…tak se gramy po festynach

Autor wpisu sprzed tygodnia o tym, co się zdarzyło (i nadal zdarza) w śródmieściu pewnego dużego polskiego miasta (TU). Tym razem jako autor piosenek.

Szymon Dominiak-Górski

Ja (czyli ten po prawej) i ten w głębi sceny (Michał Kłos – basista) gramy na gitarach zrobionych przez mojego przyjaciela Jacka Kobylskiego, który struga takie gitki pod nazwą Nexsus. To legenda polskiej sceny – ten od Nexusa oczywiście 😉 Na jego wiosłach grają wszyscy znani basiści (a jak nie grają, to przynajmniej słyszeli o tym lutniku). Ten ciemnobrązowy bas jest zrobiony z hebanu  – nie ma takiej drugiej gitary. 

Drugi gitarzysta, Marcin (po lewej stronie sceny), odszedł z kapeli; gra na Gibsonie SG (ale chyba nie oryginalnym). Garowy – Marek Radkowiak gra ze mną od 30 lat – strasznie się kłócimy. No i na wokalu Monika Jar. Świetny głos, choć mało rockowy – to żona generała Korpusu NATO ze Szczecina z Niemiec. Fajni ludzie 🙂  

Te piosenki pisałem jakieś 30 lat temu (są też nowe oczywiście). Są zbyt liryczne na muzykę rockową i zbyt rockowe na poezję śpiewaną czy coś tam ;), więc tak se gramy po festynach. Często do pustej widowni. Mamy radochę, bo to fajne. Mieliśmy, bo po pandemii nie wróciliśmy do prób.

Wysłane z iPhone’a

Pisane na kanapie 

W lovcie
 
w lovcie
w pokoście
po kostki 
w nagości
zapodziani 
na bani
piliśmy odurzenie 
o smaku malin 
 
palce błądziły 
na oślep 
skrwawione 
 
bit złośnik huczał basem
już dawno uschły kwiaty
 
krwawe guzy
na bongu
wygrzewał mózg chory
 
duszno było od złudzeń
któreśmy milcząc ssali
a jęk tylko wówczas 
wybuchał w otchłani
gdym kłamał sam sobie
że o to właśnie chodzi

Projekt Bobowska. Krieg (2)

UWAGA UWAGA ACHTUNG ACHTUNG!!! DIE VERANSTALTUNG WURDE VERSCHOBEN / WYDARZENIE W NOWYM TERMINIE!!!

DIENSTAG / WTOREK 13.09.2022 – 18:00


Fehlende Hälfte der Geschichte. Irena Bobowska, die vergessene Heldin.
Die Veranstaltungsreihe „Fehlende Hälfte der Geschichte“ ist ein Versuch, die polnisch-deutsche Geschichte zu vervollständigen, indem es an Frauen erinnert – vergessene Heldinnen, die aus den Seiten der Geschichte gelöscht wurden, polnische Frauen, die vor 100 Jahre gemeinsam mit Frauen in Deutschland um ihre Rechte gekämpft haben, die später die Opfer des Krieges waren, aber auch für die Freiheit gekämpft haben. Viele von ihnen haben in Berlin gehandelt oder sind dort ermordet. Vor dem Hintergrund des Krieges in der Ukraine hat die Geschichte eine völlig neue Dimension, die sehr relevant und aktuell ist.

Projekt graficzny: Anna Krenz

Wie viel können wir aus der Geschichte lernen und wie können wir darüber sprechen? Wer waren die Frauen, die polnischen Frauen, die für die Freiheit gekämpft haben? Wie können wir die Erinnerung an die vergessenen Heldinnen wachhalten? Wie können gemeinsame historische Debatten und Kunst zu einem tieferen Verständnis beitragen und eine Wiederholung der Geschichte vermeiden?

In den letzten Jahren gab es in Berlin eine Debatte über Gedenkstätten und den möglichen Standort eines Denkmals für polnische Opfer des Nationalsozialismus. Die Debatte war lang, sie fand unter Männern in verschiedenen Positionen statt, unter Politikern, im Bundestag. Frauen, insbesondere junge Frauen, nahmen daran nicht teil. Das Projekt ist eine Form des gesellschaftlichen Bürger:innendialogs über Gedenkstätten in Berlin im Kontext von Frauen und aus der Sicht von Frauen.

Unsere Protagonistin ist Irena Bobowska, eine Posener Dichterin, die im Alter von 22 Jahren von den Nazis in Berlin ermordet wurde. Sie steht für uns symbolisch für all diejenigen jungen begabten Frauen, die im Kriege ermordet, vernichtet, verbannt und später von der Nachwelt ins Vergessen gebannt worden sind.

Bobowskas Gedichte werden performativ von der jungen polnisch-deutschen Schauspielerin Karen Kandzia vorgetragen, die ein Spiegelbild von Bobowska, einer weiteren Protagonistin, sein wird und der Geschichte eine zeitgenössische Dimension verleiht. Die Reihe besteht aus 4 Veranstaltungen mit Performative Lesungen von Bobowskas Gedichte, mit Diskussionen mit eingeladenen Expertinnen und eine Ausstellung mit Informationen und ein Porträt sowie Werke von Irena Bobowska und den historischen und Kontext.

Einladung zum:

KRIEG / WOJNA
13. September 2022 (Dienstag), 18.00 Uhr | „Denkmal für den Kampf für unsere und Ihre Freiheit“, Virchowstraße, 10249 Berlin (Volkspark Friedrichshain)

Performance: Karen Kandzia
Es reden:
Aleksandra Puciłowska / polnische Feministin, Aktivistin und Autorin in Berlin
Oleksandra Bienert / Ukrainische Forscherin und Menschenrechtsaktivistin
Cori Obst / Deutsche Aktivistin Frauen & Aids
Konrad Kozaczek / polnischer Philosophie Student
(feat. Dorota Cygan)
Agnieszka Fetzka / polnische Aktivistin der Behinderten Bewegung (feat. Ewa Maria Slaska)

Konzert: Jemek Jemowit | www.jemek.net

******************
Projektwebsite: www.dziewuchyberlin.org/bobowska/
instagram.com/bobowska_berlin/
Kontakt:
bobowskaberlin@gmail.com
******************
Mehr / więcej:
https://www.dziewuchyberlin.org/irena-bobowska-biografie/
Gedichte / Wiersze:
https://www.dziewuchyberlin.org/irena-bobowska-wiersze…/
*****************
Weitere Veranstaltungen / kolejne wydarzenia:

UNTERDRÜCKUNG / ZNIEWOLENIE
15. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | Kulturkirche Nikodemus, Nansenstraße 12, 12047 Berlin (Neukölln)
Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Marta Ansilewska-Lehnstaedt / Historikerin, Gedenkstätte Deutscher Widerstand www.gdw-berlin.de
Zofia Nierodzińska /Kuratorin, Künstlerin, Autorin, Aktivistin. Stellvertretende Direktorin der Galerie Arsenal in Poznań znierodzinska.com
Marina Wesner /Architektin, Architekturhistorikerin, Autorin www.marinawesner.de
Ausstellung: “Frauengefängnis Barnimstraße” von Marina Wesner
Konzert: Helmut Mittermaier | www.guruclub.de/mittermaier/

ERINNERUNG / PAMIĘĆ
22. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | Städtischer Friedhof Altglienicke, Schönefelder Ch. 100, 12524 Berlin (Treptow – Köpenick)
Schirmherrschaft Herr Oliver Igel, Bezirksbürgermeister von Berlin Treptow-Köpenick
Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Franziska Bruder / Lagergemeinschaft Ravensbrück Freundeskreis e.V. lg-ravensbrueck.vvn-bda.de
dr Iwona Dadej / Instytut Historii PAN cbh.pan.pl
Klaudyna Droske / Leiterin der Geschäftsstelle der Polonia polonia-biuro.de
Nora Hogrefe / Leiterin der Koordinierungsstelle Historische Stadtmarkierungen im Verein Aktives Museum Faschismus und Widerstand in Berlin. www.aktives-museum.de
Anja Witzel / Referentin der Berliner Landeszentrale für politische Bildung
Konzert: Warnfried Altmann | www.warnfried-altmann.de
*****************
Liebe Besucher*innen,
laut Informationspflicht nach Art. 14 DSGVO weisen wir darauf hin, dass während dieser Veranstaltung Foto- und Videoaufnahmen angefertigt werden. Diese verwerten wir für Zwecke der Berichterstattung und der Öffentlichkeitsarbeit. Dazu werden die Aufnahmen in diversen lokalen und sozialen Medien, wie z.B. Internetauftritt (www.dziewuchyberlin) und unseren Facebook-Seiten veröffentlicht. Rechtsgrundlage für die Verarbeitung der Foto- und Videodaten von Ihnen ist Art. 6 Abs. 1 (f) DS-GVO, da ein berechtigtes Interesse daran besteht, die Öffentlichkeit über die Aktivitäten des Dziewuchy Berlin zu informieren und unsere Gruppenaktivitäten zu dokumentieren. Empfänger dieser Daten sind somit intern die mit Öffentlichkeitsarbeit betrauten Mitglieder*innen unserer Gruppe und extern die regionale Presse sowie Redaktionen und Redaktionssysteme von Printmedien, Onlinemedien und international operierende Social Media-Anbieter. Datenschutzrechtlich Verantwortlicher ist die Gruppe Dziewuchy Berlin.
****** PL ********
Brakująca część historii. Irena Bobowska, zapomniana bohaterka.
Projekt “Brakująca część historii” jest próbą uzupełnienia polsko-niemieckiej historii poprzez przypomnienie kobiet – zapomnianych bohaterek wymazanych z kart historii, Polek, które 100 lat temu walczyły o swoje prawa razem z kobietami w Niemczech, które później stały się ofiarami wojny, ale również walczyły o wolność. Wiele z nich działało w Berlinie lub zostało tu zamordowanych. W kontekście wojny na Ukrainie temat ten zyskuje zupełnie nowy i aktualny wymiar.
Projekt ma być kolejnym przyczynkiem do debaty o historii w odniesieniu do teraźniejszości, szczególnie w obliczu kolejnej wojny w Europie. Kim były te kobiety, Polki, które walczyły o wolność? Jak wiele możemy się nauczyć z historii i jak o niej rozmawiać? Jak możemy zachować pamięć o zapomnianych bohaterkach? W jaki sposób wspólne debaty historyczne i sztuka mogą przyczynić się do głębszego zrozumienia i uniknąć powtórzenia historii?
W ostatnich latach w Berlinie toczy się dyskusja na temat miejsc pamięci i ewentualnej lokalizacji pomnika polskich ofiar narodowego socjalizmu. Debata była długa, odbywała się wśród ludzi na różnych wysokich szczeblach i naukowych stanowiskach, wśród polityków, w Bundestagu. Kobiety, zwłaszcza młode, reprezentantki społeczeństwa obywatelskiego, czy nie należące do zamkniętych kręgów naukowych i osoby zainteresowane, nie brały w tym udziału.
Bohaterką projektu jest Irena Bobowska, poznańska poetka, która w wieku 22 lat została zamordowana przez hitlerowców w Berlinie. Dla nas jest ona symbolem tych wszystkich młodych, utalentowanych kobiet, które zostały zamordowane, zniszczone, torturowane w czasie wojny, a potem wygnane w niepamięć przez potomnych.
Wiersze Bobowskiej recytowane będą performatywnie przez młodą polsko-niemiecką aktorkę, Karen Kandzia, która będzie odbiciem Ireny Bobowskiej, drugą protagonistką, nadającą historii współczesny wymiar.
Cykl składa się z 4 wydarzeń, podczas których odbędą się performatywne czytania wierszy Bobowskiej, dyskusje z zaproszonymi ekspertkami oraz wystawa zawierająca informacje o Irenie Bobowskiej, jej portrety oraz kontekst historyczny.
************
Ein Projekt von:
Dziewuchy Berlin www.dziewuchyberlin.org;
Polkopedia www.polkopedia.org;
Ambasada Polek e.V.i.G.
In Kooperation mit: Regenbogenfabrik; Polonijna Rada Kobiet+
**************
Gefördert durch:

Senatsverwaltung für Kultur und Europa / https://www.berlin.de/sen/kultur/
Veranstaltung in Friedrichshain unterstützt von: https://www.demokratie-leben.de/

#IrenaBobowska #DziewuchyBerlin #niewiederkrieg 
#Poznań #Berlin #Lenzen #historiakobiet #miejscapamięci 
#polnischesdenkmal #polkiwberlinie #Polkopedia 
#VergesseneHeldin #ZapomnianaBohaterka
#Herstoria #polnischdeutscheschwesternschaft 
#polskoniemieckesiostrzeństwo #feminizmponadgranicami 
#Ojczyzna #Heimat #Krieg #Wojna #Pomnik 
#ZaNaszaiWaszaWolnosc #poznanianka 

Projekt Irena Bobowska. Tkanki.

