Joice Nankivell, Kraina, której nie było (1)

Lech Milewski

Pajęcza drabina

Chciałbym Państwu przedstawić Australijkę, której dziecięce życzenie, aby po pajęczej drabinie wspiąć się do Krainy, Której nie Było  – spełniło się i to z nawiązką.
Najpierw jednak ja sam musiałem pokonać skomplikowany labirynt covidowych restrykcji, aby wreszcie zostać doprowadzonym przez długi łańcuch bibliotecznych strażników do stołu, na którym, na poduszce, spoczywał pierwszy szczebel mojej wędrówki.

Skąd taka specjalna troska?
Książka wydana w 1915 roku.
Ja jestem odrobinę młodszy i nie potraktowano mnie tak luksusowo.
Zatem i ja będę traktować moich czytelników dość obcesowo i strzelę na początku z działa dużego kalibru – 

J. Nankivell-Loch – A Fringe of Blue.

Oficjalna wizyta generała Focha w Polsce?
To musiało chyba być w roku 1923 – KLIK.
A skąd tam ta osoba o rzadkim (kornwalijskim) nazwisku?
Mało tego, google podpowiedziało mi, że pani Nankivell została wtedy odznaczona Krzyżem Zasługi. 
To chyba uzasadnia moją ciekawość i chęć podzielenia się odkryciami.
Zacznę od początku…

Joice Nankivell urodziła się w 1887 roku w rodzinie właściciela plantacji trzcin cukrowej w Queensland. To zapowiadało początek bardzo wygodnego życia, jednak już po kilku latach nad plantacją zaczęły gromadzić się chmury.
Wujek Joice, który był posłem do parlamentu stanowego, ostrzegł jej ojca, że dyskutowany jest tam projekt zakazujący korzystania z niewolniczej siły roboczej. Na plantacjach trzciny cukrowej byli to Kanacy, mieszkańcy wysp Pacyfiku.

By Unknown photographer, Public Domain, Link

George Nankivell zignorował ostrzeżenie, zresztą nie miał wielkiego pola manewru. Jego, bardzo zamożny ojciec, nie dał synom żadnej finansowej odprawy lecz oddał pod ich zarząd swoje, mocno zadłużone, plantacje.

George nie posłuchał rad, żeby zdobyć jakieś kwalifikacje potrzebne do pracy urzędniczej, krewni i znajomi mogli pomóc znaleźć wygodną posadę, uważał jednak, że siłę czerpie się z ziemi.

W rezultacie plantacja trzciny zbankrutowała, komornik zabrał całe luksusowe wyposażenie rodzinnej rezydencji.
George pojechał do Zachodniej Australii szukać złota, żonę i dzieci (do Joice dołączył brat, Geoff) wysłał do swoich rodziców w Melbourne.

Nankivell seniorzy mieszkali w luksusowej rezydencji w Melbourne, ale była to tylko fasada. Bankructwo w Queensland było dla nich szokiem, wizytę synowej i wnucząt traktowali jak dopust boży.
Siedmioletnia Joice zapamiętała, że w sobotę wieczorem, jej matka, jak każdy ze służących, dostawała tygodniową rację zapałek – 8 sztuk.
Na domiar złego Joice podpatrzyła, że jej babcia jest łysa i nosi perukę. Oczywiście nie omieszkała obwieścić tego przy posiłku i od tego czasu, ilekroć w domu byli goście, wnuczka była wysyłana do swojego, zimnego, pokoju.
W rezultacie mama Edith zwróciła się o pomoc do swojej rodziny i wkrótce wraz z dziećmi przeniosła się do swojej siostry Lily w słonecznym Brisbane (stan Queensland).
To też życie nie była sielanką. Lily była dewotką i absolutnie nie akceptowała stylu życia i sposobu wychowywania dzieci przez swoją siostrę. 
Z tego pobytu Joice zapamiętała codzienne długie modlitwy i wyjścia do kościoła, w niedzielę dwukrotne.

