Tryptyk

Hmmm, autorka znowu przysłała tylko wiersze, a przecież Czytelnicy czekają też na kolejny odcinek Sąsiadów. No ale trudno, jest jak jest…

Teresa Rudolf

Wiara

Wiara,
że dosięgnie cię
wymodlona pomoc,
gdy wznosisz oczy
ku niebu.

Wiara
w sprawiedliwość,
dosięgnie ona złoczyńcę,
zaistnieje, bo tak się
należy.

Wiara
w uporządkowany
świat, taki, jak sam siebie
chciałbyś widzieć, ty ślepy
i bezradny.

A  ty ciągle nie wiesz,
co w życiu masz robić?

Wiara
we wszystko,
czego nie rozumiesz,
bez tłumaczenia,
w wielkim zaufaniu.

Wiara
w Boga Jedynego,
lepszego od innych,
widzącego ciebie akurat
wśród miliona mrówek.

Wiara,
że ci się uda wejść
z twoim Bogiem w układ
przeciw innym bogom,
bo jesteś wybrany.

Wiara,
że bez ciebie
wszystko się ułoży,
kiedy tylko wzniesiesz
modlitwę ku niebu.

Wiara,
łaska dla niektórych,
ofiara dla innych,
wymówka dla jednych,
lenistwo dla drugich.

Wiara,
wiele różnych twarzy,
języków babilońskich,
mnóstwo tysięcy narodów,
nadziei i cierpienia.

Wiara,
że zanim ja,
zrobisz to Ty mój Boże,
bo jesteś w stanie
ciągle za mnie umierać.

A Bóg może tobą zmęczony,
do ciebie wykrzyczy:

Nie odwalę
za ciebie roboty
bycia czlowiekiem, ty i ty,
wytężaj swój mózg i serce
i czasem podziękuj…

Nadzieja

Pięciolistna koniczynka
baobab wielki w sercu,
wyrywany przez niektórych,
podlewany przez nas.

Nadzieja, nadzieja,
“nie imię to dziewczyny”,
zielona dziś od wiosny,
wyśpiewanej ptakami.

Nadzieja, nadzieja,
kabała rozkładana losem,
czytana przez Cygankę,
nie żal ani grosza.

Nadzieja, nadzieja,
w kabale zawsze widać,
kto winien, na pewno nie ja,
a linia życia jest długa.

Nadzieja, nadzieja,
sen długi i przepiękny
obłędny taniec przeciw
naszemu… lękowi.

Miłość

Miłość,
tuląca swe
dziecko bezradne,
parasol nad wszystkim.

Milość,
wierzba płacząca
nad rzeką, gdy odeszło
już nasze zwierzątko.

Miłość
wielce niedoskonała,
raz szczęście, a raz gorycz,
raz pieklo, a raz niebo.

Miłość,
trzymanie
za ręce, pocałunki,
wstydliwa intymność.

Miłość,
pierwsze rany,
w potyczkach
nienawiści z miłością.

Miłość,
tak łatwo
wypowiadane słowo,
choć tak często obce.

Miłość,
dobrze, że jest,
dobrze, że tak różna
czuję, że jestem.

Spotkania z Księciem Ciemności 15

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Oj, Książę, Książę… Mam ja z Tobą!

Czasem przywołuję w mojej opowieści inne koty. Dziś wspomnę o innym – Księciu. Małym.

Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. (…) Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie. (…) tobie nie wolno zapomnieć. Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś.

Tak Czarnuszku! Do Ciebie mówię!

Skoro już mnie oswoiłeś, to teraz nie rób takich numerów. Do czego to podobne: zniknąć po południu w Wielki Czwartek i pojawić się ponownie dopiero późnym rankiem Poniedziałku Wielkanocnego! Wrócić jakby nigdy nic, bez cienia wstydu, bez śladu poniewierki. Czy Ty wiesz, co ja czułem?! Ty mały gnojku!! Ty draniu!!!

Saint Émilion błyszczy wśród otaczającej je zieleni jak szkatułka misternie rzeźbiona w kości słoniowej. Kiedy latem ubiegłego roku zachwycaliśmy się wraz z Żoną średniowiecznymi domkami, romańskimi i gotyckimi kościółkami oraz klasztorem z białego wapienia w czarodziejskim miasteczku, gdy przemierzaliśmy bezkresne okoliczne winnice poszukując wybornych win bordoskich, gdyśmy te wina wieźli troskliwie przez całą Europę… Ani przez chwilę nie przeszło nam przez myśl, że jedną z butelek uczcimy powrót Kota Marnotrawnego. Zacny i sławetny Saint-Émilion? Tak. Grand Cru? Oczywiście. Rocznik 2009? Jak najbardziej.

Ani chwili wahania.

Z domowego aresztu (3)

Zbigniew Milewicz

Papuga

Wracałem pociągiem z Krakowa do Katowic, z pięknego koncertu Ewy Demarczyk. Skład starych pulmanów jechał skądś z południa, prawie pusty; w moim przedziale pod oknem drzemał tylko starszy jegomość, opatulony ciepłym płaszczem, a naprzeciwko siedziała nad krzyżówką kobieta, która mogła być jego córką.
– Krzyżówkowa papuga na trzy litery – przeczytała półgłosem.
– Ara – podpowiedziałem.
– Wiem, tylko chciałam zapytać, która godzina, bo mi spóźnia zegarek…
Kiedyś ludzie bez problemów zawierali ze sobą znajomości, zwłaszcza w pociągu. Miała na imię Krystyna, twierdziła, że jest adwokatem a historia, którą mi opowiedziała na długo nauczyła mnie powściągliwości w kontaktach z obcymi kobietami.

Jej klientem był kierownik działu handlowego jednego z rolniczych przedsiębiorstw na Mazowszu, oskarżony o usiłowanie dokonania gwałtu na 25-letniej pasażerce pociągu relacji Lublin – Warszawa. Wracał z delegacji, lekko podchmielony po wzmocnionej herbatce u kontrahenta, a w przedziale siedziała samotna, śliczna dziewczyna. Próbował ją poderwać, ale było widać, że podróżna jest w złym nastroju. Kiedy zapytał, skąd jedzie, odpowiedziała, że z więzienia. Wtedy zadał najgorsze z możliwych pytań, mianowicie, za co siedziała. Odparła, że za niewinność, z czego się roześmiał, bo jak to można siedzieć za niewinność. Ironicznie zapewniła, że sam niedługo się dowie.
Nagle zaczęła głośno krzyczeć o pomoc, rozerwała sobie bluzkę i rajstopy, mocno uderzyła głową w metalową półkę na bagaże, później w lustro i pociągnęła za hamulec bezpieczeństwa. Przybiegł kierownik pociągu z rewizorem i można się domyślić dalszego ciągu wydarzeń. Na najbliższej stacji czekali już SOK-iści w asyście patrolu MO, zatrzymany został najpierw porządnie spałowany, trafił do aresztu, po dwóch miesiącach odbyła się rozprawa sądowa, dostał cztery i pół roku pozbawienia wolności. Obrona nie miała nawet znikomych szans, aby uzyskać dla nieszczęśnika uniewinniający wyrok, ani zawieszenie wykonania wyroku. Otrzymał dyscyplinarne zwolnienie z pracy a żona wystąpiła o rozwód i wymeldowanie małżonka ze wspólnego mieszkania.
Mniej więcej w połowie odsiadki dowiedział się, że pokrzywdzona chce się z nim zobaczyć. Zgodził się na widzenie, ciekaw, czego dziewczyna chce, a ona zapytała go tylko: miałam rację? Po jego wyjściu pobrali się i podobno są szczęśliwym małżeństwem.

