Die längste Sekunde meines Lebens (Erkundung der Stadt)

Christine Ziegler

Die längste Sekunde meines Lebens, sagt man so.

Jetzt weiß ich, dass das stimmt. Dieses subjektive Gefühl, das so gar nichts mit dem zu tun hat, was rings um dich abläuft. In stiller Verwunderung stellst du fest, dass du jetzt bremsen musst und realisierst, dass das nicht stattfindet.

Und nun? Werde ich wieder aufs Rad steigen können?

Na ja, erst mal lernen, wieder ordentlich zu schreiben, eines nach dem anderen, nicht zu ungeduldig sein.

Berlin, Ende November, ein trüber Tag. Ich bin auf dem Heimweg von Steglitz, mit dem Rad. Woher kommt plötzlich dieses Auto vor mir? Falsche Frage. Warum hab ich nicht gebremst? Weiß ich nicht. Handschuhe zu dick? Sicht behindert? Einfach geträumt?

Der Blinker splittert. Irgendein Instinkt hat mich bewogen, das Rad noch am Auto vorbei zu lenken. Nicht dass da noch Platz gewesen wäre, da stand ja noch ein Auto auf dem Parkstreifen.

Woran hatte ich gedacht? Wie schön der Winterabend ist? Wo ich heute noch Briefmarken herbekomme? Was ich am Abend noch machen will? Ist auch alles weg aus meinem Kopf.

Die Hand erhoben, ein Versuch, den Aufprall noch abzufangen. Sieht erst mal erfolgreich aus. Ich komme zum Stehen.

Was ist das jetzt? Weshalb kann ich mit der Linken mein Rad nicht halten? Wie komme ich jetzt runter vom Rad?

Ab sofort geht nichts mehr ohne Hilfe. Der Rettungswagen wird gerufen, Polizei kommt hinzu, ich sitze verstört neben der Trage im roten Auto, die Rettungssanitäter als Hüter um mich herum. Nach einer Weile fahren sie mich ins Krankenhaus.

Das Rad bleibt zurück, angeschlossen an ein Straßenschild, die Nachbarin wird es später abholen.

Sie fädeln mich ein ins Hilfesystem, Daten werden aufgenommen, der Blutdruck gemessen, von irgendwo her kommt ein Kühlpad. Wie groß sind die Schmerzen auf einer Skala von null bis zehn? Was kann ich da sagen?

Nun denn. Erfahrene Rettungsleute sehen meinem Handgelenk schon an, was passiert ist, doch die Röntgenaufnahme bringt dann endgültig die genaue Auskunft: Bruch der Speiche direkt am Handgelenk.

Der Körper ist ein Wunder! Gleich nach dem Bruch fängt die Gesamtheit der Zellen schon an, aufzuräumen. Die Chirurgen helfen „nur“, dem Umbau ein bisschen Struktur zur Seite zu stellen. Wieso weiß so ein Knochen, wie er wieder zusammen kommen soll? Da kommen die Fresszellen und hauen weg, was an Durcheinander entstanden ist. Großes Räumkommando. Dann kommen die Aufbauer und wuchern erst mal wild vor sich hin, um die beiden Teile zu verbinden, ein Kallus entsteht. Erst später kommt Struktur in die Sache. Druck und Zug erzeugen die wunderbare Architektur des Knochens. Wo braucht es noch Material, wo kann es wieder weg.

Das geht nicht von heute auf morgen, jetzt die richtige Balance finden. Nicht überfordern, doch auch nicht nur stillhalten.

Wann sitze ich wohl wieder auf dem Fahrrad?

Eigentlich wollte ich doch eine Jubelgeschichte schreiben auf das Radfahren. Ein Emanzipationsgerät viele mutige Frauen haben davon profitiert. Jetzt muss ich einen Neuanfang wagen, den ich mir jetzt noch nicht vorstellen kann.

Das Radfahren kam nicht so leicht zu mir. Die ersten Übungen auf einer Terrasse, immer direkt auf die Treppe nach unten zu. Ich hatte schon auch Angst. Und irgendwann der Triumph, die Balance funktioniert, es braucht keine Halter und keine Stützräder. Ich fahre, ich fliege!

Ein Können, das erst mal nicht zum Zuge kam. Bis ich die Fähigkeit als Möglichkeit erkannte, mich vom unzulänglichen Busverkehr in der niedersächsischen Pampa unabhängig zu machen. Kampf gegen den Wind, der im Norden immer von vorne kommt. Nächtliche Touren, um die Freiheit auszubauen. Große Ermöglichung.

In der großen Stadt war damit erst mal Ende. So viel Verkehr, wie abschreckend. Und außerdem eine U-Bahn, die einen überall hinbringt, wie bequem.

Dann der gute Weg nach Wilmersdorf, der Verkehr konnte mir egal sein. Und ich hatte wenigstens ein bisschen Ausgleichssport.

Studium, der weite Weg nach Zehlendorf, kein Gedanke dran, das mit dem Rad zu bewältigen. Und sowieso musste ich immer noch Lektüre nachholen.

Sheffield, die großen Steigungen haben mich erst entmutigt, doch dann war es das beste Mittel, um durch die Stadt zu kommen. Bis das Rad unter die Räder gekommen ist, zum Glück ohne mich. Der Landlord hat es repariert, wie großartig!

Am Ende des Jahres die Tour durchs Land nach Harwich, um dort die Fähre nach Hamburg zu erreichen. Die Straßen gehörten mir, was für eine Freiheit.

Fahrrad im Urlaub, die Flüsse entlang. Der wunderbare Wechsel von Natur und Stadt, Staunen an Ökologie und Kultur.

Fahrrad für die kleinen Wege im Alltag. Kreuzberg liegt so manchmal doch noch in der Sackgasse, die Nachbarbezirke sind oft nur mit Umwegen erreichbar.

Die BVG hat mir wieder aufs Rad geholfen! Eine Woche Streik und ich musste doch nach Siemensstadt. Wieder eine Schneise durch Berlin gefunden, der großartige Weg über Charlottenburg und immer entlang der Spree. Freiheit!

Ja und wieder ein Rückschlag. Die Operation am Magen hat mich ängstlich gemacht, vom Rad wollte ich lange nichts wissen. Dann keine Zeit, dauernd anderes zu tun.

Ausgerechnet Corona hat mir wieder in den Sattel geholfen. Die Abstände waren einzuhalten, die U-Bahn war ein spooky place geworden. Freiheit und Genuss, die Gedanken machten Luftsprünge, das lüftete durch.

Ja, da schließt sich der Kreis. Jetzt ich bin sicher, ich werde wieder auf den Sattel steigen. Ich habe so oft wieder angefangen. Und jetzt weiß ich, was es mir Gutes getan hat.

Filozofia praktyczna, odcinek kolejny

Tabor Regresywny

Kiedyś na Wdzydzach mieliśmy bardzo silny szkwał. Tak silny, że nawet Heniu, który dwa razy opłynął Horn, był wystraszony i mówił, że takiej wichury jeszcze nie widział.

Ciekawa dość sprawa.

Wtedy napisałem na facebooku, że po tej kolejnej odsłonie apokalipsy, organizuję ewakuację na Wyspy Szczęśliwe. Wyspy Szczęśliwe to moje przemyślenia o ewakuacji.

Oczywiście, że ewakuacja, ale DOKĄD?

Stwierdziłem, że najbardziej sensowne jest ewakuowanie się na Wyspy Szczęśliwe, bo wszelkie inne kierunki byłyby łatwe do skrytykowania.

Ale chyba nie ma Wysp Szczęśliwych. Może były, ale zostały zagospodarowane przez koncerny turystyczne; mnóstwo uciech kosztem wielu ludzkich nieszczęść.

Ale, za sprawą paru zbiegów okoliczności oraz Aguuli Marzycielki, która nadała zdjęciu mojego wozu tytuł: Kosmos, stwierdziłem, że jednak są Wyspy Szczęśliwe. Jest ich tysiące, może nawet miliony. Wystarczy wieczorem spojrzeć w rozgwieżdżone niebo, żeby je zobaczyć. Myślę, że tam są Wyspy Szczęśliwe. Na to, że tak może być, przytoczę argument z Biblii, który mi się bardzo podoba. Rzecz dzieje się na pustyni. Bóg mówi do Abrahama, żeby wyszedł przed namiot i popatrzył na niebo. Gdy Abraham zobaczył miliony gwiazd, usłyszał jak Bóg powiedział: zobacz tam rozmnożę twoje plemię. Ale najprawdopodobniej ten, kto spisywał biblię, coś pomieszał, albo Abraham był przygłuchawy, bo usłyszał: Tak rozmnożę twoje plemię.

Może tam jest ta ziemia obiecana (ta ziemia obiecana tu na Ziemi nigdy nie była taka obiecana, jak to było obiecane), przyjmijmy, że Wyspy Szczęśliwe są w kosmosie. Pytanie jakie się nasuwa to: Jak się Tam dostać? Ale to pytanie całkowicie zignoruję (odłożę). Postawię inne pytania, bardziej fundamentalne i ważniejsze: Dlaczego nas Tam jeszcze nie ma? Co my tutaj, na tym ziemskim padole jeszcze robimy? Jeżeli faktycznie są Wyspy Szczęśliwe i są nam pisane, to co my tu jeszcze robimy?

Moje doświadczenia z ostatnich lat i droga myślenia, na którą wszedłem, sugerują mi odpowiedź, na którą najłatwiej znowu odwołać się do tekstów biblijnych. Bo z tym jesteśmy obeznani. Otóż w zaleceniu, żebyśmy czynili ziemię sobie poddaną, zobaczyłem ciekawą sprawę. W Biblii tysiąclecia przetłumaczono to jako: ujarzmiajcie ziemię. Z kolei użyję drugiego motywu, w legendarnym ogrodzie, Edenie Bóg mówił do Adama: Będziesz sprawował ten ogród. Z moich doświadczeń wynika, że czynienie ziemi sobie poddaną można realizować na dwa zupełnie odmienne sposoby. Jeden to ujarzmianie i to jest to co ludzie robią z wiadomym skutkiem, a drugi to sprawowanie, które zostało zapomniane, zlekceważone, wyśmiane. Jeżeli w ogóle miało miejsce to zostało całkowicie zignorowane. Widzimy do czego doprowadziło ujarzmianie: wisi nad nami katastrofa klimatyczna, na każdym kroku toniemy w zwałach śmieci, szerzy się pandemia i grozi nam katastrofa gospodarcza.

Po co w to zostaliśmy wkręceni, na co nam to było? Tu pojawiła mi się taka hipoteza, (rozwinięcie tekstu pt. K-utopia), że zanim otworzy się nam droga na Wyspy Szczęśliwe, to mamy do bólu, do końca poznać skutki ujarzmiania, czyli takiego sposobu czynienia ziemi sobie poddanej, który jest bardzo niewłaściwy, ale jednocześnie niebywale kuszący i bardzo dobrze uzasadniony. Myślę, że teraz właśnie doświadczamy skutków tego ujarzmiania nazwanego Oświeceniem, które miało przynieść nam dobrobyt, a przyniosło nieszczęścia.

Teraz mam pytanie: czy jest ten inny sposób, czyli sprawowanie i wydaje mi się, że jest. Myślę, że teraz jest ostatni dzwonek, na spróbowanie tego sposobu. Skutki ujarzmiania ziemi poznaliśmy aż za dobrze. W świetle tego co powiedziałem, moja odpowiedź na pytanie, co my tu robimy, jest bardzo prosta. Przechodzimy tu na ziemi pewną kwarantannę, w czasie której mamy przechorować chorobę, o nazwie Oświecenie, by raz na zawsze zejść z drogi ujarzmiania, byśmy, ewakuując się na Wyspy Szczęśliwe, nie roznieśli tej zarazy po całym kosmosie.

Bronię się przed pokusą poprawiania, ale może powinienem ulec pokusie dedykowania. Dedykuję ten tekst czterem Kasiom, dwóm Jolom i jednej Basi.