Po roku George Nankivell stracił nadzieję na znalezienie złota i postanowił wrócić do pracy na roli. Kuzyn zaoferował mu pozycję managera na farmie owiec w stanie Wiktoria. Warunkiem było spłacenie długu ciążącego na tej farmie. 
George nie miał żadnego kapitału i nie mógł liczyć na wsparcie ojca. Zgodnie z ówczesnym prawem nie musiał pytać żony o zgodę, więc, bez jej wiedzy, przeznaczył na ten cel cały jej posag.

Dwudniowa podróż pociągiem i dwa dni pobytu w hotelu w Melbourne były ostatnim miłym akcentem tego roku.
Z Melbourne pojechali pociągiem w głąb rolniczego Gippsland, gdzie czekał na nich ojciec i bryczką zawiózł do ich nowej rezydencji.

Drewniana, trzypokojowa, podszyta wiatrem, budka.
Szpary w ścianach uszczelnione starymi gazetami i jutowymi workami. Na klepisku odchody myszy, które były tu głównymi lokatorami.
W dobudowanej do budki budce znajdowała się kuchnia. Tam Edith zorientowała się, że dom nie posiada zbiornika z wodą. Mąż z dumą pokazał jej usprawnienie – wodę czerpało się z rzeki spuszczanym tam na łańcuchu kubłem.
Była właśnie zima, deszczowo i przeraźliwie zimno.
George spędzał większość czasu w siodle, pilnując bydła i owiec. Do Edith należała opieka nad domem i dziećmi. O szkole nie było mowy. Mieszkali na zupełnym pustkowiu, nie mieli żadnych sąsiadów. 
Edith spędzała sporo czasu ucząc dzieci z przezornie przywiezionych starych podręczników.
Na domiar złego okazało się, że Geoff cierpi na astmę.

Jedynym miłym zajęciem dzieci były wyprawy do lasu, czasami połączone z przyrządzeniem posiłku na ognisku i nocowaniem w namiocie. 
To pewnie wtedy powstał pomysł przeniesienia się do Krainy, Której nie Było.

Lato przyniosło istotną zmianę, na gorsze – upały i suszę.
Joice zapamiętała do końca życia wycie umierających z głodu zwierząt i usuwanie ich zarobaczonych zwłok.
Szczęściem w nieszczęściu było sprowadzenie się na farmę również zbankrutowanego brata George’a. Wykazał on więcej troski o Edith i jej dzieci i doradził im aby przeniosły się w bardziej cywilizowane miejsce. Wróciły więc do niezbyt im przychylnej cioci Lily w Queensland.

Po roku George zdecydował się przenieść na mniejszą farmę, w nieco bardziej cywilizowane okolice. Najważniejsze, że w okolicy była szkoła.
Byli też sąsiedzi, towarzystwo dzieci.

Joice zapamiętała wizyty wędrownych kaznodziei przeróżnych denominacji religijnych. Największą atrakcją były wizyty Armii Zbawienia. Ich domem były wozy pokryte plandeką, a towarzyszyła im orkiesta. Z całej okolicy zbiegały się dzieci, biegły za wozem i śpiewały: 
There are no flies on Jeezus,
No flies on Jeezus.
There are no flies on Jeezus,
No bloody flies on him
.

Wyjaśniam, że muchy są wręcz legendarnym utrapieniem Australijczyków.

To może właściwe miejsce żeby wspomnieć, że Joice pisze również kilka razy o kontaktach z Aborygenami. Pisze równie otwarcie jak o tej piosence.
Jednak w obecnych czasach, to co ujdzie w odniesieniu do Jezusa, nie uszłoby w Australii w odniesieniu do Aborygenów, zamilknę więc, gdyż cytowanie tych wspomnień mogłoby spowodować ukrycie książek Joice w jakimś lochu.

Dygresja – z podobnego powodu wymazano z historii staromodną protektorkę Aborygenów, Daisy Bates, o której pisałem na tym blogu – KLIK.

