. Wszędzie kwitły przepiękne kwiaty, dalie wielkie jak talerze, aksamitki, kosmee, cynie, róże, późne jesienne malwy i rodowa roślina rodu Slaskich czyli ślaz.
Nad jednym z sąsiednich ogródków powiewała flaga niemiecka – był 3 października i, niejako przy okazji, obchodziliśmy 30 rocznicę zjednoczenia Niemiec.

W rogu ogrodu ustawiono ołtarz dziękczynienia, pełen kwiatów, jarzyn i owoców. Każdy, kto przychodził, coś tam dostawiał. A to słoik miodu, a to konfitury, a to wspaniały ogromny chleb. Z boku na grillu ktoś smażył kiełbaski, a w budynku administracji, działkowiczki sprzedawały pyszne domowe ciasta.
Na trawie bawiły się dzieci, a pilnowali ich ojcowie. Matki siedziały przy stołach, piły kawę i rozmawiały. Dość często się to obserwuje w młodych rodzinach niemieckich. Rodzice umawiają się, kto kiedy ma dyżur przy dziecku i ojcowie bardzo poważnie traktują swoje obowiązki. Matka, nawet jeśli akurat nie wyszła na piwo albo na wykłady na uniwersytecie, nie wtrąca się w to, jak tata zajmuje się dziećmi.

 

Pastor, który odprawia nabożeństwo, nazwane jednak Andacht, czyli złączenie się w modlitwie, a nie Gottesdienst, czyli nabożeństwo sensu stricte, swoje krótkie wystąpienie poświęca życiu, bo życie to wdzięczność, życie to tragedia, życie to ciągłe zaskoczenie. W ostatnich dniach autorzy blogowych wpisów, Ela Kargol i Mietek Węglewicz, napisali, że życie to wolność, co mi bardzo odpowiada, ale nie sposób nie zgodzić się z miłym pastorem, że jest to (również) coś wspaniałego, za co musimy być wdzięczni, że życie wciąż nas zaskakuje i że, oczywiście, życie to też dramat. Dramat śmierci, niesprawiedliwości, kataklizmów, wojny, epidemii, ale też samotności, braku zrozumienia i porozumienia. Zapewne, przyznaję, dużo tu “dopisałam” do myśli pastora, ale to dlatego że jego wystąpienie “dało mi”, jak to mówiliśmy w szkole, “do myślenia”. Mottem kazania był cytat z książki Alberta Schweitzera, który, jako ewangelik, nie może zostać uznany za świętego, ale, powiedział pastor, gdyby ewangelicy uznawali świętych, to Schweitzer na pewno by nim został. „Jestem życiem, które pragnie żyć, pośród życia, które pragnie żyć”. To najsłynniejsze zdanie Schweitzera oznacza, że cześć dla życia wymaga szacunku dla ludzi, zwierząt i roślin. A może i dla Ziemi, myślę, przypominając sobie niedawne rozmowy z moimi bardzo młodymi przyjaciółmi o teorii Jamesa Lovelocka. Ziemia, czyli Gaja, też jest żywym organizmem.

I też nie możemy jej krzywdzić.

Dyskretnie sprawdzam w komórce, co każdy z nas powinien wiedzieć Schweitzerze. Urodził się w roku 1875 w Niemczech, zmarł w Gabonie w roku 1965. Był filozofem, teologiem, lekarzem, organistą, jednym z najlepszych znawców Bacha na świecie. Pacyfista, działacz społeczny, prekursor ekologii, laureat nagrody Nobla, jeden z najważniejszych myślicieli XX wieku.

Po chwili namysłu oceniam, że Lovelock, choć pastor o nim nie wspomniał, też jednak zasługuje na wspomnienie tu. Z głowy pamiętam, że ma 101 lat, wciąż jeszcze żyje, jest Anglikiem, stworzył teorię żywej Ziemi, jego wynalazki znajdują zastosowanie w rakietach kosmicznych, a obecnie zajmuje się sztuczną inteligencją.

Niezwykli faceci. Jak się o nich myśli, to może fakt, że w historii liczą się tylko biali starzy faceci, przestaje aż tak uwierać. Polski zespół Łąki Łan nagrał piosenkę o Lovelocku,

a tu Albert Schweitzer gra Jana Sebastiana Bacha.

I na zakończenie – 2 października 2020 roku się zaczęło, 7 się skończy – radosne żydowskie święto zbiorów, Sukkot.

ARU

AutonomeRepublikUtopia

Ewa Maria Slaska

Kurz bevor die Deutsche Demokratische Republik Geschichte sein würde, wurde am 2. Oktober um 23.53 Uhr am Kollwitzplatz die Autonome Republik Utopia ins Leben gerufen. „Das war für uns ein symbolischer Akt“, sagt eine der Initiatoren, Julia Dimitroff heute. „Wir traten aus der DDR aus, aber wir traten nicht der Bundesrepublik bei. (…) Wir haben das Klettergerüst erklommen, ein weißes Bettlaken mit einem Loch in der Mitte gehisst und die Unabhängigkeitserklärung verlesen“.

Für eine Nacht gab es weder Zeit noch Raum. Utopia halt.

