Z wolnej stopy 26

Zbigniew Milewicz

Gwiazdka króla Jana

Nie pamiętam już, jaką książkę w życiu przeczytałem samodzielnie jako pierwszą, ale cieszyłem się z każdej, którą dostałem w prezencie. Książkowe upominki należały kiedyś do standardów dobrego smaku, otrzymywało się je z okazji urodzin, imienin i pod choinkę, zwykle papier był kiepski, poligrafia nie dorównywała dzisiejszej, ale to była jedyna przepustka do kolorowego świata fantazji. Telewizji jeszcze w Polsce nie mieliśmy, do kina dzieci chodziły od święta, więc w wolnym czasie kopało się piłkę, albo czytało, wolałem to drugie. Przygody Kubusia Puchatka A.A. Milne´a stały na etażerce z książkami w mieszkaniu mamy, przy Wolności w Chorzowie, obok Słówek Boya-Żeleńskiego, wierszy Tuwima, Gałczyńskiego, a rozczytywał się w nich głównie mój ojczym, Stefan. Chętnie je czytał na głos lub recytował, na przykład po niedzielnym obiedzie, na którym bywali czasem zaproszeni goście; czytał i śmiał się z innymi dorosłymi z dialogów Krzysia i jego przyjaciół ze stumilowego lasu, a ja zastanawiałem się w duchu, co ich tak bawi. Dopiero jak sam dorosłem, zrozumiałem, że Milne pisał książki dla dzieci, które najbardziej docenić potrafią ich mamy i ojcowie.

Kiedy moja córka Ania dostała ode mnie w prezencie, na któreś swoje naste urodziny, Alicję w krainie czarów Lewisa Carrolla i później zapytałem ją, czy książka jej przypadła do gustu, odparła, że średnio. Spodobała jej się dopiero, kiedy sama została mamą. Oczywiście, dając komuś prezent, nigdy do końca nie wiemy, czy nie będzie to totalne pudło, dlatego mam dla Was w świątecznym upominku, do wyboru, dwa wiersze Alana Alexandra Milne´a, z kilkakrotnie już w tym blogu cytowanej Księgi Nonsensu Antoniego Marianowicza i Andrzeja Nowickiego. Obydwa pochodzą z rozdziału Wyższe sfery i wyobraźni Czytelników pozostawiam, czy mają one jakiś przypadkowy związek z naszą rodzimą szopką polityczną.

Gwiazdka króla Jana

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Spostrzegłszy go, przechodnie
szli nadal bardzo godnie,
Jak gdyby nigdy nic.
A Jan rumieńcem płonął
Pod ciężką swą koroną
I pot mu spływał z lic.

Omijał pałac każdy człek,
Nawet z kulawą nogą pies,
Choć kucharz pyszne pączki piekł
i mnóstwo smakowitych bez.
Więc kiedy przyszła gwiazdka,
Król zjadał wszystkie ciastka
A gdy się poczuł źle
Zwykł czytać uroczyście
Życzenia list po liście
(Sam przedtem nadał je).

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Nawet Mikołaj stary
Roznosząc swoje dary
I taszcząc pełny wór,
Choć wszędzie, wszędzie wstąpił,
Choć darów swych nie skąpił
Omijał Jana dwór.

Raz, kiedy pałac tonął w mgłach
I słychać było wichru gwizd,
Król potajemnie wszedł na dach
I do komina przybił list.
“Jeżeli M. się głowi,
Co przynieść ma królowi,
Niech wie, że może kłaść
Do worka marcepany
Orzechy, nóż składany.
A zwłaszcza piłkę. Jaś.”

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Więc czuwał całe doby
I myślał sobie: “Oby
Nareszcie przyszedł M.!”
A potem się rozpłakał
I rzekł: “Dla takich zakał,
Jak ja – nic nie ma, wiem!

Słodyczy żadnych nie chcę już,
Bananów też wyrzekam się
I zbędny mi składany nóż.
Jednego tylko – piłki chcę!
Jeżeli dziś przy święcie,
Dostanę ją w prezencie
(Tak mówił Jan przez łzy)
To składam ślubowanie,
Że król od dziś przestanie
Być taki bardzo zły.”

Przez okno wyjrzał Jan na świat
I spostrzegł chłopców chyba stu,
“Ach, jakże – myślał – byłbym rad,
Gdyby choć jeden przyszedł tu””
Pląsają sobie wkoło,
Beztrosko i wesoło,
Nie skarżąc się na los,
A Jan rozpacza i łka,
Gdy nagle wpada piłka
I trafia go w sam nos!

Jan myślał wpierw, że pewnie śnię,
Lecz nos bolący nie jest snem,
Więc krzyknął: “To na pewno mi
Przysyła w darze zacny M.!”

I odtąd tak się zmienił;
Że wszyscy są zdumieni,
– Spotkałem go w tych dniach
Zupełnie przypadkowo
I mogę dać Wam słowo:
Jaś grzeczny jest aż strach.

Opowieść o złym lordzie Gburze

Lord Gbur miał toporzystko
Długości metra blisko
I wielu miał poddanych,
A bić potrafił też.
We czwartki i w soboty
Najwięcej miał roboty,
Po wszystkich chatach łaził
I ryczał niby zwierz:

“Lordowska Mość – to ja!
Kto nie zna mnie ten kiep!
Haha, haha, haha!
A teraz macie w łeb!”

Miał buty ten Gbur nasz srogi
Po dziadku – i ostrogi,
Kłuć nimi zwykł przechodniów
I śmiał się, wielce rad.
W niedziele i we środy
Nad brzegiem stawał wody
I ryczał aż z radości,
Gdy ktoś do wody wpadł.

“Lordowska Mość – to ja!
Jam Gbur – hehe! hehe!
Kto jeszcze – ha! ha! ha!
Wykąpać się dziś chce?”

Lecz raz przy piątku rano
Buciory mu zabrano.
Chce topór wyjąć z szafy –
Topora także brak.
Do swoich pędzi włości,
Lecz tutaj z Jegomności
Kto żyw pokpiwa sobie
I ludzie mówią tak:

“Lordowska Mość – to on?
Czy aby to ten sam?
Popatrzmy z wszystkich stron!
Ach! Jakże miło nam!”

Nie pomógł wygląd srogi,
Złapali go za nogi,
Wrzucili do sadzawki
I po łbie dali mu.
Gdy oblepiony błotem
Wyłaził z wody potem,
Pękało wprost ze śmiechu
Poddanych jego stu:

“Dość głupią minę ma
Lordowska Mość – no nie?
Haha! haha! haha!
Hehe! hehe! hehe!”

Gdy chyłkiem po kryjomu
Gbur wśliznął się do domu,
Gdy się osuszył troszkę
I przemył na łbie guz,
Wyrzucił stare zbroje,
Ubrania wyjął swoje
I rzekł: “Dość tej zabawy,
Nie będę Lordem już.

Prastary Gburów klan
Niech na mnie skończy się.
Ja się nazywać PAN
CAŁKIEMZWYCZAJNY chcę!”

A więc chciałoby się życzyć tym u władzy: myślcie o jutrze, zanim wam kto nosa utrze. Niestety na ogół o nim nie myślą zawczasu, dlatego pisze się takie wierszyki, albo robi rewolucje.

Niby wszystko proste

Teresa Rudolf

Wzruszenie

Siedzi osłupiała,
muzyka zamienia
ją  kamień, w lód,
…wróci ona znów?

Siedzi osłupiała,
muzyka powoli
oblepia głowę…
…skurcz serca.

Siedzi osłupiała,
rozpuszcza się
powoli w sobie,
…krok po kroku.

Wstaje, wstaje,
jak lunatyczka,
porusza się jak
…w transie,

…jest  już,
…już tylko
…gesią skórką
i wzruszeniem…

Słoneczna lampa

Złocista lampa
na niebie, oświetla
mój zielony świat,
złoci się, złoci.

Czy to wiosna,
czy też zima,
wszystko tak
jakoś splątane.

Kłębek zdziwienia
we mnie, zwija się
i rozwija, nabiera
kolorów, szarzeje.

Patrzę na niebo,
mrużę oczy, słońce
ciągle jak lampa….
i dziś mi wystarczy.

30 lat temu upadł mur berliński

Ela Kargol

Podzielone cmentarze, mur przy Liesenstraße

W Berlinie przy ulicy Liesena (Liesenstraße) w pierwszej połowie XIX wieku powstają cztery nowe cmentarze: Domfriedhof I, Alter Domfriedhof der St.-Hedwigs-Gemeinde, Friedhof II der Französisch-Reformierten Gemeinde, Dorotheenstädtischer Friedhof II. Szybko rozwijający się Berlin potrzebował nowych miejsc pochówku. Cmentarze zaczęły powstawać przed murami miasta. Nikt nie przypuszczał wtedy, że ponad 130 lat później inny już mur je podzieli i zamknie do nich dostęp, a część z nich zrówna z ziemią, używając płyt nagrobnych do utwardzania dróg patrolowych i umocnień granicznych. Po 13 sierpnia 1961 roku na trzech cmentarzach z południowej strony, w sektorze sowieckim powstał pas graniczny, czwarty cmentarz, który pozostał w sektorze francuskim stracił dostęp do swojej parafii, pozostawionej w sektorze sowieckim.

Idąc Gartenstraße wzdłuż poprowadzonej tędy Drogi Muru w kierunku północno-zachodnim dochodzimy do mostów Liesena, mostów, które pamiętają czasy Kolei Szczecińskiej i czasy podzielonego miasta, a teraz zdumiewają niejednego przechodnia, zachwycają rdzą i czekają na lepsze czasy i możliwości ich użytkowania zgodnie z ochroną zabytków, której podlegają.

Pod mostami Liesena granica niemiecko-niemiecka skręcała prawie pod kątem prostym w ulicę o tej samej nazwie. Do Carla Liesena, właściciela Gospody przy Chauesestr. należała większość późniejszych terenów cmentarnych, terenów między Gartenstraße a Chausseestraße, kupionych poźniej od pana Liesena. Od jego nazwiska wzięła się też nazwa ulicy.

Wśród pnączy dzikiego chmielu i innej zieleni miejskiej można go dostrzec, jak ktoś wie, że tam powinien być. Grenzmauer typ 75, mur już ostatniej generacji, długości 15 metrów, o wysokości 3,75 m uwieńczony betonową rurą utrudniającą chwytanie się, mur dzielący miasto, państwo, Europę. Wznosi się ponad stary mur cmentarny. Jest pod ochroną zabytków, nie przeszkadza to jednak graficiarzom, a tzw. „Dzięcioły” w dalszym ciągu wydziobują z niego autentyczne kawałki. Artystom służy za unikatowe, bo coraz bardziej znikające z przestrzeni miasta tło. Nie tak dawno ta mniej porośnięta jego część ze wschodniej, patrząc sektorowo, strony, posłużyła pewnej autorce do nagrania spotu reklamującego pojawienie się na rynku księgarskim jej pierwszej powieści Geteilte Träume. Powieść, której akcja rozgrywa się w podzielonym mieście, ukaże się w lutym 2021 roku.

Mur przedni, o którym mowa, przebiegał równo z murem cmentarnym. Pas graniczny na cmentarzu św Jadwigi miał szerokość około 40 metrów, a przy Chausseestraße, gdzie znajdowało się przejście graniczne był trzy razy szerszy. Pomiędzy murami były drogi patrolowe i kontrolne, urządzenia i płoty sygnalizacyjne, wieże strażnicze, druty kolczaste, zapory przeciwczołgowe. Ujadały psy, a żołnierze patrolujący cmentarną granicę chowali się przed zimnem w nierozebranych jeszcze mauzoleach. Wejścia na cmentarz od strony Liesenstraße zostały zamurowane. Do części cmentarza, która przetrwała podział miasta, nie weszła w skład pasu granicznego, i na całe szczęscie nie zrównano jej jak planowano z ziemią, można było się dostać mając specjalne zezwolenie specjalną furtką przy Wöhlertstraße. Furtka istnieje do dziś i jest prawie cały czas zamknięta, choć w tej chwili przydałby się tylko klucz. Zezwoleń już nie trzeba.

Na pasie granicznym, zwanym pasem śmierci cmentarz przestał istnieć. Grobów nie przeniesiono, grobowce posłużyły częściowo jako materiał budowlany do wybrukowania wyżej już wspomnianych dróg patrolowych. Gdy syn Theodora Fontane szukał miejsca pochówku dla swojego we wrześniu 1898 roku zmarłego ojca, wybrał z uwagi na hugenockie pochodzenie wybitnego pisarza cmentarz francuski i miejsce zaraz przy bramie wejściowej. Gdyby nie rozłożysta akacja, która zachwyciła obydwu synów pisarza rosnąca w głębi nekropolii, grób znalazłby się w pasie granicznym i być może nie pozostałby po nim żaden ślad.