Bardzo istotna dla Joice była kilkumiesięczna wizyta dalekiego kuzyna jej ojca – wybitnego lekarza. Postanowił on spędzić kilka miesięcy w terenie, badając stan zdrowia i poziom opieki lekarskiej w okolicy. Obejmowało to wiele interwencji medycznych, w tym operacje. Joice była jego asystentką i wkrótce zdobyła bardzo istotne kwalifikacje.
Zaczęła snuć marzenia o studiach medycznych, ale kuzyn był bardziej racjonalny – studia są długie i bardzo kosztowne, a status kobiety-lekarza, niski. Wątpi, aby to dało jej satysfakcję.

Atrakcją innego rodzaju było wprowadzenie Joice na arenę panien do wzięcia. Kolejna ciocia zaprosiła Joice na Tasmanię na okres karnawału. Świetna okazja, aby poznać stosownych kawalerów. Joice wzbudziła spore zainteresowanie, ale nie odwzajemniła go. Wprost przeciwnie, po wielu latach obserwacji zmarnowanego życia swojej matki, nie widziała się na ani na farmie, ani jako posłuszna żona.

W tej sytuacji pozostał tylko powrót do dziecięcych marzeń.
Joice napisała cytowaną na wstępie książkę dla dzieci – The Cobweb Ladder. Książka została wysoko oceniona przez wydawcę, który spodziewał się, że będzie ona przebojem na Boże Narodzenie.

To był rok 1914. W lipcu wybuchła wojna.
Nakład książki musiano zmniejszyć z powodu racjonowania papieru, zresztą  należało się spodziewać zmniejszenia popytu. Geoff zglosił się do służby w wojsku i wkrótce został wysłany na europejski front gdzie zginął w drugim roku wojny.

Ojciec Joice zorientował się, że nie ma sensu prowadzić dużej farmy z myślą o przyszłości swoich dzieci, a właściwie już tylko jednego, Joice nie potrzebowała posagu. W tej sytuacji George Nankivell sprzedał farmę hodowlaną i zakupił sady czereśniowe, których prowadzenie nie wymagało wiele wysiłku.

Joice zdecydowała się na przeprowadzkę do Melbourne, gdzie znalazła pracę jako sekretarka na Wydziale Historii Klasycznej tutejszego uniwersytetu. Równocześnie miała roboczy kontakt z redakcjami i wydawnictwami i dzięki temu poznała dobrze zapowiadającego się pisarza – Sydneya de Loghe, który uprościł swoje nazwisko na – Loch.

Sydney Loch pochodził ze szkockiej rodziny arystokratycznej, której z dawnej świetności pozostało tylko nazwisko. Kilka lat wcześniej emigrował do Australii, gdzie spróbował pracy na farmach bydła. Gdy wybuchła wojna, zgłosił się do australijskiej armii i został ranny w bitwie pod Gallipoli. Do końca życia lekko utykał.
Po powrocie do Australii napisał książkę The Straits Impregnable (Cieśnina nie do przebycia), w której opisał wiele przypadków niekompetencji angielskiego dowództwa kampanii.
Przez kilka kilka miesięcy książka była sensacją. Gdy zauważyły ją władze, została natychmiast wycofana z rynku.

Nie minęło wiele czasu, a Joice i Sydney stwierdzili, że są stworzeni dla siebie. 22 lutego 1919 roku wzięli cichy ślub w Melbourne. Joice nie mogła się oprzeć pewnej kobiecej słabości i na świadectwie ślubu podała swój wiek 26 lat (miała już 32).

Miesiąc miodowy spędzili już w Europie, po czym osiedlili się w Anglii. Joice już w Australii nawiązała kontakt z kilkoma redakcjami w Londynie i wkrótce zaczęła publikować wiersze i artykuły o Australii. Sydney poszedł w jej ślady, ale rozglądał się za jakimś poważniejszym wyzwaniem.