Niestrudzona nasza autorka i poszukiwaczka śladów odbywa w ramach naszego projektu o Irenie Bobowskiej coraz to nowe wędrówki. Najczęściej są to tragiczne miejsca i wiążą się z nimi przeraźliwe informacje i ciężkie, smutne refleksje. Jedynie w Poznaniu jej wędrówki poprowadziły ją nie tylko do więzień i na cmentarze, ale również w miejsca, gdzie Irena mieszkała, chodziła do szkoły, udzielała się aktywnie w życiu społecznym a potem w konspiracji. I nie zapominajmy – zawsze na wózku inwalidzkim!

Najbliższe wydarzenie naszego projektu

Elżbieta Kargol

Doktor Hermann Stieve, zbrodniarz wojenny?

Na jednym z piękniejszych berlińskich cmentarzy, Dorotheenstädtischer Friedhof otoczonym murem i ochroną zabytków, wśród starych morw i starych nagrobków, kryjącym w ziemi prochy tylu ważnych tego świata, położonym w centrum Berlina, odbyła się trzy lata temu dość nietypowa uroczystość.

Najpierw w kaplicy cmentarnej odprawiono nabożeństwo żałobne w trzech religijnych obrządkach – żydowskim, katolickim i protestanckim, a potem uczestnicy pogrzebu udali się wspólnie do grobu, gdzie umieszczone zostały mikroskopijne próbki ludzkich tkanek, znalezione w posiadłości doktora profesora anatomii Hermanna Stieve’a.


Kim był doktor Stieve?

Polska wikipedia nazywa go zbrodniarzem wojennym, niemiecka – profesorem anatomii i histologii, o wielkich osiągnięciach naukowych i niechlubnej działalności w czasach nacjonalizmu. Pisarz Wilhelm Bartsch tekst o doktorze Stievie dla Ärzteblatt Sachsen-Anhalt 2007 zatytułował Mistrz z Niemiec, nawiązując do Fugi śmierci Paula Celana (Todesfuge).

...der Tod ist ein Meister aus Deutschland sein Auge ist blau
er trifft dich mit bleierner Kugel er trifft dich genau...

...Śmierć jest mistrzem z Niemiec niebieskie ma oko
Trafi cię kulą z ołowiu trafi celnie głęboko...
                            przekład Stanisława Jerzego Leca

Hermann Stieve urodził się w 1886 roku, studiował na uniwersytetach w Monachium i Innsbrucku. W 1912 roku otrzymał tytuł doktora medycyny.

W 1935 roku objął profesurę na Uniwersytecie Friedricha-Wilhelma w Berlinie (dzisiejszy Humboldt-Universität zu Berlin), gdzie kierował pierwszym Instytutem Anatomicznym i Instytutem Anatomiczno-Biologicznym. Funkcje te sprawował aż do śmierci w 1952 roku.

Był naukowcem, cenionym i nagradzanym jeszcze długo po wojnie.

Przedmiotem badań prof. Stieve’a były ludzkie gruczoły płciowe – czyli jądra i jajniki – a zwłaszcza wpływ strachu i przerażenia na te narządy.

To wojna i dyktatura Hitlera stworzyła Stieve’owi możliwości do przeprowadzania badań, które w sposób nieludzki, nieetyczny wykorzystał.

Hermann Stieve habilitował się w 1918 roku, praca nosiła tytuł Rozwój jajnika u kawki. Niełatwo było znaleźć inny materiał do badań prócz zwierząt, nad którymi można było się znęcać do woli. Po kawkach zajął się kurami, straszył je lisem i dokumentował, jak kury radzą sobie ze stresem i strachem i kiedy pod wpływem tych nieprzyjemnych doznań zniosą jajko. Już w 1931 roku Stieve pisał do kuratora o trudnościach w pracy badawczej: Niezmiernie trudno jest znaleźć jajniki od naprawdę zdrowych dziewcząt. I Tu z pomocą przyszedł system, dyktatura Hitlera i bezprawie w faszystowskich Niemczech. Niesprawiedliwe procesy i decyzje nazistowskiego wymiaru sprawiedliwości Unrechtsjustiz przyczyniły się do dużej ilości wykonywanych wyroków śmierci. I na tym skorzystał doktor Stieve. Nie musiał już gonić kur, wystarczyło umówić się z katem i paroma innymi więziennymi urzędnikami, żeby ciała młodych kobiet, zabitych w centralnym miejscu straceń Berlin-Plötzensee, zaraz po egzekucji dostarczyć do Charité. Pośpiech był wskazany. Ciała musiały być w miarę świeże.

Hermann Stieve badał cykl menstruacyjny kobiet pod wpływem stresu, włącznie z obserwacją nieregularnego krwawienia, które pojawiało się u nich, gdy dowiadywały się, że idą na egzekucje. Podobno był w zmowie z więziennymi lekarzami, którym powierzał dopilnowanie prowadzenia przez więźniarki kalendarzy miesiączkowych. Gdy krótko przed jajeczkowaniem dowiadywały się one o terminie egzekucji, pojawiał strach, przerażenie, skutkiem czego były nagłe krwawienia menstruacyjne, nawet po kilkumiesięcznej przerwie.

Znany jest przypadek Cato Bontjes van Beek. Jej ciało zostało przewiezione zaraz po egzekucji (5 sierpnia 1943 roku w Plötzensee) do Instytutu Anatomicznego w Berlinie i tam poddane sekcji przez Hermanna Stieve’a.

Po wiadomości, która bardzo poruszyła kobietę (wyrok śmierci), nastąpił krwotok szokowy. Następnego dnia kobieta zmarła nagle na skutek działania siły zewnętrznej (zmarła pod gilotyną)…, pisał w swoim sprawozdaniu doktor Stieve.

Materiał, którego nie posiada żaden inny instytut na świecie, chwalił się Stieve i nie ukrywał, skąd materiał pochodzi.

Egzekucje dostarczają Instytutowi Anatomicznemu i Anatomiczno-Biologicznemu materiału, którego nie posiada żaden inny instytut na świecie. Jestem zobowiązany do odpowiedniego opracowywania, utrwalania i zabezpieczania tego materiału.

W 1946 roku Hermann Stieve sporządził na zlecenie władz Berlina listę 174 kobiet i ośmiu mężczyzn, których ciała po wykonanym wyroku śmierci trafiły w jego ręce i zostały poddane sekcji w jego instytucie.

Na liście Stieve’a nie ma Ireny Bobowskiej, zamordowanej w 1942 roku w Berlinie-Plötzensee, ale to nic nie znaczy, bo lista jest niepełna. Jest kilka polskobrzmiących nazwisk, w tym Bronisława Czubakowska, która przed ścięciem prosiła o wydanie ciała swojej matce. Nikt jej prośby nie spełnił. Dla doktora stała się materiałem. W sumie Instytut Anatomii w Berlinie pozyskał prawdopodobnie ponad 4 tys. ciał z miejsc egzekucji Berlin-Plötzensee i Brandenburg-Görden. Sam doktor Stieve przeprowadził sekcje co najmniej 450 ciał osób straconych.

Charlotte Pommer była asystentką doktora Stieve’a. Gdy poznała przy sekcji ciała znanych jej osób, zmieniła miejsce pracy i zaczęła działać w ruchu oporu.

Hermann Stieve zmarł w roku 1952. W roku 2016 znaleziono w jego domu mikroskopijne próbki ludzkich tkanek. Po trzech latach zakopano tkanki na cmentarzu Dorotheenstadt. Piszę zakopano, gdyż mam duży problem z użyciem tu czasownika pochowano. Pochówek należy się zwłokom lub ich prochom, niekoniecznie tkankom. Nie mam też pomysłu, co należałoby z nimi zrobić. Od momentu odnalezienia tkanek przez potomnych minęly trzy lata do momentu ich pogrzebania. Prawdopodobnie wszyscy się zastanawiali.

Hermann Stieve był po wojnie przesłuchiwany przez wszystkie władze okupacyjne. Według prawa, nie uczynił nic nielegalnego, dlatego wrócił z wszystkimi honorami do pracy w berlińskiej Charité.
Większość pracowników Instytutu Anatomii z czasów nazistowskich pozostała po wojnie na swoich stanowiskach. A po ich śmierci uczniowie często dbali o ich dobre imię. Dopiero w latach 90 ubiegłego wieku zaczęto upubliczniać niektóre życiorysy. Hermann Stieve nie należał nigdy do NSDAP, czego nie można powiedzieć o jego następcy, doktorze Antonie Waldeyerze.


W foyer budynku Instytutu Anatomii obok wystawionych w gablotach preparatów, modeli, narzędzi medycznych i ludzkich tkanek – zastanawiam się, które z nich są spuścizną po doktorze Stievie -, znajduje się dość obszerna informacja o działalności instytutu w czasach nacjonalizmu.


Nie wiem, dlaczego wybrano jedno z ładniejszych zdjęć doktora Stieve’a. Przyglądając się fotografii, widzę przystojnego mężczyżnę o łagodnym uśmiechu, budzącym zaufanie. Ale gdy czytam dalsze informacje o nim, jego uśmiech przestaje być łagodny, staje się cyniczny, wręcz nieprzyjemny, zjadliwy. Pozory bardzo mylą, podobno Mengele był też bardzo uprzejmy, miły, skromny – do czasu.

Doktor Stieve nie był drugim doktorem Mengele, był doktorem Stievem, któremu ciała kobiet służyły do medycznych badań. A wojna i częste wyroki śmierci temu sprzyjały.
To nie były ciała, którym należał się pochówek, grób, ksiądz, rodzina nad grobem, stypa i epitafia w różnych językach. To były ciała, przede wszystkim kobiet, często oskarżonych bezpodstawnie o zdradę stanu, skazanych na śmierć, ściętych lub powieszonych w nazistowskich miejscach straceń.
Nasza kultura, a dla wielu z nas religia nie daje pozwolenia na bezczeszczenie zwłok. Żadna z tych kobiet niesłusznie skazanych na śmierć, nie podpisywała zgody na udostępnienie swojego ciała post mortem dla przeprowadzania badań medycznych.
Nie pytano o zgodę rodzin. A ich prośby o wydanie zwłok ignorowano. Tysiące zamordowanych mają symboliczne groby, tablice upamiętniające.
Wrogowie III Rzeszy nawet pośmiertnie nie mieli żadnych praw.

***

Nad budynkiem Instytutu Anatomii widnieje napis: HIC LOCUS EST UBI MORS GAUDET SUCCURRERE VITAE. Oto miejsce, gdzie śmierć cieszy się, że może przyjść z pomocą życiu.

Osobą, która się cieszyła z tych śmierci był doktor Hermann Stieve.

Na miejscu, gdzie zakopano tkanki, tuż obok grobu bojowników ruchu oporu, i obok prochów tych, którzy zginęli pod koniec wojny podczas licznych bombardowań miasta, umieszczono tablicę z tekstem.

