Z wolnej stopy 3

Zbigniew Milewicz

Świetne miejsce

Jeżeli w Bawarii człowiek ma problemy, to najczęściej sięga po piwo. Kiedy nie pomaga, trzeba wypić dwa, mówią ludowi znachorzy, a jak te nie wystarczą… Głównym mankamentem wspomnianej metody jest kac nazajutrz i dalej nierozwiązany problem, dlatego od jakiegoś czasu próbuję również alternatywnych odgromników, takich jak trening autogenny Schultza. Jest to oparta na zasadach yogi i medytacji zen technika relaksacyjna, w której pacjent sam oddziaływa na swój układ nerwowy i wyciszony jest w stanie lepiej siebie ogarnąć. W tej technice najbardziej podoba mi się końcowa imaginacja podróży do miejsca, w którym człowiek czuje się w pełni szczęśliwy. Dla mnie prawie zawsze jest to polskie wybrzeże Bałtyku, na którym lato trwa ledwie chwilę, dlatego staram się nim nacieszyć na zapas teraz, w lipcu, żeby w listopadzie było się czym ogrzać u Schultza.

Nie przepadam za wczasowym luksusem. Pozłacane krany w łazience z wodotryskiem, łoże z baldachimem i homary na śniadanie oddam za przyzwoity, turystyczny standard i dzięki Basi, która w Jastrzębiej Górze prowadzi jeden z ośrodków Spa, znajduję to czego szukam. Hotel La Siesta mieści się zaraz przy miejscowym deptaku, do plaży mam pięć minut, karmią smacznie i za tydzień pobytu płacę ze wszystkim niecałe 1200 złotych, a więc niedrogo. Branża turystyczna na polskim wybrzeżu zareagowała na odwołanie – związanego z korona wirusem – zakazu przyjmowania gości niejednolicie. Jedni postanowili szybko odbić sobie straty z zimy i wiosny i wyśrubowali ceny do chorych rozmiarów, inni zrobili to umiarkowanie, lub pozostawili na dotychczasowym poziomie, wychodząc z założenia, że ich goście nie mogą płacić za pandemię. Środki bezpieczeństwa nadal jednak obowiązują, oczywiście na deptaku i plaży nikt maseczek nie nosi, a w pomieszczeniach zamkniętych jest różnie; personel kawiarni, sklepów i barów na ogół stosuje się do wymogów, a klientela dowolnie. Sam jestem tego przykładem, niestety częściej negatywnym, co zwalam na wczasowy luz. Tylko w miejscowym kościele panuje pełna dyscyplina, wszystkie boże owieczki zamaskowane.

Wśród wczasowiczów dominują młodzi ludzie, najwięcej rodzin z dziećmi, a więc 500+. Adekwatnie do tego rozrywka i gastronomia, typowa – nadmorska, dostosowana do wieku, poziomu i oczekiwań konsumentów. Tu się nic nie zmienia od lat, może i dobrze, bo do tych kolorowych, tandetnych plastików też mnie ciągnie we wspomnieniach, do znajomego gwaru deptaku, zapachu waty cukrowej i smażonej ryby, do flirtowania z dziewczynami starszymi i młodszymi, śmiesznych kalamburów, co rodzą się na poczekaniu w rozmowach z nieznajomymi… Ciągnie jak do szumu Bałtyku i piasku pod stopami na plaży, rozgrzanego słońcem, albo mokrego od fali, co zostawia na chwilę ich ślady; takiego mięciutkiego i złocistego próżno szukać nad Adriatykiem i Morzem Czarnym. Od ubiegłego roku plaża w Jastrzębiej Górze jest dużo szersza, przywieziono piasek pozostały po pogłębieniu Portu Północnego w Gdańsku i nie brakuje miejsc do opalania, wygląda czysto. Morze tutaj też jest klarowne i na tyle ciepłe, że da się w nim zanurzyć, choć jest to najbardziej wysunięta na północ miejscowość w Polsce.

Na wysokim klifie, gdzie biegnie promenada, koncertuje na akordeonie Leszek Sypniewski z Konina, bard o głosie przypominającym trochę Wysockiego. Śpiewa poezję Mickiewicza, Słowackiego, Wyspiańskiego, Tuwima i innych klasyków, do której sam układa muzykę, ku pokrzepieniu – jak powiada – ludzkich serc. Kiedyś pracował przy remontach kotłów energetycznych, teraz cieszy się, kiedy widzi, że słuchacze regenerują się duchowo pod wpływem jego sztuki. Przychodzą oklapnięci, smutni, a odchodzą z błyskiem w oku i uśmiechem na twarzy. Część swoich tekstów pisze sam, to są przeważnie lekkie historie z romantyczną nutką, takie, jak Letnia dziewczyna na przykład.