Wkrótce je znalazł.
Rok 1920 – w Irlandii toczyła się już drugi rok wojna domowa między irlandzkimi republikanami IRA i Wielką Brytanią. 

Sydney znalazł bardzo wartościowy kontakt – Anglik pracujący dla brytyjskiego wywiadu – major X.
Ta znajomość pomogła w zdobyciu wielu cennych informacji, ale też naraziła Sydney’a i Joice na podejrzenia obu walczących stron. W rezultacie wrócali do Anglii, ale nawet tu dostali ostrzeżenie, że nie są bezpieczni.
Wymiernym efektem pobytu w Irlandii była książka – Ireland in Travail (Bóle przy porodzie Irlandii).

Dokąd teraz?
Oczywistym kierunkiem był Związek Radziecki.
Wszak tam działa się Historia.

Konkurencja na rynku dziennikarskim była jednak zbyt duża. Znajomi zasugerowali kontakt z organizacją charytatywną, konkretnie Society of Friends, bardziej znaną jako Kwakrzy.

Joice i Sydney zaprezentowali się na interview z najgorszej strony – Joice była ubrana modnie i swobodnie, nie byli praktykującymi protestantami, swoje małżeństwo traktowali jako przyjacielski związek.
Być może z tego powodu zaproponowano im mało popularny kierunek – Polskę.
Ich jedynym atutem były kontakty wśród londyńskich wydawców. Towarzystwo Przyjaciół liczyło, że korespondencje z Polski mogą przyciągnąć zamożnych darczyńców.

Na marginesie wspomnę, że świat intelektualny Wielkiej Brytani podczas toczącej się kilka miesięcy wcześniej (1920 rok) wojnie Polsko-Sowieckiej, opowiadał się zdecydowania po stronie ZSRR.
Joice odwiedziła znajomych wydawców w Londynie, ale spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem.
Nikt nie chciał słuchać o polskich ofiarach sowieckiego komunizmu. Anglicy darzyli sympatią ludzi, którzy obalili cara. Komunizm z Leninem na czele miał załatwić wszystkie problemy ludzkości.

Wczesną wiosną 1922 roku Joice i Sydney dojechali pociągiem do Warszawy.

Pierwsze wrażenie – cerkiew w centrum miasta (prawdopodobnie ta na Placu Saskim).
Na dworcu przywitał ich wysoki, elegancki mężczyzna – książe Mieńszykow – emigrant z Rosji.
Książę zaprowadził ich do pałacu Radziwiłłów (obecnie pałac prezydencki lub pałac na Długiej – Instytut Sztuki PAN lub pałac na Miodowej – Ministerstwo Zdrowia), w którym znajdowały się kwatery dla mężczyzn.
Joice została zaprowadzona do znacznie skromniejszej kwatery dla kobiet.
Podczas kilku dni pobytu w Warszawie, Joice zawarła istotną znajomość, poznała Melchiora Wańkowicza.

Warunki pracy:
7 dni w tygodniu, nienormowany czas pracy, zapewnione mieszkanie i transport, niewielkie kieszonkowe. Wszelkie dochody z pracy dziennikarskiej mają oddawać Towarzystwu Przyjaciół

