Z domowego aresztu (6)

Zbigniew Milewicz

Szlakiem kadrówki

Kończąc poprzedni odcinek, odczuwałem pewien niedosyt. Po pierwsze Sprawa Cywińskiego miała swoje polityczne tło, które pominąłem, a po drugie niewiele napisałem o jej głównych postaciach, koncentrując się na relacji ze zdarzenia i jego prawnych konsekwencjach.

Sytuacja polityczna w Polsce po zamachu majowym w 1926 roku przypominała z grubsza współczesną*, rządząca Sanacja, skupiona wokół Józefa Piłsudskiego, miała zaciekłych wrogów, przede wszystkim w obozie Narodowej Demokracji. Za jej trzyletnie rządy (1923 – 1926), kiedy to sekowani byli piłsudczycy, władza umiała się zemścić. Za nieprawomyślność, nawet z błahego powodu można było trafić do Twierdzy Brzeskiej, lub obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej, założonego w 1934 roku, według niemieckiego, nazistowskiego wzorca. Można się było tam dostać nawet na podstawie decyzji administracyjnej. Narodowcy padali również ofiarami zabójstw ze strony przedstawicieli władz, ale to już odrębny temat.
Natalia Olszewska, w artykule p.t. Trzecia władza w obronie Marszałka, zamieszczonym w pierwszym numerze Wiadomości Historycznych z 2018 roku, pisze m.in.:

Pojawił się nawet pomysł, aby umieścić Cywińskiego w Berezie Kartuskiej. Ostatecznie nie trafił do Berezy, a do aresztu śledczego, gdzie poczekał na proces sądowy w związku z oskarżeniem o obrazę Narodu. Władysław Studnicki, kontrowersyjny międzywojenny publicysta i polityk, miał pisać w liście do Edwarda Rydza-Śmigłego: „przeciwko Cywińskiemu […] ma być wytoczony proces o obrazę Narodu, proces bez należytych podstaw prawnych, bo trzeba chyba bizantyjskiego służalstwa sądu, aby uznać że obraza pamięci Piłsudskiego, jeżeli nawet miała miejsce, jest obrazą Narodu Polskiego”. Żadne słowa ani protesty nie mogły uchronić Cywińskiego przed odpowiedzialnością karną. Formą nacisku na sędziego była permanentna obecność na sali rozpraw wileńskich oficerów. Zresztą jak pisał w swoich wspomnieniach Stefan Glaser, sędzia Przybyłowski nie potrzebował żadnych form nacisku. Traktował docenta Cywińskiego, którego stan zdrowia był opłakany, w sposób wprost ohydny. Podobnie nieprzyzwoicie odnosił się do obrońców, mówiąc do nich zawsze podniesionym głosem i co chwila odbierając im głos. Zwłaszcza nie wolno było wspomnieć o fakcie bicia oskarżonych.

Mocodawca napadu na dziennikarzy, gen. Stefan Dąb-Biernacki, nie był wilniukiem. Pochodził spod Warszawy, z ziemiańskiej rodziny i miał rolnicze wykształcenie. Na studiach związał się z ruchem niepodległościowym, należał do Polskich Drużyn Strzeleckich, później była podchorążówka, zdobył odznakę oficerską, tzw. Parasol i poszedł na wojnę. Można powiedzieć, typowy początek kariery wojskowej legionisty. W I Brygadzie Legionów Polskich, walczących po stronie Austro-Węgier, dowodził kompanią, później batalionem 1 a następnie 3 pułku piechoty, I wojnę światową ukończył w stopniu kapitana. Od listopada 1918 roku służył w Wojsku Polskim; w wojnie polsko-bolszewickiej wykazał się dużą odwagą, miał sporo żołnierskiego szczęścia i wygrywał na polu walki, zyskiwał więc coraz wyższe uznanie w oczach przełożonych. Wojnę ukończył w randze pułkownika, na stanowisku dowódcy 1 Dywizji Piechoty Legionów. Za udział w walkach otrzymał Order Wojenny Virtuti Militari III, IV i V klasy, Krzyż Kawalerski i Krzyż Złoty. W ślad za tym przyszły następne awanse; po odbyciu kursu wyższych dowódców, w wieku 33 lat, został mianowany generałem brygady a po zamachu majowym Piłsudskiego w 1926 roku, w którym czynnie uczestniczył ze swoją dywizją, przeniesiono go do Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych w Warszawie. Marszałek musiał pozytywnie ocenić jego stołeczną służbę , skoro w styczniu 1931 roku awansował go do stopnia generała dywizji i powierzył funkcję inspektora armii z siedzibą w Wilnie.
W GISZ generał Dąb-Biernacki miał wiele do powiedzenia m.in. w sprawie modernizacji polskiej armii. Ponieważ był zaciekłym wrogiem wszelkich nowinek z Zachodu, często skutecznie torpedował plany zakupu i produkcji nowoczesnych broni, nieodmiennie powtarzając, że polska piechota i kawaleria poradzą sobie z każdym wrogiem.
Po śmierci Józefa Piłsudskiego w 1935 roku, Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych został generał, a później Marszałek Edward Rydz-Śmigły, który o wojskowych kwalifikacjach Biernackiego musiał mieć równie dobre zdanie, co jego poprzednik, ponieważ latem 1939 roku powierzył mu największy i najważniejszy polski odwód – armię Prusy, liczącą 7 dywizji piechoty i 1 brygadę kawalerii. We wrześniu 1939 roku, na skutek nieudolnego dowództwa została ona szybko rozbita przez Niemców, a Dąb-Biernacki rejterował się ucieczką z pola walki, co miało miejsce 5 września pod Piotrkowem Trybunalskim. Dotarł do kwatery naczelnego wodza i przekonał go, że klęska nastąpiła nie z jego winy, a żołnierza, który …nie chciał się bić. Marszałek Rydz-Śmigły uwierzył mu i zlecił następne, odpowiedzialne zadanie, dowództwo Frontu Północnego, nowo powołanego związku operacyjnego. Decyzja ta była prawdziwym zaskoczeniem dla członków sztabu, uważali, że taki dowódca nie powinien dalej pełnić funkcji, tym bardziej na wyższym stanowisku, ale naczelny wódz postanowił inaczej. W dniach od 22 do 27 września miała miejsce bitwa pod Tomaszowem Lubelskim, w której Front Północny załamał się pod wspólnym natarciem wojsk niemieckich i sowieckich, a wróg wymusił kapitulację. Generał ponownie porzucił walczące oddziały, podpisanie kapitulacji zlecił jednemu z dowódców podległych mu armii, a sam w cywilnym przebraniu uciekł w stronę węgierskiej granicy.
Udało mu się przedostać do Francji, jednak generał Władysław Sikorski odsunął go, jak większość piłsudczyków, od wszelkich funkcji w Armii Polskiej na Zachodzie. Został umieszczony w obozie oficerskim w Cerizay, dla „nieprawomyślnych” i „sprawców klęski wrześniowej”, skąd po upadku Francji delikwenci ewakuowali się na własną rękę do Anglii. Umieszczono ich tam na wysepce Bute, u zachodnich wybrzeży Szkocji, w Samodzielnym Obozie Rothesay, który miał wśród wojskowych opinię karnego. W obozie agitowano przeciw generałowi Sikorskiemu, a przewodniczył spiskowi Dąb-Biernacki, za co w październiku 1940 r. stanął przed polskim Sądem Polowym w Londynie. Został uznany winnym popełnienia zbrodni kierowania spiskiem antyrządowym, za co zdegradowano go do stopnia szeregowca i skazano na cztery lata pozbawienia wolności… w brytyjskim więzieniu. Ze względu na rzekomy zły stan zdrowia po roku wyszedł na wolność i zajął się pszczelarstwem w Irlandii, później miał farmę w Walii, czyli wrócił do wyuczonego zawodu, na którym się pewnie lepiej znał niż na wojskowości. Zmarł w 1959 roku w Londynie i tam został pochowany.
W generalicji II RP miał na ogół złe opinie, acz nie negowano jego dużych zasług z wojny polsko-bolszewickiej, zarzucano mu jednak, że był bezwzględny i brutalny wobec podwładnych, zarozumiały i nadmiernie pewny siebie. Pycha i tupet szły w parze z zawziętością w zwalczaniu ludzi myślących inaczej, czym narobił dużo szkody w wojsku, bo usuwał z armii bardzo wartościowych oficerów. Nie był lubiany w wojsku, nierówny w stosunkach służbowych i nietaktowny, chętnie wykorzystywał stanowisko dla osiągnięcia korzyści materialnych.

Stefan Dąb-Biernacki miał dwoje dzieci, Zofię i Józefa. W czasie II wojny światowej obydwoje walczyli w szeregach Armii Krajowej. Zofia, ps. „Jagienka”, przeżyła okupację, „Józek“ poległ 8 sierpnia 1944 roku na Woli. Nie zawsze jabłka padają blisko jabłoni, jedni powiedzą, że szkoda, inni, na szczęście.

Wikipedia, Stanisław Cywiński opuszcza gmach sądu po rozprawie

O ofiarach Stefana Dąb-Biernackiego wiemy dużo mniej. Stanisław Cat-Mackiewicz, prawnik, pisarz i redaktor dziennika Słowo w Wilnie tak mówił o Stanisławie Cywińskim:

To był jeden z najszlachetniejszych i najbardziej krystalicznych ludzi, jakich znałem w życiu. […] Poznałem go, gdy byłem uczniem w gimnazjum Winogradowa w Wilnie, a on nauczycielem języka polskiego. Było to w roku 1911. Cywiński był niezdolny do żadnego kłamstwa. Był on hiperentuzjastycznie nastrojony do swej pracy, do swoich obowiązków patriotycznych. Pamiętam, jak kiedyś rozpłakał się na lekcji, gdy myślał, żeśmy nie docenili znaczenia nauki języka polskiego w gimnazjum rosyjskim.

W czasie wielkiej wojny, gdy Wilno znalazło się pod okupacją niemiecką, Cywiński pracował po 17 godzin dziennie. Był wtedy zastępcą dyrektora polskiego gimnazjum, prócz tego wykładał na zorganizowanych wyższych kursach. […] Wtedy Cywiński miał poglądy tzw. niepodległościowe i był zwolennikiem Piłsudskiego i Legionów. Pod koniec wojny jednak zmienił poglądy. Od czasu zamachu majowego stał się wyraźnym wrogiem Piłsudskiego.

