Berliner Spaziergänge / Berlińskie spacery (2)

Das Auto steht irgendwo in Charlottenburg und kein Mensch scheint es zu benutzen. Jemand stellt es aber ab und zu von einer Straßenseite auf die andere. Und jemand hat sich irgendwannmal Mühe gegeben, um es so liebevoll hippiearrtig zu bemalen. Man kann da Vieles entdecken, Symbole Aiurvedischer Medizin und van Gogh, Ganesh und zwei lustige Bengel aus polnischen Kinderfilme aus den 70ern: Bolek und Lolek, die auf Deutsch in der umgekehrten Reihenfolge Lolek und Bolek heißen. Ich glaube auch, Hitler gefunden zu haben.

Bitte schreib in den Kommentaren, was Ihr sieht.

Auto stoi gdzieś na Charlottenburgu, nigdy nie jeździ, choć czasem ktoś je przestawia z jednej strony ulicy na drugą. Zostało kiedyś pomalowane tak, jak 50 lat temu malowali swoje auta hippisi. Ale wydaje mi się, że zostało tak ozdobione co najmniej 20 lat później. Zastanawiam się, czy należy do kogoś z Polski, bo wśród różnych ezoterycznych i ajurvedycznych symboli, wśród memów współczesnej popkultury jak van Gogh, dinozaury czy Hitler, można też znaleźć Bolka i Lolka.

Napiszcie w komentarzach, co jeszcze zauważyliście.

 

Berlińskie spacery (1)

Ewa Maria Slaska

Wyspa umarłych

Toteninsel, tak nazwali “swój” cmentarz mieszkańcy eleganckiego osiedla willowego na Charlottenburgu, (elegancka, zachodnia dzielnica Berlina). Cmentarz Grunewald to, jak Barataria u Cervantesa, wyspa, gdzie Sancho Pansa przez dziesięć dni sprawował rządy jako gubernator, wyspa na lądzie – nie omywają jej przejrzyste wody jeziora lub rzeki, otaczają ją tory kolejki miejskiej i kolei regionalnej. Wyspa znajduje się w samym centrum miasta, jest oddalona o parę kroków od głównej ulicy zachodniego Berlina czyli Kudammu, tuż obok mają sklepy Wielcy Tego Świata, Gucci, Armani, Hermes, gdzie powyciągana posthippisowska sukienczyna potrafi kosztować sześć tysięcy euro.

Cmentarz został założony w roku 1892  i miał “obsługiwać” mieszkańców nowej dzielnicy willowej, gdzie się osiedliła zamożna klasa średnia – urzędnicy państwowi, przemysłowcy, adwokaci, lekarze i artyści (oczywiście ci, którym się powiodło). Wybitnych ludzi, którzy tu leżą, znamy jednak najczęściej z nazw przystanków autobusowych (sic transit gloria mundi):

  • Hans Delbrück (historyk, zm. 1929) – Delbrückstraße
  • Dr Carl Paul Goertz (założyciel zakładów optycznych, zm. 1923) – Goerzallee
  • Prof. Otto Lessing (stryjeczny prawnuk dramatopisarza, rzeźbiarz, zm. 1912) – Lessingbrücke (poświęcony pisarzowi, ozdobiony rzeźbami prawnuka)
  • Hermann Sudermann (pisarz, zm. 1928) – Sudermann-Park
  • Bernhard Dernburg (bankowiec, minister kolonii zagranicznych, zm.1937) – Dernburgstraße
  • Hans Geiger (fizyk, wynalazca licznika Geigera, zm.1945) – Hans-Geiger-Straße, Hans-Geiger-Schule
  • Oskar Hertwig (biolog, zm.1922) – Oscar-Hertwig-Haus

Na cmentarzu znajduje sie kilka interesujących grobów, informatory wymieniają najczęściej dwie piękne, barwne mozaiki secesyjne (grobowiec rodziny Dernburg i grób Therese Möbius).

 

Mnie jednak zainteresował ozdobiony ekspresyjną rzeźbą grób, o którym w sieci nic nie znalazłam, a pracująca na cmentarzu stara pani powiedziała, że nic nie wie, ale rzeźbę na pewno wykonał ten, kto tam leży, czyli Urs Jeschke.

R.i.P., Urs Jeschke!

Fat women (Lewandowska)

Ciekawe jak nasze blogowe rozważania starszego pana, który po prostu szczerze pisze o tym, co lubi, pokrywają się niespodziewanie z wielką polską kampanią przeciw wyśmiewaniu grubych kobiet. Sprawa zatacza szerokie kręgi, a zaczęła się od występu słynnej polskiej celebrytki, żony piłkarza, Anny Lewandowskiej, która…

Maja Staśko, znana aktywistka kobieca napisała:

Anna Lewandowska nakręciła filmik, w którym tańczy przebrana za grubą kobietę. Nazywa to „body positive”. To wyraz totalnego braku empatii. Superszczupła laska, którą stać dosłownie na wszystko, na każdy zabieg upiększający i usługę, i która ma mnóstwo czasu, by ćwiczyć – w stroju grubej osoby robi sobie żarty. No naprawdę, boki zrywać.

Lewandowska nie widzi swoich przywilejów – jako szczupła, bogata osoba nie musi się zmagać z mnóstwem problemów. Dla niej strój grubej to śmieszna odmiana, a dla innych to ciało, w którym żyją. Ciało, przez które lekarze ignorują choroby, mówiąc „schudnij”. Przez które nie dostają pracy. Przez które ludzie ich poniżają i uznają za gorszych.

Nie chodzi o wasze zdrowie. Chodzi o pieniądze

Żarty z grubych osób są tak samo śmieszne jak żarty z gwałtów. Grube osoby to ludzie, nie obiekt żartów czy inwektywa. „Grubość” to nie jest nazwa choroby, tylko wyglądu. Neutralna, nie obraźliwa, podobnie jak szczupłość. „Gruba” to nie inwektywa! Chorobą przewlekłą spowodowaną stanem zapalnym tkanki tłuszczowej jest otyłość, nie grubość. I to także nie jest inwektywa – nazwy chorób to nie sposób na obrażenie kogoś.

Grube ciała to nie są ciała „przed” – przed zmianą na te lepsze, chude. Przed życiem jako pełnowartościowa osoba. Nie – to są ciała „teraz”. Często zdrowsze niż te chude „po” – zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Jeśli miałoby chodzić o zdrowie, to dlaczego trenerki fitness nie pokazują wyników badań lekarskich „przed” i „po”? Badań krwi, ale i tych psychologicznych i psychiatrycznych? Pokazują tylko kształt ciała – kształt, który nie znaczy nic ponad to, że wpisuje się bardziej lub mniej w aktualne trendy.

Trenerki mogą powtarzać milion razy, że tu chodzi o samopoczucie i zdrowie. Ale gdy to wygląd ciała jest wyznacznikiem zmiany „przed” i „po” i to za jego pomocą trenerki motywują kobiety – to w centrum jest wygląd, a nie zdrowie. Tak to działa – obrazy realnie na nas oddziałują i wpływają na nasze samopoczucie i wartości.

Jak muszą czuć się osoby grube, gdy widzą, że są dla innych synonimem tego, co nieatrakcyjne i do zmiany? Przecież to wielka machina dręczenia grubych osób.

A jak czują się te szczupłe? Sama jestem i zawsze byłam szczupła, zmagam się z zaburzeniami jedzenia. Uwielbiam sport, trenuję gimnastykę artystyczną od piątego roku życia. Przez całe swoje życie codziennie ćwiczę – choćby brzuszki albo plank, cokolwiek. Ale gdy patrzę na kolejne zdjęcia trenerek fitness, czuję, że ciągle nie jestem wystarczająco szczupła.

Bo o to w branży trenerskiej tak naprawdę chodzi. By sprzedać jak najwięcej towarów, przemysł kosmetyczny i fitness od lat wzbudzają w ludziach wieczne poczucie niezadowolenia z własnego wyglądu. Dzięki niemu klienci nigdy się nie kończą – klientem jest każdy z nas w każdej chwili, bo zawsze czujemy, że coś jest do poprawy. Treningi mające służyć lepszemu samopoczuciu zaczynają działać jak tresura. Bo towar nie zastanawia się, jakie społeczne i psychiczne konsekwencje może mieć jego reklama – towar musi się sprzedać, jak najszerzej i za wszelką cenę.

Reklamy treningów i umięśnionych ciał u osób z zaburzeniami jedzenia mogą być olbrzymim triggerem. Zdjęcia kolejnych wyfotoszopowanych ciał przypominają o tym, że w tym momencie nie ćwiczą, a przecież Chodakowska powtarza: „Dasz radę! Dupa z kanapy!”. Więc dupa z kanapy, nawet ostatkiem sił i kosztem zdrowia. U osób cierpiących na ortoreksję to może wywołać nieprzespaną noc.

Zdjęcia idealnych, odchudzonych w programach graficznych ciał z wydłużonymi nogami dla osób zmagających się z anoreksją mogą być powodem, dla którego nie zjedzą dzisiaj obiadu. I kolacji. A jutro śniadania. Ale za to wykupią kolejną płytę z ćwiczeniami. Dla trenerek, które na tym zarabiają, to czysty zysk.

To nie jest zdrowe, prawda? Dlaczego zamiast fałszywej troski o grube osoby, podszytej w istocie pogardą do nich, nie wspieramy osób, które mają zaburzenia psychiczne właśnie przez stygmatyzowanie grubości? Bo zupełnie nie chodzi o zdrowie, tylko o pieniądze.

W komentarzach czytam, że Anna Lewandowska sama zapracowała sobie na taki wygląd. Ale to nieprawda. Dietetycy, lekarze, makijażystki, fotografowie, montażyści, graficy, osoby od social mediów, od PR-u – to wielki zespół, który sprawia, że trenerki fitness wyglądają na zdjęciach i filmikach tak, jak wyglądają. Do tego dostęp do siłowni, zabiegi upiększające, operacje chirurgiczne, dobre aparaty, studia fotograficzne, profesjonalne programy do przeróbki zdjęć i filmów – to olbrzymie pieniądze, które wkładane są w wygląd trenerek. Idealne ciało to coś, za co się sporo płaci. Batonik czy trening na płycie dają tego tylko złudzenie. Nigdy nie doprowadzą do ciała, które mają trenerki. Także dlatego, że to ich praca.

Żadna osoba, która pracuje osiem godzin dziennie na stanowisku niezwiązanym z fitnessem, nie będzie w stanie poświęcić tyle czasu ćwiczeniom. Z tego prostego faktu, że te osiem godzin musi poświęcić na coś innego. A po pracy mogą dojść dodatkowe obowiązki – opieka nad dziećmi i starszymi z rodziny, gotowanie, sprzątanie, nadgodziny, dorabianie czy studia.

Gdy nie jesteś bogaty czy bogata, nie stać cię na opiekunkę do dziecka, sprzątaczkę, kucharkę, dietę pudełkową, wypady do restauracji, prywatnego lekarza, prywatne zaoczne studia czy płatną psychoterapię, które dawałyby ci przestrzeń i czas na ćwiczenia. Sam(a) musisz zadbać o zdrowie i życie swoich najbliższych i własne.

I tak naprawdę sam(a) zapracowujesz na wszystko, co osiągasz.

Dlaczego biedni są grubi?

burger otyłość

Bardzo ciekawa w tym kontekście jest książka Sabriny Strings, Fearing the Black Body: The Racial Origins of Fat Phobia. Według niej fatfobia służy dystynkcji klasowej: oddzieleniu elit od całej reszty. Szczupłe, białe ciało to wyznacznik elit, do których dążyć ma cała reszta. Autorka przedstawia, jak elity okresu Oświecenia za wszelką cenę próbowały dowieść swojej biologicznej wyższości nad czarnymi niewolnikami. Przekonywali, że grubość jest wyrazem niższości rasowej i klasowej. To służyło dwóm celom: miało jednocześnie upokarzać czarne kobiety i dyscyplinować te białe. Wizja „grubej czarnej kobiety” – leniwej, roszczeniowej i prostackiej – miała działać tak, by białe chrześcijańskie kobiety dążyły do osiągnięcia odpowiedniej „formy” i podporządkowania ich sobie przez wyrzeczenia, odpowiednie zabiegi i dietę.