Im Strafgefängnis Berlin-Plötzensee wurden während der nationalsozialistischen Diktatur zwischen 1933 und 1945 mehr als 2800 Menschen durch das Fallbeil oder durch den Strang ermordet. Die meisten von ihnen wurden danach im Anatomischen und Anatomisch-Biologischen Institut der Berliner Universität zu Forschungs- und Lehrzwecken seziert. Mehr als 300 der dabei entstandenen mikroskopischen Präparate, zumeist von Frauen, wurden 2016 im Nachlass des Anatomen Hermann Stieve aufgefunden. Sie wurden hier am 13. Mai 2019 bestattet.

W więzieniu Berlin-Plötzensee podczas nacjonalistycznej dyktatury w latach 1933-1945 zamordowano przez zgilotynowanie lub powieszenie ponad 2800 osób. Większość z nich została następnie poddana sekcji zwłok w Instytucie Anatomicznym i Anatomiczno-Biologicznym Uniwersytetu Berlińskiego dla celów badawczych i dydaktycznych. Ponad 300 powstałych w ten sposób mikroskopijnych preparatów, pochodzących głównie z ciał kobiet, znaleziono w 2016 roku w posiadłości anatoma Hermanna Stieve.
13 maja 2019 roku zostały tu pochowane.

Ausnahmezustand

Ab dem 10. September präsentiert das Berliner ZAK /Zentrum für Aktuelle Kunst / in der Zitadelle Spandau die Gruppenausstellung 
„Ausnahmezustand. Polnische Fotokunst heute“, 
die bisher größte Schau polnischer Fotografie in Deutschland.

Ausnahmezustand. Polnische Fotokunst heute
mit Werken von Filip Berendt, Kuba Dąbrowski, Karolina Gembara, Weronika Gęsicka, Aneta Grzeszykowska, Magda Hueckel, Pawel Jaszczuk, Irena Kalicka, Anna Kieblesz, Zuza Krajewska, Adam Lach & Dyba Lach, Diana Lelonek, Michał Łuczak, Rafał Milach, Igor Omulecki, Anna Orłowska, Witek Orski, Zosia Promińska, Agnieszka Rayss, Łukasz Rusznica, Michał Siarek, Michał Szlaga, Dominik Tarabanski, Łukasz Wierzbowski, Karolina Wojtas und Piotr Zbierski
Eröffnung: Freitag, 9. September 2022, 19Uhr
Laufzeit: 10. September 2022 – 1. Januar 2023
Ort: ZAK – Zentrum für Aktuelle Kunst, in der Zitadelle Spandau
Am Juliusturm 64, 13599 Berlin | Fr. – Mi., 10 – 17Uhr, Do., 13 – 20Uhr


Pressetext:

Die Gruppenausstellung „Ausnahmezustand. Polnische Fotokunst heute“ und gewährt einen faszinierenden Einblick in die zeitgenössische Fotografie Polens.
Vorgestellt werden 26 Stellvertreterinnen der jüngeren und der mittleren Generation polnischer Fotografinnen und Fotokünstlerinnen, von denen viele bisher kaum oder gar nicht in Deutschland bekannt sind. Zu Unrecht, wie die Besucherinnen feststellen werden. Neben vielen Formen einer ästhetisch und formal frischen Dokumentarfotografie reicht das Spektrum des Gezeigten von der Porträt- und Selbstporträtfotografie über Stillleben und Landschaftsfotografie bis hin zu freien künstlerischen Ansätzen in der Abstraktion. Präsentiert werden die Werke als klassische Tafelbilder, in Projektionen sowie in objekthaften Installationen.

Unter anderem werden Rafal Milachs Fotografien von den Protesten gegen die Ende 2020 verabschiedete Abtreibungsgesetzgebung zu sehen sein, die es Polinnen praktisch unmöglich macht, einen Schwangerschaftsabbruch im eigenen Land vornehmen zu lassen (Strajk), sowie Aneta Grzeszykowskas Annäherung an ihren eigenen Körper, indem sie Teile von ihm aus Schweinehaut nachbildet (Selfie).
Von der interdisziplinär arbeitenden Diana Lelonek wird es Bilder aus ihrem jüngst erschienenen Buch Wasteplants Atlas geben, in der sie pflanzliche Lebensformen auf illegal entsorgtem Wohlstandsmüll untersucht und kategorisiert. Und Pawel Jaszczuk widmet sich in seiner Serie ¥€$U$ der Kommerzialisierung der Muttergottes und Jesus in seinem katholischen Heimatland.

Ein Leseraum mit zahlreichen Fotobüchern und Katalogen von Ausstellungsteilnehmern und -teilnehmerinnen als auch zahlreicher nicht direkt an der Ausstellung Beteiligter wird geneigten Besucherinnen die Möglichkeit geben, noch tiefer in die polnische Fotoszene einzutauchen, die sich anschickt, auch international stärker Fuß zu fassen. Wie wichtig dieses nach Außen gerichtete Engagement für polnische Fotografinnen ist, wird in den parallel zur Ausstellung angebotenen Vorträgen und Podiumsgesprächen deutlich werden, in denen es u.a. um die schlechter werdenden Arbeits- und Ausstellungsbedingungen für Kreative in Polen geht. Die unter der aktuellen nationalkonservativen Regierung, oftmals im Zusammenspiel mit Teilen des katholischen Klerus, eingeleiteten Maßnahmen zur Schwächung rechtsstaatlicher Strukturen sowie geschürte Ressentiments gegen Minderheiten wie nichteuropäische Flüchtlinge und LGBT+-Mitbürgerinnen, ebenso wie der wachsende Nationalismus sind Themen, die viele Fotografinnen natürlich in ihren Arbeiten aufnehmen. Dies jedoch birgt inzwischen tatsächlich das Risiko, von Stipendien und anderen staatlichen Unterstützungen sowie von Ausstellungsmöglichkeiten in einer Vielzahl von staatlich subventionierten Museen und Institutionen ausgeschlossen zu werden.

Die nun geplante Ausstellung, die die bisher größte Schau polnischer Fotografie in Deutschland sein wird, soll einen Beitrag zur Vertiefung der deutsch-polnischen Nachbarschaftsverhältnisse darstellen.
Ein Interesse an dem östlichen Nachbarn Deutschlands und seiner Kultur ist hierzulande in den vergangenen Jahren größer geworden. Hier möchte die Ausstellung einen verbindenden Beitrag leisten.

Kontynuacja

Teresa Rudolf

Zielono-rude panowanie

Lato
zaborcze  
powoli już
odchodzi,
pakując
spory kufer
swych zalet
też i wad...

I już widać
nieśmiałe
wejście
jesieni...
zachwyca
rozkładem
kolorowych
sztalug.

Władzę
corocznie
wymieniając
dyskutują,
"i co dalej?"
niestety,
...za naszymi
plecami...
Błękit myśli

Niekiedy,
w gęsto
utkanym
istnieniu,

zadziwiają
nagle
widoki 
w prześwitach
 
...na 
aksamitnie 
błękitne 
niebo...

taki inny, 
beztrosko
niebieski...
...świat.

Elżbieta Windsor

Ewa Maria Slaska

Szczerze powiedziawszy nie mam nic specjalnego do napisania na jej temat. Była zawsze, a wczoraj umarła i jest to bardzo dziwna sytuacja. Była nieco młodsza od mojej mamy i od 1952 roku była królową. Z różnych rzeczy, które wiedzieliśmy o niej jako o królowej, jak broszki, kapelusze, książki czy psy, najbardziej mi się podobała informacja, że jako królewna wstąpiła, w lutym 1945 roku, do służb medycznych armii angielskiej. Miała wtedy stopień podporucznika, została przeszkolona na kierowcę i mechanika, otrzymała stopień kapitana i pojechała na wojnę. Prowadziła karetki pogotowia wojennego.

To mi naprawdę imponowało.

Alan Bennet napisał powieść o tym, że królowa w podeszłym wieku stała się zapaloną czytelniczką powieści. Nie do końca wiem, czy autor to sobie tylko wymyślił, czy rzeczywiście królowa nabrała zamiłowania do literatury.

Z drugiej strony my, ludzie czytający książki, moglibyśmy sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście królowa mogła NIE czytać książek.

Na Netflixie przez kilka lat wszyscy oglądali Koronę, serial o panowaniu Elżbiety, ale przyznaję, że pierwszy odcinek tak mnie znudził, że nawet w przybliżeniu nie mam pojęcia, jak królowa została w nim przedstawiona.

Nie wiem więc, czy w serialu jest mowa o romansie księcia Filipa z pisarką Daphne du Maurier, autorką Rebeki i Ptaków. Może zresztą to w ogóle nie był romans, tylko, jak twierdzą królewscy plotkarze, platoniczna przyjaźń.

Od dziś jej syn, Karol, jest królem. I jakie to dziwne, bo dwa dni wcześniej Anglia otrzymała nową premierkę – Liz Truss. Tak jakby obie zmiany musiały nastąpić jednocześnie, więc gdy zamiast królowej jest teraz król, to zamiast premiera będzie teraz premierka. On jest już starszym panem, ma 74 lata, ona jest jak na premierkę młoda – ma 47 lat. Tu też im się te cyfry obróciły. 47, 74.

O Karolu można śmiało powiedzieć, że długo czekał na swoją szansę. Nareszcie będzie mógł kupić królowej Karolinie korale koloru koralowego. Ale żarty na bok. Czy kiedykolwiek myśleliśmy o tym, że Karol naprawdę zostanie królem? A Kamila królową? Wiem, królowa (tamta królowa) zapowiedziała, że tak ma być, ale przecież nie traktowaliśmy tego poważnie.

Słowiańskie słowo król pochodzi od Karola. Wielkiego.

Król Karol jest starym królem. Jego matka była młodą królową i panowała najdłużej na świecie. A on jest starym królem.

Trzeba będzie wymienić w Anglii wszystkie banknoty, żeby przywrócić napis “God save the king”.

No dobrze, Biden jest jeszcze starszy, ma 79 lat, a papież Franciszek, który ma teraz 85 lat, miał 77, jak został wybrany. Ale może to bez znaczenia w czasach, gdy zaczynamy nagminnie dożywać osiemdziesiątki, a i dziewięćdziesiątka nie robi już wrażenia.

Jednak najgorszym problemem z królową jest jej imperialistyczna odpowiedzialność, którą zresztą odziedziczy też Król Karol. Gdy rozpoczynała królowanie była władczynią 33 królestw, gdy umarła – zostało ich wciąż jeszcze kilkanaście:  
Antigua i Barbuda, Australia, Bahamy, Belize, Grenada, Kanada, Jamajka, Nowa Zelandia, Papua-Nowa Gwinea, Saint Kitts i Nevis, Saint Lucia, Saint Vincent i Grenadyny, Tuvalu i Wyspy Salomona.

Dużo wysp. Ale tak naprawdę są to już niezależne państwa, często republiki. Wciąż jednak istnieją brytyjskie terytoria zamorskie czyli po prostu kolonie, miejsca, gdzie mogli się osiedlać osadnicy angielscy. Też prawie same wyspy.

  •  Anguilla
  •  Bermudy
  •  Brytyjskie Terytorium Antarktyczne
  •  Brytyjskie Terytorium Oceanu Indyjskiego
  •  Brytyjskie Wyspy Dziewicze
  •  Kajmany
  •  Falklandy (sporne z Argentyną)
  •  Gibraltar
  •  Montserrat
  •  Pitcairn
  • Wyspa Świętej Heleny, Wyspa Wniebowstąpienia i Tristan da Cunha
  •  Georgia Południowa i Sandwich Południowy
  •  Turks i Caicos
  • Akrotiri
  • Dhekelia

Tak, była imperialistyczną władczynią. Tak, sama z siebie nie oddała ani piędzi brytyjskich posiadłości, a o niektóre walczyła zbrojnie.