In der Erklärung der ARU (Autonome Republik UTOPIA) hieß es: „Wir sind unabhängig von Staaten und Staatsbürgerschaften, unabhängig von der Politik der Parlamente und Parteien. Die Unabhängigkeit aber fängt im Inneren jedes Kindes, jeder Frau und jedes Mannes an. So wie die Freiheit und so wie der Widerstand. In jedem Herzen steckt eine revolutionäre Zelle.“

So begann der Tag, den viele willkomen hießen, viele aber zutiefst ablehnten. Nicht umsonst hiess damals der Tag der Deutschen Einheit auch der Tag der deutschen Gemeinheit oder der deutschen Depression. Es gab einen Riesenfeier vor dem Brandenburger Tor, aber viele von uns wollten nicht hin. „Alle Hoffnung auf Veränderung wurde an diesem Tag eingefroren, die Aufbruchstimmung, die das Land im Herbst 1989 erfasst hatte, war schon lange hin.” sagte Uwe Rada, dem taz-Publizist, einer der damaligen Oppositionellen aus der DDR.
Die Zeit der Utopie ist sehr kurz gewesen. Symbolisch dauerte sie nur eine Nacht. Wie lange dauerte sie praktisch? Na ja, nicht viel länger als der Sancho Pansa auf seiner Insel Barataria regierte. Bei ihm dauerte es zehn Tage. Und bei uns? Für viele war es, obwohl doch nicht symbolisch, auch nur eine Nacht, allerdings nicht die der Vereinigung, sondern für die aus der DDR wahrscheinlich nur diese eine Nacht als sie am 9. November ungehindert an Kontrollpunkte der DDR in die freie Welt kamen. Für uns, Leute aus Westberlin, war es die Nacht, als der erste Teil Mauer runterfiel (gefallen von den DDR-Grenzsoldaten! – man muß es vollschmecken). Es war ein Freitag mit unglaublich großen Vollmond, es war fürchterlich kalt, aber die Stimmung auf den beiden Seiten der Mauer war unglaublich!

Das Beste, was die deutsche Literatur bis heute über diese Zeit hervorgebracht hat, ist, meine Meinung nach, der langatmiger, langweiliger, grandiöser Roman von Günther Grass – Das weite Feld. Grass äußere sich darin vehement gegen die deutsche Wiedervereinigung und dies hat vielen uns damals sehr gut gefallen. Wir glaubten nicht daran. Wir sehnten uns auf unsere Westberliner-Insel zurück. Der Rausch war vorbei, der Sommer der Anarchie, die Zeit zwischen Noch und Schon – endgültig vorbei.

Ganz im Sinne von Grass gingen wir an dem Tag Pilze sammeln, um sie am Abend gemeinsam zu braten und essen, und Scrabble spielen. Bloss nicht darüber zu denken, was jetzt beginnen wird.

In der Stadt ging aber interessant vor sich, was wir, Parasole essend, nicht wahr nahmen (und nicht wahr nehmen wollten). Am Alexanderplatz sammelten sich 15.000 Leute zur großen Anti-Wiedervereinigungs-Demo. Es flogen Steine, die West-Polizei, die das erste Mal den Ostdeutschen-Boden betrat, knüppelte, die Demo wurde aufgelöst. Es war die erste gesamtdeutsche Straßenschlacht in Berlin. Schaufenster wurden geschlagen, 200 Leute festgenommen. Die taz, schrieb Rada, titelte: „Glassplitter auf deutscher Einheitstorte“.

Die ARU – Autonome Republik UTOPIA – ist zerstört worden, bevor sie überhaupt entstehen konnte.

Reblog Rosh Hashana Mazel Tov

Konrad Sałagan

Akedat Jicchak

Jutro Rosz Haszana – żydowski Nowy Rok 5787. שנה טובה ומתוקה  schana tova u’metuka.

Rosz Haszana nawiązuje do narodzin i poświęcenia Izaaka (Akedat Jicchak), przede wszystkim jednak jest to święto upamiętniające zakończenie boskiego aktu stwórczego, jego szósty dzień, w którym stworzony został człowiek.

Nowy Rok obchodzony jest zupełnie inaczej niż Nowy Rok w większości kultur. Nie jest okazją do radosnej celebracji, alkoholu i zabawy. Jest Dniem Sądu. Przygotowania do tego dnia polegają na analizowaniu własnych uczynków, szczególnie tych złych – skierowanych przeciwko ludziom i Bogu. Celem etycznym Rosz Haszana i następującego po nim (dziesiątego dnia tiszri) Jom Kipur jest analizowanie własnego życia, dostrzeżenie win, okazanie skruchy, przebłaganie Boga i skrzywdzonych bliźnich. Jest szczególną cechą judaizmu, że Nowy Rok staje się okazją do rozliczenia swojego życia, ocenienia własnej postawy wobec Boga i ludzi.

Zadałam autorowi pytanie, co ostatnio pisze. Przyszła odpowiedź, a do niej jeszcze dwuczęściowe wyjaśnienie

Wyjaśnienie I

Ewo

ten tekst, czyli post, napisałem
dla Ciebie – może, by Cię trochę
zainspirować.

Ciebie da się tak inspirować, bo jesteś
człowiekiem księgi i książki. A takich
ludzi jest coraz mniej na świecie.

Jeśli tak uważasz, Ewo, opublikuj ten
tekst na twoim blogu.

Proszę tylko zachowaj formatowanie tego
tekstu – właśnie w smukłej kolumnie
w dół; tak, jak rozkładają się wersy poezji.
Zresztą, za tym tekstem, jak za zasłoną,
ukrywa się tchnienie poetyckiej inspiracji.

