W szarym świecie

Dziękuję Konradowi za podsunięcie mi tego tematu

Na portalu wykop.pl, na którym można sobie dyskutować o wszystkim, co akurat człowiekowi przyjdzie do głowy, pojawił się taki wpis:

Różne rodzaje ślepoty barw (potocznie daltonizmu) i częstość ich występowania


W dyskusji pod wpisem wzięli udział chyba głównie ludzie dotknięci tą przypadłością (a raczej chyba powinno się powiedzieć – jedną z tych przypadłości). Opisywali swoje problemy, ale też dyskutowali o różnicach pomiędzy poszczególnymi fazami nierozróżniania kolorów (na przykład ci co widzą normalnie, widzą różowy, ale już ci następni – nie). Jeden z komentatorów zauważył: “Podobno na atolu Pingelap na Oceanie Spokojnym tę najrzadszą wadę, achromatopsję, z racji małej puli genowej posiada aż 10% mieszkańców wyspy. Teoretycznie nie jest to jakaś wada zagrażającą życiu i jest wiele gorszych przypadłości chowu wsobnego, ale mieszkać na egzotycznej wyspie z pięknymi plażami, nie mogąc zobaczyć większości kolorów, to trochę jednak lipa.”

Ktoś inny zauważył jednak, że skoro nie widzą, to nie wiedzą, czego nie widzą.

Sprawa mnie zainteresowała, bo interesują mnie wyspy, które są jedną ze ścieżek baratarystycznych, a zatem co wiem o atolu Pingelap:

Zdjęcie po lewej NASA (wzięte z Wikipedii); zwykła mapa jest jednak znacznie bardziej czytelna.


Na mapie widać, że Pingelap składa się z trzech wysp. Atol jest częścią Mikronezji. Teoretycznie ma 29 km² powierzchni, ale Wikipedia wkłada tę informację między bajki i, oceniając zdjęcie wykonane przez NASA, zakłada, że tak naprawdę powierzchnia atolu wynosi 5 km², w tym 1,75 km² lądu i 1,20 km² laguny; resztę stanowią zalane wodami Oceanu rafy koralowe. Laguna ma dwie zatoki, głębokie na około 40 metrów.

Atol został odkryty w roku 1793 przez niejakiego Thomasa Musgrave. Był wtedy zamieszkały już od kilkuset lat i dosyć gęsto zaludniony. Mieszkańcy żywili się rybami oraz orzechami kokosowymi, owocami drzewa chlebowego i bananami. Jednak wkrótce potem wyspy padły ofiarą tajfunu Lengkieki. Większość mieszkańców zginęła, a ci, co ocaleli, umarli z głodu, bo katastrofa pozbawiła wyspy całej wegetacji. Katastrofę przeżyło tylko 20 mieszkańców. Stopniowo populacja zaczęła wzrastać, ale w czwartym pokoleniu po katastrofie zaczął się objawiać daltonizm.

20 osób, też pewnie zresztą ze sobą spokrewnionych, jako prarodzice są rzeczywiście ubogą pulą genetyczną. No, ale w końcu Adam i Ewa byli tylko we dwójkę, a zaludnili całą ziemię. Wśród potomków Adama i Ewy przypadek achromatopsji zdarza się raz na 30 tysięcy. Na Pingelapie przydarzyło się jednak inaczej. Obecnie żyje tam około 250 osób (inne źródła podają, że ponad 400), z czego jedna trzecia całkowicie nie rozróżnia kolorów.

Można by też zapytać, skąd komentator na wykop.pl w ogóle wiedział o tym, że na Pingelap jest największy na świecie procent tych, kórzy nie rozróżniają kolorów, ale w przygotowując ten wpis dowiedziałam się, że znany neurolog, Oliver Sacks, odwiedził wyspę w towarzystwie achromatyka z Norwegii, podjął tam działalność na rzecz wyspiarzy, a potem opublikował książkę, o której Sunday Times napisał:

Oliver Sacks, wybitny neurolog i psychiatra, autor wielu bestsellerowych książek, między innymi „Mężczyzny, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”, „Przebudzeń”, „Muzykofilii” i „Oka umysłu”, od zawsze fascynował się wyspami, frapowała go ich tajemniczość oraz bogactwo wyjątkowych form życia. Zwabiony na maleńki atol Pingelap na Pacyfiku doniesieniami o żyjącej tam odizolowanej społeczności wyspiarzy rodzących się z całkowitym daltonizmem, Sacks otwiera klinikę w pomieszczeniu będącym apteką. Przyjmuje pacjentów, którzy opisują swój bezbarwny świat słowami, oddającymi różnorodność wzorów, świateł i cieni. Pobyt na wyspach na nowo rozbudził w Sacksie zainteresowanie botaniką, szczególnie zaś prymitywnymi sagowcami. Wszystko to skłoniło go do rozważań na temat roli wysp, rozprzestrzeniania się gatunków, pochodzenia choroby i zawiłości biologicznych aspektów ludzkiego istnienia.

„Dzięki prostocie swojej prozy i nadzwyczajnej ciekawości świata Sacks przypomina, jak cenne jest nasze życie”.

Cytat za lubimyczytac.pl.

Działalność Sacksa nie była tylko zaspokajaniem ciekawości badawczej autora. Na stronie internetowej achromatyków znajduję informację, że na wyspie nie ma żadnego okulisty i żadnego optyka.

Tłumaczenie od górnej linijki do dolnej: Powierzchnia / Ilość mieszkańców / Achromatycy / % achromatyków w społeczeństwie / Praktykujący lekarze okuliści / Zakłady optyczne

***

Co szósty mieszkaniec atolu Pingelap nie widzi kolorów. Ale co to właściwie jest kolor? Co widzimy, jak widzimy kolor? Oczywiście wiemy, kolor to jest fala elektromagnetyczna, wytwarzana przez światło padające na dany przedmiot. To ono nadaje barwę i tę informację nasze oczy przekazują do mózgu. Ale czy to, co tu napisałam, wyjaśnia naprawdę, co to jest kolor? Naukowcy przeprowadzili pewien eksperyment – nazwali go pokojem Marii i gdy czytałam o mieszkańcach Pingelap, cały czas myślałam o pokoju Marii.

Uwaga, filmik jest po angielsku.

Pokój Marii jest podobno czarny i biały, ale tak naprawdę pokój Marii jest szary. Szary świat, szare widzenie, szary atol, szary pokój. Na zdjęciu poniżej – jeden z najsłynniejszych adresów w Berlinie, szary pokój Wolfa Biermanna, szary jak pokój Marii. Okładka płyty z roku 1969:

Biermann siedzi w fotelu, na stole stara maszyna do pisania. Książki. Obrazy. Okładka słynnej płyty muzyka, pierwszej wydanej wspólnie z Wolfgangiem Neussem po obłożeniu Biermanna w NRD całkowitym zakazem wystąpień. Nagranie płyty, dokonane w pokoju obok, zostało przeszmuglowane na Zachód, gdzie ukazało się w znanym lewicowym wydawnictwie Wagenbacha.