21 maja 2020 Letnia Dziewczyna Gorąca Jastrzębia Góra

Strawę duchową z tzw. wyższej półki (chociaż Mickiewicz na niższej się nie plasuje ), oferują w Jastrzębiej Górze ojcowie Jezuici, w ramach XV Międzynarodowego Letniego Festiwalu Muzycznego. Uczestniczę w pięknym koncercie wiolonczelistki Edyty Słomskiej i organowym szwajcarskiego wirtuoza, Vinzenta Thevenaza, w planie są kolejne. Koncerty odbywają się w kościele pw. św. Ignacego Loyoli, wstęp na nie jest bezpłatny, ale można ofiarować datki na remont tutejszych organów. Do kościoła prowadzi od głównej drogi do Władysławowa ulica Prof. Krzysztofa Pendereckiego. Ten wybitny kompozytor zmarł niedawno, 29 marca b.r. Związany był z nadmorskim kurortem od kilkudziesięciu lat, przyjeżdżał tu z potrzeby serca i dla walorów zdrowotnych kaszubskiej Pilece. Zatrzymywał się zawsze w domu Leśna Perła, przed którym jutro, 9 lipca, odsłonięta zostanie uroczyście tablica pamiątkowa, poświęcona zmarłemu. Profesor Penderecki patronuje festiwalowi i tym imponującym 40-tonowym organom na 77 głosów, których w przyszłości ma być ponad 100. Dołożyłem się więc do kwesty.

Kiedy na początku swojego pobytu w Jastrzębiej Górze wysłałem admince swoje zdjęcie znad morza, z dopiskiem, gdzie dokładnie jestem, odpowiedziała mi: Aaa, świetne miejsce. Ewunia pochodzi z pobliskich stron i wie, co pisze.

PS od Adminki: Tak, wiem, co piszę. Przyjeżdżaliśmy tu latami, bardzo chętnie zimą lub wczesną wiosną, często na Wielkanoc, kiedy właściwie nie było w ogóle turystów, bo nawet jeśli domy wczasowe bywały pełne, na plażę prawie nikt nie wychodził. Ale Autor mnie niezmiernie zaskoczył twierdzeniem, że jest to najbardziej na północy położona miejscowość w Polsce. Nie sprawdzam tej rewelacji, jestem pewna, że Autor wie, co pisze 🙂

Z wolnej stopy 2

Zbigniew Milewicz

Półrocze

Dokładnie pół roku 2020 za nami, można sporządzić bilans tego, co się udało do tej pory zrealizować i co nam nie wyszło, a z czym poradzili sobie n.p. nasi znajomi, przyjaciele, sąsiedzi albo wrogowie. Tylko że takie porównywanie budzi często gorycz porażki, której nikt przecież nie lubi, dlatego lepiej bilansować tylko we własnym imieniu. Mnie z planów noworocznych nie udało się jeszcze ograniczyć cukrowego łakomstwa, po staremu, jak widzę słodycze, to kwiczę, znowu nie pojechałem do Nowego Orleanu, dalej sam sobie prasuję koszule i sprzątam albo nie, ale żyję. Przynajmniej ten plan zrealizowałem w stu procentach, a może tylko w pięćdziesięciu, bo półrocze to nie cały rok, jednak cieszę się z tego, co mam.

Moja polska sąsiadka Marta martwi się, że idą złe czasy. Z youtube dowiedziała się, że pod koniec czerwca, albo na początku lipca ma wybuchnąć trzecia wojna światowa, że przyjdzie seria katastrof żywiołowych, które dotkną także Niemcy, bo pod wodą się znajdą. Tak przynajmniej wieszczy jasnowidz Jackowski i pewna Norweżka, a mąż Marty w to nie wierzy, mówi, że na takich przepowiedniach ludzie tylko robią kasę i dla niej je sporządzają. Im gorsza jest wizja przyszłości, tym więcej jest odsłon na youtube, w nich są różne reklamy i na nich taki wizjoner zarabia krocie. Jurek też uważa się za jasnowidza, bo przewidział n.p. upadek muru berlińskiego i nikt mu za to nie dał nawet złamanego centa, czy raczej wtedy jeszcze pfeniga. Nie dajmy się więc zwariować, mówi.

Nie wiem, któremu z nich wierzyć. Napiszę, że Marcie, to narażę się Jurkowi, poprę Jurka, wtedy podpadnę Marcie. Jeszcze bym chętnie pożył w niewojennym świecie i na suchym, bawarskim lądzie, więc na wszelki wypadek zaplanuję sobie szczęśliwe to półrocze i Państwu radzę zrobić podobnie. Co prawda, sceptycy twierdzą, że najłatwiej rozśmieszyć Pana Boga, opowiadając mu o swoich planach, ale myślę, że to tylko jakaś diabelska propaganda.