***

Co piszę?

Ewo

pisałem od końcowych dni lipca 2017 r.
poema o Powstańcach Warszawy 44 r.,
mając w zamiarze również pisanie
o Powstańcach Warszawy 43 r.
w Getcie (także o symbolu tego powstania,
symbolu wolności, rabinie Menachemie
Ziębie). Szukałem połączenia tych dwóch
Powstań Warszawy. Ale przerwałem.

W sierpniu 2017 r. w Warszawie na Żoliborzu
przypadkowo spotkałem Jerzego Maksymiuka.
Może to nie był przypadek. Między nami
wywiązała się rozmowa – między innymi
przestrzegł mnie przed “mitologizacją”
Powstania Warszawskiego. Dał przykład
z podobnego zamiaru twórczego
Krzysztofa Pendereckiego z końca lat 60
XX w. Przestrzegł, że pisząc poema
o Powstaniu Warszawskim 44 r.,
sprowadzę na siebie nieopacznie “sprawy
niezałatwione panoszącej się nad
Warszawą bestii, jeszcze teraz” – coś w tym
stylu. Penderecki w tamtych latach (latach 60)
ponoć popadł przy pisaniu takiej muzyki
w ciężką depresję. I nie napisał.

Nie posłuchałem od razu sugestii Jerzego Maksymiuka
i dalej pisałem poema we wspomnianym temacie.
No, ale gdy zacząłem “ostro odjeżdżać” jak przy
psychodelicznej grze komputerowej (np. przy
Morrowind), dałem spokój.

Z zasady jestem przeciwnikiem wszelkiego
mesjanizmu – więc dałem spokój. Pytanie
o człowieczeństwo. Ile istot ludzkich obchodzi
idea człowieka? Przedtem lub teraz w kręgach
Hadesu. Czytam opowiadanie Stanisława Lema
“Kongres Futurologiczny. Ze wspomnień Iliona Tichego”.
Taka powtórka z lektury.

Choć dalej marzy mi się posąg rabina Menachema Zięby
w Warszawie, w miejscu gdzie zginął, biegnący
ze Zwojami Tory. Bez naszywki żółtej gwiazdy tak,
jak zwykle się nosił rabin Menachem Zięba,
godny obywatel Rzeczpospolitej. A zarazem “mój”
symbol Wolności.

W te dni pospolite, gdy świat chybocze się nad
przepaścią (co jest chyba stałym elementem
gry – od zarania); wypijam oceany zielonej
herbaty tu w Warszawie, w lokum na Bielanach
warszawskich; na przełomie sierpnia a września
2017 r.

***

Wyjaśnienie II

Polacy i Polacy izraelskiego pochodzenia
nie wiedzą kim był rabin Menachem Zięba
– w ogóle nie znają tej osoby.

Angielski tekst biografii rabina Menachema Zięby
na Wikipedii, mówiąc delikatnie, ma zasadnicze
błędy. Ale dobrze, że jest.

Najwięcej i najsensowniej można poznać działalność
rabina Menachema Zięby w Żydowskim Instytucie
Historycznym w Warszawie (ul. Tłomackie 3/4)
– np. o jego zasadniczej roli w Powstaniu Getta
Warszawskiego 43 r. Piszę o tym na wszelki wypadek.

Nieprawdą jest, że Kościół Katolicki nie chciał
go wyciągnąć z Getta (ale naukowe organizacje
międzynarodowe również chciały go uchronić
wraz z rodziną od śmierci) – rabin Menachem Zięba
odmówił, a jego rodzina również. Odpowiadał wciąż
z uporem, że w takiej chwili musi zostać ze swoimi.

Właśnie rabin, jeden z największych rabinów w historii
Izraela, rabin i chasyd, zsakralizował walkę Żydów,
obywateli Rzeczpospolitej, o wolność i prawo do życia.

Niemcy podpalili budynek, gdzie rezydował (a nie
ukrywał się) – i rabin Menachem Zięba wybiegł
ratując swego wnuka i Zwoje Tory w drugiej ręce.
I Niemcy go zabili.

Wybacz długi post, ale musiałem kilka spraw wyjaśnić.
Dla mnie postawa rabina i chasyda Menachema Zięby
jest kluczowa wobec bestii – jakiejkolwiek nacji.
To był ten szczególny wyjątek od reguły ahinsy.

Mięliśmy jeszcze w miarę dobrą sytuację, lat 1981-1989,
że walczyliśmy metodą Mahatma Gandhiego – przede wszystkim
wolnym słowem i pomocą dla prześladowanych.

PS. Gdy postawią pomnik Menachema Zięby
w Warszawie, “dobiegną końca” Powstania: 43 i 44,
tam w górze nad Warszawą – jak mi się wydaje.
Ot, poetycka intuicja.

Жыве Беларусь!

Pieśń solidarności z narodem Białorusi w wykonaniu z 15 września 2020 roku, publikowana tu dziś w rocznicę napaści związku Radzieckiego na Polskę, z nadzieją, że Жыве Беларусь! Zwrotki śpiewane po polsku, refren po białorusku. Za śpiewanie tej piosenki na Białorusi grozi do 5 lat więzienia.

Słowa: Brom
Melodia i wykonanie: Ryszard Maczel i Krzysztof Malinowski

Жыве Беларусь

Zostało dwóch na placu boju
Białoruś walczy dla przyszłości
Już czas rozliczyć Łukaszenkę!
Nareszcie powiał wiatr wolności

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew.