Coś wam to przypomina?

Anna Lewandowska zdecydowała się poświęcić swoją karierę wyglądowi i sprawności fizycznej ciała.

I okej, to jej wybór. Ale wywieranie presji na tych, którzy nie wybrali (i wybrać nie mogli) życia podporządkowanego temu samemu i których ciała wyglądają inaczej, jest bardzo średnim etycznie sposobem na zarabianie. Zwłaszcza pod hasłami akceptacji siebie i #bodypositive.

Bo Lewandowska nazywa swój filmik „body positive”. A to, co zrobiła, to dokładne przeciwieństwo ciałopozytywności. Oznaczanie się „body positive” przez kobietę, która swoją karierę oparła na przedstawianiu grubych osób jako tych „przed” – tych do poprawy – to już szczyt hipokryzji.

Trenerki zgarniają wielkie pieniądze na tym, że grubość jest stygmatyzowana. Mogą wcale tego nie chcieć i nie robić celowo, mogą nawet nie widzieć konsekwencji swoich działań (wierzę, że tak jest!) – ale mogą, bo mają taki przywilej, żeby tego nie widzieć. Grube osoby go nie mają. Osoby z zaburzeniami odżywiania też nie. To te osoby na własnym ciele odczuwają przemożne i bardzo bolesne konsekwencje presji przemysłu fit. Trenerki fitness wpisują się w fatfobiczne reguły, zamiast je zmieniać. Linie kosmetyków, przekąsek, kolejne płyty z treningami – odpowiednio uformowane ciało mają dawać przepustkę do lepszego życia. Tego „po”, nie „przed”.

Oczywiście, nie dają jej – to tylko chwyt reklamowy. Dawałaby ją powszechna opieka zdrowotna, darmowy dostęp do kultury czy krótszy tydzień pracy. Dzięki temu również otyłość mogłaby być lepiej leczona – osoby miałyby dostęp do specjalistów i czas na leczenie. Ale znacznie łatwiej zamiast postulatów politycznych wymagających wspólnej walki i organizowania się w celu zmiany systemu – co polepszyłyby życie wszystkich – oferować zmianę personalną, polegającą na dostosowaniu się do panujących wymogów atrakcyjności. To może polepszyć twoje życie.

Chociaż raczej tego nie zrobi – możesz mieć ciało kilka kilogramów lżejsze, ale wciąż będziesz mieszkała w wynajmowanym pokoju i pracowała w magazynie albo korpo, by przez osiem godzin dziennie wykonywać polecenia swojego szefa na śmieciówce, bez ubezpieczenia i emerytury. Więc czy jest sens zaprzęgać swoje ciało do kolejnej orki, gdy przez osiem godzin było już na usługach szefa?

Czy to oznacza, że Anna Lewandowska nie pomogła żadnej kobiecie? Skądże! Na pewno jest sporo takich kobiet – i wspaniale. Sama dobrze wiem, jak porządny trening potrafi poprawić nastrój i poczucie pewności siebie. Niestety, w tym fatfobicznym świecie nawet dobre, sportowe działanie przeradza się szybko w towar, który trzeba sprzedać. Za wszelką cenę. Nawet kosztem ludzi, ich zdrowia i życia.

Moria reblogged

komentarz po polsku – na dole; autorką komentarza jest Ania Alboth, inicjatorka Marszu dla Aleppo, od wielu lat polska rzeczniczka praw uciekinierów

Fire Destroyed Most of Europe’s Largest Refugee Camp, on Greek Island of Lesbos

By Patrick Kingsley, Sept 9th

Campaigners have long warned that the overcrowded conditions at the impoverished camp might lead to catastrophe.Video player loading

Vast stretches of the camp and an adjacent site were destroyed in the fire.

Europe’s largest refugee camp, on the Greek island of Lesbos, has long been a desperate makeshift home for thousands of refugees and migrants who have risked everything to flee war and economic hardship for a better life. They lived in cramped tents with limited access to toilets, showers and health care. For years, rights groups warned that these squalid conditions would sooner or later prompt a humanitarian disaster.

On Tuesday night, that disaster came. A fast-moving fire destroyed much of the camp, leaving most of its 12,000 residents homeless. By Wednesday, a process of soul-searching had begun among many Europeans, for whom the Moria camp, and the neglect of its residents, has long been synonymous with the continent’s increasingly unsympathetic approach to refugees.

No deaths were initially reported. But vast stretches of the camp and an adjacent spillover site were destroyed in the fire, leaving only a medical facility and small clusters of tents untouched.

Since 2015, Moria has filled with an influx of migrants — now mostly Afghan refugees — seeking to reach northern Europe. It is a bleak tent camp designed for 3,000 people that at times has swollen to more than 20,000 after Europe started blocking their paths in 2016.

Ursula von der Leyen, president of the European Union’s executive arm, the European Commission, said she felt “deep sorrow” about the fire, while the governor of a region in western Germany, Armin Laschet, said he was willing to admit up to 1,000 refugees from the camp as part of a wider European resettlement program that has yet to be developed.

Some residents of the camp managed to escape to the island’s main town of Mytilene, while others were able to remain in their tents in small areas of the camp that were unaffected by the blaze. But many were being held nearby on Wednesday morning while the Greek authorities decided where to house them.

Aid workers said that the fire at Moria, which is named after a nearby village, began shortly after 10 p.m. on Tuesday following protests by residents over recent coronavirus restrictions, and that it spread quickly because of high winds and the explosion of gas canisters.

Video player loading

A fast-moving fire destroyed much of the camp, leaving most of its 12,000 residents homeless.

Aid workers, activists and officials said a series of fires were started intentionally by a group of camp residents who were furious at being forced to quarantine after at least 35 people tested positive for coronavirus at the camp.

A new, smaller fire broke out on Wednesday evening in one of the few areas that had survived the first blaze, displacing roughly 1,000 more people, aid workers said.

Notis Mitarachi, the Greek migration minister, said during a Wednesday evening news conference that those responsible for the fires would not go unpunished.

The fire quickly destroyed much of the camp’s formal enclosure, including a facility for 400 unaccompanied children and much of its water infrastructure, before spreading to a spillover site in olive groves close to the camp’s fence. Prime Minister Kyriakos Mitsotakis said a state of emergency had been declared for all of Lesbos and noted that all unaccompanied minors would be transferred off the island.

Videos provided to The New York Times by aid workers at the camp showed residents hurrying from Moria in droves in the early hours of Wednesday morning. They carried their belongings in bags slung over their shoulders, some of them pushing infants in strollers, and others draped in blankets.

“It was absolute chaos,” said Jonathan Turner, an aid worker who been building water infrastructure in the camp on behalf of Watershed Foundation and Choose Love. “There were just so many people trying to move, trying to escape.”

By sunrise, footage showed that much of the camp’s formal infrastructure had collapsed, with many of the tents burned. Several metal portable cabins were blackened with soot, their walls having buckled in the heat. Trees on the nearby slopes had been charred.

Video player loading

Fire at a migrant camp on the Greek island of Lesbos.

Thousands of displaced residents were left with nowhere to go, with many simply sitting down a few hundred meters from the camp.

“There are thousands of people just sitting on the main road,” said Nick Powell, an Australian aid worker who witnessed the fire and its aftermath, and who was helping to provide food to the survivors on Wednesday.

It is still unclear where they will be taken. George Koumoutsakos, Greece’s deputy migration minister, said during a Wednesday news conference that efforts were being made to rehouse around 3,000 people in new tents.

The priority was to rehouse the most vulnerable, with some 400 unaccompanied minors being moved to “safe zones” and hotels, he said.

Moria was started in 2015, when more than 850,000 war refugees and migrants made their way by boat from Turkey to nearby Greek islands like Lesbos, hoping to travel farther north. A further 300,000 have arrived in the years since.

At first, when Europe was more tolerant of migrants, people tended to pass through the camp quickly. But in 2016, Europe changed tack, blocking the onward movement of migrants to countries like Germany and leaving thousands stranded in squalid Greek camps like Moria, which soon became overcrowded.

Since then, Moria has been considered an emblem of Europe’s hardening approach to migrants in the aftermath of the 2015 crisis.

Through the European Union, other European countries provided Greece with money to care for its refugee population. But European leaders refused to allow many of them to leave Greek camps for sanctuary elsewhere in Europe.

Stuck in Moria, migrants lined up for hours for food that was often moldy. And they became enmeshed in what for many of them seemed an interminably complex asylum application process, leading to what some doctors deemed a mental health crisis at the camp.

Refugees and migrants sleeping next to a road following the fire.

The situation has been no better in other camps on nearby Greek islands. Across the Greek islands before the fire, more than 23,000 people were crammed into camps built for just 6,000, according to recent statistics compiled by aid groups.

The dynamic has created deep hostility between migrants and Greek islanders who, once welcoming to their new neighbors, have grown increasingly resentful. It has also led the Greek government to immediately expel many new arrivals this year, abandoning more than 1,000 immigrants in rafts at sea.

Given these conditions, campaigners had long predicted a catastrophe at the camp.

“This fire was expected,” said Eva Cossé, who leads research in Greece for Human Rights Watch, an independent New York-based rights organization. “It’s not surprising. It’s a testament to the European Union’s negligence and Greece’s negligence.”

Human Rights Watch has been calling for the camp to be closed or its number of residents to be significantly reduced for years.

“E.U. member states need to have a serious discussion about reducing numbers on the island, and alleviate the pressure on Greece, because Greece cannot deal with this alone,” Ms. Cossé said.

While Mr. Mitsotakis, the prime minister, condemned those who started the fire, he said the disaster could “become an opportunity to deliver better conditions and a new reality in Lesbos.”

Offers of support began on Wednesday, with the European Commission saying it would immediately help relocate the 400 unaccompanied minors to mainland Greece and onward to new homes in E.U. member states. These children are the last of 1,200 that the bloc has been helping place in other countries.

Ylva Johansson, the European commissioner for migration, said that the commission was also paying for a boat that was on its way to Lesbos on Wednesday afternoon and would serve as a makeshift hotel for the most vulnerable.

She also said that, despite recent efforts to improve the overwhelmed camp, conditions had remained very poor. Thousands of people were transferred off the island as the pandemic began, reducing numbers from more than 20,000 to 12,000, though it remained vastly overstretched.

“There are still too many people there,” she said, calling the conditions in Moria “unacceptable.”

Reporting was contributed by Niki Kitsantonis and Iliana Magra from Athens, Matina Stevis-Gridneff from Brussels, and Melissa Eddy from Berlin.


Bardzo nie lubię mówienia o ludziach w numerkach.
Bo numerki oddalają.

Dlatego 13 000 ofiar pożaru obozu Moria na Lesbos czy 11 000 ofiar wysiedleń z obozów i mieszkań w kontynentalnej Grecji albo bezdomne tłumy na placu Victoria, chciałabym w Waszych oczach zamienić w konkret.

Poznajcie Sajrę: Kardiochirurżka z Afganistanu. Kobieta, szanowany lekarz, matka dwóch bliźniaczek i Aliego. Jeździła po świecie, operowała, zna języki.

Talibom nie podobało się, że Ali się do nich nie przyłączy. Najpierw został zabity mąż Sajry. Potem przyszli po syna. Wieczorem, nie pukali.
Sajra zasłoniła syna własną piersią. Pamięta tylko gwałt, wbicie noża, potem straciła przytomność. Aliemu udało się uciec, ale gdy Sajra doszła do siebie, okazało się, że… jej bliźniaczki zniknęły. 8-letnie. Blond, po mamie.

To było 3 lata temu. Nikt nie wie, czy żyją. Gdzie. Z kim. Jak.

Sajra mieszka w maleńkim pokoju w Grecji, z Alim, w tymczasowym ośrodku UNHCR . Obok jej łóżka leży stetoskop. Nie ma nadziei, nie ma siły, ma jedną spódnicę i ten stetoskop.

Za numerkami stoją takie właśnie dramaty

Wiersze jesienne

Teresa Rudolf

Już jesień…

Pachnie jesienią w ludziach,
opadają już w nich liście,
żegnają się pikantne tajemnice,
odlatują letnie już w nich ptaki.