Atanazy Raczyński, polski hrabia i ziemianin wielkopolski, polityk, pruski dyplomata, historyk sztuki i kolekcjoner, którego zbiory malarstwa z berlińskiej galerii trafiły w końcu do Poznańskiego Muzeum Narodowego, zmarł w Berlinie w roku 1874. Pochowany został na cmentarzu św. Jadwigi w miejscu bardzo niefortunnym dla pamięci o wybitnym Polaku. Grobowiec znajdował się dokładnie na granicy niemieckoniemieckiej, bliżej muru przedniego, czyli bliżej Liesenstraße. Mauzoleum Raczyńskiego posłużyło początkowo jako umocnienie graniczne, jednak w miarę, gdy pas graniczny się rozszerzał, w 1968 roku zostało całkowicie rozebrane. W tej chwili w tym miejscu znajduje sie mała granitowa płyta z nazwiskiem hrabiego. Grób jest grobem honorowym miasta Berlina, choć niestety w dalszym ciągu jakby zapomnianym. Pozostał w pasie śmierci dosłownie i w przenośni. Wśród berlińczyków mało kto wie, kim był Atanazy Raczyński i gdzie znajdował się jego pałac z cennymi zbiorami malarstwa zachodnioeuropejskiego.

Przy wejściu na cmentarz św. Jadwigi, przesunięte za pas graniczny anioły autorstwa Josefa Limburga stoją zwrócone do siebie przed odnowioną kaplicą. Aż błyszczą na tle szarozieleni cmentarnej, a wypolerowany marmur odbija promienie słoneczne, oświetlając mogiły. Bliżej Chausseestraße przy wejściu do Ewangelickiego Cmentarza Katedralnego złotem połyskuje krzyż wieńczący kiedyś kopułę główną katedry berlińskiej. Pas graniczny staje się coraz szerszy. Pas śmierci pokryła łąka, porzucone płyty nagrobne, wielka cisza i wielka pustka.

Gdy w 1989 roku upada mur berliński, nie ma jeszcze planów budowy kompleksu domów o obiecującej nazwie „Garden Living“ przy Liesenstraße, ani stacji benzynowej Total, usadowionej na miejscu przejścia granicznego przy Chausseestraße.

Starość, miłość, seks

Łucja Fice
w odpowiedzi na mój post na ten temat, nadesłała opowiadanie

Sanatorium miłości

ONA Początek turnusu. Tym razem nie przyjechała na rehabilitację. Jeszcze w domu uzupełniła arsenał ciekawych tematów do rozmów, do walizki zapakowała sukienki, w których wdzięki starszej pani (sześćdziesiąt plus) mogą jeszcze działać jak afrodyzjak. Przyjechała na polowanie. Nie na muchy. Przez czas turnusu będzie traktowała bycie kobietą w swoim wieku, jako sztukę albo dar. Już wszystko zaplanowała. Zawalczy o tę wymarzoną znajomość, choć i tak wie, że będzie robiła całkowicie co innego i odbiegającego od standardów, bo nie akceptuje status quo. Będzie dawała MU złudne poczucie komfortu, a i tak będzie robiła swoje. To cechy jej konformizmu. Będzie zmieniała rzeczywistość. Taka rebeliantka.
Poznała GO na drugi dzień.

ON Elegancki, też sześćdziesiąt plus, siedzi vis a vis przy następnym stoliku w sanatoryjnej jadalni. Uśmiecha się szarmancko. To nie grzecznościowy uśmiech. Chce ją złapać jak pająk w zastawioną, niewidoczną siatkę. Pająki są inteligentne, przebiegłe i szybkie. On jeszcze nie wie, że ta mucha da się złapać jego subtelnemu podrywaniu i da się zaciągnąć w pułapkę inteligentnym uśmiechem. Powoli wciągać ją będzie do gry zatytułowanej POLOWANIE. Na odległość perfumuje jej wyobraźnię. Pewnym rodzajem mowy ciała przesyła jej strumień telepatycznej wiadomości. Uwielbia te impulsy elektryzujące ciało.

ONA Wstaje od stolika. Czuje na sobie jego wzrok, który energetycznym ciepłem dotyka piersi, podbrzusza, ud, by zatrzymać spojrzenie na jej stopach, które w szpilkach podkreślały jej zgrabne nogi. Ponownie mierzy ją od stóp do głowy. Słucha więc głosu duszy i przysiada na kanapie tuż za szklanymi drzwiami jadalni. Zakłada nogę na nogę, prezentując, niby to granatowe szpilki (wie co robi) wyciąga z torebki czasopismo, będzie udawać, że czyta, ale myśli o tym, że pierwszy krok zrobiła. Jednak życie przynosi to, co zamówione. Planuje i stosuje zasady wolnego rynku. Przyjechała do sanatorium w poszukiwaniu mężczyzny do swojej bajki. Za marzenia się nie płaci. Uważa, że ma nosa i wie, gdzie jeszcze na tej planecie żyją dżentelmeni.

ON Czy to pani wysyłała ogłoszenie do rubryki „Poznajmy się”? Uśmiecha się tym uśmiechem kusiciela, na który podrywa szesnastolatek.

ONA Czy to pan jest tym dżentelmeni, na którego czekam? Zawiesza nisko głos z powagą matrony.

ON Zapraszam panią na spacer, a później do najlepszej restauracji w mieście. Czy dama się zgodzi?

ONA Brzmi ładnie i zachęcająco, odpowiada tym razem promiennym uśmiechem.

ON Wyglądał jak kultowy vintage. Jego koszulka, chyba od Armaniego, przylegała do ciała jak rodzaj alibi. Ten bywalec sanatorium podaje jej rękę, przedstawia się i pomaga wstać z kanapy.

ONA Obserwuje go. Przez moment ma wrażenie, że to nie oryginał, tylko hologram jej wyobrażeń o takim właśnie Herkulesie. Ideał, pomimo sześćdziesiąt plus. Mógłby śmiało brać udział w Światowych Igrzyskach Starszych Panów. Imponująco wysoki o wysportowanej sylwetce. Nie zrobiłby kariery na dworze Napoleona, nawet jego imię, brzmi, jak byłby łowcą, który poluje w wyrafinowany sposób, z seksualną gracją. Szybko karci się za te skojarzenia, bo przecież ona też sroce spod ogona nie wypadła. Sukienka wygląda jak od Gucciego, zgrabne nogi, figura bez zarzutu, duży bursztyn w srebrnej oprawie objaśnia jej cechy osobowości.

ON Paranormalnymi zmysłami i z doskonałą intuicją człowieka, co patrzy i już wie, wyczuwa, że nie przyjechał na darmo. To musi być niespokojna, rozgorączkowana, niepoprawna poszukiwaczka przygód, taka, która idzie z duchem czasu i nigdy nie ogląda się wstecz. Dla takiej chwila obecna jest najważniejsza. Poszukuje właśnie takiej, co nie boi się ryzyka i jasno widzi przyszłość. Takiej, co przy lwie będzie lwem. To musi być orlica, a nie kura.

ONA Została wychowana przez życie i czasy na silną, zdeterminowaną kobietę. Dzięki temu umie cieszyć się życiem, choć bywały trudne momenty. Zawsze stara się wykorzystać swoje możliwości i talenty. Nie próżnuje. Wszystkie cele osiągała sama. Te polowanie na niezależnego, przystojnego, inteligentnego dżentelmena też się powiedzie. Nigdy nie traci rezonu i nadziei.

ON Wygląda na złodzieja drogich klejnotów, który przyjechał do sanatorium w poszukiwaniu diamentu, klasy FS1. Podczas długiego spaceru wytwarza intensywne pole magnetyczne. Żadna tam subtelna erotyka, zwykła jaskrawa seksualność. Wciąga ją do gry. Nie o tron. Nadają na tych samych falach. Filozofia, metafizyka, teologia, mechanika kwantowa, sny. Ma wiedzę i nią błyszczy.

ONA Myśli, że przestaje działać grawitacja. Czuje się jak tachion i z szybkością światła zstępuje na nią jakieś nieokiełzane urzeczenie jego męskością. Nie jest w stanie obronić się przed arsenałem romantycznych sztuczek i cały czas podczas pierwszego spaceru wchłania odurzającą woń jego światowości. Niezaspokojone potrzeby jej ciała wywołują psychiczne napięcia, które on w mig rozszyfrował, a jej pogoń za przyjemnościami nie była zupełnie ślepa.

ON Masz coś, czego potrzebuję i pragnę. Zostań ze mną na czas turnusu. Możesz zostać słodką utrzymanką, młode kobiety mnie nie interesują

ONA Zaraz Eros strzeli jej w serce. Takiego szczęścia mogłyby jej pozazdrościć studentki. Dobrze jest być faworytą, jest kochanką króla i wszyscy się jej boją. Tak oto, przyjęła propozycję bycia razem przez okres turnusu, ale na własnych warunkach i cały ten czas medytowała nad przyjemnością bycia z tym dumnym pawiem, który rozkładał przed nią kolorowe skrzydła wdzięków.

ON Miał coś z obsydianu albo czarnego bursztynu, wszak kamienie mają swój własny ogląd świata i są jak ludzie. Tryskał wysokogatunkową energią i tajemnicą. Było w nim kilka gatunków tych szlachetnych kamieni oprawionych przez wytrawnych jubilerów i zakwalifikowanych na wystawę do Tate Modern.

ONA Wyczuwa maskę. Wie, że w sanatorium maski są przydatne. Sama przecież programuje się każdego dnia, z nową maską na nowy dzień i nowe okoliczności. Będzie musiała uważać, by maska nie opadła i nie ukazała prawdziwej, niezakłamanej twarzy.

Minęły już dwa tygodnie

ONA Oswaja się z byciem zupełnie kimś innym, niż była do tej pory. Jest dobrze. Każdy zasługuje na takie życie. Ludzie przyciągają do siebie nie to, czego pragną, ale to czego potrzebują. Gra swoją rolę, jaką napisało dla niej życie. Maska, którą wybrała z prywatnego arsenału masek, jest odpowiednia na ten turnus. Pobyt tutaj to jej osobisty prywatny reality show. Nosi maskę pewności siebie, bo jest na obcym terenie wibrującym inną energią, musi więc stworzyć kolektywne pole, musi się dostroić. Od trafnego rozpoznania terra incognita zależy tu przetrwanie. Dopiero kiedy wróci do domu, zamieni się w siebie. Jest teraz tam, gdzie maski są potrzebne. Czy przez przypadek nie stała się ich kolekcjonerką? Otoczona maskami jak przyboczną gwardią, często waha się, w którą się na dziś ubrać.

ON Ma w zapasie maski Fałszu. Może będzie potrzebna maska z comedii dell’arte, w konwencji teatru wyobraźni? Swoją obecność umieścił w innym czasie i innej przestrzeni. Bajka na scenie w sanatorium pozbawiona dekoracji. Gra na rozgorączkowanej wyobraźni tej kobiety. Rozumieją się jak atom i antyatom. Półsłowa, pół oddechy, pół spojrzenia i półsenne marzenia. Życie jak wyrafinowana gra wstępna.

ONA Od siódmego roku życia była półsierotą, a teraz jest wdową i ma ochotę grzeszyć. Sama od siebie dostała dyspensę. Chce też dostać się do jego duszy, ale coś jej podpowiada, że w nim jest tylko krystaliczne wyrachowanie. Jego maska zbyt mocno przylega do jego duszy, ale mniejsza z tym, bo liczy na to, że ona sama będzie lekiem na jakieś zło? Chyba jest zaprzeczeniem zdrowego rozsądku, bo wierzy w coś więcej, niż ten szybki sanatoryjny romans. Trochę infantylna, bo ten mężczyzna jest prawdziwej wiary w rządy nierządów, nosi w sobie natarczywą chęć grzeszenia. Seks to czynnik postępu w jego świecie, miłość to kąkol, a waluta to moralność. Mimo to marzy się jej miraż skrojony specjalnie dla niej. A może? Chce więc płynąć dalej na tym luksusowym, sanatoryjnym statku w pięknej masce Kolumbiny. Najlepiej jakby zacumowali nad Gangesem i wzięli rytualną, oczyszczającą kąpiel w rzece, bo on tak dalece skorumpował jej zmysły.

ON Proponuje wyjazd do innego luksusowego SPA w okolicy. Chce stracić jeszcze więcej pieniędzy.

ONA Jeśli odrzuci tę propozycję, to będzie to zapewne ostatnie spotkanie, bo między nimi jest także jakieś niedopowiedzenie. Wyczuwa to kobiecymi zmysłami. Kim on jest? Wcześniej żadne trzecie oko się jej nie otworzyło, raczej chwilami czuła się, jakby siedziała w konfesjonale, a on się jej spowiadał. Miała wrażenie, że wie o nim wszystko, ale też od ostatnich dwóch dni miała przebłyski, że on ma jakieś zawiasy w swoim życiorysie, lecz bajka do której weszła nie pozwalała na zastosowanie logiki. Chciała w niej tkwić.

ON I ONA W dzień, w dzień rozkoszowali się sobą. Rozmowy gęstniały od zabawnych epizodów z przeszłości ich obojga. Śmiali się głośno. Tamtej nocy uświadomiła sobie jego lubieżne, kulturowe uzależnienia od alkoholu. Zrozumiała też, że scena na której gra główną rolę, to jego ulubione zajęcie. Pewny siebie Herkules, który kobiety zdobywa skinięciem palca. Idzie sobie przez życie bez lęku i oporu, nie boi się biedy, starości i samotności. Życie dla niego to jak egzotyczna podróż, która kończy się śmiercią, której też się nie boi. Miała wrażenie, że on przy narodzinach ustawił się kolejce do Bachusa, a dla takiego najlepszym zawodem byłby ksiądz. Mógłby pić wówczas w czasie pracy. Jest takie powiedzenie stare jak świat:

„By poznać człowieka, trzeba zjeść z nim worek soli.”