Ды ёсць надзея у мяне
Я бачу беларускі гнеў
Мы скажам Бацьку разам “Не”
Не пойдзем у ягоны хлеў.

“Żywie Bieloruś” krzyczą ulice
Dzisiaj jest szansa na normalność
Wygrajcie bracia z “Baćką”, gdyż
W was żyje jedność, solidarność.

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew

Zostało wam ostatnie koło
Pięćdziesiąt procent pół na pół
Odziana w godność praworządność
Lub zniewolenie, bezprawia muł

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że, wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew

Słowiańska duszo, w Tobie jutro
Twój głos, to droga ku wolności
Od tego jak postąpisz dziś
Zależy przyszłość potomności.

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że, wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew

Ды ёсць надзея у мяне
Я бачу беларускі гнеў
Мы скажам Бацьку разам “Не”
Не пойдзем у ягоны хлеў.

Wy wciąż nadzieję jeszcze macie
Na życie w wolnej Białorusi
Lecz by tak było, tak się stało
Krwawy dyktator odejść musi.

Надзея ў вас яшчэ не згасла
На шчасце вашай Беларусі
На шчасце вашай Беларусі
Рэжым крывавы знікнуць мусіць.

“To ja wymyśliłem nowoczesność”

Ewa Maria Slaska

Tesla, nieoczywista ikona popkultury

Sformułowanie “nieoczywista ikona” zaczerpnęłam z artykułu Jakuba Demiańczuka, opublikowanego tydzień temu w Polityce (niestety poza poniższym cytatem przeczytać go mogą tylko ci, którzy wykupili prenumeratę).

Genialny serbski wynalazca, przez lata zapomniany, stał się dziś nieoczywistą ikoną kultury popularnej. Gdyby ktoś pokusił się o napisanie biografii Nikoli Tesli opartej wyłącznie na powieściach fantastycznych, komiksach, filmach i grach wideo, okazałoby się, że Serb był nie tylko błyskotliwym wynalazcą. Na zlecenie cara badał tajemnicę meteorytu tunguskiego. Wraz z Marią Curie, Zygmuntem Freudem i Karolem Darwinem tworzył grupę naukowców superbohaterów walczących ze złem. Konstruował roboty i był członkiem tajnych stowarzyszeń. Walczył ze złem u boku Sherlocka Holmesa i Supermana. Poleciał nawet na Marsa w towarzystwie Marka Twaina i słynnego iluzjonisty Harry’ego Houdiniego.

W dalszej części tekstu pojawi się termin “teslomania”. Tym samym dowiedziałam się, że moje zainteresowanie Teslą wcale nie jest moje, a Tesla nie jest osobą, a częścią popkultury. Zobaczyłam też, że właśnie wszedł na ekrany film pt. Tesla. Zaprawdę, powiadam wam, nie ma się co silić na oryginalność.

Nie wiem, może mi się wydaje, ale pierwszy raz świadomie przeczytałam o Tesli w powieści Dukaja, Lód. Był rok 2007. To niezwykła książka, być może najlepsza nowoczesna powieść polska, nie skoncentrowana na cierpiącym polskim Ja i nieszczęsnym bolesnym kompleksie polskim. Ta powieść powinna była zmienić Polskę, a udało jej się zmienić tylko mnie, moje animozje i upodobania. Prawdziwą bohaterką powieści jest bowiem Syberia, kraina, która wcześniej budziła we mnie niechęć, zwykłam nawet byłam mówić, że po co my, Polacy, mamy jeździć na Syberię za własne pieniądze, skoro prędzej czy później Rosjanie i tak nas wszystkich tam wyślą za darmo. Od czasu lektury Lodu Syberia stała się jednak moją skrytą tęsknotą. Marzyło mi się, że pojechałabym do pracy np. do Omska. Nic zresztą nie robiłam w tym kierunku, nie ruszyłam się z miejsca, tylko czas posunął się do przodu i już nikt nie przyjmie mnie do pracy, nie tylko w Omsku czy Irkucku. W międzyczasie zresztą Syberia się ogrzała i spłonęła, i już nic nie pozostało z zimnego kraju, dokąd zesłano mojego wujecznego pradziadka, Feliksa, w którym z lodu Dukaja wstają potworne lute, a ludzie jak Aleister Crowley potrafią poruszać się pod ziemią, wędrując przez wieczną zmarzlinę.

No, ale Tesla, Tesla… Co ja na miłość boską wiedziałam o nim przed Dukajem? Elektryczność, prąd zmienny, emigrant. Fantastyczny facet. Prawdziwy nowoczesny człowiek. A co wiem teraz, zanim jeszcze pójdę do kina? Przeczytałam jeden artykuł, obejrzałam jeden film dokumentalny i wiem, że jego postać wchłonął i pożarł Elon Musk, który założył fantastyczną firmę PayPal (korzystam z niej bez przerwy), chce zrealizować Kroniki marsjańskie Raya Bradbury’ego i buduje w Brandenburgii gigafabrykę, jakiej jeszcze świat nie widział (a na pewno Brandenburgia nie widziała), a i tak go nie lubię. Nie lubię go za wiele rzeczy, ale najbardziej chyba za to, że wyciera sobie pysk Teslą, jakby to była ściereczka irchowa.