O tęsknocie za polskim chlebem, pisaniu książek i morsowaniu

Aleksandra Puciłowska

Pandemia nie przyszła jakoś niespodziewanie. Pamiętam, jak wirus dopiero co pojawił się w Chinach, a u nas już mówiono – że prędzej czy później – przyjdzie do nas. I faktycznie stało się to dość szybko, by przyjąć potem formę lawiny, która powoli, ale bezustannie zaczęła zmieniać nasze życie na zupełnie inne, niż znaliśmy do tej pory. Całe to szaleństwo trwa już ponad rok, co skłoniło mnie do refleksji nad tym, co zmieniło się przez ten dziwny, trudny czas w moim życiu. Na ile koronawirus i to, że świat zmienił się nie do poznania, wpłynęło na mnie i moją codzienność? I czy negatywne doświadczenia można wykorzystać, przekuwając je w coś pozytywnego? Na ile mamy wpływ na to, co dzieje się wokół nas? Te i inne pytania pojawiają mi się w głowie już od jakiegoś czasu. Myślę, że odpowiedzi na nie są ważne, bo mogą sporo powiedzieć nam o nas samych.

Ja dowiedziałam się na przykład, że kocham Polskę. Nawet z tym całym syfem, który się tam obecnie dzieje na tak wielu płaszczyznach. Boli, gdy na to patrzę i nie zachęca do powrotu, ale jednocześnie nie zagłusza tęsknoty. Choćby – jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi – za chrupiącą skórką polskiego, białego chleba. On, cholera!, faktycznie smakuje najlepiej. Od wybuchu pandemii moje wizyty w Polsce ograniczyły się do minimum. To wiąże się między innymi z brakiem ważnego dowodu osobistego. Nie mogę, z jakichś dziwnych, nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów (po odpowiedzi odsyłam do Państwa Przyłębskich), złożyć wniosku o jego wyrobienie w Ambasadzie w Berlinie. A do Polski też nie bardzo mam jak pojechać. Mam więc nieważny dowód i liczę, że do lata gdy ważność traci też mój paszport, będę miała w ręku już obywatelstwo niemieckie z jakimś ważnym dowodem tożsamości.

O ile za dowodem polskim nie tęsknię, to uczucie tęsknoty tkwi w moim sercu. Chciałabym pochodzić po polskich chodnikach, posłuchać wokół siebie ludzi mówiących po polsku. Brakuje mi tego. To ładowało w jakiś magiczny sposób moje akumulatory. Zawsze wracam do Berlina, ale Polką się nie bywa, Polką się jest. Nawet z nieważnym dowodem tożsamości.

Na początku pandemii straciłam pracę. Zwolnili mnie z dnia na dzień. Z firmy, dla której zrobiłam tyle nadgodzin za friko, jak nigdy w całym życiu. Wkurzyłam się, poszliśmy na noże. Ja – która zazwyczaj unika konfrontacji. Ostatecznie wygrałam, co pokazało mi, że jestem silna. I że, jeśli się uprę, to potrafię osiągnąć swój cel, nawet jeśli po drodze nie będzie łatwo. Muszę mieć po prostu odpowiednią motywację. A wypowiedzenie z pracy, gdy świat właśnie ogarnia pandemia i nikt nie wie, czy jego firma to przetrwa – okazało się właśnie tym, czego potrzebowałam.

Poszłam więc za ciosem. Nagle miałam bardzo dużo wolnego czasu. Wysyłałam mejle z podaniem o pracę każdego poranka, a potem dzień stał przede mną otworem. Zajęłam się zatem tym, co zawsze wychodziło mi najlepiej: pisaniem. Czasem siedziałam do 4 nad ranem, nie mogąc się oderwać od historii, która jakoś tak nagle pojawiła mi się w głowie. Nie zrobiłam żadnego planu, usiadłam i zaczęłam pisać, by po kilku zaledwie tygodniach postawić ostatnią kropkę. W ten sposób spełniłam swoje największe marzenie: napisałam książkę. Próbowałam to zrobić wcześniej już wielokrotnie i nigdy nie dotrwałam do końca. Ale nie tym razem – teraz już wiedziałam, że chodzi tylko o motywację.

Tej nie zabrakło mi także potem – premiera książki jeszcze w tym roku, a ja w międzyczasie znalazłam nową, lepiej płatną pracę.

Mam fajnych przyjaciół. Nawet coraz to większe ograniczanie kontaktów społecznych nie przeszkodziło nam w pozostaniu w kontakcie ze sobą. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej doceniliśmy ten czas, który dany nam było spędzić ze sobą w realu. Powiem więcej – zaczęli odzywać się ludzie, z którymi kontakt wcześniej mi się urwał. Szukamy zatem, jako ludzie, kontaktu z drugim człowiekiem. To daje nadzieję na przyszłość. Poczucie wspólnoty – to może nas jedynie uratować.

Skończyłam w tym roku 34 lata. Dzień po moich urodzinach sprawiłam sobie sama prezent i poszłam morsować. Chciałam to zrobić od zawsze, ale wydawało mi się to absolutnie niemożliwe. Ale – sami wiecie – wszystko zależy od… motywacji. Mnie i Adrianowi, który mi towarzyszył, nie przeszkodził nawet lód na jeziorze. Było wspaniale.

Wnioski? Ten dziwny czas, który mamy namieszał sporo w moim życiu. Ale pokazał mi też, że otaczającą nas rzeczywistość, tworzymy my sami. I, że jeśli znajdziemy coś, co będzie nas napędzać, to w końcu osiągniemy to czego chcemy.

Dbajmy o siebie, pozostańcie zdrowi. I weźmy z tego trudnego czasu dla nas to, co najlepsze.

Blutbrüder (5)

Anne Schmidt

8. Der Anwalt   

Kai lässt sich auf den Boden sinken, als sich ein Schlüssel im Türschloss dreht. Dabei verliert er einen Turnschuh, weil die Schnürsenkel fehlen; er musste sie abgeben wegen Suizidgefahr. Er kann sich zwar nicht vorstellen, wie man sich mit Schürsenkeln erhängen kann, aber in total depressivem Zustand sollen es sogar achtzig Kilo schwere Männer geschafft haben.

Rothers, der Wärter, den Kai am sympathischsten findet, kommt herein, grüßt kurz und fesselt Kais Hände auf dem Rücken. “Jahnke wartet,” sagt er, nimmt Kais Arm und schließt die Zellentür ab. Jetzt beginnt das Spießrutenlaufen, vorbei an den geifernden, schreienden und gestikulierenden Männern, die Kais Geschichte vom Personal oder von Besuchern erfahren und weiter verbreitet haben.

Der Schlächter mit dem Engelsgesicht oder das Mörderbübchen nennen sie ihn, wenn er an ihren Türen vorbeischleicht. Sie machen obszöne Bemerkungen, stecken ihre Zungen aus den Gitterfenstern oder sabbern ihre Finger ab. Kai versucht, nicht hinzuschauen, setzt einen Fuß vorsichtig vor den anderen, wenn er die Trppe hinuntergeht und zählt die Stufen.

Im Vernehmungsraum sitzt Jahnke. An seiner Kleidung erkennt Kai, dass der Frühling draussen Einzug gehalten haben muss: Jahnke trägt eine fliederfarbene Krawatte zum gelben Sakko. Er schaut geflissen freundlich von seinem Laptop auf, als Kai und Rothers eintreten.

Kai lässt sich ohne Aufforderung auf den Stuhl jenseits des Tisches fallen und stößt mit seinen Händen an die Rückenlehne. Jahnke nimmt aus seiner Aktentasche ein eingepacktes Käsebrötchen und eine Banane. “Für dich,” sagt er jovial und schiebt die Schrippe zu Kai hinüber. “Wahrscheinlich hast Du wieder nicht gefrühstückt, oder?” Kai nickt, obwohl ihm diese Empathie unangenehm ist. “Keine Angst,” sagt der Anwalt”, ich will nichts von Dir ausser ehrliche Antworten. Am besten ist es vielleicht, wenn ich Fragen stelle, während Du die Schrippe isst. Du beantwortest meine Fragen mit Kopfnicken oder Kopfschütteln”. Kai nickt, merkt, dass er das Brötchen nicht greifen kann und wirft einen hilflosen Blick auf den Wärter.

“Nehmen Sie ihm bitte die Handschellen ab und warten Sie draussen, bis wir hier fertig sind.”   Rothers schließt grummelnd die Handschellen auf und geht geräuschvoll hinaus.

Der Anwalt wartet, bis Kai den ersten Bissen geschluckt hat. Er zieht ein Heft aus der Tasche und beginnt seine Fragen und Kais gestische Antworten in einer Art Kurzschrift zu notieren.

“Deine Mutter hatte nicht viel Zeit für Dich und Deinen Bruder?”  Kai nickt.

“Am Anfang bist Du gern zu Herrn Krause gegangen?” Kai nickt wieder.

“Zuerst fandest Du es angenehm, dass Herr Krause besonders nett zu Dir war?” Kai schüttelt entrüstet den Kopf.

“Du bist nur zu ihm gegangen, weil Du bei ihm den Computer benutzen konntest?” Kai bestätigt. “Du warst nach einigen Wochen spielsüchtig?”

Kai nickt zögernd. Er kaut ganz langsam und nimmt nur kleine Bissen, damit er möglichst lange schweigen kann. Die Frage, warum er – trotz der sexuellen Belästigungen durch Krause – immer wieder zu ihm gegangen und schließlich sogar zu ihm  gezogen ist, kann und will er nicht beantworten.

Jahnke fragt weiter. “Hast Du Drogen genommen?” Na klar, ohne Kokain hätte er die schleimigen Küsse und die schmerzhaften Penetrationen gar nicht ausgehalten. Das Koks hat Krause besorgt, als er die Leidensmiene seines “Schützlings” nicht mehr ertragen konnte und sich etwas mehr Leidenschaft wünschte.

“Sind auch andere Jungen zum Computerspielen gekommen?” Kai nickt. “Hat Krause die anderen auch unsittlich berührt?” Kai nickt wieder.

Jahnke ist irritiert. “Haben die anderen sich das gefallen lassen?” Kai nickt. Jahnke ist sprachlos. “Haben die anderen bemerkt, was Krause mit Dir machte?” Kai zuckt die Schultern. Er hat seinen letzten Bissen runterschlucken müssen; er greift zur rettenden Banane, aber Jahnke zieht sie zurück.

Kai sieht ihn traurig an. Dieses Spiel kennt er. Er senkt den Kopf und schließt Augen und Ohren. Er kann Jahnke nicht erklären, wie enttäuscht er war, als er merkte, dass Felix und Arne kein Zeichen der Erkenntnis von sich gaben, dass sie Andeutungen, die Kai machte, geflissentlich überhörten, dass sie nichts wahrzunehmen vorgaben, wenn sie vor ihren Spielen saßen und sich über jedes überwundene Hindernis ihres Prinzen oder jeden abgeschossenen Panzer lauthals freuten. Die Annäherungen von Krause duldeten sie oder schüttelten sie leichthin ab.

Kai beneidete sie, denn sie konnten nach zwei oder drei Stunden das Spielfeld verlassen und in ihre trauten elterlichen Wohnungen heimkehren.

Fortsetzung in einer Woche

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka… (2)

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

znalezione dla nas przez Zbigniewa Milewicza

Beznadziejna sprawa

Przypominam – kliknijcie w kolejny obrazek i wtedy da się wygodnie poczytać

Chuch świadka

Przez wiele lat po wojnie sądy nie nie dysponowały żadnymi urządzeniami do pomiaru alkoholu w organizmie ludzkim. Kiedy więc w latach 60 stający przed sądem w Mikołowie świadek zachowywał się bardzo dziwnie, sędzia Andrzej Josse powziął wątpliwość co do stanu jego trzeźwości. Poprosił świadka, by ten chuchnął w twarz woźnemu sądowemu. Woźny zapytany następnie, czy czuje zapach alkoholu od świadka, oświadczył, że wyczuł jedynie woń…bigosu.