W wyniku napadu kadrówki Stanisław Cywiński stracił lewe oko i miał połamane żebra. Wileński intelektualista, który poza pracą naukową na Uniwersytecie im. Stefana Batorego, zajmował się publicystyką, zasiadł na ławie oskarżonych obok Aleksandra Zwierzyńskiego, naczelnego redaktora i wydawcy Dziennika Wileńskiego. Niestety, nie udało mi się dociec, który Sąd Okręgowy rozpatrywał tę sprawę, jedne źródła podają, że warszawski, inne optują za wileńskim. Trzeci z pobitych, dr Zygmunt Fedorowicz, zastępca naczelnego, uniknął sądu, po dwóch dniach pobytu w więziennym szpitalu został zwolniony do domu. Zwierzyński był znaną osobą, poza działalnością wydawniczą wcześniej, przez trzy kadencje zasiadał w loży poselskiej, piastował funkcję wicemarszałka Sejmu i należał do ścisłego kierownictwa Stronnictwa Narodowego. Podobnie Zygmunt Fedorowicz, w okresie tzw. Litwy Środkowej lud Wileńszczyzny wybrał go do Sejmu Wileńskiego. Został jego wicemarszałkiem i to przede wszystkim dzięki jego usilnym zabiegom ziemia wileńska, bez żadnych dodatkowych warunków została włączona w skład Państwa Polskiego. Był również dyrektorem Gimnazjum Zygmunta Augusta i kuratorem oświaty oraz radnym z ramienia Stronnictwa Narodowego.
Naczelny redaktor Dziennika Wileńskiego otrzymał wyrok uniewinniający od zarzutu zniewagi narodu polskiego, Stanisław Cywiński odsiedział podobno w sumie tylko pięć miesięcy z zasądzonych osiemnastu, ale niedługo cieszył się wolnością. Po zajęciu Wilna przez Armię Czerwoną w 1939 roku został aresztowany, po kilku dniach NKWD wypuściło go zmaltretowanego na wolność, po czym bolszewicy zabrali go ponownie. Był wtedy już w podeszłym wieku i mocno schorowany, zmarł w szpitalu więziennym w Kirowie, w marcu 1941 roku. Daleko do hodowli pszczół mieli także dwaj pozostali. Aleksander Zwierzyński – jeden z przywódców polskiego państwa podziemnego w czasach okupacji – był sądzony i skazany w moskiewskim procesie szesnastu, który odbył się w czerwcu 1945 roku. Po odbyciu kary wrócił do Polski i żył w wielkiej biedzie. Zmarł w 1958 roku. Natomiast Zygmunt Fedorowicz był podczas okupacji delegatem okręgowym rządu na kraj w Wilnie. W 1944 roku, po powtórnym zajęciu miasta przez bolszewików, został aresztowany i wywieziony do łagrów, spędził w nich wiele lat, ale przeżył. Wrócił do Polski w 1955 roku.


* Czytelników zainteresowanych porównaniem sanacji i obozu dobrej zmiany zapraszam do ciekawego artykułu Daniela Patrejki, z 31 marca b.r. w portalu Publicystyczny.pl: A czemu nie okólnik?

Mama, Rysia, Marx

Wenn es Pandemia nicht gegeben hätte…

Ewa Maria Slaska
Mein Leben kann man in
drei Phasen aufteilen, eine für Mama, eine für Marx und eine für Rysia.
Zufälligerweise sind sie alle drei am 5. Mai geboren: 1818 / 19
18/ 2018

– Mein Leben, sagte ich zu Marx, ist ganz genau der rechte Handschuh des Buches von deinem Freund, der Friedrich von Engels.
– Er war kein „von“. Ich war es. Und meine Frau.
– Egal. Er schrieb ein Buch, unter dem Titel: Der Ursprung der Familie, des Privateigentums und des Staats. Und bei mir war es gerade umgekehrt: Der Verlust der Familie, des Privateigentums und des Staats.

Kapitel Eins. Mama oder der Ursprung der Familie.

Du bist eine schreckliche Hexe, sagte meine Mutter, kein Mann wird dich je heiraten wollen.
Ich bin sechs. Verstehe kaum, was sie sagt, aber die Drohung ist unverkennbar.
Was habe ich getan, dass sie mir sowas sagte?

– Eee, sagt Rysia. Unwichtig. Einfache kolloquiale Übertreibung.

Der Tag liegt über 60 Jahre zurück. Es gab noch keine kleine Hexe namens Bibi Blocksberg, noch keine sympathischen Drachen, Vampire und Magier. Man brauchte noch Jahrzehnte, um die Kraft einer Hexe zu entdecken und sie zum Symbol der Frauenbewegung zu erheben. Ich war ein Kind. Eine Hexe war ein Schreck. Alles, wovon wir in der Märchenwelt umgeben wurden, war schrecklich, egal ob es die Gebrüder Grimm waren oder Andersen. Die kleine Sirene verliert lange Haare und Stimme, um die Liebe des Prinzen zu gewinnen. Die Hexe sagt ihr, dass sie zwar jetzt wunderbare Beine hat, aber mit der Liebe ist es so, dass man nie sicher sein kann, ob man geliebt wird. Und sie wird nicht geliebt. Sie steht im Schloss in einer dunklen Ecke und schaut zu, wie der Prinz eine Usurpatorin heiratet. Dich wird man nicht heiraten, kleine Sirene.
Und die Beine tun dir weh.
Deine Beine bluten.

Das Mädchen, das auf das Brot trat, ist auch von Andersen. Sie wollte tanzen gehen in ihren schönen roten Schuhen, und wollte sie nicht schmutzig machen. Sie musste durch einen Sumpf. Schnell holte sie das Brot aus ihrer Tasche, schmiss es in den Schlamm, und Hop, dachte sie, schon bin ich auf der anderen Seite. Aber nein. Sie versank in den Moorgrund und kam zur Moorfrau hinunter, die dort braut. Das sieht man, wenn die Wiesen im Sommer dampfen. Es ist schrecklich in der Brauerei der Schlammhexe, es ist eine stinkende Schlammgrube! Du wirst später selber eine Schlammhexe, Mädel. Man wird dich nie heiraten wegen deiner Füße in roten Schuhen.

– Hej, faucht Rysia. Schmeiß deine roten Schuhe weg.

Natürlich noch Aschenputtel. Beine, Füße, Schuhe, Blut, Prinz. Im Märchen wird er dich heiraten, aber im wahren Leben heiratet er eine von deinen Halbschwestern, die, die sich die Zehen abgehackt hatte, oder eh die, die ihre Fersen abhackte. Ihre Füße bluten, man wird dich nicht heiraten.

Och ja, klar, auch Rotkäppchen.

– Na, sagt Rysia, was sucht sie hier? Ihre Beine sind ganz in Ordnung. Und ihr Blut steckt ganz symbolisch im Rotkäppchen.

Man hackt auf dich ein, kleines Mädchen, deine Füße bluten. Du stehst in einer dunklen Ecke hinter dem Weihnachtsbaum und betest darum, dass dich niemand zum Tanzen auffordert. Du bist sieben. Deine Mutter hat dir ein Kleidchen gemacht, indem sie ihr Kleid grob abgeschnitten hat. Man sieht die Nähte ganz genau, jeder Stich ist so lang wie Mamas Finger. Mama hat sich mit der Nadel in den Finger gepiekt. Man sieht es nicht, aber auf dem Kleid ist Blut. Und du bist eine Hexe.
Hexe, Blut, Beine, Schuhe, Prinz, das wird gebraucht, um zu heiraten.
Aber siebenjährige Mädchen heiraten noch nicht.

Wir waren beide im Zimmer und standen neben dem Bücherregal. Mama in der Hocke, ich neben ihr stehend. Was habe ich damals getan, dass sie mir so etwas sagte? Seit Jahren versuche ich meine Unfähigkeit, mich daran zu erinnern, durchzubrechen, einen Schritt tiefer in die verlorene Zeit zu machen, nur eine Minute früher. Diese eine Minute.

Na, sagt Rysia. Lass die Minute sein. Es war eh eine Prophezeiung und keine Bedrohung. Du wolltest nie heiraten. Ja, wohl hast du es getan, aber dann biste weg, du warst weg, du wolltest es nicht und jetzt lebst du allein, das heißt mit mir, natürlich, und sagst immer selber, dass du so zufrieden bist, wie nie in deinem Leben.
Und rote Schuhe sind rote Schuhe. Und rote Socken sind rote Socken. Und eine Rose ist eine Rose.

Es gibt noch eine Frauengeschichte mit Blut. Eine Frauentag-Geschichte. Eine Frau sticht sich in den Finger. Die Frau bin ich, noch klein, aber in einer kleinen Frau steckt schon immer die zukünftige große Frau. Ich war acht Jahre alt, und ging zu einem Ballettkurs. Wir tanzten eine einfache Tanzszene. Zuerst gingen wir, Mädchen in weißen Ballettkleidchen, paarweise quer über die Bühne, als ob wir die Blumen sammelten. Dann kamen von der anderen Ecke Jungs in Leinenhosen und taten so, als ob sie uns erschrecken wollten. Wir liefen rum, die Jungs hinter uns, dann aber war klar, dass es nur ein Scherz war, wir bildeten einen Kreis, Mädchen, Junge, Mädchen, Junge, hielten uns fest an den Händen und tanzten im Kreis, schneller, schneller, schneller…

Einmal im Jahr tanzten alle Ballettkinder in der Oper, wir also mit unseren Wiesentanz auch. Der Ballettlehrer hat uns tausend Mal ermahnt, dass wir unsere Kleidchen schneeweiß waschen müssen und dann glatt und glänzend bügeln. Unsere Ballettschuhchen müssten auch schneeweiß sauber gekriegt werden, genauso wie Slips, die unter den kurzen Kleidchen hervorzulugen hatten. Es ist schwer zu begreifen, aber 1957, in der Volksrepublik Polen, war es fast unmöglich, diese Forderungen zu erfüllen. Es ist mir heut nicht klar, weshalb ich mich um mein Kostüm selber kümmern musste. War aber so. Plötzlich war es Frauentag und ich musste mich für die Matinee in der Oper fertig machen. Es geschah, wie es geschehen musste. Das Kleidchen war zwar vielleicht nicht schneeweiß, aber doch weiß, sauber und glatt gebügelt, die Schühchen waren ebenfalls eher eierschalen- als schneeweiß, aber irgendwie würde es gehen. Aber es gab KEINEN Slip! Keinen Slip! Keinen Slip! O Gott, was jetzt? Zur Erklärung: das, was in den Frühfünfzigern in Polen ein Mädchen an normalen Tagen trug, waren so genannte „Reformen“, Baumwollhöschen, meistens rosa. Zig mal getragen und ausgewaschen. Nirgendwo ein Slip. Nicht im Schrank, nicht im Wäschekorb. Dort aber finde ich weiße Nylonslips meiner Mutter. Sie sind ungewaschen, ja, und viel zu groß, ja, aber mindestens weiß und gleißend. Ich hole mir mein Nähzeug, und ruck zuck mit großen langen krummen Stichen nähe ich mir aus Mamas weißen Slips so etwas wie Mädchenslip für mich. Ich muss mich beeilen, es ist schon spät, gleich muss ich losrennen. Den letzten Stich ziehe ich durch meinen Finger! Ich reiße mich im Schreck hoch, zerreiße die Haut, Blut tropft auf… och… Gott sei‘s dank, Blut tropft auf den Fußboden und nicht auf meine hervorgezauberten Slips. Ich binde ein Taschentuch um meinen Finger, packe ein, binde mir ein weißes Tuch um die Haare und bin schon auf der Straße, laufend, so schnell ich kann.