Ale jakoś nie mogę jej nie lubić. Może przez te wyspy.

Z Karolem nie będę miała takich problemów. Ale jego chyba nie muszę lubić.

***

Upadek śródmieścia

Upadek śródmieść był w latach 70 bardzo ważnym zjawiskiem demograficznym. Socjologowie obrazowo opisywali miasta jako donaty, twory puste w środku. Niekiedy w śródmieściu tylko się pracowało, niekiedy nawet praca przeniosła się na obrzeża. W Polsce i to, podobnie jak wszystkie inne procesy społeczne, pojawiło się z co najmniej trzydziestoletnim opóźnieniem.

Szymon Dominiak-Górski

Fragment powstającej aktualnie powieści pt. Emigranci seksualni

Filip Okrzeja był nocnym alter ego poważnego skądinąd redaktora Karola Preisa – dziennikarza prasowego, który nie był przychylny władzom. Preis był zrzędliwym maruderem, zgorzkniałym krytykiem, którego jak się nie można pozbyć, to trzeba ignorować. Oskarżał magistrat o to, że swoją polityką doprowadził do podziału miasta na biedną i bogatszą część. Zdaniem Karola, to właśnie polityka konserwatywnej prawicy doprowadziła do powstania dwóch miast w jednym. W lepszej części – nad rzeką – piętrzyły się atrakcyjne komercyjnie inwestycje niedostępne dla przeciętnego mieszkańca. W apartamentowcach na wyspach – poza nieliczną elitą miejską – mieszkali pracownicy wyższego szczebla korporacji – najczęściej obcokrajowcy lub absolwenci najlepszych krajowych uczelni. Szklane wieże, poza parkingami w najniższych kondygnacjach posiadały także kanały wraz z miejscem do cumowania jachtów.

Mieszkańcy śródmieścia – stanowili gorszą część społeczności miejskiej. Utrzymywali się ze sprzątania, budowlanki, pracowali najczęściej za granicą. Ci bardziej zdeterminowani żyli z przemytu, prostytucji, sprzedaży narkotyków czy usług seksualnych w internecie. Do nowych pięknych mieszkań się nie przeprowadzili. Dla nich były to szklane domy – puste obietnice wyborcze władz, podyktowane potrzebą uzyskania politycznego przyzwolenia, na sprzedaż wysp spółkom zagranicznym a nie dbaniem o wyborców.

XIX-wieczne śródmieście pozostawiono samo sobie. Niszczyła je swoim graffiti sfrustrowana młodzież, a także czas, który osypywał się z elewacji, jak piasek w klepsydrach antykwariuszy. Śródmieście było antykwariatem, swoistym skansenem dla mieszkańców wysp – bogatych Szwedów, Norwegów, Duńczyków i Niemców. Tym pierwszym przypominało ono rodzinny Goteborg, Duńczycy widzieli ukochaną Kopenhagę a Niemcy – wschodni Berlin tyle, że przed remontem. Wszyscy natomiast uwielbiali w śródmieściu imprezować, przyjeżdzać na dziewczyny lub po zapas narkotyków.

(Umówił się z jedną z nich.)

Było wczesne popołudnie. Z podniecenia nie mógł wysiedzieć w gazecie. Wyszedł się poszwendać, choć pogoda była paskudna. Rano padał śnieg z deszczem. Na dworze była plucha. Olbrzymią zaletą deszczu ze śniegiem była godność z jaką poruszamy się samochody i ludzie. Można było odnieść wrażenie, że pojazdy nie jadą, lecz godnie zmierzają. Ludzie natomiast nie chodzi, lecz kroczyli w nabożnym skupieniu. Błąkał się po śródmiejskich zakamarkach, kiedy przyszedł mu do głowy pomysł na felieton. Zatrzymał się więc w jednej z bram przy ul. Bohaterów Getta Warszawskiego. Włączył mikrofon:

Mieszkam w mieście najłatwiej dostępnych usług seksualnych i niemal rozsypujących się kamienic w centrum – zaczął. – Te pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego fakty, mają ścisły związek.

Odgłos przejeżdżających samochodów brzmiał mokro i kleiście. Koła przebijając się przez pięciocentymetrową warstwę brunatnej brei, wydawały charakterystyczny odgłos, który kojarzył się z mlaskaniem. „Mlaskanie na okrągło – pomyślał – taka alternatywna nazwa dla błota pośniegowego. Proszę państwa dziś nasze ulice mlaszczą na okrągło”. Był podekscytowany. Umówione spotkanie wprawiło go w wyśmienity nastrój. Czuł, że ma wyostrzone zmysły. Nasze centrum zasiedlone jest przez najuboższych mieszkańców. Bogacze zamieszkali w szklanych domach nad rzeką, odwiedzają „dzielnicę” głównie po to, by wtulić się w ramiona córek tego miejsca. Ludzie śródmieścia nie mają pieniędzy i pracy. Żyją z tego co sobie zorganizują – mówiąc to spojrzał na strużkę moczu ciągnącą się wzdłuż wydeptanej rynienki w posadzce klatki schodowej – Swoją frustrację zalewają piwem, a następnie zasikują nią bramy i mury kamienic. Ludzie leją na to miejsce nie jak zwierzęta, by oznaczyć teren, lecz by zaznaczyć brak szacunku. To nie ich miejsce. Oni go nie wybrali. To ich rodzice tu przyjechali, wprowadzili się, ale tyko na chwilę. – Koło niego rozdarł się gawron. Karol uwielbiał nakładanie się dźwięków otoczenia na materiał. Uważał, że podnoszą wiarygodność. Ptak był chyba jednak przesadą, zwłaszcza w tym momencie wypowiedzi.

– Ludźmi śródmieścia od czasów powojennych kieruje mechanizm przetrwania. Oni nie osiedli. Wciąż są w drodze. Nie należą ani do tej przestrzeni, ani do żadnej innej. Na murach malują graffiti, jak więźniowie na ścianie celi wyskrobują swoje ksywki. Gotowi są sprzedać to, co mają najcenniejsze, by się upić, by przetrwać kolejny dzień. Pod tym względem są zupełnie, jak władze miasta, które też ich sprzedały. Choć oni je wybrali, one ich sprzedały i robią to codziennie.

Oczywiście Karol trochę koloryzował w swoim felietonie. Nie powiedział na przykład o tym, że centrum powoli stawało się modne. Mieszkanie tu było przejawem ekstrawagancji. Deweloperzy wykupowali więc kamienice, przesiedlali „patolę” (często na ogródki działkowe), restaurowali budynki – robili parkingi podziemne, windy, bramy i sprzedawali mieszkania przedstawicielom wolnych zawodów – programistom, grafikom, blogerom czy architektom. Na ulicach zamontowane był kamery, budynków strzegły firmy ochroniarskie.

– Stoję w bramie przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego. Czas się zatrzymał. Elewacja budynku nosi ślady pocisków z Drugiej Wojny Światowej. Przestaliśmy na to zwracać uwagę. Topniejący śnieg na chodniku ujawnia liczne ślady rozmokniętych psich odchodów. Do bramy prowadzą stare drzwi z wypaczonej płyty pilśniowej. Tuż za nimi, na stuletniej marmurowej posadzce cieknie długa strużka moczu.

Spojrzał z zegarek. Do spotkania z Martą, czy jakkolwiek się ona nazywa, zostało mu jeszcze dziesięć minut. W bramie minęła go kilkunastoletnia dziewczyna w krótkiej spódnicy. Rzuciła mu przeciągłe wyzywające spojrzenie i puściła oko.

– To relacja z obozu tymczasowego, mentalny skansen rzeczywistości po Drugiej Wojnie Światowej. Tu od 80 lat trwa impreza, którą nasi dziadowie wyprawili z okazji spóźnionego końca świata. Tani bazar wszystkiego. Tu wszystko jest na sprzedaż, a zwłaszcza córka sąsiada. Czy można się dziwić, że tak samo postępują władze? Krew z krwi. One też sprzedają to, co stanowi największą wartość, po to by przetrwać… kolejną kadencję. Tego, co powoli obraca się w ruinę nikt nie naprawia. W naszym mieście prostytucja nie jest problem społecznym, to społeczna tożsamość. Miasto wyśniło swój sen o potędze. Jesteśmy największym w tej części Europy centrum usług biurowych, ale nieźle płatna praca w tym sektorze jest dostępna dla wąskiej grupy. Najczęściej dla zagranicznych rezydentów. Oni zamieszkują peryferyjne dzielnice willowe i apartamentowce nad rzeką. Śródmieście stanowi Getto Straconego Czasu. Jedyną korzyścią jaką prezydent zagwarantował córom tego miasta, są dobrze płacący dewizowi klienci.

Karol wyłączył mikrofon i zamarł obserwując matkę z dwuletnim dzieckiem w wózku. Kobieta wyszła z mieszkania na parterze. Matki i ich biologizm – pomyślał. Przepuścił ją, przytrzymał drzwi bramy starej kamienicy. Konstrukcja z płyty OSB zatrzasnęła się po jej wyjściu i zapanował półmrok. Śmierdziało moczem. W wyobraźni przywołał zdjęcia z anonsu internetowego. Za drzwiami pod numerem 2 miała czekać na niego piękna delikatna czarnowłosa dziewczyna. Zadzwonił. Drzwi otworzyły się po chwili. W półmroku korytarza stała filigranowa postać.

(Zrobili w łóżku różne rzeczy, a potem Karol nagrał wywiad z Martą.)

Karol wyemitował nagrany tekst felietonu wieczorem podczas czwartego – ostatniego w rozgłośni publicznej odcinka „Pulsu Miasta”. Miastem już trzecią kadencję rządziła Partia Cheścijańsko-Narodowa z bezpartyjnym prezydentem na czele. Gmina była istotnym płatnikiem reklam w lokalnych mediach, co dawało jej wręcz nieograniczony wpływ na publikacje. Miejska władza uprawiała propagandę sukcesu, początkowo programowo nie dostrzegając problemów śródmieścia, a później celowo je ignorując. „Dzielnia” (czyli dzielnica Śródmieście) rządziła się swoimi prawami. Mężczyźni pracowali dorywczo w budownictwie, zajmowali się paserką, drobnymi kradzieżami lub sprzedawali narkotyki. Władze nie miały i nie chciały mieć zbytniego wpływu na te procesy. W niektórych rejonach policja w ogóle nie interweniowała i nie przyjmowała zgłoszeń. W statystykach bezpieczeństwo wyglądało dobrze, ale w praktyce było towarem dla wybranych. Felieton Karola był im wyjątkowo nie na rękę.

W połowie maja, kiedy obrabiał „zdarzyłkę”, przeczytał w policyjnym mailu o morderstwie w mieszkaniu przy Bohaterów Getta Warszawskiego 6/2. Jakiś wkurzony brat zadźgał swoją siostrę, za to że się puszczała za pieniądze. Nie, nie była to ona. Wydzwaniał do niej wielokrotnie, ale telefon Marty odbierały jej koleżanki. Ładne dziewczyny, które profesjonalnie wykonywały swoją robotę, ale nie były Martą. Po dwóch razach zrezygnował. Chciał, zachować wspomnienie tego miejsca takim, jakim je widział będąc z nią. Śmierdząca stęchlizną i moczem, zniszczona klatka schodowa, czynszowa kamienica nie odnawiana od ponad wieku, a w nim dziewczyna zagadka, klejnot znaleziony w tak obcym środowisku. Czy ktoś go wydobył? Jakaś mafia diamentowa?