ONA Wie, że powszechna prawda o człowieku jest zamknięta w trunku na dnie ostatniego kieliszka. Ale on jest ostrożny, jakby alkohol to była trucizna. Tego wieczoru nie udało się rozszyfrować tajemnicy. Kim jest ten człowiek, który traci tak szybko pieniądze, jakby uzupełniał je co dziennie zbieraniem na tacę w katedrze turystycznego miasta?

Nowe spa

ON I ONA Dostali luksusowy apartament, tym razem we dwoje od rana do rana.

ON Chciałby spełnić jej sekretne marzenia.

ONA Tak! Ma marzenia, tęskni do rzeczy tajemniczych, statkiem UFO chce polecieć na inna planetę, która zarezerwowana tylko dla ich dwojga. Pragnie odszyfrować tajemnicę.- KIM JEST TEN CZŁOWIEK?

Luksusowa restauracja

ONA Bywała już w kilku. Pamięta te w Budapeszcie. Żeby zapłacić rachunek sprzedała kelnerowi złoty łańcuszek i pierścionek. Nigdy nie żałowała. To było jej pierwsze spotkanie z luksusem. Później był Londyn, Berlin. Był Strasburg i jeszcze inne stolice Europy.

ON I ONA Codziennie inna restauracja, zmieniają nawet miasta. Dzisiejszy lokal jest prawdziwą perłą konsumpcji, czysty w formie i elegancki. Życie jak wyśpiewany madrygał na ich cześć. Jest też szwedzki stół, który przypomina im film La Grande bouffe. Olbrzymie lustra przyciągają promienie i połyskują tęczowym blaskiem. Okna wychodzą na południe, wpuszczają słońce późnego lata. Ten blask poszukuje kształtu obleczonego w materiał. Natrafia na jej czarną luksusową koronkę, kradnie ciepło z tej czerni. Potem to już chłód natrafia na chłód. On to wyczuwa i z nonszalancją ściąga marynarkę i okrywa jej ramiona. Zamawia Kir Royal. Wydaje się jej doskonały, bo symetria jego twarzy współgra z jego ubiorem.

ONA Ma włosy finezyjnie upięte i profesjonalny makijaż. Sama sobie się podoba. Kelner przyniósł butelkę tego Kira. Nie znała tego trunku. Wznoszą toast i bez słowa naradzania zamawiają dania o bajkowych nazwach. On uśmiecha się do niej i szybkimi łykami pije za doskonale chaotyczny, przypadkowy świat. Po dwóch kieliszkach i kilku kęsach czegoś tam (mógłby równie dobrze być to sznycel z lamparta, czy glizdy w sosie szafranowym) ma problem. Chce rozwikłać tajemnicę tego super sympatycznego aroganta. Oby ta komedia nie zamieniała się w dramat, oby życie nie okazało się bogatsze od fikcji. Byle by tylko rozwikłać tajemnicę.

ON Moja dewiza to: komplikuj, a potem prostuj i zawsze będziesz miała co robić. Nie znoszę nudy i do życia zawsze wprowadzam nieco chaosu. W chaosie jestem szczęśliwy. Ostatnio czułem się nieco przeżyty, dlatego znalazłem się w sanatorium, by czasami za wcześnie nie opuścić materii.

ONA Doprowadza do tego, by następny kieliszek przedestylował prawdę o nim. No cóż! Rozmowa z nim jest dla niej jeszcze jak oddychanie. Myślę, że na nasze spotkanie pracował cały Wszechświat od zarania dziejów?, mówi. Konieczne były wszystkie wojny, zwycięstwa i porażki. W wielkiej loterii życia zachodziły różne konstelacje zdarzeń.

ON Tak! Tak! Gra przypadku i konieczności, potwierdza niskim urokliwym głosem, w którym ją uwięził. W pewnym momencie brakuje mu jednak dowcipu. I wtedy.

ONA Czuje coś tajemniczego, niedopowiedzianego w obrazie tego herkulesowego ciała. Odkryła jego cyniczność i nie pomaga mu w tej chwili znajomość kunsztu życia, maniery z Roal Palace.

ON Jest już przez Bachusa pokonany i zaplata wianek z chwastów słów. Każdy może dać tylko to, co ma, odzywa się jak heretyk, który wierzy w sakrament mamony. Spotkałaś mnie w najlepszym momencie życia i nie odtrącaj mojej propozycji spotykania się wówczas, kiedy będę chciał i mógł. W tym momencie przesiedli się na inne superstruny i drgają innymi cząsteczkami myśli.

ONA Zmienia kurs tego luksusowego statku, bo najprawdopodobniej zbliżają się do rafy. W jego oczach widzi bezsens życia. Tak! Wydaje ci się, że jesteś bogaty, nawet myślisz, że jesteś młody i z pomocą mamony czujesz się jak Herkules, a ze mnie chcesz zrobić swoją własność. „Fortuna jest kobietą piękną i kapryśną. Wziąłeś ją w ramiona, nagle sen twój prysnął, bo zraniłeś ją słowem albo jakimś gestem i wnet odeszła mówiąc, już twoją nie jestem.” Próbowała zatrzymać jego butę słowami fraszki Sztaudyngera. Nie! Jesteś wesołym starszym panem i jednym z żebraków świata, pachniesz potem samotności i bezradności, odsunięty od realnego świata, wylicza.

ON Przez chwilę milczy z opuszczonymi powiekami, jakby wsłuchiwał się w zegar własnego bólu i cierpienia. Po chwili nerwowo pije szybkimi łykami i uzupełnia kieliszek i tak kilka razy. Jestem ulubieńcem bogów. Na śniadanie łykam czarne bursztyny, kąpię się w gwiezdnym pyle, jestem jeden jedyny w całym kosmosie. Nie ma drugiego takiego Herkulesa, broni się.

ONA Te metafory ją bawią i zastanawiają, bo to jej metafory. Może wykorzysta je w następnej książce.

ON Zamawia już którąś z kolei butelkę i mówi, że według Francuzów tylko pierwsza butelka jest droga – zrobił ironiczny rejestr jej cnót, uznając jej pisanie za pełne kulturalnych i filozoficznych podtekstów i zapachów starych ludzi. Zamiast zachęcać swoich seniorów do śpiewania psalmów w drodze w zaświaty, to pani cnót nad nimi się rozczula. Ja nie wyśpiewałem jeszcze swojego hymnu miłości. Sama przecież podałaś mi pomysł na młodość. Powiedziałaś, że czas można oszukać. I ja to robię. W twoich książkach, moja pani cnót, toczy się walka piękna ze złem, a gdzieś na zapleczu, starość heroicznie walczy z życiem. Ale mogę pochwalić za amplitudy emocji i to, że z demonami starości rozprawiłaś się po mistrzowsku i z tego brzydkiego słowa, za jakie uważam starość, zrobiłaś poezję życia. Kiedy społeczeństwo usunie mnie z przestrzeni użyteczności, czyli kiedy będę stary, to poddam się eutanazji. Chcę być wolny.

ONA Chcę wiedzieć kim jesteś, nie obchodzi mnie skąd wyciągasz kasę, ale kim jesteś?

ON Teraz jestem wolny, a za pieniądze mogę kupić co będę chciał. Cały świat. I ciebie

ONA Jesteś emocjonalnym sierotą i uważaj, bo zamienisz się w złoto. Liżesz jakieś rany alkoholem i wydawaniem pieniędzy, i to chyba nie zarobionych. Też wypiła kilka kieliszków, a jego słowa upchnęła w zakamarkach umysłu. Muzyka i alkohol, niepewne emocje wzmagają jej apetyt, który nie jest sublimacją i poszukiwaniem rozkoszy podniebienia, ale reakcją na zaistniałą sytuację. Przypomniała sobie powiedzenie: pokaż mi, ile jesz, a powiem ci, kim jesteś. Syta i na rauszu może się pewnie odezwać. Tak! Możesz kupić, ale tylko półświatek. Z życia zbieramy to, co zasialiśmy i to po wielokroć. Czas zrobić ci psychiczny peeling, taki prezent koniecznego zła i wątpliwego dobra. Uzupełnia kieliszki i wznosi toast za powrót do PRAWDY. Tym słowem powoduje zachwianie jego równowagi, bo nieświadomy obnaża swoje drugie oblicze i robi to w bardzo wysublimowany sposób, wierząc, że ona się nie domyśli.

ON W młodości mogłem przebierać w pięknych Gracjach, ale nie wybrałem zbytku i radości, a powinienem kobiety wlewać sobie do krwi i się nimi zarażać jak bakteriami. Kobiety, to jak Katedry, w nawach których mógłbym przeleżeć i przemodlić o rozkosze na całe wieki. Kiedy zrozumiałem, że bez was nie ma życia, było za późno, by cokolwiek zmieniać. Pomagały pieniądze, za które mogę kupić wszystko. No! prawie wszystko. Ciebie na pewno.

ONA Jego buta w jednej chwili wywołała nienawiść do mężczyzn. Więcej wina! zawołała. Chciała mieć całkiem zmącony umysł. Zrozumiała, że jego tajemnica jest za zasłoną siódmej prawdy. Wino w nadmiernych ilościach zawsze odsłania to, co w człowieku pokiereszowane. Nie przypominasz już rajskiego pięknego pawia, prezentującego swoje barwy samiczce, choć jeszcze trochę w tobie wdzięku, ale ten też się zestarzał, a udawanie młodzieniaszka, to tylko farsa.

Ostatni wieczór

ONA Pokażę ci, gdzie pieprz rośnie, Założyła na ten wieczór kuszącą sukienkę. Ktoś mógłby powiedzieć, że od Gucciego. Restauracja z widokiem na niebo i park. Zupełnie jak kiedyś w Budapeszcie. Dobrze ten wieczór zaplanowała. Odbierze mu godność. Nagle słyszy podszept, chyba samego diabła, bo już nogi jej więdną, a w ustach zasycha, bo ten Herkules ujmuje ją swoim trikami w dyby męskiej niewoli. Chyba nie uda się ta intryga, bo on nadal działa na nią jak afrodyzjak, usypia czujność.

ON Ubrany w nową, mistrzowsko skrojoną marynarkę. W ogóle przez cały sanatoryjny czas wyglądał, jakby przyleciał na chwilę z innej, jakiejś super eleganckiej planety. Kelner czeka w pogotowiu, jakby miał uprawnienia do reanimacji, bo macha już białą serwetą.

ONA Dzisiaj zje nawet te glizdy w sosie szafranowym. Jak każda neurotyczna kobieta wnosi ze sobą tratwę ratunkową w razie, gdyby wypadła za burtę własnego fortelu. Atmosfera na sali jest hipnotyzująca. Dostali dekoracyjne menu. Naturalnie zrelaksowana patrzy na tego półboga, którego trzeba sprowadzić na ziemię. Myśli obrazami, jak każda kobieta i nie zapomina o fortelu, mającym ukrócić półboskość tego Herkulesa .

ON Ostatnio pił za dużo, jakby celowo chciał „upuścić farby,” a nie wypowiedzieć się do końca. Jeśli świat jest alchemiczną kombinacją porządku i przypadkowości, to wypijmy za przypadek, który nas zetknął. Szczęściarz ze mnie, że obok siedzi tak ciekawa metafizycznie kobieta, którą, gdy tylko będę chciał, to będę miał, bo odkąd Fenicjanie wynaleźli pieniądz, wszystko ma swoja cenę. Chcę ciebie i chcę za to płacić. Dał się namówić na Białego Niedźwiedzia, tylko nie wiedział, że przekupiony kelner zmienił proporcje.

ONA Zachwyca się możliwością niemożliwego, patrzy mu w oczy, jest gotowa wejść w tę przestrzeń, w której jeszcze przebywa. Ponoć oczy są zwierciadłem duszy. Otwórz ten margines, wyjaw tajemnicę, kim jesteś? Powiedzmy sobie dzisiaj naprawdę wszystko.

ON A co! Chcesz być moim konfesjonałem i jesteś w stanie dać mi rozgrzeszenie? jeszcze trzyma się twardo, jeszcze nie wychodzi z niego jeż.

ONA W jakiej parafii pracujesz i jaką masz kościelną rangę, to Kościół Katolicki, prawda? Na pewno nie jesteś zwykłym księdzem.

ON Ten hedonista zaczyna wszystkiego się wypierać i na poczekaniu tworzy scenariusz, chyba do nowego filmu na Discovery, o sprzedaży luksusowych domów w Europie. Ostatnio odrzuciłem kilka intratnych kontraktów, bo przecież muszę mieć czas na życie towarzyskie. Język już mu się plącze, z minuty na minutę wyłazi z niego zwierz. Wynocha z lokalu, mówi, stojąc na chwiejących się nogach, do wszystkich gości, bo jak będę chciał, to, to, to… Teatr się rozpoczyna, ale jeszcze nie wiadomo czy to komedia. Na koniec wynoszą tego aktora ze sceny w opłakanym stanie.