Ich komme als Letzte, eine der Mutter entdeckt meinen blutenden Finger, klebt mir ein Wundpflaster um, zupft am meinem Haartuch, und schon stehen wir hinter der Bühne und warten auf unseren Auftritt. Vor uns sind noch die Kindergarten-Kinder und Erstklässler, die einen dummen Zwergentanz tanzen, nicht so wie wir, schon große schöne Mädchen, die einen lieblichen schönen Wiesentanz tanzen werden… Schöne Prinzessinnen, leicht wie Elfen…

Jetzt tanzen wir … Wir beugen uns, um die schönen Blumen zu pflücken, irgendein Mozart fließt von oben auf uns, tin tin tin tin, tanzen wir auf unseren Satinpointe-Schuhchen, hier so eine schöne Blume, und da noch eine und mein Slip beginnt sich aufzulösen… Ich höre es durch den Mozart sehr deutlich … Auf dem linken Pobacken. Schon kommen die Jungs, wir laufen weg, tirlirirlilalallala, weg in den Wald, die Jungs kommen näher, hop hop hop, Mädels lauft, laufe du Schöne, laufe Fraulein, Schmetterlinge kommet näher… Wir drehen uns, lach lach lach lacht die Musik, lach lach lach lachen die Mädchen über den Scherz, lach lach, meine Slips knistern auf dem rechten Po… Wir halten Händchen und tanzen schneller, schneller bis meine Slips, schon total zerissen, mir vom Po nach unten fließen und ich stolpere um sie, falle mit der Nase auf den Boden. Shame auf meinen Po. Ich hoffe, ich sterbe. Dong! Der ganze Kreis zerreißt, mehrere von uns fallen auf den Fußboden. Vorhang. Ende Gelände. Ich werde nie wieder auf der Bühne tanzen, keine Primaballerina werden.

So verliert man die Familie und ist allein auf der Welt. Sie können heftig wie sie wollen auf mich wirken, sich um mich drängen, mich umarmen mit ihren Judasumarmungen, ich habe keine Familie, keine, die mir Halt und Hilfe versprechen kann im Angesicht der Gefahren der weiten großen, schrecklichen Weltbühne. Egal wie schön sie immer wieder Mozart spielen mögen, ich werde ihnen allen nie mehr glauben… Sie haben mich alleine gelassen. Sie taugen als Familie nichts. Ende des Kapitels Eins.

Oder nein, noch nicht. Noch eine Bemerkung. Daher habe ich ja auch keine gute, feste, ewighaltende Familie gründen können.

Jetzt aber. Ende des Kapitels Eins. Verlust der Familie.

Kapitel Zwei. Marx oder der Ursprung des Privateigentums.

Man hatte in Polen gar nichts. Ich noch weniger als die anderen, weil meine Eltern keinen Wert auf das Materielle legten. Das sagten sie immer wieder und waren stolz drauf, Grashüpfer sein, keine Ameisen. Das hieß in der Praxis, dass meine Freundinnen aus der Schule Mama und Papa fragen konnten, ob sie ihnen etwas kaufen. Eine Jacke, einen Rock, Schuhe. Ich nicht. Ich trug immer etwas von den Älteren, etwas Abgelegtes, Nicht-Gewolltes. Das letzte woran ich mich erinnere, das für mich gekauft und genäht wurde, ist eine wollene Jacke, gemustert Dunkelblau und Schwarz. Da bin ich vielleicht zwölf gewesen. Sonst nie etwas Neues. Nie. Einmal, fragte ich, ob ich neue Handschuhe bekommen kann, meine sähen nämlich schrecklich kindisch aus. Nein, sagt Papa, es gibt kein Geld für neue Handschuhe, nur weil sie schrecklich aussehen. Ich hab selber gar keine.

Das prägt für immer. 60 Jahre später, ohne darüber nachzudenken, bin ich sofort im Stande das Prinzip Zero-Waste anzunehmen und zu wissen, dass ich bis Ende meines Lebens NIE MEHR etwas kaufen werde. Das macht mir nichts aus. Ich lernte es, als ich zehn war. Die Handschuhe waren mein letzter Versuch. Seitdem werde ich nie mehr drum bitten, dass man mir etwas kauft. Ich wachse in dem zu langen Mäntel und den zu engen Schuhen auf, in schlecht angepassten Klamotten. Seit dem Vorfall mit dem Slip für den Ballettauftritt versuche ich auch nie mehr, etwas für mich zu nähen.

Nie werde ich von alleine Shopping machen. Klamotten sind ja in Polen auch schlicht miserabel. Also kein Geld da, wenn aber doch, dann gibt es sowieso nichts, was man kaufen wollte. Da ich aus Danzig komme, einer Hafenstadt, hatte ich (rein theoretisch) noch eine andere Option, an Klamotten zu gelangen, nämlich die von Seemännern aus dem Ausland mitgebrachte, was dem Neckermann-Katalog-Angebot der 70ger entsprach. Die Dinge kamen zu einem entweder unter dem Tisch oder in den gesetzlich zugelassenen privaten Läden, die Komis hießen. Im Komis nahm man die Ware nur zum Provisionsverkauf. Die Dinge waren sündhaft teuer. Nur eine meiner Schulkameradinnen hatte solche Klamotten, die ihr ihre reiche Tante kaufte. Aber eine reiche Tante war eine seltene Ware. Ich hatte zwar auch eine, die wohnte aber in Australien. Etwa zweimal im Jahr schickte sie uns große Pakete voller Kleider und der Tag wenn Mama, meine Schwester und ich die Pakete öffneten, war ein buntes Fest fürs Leben in der grauen Wirklichkeit des kommunistischen Polens, aber die Kleider selber taugten für Nichts. Riesige raschelnde Taft- und Tüllballkleider, grosse Strickjacken, Kostümchen für Mitvierzigerinnen, die um vier oder fünf Konfektionsgrößen grösser und breiter waren als ich.

Als ich in den Westen kam, wiederholte sich die Situation. Zuerst hatte ich kein Geld, und als ich endlich an Geld kam, waren erst alle Dinge nie so, wie ich sie tragen wollte. Dazu kam noch ein mulmiges Gefühl, eine Art Gewissensbisse, als ich das Geld für mich selber ausgab. Mindestens zehn Jahre dauerte es, bis ich endlich ohne Probleme in einen Laden gehen konnte, um mir ein Kleid zu kaufen. Allmählich waren die Klamotten auch angenehmer, sahen nicht so verdammt steif und kleinbürgerlich aus, es kamen Boho-Looks, Ethno-Looks, Second-Hand-Looks, Urlaub-in-Toscana-Looks und was auch noch alles, bald aber wurden sie durch Billigzeug aus Indien, Pakistan und China ersetzt. Tand, Tand, Tand ist das Gebilde von Menschenhand, schrieb Fontane. Tand, Tand, Tand. Aus dem Gefühl, dass alles Tand ist, erwuchs selbständig, unabhängig von Moden und Trends, die Entscheidung, dass die Klamotten für nichts taugen.

Sie sind mir zum Symbol geworden, Symbol für Alles, was man wollen könnte und nicht hatte, um dann festzustellen, dass man es auch nicht braucht. Haus – um Gotteswillen! nur zum weglaufen. Auto! Kein Führerschein, wie praktisch. Fahrrad – dito, nicht zu gebrauchen von Jemanden, der nicht Fahrrad fahren kann. Bücher – sind doch Bibliotheken da und Bücherstände auf dem Flohmarkt. Möbel, Tand Tand Tand ist alles von Menschenhand.

Und endlich ein Zitat, das zu mir passt. Das hilft unendlich. Was braucht ein Schriftsteller? Nicht viel, viel weniger als jeder andere, Bett, Tisch, Stuhl, Bücher vielleicht und ein bisschen Geld für Reisen, um die Welt zu sehen. Gott sei gedankt, dass ich eine Schriftstellerin bin.

Was für ein wunderbares Prinzip. Ja, Marx, im Allgemeinen geht es mir um soziale Gerechtigkeit, im Grunde aber, um das Prinzip, teilen zu können. Für Leute kann es schwer sein, zu teilen. Für mich nicht. Ich kann alles teilen, alles weggeben.
Was kann aber derjenige teilen, der nichts hat und nie den Sinn entwickelte, etwas zu besitzen?!

Ende des Kapitels zwei. Verlust des Privateigentums.

Kapitel Drei. Rysia oder die Entstehung des Staats.

Denken Sie bitte nicht, dass ich meinen Staat Polen verloren habe, als ich im Januar 1985 mit einem Koffer in einer Hand und mit der zweiten die Hand meines Sohnes haltend, einen Zug aus Danzig nach Berlin Ost bestieg.