(…)

Karol szedł zamyślony. Niemal wpadł na barierkę ogródka letniego przed lokalem na deptaku Bogusława. „Out of office” – pub na który moda niedawno przeminęła, lecz wciąż miał dobrą ofertę sałatek i makaronów. Nadto oferował także dobre WiFi i całkiem niezłe piwo. Była to jedna z knajp w „oswojonej” części śródmieścia, nastawiona na „nową klasę średnią”. Część ulic miejskich przeszła modernizację. Były to główne ciągi komunikacyjne łączące znaczące urzędy i miejsca użyteczności publicznej z nowym centrum, sercem miasta, powstałym nad rzeką i wyspach.

Struktura miasta była bardzo czytelna. Nie sposób było nie dostrzec działania „siły odśrodkowej” – jak mawiał Karol, – siły wypychającej nowe domy na obrzeża miasta. W konsekwencji rozwijało się ono dynamicznie, ale poza centrum. Zresztą centrum z prawdziwego zdarzenia, nie było. Były tylko centralnie położone obszary – zaniedbanie i zapomniane. Budynki, ulice i place usychały, płowiały i kruszały nie podlewane troską mieszkańców. Mimo to były piękne. Nosiły bowiem do dziś widoczne znamiona dawnej świetności i rozmachu, który nadali im niemieccy budowniczowie.

Polska społeczność, która wprowadziła się do opuszczonych domów i mieszkań, nie odnalazła się w obcej strukturze. Swoje życie, swoje ważne sprawy mieszkańcy zostawili we wsiach i miasteczkach, z których ich tu przesiedlono. To dlatego żaden z licznych i pięknych placów nie zyskał miana ważnego, czy centralnego. To miasto było dla nich obce i tymczasowe. Chodników i skwerów nie oświetlała energia marzeń i planów mieszkańców. Te pozostały na wschodzie. Jeżeli więc mówiono o śródmieściu, jako o centrum miasta, to tylko dlatego, że leżało ono w jego środku. Nie kipiało ono energią mieszkańców.

Jeśli drzewa zakwitały tu na wiosnę, to tylko z przyzwyczajenia. Nie powodowała tego bynajmniej niecierpliwość tych, którzy je posadzili ani nawet ich wnuków. Utopione w studniach śródmiejskich podwórek wspomnienia poprzednich mieszkańców brzmiały złowrogo. Ich głosy, jeśli kiedykolwiek ożywały i były słyszalne przez nowych osadników, i tak pozostawały obce. Głosy śródmieścia budziły trwogę. Były to głosy w języku, który był obcy, nawet jeśli ktokolwiek z mieszkańców rozumiał znaczenie słów. Wszyscy, którzy tylko mogli, uciekali, by nie słyszeć. Pracownicy urzędów, szkół, kadra kierownicza dużych zakładów przemysłowych, lekarze, adwokaci, architekci i przedstawiciele innych elitarnych zawodów wybierali przestrzenie wolne od głosów.

Jeśli budowniczy nowego porządku światowego kiedykolwiek myśleli, że ta transfuzja mieszkańców w obcy organizm miasta się przyjmie, to się mylili. Oczywiście nie można powiedzieć, że miasto było martwe, ale z pewnością nie było żywe. Było, jak zombie. Co więcej, nikt nie wiedział, gdzie bije jego serce, pewno dlatego nikt nie mógł go uleczyć.

Głosy budziły grozę wśród nowych mieszkańców i napędzały „siłę odśrodkową”. Rozwijały się wyłącznie dzielnice ościenne, z których każda miała swoje własne, małe centrum. Odzwierciedlały one marzenia mieszkańców o pozostawionych gdzieś daleko wsiach i miasteczkach,nie odpowiadały jednak ich nowym wielkomiejskim ambicjom.

Siła odśrodkowa działała bardzo długo, a może nawet nigdy nie przestała działać, nawet wtedy, kiedy mieszkańcy to wszystko sobie uświadomili i zapragnęli, by ich miasto miało serce. Dużo o nim mówili, więc władze postanowiły im owo serce zbudować. Idea „nowego serca” jednak pełzała. Wprawdzie niezbyt prędko, ale wystarczająco szybko, by skołowani mieszkańcy nie mogli za nią nadążyć. Cykl przemieszczania się „nowego serca” wyznaczały kadencje władz wybieranych w ramach młodej demokracji. „Serce” uciekało wraz ze zmieniającymi się obietnicami włodarzy. Najpierw miało bić w śródmieściu, na deptaku Bogusława, pompując dobrobyt i koloryt. Póżniej nastąpił przerzut – miało bić bliżej rzeki – na Placu Orła Białego. W końcu uzgodniono, że serce miasta będzie na terenach nadrzecznych – na nabrzeżach i wyspach. Tak już zostało. Piękne, drogie mieszkania powstały w apartamentowcach nad wodą na terenach niemieckich stoczni i zakładów przemysłowych. „Nowe Centrum” nad rzeką rozwijało się dynamicznie za sprawą kolosalnych pieniędzy inwestowanych przez zachodnie korporacje. Było najnowocześniejszą, najmodniejszą i najdroższą dzielnicą miasta i mieszkańcy może nawet byliby z niej dumni, gdyby nie to, że nie była ich. Wybudowali ją właściciele zagranicznych korporacji, dla siebie, a nie dla nich.

Ostatecznie więc „serce” nie biło nigdzie, albo biło wszędzie po trochu – różnie mówią. Dość, że rozproszone serce nie wytwarza wystarczającego ciśnienia, by zasilić energią wszystkich mieszkańców. Tych natomiast opuściły resztki nadziei, że ktokolwiek reprezentuje ich zbiorowe marzenie o wspólnocie, którą zresztą nigdy nie byli.

Karol kochał śródmieście takie jakie było. Potrafił je czytać. Sam mieszkał w starej poniemieckiej kamienicy położonej między rzeką, a parkiem. Uwielbiał też spędzać wolny czas w lokalach. Zamówił piwo. Wyjął iPada sprawdził nowe wiadomości.

(Wieczorem Karol miał grać z zespołem kumpla o ksywce Wooyt. To było kolejne jego wcielenie. Gitarzysta. Dobrze improwizował)

Wypił głęboki łyk piwka i odruchowo sprawdził, czy ma przy sobie paczkę papierosów z jointem, którego skręcił wczoraj wieczorem specjalnie, na tę okazję. Sięgał po marihuanę raczej rzadko. Palił głównie przy okazji jamsessions, tylko wtedy, kiedy wiedział, że nie będzie nikt wymagał od niego nadzwyczajnej czujności, liczenia taktów i pilnowania skali. Zaproponowane przez Wooyta numery były doskonale Karolowi znane z ich wspólnego muzykowania w klubie Słowianin. Obaj byli wtedy młodzi i obaj lubili eksperymentowa. Wooyt jednak więcej ćwiczył i grał więcej standardów. Rozwijał się poznając nowe skale i ogrywając nowe rify. Z tego powodu zawalił studia na Akademii Medycznej. Grali razem przez około cztery miesiące. Mieszkali wtedy wynajmowanych pokojach w domu Maxa, którego stary był posłem na sejm i przebywał wraz z matką głównie w Warszawie. Chłopcy w piwnicy urządzili sobie salę do prób. Pokoje podnajęli jeszcze dwóm kolegom, z których jeden pukał na garach, a drugi – ekonomista – szmuglował spirytus zza wschodniej granicy, by sprzedawać alkohol w akademikach. Przez dom Maxa przewinęli się wtedy chyba wszyscy. To właśnie w tym czasie Wooyt zawalił studia, a Karol przepisał wszystkie egzaminy na wrzesień.

Karol spojrzał na zegarek. Była 19.10. Za niecałe półtorej godziny musiał być w klubie. Nie chciał pić drugiego piwa, bo miał wejście na antenę inicjujące program. Później mógł przekazać głos Garemu – dj-owi, który był odpowiedzialny za część muzyczną Pulsu Miasta. Koncert był przewidziany dopiero na 23, a jammsessions mogło się zacząć najwcześniej o 24. Do północy z pewnością zdąży wypić i nie tylko.

Jam nastąpił wcześniej niż się spodziewał. Na małej klubowej scenie dla muzyków było mało miejsca. Centralną część zajmował zestaw perkusyjny, odsłuchy, stojaki na mikrofony i piece. Karol miał dobrą lutniczą gitarę, robioną na zamówienie przez przyjaciela. Nie lubił elektroniki. Lubił brudne surowe brzmienie. Nie lubił też popisywania się i szybkich pseudowirtuozerskich solówek.

Wszedł na scenę. Grając z Wooytem funky, Karol patrzył na stoliki, przy których jak duchy majaczyły postacie gości klubu. Ale naprawdę grał z odmętów nieświadomości. Wpatrzony w statyw do mikrofonu grał swoją gitarę, od czasu do czasu podchwytując dźwięki Wooyta. Wiedział, że na widowni jest ktoś bardzo mu przyjazny, ktoś kto czeka na tych parę dźwięków, jak na sygnał porozumiewawczy. Zaczął solo. Był już po marihuanie, gdy zamknął oczy, widział kolorowe figury, które omijał w karkołomnym locie.

Grał. Czuł się tak, jak lubił najbardziej. Nie chodziło o odjazd, czy wizje, lecz dźwięki, przestrzeń miedzy nimi i komunikację z innymi muzykami, z ludźmi przed sceną i jeszcze z kimś. Ilekroć grał, ilekroć udawało mu się złapać ten klimat czuł obecność. Jakby grał dla kogoś, albo innej części siebie. Jakby ktoś słyszał wszystkie smaczki i ukryte w improwizacjach konteksty muzyczne. Nie wiedział, czy to modlitwa, ale kiedyś tak się modlił. Kiedyś powiedziałby, że to Bóg, ale teraz? Była w nim pewność, co do tego, że istnieje coś więcej, że nie jest tylko ciałem, a widzialny świat – tym co widzi. Za cholerę nie mógł jednak z tych majaków poskładać do kupy jakiegoś spójnego obrazu. W zasadzie, motyw kontaktu z jakąś siłą towarzyszył mu często. Ilekroć grał i pisał odnosił się do tej świadomości. Czasem działo się tak również we śnie.

Silny akcent na perkusji sprowadził go na ziemię. Przez chwilę nie wiedział w jakiej części numeru się znajduje i czy przypadkiem nie przegiął z solówką. Spojrzał na basistę, ale ten nie zdradzał objawów zniecierpliwienia. Teraz grał już Wooyt. Grał szybko. Karol pilnował rytmu, jak liny, która nie pozwala spaść w przepaść nieświadomości. Wzrokiem próbował przebić się przez oślepiającą kurtynę reflektorów, by zobaczyć, kto siedzi przed sceną. Machała do niego jakaś dziewczyna.

Zszedł ze sceny.

Ola. Ona też kiedyś udzieliła Karolowi wywiadu. I również tyn wywiad był podawany jako powód, wyrzucenia Karola z radia publicznego. Ola na antenie przeczyła tezie, że uprawia płatny seks wyłącznie z przyczyn zarobkowych. Powiedziała, że od kiedy jest prostytutką, przestała mieć depresje, bo robi to, co sprawia jej przyjemność. Wybiera swoich klientów, więc z tymi, których nie lubi się nie spotyka. Zdecydowanie zaprzeczyła również, gdy Karol, zapytał o kwestie moralno-etyczne – „w końcu przychodzą do niej klienci posiadający rodziny.” Ola odpowiedziała, że mężowie i ojcowie, to jej główna klientela. Zaraz potem jednak dodała, że nie uważa, by w tym, co robi było coś złego i że ludzie niepotrzebnie obciążają seks złymi emocjami, a przecież seks, podobnie jak masaż, może być sposobem na rozluźnienie i relaks. Na potwierdzenie tych słów dodała, że korzystają z jej usług „prawnicy, księża, biznesmeni, a nawet politycy, którzy swoim wyborcom wciskają pełen hipokryzji kit o wartościach rodzinnych”.

