Z wolnej stopy 68


Zbigniew Milewicz

Stare i nowe prace Beaty


Ten wernisaż miał się odbyć najpierw gdzie indziej, w galerii sztuki, w której pracuje Beata. Szef jej to obiecał, ale w nieskończoność przesuwał terminy, więc miejsce znalazła sobie sobie sama. Okolice Romanplaz w Monachium mają swój klimat, piwnica też, więc jest zadowolona. Dla jej pryncypała nie byłby to żaden interes, w końcu chce sprzedawać swoje obrazy, a nie jej. Obiecał, że wystawa odbędzie się 22 października, więc jest, tylko na Wotanstrasse.


Przychodzą tylko zaproszeni goście, mnie zawiadomiła przez swój WhatsApp, więc sprawdzam, kogo znam. Paru gości z widzenia, ale Basię Grabowską i Ryszarda, jej męża, osobiście. Gdybym był złośliwy, ale przecież nie jestem, to bym napisał, że jak zły szeląg. W końcu była moją konkurentką, kiedy przed laty organizowałem imprezy taneczne dla monachijskiej Polonii. Oj działo się wtedy, działo. Dzisiaj nie skaczemy sobie jednak do gardziołek, tylko sączymy w nie różne nektary, którymi częstuje Beata, troskliwie pytamy o zdrowie, wnuków.
Pełna kultura.


Niektóre obrazy znam, artystka prezentowała je już na swojej pierwszej wystawie, o której pisałem tu bodaj pięć lat temu, ale są też nowe. Może więcej w nich metafizyki, na przykład w Mężu i żonie, czy Kielichu miłości. Przyciąga uwagę Ziarno, wymownie chrześcijańskie, jest trochę świeżych abstrakcji,
zainspirowanych brutalnością wojny na Ukrainie. Szkoda jednak, że to tylko jednodniowa wystawa, ale miłośnicy sztuki mogą nawiązać kontakt z artystką przez internet. Beata Modzelewska ma w sieci swój profil, BMKunst.

Schweine

Ich fand dies im FB meiner ehemaligen Schülerin. Die Zeiten sind gar nicht lustig, daher…

Tanja Lakatos is feeling amused.

WICHTIGE INFO 😂😂😂

Der Orgasmus eines Schweins dauert 30 Minuten. (Oh. Mein. Gott !!!)

Eine Küchenschabe lebt ohne Kopf noch neun Tage bevor sie verhungert.
(Gruselig. Ich habe das mit dem Schwein noch nicht ganz verarbeitet.)

Eine männliche Gottesanbeterin kann sich nicht paaren, während sein Kopf noch mit seinem Körper verbunden ist.
Das Weibchen leitet den Sex ein, indem Sie den Kopf des Männchens abreist.
(Liebl……ing, ich bin zu hause. Was soll …..?)

Ein Floh kann das 350-fache seiner Körperlänge springen.
Das ist so als ob ein Mensch die Länge eines Fußballfeldes springen kann.

(30 Minuten. Glückliches Schwein! Kannst du dir das vorstellen?)

Der Wels hat über 27.000 Geschmacksknospen. (Was könnte auf dem Grund eines Weihers so wohlschmeckend sein?)

Manche Löwen paaren sich mehr als 50 Mal am Tag. (Ich kann das mit dem Schwein immer noch nicht glauben …. Qualität über Quantität)

Schmetterlinge schmecken mit Ihren Füßen.
(Etwas was ich schon immer wissen wollte.)

Elefanten sind die einzigen Tiere, die nicht springen können. (Okay, das ist auch gut so)

Der Urin einer Katze leuchtet unter Schwarzlicht. (Ich frage mich wie viel die Regierung ausgegeben hat um das heraus zu kriegen)

Das Auge eines Vogel Strauß ist größer als sein Hirn (Ich kenne einige solche Leute).

Seesterne haben kein Hirn (solche Leute kenne ich auch)

Eisbären sind Linkshänder.

Menschen und Delfine sind die einzigen Gattungen die Sex zum Vergnügen haben.
(Was ist mit dem Schwein? Wissen die Delfine von dem Schwein?)

Jetzt da du mindestens ein Mal gelächelt hast, ist es an dir diese verrückten Tatsachen in Umlauf zu bringen. (und denk an das Schwein 🐷 )

🤣

Wiera


Montag 24. Oktober ACUD Theater 20.00 Uhr
Acud Theater, Veteranenstraße 21, 10119 Berlin


Event by Celina MuzaACUD Theater and Verein Kultur-Schmuggel

Tickets: www.acud-theater.de/programm/5259-wiera.html

Regie: Krzysztof Stasierowski
Text: Cezary Rossa
Arrangements: Paweł Stankiewicz
Übersetzung: Andreas Visser

Agnieszka Babicz – Schauspielerin, Sängerin und Produzentin. Sie studierte an der Schauspielschule am Musiktheater Gdynia, die sie mit Auszeichnung absolvierte. Dort spielte sie u.a. Fantine in „Les Misérables“, Fiona in „Shrek“ und Lorraine in „Dracula”. Viel Anerkennung brachte ihr die Darstellung der Anita in „West Side Story“ an der Stettiner Oper und die Arbeit am Stadttheater Gdynia ein, wo sie 2008 den Publikumspreis für die Rolle der Witwe in „Zorba“ erhielt. Ein breites Publikum kennt Agnieszka Babicz dank ihrer Auftritte in populären TV-Serien: „Na wspólnej“ und „Na dobre i na złe“. In den Filmen von Andrzej Kostenko „Lokatorzy“ und Janusz Kondratiuk „Faceci do wzięcia“ bewies sie ihr Talent.
Am 24. Oktober zeigt die Künstlerin ein neues Solostück „Wiera“
Ein musikalisches Monodrama der Schauspielerin Agnieszka Babicz aus der Dreistadt. Es basiert auf der Biografie und den Liedern aus dem Repertoire von Wiera Gran. Die große, bereits vergessene Künstlerin, polnische Sängerin jüdischer Herkunft, Kabarettistin und Filmschauspielerin, die während des Krieges im Warschauer Ghetto sang und nach dem Krieg durch den Vorwurf der Kollaboration mit den Deutschen verfolgt wurde und Opfer einer damaligen Hetzkampagne wurde.
Sie war das einzige Mitglied ihrer Familie, das die Besatzungszeit überlebte. Für den Rest ihres Lebens wehrte sie sich gegen Anschuldigungen, sie habe mit der Gestapo kollaboriert, um das Ghetto verlassen zu können. Trotz ihrer Erklärungen und gewonnener Prozesse wurde sie von Menschen, die den Anschuldigungen Glauben schenkten, ausgegrenzt. Sie wollte sich sehr von diesen Verleumdungen befreien – einer der Gründe, warum sie das Buch „Staffellauf der Verleumder – Autobiographie einer Sängerin“ schrieb (1980), auf dem der Text des Monodramas basiert.

Vorstellung in polnischer Sprache mit deutschen Untertiteln.

Karten: 15,00 / 10,00 EUR, https://www.acud-theater.de/
oder Anmeldungen an: info@kultur-schmuggel.org

Schauspielschulstudenten: Eintritt frei!

Fotos © Adam Krajewski

Die Inszenierung wird gezeigt im Rahmen des Projektes: HERBSTschläge – neue deutsch-polnische Solostücke in Berlin. Gefördert von der Berliner Senatsverwaltung für Kultur und Europa.

Prawda – wiersze i rysunki (1)

Tibor Jagielski



Pytało babci pewne dziecię:
„Czemuż zła tyle na tym świecie?
Czemu cukierków ciągle mało,
A na podwórku w mordę walą,
I czy to prawda ustalona,
Że świat to sprawka Pana Boga?”

Odpowie babcia rezolutna:
„Ach dziecię, prawda jest okrutna,
Więc za bezczelność twą, potworze,
Na grochu będziesz klęczeć worze.”


Bożenka tak bawiła kotka,
Aż dała ducha ta istotka.

Dostała od tatusia w pupę,
Bo kotek wart był forsy kupę.
Raz przypomniała sobie piękna pani Hanka,
Że przed miesiącem skryła w szafie swej kochanka.

Więc zbladła szepcząc: „A to pech,
Na śmietnik pewnie teraz futra me.”

Pokolenie Solidarności (17)

Ewa Maria Slaska

Eli

Stocznia. Amerykański sen. (1980)

Napięcia, których kulminacją był Sierpień 1980 roku trwały w Polsce od dłuższego czasu. Już w lipcu po podwyżce cen mięsa rozpoczęły się masowe protesty. Władze poczyniły tymczasowe ustępstwa i wydawało się, że wszystko wraca do normy. Gierek pojechał odwiedzić Breżniewa na Krymie.

Polacy codziennie zasiadali przed telewizorami, żeby obejrzeć igrzyska olimpijskie w Moskwie i większość z nas zobaczyła słynny gest Kozakiewicza po medalowym skoku o tyczce.