Z wolnej stopy 1

Zbigniew Milewicz

Powstanie bokserów

Jak i po co powstał koronawirus? Teorii na ten temat, w tym spiskowych, jest już tyle, że jedna więcej nie zaszkodzi. Kiedy więc niedawno usłyszałem w radiu, że właśnie mija 120 rocznica wybuchu Powstania Bokserów w Chinach, które miało przepędzić stamtąd europejskich kolonialistów, ale zostało stłumione, to wymyśliłem sobie, że covid-19 jest zemstą za tamtą niedokończoną robotę. Chińczyk jest cierpliwy i z zemstą potrafi czasem długo czekać. Produkując wirusa sam się zaraził, ale szybko się z tego wykaraskał, i teraz śmieje się całemu światu w oczy, patrząc jak ten wije się jeszcze w chorobie i biedzie. Już sama nazwa powstania zastanawia. Wyobraziłem sobie Michalczewskiego, Adamka i Gołotę, jak na czele tłumu atletów idą na Belweder i dają czadu w imię sprawiedliwości, tylko w Chinach to wyglądało serio i zupełnie inaczej.

Państwem Środka od połowy XVII wieku rządziła obca, mandżurska dynastia Qing. Jak to często z władzą bywa, początkowo była bardzo kreatywna i ekspansywna, na północy włączyła do imperium tereny za rzekami Amur i Ussuri, podbito Mongolię, a na zachodzie granice wyszły poza góry Tien-Szan i cesarstwo Tybetu. Podporządkowano również politycznie Koreę. Zasięg imperium był największy w jego historii, jednak w końcu XVIII wieku zapanowała stagnacja, a niezmieniane od stuleci struktury polityczne, społeczne i gospodarcze można było włożyć tylko do lamusa. W XIX wieku były więc Chiny państwem wielkim terytorialnie i liczebnie, ale w porównaniu z krajami zachodnimi słabym gospodarczo i militarnie, czego skutkiem były przegrane wojny, m.in. z Wielką Brytanią i Francją. Jednocześnie imperium przeżywało ogromne problemy wewnętrzne; zacofanie chińskiej gospodarki (ciągle opartej na pracy setek tysięcy małych, niezmechanizowanych warsztatów rzemieślniczych) i społeczna bieda szły w parze z ogromną korupcją aparatu urzędniczego, co skutkowało coraz śmielszymi buntami poddanych, domagających się poprawy swojej doli. Największy z nich, powstanie tajpingów (1851–1864), miało wyraźny antyfeudalny oraz egalitarny charakter i niemal obaliło władzę pięciu milionów Mandżurów nad 400 milionami Chińczyków. Bunt został wprawdzie stłumiony przy pomocy armii mocarstw europejskich, ale przyszło za nią drogo zapłacić.

Za interwencję narzucono Państwu Środka niekorzystne traktaty, głównie o charakterze handlowym, które dzieliły jego tereny przybrzeżne na strefy wpływu państw kolonialnych, zainteresowanych eksploatacją chińskich bogactw naturalnych i handlem. Do Europy płynęły statki z drogocenną herbatą, jedwabiem, porcelaną i ryżem, zaś do Chin głównie z używkami, takimi jak opium, które Brytyjczycy sprowadzali ze swoich indyjskich kolonii.

Na mocy tych traktatów cudzoziemcy, nazywani przez Chińczyków „zamorskimi diabłami”, uzyskiwali rozliczne przywileje, takie jak np. ograniczenie ceł. Na wybrzeżu chińskim zaczęły powstawać eksterytorialne osady dla Europejczyków, w wielu ośrodkach, np. w Szanghaju, budowano istne miasta w mieście, zamieszkane przez tysiące białych osadników, posiadających własne szkoły, policję, firmy i urzędy. Przybyszów obowiązywały także inne, sprzyjające im przepisy prawne. Na domiar złego wybuchł militarny konflikt z Japonią (1894–1895), krajem sprzymierzonym z Zachodem, który do tej pory traktowany był w Pekinie jako młodszy brat lub uczeń, i Chiny tę wojnę z wielkim wstydem przegrały. Utraciły wtedy między innymi Tajwan i wpływy w Korei oraz musiały zapłacić wysoką kontrybucję. Szok wywołany klęską spowodował pragnienie zmian. Niestety młody reformator, pro japoński cesarz Guanxu, autor tzw. reformy stu dni, został zastopowany przez konserwatywną arystokrację mandżurską i odsunięty od tronu. Faktyczna władza pozostała w ręku jego ciotki, cesarzowej-wdowy Cixi, rządzącej faktycznie Chinami niemal przez pół wieku (1861–1908).