Ola przysunęła się do Karola. Jej ręka znalazła się natychmiast pod jego koszulą. Miał płaski brzuch, choć nie można było powiedzie, że był jakoś szczególnie umięśniony. Miał raczej figurę lekkoatlety. Przypomniała sobie, że Karol gra w squasha. Cieszyła się, że może się do kogoś przytulić w knajpie. Zwykle mężczyźni niechętnie pokazywali się z nią w miejscach publicznych. Była prostytutką i to dość rozpoznawalną w mieście. Nigdy nie kryła się z tym, co robi. Miała pełną świadomość konsekwencji tego wyboru. Dziś jednak czuła się samotna bardziej niż zwykle. Zauważyła, że dziewczyna, która zaczepiała Karola poszła na parkiet z jednym z młodych chłopaków, a drugi całował się z jej koleżanką. Była wdzięczna Karolowi za jego wybór. Karol dopił już piwo. Patrzyła na niego z profilu. Jego nieco przydługie włosy zasłaniały oczy. Widziała jedynie kontur nosa, pełnych ust i nieco cofniętej brody. Karol zawsze przypominał jej Johna Lennona, mimo że nosił okulary kwadratowe zamiast okrągłych. Dolała mu piwa ze swojej szklanki, chciała już iść. Karol wypił je i spojrzał na nią wyczekująco. Wzięła torebkę. Wyszli na ulice.

Ola mieszkała przy ulicy Tarczyńskiego, w domu z lat 60. naprzeciw Wydziału Filozofii Uniwersytetu. Kiedy pierwszy raz do niej poszedł, bardzo go ta koincydencja zajmowała. Jej trzypokojowe mieszkanie było urządzone nowocześnie, ale bez zbędnego przepychu. Ola pracowała w wynajętym lokalu przy ulicy Jagiellońskiej. W tym mieszkała wraz z synami. Przy wejściu powiedziała Karolowi, że może czuć się swobodnie, bo dzieci są u na wakacjach u rodziców ojca.

Poszli razem pod prysznic…

Pokolenie Solidarności (15)

Eli

Ewa Maria Slaska

Niemen na białym koniu (1978)

W roku 1978 Niemen zaśpiewał pieśń wojów Bolesława Krzywoustego.

Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające!
Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza ni szum groźny morskiej fali.
Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!


Basia do dziś jest pewna, że Niemen, śpiewając tę pieśń, wjechał na białym koniu do Bałtyku, ale nikt nic o tym nie wie, nie ma tej informacji w internecie, a Stefan, z którym Basia wiele lat potem rozmawiała o tym wydarzeniu, pokiwał tylko głową i powiedział, że Basia najwyraźniej połączyła w pamięci Niemena z Bianką Jagger, i że to nie Niemen wjechał na białym koniu do Bałtyku, ale żona Jaggera ubrana w długą czerwoną suknię wjechała do londyńskiego klubu Studio 54. A do Bałtyku wjechał konno generał Haller 10 lutego 1920 roku, czcząc odzyskanie przez Polskę niepodległości. Jako stara kobieta Bianka Jagger wyparła się zresztą wszystkiego i twierdziła, że zdjęcie było upozowane, a ona nigdy nie wjechała naprawdę na tym koniu do tego klubu. Pokolenie, które dorosło w latach 60, chce jednak wierzyć, że tak było, bo była to część naszej legendy pokoleniowej. A budowaliśmy ją w radosnym trudzie, zmieniając wszystko, co tylko dało się zmienić.

To my zaczęliśmy walczyć o prawa kobiet, mówią ludzie z tego pokolenia, dziś staruszki i staruszkowie, siwowłosi i przygarbieni. To my przestaliśmy jeść mięso. To my zaczęliśmy uprawiać medytację i jeździliśmy do Indii. To za naszych czasów wymyślono pigułkę antykoncepcyjną, a my potrafiliśmy z niej zrobić właściwy użytek. To my nie chcieliśmy kościoła ani kapitalizmu. To my byliśmy hippisami, paliliśmy trawkę i wymyśliliśmy pacyfizm. To my uznaliśmy, że lesbijki to w ogóle nie jest żadna sprawa, a geje są ok, to my byliśmy luzaccy i nie chcieliśmy spędzić życia w pogoni za mamoną. Znacznie bardziej nas interesowała pogoń za mrzonkami. To naszym hasłem było make love no war i to my pokochaliśmy Beatlesów.

Basi wywód Stefana nie przekonał, ale nie miała żadnych dowodów na to, że Niemen wjechał na koniu do Bałtyku i nikt z jej przyjaciół tego nie pamiętał, dała więc w końcu spokój. Wielokrotnie w przypływach nostalgii Basia przeczesywała internet, szukając opowieści o tym, jak Niemen we wspaniałej zielonej szacie, z długimi czarnymi włosami i brodą, wjechał na plaży w Sopocie do Bałtyku. Nigdy nic na ten temat nie znalazła.

Jednak nikt do końca nie wie, jakimi drogami chodzą ludzkie myśli i asocjacje. Niewykluczone więc, że Basia właśnie przez Biankę Jagger po przyjeździe do Ameryki zmieniła imię ze staroświeckiej Barbary na nowoczesną Biankę.

Wolne związki (1978)

Byli więc pokoleniem, które pierwsze wywalczyło sobie różne wolności, jak na przykład wolność od garnituru dla mężczyzn i kostiumiku lub garsonki dla kobiet, prawo do długich włosów i prawo do tego, żeby były potargane. Kobiety nie musiały nosić szpilek, mężczyźni skórzanych wyglansowanych butów. Do wywalczonych przez nich wolności należała również wolna miłość. Dlatego, gdy Andrzej Gwiazda zaprosił go na zebranie założycielskie wolnych związków, Stefan przez krótką chwilę przyglądał się starszemu koledze z nieukrywanym niedowierzaniem. Andrzej był w końcu legendą opozycji, a on i jego żona Joanna byli uważani za zawsze sobie wierną parę bocianów.

Okazało się przecież, że to nie wolna miłość, lecz wolne związki zawodowe. Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża podkreślił Andrzej.

Komitet Założycielski zebrał się 29 kwietnia 1978 roku. Wzorem dla gdańszczan była podobna organizacja powołana na Śląsku przez Kazimierza Świtonia. Wolne Związki miały niezależnie od państwa stawać w obronie praw robotniczych i obywatelskich. W Gdańsku działacze związków wydawali biuletyn Robotnik Wybrzeża. Pierwszy numer ukazał się 1 sierpnia 1978. Napisali tam i bardzo w to wierzyli:

W PRL istnieją potężne związki zawodowe zrzeszające miliony pracowników, dysponujące własną prasą, funduszami, lokalami. Mimo to co kilka lat robotnicy wychodzą na ulice i w gwałtowny sposób dopominają się o swoje prawa, narażając się na ataki MO i późniejsze represje. Nawet duże grupy pracowników w przypadku konfliktu z administracją są bezsilne i osamotnione. Sytuacja pojedynczego pracownika skrzywdzonego czy oszukanego jest jeszcze trudniejsza. […]

Nie stawiamy sobie celów politycznych, nie narzucamy naszym członkom, współpracownikom i sympatykom określonych poglądów politycznych i światopoglądowych, nie dążymy do objęcia władzy.

Nasza działalność jest legalna i zgodna z prawem. Każdy człowiek ma naturalne prawo do obrony, do sprawiedliwości i do godnego życia – gwarantuje nam to Konstytucja PRL.

W związkach działali wszyscy, którzy dwa lata później spotkali się na strajku w Stoczni, Bogdan Borusewicz, Joanna Duda-Gwiazda, Andrzej Kołodziej, Maryla Płońska, Alina Pienkowska, Anna Walentynowicz, Lech Wałęsa, Lech Kaczyński, Bogdan Lis. Współpracowali z nimi znani działacze opozycji przedsierpniowej, Leszek Moczulski.

– Nie dążymy do władzy, powiedział Stefan, gdy Basia zapytała, po jaką cholerę zamierza się znowu narażać? – A jak nie dążymy do władzy, to nie ma nas za co karać.

Ale oczywiście oboje dobrze wiedzieli, że władza karze za znacznie mniejsze przewinienia niż niedążenie do władzy.

Basia właśnie wystąpiła w zakładzie pracy o przyznanie działki pracowniczej. W rok później dostali jedną działkę na dwie rodziny, czyli im i Jackom przypadło wspólnie dwieście metrów kwadratowych na terenie nasypów dawnej kolejki z Gdańska do Brętowa. Kolejka dawno nie jeździła, szyny zaraz po wojnie zostały usunięte. Ludzie twierdzili, że zabrano je do Warszawy w ramach akcji “Cały naród buduje swoją stolicę”, a zresztą może, bo i takie krążyły pogłoski, wywieziono je w głąb Rosji Sowieckiej. Wymieniliśmy szyny na Gwiazdę, zażartował kiedyś Stefan i “coś w tym było”, Andrzej bowiem powrócił z Kazachstanu w roku 1946.

Pisząc w roku 2021 tę powieść znalazłam takie informacje: W roku 1909 Prusy postanowiły wybudować linię kolejową z Gdańska Wrzeszcza (Langfuhr) do Starej Piły przez Gdańsk i Brętowo. Linia miała mieć długość 19,5 kilometra i była fragmentem magistrali stanowiącej najkrótsze połączenie Gdańska z Berlinem, o długości około 500 km. Uroczysty przejazd, inaugurujący rozpoczęcie ruchu kolejowego, miał miejsce 1 maja 1914 roku. W okresie międzywojennym linię obsługiwały najpierw cztery a potem trzy pary pociągów. Linię przecinała granica polsko-niemiecka, a w Kiełpinie podróżni przechodzili odprawę paszportową i celną. Podczas II wojny wzdłuż nasypu kolejki wykopano rowy przeciwpancerne. W roku 1945 Niemcy, wycofując się z Gdańska przed nadciągającą Armią Czerwoną, wysadzili wiadukty na trasie kolejki. W roku 1946 szyny usunięto, Wikipedia pisze, że trafiły na odbudowywaną trasę Lębork – Maszewo Lęborskie. A tu były potrzebne, bo szyny tej linii rzeczywiście wywieziono do ZSRR. Lud zatem “wiedział swoje”. Ale może to nieprawda, bo może jednak ułożono te gdańskie szyny na trasie między Malborkiem a Kwidzynem. Czy to zresztą ważne? Tak czy owak, pozostały tylko nasypy i resztki wiaduktów. Na nasypy fajnie było chodzić wiosną. Rosły tam niewysokie wierzby, które miały świetne grube bazie. Nad rowami kwitły kaczeńce. W latach 70 przy nasypie pojawiły się ogródki działkowe, wyposażane w różne płotki, murki, szopki i studnie, budowane z elementów znalezionych przy rozebranej trasie kolejowej.

Działka pracownicza to była tradycyjnie wręcz domena zakładowych związków zawodowych. Ponadto zajmowały się one organizacją Dnia Kobiet i uroczystości gwiazdkowych dla dzieci pracowników, załatwiały przydziały węgla i dostawę zapasów ziemniaków na zimę, ewentualnie organizowały wyjazd na grzybobranie. Bardzo rzadko związki interesowały się tym, czym naprawdę powinny się były zajmować, czyli organizacją pracy w zakładzie, przestrzeganiem przepisów BHP oraz zachowywaniem prawidłowych relacji pomiędzy ilością i jakością pracy a wynagrodzeniem.

Tym właśnie postanowiły się zająć Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża, które w roku 1980 przygotowały listę postulatów, zawierającą kilkanaście żądań skierowanych do władz zakładowych, lokalnych i państwowych. Były one uszeregowane od najprostszych – takich, jak odzież ochronna, a kończyły się żądaniem prawa do utworzenia Związków Zawodowych niezależnych od partii. Wielkim osiągnięciem wolnych związków był fakt, że władze wojewódzkie oficjalnych związków zawodowych w 1980 roku przyjęły cztery z tych postulatów i postanowiły przedłożyć je na zbliżającym się właśnie zjeździe ogólnopolskim! Cztery! Gdy Stefan opowiadał o tym Basi, widać było, jaki jest dumny, że tyle udało się osiągnąć. Tak było w sierpniu z małej litery.