Urywa się nagle, “jak z choinki”
w płaczu czarne niebo, plując
wyrzutami gorzkimi za ziemię,
za tę chorą, z żalu bezbronną.

Nie wiadomo, co znów dalej
mówią jedni, lęk bzdurami
nazywając, chichoczą gorzko
clowny ostro malowane.

Pełno oczu nad maskami,
wiecej niż język mówiących,
komplementy, obelgi, wyznania,
karnawał iście wenecjański.

Mgła nad świata pewnością,
jak i przed maskami dawniej,
przed odległością bliskości,
a ręka też myła rękę, choć…

nie swoją.

Tango

Tango lata z jesienią,
zdrowia z chorobą
bólu z uśmierzeniem,

życia ze śmiercią…

Tango kłamstwa z prawdą,
ciszy z hałasem,
szacunku z pogardą,

deptanie sobie po piętach…

Tango czystości z brudem,
chamstwa z kulturą,
młodości ze starością,

mylenie ciągle kroków…

Tango wiary z nadzieją,
religii “lepszej” z tą inną,
brzydoty z elegancją,

zdziwienie tańczących…

Tango ślepych z głuchymi,
tango sytych z głodnymi,
tango głupich z mądrymi.

Tango miłości z nienawiścią,

– Czy mogę prosić do tanga?
– Proszę bardzo, oczywiście…
muzyka zagłusza intuicję…

“bo… do tanga trzeba dwojga”.

Kamienica w lesie, czyli dom w mieście

Nie zapomnijcie maseczek / Masken nicht vergessen!

Monika Szymanik i jej pasje, stare domy, zdjęcia, poznawanie ludzi, wydawanie książek… O Szczecinie, spacerach i książkach będziemy dziś rozmawiać z Moniką w Sprachcafé Polnisch

Monika zaczęła opowiadać o “stareńkich” (“stareńki” to jej ulubione słowo) detalach szczecińskich kamienic na Instagramie i to oczywiście widać w tym, co pisze. Wczoraj na przykład zamieściła na Instagramie powyższe zdjęcie i taki oto opis:

Dzisiaj jeszcze raz kamieniczne mieszkanie, pokój od frontu, który przeszyła podczas wojny bomba. Przepiękny parkiet został uratowany i cieszy oczy. Sztukaterie, które były w tym pokoju również, uległy niestety uszkodzeniom. Ale i tak pokój zachwyca, także dzięki poszanowaniu zastanego przez wspaniałych właścicieli. Światło wpada do tych wnętrz z dwóch stron świata.
#kamienica #kamienice #kochamkamienice #kamienica_w_lesie #altbauliebe #altbau #altbauliebe #mieszkaniewkamienicy #szczecin #stettin #kochamszczecin #loveszczecin #mojemiasto #igers_szczecin #igerspoland #visitszczecin #visitpoland #zachodniopomorskie #pocztowkazpolski #magicznapolska #oldinterior #altbauwohnung #olddetails

My, ludzie Facebooka w znacznie mniejszym stopniu używamy hasztagów, ale co tam, skoro będę prezentowała dziś (po niemiecku) autorkę z Instagramu, to poszaleję i ja. Zaczynam:
#Monika Szymanik #Sprachcafé Polnisch #Czwartek #Donnerstag #Treffen #Spotkanie

Niestety, nic się, jak widać, nie wydarzyło, informacje, których chciałam Wam udzielić, nie zlinkowały się w magiczny sposób, czyli jednak oprzeć się muszę na tradycyjnej metodzie pisania wszystkiego, co musicie wiedzieć, żeby przyjść dziś na spotkanie z Moniką Szymanik:

10.09.2020 / 19:00
Zapraszam do polskiej Kafejki Językowej / Ich lade zu Sprachcafé Polnisch ein
Schulzestr. 1 13187 Berlin-Pankow
na spotkanie z Moniką Szymanik, szczecinianką, która po polsku i po niemiecku wydała książkę o starych szczecińskich kamienicach i tajemnicach…

Altbauliebe einer Stettinerin – Begegnung mit der Autorin

Ein Abend mit Monika Szymanik, Buchautorin: „Altbauliebe einer Stettinerin“. Beginn: 19 Uhr, SprachCafé Polnisch – mit Streaming.

Eine Einladung zu einer Reise durch Stettin, bei der die Wegweiser Intuition und künstlerische Sensibilität sind. Zusammen mit Monika Szymanik entdecken Sie alte magische Straßen und Gassen, historische Gebäude mit ihren Fassaden. Alles, was sichtbar und verborgen ist. Alles in einem Fotoalbum und vor allem in einem bezaubernden Gespräch.

Monika Szymanik ist Stettinerin, die eines Tages ihre Wohnung verließ, um einen Spaziergang zu machen. Dieser erwies sich dann als erster aus einer ganzen Reihe von Foto-Spaziergängen. So begann Monika Szymanik aus Eintönigkeit des Daseins der Architektur und ihrer Natur mit ihrem Smartphone Augenblicke einzufangen. Aber diese Eintönigkeit war lediglich eine scheinbare. Die von Monika Szymanik festgehaltenen Bilder erzählen Geschichten. Welche Geschichten? Darüber erzählt die Buchautorin selbst.
Herzlich willkommen!

Wir bitten um Anmeldungen: kontakt@sprachcafe-polnisch.org
Die Anzahl der Plätze vorort ist beschränkt.

Die Veranstaltung ist kostenlos.
Wir bedanken uns für die Unterstützung des Bezirksamtes Pankow im Rahmen des Projektes „Menschen schaffen Orte“ sowie der Senatsverwaltung für Stadtentwicklung und Wohnen im Rahmen des Projektes FEIN  SprachCafé 2.0.

Schirrmherr der Veranstaltung ist Städtepartner Stettin e.V.

Seid dabei! Zapraszamy!


Da Treffen war gestreamt (), jeder kann uns hören und sehen, wie wir uns lebendig und fröhlich über die Leidenschaften von Monika Szymanek unterhalten. / Spotkanie było streamowane, każdy może nas obejrzeć i posłuchać jak żywo i radośnie rozmawiamy o licznych pasjach naszej referentki. Tu tylko kilka migawek, okiem Eli Kargol:

 

Z wolnej stopy 11

Zbigniew Milewicz

Krzipista na wierzbie

Fizycznie stanowili dokładnie swoje przeciwieństwo. Pokrzywdzony, Marcin B., przez dawnych kolegów szkolnych nazwany krupniokiem, z racji zawsze zaczerwienionej twarzy i krępej budowy ciała siedział naprzeciw chudego jak tyka, znacznie wyższego od siebie Józefa S., który miał być rzekomym sprawcą jego nieszczęścia. Pan mecenas Berezowski, o którym już TU wspominałem, próbował ich pogodzić, ale Marcin B. pragnął tylko jednego – zemsty.

Obydwaj przyjaźnili się od najmłodszych lat. Mieszkali w jednej ze wsi pod Mikołowem koło Katowic, razem chodzili do szkoły podstawowej, później Józek, bardziej znany jako Zefel, poszedł się uczyć na elektryka, a Marcin został na gospodarstwie, żeby pomagać ojcu. Łączyła ich miłość do muzyki, Zefel miał po swoim dziadku skrzypce i uczył się na nich grać w miejscowym domu kultury, Marcinowi rodzice kupili na urodziny akordeon, miał dobry słuch, ale brakowało mu cierpliwości do nauki. Instruktor w domu kultury robił, co mógł, żeby go do niej zachęcić, jednak uczeń był wyjątkowo oporny, więc w końcu odpuścili sobie obaj. Zefel natomiast, jak zaczęła się moda na regionalne kapele na Śląsku, wstąpił do jednej z nich i zaczął występować na różnych estradach, koncertach, weselach, jakieś pieniądze z tego były, stał się ulubieńcem dziewczyn w całej wsi i okolicach. Marcina z zazdrości o mało szlag nie trafił, ale w końcu jakoś się z tym pogodził. Tym bardziej, że Józek prywatnie pozostał sobą, skromnym, życzliwym chłopakiem, który nie wywyższał się nad innymi z tej racji, że został muzykantem. Na podtrzymanie starej przyjaźni podarował nawet Marcinowi taśmę magnetofonową z nagraniami śląskich pieśniczek w wykonaniu jego zespołu i ten chętnie jej słuchał.

Feralnego dnia nic nie układało mu się, jak należy. Wyjechał w pole traktorem, żeby przygotować kartoflisko do zbioru i zepsuła mu się maszyna. Jak ją naprawił, przyszła matka z wiadomością, że iluś tam ludzi odmówiło pomocy na polu. Wsiedli więc do ich rodzinnej Syrenki, żeby poszukać innych pomocników, ale był już tak zmęczony, że tylko jakaś dobra muzyka mogła go ożywić. Wsunął więc do radiomagnetofonu w pulpicie taśmę kapeli. Bezrobotni go ożywili, Na Ślonsk przijechali gorole jak zwykle rozśmieszyli, ale później zabrzmiała ta nieszczęsna Niedzieliczka… Była taka smętna, a te skrzypce Zefla tak zawodziły, że w momencie zasnął. Obudziło go mocne uderzenie w pień przydrożnej wierzby, jak spojrzał w górę, to wydało mu się, że krzipista Zefel siedzi na gałęzi i śpiewa: wczoraj była niedzieliczka, dziś jest smutny dzień, zabolała mnie głowiczka na cały tydzień, głowiczka mnie zabolała, oczkam sobie wypłakała, matusiu moja… Ale to był tylko szok pourazowy. Ani matka, ani on nie zapięli pasów, na szczęście jechali bardzo wolno, ze względu na wyboje w drodze i skończyło się na poobijanych głowach i kończynach, ale przód auta był zmiażdżony. Całą winę za wypadek Marcin przypisywał Zeflowi i chociaż najbliższa rodzina mu to odradzała, za podszeptem konkurencyjnej kapeli, postanowił wytoczyć mu sprawę sądową z powództwa cywilnego o odszkodowanie.

Prowadzenie sprawy powierzył mecenasowi Berezowskiemu, którego znałem, jako radcę prawnego w handlowym przedsiębiorstwie, w którym pracowała moja ś.p. mama. Prowadziła tam dział organizacyjno-prawny, a ponieważ było to dosłownie kilka kroków od gmachu prasy w katowickim rynku, zaglądałem do niej często. Któregoś dnia dowiedziałem się od Pana Mecenasa, o ile się nie mylę, nosił imię Maksymilian, że miałby dla mnie ciekawą obyczajowo sprawę i jeżeli chcę, to mogę w niej uczestniczyć. W ciemno kupiłem temat i poszedłem z nim do zespołu adwokackiego. Zaniedługo zjawili się Marcin B., alias Krupniok i Józef S., pseudo Zefel.

– Bez to, że tyn krzipista tak smyntnie groł, to żech zasnoł za kierownicom i dupnoł w drzewo i teroz jest mi winien za cało reperatura auta – powtórzył swój zarzut Marcin B.
Niedzieliczka opowiada o smutnym losie dziewczyny, która skarży się swojej mamie, że wyszła za mąż za pijaka i sadystę, który trwoni każdy grosz, takiej piosenki nie da się grać skocznie i wesoło, mógł jej nie słuchać, jak był zmęczony – odparł czystą polszczyzną Józef S.