Wydaje mi się, że tego nie trzeba tłumaczyć, że każdy wie, co to był gest Kozakiewicza. Ale może jednak trzeba. Zacznijmy więc od tego, że “Gest Kozakiewicza” to tak zwany „wał”, zgięcie lewej ręki w łokciu i włożenie w zgięcie prawej ręki. Dziś często zastępowany „palcem” czyli wystawieniem w górę środkowego palca prawej ręki. Władysław Kozakiewicz pokazał wała na Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie. Skoczył trzy razy, uzyskując za trzecim razem 5,78 metra. Był to rekord świata i zapewnił Polakowi medal olimpijski. A rosyjska publiczność go wygwizdała. Stąd wał. Ambasador ZSRR w PRL, Borys Aristow domagał się odebrania Polakowi medalu, unieważnienia rekordu oraz dożywotniej dyskwalifikacji za obrazę narodu radzieckiego.

Ani władze ani media nie dostrzegły tego, co się szykuje na Wybrzeżu. Wiadomością miesiąca była informacja o tym, że na Majorce odnaleziony został fortepian Chopina. Tak twierdzi wrocławski historyk, doktor Władysław Kucharski. Gest Kozakiewicza oczywiście pamięta cała Polska, ale fortepian Chopina?

Do kin wchodziły Gwiezdne wojny, a pod Bydgoszczą zdarzyła się największa katastrofa kolejowa w powojennej Polsce, w której zginęło 67 osób, a 64 odniosły rany.

Uprawiana przez ekipę Gierka propaganda sukcesu ze sztandarowym hasłem “Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” latem 1980 roku definitywnie zbankrutowała. Puste półki sklepowe, wydłużające się kolejki i coraz częstsze przerwy w dostawach prądu – tak wyglądała rzeczywistość.

Mimo to, kiedy w lipcu 1980 roku fala strajków rozlała się po całym kraju, władze powtarzały utarte formułki o “czasowych przerwach w pracy” i “przejściowych trudnościach gospodarczych”.

Nawet w Gdańsku początek sierpniowego strajku dzienniki skwitowały krótką notatką o „zakłóceniach w rytmie pracy”. Wśród partyjnych notabli, jak zawsze przedtem, pojawiły się opinie, że strajki to wynik działania “sił antysocjalistycznych”.

Strajk na Stoczni zaczął się 15 sierpnia.

Po dyskusjach w nocy z 17 na 18 sierpnia opublikowano w Gdańsku słynne 21 postulatów, komunikując Polsce i światu, że robotnicy Wybrzeża walczą nie tylko “o mięso”, ale także o “wolności obywatelskie”.

W niedzielę 17 sierpnia Basia poszła na imieniny swojego kuzyna, Jacka. O tym, że trzy dni wcześniej stanęła Stocznia wiedziało już całe miasto. O tym, że było to związane z działaniami Wolnych Związków i że dlatego Stefana nie było – może nie całe miasto, ale na pewno wszyscy ich przyjaciele. CETO stanęło już w pierwszych minutach strajku na Stoczni. Nauka nie poszła w las, działania KORu, Wolnych Związków, Niezależnych Komitetów Studenckich odniosły ogromny sukces. Tym razem nie było tak, że jak studenci strajkują, to robotnicy milczą, a jak robotnicy strajkują, to inżynierowie dalej ślęczą w biurach. 15 sierpnia 1980 roku stanęła cała Stocznia i wszystkie jej biura, a następnego dnia zaczęli już napływać delegaci z Trójmiasta, potem – z innych miast. W nocy radio podało komunikat, że na terenie Stoczni zawiązał się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, czyli MKS. W poniedziałek w Trójmieście stało już kilkaset zakładów. Zawiązywały się zakładowe komitety strajkowe, które wysyłały delegatów na Stocznię. Krążyły pogłoski o strajku generalnym, pod bramą Stoczni gromadziły się tłumy, a gazety nadal donosiły o „przerwach w pracy”.

Pierwszy tydzień Strajku w Trójmieście miał charakter strajku powszechnego, był pełen napięcia i lęku. Pomiędzy wierszami gazetowych wypowiedzi narastała groźba, że znowu robotnicze – więcej nawet, bo tym razem społeczne – wystąpienie stłumione zostanie siłą. Podczas wspólnych modlitw pod krzyżem u wejścia do Stoczni ksiądz proboszcz z kościoła św. Brygidy zapowiedział gotowość duszpasterską, w celu niesienia strajkującym wszelkiej pomocy duchowej, z ostatnim namaszczeniem włącznie. A ogromny tłum ludzi zdecydowanie i z godnością przyjął to do wiadomości. Ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że i oni w tej grze odgrywają pewną rolę. Wspierali, to oczywiste, ale też chronili strajkujących. Każda próba zmiażdżenia siłą strajku musiała się zacząć od ataku na tłum dniem i nocą stojący przed Bramą Stoczni. To była żywa tarcza ochronna i ci, którzy tam stali, nie mogli liczyć na to, że jeśli taki rozkaz będzie wydany, atakujący cofną się przed rozlewem niewinnej krwi. W miejscu gdzie teraz stali, dziesięć lat wcześniej padły pierwsze strzały Grudnia 1970. Cóż więc mogło zaskoczyć tych, którzy tam stali?

Niestety, zanim przejdę do własnej opowieści o tym, jak to było w Sierpniu, muszę po raz kolejny pójść daleko do przodu i skomentować piękne zdanie z poprzedniego akapitu: “ksiądz proboszcz z kościoła św. Brygidy”, czyli Henryk Jankowski. Był już wtedy, w sierpniu 1980 roku osobą bardzo znaną. W Gdańsku opowiadało się cuda o jego przemyślności, która pozwoliła mu właściwie samotnie dokonać odbudowy kościoła św. Brygidy. Pełnił tam służbę duszpasterską od roku 1970, najpierw jako kapłan, organizujący duszpasterstwo w ruinach kościoła, potem administrator, w końcu jako proboszcz. Zapisał się więc bardzo dobrze w pamięci gdańszczan, choć już we wczesnych latach 80 mruczano z niezadowoleniem na temat jego prywatnych luksusów, o tym, że dostaje dary z Zachodu i rozdziela je wśród bogatych, którzy wspierają budowę jego kościoła, że ma samochody, które nie przystoją duszpasterzowi. Byłam tam kiedyś z prośbą o zezwolenie na zostanie matką chrzestną i dość nieprzyjemnie uderzyło mnie, że otaczają mnie wielkie polerowane gdańskie meble, że krzesła są kryte prawdziwym kurdybanem, a w szafach błyszczą wielkie srebrne naczynia. O tym się mówiło, to się potępiało, ale przeważało poczucie, że podniósł tę świętą Brygidę z ruin, że był kapelanem Solidarności, że pracowała dla niego Elżbieta Szczodrowska, rzeźbiarka słynna, a najszlachetniejsza ze szlachetnych. O tym, co dziś, po 40 latach, wciąż jeszcze budzi oburzenie i gniew – o seksualnym wykorzystywaniu dzieci – nikt się nawet nie zająknął. Ale chyba wtedy nikt w ogóle o czymś takim nie wiedział, nie myślał, nie przypuszczał. Jeżeli gdzieś się ten temat pojawiał, to w wychowaniu dziewczynek, w miarę jak podrastały, coraz bardziej je przestrzegano przed ciemnymi zaułkami i nieuczęszczanymi ścieżkami. Zły, który im zagrażał, był anonimowy, krył się przed światem, czaił w ciemnościach jak pająk albo karaluch. Nikt z nas nie wiedział, że można było być światłą i szlachetną osobą publiczną, że zło czaiło się w zakrystii i dotyczyć mogło chłopców.

Pisząc to, zastanawiam się, kiedy w ogóle po raz pierwszy mogłam usłyszeć o tym, co grozi chłopcom i że jest to groźba tym straszniejsza, że nieznana, niespodziewana. A że Jankowski? Na pewno już od dawna byłam w Niemczech, gdy usłyszałam o skardze na niego, pierwszej, drugiej… Jego działania wyszły na jaw w 2004 roku. Zajęły się nimi prokuratura, kuria, prasa. Gdański pisarz Paweł Huelle oskarżył go publicznie o pławienie się w zbytku jak Kadafi. W rok później wyszło na jaw, że pedofilia spowodowała, że ubecja łatwo mogła Jankowskiego zaszantażować i zmusić do współpracy. Wszystko gotowało się przez chwilę i zamierało, aż wybuchnęło z całą siłą w roku 2018. W międzyczasie Jankowskiemu postawiono pomnik, który po ujawnieniu pedofilii księdza prałata, obalono.

Jedno tylko było nowe – słowa. Słowa rodziły się na nowo. Solidarność… Słowa żyły na nowo… Lęk, niepokój, strach. Entuzjazm, optymizm, patriotyzm. Posłanie, idea, program. I wreszcie porozumienie. Nowe słowo w historii polskich powstań i polskich Miesięcy.

A tu zimno, wiatr, deszcz, koniec sierpnia i po lecie – witamy w domu! Koniec wakacji.

Czasem ludzie, którzy słuchali co wieczór Wolnej Europy, wiedzieli więcej niż mieszkańcy Trójmiasta. Niekiedy były to informacje wyssane z dziennikarskiego palca, ale za wzruszeniem ramion zawsze kryła się myśl, że może ci w Monachium wiedzą za jakichś swoich źródeł więcej niż ci, co są na miejscu.