Potem okazało się jednak, że świadek był długoletnim znajomym woźnego.

No to na drugą nóżkę, na zakończenie tego odcinka:

Czas trzeźwienia

W czasie rozprawy karnej, która toczy się przed Sądem Rejonowym w Katowicach, oskarżony zakłóca tok rozprawy i zachowuje się skandalicznie.

Sędzia Michał M., zorientowawszy się, że oskarżony jest kompletnie pijany, poleca wezwać patrol milicyjny, aby zatrzymać oskarżonego, a następnie zarządza 10-minutową przerwę.

Oskarżony wychodząc z sali rozpraw mruczy pod nosem:
Czy on myśli, że ja przez 10 minut wytrzeźwieję?

Następne historyjki za tydzień

Joice Nankivell, Kraina, której nie było (2)

Lech Milewski

dalszy ciąg wpisu z wczoraj

I mówił znowu Pan do Mojżesza: Powiedz Izraelitom, niech sobie zrobią frędzle na krajach swoich szat, oni i ich potomstwo, i do każdej frędzli użyją sznurka z fioletowej purpury (fringes of blue). Dla was będą te frędzle, a gdy na nie spojrzycie, przypomnicie sobie wszystkie przykazania Pana, aby je wypełnić, Księga Numerów 15:38-40.

Ostatnie spotkanie Kwakrów w Warszawie. 

Dr Hilda Clark, bardzo zasłużona działaczka charytatywna, pogratulowała efektów pracy Towarzystwa w Polsce i opowiedziała o kolejnym kraju potrzebującym pomocy – Grecja.
Grecja zachowała neutralność przez większość I Wojny, w 1917 roku dołączyła do Aliantów.
Gdy wojna się skończyła, Grecja, przy zachęcie Anglii, zaatakowała Turcję – zajęła Smyrnę i spore tereny na zachodzie kraju, planowała zajęcie stolicy kraju – Ankary.

W 1922r sytuacja diametralnie się zmieniła.
Upadło cesarstwo ottomańskie, do głosu doszły elementy postępowe pod przywództwem Kemala Ataturka. Jednocześnie okazało się, że Turcja nadal kontroluje wiele roponośnych terenów, co zyskało jej przychylność zarówno USA jak i ZSRR. Również i Anglii, która z dnia na dzień wycofała swe poparcie dla Grecji.

Dygresja na czasie – książe Andrzej, ojciec niedawno zmarłego księcia Filipa, służył podczas tej wojny w armii greckiej, w randze generała. Nie zgadzał się z agresywną strategią greckiej generalicji, za co obwiniono go o zdradę i aresztowano. Ostatecznie został skazany na wydalenie z kraju. Przezornie wcześniej przeniósł swoją rodzinę na wyspę Korfu i tam właśnie urodził się książe Filip.
Królem Anglii, która odegrała w tej wojnie dwuznaczną rolę, był Jerzy V, dziadek królowej Elżbiety II.

Rezultatem przegranej wojny była rzeź Greków. Ich ostatnią przystanią była Smyrna (obecnie Izmir) gdzie na ewakuację czekało 200 000 Greków i Ormian. Kilka dni po zajęciu miasta przez Turków, wybuchł pożar i rzeź. Ilość ofiar ocenia się na 180 000.

W porcie w Smyrnie zakotwiczonych było wiele statków, głównie angielskich, ale zasada zachowania neutralności nie pozwalała im na udzielenie pomocy, bezradnie oglądali masakrę.
Pierwszy z pomocą pospieszył statek japoński, gdyż Japonia nie miała żadnych interesów w tych okolicach.

W ramach traktatu pokojowego w Lozannie ustalono zasady ewakuacji (1 500 000 Greków z Turcji do Grecji i 400 0000 Turków w odwrotnym kierunku) i tu było pole do działania dla Towarzystwa Przyjaciół. 
Statki z uchodźcami dopływały do Salonik, Towarzystwo już zorganizowało tam obóz – czy jest ktoś chętny do pracy?
Joice podniosła rękę, Sydney poszedł jej śladem.

Na początku maja 1923 roku Joice przyjechała pociągiem do Salonik. Sydney miał dołączyć do niej za kilka miesięcy, po zakończeniu pracy nad projektem szkoły w Brześciu.

Pierwsze kroki były trudne.
Ze swojej pracy na wydziale historii klasycznej Uniwersytetu w Melbourne Joice znała sporo klasycznej greki, która, ku jej zaskoczeniu, okazała się teraz nieprzydatna.
Kwakrzy zaopatrzyli ją w nieco gotówki na pierwsze dni pobytu. Okazało się, że dwa dni przed jej przyjazdem dokonano wymiany pieniędzy i jej zasoby nie były wiele warte, przejazd konną taksówką do obozu uchodźców załatwił jej przyjazny portier w hotelu.
Podczas długiej jazdy taksówkarz rzucił nieco światła na obecną sytuację w Grecji.
– Cały świat będzie pomagał przybywającym tu uchodźcom, a kto pomoże nam, którzy też straciliśmy wszystko podczas wojny?
– Ale to przecież Grecy, wyznają waszą religię – mitygowała go Joice.
– Grecy, religia. Wielu z nich nie zna naszego języka, po latach życia wśród muzułmanów zapomnieli naszej wiary.

Dojechali wreszcie do terenów wojskowego lotniska, na którym piętrzyły się stosy zwłok – ofiary Blackwater Fever (odmiana malarii).

Kilka kilometrów dalej była tablica – Thesalloniki Agricultural Institute and Farm School – po obu stronach flagi – USA i Grecji.

Niebieskie paski – przypomniał jej się komentarz polskiego generała o przeznaczeniu do służby.

Spotkanie z amerykańską multimilionerką ubraną w strój roboczy poprawiło humor.
W magazynie czekano na kolejny pociąg z dostawami odzieży, koców, chininy i szczepionek.

Pierwszą noc spędziła w baraku.
Nastęnego dnia poznała doktora Johna House i jego żonę Susan. Ich motto – specjalizujemy się w rzeczach niemożliwych.
Zorganizowali Joice lekcje greckiego.
Jej główne zajęcia to rozdział odzieży, odwszanie, praca w kuchni i przy wydawaniu posiłków oraz pomoc przy szczepieniach.

W kuchni poznała gorzki smak chleba, do którego z braku mąki dodawano mąkę z żołędzi.
Do zupy z kolei dodawało się bardzo pożywny szarłat, który przypomniał Joice biedę na farmie w Australii.

Z pomocą tłumacza Joice zorganizowała dla przybywających wciąż sierot klasy, gdzie uczono je, jak żyć w Grecji. To była istotna umiejętność. Większość sierot to były dziewczynki, wiele ofiar gwałtu. W ich tradycji rodzinnej kobiety pełniły służebną rolę, nie miały nawet podstawowego wykształcenia, nie były przygotowane do żadnego zawodu. To wszystko musiało się zmienić.
Zaczęto od nauki gotowania, szycia, czytania i pisania, podstawowej opieki medycznej.,

Przy okazji Joice zorientowała się, jak istotne znaczenie dla ludzi w tak tragicznej sytuacji, miała ich tradycyjna wiara – liturgia pełna ceremoniałów i obrzędów, święte obrazy i rzeźby.
Joice musiała hamować zapędy reformatorskie swoich kolegów – surowych, minimalistycznych, protestantów.

Nadchodziła jesień, do Joice dołączył jej mąż, jednocześnie rozpoczęła się epidemia malarii.
Joice dowiedziała się o rybie – gambuzja pospolita, nazywana potocznie – mosquito fish, która masowo niszczyła komary. Dzięki jej staraniom założono liczne stawy hodowli tych ryb i w ciągu kilku lat malaria została wyeliminowana.

W ciągu dwóch lat praca i życie Joice i Sydney’a w Grecji ustabilizowały się, przyszedł czas na wakacje.
Po dwóch dniach podróży dotarli na półwysep Atos, nazwany tak na cześć syna Posejdona. W dali widzieli potężną sylwetkę Góry Atos.
Rozbili namiot w okolicach niewielkiego miasteczka Ouranopolis.
Tam spotkali mnichów z okolic świętej góry, którzy przyjeżdżali kupować kozie mleko.
W Monastycznej Republice Atos (obecnie uznanej oficjalnie przez Unię Europejską) istotom płci żeńskiej wstęp wzbroniony. Zakaz obejmuje więc również kozy. 
Jedyne wyjątki to koty niezbędne do kontroli szczurów i kury, których jajka są potrzebne do malowania ikon.
Wielu mnichów pochodziło z Rosji, skąd uciekli po rewolucji. Zaprosili Sydney’a do klasztoru i pokazali mu bibliotekę zaopatrzoną w księgi zarówno z Bizancjum jak i ze starożytnej Grecji i carskiej Rosji.

Sydney stał się regularnym gościem klasztorów na wyspie, gdzie zwiedzał biblioteki i skarbce.
Joice zaczęła pisać książki, na które nie miała czasu podczas pobytu w Polsce.
Pierwsza to – The fourteen thumbs of St Peter – sensacyjna opowieść inspirowana pobytem w ZSRR. 
Joice wykorzystała swoje wspomnienia z wystawy ateizmu w Moskwie, fakt aresztu przemytniczki relikwii oraz nowopowstały kult Lenina. Podobieństwo kultu boga i wodzów rewolucji było dla niej oczywiste.
Kolejna książka to River of hundred ways – relacja w pracy w Poworsku. Tytułowa rzeka to Prypeć.

Obie książki zainteresowały londyńskich wydawców i Joice otrzymała sporą zaliczkę, której znaczną część przeznaczyła na pomoc dla Ouranopolis – między innymi doprowadzenie wodociągu.

Wkrótce zorganizowała dostawy szczepionek i witamin dla dzieci chorych na malarię i krzywicę.

Nie minęło wiele czasu, a Joice stała się niezastąpionym członkiem miejscowej społeczności – pomoc medyczna, pisanie listów, załatwianie spraw urzędowych, organizacja szkół.
W Ouranopolis znajdowało się jeszcze coś, co zafascynowało Joice i Sydney’a – stara wieża.

Bardzo operatywny burmistrz miasta szybko zorientował się, że stała obecność osób takich jak małżeństwo Loch, to skarb i po krótkim czasie zaproponował im wieczystą dzierżawę wieży. Dzierżawa była poparta rządowym grantem.

Wkrótce małżonkowie doprowadzili wieżę do względnego porządku i przeprowadzili się. Z Salonik sprowadzili elektryka, który założył oświetlenie elektryczne, zasilane generatorem. Pierwszymi gośćmi w wieży byli mnisi z klasztorów na Górze Atos, głównie uciekinierzy z Rosji. Przyciągnęła ich informacja o dobrze wyposażonej bibliotece i dobra kawa. Inni goście to były zazwyczaj osoby proszące o lekarstwa i pomoc medyczną.
Zgłasiła się również do nich pani Zofia Topolska, wdowa po uciekinierze z Rosji, która zaoferowała prowadzenie domu w zamian za gościnę.
Wkrótce okazała się osobą nie do zastąpienia, a wieża w Ouranopolis stała się Instytucją.
Mieszkańcy wsi wiedzieli, że zawsze dostaną tu pomoc medyczną. Często w nocy budziło Joice stukanie do drzwi. Kyria (pani) Loch, doktorika! – dobiegało wołanie matki, która przyniosła chore dziecko.
Joice nawiązała współpracę z lokalnymi znachorkami-położnymi. Znajdowała wiele rozsądku w ludowej medycynie a ze swojej strony starała się wdrożyć zasady higieny i wykorzenić bezsensowne przesądy. 
Z drugiej strony wieża stała się popularnym miejsce urlopów dla licznych przyjaciół z Australii i Anglii. Odwiedził ją również Melchior Wańkowicz.