Cixi nie rozwiązała żadnego problemu Chin, toteż dwa lata później, w 1900 roku wybuchło tzw. powstanie bokserów. Organizatorzy powstania pochodzili z chińskiej, tajnej organizacji o nazwie Yihequan, “Pięść w imię sprawiedliwości i pokoju” (brzmi jakoś znajomo, prawda?). Była to jedna z grup wywodzących się z antymandżurskiego Stowarzyszenia Białego Lotosu. Nazywano ich bokserami, ponieważ trenowali sztuki walki i przykładali wielką wagę do sprawności fizycznej, wierząc, że silne ciało pozwoli im zdzierżyć wystrzelone pociski. Praktykowali oni także rozmaite techniki szamańskie, przed walką wprowadzając się w mistyczny trans. Kiedy pod koniec XIX wieku Chiny nawiedził szereg klęsk żywiołowych, takich, jak dwuletnia susza, kiedy wystąpiła z brzegów Żółta Rzeka, prorocy różnych buddyjskich i taoistycznych sekt uznali, że winni temu są cudzoziemcy, którzy zakłócili istniejącą harmonię natury, budując koleje żelazne i otwierając kopalnie. Klęski te spowodowały wielki wzrost przestępczości i chłopi w obawie przed rabusiami napadającymi na wioski, powierzali swoją obronę tajnym stowarzyszeniom, takim właśnie, jak Yihequan. Byli więc także gotowi na ich rozkaz chwycić za broń i dołączyć do powstania. Pierwsze rozruchy miały miejsce w prowincji Shandong, gdzie znajdowały się niemieckie koncesje. Mieli poparcie gubernatora Yuxiana i znacznej części lokalnych arystokratów, pragnących tego samego, co powstańcy, a więc wypędzenia z Chin wszystkich cudzoziemców. Aby tego dokonać, antymandżurska opozycja musiałaby przejść najpierw na stronę pekińskiego dworu, co z czasem stało się realne, bo cel jak wiadomo uświęca środki i łączy starych wrogów przeciw nowemu, choćby tylko na chwilę.

W listopadzie 1899 roku, pod naciskiem zagranicznych posłów, Yuxian został odwołany ze stanowiska, a w Shandongu pojawiła się chińska armia z rozkazem stłumienia rebelii. Gubernator wraz z oddziałami Yihequanów zdołał się jednak wycofać do innej prowincji. Po drodze do buntowników dołączali okoliczni chłopi, rzemieślnicy i biedota, co pozwoliło ostatecznie sformować ponad 100-tysięczne, regularne oddziały. Pod koniec maja 1900 roku ich pierwsze oddziały pojawiły się w okolicach Pekinu. Zaniepokojeni tym przedstawiciele mocarstw kolonialnych zaczęli wzmacniać obronę ambasad w stolicy; pod koniec maja dotarły posiłki, w tym grupa żołnierzy japońskich. Również Rosjanie rozpoczęli marsz w kierunku Pekinu, zajmując po drodze wiele miast w Mandżurii, z której później nie dało się już ich usunąć. 3 czerwca powstańcy przerwali linię kolejową z Tianjinu, zatrzymując kolejne posiłki. Na wezwanie z Pekinu, stacjonujące u chińskich wybrzeży cudzoziemskie oddziały połączyły się i w sile 2100 żołnierzy, pod dowództwem admirała Edwarda Seymoura, ruszyły na stolicę. Sprzymierzyły się również siły przeciwnika, oddziały cesarskie i bokserów wyruszyły wspólnie na spotkanie Seymourowi i pokonały go w bitwie pod Langfang. 19 czerwca interwenci, porzucając większość ciężkiego wyposażenia, zawrócili do Tianjinu.

Od dwóch dni wyjęci spod prawa powstańcy, na mocy dekretu cesarzowej Cixi, mieli urzędowy status chińskiej milicji i nazywali się odtąd Stowarzyszenie w imię sprawiedliwości i pokoju, czyli ze starej nazwy tylko pięść poszła w zapomnienie. Pięść może kojarzyć się z gwałtem, a stowarzyszenie przywodzi na myśl harmonię oraz ład i bardziej przystoi milicji. Zwycięstwo nad oddziałami Seymoura wywołało falę entuzjazmu w całych Chinach, więc kiedy na dwór cesarski dotarła wiadomość, że wojska kolonialne opanowały strategicznie ważne forty Dagu, Cixi wydała armii rozkaz ataku na broniącą się przed bokserami dzielnicę poselską.

Tego samego dnia, 19 czerwca, rząd nakazał cudzoziemcom , aby opuścili Pekin w ciągu 24 godzin. Rankiem następnego dnia bokserzy zastrzelili niemieckiego posła Clemensa von Ketteler, który zmierzał do ministerstwa spraw zagranicznych z oficjalną skargą. Mimo przedłużenia ultimatum o następną dobę, jeszcze tego samego dnia oddziały chińskie rozpoczęły ostrzał dzielnicy ambasad. 21 czerwca dwór Qingów poczuł się na tyle silny, że wypowiedział oficjalnie wojnę wszystkim ośmiu pastwom , które kolonizowały Chiny: Niemcom, Japonii, Rosji, Wielkiej Brytanii, Stanom Zjednoczonym, Francji, Włochom i Austro-Węgrom. Do rządów poszczególnych prowincji przesłano dekrety nakazujące wymordowanie wszystkich cudzoziemców, a oddziałom bokserskim dano wolną rękę w łupieniu nabrzeżnych koncesji. Za dostarczenie żywego cudzoziemca cesarzowa wyznaczyła nagrody: 50 taeli za mężczyznę, 40 za kobietę i 30 za dziecko. W odpowiedzi na oblężenie swoich ambasad mocarstwa zawiązały koalicję i podjęły decyzję o zbrojnej interwencji, ale zanim ta ruszyła minęło kolejne osiem tygodni.