– A pan siedzi dokładnie w tym samym miejscu, co on wtedy, pod drzwiami przedziału – dokończyła Krystyna.
Wysiadali obydwoje w Mysłowicach. Starszy pan na odchodnym konfidencjonalnie mrugnął do mnie okiem i doradził szeptem, żebym nigdy do końca nie ufał kobietom. Miał rację, bo coś mi w tej opowieści nie pasowało; skąd papuga, jak w więziennej grypserze nazywa się adwokata, wiedziała, gdzie dokładnie siedział w przedziale jej klient… Skąd pewność, że tamci żyją szczęśliwie, skoro prowadziła tę sprawę wiele lat temu…

Ale wszyscy lubimy happy endy, szczególnie takie, do których prowadzi kamienista droga.

Marek o dezintegracji

Tabor Regresywny (Marek)

…pozytywnej (cd)

Nie dajmy się zwieść idei zrównoważonego rozwoju. Po II wojnie Polska znalazła się na drodze brutalnej integracji pierwotnej pod czerwonym sztandarem. Krocząc w stronę dobrobytu, przeszliśmy parę wydarzeń, mających cechy dezintegracji cząstkowej. 56 Poznań, marzec 68, Wybrzeże 70, Radom 76, aż w końcu stanęła cała Polska i zaczął się festiwal Solidarności, zakończony stanem wojennym.
Lekarstwo okazało się nieskuteczne i po okrągłym stole weszliśmy na drogę integracji wtórnej totalnej. Tak nam się przynajmniej wydawało. Z punktu widzenia dnia dzisiejszego to nie była integracja pozytywna lecz remisja, a choroba miała głębsze podłoże.

Mam poważne wątpliwości, czy zrównoważony rozwój nie będzie kolejną remisją i choroba znów nie powróci ze zdwojoną siłą. Tak się składa, że idea zrównoważonego rozwoju Polsce nie grozi. „Dobra zmiana” już zapowiedziała przedłużenie dnia pracy, ograniczenia w urlopach i możliwość obniżania pensji. To są świetne warunki, by spróbować innej drogi.

Agata Zasępa napisała do mnie: Marek, podpowiedz, co dalej. Wszyscy do lasu? Wszyscy, którzy chcą. Podpowiedź przygotowałem i sfotografowałem. Nie polecałbym czegoś, czego sam nie wypróbowałem. Po przejściu do dezintegracji spontanicznej, pojawiła się okazja do integracji w ramach wolontariatu na oddziale pielęgnacyjno-opiekuńczym. Nie uległem. Ruszyłem w drogę. W drodze spotkałem artystów, może bym się skusił, uratował mnie prof. Jerzy Olek. Obejrzał moje wózki i powiedział: – Panie Marku, muszę panu zadać niedyskretne pytanie, z góry za nie przepraszam. Czy pan, jak większość najwybitniejszych artystów, jest na utrzymaniu żony? Nie powiedziałem tego głośno, tylko w myślach – mam wyższą półka, mało, że na utrzymaniu żony, to jeszcze mam orzeczenie psychiatryczne i wyrok skazujący na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata, a to najwyższa półka w sztuce. Niestety wielki artysta kończy się w momencie, kiedy dowiaduje się, że jest wielkim artystą.

Agata, zgodnie z tym, co wiem, jedyna sensowna integracja jest w drodze. Wszystko inne to tylko remisja.

Papstjahr 2020

Nina Marzahn

Wie mir in Polen der Papst begegnete

Immer wenn ich im Fernsehen den Papst sah, musste ich an Polen denken. Dabei war er doch schon lange in Rom und nur noch ganz selten in Polen. Seit Beginn seiner Amtszeit war ich bestimmt häufiger in Polen als er. Jedesmal wenn ich da war, war er nicht da – und doch da.

Schon bei meiner ersten Polenfahrt tauchte er auf – als Überraschungsgast. Im Sommer 1979 reiste ich mit Eltern und Geschwistern ein in die damalige Volksrepublik Polen, für stolze 30 DM Zwangsumtausch pro Person und Tag, um die frühere Heimat meines Vaters kennen zu lernen. Der hatte längst in Niedersachsen neue Wurzeln geschlagen, trotzdem war diese Unternehmung aufregend für ihn – auch für uns Kinder, die das Land nur von wenigen verblichenen Schwarzweißfotos her kannten.

Hinter Szczecin fuhren wir mit maximal fünfzig Stundenkilometern über holperige Vorkriegslandstraßen durch ein idyllisches Pomorze, das frühere Pommern, in Richtung Osten, bestaunten unterwegs die vielen Seen oder versuchten die Störche auf den Wiesen zu zählen. Überall schien die Zeit stehen geblieben, auch im verträumten Heimatdorf meines Vaters: Panjewagen als einzige Fortbewegungsmittel, Pferde statt Traktoren, an den ohnehin schlichten einstöckigen Bauernhäusern seit Ewigkeiten nichts gemacht, Pumpe und Klohäuschen auf dem Hof. Sogar die kleine Düne, auf der mein Vater als Kind herumgetobt hatte, existierte noch und war nicht gewandert. Und auf einmal kam Farbe in die verblichenen Schwarzweißfotos und die Personen darin begannen sich zu bewegen wie in einem alten Film.

Wirklich mitspielen in einem solchen Film konnten wir kurz darauf in einem Dorf vor den Toren Danzigs, in Kaszuby, der Kaschubei, wo die alte Bäurin Maria Trzebiatowska uns zwei Zimmer vermietete: Morgens im kleinen Haussee baden, zum Frühstück warme Milch serviert bekommen, vergessene Apfelsorten von knorpeligen Obstbäumen pflücken, plaudern auf einer wackeligen Gartenbank bis zum Sonnenuntergang. Alle Wände im Haus gekalkt in verwaschenem Weiß, in kühlen Schlafkammern dicke Federbetten und riesige Kopfkissen zum Drin-Versinken, das „Latrinchen”, also Klohäuschen, auf dem nachts natürlich unbeleuchteten Hof inmitten aller dort zusammengetriebenen Tiere.