Jeden dzień, jedno zdanie

Ewa Maria Slaska

Berlińska autorka Annett Gröschner zaproponowała kiedyś opisywanie każdego dnia jednym zdaniem. Annett sugerowała stosowanie surowych zasad – to znaczy, że rzeczywiście trzeba zapisywać jedno zdanie każdego dnia, ma ono dotyczyć stosunków ze światem zewnętrznym, ma być opatrzone datą, godziną i miejscem. Niestety, mimo iż propozycja bardzo mi się spodobała, nie potrafiłam się do niej zastosować konsekwentnie i rygorystycznie. Najczęściej nie wiem więc, kiedy miało miejsce zdarzenie, które opiszę tu Wam jednym zdaniem, może było to niedawno, może kilka dni temu, może ostatnio, może kiedyś. Problemem jest też owo jedno zdanie. Może się mylę, ale wydaje mi się, że w niemieckim zbudowanie jednego zdania jest jednak prostsze niż po polsku. Ale może to nieważne. Chyba chodzi o to, żeby pisać krótko i zwięźle.

Z takich “jednych zdań” składa się pierwszy rozdział Lat, najsłynniejszej książki tegorocznej noblistki, Annie Ernaux. Nie jestem tym zachwycona (podobnie jak samą książką i jej autorką), ale gdy Annett uczyła mnie, jak zapisywać świat jednym zdaniem, nie widziałam tej książki, ba, nawet o niej nie wiedziałam.

***

Wpis został zilustrowany przez Konrada we współpracy ze Sztuczną Inteligencją Dall-E.

***

Marzec. Jadę do domu metrem numer 6. Obok mnie siedzi szczupły chłopiec, na oko dwunastolatek, na przeciwko jego znacznie większy i grubszy kolega. “Wiem wszystko”, mówi ten mniejszy, “możesz mnie zapytać o cokolwiek, odpowiem ci na każde pytanie”. Większy mówi niewyraźnie, nie wiem więc, o co pyta. Mały rzeczywiście odpowiada na wszystkie pytania. Robi to miło, bez cienia arogancji czy zarozumiałości. Po prostu wie wszystko. Mianowałabym rodziców tego chłopca ministrą i ministrem wychowania publicznego – wychowali miłego, inteligentnego, otwartego chłopaka, który czuje, że wie wszystko i jest w stanie to wyrazić, pozostając sympatycznym, otwartym, uśmiechniętym młodym człowiekiem.

***

Kwiecień. Notatki w telefonie: Zaufania nie można chcieć ani wymusić, ale można się go nauczyć; wytrenować; przyzwyczaić się, że warto mieć zaufanie, warto je kultywować; zaufanie jest ryzykiem; źle ulokowane może nas kosztować bardzo dużo, ale zaufanie może być również użytecznym, ułatwiającym życie sposobem funkcjonowania wśród ludzi.

***

Sierpień. Jadę metrem. Siedzę sama. Na dwóch ławkach po przeciwnej stronie, naprzeciwko siebie siedzi dwóch mężczyzn. Obaj są bardzo szczupli i mają pociągłe twarze, ale tylko to ich łączy, bo są swoim całkowitym przeciwieństwem. Jeden jest stary, biały, blady, ma siwe włosy i jest ubrany na biało. Drugi jest młody, czarny, ma czarne dredy i czarne ubranie. Wyglądają jak negatyw i pozytyw tej samej postaci, odbitej nie tylko na osi lewo – prawo, ale też na osi czasu. Do wagonu wsiada bardzo hałaśliwy, niestetyczny i niedomyty bezdomny. Coś głośno wykrzykuje. Obaj identyczni mężczyźni, biały i czarny, obracają się w jego stronę i patrzą na niego z identyczną zdumioną miną.

***

Wrzesień. Stacja kolejki S-Bahn Tempelhof. Na ławce siedzi odziany w jasnozielone ubranko niewysoki, tęgi facet z potarganą siwawą brodą i takimiż włosami; wygląda jak duży krasnolud i czyta powieść pt. Rückkehr der Zwerge (Powrót krasnoludów).

***

Październik. Jadę autobusem do Szczecina. Na dworcu autobusowym widzę rodzinę, chyba romską, tata, mama i pięcioro dzieci. Przed nimi siedem kolorowych walizek w kolorach tęczy, każda coraz mniejsza.

***
Kiedyś, w międzyczasie, czyjaś uwaga na Facebooku: Rośliny nas hodują, a jak umieramy, żywią się nami.

***

W dzień częściowego zaćmienia słońca (24.10.2022 o godzinie 11) poszłyśmy z koleżanką do lasu na grzyby. Zaćmienia słońca, jako żywo, nie widziałyśmy, grzybów też niewiele, ale za to było takie coś, co na pewno jest w stanie żywić się nami:


Tu kończy się możliwość opisania tego czegoś jednym zdaniem. Nie wiemy, co to jest. Wygląda jak orchidea. Tak mi się wydaje. Następnego dnia koleżanka przysyła wyjaśnienie z Wikipedii.

https://de.m.wikipedia.org/wiki/Tintenfischpilz

Zdaniem niemieckiej Wikipedii jest to grzyb i jest jadalny. Nazywa się Tintenfischpilz – grzyb-kałamarnica i został przywleczony do Europy na początku XX wieku z Australii lub Nowej Zelandii. Dlatego też po polsku nazywa się okratek australijski. Najpierw wyrasta jako tzw. jajo, które jest białawe i ma wysokość ok. 5 centymetrów, a średnicę około 3 centymetrów. Gdy jajo dojrzeje, pęka i wysuwa się z niego receptakl (tak! taki wyraz), który może nawet osiągnąć wysokość 15 centymetrów. Również ten (s)twór musi dojrzeć i wtedy pęka na 4-6 czerwonych ramion. Przypomina wtedy czerwoną ośmiornicę, stąd też jego niemiecka nazwa. W tej postaci grzyb brzydko pachnie, co nie dziwi specjalnie, bo w końcu jest krewniakiem sromotnika smrodliwego. W Niemczech owocniki okratka nazywa się potocznie “jajami czarownicy” (Hexeneier).

Diabelska sprawa to zaćmienie słońca. Nawet jeśli go nie widziałyśmy.

Z wolnej stopy 72

Zbigniew Milewicz

Niewygodni dla władzy

Zgodnie z ubiegłotygodniową zapowiedzią, podaję nazwiska twórców – pisarzy i dziennikarzy – uhonorowanych przez Międzynarodowy Pen Club, w związku z obchodzonym corocznie 15 listopada, Dniem Uwięzionego Pisarza. Są to dwie odważne kobiety – Narges Mohammadi z Iranu i Tsitsi Dangarembga z Zimbabwe oraz José Rubén Zamora Marroquín z Gwatemali i Server Mustafayev z Ukrainy.

Pierwsza z nich – dziennikarka i autorka książek, walcząca o ludzkie prawa w swoim kraju, między innymi o poprawę losu kobiet, ma za sobą wielokrotne kary pozbawienia wolności, uzasadnione rzekomym działaniem na szkodę bezpieczeństwa narodowego. W jej dorobku znajduje się m.in. szczegółowa dokumentacja brutalnych metod śledczych, stosowanych w irańskich aresztach i więzieniach. Tsitsi Dangarembga, pisarka i filmowa dokumentalistka, protestowała pokojowo przeciw cenzurze i aresztowaniom dziennikarzy, upominała się o zreformowanie systemu politycznego i poprawę warunków życia ludności Zimbabwe, a także sprzeciwiała wszechobecnej korupcji wśród urzędników państwowych, za co ponad 30 razy stawała przed sądem. Dziennikarz José Rubén Zamora Marroquín, który założył trzy najpoczytniejsze gazety w swoim kraju, również wziął sobie na celownik skorumpowanych urzędników państwowych, przekleństwo Gwatemali. Ujawniał brudne interesy politycznej sitwy, m.in. krocie zarabiane na współudziale w handlu narkotykami i bezkarność prominentów w łamaniu prawa, za co latem tego roku został aresztowany. Zamrożono mu konta bankowe, zamknięto główną redakcję, a współpracownicy i naczelny, którzy stanęli w jego obronie, również zostali zatrzymani.