W Sierpniu z dużej litery wolne związki stworzyły NSZZ „Solidarność”, która zażądała realizacji wszystkich postulatów i dodała jeszcze kilka od siebie. Nota bene warto czasem przypomnieć sobie, jaka to była lista, czego żądali wówczas stoczniowcy, a z nimi miasto i kraj. Postulaty zostały zapisane na drewnianych tablicach i wywieszone na bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej 18 sierpnia 1980 roku. I wydawały się niemożliwie wręcz odważne.

Basia stała pod bramą wraz z innymi kobietami, których mężowie byli na Stoczni, czytała te postulaty i nie wierzyła własnym oczom. Dopiero po latach uświadomiła sobie, jak skromne to były żądania. Tak naprawdę tylko pięć z nich miało charakter umiarkowanie polityczny, reszta dotyczyła życia, zaopatrzenia w żywność, poprawienia sytuacji mieszkaniowej, wprowadzenia sobót wolnych od pracy. Ale oczywiście w czasach komuny wszystko to było niesłychanie odważne. Np. postulat 10: Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko nadwyżki.

Może trzeba tu dodać, że mięso eksportowano do Związku Radzieckiego. A w każdym razie, my, czyli lud, byliśmy o tym przekonani.


Informacje, przetworzone oczywiście “po mojemu”, zawdzięczam dawnej znajomości z dwoma ważnymi działaczami z Trójmiasta: Karolowi Krementowskiemu i Andrzejowi Gwieździe; tym niemniej to chyba oczywiste, że jeśli są tu niejasności albo przekłamania, to odpowiadam za nie ja, a nie oni. Za istotne poprawki dziękuję również Tiborowi Jagielskiemu.

Projekt Irena Bobowska. Krieg.

Der erste Tag des Projekts – Heimat – ist schon hinter uns. Vor uns die Veranstaltung Nummer 2: Krieg.

Projekt: Anna Krenz

Michael G. Müller

Hartherzige Christen? Russlands Krieg gegen die Ukraine und die deutschen Protestanten

Wie sollen sich evangelische Christen, deutsche Protestanten zu Russlands Krieg gegen die Ukraine verhalten? Was ist in dieser Lage für uns Deutsche geboten – als Christen, als Europäer und Nachbarn der Ukraine, als Träger einer besonderen historischen Verantwortung für das Unglück, das die Ukraine im Zweiten Weltkrieg und danach erfahren musste? Ist es geboten, die Ukraine nicht nur moralisch und humanitär zu unterstützen, sondern auch militärisch, durch die Lieferung schwerer Waffen? Viele prominente deutsche Protestanten haben sich dazu seit Beginn des Kriegs geäußert. In den letzten Wochen waren dies u.a. Annette Kurschus, die gegenwärtige EKD-Ratsvorsitzende, und deren Amtsvorgänger Wolfgang Huber, Margot Käßmann und Heinrich Bedford-Strohm, aber auch Joachim Gauck, Ex-Bundespräsident und protestantischer Theologe. Ihre Antworten auf die kritischen Fragen gehen weit auseinander. Das Meinungsspektrum spiegelt ziemlich genau die aktuellen Spaltungen innerhalb der deutschen intellektuellen Eliten.

Die EKD und ihre Vorsitzende Annette Kurschus erklären, gewissermaßen offiziell, dass es hier keine einfache Parteinahme geben könne. Kurschus: „Wir verfügen nicht über ein Wissen christlicherseits, das es uns erlauben würde, einzelne politische Optionen direkt aus der Bibel abzuleiten.“ Obgleich also Russlands Angriff auf die Ukraine eindeutig zu verurteilen sei, gebe es keine für alle Christen gültige Handlungsanweisung. „Es kommt auf uns an, den leidenden Menschen in der Ukraine, den verängstigten Menschen in unseren Nachbarländern, unsere Solidarität zu zeigen, keine billige, sondern eine, die uns etwas kostet. Es kommt auf uns an, den Menschen in Russland, die sich gegen den Krieg stellen, unsere Achtung zu bezeugen. Es kommt auf uns an, den Menschen, die flüchten, zu helfen und ihnen Wege zu öffnen, damit sie ihr Leben retten können.“ Dagegen komme die EKD, so ein Kommentar, zu dem Schluss, dass es für und gegen Waffenlieferungen an die Ukraine jeweils gute Gründe gebe. Dilemmata müssten benannt werden. „Es ist nicht immer hilflos, wenn man sagt: Ich weiß es nicht. Das ist manchmal das einzig angebrachte“. So bekräftigt Kurschus, dass die Ukraine das Recht auf bewaffnete Selbstverteidigung habe und dabei unterstützt werden müsse. Sie widerspricht aber auch Meldungen, wonach sie vorbehaltlos für die Lieferung schwerer Waffen an die Ukraine eintrete.

Beherzter äußerten sich die ehemaligen EKD-Ratspräsidenten Wolfgang Huber und Heinrich Bedford-Strohm. Die EKD-Friedensdenkschrift von 2007, so Huber, habe weiterhin ihre Berechtigung und Gültigkeit, doch zwinge die neue Lage dazu, über die Denkschrift hinauszudenken: „Der auf den Verbrechen des 20. Jahrhunderts fußende deutsche Sonderweg steht uns – auch als Christen – nicht mehr zur Verfügung“, denn „[e]s ist grotesk, dass die Gewalttaten, die unsere Väter verübt haben, uns daran hindern sollten, Menschen beizustehen, die Opfer vergleichbarer Gewalttaten sind… Bei allem Respekt für den Vorbildcharakter einer persönlichen Entscheidung zur Gewaltlosigkeit, diese Gewaltlosigkeit zur unumstößlichen Maxime eines ganzen Landes zu machen, heißt gegebenenfalls, nicht nur für sich, sondern auch für andere auf das Selbstverteidigungsrecht zu verzichten“. So plädiert auch Huber, ähnlich wie Kurschus, dafür, die Kontroverse über die angemessene Haltung gegenüber dem Krieg gegen die Ukraine offen auszutragen – zieht aus dieser „friedensethischen Zeitenwende“ für sich aber den Schluss, dass auch militärische Hilfe für die Ukraine geboten sei. Zum selben Schluss kommt Bedford Strohm. Auch wenn man als christlicher Pazifist angesichts solcher Entscheidungen zwangsläufig „zerrissen“ sei, müsse man die Ukraine nicht nur durch humanitäre Hilfsmaßnahmen, sondern auch durch Waffenlieferungen unterstützten – wenngleich man nicht behaupten dürfe, „dass man alles mit Waffen lösen kann.“

Kategorisch widerspricht dem Margot Käßmann. Sie will die Vorstellung von einer friedensethischen Zeitenwende nicht gelten lassen. Sehr wohl verurteilt sie Putins Angriffskrieg und beteuert ihr Mitgefühl für dessen Opfer. Doch sei der aktuelle Krieg aus der Perspektive christlich-pazifistischer Ethik nicht grundsätzlich anders zu bewerten als die anderen gewaltsamen Konflikte in und außerhalb Europas in unserer Zeit – als die Kriege auf dem Balkan, die Kriege in Afghanistan, Syrien, im Jemen. Immer, und auch jetzt, seien die Christen vor allem dem Friedensgebot verpflichtet, im Sinne der „Bergpredigt“. Gerade die Deutschen müssten sich angesichts ihrer historischen Verantwortung auch jetzt aktiv zum Prinzip des Gewaltverzichts bekennen: keine Waffenlieferungen an die Ukraine, kein „Sondervermögen“ für Investitionen der Bundesregierung in die nationale Rüstung; stattdessen größere Investitionen in Klima- und Bildungspolitik. Und der Krieg in der Ukraine? Käßmann legt nahe, einerseits die russische Zivilgesellschaft und ihren (vermuteten) Widerstand gegen Putins Angriffskrieg zu stärken, andererseits aber doch in Richtung direkter Verhandlungen mit Putin, d.h. zwischen dem Putin-Regime und der Ukraine, zu wirken. Schließlich sei es keineswegs neu, dass man auch mit Diktatoren und Aggressoren am Ende verhandeln müsse – so wie mit den afghanischen Taliban oder mit dem Assad-Regime in Syrien. Wie, auf welcher Grundlage und worüber derzeit mit den russischen Aggressoren zu verhandeln wäre und wer ein Mandat dazu hätte – das lässt Käßmann allerdings offen.

Wer diese Diskussion unter den prominenten Protestanten in Deutschland sozusagen von außen, d.h. als Nicht-Theologe, verfolgt, ist zunächst allerdings überrascht darüber, welch geringe Rolle hier religiös-theologische Argumente spielen. Gewiss, es ist die Rede von der Verantwortung der Christen, für die Verfolgten und die im Krieg Geschädigten und Geschändeten zu sorgen, sie zu verteidigen. Bedford-Strohm macht diesen Aspekt stark, relativiert ihn zugleich aber indirekt dadurch, dass er das aktuelle Leid der Ukrainerinnen und Ukrainer in den größeren, globalen Kontext des Leidens so vieler Menschen in der Welt stellt. Alle verdienen unsere christliche Solidarität und Hilfe, aber wie…? Margot Käßmann wiederum gebraucht durchaus theologische Argumente – etwa in der Berufung auf die „Bergpredigt“ („Liebet eure Feinde und betet für die, die euch verfolgen“) oder auf Luthers im Grundsatz distanziertes Verhältnis zum Kriegshandwerk. Dabei geht sie aber durchaus manipulativ mit dem theologischen Erbe um. Sie unterschlägt, dass Luther selbst in seiner Schrift von 1525 „Wider die mörderischen und räuberischen Rotten der Bauern“ die Landesherren ganz offen zu einem totalen, erbarmungslosen Krieg gegen die rebellischen Bauern aufforderte. Sie geht auch – wie freilich auch ihre andersdenkenden Konfessionsverwandten – mit keinem Wort darauf ein, dass es eigentlich seit der Gründung der christlichen Kirche eine kontinuierliche, immer kontroverse Diskussion darüber gab, ob es so etwas wie einen „gerechten Krieg“ (bellum iustum) geben könne. Als gerecht, so die kirchliche Lehre des Mittelalters und der Frühen Neuzeit, sollte ein Krieg gelten, der um eine „gerechte Sache“ (causa iusta) geführt wurde. Was wäre dazu aus der Perspektive des Jahres 2022 zu sagen? Auf diese Frage mögen heute offenbar wenige antworten.

Verwirrend und letztlich irritierend aber auch der argumentative Umgang führender Protestanten mit den sprichwörtlichen Lehren aus der Geschichte. Alle verweisen natürlich darauf, wenn es darum geht, die besonderen deutschen Sensibilitäten im Umgang mit bewaffneten Konflikten zu erklären bzw. zu rechtfertigen. Für Margot Käßmann reicht freilich die Feststellung aus, dass es für die Deutschen nach den Erfahrungen der beiden Weltkriege des 20. Jahrhunderts keine andere Konsequenz gebe, als jede bewaffnete Auseinandersetzung zu verdammen: nie wieder Krieg. Dabei verweigert sie sich de facto aber der Frage nach der deutschen Verantwortung für die besondere Konfliktgeschichte in Osteuropa im 20. Jahrhundert – die Verantwortung dafür, dass in der Ukraine rund 5 Millionen Menschen Opfer von Hitlers kolonialem Eroberungs- und Vernichtungskrieg wurden, dass Nazi-Deutschland mit diesem Krieg aber auch den Weg für die sowjetische Herrschaft über die Ukraine in den folgenden Jahrzehnten gebahnt hat. Wolfgang Huber hat mit seinen schon zitierten Aussagen auf diese Schwachstelle in der fundamentalpazifistischen Argumentation hingewiesen. Dürfen deutsche Christen sich der besonderen deutschen Verantwortung für die Ukraine mit dem Argument entziehen, dass gerade wir Deutschen uns aus vermeintlich guten Gründen nicht mehr durch die Unterstützung militärischer Gewaltanwendung schuldig machen wollen? Natürlich nicht.