Nur ein Zimmer war tapeziert, die so genannte gute Stube. Stolz stand die kleine alte Frau in ihrer Kittelschürze dort vor einem funkelnagelneuen Bild an der Wand. “Das is äin grrosses Glick fier Pollen”, sagte sie und zeigte auf einen kernigen Karol Wojtyła, der gerade in Rom zum Papst gewählt worden war und deshalb als Johannes Paul der Zweite mit schicker Mitra auf dem Kopf selbstbewusst zu uns herunter schaute. „Ja, da haben Sie recht“, murmelten wir höflich, nicht ahnend, was wir da überhaupt sagten. Wir waren nicht katholisch, nur ein bisschen evangelisch, und eigentlich war dieser neue Heilige Vater nicht vorgesehen in unserem Heimatfilm. Das scherte den aber gar nicht, jeden Morgen leistete er uns Gesellschaft in der guten Stube, schaute uns beim Frühstücken zu und erreichte dadurch, dass wir immer wieder zu ihm hinschielten und über ihn redeten. Wer weiß, vielleicht habe ich es ja seinem auffordenden Blick zu verdanken, dass ich mir nachts mutig meinen Weg zum Latrinchen bahnte, es toll fand, mit einem bisschen „proszę“ und „dziekuję“ – bitte und danke aus Langenscheidts Reise-Sprachführer – im kleinen Dorfkonsum einzukaufen, mich an das einfache Landleben unter frommen Katholiken gewöhnte und schließlich gar nicht mehr weg wollte. Klar, dass wir unsere Vemieterin mit „Pani” Trzebiatowska anredeten und nicht mit „Frau”, insgeheim nannten wir sie aber liebevoll „Tschebbie“, auch später noch, denn solange sie lebte, machten wir auf unseren Polenreisen immer wieder Station bei ihr. Nach diesem ersten Besuch bei der guten Pani empfanden wir unseren anschließenden Aufenthalt im noch vom polnischen Sozialismus geprägten Danzig als herben Kontrast. Das Interhotel und die Westtouristen waren fest in der Hand des staatlichen Reisebüros Orbis, die Straßen in der Hand von polnischen Herren, die einem in aller Öffentlichkeit traumhafte Schwarztauschkurse für D-Mark in Zloty aufdrängten. Da freuten wir uns richtig, wenn wir mal einen Bekannten entdeckten: Johannes Paul, dessen Portrait in den Gebäuden seines Einflussbereichs hing, den großen alten Backsteinkirchen.

Im Sommer 1981 stellte ich Pani Trzebiatowska meinen neuen Freund Fred vor. Zusammen waren wir in unserem R4 von West-Berlin aus losgefahren, wo ich inzwischen lebte, und stellten – nach nervigen Zwischenstopps auf überfüllten Campingplätzen – unser Zelt auf ihrer idyllischen Streuobstwiese auf. Die hatten wir ganz für uns allein und vergaßen sofort alles um uns herum. Erst nachdem wir in der Wohnstube bei Kaffee und Kuchen dem Papst unsere Aufwartung gemacht hatten, begannen wir wieder wahrzunehmen, was sonst noch los war im Land. Der Heilige Vater hatte mittlerweile ziemlich viele Missionare beschäftigt, die am „Glick fier Pollen” bastelten. Einen kannten wir schon aus der Tagesschau, denn er war ein richtig berühmter Laienbruder, der zwar keine Kutte trug, dafur aber stets das Bildchen einer gewissen „Schwarzen Madonna” am Revers, und der Lech Wałęsa hieß. Ziemlich viele Leute hörten auf ihn, den Streikführer von der Danziger Leninwerft, weil er für eine gerechte Sache kampfte, und eigentlich mochte ich solche Kämpfer für die Gerechtigkeit bedingungslos, trotzdem war ich bei seinem Anblick immer wieder stutzig geworden. „Was hat ne Madonna mit nem Streik zu tun?“ fragte ich Fred, aber auch er war irritiert und wusste es nicht, denn von unseren West-Berliner Demos waren wir andere Streiksymbole gewohnt.

Die Antwort bekamen wir, als wir Tschebbie an einem Sonntag zur Messe fuhren. Gespannt schaukelten wir die alte Frau mit unserem R4 über etliche Schlaglöcher ins nächste Kirchdorf, blieben selber dann aber vor der Kirche stehen, die von den Ankommenden regelrecht gestürmt wurde. Auch draußen gab es viel zu sehen für uns, z.B. die ein bis zwei Trecker-Besitzer pro Dorf, die es sich nicht nehmen ließen, mit der ganzen Familie im Sonntagsstaat auf ihren frisch geputzten Treckern vorzufahren. Die Armen kamen in Panjewagen. Alles in allem stand da ein überraschend riesiger, bunt gewürfelter Fuhrpark um die kleine, brechend volle Dorfkirche herum, wahrend von deren Kanzel gerade die neue politisch-religiöse Botschaft für die kommende Woche verkündet wurde. Die Faszination des neuen Bewusstseins war hier, und fast überall auf dem Lande, ganz direkt zu spüren. Nur im hintersten Masuren, an der russischen Grenze, wohin es uns einmal verschlug, wirkten die Leute auf uns eher wie Wilderer und Fallensteller und soeben den Masurischen Geschichten von Siegfried Lenz entsprungen – und als ob es ihnen völlig egal war, wer gerade Polens Geschicke lenkte, die katholische Kirche oder die kommunistische Partei.

Um 1990, zur Wendezeit, waren Fred und ich in Gdańsk bei polnischen Kurzzeit-Freunden zu Besuch. Wer sicher gehen wollte, stellte damals sein Auto auf einem bewachten Parkplatz ab, das machten sogar die Polen so. Dieses Problem hatten wir nicht, denn instinktiv hatten wir unseren neuen Golf zu Hause gelassen. Vom Bahnhof Berlin-Lichtenberg aus waren wir mit dem Zug nach Gdańsk gefahren, zusammen mit unzähligen autolosen, schwer bepackten Polen, die im Westen für den privaten Verbrauch oder für einen sehr privaten Handel eingekauft hatten, zum Beispiel ganze Paletten River-Cola von Aldi. Auch Marian und Izabela, ein junges Pärchen, das in Berlin studierte, hatten einige Waren mitgenommen – und uns, weil wir ihrer Mutter und Schwiegermutter Jadwiga durch Zufall eıne gut bezahlte Putzstelle in West-Berlin vermittelt hatten. Von den dabei verdienten Devisen konnte sie sich nun ihre Wohnung in einer Gdansker Platte kaufen, und so etwas war neu in Polen. Viele ihrer Freundinnen machten es bekanntlich wie sie, ließen zu Hause ihren Job sausen, um im Westen D-Mark zu erwirtschaften. Bei Jadwiga ging den ganzen Tag Telefon, dem Tonfall nach führte sie sehr ernste Gespräche und notierte dabei etwas in einem Rechenheft. „Jetzt spricht sie über Wurst“, übersetzte Marian, oder: „Jetzt vermittelt sie Konserven mit Kochschinken“. Aha.