Występują: Ethan Hawke, Kyle Maclachlan, Eve Hewson
Reżyseria: Michael Almereyda

***
Film jest marny i kręci się w kółko wokół tezy, że Tesla jest genialny, czego jednak nie udaje się pokazać, trzeba po prostu wierzyć w to, co słyszymy. Ethan Hawke gra jak kij od miotły i ma tylko dwie miny do dyspozycji, smutną i bardzo smutną. Gdy gra młodego Teslę, jest już zawczasu stary i pofałdowany, jak ma być naprawdę stary, to, wciąż pofałdowany, wygląda jeszcze dość młodo. W pewnym momencie, nie wiadomo dlaczego, wszyscy jeżdżą na wrotkach. Piękna Eve Hewson, która gra zakochaną w Tesli córkę J. P. Morgana, miliardera z brzydkim nosem, odkochuje się nie wiadomo dlaczego, może z zazdrości o Sarę Bernhardt, ale nie jest to jasne. Tesla jest wizjonerem i robi wynalazki, ale właściwie wcale nie wiadomo jakie, a im bliżej końca filmu, tym bardziej jego opowieści o wynalazkach przypominają majaczenie wariata. I z takim uczuciem wychodzimy z kina – Tesla to był szurnięty maniak, który na pustyni przy pomocy złotej kuli zdołał wyprodukować błyskawice.
A więc, jeśli chcecie dowiedziec się czegoś o Tesli, to obejrzyjcie na youtubie ten film i nie  zawracajcie sobie głowy kinem.

Reblog: Die älteste Pandemie der Menschengeschichte

Für diejenige, die meinen, es wäre Zeit, dass diese verdammte Pandemie schon endlich endet! Sieben Monate! Es reicht! Och je! Die älteste Pandemie, die die Menscheit fast halbierte, dauerte Sieben Hundert Jahre!
Bleiben Sie gesund!

spektrum.de 

Hubert Filser

Steinzeitpest

Im 4. und 3. Jahrtausend v. Chr. schrumpfte Europas Bevölkerung rapide. Genetiker sind überzeugt: Die Pest hatte gewütet, die zuvor noch in der Schwarzmeersteppe umgegangen war. © AKG Images / De Agostini Picture Lib. / G. Dagli Orti (Ausschnitt)

Irgendetwas Dramatisches muss vor rund 5000 Jahren in Mitteleuropa geschehen sein, vielleicht auch schon einige hundert Jahre zuvor. Nur so viel ist sicher: Für die Zeit von 3500 bis 2800 v. Chr. haben Archäologen kaum Bestattungen dokumentiert. Auch Spuren großer Siedlungen fehlen. Es scheint, als seien zuvor kultivierte Landschaften schlagartig menschenleer geworden. Nichts deutet dabei auf kriegerische Ereignisse oder gewaltsame Konflikte unter den neolithischen Bauern hin. Archäologen rätseln, was damals passiert ist.

Neue genetische Untersuchungen legen nahe, dass der Schlüssel zu diesem Rätsel im Osten Europas liegen könnte. In den weiten Landschaften vom Ural bis zu den Karpaten und zum Kaukasus im Süden lebten damals mobile Viehzüchter, die auf ihren gezähmten Pferden Rinder, Schafe und Ziegen über die Steppen getrieben haben. Von dieser so genannten Jamnaja-Kultur kennen Archäologen bis heute praktisch keine Siedlungen. Nur Gräber. Hunderttausende von Grabhügeln, die vorwiegend aus der Zeit von vor 3600 bis 2300 v. Chr. stammen.

In einigen Jamnaja-Gräbern entdeckte Johannes Krause jüngst Hinweise, die ein neues Licht auf die Ereignisse in Mitteleuropa werfen: Der Direktor der Abteilung für Archäogenetik am Max-Planck-Institut für Menschheitsgeschichte in Jena und sein internationales Team fanden heraus, dass einige der Toten eine frühe Form des Pestbakteriums in sich trugen. Die Forscher fragten sich, ob es nicht sein könnte, dass der Erreger auch nach Mitteleuropa gelangt war.

Der Weg der Pest nach Europa

Der bislang älteste Nachweis von Yersinia pestis ist rund 4900 Jahre alt und stammt aus einem Grab im russischen Nordwestkaukasus. Weitere, nur unwesentlich jüngere Spuren des Erregers fanden die Forscher im Altai-Gebirge, sie sind 4800 Jahre alt. Genetisch sind die Bakterien eng miteinander verwandt. »Noch kennen wir den tatsächlichen Ursprungsort für die Steinzeitpest nicht, wahrscheinlich lag er in Zentralasien«, sagt Krause. »Wir wissen aber, dass die Erreger erstmals vor rund 5500 Jahren auftauchten.« Das ergaben molekulargenetische Berechnungen. Anhand der Mutationsrate des Krankheitskeims können die Forscher dessen Abstammungsgeschichte rekonstruieren. Darüber hinaus stellte Krause fest: »Alle bekannten Typen dieses Bakteriums gehen genetisch auf einen gemeinsamen Vorfahren zurück.« Inzwischen haben Forscher für die Bronzezeit die Bakterien in ganz Europa nachgewiesen, von der Iberischen Halbinsel bis zum Baikalsee. »Die Steinzeitpest war die erste Pandemie der Menschheitsgeschichte«, sagt Krause.
Von Mensch zu Mensch übertrug sich die Steinzeitpest vermutlich über Tröpfcheninfektion – eine Lungenerkrankung, die noch gefährlicher war als die spätere von Nagetieren übertragene Beulenpest
Der dänische Archäologe Kristian Kristiansen von der Universität Göteborg vertritt eine andere Theorie. Er setzt den Ursprung der Steinzeitpest bereits vor etwa 5800 Jahren an. Zu jener Zeit lebten die Menschen der so genannten Cucuteni-Tripolje-Kultur in der Region der heutigen Ukraine. Sie gründeten dort bis zu 15 000 Einwohner fassende Megasiedlungen, die »möglicherweise auf Grund der Pest«, so Kristiansen, noch im 4. Jahrtausend v. Chr. niedergebrannt wurden. Von dort habe sich der Erreger nach Westen ausgebreitet, davon ist der Forscher überzeugt.