Żadna strona nie dawała za wygraną. W tej sytuacji Pan Mecenas Berezowski zaproponował, żeby Józef S. odegrał na żywo ów utwór, abyśmy wszyscy słuchacze doświadczyli, jak on na nas oddziaływuje. Muzyk miał skrzypce ze sobą. Skinął głową i proszę sobie wyobrazić, że słuchając chyba dziesięciu smutnych zwrotek Niedzieliczki sam prawie nie zasnąłem, podobnie inni słuchacze. Zefel sprawnie posługiwał się instrumentem i śpiewał niezgorzej, ale jakoś tak zawodząco, że nic tylko płakać nad losem biednej dziewczyny, albo właśnie zasnąć. Poza powodem, pozwanym, Panem Mecenasem i mną, w tym całkowicie nieformalnym spotkaniu brało udział jeszcze kilku kolegów z zespołu. Jeden z nich, będąc po małym koniaczku, po odsłuchaniu utworu opowiedział nam następującą anegdotę:

Przychodzi skrzypek do lekarza internisty i narzeka, że kiedy gra na swoim instrumencie, to doznaje erekcji. Pyta, dlaczego tak się dzieje, medyk mówi, żeby zagrał i… stwierdza, że zauważa u siebie podobne objawy, ale powodów nie jest w stanie podać. Następują wizyty pacjenta u seksuologa i muzykologa, wszędzie koncertuje i wszędzie kończy się tym samym, ale dopiero muzykolog doznaje olśnienia i na pytanie „dlaczego”, wykrzykuje: wiem, bo pan grasz, jak pi…

Gruchnęliśmy zdrowym, żołnierskim śmiechem. Najgłośniej rżał krupniok, tylko Zefel sprawiał wrażenie jakby trochę urażonego, ale jak jego kompan w pewnym momencie oświadczył, że idzie z nim na ugodę, pod warunkiem, że ten go od czasu do czasu zabierze ze sobą na występy za kulisy, to lody stopniały. Pan Mecenas Berezowski był dobrym specjalistą prawa cywilnego i prywatnie dobrym człowiekiem, lubił godzić powaśnionych ze sobą ludzi, jeżeli widział, że jest ku temu szansa, choć finansowo często źle na tym wychodził. Jego zawodowi rywale zarzucali mu, że lubi posługiwać się w swojej pracy różnymi nieformalnymi metodami, ale czyż dobry cel nie uświęca środków?

Ilustracja pochodzi z utworu Wilhelma Ratuszyńskiego “Skrzypek”, zamieszczonego w Magazynie Twórczym “Polska Canada”.

Jagielski vs Handke

…tej powieści nie da się przeczytać, ewo kochana, napisał Tibor na temat wpisu o utraconych obrazach, czyli powieści Petera Handke, zasypiam po trzech stronach; ale lubię jego pierwsze rzeczy, też próbowałem pisać o sporcie, np w 2006 roku.

Uwaga Adminki: Autor wcale nie pisze o sporcie, tylko o życiu codziennym w Niemczech 14 lat temu podczas organizowanych przez Niemcy mistrzostw świata w piłkę nożną. Sama też oglądałam te mistrzostwa, nierzadko w strefie kibica między Bramą Brandenburską a Kolumną Zwycięstwa, i zapamiętałam je zupełnie inaczej niż autor, czyli jako wesoły ruchomy uliczny festyn, który sprawił, że młodzi Niemcy mogli wreszcie bez wyrzutów sumienia poczuć się tak samo jak młodzi Francuzi czy młodzi Szwedzi, bo radosne święto młodej wieloetnicznej drużyny niemieckiej pozwoliło im odetchnąć i zapomnieć, że dźwigają na grzbiecie ciężar potwornej odpowiedzialności za to, co było. 

Tibor Jagielski

1

Jens Lehman z Arsenalu Londyn zapytany przez dziennikarzy, co myśli o czerwonej kartce w finale Ligi Mistrzów, zaśmiał się krótko i rzekł, że w ogole o tym nie myśli, bo nie ma czasu, gdyż zajęty jest przygotowaniami do mistrzostw świata; machnął jeszcze ręką i poleciał do Genewy, aby dołączyć do drużyny niemieckiej, gdzie jest pierwszym bramkarzem, po detronizacji, przez trenera Jürgena Klinsmanna, Olivera Kahna, co wywołało niemałą burzę w bundesrepublikańskim świecie piłkarskim.

Najbardziej wściekli się bawarczycy i ludzie z nimi związani; posypały się gromy na zbyt „amerykański“ styl pracy Klinsmana – „co on tam robi w tym San Francisco? Niemiec mu mało?“, a gdy na dodatek „Cesarz“ Franz Beckenbauer, po wymianie raczej delikatnych epitetów, obraził się i ostentancyjnie nabrał wody w usta, to spadły – o zgrozo! – akcje Adidasa.

Młody trener, nazywany zdrobniale “Klinsi“, jest jednak konsekwentny i nie daje sobie dmuchać w kaszę. Wyrzucił nawet gwiazdę (tak, to smutne, dziewczyny) Kuranyi’ego, który od pozowania przed kamerami zapomniał ostatnio, gdzie znajduje się bramka.

Tak więc powoli krystalizuje się jedenastka, z którą Niemcy wystapią na organizowanym przez nich turnieju. Bardzo możliwe, że na spotkanie z Costa Ricą wybiegną dwaj piłkarze pochodzenia polskiego, napastnicy, Lucas Podolski i Miroslav Klose.

Mózgiem drużyny jest niepodzielnie Michael Ballack z FC Bayern München – tegorocznego mistrza Bundesligi. O niebo inteligentniejszy od Kuranyi´ego, potrafił pogodzić intratne umowy reklamowe z zawodem piłkarza. Jest wielką nadzieją trenera Klinsmanna, mistrza świata z roku 1990. Last but not least: do obrony wrócił 33-letni weteran Jens Novotny i ma ustabilizować stosunkowo młodych i – uwaga – często ofensywnych obrońców.

Krótko mówiąc, Jürgenowi Klinsmanowi udało się zebrać ciekawą drużynę, którą bookmacherzy stawiają zaraz za Brazylią; bo gospodarzowi, jak wiemy, pomagają i ściany.

2

W Niemczech trwa dyskusja nad “no go areas”. Jedni ostrzegają – “aj, waj, u nas biją murzynów”, drudzy się oburzają – “a sam sobie winien, po co tu przyjeżdżał?”; jedni potakują, drudzy zaprzeczają. O co “biega”? Po prostu są okolice, miasteczka, czy dzielnice miast, gdzie pobyt osobom o innym kolorze skóry lub sposobie bycia, niż ogolone na łyso lub ostrzyżone na szczoteczke zakapiory – nie jest, mówiąc eufemistycznie, wskazany.

Wśród 1,5 miliona spodziewanych kibiców i turystów z niemałą ciekawością oczekuje się przybycia dwóch do trzech tysięcy polskich chuliganów.

Zwłaszcza minister spraw wewnętrznych, Wolfgang Schäuble, szukający już od dawna pretekstu do wprowadzenia Bundeswehry w kompetencje policyjne, liczy na to, że Prawdziwie Polscy Polacy i Niesamowicie Niemieccy Niemcy, zbratają się w znaku pałki i butelki, i tak dadzą ochroniarzom, oraz gliniarzom po dupie, że Angeli Merkel, kanclerzowi (kanclerce? kanclerzynie?) RFN nie pozostanie nic innego, jak wezwać na pomoc dywizję spadochronową.

Jak powiedział Gerhard Schröder, były piłkarz i kanclerz, a obecny specjalista od ruskich pierogów i rurociągów?: “piłka to nie jest zawód, to jest powołanie”.

W Berlinie przemalowano na piłkę nawet kopułę wieży telwizyjnej. Co ciekawe, nie na czarno-, tylko fioletowo-biało.

Dlaczego wybrano kolor fioletowy, było przedmiotem wielu rozmów i dyskusji wśród, i nie jedynie, mieszkanców niemieckiej stolicy.

Również design oficjalnej piłki tegorocznych mistrzostw wzbudził ożywioną wymianę myśli i opnii, nie tylko w piwnych ogródkach. Mianowicie: kawałki skóry, z których zszyty jest Najwiekszy Fetysz Kibica, przypominają ksztaltem… damskie podpaski.

Kardynalska purpura i higiena osobista?

Tak, powiedzmy otwarcie, dzis piłka wtargnęła wszędzie – do sypialni i do konfesjonału.

3

Dystrybutor oficjalnej maskotki mistrzostw “Goleo” (nawiasem mówiąc, bardziej przypominającej osła z ostatnich filmów Disneya niż lwa) wylądował w areszcie śledczym.

Powód? Defraudacja 20 milionów euro, z hakiem. Ma zresztą chłopak szczęście, że akurat papież jest w Polsce, bo prasa by go rozszarpała; a tak wylądował na drugich stronach tabloidów, koło prognoz pogody i horoskopów, co przeważnie oznacza, że dolepią mu z zawieszeniem.

Jedyna dzielnica w Berlinie rządzona obecnie przez purytanów, Reinickendorf (nawiasem mówiąc połową Berlina na poziomie komunalnym i w ogóle całym Berlinem, rządzą nadal – w koalicji z socjaldemokratami – postkomuniści) zabroniła transmisji meczów w stylu open air.

Powód? Zorganizowany protest mieszkańców, obawiających się brudu, smrodu i hałasu.

Podobno protest podpisali głównie Turcy, którzy porażki w kwalfikacjąch nie mogą jeszcze przeboleć.

Otworzono właśnie DEN GRÖSSTEN HAUPTBAHNHOF DER WELT (największy kolejowy dworzec centralny świata). Gdzie? W 25-milionowym Pekinie? W 15-milionowym Sao Paulo? W 12-milionowym Karaczi? A może w 10-milionowym Londynie? Nie: w 3,5-milionowym Berlinie; niezbyt skorzy do żartów mieszkańcy ochrzcili zaraz ten projekt imieniem BAHNHOF GRÖSSENWAHN (dworzec manii wielkości).

ACHTUNG! ACHTUNG!UWAGA! UWAGA! Kibice piłkarscy przybywający do stolicy RFN! Dobra rada. Wysiadajcie już na dworcu wschodnim i bierzcie taksówkę. Koniec zapowiedzi.Ende der Durchsage.

Natomiast turystom przybywającym tutaj w celach rekreacyjno-atletycznych dworzec centralny gorąco polecam. Bo na jakich to innym peronach tego świata można ciagnąć za sobą walizki dwa i pół kilometra, aż do nastepnego połączenia?

Dodam jeszcze, że architekt tego cudu strasznie się ostatnio zdenerwował i podał, co ciekawe, egipskie kierownictwo budowy, do sądu.

Przyczyna? Drobiazg. Obiekt wygląda inaczej niż projekt.

***
Co robią Brazylijczycy w Szwajcarii, każdy głupi wie.
Natomiast, że pierwsza drużyną, która przybyła do republiki federalnej jest Ghana – nie.
Pytają zawodnika, co ledwo wyszedł z samolotu, jak mu się w Niemczech podoba
(a leje właśnie i termometr wskazuje 12° C)? Zimno, odpowiada; dziennikarze potakują.

4

“Nigdy nie szpiegowałem kolegów”, zaręcza wytrawny reporter Wilhelm Dietl, który robił karierę agenta w enerdowskiej bezpiece (STASI) od 1982 do 1989 roku, a po roku przerwy do namysłu, kontynuuje ją od 1991 roku w erefenowskiej (BND) do dzisiaj. “Poza tym nie denuncjuję, tylko pracuję z calych sił dla dobra Ojczyzny”, podkreśla z naciskiem, głosem pękającym od patosu, łysawy i otyły mężczyzna pod czterdziestkę. Wzruszona tym patriotyzmem specjalna komisja parlamentarna decyduje się w swoim, już gotowym, raporcie donosy Dietla zaczernić, czyli utajnić. Samo życie.

Afera szpiegowska w świecie dziennikarskim (która, mówiąc nawiasem, w nawale ważniejszych wydarzeń, jak ciąża Angeliny Jolie, czy amok stolecznego wyrostka, który poranił nożem kilkadziesiąt osób w dziesięć minut – wylądowała podobnie jak autor Goleo, na dalszych stronach prasy) wykazała jedno: donosicieli nie brakuje.
“Często jesteśmy przepracowani z powodu nawału otrzymywanych informacji” przyznał szczerze przed kamerami Dietrich Urlau, szef Federalnej Służby Wywiadowczej.

***
Pojechałem do knajpy na na piwo.
Na ekranie (6 x 3 m) Niemcy trenują z Luksemburgiem (7 : 0).
A komu ja tak w ogóle kciuki trzymam, pyta jakiś ciekawski?
Meksyk, odpowiadam. Skrzywił się, jakbym mu piołunu do kufla wrzucil, a ja dalej, że mogą dojść do półfinału, na co on się jeszcze bardziej krzywi, bo nie może pojąć, że można kibicować drużynie niejako z drugiej ligi i na dodatek nie własnej; chwyta kufel i wędruje, klnąc pod nosem “scheiss Pollacke” (zasrany Polaczek), na przeciwległą stronę baru.