Informacje, które przytaczam, publikuje niemiecki PEN Club*. O czwartym z uhonorowanych twórców obszerniej pisze jednak polski klub. Przy czym mowa jest wyłącznie o Serverze Mustafayevie. Tak jakby autorzy materiału nie wiedzieli, albo ignorowali fakt, że to jeden z kilkorga wyróżnionych. Jest on krymskim Tatarem, dziennikarzem obywatelskim, obrońcą praw człowieka, założycielem i koordynatorem społecznego ruchu na rzecz praw człowieka (Crimean Solidarity) na półwyspie okupowanym przez Rosję. Na internetowej stronie klubu czytamy:

21 maja 2018 roku funkcjonariusze Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej (FSB) wtargnęli do domu Mustafayeva w Bakczysaraju na południu Krymu, a następnie wywieźli dziennikarza do siedziby FSB w Symferopolu, stolicy półwyspu. Następnego dnia Mustafayev został tymczasowo aresztowany i z powodu rzekomych powiązań z Hizbut-Tahrir, organizacją zakazaną w Federacji Rosyjskiej, ale legalną na Ukrainie, oskarżony o „przynależność do organizacji terrorystycznej” na podstawie art. 205.5 część 2 rosyjskiego kodeksu karnego.

Jakie były dalsze koleje losu aresztowanego dziennikarza, o tym można przeczytać w linku, zamieszczonym pod tekstem. Jest w nim również mowa o tym, jak konkretnie można pomóc Serverowi Mustafayevovi i jego współtowarzyszom. Publikując coroczne apele w sprawie ludzi pióra, uwięzionych za pisanie prawdy, Międzynarodowy PEN Club apeluje bowiem do ludzkich sumień, do społeczeństw, o solidarność z tymi dzielnymi ludźmi i wsparcie w akcjach na rzecz ich uwolnienia.

* https://www.pen-deutschland.de/en/2022/11/15/writers-in-prison-day-15-11/

** https://penclub.com.pl/

Ewa Śląska jesienią

Ewa Maria Slaska i Tomasz Grochal

EMS: Mam takie nazwisko, które aż się prosi o przekręcanie. Nie jest to zresztą moje nazwisko, tylko mojego (byłego) męża, no ale w jakimś stopniu jest też moje, bo używam go już od kiludziesięciu lat. Nazywamy się Slascy. Dokładnie tak – S bez kreski, a bez ogonka. Slaska, Slaski, Slascy. Tym niemniej KAŻDY wie lepiej. Zdarzało się, że ktoś na moich oczach poprawiał mi nazwisko na tę nieszczęsną Śląską. Redaktorzy i korektorzy robią to po prostu nagminnie. Również w internecie pojawiam się tysiące razy jako Slaska i jako Śląska. Redaktor Giedroyc wydając dochodzeniexmoją książkę w paryskiej Kulturze oszczędził mi wprawdzie ą, ale już Ś nie mógł sobie (ani mnie) odmówić. Po przyjeździe do Niemiec zrobiło się jeszcze gorzej, bo nie tylko KAŻDY w Niemczech wiedział lepiej niż ja, jak się nazywam, ale jeszcze był pewien, że zniemczyłam sobie nazwisko, żeby nie denerwować niemieckiego otoczenia albo żeby się ukryć z tym, że jestem Polką, albo zresztą cokolwiek innego…

Czasem się złoszczę, czasem się śmieję, czasem wyjaśniam, zawsze jak zaczynam współpracę z jakąś nową redakcją, piszę błagalne listy i maile, żeby uszanować to piękne, stare, polskie nazwisko, które już wiele stuleci temu tak właśnie brzmiało.

O proszę, tu – wpis w Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Slascy.

Tak więc nic nie zapowiadało specjalnej niespodzianki, gdy w początku listopada dostałam maila od Tomasza Grochala z Gdańska:

TG: Szanowna Pani Ewa Slaska,
witam Panią z przekonaniem, że zwracam się do  Autorki  wiersza

Dni jesienne
Dni jesienne…
Złocistości pełne
Z czerwonym liściem
we mgle
Zanim wiatr
uszarga je w błocie
Zanim deszcze
opłaczą stokrotnie
Zanim jesień
swój smutek uprzędzie
Dni jesienne…
Trawy jeszcze zielone
Z łkającym ptakiem
w niebie – hen
Gdy krwistą jarzębiną
alejkę wiatr spina
Tańczą.., tańczą
szalone
liście w Łazienkach
przed zimowym snem
………………autor Ewa Śląska
Droga Pani, z tym utworem zetknąłem się dawno temu – w prasie, gdzieś w 1987 roku, i towarzyszy mi… bagatela, od około 40 lat. Stosunkowo niedawno dopiero ustaliłem Autora i wiedziony od zawsze tą potrzebą, szukam z uporem sposobności, aby wyrazić gorące podziękowanie za ten miły utwór, który w okresie złotej polskiej jesieni, która w tym roku dopiero co minęła, staje mi co roku przed oczyma częściej niż w innych porach roku. Może wreszcie tu i teraz nadarza się ta, oczekiwana przeze mnie, okazja.
Mógłbym tu dodać więcej szczegółów i okoliczności z mego życia związanych z tym wierszem, ale zostawmy to na inną okazję.

Z podziękowaniami łączę wyrazy szczerej sympatii
Tomasz Grochal

EMS: Zadumałam się nad nadesłanym mi wierszem. Wiersze, bywało, owszem, wprawdzie dawno temu, ale co ja tam wiem, mogłam zapomnieć, a wiersz też dawny i z dawna w pamięci pana Tomasza. No i sam ten wiersz, tańczą…, tańczą szalone liście w Łazienkach. Czy ja kiedyś coś takiego napisałam? Jasne, pisałam wiersze, każdy pisał, niektórzy nawet znają swoją lirykę na pamięć, ja nie, ale mimo to – szalone liście w Łazienkach? Odpisałam więc:

Dziekuję Panu bardzo, choć nie jestem pewna, czy to naprawdę ja byłam autorką i się chyba nigdy nie dowiemy, bo nie mam już moich starych wierszy. Ale jakoś wydaje mi się, że to nie ja. Była jeszcze druga Ewa Maria Slaska, też w Gdańsku, ale wg moich informacji nie pisała wierszy, choć oczywiście – kto wie? Ta druga Ewa Maria Slaska nie żyje, ale mogę przy okazji zapytać jej Mamę, czy coś znalazłoby się w spuściznie.
A może Pan wie, w jakiej to prasie się ukazało?
Serdecznie pozdrawiam
Ewa Maria Slaska
nie Śląska

I to byłby koniec tej korespondencji, gdyby nie odpowiedź.