– Mama mówi, powiedziała pewnego dnia Basia, że Wolna donosi, że są jakieś manewry na Bałtyku i lada moment przyjdą Rosjanie.
– I co? spytał Stefan.
– No przecież wiesz, jaka jest mama. Boi się.
Ludzie się bali. Nie wiedzieli, co się dzieje, bo to, co się działo było niezwykłe. Ale przez to, że było niezwykłe, mogło budzić dumę i nadzieję. Ale ludzie tacy już są, że ponurość wydaje się im prawdziwsza niż optymizm. Nie wiedzieli, jak zaklasyfikować to, w czym sami brali udział, a to budziło strach, lęk, niepokój, obawy.

Jednak z każdym dniem strajkujący i mieszkańcy coraz mniej się bali. Tym razem nie przyjdą, powiedziała dziennikarce jakaś kobieta koło 50, repatriantka z Kresów. Ten jeden raz się wreszcie uda, ludzie mają tego wszystkiego dosyć. Wystarczy stanąć pod stocznią, zobaczyć te tłumy, które popierają stoczniowców. Całe życie będziemy to pamiętali.

Stocznia codziennie wydawała ulotki, a od trzeciego dnia biuletyny. Informowały o tym, ile zakładów aktualnie strajkuje, zapewniały, że nie ma żadnych incydentów i panuje porządek, że od początku było wiadomo, że tym razem strajk musi się skończyć porozumieniem między strajkującymi, a rządem. Biuletyny kończyły się tym jednym słowem pisanym wielkimi literami: WYTRZYMAMY!!!

W mieście było również spokojnie. Bez ingerencji władz miasto zadecydowało o wprowadzeniu całkowitej prohibicji. W kolejce kursującej między Wejherowem a Tczewem zawsze można było przeczytać ulotkę, albo przynajmniej dowiedzieć się od ludzi, co słychać. Całe miasto, a może już nawet cała Polska, czekało na przyjazd komisji rządowej. Rząd zadeklarował dość jednak niezobowiązującą chęć prowadzenia rozmów z Komitetem Strajkowym, ale najpierw do Trójmiasta przyjechał wicepremier Tadeusz Pyka, który prowadził rozmowy z poszczególnymi zakładami pracy, próbując rozbić jedność strajkujących. MKS szybko jednak zakazał tych rozmów. Czekano więc na przyjazd prawdziwej delegacji, takiej, która poprowadzi prawdziwe rozmowy.

W kolejce zawsze był ktoś, kto wiedział, że „jeszcze nie przyjechali, czekamy, wytrzymamy”.

Na przystanku Gdańsk-Stocznia wysiadały tłumy i szły w kierunku Bramy, która tonęła w kwiatach. Bramę zdobiły zdjęcia papieża, wielki krzyż i obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Na murze stoczni siedzieli młodzi mężczyźni. Ludzie podchodzili do nich, podawali siatki z jedzeniem i koperty z pieniędzmi.
Panie, powiedział do kogoś, nie wiadomo do kogo starszy pan, Ruskie przyjdą, ale mamy chociaż kilka dni wolną Polskę! Opłacało się przyjechać z Białegostoku. U nas tego nie ma!
Tak, w tym tłumie było wiele nieznanych twarzy, z pewnością niejeden tu stojący przyjechał z Białegostoku, Warszawy, Wrocławia, wszystkich tych większych i mniejszych miasteczek i wsi w Polsce, które zaczynały się budzić z ponad czterdziestoletniej apatii i rezygnacji.

Nagle nad głowami tłumu zaczął krążyć helikopter.

Będą strzelać czy co?, odezwał się ponownie starszy pan. Ale nie strzelali. W kilka minut później z helikoptera zaczęły frunąć na dół ulotki jak olbrzymie płatki śniegu. Wiatr rozdmuchał je we wszystkich kierunkach, niewiele z nich trafiło na sam teren stoczni. Nikt w tłumie nie schylił się, aby je podnieść. Wszyscy wiedzieli, że to Wojewódzki Komitet Frontu Jedności Narodu w Gdańsku nawołuje robotników do zakończenia strajku. Te wielkie papiery pozostawione same sobie, na ziemi wypełniały kałuże.

Basia, która też tam była, myślała, że dobrze, że tu jest, wtedy, kiedy w jej mieście znowu dzieje się coś niezwykłego. Gdy się obróciła, widziała główne wejście do Jedynki, I Liceum Ogólnokształcącego, do swojej szkoły. Jej i Stefana. Tego głównego wejścia nikt nigdy nie używał, zawsze wchodziło się tylnymi drzwiami przez podwórko, naprzeciwko szkoły muzycznej i obok wejścia do Biblioteki Narodowej, którą założono na samym początku XVII wieku z książek, jakie przywiózł tu w beczkach wypełnionych słomą włoski markiz d’Oria. Statek wiozący markiza i beczki zatonął na Bałtyku koło Swarzewa. Pasażerów i bagaże, w tym również beczki wyłowili Kaszubi i wynieśli na plecach na plażę. Legenda twierdzi, że byli niezwykli – umieli chodzić po dnie morza. Tak to zapisał Jerzy Limon.

Było zimno, lał deszcz. Basia dojechała do domu kompletnie mokra i przemarznięta. Wieczorem próbowała znaleźć w radiu Wolną Europę, ale była tak potwornie zagłuszana, że nie dało się wyłowić ani jednego słowa.

Basię odwiedził jej kaszubski dziadek. Po raz pierwszy myślę, że to się może udać, powiedział. Takie wolne związki to byłby już początek. Może jeszcze dożyję, jak padnie komuna. Nie dożył, zmarł w maju 1982 roku, w samym środku stanu wojennego, żałując zapewne, że taki był koniec wspaniałej narodowej euforii. Pisał listy do Basi, kulfoniastymi literami. Do Basi docierały z linijkami wymazanymi czarnym flamastrem przez cenzora.

Po rozpoczęciu strajku w Stoczni Gdańskiej jednym z pierwszych posunięć komunistów było przerwanie łączności telefonicznej z Trójmiastem. Kiedy 23 sierpnia 1980, podczas pierwszych rozmów ze stroną rządową, padły pytania o przerwane połączenia, związkowcy usłyszeli, że to wina burzy, która dzień wcześniej przeszła nad Warszawą… Blokowano wszelkie informacje na temat wydarzeń na Wybrzeżu. Dopiero 25 sierpnia gdańska popołudniówka Wieczór Wybrzeża, jako pierwsza oficjalna gazeta, poinformowała o Gdańskim Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym i 21 postulatach wysuniętych przez protestujących.

Ludzie zachłannie czytają te postulaty wywieszone na ścianach stoczni i wypisane na drewnianej tablicy, którą umieszczono tuż koło bramy. Są to właściwie dwie tablice, co sprawia, że przypominają trochę tablice Mojżeszowe. I tak jak w przykazaniach boskich, tak i w postulatach strajkowych – pierwsze punkty dotyczą czegoś innego niż reszta. Na kamiennych tablicach trzy pierwsze punkty dotyczą Boga, a dopiero reszta – ludzi. Na drewnianych tablicach z Gdańska cztery pierwsze punkty dotyczą polityki, a dopiero reszta – zwykłego życia robotników, mieszkań, mięsa, odzieży ochronnej. Proste żądania, w innych, lepszych częściach świata – oczywiste, tu po prostu święte. Ilu z tych, którzy je czytają, płacze, ilu wierzy, że ich spełnienie przyniesie ulgę w ich ciężkiej pracy i znojnym życiu.

Stołówka na Stoczni dwoiła się i troiła, żeby wyżywić coraz większą ilość przebywających na Stoczni delegatów. Zużywano zapasy, wykorzystywano wszystko, co ludzie przynieśli pod Bramę, bądź przysłały strajkujące zakłady spożywcze. Czasem stoczniowcy szli do sklepu w okolicy, ale w sklepach nigdy nic nie było. Octu i liści laurowych nikt nie potrzebował. Ale i tak cały czas popyt przewyższał podaż, jak by to określili ekonomiści spod znaku Marksa i Engelsa. Na Stoczni przebywało tak wielu przyjezdnych, że w końcu poproszono strajkujących z Trójmiasta, aby wracali na noc do domów.

Stefan pojawił się na stoczni jako jeden z pierwszych, był w końcu zarówno pracownikiem biura projektowego Stoczni, jak członkiem Wolnych Związków. Sam wyprodukował sobie przepustkę, która miała jeszcze bardzo niski numer. Gdy pisarz Tomasz Jastrun dotarł do Gdańska 27 sierpnia, dostał przepustkę numer 0012921. Jastrun dostarczył na stocznię aneks do „Apelu 64” z setkami nowych podpisów.

Sam „Apel” przywieźli już 22 sierpnia Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek. Był to list, pierwotnie podpisany przez 64 warszawskich intelektualistów, skierowany do władz PRL, z wnioskiem o przystąpienie do rozmów ze strajkującymi. Sygnatariusze listu podejmowali się stworzenia komitetu doradczego, traktując to jednocześnie jako gwarancję dla obu układających się stron, które się wcale jeszcze nie układały i nawet nie było pewne, czy będą. Komitet doradców został powołany 24 sierpnia, a w jego skład wchodzili zarówno ci, którzy się sami zgłosili, jak ci, jak Bogdan Borusewicz, których powołali strajkujący.