ONA Jeszcze robi telefonem ostatnie zdjęcie, jeszcze ostatnie zerknięcie i wychodzi z lokalu. Kiedy jest już u siebie, dzwoni ten Richard Gere z przeprosinami i pytaniami o swoje zachowanie. Spadłeś wczoraj z piedestału i puściła fastryga. Mam zdjęcia. Biały Niedźwiedź w zmienionych proporcjach wspaniale rozwiązał zagadkę.

ON Wiesz kim jestem? Przecież chciałaś wiedzieć? Jestem nikim.

Kiedy maski opadły, okazało się, że to lwica romansowała z baranem.

 

Odcinek 3

Mieczysław Bonisławski

MINĘŁY PRAWIE DWA MIESIĄCE. MAMY JUŻ LISTOPAD.

Środa po Wszystkich Świętych, od samego rana.

I jak tam na grobach? Zimny, cholera, ten listopad. I ten tłok, drożyzna… Za gałązkę choinki… doniczkę chryzantem… A tu, w mojej opowieści sytuacja się rozwija. Sami wiecie, że wrzesień to ledwo początek. Czas leci, święto nie święto, kobieta ciągle wyjaśnia z Olkiem sprawę tego chłopca. I, powiem wam, mamy duże zmiany. Zresztą, sami popatrzcie, oceńcie…

– Witam, usiądźmy. – Gospodyni zaczyna spotkanie zachęcającym uśmiechem, promieniującym wszystkimi jej gestami, samą postawą, grą całego ciała.
Bez pośpiechu siadają naprzeciw siebie. Chwilę moszczą się na swych miejscach. On ubrany jest oczywiście w te drelichowe spodnie i taką samą jak spodnie, beżową bluzę. Ona dziś ma granatową sukienkę za kolana, z ciężkiego, lekko sztywnego materiału, z plisowanym dołem. Gdy zakłada nogę na nogę, ukazuje łydki w takich śliwkowych, nylonowych pończochach. I gwałtownie musi przykryć rąbkiem tej sukienki kolano, które nie powinno jej tak wystawać.
– Chcę, abyś wrócił, proszę, do tego dnia, kiedy Januszek uciekł ze szkoły przed lekcją wychowania fizycznego. Wolisz to opisać, czy będziesz nam o tym mówić?
– Czy coś będzie bardziej preferowane?
Kobieta nie odpowiada od razu. Chwilę milczy, zastanawia się. Mężczyzna rozumie ją jednak bez słów. W lot odczytuje to wszystko, czego mu potrzeba, z jej mimiki, spojrzenia, gestów.
– Czy będę mógł prosić o coś do pisania?
– Tu są, proszę, kartki…
– …ale
– O, a tu leżą długopisy, weź może jeden.
– Długopisy… Nie! Tylko nie to! Czy nie będzie pani w stanie znaleźć nie-długopisów?!
Kobieta łapie się na jakimś wspomnieniu… I właśnie w tej chwili kojarzy nagłą zmianę na jego twarzy z posiadaną wiedzą o tym, czym może skończyć się taka trauma: przerażeniem, wycofaniem się. Stara się reagować profesjonalnie:
– Ach, dobrze, już dobrze. Zatem, zobacz, wyciągam z tego etui, powoli wyciągam, wieczne pióro. Proszę, weź je.
– O, pióro, wieczne pióro… drogi człowieku… Wychodzi z pani taki dobry człowiek…
– Tak, tylko jednak, nie zniszcz. Pamiątka, bardzo ważna dla mnie, pamiętasz?

Mężczyzna sięga po pióro. W zupełnej ciszy waży je chwilę w dłoni. „Mój drogi” – tak chciałby zacząć. Ale szybko skreśla te słowa. – Chłopcze. – i znów skreślenie. Postanawia początek dopisać na końcu. A na razie zacznie nie zwracając się wprost do niego, nie zwracając się do nikogo – W drugim pokoju dzwoni budzik. To na Ojca, który musi teraz wstać i iść otworzyć ten swój kiosk z gazetami i papierosami. Na razie słychać jednak tylko Matkę, która wstaje pierwsza, aby zrobić wszystkim kanapki.

Zza zasłony przebija się na poduszkę ostre światło słońca. Przez otwarte okno wpada lekki wiatr, porusza zasłoną, światło faluje, wdziera się pod zamknięte powieki. Raz masz żółto w oczach, raz odbierasz cień i tak w kółko, w zależności od tego jak zawieje wiatr, jak ułoży się, zafaluje zasłonka. Nie da się już spać, tak to denerwuje, że lepiej odrzucić kołdrę i wstawać.

Dzień zapowiada się pogodny, w słońcu będzie bardzo gorąco. Ten lekki wiatr powinien przynosić chwilami jakąś ochłodę. Jest połowa czerwca, jeszcze półtora tygodnia szkoły i zaczną się wakacje. Świadectwo będzie słabe, ale w mig zapomni się tę czwartą klasę. Nikt nie zostaje na drugi rok, wszyscy idą do piątej… Wszyscy, jaka szkoda…

Trzeba się szybko umyć, zjeść śniadanie i udając wyjście do szkoły zejść do piwnicy, sprawdzić szafkę z trofeami. Jak to dobrze, że Ojciec zaraz poleci do tej swojej nowej pracy, a Matka zadowala się małymi kłamstewkami, nie dociekając skrywanych tajemnic. Wystarczy wziąć tornister i cokolwiek powiedzieć jej o szkole. Nie dopyta dokładnie o ten prawdziwy plan lekcji, nie sprawdzi godziny wyjścia, ani powrotu. Dzięki temu można czmychnąć do labiryntu piwnic i gubiąc tych paru, zaglądających tam w godzinach pracy sąsiadów, oglądać w podniecającym chłodzie lochów trofea. Matka nic nie wie, nie domyśla się, a przez to i nie przeszkadza. W domu nie ma niebezpieczeństwa, że wejdą ci w paradę, wszystko odbiorą, lub każą oddawać… A tam, na dole, ten dreszcz czuwania, to nasłuchiwanie czy gdzieś nie trzasną drzwi, czy nie nadchodzi gospodarz domu lub jakiś pracownik spółdzielni mieszkaniowej, aby zajrzeć do szafki elektrycznej lub węzła cieplnego, ktoś kto mógłby cię złapać na gorącym uczynku, z trofeami w rękach… To takie wspaniałe, gdy czujesz, że wszystkich ograłeś, że wszyscy z tobą przegrywają. Jesteś od nich lepszy, bardziej cwany. Nikt cię nie złapie, bo będziesz szybszy, gdyż dalej od nich widzisz w mroku, dokładniej od nich słyszysz w odbijającym echa pogłosów labiryncie piwnic. To ty tu jesteś panem, w tych chłodnych ciemnościach masz swoją tajemnicę i ukryty skarb. Oni nawet się nie domyślają. Dla nich to tylko zwykłe piwnice z szafkami elektrycznymi, węzłami cieplnymi, zaworami wody i gazu. A przecież prawda jest zupełnie inna. To jest miejsce ukrycia zdobytych trofeów, gdzie ty sam wprowadziłeś drugie, zupełnie inne życie. TAKĄ tajemnicę!

Zupełnie drugi, równoległy, ukryty piwniczny świat. I on jest twój, tylko twój. Ty nim rządzisz, ustalasz wszystko co i jak. I potrafisz go chronić przed wrogami, czyli wszystkimi ludźmi wokół – matką, nauczycielami, klasą, pracownikami spółdzielni. Dla tego świata jesteś jego bohaterem, zdobywcą, opiekunem, ale jednocześnie sam czujesz się tu bezpiecznie, bo dopóki okrywa go tajemnica, nikt ci tutaj nie będzie narzucał reguł innych od tych, niż te które ty sam ustaliłeś i teraz tylko je uznajesz, chcesz aby były właśnie takie a nie inne. Rozglądasz się, nasłuchujesz. Skradasz się, gotów czmychnąć na każdy zbyt bliski odgłos lub gdybyś niespodziewanie zza węgła wpadł na jakiegoś człowieka. I jest, zwyczajna, wisząca na ścianie szafka elektryczna. Metalowe drzwiczki zamknięte są zakręconym drutem, który nauczyłeś się błyskawicznie rozsupływać lub – jak trzeba – „zasznurować”, czyli zrobić odpowiedni węzeł, tak aby nikt nie poznał, że przed chwilą ktoś niepowołany (jakiś dziesięcioletni dzieciak) otwierał szafkę, że tu był, że myszkował w jej wnętrzu.

W środku, po otwarciu drzwiczek ukazuje się wewnętrzna ścianka z blachy. Wystają z niej pokrętła, odcinające prąd od konkretnych pionów i korytarzy w bloku. Ścianka i plastikowe uchwyty są blisko, masz je przy samej twarzy. Skonstruowano je tak, że cały uruchamiany nimi mechanizm znajduje się w przestrzeni ukrytej bardziej w głębi szafki, pomiędzy tą przednią ścianką z pokrętłami a tylną ścianą metalowego pudła, dotykającego muru piwnicy, do którego jest ono przymocowane. W środkowej części tej wewnętrznej ścianki, obok pokręteł zieje duży, prostokątny otwór. Gdyby stanąć na palcach i wsadzić do niego rękę, tak aż za łokieć, można końcówkami palców dotknąć od tyłu tych mechanizmów. Ale one zajmują tylko małą część tamtej zamkniętej przestrzeni. Jej reszta nadaje się doskonale do tego, aby cokolwiek w niej ukryć. To skrytka jak marzenie, drut odkręca się tylko wtedy, gdy ktoś chce włączyć lub odłączyć prąd w piwnicy, na klatce schodowej lub w którymś z pionów mieszkań. A i tak, jak już ktoś otworzy z drutu te drzwiczki, to przecież ludzie dotykają tylko pokręteł, nikt nie grzebie dalej, choćby w samym otworze, a tym bardziej za ścianką, w głębi szafki. Bo i po cóż miałby to robić? To nielogiczne i bez celu, a dorośli w ten sposób nie postępują, a przynajmniej tak się zarzekają. Jeżeli zatem ktoś włożyłby przez ten otwór pewne przedmioty do środka, leżałyby one tam latami niezauważone przez nikogo postronnego.
I leżą. Uwierz mi, że naprawdę leżą.
Wyjmowane rankiem, przed wyjściem do szkoły. Nie codziennie, ale i niezbyt rzadko. I czasem też po południu, po powrocie, z reguły wtedy, kiedy lekcji jest tylko cztery albo pięć, a zatem jeszcze przed obiadem. Późniejszym popołudniem i wieczorem prawie wcale, bo sąsiedzi po godzinach pracy po prostu kręcą się po piwnicach niemal cały czas. Praktycznie niemożliwe jest wtedy upolować chwilę sam na sam z szafką energetyczną.
Wyjmowane z pietyzmem. Brane z miłością do rąk. Dotykane, muskane, oglądane po stokroć. Wzbudzające dumę. Dające przyjemność i satysfakcję z odczuwanego przez ich poprzednich właścicieli żalu, przykrości i kłopotów, a co ci w takich chwilach podsuwa wyobraźnia. Właścicieli, czyli tych, którym są one potrzebne, niezbędne przy tej najbardziej normalnej, przyziemnej, choć drobnej – ba, co by nie było to jednak po prostu – codziennej, życiowej wręcz czynności na każdej z kilku lekcji w szkole. Ileż to się oni tego naszukają, ileż napłaczą z powodu zauważonego w najmniej odpowiedniej chwili braku. A potem działając w malignie, roztargnieni starają się wyjść z trudnej, kłopotliwej sytuacji, jaką jest ta strata. Czasem skutecznie, a czasem bez sukcesu, co tylko potęguje ich nerwowość, nieskoordynowane, bezmyślne miotanie się, zagubienie. Odchodzi ich spokój i pewność siebie. Zapominają, co wiedzieli, to, czego się przedtem długo uczyli, tylko po to, aby właśnie w tej chwili zabłysnąć, wykazać się, odnieść sukces. I dzięki temu tracą nie tylko rzecz – to co chowasz w szafce jako trofeum, ale tracą też swój dobry wizerunek w oczach ludzi, na ocenie których im zależy, a przynajmniej – na tym etapie funkcjonowania – powinno zależeć. Wyrwani do odpowiedzi nie potrafią powiedzieć tego, co normalnie by im przyszło bez trudu i wyrecytowaliby z pamięci. Gubią wątek pisząc, licząc, rysując, wychodzą im złe wyniki, konstruują nieskładne zdania, mylą fakty i logiczne następstwa zdarzeń.
W skrzyni leżą długopisy czwartoklasistów. Dziesiątki długopisów…

– Tego dnia dyżur w klasie powinna mieć Beata Dunaj i jej najbliższa przyjaciółka, mieszkająca w bloku przy Waszkiewicza, na parterze…
Mężczyzna przerywa. Jest spokojny, tylko nerwowo porusza obsadką ponad blatem. Chociaż ma lekko podniesioną głowę, a wzrok utkwiony gdzieś w górze i nie patrzy na swoje, obracające pióro palce, kobieta odbiera całą sytuację w bardzo ograniczony, nieubłaganie ściśle zorientowany sposób:
– Co się stało? Pióro jest zepsute! – z jej głosu przebija strach o wartościowy dla niej przedmiot. I rozczarowanie, bo przecież zawierzyła mężczyźnie. Wbrew wszelkim regulaminom. A tu zamiast zrozumienia, współdziałania spotyka ją taki brak ostrożności i zupełne zlekceważenie…
Mężczyzna spogląda na nią z politowaniem. Ale bez krzty współczucia. I korzysta z osiągniętej przewagi, aby dostać to czego potrzebuje. Pomrukuje niewyraźnie:
– Mhm, u – u…
– Jesteś zmęczony? Chcesz przerwać?
Kobieta od pewnego już czasu nie jest sobą. Zrobiła fałszywy krok. I zaczyna ponosić tego konsekwencje. Los obchodzi się z nią w bezlitosny i okrutny sposób. Nie wybacza najmniejszego błędu, jakiekolwiek chwili słabości.