W drodze powrotnej o mało nie dochodzi do wypadku. Cztero- czy pięcioletni brzdąc wjeżdża mi swoim, napędzanym silnikiem elektrycznym, pojazdem prosto pod koło – hamulce do dechy, uff… udało się. Oburzona babcia wymachuje parasolką (na krótko przestało padać) i wrzeszczy po niemiecku z rosyjskim akcentem, “ihr verdammten Fahrradfahrer (przeklęci rowerzyści)!”

Tłumaczyć, że droga rowerowa nie jest piaskownicą, byłym mieszkańcom Karagandy, Kujbyszewa czy Nowosybirska przestałem już dawno. Rzucam tylko „Paszla won, bljad prakljata!“ Naciskam pedały i zmykam.

Jeśli pogoda się utrzyma –  stawiam na Anglików.

5

Najważniejsze obecnie pytanie: czy, ostatnio lekko kontuzjowany, Michael Ballack wybiegnie dzisiaj na mecz sparringowy z Japonią i strzeli goru*? Tylko trzy pozycje w drużynie niemieckiej – Lehmann w bramce, Podolski i Klose w ataku – są obecnie bezdyskusyjne; o inne trwa nadal walka.

W spotkaniu z Luksemburgiem dobrze zagrał w pomocy Sebastian, zwany poufale “Schweini” (świnka) Schweinsteiger. Także Oliver Neuville, który po paru latach przerwy wrócił do reprezentacji, nieźle odgrał rolę reżysera i uwieńczył ją dwoma bramkami.

Tymczasem, na zakąskę, oglądam dwa mecze na raz, Czesi – Kostaryka, no i… zgadnij kto koteczku**?

Jak powiedział Chrystian Skrzyposzek***? Słynny mecz Kolumbia – Jamajka  zakończył się po dziesięciu minutach; Kolumbijczycy wciągnęli wszystkie linie, a Jamajkańczycy wypalili całą trawę, he, he. Kto tak się śmiał? Jasne, Stachu…

Ale tu już minut dziewięćdziesiąt. Wszystkim mnie żal. Oj, to nie dobrze! Porażka i to jaka. Patrzę na zegar: 91 minuta.

Nawet Chicquita**** zaczyna przepraszać, że kibicuje Kolumbii, nalewa sobie Coca-Colę, demonstracyjnie podrzuca “wielkie, niebieskie oczy” i dodaje, że zaraz “strzelimy” trzeciego.

Touché.

Zamawiam drugie piwo*****, odwracam oczy na ekran – bramka.

Czuje wzrok na karku: Chicquita zezuje w moim kierunku. A ty małpiszonie, ty deskorolko, cholero jedna, mówię sobie w myślach, a głośno – sauber******.

Piję strzemiennego i wracam do domu na tarczy*******.

Kostaryka skóry Czechom nie sprzedała tanio. Wyglada na to, że drużyna niemiecka będzie się musiała napracować, ale jak powiedział Klinsi********, ten orzech jest do zgryzienia! /muszę przerwać, bo zaczyna się mecz Niemcy – Japonia*********.

To be continued

—————————————————————————————————————–

*) jap. bramka, gol

**) Polska – Kolumbia 1:2

***) Jeden z najlepszych, po Przybyszewskim i Gombrowiczu, pisarzy polskich w Berlinie XX wieku; patrz też: Tibor Jagielski “Od Przybyszewskiego do Skrzyposzka. Pisarze polscy w Niemczech współczesnych”, 2003, Berlin.

****) wlaścicielka knajpy z teleścianą Sony (szaleństwo!)

*****)”Schultheiss”, berliński pilzner, 0,33 litra, zaw. 4,9% alk; najmniejsza i najtańsza butelka w knajpie (bo moja rodzina pochodzi z polskiego Glasgow, Poznania, stolicy Wielkiejpolski).

******) niem. czysto.

*******) tym razem na piechote.

********) przed miesiącem w San Francisco, Kalifornia, U.S.A.

*********) wynik 2: 2; pomogły gwizdy po zero dwa, no i kondycja Japończyków.

6

“Ciągle pada! Asfalt ulic jest już mokry jak brzuch ryby”, śpiewały Czerwone Gitary, gdy polska jedenastka odnosila sukcesy w Niemczech, dawno, dawno temu, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Gadocha, Szarmach, Lato! Dejna, Kacperczak! Gorgon i Szymanowski, Tomaszewski. No i o wielu innych, a przede wszystkim, przez nas wszystkich kochany czarodziej piłki, Włodzimierz Lubański.

Monachium, 1972 i Lipsk 1981* – to byly mecze graniczne pewnej futbolowej epoki. Rozmarzyłem się. Jak mówił Adam Asnyk**? Daremne żale, próżny trud… minionych czasów żaden cud nie wróci do istnienia.

W Prusach pada, a w Holandii natomiast leje się strumieniami jenever, bo rozpoczął się sezon śledziowy, wielkie święto ludowe. Przyslowiowa potencja zawodników Oranje w tej skromnej i niepozornej rybce ma podobno swe źródło.

Najpierw szklanka piwa, nóż naostrzyć, śledzia sprawić***, do tego tylko cebula, szczypta soli, pieprzu i … niebo w gębie! A na deser kieliszek kminkówki.

Franz „Cesarz“ Beckenbauer w wywiadzie dla berlińkieego Tagesspiegel stwierdza, że Niemcy są kwitnącym krajem, tylko niestety piłka nożna rozwija się nie w tym co trzeba kierunku. Poza tym apeluje dyskretnie do holów i zakapiorów, aby przynajmniej w okresie mistrzostw nie bili murzynów, bo to by było mu nie bardzo na rękę.

***
W sprawie dystrybucji biletów:

Wszystkie miejsca zajęte! – B.Z.
Na trybunach będą luki – tagesspiegel
Stadiony będą puste – tageszeitung

Zobaczymy.

___________________________________________________________________________

*) Polska – Wegry 2:0; NRD – Polska  2:4

**) bardzo ceniony w Wielkiejpolsce, a w innych częściach kraju przez nudziarzy, pisarz

***) jak sprawić śledzia, patrz: Tibor Jagielski „Mleczak i inni. Kuchnia mórz i oceanów. Od Szczecina do Szanghaju.”; roz. VII Śledzie, Dziwnówek, 1999

7

W Düsseldorfie legalna demonstracja NPD (partii neonazistowskiej); 300 neonazi przeciwko 3000 kontras; pomiędzy 1000 policjantów, a dookoła dwa razy tyle. No i… zaczyna się: kogoś pałują, lecą butelki i kamienie; falanga rusza, jak wilki u Jacka Londona na stado karibu; ze setka ludzi ląduje w sukach; niektórzy (i niektóre) mogą iść do domu – sześćdziesięciu wiozą do aresztu.
Sceny myśliwskie z Nadrenii-Westfalii.

Niemcy spodziewają się 150 tysięcy kibiców z Polski, w tym dwa do trzech tysięcy skorych do rozróby. Jesteśmy gotowi, oświadczył Hans-Jürgen Mörke, dyrektor brandenburskiej policji, każdego naszego chuligana mamy pod okiem, a jedyną niewiadomą są chuligani zagraniczni, nie tylko, ale glównie z Polski. Powolano wszystkie rezerwy i podwojono stan osobowy.
Specjalnie do zadan związanych z mistrzostwami świata przydzielono 1500 policjantów i 4 plutony oddziałów szybkiego reagowania. W każdej chwili możemy te liczbe podwoic, stwierdza w Poczdamie spokojny i pewny siebie Mörke,  a poza tym, dodaje, jestyśmy tylko krajem tranzytowym na drodze do zaglebia Ruhry.

Wyglada na to, że 14 czerwca w Dortmundzie  w bramkach będą stali Lehman i Boruc. drużyna niemiecka pokazała w meczu z Kolumbią (3:0), że też jest gotowa na przyjęcie gości, podczas gdy Polacy w meczu z Chorwacją(1:0) ciężko poprawiali nadszarganą reputację.

Leje i zimno; dla rozgrzewki obserwuję olimpiadę szachową w Turynie. Wygrywa Armenia; na trzy rundy przed końcem Ormianie pokonali największego konkurenta, Chiny( 2,5: 1,5 ) i wyprzedzają go o dwa punkty.

A tymczasem utonął, podczas regat Ocean Race dookoła Wielkiej Brytanii, 32-letni Holender Hans Horfevoest, wielka legenda żeglarska. Fala zmiotła go za burtę (a nie miał nawet kamizelki ratunkowej), sterowanego komputerem, wysokiego na 21 metrów monstrum z tworzyw sztucznych i stali; tego jachtu-potwora, który sunął z szybkością trzydziestu węzłów i zaczął zawracać dopiero po dziesięciu minutach; w każdym razie za późno…

Pozostawił żonę przy nadziei i córkę.

Sport to mord.

Też.

***
Podobno Aztecy mieli takiego fisia na tle piłki, że grali nawet jak Hiszpanie stali już u wrót Tenochtitlanu (dziś Mexico City), a drużynie, która ten mecz przegrała – z całą pompą na ołtarzu na szczycie piramidy wyrwano serca. Zdarza się.

W telewziji niemieckiej wywiad z dziarskim młodzieńcem wszechpolskim: “Naszym celem jest rekatolizacja Europy” ogłasza na tle monstrualnego, płonącego w czerwonawym świetle reflektorów, krzyża ten nasz nowy, już rodzimy Cortez, czy Pizarro.
Laboga! Znowu krucjata! Wracają stosy? Auto da fe? Hiszpańskie buty?
A może ogniem i mieczem?
A może… by tak te zapędy konkwistadorskie skierować, na przyklad, na murawę?
Smolarkowi przydałby się jeszcze kto do pomocy.

8

Dziewiąta; poniedziałek; i na dodatek zielone świątki – dzień w Niemczech wolny od pracy; pięć dni do rozpoczęcia mistrzostw.

Wyciągnąłem z lodówki sledzia i butelkę jeeneveru.

Za tych co na morzach i oceanach.

Ledwo strzeliłem w kopyto – wyszło slońce! Zakąszam – biją dzwony!

Włączam stację StarFM; najczęstsze wypadki przy seksie? Zwichnięcie nadgarstka, he, he.

Na warszawską paradę równości udają się również byli ministrowie rządu Claudia Roth i Wolfgang Beck, Joanna d´Arc i Ulrich von Jungingen zielonej sceny politycznej.

Mimo ciężkiej porażki na Placu Czerwonym Wielki Mistrz Beck nie poprzestaje na podstępnych knowaniach i kreciej robocie, tylko wsiada na motocykl i mówi, nach Warschau! A za nim zmotoryzowana chorągiew odzianych w skóry i łańcuchy Krzyżaków.

Po ptasiej grypie – inwazja na Warszawę lesbijek i gejów z Niemiec!
Nic Wszechpolakom, nic Purchawkom, nic Kaczorom nie będzie oszczędzone.

Polska, kiepska tragedia jest jednocześnie niezłą komedią; trafimy znowu do telewizji w programie nocnym, pocieszam się, piję na drugą nogę, gaszę radio, otwieram drzwi na balkon i słyszę walca.

Oj, mocny ten jeenever, myślę zrazu, ale nie, muzyka leci do mnie, to ślepa dziewczynka z katarynką, grająca stare piosenki berlińskie, ustawila instrument pod lipą, a jej młodszy brat z napięciem patrzy w okna. Troche się rozmarzyłem (jeenever?), ale jak to idylla? Nie trwa długo.

Nagle: „Scheisse!“ – jeb! łubudu! trzask!

To  Niesamowicie Niemiecki Niemiec, sąsiad z dołu, zaczyna wrzeszczeć i trzaskać oknem. Myślałem już, że to z mojego powodu, ale to tylko muzykanci (mały gra czasem na organkach), zakłócili jego spokój.
Ciekawy typ patologii; regularnie szpieguje i denuncjuje.
Na balkonie ma umocowany karmnik; a słowika, który siadał na brzozie, przepędził, bo mu spać nie dawał.