Przez dwa miesiące 43 obrońców dzielnicy poselskiej bohatersko i skutecznie odpierało ataki bokserów, chroniły ich grube mury, dobra taktyka walk i reglamentacja żywności (na koniec do zjedzenia mieli już tylko kucyki wyścigowe) oraz nieustająca wiara szturmujących w magię, która chroni od kul… Bronili blisko tysiąca cywili i żołnierzy korpusów cudzoziemskich oraz trzech tysięcy chińskich chrześcijan, którzy znaleźli tutaj schronienie. Głównie przeciw chrześcijanom szło bowiem to powstanie, przeciw misjonarzom i misjonarkom, masowo przyjeżdżającym do Niebiańskiego Cesarstwa łowić dusze oraz chińskim neofitom. Ci ostatni budzili w bokserach szczególną odrazę, gdyż nie praktykowali kultu przodków, nie posiadali konkubin, nie pracowali w niedzielę i nie mogli krępować swoim córkom stóp. Ponadto mieli status uprzywilejowanych, gdyż podlegali łagodniejszym przepisom prawnym, obowiązującym cudzoziemców, a więc jednocześnie stanowili obiekt zazdrości. Szacuje się, że w czasie powstania zamordowano około 240 misjonarzy i misjonarek, 30 tysięcy chińskich chrześcijan oraz 10 tysięcy cudzoziemców, którzy nie byli związani z kościołem.

Na odsiecz obrońcom pekińskich ambasad wyruszył korpus pod dowództwem Niemca, feldmarszałka Alfreda von Waldersee. Żegnając żołnierzy cesarz Wilhelm II Hohenzollern wygłosił swoją osławioną huńską mowę. Powiedział:

Tępić bez pardonu, nie brać jeńców, kto wpadł wam w ręce, niech ginie. Podobnie jak tysiąc lat temu Hunowie zdobyli sławę pod przywództwem swojego króla Attyli (…) tak niech zapisze się dzięki wam na tysiące lat w Chinach imię Niemców w taki sposób, żeby nigdy żaden Chińczyk nie odważył się chociażby krzywo spojrzeć na Niemca.

14 lipca 1900 roku wojska interwencyjne wylądowały w Tianjinie, odblokowując jednocześnie tamtejszą koncesję z miesięcznego oblężenia. Po spaleniu miasta dwudziestotysięczny korpus, składający się z żołnierzy japońskich, rosyjskich, amerykańskich, brytyjskich i francuskich, ruszył na Pekin. Chińczycy nie stawiali zorganizowanego oporu, wielu kluczowych dowódców qingowskich popełniło samobójstwo. Interwenci wkroczyli do Pekinu 14 sierpnia. Rozpoczęły się grabieże i gwałty, splądrowano m.in. Zakazane Miasto. Cesarzowa Cixi wraz z dworem zdołała uciec do Xi’anu. Zdobycie stolicy oznaczało faktyczny koniec powstania; opór był znikomy – w czasie marszu wojsk interwencyjnych całe wsie i dzielnice miast poddawały się bez walki, nie stawiając jakiegokolwiek oporu. Jednocześnie fanatyczni członkowie oddziałów Yihequan bronili się zaciekle do śmierci, wzbudzając zdumienie cudzoziemców. Powstanie zdołało objąć jedynie obszar północno-wschodnich Chin, ale karę za nie zapłaciło całe imperium.

Zgodnie z tzw. protokołem końcowym, panujący reżim zobowiązał się do wypłacenia interwentom w ciągu 39 lat gigantycznej kontrybucji, wartości 330 miliardów dolarów oraz do zamrożenia na dwa lata zakupów broni. Gospodarka chińska jeszcze bardziej uzależniła się od zachodnich mocarstw, stracono Mandżurię na rzecz Rosji, jedynym dobrym następstwem klęski było to, że rząd w Pekinie wziął się wreszcie za reformy. Dzięki nim m.in. zaczęto budować nowoczesną armię i system szkolnictwa oraz podjęto próby uzdrowienia aparatu urzędniczego, choć dni monarchii były już policzone. W 1911 roku przyszedł czas na republikę.

Francuski rysunek przedstawiający kolonialnych władców, dzielących tort w postaci Chin, 1898 rok (rys. Henri Meyer, domena publiczna)

Żołnierze bokserów (1900)

Starcie między bokserami i oddziałami angielsko-japońskimi.