Czwartek, godzina 9:00

– Odpocząłeś od wczoraj? Możesz kontynuować?
Spogląda mu prosto w oczy. On nie odwzajemnia spojrzenia, ucieka gdzieś wzrokiem.
Co ona sobie myśli, gdy z jeszcze większą troską w głosie zadaje kolejne pytanie?
– Tam w ogóle można odpocząć? Wyszedł mi chyba jakiś oksymoron, przepraszam… Nie rozmawialiśmy jeszcze o tym… Jak cię traktują… Możesz o tym mówić?
Widzi jego spuszczony wzrok, utkwiony w blacie. Słyszy niewyraźne mamrotanie, coś jakby:
– Czy traktują…? Co, mówić…?
– No tak, rozumiem. – odwraca ze wstydem głowę i rozkłada na stole zapisane arkusze kratkowanego papieru – Te wczorajsze zapiski już przeczytałam. Od deski do deski. Zatem, kontynuuj może, od dziewczyn dyżurnych tego dnia. Beata Dunaj i Mirella Grüner.
– Tak, to niezwykle ważne – mężczyzna doznaje nagłej przemiany. Dzisiaj, teraz jest już spokojny i pewny siebie – Akurat te dwie dyżurne zawsze na początku każdej przerwy, czy jest taka potrzeba, czy nie, lecą namoczyć pod kranem w ubikacji gąbkę do tablicy. I aby się nagadać ze sobą, zostają tam zawsze dłużej niż inne. Wracają obie gdzieś dopiero w połowie przerwy. W pogodny dzień klasa dzięki temu przez kilka minut jest zupełnie pusta…
– Skąd masz o tym takie informacje? – i nagle tknięta jakimś impulsem, rzuca jakby od niechcenia: – Wiesz co, opowiedz mi teraz, proszę, o Piotrku Pasternaku.
On, w końcu, patrzy prosto na nią. Jest zdziwiony, jednak daje się jej zaskoczyć. A ona uśmiecha się zadowolona.
– Spytaj swojej koleżanki, Wiolety, droga kobieto – mężczyzna ratuje się opryskliwym tonem.
– Pytam ciebie.
– Ale czy to nie ona skończyła to Studium Nauczycielskie!
– Jak wiele innych… Minęło dwadzieścia lat, teraz ty...
– Ja?
– Tak, ty, drogi człowieczku. Koniecznie ty.
– Niewielu z czwartej „c” mieszka na osiedlu Łużyckim, przy Waszkiewicza. Bo większość jest z tych punktowców poniżej szkoły, przy Kaczym Dole i z tego mrówkowca i z tych już gotowych wieżowców przy Jóźwiaka. I jeszcze z tego wieżowca blisko rogu Zubrzyckiego i Zawadzkiego. A Kotlarski mieszka przy Jóźwiaka, w wieżowcu. A Pasternak w punktowcu, poniżej. I Mariusz Sieja, też w wieżowcu, razem z Kotlarskim. A Kotlarski i Sieja ganiają przez Sawickiej i Findera, koło SAM-u „Monika” na tory dawnej kolei szprotawskiej i podkładają złotówki pod parowozy… Bo to, łobuzeria jest taka… A Pasternak bardziej czyta książki, przysłuchuje się ojcu, nie łobuzuje. I interesuje go psychologia.
– Jedenastolatka? Jesteś tego pewien?
– Czy ja jestem? A oczywiście! Bo niech pani tylko posłucha jak rozmawiają sobie z tą Dunajówną…
– Opowiedz mi, o tym, jak rozmawiają.
– Bo w bloku mieszkają różni ludzie. A stary Pasternak, co go zna pani koleżanka, Wioletta, jest na ten przykład profesorem w szkole pedagogicznej. I chyba zajmuje się książkami i pisarzami, ale interesuje go też psychologia. A w klatce są też tacy różni: dziennikarz z gazety, urzędnik, milicjant, czy żołnierz, księgowy. I spotykamy się przed blokiem, pogadamy o samochodach. A i zejdziemy się z raz w tygodniu w piwnicy i przepijemy do siebie. Bo ktoś komuś pomoże przy meblach, kto inny uszczelni drugiemu kran. Bo sąsiad sąsiadowi lepiej i prędzej pomoże niż ci, pożal się Boże, fachowcy ze spółdzielni.
– Przecież ty tam nie mieszkasz…?
– A, ale zachodzę często do takiego staruszka… Bo on też był SOKistą i teraz poszedł na emeryturę. A mnie wyrzucili… I przedtem… Bo jak obaj jeszcze byliśmy Strażnikami to on się mną niby opiekował, tak służbowo. I ja zacząłem do niego chodzić, do mieszkania. A on mieszka pod tym Pasternakiem… Profesorem. I jego synem, Piotrkiem, z tej właśnie czwartej klasy. Czwartej „c”.

Czwartek, godzina 9:20
Opowieść o lokatorach punktowca, sąsiadach prof. Pasternaka
Ojca Piotrka z IV klasy „c” szkoły podstawowej nr 1 (przy ul. Gwardii Ludowej)

To było tak.
Okienko od piwnicy miało całkowicie opuszczoną ramę. Na zewnątrz, tylnymi kołami na trawniku stał „maluch” z odchyloną klapą silnika, otwartymi drzwiami od strony kierowcy i podniesioną do góry maską. Ze ścianki działowej bagażnika wystawały kable, połączone w powietrzu klamrami z końcówkami przedłużacza, który napięty do granic znikał w piwnicznej czeluści.
– Dobra, mam! Już podłączone! – dobiegł stamtąd piskliwy jak na mężczyznę w sile wieku głos zefamowskiego elektryka spod dziesiątki na drugim piętrze.
Niewysoki, grubawy buchalter spółdzielni ogrodniczej, ten z parteru, otarł chusteczką pot z czoła i zanurzył się prawie cały we wnętrzu bagażnika fiata. Duża, okrągła głowa znikła zupełnie, tak samo wystające z podwiniętych rękawów koszuli, tłuste i krótkie ręce. Aż dziw jak to wszystko się tam zmieściło?
– Sąsiad, no może sąsiad już próbować zapalać – wydostał się miły, ciepły, choć silny głos
W maluchu na przednim siedzeniu po lewej, przed kierownicą siedział dosyć wysoki, ale przeciętnej postury mężczyzna w średnim wieku, o trójkątnej, podłużnej twarzy, z wysokim czołem i głęboko osadzonymi oczami. Spodnie od garnituru, biała koszula rozpięta pod szyją, gładko ogolona broda i policzki. Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił, poniżej kierownicy nacisnął na pedał gazu.
Samochód nie zareagował.
– Nie, nie tak, panie Profesorze! – zaoponował stojący przy otwartych drzwiach były strażnik kolejowy. Ten znajomy SOKisty, tego spod czwórki, ostatnio, odkąd zwolnili go ze Służby, przychodził tu na całe dnie. W sumie, nawet specjalnie nie było wiadomo po co, bo przecież już nie gadał, tak jak dawniej, ani ze starym ani z jego żoną. Za to najczęściej przesiadywał samotnie, godzinami, na ławce przy placu zabaw, po drugiej stronie osiedlowej zatoczki.
– Sąsiad, spokojnie, powolutku – wyprostował się buchalter, wyjrzał z tej swojej dziury i zrobił dwa kroki ku siedzącemu za kierownicą – Tak jak powiedziałem, sąsiad, próbuj zrobić to dokładnie. Wpierw sprzęgło – dodał łagodnie i szybko wrócił na swe stanowisko.
Twarz profesora przybrała zawzięty wyraz. Układ ust, jaki przybrał, wskazywał na wielką determinację. Mars pokrywał czoło. Ale polski fiat 126p to nie kolejna historia z pogranicza literaturoznawstwa i meandrów biografii właściwego wieszcza, czy klasyka. On się tak łatwo nie chciał poddać. Zacharczał, zacharczał – i znowu nic.
– Jak to nie akumulator, to do wymiany są szczotki, to pewne, identiko – pojawił się niczym spod ziemi właściciel piskliwego głosu.
Profesor z zatroskaną miną wygramolił się z auta.
Mikry, niski i chudziutki elektryk zielonogórskich zakładów meblarskich, który wyszedł w międzyczasie z piwnicy, pozostawiając tam całą swoją maszynerię złożoną z kabli, stanął nad otwartym bagażnikiem. Z drugiej strony, naprzeciwko ciągle schowanego w nim do połowy buchaltera.
Specjalista od rachunkowości, okrąglutki mieszkaniec parteru, zwany był w bloku „złotą rączką”. Z racji tego, że pomagał wszystkim we wszystkim. A potrafił doprowadzić każdą rzecz, za którą tylko się zabrał, do końca, czy to był mechanizm, czy elektryka, czy cieknąca rura. Wtedy też było wiadomo, że nie odpuści, nigdy nie odpuszczał, aż doszedł przyczyny awarii i ją usunął.
– To chyba gaźnik – wszedł w słowo elektrykowi – Chcę go próbować sąsiadowi czyścić…
Chudzinka spod dziesiątki obruszył się.
– A skąd znowu! To identiko sprawa elektryki. U nas na zakładzie było tak, że przyjechał nie dalej jak w zeszłym tygodniu, z Nowego Miasteczka, z podzakładu, ichni kierownik, do naszego działu wzornictwa… Starą „warszawą”. I ta też mu tak zgasła, identiko. Nie mógł zapalić, tak jak i tu, dokładniuśko. I to była prądnica. Ha, i zrobiłem mu ją, na cacy, a jakże…
– Drogi człowieku, czy prądnica w tym maluchu…? – zaczął z wyrzutem strażnik bez etatu.

– Sąsiedzi! – w oknie piwnicy pojawiła się rumiana, nieco nalana twarz tego milicjanta z czwartego piętra – Należy się, należy nam krótka przerwa. Ja odpalam nową butlę i właśnie…
– Ale co, na tym miłym słoneczku, czy musowo idziemy w lochy? – podjął temat elektryk.
– Drodzy ludzie, nie, wejdźmy do środka. Nie wypada, panowie, tak w ciągu dnia pić alkohol na oczach dzieciaczków – były strażnik wskazał ręką na piaskownicę, huśtawkę między słupami i huśtawkę – równoważnię z konikami, oblepione najmłodszymi mieszkańcami czterech okolicznych punktowców.
– No, to idziemy już, idziemy. Ja mam tu trzy składane krzesełka – zachęcał milicjant.
Ruszyli całą czwórką, profesor nawet nie zamykał samochodu, zostawił tak otwarty i z tyłu, i z przodu, tylko drzwiczki przy kierowcy klapnęły zatrzaśnięte, ale nie na klucz.
Przeszli po trawniku, potem chodnikiem przed drzwi wejściowe do budynku a dalej – już w środku – czekały ich kolejne, wewnętrzne drzwi i za nimi schody w dół.
W tych drugich drzwiach, za którymi było zejście do piwnic, natknęli się na konduktorkę z miejskich autobusów, mieszkającą pod dwójką z prawie dorosłą córką. Profesor wytwornie przepuścił ją przed wszystkimi, przytrzymał drzwi, aby swobodnie przeszła. Jako że niosła w obu rękach siatki z pustymi wekami, w jej oczach pojawiła się niema, ale głęboka wdzięczność.
Zeszli wszyscy dziewięć schodków w dół wąskim i niskim korytarzem. W niszy na dole rozgałęział się on na dwa kolejne, w ogóle stawało się bardziej przestronnie. Piwnice milicjanta, elektryka i konduktorki były na lewo. Po chwili doszli do kolejnego rozgałęzienia, a w zasadzie przecięcia się dwóch korytarzy na krzyż. Znowu skręcili w lewo gdzie w korytarzyku odchodzącym prostopadle od głównego ciągu była piwnica milicjanta i „złotej rączki”. Gdyby w tym miejscu skręcili w prawo, trafili by do piwnicy konduktorki.