Rozmowy rządu ze strajkującymi rozpoczęły się 23 sierpnia.

15 sierpnia wielka sala BHP, w której potem miały się odbywać narady, świeciła jeszcze pustkami.

Dopiero w ciągu popołudnia zaczęło do Stoczni napływać coraz więcej delegatów. Po dwóch dniach są już tłumy.

Przez salę, napisze potem Jastrun, na całą długość pomieszczenia ciągnęły się stoły, na nich kartki z wypisanymi niedbale nazwami zakładów pracy, których przedstawiciele siedzą tu tłumnie. Szokuje ściana za podium. Po prawej stronie stoi duży pomnik Lenina, odwrócony nieco bokiem, jakby wódz proletariatu bał się spojrzeć polskim robotnikom w oczy. Na środku biały Orzeł, dalej krucyfiks na biało-czerwonej fladze. Niżej kilka stolików, stukają tam maszyny do pisania i kręci się w szaleńczej pracy grupa młodych ludzi. W ten wir wpadają co chwila nowe teksty, listy, apele. Tu też gromadzi się materiał do pisma Solidarność.

Całe Prezydium Strajkowe to byli opozycjoniści, ci z Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, z redakcji Robotnika Wybrzeża. Walentynowicz, Wałęsa, Lis, Gwiazda. Stefan. Borusewicz. Taka maleńka organizacja, a tyle teraz potrafiła osiągnąć. Nim strajk się skończył, dzięki tym kilku osobom stanęła praktycznie cała Polska, a 12 milionów ludzi robiło to, co proponowało tych kilku brodaczy oraz jeden wąsacz i jedna robotnica, zwolnieni właśnie z pracy.

Na razie jednak nie mieli czasu, żeby się nad tym zastanawiać, byli bowiem zbyt zmęczeni i zbyt przytłoczeni odpowiedzialnością, która nagle spoczęła na ich barkach. Byli maleńką organizacją, zajmowali się głównie sprawami związkowymi, dokształcaniem robotników i wspieraniem ich w ich dążeniu do stworzenia lepszych warunków pracy i życia. A teraz nagle stali się przywódcami całego kraju i odpowiadali za powodzenie negocjacji z rządem. Myśląc o tym w roku 1990, Stefan zastanawiał się, czy w ogóle daliby radę, gdyby wiedzieli, że w odległej perspektywie to, co robią, zmieni nie tylko obraz Polski, ale Europy i świata.

16 sierpnia Stefan zabrał ze sobą Dicka Verkijka, znajomego dziennikarza holenderskiego, który przypadkiem przyjechał do Polski pod koniec lipca, żeby spędzić wakacje nad polskim morzem.

Dick otrzymał pierwszą na Stoczni dziennikarską przepustkę strajkową, był więc pierwszym zachodnim dziennikarzem, który wszedł na Stocznię i mógł nadawać pierwsze audycje na Zachód. To było prawie równie ważne, jak to, co oni robili na Stoczni. Bez tego kanału przesyłającego wieści o ich planach, zdecydowaniu i uporze, bez świata, który ich w tym wspierał i starał się osłaniać, nic z tego by się nie udało. Bo w ciszy, ukradkiem i bez publiczności reżimy mogą robić, co chcą, ustępują, kiedy staną nagle w świetle ramp.

Dick nadawał swoje audycje wieczorami z mieszkania Stefana i Basi, gdy obaj potwornie głodni, wracali do domu. Na Stoczni było wprawdzie sporo jedzenia, ale widać jednak za mało. Stefan twierdził, że były na pewno jabłka, a poza tym zupy, kanapki, kawa, herbata, przygotowywane na zapleczu, z tego, co dostarczały na Stocznię zakłady pracy, ale też i z tego, co one, te stojące pod Bramą żony, pakowały do siatek. Podobne siatki przygotowywali też ludzie z zakładów. Bo codziennie rano, przed rozpoczęciem obrad, a czasem również wieczorem, każdy delegat jechał do swojego Zakładu i przekazywał strajkującym pracownikom druki, informacje i dyspozycje, a zabierał te siatki.

Przygotowanie ich nie było łatwe. Przez te dwa tygodnie Sierpnia życie w ogóle nie było łatwe. Przede wszystkim cały czas straszono strajkujących i ich rodziny, co chyba bardziej uderzało w rodziny, niż w tych, którzy byli na Stoczni. Oni tworzyli Historię, mieli poczucie Misji i Posłannictwa, byli blisko tego człowieka, który nagle okazał się charyzmatycznym Przywódcą. A żony mogły tylko być. Być, czekać, trwać. Zapewne również bać się.

Oni, tam, to byli przeważnie ludzie młodzi, mieli młode żony i małe dzieci. I to one stały pod Stocznią. Były grupą społeczną zdawałoby się wybitnie podatną na straszenie, a jednak okazały się równie nieustraszone, jak owi dzielni brodaci faceci w sali BHP. One też były dzielne. Nie wiedziały, co powiedział Seneka, ale jednak stosowały się do tego: Kto się boi, jest niewolnikiem. To było mniej patetyczne i znacznie bardziej pragmatyczne, niż to co głosili owi brodaci mężczyźni ze Stoczni, którzy pisali na plakatach, że “lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach”.

One zajmowały się dziećmi, stały w kolejkach, gotowały jedzenie, piekły chleb i placki drożdżowe, i chodziły pod Bramę. Boże, jak myśmy przy tym strasznie wyglądały! pomyślała Basia kiedyś, gdy po kilku latach Stefan pokazał jej zdjęcia ze strajku. Na zdjęciach, które obiegły świat, ten tłum pod Stocznią był imponujący. Ale gdy się przyjrzeć bliżej, a jest taka fota w sieci, to groza. A to my właśnie tam stoimy, myśli Basia, za tymi stalowymi prętami, ubrane w ortalionowe kurtki, z włosami od fryzjera, u którego byłyśmy przed miesiącem, więc odrosły. I te nasze buty! A przecież starałyśmy się być jeszcze przy tym eleganckie. Miałyśmy te jakieś sweterki z komisów, kosmetyki. I co? I nic. Zdjęcia pokazują, jakie byłyśmy. Zapuszczone, zmęczone, zdesperowane, dzielne, młode kobiety. Mieszkanki świata zwanego komuną.

Tłumy pod Stocznią nie malały.

Strajkujący są spokojni, ale zdeterminowani. Oni też wiedzą, jak wielką dźwigają odpowiedzialność. Po kilku dniach, od czasu, gdy po raz pierwszy delegacja rządowa weszła na teren Stoczni, mogli się może nieco wyluzować, bo widmo zbrojnego ataku na Stocznię przestało być aż tak realne. Ale wielu z nich pamiętało przecież, że to tu, przed tą samą Bramą, gdzie teraz stoją tłumy ludzi, dziesięć lat temu padły pierwsze strzały i zaraz potem padli na ziemię pierwsi zabici stoczniowcy. Dlatego teraz nie ufają rządowym negocjatorom, są czujni i pełni podejrzeń, bo wiedzą, że atak wciąż jeszcze może nastąpić. Ale teraz nie dadzą się zaskoczyć i nie pozwolą się wystrzelać jak kaczki. Ich bronią będą butle acetylenowe, a jak to nie starczy, wysadzą w powietrze rafinerię.

Czy widzą w tym momencie pana Wołodyjowskiego? Czy ten sienkiewiczowski wzór jeszcze wtedy obowiązywał? W stanie wojemnnym na pewno przestał, ale być może na Stoczni wciąż kręcił się pomiędzy robotnikami w drelichach mały rycerzyk z wąsikiem i szablą, który właśnie zdjął hełm z głowy; chwilę jeszcze spoglądał na tę ruinę, na to pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić…
Ostatnie jego słowa były:

– Daj jej, Panie, moc, by zaś cierpliwie to zniosła, daj jej spokój!…
W tej chwili zakołysały się bastiony, huk straszliwy targnął powietrzem: blanki, wieże, ściany, ludzie, konie. Działa, żywi i umarli, masy ziemi – wszystko to porwane w górę płomieniem, pomieszane, zbite jakby w jeden straszliwy ładunek, wyleciało w powietrze…

Na pewno pamiętali o nim eksperci, doradcy strajkujących, przerażeni tym, co sami przecież zaproponowali. Bo jeśli negocjacje się nie powiodą i do Polski wkroczą Rosjanie, to powtórzy się Budapeszt w roku 1956 i Praga w 1968, a również i Berlin Wschodni z roku 1953, choć o nim nikt wtedy nie myślał i nawet nie wiedział. Eksperci są przestraszeni, powściągliwi, umiarkowani w żądaniach. Robotnicy ze Stoczni i ci, którzy przyjechali z innych zakładów i miast, chcą znacznie więcej. Nie mają przerostów wyobraźni, pisze Jastrun, historię znają na ogół słabo, ale wystarczająco dobrze, by wyciągnąć jeden wniosek – liczy się przede wszystkim siła i tę siłę mają właśnie teraz, popartą głębokim przekonaniem o słuszności sprawy. Poszli już na kompromis. Nie wyrzucono z sali pomnika Lenina, nie wykrzykiwano – nawet nie szeptano – haseł antyradzieckich, nie żąda się rozwiązania partii. Ale gdy posłuchać ich rozmów, nie ulega wątpliwości, że są zdecydowanie antypartyjni. Wiele ideałów socjalizmu jeszcze żyje, ale przywalono je złomem pogruchotanych złudzeń. Jeszcze wczoraj związki zawodowe i cenzura to były dla tych ludzi niewiele mówiące nazwy, chociaż czuli własną bezradność w fabrykach, których byli rzekomo gospodarzami i zaciskali pięści czytając pełne kłamstw gazety. Tu w krótkim czasie przeszli niezwykłą edukację polityczną. Opór władz przy omawianiu poszczególnych postulatów uświadomił im ogromną ich ważność.