Ich emigrierte, aber der Staat war da. Überhaupt und für mich. Ich wusste nicht, dass es so ist, aber jetzt weiß ich – solange ich mich für den Staat engagierte, hatte ich ihn. Sogar als PiS an die Macht gekommen ist, engagierte ich mich gegen diese Partei und dies bedeutete, dass ich ihn hatte, den Staat. Weil der Staat doch nicht die Regierung ist und nicht das Territorium. Nicht die Grenze und nicht die Leistung. Nicht Errungenschaften machen den Staat und sogar Fehler ändern nichts an dem, was er im Grunde ist. Der Staat, der dein ist, ist Liebe. Es sind Menschen mit denen wir gemeinsam unseren Staat lieben. Wir können auch stolz sein, dass muss aber nicht sein. Was sein muss, ist die gemeinsame Liebe. Je länger die Litanei der Verbrechen ist, die die Recht und Gerechtigkeit-Partei gegen die Demokratie verbrochen hat, desto schwieriger war diese Liebe, aber sie war da, immer noch war sie da. Oder mindestens – dachte ich, dass sie da war.

In nicht mal einer Woche soll in Polen eine Wahl-Farce stattfinden. Man hat wegen der Pandemie Briefwahl konzipiert, die Post, der die Territoriale Militäreinheiten zu Hilfe stehen werden, muss austragen und soll damit unabhängige Wahlkomitees ersetzen.

Die Wahlen werden von PiS gewonnen. Der gängige Witz lautet: sag mal, mit wie vielen Stimmen wird Duda am 10. Mai die Wahlen gewinnen?
Im kommunistischen Polen wären es 99%, in PiS-Polen wird man sich mit 61% begnügen. Das reicht. Mehr braucht niemand. 61% und die Pandemie, die den Diktatoren in aller Welt wie ein Himmelsgeschenk in den Schoß fiel, werden reichen, um die Diktatur der Einzigwichtigen-Partei für die nächsten 20 Jahre zu festigen. Sie sind keine Idioten, die von der PiS-Partei. O nein, die sind die klügsten Köpfe, die wir jemals am Steuerrad des Staatsschiffes hatten. Klüger als Boleslaus der Mutige, der erste polnische König, klüger als Kasimir der Große, der Polen modernisierte, klüger als Wladislaus Jagiello, der den größten Sieg in der Geschichte Polen ausgekämpft hatte. Klüger als Bierut, Gomułka, Gierek und Jaruzelski, als Wałęsa, Mazowiecki, Kwaśniewski und Tusk. Sie haben ganz Polen, einen 40-Milionen-Staat unterjocht, ohne eine einzige Strassenschlacht, ohne jedweden politischen Gefangenen, ohne Zensurbehörde und Unterdrückungsapparat. Nur durch Propaganda und die alte Römische Regel divide et impera, regiere und teile (sprich: bezahle), haben sie die absolute Macht bekommen, haben Millionen aber Millionen Zlotys aus den Staatskassen auswandern lassen: für sich und eigene Sippschaft und für die Katholische Kirche.

Und dies alles bei wachsender Popularität. 61%.

Das erschreckt und lässt die übliche Liebe im Hals stecken.
Gestern fragte mich mein Kumpel, ob ich wählen gehe?
Nein, sagte ich, wozu auch?
Ich liebe diesen Staat nicht.
Ende des Kapitels 3. Verlust des Staats.

Mach dir keine Sorge, sage ich zu Rysia, dich liebe ich.

Z Florencji (2)

Maria Marucelli

Aż się boję pisać

Zaczynamy odbijać się od dna! Od dziś można wychodzić trochę więcej, mam nadzieję, że uda mi się wyciągnąć mojego męża na spacer! Będzie to niewątpliwie trudne, bo on jest jak niedźwiedź, który zaszywa się w swojej gawrze i chętnie robiłby to przez cały rok, tym bardziej teraz, a ja chciałbym się zamienić w jaskółkę, których jest już pełno. Tak, wiosna tu we Florencji jest już od jakiegoś czasu; zjawiła się, nie zważając na zakazy wychodzenia, chodzenia z karteczką deklarującą, że nie jest się zakażonym (zupełnie jak by się to wiedziało), że nie jest się na kwarantannie domowej i dokąd się idzie, i że to sprawa ważna, i tylko typu lekarz, apteka, zakupy, żeby jakoś przeżyć. Tych zakazów, notabene słusznych, było tak dużo, że okazało się, że samotna para staruszków zamknęła się w domu i starsui państwo nie wychodzili przez sześć tygodni, dopiero jak już zaczęli być wycieńczeni z głodu, bo zapasy już im się skończyły, zmarznięci z zimna, bo zepsuł im się piec gazowy, dopiero wtedy zdecydowali się zadzwonić na policję i poprosić o pomoc, którą to pomocą zostali natychmiast objęci.
Florencja po pierwszych urokliwych zdjęciach, że niby jak to pięknie, jak nie ma turystów, zaczęła wyglądać jak z makiety miniaturowych miast, koszmar, horror.

View of the square and church of Santa Maria Novella in Florence during lockdown emergency period aimed at stopping the spread of the Covid-19 coronavirus. Although the lockdown and full absence of people, the scenery of the Italian squares and monuments remain fascinating, Florence, Italy, 11 April 2020
(ANSA foto Fabio Muzzi)

Miasta muszą żyć, są nienaturalne, jak są zupełnie puste, to tak jak z nie wywołanymi zdjęciami Vivian Maier – właśnie po raz wtóry obejrzałam film o niej, jeżeli nie widzieliście, to bardzo polecam (tu link do Wikipedia o Maier https://en.wikipedia.org/wiki/Vivian_Maier), kobieta – geniusz fotograficzny, ale też ekstrawagancka; znaleziono setki tysięcy negatywów jej zdjęć, nigdy nie wywołanych.

Tylko natura nie zatrzymała się w miejscu, a ponieważ po prawie nieistniejącej zimie nastała bardzo, ale to bardzo wczesna wiosna. Gołębie grzywacze, które mają od lat gniazdo na drzewie laurowym, wchodzącym prawie na nasz balkon, właśnie szykują się do wysiadywania drugiego miotu potomstwa, to jest naprawdę strasznie wcześnie, normalnie zaczynały wysiadywać jajka po raz drugi pod koniec czerwca!

Ale wracając do Florencji to, co prawda w obowiązkowych maseczkach i na odległość metra, ale zaczynamy znowu żyć. Właśnie zobaczyłam zdjęcia z parku przy Florenckiej Fortecy, gdzie jak byłam ostatnim razem było zamontowane najdłuższe lodowisko w Europie, nawet na tym lodowisku, bardzo nieudolnie, jeździła rodzina mojej córki, a teściowa nakręciła kilka, równie nieudolnych, filmików. Dali mi ten materiał do zmontowania (w moim życiu zawodowym byłam montażystą filmów i bardzo mi ta praca odpowiadała), zmontowałem filmik, bardzo się rodzinie spodobał a ja miałam pół dnia nostalgicznej zabawy.

Podczas tych dwóch miesięcy życie “na powietrzu” koncentrowało się głównie na balkonie. Nawet ktoś powiedział że teraz mieszkania dzielą się na:
* bezbalkonowe – niestety takie mieszkanie ma moja Mama w Warszawie i to jest problem, bo nie ma zupełnie gdzie wyjść;
* z balkonem, ale tak malutkim, że możesz na nim zrobić jeden krok i koniec – takich balkonów jest pełno w popeerelowkim budownictwie, służyły one głównie w zimie (jak jeszcze były mroźne zimy) jako dodatkowa lodówka; we Włoszech chyba takich balkonów nie ma, bo one naprawdę nie mają najmniejszego sensu;
*z balkonem takim jak mam ja; jest wąski, chyba nie ma metra szerokości, ale za to bardzo długi. Taki balkon ma też moja córka i na nim jej trzyletni syn uczy się teraz jeździć na rowerze i hulajnodze.
Ja na moim balkonie normalnie mam sporo kwiatów, ale zostały mi tylko wieloletnie i pnący się od pani z parteru jaśmin, który za chwilkę zacznie kwitnąć!
(* przypis adminki: są ludzie, którzy mają duże balkony, a czasem nawet dwa, są też tacy, co mają tarasy, no i ci, co mają ogrody…)

Ale od poniedziałku będziemy mogli wychodzić nawet na spacery, już planujemy z mężem, do jakiego parku pójdziemy lub pojedziemy, byle nie za dużo ludzi wpadło na ten sam pomysł, bo zrobi się tłok i nie będzie można zachować odpowiednich odległości człowieka od człowieka.
Jest jeszcze jedna ciekawa perspektywa, otóż na razie nie można wyjeżdżać z regionu zamieszkania, czyli teoretycznie rzecz biorąc na wakacje będziemy, my mieszkający w Toskanii, “zmuszeni” pojechać nad morze w takie miejsca jak: Forte dei Marmi, Argentario, Castiglione della Pescaia, wyspy Elba, Giannutri, Gorgona, Montecristo i Giglio – a tu mała ciekawostka, to jedyna wyspa we Włoszech, gdzie przynajmniej do dziś nikt nie zachorował na koronowirusa – lub ewentualnie na Wybrzeże Etrusków; będziemy mogli również przechadzać się po Pizie, Florencji, Lucce, Livorno, Sienie lub Arezzo, po Chianti lub takich dolinach jak Val d’Orcia, Garfagnana, Casentino, Mugello, Maremma i dużo dużo innych pięknych miejsc. Mieszkamy w Toskanii, umiemy się zadowolić tym, co mamy.

Elba widok z Populonii

Wiersze i muzyka

Teresa Rudolf

Czekam

A dzisiaj  wszystko
takie jakieś leciutkie
takie jakieś tiulowe.

Małe dzwoneczki
dzwonią w uszach,
świetliki tańczą w oczach.

Wszędzie zielono,
jak oczy mego kota,
a i też niebieściutko.

Maleńkie białe kwiatki
pierwszokomunijnie
na trawniczku zielonym.

Chmurkami białymi
oblepione niebo,
patrzy na nas z góry.

To Universum dziś
robi wielki test Ziemi,
czy gotowa już na maj.

Zapamiętaj

Zapamiętasz moje imię,
pytała stara kobieta
w domu starców
starego mężczyznę.

Zapamiętam na pewno,
jak mógbym zapomnieć
imię pachnące dziką różą,
imię śpiewające ogrodami.

Zapamiętam na pewno,
jak mógłbym zapomnieć
imię oplatające serce
jak bluszcz, już tyle lat.

Zapamiętam na pewno,
jak mógłbym zapomnieć
imię wyszeptane nocami
zanim je wypowiedziałem.

Zapamiętam na pewno
jak mógłbym zapomnieć
imię, któremu powiedziałem
TAK, moja Ty Różo!

Różo, moja Różo,
czemu nic mówisz???

Joycearia (I)

Arkadiusz Łuba

Während der Coronapandemie habe ich Ewa Maria mit einem Virus angesteckt.