Einmal lud sie uns in ein neureich eingerichtetes „Restauracja“ ein. Die Kellner bewegten sich majestätisch in roten, silbrig betressten Zirkusdirektor-Jacketts und servierten mit weißen Handschuhen. Meine Cola wurde mir wie ein Pokal auf einem glänzenden Tablettchen gereicht. Mit einem eleganten Zipp zog unser weißer Handschuh die Dose auf und goss mir die Cola in ein Weinglas. So vornehm habe ich nie wieder eine Rıver-Cola von Aldi getrunken.

Jadwigas Plattenbauwohnung war nach westIichem Standard eingerichtet und Jadwiga selbst, eine wendige, umtriebige Frau, war nach westlichem Standard gekleidet. Unterwegs in den öffentlichen Verkehrsmitteln und auf den Straßen sahen wir oft ganz andere Leute, Männer in abgewetzten Anzügen und mit wodkatrübem Blick, Frauen in ärmlichen Pullis und Röcken, in der Hand den unvermeidlichen Einkaufsbeutel mit verblasstem Muster. Diese nicht wenigen, offensichtlich verarmten Menschen ohne Putzstellen und Schwarzmarkwerbindungen passten nicht ins Bild der schönen Stadt, nicht ins Bild vom „Glick fier Pollen”. „Hier ist was faul, Johannes Paul“, blaffte ich sein Portrait an, das im Schaukasten der Marienkirche in der Altstadt hing.

Immer wieder begegneten wir in Polen dem Heiligen Vater auf die eine oder andere Art. Schließlich begleitete er mich und meine Mutter im Sommer 1999 in Wrocław, dem früheren Breslau, als wir dort ein paar Tage Urlaub machten. Wir trafen auf eine junge und lebendige polnische Stadt, in die wir sofort bereitwillig eintauchten. Kaum hatten wir unser Gepäck im Hotel Monopol abgestellt, zog es uns wieder hinaus zu einem Bummel durch die quirrelige Innenstadt. „Fast wie früher”, sagte meine Mutter, die hier bis 1944 ihre Jugend verbracht hatte, und ließ lächelnd ihre Augen kreisen. Neugierig guckten wir in die Schaufenster der gutbestückten Schuh- und Modegeschäfte. Vor allem bewunderten wir die frisch restaurierten Häuserzeilen der Altstadt. „Extra für dich”, neckte ich meine Mutter. Gleich am ersten Abend versackten wir fast in einem der vielen Straßenrestaurants, die rund ums „Ratusz” und den „Rynek“ – das Rathaus und den großen Platz mit den schönen Patrizierhäusern – die Szene bestimmen. Wäre nicht das polnische Stimmengezwitscher um uns herum gewesen, ich hätte gemeint, in einer wohlhabenden Bürgerstadt irgendwo in Westeuropa zu sein.

An einem sonnigen Nachmittag bummelten wir über eine Oderbrücke hinüber zur berühmten Dominsel, wo uns ein malerisches, hervorragend restauriertes Ensemble von Kirchen und Funktionsgebäuden des Klerus erwartete und – wen wunderts noch – Seine Heiligkeit Johannes Paul der Zweite: Beinahe aus jedem Fenster eines Kirchenbüros oder Gemeindesaals schaute er uns an und nach, egal, um welche Ecke wir auch bogen. Auf dem Rückweg durch die Stadt nahmen wir nun auch an etlichen Fenstern von Privatwohnungen Fotos mit einem lächelnden Papst wahr, kleine Bildpostkarten, die wir bisher übersehen hatten.

Johannes Paul hatte Wrocław besucht. Das wusste außer uns hier jeder, natürlich auch der Kellner unseres Lieblingslokals am Rynek. Und die Altstadt hatten die Breslauer extra für den Papst so schön restauriert. „Also doch nicht für mich“, spielte meine Mutter die Enttäuschte und bestellte uns darauf noch zwei Wodka. Und dann fiel uns die gute Tschebbie wieder ein, die schon lange in Polens Norden unter der Erde lag und vielleicht von ihrem Heiligen Vater und dem „Glick fier Pollen” träumte. Ob sie wohl einverstanden gewesern wäre mit allem?

Am letzten Morgen blickte mich der Papst noch einmal an – und da beschloss ich, ihn mitzunehmen. Kurz vor der Abreise wollten wir im ehemaligen Kaufhaus Wertheim noch unsere übrig gebliebenen Zlotys unterbringen. Da mein Notzheft voll war mit Reiseerlebnissen, suchte ich ein neues in der Papierwarenabteilung und konnte mich dort nicht losreißen von einem Heft mit einem buntem Maria-und-Jesus-Bild und der Aufschrit „Religia”. So etwas hatte ich in einem deutschen Kaufhaus noch nie gesehen. Fasziniert schlug ich das oberste Heft des Stapels auf: Von der Innenseite des Heftdeckels schaute mich mit missionarischem Blick Johannes Paul der Zweite an. Und er hielt offenbar Rechenkästchen für die angemessene Religionsheft-Linierung. Zur Aufrechnung von guten und bösen Taten? Für meine schriftstellerischen Nofizen war dieses Heft weniger geeignet, aber eins war mir klar, es musste mit nach Deutschland, für einen ganzen Zloty.

Lange schob ich zu Hause das merkwürdige Heft vor einem Fach ins andere, bis ich am 1. Januar 2002 plötzlich eine Erleuchtung hatte. Von diesem Datum an, dem Euro-Stichtag, wurde es unser Haushaltsbuch. Ich fühlte mich unsicher der unbekanten Währung gegenüber, wollte erstmals in meinem Leben ehrlich alle Ausgaben noteren und fand dazu in diesem Heft nicht nur Reschenkästchen, sondern auch seelsorgerlichen Beistand – sozusagen. So kam es, dass Johannes Paul, der polnische Papst, kritisch über jede Flasche Wein und überhaupt über jeden unnötig ausgegebenen Euro in unserem Haushalt wachte und sich schon einmischte, obwohl Polen damals noch gar nicht zur EU gehörte. So war er eben.

2005, nach dem Tod des polnischen Papstes geschrieben

Stay at home, make art

Ewa Maria Slaska

Kochani, dziwne te święta, chociażby dlatego, że nawet my, single, święta jednak spędzaliśmy z kimś, z rodziną, z przyjaciółmi. Ci co mieszkają rodzinnie, w związkach, we wspólnych mieszkaniach, nie mają problemu, ktoś będzie koło nich. Ale my, single?