W sobotę 23 sierpnia o godzinie 14 do Stoczni przybywa pierwszy przedstawiciel władzy, a więc pierwszy negocjator ze strony rządowej. To wojewoda gdański, profesor Jerzy Kołodziejski. Ale to jeszcze nie są prawdziwe negocjacje, tylko ustalenia warunków rozmów, które się zaczną dziś o godzinie 20. Przyjeżdża wicepremier Mieczysław Jagielski. O Pyce nikt już nie pamięta. Przez dwie godziny, bo tyle mają trwać rozmowy, premier będzie przedstawiał opinie rządu na temat kolejnych postulatów. Związki zawodowe, prawo do strajku, cenzura i dostęp do środków masowego przekazu, uwolnienie więźniów politycznych – te cztery punkty to świeczka dla pana Boga. Cztery punkty polityczne. I już wiadomo – tylko prawdziwa zgoda na powołanie prawdziwych, niezależnych związków zawodowych może oznaczać przerwanie strajku. I żadnych obietnic, prosta i jasna zgoda!

Następnego dnia, w niedzielę – jest przerwa w obradach, premier pojechał do Warszawy – MKS przyjmuje i zatwierdza projekt pomnika mającego upamiętnić stoczniowców poległych podczas zamieszek w grudniu 1970 roku. Pomnik ma powstać od razu, zostaje ustalony termin jego odsłonięcia: 16 grudnia. Dokładnie w rocznicę.

Mają niespełna cztery miesiące. I wiedzą, że jak wygrają, to ten pomnik postawią. Jak nie, to i im może kiedyś ktoś będzie chciał stawiać jakiś pomnik. Albo ułożą o nich piosenkę, jak ta o tym, że Janek Wiśniewski padł.

Komisja rządowa powraca do Stoczni po trzech dniach, 26 sierpnia, we wtorek. W rozmowach pomijają na początek sprawę związków zawodowych i w ogóle punkty polityczne, choć może sprawa wypłaty pensji za okres strajkowy jeszcze mieści się w kategorii spraw politycznych. A może, z punktu widzenia ówczesnej sytuacji gospodarczej, każdy z tych punktów jest przede wszystkim polityczny, a dopiero potem dotyczy poprawy warunków życia i pracy robotników. Mięso (będzie więcej), kartki na mięso (będą), podwyższenie zasiłków rodzinnych (zostaną podniesione do końca listopada), podwyższenie rent (powoli), poprawa warunków służby zdrowia, zwiększenie ilości miejsc w przedszkolach i żłobkach, skrócenie czasu czekania na mieszkanie, podwyżki płac, poprawa warunków i bezpieczeństwa pracy, poprawa wyżywienia, lepsze zaopatrzenie (wszystkie punkty zatwierdzone do realizacji). Szwankuje porozumienie w sprawie przywrócenia komunikacji telefonicznej w Polsce, które nie jest postulatem z tablic strajkowych, tylko bieżącym żądaniem rozwiązania bieżących restrykcji ze strony władzy w stosunku do strajkujących i wciąż jeszcze pozostaje do omówienia punkt zasadniczy – wolne związki zawodowe. Władza chce reformować te, które istnieją, strajkujący żądają zgody na powołanie nowych.

W imieniu strajkujących mówi Andrzej Gwiazda i mówi wstrząsającą prawdę. Od wielu lat władze terenowe i resortowe są rozliczane z tego, ile produkują stali, ile węgla, ile metrów kabla. Nikt nie rozlicza ich z tego, jak żyją ludzie. Powinny to robić Związki Zawodowe, ale nie robią, tylko idą na rękę dyrekcji i partii. Nie chcemy tych związków, mówi Gwiazda, chcemy nowych, naszych własnych.
Niewątpliwie strajkujący robotnicy wiążą z propozycją utworzenia nowych związków również swoje własne nadzieje, że zwycięski strajk przywróci im ich robotniczą godność, zapewni sprawiedliwość społeczną i pozwoli w całym kraju ukrócić kumoterstwo, korupcję i przywileje partii.

O godzinie 14.15 narada się kończy. Od teraz w imieniu obu układających się stron warunki porozumienia będą negocjować eksperci, czterech mężczyzn po stronie rządowej – trzech mężczyzn i jedna kobieta po stronie opozycji. Mają dyskutować o wszystkich punktach, ale wiadomo – ważny jest tylko jeden – tak lub nie w sprawie nowych związków. I o nim nie będą decydowali eksperci, tylko Biuro Polityczne, a może nawet Moskwa.

Piątek, 29 sierpnia. O godzinie 16.35 przychodzi wiadomość, że Warszawa wyraża zgodę. Ale o 18 przychodzi kolejna wiadomość, nie, rząd nie wyraża zgody na utworzenie niezależnych związków zawodowych. O godzinie 20 kolejna informacja – tak, jest zgoda.

W Warszawie tymczasem zaczynają się aresztowania opozycjonistów, głównie przedstawicieli KOR-u. Równolegle do negocjacji toczy się zatem walka o uwolnienie KORowców.

Sobota, 30 sierpnia. Godzina 10.30. Komisje obu stron uzgodniły brzmienie tekstu.

W niedzielę 31 sierpnia odbędzie się uroczyste podpisanie porozumienia, ale nawet w trakcie uroczystego czytania wszystkich podpisywanych punktów trwa spór o aresztowanych KORowców. O 16.30 strona rządowa informuje, że ludzi z opozycji zwolniono z aresztów. Wałęsa i Jagielski podpisują Porozumienie. Wałęsa słynnym ogromnym długopisem z wizerunkiem papieża.

O 17 dokonało się.

Tłumy pod Stocznią nie malały. 31 sierpnia, w dniu podpisania porozumień, robotnicy opuszczali stocznię witani oklaskami i skandowanym „Dzię-ku-je-my”, a tłum dwoma palcami pokazywał „victorię”. A potem wszyscy wyszli do miasta i tańczyli na ulicach karmaniolę, tak jakbyśmy właśnie uwolnili więźniów z Bastylii.

I tak rozpoczęło się niezapomnianych kilkanaście miesięcy marzeń o życiu w lepszym państwie i zawdzięczaliśmy to oczywiście przede wszystkim sobie, ale zawdzięczaliśmy to też Lechowi.

Lech Wałęsa. Śmieszne, bo przecież go nawet nie lubię, ale staram się patrzeć uczciwie na moje i na nasze życie, i wiem, że tego dnia, 31 sierpnia 1980 roku NIGDY, ale to nigdy nie zapomnę. Bo chociaż nie pamiętam, co dokładnie tego dnia robiłam, ani co było na obiad, to jednak pamiętam i ZAWSZE będę pamiętać, że tańczyliśmy karmaniolę na ulicy. I że zawdzięczaliśmy to jemu i jego słynnej już na cały świat charyzmie.

Byłam wystarczająco mądra, żeby wiedzieć, że wysokie C dnia, kiedy rewolucja zwyciężyła, szybko zmienia się w nużące glissando znojnego uprawiania poletka tejżeż rewolucji. Znałam powiedzenie Dantona, które potem musieliśmy sobie niemal co dzień powtarzać jak mantrę, że Rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci i że nie minęło wiele czasu, a ci, co tańczyli karmaniolę w pamiętnym roku 1789, położyli głowy pod rewolucyjną gilotyną.

Oczywiście teraz jesteśmy jeszcze mądrzejsi o wiedzę, że prezydentura Wałęsy była marna, a on okazał się politykiem nieobliczalnym i, nawet jak na polityka, egoistycznym i zapatrzonym w siebie.

A mimo to, mimo to… żałuję tych, którym nie dane było tańczyć na ulicach. To dodaje skrzydeł na całe życie.

Jak dobrze, że tam byłam.


Inspiracji do tego rozdziału dostarczyli mi Krystyna Koziewicz, Joanna Trümner, Dick Verkijk, Tomasz Jastrun, Wojciech Giełżyński i Lech Stefański, Katarzyna Krenz, Maksymilian Berezowski, Marek Slaski, Andrzej Gwiazda, Karol Krementowski, Krzysztof Dowgiałło

Corona X

Ela Kargol

Korona

13 i wcale nie w piątek, ale 13 października w czwartek zostałam ukoronowana. Korona należy mi się z urzędu, ze względu na imię, ale długo o nią nie zabiegałam. Teraz udało mi się nawet wyprzedzić księcia Karola, bo on musi poczekać do następnego roku. Choć chyba królem już jest i te koronę o której piszę, też już zakładał i ściągał.
Mam nadzieję, że do czasu koronacji księcia Karola, ja już będę bez korony i moi bliscy też abdykują.