Na wprost, za tym skrzyżowaniem, na ścianie wisiała duża skrzynia energetyczna a dalej obok niej wiodło główne przejście do kolejnych rozgałęzień. Wzdłuż tego głównego ciągu nie było bezpośrednio wejść do piwnic. Drzwi do piwnic konkretnych lokatorów ulokowane były w tych bocznych, prostopadłych korytarzykach. Były one krótkie, mieściła się wzdłuż nich zaledwie para piwnicznych drzwi po każdej stronie, a kończyły się oknem, jedynym źródłem naturalnego światła.
Tu też właśnie, przy skrzynce, spotkali pielęgniarkę z trzeciego piętra.
– A co to, znowu ma pan te problemy z maluchem, panie profesorze? – wskazała na zwisające kable, idące po posadzce w stronę otwartego okna. – Czy dzieciaki coś nabroiły?
Nad tym kablem milicjant rozstawił już trzy składane krzesełka turystyczne. Obite kolorowym materiałem, ułożonym w pasiasty deseń żywych barw – na przemian czerwony, zielony i żółty – drewniane stelaże wyróżniały się w jednolitej szarości piwnic.
– Co to się tam dzisiaj rano stało na trasie? – pielęgniarka szturchnęła w ramię konduktorkę. U nóg tej pierwszej stała kobiałka z ziemniakami. Widocznie kobieta zeszła do piwnicy po kartofle, które miała gotować na obiad dla męża, redaktora gazety i obojga drobiazgu, 9-letniej Eli i o trzy lata młodszego Czarka. Chwilę przedtem przymknęła kolanem drewniane drzwi swojego segmentu, włożyła kabłąk kłódki w metalowy skobel i przekręciła kluczyk. Zrobiła kilka kroków w stronę wyjścia, ale przystanęła w rozwidleniu, zaciekawiona tym całym pochodem. Mężczyźni ominęli ją w milczeniu, być może nawet nie zdając sobie w pełni sprawy z tego że ona tu jest. A ona sama nie ośmieliła się do nich pierwsza odezwać. Może gdyby byli pojedynczo, no we dwóch, albo gdyby, jakoś tak na nią akurat wypadło… – ale tak, starczyło jej odwagi tylko na tyle, aby zagaić profesora i kobietę, która z nimi zeszła.
Wszelako konduktorka tylko wzruszyła ramionami.
– A gdzie, niby?
– Chyba gdzieś na trasie „siódemki”. Z rana, przed wpół do ósmej… Jak dzieciaki do szkoły…
– Kochana, nie wiem! My już teraz na wozach nie jeździmy.
Milicjant wystawił tymczasem ze swojej klitki pękaty gąsior. Wyjął z zakorkowanego otworu wlewu rurkę fermentacyjną i zamienił ją na cienki wężyk. Pochylił się nad baniakiem, wziął w usta końcówkę węża i zassał. Jak tylko w rurce pojawił się ciemnoczerwony płyn, szybko wypluł wężyk i zanurzył go w szklance musztardówce. Ta powoli napełniała się…
– Łapiemy się, łapiemy za stołeczki. Każdy bierze swój i można siadać.
Mężczyźni wzięli w ręce po krzesełku i „każdy” lekko przestawił swoje, według jakiegoś, znanego tylko jemu schematu.
Profesor statecznie, z dozą majestatu. Oszczędne ruchy, bez poszarpywania – postawił swoje siedzisko przy przeciwnej ścianie niż gąsior i pozostałe krzesełka.
Buchalter, „złota rączka”, swoje podniósł niemal do niskiego, jak to w piwnicy, sufitu, wyprostował ręce i w takiej pozycji przeniósł je parę kroków, aż w końcu postawił na początku bocznego korytarzyka, przed jego skrzyżowaniem z ciągiem głównym. Za głową miał skrzynkę energetyczną i opierającą się o nią pielęgniarkę.
Elektryk tylko szurnął swoim po betonie, aż całość się zatrzęsła. Klepnął silnie dłonią w materiał, nerwowo, jakby trzepał dywan i zasiadł zamaszyście niemal przy samym gąsiorku, vis a vis profesora, a obok buchaltera (patrząc od strony najistotniejszego w tej sytuacji i scenerii gąsiorka – to de facto przed buchalterem).
Tylko były strażnik kolejowy, gość w bloku, a nie lokator, dla którego zabrakło krzesełka, po prostu odsunął się tak jakoś w kierunku „złotej rączki” i stanął wygodnie oparty o ścianę, przed skrzyżowaniem korytarzy, naprzeciw buchaltera, a obok obu kobiet. Mógł teraz jednako brać udział, tak w dyspucie mężczyzn, jak i przysłuchiwać się rozmowie pań.
Dopełniał tego wszystkiego milicjant, stojący okrakiem ponad gąsiorem, tak już bardziej za nim, a przed zamykającym przestrzeń oknem, z którego zwisały te przeciągnięte wcześniej przez elektryka od skrzynki do „malucha” profesora kable.
Wężyk przeszedł już przez wszystkie pięć musztardówek.
Każdy przechylił swoją szklankę, upił nieco płynu. Dały się słyszeć parsknięcia, pokasływanie, także takie pomruki: „yaa… a-a!”
– Mocne!
– Co tam sąsiad dolał, khe – khe…?!
– Czujemy co, czujemy? – milicjant dumnym głosem jednoznacznie zasugerował potwierdzenie przypuszczeń pozostałych.
– Czysty spirytus spróbował sąsiad? – podpytał buchalter.
– Czyściutki. Najprawdziwszy – delektował się własnym sukcesem gospodarz.
– Przy której próbie tak to wyszło sąsiadowi? – dociekał buchalter.
– A, ja nie mogę, nie mogę… – zawiesił głos milicjant – tajemnica zakładu, tajemnica!
Kobiety były na razie myślami daleko od degustacji.
– Przed ósmą, przywieźli nam autobusem na pogotowie rannego. Właśnie z linii „siódemki”. Pomyślałam sobie, że może pani będzie coś o tym wiedzieć? Nie miała dziś pani służby?
– Nie kochaniutka, od tego roku to my tylko sprawdzamy bilety. I to też tak, wiesz, jak… Wsiadamy do wozu na przystanku, sprawdzamy wszystkich pasażerów jak leci i na następnym przystanku wysiadamy i czekamy na nowy wóz. Chyba, że ludzi jest tyle, że musimy jechać dwa albo i trzy przystanki…
– Czy ludzie będą teraz wyłudzać przejazdy bez biletu? – zdziwił się strażnik.
– A będą, żebyś pan wiedział! – zapalczywie zgodziła się kobieta – I my teraz jesteśmy od tego, aby łapać takich gapowiczów. I dajemy im mandaty.
– Czy dobrze widziałem, pani konduktorko? Czy wasze siedziska, z których sprzedawaliście i kasowaliście wchodzącym pasażerom bilety, są nadal? W każdym autobusie, przy drzwiach…
– A są jeszcze. Przecież to ledwo co na wiosnę rozwiązali nas, czyli „żywych” konduktorów. Wtedy to powkładali te automatyczne kasowniki, samoobsługa! Marka „Krak”, kochaniutki!
– To skąd, droga pani, podróżni mają teraz brać same bilety…?
– A do kiosku „Ruchu”, kochany, to pójść nie łaska…?
– Tak, potwierdzamy to, potwierdzamy. Moja żona też tak kupuje, w kiosku… – wtrącił spod okna milicjant, dołączając do rozmowy.
Niepocieszona brakiem interesujących ją informacji, pielęgniarka sięgnęła po kobiałkę, gotowa pójść w końcu do mieszkania, pichcić ten obiad.
Ale ni stąd ni z owąd wspomógł ją elektryk.
– A kto to był, co go tak raniło w tym autobusie? Wypadek jakiś? Czy jak?
– Z tego co pacjent mówił, to wsiadał do „siódemki” na przystanku na Łużyckiej, ale nie na naszym. Na tym kolejnym, za wiaduktem. Za więzieniem. Jak to po siódmej, był tłok. Szofer ruszył zbyt szybko i zatrzasnął drzwi, gdy nasz pacjent jeszcze wsiadał. I nie zdążył schować ręki i przytrzasnął palce. Boże, nawet nie myślę, jakby trafił na dziecko, w drodze do szkoły!
– Mus to był San. W Sanie automatyczne drzwi tak dobijają, całą siłą do ramy wozu. – wtrąciła konduktorka – W Jelczu drzwi przymykają leciutko do środka, skrzydła tak ku sobie.
– W tych autobusach nie patrzą na ludzi! A kierowcy, to wcale! – ostro skrytykował elektryk, ale w obronie kierowców, w równie zapalczywym tonie, stanął strażnik:
– Nie wiadomo, jak to było drogi człowieku! Bo najczęściej jest tak, że to gówniarze z osiedli wskakują na ostatnią chwilę, gdy już drzwi się zamykają, a wóz rusza… Bo zabawę z tego sobie robią i chcą w ten sposób pojechać bez biletu w na pół otwartych drzwiach…
– …i jak ten robotnik zaczął krwawić i mdleć, to inni zaczęli krzyczeć. Aż szofer się zorientował i pojechał, prosto do nas, na pogotowie. Ale wiecie państwo, tak ze wszystkimi ludźmi – cicho dokończyła pielęgniarka – A ja jakbym już widziała wśród nich moją Elę.
– To widzimy to, widzimy, że daleko z trasy nie zjechał – trzeźwo zauważył milicjant – Tyle co z Westerplatte, zamiast w lewo na dworzec, skręcił w prawo… Ciekawi to, ciekawi pewnie wszystkich, czy wrócił potem jeszcze z powrotem, czy też minął przystanek przy „Lumelu”?
– Tak, tam można pojechać prosto Wyspiańskiego, identiko. Między parkiem a tym nowym wiaduktem nad torami. Tym przy dworcu PKP – to powiedział elektryk.
– No właśnie, sama byłam ciekawa, jak to dokładnie od początku było? I jak się potem skończyło dla szofera? Dlatego pani spytałam, sąsiadko…
– A poszkodowany? Jaki stan zdrowia? – dopytywał się, zaciekawiony, profesor.
Pielęgniarka niewiele jednak wiedziała.
– To był robotnik, bodaj z „Lumelu”. I jechał, tą „siódemką”, akurat do pracy. Chyba go tylko zszyli, bo rentgen nic nie wykazywał. I po zabiegu normalnie poszedł do roboty, blisko miał. Ja sama już byłam po nocce, szłam do domu, do dzieci. Tak to tylko podglądałam z daleka, na odchodnym, przez ramię… I wyślij tu dziecko autobusem do szkoły – zakończyła smutno.
Milicjant wziął w dłonie wężyk…
– No, sąsiedzi, jak smakuje, to komu smakuje – ja proponuję – na drugą nóżkę…!
Posmakowali znowu. Tym razem było słychać tylko cmoknięcia i odgłos głośnego przełykania. Przepędzone kilka razy domowej roboty wino, czyli de facto własny winiak, dodatkowo wzmocniony spirytusem, naprawdę wszystkim dogodził.

 

Jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie!

Krystyna Koziewicz

Na całym świecie grudzień jest najbardziej świątecznym miesiącem w kalendarzu, w którym rozpoczyna się nieustające święto zakupów. Zaczyna się od kupowania prezentów na Mikołaja, którego postać kojarzona jest z brodatym staruszkiem, z torbą wypełnioną prezentami. Ów staruszek, wedle legendy z XV wieku, przemierza świat w saniach zaprzężonych w renifery, wchodzi do domu przez komin i wypełnia dziecięce skarpety zabawkami i słodyczami. Czasem to on przynosi też prezenty „pod choinkę”, czasem Aniołek, Dzieciątko Jezus, Gwiazdor czy Dziadek Mróz.

Wielką radością jest też czas odświętnego dekorowania całego domu. Czarowne są te wszystkie fantazyjnie migocące światełka, kolorowe ozdoby choinkowe oraz wypiek ciast i gotowanie wigilijnych potraw. Co jak co, ale to ważne, nie da się uciec od tego wszystkiego, co stało się już odwiecznym rytuałem i wciąż trwa. Bo to magiczny i pełen wzruszeń czas. W tę niezwykłość, jaką są Święta Bożego Narodzenia, wpisane są cudowne aromaty, których pełno snuje się po kątach wypucowanego mieszkania. Któż oprze się egzotycznym zapachom cynamonu, kardamonu, gorących pierników, gotowanych uszek z grzybkami, smażonego karpia? Na to wszystko nakłada się pachnące igliwie choinki i cieszący oczy widok palących się świec. Świąteczna krzątanina udziela się wszystkim i szczęśliwy jest ten, kto nie musi się zastanawiać, z kim zasiądzie do wigilijnego stołu, albo czy Mikołaj i jemu przyniesie prezenty.

Ale bywa i inaczej. Nie każdemu spełnią się marzenia. Na przykład wnuczka Asia pisze w liście do „Gwiazdki”, że chce, zamiast prezentu, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega z klasy Asi chciałby, aby wszystkie prezenty zostały wysłane do Domu Dziecka w Opolu. Tylko pozazdrościć rodzicom, że mają dzieci o tak wielkim sercu. To wielki dar od losu! Bo DAJĄC, uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi odnajdujemy radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji niejako wzbogacamy samych siebie, bo otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej, jej UŚMIECH i SERCE. W wielu domach te oczekiwane cudeńka spoczywają pod choinką. Bywa, że jakieś ciekawskie oczy zajrzą do środka i CZAR niespodzianki gdzieś pryska, generalnie jednak każdy chce dotrwać „pierwszej gwiazdki”, by tradycji stało się zadość. Nawet dorośli ze wzruszeniem oczekują tej magicznej wręcz chwili i cieszą się jak dzieci, gdy wreszcie nadejdzie…

Każdy dzień zbliża nas do Świąt Bożego Narodzenia. Magiczna moc świąt, wyjątkowy czas rodzinnych spotkań powodują, że dzięki tradycji odrabiamy stracony czas. Nasze myśli skierowane są ku najbliższym i kiedy łamiemy się opłatkiem pozwólmy wszystkim żalom i smutkom odpłynąć w siną dal. Podarujmy sobie wzajemną życzliwość i radość z pojednania. To właśnie dzięki zwyczajom świątecznym zbliżamy się do siebie otwierając serca z tej najlepszej strony. Niechaj wigilijny stół połączy nas rodzinnymi opowieściami, wspomnieniami i pamięcią o tych, którzy od nas odeszli. Radujmy się, świętujmy, niech wspólny czas pozostanie niezapomniany w naszej pamięci!