Jednak głównym wyzwaniem dla Joice była aktywizacja zawodowa kobiet, znalezienie im zajęcia, które podniesie ich pozycję społeczną, wyzwoli je z niewolniczej pracy w domu.
Znalazła – wiele przybyłych z Turcji kobiet wspominało jak spędzały tam wiele czasu na produkcji dywanów. Na początek zamówiła u lokalnego stolarza warsztat tkacki, wkrótce pierwszy, jedwabny, dywan o tureckim wzorze był gotowy. 

Wkrótceokazało się, że wiele kobiet chciałoby się podjąć takiej pracy. Potrzebna była wełna (jedwab był zbyt drogi), barwniki i krosna.

Joice wkrótce przełożyła to na konkretną akcję – znalazła misję Kwakrów, która zapewniła dostawy wełny, zorganizowała lokalną produkcję krosien. Miała wizję stworzenia rozpoznawalnej marki – Pirgos Rugs (woven in Macedonia).
Okazało się jednak, że jest pewien poważny problem – wzornictwo. Wszystkie jej podopieczne znały tylko motywy tureckie, perskie, muzułmańskie, które dla Greków były nie do przyjęcia
Zwróciła się o pomoc do Sydney’a, który miał dostęp do skarbów sztuki bizantyjskiej w klasztorach na Górze Atos. Razem opracowali unikalne wzory.
Przełamanie przesądów zabrało kilka lat, po których Pirgos Rugs zdobyły nagrodę na międzynarodowej wystawie. Za tym ruszyły zamówienia. Joice postarała się aby dotarły do Anglii, USA i Australii.

Lata mijały pracowicie i pogodnie aż nadeszła jesień 1939 – wybuch II Wojny Światowej. 
W Grecji panowała akceptowana przez obywateli dyktatura, która nie uległa naciskowi państw osi.
Pod koniec 1940 roku włoska armia zaatakowała Grecję. Napotkali niespodziewany opór i ostatecznie zostali przegonieni do Albanii. Było to pierwsze zwycięstwo Aliantów w tej wojnie.

Joice i Sydney’a nie było już wtedy w Grecji.
Już w sierpniu 1939 roku otrzymali list od Melchiora Wańkowicza, informujący o mobilizacji w Polsce.
Na Boże Narodzenie 1939 otrzymali telegram z nominacją Sydney’a na szefa Misji Kwakrów w Rumunii. Celem misji był ratunek uciekinierów z Polski.
Joice dostała zadanie zorganizowania opieki nad kobietami i dziećmi.

Pozostawili wieżę pod opieką pani Zofii Topolskiej, w Salonikach dostali bilety do Bukaresztu, gdzie mieli ściśle współpracować z poselstwem angielskim.

Sytuacja była następująca: uciekinierzy z Polski mieli dwie możliwości – zgłosić się do obozu dla internowanych, gdzie istniało ryzyko, że po inwazji Rumunii przez Niemcy lub ZSRR, ich los znacznie się pogorszy. Druga opcja – kupić na czarnym rynku wizy wyjazdowe z Rumunii, a wtedy poselstwo kupi im bilety do Francji. 

Dla odważnych, którzy gotowi byli zaryzykować ucieczkę do Jugosławii, Sydney organizował narty i odpowiednie ubrania.
Święta spędzili przy akompaniamencie polskich kolęd.

W ciągu następnych trzech miesięcy Kwakrzy zorganizowali w Anglii sporą pomoc finansową. Joice i Sydney przełożyli to na zorganizowanie mieszkania i wyżywienia.
Do pomocy dołączyło się wielu zamożnych i wpływowych Rumunów.
Dzięki nim działalność komitetu Save the Poles stała się na tyle widoczna, że król Karol II przyznał Joice Order Elżbiety, a Sydney’owi Order Gwiazdy.
W tej atmosferze zorganizowany został elegancki bal charytatywny, po którym Joice dostała ciekawą propozycję – z uzyskanych funduszy miała zorganizować drukarnię w obozie uchodźców. Propozycja wydawała się nieco ekstrawagancka, ale miała drugie dno – w obozie przebywa zawodowy fałszerz dokumentów, który potrafi wyprodukować wizy wyjazdowe. 
Doświadczenie Sydney’a z organizacji drukarni w Polsce okazało się bardzo przydatne.

Wiosna 1940 – w Bukareszcie pojawiły się bojówki faszystowskiej Żelaznej Gwardii, Hitler zażądał od Rumunii zwiększenia dostaw żywności i ropy naftowej.
Bułgaria i ZSRR zaanektowały rumuńskie tereny przygraniczne.
Ceny poszybowały do góry, dobroczynność Rumunów zmalała.

Trzeba wyprowadzić stąd tysiące polskich uciekinierów – TERAZ.

Sydney został szefem operacji Pied Piper (Flecista z Hamelinu, szczurołap, który z niemieckiego miasteczka Hameln wyprowadził dzieci, grając na flecie).
Cel – wywieźć Polaków na Cypr (Anglia wyraziła zgodę), a stamtąd na Bliski Wschód, głównie do brytyjskiej Palestyny.

We wrześniu pierwsza grupa opuściła pociągiem Bukareszt. Pierwszy przystanek – port Konstanca nad Morzem Czarnym, stamtąd prom do Konstantynopola, a kolejny prom – do Mersin w tureckiej Anatolii.
W Mersin trafiła się okazja – prom Warszawa, który został zakontraktowany przez brytyjską armię do transportu polskich żołnierzy do Palestyny, może zrobić mały skok w bok i przewieźć Joice i uciekinierów z Rumunii na pobliski Cypr.

Na Cyprze Joice spotkała Sydney’a, który przypłynął tu z grupą ponad 1 000 polskich uchodźców.
Pobyt na Cyprze nie trwał długo. Wiosną 1941 Niemcy zaatakowały Grecję, Cypr nie był bezpieczny. Anglia zorganizowała transfer uchodźców do Haify w Palestynie.
Bilans operacji Pied Piper – 2 500 osób uratowanych.

W Haifie Joice mogła zobaczyć na każdym kroku niebieskie paski wspomniane przez polskiego generała…

Star of David

W 1942 roku do Palestyny zaczęli napływać polscy uchodźcy z ZSRR, wyprowadzeni z Armią Andersa. 
Konieczne było założenie obozu Tel Avivie, gdzie było więcej przestrzeni.
Wśród uciekinierów było wiele dzieci – sierot lub odłączonych od rodziców. Wkrótce Joice miała pod opieką około 10 000 dzieci i wdów.
Pzy okazji udało jej się dopilnować istotnej sprawy – wpisania dzieciom do dokumentów statusu żołnierza. To przenosiło finansowy ciężar ich utrzymania na brytyjskie War Office.
Zaliczały się do tego mundury, nawet najmniejsze rozmiary wyglądały karykaturalnie na 12-letnich, wygłodzonych dzieciach

Istotnym problemem był tyfus. Na masowe szczepienia brakowało funduszy, na szczęście grupa polskich uciekinierów zorganizowała występy, dochody wystarczyły na stworzenie laboratorium, w którym znajdujący się w gronie uchodźców naukowcy wkrótce zaczęli produkować szczepionkę.

Od polskich żołnierzy Sydney dowiedział się o zbrodni katyńskiej. Napisał na tej podstawie szczegółowy raport do War Office, licząc, że żołnierska solidarność przełoży to na wymierną pomoc.
Raport zaginął bez śladu. To nie był wygodny dokument w klimacie militarnego sojuszu z ZSRR.

Wiele dzieci chorowało na szkorbut. Potrzebne były witaminy, co nie było proste do załatwienia przez biurokratyczną machinę brytyjskiej armii.
Sydney wymógł wypożyczenie wojskowego samochodu, za godzinę byli w Jaffie – krainie pomarańczy. Już w pierwszym sadzie udało im się kupić na pniu, za 25 funtów, całoroczny zbiór z 12 000 drzew.

Po kilku miesiącach w obozie pojawił się kolejny problem – wiele kobiet zaszło w ciążę, ale po porodzie nie były w stanie karmić swoich dzieci piersią. 
Armia miała proste rozwiązanie – wojskowy przydział mleka w proszku.
Joice zdołała przeforsować zakupy świeżego mleka na pierwsze dziewięć dni życia od lokalnych matek.

Rok 1944 dobiegał końca, krytyczna sytuacja w obozach w Palestynie unormowała się. Anglia uregulowała sprawę migracji uchodźców w obozach w swoich koloniach. Sydney i Joice chcieli dołączyć do tego Australię, ale restrykcyjna polityka migracyjna pozwoliła na to dopiero w 1947 roku.
Przed powrotem do “domu” Joice i Sydney zostali udekorowani przez Polski Rząd na Emigracji złotymi krzyżami zasługi.

Dom – znaczy Grecja.
Sydney dostał list od Towarzystwa Przyjaciół, mianujący go szefem Szkoły Rolniczej, Joice została trochę dłużej, żeby przekazać pracę nowoprzybyłym.
Sydney, na statku do Grecji spotkał reprezentantów nowej generacji pracowników społecznych – świetnie opłacanych i kapryśnych pracowników UNRRA.

U celu zastali kraj kompletnie zniszczony wojnami, tą z Niemcami i domową.
Podczas wojny pozytywnie wyróżnili się greccy partyzanci o przekonaniach komunistycznych i właśnie oni uzyskali główne poparcie militarne Anglii.
Po wojnie nastał nowy porządek – tereny starożytnej Macedonii zostały podzielone między komunistyczne Albanię, Bułgarię i Jugosławię.
Komuniści pozostali w Grecji rozpalali wojnę domową. Liczba greckich ofiar wolny domowej przekroczyła ilość ofiar podczas wojny.

Na gospodarczym froncie – komuniści spustoczyli gospodarstwa rolne.
To był pierwszy kierunek działania – skierować fundusze UNRRA na zakup ziarna i zwierząt hodowlanych.
Minęło wiele miesięcy zanim dotarli do Oraonoupolis.
Wieża stała, ale jej wnętrze było całkowicie rozgrabione i zniszczone. Komuniści zamodrowali panią Zofię, a także wielu osobistych przyjaciół Joice i Sydney’a.
Musiało minąć jeszcze kilka miesięcy, zanim bardzo groźne bojówki komunistyczne przeniosły się do Jugosławii.

Joice uzyskała nieco środków od Towarzystwa na odbudowę zaincjonanych przez nią ośrodków medycznych. Król Grecji osobiście poprosił Joice o aktywizowanie produkcji dywanów, ale nie dał na to żadnych pieniędzy.
Mimo to produkcja ruszyła, ale zbyt w zniszczonej wojną Europie był słaby. Joice i Sydney zaapelowali do przyjaciół na innych kontynentach.

Życie wracało do normy, niestety smutną tego stroną były starość i śmierć. W 1954 r zmarł Sydney, Joice zdała sobie lepiej sprawę, jak wielu jej starych przyjaciół zmarło.
Ogromną podporą dla niej było, że owoce jej pracy w lokalnej społeczności nigdy nie umrą, wciąż będą podejowane przez nowe generacje, które zapamiętają ich początki i twórców.

W ostatnich latach życia Joice dprowadziła do realizacji bardzo istotnej inicjatywy – doprowadzenia do Ouranoupolis szosy i wodociągu.
Jej ostatnie (bardzo popularne) dzieło literackie to Tales of Christopilos – zbiór lokalnych opowieści opowiedzianych przez młodego chłopca i jego osła.

W roku 1962 Joice odwiedziła Melchiora Wańkowicza w Warszawie.

Zmarła wczesną zimą 1982.