Ja, Ewa Maria hat meinen Virus geschluckt. Hat also angebissen.

Sie hat Interesse an Joyce gefunden. An Finnegans Wake, seinem letzten Buch. Ich lese ihr jetzt ab und zu Fragmente daraus laut vor, sie liest leise vorm Schlafengehen.

Sie ist in der polnischen Übersetzung letztens auf »durian« (FW 257.6), ein essbares Obst vom Baum gleichen Namens in Südostasien, mit einer harten, stacheligen Schale, einem stark aromatisierten, fleischigen Fleisch, Durio zibethinus aus der Familie Malvengewächse, bekannt für seinen abstoßenden Geruch, und auf »manga« (orig. »mongafesh«, FW 256.25) gestoßen und wollte wissen, ob Joyce etwas sowohl über die Frucht als auch über japanische Comics wissen könnte. Ich griff zu meinen schlauen Büchern und Kommentaren, schließlich beschäftige ich mich seit Jahren mit dem Autor und stellte fest:
1) »durian«, erscheint als Phrase »durian gay«, was – neben der Frucht – eine klare Hindeutung auf den Titelheld von Oscar Wildes The Picture of Dorian Gray ist.
2) etymologisch kommt das Wort aus dem Malaiischen und beschreibt eine seltene Frucht »duri« mit stacheliger Haut: duri Dorn + das substantivierendes Suffix »-an« = durian
3) In Flora of Great Britain and Ireland von Peter Sell und Gina Murrell kommt ein gewisses Hieracium duriceps vor (S. 394), ein Habichtskraut, beschrieben 1982 von F. J. Hanbury. Er beschreibt eine Yorkshire-Pflanze, die normalerweise sehr groß ist, lange, spitze Blätter und Deckblätter mit längeren Drüsenhaaren hat.
Abgesehen davon, dass Nora Joyce wie Molly Bloom eine „Bergblume“ genannt wurden (Hieracium kommt auch als alpinum vor), erklingt das Lied My Girl‘s a Yorkshire Girl (Mein Mädel ist ein Yorkshire-Girl), ein Edwardianischer Musichall-Song von C. W. Murphy und Dan Lipton, im Kopf von Blazes Boylan am Ende des zehnten Kapitels des Ulysses. Es kommt wieder in Circe vor, nicht nur, weil eine der Prostituierten sagt, sie sei aus Yorkshire, sondern weil das Lied selbst eine bösartige junge Frau betrifft. Für Boylan, der in ein oder zwei Stunden an Leopold Blooms Tür klopfen und seine Frau besteigen wird, hat das Lied eine noch offensichtlichere Bedeutung. Als Bloom Zoe Higgins fragt: „Woher kommst du? London?“, antwortet sie: „In Yorkshire geboren“ (S. 564). Viel später in Circe beginnen Gemeiner Carr und Gemeiner Compton, das Lied auf der Straße zu singen. Zoe hört sie und springt entzückt auf: „Das bin ich. (sie klatscht in die Hände.) Tanzen! Tanzen! (sie läuft zum Pianola.) Wer hat Zwopence?“ (S. 640). Sie bekommt zwei Pennys von Lynch, lässt sie in den Schlitz des mechanischen Klaviers fallen und spielt „in Walzerakt das Vorspiel zu My Girl’s a Yorkshire Girl“, während Stephen Zoe durch den Raum wälzt. Bald singt das Pianola selbst die Worte des Liedes, zusammen mit Zoe (S. 641). Boylans Yorkshire-Mädchen ist natürlich Molly, und der Roman wirft auf, beantwortet aber nicht die Frage: Wem genau gehört diese „Rose“ [Blume]?

Das Video zeigt The Shannon Colleens (Sinead Murphy und Darina Gallagher), die dieses Lied im Rahmen des Bloomsday Festival 2010 in Dublin im Bewley’s Cafe Theatre aufführen.

4) das erwähnte »mongafesh« ist ein Kalauer, zusammengebaut aus »monkfish« – also dem Meerengel, Squatina angelus, und dem »mangofish« – also einem essbaren indischen Fisch, »where fishngaman fetched the mongafesh« – „wo der »fishermenmonster« (nga: Birmanisch für »Fisch« und nga-man: Birmanisch für »Seemonster«) den Meermongster brachte“ (AŁ).
5) auch wenn Joyce die Durian-Frucht sowie japanische Mangas kennen konnte, geht es hier nicht um einen Comic, wie die polnische Übersetzung von Krzysztof Bartnicki wiederum suggeriert und was Ewa dementsprechend daraus herausgelesen hat: „gdzie rybanga mang ułowić taką mangelybę“ (S. 256.32-33). Verschwunden sind auch die Meeresmonster und die Fische. Dafür summt jetzt Bartnickis »w to mu durian graj« (S. 257.12).

Wie dem auch sei, zeigt diese kleine Analyse, wie reich an Bedeutungen Finnegans Wake ist und wie viele neue Bedeutungen es generieren kann.

In Folge der Recherche schrieb ich daraufhin zwei Limericks, auf Polnisch, mit »durian« (vielleicht übersetzt jemand ins Deutsche?!):
I
Pewnego pana Jarosława
obiegła po świecie niesława:
Że gardził Wilde’a Dorianem,
i śmierdział okrutnie durianem.
Ot owoc a polska sprawa.

II
Już na śmierć zapomniana
osoba owego waćpana.
Powodem zaś aktu tego
był zapach z usteczek jego –
jak zapach owocu duriana.

In Polen wird der Monat Mai der heiligen Mutter Gottes Maria gewidmet:

Dazu habe ich auch gedichtet:

Maj miesiącem kwarantanny,
wiedzą Ele, Julie, Anny.
Propaganda Maryjowa
tylko mąci w polskich głowach!
Jej słuchają głupie panny.*

*Anspielung auf die Biblischen „panny roztropne i panny głupie“ („kluge und törichte Jungfrauen“).

pozdrawiam
wiadomo kto 🙂

Sąsiedzi 16

Teresa Rudolf

Tęsknota…

Lesławowi trudno było wręcz uwierzyć, że dopiero dwa tygodnie minęły od jego wyjścia ze szpitala.
Nierealne poczucie innego czasu towarzyszyło mu każdego dnia. Znalazł się w dziwnym, swoim, ale jakby i nie swoim świecie.
Kiedy wszedł przed dwoma tygodniami, po dłuższej nieobecności, do swego mieszkania, podpierany przez dwóch mężczyzn z pogotowia, za którymi pewnie kroczyła Regina, Regina zachowywała się jak pierwsza i jedyna dama świata Lesława.
Pracownicy pogotowia zwracali się tylko do niej z formalnymi pytaniami, prawie zapomnieli, kto powinien podpisać druk, potwierdzający dostarczenie chorego do domu.
Lesław miał wrazenie, że wszystko dzieje się kompletnie bez jego udziału, jak w koszmarnym śnie, z którego nie można się wybudzić.
Przed oczyma przesuwały mu się różne postacie, obrazy, nakładając się na siebie. Szczególnie często w tym półśnie pojawiała się sąsiadka z drugiego piętra, Filomena, której nawet nie zdążył podziękować za częste i bardzo przyjemne odwiedziny w szpitalu.
Czuł jakiś żal do siebie, że jej nie zatrzymał w tym ostatnim tam dniu pobytu, wypuszczając  bezpowrotnie ster z rąk, na rzecz zaborczej Reginy, femme fatale, rujnującej nieustająco poczucie jego własnej wartosci.
Poprzez chwilowe inwalidzwo czuł się uzależniony od pomocy innych osób i nie miał zbyt wielkiego wyboru. Regina była profesjonalistką, pomyślał więc, że musi ją tak potraktować, jak każdą inną osobę wykonującą ten zawód, i ustalić z nią warunki jej pracy.
Z rozmyślań wyrwał go dźwięk telefonu.
– Panie Lesiu, to ja, Klara. Salomonowi jest u mnie bardzo dobrze, ale on tęskni za panem. Co moglibyśmy zrobić, byście się, choćby na krótko, zobaczyli? Czy mam z nim przyjść do pana?
Czy nie wchodzić i zostawić kosz przed drzwiami, uprzednio krótko dzwoniąc, a później wpadnę po niego? Obawiam się bowiem, że pana… hmmm, pomoc domowa, Regina, nie zapałała nagłą miłością do Salomona.
Lesio nie miał pojęcia jak zareagować. Chciał bardzo zobaczyć swego wieloletniego towarzysza życia, nagle uświadomił sobie, jak bardzo za nim tęsknił. Miał prawie łzy w głosie.
– Pani Klaro, przez tę “Coronę” nie mogę Pani tutaj wpuścić, bo jest pani sąsiadką, a nie współmieszkanką, sama pani rozumie, co się teraz dzieje, trąbią ciągle o tym w TV. Nie ma Reginy, może mogłaby Pani go przynieść pod drzwi, zadzwonić i wpuścić do mieszkania, bo sam nie będę mógł go wnieść?
Zastanowił się i po chwili dodał:
– Aha, ja tutaj przecież nic nie mam dla kota, więc zadzwonię odpowiednio, by o czasie zjadł swój posiłek znów u Pani. Zgadza się Pani?
– Dobrze, za 15 minut dzwonię do drzwi i czekam, aż pan doskoczy, ok?
Klara biegała po mieszkaniu za Salomonem, który na widok przenośnego kosza natychmiast zaczął uciekać i chować się po kątach.
-Kici, kici, kiciunia, wołała Klara, bez żadnego pozytywnego rezultatu.
Spocona jak po cieżkiej pracy, krzyknęła: – Jak nie, to nie, nie zobaczysz więc Lesia, zaraz do niego dzwonię.
W tym momencie, słysząc imię przyjaciela, Salomon wyszedł zza kanapy, sam wszedł do kosza, zwinął się w kłębek potulnie i czekał, aż Klara założy maseczkę i cienkie rękawiczki. Klara zaniosła dzielnie dość ciężki kosz na następne piętro.
Kot mruczał coraz głośniej i nie musiała już dzwonić, gdyż drzwi otworzyły się natychmiast. W drzwiach stanął Lesio, wspierając się na dwóch kulach.
Klara wypuściła Salomona, który wskoczył Lesiowi na ramię, głośno mrucząc i tuląc się.
Kiedy wzruszona odwróciła się, by iść już do swego mieszkania, usłyszała jeszcze cichutkie “dziękuję pani bardzo” i zamykające sie drzwi. Nagle, ni stąd ni zowąd, stanęła przed nią Regina, sycząc:
– A co się tu dzieje za moimi plecami, czego pani chce od Lesława?
Klara spojrzała na nią z pogardą i odpowiedziała:

– Za pani plecami jest ogromny świat, o którym się nawet pani nie śni, świat pełen kotów różnej maści, uśmiechęła się zagadkowo.