Pisząc ten materiał, korzystałem z pracy Wojciecha Tomaszewskiego – Rewolucja Xinhai i upadek chińskiego cesarstwa oraz Wikipedii.

Z domowego aresztu (12)

Zbigniew Milewicz

W służbie Najjaśniejszej…

Wiódł życie o jakim marzą mężczyźni. Ciekawe i pełne przygód, pozbawione trosk materialnych, miał ogromne powodzenie u kobiet, z czego czerpał pełnymi garściami i z każdej opresji wychodził obronną ręką, tylko pod koniec się wszystko popsuło. 81 lat temu, 17 czerwca 1939 roku oficer polskiego wywiadu, Jerzy Sosnowski został skazany na karę 15 lat pozbawienia wolności i grzywnę w wysokości 200 tysięcy złotych, za zdradę i współpracę z Niemcami.

Urodził się 3 lub 4 grudnia 1896 roku we Lwowie, w rodzinie ze szlacheckimi korzeniami; to był mniej więcej rocznik mojego dziadka, a więc jako młody człowiek aktywnie uczestniczył w patriotycznych i parawojskowych organizacjach – w konnym oddziale Sokoła i ćwiczeniach Strzelca. W sierpniu 1914 roku wstąpił jako ochotnik do formowanego właśnie przez Piłsudskiego 1 pułku piechoty, chrzest bojowy miał szybko, w bitwie pod Karczówką, pod Kielcami. Przeszedł szlak Pierwszej Brygady od Kielc przez Chmielnik, Pińczów do Szczucina, walczył koło Opatowa, pod Wiślicą, w Czarkowie i Szczytnikach. Później pod Laskami koło Dęblina i w odwrocie Brygady do Krakowa. Kiedy dowództwo armii austriackiej sprzeciwiło się dalszemu werbunkowi żołnierzy do Legionu i zaczęło ich wcielać do swoich formacji, Sosnowskiego skierowano do szkoły oficerów kawalerii w Holicach.

Pół roku później awansowano go do stopnia podchorążego i powierzono mu dowództwo plutonu w austriackim pułku kawalerii. W kwietniu 1916 roku promowany na stopień podporucznika i od razu wyjazd na front rosyjski. Wraca w marcu 1917 roku z pięcioma medalami i odznaczeniami. Kończy szybki kurs dowódców broni maszynowej i już w stopniu porucznika udaje się do Wiener Neustadt na kurs lotniczy, gdzie po trzech miesiącach zdobywa kwalifikacje obserwatora i pilota. Dostaje przydział do 13 kompanii lotniczej i walczy w niej aż do końca wojny – na froncie rosyjskim, m.in. w Odessie oraz na froncie albańskim, najpierw jako oficer techniczny,  później jako pilot. Za skrzydlate zasługi otrzymuje Wojskowy Krzyż Karola (cesarza).

Z takim wojennym wianem byłby znakomitą partią dla niejednej Emmy czy Johanny nad pięknym, modrym Dunajem, z błogosławieństwem mamusi i majątkiem tatusia żyli by sobie beztrosko i szczęśliwie w otoczeniu gromadki dzieci, choć  niedługo by to trwało, bo następna wojna była już za rogiem…Sosnowski poszedł jednak za swoim brygadierem Piłsudskim, bronić ojczyzny przed bolszewikami. Zgłosił się do elitarnego 8 pułku ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego w Krakowie, gdzie dowodził szwadronem karabinów maszynowych i przez pewien czas pełnił w zastępstwie funkcję dowódcy pułku.

Za  akcję pod Maniewiczami otrzymał pochwałę Dowódcy Grupy, gen. Rydza-Śmigłego. Był czterokrotnym kawalererm Krzyża Walecznych. 23 stycznia 1920 roku na wniosek dowódcy pułku, ppłk. Henryka Brzezowskiego, odznaczono go orderem Virtuti Militari V klasy. W uzasadnieniu napisano m.in.: „Po ciężkich walkach z przeważającymi siłami (…) w krytycznym momencie rzuca się porucznik Sosnowski na czele swego szwadr. na zbliżające się szwadrony Budzionnego i brawurową szarżą wpędza je do bagna, gdzie przez ogień km zostały dziesiątkowane. 25/7 wysłany jako straż boczna pułku przez Dżekrwiny zdobywa tę miejscowość wyrzucając pułk bolszew. zadając mu duże straty (…) Przy zdobyciu Beresteczka 25/7 przez 8 p.uł. wpada jako pierwszy w konnym szyku do miasteczka”( pisownia oryginalna).  1 września 1920 r. zostaje rotmistrzem.