Przytoczony powyższy tekst napisany został w 2005 roku, kiedy na świecie życie toczyło się w miarę normalnie. Grudzień 2020 to zupełnie inna rzeczywistość, z którą każdy z osobna musi na swój sposób zmierzyć się, zaaranżować święta mając na uwadze obowiązujący reżim sanitarny. Magiczne iluminacje świąteczne, które wprowadzały nas w nastrój świętowania w tym roku wieczorową porą czarują jedynie puste, bezludne place i ulice. Jarmarki Bożonarodzeniowe, cieszące się zawsze ogromną popularnością wśród mieszkańców Niemiec, przeniosły się do Internetu, gdzie można zakupić dekoracje, prezenty, smakołyki. Tylko w gdzie niegdzie ostał się jakiś świąteczny targ, ale już bez możliwości wypicia wina korzennego. W domach towarowych gołym okiem widać ograniczoną ilość kupujących, większość przerzuciła się na zakupy online, czyli kupowanie „kota w worku”. Tak samo koncerty adwentowe, spotkania wigilijne w zakładach pracy czy spotkania Mikołajowe, wszystkie rozrywki przedświąteczne ostały się w tym roku jedynie w formie cyfrowej. Człowiek człowieka musi unikać, jak diabeł święconej wody, bo nuż złapie koronowirusa, którego nie obchodzą święta. Media coraz głośniej donoszą o prawdopodobnym wprowadzeniu całkowitego lockdownu jeszcze przed świętami. Czeka nas zatem perspektywa pozostania w domu czyli celebrowania okresu świąteczno-sylwestrowego w okrojonym składzie, często bez najbliższych, często samotnie. Nasze zwyczaje świąteczne musimy zweryfikować w zgodzie z „pakietem regulacyjnym”. Zabraknie nam ducha świąt, nie traćmy jednak nadziei, jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie!

Wesołych Świąt!

Z wolnej stopy 25

Zbigniew Milewicz

Marynarskie Tango

Jeszcze jeden kurs na Mariacką (dwa poprzednie były TU i TU), a to z powodu różnych oryginałów, którzy tam mieszkali, lub bywali i miejsc. Ludzie nadają miejscom charakter, na przykład bar, który mieścił się przy Mariackiej 3 i nazywał Pod Trójką, gromadził typy ze śródmiejskiego półświatka. Tam przychodzili złodzieje, paserzy, sutenerzy ze swoimi kobietami, ale także zwyczajni ludzie, którzy chcieli napić się taniej wódki, bo na droższy lokal nie było ich stać. W ramach PRL-owskiej kampanii o wzrost kultury spożycia alkoholu, w lokalach gastronomicznych trzeba było charę zakąszać, obowiązywały określone normy; na jedną pięćdziesiątkę przypadał o ile pamiętam co najmniej koreczek serowy, albo pół jajka na twardo, ale ser był trochę tańszy i jak się wchodziło do baru, to jechało gołdą w płynie i naturze, a w powietrzu można było zawiesić siekierę, bo wszyscy palili. Nie pamiętam, żeby stały tam stoliki z krzesłami, jak w restauracji Fahrenbruch, która była w tym miejscu w czasie okupacji. Chyba konsumowało się tylko na stojąco. Z powodu częstych, pijackich awantur i bijatyk Trójka miała wśród katowiczan ogólnie złą opinię.

Lepsze towarzystwo przychodziło do dawnego Savoyu, naprzeciw mordowni, który stał się restauracją Hungaria, wyspecjalizowaną w wybornych daniach węgierskich dla smakoszów. Dla niej w swoim czasie ułożyłem wierszowane jadłospisy, do rysunków malarki Heleny Goldy-Błachut, mojej dobrej koleżanki z Tychów. Jadłospisy stale trzeba było dodrukowywać, ponieważ klientela restauracji regularnie zabierała je sobie do domu na pamiątkę, z czego wniosek, że takie zupełnie nieskazitelne to towarzystwo nie było.

Swoją klientelę miała kawiarnia hotelu Śląskiego, pod numerem 15, działającego w miejscu dawnego Europejskiego. Zachodzili tam m.in. ludzie znani z katowickich scen, artyści plastycy, dziennikarze i ładne pielęgniarki z kliniki przy pobliskiej Francuskiej. Kiedy była żona reżysera Janusza Kidawy została moją narzeczoną i siedzieliśmy, jak ta para gołąbeczków, przy stoliku, znienacka zjawił się On z groźną miną i butelką szampana. Wycelował korek najpierw w Elżbietę, później we mnie, ale nikogo nie zastrzelił, bo trunek był mocno zmrożony. Opowiedział mi niedawno Bogdan Kułakowski, o którym pisałem w poście Fotopstryk nieuleczalny, że po wojnie w budynku pod Piętnastką działał Urząd Bezpieczeństwa z aresztem, gdzie przetrzymywano przez jakiś czas jego przyjaciela, Jacka Cieszewskiego. Tym sposobem dowiedziałem się, gdzie pewnego dnia wylądował również mój ojciec Edward.

Towarzysko najmocniej kojarzy mi się ta ulica z rodziną Hocków, przyjaciół mamy, u których bywaliśmy “w gościach” jeszcze w moich czasach studenckich, kiedy przyjeżdżałem z Krakowa do domu. Mieszkali na poddaszu kamienicy, gdzie był bar Pod Trójką – Maks, kierowca miejskich autobusów z żoną Agnieszką i dziećmi, Ewą i Heńkiem. Maks, pogodny gaduła, kiedy Agnieszka przygotowywała dla nas kolację, chwalił się, jak podrywają go pasażerki w pracy, albo opowiadał, co ostatnio wypatrzył przez lornetkę w pokojach Savoyu, który miał akurat naprzeciw swojego domu. Hotel oficjalnie już nie działał, ale jak parom rozgrzanym węgierskimi potrawami zbierało się na miłość, to za odpowiednią opłatą można było dostać klucz do któregoś z apartamentów na górze. Korzystały z nich również luksusowe kurtyzany* i forsiaści prywaciarze, których w ówczesnych Katowicach też nie brakowało. Żona Maksa znała jego opowieści na pamięć, ale nie chciała psuć nam przyjemności słuchania i dyplomatycznie udawała, że słyszy je po raz pierwszy.

Jak sobie wypił, nieodmiennie przypominała mu się wojna. O swojej służbie w Wehrmachcie mówił niechętnie, za to, jak w Normandii uciekł do pancerniaków generała Maczka, mógł godzinami. Robiło się muzycznie; brał do ręki dwie, trzy łyżeczki i wybijając nimi rytm, przy akompaniamencie mojej gitary, śpiewał Marynarskie tango, które wszyscy żołnierze w dywizji znali na pamięć.

Nigdy nie dowiedziałem się, co mieli wspólnego czołgiści z marynarzami, ale piosenka była taka rzewna, że często Maks się przy niej rozklejał i nie było człowieka przy stole, żeby mu nie wtórował przy refrenie. Był w dywizji, kiedy pod koniec wojny, pod Łukiem Tryumfalnym w Paryżu, generał Stanisław Maczek za swoje wojenne zasługi został odznaczony Komandorią Krzyża Legii Honorowej. Generał pozostał na Zachodzie, Maks wrócił do Polski, ale czy dobrze zrobił, tego nie był pewien.

Różni ludzie siadywali przy gościnnym stole Hocków. Agnieszka świetnie gotowała, na jej krupnioki, żurki i bogracze przychodził owdowiały profesor matematyki z sąsiedztwa, młoda niewidoma, którą zawsze przyprowadzał i odprowadzał Heniek, do tego Cygan ze złotymi zębami, zwany Jasiem-Urke, bo był zawodowym złodziejem i czasem pewien małomówny malarz, chyba w moim wieku. Nie wiem, jak się nazywał, ale dziś myślę, że to mógł być Jerzy Duda-Gracz, który w tamtym czasie studiował sztuki piękne w Katowicach. A więc przychodzili ludzie z różnych środowisk, nie tylko po to, aby zjeść i wypić, ale także żeby pobyć ze sobą, pośmiać się, ponarzekać, wymienić myśli. Wówczas nikt nie musiał się zapowiadać z wizytą, w gości szliśmy z marszu, spontanicznie. Nawiedzaliśmy się wzajemnie, żeby pożyczyć soli, albo cukru, podzielić swoimi problemami i radościami i tak było również u Hocków. Czasami Agnieszka miała w spiżarni tylko domowy smalec ze spyrką i ogórki, albo wodzionkę na blasze, ale zawsze czas i życzliwość dla ludzi, którzy przechodzili przez jej próg.

Profesor z niewidomą dziewczyną nieodmiennie dyskutowali o astronomii, zwłaszcza jak pamiętam o Drodze Mlecznej, Jasiu i Maks mieli swoje sekrety, wymieniane grypserą, moja mama plotkowała z Agnieszką w kuchni, ja brzdąkałem na gitarze, którą wtedy wszędzie ze sobą woziłem, a malarz wszystkiemu się tylko przyglądał. Najweselej było, kiedy wpadali dwaj lalkarze z dziecięcego teatru Ateneum przy Wieczorka, zwykle już pod dobrą datą i naśladowali różne głosy – zwierząt, dzieci, starzyków, albo wymarzonego do żartów Władysława Gomułki i sypali teatralnymi anegdotami, jak z rękawa.

Dla mnie był to rodzaj salonu artystycznego, który niestety nagle i nieoczekiwanie chyba dla wszystkich jego gości zakończył swój żywot. Agnieszka z Maksem rozwiedli się. Maks wyjechał do RFN, a jego żona i dzieci przeprowadziły się do innego mieszkania. Po latach, kiedy już pracowałem w Wieczorze, Maks ni stąd ni zowąd odwiedził mnie w redakcji. Postarzały, jakby niższy niż kiedyś, ale nadal jak zwykle pogodny. Powiedział, że mieszka w Hamburgu, prowadzi nocny lokal i materialnie wiedzie mu się dobrze, ale zamierza wszystko zlikwidować i wrócić do Polski, bo jednak tutaj jest jego miejsce. Znalazł parcelę gdzieś na granicy Katowic i Chorzowa, niedaleko Stadionu Śląskiego, tam się wybuduje i zamieszka. To było parę miesięcy przed ogłoszeniem stanu wojennego w Polsce; więcej już go nie zobaczyłem. Raz do mnie jeszcze zatelefonował, powiedział, że wszystko idzie zgodnie z planem, tylko musi dbać o swoje zdrowie, bo jest na insulinie. Później, kiedyś spotkałem w Katowicach Jasia-Urke, który powiedział mi, że Maks wybudował ten dom i niedługo po tym zmarł. Agnieszki też już nie było, odeszła wcześniej; ułożyła sobie życie z kimś innym, ale wykończył ją rak, a Ewa i Heniek wyjechali do Niemiec.

Tyle o Mariackiej i ludziach, których tam znałem. Na zakończenie powiem tylko, że ta ulica i jej okolice przyciągają artystów z bliska i daleka. Na wielu domach, od ich zaplecza, na tak zwanej Mariackiej Tylnej, od lat widnieją ciekawe instalacje i murale, a wciąż powstają nowe. Zresztą popatrzcie Państwo sami.

* Jedną z tych pań była słynna pięćsetka, warta odrębnego wpisu. Niestety brakuje mi szeregu informacji na jej temat, jeżeli więc żyje jeszcze ktoś, kto pięćsetkę znał, bodaj z opowieści, to bardzo proszę o kontakt.

13 grudnia 2020, Berlin (nadal podzielony?)

Ela Kargol

Wybrałam się z mojej zachodniej części Berlina w kierunku wschodnim do dzielnicy, która po ponownym zjednoczeniu miasta połączyła się z dzielnicą zachodnią i teraz razem nazywają się Friedrichshain-Kreuzberg. Friedrichshain od Kreuzbergu dzieli Szprewa, a most Oberbaumbrücke kiedyś dzielący miasto, państwo i Europę połączył obie dzielnice i stał się ich herbem.

Volkspark Friedrichshain jest najstarszym parkiem publicznym w Berlinie, drugim co do wielkości po Parku Tiergarten, a początek dał mu Peter Joseph Lenné w setną rocznicę koronacji Fryderyka Wielkiego. Zaprojektowany przez Johanna Heinricha Gustava Meyera rozciąga się na powierzchni ponad 52 hektarów.