Spotkania z Księciem Ciemności 17

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Dziś, wraz z Księciem, spróbuję opowiedzieć o dwóch obliczach miłości. Dwóch spośród wielu możliwych. Miłości? Tak! Co prawda zeloci spod różnych sztandarów stwierdzą zgodnie, iż zwierzę – jako nie posiadające duszy – na miłość nie zasługuje. Ja mogę im jedynie odpowiedzieć: „Nadgorliwcy wy moi kochani! Spójrzcie w oczy psa. Zajrzyjcie w kocie źrenice. Nie widzicie duszy? Wasza strata – nie znam niestety adresu okulisty, który mógłby wam pomóc”. Im tak odpowiem, a Wam dalej, jakem obiecał, snuć będę klechdę o dwóch twarzach uczucia.

Można tak, jak moja Żona i ja. Czarnuch przychodzi do nas rzadko. Ma znacznie ważniejsze sprawy do załatwienia – zwłaszcza teraz, w czas kwietniowy. Całymi dniami albo patroluje swe włości…

…albo się wygrzewa w słonecznych plamach, na przykład na którymś z parapetów.

Przedwczoraj wieczorem moim oczom ukazał się taki oto, bajkowy i malowniczy, ensemble: głęboki mrok, na niebie błyszczy złoty sierp księżyca, na parapecie siedzi Książę, a na sąsiednim oknie przysiadła Tośka – brązowo-biała kotka sąsiadów; co prawda wysterylizowana, ale widocznie jej sex-appeal wciąż głośno rozbrzmiewa…

No to jakim cudem, w takich warunkach, Sierściuch mógłby znaleźć czas dla nas? A przecież znajduje! Przyjdzie, podje sobie godnie i widząc na fotelu słoneczną plamę, wskakuje, by się w niej wyspać.

Maciej Kot potrafi zadbać o swój interes, nie można jednak powiedzieć, iż jest egoistą: ileż uroczych chwil spędza tam również z Kropką!

Natomiast ostatnio rzadziej darzy względami moją Żonę (bo mnie, jak już wielokrotnie wspominałem, traktuje zasadniczo w kategoriach obsługi kelnerskiej). Po trosze dlatego, iż nie ma na to zbyt wiele czasu, ale jest też inna przyczyna: Żona posiada wyjątkowy talent do wyszukiwania i wyłapywania kleszczy, które kryją się pośród puszystego, czarnego futerka. Umie to robić – i robi to! Niestety, nie zjednuje tym aprobaty Księcia, który, mrucząc przejmująco, ucieka z Jej kolan, albo i w ogóle opuszcza mieszkanie. A Żona tak bardzo lubi te wspólne chwile tête a tête

Narażamy się na jego wymówki, ratując go od pasożytów. Nie robimy niczego, co ograniczałoby jego wolność. Od małego easy rider, chimeryczny łazęga, pozostanie nim już do końca. A my akceptujemy taki układ. Czy to nie miłość?

***

Lecz można inaczej. Tak, jak czyni to, przywołany już niegdyś, mój Przyjaciel – belgijski prezbiter. Opowiedziałem o „Księciu Ciemności”, to teraz będzie o „Księdzu Ciemności” (taki żarcik, wynikający z uroczego przejęzyczenia naszej Adminki). Na plebanii w Ryżej Tafli – jak po trosze żartobliwie, a po trosze kreatywnie przetłumaczyłem nazwę miejscowości, w której ów zacny kapłan rezyduje – najważniejszą osobą jest Śnieżynka.

Nie zaznała w swym życiu poniewierki, od maleńkości otoczona czułą opieką Wielebnego. Nie zna szerokiego świata, nie opuszcza domu, choć może nawet i chciałaby nawiązać znajomość z kimś z zewnątrz.

Brak jej tej swobody, którą dysponuje Książę, ale jest bezpieczna. Co prawda nie przed kleszczami, bo te wnikną wszędzie – nie masz na tym świecie ucieczki od kleszczy! Jednak niebezpieczeństwa, na które narażony jest Czarnuch, jej w większości nie dotyczą.

A przede wszystkim śnieżynkowy Pańcio, kapłan, który wziął wszystko, co najlepsze, z nauk świętego Franciszka, kocha ją nad życie!

Na ten sposób, jak widać, też można. Inaczej, lecz równie prawdziwie. I tak jest dobrze.

Z domowego aresztu (5)

Zbigniew Milewicz

Sprawa Cywińskiego

W czasach mojej wczesnej młodości, w tak zwanym porządnym, śląskim domu za niewinne słowo pierona, można było dostać w pysk. Dzisiaj szkrab jeszcze nie chodzi, ale słownictwo ma już takie, że nawet szewcowi więdną uszy. Nie ma się co dziwić, klną na potęgę rodzice, ludzie z pierwszych stron gazet, internauci, nie tylko lumpy, i nikt ich za to pod żadnym publicznym pręgierzem nie stawia, a jak już trafi się czasem jakiś językowy lub moralny kaznodzieja, to go w społecznościowych mediach wyśmieją. Schamieliśmy jako naród, elity nam w czasie wojny wyrżnięto, z ocalałymi rozprawił się stalinizm, nie było od kogo uczyć się dobrych manier. Oczywiście upraszczam i narażam się na zarzut efekciarstwa, ale właśnie od niego zaczyna się ta historia, o której kiedyś opowiedział mi Tadzio Dyniewski, mój starszy kolega po piórze z katowickiego Wieczoru.

Ustawa o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego, rzetelnie opisana również w Wikipedii, weszła w życie dnia 7 kwietnia 1938 roku. Miała zapobiegać naruszaniu czci zmarłego Marszałka i Naczelnika Państwa i była przejawem jego kultu w obozie rządzącym. Za uchybienie tej literze prawa groziła kara więzienia do lat pięciu. U podstaw obowiązującej ustawy leżała tak zwana sprawa Cywińskiego. Historyk literatury i docent Uniwersytetu im. Stefana Batorego, a zarazem dziennikarz, Stanisław Cywiński w recenzji propagandowej książki Melchiora Wańkowicza COP – ognisko siły*, opublikowanej 30 stycznia 1938 roku w endeckim Dzienniku Wileńskim, zawarł m.in. takie sformułowanie:

Wańkowicz /…/ daje szereg żywych obrazków tego, co widział, no i czego nie widział, ale co ma podobno powstać w czasie najbliższym, w tym sercu Polski, zadając kłam słowom pewnego kabotyna, który mawiał o Polsce, że jest jak obwarzanek: tylko to coś warte, co jest po brzegach, a w środku pustka.

Rzekomym kabotynem, czyli efekciarzem, liczącym na tani poklask, był ś.p. Pierwszy Marszałek II RP, tutaj nawet nie wymieniony z imienia i nazwiska. Wileńska cenzura dopuściła recenzję do druku i dopiero anonimowy autor, w artykule p.t. Plugastwo słowa, opublikowanym 13 lutego 1938 roku, w dwutygodniku Naród i Państwo, wskazał, że recenzent obraził Józefa Piłsudskiego. Kiedy tekst dotarł do inspektora polskiej armii w Wilnie, gen. Stefana Dąb-Biernackiego, ten wiedział, co należy do jego obowiązków. 14 lutego wieczorem grupa podkomendnych generała, w stopniach majorów i pułkowników złożyła wizytę w mieszkaniach Stanisława Cywińskiego oraz Aleksandra Zwierzyńskiego, naczelnego redaktora Dziennika Wileńskiego i Zygmunta Fedorowicza, jego zastępcy. Cała trójka została brutalnie pobita i skopana. Zwierzyńskiego i Fedorowicza nie było w domach, dostali swoje w redakcji, przy okazji ucierpieli też inni pracownicy gazety. Pomieszczenia redakcji zostały zajęte przez policję, a wszystkich trzech aresztowano, z oskarżenia o zelżenie Narodu Polskiego poprzez użycie obelżywego epitetu pod adresem jego Marszałka.

W Wilnie, w obronie aresztowanych, wyszła na ulice młodzież, a cała sprawa szybko trafiła pod obrady sejmu. Już 17 lutego jedna z posłanek z okręgu wileńskiego wystosowała interpelację do rządu, w której potępiła protesty młodzieży i zapytała, co władze mają zamiar uczynić z tą obrazą majestatu. W podobnym tonie zareagował Senat, senator Władysław Malski stwierdził:

[…] Honor służby nakazuje nam reagować bez względu na to, kto, gdzie i jak uwłacza imieniu Komendanta. Nie jest istotą czy mniej bili czy dużo bili […] reagować będziemy bez względu na to czy wymiar sprawiedliwości będzie działał sprawnie, czy mniej sprawnie. Serca nasze i honor żołnierski każą nam reagować natychmiast.

Rząd zajął się tematem może nie tak szybko, jak pułkownicy generała Biernackiego, ale już 15 marca przedłożył sejmowi projekt ustawy o ochronie imienia wybitnego wilnianina, która została przyjęta w trybie natychmiastowym i jednogłośnie. Kilka dni później przegłosował ją senat. Weszła w życie, lecz wobec Stanisława Cywińskiego nie mogła być zastosowana, zgodnie z zasadą, że prawo nie działa wstecz. Mógł być osądzony jedynie na podstawie przepisów obowiązujących w chwili rzekomego popełnienia czynu, czyli za przestępstwo publicznego zelżenia bądź wyszydzenia Narodu lub Państwa Polskiego, za które paradoksalnie groziła niższa, niż w przypadku ustawy, kara więzienia do lat trzech. Otrzymał najwyższy wyrok, ale Sąd Apelacyjny zmniejszył go do 18 miesięcy pozbawienia wolności, z czego szczęśliwie odsiedział tylko pięć.