Am prägnantesten hat wohl Joachim Gauck das eigentliche Problem auf den Begriff gebracht. Indem deutsche Fundamentalpazifisten (wie Käßmann) auf die Tätervergangenheit der Deutschen im Zweiten Weltkrieg als Rechtfertigung für ihre Haltung verweisen, so Gauck neulich in einem ZDF-Interview, betreiben sie eine Art „Selbstprivilegierung“. Das vorbehaltlose Bekenntnis zu den deutschen Verbrechen der Vergangenheit privilegiert die Nachkommen der Täter scheinbar dazu, sich heute eines aktiven Engagements zu enthalten. Tatsächlich klingt es schal, wenn Margot Käßmann in ihrem (von ihrem beschaulichen Wohnsitz auf der Ostseeinsel Usedom aus erteilten) Ferninterview an das christliche Gebot der Feindesliebe erinnert. Dem Feind „die andere Wange hinhalten“ müssen ohnehin nicht wir Deutschen, sondern die Menschen in der Ukraine.

Überhaupt scheint am ehesten Joachim Gauck heute zu einer klaren Analyse der Lage fähig zu sein, auch zu überzeugenden Antworten auf die Frage, wie protestantische Christen sich dazu verhalten sollen. Die Medien sind zwar eher an seiner Einschätzung als ehemaliger Bundespräsident und Politiker interessiert als an seinem Urteil als protestantischer Theologe. Doch bringt Gauck beide Perspektiven in dem erwähnten Interview souverän zusammen. Die Fehleinschätzungen der jüngeren deutschen Russlandpolitik und deren katastrophale Folgen analysiert er scharfsinnig – und er kann sich zu Recht darauf berufen, schon 2014 eindringlich vor den falschen Weichenstellungen gewarnt zu haben. Ebenso klarsichtig benennt er, was heute die Pflicht aller derjenigen ist, die sich zu den Werten des Christentums, der Aufklärung und der Demokratie bekennen, in Deutschland und anderswo. Unsere Vernunft und unser Gewissen gebieten uns, die Ukraine mit allen uns verfügbaren Mitteln bei ihrer Verteidigung gegen die russische Aggression zu unterstützen. Wer hier zögert, so Gauck, handelt „gewissenlos“.

Den deutschen Protestanten auf pauschale Weise Herzlosigkeit in ihrer Einstellung und ihrem Verhalten gegenüber dem Krieg gegen die Ukraine vorzuwerfen, wäre falsch. Es gibt viele unterschiedliche Stimmen und Haltungen unter Deutschlands Protestanten, darunter auch sehr empathische und moralisch überzeugende. Man fragt sich allerdings, warum Deutschlands evangelische Kirche in einer derart essentiellen Frage nicht zu einer gemeinsamen Position finden kann. Die EKD rechnet es sich als Tugend an, innere Gegensätze auszuhalten und Kontroversen offen auszutragen. Aber wozu braucht man eigentlich eine Kirche, wenn sie nur die Vielfalt der Meinungen in der Gesellschaft widerspiegelt, anstatt religiöse und ethische Orientierung zu geben?


Prof. em. Dr. Dr. h.c. Michael G. Müller

Call for a »Worldwide Reading«

»Worldwide Reading« on September 29, 2022: Novels and Essays by Salman Rushdie

Sehr geehrte Damen und Herren,
liebe Freundinnen und Freunde,der Mordanschlag auf Salman Rushdie sitzt uns noch tief in den Knochen. Wir rufen hiermit zu einer »Weltweiten Lesung« des Werkes von Salman Rushdie auf, siehe unten. Viele Autor:innen aus allen Kontinenten unterstützen den Aufruf, so Adonis, Jennifer Clement, Andrei Kurkov, Wole Soyinka, Janne Teller, Bernard-Henri Levy, Peter Schneider, Amir Hassan Cheheltan, Robert Hass und Sergei Lebjedev. Die Autorin Madame Nielsen schlägt vor, dass wir bis zum 29. September überall im öffentlichen Raum »Die Satanischen Verse« mit uns tragen sollten, dass wir das Buch überall aufschlagen und lesen, in Cafés, Parks und der U-Bahn. Elfriede Jelinek regt Autor:innen an, Auszüge davon auf den eigenen Websites zu platzieren, falls die Rechte hierfür jeweils erworben werden können.
Herzlich
Ulrich Schreiber
Festivaldirektor und Programmleiter
internationales literaturfestival berlin
Ladies and gentlemen,
dear friends,The assassination attempt on Salman Rushdie still has us in shock. We are hereby calling for a »Worldwide Reading« of Salman Rushdie’s works. Please see below. Many authors from all continents support the call, including Adonis, Jennifer Clement, Andrei Kurkov, Wole Soyinka, Janne Teller, Bernard-Henri Levy, Peter Schneider, Amir Hassan Cheheltan, Robert Hass and Sergei Lebjedev. The author Madame Nielsen also suggested that we carry »The Satanic Verses« with us everywhere in public spaces until September 29, and that we open and read the book everywhere, in cafes, parks, subways. Elfriede Jelinek encourages authors to place excerpts on their own websites if the rights can be acquired.
Sincerely,
Ulrich Schreiber
Festival Director and Head of Program
international literature festival berlin
Das internationale literaturfestival berlin [ilb] lädt Einzelpersonen, Schulen, Universitäten, Kulturinstitutionen und Medien ein, am 29. September 2022 an einer »Weltweiten Lesung« aus Salman Rushdies Werken teilzunehmen – von »Mitternachtskinder«, »Die satanischen Verse«, »Joseph Anton« bis zu seinen neuesten Büchern »Sprachen der Wahrheit« und »Victory City«. Mit der Lesung soll ein Zeichen für die Freiheit der Literatur und des öffentlichen Wortes sowie für die Solidarität mit dem Autor gesetzt werden, der Opfer eines grausamen Attentats wurde.

Zu den Erst-Unterzeichner:innen zählen: Adonis [Syrien/ Frankreich], Breyten Breytenbach [Südafrika], Amir Hassan Cheheltan [Iran], Robert Hass [USA], Elfriede Jelinek [Österreich], Sergei Lebjedev [Russland/ Deutschland], Bernard-Henri Levy [Frankreich], Yang Lian [China/ Großbritannien], Alberto Ruy Sánchez [Mexiko], Peter Schneider [Deutschland], Wole Soyinka [Nigeria] und Janne Teller [Dänemark].Auch wenn die konkreten Hintergründe des Attentats und das Motiv des Täters noch nicht geklärt sind, scheint klar, worauf sie vermutlich zurückgehen: auf die Fatwa, die der iranische »Revolutionsführer« Ayatollah Khomeini 1989 gegen Rushdie erlassen hat. Sie forderte die Tötung des in Indien geborenen, britischen Schriftstellers, weil er mit den »Satanischen Versen« angeblich den Islam, den Koran und den Propheten Mohammed beleidigt habe. Bis heute hat das iranische Regime den Aufruf zur Ermordung des Autors nicht zurückgenommen, ebenso wenig wie das Kopfgeld, das es damals auf ihn ausgesetzt hatte. Die wichtigen Medien im Iran applaudieren derzeit dem Attentäter.

Salman Rushdie musste deshalb jahrelang unter intensivem Polizeischutz leben. Mehr als 20 Jahre lang ging man davon aus, dass keine Gefahr mehr für sein Leben bestehe. Doch diese Annahme hat sich durch das blutige Attentat in New York auf schockierende Weise als trügerisch erwiesen. Es macht deutlich, dass die Bedrohung der elementaren Menschenrechte und Freiheiten virulent ist. Der Anschlag auf Rushdie fällt in eine Zeit, in der die demokratische Welt von immer aggressiveren autoritären Mächten unterschiedlichster Prägung in die Defensive gedrängt, wenn nicht – wie in der Ukraine – durch offenen Krieg und ein unglaubliches Ausmaß an Gewalt mit Tod und Zerstörung überzogen wird.Es ist daher dringend geboten, entschlossen aufzustehen und Recht und Menschenwürde zu verteidigen. Mit der Lektüre seiner Romane und Essays können freiheitsliebende Menschen in aller Welt ein Zeichen setzen, dass sie sich von Gewaltandrohungen nicht einschüchtern lassen und sich keinem Versuch beugen, Gedanken in Wort, Schrift und Bild zu unterdrücken oder auszulöschen.

Die Lesungen können überall stattfinden, auch privat im kleinen Kreis, in einer Schule, in einer Kultureinrichtung oder im Radio. Personen und Institutionen, die sich mit einer Lesung am 29. September beteiligen möchten, werden gebeten, uns folgende Informationen zukommen zu lassen: Organisatoren, Ort, Zeit, teilnehmende Akteure, Veranstaltungssprache, ggf. Link zu Ihrer Website.
Die E-Mail-Adresse lautet: worldwidereading@literaturfestival.com.
Wir bitten die Veranstalter, die Rechte für Lesungen selbst zu klären.
ZUM AUFRUF
The international literature festival berlin [ilb] invites individuals, schools, universities, cultural institutions and media to participate in a »Worldwide Reading« of Salman Rushdie’s works – from »Midnight’s Children«, »The Satanic Verses«, »Joseph Anton« to his latest books »Languages of Truth« and »Victory City« – on September 29, 2022. The reading is intended to send a signal for the freedom of literature and public speech as well as the solidarity with the author, who was the victim of a horrific assassination attempt.

Among the first signatories of the call are: Adonis [Syria/ France], Breyten Breytenbach [South Africa], Amir Hassan Cheheltan [Iran], Robert Hass [USA], Elfriede Jelinek [Austria], Sergei Lebjedev [Russia/ Germany], Bernard-Henri Levy [France], Yang Lian [China/ UK], Alberto Ruy Sánchez [Mexico], Peter Schneider [Germany], Wole Soyinka [Nigeria] und Janne Teller [Denmark].
Even if the concrete background of the assassination attempt and the motive of the perpetrator have not yet been clarified, it is likely who seems responsible: It goes back to the fatwa that the Iranian »revolutionary leader« Ayatollah Khomeini issued against Rushdie in 1989. It called for the killing of the Indian-born, British writer because he had supposedly insulted the Islam, the Qur’an and the Prophet Muhammad with »The Satanic Verses«. To this day, the Iranian regime has not withdrawn the call to kill the author, just as it has not withdrawn the bounty it placed on his head at the time. The important media in Iran are currently applauding the attacker.

For years, Salman Rushdie therefore had to live under intensive police protection. For more than 20 years, it was assumed that there was no longer any danger to his life. But this assumption has been shockingly proven wrong by the bloody attack in New York. It makes it clear that the threat to elementary human rights and freedoms remains unbroken. Moreover, the attack on Rushdie comes at a time when the democratic world is being forced into the defensive by increasingly aggressive authoritarian powers of various kinds, if not – as in Ukraine – it is overrun with death and destruction through open war and an incredible range of violence.

It is therefore absolutely urgent to stand up firmly and defend law and human dignity. By reading Salman Rushdie’s novels and essays, freedom-loving people all over the world can send a signal that they will not be intimidated by threats of violence and will not bow to any attempt to suppress or annihilate thoughts expressed in speech, writing and images.

Readings can take place anywhere, even privately in a small circle, in a school, in a cultural institution or on the radio. People and institutions who would like to participate with a reading on September 29, 2022 are asked to send us the following information: Organizers, location, time, participating actors, event language, link to your website if applicable.
The e-mail address is: worldwidereading@literaturfestival.com.
We kindly ask organizers to clear the rights for readings on their own.
THE CALL