Taki więc mi przyszedł pomysł, ukradziony, przyznaję, ze strony bored panda, strona z kolei podłapała wyzwanie rzucone wirtualnym zwiedzającym przez Getty Museum, które to muzeum zainspirowało się amsterdamskim pomysłem Tussen Kunst en Quarantaine (aka Between Art and Quarantine). Nie szukam dalej, bo może cofniemy się w czasie do jaskiń Altamiry. Starczy tyle genealogii, ile jej podaje znudzona panda. Wyzwanie było proste, zrób swoje ulubione dzieło sztuki z tego, co masz pod ręką, z tym, kto jest w domu,

Tu podaję tylko jeden przykład, ale za to z mojego ukochanego dzieła. Myślę, że kochałam je już zanim je kiedykolwiek zobaczyłam na reprodukcji. Opowiadała mi o nim mama, gdy po raz pierwszy wyjechała do Londynu, i naprawdę wiele lat minęło od tego czasu do dnia, kiedy i ja tam dotarłam, weszłam po schodach do National Gallery i popędziłam do sali van Eycka, żeby zobaczyć śliczną średniowieczną kobietę w ciąży, w sypialni, w prywatnej, intymnej sytuacji, i jej młodego męża. I pantofelki pod łóżkiem, i pieska, a przede wszystkim to niezwykłe lustro w głębi, w którym widać czworo gości weselnych, malarza, potretującego małżonków Arnolfini, i ich plecy, a w 12 kołach wmotowanych w ramę lustra malarz namalował jeszcze 12 scen z życia Jezusa. Obraz Małżeństwo Arnolfini został namalowany na desce w roku 1434.

No to teraz wyzwanie świąteczne. Umieściłam je na Facebooku 31 marca. Zaapelowałam: Kochani moi Czytelnicy i (nie)Czytelnicy, ukradłam pomysł na przednią zabawę podczas kwarantanny. Moje wyzwanie brzmi: Zróbcie obraz, który Waszym zdaniem oddaje atmosferę świąt Wielkiej Nocy. Zróbcie i przyślijcie do mnie lub umieście na FB pod moim wpisem lub od dziś, tu, w komentarzu pod wpisem. Po świętach pokażę na blogu wszystkie prace, zrobimy głosowanie i wybrane przez nas DZIEŁO zostanie nagrodzone 🙂

Tu na zachętę Dzieło wykonane przeze mnie czyli Adminkę 31 marca 2020 roku, w dniu, gdy przygotowywałam ten wpis. Nie zastanawiałam się długo, postanowiłam, że powtórzę Jacka Malczewskiego z pisanką. Ciekawe jednak, że miałam w pamięci zupełnie inny obraz niż ten, który znalazłam w sieci. Trudno, słowo się rzekło, nawet jeśli tylko mnie samej…

Kobieta zamiast mężczyzny, niebieska ściana i granatowy szal zamiast nieba. No i na dodatek nie umiem robić selfików. Trudno, tak krawiec kraje, jak mu materii staje. No, a Malczewski, jak zawsze, podobny do Don Kichota (więc może ten krajobraz za nim, to polska La Mancha. Nota bene, ja nie wiedziałam i nigdy mi do głowy nie przyszło, żeby to sprawdzić, czy wiecie zatem, że Mancha to po hiszpańsku plama? Wiadomo Kto mi to powiedział. Dziękuję.)

Iwona Dadej zamieściła u siebie na FB dzieło i jego imitację bardzo pasujące do świątbo obraz można potraktować jako porządki świąteczne, naprawdę nazywa się W bibliotece lub Dziewczyna czytająca w bibliotece i został namalowany przez Edouarda (Johna) Mentha, szwajcarskiego malarza, żyjącego w latach 1858-1915. Naśladownictwo jest dziełem Darii Gerasimov. Autorka komentuje, że każda próba zrobienia porządku w bibliotece tak właśnie się kończy.

W międzyczasie akcja (nie moja, muzealna) objęła już chyba cały świat, a ogłaszają ją przede wszystkim muzea, np. Muzeum Narodowe w Warszawie. Warszawa zaproponowała odtworzenie kilkunastu obrazów polskich malarzy (w tym również Malczewskiego), ja wybrałam, żeby ją tu zaprezentować, Pomarańczarkę Gierymskiego. No bo pomarańcze to w Polsce zawsze przecież bardzo świąteczny akcent. Było sporo różnych wersji starej sprzedawczyni, oto jedna z nich:

Arkadiusz Łuba przysłał dożę Loredana, szykującego się do święta Paschy (Giovanni Bellini).

A tu kolejne propozycje z sieci, które można podzielić na porządki świąteczne i przygotowania oraz same święta. Jak dotąd nie znalazłam propozycji odnoszących sią do Pisma świętego i liturgii, a więc biczowania, ukrzyżowania, złożenia do grobu i zmartwychwstania…

Przygotowania:

I święta

I jeszcze dwie wersje Ostatniej Wieczerzy mistrza Leonarda, wykonana przez wnuka wersja damsko-męska z kotem w pozycji centralnej i moja wersja z apostołkami, ale postacią centralną jest, jak w Seksmisji, mężczyzna, którego jednak podrzucił wnuk. Ja chciałam umieścić syrenę.

Sąsiedzi 14

Teresa Rudolf

Rozczarowanie

Bezpośrednio po powrocie ze szpitala, Filomena zaczęła niecierpliwie dzwonić do drzwi pani Klary. Kiedy ta otworzyła jej ze zdziwieniem, zobaczyła bladą twarz kobiety, z pytającym rozpaczliwie wzrokiem, czy może wejść do środka.
– Proszę wejdź, dziecko, a co się pani stało, że pani taka blada?, zapytała zaniepokojona.
Usiadły obie na kanapie w salonie, gdzie wszystkie obrazy pełne maków spojrzały na Filomenę z ciekawością.
Zaczęła więc po kolei opowiadać, co wydarzyło się w szpitalu u Lesia, któremu miała pomóc w pakowaniu i towarzyszyć podczas przejazdu do mieszkania.
Klara robiła coraz większe oczy, słuchając tego i komentując, co usłyszała:
– Ruda lafirynda, o… znów panią uraziłam, przepraszam. Ale pani była kiedyś naturalną blondynką, pamiętam… Tyle lat, pani mogłaby być moją córką, dodała.
Obie stwierdziły  że Lesio to jednak dziwny facet, niby chce pozbyć się tej ex, a ona nadal posiada jego klucz, no i wcale za bardzo się też nie bronił przed tym, by zajmowała się nim teraz.
– Wie pani, jak się nagle poczułam? Jak piąte koło u wozu, mówię pani, kontynuowała Filomena, szkoda mi go było po tym pobiciu, nawet zapomniałam, jaki czasem potrafi być arogancki .. .eeeee tam, machnęła ręką, było, minęło, sąsiadom się pomaga, ale tej małpy to nie zdzierżę, stwierdziła.
– On stał się dość ważny, prawda? Tak wyczułam, mówiła dalej Klara, ale jakoś dziwny on jednak jest, nikt go nie odwiedzał poza nami, gdzie byli wszyscy ci detektywi, którzy od razu, w pierwszym dniu pobytu jego w szpitalu, ścigali się prawie z prasą i telewizją? Byłby kompletnie samotny bez nas, no i teraz… też  bez tej lafiryndy, właściwie, my o nim nic nie wiemy, dokończyła.