Tadziu Dyniewski pisał w tygodniku Tak i Nie o archiwalnej sprawie Józefa Mrukwy ze wsi Studzionka, koło Pszczyny, który podpadł pod ustawę. Aresztowano go za opowiedzenie dowcipu o Piłsudskim i żartobliwe porównanie polskiego i niemieckiego potencjału militarnego, ale był to już marzec 1939 roku. W maju sprawa została skierowana do Sądu Okręgowego w Katowicach, Mrukwa miał odpowiedzieć za uwłaczanie czci Józefa Piłsudskiego i rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, mogących osłabić ducha obronnego społeczeństwa. Mrukwa był prawdopodobnie jednym z niewielu Polaków, którzy powitali wybuch wojny z radością, bo do skazania już nie doszło. Poza jego sprawą ustawa została uruchomiona jeszcze tylko raz na przestrzeni ponad 30 lat jej istnienia. Tym razem zapadł prawomocny, skazujący wyrok; przed Sądem Okręgowym w Toruniu stali Zygmunt Felczak, redaktor Obrony Ludu i Kazimierz Klimczak, rysownik pisma, oskarżeni o obraźliwy artykuł i grafikę pod adresem Marszałka i prezydenta Ignacego Mościckiego, dokładnie w rocznicę jego prezydentury. Redaktor otrzymał karę 18 miesięcy pozbawienia wolności, rysownik sześciu. Czy wybuch wojny wpłynął na skrócenie ich odsiadki, tego nie wiem.


Sprawcy pobicia dziennikarzy byli w pełnym, oficerskim umundurowaniu i pod bronią, bili swoje ofiary po głowach kolbami pistoletów i kopali leżących butami, do nieprzytomności. Nigdy za to nie ponieśli konsekwencji, ponad rok po zdarzeniu ich zleceniodawca, gen. Dąb-Biernacki otrzymał order Legii Honorowej.

Po wojnie nastał u nas nowy, polityczny ład i ustawa nie była już stosowana, choć prawnie dalej obowiązywała, do archiwum zawędrowała dopiero w 1969 roku, wraz z innymi, przedwojennymi przepisami Kodeksu Karnego. Po 1989 roku nie została przywrócona, czego dzisiaj pewnie wielu polityków żałuje, bo można byłoby ją na bieżąco nowelizować i poszerzać o liczące się nazwiska (niepotrzebne by się skreślało), a jakie, to już pozostawiam czytelnikom do wyboru.


*Centralny Okręg Przemysłowy – okręg przemysłowy przemysłu ciężkiego o powierzchni 60 000 km² i zamieszkany przez 6 mln ludzi, budowany w 1936–1939 w południowo-centralnych dzielnicach Polski. Był jednym z największych przedsięwzięć ekonomicznych II Rzeczypospolitej.

Walk of Shame

Foto: Anton Lee Slaski, marzec 2020

Ewa Maria Slaska

Tak od kilku dni wygląda moje zdjęcie profilowe na Facebooku.
Walk of Shame to ruch, idea, myśl. Myśl o wstydzie.

MANIFESTO

We are citizens of Europe and we feel ashamed. Each of us witnessed that the European migration policies resulted in a systematic dehumanisation of people stuck at the borders of Europe. We are not pointing fingers at anyone. We believe this is on all of us.

It’s not that we have not tried. Some of us brought tents and food, some of us signed petitions and joined protests, some of us will continue to do so. But we have to face the fact that despite all our efforts, the situation has only gotten worse over the last years: there has been no European-wide attempt to solve the crisis since the European Relocation Decisions of 2015.

It’s time to acknowledge the fact that Europe has failed to uphold some of its values and no change is foreseeable in the near future. So we will acknowledge publicly and personally that we, as Europeans, have failed to act according to the European standards we have worked so hard to establish in the past. Let this be our protest and let it be known by people stuck in refugee camps, by family, friends and decision makers: a loud statement of the shame we feel. Nothing more for now, nothing less.

‘Walk’ with us in Shame. For we might feel powerless, but we will still connect. We might feel helpless, but we won’t stay silent. We cannot walk physically, as we planned earlier, due to the coronavirus pandemic, but we will Walk Together, Stand Together, Talk Together and Share Together. Be it online, as we do daily with friends, family and loved ones.

What can you do?

Share your Shame with us

Do you feel shame about the current situation of refugees in Europe? Share it with us. Write to us about the moments you felt shame, as specifically and personally as possible, to openly admit shame, restores justice and brings us closer to each other.

Join our Walk Of Shame Talks

Together we will have many conversations with friends who are stuck in refugee camps in Europe. We will create Walk Of Shame stories out of it, podcasts and videos. Some will turn these stories into art. Join our conversations, share the Talks.

Let’s rehumanise the relation between residents of Europe and people on the move – step by step, click by click – and as soon as the pandemic ends we will Walk. Together.


Czego się wstydzę?

Pierwsza, natychmiastowa odpowiedź brzmi: tego, że w ogóle o nich nie myślę, a, jeżeli, to z ulgą przyjmuję do wiadomości, że uchodźcy zostali TAM. TAM czyli za kordonem. Nie, to nawet nie jest myśl, nie jest sprecyzowana tak jak tu, nie jest zdaniem, nie ma wielkiej litery na początku, ani kropki na końcu zdania. To nie statement, to uczucie, ale jest i nic nie pomaga, że już w sekundę po tym, jak się pojawi, myślę z odrazą i nienawiścią o sobie samej i moich małych, mieszczańskich ideałach życiowych. Najbardziej przeraża mnie myśl, że w zakamarkach mojego nieświadomego ja czai się coś, czego się wstydzę, o czym JA świadoma wcalę nie chcę wiedzieć, nie chcę tak myśleć ani tak odczuwać.

Można by o tym nie pisać, po co, skoro w swoim świadomym życiu staram się robić to, co mogę, żeby pomóc, złagodzić, zlikwidować. Ale piszę, bo wydaje mi się, że trzeba najpierw spojrzeć na siebie, zanim się zrobi coś, co, chociażby pośrednio, jest krytyką tego, co robią inni. Bo jeżeli polityka w lutym 2020 roku szybko i z lubością skorzystała z możliwości zatrzaśnięcia bram Europy i zamienienia jej w twierdzę, przez którą zgromadzeni na granicy Europy uchodźcy się nie przedostaną, to nie dlatego że sama z siebie jest dziełem nieludzkich potworów, ale dlatego że politycy dokładnie wiedzą, co tkwi w człowieku, co tkwi w NAS. Polityka dobrze wie, iż pod werniksem nowoczesnego, uczciwego człowieka jesteśmy małymi zagubionymi istotami sprzed pięciu milionów lat, i właśnie zapaliły się lasy, w których mieszkamy, za co odpowiada jakiś potworny demon, i musimy uciekać, uciekać jak najprędzej, dopaść jaskini, schować się tam, zabić kamieniami skorpiony i skolopendry, wygonić żmije i zjeść króliki i szczury, które tak jak my, poszukały tu schronienia przed katastrofą.

My, nowocześni ludzie w XXI wieku, wciąż jeszcze, jak się robi choć tylko trochę gorzej, siedzimy znowu tam w tej strasznej jaskini, w której rodziło się człowieczeństwo. To jeszcze zwykła jaskinia, jeszcze nikt z nas nie namalował na ścianach i sklepieniach wspaniałych obrazów, nie zrobił ołtarzy, nie stworzył bogów, którzy mieli zastąpić stare demony. Minie pięć milionów lat, zanim w Grecji urodzi się mężczyzna o imieniu Platon i zobaczy, że na sklepieniu tej jaskini kłębią się idee i pojęcia, według których poza jaskinią budujemy świat. Platon uznał, że to jakaś siła wyższa tam te pojęcia umieściła, jako wzór dla nas, zwykłych ludzi. Ale to nieprawda, to są nasze ludzkie myśli. Mieliśmy pięć milionów lat, żeby skuleni w jaskini, chroniąc się przed ścianą lodu, huraganem ognia, lejącym się z niebios potopem, uciekając przed strasznymi zwierzętami, wyposażonymi w zęby, kły, rogi i pazury, wyobrazić sobie, jak byłoby dobrze, gdyby tego wszystkiego nie było.

Minęło jeszcze kilkaset lat. Pewien prorok w Izraelu zmartwychwstał, odrzucił kamień barykadujący wejście do tej jaskini i wyszedł, a potem wstąpił do nieba, siedzi po prawicy ojca, ale kiedyś przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a królestwu jego nie będzie końca. Ale to zaledwie dwa tysiące lat temu. A to, co nas prowadzi przez codzienne życie, to strach nagromadzony przez pięć milionów lat.

Żadne z naszych ludzkich uczuć nie ma za sobą dłuższego życia niż to jedno: schować się w jaskini, nie widzieć niebezpieczeństwa, przeczekać, aż przeminie. Humanizm, patriotyzm, demokracja, współczucie dla innych, prawo i sprawiedliwość społeczna, ochrona tych, co są słabsi, umiejętność dzielenia się, opiekuńczość, niesienie ulgi… To wszystko są wymysły ostatnich dwóch tysięcy, dwustu albo dwóch lat. Ich moc wypływa z sumienia, serca i rozumu, może z miłości, ale ich siła jest niczym w porównaniu z pięcioma milionami lat w jaskini.

Oczywiście fakt, że ten strach trwał pięć milionów lat, tylko wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje, natomiast w niczym nas nie usprawiedliwia. Bo wokół nas są ci, których nawet pięciomilionowy strach nie sparaliżował.


Foto: Dorota Cygan, kwiecień 2020
Czasy zarazy – ja w mojej jaskini.

Pięć milionów lat.

Gdy się nad tym zastanawiam, nie mogę się nadziwić, że jednak czasem udaje się nam coś zrobić, że udaje się pokonać to dziedzictwo, że pojawia się śliczna, słodka, szczuplutka Ania Alboth, z tym swoim pięknym mężem i dwoma niezwykłymi córeczkami, i coś robi. Że w ogóle ktoś coś robi. Że Ania płacze na widok bombardowanego szpitala pedriatycznego w Aleppo, a w trzy miesiące później z lotniska Tempelhof wyrusza marsz tych, co chcą zaprotestować. W marszu weźmie ogółem około pięciu tysięcy osób, niektórzy jak ja – przez kilka dni, inni od początku do końca, przez osiem miesięcy i w końcu dojdą do granicy z Syrią, tylko do granicy a nie do Aleppo, bo dalej nie wpuści ich polityka.