Arbeit macht frei.

***

Pod Berlinem powstaje mały, złożony z kontenerów, obóz koncetracyjny, a Burkhard Hirsch z FDP (wolni demokraci) obawia się głośno, czy aby on tam już na zawsze nie pozostanie. Szykuje się tam również specjalne klatki dla opornych wladzy wykonawczej, tudzież autobusy, które transportować bedą te klatki (a w nich tych, którzy „mieli pecha nie mieć” obywatelstwa niemieckiego), w trybie ekspresowym do granicy lub na lotnisko.

Ordnung muss sein.

Po poł godzinie słońce znika; znów 10-12° C.
Ekwadorczycy kazali sobie przyslać z Quito specjalne kombinezony termostatyczne.
A drużyna niemiecka zajęła siedzibę w zamożnej dzielnicy willowej zachodniej części Berlina, Grunewaldzie; co ciekawe – jedyną drużyną, która obozuje na terenie bylego enerde jest Ukraina (sic!) w Poczdamie (sic!). Zabawnie to na mapie wygląda.

Jedem das seine.

9

Na mecz otwarcia mistrzostw z Kostaryką nie wybiegnie, lekko kontuzjowany w łydkę, Michael Ballack tylko Tim Borowski. Jak powiedział napastnik drużyny, tak, niemieckiej. Lukas Podolski? Podczas meczu z Polską porozumiewamy się tylko po niemiecku.
Count down; w bloku naprzeciwko wisi pięć flag niemieckich i jedna rosyjska (na 60 mieszkań); zobaczymy jak się sytuacja rozwinie.

Zastanawiam się, co ja mógłbym powiesić, gdybym już wieszać musiał?

Raz, dawno, dawno temu, na pierwszego maja w Szczecinie niosłem w pochodzie chorągiewkę węgierską, którą zrobiłem sam podczas zajęć praktyczno-technicznych klasy IV b w szkole podstawowej (nomen-omen) 69 na Niebuszewie, hm…
Dziadka w Wehrmachcie miałem, więc mógłbym rozwinąć i niemiecką, hm…
Mesykańskiej nie wywieszę, bo to mój konik, a o takich sprawach się milczy, hm…

Trynidad i Tobago!

Cool & megageil, a sąsiadka zzielenieje z zazdrości.

Kto tym razem na murawie poszarżuje, pomiesza szyki?

Może Ghana? Albo Ekwador, he, he.

Z innej beczki: świętuje się zabicie zakapiora-terrorysty Zarkawiego, natomiast fakt, że Mogadiszu, a tym samym cała południowa Somalia, wpadła w ręce islamistów, przemilcza. A tymczasem opanowali oni teren wielkości Polski i zmusili do ucieczki sprzymierzonych ostatnio z koalicją antyterrorystyczną, warlords (chrześcijan i animistów) gdzie pieprz rosnie.

Oj, chyba tę wojnę przegramy, boys!
Bo to Wietnam do kwadratu.

***

Ballak zagra jednak w meczu z Kostaryką. Wyszedł wściekły przed kamery i kazał się dziennikarzom od łydki odczepic.
Statystycznie na jednego piłkarza wypada dziesięciu dziennikarzy, a na jednego kibica dwóch stróżów ładu i porządku.
Cztery godziny przed meczem, blok naprzeciwko; przybyły dwie nowe flagi niemieckie (łącznie 7) i jedna… holenderska.

Arriba muchachos!!!

10

Niemcy – Kostaryka dwa jeden do przerwy; mecz, jak na otwarcie, nawet niezły.

Sąsiad z dołu, NNN, wystrzelił cały magazynek rakiet świetlnych; dobrze, że żaden helikopter nie leciał – mieszkamy mianowicie przy lotnisku.

W niektórych oknach bloku naprzeciwko są nawet dwie flagi; prym wiodą Niemcy z Syberii, którzy między staranie pielegnowanym geranium umieścili ze dwa tuziny chorągiewek, a dwa czarno-czerwono-złote sztandary flankują ten festiwal patriotyzmu.

Loggie tureckie są puste i nieme; zawzięty to naród, nadal przeboleć nie mogą porażki w eliminacjach.

Kismet.

***
Miro Klose strzela drugiego gola; Niemcy prowadzą w 62 minucie 3:1.

Tylko jedna rakieta z dołu – chyba magazynek się skończył.

Między Bramą Brandenburską a Kolumną Zwyciestwa w centrum Berlina – 10 tysięcy ludzi; skromnie.

Trzech podpitych Anglików chce wziąć taksówkę – taksówka ich nie chce.

Koniec końców lądują w areszcie; sędzia już czeka.

Wynik? Remisowy; mogą iść do hotelu, ale mają zakaz wstępu na stadiony i tzw. eventy. Na dodatek aresztowano pięciu kieszonkowców z Albanii i już siedzą w klatkach. A tymczasem Czope strzela bramkę kontaktową.

Arrribaaa!!!

Nie, 4:2; ładny strzał Schweinsteigera, który, wraz z Timem Borowskim, przejął w tym meczu rolę Ballacka (nawiasem mówiąc, Maradona który robi za eksperta w kabinie telewizji argentyńskiej, zamówił dwie kawy z… kofeiną!) Dzisiaj wieczorem w Gelsenkirchen, w Nadrenii-Westfalii, gra Polska z Ekwadorem, a jutro maszerują tam neofaszyści. Co ciekawe – mimo sprzeciwu burmistrza, policji, i wielu innych organizacji, Sąd Najwyższy Republiki Federalnej zezwolił na tę demonstrację dziwnej ligi Niesamowicie Niemieckich Rodzin.

Wot, diemakracja; pożywiom – posmotrim.

Banzai!

P.S.

A  może wywieszę jaką flagę?

P.S. P.S.

Umarł, w wieku lat sześćdziesięciu, Drafi Deutscher, niezły szansonista niemiecki („Marmor, Stein und Eisen bricht, nur unsere Liebe nicht…“)

Zdarza się.

P.S.P.S.P.S.

Wykrakałem, Ekwador górą!

11

Hiszpanie nieźle dali popalić Ukrainie; 4:0.

Godzina przed meczem Niemcy – Polska.

33° C; dwadzieścia więcej, niż przed tygodniem; pięciu owiniętych we flagi wsiada do autobusu; co ciekawe – w bloku naprzeciwko zniknęła w ostatnich dniach większość chorągwi niemieckich. Dlaczego? Strach tchórzów NNN przed tchórzami PPP ( zdanie bardzo prywatne). Zostały na balkonach (brawo za odwagę Niemcy z Syberii)  tylko dwie.

No i ta jedna, rosyjska – ten wspaniały znak kontynuacji na naszym (i nie tylko) kontynencie: Lenin-Stalin-Putin…

Hiszpański sędzia gwiżdże – zaczęło się.

Sąsiad z dołu oczywiście też flagę zwinął (sic!), ale już po pierwszym strzale Miro Klose rzucił petardę; znak dla swoich towarzyszy (przedwczoraj faszyści, wczoraj komuniści, a dzisiaj… jak ich nazwać? Po prostu sukinsyny?) z naprzeciwka.

40 minuta; mecz kiepski, brutalny.

Przerwa; strzelają pistolety, lecą petardy; ale skromnie.

W centrum Berlina, przed ekranami pomiędzy Bramą Brandenburską a Kolumną Zwycięstwa, 150 tysiecy kibiców, czyli dwa razy tyle, co na stadionie w Dortmundzie.

65 minuta; Ballack fauluje Jelenia; dwie minuty później – Bak fauluje Ballacka; remis, w brutalności.

78 min.; czerwona kartka dla zawodnika polskiego; rakiety szybują w niebo; NNN z dołu rzuca jedną petardę, zaraz drugą…

94 min…

Jutro – wetten das? – dziesięć flag.

Przed meczem, po i w trakcie?

Zwyczajne sceny myśliwskie, te, które dzieją się w obecnie Nadrenii-Westfalii już opisałem; a co z tego wyniknie, też.

Rezultat? Tymczasowy? 2006/6/14 godz. 23:07?

Dwustu aresztowanych Polaków tylko w Dortmundzie i pięćdziesięciu w ucieczce przed policją, która depcze im po piętach. Jak mawiał Heinrich Heine?

Denk ich an Deutschland in der Nacht,
da bin ich um den Schlaf gebracht.

Jedna dziewczyna spadła z balkonu (5 pietro), ale żyje, bo na drzewo.

12

Pan Bóg ulitował się nad naszą, ludzką, głupotą i zesłał burzę na Dortmund, która skuteczniej rozgoniła stojący krótko przed ogólną bijatyką tłum, niźli wszelkie policyjne kohorty razem wzięte.

Trzeba przyznać, że Wszechpsychiatra naszemu gatunkowi łaski, od lat już tysięcy, nie skąpi; obojetnie jaka monstrualna zbrodnię lub głupotę byśmy popełnili, obojetnie na jaki szalony pomysł byśmy nie wpadli – ON uśmiecha się tylko dobrotliwie i niczym Święty Mikołaj wyciąga kolejną szansę ze swojego, bezdennego zda się, worka historii.

Niespodziewanie słaby występ Ukrainy znalazł swoją przyczynę: żaby i komary. Potomkom narodu Bohdana Chmielnickiego, który niegdys znad Donu na czajkach docierał do Złotego Rogu (i to nie tylko w celach handlowych) rechot kradnie sen, a brzęk – forme.

Zapytano kiedys radio Erewań, czy jest jakiś sposób na pluskwy?
Tak – polubić.

Swoją drogą wielu ludzi narzeka w tym roku na komary i trochę się nawet z tego nabijałem, dopóki nie dopadł mnie jeden taki osobnik – uslyszalem tylko krótkie zzzzt i … bestia wbiła mi się w policzek! Wyrwałem gościa – komar, nie komar. Wracam do domu, wkladam bandytę pod mikroskop (ruski, na pchlim targu za 10 złotych) – komar, ale jakiś inny, zagraniczny. Taki komar turbo; a nasze, o krwia mać!, do niego, to jak fiacik do merca.

A flagi przestałem liczyć.

Arriba!

13

Powoli zbliża się francuskie Tour de Tortur.
W tym roku już bez Lance’a Armstronga, ale nadal z Janem Ulrichem.
Niestety, kolarstwo tak jak i piłka, zdają się słabnąć z roku na rok.

Tymczasem niedźwiedź brunatny zwany Bruno, który od pół roku wędrował bez paszportu przez kraje przyalpejskie, Słowenię, Włochy, Austrię i Niemcy, został (po dwumiesięcznym pościgu) zastrzelony.

„Odetchnęliśmy z ulgą” mówi burmistrz (burmistrzowa? burmisterka?) Hermenegilde Müller, mieszkanka Bawarii, która wynajmuje pokoje alpinistom, narciarzom i zwykłym śmiertelnikom z całego świata. Straty wynikłe z całej hecy tylko w jej gminie ocenia na pół miliona $, “przede wszystkim rodziny z małymi dziećmi skasowały urlopy”, dodaje, ocierając pot z czoła, zażywna pięćdziesięciolatka przy kości.

“Zastrzelimy strzelca!”, odgrażają się Zażarci Zwolennicy Zwierząt na swoich forach internetowych, zapomniawszy na krótko o delfinach, fokach i wielorybach.

No cóż, niejedna poduszka nastolatki była tej nocy mokra od łez, a ja – przyznać muszę – miałem sen koszmar. Śniło mi się, że jestem w raju. Słonko świeci, pszczoły brzęczą, zioła pachną, leżę sobie na polanie i studiuję chmury. A tu nagle cień na mnie jakiś dziwny pada i widzę, że zbliza się do mnie niedźwiedź, staje na tylnych łapach, paszczę otwiera i mówi:
„Ukraina, po finałowym zwycięstwie nad Hiszpanią, zostanie mistrzem świata i Blochin ogoli się na łyso, a wkrótce po tym, zostanie prezydentem, wypowie wojnę Polsce i ją wygra. Tobie wlepią 48 za jeżdżenie bez dzwonka, a murzyna, którego skatowali na Kurfürstendamm policjanci, za to że przeszedł ulicę na czerwonym świetle, powieszą publicznie przed Reichstagiem, podczas gdy Wolfgang Thierse na znak protestu zgoli brodę“.