Der bislang einzige frühe Nachweis des Pesterregers bei Menschen außerhalb der Jamnaja-Kultur stammt aus Westschweden: Es handelt sich um eine Grablege mit zahlreichen Skeletten mittelneolithischer Bauern aus der Zeit um 2900 v. Chr. Kristiansen nennt den Fund die »Mutter aller späteren Pesterregerstämme«, der einen großen Teil der neolithischen Bevölkerung vom Norden Europas ausgehend auslöschte. Dieses Ereignis habe am Ende der Steinzeit um 2800 v. Chr. einen radikalen Umbruch eingeleitet: Es hätte für die Steppenreiter den Weg nach Europa geebnet. Sie hätten demnach von der Pest profitiert, sie aber nicht eingeschleppt. Johannes Krause widerspricht dieser Idee. Für ihn fehlen immer noch stichhaltige Belege. »Das ist genetisch ein völlig anderer Peststamm, der für die steinzeitliche Pandemie in Mitteleuropa keine Rolle spielte«, sagt Krause. Zudem sei Yersinia pestis bisher in den Siedlungen der Cucuteni-Tripolje-Kultur nicht nachgewiesen.
Der Stammbaum des Erregers
Die todbringenden Bakterien spalteten sich einst vom harmlosen Bakterium Yersinia pseudotuberculosis ab und wurden vor rund 30 000 Jahren in Nagern heimisch – bis sie vermutlich irgendwo in den eurasischen Steppenlandschaften von den Tieren auf den Menschen übersprangen. »Die genauen Übertragungswege kennen wir noch nicht«, sagt Krause. Zehntausende von Jahren war der Mensch zwar potenzieller Wirt, aber kein besonders viel versprechender. Denn innerhalb einer Gruppe Jäger und Sammler konnte er sich zwar verbreiten, doch er hatte nur wenig Gelegenheit, auch andere der weit umherziehenden Wildbeutergemeinschaften zu infizieren. Erst mit dem vermehrten Kontakt zwischen Menschengruppen und dem engeren Zusammenleben mit domestizierten Tieren, die ein Erregerreservoir gebildet haben könnten, änderte sich das.

© Landesamt für Denkmalpflege und Archäologie Sachsen-Anhalt / Juraj Lipták (Ausschnitt)

Schleifarbeit | Die geschliffene Axt aus Schiefergestein ist charakteristisch für die Schnurkeramikkultur des 3. Jahrtausends v. Chr. Der Fund stammt aus Mitteldeutschland.
Nur welches Tier käme als Zwischenwirt in Frage? »Wir haben hier die Vorläufer der Przewalski-Pferde im Verdacht, auf denen die Steppenreiter tagtäglich unterwegs waren«, sagt Krause. Lange Zeit war die Forschergemeinschaft davon überzeugt: Die heutigen Przewalski-Pferde in der mongolischen Steppe sind die letzten Wildpferde der Erde. Doch 2018 ergab eine Genstudie: Sie sind verwilderte Hauspferde, die Nomaden vor 5500 Jahren in der eurasischen Steppe gebändigt hatten. Aber diese Tiere waren nicht die Vorfahren unserer heutigen Pferde – bisher ist immer noch unklar, wo der Stammvater der Reittiere lebte. Vielleicht auch, weil die frühen gezähmten Steppenpferde vermehrt der Pest zum Opfer fielen? Krause zumindest hält einiges von dieser These.

Keine Beulen-, sondern eine Lungenpest

Von Mensch zu Mensch übertrug sich die Steinzeitpest vermutlich über Tröpfcheninfektion. Sie war also eine Lungenerkrankung, die sogar noch gefährlicher war als die spätere von Nagetieren übertragene Beulenpest, die sich über Flohbisse verbreitete. Kristiansen geht davon aus, dass sich die damalige Bevölkerung Europas von geschätzt acht Millionen Einwohnern mehr als halbierte.

Die Suche nach dem Schicksal dieser Menschen erhielt durch den jungen Zweig der Archäogenetik einen enormen Schub. Die neuesten Sequenzierungstechnologien erlauben es, schnell und kostengünstig die Überreste prähistorischer Menschen zu untersuchen. Für die Analyse uralter Genome brauchen Forscher nur wenige Milligramm Knochen- oder Zahnmaterial. Aus darin über Jahrtausende erhaltener DNA können sie nicht nur wichtige genetische Informationen über Herkunft, Augenfarbe oder Hinweise auf Laktoseintoleranz gewinnen, sie finden auch Spuren von Erregern wie Salmonellen – oder eben der Pest.

