Ewa Maria Slaska
mojej siostrze, która kiedyś wydała tomik wierszy, zatytułowany Z nieznajomą w podróży

Na obu zdjęciach jestem ja, oba zostały zrobione 30 września 2020 roku w trakcie kręcenia filmu, a ich autorem jest kamerzysta Krzysztof Honowski. Drugie z tych zdjęć Krzysztof umieścił na swojej osi kilka dni później i dodał do niego taki opis:
Delighted to have finished principal photography on #theriseandfallofzygmuntblask me and @jemek_jemowit experimental documentary about polish glam rock and it’s impossibility. Thank you Jemek and the incredible interview subjects #ewamariaslaska @leondziemaszkiewicz and #rolandowsnitzki
(…)
Picture description: Ewa sits at a table in Rauschgold on Mehringdamm in Berlin. Behind her hangs a silver lametta curtain lit by disco lights. Ewa is wearing a light dress and a leather jacket, with her arm propped up on the back of the chair. Her face is tranquil…
Coś już można z tego opisu wydedukować na temat samego filmu, ja sama wiem odrobinę więcej, ale nie będę o tym pisać, bo to nie mój projekt tylko Jemka Jemowita i nie zamierzam niczego psuć. Zresztą, jak to wynika z tytułu wpisu, zajmuje mnie nie tyle film, i nie tyle moja w nim rola i praca (choć była fascynująca i chyba teraz dopiero żałuję, że nigdy nie wpadło mi na myśl, że chciałabym zostać aktorką), co właśnie te dwa zdjęcia.
Pierwsze umieściłam na Facebooku jeszcze tego samego dnia, zaraz po nagrywaniu sceny na scenie w Ufa Fabrik. Zebrało ponad 220 lajków i 75 komentarzy, trzy razy zostało zszerowane, i tam, tak mi powiedziano, też zebrało masę reakcji. Oczywiście słowo “masa” jest względne. Gdybym była szafiarką albo haulerką, gdybym zajmowała się włosingiem, albo była Koreanką, która odkrywa Polskę, słowo “masa” oznaczałoby na przykład 500 tysięcy reakcji, ale ja mam 71 lat, na co dzień piszę nieciekawe rzeczy o nieciekawych sprawach, zamieszczam zdjęcia nieciekawych osób (w tym, rzadko, własne) i z reguły zbieram 10, może 20, może 50 reakcji. Deszcz lajków i emojek, które zebrało to “czerwone” zdjęcie przeszedł normalne oczekiwania normalnej starszej pani.
Zostałam bardzo starannie przygotowana do roli, którą odgrywam na tym “czerwonym” zdjęciu. Jemek zabrał mnie do szalonego designera, Juana, który ma boutique Exit z odjechaną modą na Wiener Straße na Kreuzbergu. Zmierzyłam kilkanaście strojów, większość z głową meduzy Caravaggia. Były białe, fioletowe, zielone, ale tak naprawdę chyba z góry było wiadomo, że mam się ubrać na czerwono. Może dlatego, że w wynajętej sali teatralnej była czerwona kurtyna.
W dniu kręcenia przyszła z wielką walizą, torbą i siatką wizażystka/fryzjerka, Magda. Jej manatki były pełne kosmetyków. Magda malowała mnie i czesała przez prawie dwie godziny. Efekt był niezwykły, a zdjęcie oddaje to w niewielkim stopniu.
Tylko, że to nie byłam ja. Te lajki zbierał manekin z lekka tylko podobny do mnie
Po południu kręciliśmy zupełnie inną scenę. Miałam się ubrać w swoje własne stroje i sama zadecydować, jakie (choć wysłałam przedtem Jemkowi zdjęcie wybranej przeze mnie stylizacji, a on ją zaakceptował, ale to by było na tyle). Miałam się też sama uczesać i umalować tak, jak się normalnie czeszę i maluję. Przyszłam już ubrana, umalowana, uczesana. Miałam na sobie długą seledynową koronkową sukienkę z lumpeksu, tenisówki i czarną kurtkę skórzaną, którą kilka lat temu za 80 złotych kupiłam w sklepiku z używanymi strojami rockowymi we Wrzeszczu. Tylko tenisówki były kupione normalnie w sklepie, ale i one miały już swoje lata, a tego lata musiały nawet wysiąść z jachtu prosto do wody. Na Kreuzbergu taki outfit nie jest niczym specjalnym. Nie takie stroje tu widzieliśmy.
Usiadłam na krzesełku na scenie, Krzysztof sprawdził, czy urządzenia są sprawne i zaczęliśmy nagranie. Po godzinie, kiedy niemal bez przerwy opowiadałam, czy raczej improwizowałam opowiadanie, skończyliśmy kręcenie. Usiedliśmy przy stoliku. Mieliśmy za sobą dzień ciężkiej, ekscytującej pracy. Jemek i Krzysztof pili chyba piwo, ja gorącą wodę… Nie obejrzeliśmy nagrania, nie miałam zdjęcia z setu, właściwie nie wiedziałam, jak wyglądam. Dopiero po kilku dniach Krzysztof umieścił na FB zdjęcie z tego nagrania. Dostało 67 lajków, normalne – tyle dostaję, jeśli ktoś wstawi na fejsbuka jakieś w miarę dobre moje zdjęcie.
Tymczasem to zdjęcie nie jest “w miarę dobre”, to zdjęcie jest nadzwyczajne, niezwykłe, niesamowite. Jakby było ikoną starości, takiej, jaką może być starość w roku 2020. Być może każda stara kobieta chciałaby tak wyglądać. To “czerwone” zdjęcie nie jest ikoną, jest wydumane, wymalowane, przesadzone, ale to, zrobione w pubie dla queerów, zdjęcie, na którym miałam wyglądać jak ja, ikoną jest. Wyglądam na tym zdjęciu jak ja, a przecież nie wyglądam. Podobnie jak na “czerwonym” zdjęciu, tak i na tym – z trudem siebie poznaję, wiem, że to ja, ale to jakaś inna istota. Tamta inna, ta pierwsza to czerwona lalka, a ta – to zjawisko. Jestem nierealna, jakbym nie miała wieku, zmarszczek, krzywo niepatrzącego oka. Krzysztof odcedził wszystko, co jest zbędnym ciężarem codzienności. Wydestylował jakąś starszą spokojną pogodną kobietę, kobietę, która uśmiecha się, bo jej życie było szczęśliwe, a ona jest spełniona i zadowolona. I która pięknie wygląda. Nigdy w życiu nie użyłam tego słowa w stosunku do siebie, czasem wydawało mi się, że nienajgorzej się prezentuję, ale nigdy nie czułam się piękna. A nieznajoma na tym zdjęciu jest piękna.
Co za doświadczenie!
PS. odpowiem na pytanie, które wszyscy będziecie chcieli zadać: nie wiem, kiedy film będzie gotowy, ani gdzie go będzie można zobaczyć? Jak się dowiem, to (może) dam Wam znać. Może, bo jeśli będę wyglądała marnie, to schowam głowę pod poduszką i przeczekam, modląc się, by nikt z Was nigdy tego nie obejrzał.