Źródła:

Joice Nankivell – The Cobweb Ladder
Joice Nankivell – Solitary Pedestrian
Joice Nankivell – A fringe of blue – autobiografia.
Susanna de Vries – Blue Ribbons, Bitter BreadKLIK
Wikipedia – Joice Nankivell-Loch – KLIK
Kwakrzy – Wikipedia – KLIK

Joice Nankivell, Kraina, której nie było (1)

Lech Milewski

This image has an empty alt attribute; its file name is cobwebladder.jpg

Pajęcza drabina

Chciałbym Państwu przedstawić Australijkę, której dziecięce życzenie, aby po pajęczej drabinie wspiąć się do Krainy, Której nie Było  – spełniło się i to z nawiązką.
Najpierw jednak ja sam musiałem pokonać skomplikowany labirynt covidowych restrykcji, aby wreszcie zostać doprowadzonym przez długi łańcuch bibliotecznych strażników do stołu, na którym, na poduszce, spoczywał pierwszy szczebel mojej wędrówki.

Skąd taka specjalna troska?
Książka wydana w 1915 roku.
Ja jestem odrobinę młodszy i nie potraktowano mnie tak luksusowo.
Zatem i ja będę traktować moich czytelników dość obcesowo i strzelę na początku z działa dużego kalibru – 

J. Nankivell-Loch – A Fringe of Blue.

Oficjalna wizyta generała Focha w Polsce?
To musiało chyba być w roku 1923 – KLIK.
A skąd tam ta osoba o rzadkim (kornwalijskim) nazwisku?
Mało tego, google podpowiedziało mi, że pani Nankivell została wtedy odznaczona Krzyżem Zasługi. 
To chyba uzasadnia moją ciekawość i chęć podzielenia się odkryciami.
Zacznę od początku…

Joice Nankivell urodziła się w 1887 roku w rodzinie właściciela plantacji trzcin cukrowej w Queensland. To zapowiadało początek bardzo wygodnego życia, jednak już po kilku latach nad plantacją zaczęły gromadzić się chmury.
Wujek Joice, który był posłem do parlamentu stanowego, ostrzegł jej ojca, że dyskutowany jest tam projekt zakazujący korzystania z niewolniczej siły roboczej. Na plantacjach trzciny cukrowej byli to Kanacy, mieszkańcy wysp Pacyfiku.

By Unknown photographer, Public Domain, Link

George Nankivell zignorował ostrzeżenie, zresztą nie miał wielkiego pola manewru. Jego, bardzo zamożny ojciec, nie dał synom żadnej finansowej odprawy lecz oddał pod ich zarząd swoje, mocno zadłużone, plantacje.

George nie posłuchał rad, żeby zdobyć jakieś kwalifikacje potrzebne do pracy urzędniczej, krewni i znajomi mogli pomóc znaleźć wygodną posadę, uważał jednak, że siłę czerpie się z ziemi.

W rezultacie plantacja trzciny zbankrutowała, komornik zabrał całe luksusowe wyposażenie rodzinnej rezydencji.
George pojechał do Zachodniej Australii szukać złota, żonę i dzieci (do Joice dołączył brat, Geoff) wysłał do swoich rodziców w Melbourne.

Nankivell seniorzy mieszkali w luksusowej rezydencji w Melbourne, ale była to tylko fasada. Bankructwo w Queensland było dla nich szokiem, wizytę synowej i wnucząt traktowali jak dopust boży.
Siedmioletnia Joice zapamiętała, że w sobotę wieczorem, jej matka, jak każdy ze służących, dostawała tygodniową rację zapałek – 8 sztuk.
Na domiar złego Joice podpatrzyła, że jej babcia jest łysa i nosi perukę. Oczywiście nie omieszkała obwieścić tego przy posiłku i od tego czasu, ilekroć w domu byli goście, wnuczka była wysyłana do swojego, zimnego, pokoju.
W rezultacie mama Edith zwróciła się o pomoc do swojej rodziny i wkrótce wraz z dziećmi przeniosła się do swojej siostry Lily w słonecznym Brisbane (stan Queensland).
To też życie nie była sielanką. Lily była dewotką i absolutnie nie akceptowała stylu życia i sposobu wychowywania dzieci przez swoją siostrę. 
Z tego pobytu Joice zapamiętała codzienne długie modlitwy i wyjścia do kościoła, w niedzielę dwukrotne.

Po roku George Nankivell stracił nadzieję na znalezienie złota i postanowił wrócić do pracy na roli. Kuzyn zaoferował mu pozycję managera na farmie owiec w stanie Wiktoria. Warunkiem było spłacenie długu ciążącego na tej farmie. 
George nie miał żadnego kapitału i nie mógł liczyć na wsparcie ojca. Zgodnie z ówczesnym prawem nie musiał pytać żony o zgodę, więc, bez jej wiedzy, przeznaczył na ten cel cały jej posag.

Dwudniowa podróż pociągiem i dwa dni pobytu w hotelu w Melbourne były ostatnim miłym akcentem tego roku.
Z Melbourne pojechali pociągiem w głąb rolniczego Gippsland, gdzie czekał na nich ojciec i bryczką zawiózł do ich nowej rezydencji.

Drewniana, trzypokojowa, podszyta wiatrem, budka.
Szpary w ścianach uszczelnione starymi gazetami i jutowymi workami. Na klepisku odchody myszy, które były tu głównymi lokatorami.
W dobudowanej do budki budce znajdowała się kuchnia. Tam Edith zorientowała się, że dom nie posiada zbiornika z wodą. Mąż z dumą pokazał jej usprawnienie – wodę czerpało się z rzeki spuszczanym tam na łańcuchu kubłem.
Była właśnie zima, deszczowo i przeraźliwie zimno.
George spędzał większość czasu w siodle, pilnując bydła i owiec. Do Edith należała opieka nad domem i dziećmi. O szkole nie było mowy. Mieszkali na zupełnym pustkowiu, nie mieli żadnych sąsiadów. 
Edith spędzała sporo czasu ucząc dzieci z przezornie przywiezionych starych podręczników.
Na domiar złego okazało się, że Geoff cierpi na astmę.

Jedynym miłym zajęciem dzieci były wyprawy do lasu, czasami połączone z przyrządzeniem posiłku na ognisku i nocowaniem w namiocie. 
To pewnie wtedy powstał pomysł przeniesienia się do Krainy, Której nie Było.

Lato przyniosło istotną zmianę, na gorsze – upały i suszę.
Joice zapamiętała do końca życia wycie umierających z głodu zwierząt i usuwanie ich zarobaczonych zwłok.
Szczęściem w nieszczęściu było sprowadzenie się na farmę również zbankrutowanego brata George’a. Wykazał on więcej troski o Edith i jej dzieci i doradził im aby przeniosły się w bardziej cywilizowane miejsce. Wróciły więc do niezbyt im przychylnej cioci Lily w Queensland.

Po roku George zdecydował się przenieść na mniejszą farmę, w nieco bardziej cywilizowane okolice. Najważniejsze, że w okolicy była szkoła.
Byli też sąsiedzi, towarzystwo dzieci.

Joice zapamiętała wizyty wędrownych kaznodziei przeróżnych denominacji religijnych. Największą atrakcją były wizyty Armii Zbawienia. Ich domem były wozy pokryte plandeką, a towarzyszyła im orkiesta. Z całej okolicy zbiegały się dzieci, biegły za wozem i śpiewały: 
There are no flies on Jeezus,
No flies on Jeezus.
There are no flies on Jeezus,
No bloody flies on him
.

Wyjaśniam, że muchy są wręcz legendarnym utrapieniem Australijczyków.

To może właściwe miejsce żeby wspomnieć, że Joice pisze również kilka razy o kontaktach z Aborygenami. Pisze równie otwarcie jak o tej piosence.
Jednak w obecnych czasach, to co ujdzie w odniesieniu do Jezusa, nie uszłoby w Australii w odniesieniu do Aborygenów, zamilknę więc, gdyż cytowanie tych wspomnień mogłoby spowodować ukrycie książek Joice w jakimś lochu.

Dygresja – z podobnego powodu wymazano z historii staromodną protektorkę Aborygenów, Daisy Bates, o której pisałem na tym blogu – KLIK.

Bardzo istotna dla Joice była kilkumiesięczna wizyta dalekiego kuzyna jej ojca – wybitnego lekarza. Postanowił on spędzić kilka miesięcy w terenie, badając stan zdrowia i poziom opieki lekarskiej w okolicy. Obejmowało to wiele interwencji medycznych, w tym operacje. Joice była jego asystentką i wkrótce zdobyła bardzo istotne kwalifikacje.
Zaczęła snuć marzenia o studiach medycznych, ale kuzyn był bardziej racjonalny – studia są długie i bardzo kosztowne, a status kobiety-lekarza, niski. Wątpi, aby to dało jej satysfakcję.

Atrakcją innego rodzaju było wprowadzenie Joice na arenę panien do wzięcia. Kolejna ciocia zaprosiła Joice na Tasmanię na okres karnawału. Świetna okazja, aby poznać stosownych kawalerów. Joice wzbudziła spore zainteresowanie, ale nie odwzajemniła go. Wprost przeciwnie, po wielu latach obserwacji zmarnowanego życia swojej matki, nie widziała się na ani na farmie, ani jako posłuszna żona.

W tej sytuacji pozostał tylko powrót do dziecięcych marzeń.
Joice napisała cytowaną na wstępie książkę dla dzieci – The Cobweb Ladder. Książka została wysoko oceniona przez wydawcę, który spodziewał się, że będzie ona przebojem na Boże Narodzenie.

To był rok 1914. W lipcu wybuchła wojna.
Nakład książki musiano zmniejszyć z powodu racjonowania papieru, zresztą  należało się spodziewać zmniejszenia popytu. Geoff zglosił się do służby w wojsku i wkrótce został wysłany na europejski front gdzie zginął w drugim roku wojny.

Ojciec Joice zorientował się, że nie ma sensu prowadzić dużej farmy z myślą o przyszłości swoich dzieci, a właściwie już tylko jednego, Joice nie potrzebowała posagu. W tej sytuacji George Nankivell sprzedał farmę hodowlaną i zakupił sady czereśniowe, których prowadzenie nie wymagało wiele wysiłku.

Joice zdecydowała się na przeprowadzkę do Melbourne, gdzie znalazła pracę jako sekretarka na Wydziale Historii Klasycznej tutejszego uniwersytetu. Równocześnie miała roboczy kontakt z redakcjami i wydawnictwami i dzięki temu poznała dobrze zapowiadającego się pisarza – Sydneya de Loghe, który uprościł swoje nazwisko na – Loch.

Sydney Loch pochodził ze szkockiej rodziny arystokratycznej, której z dawnej świetności pozostało tylko nazwisko. Kilka lat wcześniej emigrował do Australii, gdzie spróbował pracy na farmach bydła. Gdy wybuchła wojna, zgłosił się do australijskiej armii i został ranny w bitwie pod Gallipoli. Do końca życia lekko utykał.
Po powrocie do Australii napisał książkę The Straits Impregnable (Cieśnina nie do przebycia), w której opisał wiele przypadków niekompetencji angielskiego dowództwa kampanii.
Przez kilka kilka miesięcy książka była sensacją. Gdy zauważyły ją władze, została natychmiast wycofana z rynku.

Nie minęło wiele czasu, a Joice i Sydney stwierdzili, że są stworzeni dla siebie. 22 lutego 1919 roku wzięli cichy ślub w Melbourne. Joice nie mogła się oprzeć pewnej kobiecej słabości i na świadectwie ślubu podała swój wiek 26 lat (miała już 32).

Miesiąc miodowy spędzili już w Europie, po czym osiedlili się w Anglii. Joice już w Australii nawiązała kontakt z kilkoma redakcjami w Londynie i wkrótce zaczęła publikować wiersze i artykuły o Australii. Sydney poszedł w jej ślady, ale rozglądał się za jakimś poważniejszym wyzwaniem.

Wkrótce je znalazł.
Rok 1920 – w Irlandii toczyła się już drugi rok wojna domowa między irlandzkimi republikanami IRA i Wielką Brytanią. 