TG: Miła Pani, w sowieckiej Rosji w porcie Tuapse na Morzu Czarnym, na jesieni 1987 roku, nabyłem w kiosku kilka starych numerów Kobiety i Życia. Wówczas to były jedyne polskie gazety dostępne w kiosku. W jednym z nich w nr 48/1905 z dnia 02.12.1987 natknąłem sie na ten wiersz. Po latach, niedawno ustaliłem kilka szczegółów, między innymi autorkę wiersza, odwiedzając pięknie wyremontowaną biblioteke i czytelnię czasopism na Przymorzu, gdzie dotarłem do archiwalnego egzemplarza tego czasopisma. Pani nie zaprzecza, że tworzyła w przeszłości utwory poetyckie. Rozumiem jednak, że autor czuje ducha swoich utworów i pewnie się nie myli w ocenie.
Pamiętny numer Kobiety i Życia wydrukował wiersz wzbogacając go kolorowymi jesiennymi zdjęciami z urokliwych warszawskich Łazienek, nawiązującymi do treści utworu. Strony z wierszem i zdjęciami przymocowałem na szocie kabiny i w chwilach odpoczynku wpatrywałem sie w nie przez wiele miesięcy, znając treść utworu na pamięć. Tak było do momentu zmustrowania ze statku. Wiersz na papierze tam pozostał, chociaż zabrałem go w swojej pamięci i uczuciach, i towarzyszy mi nadal przy różnych okazjach zwłaszcza jesiennych pejzażach.

slaskawgoogleEMS: Wiem na pewno, że to nie ja. W roku 1987 byłam już na Zachodzie i nie wysyłałam nic do żadnej redakcji w Polsce. No jak nie ja, to poniekąd sprawa się wyjaśniła, ale tylko poniekąd. Bo teraz dzielę z Tomaszem pamięć tej linijki o tańczących szalonych liściach. Po kilku dniach postanowiłam poszukać autorki wiersza w internecie. Niestety w wyszukiwarce pojawiam się przede wszystkim ja sama, co oczywiście tłumaczy, jak Tomasz do mnie dotarł. 2.500.000 wpisów. No, ale to oczywiście nie tylko ja, nie przesadzajmy, pojawia się też Śląsk we wszystkich odmianach, kiełbasa śląska, Ruda Śląska, śląska oczyszczalnia ścieków, biblioteka śląska, powstania… Ale oczywiście znajduję wreszcie inną Ewę Śląską… Oglądam jej zdjęcie. Ładna. Ona? Jeśli to ona, to pisząc wiersz miała 20 lat. W tym wieku pisze się wiersze. Postanawiam nie pytać, tylko opublikować tu ten wiersz i wysłać jej linka. A nuż… Piszę więc do Tomasza, proponuję wpis i proszę o skan.

TG: Witam Pani Ewo, jestem z lekka zaskoczony propozycją. Sądziłem, że sprawa wyczerpała swój potencjał, wytraci bieg i ja z kompanem-wierszem odejdę w siną dal. W odpowiedzi na Pani sugestię postaram się dotrzeć do właściwego źródła, aby uzyskać zdjęcie, skan lub ect. Może zejdzie parę dni, zanim to zadanie wykonam, bo walczę ze swoimi zdrowotnymi słabościami. Zapewniam też, że może Pani robić użytek z korespondencji zgodnie ze swoimi potrzebami.

TG (już następnego dnia):
Pani Ewo, z czytelnią wyszło szybciej niż przypuszczałem, bo dzień był ładny i podjechałem na Przymorze. Przesyłam  zdjęcia.

slaskajesieniaEMS: A teraz wyślemy linka do Ewy znalezionej w Internecie i pokażemy wpis na FB. Może znajdziemy tę, która naprawdę nazywa się Śląska. Ale może nie – bo ta, którą wyszukał polski google mieszka na Śląsku i może tylko taki sobie wybrała pseudonim.

Zobaczymy.

Frauenblick auf Putinland

Monika Wrzosek-Müller

Putinland“ von Leonid Wolkow

Seit dem Krieg in der Ukraine versuche ich diese Aggression zu verstehen und nachzuvollziehen, wie es in Russland dazu kommen konnte, dass ein Mann, den man allgemein für eher vernünftig und eher westlich orientiert hielt, uns allen und vor allem den Ukrainern das antun konnte. Ich weiß, dass meine Mutter immer sagte (sie hat im Zweiten Weltkrieg 8 Jahre unfreiwillig in der Sowjetunion, im heutigen Kasachstan verbracht), die Russen seien eine sehr nette, für Musik und Mathematik begabte Nation, aber ungeheuerliche Chauvinisten. Das kann man schlecht als Erklärung für diese Tat stehen lassen und so lese ich rundherum, was in den Jahren in Russland passiert ist, in denen wir uns eher für alles andere interessiert haben. So kam ich auch zu diesem Buch.

Der Untertitel enthält schon eine Information über den Inhalt: Der imperiale Wahn, die russische Opposition und die Verblendung des Westens.

Die einzelnen Kapitelüberschriften geben weiteren Aufschluss:

  • Russlands „wilde Neunziger“
  • Die Errichtung der Machtvertikale
  • Widerstandsgeist und Protestbewegung
  • Bürgermeisterwahl in Moskau
  • Nach der Annexion der Krim
  • Nawalnys Präsidentschaftswahlkampf
  • Die Schlagkraft vernetzter Opposition
  • Der Giftanschlag
  • Russland überfällt die Ukraine
  • Medienmacht und Meinungsbildung
  • Angriffsziel Internet
  • Andersdenken verboten
  • Putins Oligarchen
  • Wir gehören zu Europa
  • Nach Putin: Szenarien und Hoffnungen

Der Autor Leonid Michailowitsch Wolkow, geb. 1980, war und ist ein Freund von Alexei Nawalny, für den er als IT- Experte den Wahlkampf und die Antikorruptionsstiftung organisiert hatte. Also repräsentiert er eine Stimme von innen, aus dem Bauch Russlands (er stammt aus Jekaterinburg), auch wenn er seit 2019 im Exil, in Wilna/Litauen, lebt und von dort aus die Entwicklung in Russland weiter begleitet. Das Buch wurde aus seinen Vorträgen innerhalb von drei Monaten zusammengeschrieben, das merkt man dem Text auch an, doch der Leser erfährt viel über die Entwicklung Russlands zu einer Diktatur. Nebenbei lesen wir über die oppositionelle Szene, wie sie sich entwickelte, wie sie funktionierte, was sie erreicht hat. Den Optimismus des Autors teile ich nicht, aber es ist für uns alle gut zu wissen, dass es organisierte oppositionelle Szene in Russland gibt. Wir, dabei denke ich an die Polen, wissen gut, wie lange und wie gut die Opposition damals vor der Solidarnosc-Zeit organisiert sein musste, wie viel Organisationstalent und Wissen über die Möglichkeiten des Kampfes, wieviel Ausdauer und Durchhaltevermögen es brauchte, um das Regime zu stürzen. Natürlich gab es damals kein Internet und keine entsprechenden Möglichkeiten der Vernetzung, das erleichtert jetzt vieles, vor allem die Kommunikation, ist aber nicht immer verlässlich. Der mögliche Follower brennt nicht immer wirklich und unbedingt für die Sache; ein Klick im Handy oder am Laptop bedeutet nicht, dass derjenige auch einen Beitrag leisten und entsprechend wählen geht, ganz zu schweigen von der Teilnahme an Demonstrationen und anderen Aktionen der Opposition.