W oddali słyszę jakby helikopter.
Niedźwiedź wyciąga łapy, chwyta mnie za ramiona, zaczyna trząść, a jego pełna klów morda zbliża się do mojej twarzy:
„ Wstawaj psiawiaro!“

Budzę się zlany potem; siódma; zaczęli strzyc trawę pod blokiem.
Biorę prysznic i zjeżdżam na dół po gazetę.

Malarze przy pracy (jeżeli to można pracą nazwać to ich certolenie się z pedzelkami po kątach, picie piwa w kiosku, przerwy na niezwykle ważne rozmowy telefoniczne, tudzież dyskusje nad każdym metrem zamalowanej powierzchni – w czwórkę (sic!) pomalowali wczoraj korytarz o powierzchni 40 m² – jak za komuny!), a Niesamowicie Niemiecka Niemka o włosach w kolorze gallenschwarz-hämatomrot-pissgelb, przechodzi obok mnie w pogardliwym milczeniu i zadzierając nosa. Na prawym ramieniu ma wytatuowany drut kolczasty, a na lewym ma bliznę, charakterystyczną dla amatorek tatuażu zawiedzionych uczuciowo; malarze witają ją wylewnie i rubasznie; ogólne zbratanie.
Podobno jest to patriotyzm.

14

Wracam z zakupów do domu i przechodzę obok placu zabaw.

– Spóźniłaś się o jedną minutę – mówi Niesamowicie Niemiecki Turek z dzieckiem na ramieniu do swojej żony, która biegła od przystanku autobusowego, a wiatr targał ją za wlosy, jakby ją chciał zatrzymać na miejscu. Starannie przystrzyżony wąs, wypomadowane włosy, Rolex na ręce, Opel na parkingu (z lewej choragiewka turecka, z prawej niemiecka), na balkonie wielka flaga (niemiecka).

No comments.

Muszę przyznać, że założyłem dzisiaj czarne spodnie, czerwony sweter i narzuciłem żółtą kurtkę rybacką, bo popaduje. I tak, chcąc-nie chcąc, stalem się żywą flagą republikańską, co pojąłem dopiero, kiedy, obficie oflagowane auto, wymijając mnie, krótko zatrąbiło, a sąsiad z dołu na mój widok zzieleniał i zatrzasnął drzwi balkonowe.

15

Deutschland – Rest der Welt 8:2.
Teraz kolej na Argentynę.
Spotkany przypadkowo, znajomy Niemiec pyta:
„Czy jesteście źli, że z nami przegraliście?”
Poczatkowo nie rozumiem, o co mu chodzi, ale powoli świta mi w głowie (choć od meczu Beckenbauer – Listkiewicz minęły już dwa tygodnie) – pluralis majestatis!
Wolfgang (tlum. pol. Wilczy Krok), bo tak ma na imię, chorągiewek co prawda nie wiesza, ale z dumy to prawie pęka.

Pierwsza polowa dogrywki; Argentyna rozpoczyna; Julio Cross zostaje po 10 sekundach skoszony; mecz jak się zaczął, tak się kończy; nieźle się walą po kościach ci nasi bohaterowie murawy. Postanowilem nie pojechać do Chicquity na piwo. Głównie z powodów alkoholowo-patriotycznych.

Wyglada na rzuty karne; w ciągu całego meczu Argentyna miała dwie dobre minuty

PRZERAŻAJĄCE!!!

Niemcy nie lepsi.

Nawiasem mówiąc, wybuchła sensacja i Jan Ulrich nie pojedzie tegorocznego Tour de France. Elektroniczni władcy stadniny zareagowali na hiszpańską aferę dopingową i wycofali niemieckiego zawodnika (razem z jego kolegą, Ivanem Basso) z wyścigu pięć minut przed dwunastą.

N.N., siedmioboistka enerdowska, mówi w wywiadzie,  jak zrobili z niej mężczyznę i jeszcze jej wmówili, że to fajne, jak jej wyrośnie mały kutas.

Stachanowcy strzykawki, bękarty z Sachsehhausen i Ravensbrück, ich hiszpańscy, ba, brazylijscy, czy czort wie go kumple – ONI, bo o nich mówi, nadal piastują wysokie funkcje, bo są świetnymi fachowcami w sprawie dopingu, a ich kolejne ofiary wegetują jako wraki na krawedzi spoleczeństwa, ogarnięte zmową milczenia.

Nietety i w Niemczech pachnie czasem dziwnie z doniczek na balkonie, o czym obszernie pisał np Heine, który znad Elby przeniosł się nad Sekwanę. Grunt to wygrać – olimpiadę zimową, mistrzostwa świata Formuły 1; zwycięstwo, Nike, która nas prowadzi na szczyty ekstazy, vae victis?

I tak to, wraz z sukcesami drużyny niemieckiej w tym turnieju rośnie w Niemczech patriotyzm, a Angela ”Angie” Merkel, zasiadając na trybunach stadionów, zbija punkty na następne wybory do Bundestagu.

Natomiast Franz “Cesarz” Beckenbauer” w helikopterze w drodze z Lipska do Frankfurtu, podpisuje kolejną umowę reklamową za mierne dwieście tysięcy zielonych.

16

Natomiast pani Beckham była bardzo zmartwiona; to koniec pewnej ery i pozostanie jej tylko pisanie dalszych ksiażek, nadal nie przeczytawszy jednej do końca.

Ciekawe, czy Podolski kopnie Zidane w jaja, jak odgrażają się blokersi na boisku koło jeziora, gdzie przed ćwierćwiekiem obroniłem wszystkie strzały i na dodatek sam strzelilem jednego gola – sic transit gloria mundi! Dzisiaj nie kuśtykam jeszcze o lasce, ale po paru minutach huśtawki ze szczeniakami mam schnauzevoll.

Jaki tytuł pojawi się na frontpages naszych ukochanych mediów?

Wir sind Weltmeister!?

Kurczę blade! To chyba najnudniejsze mistrzostwa świata mojego życia; przyznam szczerze, że parę razy zasnąłem, pomimo tytanicznych wysiłków, przed telewizorem, a raz miałem dziwny sen, że Ameryka Poludniowa się obudzila – ale to ja budzę się i co widzę? że szkopy i żabojady betonują i ani samba, ni tango, tylko czasami ordynarne mordobicie.

Mecz się skończył, a na boisku? Wojna; w mordę i nożem, gdyby był…

Czego tu wymagać od fanów, holów, zakapiorów?

Poszedłem kupić karpia i kawałek suma w hali targowej i ułożyłem wiersz:

Ryba od głowy śmierdzieć zaczyna.
Podobno u Polaka ta sama przyczyna,
że najpierw dostaje umysłowej sraczki,
A potem wybiera na przywodców kaczki.

Skandal w turynskim Juwentusie? HE, HE, HE…

Podobno Włosi tacy honorowi, a Ukraina gra tylko dla forsy, usłyszałem od jednego, ubranego w trykot drużyny niemieckiej firmy adidasa (ca. 50 euro), młodego idioty, który ciągle zapomina, gdzie postawił samochód. Pycha narodowa kłębi mu się dosłownie z porów, a zatacza kółko w poszukiwaniu swojego pojazdu. Tę scenę trzeba by sfilmować.

Natychmiast po powrocie znad jeziora, gdzie złapałem parę płotek i karasi na jutrzejszą zupę wegierską halasle, rzuciłem się w wir robót kuchennych: placek drożdżowy z owocami, kapuśniak po krzyżacku, łosoś atlantycki saute, ser harzeński po grecku, ogórki na małosolne nastawić, wystarczy?
Piwo i wino schłodzić, wódeczkę zamrozić i palce lizać.

W ten, i tylko w ten sposob postanowiłem wytrzymać do końca tych mistrzostw.

Bis zum bitteren Ende.

Czasami wiatr przynosi zapach lip i włączam pieśni Schuberta; czy wiecie, że mam pokój z widokiem na więzienie? Bywa.

17

Za piętnaście minut rozpocznie się w Dortmundzie mecz Niemcy – Włochy; połowa balkonów oflagowana, no proszę.
Włączam radio.

Ulice puste, czasami przemknie autobus, a w nim parę zagubionych postaci.
Między Bramą Brandenburską a Kolumną Zwyciestwa hymn z prawie miliona gardeł.
Berlin dzisiaj, wieczór czwartego lipca i miliardy modlą się do obrazu ze stadionu na całym świecie.

Kult! Kult! Kult!

Dwudziesta druga minuta – Podolski strzela piętnaście metrów ponad bramką.
A Włosi już pięć razy na spalonym, no ładnie – tunel panowie!
“Schneider! Mach dein Tor, mein Junge!“ woła rozentuzjazmowany komentator Deutschlandfunk….
Nie, do przerwy zero – zero.
Tak, tym razem nos mnie nie zawiódł.
Materazzi! Takiego nazwiska wymyśleć nie zdołasz, Lahm!
Kulawy na materacu, he, he, he.
Na brodę Proroka! München – Allah!

W przerwie układam wiersz:

Ostry atak satyry

Pan Kaczor był chory i leżał na worku.
I przyszedł pan doktor – Co ci jest kaczorku?
– Ach! Trójkąt weimarski w gardle ością stoi
A szwabski humor zołądek rozstroił.

Oj, biedny kaczorek, wśród orłów i sępów,
Rekinów politycznych, kagebeagentów!
Przestraszył się Angeli, przestraszył Chiraca
– dostał rozwolnienia, poci się i zwraca.

Ostry atak satyry, orzekł doktor madry
I zalecił pół litra i wędzone flądry.
Poza tym polecił nie opuszczać stawu,
A ten wiersz natychmiast skończyć.

Wrócę jednak do prozy – stało się, Niemcy za burtą legendy, trawestuję tu tytuł pewnej powieści.
Nad Berlinem wisi niesamowita cisza – es ist aus, vorbei.
Berneński cud się nie powtórzy; ogólny płacz i zgrzytanie zębów, vae victis!
Pozostał pojedynek pokonanych.

Włosi mistrzem świata? Kto by pomyślał, że tak daleko, tak przecież przeciętni, makaroniarze zawędrują.
Wyznam szczerze, że piłki nożnej mam po dziurki w nosie.
Przede wszystkim tej, którą widziałem na tym turnieju.
Chyba ustąpię ze stanowiska szpiega murawy i poświęcę więcej uwagi szachom.

18

Miesiąc Dziecka w Dorosłym dobiega końca.
Powoli czas na bilans.
Mistrzostwa te były pod wieloma względami rekordowe:

1)      ilość kibiców wszelkiej maści
2)       kompletny brak nowych talentów oraz idei w grze
3)      wysoki poziom piłkarzy w kopaniu osób i przedmiotów za wyjątkiem piłki
4)      zarobków mafii, którą nazywają FIFA.

Ruszyły one trochę Niemców, którzy są z natury raczej sztywni i, nie obrażając, kwadratowi.
W pizerii, której właścicielem jest Turek, wybito okno; ale ogólnie jest elegancja francja i restauracje włoskie otrzymują tylko telefony z pogróżkami, na których się kończy.

Dziewczyna, która spadła na drzewo, nabawiła się tylko siniaków, bo miała, szczęście w nieszczęściu, nieźle w czubie. Natomiast menadżer Juventusu przy skoku przez okno tyle szczęścia nie miał i zamiast za kratki, trafił do szpitala.
Denuncjator Dietl zarabia nadal kapusiowaniem, dzień w dzień, miesiąc w miesiąc, rok w rok, na nastepny milion $.

Niedźwiedzia Bruno wypycha się właśnie, aby postawić w muzeum (tylko jeszcze nie wiadomo jakim, bo, tak, Włosi zgłaszają pretensje).

Właśnie informują, że śledź atlantycki jest na wymarciu, a kraby z Kamczatki opanowały pół Norwegii; podobno nawet smaczne, ale mi nie przechodzą jakoś przez gardło.