Docelowe miejsce pracy to gospodarstwa na Wschodzie, z których z powodu wojny i rewolucji uciekło kilka milionów ludzi. Teraz wracają, bez niczego, w fatalnym stanie zdrowia, wielu zmarło na tyfus.
Co miesiąc do Polski przyjeżdżał pociąg z pomocą – mleko skondensowane, odżywki dla niemowląt, koncentrat mięsny Bovril, sardynki w puszce.
Sydney został wkrótce wydelegowany na wschód (miejscowość Selecz?) gdzie miał zorganizować akcję wypożyczania koni. Rolnicy mogli wypożyczyć od armii konie do wykorzystania przy orce. Rezultat był taki, że po kilku dniach koń wracał zagłodzony i kompletnie wyczerpany. Sydney zaproponował aby dostarczać grupę koni dla całej wsi i aby im towarzyszył fachowy opiekun. Rezultaty były bardzo dobre.
Kolejny projekt to zaopatrzenie w drewno do odbudowy gospodarstwa. Rolnik miał prawo wycięcia 35m3 z państwowego lasu jednak zbiurokratyzowany system działał bardzo nieefektywnie. Sydney załatwił przejęcie całej biurokracji przez Kwakrów. Z Anglii sprowadzili maszyny drukarskie i wkrótce projekt ruszył do przodu.
W tym czasie Joice została zatrudniona w stacji odwszania (Powalski delousing station??).
Stacja przyjmowała uchodźców polskich, białoruskich, ukraińskich i żydowskich. Pracownicy ubrani byli w czarne kalosze i srebrne fartuchy, wyposażeni w nożyczki, brzytwy i butelki ze środkami do dezynfekcji. Całe dni spędzali w kłębach pary, otoczeni przez nagich, chudych jak szkielety pacjentów pokrytych “białą kurtyną wszy”.
Racja żywności dla personelu: rano – czarna herbata i kromka chleba, wieczorem – rzadki kapuśniak, kromka chleba, pół puszki sardynek.
Joice zrezygnowała z porannej kromki chleba na rzecz swoich podopiecznych, którzy odbywali tu kwarantannę.
Efektem tych doświadczeń była seria artykułów, która zaowocowała zorganizowaniem pociągu z dostawą żywności, leków i prezentów na Święta.

Co dwa miesiące odbywało się spotkanie w Warszawie, a to było okazją, by spotkać się z mężem.
Miejsce spotkań – sala balowa pałacu Radziwiłłów.
Relacjonowano postęp prac i dyskutowano nowe projekty.
Po obradach uczestnicy przechodzili do jadalni, gdzie ubrana w liberia służba podawała wodnistą zupę wzmocnioną koncentratem bovril oraz jarzyny w ryżem. Posiłek popijano wodą serwowaną w rodzinnych kryształach Radziwiłłów.

Jesienią Joice i Sydney zostali przeniesieni do misji w Poworsku (Wołyń, 30 km od Kowla) nad Prypecią. 

Sydney zajął się organizacją produkcji pługów, które będą potrzebne podczas wiosennej orki.
Joice została zatrudniona jako pomoc medyczna (felczerka?).
Początek listopada – stan zdrowia zarówno ochotników Towarzystwa Przyjaciół jak i miejscowej ludności był tragiczny. Również Joice zachorowała na dezynterię.

Właśnie wtedy Joice stwierdziła, że jest w ciąży. Przeniesiono ją do Warszawy, ale ciąży nie udało się uratować.

Swoją działalność w Poworsku opisali później w książce – The River of a hundred Ways.

Środek zimy, działalność Towarzystwa Przyjaciół zamarła.
Sydney i Joice dostali urlop i prezent – delegację do biura Towarzystwa w Moskwie.

Po opuszczeniu Mińska, ostatniej stacji na polskim terytorium, pociąg wyraźnie zwolnił, wreszcie stanął na bezkresnym stepie. Maszynista i konduktor przeszli po przedziałach zbierając pieniądze “na szybkość”.
W pociągu nie było wagonu restauracyjnego, tylko samowar. Jedzenie można było kupić na stacjach, gdzie pasażerów otoczały żebrzące, zagłodzone dzieci.
Dodatkowych emocji dostarczyło im wkroczenie do ich przedziału policji, która aresztowała podróżującą z Londynu młodą dziewczynę. Z uwag pasażerów zorientowali się, że była ona podejrzewana o przemyt relikwii z Rosji do Anglii.