A poza tym nic na działkach się nie dzieje,
W rogu ogrodu ustawiono ołtarz dziękczynienia, pełen kwiatów, jarzyn i owoców. Każdy, kto przychodził, coś tam dostawiał. A to słoik miodu, a to konfitury, a to wspaniały ogromny chleb. Z boku na grillu ktoś smażył kiełbaski, a w budynku administracji, działkowiczki sprzedawały pyszne domowe ciasta.
Pastor, który odprawia nabożeństwo, nazwane jednak Andacht, czyli złączenie się w modlitwie, a nie Gottesdienst, czyli nabożeństwo sensu stricte, swoje krótkie wystąpienie poświęca życiu, bo życie to wdzięczność, życie to tragedia, życie to ciągłe zaskoczenie. W ostatnich dniach autorzy blogowych wpisów, Ela Kargol i Mietek Węglewicz, napisali, że życie to wolność, co mi bardzo odpowiada, ale nie sposób nie zgodzić się z miłym pastorem, że jest to (również) coś wspaniałego, za co musimy być wdzięczni, że życie wciąż nas zaskakuje i że, oczywiście, życie to też dramat. Dramat śmierci, niesprawiedliwości, kataklizmów, wojny, epidemii, ale też samotności, braku zrozumienia i porozumienia. Zapewne, przyznaję, dużo tu “dopisałam” do myśli pastora, ale to dlatego że jego wystąpienie “dało mi”, jak to mówiliśmy w szkole, “do myślenia”. Mottem kazania był cytat z książki Alberta Schweitzera, który, jako ewangelik, nie może zostać uznany za świętego, ale, powiedział pastor, gdyby ewangelicy uznawali świętych, to Schweitzer na pewno by nim został. „Jestem życiem, które pragnie żyć, pośród życia, które pragnie żyć”. To najsłynniejsze zdanie Schweitzera oznacza, że cześć dla życia wymaga szacunku dla ludzi, zwierząt i roślin. A może i dla Ziemi, myślę, przypominając sobie niedawne rozmowy z moimi bardzo młodymi przyjaciółmi o teorii Jamesa Lovelocka. Ziemia, czyli Gaja, też jest żywym organizmem.





Przy ustawianiu rzeźby operator dźwigu opuścił zwierzę z dość dużej wysokości. Koń ponownie połamał nogi. Artysta uczynił z tego sztukę i na rdzawym postumencie stąpa koń, niecały jeździec i konia nogi. Wypisz wymaluj Don Kichot, niecały. Również niecały Don Kichot, bo tylko sam Kichot bez Dona pojawił się we wrocławskim teatrze lalkowym. Widziałam na rynku plakaty.
W lutym 2004 roku Zbigniew Dziakoński został awansowany do stopnia podpułkownika rezerwy WP. Zmarł 9 sierpnia 2006 roku w Polsce i spoczywa na warszawskich Powązkach, w Alei Zasłużonych. Wczoraj minęło właśnie stulecie Jego urodzin, z tej okazji o panu Zbyszku napisałem.
Państwo Dziakońscy na wycieczce Polskiego Klubu Katolickiego w Monachium do polonijnego ośrodka harcerskiego w Alzacji, w okolicach Colmar, 2000 rok. Tutaj – w Strassburgu.