Nigdy tu nie byłam. A dzisiaj jest 13 grudnia, data dla każdego Polaka bardzo ważna, bo jak powiedział szczeciński poeta Marek Maj: „Wszyscy jesteśmy trochę grudniowi…” Przyjechałam wcześniej, żeby się rozglądnąć. Chciałam koniecznie zobaczyć te baśniowe rzeźby przy baśniowej fontannie. Märchenbrunnen, fontanna zaprojektowana została przez Ludwiga Hoffmanna, a postaci z baśni braci Grimm są dłuta przede wszystkim Ignatiusa Taschnera. Nie pomyślałam, że to nie ta pora roku, że grudzień, a do tego 13. Czerwonego Kapturka, Śpiącą Królewnę, Kopciuszka i inne baśniowe figury internowano. Wsadzono do pudeł i muszą czekać do wiosny. Ja też muszę poczekać.

Z drugiej strony parku inne postaci, już nie z bajki, stoją w braterskim uścisku i stoją na straży pamięci o radzieckim wyzwolicielu, jego polskim pomocniku i dobrym Niemcu antyfaszście. Pomnik Żołnierza Polskiego i Niemieckiego Antyfaszysty pojawił się w Parku Friedrichshain w 1972 roku. Szumnie i dumnie został odsłonięty przez ówczesne władze obu krajów. W centrum pomnika stoją dwie wysokie betonowe kolumny, które u góry otacza powiewająca na wietrze flaga. Flaga jest z brązu, ale patrząc na godła państw zamieszczone poniżej, możemy się domyślać, jakie ustroje państwowe reprezentuje. Dalej, z tyłu pomnika na poziomej ścianie wykuty jest napis w dwóch językach: „Za wolność naszą i waszą”.

Zawsze ktoś będzie za naszą wolność walczył, od powstania listopadowego, kiedy te słowa Lelewela (też w dwóch językach, tym drugim był rosyjski) pojawiły się na sztandarch, aż do dzisiaj, cały czas są aktualne.
W 39 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce na ulicę nie tylko polskich miast wyszły Kobiety i to one dzisiaj stają do walki. „Dziewuchy Berlin” były inicjatorkami spotkania przy pomniku, spotkania rocznicowego z błyskawicą w tle. Brawo Dziewuchy Berlin!!!

Nad pomnikiem zagrzmiało.

Tuż za pomnikiem, jednak mocno męskim, zadbanym, wyeksponowanym jest bardzo zaniedbany ogród „Duft- und Behindertengarten“ (ogród zapachowy dla niepełnosprawnych!?!?). Od razu poczułam zapach pewnego ziela i zobaczyłam grupę młodych ludzi, którzy choć nielegalnie ze względu na pandemię i to drugie dbają o to, żeby korzystać z ogrodu zgodnie z jego przeznaczeniem, mając na uwadze pierwszą część nazwy ogrodu. Mnie zainteresowało coś innego, a mianowicie rzeźba w podobnym jak ogród zaniedbanym stanie, rzeźba kobiety z dzieckiem „Mutter mit Kind”. Autorem rzeźby jest urodzony w Szczecinie Edmund Gomanski (1854-1930, Gomanski jest też twórcą Fontanny Ceres w Opolu). Szkoda, że o matce z dzieckiem nikt nie pamięta. Nie spodziewałam się takiego zakończenia mojej wyprawy na drugi koniec Berlina. 30 lat po upadku muru odczułam, że to miasto jest ciągle podzielone.

Ale od początku. Zamawiając taksówkę we Friedrichshainie nie pomyślałam, że taksówkarz będzie też z tego fyrtla. Jechaliśmy w moim kierunku do Berlina Zachodniego, do Wilmersdorfu. Wsiadałam do taksówki tuż pod pomnikiem, z daleka słychać było głośną muzykę. Dziewuchy biły piorunami. Grzmiało. Taksówkarz zbulwersowany zapytał, czy tam odbywa się jakieś party. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie, że jest to impreza okolicznościowo-rocznicowa, nie wyjaśniając niczego.

Dojechaliśmy do Schönebergu i dalej ani rusz.
„Pani to chyba często nie jeździ taksówkami?”
„Dopiero się uczę”, odpowiadam.
„No bo takiemu taksówkarzowi z ostu trzeba chociaż w przybliżeniu dać jakiś punkt zaczepienia, gdzie ma jechać, sam adres nie wystarczy.”
Pan kierowca nie korzystał, zresztą tak samo jak ja, z najnowszych osiągnięć techniki.
„Tu już każdą ścieżkę znam, poprowadzę.”
Nie pomyślałam tylko, że znam każdą ścieżkę, ale rowerową. Pokluczyliśmy znowu trochę, szukając
drogi do domu, mojego.
„Co pani robiła w tej części miasta?”
Więc opowiadam, że najpierw chciałam zobaczyć te baśniowe figury przy Baśniowej Fontannie, że nigdy tam nie byłam, a potem poszłam pod pomnik, który znam tylko ze zdjęć i opowieści, że dzisiaj 13 grudnia, rocznica wprowadzenia stanu wojennego, że pod pomnikiem, „Dziewuchy Berlin“ (tu wyjaśniłam, co to za grupa) zorganizowały performance i rocznicowe obchody.
Chyba nie był zachwycony, w dalszym ciągu był zbulwersowany głośną muzyką, którą słyszał. Znał na pewno inne ceremonie obchodzenia rocznic.
„Żołnierze obracają się chyba w grobie. Tak nie można”, ja na to, że pod pomnikiem raczej nie jest nikt pochowany.
„Oni są wszędzie, wszędzie są ich kości, w całych Niemczech”, po chwili uściśla, „w całych wschodnich Niemczech“.
Jedziemy dalej w milczeniu, drogą główną, co by już nie błądzić.
I nagle „wschodni taksówkarz” znowu przerywa milczenie,
„Vier Panzersoldaten und ein Hund“.
Chwilę nie wiem, o co chodzi, czy znowu pogubił drogę. Nie, to przecież czterej pancerni, on ich kojarzy z tym pomnikiem.
„Skąd pan to zna?”
„To że znam, jest odpowiedzią. Myśmy ten serial bardzo chętnie oglądali.”
„My też, my chyba chętniej. Jak można oglądać chętnie film, o swoich ziomkach, którzy przegrywają wojnę, są mordercami i jakby tego było za mało na każdym kroku są wyśmiewani?”, pytam odważnie.
On na to, że w Niemczech byli też niemieccy antyfaszyści:
„Zna pani chyba historię?”
„Historią można łatwo manipulować”, odpowiadam.
Milczymy, czuję, że stąpam po kruchym lodzie, ale on też jest ostrożny.
Nagle taksówkarz zaczyna nucić, po chwili ja z nim. Mówi, że słów nie pamięta, ale to piękna piosenka. Więc zaczynam śpiewać po polsku, „Deszcze niespokojne potargały sad…”
Niemieckiej wersji nie znam, dopiero w domu znajduję.

Stürmisch ziehen Wolken
Bis zum Horizont
Und wir werden folgen
Wir ziehen an die Front.
Wird der Feind bezwungen
Ist der Sieg errungen

Und der Krieg ist aus.
Und die Welt wird schön sein
Und der Mensch wird frei sein.
Kehren wir nach Haus.

Krewni-i-Znajomi Królika i ich muzyka

  … taka, która zapada w pamięć i zostaje na długo

1994 – mój syn daje mi na podróż do Holandii nagraną kasetę Nicka Cave i jego książkę, minęło ćwierć wieku, nadal uważam, że to fantastyczna muzyka i fantastyczna lektura.
1999 – “towarzysz odcinka życia” podaruje mi przed podróżą kasetę Hildegard von Bingen (też jadę do Holandii, kiedyś często jeździłam do Holandii); biedna Hildegarda, bardzo mi się podoba, ale nawyk słuchania jej nie przetrwał perypetii uczuciowych.
2003 – dostaję od bliskiego przyjaciela na urodziny trzy CD (spiratowane, jasne), Ninę Simon (wiadomo), Felę Kutschi, który mnie specjalnie nie ruszył i Raz dwa trzy, płytę, która będzie mi towarzyszyła przez następne dziesięć lat.
2013 – Marek Maj, szczeciński poeta, nagrywa z Ryszardem Leoszewskim płytę Wiem jak nie jest. Tytułowa pisenka z tej płyty stanie się moim sztandarem, może na zawsze. Już o niej kilka razy pisałam (np. TU).
2018 – Czasy się zmieniły, to już nie są kasety, ani CD, mój wnuk zarazi mnie słuchaniem na youtube piosenki zespołu B.E.R. z serialu Teen Titans go: The night beginns to schine: https://music.youtube.com/watch?v=lSLXS0bjSCs. Odkryłam wtedy, że są na youtubie nagrania powtarzające jeden i ten sam utwór przez godzinę, dwie, albo trzy.
2020 – Konrad przysyła mi na urodziny linka do piosenki Wszystkiego najlepszego Ralpha Kaminskiego. Piosenka robi na mnie duże wrażenie, ale nic nie wiem i myślę wtedy, że śpiewa ją młody chłopak z liceum. Wszystko w tym teledysku ma na to wskazywać, jedynie może pierścionki Ralpha są sygnałem, że to stylizacja, ale gdy słuchałam tej piosenki po raz pierwszy, na pierścionki w ogóle nie zwróciłam uwagi. Od ponad dwóch miesięcy temu co robię, towarzyszą piosenki Ralpha.

Ewa Maria Slaska

Ralph Kaminski

Urodził się 8 listopada 1990 w Jaśle – polski piosenkarz, kompozytor, autor piosenek, aranżer, multiinstrumentalista, producent muzyczny, performer, kostiumograf, scenarzysta i reżyser teledysków, wykonujący muzykę z pogranicza popu alternatywnego, czerpiącego z kameralistyki.

To Wikipedia. Zdziwiłam się. Po pierwsze autor wpisu nie informuje nas, że Kaminski to poeta, tylko kończy ten akapicik dziwnym stwierdzeniem: Zdaniem krytyków, utwory na drugiej płycie artysty mają delikatny podkład elektroniczny, a niektóre teksty są poetyckie.

Po drugie, dokładnie w stylu Wikipedii, pierwsze zdanie podaje mnóstwo informacji o Kaminskim (łącznie z dekonspiracją jego pseudonimu), ale nie podaje moim zdaniem najważniejszej – że Kaminski jest kameleonem, autorem niezwykłych autostylizacji, artystą, który świadomie gra z podtekstami mniejszości, nigdzie się jednak nie deklarując. Nie wiesz więc, słuchaczu/widzu, czy on, Kaminski, jest twardzielem czy softi, czy gra z wizerunkiem trans, czy ociera się prawie o porno, czy to jego wizja siebie, czy filmowa stylizacja na ubranego w biel anioła, a może pastisz wizerunku Abby.

Ale czy włoży różowy sweterek (chyba zrobiony przez babcię, Ralph w ogóle dużo opowiada o swojej babci), czy boa z piór, czy szorty i koszulkę na WF, Ralph nie tylko się przebiera i stylizuje, Ralph wciela się w każdą z tych postaci.

Babcia.

Babcia Ralpha pojawia się w jego teledyskach, muzyk mówi o niej w  wywiadach, gdy w marcu 2020 roku babcia obchodzi 77 urodziny, wnuk zaprosi ją na scenę, a cała publiczność będzie śpiewać babci sto lat.
To bardzo ładny, nietypowy, ludzki rys Ralpha. Chłopak który mimo że “robi się” na polskiego Davida Bowie lub Nicka Cave’a, daje nam znać, że te przebieranki na scenie, to jednak nie on, że Ralph to konstrukt, to gra, która być może gdzie niegdzie bardzo blisko ociera się o prawdziwą postać, ale jednak nie jest prawdziwa. Podoba mi się jego muzyka, podobają mi się teksty, zwłaszcza te o miłości, ale najbardziej podoba mi się on sam, człowiek którego nie ma.

Posłuchajmy.

Ważnym elementem w stylizacjach i scenografiach Kaminskiego są “dziwni ludzie” i osoby stare.

W najnowszym klipie, z jesieni tego roku, do piosenki “2009”, utworu o urodzinach Ralpha (skończył 8 listopada 30 lat), artysta wygrywa dwa mity – najpierw on i jego goście odtwarzają ostatnią wieczerzę, a po kolacji tańczą przeraźliwie smutny i rozpaczliwy chocholi taniec. To nasz rok 2020, rok pięknych cyfr i spowodowanej pandemią utraty wolności i radości. Ten klip to opowieść o marności tego, co nas spotkało. Rok się kończy i już wiemy, że nasze wiosenne marzenia o wspólnocie, solidarności i powrocie do prostoty, jakie miały wyniknąć z lockdownu, o tym, że w kanałach Wenecji będą pływały delfiny, a po ulicach spacerować będą flamingi, nie spełniły się i nie spełnią. Byliśmy szalonymi marzycielami. Myśleliśmy, że skończy się przemożna władza pieniądza, że status stanie się mniej ważny niż społeczna empatia, że korporacje upadną i wrócimy do produkcji, w której zjadacz chleba osobiście zna piekarza. Nic z tego się nie zdarzy i Ralph to wie. Czeka nas najpierw pustka i smutek, a potem kryzys i bieda. Wydamy Jezusa na śmierć, a przecież wiemy, że on po raz drugi nie zmartwychwstanie, możemy więc tylko tańczyć trupi taniec, a tego cholernego złotego rogu też przecież nie znajdziemy.