W tym momencie do salonu weszły oba koty, jeden za drugim, według wzrostu. Akceptowały już też i Filomenę, widząc w Klarze jednak panią domu, która musiała im z tego tytułu obowiązkowo ciągle czymś dogadzać.

Klara zaczęła się uskarżać, że już nie wie, co im dawać do jedzenia, kiedyś jadły tylko Whiskasa, potem Shebę, plując na Whiskasa, potem tylko Whiskas był znów w łasce, później (szczególnie Salomon), zagrzebywały go prawie pod parkiet z pogardą, ostatnio więc przerzuciła się na Kitekat, którego  Salomon wyjada z miski, wyciągając duże sztuki mięsa łapą, wsadzając sobie jak czlowiek do ust. Dziś jednak zaczeło się znów wybrzydzanie, wszystko zostało nietknięte.
– Kupię, choć nie znam, Felixa, to jedzą koty mojej znajomej, dodała niepewnie Klara.
– A co zrobi pani teraz z Lesiem i Salomonem? Ta wredna Regina wyrzuciła wszystko, co było związane z kotem, chce tam przecież mieszkać i zajmować się tylko i wyłącznie Lesiem?, zapytała Filomena.
– No, nie wiem, pojęcia nie mam, kot za nim tęskni, on sam i tak nie może nic robić, no i ta ex… och, naprawdę nie wiem.
– Pani Klaro, przeeeeepraszam, przerwała zdumiona Filomena, czy Pani słyszała, co właśnie powiedzieli w radiu? Ta zaraza z Chin dochodzi do Europy i jest już w każdym kraju, kilka przypadkòw infekcji jest też i w Polsce i to nie z Chin, a z Wenecji, jak się to jakoś po królewsku nazywa “Coronavirus”… Obie kobiety spojrzały po sobie zalęknione.
Z mieszkania o piętro wyżej, zaczęła dochodzić dość głośna muzyka, jakiś znany song Presley’a.
Filomena spojrzała niepewnie na Klarę, ukrywając jednak spływające na nią uczucie tęsknoty, ale też i rozczarowania, a zarazem nieprzyjemnego zażenowania.
Klara  wszystko skwitowała: tak już jest, “bo najgorszy jest ambaras, gdy go obie chcą mieć naraz”, aaaaaa, niech pani tam zadzwoni i powie, że muzykę mają sciszyć, bo jak nie, to naślę na nich Salomona!
I tu zaczęły obie tak głośno się śmiać, że  koty zaczęły uciekać za  kanapę, a Presley tylko leciutko przebijał się przez ten zabójczy śmiech.

Zamaskowane święta

Wpis został przetłumaczony na niemiecki, skrócony i umieszczony na portalu popularnego berlińskiego dwutygodnika TIP (tip-online)

Ewa Maria Slaska

W ostatnim tygodniu przed Niedzielą Palmową postanowiłam zrobić rekonesans w Berlinie, szukając odpowiedzi na pytanie, co robimy w święta?

Wszyscy pamiętamy, jak nie my sami, to powiedzieli nam nasi rodzice lub nawet dziadkowie, o słynnej audycji profesora mniemanologii stosowanej, satyryka Jana Tadeusza Stanisławskiego pod zbiorczym tytułem O wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiejnocy. Audycje były na zupełnie inny temat, ale tytuł trwał i oddawał to, co myśli prawie każdy: Boże Narodzenie jest lepsze od Wielkiejnocy. Tymczasem tak naprawdę to Wielkanoc jest najważniejszym świętem nie tylko katolickim, ale chrześcijańskim, bo to od męczeństwa, śmierci i zmartwychwstania Jezusa zaczęło się Chrześcijaństwo. To oczywiście symboliczne, bo wiosna to początek życia. Starożytny Nowy Rok. Jako archeolożka przypomnę, że większość religii swój początek zapisuje w czasie zbliżonym do wiosennego zrównania dnia z nocą. Wielkanoc też się wiąże z tą starożytną rachubą czasu, święci się ją w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Ostatnia pełnia była w środę 8 kwietnia (różowa pełnia).

Od lat wszyscy mówiliśmy znajomym Niemcom, że jeśli chcą zobaczyć berlińską Polonię en masse, to najprościej jest pójść do kościoła polskiego na Lilienthalstrasse, na pograniczu Neukölln i Kreuzberga, ale najmilszym dniem jest Wielka Sobota, dzień święcenia koszyczków. To jedyny taki dzień w ciągu roku, kiedy na pewno każdy Polak mieszkający w Berlinie pójdzie do kościoła polskiego, bo od najdawniejszego dzieciństwa wiemy, że Wielkanoc to koszyczek. Tak było zawsze, zawsze szło się do kościoła z mamą, babcią, rodzicami, żeby poświęcić pisankę, masło, sól, chleb, wędlinę i baranka, ułożone na białej serwetce w koszyczku i przyozdobione barwinkiem. Święcenie nie odbywało się jak msza o konkretnej godzinie, księża święcili pokarmy co 15 minut, od 9 czy 10 rano do 14 lub 15. I każdy z nas w tym czasie tam prędzej czy później dotarł. Każdy, a więc również ci, którzy normalnie do kościoła nie chodzą. Już w wagonie metra spotykało się Polaków z koszyczkami. Na stacji Südstern na ulicę wysypywały się masy ludzi, inni przyjeżdżali autami, niektórzy docierali na rowerach lub przychodzili przez lotnisko Tempelhof na piechotę.
Byliśmy razem, ładnie ubrani, weseli, uśmiechnięci, dzieci biegały, zadowolone z psikusa, jakiego spłatały rodzinie, gdy udało im się chyłkiem podrzucić do koszyczka figurkę Lego, żeby i ją ksiądz poświęcił.

Foto: Krystyna Koziewicz

W tym roku nie będzie święcenia koszyczków. Palm też nie było. Jak to powiedział ksiądz proboszcz, z którym rozmawiałam tydzień przed świętami. Spędzimy święta po chrześcijańsku, odprawimy wszystkie msze i obrzędy. Tylko bez udziału ludzi. Ci mogą się z nami połączyć przez internet. Palemka, koszyczek to tylko otoczka, najważniejsza jest wspólna modlitwa. Łączymy się duchowo z naszymi wiernymi, życzymy im mocy Ducha Świętego, oby Pan Bóg dał im zdrowie, zatrzymał epidemię i nas ocalił.