Das Pandemieszenario ist zwar nur eines von mehreren, denn auch ein Klimawandel könnte für schlechte Ernten und Hungersnöte bei den neolithischen Bauern gesorgt haben. Doch wo sind all die Toten hin? Gerade die geringe Zahl von Skelettfunden zwischen 3500 und 2800 v. Chr. wertet Krause als Indiz, dass die Pest wütete. »Vielleicht fingen die Menschen in dieser Zeit an, ihre Toten zu verbrennen, um so der Gefahr aus dem Weg zu gehen, die von den Leichen ausging«, vermutet Krause. Oder sie ließen die todbringenden Körper einfach liegen, ohne sie zu bestatten.

Männer sind nicht mehr die, die sie mal waren

Archäologische Nachweise für diese Theorie gibt es noch keine, doch die Genetiker spürten einen weiteren Hinweis auf: »Wir sehen in den genetischen Daten, dass es vor rund 5000 Jahren praktisch einen kompletten Bevölkerungsaustausch in Mitteleuropa gegeben haben muss – vor allem bei den Männern«, sagt Krause. Die Gene der Jamnaja-Kultur verdrängten in Europa bis zu 95 Prozent des Erbguts der männlichen Bevölkerung. Der große Teil heute lebender männlicher Mitteleuropäer trägt ein Y-Chromosom, das von diesen Steppennomaden stammt.
Was damals genau passierte, ist aus archäologischer Sicht immer noch ein Rätsel. Haben die berittenen Viehhirten den Tod nach Mitteleuropa gebracht, als sie vor rund 4800 Jahren in kleinen, mobilen Gruppen mit ihren Pferden und Wagen ankamen? Und waren sie selbst womöglich schon immun, nicht aber die einheimischen Bauern? Oder gibt es noch eine andere Erklärung?

© Landesamt für Denkmalpflege und Archäologie Sachsen-Anhalt / Juraj Lipták (Ausschnitt)

Schnurkeramik. Die Töpfer der späten Jungsteinzeit haben die Ornamente mit Schnüren in den Ton gedrückt, wie bei diesem kugeligen Becher mit zylinderförmigen Hals. Das Gefäß aus Sachsen-Anhalt ist typisch für die Schnurkeramikkultur.
Sicher ist: Die Reiter kamen – die Frage ist nur wann. »Für die Zeit von vor 5000 Jahren finden wir in Mitteleuropa keine Spuren der Jamnaja-Gruppen«, sagt Sabine Reinhold, Archäologin am Deutschen Archäologischen Institut in Berlin. Sie erforscht die Nomadenkulturen im Kaukasus. »Entweder haben sie keine archäologischen Spuren hinterlassen, oder der Kontakt fand indirekt über die einheimische Bevölkerung statt.« Die Nomaden lebten in den Steppen nördlich des Schwarzen und des Kaspischen Meeres in kleinen Gemeinschaften zusammen. Sie zogen mit ihren Herden im Umkreis von maximal 80 Kilometern durch die Region und sammelten sich immer wieder in riesigen Zeltlagern. Die Gruppen kamen dabei in Kontakt, tauschten Waren und Wissen aus, erklärt Reinhold. Darüber hinaus waren die berittenen Nomaden stets in der Lage, sich rasch miteinander in Verbindung zu setzen.

Kam der Erreger vor der Einwanderungswelle?

Zu der Frage, ob und wann die Reitervölker die Pest nach Westen trugen, verfolgt die Archäologin eine interessante Spur: »Es gab offenbar bereits vor 5500 Jahren einen intensiven West-Ost-Austausch.« In einigen Steppenbewohnern der Jamnaja-Kultur fanden sich genetische Spuren von Menschen aus Mitteleuropa. Offenbar waren die Bauern und Nomaden schon jahrhundertelang in Kontakt, handelten mit Gütern und Ideen, bevor die Steppenbewohner gen Westen strömten. »In dieser Zeit verbreiteten sich viele Innovationen, etwa der Wagen und die Bronzemetallurgie«, sagt Reinhold. »Über diese etablierten Netzwerke könnte sich auch der Erreger ausgebreitet haben.« Wenige Infizierte schleppten ihn dann womöglich bis nach Mitteleuropa.

In diesem Fall wäre das todbringende Bakterium den Reitern vorausgeeilt – und hätte Europa entvölkert. Die Jamnaja erhielten über die alten Netzwerke vielleicht Nachricht, dass es im Westen saftige Weiden ohne Siedler gab, und zogen los. »Die Dynamik der Pandemie könnte ähnlich verlaufen sein wie bei der Eroberung der Neuen Welt im 16. Jahrhundert«, vergleicht Krause. »Auch damals führte der Kontakt der indigenen Völker mit den Europäern zur Ausbreitung von Krankheiten und zu einem Bevölkerungskollaps.«

Geschlechtsspezifische Erkrankung

Womöglich hatten die Mitteleuropäer vor 5500 Jahren also einfach nur Pech? Weil für sie der Steinzeitpesterreger ansteckender und gefährlicher war – anders als für die Steppenbewohner? Dabei fällt auf, dass in Mitteleuropa vor allem Männer dahingerafft wurden. Wenn tatsächlich die Pest die Bevölkerung dezimiert hatte, dann waren die Männer aus irgendeinem Grund stärker durch das Bakterium gefährdet. »Solche unterschiedlichen Anfälligkeiten gab es immer wieder«, bestätigt Krause. »Auch bei Covid-19 beobachten wir, dass Männer und Frauen unterschiedlich betroffen sind.«