Korona, a właściwie koronawirus pojawił się w mediach jakieś trzy lata temu, poza mediami na pewno dużo wcześniej.
Pandemia COVID-19 – pandemia zakaźnej choroby COVID-19 wywoływanej przez koronawirusa SARS-CoV-2. Rozpoczęła się jako epidemia 17 listopada 2019 w mieście Wuhan, w prowincji Hubei, w środkowych Chinach, a 11 marca 2020 została uznana przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) za pandemię, tyle wikipedia.

Najpierw była daleko w Chinach i nikt się nie spodziewał, że dotrze do cywilizowanej Europy. A jeśli dotrze, to w małych ilościach i okaże się ptasią grypą, no, albo czymś takim, co nie przyniesie aż tyle zła i każdy sobie z tym poradzi.
Nie pamiętam, gdzie pojawiła się pierwszy raz w Europie. Byliśmy wtedy w Budapeszcie i na lotnisku niektórzy zakrywali twarze. Wszyscy z zaciekawieniem na nich spoglądali. Potem się zaczęło. Pierwsze maski, szyte nieudolnie, z resztek materiałów, resztek bielizny. Śmialiśmy się z mężem do rozpuku, widząc pana w szczecińskim tramwaju z maską, której pierwotne zastosowanie można było od razu rozpoznać. Rozczulała mnie dziewczynka z maską wydzierganą szydełkiem z lalką w bliźniaczej masce. Pierwsi chorzy, pierwsze zgony, setni chorzy, setne zgony. Zamykanie zakładów pracy, szkół, sklepów, kin, teatrów, placów zabaw, lasów, nawet szpitali, granic.

Strach przed nieznanym.

Kwarantanny po przyjeździe, kwarantanny po wyjeździe, kwarantanny i jak je obejść? Jak pojechać z Berlina do Poznania, gdy granice zamknięte, gdy pociągi nie jeżdżą? Pamiętam, jak przyszedł taki kosmonauta w pociągu i zmierzył nam temperaturę, potem musiałam coś wypełnić, czuliśmy się wszyscy obserwowani, zapisani, śledzono nas. Nasz każdy krok był gdzieś odnotowany. W Polsce przyjeżdżała policja pod dom, trzeba było wyłonić się z okna. Nie wszyscy się rejestrowali, przyznawali do objawów. Ktoś przecież musiał zadbać o dom, o zakupy, o zwykle życie. Dopiero teraz, gdy wirus mnie i moją rodzinę odwiedził, rozumiem tych, którzy się nie testują, wtedy śpią spokojnie, robią zakupy, chodzą do pracy, zarażają innych, ale nie są naznaczeni, żeby nie powiedzieć zadżumieni i wykluczeni.
Odizolowanie narobiło być może więcej szkód niż sama choroba. Ludzie stracili dorobek życia czy pracę, popadli w depresję.

Wnuczka w trzeciej klasie szkoły podstawowej nie umie czytać. Wnuk ogranicza kontakty z kolegami tylko do szkoły. Rzadko spotyka się z kimś poza szkołą. Ucieka w świat wirtualny, nauczyła go tego pandemia. Ja bojkotuję wszystko, co online, bo całe szczęście wyrosłam w innych czasach. Ale ja sobie mogę pozwolić na bojkot. Nie pracuję zawodowo i już nic nie muszę.
Gdy córka zrobiłą mi termin porady w niemieckim ZUSie, termin online, robiłam wszystko, żeby go odmówić i do tej pory przesuwam termin, na taki, żeby rozmawiać z prawdziwym człowiekiem, twarzą w twarz, niech już będzie za szybą, pleksją, w masce.

Wirus i tak stracił na powadze, na sile, na skuteczności. Całe szczęście!

Proszę mnie źle nie zrozumieć, ja go nie bagatelizuję, jestem mu wdzięczna, że dopiero teraz mnie dopadł, a nie wcześniej, gdy byłam poważnie chora, a jego odmiany były dużo silniejsze w działaniu, niż teraz. Nadal zabija, jak grypa, rak, zawał, wypadki uliczne czy starość i nadal nie wiemy jakie długotrwale spustoszenia zrobi w naszym organizmie. Nie wiemy też, jakie skutki spowodują szczepienia. Co do ich skuteczności mam też pewne wątpliwości. Ale szczepić się będę. Moje piąte szczepienie, przewidziane na listopad, przesunie się o jakieś pół roku.
Jedyną osobą, która nie zachorowała w naszej rodzinie jest moja ośmioletnia wnuczka, nieszczepiona.


Koronę lubi sobie czasem założyć na głowę.

A ja? Przez okno spoglądam na złotą jesień i już nie mogę się doczekać wyjścia z domu, na razie tylko do „testowni“.

Utopia (wirklich?)

Im Internet fand ich dieses schöne Foto! Ein Engel der modernen Welt – jung, schön, geheimnisvoll. Und dazu noch dieses Wort: UTOPIA. Magische Versprechung.

Teodor Currentzis


Teodor Currentzis wird in der Saison 2022/23 vier Konzerte leiten, zwei davon im Rahmen des Projekts Utopia

Teodor Currentzis wurde in Griechenland geboren und wuchs in Athen auf. Er studierte am St. Petersburger Konservatorium bei Ilya Musin und gilt heute als Ikone der modernen Musik und des Theaters. Seit vier Jahren steht er an der Spitze des SWR Symphonieorchesters. In der Saison 2022/23 ist der fesselnde Freigeist vier Mal zu Gast in der Berliner Philharmonie.
Neben der Position als Chefdirigent des 2016 neu fusionierten Orchesters und der Gründung des unabhängigen Orchesters und Chors „musicAeterna“ startet Teodor Currentzis im Herbst ein weiteres Projekt: „Utopia“ ist ein internationales Orchester, das einige der besten Musiker aus aller Welt vereint. Vor einigen Jahren entstand die Idee, Solisten und Konzertmeister aus verschiedenen Orchestern in einem Ensemble zusammenzubringen. Utopia ist daher kein Orchester im üblichen Sinne des Wortes, sondern eine einzigartige kreative Gemeinschaft von Gleichgesinnten, die sich der Suche nach dem besten Klang und dem wahren Geist des Musikwerkes verschrieben haben. Currentzis ist der künstlerische Leiter des Ensembles: „Wir betreten ein eher experimentell geprägtes Feld. Das erste Opfer von Globalisierung ist die Intimität, deren Spannung, Einigkeit und Hingabe man am ehesten in der Musik eines Solisten oder einem kleinen Ensemble findet. Wir streben danach, diese Kammeratmosphäre und Vertrautheit zu verkörpern, nun aber auf der Ebene eines großen Symphonieorchesters. Wir verzichten auf das Bekannte und wagen einen Sprung ins Neue. Die Idee ist utopisch, natürlich. Unsere Träume können nur dann wahr werden, wenn wir das Verbot des Unmöglichen aufheben. Utopia ist etwas Unmögliches, aber genau das fasziniert uns so: das Unmögliche zu schaffen
.

Dienstag, 11. Oktober 2022 20 Uhr, Philharmonie

Strawinsky „L’oiseau de feu“ („Der Feuervogel“) Fassung von 1945
Ravel „Daphnis et Chloé“ – Suite Nr. 2
Ravel „La Valse“

***

Dienstag, 13. Juni 2023 20 Uhr, Philharmonie
Mahler Symphonie Nr. 3 d-moll


Früh am 11. Oktober prüfe ich nach. Es gibt noch Karten. Die kosten zwischen 50 und 100 Euro.
Viel.
Ich schreibe eine Mail an die Konzertagentur Adler, die die Utopia-Konzerte veranstaltet:

Sehr geehrte Damen und Herren,
ich bin eine Journalistin, Schriftstellerin und Bloggerin.
Seit mehreren Jahren beschäftige ich mich mit dem Thema Utopie.
Daher wollte ich fragen, ob ich für den heutigen Konzert (Currentzis, Utopie, Ravel) eine Pressekarte bekommen könnte?
Mit freundlichen Grüßen

Eine Antwort kam erst ein Tag nach dem Konzert.

Sehr geehrte Frau Slaska,
vielen Dank für Ihre Mail.
Als privater Veranstalter ohne Subventionen ist unser Pressekontingent leider sehr eng gefaßt.
Verfügbare Karten können Sie hier bestellen:
https://musikadler.eventim-inhouse.de/webshop/webticket/seatmap?eventId=1179

Mit freundlichen Grüßen
Konzert-Direktion Hans Adler

Hmmm… Wenn sie nicht alle Karten verkauften, hätten sie eigentlich keine Kosten getragen, dass sie mir eine Pressekarte zur Verfügung stellten. Daher hat es Sinn, so spät nachzufragen. Aber… Na ja, Utopia, so ein schönes Wort, ein Ort ohne Ort, ein magisches Nirgendwo, wo sich höhe Geister treffen. Die müssen sich nicht um 50 Euro sorgen.