W Polsce nie był znany zwyczaj zdobienia drzew, krzewów lub bukietów gałęzi pisankami, zajączek nic nie przynosił, nie chowało się jajek i czekoladek w specjalnie na ten cel przygotowanych gniazdkach. To znają mieszkańcy Wielkopolski, Pomorza, Śląska, czyli tych części Polski, które przez ponad 120 lat należały do Niemiec. W Polsce było święcenie potraw, obfitość jedzenia i słynny poniedziałkowy śmigus dyngus, w Berlinie jednak raczej nie praktykowany.


Foto. Krystyna Koziewicz

W Berlinie po poświęceniu koszyczków wpadało się jeszcze do Małego Księcia, kawiarni, restauracji, sklepu, kiosku i punktu spotkań Polonii berlińskiej. Mały Książę, tak się ten sklep nazywa – ma w nazwie ł, ą, ż, ę. Krzysztof, właściciel firmy, dość mocno się nagłowił, zanim, zakładając sklep 10 lat temu, wybrał nazwę, która będzie bezsprzecznie polska, a jednocześnie jednak uniwersalna – bo litery mogą być dla berlińczyka niepojęte, ale widniejący na ścianie rysunek potarganego chłopca z szyją owiniętą szalem jest czytelny dla wszystkich. W czasie pandemii nie można niestety zjeść w Małym Księciu pierogów, ale kawę można wypić, tyle że na dworze. Na szczęście pogoda jest ładna, a w święta ma być po prostu piękna.

Foto: Krystyna Koziewicz

Mały Książę jako sklep jest czynny i można tam kupić absolutnie wszystko, czego człowiek potrzebuje, aby urządzić święta po polsku. Transport towarów z Polski odbywa się mimo pandemii, Krzysztof twierdzi nawet, że na granicy ruch już działa normalnie. Są wędliny, których Polak zjada na Wielkanoc niewyobrażalne ilości, jest twaróg na sernik, są bakalie i masa czekoladowa na mazurki, są drożdże, których w mieście brakuje, ale są też po prostu mazurki, baby i babki, baranki z masła, ciasta i cukru. Jest żur i barszcz, jest obowiązkowa biała kiełbasa, jest chrzan, również ten najgorszy z najgorszych, ostry jak piekło.

Można przyjść i kupić (do sklepu wejdą na raz trzy osoby, kolejka stoi posłusznie, każdy w należytej odległości od drugiego). Można zadzwonić i zamówić. Do mieszkających w okolicy (do 5 kilometrów) berlińczyków Krzysztof przywiezie towar na elektrycznym rowerze.

Zadzwoniłam do wielu znajomych i przyjaciół. Zapytałam, jak spędzą święta. Wielu wyjechało do Polski, ale oczywiście nie wszyscy, bo to już nawet nie chodzi o nich samych, ich przyjazd oznacza, że i ich rodzina podlegać będzie dwutygodniowej kwarantannie. Surowej i surowo pilnowanej przez policję i służby porządkowe.
Dwie grupy Polaków dojeżdżających z Polski pracują w Berlinie – polskie sprzątaczki i polscy budowlańcy. W Brandenburgii są jeszcze pomocnicy rolni, wysoko cenieni zwłaszcza przez plantatorów szparagów, a w Niemczech właśnie się zaczęło doroczne szparagowe szaleństwo. Osoby zatrudnione przy pielęgnacji pomieszczeń (słowo sprzątaczka jest już niepoprawne politycznie), jeśli rzeczywiście dojeżdżały, a nie żyją już na stałe w stolicy Niemiec – wyjechały i wrócą po odwołaniu obostrzeń. Nie ma dla nich pracy, bo odesłani do domów Niemcy sami sprzątają mieszkania – coś w końcu trzeba robić.
Większość budowlańców zostaje natomiast w Berlinie, bo praca jest jak przysłowiowy zając i jak jej nie pilnujesz, to ucieknie. Spędzą święta w ciasnych przepełnionych mieszkankach i zakupią w Małym Księciu i innych polskich sklepach odpowiednie wiktuały i napitki.

Ci z nas, którzy tu mieszkają na stałe, i tu mają rodzinę, spędzą święta z rodziną. W niedużych grupach, po trzy, cztery osoby, ale razem. O ile bowiem jeszcze przed tygodniem młodzi zarzekali się, że babcie i dziadkowie mają w tym roku trzymać się z daleka od wnuków (dla własnego dobra), o tyle im bliżej niedzieli wielkanocnej, tym słabsze okazują się pryncypialne założenia. To przecież święta, czas wspólny, kiedy się wspólnie je, rozmawia, jest się razem.

Owszem, trzeba będzie po stokroć myć ręce, owszem, postaramy się usiąść od siebie jak najdalej, owszem, nie będziemy się przytulać, być może nawet włożymy maski.

Tak to będzie, zamaskowane święta. Foto: Ela Kargol


***
Polnische Kirche
Transmisje mszy https://www.youtube.com/channel/UCHVKfx9IhCvBWlbI57KrbsA

Spowiedź wielkanocna jest możliwa – wejście od strony zakrystii
Szczegółowe terminy mszy i spowiedzi na stronie internetowej: https://www.pmk-berlin.de/

***
Mały Książę, polnische Lebensmittel
Lilienthalstraße 6, 10965 Berlin
Telefon: 030 62908068
http://polnische-lebensmittel.berlin/

Spotkania z Księciem Ciemności 14

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Zazwyczaj mięciutki i przytulaśny. Ale kiedy trzeba – zdystansowany oraz wyniosły.

Akurat dziś Czarnuszek zachowa rezerwę. A ja solidarnie z nim. Bo też i mamy istotny powód: walczymy o naszą tożsamość!

Jakem już kiedyś zapowiadał, nie odnoszę się w moich opowieściach o Księciu do aktualiów. Ale aktualia odnoszą się do nas. Więcej – chcą nas pochłonąć, strawić i wyrzucić. Chodzi mi o zeszłotygodniowe komentarze, w których sugerowano, iż od rzeczywistości nie uciekniemy, bo ona nas i tak dopadnie.
Dlatego wraz z Księciem deklarujemy uroczyście: my i tak się nie poddamy! Prywatności naszej oraz odrębności strzec będziem jak wolności! Świat przed, w czasie, i po epidemii pędzi na złamanie karku w przepaść. Średnio nam się ten świat podoba. Nasza ambicja sprowadza się przeto do tego, by sobie zbudować nasz własny intymny mały świat.