Die Gene der Jamnaja-Kultur verdrängten in Europa bis zu 95 % des Erbguts der männlichen Bevölkerung

Krause könnte sich auch vorstellen, dass erst ein Pestausbruch in der Heimat viele Jamnaja dazu brachte, Richtung Westen und auch Richtung Osten zu ziehen. Anderer Meinung ist Kristiansen: Seines Erachtens seien die weiten Wanderungen kulturbedingt gewesen. So sah die Gesellschaft der Jamnaja-Verbände vor, dass jeweils der älteste Sohn den Besitz erbte. Das zwang alle anderen Männer dazu, alternative Wege einzuschlagen. Sie wurden Krieger, Hirten und Kolonisten, davon ist Kristiansen überzeugt. So hätten sich einige zu Banden zusammengeschlossen, die ihr Glück anderswo suchten. Die Pest bot ihnen die große Chance, in Mitteleuropa eine neue Existenz zu gründen und sich dort Frauen unter der einheimischen Bevölkerung zu suchen. »Sie waren fähige Krieger und behielten die Oberhand«, sagt Kristiansen. »Die einheimischen Männer wurden wahrscheinlich getötet.«

Allerdings gibt es in Mitteleuropa zu dieser Zeit keine Hinweise auf kriegerische Konflikte, sagt Sabine Reinhold. Ein derart massiver Einschnitt lasse sich so nicht erklären. Kristiansens Thesen sind daher unter Archäologen sehr umstritten. Es gibt neueste genetische Untersuchungen aus der Schweiz, die zeigen, dass zumindest auf regionaler Ebene Einheimische und Einwanderer fast 1000 Jahre nebeneinanderlebten, berichtet ein Forscherteam um Anja Furtwängler von der Eberhard Karls Universität Tübingen. Die Schnurkeramiker mit Steppenvorfahren besetzten zwar große Teile Zentraleuropas. Daneben existierten jedoch über Hunderte von Jahren auch Gruppen ohne nomadische Ahnen. »Sie lebten möglicherweise in Alpentälern, die kaum Verbindungen zu anderen Regionen hatten«, sagt Johannes Krause, der ebenfalls an der Studie beteiligt war.

Eine neue Welt wird geboren

Insgesamt erlebte Mitteleuropa in dieser Zeit einen enormen Kulturschub. Ob der große Wandel allein durch die Zuwanderung oder auch durch den Austausch zwischen unterschiedlichen Kulturen ausgelöst wurde, ist schwer zu klären. Doch das Leben veränderte sich drastisch. Zuvor hatten die neolithischen Bauern in Dörfern gelebt und auf gemeinschaftlich bewirtschafteten Feldern vorwiegend Emmer und Einkorn angebaut. Nun wohnten die Menschen auf Gehöften und in Weilern. Kristiansen spricht von einer »sehr viel individualistischeren Kultur, die um Kernfamilien organisiert ist«.

Opfer der Beulenpest. Die Überreste dieser zwei Menschen sind zirka 3800 Jahre alt. Als die beiden starben, waren sie mit der Beulenpest infiziert. Das Grab aus der Samara-Region im Süden Russlands liefert damit den ältesten bekannten Nachweis für den von Flöhen übertragenen Pesterreger.
Die verringerte Siedlungsgröße könnte eine Reaktion auf die Pesterfahrungen gewesen sein, denn gerade das enge Zusammenleben in Dörfern hätte den Ausbruch einer Epidemie begünstigt. Auch Lebensstil und Essgewohnheiten wandelten sich: Die Bauern züchteten vermehrt Rinder, aßen mehr Fleisch, Milch und Käse. Mit den Einwanderern verbreitete sich zudem die Fähigkeit, den Milchzucker Laktose abzubauen. Dass in weiten Teilen Europas eine neue Bevölkerung weilte, erkennen Archäologen auch an der Art, wie die Menschen ihre Haushaltsgefäße gestalteten. Sie verzierten ihre Keramikbehälter mit einem Schnurmuster. Nach diesem Detail haben Forscher der gesamten Kultur ihren Namen gegeben: Schnurkeramiker. Die Neuankömmlinge benutzten zudem andere Waffen als die ansässigen Bauern, nämlich steinerne Streitäxte. Und es wandelten sich die Grabsitten: Die Menschen legten ihre Toten zwar immer noch in Seitenlage ins Grab, doch betteten sie Frauen auf die linke und Männer auf die rechte Körperflanke. Die Reiternomaden aus der Steppe hatten das Leben in Europa nachhaltig verändert, denn mit ihnen hielt auch die indoeuropäische Sprache Einzug auf dem Kontinent.

Nach dem Drama der ersten Pestpandemie folgte einer der größten Umbrüche in der frühen europäischen Geschichte – seine Spur zieht sich bis in die Gegenwart. Zwar verschwand der Erreger der Steinzeitpest vor rund 3500 Jahren, aber offenbar wurde er von einem nahen Verwandten verdrängt: der Beulenpest. Krause und sein Team identifizierten die ältesten bekannten Opfer in einem Grab in der russischen Samara-Region, das Alter: 3800 Jahre. Ebenjenes Bakterium wird wiederum Jahrtausende später erneut die Weltgeschichte dramatisch prägen.

Aber das ist eine andere Geschichte.