Z wolnej stopy 67

Zbigniew Milewicz

Workowanie

Z niepokojem obserwuję, jak ludzi wrzuca się do jednego worka. Kolorowych do pojemników z napisami: czarny, biały, żółty, bo biały to też kolor. Ci, co zajmują się i interesują polityką lądują na prawo, lewo, lub w środku, a w Polsce, bo ten kraj interesuje mnie najbardziej: w tuskolandii, albo w pisiorach. Tak z grubsza, bo są jeszcze inne ugrupowania, ale znaczącej roli na scenie politycznej nie odgrywają. Moja zorientowana praworządnie znajoma, zwana MTM-cią, dla uproszczenia tematu wrzuca wszystkie, co jej nie pasują, do jednego worka z metką: sprzedawczyki i lewacy.

Generalnie liczy się tylko władza i opozycja, albo grasz w jednej drużynie, albo w drugiej. Konkurujące ze sobą media walczą o rząd dusz i prześcigają się w zohydzeniu, albo wyśmianiu przeciwnika, nie zostawiają na nim suchej nitki. Wszystkie chwyty są dozwolone; nagrania telewizyjne są tak montowane, aby łatwiej zmanipulować odbiorców, pewne kadry powtarza się w nieskończoność, by na zawsze utkwiły w pamięci. Politycy władzy oskarżają swoich przeciwników o mowę nienawiści, ci niezmiennie odbijają piłeczkę, twierdząc, że to rządzący uprawiają hejt. Co dla jednych jest prawdą, to dla drugich ewidentne kłamstwo i na odwrót. Trwa nieustanna licytacja zasług i porażek obydwu stron, pierze się publicznie różne brudy, liczy te miliony złotych i nieruchomości, którymi mają dysponować prominenci, a wyborcy, jak to ludzie, jedni optują za PiS-em, drudzy za Platformą Obywatelską, albo innym opozycyjnym ugrupowaniem i każdy wierzy w pomyślny dla niego wynik przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Linie podziałów politycznych biegną pomiędzy poszczególnymi regionami kraju, miastami i wiejskimi gminami, ale przecinają też rodziny, grona znajomych i przyjaciół. Zdarza się, że bliscy ludzie z tego powodu przestają ze sobą rozmawiać.

Tylko co do jednego wszyscy są zgodni, że istnieje realne zagrożenie militarne ze strony Rosji, spowodowane napaścią tego kraju na Ukrainę i zaangażowaniem Polski w pomoc dla ofiar wojny. Nawet politycy, znani ze swoich prorosyjskich sympatii, są zdania, że trzeba uważać na Putina, ale są wśród nich tacy, którym za uzbrojenie na wypadek wojny wystarczyłyby chyba pistolety na wodę. Takie wrażenie sprawił na mnie między innymi Janusz Zemke, poseł do Parlamentu Europejskiego z Nowej Lewicy, który w czasie jednej z publicznych debat zapowiedział cięcia budżetowe ze strony swojej partii w polskich wydatkach na zbrojenie. W głowie nie mogły mu się pomieścić te wszystkie Himarsy, Kraby i koreańskie czołgi, co mają być na wyposażeniu naszej armii. Dla przypomnienia, w latach 2001-2005 ów eurodeputowany piastował stanowisko wiceministra obrony narodowej, a więc był osobiście odpowiedzialny za doprowadzenie polskich sił zbrojnych w przeszłości do opłakanego stanu i – cytując dawnego łacinnika z krakowskiego UJ, prof. Heinza – gdybym miał taką głowę, jak Janusz Zemke, to bym na niej siedział. Psychicznie normalni ludzie nie chcą konfliktów zbrojnych, ale pragnąc pokoju, szykuj się do wojny – mówi łacińska maksyma. Si vis pacem, para bellum. Musimy się więc zbroić, panie pośle, nawet – uważam – na wyrost i to właśnie w dobry i nowoczesny, a co za tym idzie także drogi sprzęt. Obciąć to sobie pan możesz co innego, na przykład swoją pensję eurodeputowanego i przeznaczyć ją dobroczynnie chociażby na obronność kraju. Byłaby to mała, symboliczna rekompensata za szkody spowodowane redukcją polskiej armii w czasach pańskich rządów w resorcie MON.

Wracając zaś do Rosji… Nie, nie wybieram się tam na razie. Kilka dni temu, przeglądając internet, natknąłem się na pojedynczą informację, że z domowego aresztu w Moskwie zwiała Marina Owsiannikowa. To ta dziennikarka, która w marcu b.r., po napaści Rosji na Ukrainę, wdarła się na antenę pierwszego kanału, z antyreżimowym transparentem, na którym widniał napis: „Zatrzymajcie wojnę“ i „Oni kłamią“. To była nieprzypadkowo wybrana pora wieczornych wiadomości, kiedy miliony Rosjan oglądały telewizję, śmiała dziennikarka widoczna była w obiektywach kamer zaledwie parę sekund, później jej obraz zniknął, ale ten kadr obiegł cały świat. W pierwszym, państwowym kanale za brak czujności poleciały – jak to się mówi – głowy, oczywiście Owsiannikową natychmiast zwolniono z pracy.

Za swoje brawurowe wystąpienie przed kamerami została ukarana grzywną w wysokości 30 tysięcy rubli (około 2,5 tys. zł.), ale nie dała się zastraszyć. Kontynuowała swój publiczny sprzeciw wobec „specjalnej operacji wojskowej“, jak rosyjska propaganda nazywała swoje wojenne bestialstwo na Ukrainie. Na demonstrację w Moskwie przyniosła baner z napisem „Putin jest mordercą, a jego żołnierze to faszyści”. W związku z tym w sierpniu 44-letnia dziennikarka została aresztowana i umieszczona w areszcie domowym. Pod koniec pażdziernika miał się odbyć proces i groziło jej nawet 10 lat więzienia. W poniedziałek 3 października rosyjska agencja informacyjna RT doniosła jednak, że aresztantka, wraz z 11-letnią córką uciekła. Oczywiście wielu zastanawia się – dokąd i za informację w tej sprawie FSB gotowe jest pewnie dobrze zapłacić.

Maria Owsiannikowa urodziła się w Odessie. Jej mama jest Rosjanką, ojciec – Ukraińcem, był, bo już nie żyje. Po śmierci ojca, jako ośmioletnia dziewczyna, przeprowadziła się wraz z matką do Rosji. Ma dwójkę dzieci, jej były mąż Igor jest reżyserem hiszpańskiego wydania RT. Tyle o niej wiem. Dla mnie to bardzo dzielna kobieta. Na początku marca, kilka dni po inwazji na Ukrainę, Rosja uchwaliła nowe przepisy, zabraniające dyskredytowania rosyjskiej armii, lub rozpowszechniania „fałszywych informacji“ na temat sił zbrojnych. Oznacza to, że osobom sprzeciwiającym się wojnie grozi nawet 15 lat więzienia. Warto o tym wiedzieć, zanim zaczniemy politykować i wrzucać wszystkich ruskich do wora z napisem kacapy. Wielu popiera politykę Putina, to prawda, ale podobnych Marii Owsiannikowej są tysiące. Gniją teraz w rosyjskich więzieniach i aresztach śledczych. Są bici i poniżani, o swoich zawodowych karierach mogą zapomnieć, ale dla mnie to zuchy, mołodcy i mam dla nich głęboki szacunek.

Dzięki bowiem takim ludziom jak oni Rosja będzie się mogła kiedyś odrodzić, w prawdzie i poszanowaniu ludzkiej wolności oraz dobra, co, wierzę, kiedyś nastąpi.

Alone against Bolsonaro

Apel Avaaz

Przyjaciele i Przyjaciółki!

Nazywam się Gregorio.