Russland hat in den letzten Jahren einen massiven Ruck Richtung Mafiastaat vollzogen; Putin gleicht einem Mafiaboss und obwohl er am Anfang des Buchs als „kleine Leuchte“ beschrieben wird, konnte er dieses riesige Land total nach seiner Vorstellung umgestalten. Dasselbe erzählt in einem Interview Boris Bondarjew, ein russischer Diplomat, der sein Amt nach 20 Jahren niedergelegt hat, in der FAZ am Sonntag: „Er hat dieses Regime errichtet. Es fußt auf Korruption, und zwar auf allen Ebenen des Staates und der Gesellschaft. Alles ist auf ihn ausgerichtet. Er ist die Säule, die alles stützt. Keiner aus seinem Zirkel kann die gleiche Autorität ausüben. Ich bin mit Alexej Nawalny einer Meinung, dass man Russland als Mafiastaat beschreiben kann. Alles beruht auf informellen Beziehungen und Vereinbarungen. Ganze Ministerien oder föderale Behörden werden für Person geschaffen. Wenn Putin in den Ruhestand träte, wäre er seinem Nachfolger ausgeliefert. Er hätte keine Garantien für seine Sicherheit.“ Die Geschichte dazu erzählt das Buch; es geschah schrittweise, immer deutlicher wurden die Anzeichen, doch wir schauten nicht hin, wollten es nicht sehen. Noch klangen in unseren Ohren die verführerischen Worte wie Perestroika, Glasnost etc…, dass in Russland Gorbatschow ganz unbeliebt war, haben wir gar nicht bemerkt. Dann, als allmählich die Protestaktionen verboten wurden, später die Gouverneure nicht mehr gewählt, sondern von oben eingesetzt wurden, hat sich auch niemand besonders aufgeregt. Dann kamen die Morde an Journalisten, Politikern; die Giftanschläge und sogar die Besetzung der Krim verliefen für Putin glimpflich, das alles finden wir in dem Buch wieder. „Im Eiltempo verwandelte sich Russland von einem hybriden autoritären Regime in ein totalitäres Regime, von einer Pseudo-Demokratie in ein vollendetes faschistisches System.“ Der Schritt zum Krieg war dann ganz nah.

Der Autor liefert aber auch die Idee und den Aufbau der Organisation, die sich gegen Putin gestellt hatte; die Bildung der „Stäbe“ Nawalnys als Einheiten des Widerstands in ganz Russland und die Antikorruptionsstiftung: „Stellen wir uns die Pyramide als einen Eisberg vor, der im Meer schwimmt: die Spitze des Eisbergs ragt heraus, aber der allergrößte Teil der Eismasse befindet sich unter Wasser. Dem Kreml ist es in den vergangenen elf Jahren nicht gelungen die Protestbewegung in Russland zu vernichten.“ Aber auch horizontale Strukturen und Kommunikationsnetze wurden geschaffen, die viele Millionen Menschen verbinden.

Schön sind die Passagen über die Allmacht der Propaganda: „Der russische Fernsehzuschauer ist kein Idiot, er ist nur daran gewöhnt, in einem toxischen Informationsmilieu zu existieren. […] In der Sowjetunion gab es ein geflügeltes Wort: In der „Iswestija“ gibt es keine Wahrheit, in der „Prawda“ keine Nachrichten („Iswestija“ bedeutet Nachrichten, „Prawda“ Wahrheit- beides die wichtigsten Zeitungen Russlands). […] Und dass die neue Propaganda keinen Deut besser ist als die alte sowjetische, wissen sie auch. Das Problem ist, dass die Skrupellosigkeit und Maßlosigkeit der neuen russischen Propaganda ihr Vorstellungsvermögen schlicht übersteigt. Jeder Mensch kann nur so weit blicken, wie sein eigener Horizont reicht… Wenn heute dem russischen Fernsehzuschauer rund um die Uhr Horrorgeschichten von den blutrünstigen Nazis in der Ukraine erzählt werden, die Kinder bei lebendigem Leib auffressen, dann findet in seinem Kopf genau dieser Denkmechanismus statt. Natürlich glaubt er nicht wörtlich, was man ihm da erzählt, er weiß ja, dass er belogen wird, ein bisschen vielleicht, oder ein bisschen mehr, egal, aber doch nicht ganz und gar. Soviel er auch abzieht und herunterrechnet, am Ende bleibt ein kleiner Rest, den er glaubt. Er denkt, na gut, das mit dem Kinderfressen muss wohl stimmen, aber bestimmt nicht roh, wahrscheinlich werden sie sie vorher kochen oder wenigstens anbraten.“

Dem Ausblick in die Zukunft, die nach Putin kommen wird, widmet der Autor ein Kapitel: Szenarien und Hoffnungen. Die wichtigste Erkenntnis für mich war, dass der Putinismus Putin nicht überleben wird. „Das System, das Putin errichtet hat, kann er niemandem vererben, es ist absolut personalisiert.“ Also ist die erste Möglichkeit einer Veränderung der Tod des Diktators; es wird Kämpfe um seine Nachfolge geben, ein mögliches Interregnum auch. Ein anderes Szenario wäre ein Aufstand der Eliten, seiner Oligarchen, die nicht mehr genug verdienen, also eine Palastrevolution. Die dritte Möglichkeit ist der Massenprotest, wenn der Leidensdruck zu groß wird, zu viele Soldaten sterben, ihre Mütter es nicht mehr ertragen können. Das könnte in einen Bürgerkrieg ausufern, nur, was erlaubt uns bei all den schrecklichen Szenarien optimistisch zu bleiben? Um mit Nawalny zu sprechen, „to see the bigger picture“. Für den Autor bleibt der Ukrainekrieg nicht nur ein Horror, er hat neue und einzigartige Wege eröffnet zur Lösung von alten Problemen. Der Wandel Russlands zu einer Demokratie ist durch den Krieg viel realistischer geworden. Denn es muss eine Reinigung und Neuausrichtung des Landes geben, die Aufarbeitung und Aufklärung aller Verbrechen. Russland muss seine Lektion lernen, es gibt keine andere Option und das berechtigt uns zum Optimismus. Wichtig erscheint auch dem Autor, wie die Ära Putin endet; am besten wäre, wenn er vor den Internationalen Strafgerichtshof in Den Hag gestellt werden könnte, dann kämen alle seine Verbrechen und Taten ans Licht, es könnte sich kein Mythos des großen russischen Helden bilden.

Leider befinden wir uns heutzutage immer noch nicht an diesem Punkt der Geschichte und viele Menschen in der Ukraine sterben, die Städte werden bombardiert und irgendwie weiß niemand, wo, wann und wie diese Geschichte enden wird.

Wiersze z brodą i bez (1)

Tibor Jagielski

Ernst Jandl (1925 – 2000)
 
 
meldunek
 
teraz przyniosłem jedzenie
dla nas wszystkich
 
a kim są ci wszyscy?
 
to ja
 
 
Rose Ausländer (1901 –1988)
 
 
Zaproszenie
 
Na stole 
jabłka i wino
kwiaty kruche kolory
 
Zapraszam Ciebie
 
Mieszkam w domu
pod numerem zero
 
Zapach namalowal Monet
jabłka dojrzaly u Cezanne’a
wino przybyło pocztą butelkową
 
Powtarzam
zapraszam Ciebie
serdecznie
 
 
Rolf Haufs (1935 –2013)
 
O zachodzie słońca 
odchodzi ostatni prom,
chcemy na drugi brzeg.
 