W styczniu 1920 roku rotmistrz Sosnowski był już na Litwie, najpierw w Lidzie, później w Wilnie, w dyspozycji II Odziału 2 Armii, co było kryptonimem polskiego wywiadu. Po wojnie polsko-rosyjskiej skierowano go do 13 pułku ułanów w Nowej Wilejce, był szefem sztabu dywizji kawalerii, a później  brygady kawalerii Wojsk Litwy Środkowej w Wilnie. W trakcie służby wykonał szereg tajnych zadań rozpoznawczych. We wrześniu 1921 roku dostaje się do Sztabu Generalnego w Warszawie, na stanowisko referenta kawalerii i instruktora jazdy konnej, i tutaj mogłaby się zacząć fikcyjna historia Rittera von Nalecza, bogatego, polskiego barona, bez pamięci zakochanego w hippice, który pewnego dnia przyjechał do Berlina i zatrzymał się tu na dłużej. Wojsko Polskie mogłoby się jednak wydać Niemcom podejrzane, więc niby baron się nim nie afiszuje, natomiast nie kryje swojej obecności na zgrupowaniu ekipy olimpijskiej w Grudziądzu, a następnie na międzynarodowych wyścigach konnych w Paryżu, dokąd przed Berlinem wyjeżdża na krótko. Jest bogaty i nikt nie zabroni mu podróżować.

Prawdziwy rotmistrz Sosnowski w styczniu 1921 roku zmienia stan cywilny, jego żoną zostaje starsza o 18 lat Aleksandra Gabriela Knaapowa, o której względy konkurował z samym pułkownikiem Rómmlem. Małżeństwo to zostaje rozwiązane krótko po rozpoczęciu przez Sosnowskiego misji szpiegowskiej w Berlinie. Do czego polskim władzom potrzebny był szpieg w Berlinie? Od początku lat 20 ubiegłego stulecia napływały do Polski wysoce niepokojące informacje o licznych przypadkach, kiedy to Republika Weimarska nie respektowała postanowień Traktatu Wersalskiego odnośnie zakazu zbrojeń. Już w 1919 roku utworzono w Niemczech nielegalnie Reichswehr, Sztab Generalny, który powstał pod niewinną nazwą Truppenamt, Biuro Wojsk. Twórca i szef sztabu, stary generał Hans von Seeckt był gorącym orędownikiem zbliżenia z sowiecką Rosją i równie wielkim przeciwnikiem istnienia odrodzonego państwa polskiego. 11 września 1922 roku w liście do ministra spraw zagranicznych Republiki, był nim Ulrich von Brockdorff-Rantzau, napisał: „Istnienie Polski jest nie do zniesienia, jako sprzeczne z warunkami życia Niemiec. Polska musi zniknąć i zniknie”. Sytuację pogorszyło zbliżenie pomiędzy Związkiem Radzieckim i niemiecką Republiką Weimarską na mocy układu z Rapallo, zawartego 16 kwietnia 1922 roku. Stał się on m.in. podstawą nawiązania bezpośredniej współpracy zbrojeniowej pomiędzy obydwoma państwami. Zatem polski wywiad wojskowy starał się o aktualne informacje i przy pełnej aprobacie “góry” rozbudowywał siatkę szpiegowską w Niemczech.

31 grudnia 1924 roku rotmistrz Sosnowski zostaje przeniesiony w normalny, żołnierski stan spoczynku i z nowym rokiem jest żołnierzem wywiadu WP – Oddziału II SG WP, Referatu „Zachód”. 25 lutego 1925 roku, po krótkim przeszkoleniu, jedzie wraz z żoną i swoimi końmi najpierw dla niepoznaki do Paryża, a stamtąd w kwietniu do Berlina, gdzie rozpoczyna organizowanie placówki wywiadu głębokiego „In-3”*. Pretekstem przyjazdu do stolicy Niemiec były kolejne, międzynarodowe zawody jeździeckie. Sosnowski pełnił służbę wywiadowczą z pozycji nielegalnej, bez immunitetu dyplomatycznego, pod przykrywką polskiego arystokraty, niechętnego Józefowi Piłsudskiemu, zwolennika nawiązywania przyjaznych stosunków z Niemcami oraz członka ponadnarodowej organizacji do walki z bolszewizmem. Przedstawiał się tam jako wielbiciel niemieckiej kultury i zagorzały przeciwnik barbarzyńskiej (unkultur) sowieckiej Rosji. Znany na skalę europejską doskonały jeździec konny, będący jednocześnie wielbicielem kobiet i wystawnego nocnego życia, które (ze szczodrze przydzielanych mu pieniędzy operacyjnych Oddziału II) finansował swym towarzyszom, a zwłaszcza towarzyszkom, w zubożałym po wielkiej wojnie Berlinie. Taka postawa młodego i przystojnego rotmistrza wraz z jego wyjątkową inteligencją, urokiem osobistym i poczuciem humoru zjednywała mu śmietankę towarzyską stolicy Republiki Weimarskiej.