Sydney znalazł bardzo wartościowy kontakt – Anglik pracujący dla brytyjskiego wywiadu – major X.
Ta znajomość pomogła w zdobyciu wielu cennych informacji, ale też naraziła Sydney’a i Joice na podejrzenia obu walczących stron. W rezultacie wrócali do Anglii, ale nawet tu dostali ostrzeżenie, że nie są bezpieczni.
Wymiernym efektem pobytu w Irlandii była książka – Ireland in Travail (Bóle przy porodzie Irlandii).

Dokąd teraz?
Oczywistym kierunkiem był Związek Radziecki.
Wszak tam działa się Historia.

Konkurencja na rynku dziennikarskim była jednak zbyt duża. Znajomi zasugerowali kontakt z organizacją charytatywną, konkretnie Society of Friends, bardziej znaną jako Kwakrzy.

Joice i Sydney zaprezentowali się na interview z najgorszej strony – Joice była ubrana modnie i swobodnie, nie byli praktykującymi protestantami, swoje małżeństwo traktowali jako przyjacielski związek.
Być może z tego powodu zaproponowano im mało popularny kierunek – Polskę.
Ich jedynym atutem były kontakty wśród londyńskich wydawców. Towarzystwo Przyjaciół liczyło, że korespondencje z Polski mogą przyciągnąć zamożnych darczyńców.

Na marginesie wspomnę, że świat intelektualny Wielkiej Brytani podczas toczącej się kilka miesięcy wcześniej (1920 rok) wojnie Polsko-Sowieckiej, opowiadał się zdecydowania po stronie ZSRR.
Joice odwiedziła znajomych wydawców w Londynie, ale spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem.
Nikt nie chciał słuchać o polskich ofiarach sowieckiego komunizmu. Anglicy darzyli sympatią ludzi, którzy obalili cara. Komunizm z Leninem na czele miał załatwić wszystkie problemy ludzkości.

Wczesną wiosną 1922 roku Joice i Sydney dojechali pociągiem do Warszawy.

Pierwsze wrażenie – cerkiew w centrum miasta (prawdopodobnie ta na Placu Saskim).
Na dworcu przywitał ich wysoki, elegancki mężczyzna – książe Mieńszykow – emigrant z Rosji.
Książę zaprowadził ich do pałacu Radziwiłłów (obecnie pałac prezydencki lub pałac na Długiej – Instytut Sztuki PAN lub pałac na Miodowej – Ministerstwo Zdrowia), w którym znajdowały się kwatery dla mężczyzn.
Joice została zaprowadzona do znacznie skromniejszej kwatery dla kobiet.
Podczas kilku dni pobytu w Warszawie, Joice zawarła istotną znajomość, poznała Melchiora Wańkowicza.

Warunki pracy:
7 dni w tygodniu, nienormowany czas pracy, zapewnione mieszkanie i transport, niewielkie kieszonkowe. Wszelkie dochody z pracy dziennikarskiej mają oddawać Towarzystwu Przyjaciół

Docelowe miejsce pracy to gospodarstwa na Wschodzie, z których z powodu wojny i rewolucji uciekło kilka milionów ludzi. Teraz wracają, bez niczego, w fatalnym stanie zdrowia, wielu zmarło na tyfus.
Co miesiąc do Polski przyjeżdżał pociąg z pomocą – mleko skondensowane, odżywki dla niemowląt, koncentrat mięsny Bovril, sardynki w puszce.
Sydney został wkrótce wydelegowany na wschód (miejscowość Selecz?) gdzie miał zorganizować akcję wypożyczania koni. Rolnicy mogli wypożyczyć od armii konie do wykorzystania przy orce. Rezultat był taki, że po kilku dniach koń wracał zagłodzony i kompletnie wyczerpany. Sydney zaproponował aby dostarczać grupę koni dla całej wsi i aby im towarzyszył fachowy opiekun. Rezultaty były bardzo dobre.
Kolejny projekt to zaopatrzenie w drewno do odbudowy gospodarstwa. Rolnik miał prawo wycięcia 35m3 z państwowego lasu jednak zbiurokratyzowany system działał bardzo nieefektywnie. Sydney załatwił przejęcie całej biurokracji przez Kwakrów. Z Anglii sprowadzili maszyny drukarskie i wkrótce projekt ruszył do przodu.
W tym czasie Joice została zatrudniona w stacji odwszania (Powalski delousing station??).
Stacja przyjmowała uchodźców polskich, białoruskich, ukraińskich i żydowskich. Pracownicy ubrani byli w czarne kalosze i srebrne fartuchy, wyposażeni w nożyczki, brzytwy i butelki ze środkami do dezynfekcji. Całe dni spędzali w kłębach pary, otoczeni przez nagich, chudych jak szkielety pacjentów pokrytych “białą kurtyną wszy”.
Racja żywności dla personelu: rano – czarna herbata i kromka chleba, wieczorem – rzadki kapuśniak, kromka chleba, pół puszki sardynek.
Joice zrezygnowała z porannej kromki chleba na rzecz swoich podopiecznych, którzy odbywali tu kwarantannę.
Efektem tych doświadczeń była seria artykułów, która zaowocowała zorganizowaniem pociągu z dostawą żywności, leków i prezentów na Święta.

Co dwa miesiące odbywało się spotkanie w Warszawie, a to było okazją, by spotkać się z mężem.
Miejsce spotkań – sala balowa pałacu Radziwiłłów.
Relacjonowano postęp prac i dyskutowano nowe projekty.
Po obradach uczestnicy przechodzili do jadalni, gdzie ubrana w liberia służba podawała wodnistą zupę wzmocnioną koncentratem bovril oraz jarzyny w ryżem. Posiłek popijano wodą serwowaną w rodzinnych kryształach Radziwiłłów.

Jesienią Joice i Sydney zostali przeniesieni do misji w Poworsku (Wołyń, 30 km od Kowla) nad Prypecią. 

Sydney zajął się organizacją produkcji pługów, które będą potrzebne podczas wiosennej orki.
Joice została zatrudniona jako pomoc medyczna (felczerka?).
Początek listopada – stan zdrowia zarówno ochotników Towarzystwa Przyjaciół jak i miejscowej ludności był tragiczny. Również Joice zachorowała na dezynterię.

Właśnie wtedy Joice stwierdziła, że jest w ciąży. Przeniesiono ją do Warszawy, ale ciąży nie udało się uratować.

Swoją działalność w Poworsku opisali później w książce – The River of a hundred Ways.

Środek zimy, działalność Towarzystwa Przyjaciół zamarła.
Sydney i Joice dostali urlop i prezent – delegację do biura Towarzystwa w Moskwie.

Po opuszczeniu Mińska, ostatniej stacji na polskim terytorium, pociąg wyraźnie zwolnił, wreszcie stanął na bezkresnym stepie. Maszynista i konduktor przeszli po przedziałach zbierając pieniądze “na szybkość”.
W pociągu nie było wagonu restauracyjnego, tylko samowar. Jedzenie można było kupić na stacjach, gdzie pasażerów otoczały żebrzące, zagłodzone dzieci.
Dodatkowych emocji dostarczyło im wkroczenie do ich przedziału policji, która aresztowała podróżującą z Londynu młodą dziewczynę. Z uwag pasażerów zorientowali się, że była ona podejrzewana o przemyt relikwii z Rosji do Anglii.

Na dworcu w Moskwie czekała na nich przedstawicielka Towarzystwa Przyjaciół i zawiozła ich do hostelu, który znajdował się w zrujnowanym pałacu nieopodal Kremla.
Tu dowiedzieli się, że Towarzystwo współpracuje ściśle z międzynarodowym komitetem pomocy prowadzonym przez Fridtjofa Nansena, który zdołał zyskać poparcie wielu krajów europejskich.
Udało mu się zabezpieczyć duże dostawy kukurydzy, niestety bardzo zawodny transport spowodował, że wiele dostaw nie dotarło w terminie do celu i zmrożona kukurydza nie zakiełkowała na wiosnę.
Dowiedzieli się również, że spore ilości dostarczanej z Europy żywności są odsprzedawane przez komunistów, głównie do Niemiec, jako spłata pożyczki, z której finansowano Rewolucję.

W niedzielę ludzie, którzy nie otrzymywali kartek na żywność – arystokraci, kułacy – tłoczyli się na placach, próbując sprzedać pozostałości po dawnych czasach, niektórym nie pozostało już nic innego tylko żebrać. Jednocześnie całkiem dobrze funkcjonowały eleganckie restauracje, które wypełniali oficjele partyjni i “nepowcy” – beneficjenci Nowej Ekonomicznej Polityki (NEP). Dobrze funkcjonowały też instytucje kulturalne, energicznie działała kulturalna awangarda.

Joice i Sydney odwiedzili operę, gdzie wystawiano Lohengrina w nowoczesnej, kubistycznej, scenerii. Bilety były śmiesznie tanie, co miało zachęcać klasę robotniczą.
Dodatkowym punktem pobytu była wizyta w Buzułuk, gdzie Kwakrzy prowadzili zakład opiekuńczy dla 16.000 dzieci.
Sydney podzielił się swoimi pomysłami z Polski, Joice włączyła się do pomocy pielęgniarkom.

Po powrocie do Moskwy zdążyli jeszcze obejrzeć wystawę ateizmu, zorganizowaną przez gazetę Bezbożnik.
Na wystawie zgromadzono eksponaty demonstrujące bogactwo kościoła i jego zakłamanie – relikwie, wśród nich aż trzy całuny, w które zawinięte było ciało Jezusa, 14 kciuków św. Piotra.

Towarzystwo Przyjaciół poprosiło Joice i Sydneya, aby nie publikowali żadnych materiałów na temat warunków życia w ZSRR, gdyż poskutkują one likwidacją ich działalności.

Wrócili do Warszawy, gdzie na ulicach topniały resztki śniegu.
Wiosna spełniła wiele nadziei, program odbudowy gospodarstw zaowocował ponad tysiącem domów, do gospodarstw dostarczono pługi. Jesienne siewy zapowiadały dobry plon. 
Joice i Sydney otrzymali zaproszenia do Belwederu na ceremonię podziękowania Kwakrom za ich pracę w Polsce. Oboje otrzymali krzyże zasługi.

Oznaczało to również koniec ich działalności. Większość cieszyła się na myśl o powrocie do domów, do rodzin. Joice i Sydney zdali sobie sprawę, że nie mają do czego wracać.
Sydney potrzebował jeszcze kilku miesięcy, aby zakończyć projekt utworzenia szkoły rolniczej w pobliżu Brześcia nad Bugiem, Joice była wolna.
Melchior Wańkowicz poradził im, aby osiedlili się w Polsce, ale po ostatniej zimie tęsknili za cieplejszym klimatem.

W ostatnich dniach pobytu w Warszawie wzięli udział w spotkaniu Towarzystwa Przyjaciół podsumowującego działalność w Polsce.

Ciąg dalszy jutro

Źródła:

Joice Nankivell – The Cobweb Ladder
Joice Nankivell – Solitary Pedestrian
Joice Nankivell – A fringe of blue – autobiografia.
Susanna de Vries – Blue Ribbons, Bitter BreadKLIK
Wikipedia – Joice Nankivell-Loch – KLIK
Kwakrzy – Wikipedia – KLIK

Reblog. Czas czereśni. Czas wiśni.

Ewa Maria Slaska

Hanami, czereśnie, wiśnie i chodzenie po mieście

W tym roku nie obchodziliśmy w Berlinie Hanami, japońskiego święta kwitnącej wiśni, ale w kilku miejscach w mieście można po prostu oszaleć, tak właśnie jest lub było różowo i pięknie. Zresztą u mnie za oknem też rośnie wielkie stare drzewo, o którym ja twierdzę, że to wiśnia, a przyjaciel, ogrodnik-amator, że czereśnia. Ale czy to ważne…

Część z tych wiśni posadzili nam (czyli Berlinowi) Japończycy, np. nad Teltowkanal, gdzie jest aleja tysiąca kwitnących drzew. To bardzo piękne zajęcie na weekend majowy – spacer pod baldachimem kwitnących drzew. A właśnie kwitną. Właściwie to mieliśmy obchodzić Hanami już przed dwoma tygodniami, ale zimna była wiosna w tym roku i kwitną dopiero teraz.
Jeśli chcecie tam pojechać, najlepiej wsiąść w autobus 184 przed dworcem Südkreuz (autobus jedzie do Lichterfelde Ost) i dojechać prawie do końca, do przystanku Schwelmer Str. Przejść na drugą stronę ulicy i kilka metrów do przodu (dalej w kierunku jazdy) i już zobaczycie… Można też pojechać autobusem M85 z Hauptbahnhof do końca i dojść jeden przystanek na piechotę.