Najpierw Książę wkracza wprost w moje zaaferowanie, rozkłada się bezceremonialnie na mych papierach i mruczy słodko: Daj se chłopie spokój! Obowiązki? Praca naukowa? Odpuść, wyluzuj. I zajmij się mną: czyż na to po stokroć nie zasługuję?

Zgodzicie się, iż z tak postawioną sprawą nie sposób dyskutować? Toteż nie dyskutuję. Jednym z warunków szczęścia jest umiejętność odróżniania spraw ważnych od bzdetów, bzdur oraz pierdołków.
Ale to nie wszystko. Nasz intymny mały świat jest przede wszystkim miejscem, w którym każdy czuje się – a co ważniejsze JEST – bezpieczny i kochany. Po co nam inny świat? Tak, to egoizm, ale nikt z jego powodu nie ucierpi.

Przyglądam się zwierzątkom, a na myśl przychodzą mi słowa wielkiego poety. Izajasz mu było na imię:

Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem,
pantera z koźlęciem razem leżeć będą,
cielę i lew paść się będą społem
i mały chłopiec będzie je poganiał.
Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie,
młode ich razem będą legały.
Lew też jak wół będzie jadał słomę.
Niemowlę igrać będzie na norze kobry,
dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii.
Zła czynić nie będą ani zgubnie działać
po całej świętej mej górze.

Tak dwadzieścia siedem wieków temu judzki arystokrata wyobrażał sobie raj. Ja ten raj mam tu i teraz. Prawdziwy. Cenię go sobie nad wyraz. Tym bardziej, że nie przewiduję innego: ani na tym, ani na tamtym świecie.

Czemu przeto, jako ateusz, powołuję się na słowa człowieka, którego liczni uważają za bożego posłańca? Nie tylko dlatego, iż to po prostu piękna poezja. Jest jeszcze jeden powód.
Pod błękitnym niebem Brabancji Walońskiej mieszka mój Przyjaciel. Nasza zażyłość zadaje kłam sceptycznej ocenie innego bożego posłańca – trzymajmy się już konsekwentnie Biblii – który stwierdza: Albo jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem? Okazuje się, że jest! W roli Beliara obsadzam rzecz jasna siebie samego, bo mój Przyjaciel to ksiądz. Polak posługujący (jak to określa ichnia nomenklatura) w Kościele belgijskim. Sporo by można opowiadać o naszych wspólnych pasjach intelektualnych oraz kulinarnych, ale… nie można, bo dbać musimy o reputację.

Jedno Wam wszakże zdradzę: Wielebny też sobie stworzył mały ziemski raj, choć dąży wytrwale ku innemu. Przedstawiam: ta belgijska ślicznotka wabi się Neige, czyli Śnieżynka. Pierwszym skojarzeniem jest co prawda Śnieżka, ale skoro Prezbiter mówi że Śnieżynka – to Śnieżynka! Czy to istotne? Ważne, że jest piękna.

Intymny mały świat brabanckiego kapłana inaczej wygląda niż mój, ale także intryguje i zachwyca.  Lubię dzielić się historyjkami o naszych rajach. Tym bardziej, że Przyjaciel prezentuje poczucie humoru dość – powiedziałbym – jak na księdza… hmm… niekonwencjonalne. Które mnie skądinąd wybitnie pasuje.

Każdy ma prawo do swego raju! Nie zabiorą go nam! Nie pozwolimy na to: prawda, Koteczku?

Z domowego aresztu 2

Rozpoczynając nowy cykl felietonów na podstawie materiałów zbieranych dla Dziennika Zachodniego do rubryki §§§, Autor usprawiedliwia się, że niektóre sprawy opisuje z pamięci, bo oryginalny tekst jest w Polsce, albo nigdy nie został opublikowany.

Zbigniew Milewicz

Listonosz

Materiały do swoich cotygodniowych paragrafów zdobywałem przeróżnie. Najczęściej z akt sądowych, albo z listów od czytelników Dziennika Zachodniego, ale miałem też swoich zaprzyjaźnionych informatorów, np. w milicji. W katowickiej dochodzeniówce pracował w stopniu kapitana Albert, z charakterystyczną, pokancerowaną czaszką, z którym od czasu do czasu szliśmy na zakrapiany obiad do Gwarka przy ul. Powstańców. Tam między sztukamięsem w sosie chrzanowym i butelką rozkładał różne papiery i fotki i nawijał tym swoim zabawnym, zagłębiowskim akcentem, a ja to wszystko zapisywałem w notesie.

Zdzisław G. był bezdzietnym wdowcem w średnim wieku, spod Zawiercia. Po wypadku na kopalni utrzymywał się z renty inwalidzkiej i niewielkiego gospodarstwa; milczkowaty, nie pił, nie palił, nie biegał za spódniczkami, jego jedyną namiętnością były karciane pasjanse. Do tego miał opinię człowieka bardzo przesądnego, torby z zakupami, w której była portmonetka nigdy nie stawiał na ziemi, z nikim nie rozmawiał przez próg, jak wyjmował ze stodoły drabinę, żeby np. naprawić cos na poddaszu, to pod nią nie przechodził, no i na wszelki wypadek nie trzymał kotów w gospodarstwie. Ewa J., jego przyjaciółka, która mieszkała w sąsiedniej wsi i czasami zawitała w gości, mogłaby jeszcze wiele na ten temat mówić.

Pocztę do domu dostarczało mu na zmianę dwóch listonoszy, starszy pan Adam i młodszy, na którego wszyscy okoliczni mieszkańcy mówili Wesołek, bo zawsze był uśmiechnięty. Tak się jakoś dziwnie składało, że z rąk pana Adama odbierał na ogół pozytywne wiadomości, a Wesołek dostarczał mu złe. Któregoś wieczoru Zdzisław G. postawił sobie karty, z których mu wyszło, że dostanie list z informacją o śmierci najbliższej osoby. Ponowił wróżbę, wyszło to samo. Nazajutrz nie otrzymał żadnej poczty, dwa dni później również, listonosz przyjechał do niego dopiero po tygodniu. Rozdygotany do granic możliwości, z daleka rozpoznał, że na rowerze jedzie Wesołek. Chłopak pogwizdywał jakąś melodyjkę, doooobry panie Zdzisiu, powitał gospodarza i to były jego ostatnie słowa. Po drugim uderzeniu grabiami upadł na ziemię.

Przytomność odzyskał dopiero w szpitalu, kiedy z niego wyszedł, przestał roznosić listy i wstąpił do milicji. Zdzisław G., nie doczekał rozprawy sądowej, zmarł w areszcie na atak serca, kiedy dowiedział się, że w tamtej poczcie było zawiadomienie o spadku, który otrzymał po zmarłym krewnym we Francji. Karty nie zawsze mówią prawdę, podobnie jak uśmiech na ludzkiej twarzy, ale czasem warto mu uwierzyć.