 
 
Boris Vian  (1920 – 1959)
 
na zielonej trawce raz, dwa, trzy,
pasły się pratchawce raz, dwa, trzy...
 
a to była pierwsza zwrotka,
teraz będzie druga zwrotka
 
na zielonej trawce raz, dwa, trzy,
pasły się pratchawce raz, dwa, trzy...
 
a to była druga zwrotka,
teraz będzie trzecia zwrotka
 
na zielonej trawce...
 
 
 
Tibor Jagielski (1959 – 2042)
 
 
ikona
 
50 lat temu
już się nie obudziła
nasza ikona z celuloidu
i w technikolorze
ale jej cuda
przetrwają
 
5.08.2012
Roger McGough (ur. 1937)

Wegetarianie

Wegetarianie to okrutni i bezmyślni ludzie.
Każdy wie, że marchewka krzyczy na tarce,
że rozrywana palcami brzoskwinia krwawi.
Wierzysz, że pomarańcza nie czuje 
kciuków, które się w niej zanurzają?
że pomidory rozlewają swe mózgi bezboleśnie?
A kartofle, żywcem obierane ze skóry i gotowane, 
te homary podziemnego królestwa?
Nie opowiadaj, że nie boli,
gdy odrywa się groch od strączka,
obłupia brukselkę,
szatkuje kapustę i ćwiartuje cebulę.

Odrzuć chochlę.
Odstaw motykę.
Nie koś,
wyzwól moje plemię!

Proust and his (no)madeleine… (reblog for an anniversary of his death)

In search of lost toast: Paris show reveals origins of Proust’s madeleines

Thanks to Konrad for finding that text and producing some pictures

Previous versions of French novel featured stale bread, toast and biscuit as trigger for author’s childhood memories

Proust's pages with drawings and writing
The exhibition traces the meticulous process through which Proust produced his monumental seven-volume novel. Photograph: supplied

Kim Willsher in Paris Mon 10 Oct 2022

Before Marcel Proust went into raptures over his petites madeleines he was waxing lyrical over a rusk-like biscuit and before that a piece of stale bread. The “episode of the madeleines” as it became known, is one of the most celebrated events in his seminal work À la Recherche du Temps Perdu (In Search of Lost Time), encapsulating its theme of involuntary memory.

Over the space of two years, however, the passage started with a very different flavour as the French author wrote various versions of his childhood recollection.

In 1907 when he was working on the first volume, Swann’s Way, it was the dunking of pain rassisa piece of stale bread, into tea that provoked his elation. In the next version, it had become pain grillé, or toastthen some time around 1908 it was a biscotte, a kind of hard biscuit.

The rest, of course, is literary history.

In the end, Proust settled on “those short, plump little cakes … which look as though they had been moulded in the fluted scallop of a pilgrim’s shell” to evoke the crumbs dipped in lime-flower tea his Aunt Léonie would feed him as a boy.

Madeleines.
Madeleines. Photograph: Hera Food/Alamy

A new exhibition to mark the 100th anniversary of the writer’s death opens in Paris and traces the meticulous process through which Proust produced his monumental seven-volume novel – the first tome of which appeared in 1913 and the last in 1937.

On display are almost 350 items; including never-before-seen documents, manuscripts, photographs, paintings, objects and costumes tracing and illustrating Proust’s creative process at the time he was writing from the late 19th century until his death in 1922.

Proust preferred to write with a fountain pen in bed, which was just as well as he was frequently ailing and spent the last three years of his life mostly confined to his bedroom, where he slept during the day and worked at night.

Among the most extraordinary exhibits at the François Mitterrand Library – part of the French National Library – are the many notebooks he filled with fluid and almost illegible cursive writing; the rough drafts on loose sheets of yellowing lined paper torn from those same books and the dozens of pages of handwritten and typed manuscripts, as well as publisher’s proof editions filled with editing marks, annotations and revisions.

They reveal a writer who was pedantic and a perfectionist; a tireless editor and reviser of his own work who would toil over a single word, whole sentences and even entire pages struck through with edits scrawled in the top, bottom and side margins. In a pre-computer version of cut-and-paste, Proust would physically cut out large passages of handwritten or typed text and glue them elsewhere.

Portrait of Marcel Proust by Jacques-Emile Blanche (1861-1942).
Portrait of Marcel Proust by Jacques-Emile Blanche (1861-1942). Photograph: Hervé Lewandowski/supplied

Even the first sentence of the first volume, Swann’s Way, that has become one of the most instantly recognisable novel openings: Longtemps, je me suis couché de bonne heure (For a long time, I went to bed early) was written, mulled over, crossed out, then reinstated.

Nathalie Mauriac, one of the exhibition curators, said it had been “very complicated” to follow the order of Proust’s writing. “He wrote the first and last volume at almost the same time and made multiple changes in the organisation of the work,” she said.

“There is something disproportionate in the scope of Proust’s work, as evidenced by the very materiality of his manuscripts, starting with the famous paperoles (paper drafts), those accordions of fragments of paper folded and pasted into his notebooks.”

She said the huge number of corrected and changed manuscripts, and proofs were “very Proust” and were evidence of “the enormous amount of work he put into each book… and the evolution of each”.

In Search of Lost Time is a fictional autobiography in which Proust mirrors his own life, recounting it as a young boy and as an older man recalling his youth. A central theme is the role of memory and the notion that experiences are not lost but remain in the unconscious. The seven volumes eventually ran to more than 3,200 pages and featured more than 2,000 different characters, but the first was refused by several publishers forcing Proust to publish it at his own expense with Grasset. The work is frequently listed among the greatest books of all time.

“Proust was the greatest novelist of the 20th century, just as Tolstoy was in the 19th,” wrote the English novelist Graham Greene.

To the delight of literary historians, Proust kept most of his manuscripts. He was working on and revising the last three tomes of the novel the night before his death on the 18 November 1922, when he died of pneumonia and a pulmonary abscess, aged 50. His work and documents passed to his brother Robert, who ensured the posthumous publication of the three books – and in 1962 Robert’s daughter Suzy Mante-Proust handed all the documents to France’s National Library.

Proust is buried at the Père Lachaise cemetery in Paris.

  • The exhibition at the François Mitterrand Library runs until 22 January 2023.

Foto: EMS


Konrad using the AI-Program DALL-E produced some pictures for the topic Proust and his (no)madeleine… Actually you can say, the program knows exactly what madeleine is (a woman AND a cake) but is ignorant in the question, who is Proust (a man AND a writer). Anyway a wonder!

Listopad wspomnień / November der Erinnerungen

SprachCafé Polnisch e.V. – Polska Kafejka Językowa

PL

Piątek, 18 listopada 2022 o godz. 19.00

Listopad wspomnień

W tym szczególnym miesiącu – listopadzie mamy czas na refleksję i zadumę, to czas na odświeżenie pamięci o bliskich, znajomych i nieznajomych, których nie ma wśród nas. Zapalając znicze zastanawiamy się nad ulotnością ludzkiego życia, które – jak mówi Seneka -” jest tylko podróżą do śmierci…” Od tej gorzkiej prawdy nikt z nas nie ucieknie.