Piękny jest czas, kiedy kwitną wiśnie. Pisałam już o tym wiele lat temu, i już raz reblogowałam. Teraz rebloguję to po raz drugi. W roku 2013 napisałam.

To, że dziś właśnie posłuchamy Czasu wiśni zawdzięczam(y) facebookowej grupie założonej przez Anatola Borowika: “Fani Bułata Okudżawy… łączcie się!” Grupa przypomina nie tylko Okudżawę, ale również i inne piękne utwory muzyczne i poetyckie. Czas wiśni, przypomniany przez Marynę Bersz Szturo Over, bez problemów znalazłam na youtubie po francusku i po niemiecku, z trudem, i tylko dzięki temu, że piosenka w wersji oryginalnej pojawia się w japońskim filmie Szkarłatny pilot w reżyserii Hayao Miyazaki, znalazłam angielską wersję tekstu. Polskiej nie ma. Ani w wersji muzycznej, ani słownej, co dziwne i ciekawe, bo Le temps de Cerises to jeden z najczęściej coverowanych utworów na świecie. Zrobiłam więc tłumaczenie sama…

Le temps de Cerises

Le Temps des cerises est une chanson de 1866, paroles de Jean-Baptiste Clément, musique d’Antoine Renard. Interprétation: Yves Montand.
Cette chanson est si fortement associée à la Commune de Paris que, dans les esprits, elle fut écrite pour elle. Pourtant elle fut écrite sous Napoléon III avant même la guerre de 1870.

Tak, ta zwykła prosta francuska piosenka o miłości, ludowy przebój o tym, że kocham, choć czas czereśni i miłości jest krótki i przemija, ja jednak kocham i nawet jeśli te czereśnie i ta miłość minęły, wiem, że kiedyś powróci następna miłość… Ta ludowa piosenka nabrała specjalnego znaczenia podczas rewolucji Komunardów w 1870 roku. Jak to opowiada podczas koncertu wieczny wojownik Wolf Bierman, którego interpretację przypominam poniżej, był to pierwszy w Europie moment, w którym to lud powiedział, czego chce. Komuna przegrała, ale komunardzi i ich zwolennicy wierzyli, że walka się nie skończyła, że będziemy walczyć i kiedyś zwyciężymy. I wtedy właśnie piosenka o miłości i czereśniach stała się symbolem tej wiary w zwycięstwo. Nie zmieniono w niej ani jednego słowa, to tylko śpiewający wiedzieli, że śpiewają o czymś innym.

Dopisek 1: Rok 2017. Dziś, po czterech latach po opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu, w czerwcu 2017, dedykuję tę piękną piosenkę o lecie, czereśniach, miłości i zwycięstwie, nam wszystkim, Polakom, którzy wierzą (i wiedzą), że skoro pokonaliśmy zaborców, Hitlera i komuchów, to przetrwamy i szaleństwo Kaczyńskiego.

Dopisek 2: Rok 2021. Po następnych czterech latach od tamtego reblogu nie jestem już taka pewna, że pokonamy Kaczyńskiego. Do niedawna myśleliśmy, że jeśli tak będzie, to zrobią to kobiety. Teraz po rozpadzie lewicy na tę sprzedajną, liberalną i tę wierną pryncypiom, okazało się, że kobiety też się obrzucają wyzwiskami i kłócą, co oczywiście przypomina tę słynną scenę z Żywota Briana:
– Kto jest naszym największym wrogiem?, pyta retorycznie dowódca Narodowego Frontu Judei.
– Noooo, Rzymianie, odpowiadają niepewnie działacze.
– Nie, zaprzecza przywódca. Naszym głównym wrogiem jest oczywiście Ruch Wolnej Galilei.

Le temps de Cerises

Quand nous chanterons, le temps des cerises
Et gai rossignol et merle moqueur
Seront tous en fête.
Les belles auront la folie en tête
Et les amoureux du soleil au coeur
Quand nous chanterons, le temps des cerises
Sifflera bien mieux le merle moqueur.

Mais il est bien court le temps des cerises
Où l’on s’en va deux cueillir en rêvant
Des pendants d’oreilles,
Cerises d’amour aux robes pareilles
Tombant sous la feuille en gouttes de sang.
Mais il est bien court le temps des cerises
Pendant de corail qu’on cueille en rêvant.

Quand vous en serez au temps des cerises
Si vous avez peur des chagrins d’amour
Evitez les belles!
Moi qui ne crains pas les peines cruelles
Je ne vivrai point sans souffrir un jour.
Quand vous en serez au temps des cerises
Vous aurez aussi des peines d’amour.

J’aimerai toujours le temps des cerises
C’est de ce temps là que je garde au coeur
Une plaie ouverte.
Et Dame Fortune en m’étant offerte
Ne pourra jamais fermer ma douleur,
J’aimerai toujours le temps des cerises
Et le souvenir que je garde au coeur.

Couplet ajouté pendant la guerre de 1871

Quand il reviendra le temps des cerises
Pendores idiots magistrats moqueurs
Seront tous en fête.
Les bourgeois auront la folie en tête
A l’ombre seront poètes chanteurs.
Mais quand reviendra le temps des cerises
Siffleront bien haut chassepots vengeurs.

Time of cherries

When we sing of the time of cherries,
gay nightingales and mocking blackbirds will celebrate,
pretty girls will have folly in their heads,
and lovers, sunshine in their hearts.
When we sing of the time of cherries,
the mocking blackbird will sing better.

But it is very short, the time of cherries,
where some go to gather earrings in a dream,
cherries of love in similar gowns
falling beneath the leaves like drops of blood.
But it is very short, the time of cherries,
coral pendants which one gathers in a dream.

When you are in the time of cherries,
if you fear the sorrows of love, avoid the pretty girls.
I, who do not fear the cruel distress,
I will never live a day without suffering.
When you are in the time of cherries,
you will also have the distresses of love.

I will always love the time of cherries,
it’s from those times that I hold in my heart an open wound,
and the offerings of lady luck
can never soothe my suffering.
I will always love the time of cherries,
and the memory I hold in my heart

***

Czas czereśni

Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
słowiki, i kosy i drozdy
śpiewają – w głowie
dziewczyny szaleństwo mają
a kochankowie słońce w sercu
Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
kosy i drozdy lepiej śpiewają

Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy zbieramy we śnie wiśnie
i czereśnie w podobnych sukienkach
spadające z gałęzi jak krople krwi
Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy koralowe korale zbieramy we śnie

Jeśli lękasz się bólu omijaj we śnie
dziewczyny, wiśnie i czereśnie,
Lecz ja, ja nie lękam się goryczy
bo każdy mój dzień nosi jej smak
Gdy żyjesz w czasie wiśni, strzeż się
bo miłość może ci poranić serce.

Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
choć z tamtych czasów krwawy pozostał ślad.
A to co dzisiaj daje miłość
Nie ukoi tego, czego wtedy było brak.
Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
i nosił pamięć o nim w sercu i w snach.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

Zapiski na mankietach 2

Tibor Jagielski

Geriatric Clinic of Doctor Klaus von Strohsack, Black Forest, Germany

A young reporter of NYT hear that in a famous Geriatric Clinic of Doctor Klaus von Strohsack, Black Forest, Germany, live more then one over hundred years and sexually active men.
She takes the plane and fly to Europe to make a good story.
At the place, wonderful, old castle in the mountains, she meet a group of old men
they work or walk in pretty, full of flowers and fruit trees, garden.
She go to the man looking very old and ask:
– Hello, can you say me how old you are?
– I’m 103 years old, my child
– Great! And can I ask you something very private?
– No matter, try…
– How long you are sexually active?
– 99
– Wow! Congratulations! And what is a secret of so successfully way of life?
– I try all the time gymnastics and drank only yoghurt.
– Thank you very much!, she leave the old man and go to the next
– Hello, can you say me how old you are?
– I’m 105 years old, drank yoghurt and try gymnastic.…
– And can I…
– 100!
– Marvellous!, she shakes the micro and went to the next one
– I’m 98, active till 96, gymnastic and yoghurt
– Very good!, she says and turns to the one, which looks much older, than the others and ask
– And how long stay you active, dear mister?
– I’m into.
– Amazing! And what is your secret?
– All the time beer.
– ???!!! And… how old are you, great master?
– 36.

Ten rysunek, dzieło Autora, został podpisany Haus Abo-Moen. A te na końcu wpisu: Krab i Rapperswill.

Sałatka wodnika

1 miska młodych wodorostów
1 bukiecik drobno pokrojonego koperku
do tego
4 dorodne pomidory, pokroić w dzwonka
2 cukinie pokrojone w plastry,
które przysmażyć na patelni z oliwą, tymiankiem, gałązką rozmarynu i szałwią
i odstawić na moment w ciepłe miejsce (przy ognisku – w popiele)
do miski wrzucić pomidory, posiekany koperek i sos:
2 ząbki czosnku rozdusić i wymieszać
z 4 łyżkami oliwy
dodać
2 łyżki stołowe ostrej musztardy
i wymieszać
1 cytryna (sok)
cukier, sól do smaku

wszystkim ostrożnie wstrząsnąć
i posypać przysmażoną cukinią

podawać najlepiej z prażonym nad ogniem pumperniklem
tudzież dobrze zmrożonym aquavitem i pinot noir najlepiej z alzacji

smacznego!

a na deser krokusy i przebiśniegi w sosie poziomkowym
(asti spumante, sambucca i espresso)

PS. zamiast wodorostów można użyc queller (solirody)
https://de.wikipedia.org/wiki/Queller
(w Anglii i Holandii do nabycia w supermarketach, właśnie zaczął się sezon)

Akurat niedawno pisał o tym faz:
https://www.faz.net/aktuell/rhein-main/region-und-hessen/kochen-mit-queller-gemuese-von-der-salzwiese-17292764.html

***
Autor sam mnie sprowokował do wtrącania mu się we wpis, bo przysłał mi kartkę z wiatrakiem. Dodaję więc dwa inne wiatraki znalezione w Berlinie oraz niebieską kartkę (z Dulcyneą?), którą przysłały Joanna i Tania, nasze blogowe autorki-podróżniczki. I informuję, że w mojej ulubionej książce kucharsko-literackiej Yummy books mówi się o pewnym (nieznanym mi zresztą) bohaterze literackim (Sprzysiężenie osłów Johna Kennedy’ego Toola), że był skrzyżowaniem szalonego Olivera Hardy, Don Kichota i Tomasza z Akwinu. I opychał się donatami.

Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

Apeirogon von Colum McCann

Vor ungefähr dreißig Jahren waren wir in Israel, eine längere Reise, zu Gast bei Freunden in Jerusalem und mit dem Bus unterwegs, kreuz und quer durch das kleine, sehr interessante Land. Es war die Zeit der ersten Intifada, wir durften hier und da nicht hinfahren, nicht hingehen. Schon damals fiel uns auf, wie stark Israel militarisiert war; auf den Busbahnhöfen standen immer junge Soldaten mit Maschinenpistolen herum, auch in den Bussen wurden wir von ihnen begleitet, sogar am Strand von Eilat lagen neben uns junge Soldatinnen, neben ihnen ihre Gewehre, die länger und größer schienen als sie selbst. Zu der Reisegeschichte gehört auch unser Missgeschick; wir waren in Be´er Scheva in den Bus gestiegen, um nach Jerusalem zu kommen – leider in den falschen Bus. Der fuhr durch Hebron, wo Autoreifen brannten; alle mussten aussteigen dort und das war gar nicht lustig, eher fühlte sich alles sehr gefährlich und bedrohlich an. Ein paar Tage danach wurden wir auf dem Platz vor der al agsa Moschee mit Steinen beworfen (aber sanft, die Steine waren klein), weil wir uns an den Händen hielten. Unvergessen sind uns auch die Verhöre am Flughafen geblieben, als ob wir, die wir unvernünftigerweise mit der TAROM, einer rumänischen Fluglinie (wegen des billigen Preises), von Berlin nach Tel Aviv geflogen waren, irgendwelche Agenten böser Mächte seien. Ja, das Land schien mir schon damals etwas übermilitarisiert aber doch unheimlich anziehend und spannend. In Jerusalem hatte man den Eindruck, dass auf jedem Quadratmeter alle möglichen Kulturen, Religionen, Hautfarben, sprich Menschen lebten. Auf Polnisch konnte man sich fast überall verständigen, auch haben einige alte Damen mit uns Deutsch gesprochen, Englisch war Standard bei den Jüngeren.

Dann las ich 2008 das Buch Das Recht auf Rückkehr von Leon de Winter; es war ein schüchterner Blick in die Zukunft von Israel. Es fielen Sätze wie „Das kleine jüdische Land war zu einem Stadtstaat von der Fläche von Groß-Tel-Aviv plus einem Sandkasten zusammengeschrumpft“ und „Die palästinensischen Araber hatten die Juden mit ihren Gebärmüttern besiegt“; es wurden einfach viel mehr Palästinenser als Juden geboren. Die Aussichten für Israel aber auch für die ganze westliche Welt waren hier eher düster, in Europa, laut de Winter, würde Polen die führende Nation werden, das habe ich mir gemerkt und, dass Israel mit neuen Technologien und technologischen Entwicklungen die arabische Invasion zu stoppen versuchte. Irgendwelche DNA-Analysen erlaubten, jeden sofort zu identifizieren und zu orten, auch wurden die Bürger des kleinen Staates durch Nachverfolgen ihrer Bewegungen (über ihre Smartphones und durch Drohnen) ständig beobachtet und doch ereigneten sich Fälle wie der in dem Roman beschriebene: ein Attentat auf einen jüdischen Checkpoint, begangen von einem Attentäter, der weil er jüdischer Abstammung war, trotz der DNA-Kontrollen, trotz der ganzen Maschinerie der Rüstung und militärischen Kontrolle nicht rechtzeitig identifiziert worden war.

Vor kurzem las ich dann das Buch Apeirogon von Colum McCann (2020 auf Deutsch erschienen), das mich betroffen und nachdenklich machte. Es ist ein sehr artifiziell konzipiertes und kompliziertes Buch; der Schriftsteller schreibt: „Apeirogon ist ein Hybrid-Roman, in dem das meiste erfunden ist, eine Erzählung, die wie jede Erzählung Spekulation, Erinnertes, Tatsachen und Phantasie verwebt“. Die Hauptgeschichte ist eigentlich eher schlicht und beruht auf wahren Begebenheiten; der Konflikt zwischen Israelis und Palästinensern wird anhand der Lebensgeschichten zweier Väter dargestellt, die durch widrige Umstände mit dem Tod ihrer Töchter leben mussten. Der Israeli Rami Elhanan verlor seine Tochter Smadar, 13 Jahre alt, durch ein Selbstmordattentat eines Palästinensers, im Jahr 1997. Der Palästinenser Bassam Aramin verlor seine Tochter Abir, gerade 10 Jahre alt, zehn Jahre später durch den Schuss eines israelischen Grenzsoldaten mit einem Gummigeschoß in den Hinterkopf des Mädchens. Die beiden Väter trauerten und trauern, waren voll Hass für die jeweils andere Seite und doch gelang es ihnen ihren Hass und ihre Verzweiflung zu überwinden; sie traten dem parent circle und den combatants for peace, gehen in die Schulen, in verschiedene Organisationen an wirklich unterschiedlichsten Orte, auch in der ganzen Welt, und erzählen ihre Geschichte. Dieses Erzählen wirkt für sie, wie eine Art Therapie, sie werden Freunde und glauben wirklich daran, dass der unmögliche Zustand der Besatzung überwunden werden kann und sie wieder in normalen Verhältnissen leben können. Es ist auch die Geschichte von der Fähigkeit der Menschen zu verzeihen, sich dem anderen zuzuwenden, ihn als Persönlichkeit wahrzunehmen, ihm auch bei schwierigen Situationen beizustehen. Wir erfahren, dass Bassam irgendwann einen Zivilprozess gewinnt, auch dank der ständigen Hilfe von vielen Israelis, nachdem das Militär zuvor versucht hatte, alles zu vertuschen, und er vom israelischen Staat ein hohes Schmerzensgeld bekommt.

Das ist in Kürze die Handlung des Romans; doch er umfasst 1001 kleine oder wirklich kleinste Kapitel, die zunächst von Kapitel 1. bis 500. gehen und dann ab der Mitte des Buches wieder zurück laufen. Die Kapitel betreffen nicht alle, sogar viele gar nicht, die Haupthandlung direkt, sie entstehen, wie mir scheint, durch freie Assoziation; wie Mosaiksteinchen fügen sie sich zusammen, manchmal durch sehr entfernte Beobachtungen, Informationen, Zitate, Beschreibungen.

Warum der Titel Apeirogon? Der Autor schreibt in Kapitel 95: „Apeirogon: eine Figur mit einer zählbar unendlichen Menge von Seiten“. Kap. 94.: „Von griechisch apeiron: das Unbegrenzte, das Unbestimmte“. Weiter in Kap. 93.: „Als Ganzes nähert sich ein Apeirogon der Form eines Kreises an, ein kleines Stück erscheint hingegen, in vergrößerter Ansicht als grade Linie. Man kann innerhalb des ganzen überall hingelangen. Jeder Punkt ist erreichbar. Alles ist möglich, sogar das scheinbar Unmögliche. Gleichwohl ist auf jedem Weg zu einem beliebigen Punkt immer die Form in ihrer Gesamtheit beteiligt, auch die Bereiche, von denen wir noch keine Vorstellung haben“.

So entstehen die Kapitel des Buches, sie wachsen immer weiter. Sie betreffen alle Bereiche des Lebens: Vogelbeobachtungen, Bemerkungen über Peter Brook und seine Theatertruppe, die das Stück Die Konferenz der Vögel aufführte, in dem alle Vögel dieser Welt zusammenkommen, um darüber zu entscheiden, wer ihr König sein soll; über die Vögel als Symbole des Friedens, ihr Tod an der von Israelis errichteten Mauer, die Bemühungen, eben die Vögel zu retten. In Kapitel 16 heißt es im zweiten Teil: „Vögel kommunizieren vor allem akustisch, denn ihre Laute – singen, rufen, pfeifen, piepen, zwitschern, krächzen, klappern, trällern – werden an Orte getragen, die weit außerhalb der Sichtweite liegen.“ Es gibt längere Geschichten über Musik, auch über moderne Musik, über andere Kulturen, über Sprachen und Aussprache, die Geschichte des Hebräischen, über Bibelauslegung (dass Jesus das Kreuz nicht hätte durch die Jerusalemer Altstadt tragen können), über Einstein und Freud und deren Briefwechsel, Beschreibungen der Reisen der Helden, ihrer Familien (z.B. darüber dass Ramis Frau Nurit Peled-Elhanan, eine Friedensaktivistin und Universitätsprofessorin, 2001 den Sacharow-Preis bekommt, gemeinsam mit dem palästinensischen Hochschuldozenten und Schriftsteller Izzat Ghazzawi, der zwei Jahre nach dieser Auszeichnung, „innerlich gebrochen“ stirbt), über Demonstrationen der Friedensaktivisten, die Jerusalemer Stadtgeschichte, Entstehung von Groß-Jerusalem mit den kleinen palästinensischen Dörfern, den Waffenhandel und die Entwicklung von immer intelligenteren und zielgenaueren Waffen, auch eine Geschichte über Michail Timofjewitsch Kalaschnikow, der kurz vor seinem Tod in einem Brief an der Patriarchen der russisch-orthodoxen Kirche schrieb, er wolle wissen, ob er für den Tod so vieler Menschen verantwortlich sei, über die Errichtung der Check-points und deren Ausbau. Über den Mauerbau gibt es interessante Kapitel: Die Mauerarbeiter waren überwiegend Palästinenser. In Kapitel 407 heißt es: “Fünf Jahre lang war auf keiner anderen Baustelle in der Gegend so viel Geld zu verdienen: die Arbeiter nannten sie die Schekelmauer“, über Wasserknappheit usw., usw…

Manchmal gingen mir die freien Assoziationen fast zu weit, z.B. wenn der Autor über die Vorliebe des ehemaligen französischen Staatspräsidenten François Mitterand für Ortolane, kleine Singvögel, die als Delikatesse gelten, schreibt und darüber, dass er sich noch acht Tage vor seinem Tod solche hatte servieren lassen, über die ganze Prozedur wie man die Vögel mästet, vorbereitet und zubereitet. Ein Satz, den der kranke Mitterand gesagt haben soll, macht aber dann doch den Zusammenhang sichtbar: „Das einzig Interessante ist, zu leben“.

Dennoch erlaubt diese Art, über den Konflikt zu schreiben, der so tief verwurzelt scheint, dass man den Knoten gar nicht, nie und nimmer, lösen kann, ein kleines Fenster zu öffnen, einen fernen Ausblick auf eine hoffnungsvolle Zukunft zu geben, auf ein friedliches Zusammenleben, das für beide Seiten als einziger Ausweg bleibt. In der Mitte des Buches, in Kapitel 1001 erzählt der Autor ein Märchen aus einem anderen Leben: „Vor nicht allzu langer Zeit, in einem nicht allzu fernen Land fuhr Rami Elhanan, Israeli, Jude, Graphikdesigner, verheiratet mit Nurit, […] Vater […] und der verstorbenen Smadar […] zum Kloster Cremisan in der mehrheitlich von Christen bewohnten Stadt Bait Dschala, […] um sich dort mit Bassam Aramin zu treffen, Palästinenser, Muslim, Ex-Häftling, Aktivist, geboren in der Nähe von Hebron […] und Vater der verstorbenen Abir, die als zehnjährige von einem namenlosen israelischen Grenzpolizisten in Ostjerusalem erschossen wurde, knapp zehn Jahre nachdem Ramis Tochter Smadar, zwei Wochen vor ihrem vierzehnten Geburtstag, im Westen der Stadt drei Selbstmordattentätern zum Opfer fiel […], die an einem ganz normalen, nebligen, recht kühlen Tag Ende Oktober von weit her, aus Belfast und Kyushu, Paris und North Carolina, Santiago und Brooklyn, Kopenhagen und Terezin, in das rote Backsteinkloster […] gekommen sind, um Bassams und Ramis Geschichten zu lauschen und darin eine andere Geschichte, ein Lied der Lieder zu finden, in dem sie sich selbst entdecken – du und ich, in der steingefliesten Kapelle, in der wir stundenlang gespannt, hoffnungslos, zuversichtlich, verstört, zynisch, betroffen, schweigend zuhören, während die Erinnerungen über uns hereinstürzen, unsere Synapsen tanzen und wir uns in der vordringenden Dunkelheit all die Geschichten ins Gedächtnis rufen, die noch erzählt werden müssen.“ Dieses Märchen aus 1001 Nacht passiert doch in der Wirklichkeit und das ist die doch sehr hoffnungsvolle Botschaft dieses Buches. Kapitel 25: „Tausendundeine Nacht: eine List, um im Angesichts des Todes zu überleben“.

Damit ist ein Skelett für den Roman beschrieben aber nicht das Buch als solches, denn man findet in den unzähligen Kapiteln viele sehr interessante Informationen. Ein volles, gigantisches Buch, das ich wärmstens empfehle.