Na dworcu w Moskwie czekała na nich przedstawicielka Towarzystwa Przyjaciół i zawiozła ich do hostelu, który znajdował się w zrujnowanym pałacu nieopodal Kremla.
Tu dowiedzieli się, że Towarzystwo współpracuje ściśle z międzynarodowym komitetem pomocy prowadzonym przez Fridtjofa Nansena, który zdołał zyskać poparcie wielu krajów europejskich.
Udało mu się zabezpieczyć duże dostawy kukurydzy, niestety bardzo zawodny transport spowodował, że wiele dostaw nie dotarło w terminie do celu i zmrożona kukurydza nie zakiełkowała na wiosnę.
Dowiedzieli się również, że spore ilości dostarczanej z Europy żywności są odsprzedawane przez komunistów, głównie do Niemiec, jako spłata pożyczki, z której finansowano Rewolucję.

W niedzielę ludzie, którzy nie otrzymywali kartek na żywność – arystokraci, kułacy – tłoczyli się na placach, próbując sprzedać pozostałości po dawnych czasach, niektórym nie pozostało już nic innego tylko żebrać. Jednocześnie całkiem dobrze funkcjonowały eleganckie restauracje, które wypełniali oficjele partyjni i “nepowcy” – beneficjenci Nowej Ekonomicznej Polityki (NEP). Dobrze funkcjonowały też instytucje kulturalne, energicznie działała kulturalna awangarda.

Joice i Sydney odwiedzili operę, gdzie wystawiano Lohengrina w nowoczesnej, kubistycznej, scenerii. Bilety były śmiesznie tanie, co miało zachęcać klasę robotniczą.
Dodatkowym punktem pobytu była wizyta w Buzułuk, gdzie Kwakrzy prowadzili zakład opiekuńczy dla 16.000 dzieci.
Sydney podzielił się swoimi pomysłami z Polski, Joice włączyła się do pomocy pielęgniarkom.

Po powrocie do Moskwy zdążyli jeszcze obejrzeć wystawę ateizmu, zorganizowaną przez gazetę Bezbożnik.
Na wystawie zgromadzono eksponaty demonstrujące bogactwo kościoła i jego zakłamanie – relikwie, wśród nich aż trzy całuny, w które zawinięte było ciało Jezusa, 14 kciuków św. Piotra.

Towarzystwo Przyjaciół poprosiło Joice i Sydneya, aby nie publikowali żadnych materiałów na temat warunków życia w ZSRR, gdyż poskutkują one likwidacją ich działalności.

Wrócili do Warszawy, gdzie na ulicach topniały resztki śniegu.
Wiosna spełniła wiele nadziei, program odbudowy gospodarstw zaowocował ponad tysiącem domów, do gospodarstw dostarczono pługi. Jesienne siewy zapowiadały dobry plon. 
Joice i Sydney otrzymali zaproszenia do Belwederu na ceremonię podziękowania Kwakrom za ich pracę w Polsce. Oboje otrzymali krzyże zasługi.

Oznaczało to również koniec ich działalności. Większość cieszyła się na myśl o powrocie do domów, do rodzin. Joice i Sydney zdali sobie sprawę, że nie mają do czego wracać.
Sydney potrzebował jeszcze kilku miesięcy, aby zakończyć projekt utworzenia szkoły rolniczej w pobliżu Brześcia nad Bugiem, Joice była wolna.
Melchior Wańkowicz poradził im, aby osiedlili się w Polsce, ale po ostatniej zimie tęsknili za cieplejszym klimatem.

W ostatnich dniach pobytu w Warszawie wzięli udział w spotkaniu Towarzystwa Przyjaciół podsumowującego działalność w Polsce.

Ciąg dalszy jutro

Źródła:

Joice Nankivell – The Cobweb Ladder
Joice Nankivell – Solitary Pedestrian
Joice Nankivell – A fringe of blue – autobiografia.
Susanna de Vries – Blue Ribbons, Bitter BreadKLIK
Wikipedia – Joice Nankivell-Loch – KLIK
Kwakrzy – Wikipedia – KLIK

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.