Pamięć o zmarłych jest pełna milczenia i wspomnień. Dla nas Polaków na emigracji czas szczególnej refleksji i pamięci tych, którzy odeszli od nas na zawsze. Byliśmy z nimi, niektórzy zaprzyjaźnieni pozostawiając po sobie trwały ślad w pamięci. Liczne zdjęcia utrwalone w albumie Stefana Dybowskiego zaświadczają o ich współistnieniu. Co roku odwiedzamy groby naszych bliskich, znajomych, także znanych Polaków i tych pochowanych w zbiorowych mogiłach. Miesiąc listopad przybliża pamięć o nich, myślimy, piszemy, wspominamy i choć nie każdy tworzy wielkie dzieła, to każdy tworzy historię.

Człowiek żyje tak długo, jak długo żyje pamięć o NIM, dlatego chcemy wspólnie odświeżyć pamięć o nich podczas spotkania w Sprachcafé Polnisch na które serdecznie zapraszamy.

Przynieście ze sobą zdjęcia tych, którzy odeszli i świeczki.

Zapraszamy!

DE

Freitag, 18. November 2022 um 19 Uhr

November der Erinnerungen

In diesem besonderen Monat – November – nehmen wir uns öfter Zeit zum Nachdenken und zur Besinnung. Es ist Zeit, um die Erinnerung an geliebte Menschen, Freunde und Fremde, die nicht unter uns sind, wieder lebendig zu machen. Wenn wir die Kerzen anzünden, denken wir über die Vergänglichkeit des menschlichen Lebens nach, das, wie Seneca sagt, “nur eine Reise in den Tod ist…” Dieser bitteren Wahrheit kann keiner von uns entkommen.

Das Gedenken an die Toten ist von Stille und Erinnerung geprägt. Für uns Exilpolen ist es eine Zeit des besonderen Nachdenkens und des Gedenkens an diejenigen, die für immer von uns gegangen sind. Wir waren mit ihnen zusammen, sie waren Freunde, sie haben eine bleibende Spur in unserer Erinnerung hinterlassen. Zahlreiche Fotos, die in Stefan Dybowskis Album aufgenommen wurden, zeigen schon diejenigen, die gegangen sind.. Jedes Jahr besuchen wir die Gräber unserer Verwandten, Freunde, aber auch berühmter Polen und Gräber deren, die in Massengräbern bestat wurden. Der Monat November bringt uns die Erinnerung an sie näher, wir denken, schreiben, erinnern uns, und obwohl nicht jeder große Werke schafft, schafft jeder Geschichte.

Ein Mensch lebt so lange, wie sein Gedächtnis lebt. Deshalb wollen wir gemeinsam das Gedächtnis auffrischen bei einem Treffen im SprachCafé Polnisch, zu dem wir Sie herzlich einladen.

Bringt Fotos von euren Verstorbenen und Kerzen mit.

Seid dabei!

Don Kichot w Berlinie (SI)

Ewa Maria Slaska

Wszystko co wiem o sztucznej inteligencji (SI) i co tu piszę, wiem od Konrada, ale wszystkie błędy i przeinaczenia w tym wpisie są tylko i wyłącznie moje. To nie jest tekst informacyjny, to takie sobie dywagacje.

Najpierw, kilka tygodni temu, gdy Hiszpania była głównym gościem tegorocznych Targów Książki we Frankfurcie, Christine Ziegler przysłała mi artykuł z berlińskiej gazety codziennej Tagesspiegel. Traktował o współczesnej literaturze Hiszpanii, a zilustrowany był miedziorytem, przedstawiającym Don Kichota i Sancho Pansę dyskutujących o sensie walki z wiatrakami. Nie mieli oni z tematem i tekstem artykułu nic wspólnego. Tekst był od Sasa, a ilustracja od Lasa. Nie została podpisana, nie wiadomo kto jest jej autorem, a zaczerpnięta została ze zbioru fotografii i reprodukcji. Wyglądało to tak, jakby tę stronę w gazecie ułożyła wyszukiwarka. System wybrał z tekstu dwa najważniejsze wyrazy – literatura i Hiszpania – i dokonał wyboru. Wybór był zaś oczywisty. Literatura i Hiszpania dają Don Kichota z Sancho Pansą.

Przypomniało mi to dawny żart z PRL o początkach polskiej komputeryzacji. Tak na marginesie przypomnę, choć nie ma to w tej historyjce żadnego znaczenia, że były to czasy, gdy komputery zajmowały wielkie budynki. Biuro polityczne wzywa informatyka i każe mu ułożyć jadłospis dla żołnierza – pożywny i tani. Specjalista stawia komputerowi zadanie, ten liczy i bach bach, otrzymujemy wynik: żołnierz powinien zjadać 200 kilo ziemniaków tygodniowo.

Skłania mnie to do rozmyślań o tym, jak funkcjonuje stopniowe wchodzenie do naszego życia sztucznej inteligencji. Zasadniczo, wbrew pozorom, mamy z nią jeszcze stosunkowo rzadko do czynienia. Systemy, które się teraz pojawiają i zatruwają nam życie, gdy próbujemy zatelefonować do banku lub umówić wizytę u lekarza, nie są w ogóle sztuczną inteligencją, są nieudolną cyfryzacją tego, co wciąż jeszcze człowiek robi znacznie lepiej niż automaty. Automat nic nie umie, oprócz tego, co mu zapisano, niczego się nie uczy i o niczym nie decyduje. Facebook, który jak dotąd wciąż jeszcze nie wpadł na to, że mój syn jest moim synem, lub systemy, które podsuwają mi reklamy łóżek, gdy już dawno kupiłam i łóżko, i materac, też nie operują żadną sztuczną inteligencją, a co co najwyżej lepiej lub gorzej funkcjonującymi algorytmami. Te jednak są już w stanie dokonać wyboru.

No cóż, wybór często taki właśnie. Don Kichot i Sancho Pansa mają zjeść 200 kilo ziemniaków, albo pojawią się jako ilustracja w artykule, w którym nawet aluzyjnie i metaforycznie nikt się do nich nie odwołuje.

Gdy tak rozmyślałam sobie o sensie i bezsensie tej ilustracji i o tym, że podpis gwarantuje prawa licencyjne owego zbioru zdjęć, nie troszczy się natomiast o autora, bo cóż on jest wart, skoro działał w XIX wieku i już dawno umarł, Konrad powiedział mi, że uzyskał dostęp do świetnego portalu DALL-E, na którym sztuczna inteligencja na podstawie podanych haseł w kilka sekund tworzy obrazy.

Hasła dla poniższych obrazów wybrał Konrad, a brzmiały one najpierw “Don Quixote in Berlin”:

Potem zaś: “real-life Don Quixote at Tempelhoferfeld”:

Tu natomiast dodane zostało jeszcze hasło: “impresjonizm”, choć powiedziałabym, że ten obraz po lewej jest raczej ekspresjonistyczny niż impresjonistyczny, tym niemniej efekty są niebywałe.

***

Konrad wybrał też inne hasła, a wykonane przez SI obrazy wstawiłam już do różnych wpisów lub będę je z czasem wstawiała. Poszukajcie od czasu do czasu tagu “sztuczna inteligencja”.