Przewodzę ponad 500 rdzennym społecznościom w Puszczy Amazońskiej. Ale dziś piszę jako Wasz przyjaciel.
Amazonia, nasza matka, jest mordowana. Prezydent Brazylii Bolsonaro sprowadził tu armię drwali i górników, którzy nie spoczną, póki jej doszczętnie nie zniszczą. Jeśli ich nie powstrzymamy, cały las deszczowy może umrzeć.
Ale wciąż jest nadzieja.   
Za kilka tygodni światowi przywódcy będą negocjować końcową wersję globalnego traktatu o ochronie przyrody. Nie możemy pozwolić, by w imieniu Amazonii przemawiał tam Bolsonaro, podczas gdy nas się ucisza, a nasze siostry i bracia morduje. Nasze dzieci nigdy by nam tego nie wybaczyły. Dlatego potrzebuję Twojej pomocy.
Dzięki Twojemu wsparciu na tych ważnych negocjacjach pojawi się delegacja rdzennych społeczności. Z ostatnich ostoi naturalnej przyrody dotrzemy tam, gdzie zapadają najważniejsze polityczne decyzje. Od ponad 10 tysięcy lat nasze społeczności szanują i chronią przyrodę – dlatego musimy mieć miejsce przy stole rozmów, gdy decydują się losy całej planety.
Chcemy stanąć twarzą w twarz z politykami, by móc sprostować kłamstwa i wspólnie z zespołem Avaaz zdecydowanie domagać się przyjęcia ambitnego traktatu, który będzie skutecznie chronił życie na Ziemi. Jedno obiecuję: nie zamierzamy ustąpić.
Przyjaciele z całego świata! Stańcie razem z nami w obronie życia na naszej kruchej planecie. Wpłać teraz, by zasilić naszą walkę o przetrwanie:

WPŁACĘ 3 €
WPŁACĘ 5 €
WPŁACĘ 9 €
WPŁACĘ 17 €
WPŁACĘ 33 €
INNA KWOTA

Odkąd Bolsonaro doszedł do władzy, straciliśmy już niemal 4 miliony hektarów Amazonii – obszar większy niż cała Belgia! Teraz może ponownie wygrać wybory, a wtedy czekają nas kolejne cztery lata polityki wyniszczenia, po której Puszcza Amazońska może się już nie podnieść. Bujne lasy zastąpi sucha sawanna, diametralnie zmienią się wzorce pogodowe, a zmiana klimatu przyspieszy jeszcze bardziej.
Traktat broniący przyrody we wszystkich zakątkach globu może być jedyną, ostatnią szansą dla Amazonii i dla planety.
Czas się kończy, ale wyłania się silna delegacja rdzennych przywódców z całego świata. Jeśli zbierzemy wystarczającą kwotę, weźmiemy udział w dwóch globalnych szczytach. Razem z zespołem Avaaz i specjalistami ds. mediów dostarczymy miliony głosów z żądaniem realnej międzynarodowej ochrony przyrody i rozpoczniemy kampanie Avaaz zmierzające do tego samego celu.
Ruch Avaaz od lat dodaje siły rdzennym społecznościom. Nie mamy żadnych własnych zasobów – ale razem jesteśmy niepokonani. Wpłać teraz, ile możesz. Pomóż nam walczyć o Amazonię i o życie na całej Ziemi:

WPŁACĘ 3 €
WPŁACĘ 5 €
WPŁACĘ 9 €
WPŁACĘ 17 €
WPŁACĘ 33 €
INNA KWOTA

Tak jak nasza planeta ludzkość jest krucha. Nie przeżyjemy bez powietrza, wody i żywności – a mamy je tylko dzięki naturze. A mimo to ścinamy wielkie drzewo życia, narażając Ziemię i własne przetrwanie. Ale świadomość, że tak się dzieje, powinna tylko wzmocnić naszą determinację, bo walczymy o wszystko, co mamy. Głęboko wierzę, że możemy powstrzymać dzieło zniszczenia i żyć w harmonii z naturą. Będzie to jednak wymagać udziału każdego i każdej z nas. To ostateczna walka o nasze życie, o naszą matkę Ziemię i o wszystko, co dla nas najważniejsze. Dołącz do nas.
Dziękuję z całego serca!
José Gregorio Díaz Mirabal, przywódca rdzennej społeczności Wakuenai Kurripaco i główny koordynator Rdzennych Organizacji Dorzecza Amazonii (COICA)

Dowiedz się więcej:
Noizz: Wylesianie Amazonii osiągnęło rekordowy poziom
National Geographic: Znaczna część Amazonii już nigdy się nie zregeneruje. Co czeka „płuca Ziemi”?Gazeta.pl: Prezydent Jair Bolsonaro oskarżony o zbrodnie przeciwko ludzkości
W jęz. angielskim:
Forbes: Rdzenny przywódca pokonał koncern naftowy, by chronić Amazonię. A co Ty możesz zrobić?The Conversation: Lasy deszczowe Amazonii zanikają szybko. Ich utrata zagraża zamieszkującym je rdzennym społecznościom
P.S. Jesteś częścią ruchu Avaaz i otrzymujesz od nas wiadomości od momentu dołączenia do naszej kampanii 12 września 2010.
Avaaz działa wyłącznie dzięki drobnym darowiznom od osób takich jak Ty? Nie przyjmujemy pieniędzy od nikogo innego, dlatego jesteśmy niezależni, elastyczni i skuteczni. Już ponad milion osób przekazało darowizny, by Avaaz mógł zmieniać świat na lepsze.
Avaaz to globalna społeczność licząca sobie ponad 70 mln osób. Prowadzimy nasze kampanie po to, by przekonania i poglądy ludzi na całym świecie kształtowały globalne decyzje. („Avaaz” w wielu językach oznacza „głos” lub „pieśń”). Członkowie i członkinie społeczności Avaaz pochodzą ze wszystkich krajów na ziemi, a nasz zespół pracuje w 18 państwach na 6 kontynentach i mówi w 17 językach. Poznaj niektóre z największych kampanii Avaaz tutaj.
Możesz nas obserwować na FacebookuTwitterze i Instagramie.

www.avaaz.org/pl/contact.
Avaaz.org
27 Union Square West
Suite 500
New York, NY 10003

Wojenne rekreacje Mikołajka (3)

Tibor Jagielski

Jak poszliśmy do szkoły


Koniec laby. Idziemy do szkoły. Z całego podwórka to tylko Euzebiusz się ucieszył i powiedział, że teraz będzie wygodniej roznosić bibułę, bo już nie będzie tak podpadał z tym wypchanym tornistrem. Wczoraj była “tygodnica”, jak mówi mój tato. Siedzieliśmy w domu po ciemku i zapalaliśmy świeczki, a Roztropkowa stała na podwórku i zapisywała na karteluszku w którym oknie migoce. Mama powiedziała, że jak jej spalimy firanki, to zapisze się do OKON-u. OKON to jest taka organizacja, do której należy Roztropkowa i posterunkowy Wycech, który mieszka nad Alcestem. Ta organizacja (wspólnie z generałem, bratnią pomocą i czołgistami na pobliskim skrzyżowaniu) nas ratuje i gdyby nie ona, to byłoby już po nas, jak powiedział nowy dyrektor, gdy przyszliśmy do szkoły i zebrano nas w świetlicy na apel. Najśmieszniejsze, że nasz nowy dyrektor, to nikt inny jak pan od wu-efu, Przykuc. Maksencjusz, z którym stałem w ostatnim szeregu pod ścianą, powiedzial mi na ucho, ze  Rosół, stary dyrektor, został internowany. Na amen. Podsłuchałem, mówił Maksencjusz żując gume (na pewno zagraniczną, bo fajnie pachniała), panią Makutrę (tę od zajęć praktyczno-technicznych) jak szeptała z panią Pantofelek (od biologii).
Pani Pantofelek bardzo się dziwiła, że internowano Rosoła, który zawsze był bardzo ostrożny i nie chodził na Boże Ciało, tylko na 1 Maja, za co mu żona po głowie skakała (aha, teraz wiem dlaczego wyłysiał) i nie należał nawet, jako jedyny w szkole, do „Solidarności“. Przecież każde dziecko wie, wyszeptała na to pani Makutra, że Przykuc ma brata TAM – i mrugnęła lewym okiem. Gdzie? zapytałem Maksencjusza, ale chyba za głośno, bo nowy dyrektor wrzasnął, żeby ten bezczelny smarkacz z ostatniego rzędu wyszedł na środek sali. Co miałem zrobić, oddałem na wszelki wypadek norweski korkowiec Maksencjuszowi i zacząłem się przepychać przez stojące przede nami dziewczyny, na co Gruba Gośka syknęła, że dobrze mi tak. Zaprzysiągłem jej śmiertelną i wieczną zemstę, bo nie dalej jak w ostatnią niedziele pożyczyłem jej łyżwy na pięć minut, które okazały się być godziną. Aaa…, Mikołajek! – uśmiechnał się straszliwie (jak Brunner do kapitana Klosa), nowy dyrektor Przykuc i powiedział, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Pomyślałem, że chyba zwariował od tego szczęścia bycia dyrektorem i odpowiedziałem, że jabłko mam w tornistrze, razem z drugim śniadaniem, które mi mama zapakowała. Przykuc zbladł i zczewieniał na przemian i czułem, że zaraz oberwę w ucho, tak jak nieraz na zajęciach wuefu, ale odezwal się nagle nauczyciel języka rosyjskiego, pan Kozaczek, że nie czas na scysje (i wskazal na podniesiona na mnie dłoń nowego dyrektora), kiedy Ojczyzna Matka jest w niebezpieczenstwie, a takie wrogie siły (wskazał na mnie) i tak skazane są na zagładę. Bardzo mi się zrobiło nieprzyjemnie, że jestem wrogą, skazaną na zagładę siłą. Ale po apelu wszyscy patrzyli na mnie z podziwem, a nawet chłopaki z 5 C (z którymi mamy rozegrać wkrótce mecz w hokeja) walily mnie z rozmachem po plecach – jezuuu! (wołajac przy tam, że nie ma to, jak być skazanym na zagladę, czego najlepszym przykładem jest Winnetou, bo leci o nim właśnie już trzeci odcinek), tak że musiałem się prawie salwować ucieczką.                   
Całe szczęście rozległa się szkolna pieśń śmierci, to woźny Burdach dzwonił na lekcje jak opętany.                                             
Runęliśmy do sal, ale mężnie, tak jak prawdziwi Indianie potrafią.