Przez kilka dni maszerowałam z Anią. Nie, nie ma mnie na tym zdjęciu, ale jednak gdzieś jestem na jakichś zdjęciach. Robią wrażenie, bo akurat przedzieramy się przez skute mrozem, owiane zamiecią polne drogi na trasie między Brnem a Wiedniem. Nie wiem, ile kilometrów tym razem pokona Ania, nie wiem, ile ja z nią przejdę, przede wszystkim oczywiście nie wiemy, kiedy skończy się kryzys i pandemia, ani, i to najważniejsze, co się zdarzy w obozach dla uchodźców po drugiej stonie murów, którymi się otoczyła Europa.

Meeting Walk of Shame podczas pandemii

To wspaniale, że jeszcze są ludzie, którym się chce podejmować wysiłek rehumanizacji Europy. Ja sama niczego nie wymyślę, a jak czasem nawet coś bym wymyśliła, jakieś małe maleńkie myślątko, to nie ma we mnie tej siły, która pozwoli je zamienić w myśl, a myśl w działanie. Nie jestem przywódczynią. Gdyby nie było tych innych, pewnie zawsze tylko bym siedziała na ławce i karmiła wróble. No, ale skoro są, to jak się skończy pandemia, to wstanę i pójdę, a na razie przyznaję się do własnego wstydu.

Jeśli macie ochotę, napiszcie, co o tym sądzicie, co sądzicie o ruchu walk-of-shame, co o jego przyzczynach? Czy Europa powinna się wstydzić? Czy my powinniśmy się wstydzić? Co możemy zrobić, co powinniśmy, co zrobimy?

Mój znajomy, Don Kichot

Było ich już kilku, dziś kolejny…

Roman Brodowski

Drodzy rodacy, opozycyjni przyjaciele i szanowni adwersarze,

kiedy w latach osiemdziesiątych pisałem paszkwile przeciwko ówczesnej, komunistycznej władzy, kiedy udawało nam się (mi i moim przyjaciołom) mimo strachu rozwiesić na ścianach kopalń czy obiektów publicznych napawające otuchą nasz naród, patriotyczne (dla władz antypaństwowe) wiersze, byłem szczęśliwy. Wówczas wiedziałem, że to ma sens. Nawet wtedy, gdy musiałem w 1987 roku uciec przed organami SB z kraju, nie wątpiłem, że warto było walczyć słowem poezji, gdyż naród był jednością, był jedną wielką doświadczaną przez tragiczny los rodziną.

Gdy w 1989 roku nad naszym krajem zaczęło powoli świecić słońce suwerenności, kiedy zapachniało wolnością słowa, poglądów, przekonań, kiedy ludzie bez względu na swoje orientacje, wyznanie etc. zaczęli się do siebie zbliżać, by wspólnie budować lepszą przyszłość dla siebie i swoich dzieci, płakałem i dziękowałem za łaskę nieznanej mi dotąd siły.
Czułem się, jak wielu moich rodaków, spełnionym, wolnym i dumnym członkiem naszej wspólnoty, wspólnoty, która nazywa się Polska.

Zza “miedzy” obserwowałem rozwój naszej ojczyzny, odzianej w nową rzeczywistość. Cieszyłem się, gdy Polska na arenie światowej powoli, krok za krokiem zaczynała nabierać zarówno politycznego jak i gospodarczego znaczenia. Łzy cisnęły się do oczu, gdy kraj nasz wstępował do NATO , do Unii Europejskiej, do strefy Schengen.
Szlag mnie (za przeproszeniem) trafiał, gdy rząd nasz podejmował błędne decyzje, gdy pojawiały się afery, gdy władza dbała bardziej o interesy własne, aniżeli narodu.
Mówiąc językiem sportowym, kibicowałem raz jednym, raz drugim. Kiedy trzeba było, stałem po stronie rządu, a kiedy rząd nie miał w czymś racji, wspierałem opozycję.
Oczywiście moje zdanie nie miało ni znaczenia, ni wpływu na to co się w kraju dzieje. I słusznie. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Dopiero rok 2005 i przejęcie w Polsce władzy przez PiS wywołał we mnie jakiś nieznany, obcy mi niepokój. Obserwując polityczne poczynania tego ugrupowania, sztucznie tworzone afery, podsłuchy, brutalne eliminowanie politycznych przeciwników z gry, próby gloryfikowania jednostki, początki tworzenia policyjnego reżimu etc., zauważałem wiele analogii do opisu początkowej fazy powstawania niemieckiego faszyzmu.
Niektóre decyzje ówczesnego rządu, a przede wszystkim jego premiera, porównywałem do tego, co przeczytałem w książce “Mein Kampf” i do rozważań filozoficznych, zawartych w dziele Machiavellego “Książę”.
Już wówczas niektórzy politycy, tacy jak np. pan A. Leper przestrzegali naród przed kaczystami.

Niestety nasz naród wolał siedzieć cicho .
Co prawda po skróconych wyborach nie dał pisowskiej partii kolejnego mandatu, ale jednocześnie nie wyciągnął wniosków z okresu rządzenia PiSu w latach 2005 – 2007.

Kolejny rząd, rząd PO, także nie wyciągnął konsekwencji w stosunku do politycznych przestępców, poprzedniego rządu. Mało tego, pozwolił pisowskim satelitom wślizgnąć się w struktury koalicji i powoli organizować tzw. afery jak np Amber Gold, spółki finansowanej przez pisowskie SKOK-i, czy też sprzedaż stoczni, sprzedanej przez PiS pod egidą PO.
Tych afer było więcej, to prawda. Ale mimo to, właściwie prawie wszystko, co dzisiaj posiadamy, powstało właśnie za czasów PO.
Kiedy zadaję ludziom pytanie, co zrobił PiS dla Polski, w odpowiedzi słyszę, że dał 500+, trzynastkę dla rencistów, rozliczył z afer PO-wską bandę i zabezpieczył kraj przed ewentualną agresją Rosji, sprowadzając na stałe NATOwskie wojsko do kraju.
Natomiast kiedy pytam inaczej, prosząc o konkrety, jak np. ile przedszkoli powstało za rządów PiS, ile kilometrów autostrad, ile boisk, placów zabaw? w odpowiedzi zapada cisza.
Kiedy pytam ile znaczących inwestycji powstało w Polsce za rządu PiS? Cisza.
Ilu przestępców PO-wskich afer siedzi w więzieniach? Cisza.

Moim zdaniem rozdawać pieniądze nie inwestując, jest najłatwiej, zwłaszcza, gdy czyni się to, zadłużając kraj na konto przyszłych pokoleń…, zwłaszcza, gdy czyni się to z pobudek ideologicznych, a taką bez wątpienia pobudką jest kupowanie narodu dla utrzymania się przy władzy.
Kwestie ściągania obcych wojsk w celach zabezpieczenia się przed (moim zdaniem wyimaginowanym) wrogiem Polska już przerabiała i to dwukrotnie. Po raz pierwszy, gdy Konrad Mazowiecki sprowadził Krzyżaków do kraju i po raz drugi, gdy Targowiczanie poprosili Carycę Katarzynę o pomoc i wojska. Czym się to skończyło?
I teraz nie będzie inaczej. Tym razem jednak, przy ogólnej radości Amerykanów, którym to wreszcie ktoś płaci za bazę, a nie odwrotnie, i śmiechu międzynarodowej opinii…, z tego samego powodu.
Widząc, w jakim kierunku zmierza obecny rząd Kaczyńskiego, jakie niebezpieczeństwo grozi naszej tak ciężko zdobytej demokracji, i ja postanowiłem włączyć się w nurt walki po stronie opozycji. Po raz kolejny moja romantyczna dusza zabrała się za krytykę tego, co PiS czyni z naszym krajem.
Miałem nadzieję, że naród nasz, zwłaszcza opozycja, zjednoczy się i tworząc wspólny program, wspólny konstruktywny front przeciwko bezprawiu, łamaniu przez kaczystów naszej konstytucji, tworzeniu państwa policyjnego, kontrolowanego w każdej sferze przez narodowo-katolicke struktury dyktatorskiego reżimu PiS.

Niestety po pięciu latach doszedłem do wniosku, że w naszym państwie rządzi nie tylko PiS, ale rządzi się własnymi prawami polityczna walka wewnątrz opozycji, walka każdego z każdym.

Dzisiaj Ojczyzna przypomina mi biblijną Chrystusową szatę, rwaną na kawałki, o którą grano w kości.
Tak, wydaje mi się, że dzisiaj nikomu chyba nie zależy na przyszłości naszego kraju. Rząd, opozycja i skłócony polski lud powoli staczają po równi pochyłej naszą Ojczyznę w przepaść i to zarówno gospodarczą jak i kulturową.

Dlatego, dopóki w naszym kraju, naród nie będzie walczył o jedność, nie zrozumie, że dobro narodu, tworzy nasze dobro, dopóki nie zacznie walczyć o Ojczyznę, a nie tylko o zaspokojenie swoich potrzeb, i dopóki naród będzie za cenę własnej historycznej i rodowej tożsamość kupował swoje pięć sytych minut od pozbawionych skrupułów despotów, dopóty nie zrobię już nic.

Tak, przestałem widzieć sens w mojej patriotycznie, opozycyjnej znaczonej piórem donkichoterii.
To przykre, ale brak mi już sił. Życzę moim rodakom, aby zbudowali lepszą przyszłość swoim dzieciom, przyszłość w narodowej, tolerancyjnej, praworządnej i jednoczącej Polsce.

Berlin 20.04.2020

Sen?

Ten czas powoli umiera
Mój świat, moje wczoraj
Moja prawda przebytej drogi
Zasypia zmęczona w śmietniku

Na nagrobkach pamięci
Ktoś napisał nową historię
Zgniłym, brunatnym tekstem
Zamazał przeszłość narodu

A nad ojczyźnianym “Jestem ”
Krąży niby sęp widmo “byłem”
Czekając chwili swojej chwały
Lepszego przymierza z ludem

Gdzie jest mój kraj, moje gniazdo
Obraz romantycznej przygody?
Tonie w krwi sprawiedliwej przodków
W boleści historycznej prawdy

Modlitwa zamieniona w pustosłów
Śpiewana przy każdej okazji
Straciła moc uzdrawiania dusz
Zagubionych w gąszczu bezprawia.

Naród ulepił sobie nowego pana
Cielec rozdaje mamonę wiernym
Za jeden jedyny pokłon wiary
A oni nie widzą w nim szyderstwa

Kolejny już zmierzch wolności
W rytmie faszystowskiej pogardy
Spokojnie tuli się w objęciach
Dyktatorskiej władzy szaleńca

Jak dobrze, że to tylko sen

Berlin, 16.04.2020