W mojej dzielnicy Berlina, Reinickendorf, gdzie powstały ostatnio dwa meczety, jest już obecnie trzeci w budowie; natomiast zlikwidowano dwie fontanny (w tym jedną przed samym ratuszem) i zamknięto jeden (ostatni) sex shop; zamiast sklepu rowerowego mam teraz studio tatuażu; jak zapalę przez nieuwagę na ławce fajkę, to gonią mnie przez pół miasta świeżo upieczone służby ochroniarskie firmy T&S, uzbrojonej tylko (na razie?) w pałko-latarki i kajdanki, jak Steve’a McQueena w “Alcatraz”; jeśli włączę głośniej muzykę, to zaraz przyjeżdża na światłach i syrenie policyjne Überfallkomando, natomiast jeśli molo w porcie nad jeziorem płonie przez pół nocy, albo komuś poderżną gardło – to nikt nic nie wie. Czeski film.
Najlepsi policjanci świata, bo za takich się Niemcy uważają, szykują się teraz do Konga.
Wymarzone pole dla satyry?

“To ja wymyśliłem nowoczesność”

Ewa Maria Slaska

Tesla, nieoczywista ikona popkultury

Sformułowanie “nieoczywista ikona” zaczerpnęłam z artykułu Jakuba Demiańczuka, opublikowanego tydzień temu w Polityce (niestety poza poniższym cytatem przeczytać go mogą tylko ci, którzy wykupili prenumeratę).

Genialny serbski wynalazca, przez lata zapomniany, stał się dziś nieoczywistą ikoną kultury popularnej. Gdyby ktoś pokusił się o napisanie biografii Nikoli Tesli opartej wyłącznie na powieściach fantastycznych, komiksach, filmach i grach wideo, okazałoby się, że Serb był nie tylko błyskotliwym wynalazcą. Na zlecenie cara badał tajemnicę meteorytu tunguskiego. Wraz z Marią Curie, Zygmuntem Freudem i Karolem Darwinem tworzył grupę naukowców superbohaterów walczących ze złem. Konstruował roboty i był członkiem tajnych stowarzyszeń. Walczył ze złem u boku Sherlocka Holmesa i Supermana. Poleciał nawet na Marsa w towarzystwie Marka Twaina i słynnego iluzjonisty Harry’ego Houdiniego.

W dalszej części tekstu pojawi się termin “teslomania”. Tym samym dowiedziałam się, że moje zainteresowanie Teslą wcale nie jest moje, a Tesla nie jest osobą, a częścią popkultury. Zobaczyłam też, że właśnie wszedł na ekrany film pt. Tesla. Zaprawdę, powiadam wam, nie ma się co silić na oryginalność.

Nie wiem, może mi się wydaje, ale pierwszy raz świadomie przeczytałam o Tesli w powieści Dukaja, Lód. Był rok 2007. To niezwykła książka, być może najlepsza nowoczesna powieść polska, nie skoncentrowana na cierpiącym polskim Ja i nieszczęsnym bolesnym kompleksie polskim. Ta powieść powinna była zmienić Polskę, a udało jej się zmienić tylko mnie, moje animozje i upodobania. Prawdziwą bohaterką powieści jest bowiem Syberia, kraina, która wcześniej budziła we mnie niechęć, zwykłam nawet byłam mówić, że po co my, Polacy, mamy jeździć na Syberię za własne pieniądze, skoro prędzej czy później Rosjanie i tak nas wszystkich tam wyślą za darmo. Od czasu lektury Lodu Syberia stała się jednak moją skrytą tęsknotą. Marzyło mi się, że pojechałabym do pracy np. do Omska. Nic zresztą nie robiłam w tym kierunku, nie ruszyłam się z miejsca, tylko czas posunął się do przodu i już nikt nie przyjmie mnie do pracy, nie tylko w Omsku czy Irkucku. W międzyczasie zresztą Syberia się ogrzała i spłonęła, i już nic nie pozostało z zimnego kraju, dokąd zesłano mojego wujecznego pradziadka, Feliksa, w którym z lodu Dukaja wstają potworne lute, a ludzie jak Aleister Crowley potrafią poruszać się pod ziemią, wędrując przez wieczną zmarzlinę.

No, ale Tesla, Tesla… Co ja na miłość boską wiedziałam o nim przed Dukajem? Elektryczność, prąd zmienny, emigrant. Fantastyczny facet. Prawdziwy nowoczesny człowiek. A co wiem teraz, zanim jeszcze pójdę do kina? Przeczytałam jeden artykuł, obejrzałam jeden film dokumentalny i wiem, że jego postać wchłonął i pożarł Elon Musk, który założył fantastyczną firmę PayPal (korzystam z niej bez przerwy), chce zrealizować Kroniki marsjańskie Raya Bradbury’ego i buduje w Brandenburgii gigafabrykę, jakiej jeszcze świat nie widział (a na pewno Brandenburgia nie widziała), a i tak go nie lubię. Nie lubię go za wiele rzeczy, ale najbardziej chyba za to, że wyciera sobie pysk Teslą, jakby to była ściereczka irchowa.

Występują: Ethan Hawke, Kyle Maclachlan, Eve Hewson
Reżyseria: Michael Almereyda

***
Film jest marny i kręci się w kółko wokół tezy, że Tesla jest genialny, czego jednak nie udaje się pokazać, trzeba po prostu wierzyć w to, co słyszymy. Ethan Hawke gra jak kij od miotły i ma tylko dwie miny do dyspozycji, smutną i bardzo smutną. Gdy gra młodego Teslę, jest już zawczasu stary i pofałdowany, jak ma być naprawdę stary, to, wciąż pofałdowany, wygląda jeszcze dość młodo. W pewnym momencie, nie wiadomo dlaczego, wszyscy jeżdżą na wrotkach. Piękna Eve Hewson, która gra zakochaną w Tesli córkę J. P. Morgana, miliardera z brzydkim nosem, odkochuje się nie wiadomo dlaczego, może z zazdrości o Sarę Bernhardt, ale nie jest to jasne. Tesla jest wizjonerem i robi wynalazki, ale właściwie wcale nie wiadomo jakie, a im bliżej końca filmu, tym bardziej jego opowieści o wynalazkach przypominają majaczenie wariata. I z takim uczuciem wychodzimy z kina – Tesla to był szurnięty maniak, który na pustyni przy pomocy złotej kuli zdołał wyprodukować błyskawice.
A więc, jeśli chcecie dowiedziec się czegoś o Tesli, to obejrzyjcie na youtubie ten film i nie  zawracajcie sobie głowy kinem.

Frankfurt Słubice Pride Parade 2

Ewa Maria Slaska

Zdarzyło się, co się nigdy nie zdarza. Autor wpisu na dziś wpisu nie przysłał (to zdarza się czasami), a ja, zmęczona po paradzie, nie wpisałam nic innego, ba, w ogóle o tym nie pomyślałam, tylko poszłam spać o godzinie 19 i wstałam dziś o 7 rano. Prawdę mówiąc, żeby Wasza Adminka spała 12 godzin, to też się nie zdarza. Skoro jednak już tak się zdarzyło, to obudziwszy się, spieszę, by wstawić Wam tu relację z wczorajszej fantastycznej Parady Dumy w Słubicach i Frankfurcie nad Odrą.

Info auf Deutsch

Ela Kargol

Pierwszy polsko-niemiecki marsz równości, z Placu Bohaterów do Holzmarktu Miłość bez granic przeszedł ulicami połączonego i podzielonego miasta Słubfurtu / Słubic i Frankfurtu, a most, kiedyś przyjaźni, stał się mostem miłości. Nad Odrą załopotała tęczowa flaga.

Foto Ela Kargol
EMS
I szalik 🙂
W paradzie wzięło udział 800 a może nawet 1000 osób i było fantastycznie. A wcale się nie zapowiadało. W pociągu do Frankfurtu było wprawdzie sporo osób z tęczowymi emblematami, ale nie przesadnie wiele i nie wykazywali potrzeb bratania się i siostrzania. To samo podczas spaceru z jednego miasta do drugiego. Pusto i raczej niezbyt solidarnie. Tymczasem paradzie miało przyświecać hasło “Solidarność naszą bronią”.  Porządne hasło – to dla niego starsze panie, jak Ela czy ja, przjechały tu dzisiaj.

Po mieście, jak się dowiaduję od pewnego clocharda, już od tygodnia jeżdżą ciężarówki Ordo Iuris, których nikt tu przedtem nie widział – przed paradą sfotografowałam trzy takie pojazdy, duży, średni i mały, wszystkie z głośnikami i krótkim tekstem, o tym, że homoseksualiści pedofile deprawują i wykorzystują seksualnie nasze dzieci. W tekście nikt wyraźnie nie mówi, że wszyscy homoseksualiści to pedofile, ale wniosek jest jednoznaczny.

Na placu Bohaterów niewielkie grupki kolorowo ubranych ludzi z flagami i parasolkami, w bocznych ulicach widzę szeregi policji w czarnym rynsztunku bojowym i gdzie niegdzie grupy młodych mężczyzn z polskimi flagami. W Dwumieście ma być dziś w sumie pięć parad – trzy kolorowe i i dwie czarne. Czarna ciężarówka w bocznej ulicy. Fotografuję akcję dwojga młodych ludzi z tęczową flagą, przyklejają naklejkę “Stop bzdurom”, dziewczyna woła: “Nawet nie dotknęłam Waszej ciężarówki!”, co jest oczywiście przypomnieniem sprawy Margot. Stojący obok dziennikarze półgłosem komentują, że sytuacja prawna w Polsce jest taka, że nikt nie może ani zakazać parad równości, ani karać ich uczestników. Można tylko, jak za Komuny, karać ich za zniszczenie mienia prywatnego lub społecznego (dlatego później organizatorzy wciąż będą przypominać – nie depczcie trawników!) No i można wypuścić na demonstrantów “oburzonych obywateli”.

Na placu coraz więcej ludzi, pośrodku kolorowi, po bokach czarni. Organizatorzy formują nas (prawa strona placu, lewa strona placu) i informują. Maski, odstęp, odstęp maski. Jest nas już dwieście kilkadziesiąt osób, musimy zostać podzielenie na dwa pochody, bo zgłoszona została parada z udziałem 150 ludzi. Króciutkie przemówienie, rusza samochód z aparaturą nagłaśniającą i hasłem “Solidarność naszą bronią”. Nagle robi się nas bardzo dużo. Widzę, że w mojej grupie (prawa strona placu z punktu widzenia formującej nas organizatorki) robi się nas coraz więcej i więcej, w drugiej grupie na pewno też tak jest.

Godzina 14. Pierwsze i jedyne przemówienie. Kacper z Zielonej Góry informuje nas, że w jego mieście podjęto pierwszą w Polsce deklarację. Są “Miastem wolnym od nienawiści”. Kacper woła, że chcemy w całej Polsce takich stref, które byłyby odpowiedzią na “Strefy wolne od LGBT”.

Ruszamy.


Foto Aleksandra vel Ola: Wyruszyliśmy.

O 15 dojdziemy do placu za mostem, gdzie, już po stronie niemieckiej, odbywają się publiczne wystąpienia. Nie ma władz miasta Słubice, ale, jak podkreślają organizatorzy, Słubice to nie tylko miasto ale i powiat, czyli samorządowcy, a w ich imieniu wita nas wicestarosta Robert Włodek. Mówi, to co powinien powiedzieć każdy samorządowiec, w każdym miejscu świata: władze są po to, żeby chronić swoich obywateli. Dodaje też, że Parada Dumy, a jest nas już po prostu morze, jest zapewne największą demonstracją, jaka się kiedykolwiek z jakiegokolwiek powodu odbyła w Słubicach.

Autorką zdjęć w galerii jest Ela Kargol

Pogoda dopisała, frekwencja dopisała, oprócz pokojowej konfrontacji kolorowego pochodu z modlącymi się na głos obywatelami Słubic, nie było żadnych incydentów, na własne oczy widziałam, jak na obrzeżach parady policja przeganiała jakichś krewkich patriotów z flagą polską.

Foto Helena Kargol

Wzięliśmy udział w pięknym święcie obywatelskim i chwała organizacji Frankfurt Pride, że je zorganizowała.