Z wolnej stopy 71

Zbigniew Milewicz

Święto orlich piór

Przed miesiącem, we wpisie Workowanie, poruszyłem temat politycznych dysydentów, na przykładzie Mariny Owsiannikowej, rosyjskiej dziennikarki, osadzonej za antywojenne wystąpienia w domowym areszcie, z którego uciekła. Forma represji nie była zbyt surowa, jeżeli tylko przypomnimy los, który spotkał moskiewską dziennikarkę Annę Politkowską, zastrzeloną w 2006 roku, czy polityka Borysa Niemcowa, który dziewięć lat później zginął w podobny sposób, niedaleko Kremla. Obydwoje byli krytykami autorytarnych rządów Putina, dziennikarka pisała książki o krwawej wojnie w Czeczenii, polityk popierał prozachodnie władze w Kijowie, więc ich zlikwidowano. Otruty – także w 2006 roku – Aleksander Litwinienko należał do innej bajki, zginął, bo jako były oficer KGB, a później FSB, został informatorem obcego, brytyjskiego wywiadu, czyli zdradził. Te trzy śmierci miały jeden wspólny, prewencyjny mianownik: przestrogę. Aby nie iść śladem ofiar. Zastraszonym społeczeństwem łatwiej się kieruje.

Nie wszyscy jednak dają się zastraszyć, na przykład aktualny lider rosyjskiej opozycji, Aleksiej Nawalny, którego również próbowano otruć, ale przeżył. Zamach na jego życie miały zorganizować rosyjskie służby specjalne, czemu Kreml oczywiście zaprzecza. Incydent z otruciem wydarzył się podczas jego poprzedniej odsiadki, chorego udało się przewieźć na leczenie do szpitala w Niemczech, po wyzdrowieniu wrócił do Rosji i… ponownie znalazł się w więzieniu. Ponownie z oskarżenia o jakąś defraudację finansową i dodatkowo za obrazę sądu. Dostał za to 9 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Mieści się ona 250 kilometrów na wschód od Moskwy, w Mieliechowie, w obwodzie włodzimierskimi i ma opinię jednego z najbardziej przerażających miejsc w Rosji, gdzie więźniowie są torturowani i zabijani. Zgodnie z więziennym regulaminem rodzina Nawalnego będzie go mogła rzadko odwiedzać, mniej więcej raz na pół roku. Spotkania opozycjonisty z jego prawnikami będą jeszcze rzadsze. Pod koniec maja b.r. polityk usłyszał kolejne oskarżenie, dotyczące „tworzenia organizacji ekstremistycznej i podżegania do nienawiści wobec władz“. Jeżeli zostanie uznany przez sąd za winnego, to grozi mu dodatkowo 15 lat katorgi, czyli możliwa kara śmierci rozpisana na raty.

Wróciłem do wątku o rosyjskich opozycjonistach, ludziach walczących o wolność słowa, dlatego że dzisiaj, 15 listopada, przypada Międzynarodowy Dzień Uwięzionego Pisarza. Jest to święto uchwalone przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Pisarzy PEN, które ma na celu pokazanie, jak niebezpieczna bywa praca ludzi pióra, którzy piszą prawdę w każdych okolicznościach (a przynajmniej tak powinni robić – przyp. Z. M.). Za swoją niezależność często płacą oni ogromną cenę – więzieniem, utratą zdrowia, a nawet życia. Pojęcia pisanie i pióro są tutaj umowne, bo kontestuje się słowem, obrazem i dźwiękiem, więc poza dyskryminowanymi za swoje poglądy pisarzami świętują dzisiaj represjonowani dziennikarze wszystkich mediów – prasy, radia i telewizji, dokumentaliści, filmowcy i ludzie sceny. Day of the Imprisoned Writer został ustanowiony w 1981 roku i miał na celu nobilitację twórców, którzy sprzeciwiają się ograniczaniu podstawowego prawa człowieka — prawa do wolności wypowiedzi oraz do przekazywania informacji.

Każdego roku 15 listopada komitet PEN Clubu zwraca uwagę na kilku konkretnych prześladowanych lub więzionych pisarzy. Każdy z nich pochodzi z innej części świata i zmaga się z innymi trudnościami oraz okolicznościami represji. W tym (2021 – przyp. Z.M.) roku wybrani zostali Maykel Osorbo z Kuby, Selahattin Demirtaş z Turcji, Rahile Dawut z Chin, zespół dwunastu pisarzy z Erytrei i Mohammed Al-Roken ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Z okazji tego dnia inicjatorzy zachęcają społeczeństwa do podejmowania działań, np. wysyłania listów apelacyjnych. Dzień ten ma także upamiętnić wszystkich autorów zabitych od ubiegłorocznego Dnia Pisarza Uwięzionego.

Wśród najbardziej znanych z historii więźniów politycznych-pisarzy jest m.in. Niccolò Machiavelli. Autor Księcia był szanowanym dyplomatą, mieszkającym we Florencji, jednak gdy w 1512 roku rodzina Medyceuszy odzyskała władzę, został uznany za wroga stanu, oskarżony o konspirację, aresztowany i torturowany. Po uwolnieniu, skazany na wygnanie, stworzył swoje najsłynniejsze dzieło, którym inspirowali się m.in. amerykańscy prezydenci — Benjamin Franklin i Thomas Jefferson. W więzieniu 27 lat spędził za swoje poglądy także Nelson Mandela. Choć uważany jest przede wszystkim za działacza i polityka, przez całe życie, także w celi, tworzył liczne zapiski. Uzupełnione o listy, notatki i materiały z archiwum, dokumenty te zostały wydane w formie dwutomowej autobiografii — niestety nieopublikowanej jeszcze w języku polskim. Nelson Mandela niezależnie od okoliczności pozostawał wierny swoim przekonaniom i nieustannie walczył o prawa człowieka.

Problem braku czy ograniczenia wolności słowa nie jest jednak od nas tak odległy historycznie czy geograficznie. W czerwcu 2021 roku dziennikarz i blogger Roman Protasiewicz został aresztowany przez białoruskie służby bezpieczeństwa., O swoje życie musiała też drżeć nieco wcześniej białoruska pisarka, noblistka w dziedzinie literatury, autorka m.in. reportażu pt. Wojna nie ma w sobie nic z kobietySwietłana Aleksijewicz. Reportażystka była nękana telefonami, śledzona i nachodzona przez nieznane osoby w swoim domu.

PEN Club co roku publikuje tzw. PEN International Case List 2020 – dokument, który zawiera informacje o atakach, aresztowaniach, prześladowaniach pisarzy z całego świata, a także o najważniejszych wydarzeniach, które wpłynęły na wolność wypowiedzi w poszczególnych regionach. W 2020 roku na świecie zaatakowano 220 osób związanych ze słowem pisanym, a 22 pracowników mediów straciło życie na skutek wykonywania przez siebie zawodu. Pomimo pandemii, w 2020 roku było dwa więcej razy ataków niż w roku 2019.*

Cytowany wyżej materiał pozwoliłem sobie w paru miejscach uściślić, ponieważ pochodzi on z ubiegłego roku. Kiedy dowiem się, jakich twórców wybrał PEN Club dzisiaj, uzupełnię ten wpis.

*lubimyczytać.pl, 15.11.2021