Szybko zdobył popularność w berlińskich kręgach towarzyskich. Pierwszym, istotnym z punktu widzenia wywiadu, był kontakt z jego dawnym znajomym – Richardem von Falkenhayn, z którym kiedyś skutecznie rywalizował na torach wyścigów konnych. Już na terenie kompleksu hippicznego w Hoppegarten zdobył pierwsze informacje o udziale niemieckich oficerów i generalicji w sowieckich ćwiczeniach wojskowych oraz o spodziewanej rewizycie w Niemczech “oficjeli” na fałszywych, bułgarskich paszportach, w tym Marszałka ZSRR M. Tuchaczewskiego, głównego przegranego wojny polsko-bolszewickiej. Nie czas jednak i miejsce na opis działalności agenturalnej rotmistrza Sosnowskiego w Niemczech, bo to temat na grubą książkę. Napisał ją już inny były agent wywiadu, PRL-owskiego, gen. Marian Zacharski, który działał w Stanach Zednoczonych. Książka nosi tytuł „Rotmistrz“ i jest często cytowana przez Wikipedię, z której ja z kolei korzystam.

Mnie jednak interesuje przede wszystkim polski proces sądowy Jerzego Sosnowskiego, a nie napiszę o nim, póki bodaj krótko nie opowiem o jego wsypie w Niemczech, bo to fakty ze sobą powiązane.

Niemiecki kontrwywiad deptał baronowi von Nalecz (ojciec naszego bohatera był herbu Nałęcz) po piętach już od samego początku jego pobytu w Berlinie, jednak chroniły go przyjaźnie z establishmentem, a później jeszcze Günther Rudloff, wysoki oficer Abwehry. Rozpracowywał barona, ale jako namiętny hazardzista miał spore długi, więc pozwalał sobie pomagać finansowo, a później przystał na współpracę z polskim wywiadem, jako podwójny agent. Ponieważ były różne donosy na Sosnowskiego, które groziły dekonspiracją, Rudloff zarejestrował go jako współpracownika Abwehry, oficerem prowadzącym czyniąc… samego siebie, póki co więc wszystko było pod kontrolą. Zmieniło się to mocno na niekorzyść, kiedy naziści doszli w Niemczech do władzy. Jesienią 1933 roku Gestapo wpadło na trop polskiej siatki wywiadowczej. Mimo że Sosnowski otrzymywał informacje o grożącym niebezpieczeństwie, kontynuował działalność z zamiarem przeorganizowania działalności szpiegowskiej tak, by mogła funkcjonować bez jego udziału.

O wydanie Sosnowskiego był podejrzewany porucznik Józef Gryf-Czajkowski, podwójny agent, współpracownik niemieckiego wywiadu, a wcześniej poprzednik Sosnowskiego na stanowisku w Berlinie. Do rozpracowania Ritter von Nalecza została użyta także aktorka Lea Kruse, jego kolejna kochanka, którą poznał jesienią 1933 roku. Mimo kolejnych ostrzeżeń o jej działalności, otrzymał on z centrali zadanie zwerbowania jej do pracy dla polskiego wywiadu. Posiadał również informacje o nielojalności służącego, Hermanna Spiegla, które zbagatelizował. Wiedząc, że znajduje się pod stałą obserwacją, zdołał 25 lutego 1934 ostrzec trzech polskich agentów, którzy zbiegli z Niemiec. Sam planował ucieczkę dwa dni później, podczas balu, jaki wyprawił dla śmietanki towarzyskiej Berlina po wieczorze w operze.

27 lutego 1934 roku na zaproszenie majora Sosnowskiego zjawiła się cała socjeta Berlina: elita towarzyska i artystyczna, politycy i dyplomaci, biznesmeni i przedstawiciele prominentnych rodów, a także… Abwehra. Pierwsza część uroczystości odbyła się w Sali Bacha opery berlińskiej, wybranych 80 gości zaproszonych było do berlińskiego mieszkania barona przy Lützowufer 36. Gestapo aresztowało Sosnowskiego w trakcie odbywającego się tam hucznego przyjęcia wraz ze wszystkimi gośćmi. Aresztowani zostali przewiezieni dwiema przygotowanymi wcześniej ciężarówkami do głównej siedziby Gestapo przy Prinz-Albrecht-Straße 8. Korowód szykownych dam z najwyższych sfer w kapiących złotem kreacjach i najważniejszych berlińczyków we frakach i smokingach został przeszukany, przesłuchany i powędrował do cel. W ciągu najbliższych kilku dni do aresztu trafiło kilkadziesiąt osób, w tym Benita von Falkenhayn, Renate von Natzmer i Irene von Jena, które miały dostęp do niemieckich tajnych dokumentów i były głównymi informatorkami wywiadowcy. Aresztowania uniknął tylko Günther Rudloff, który twierdził, że znajomość z Sosnowskim miała mu pomóc w uzyskiwaniu informacji operacyjnych. Proces Sosnowskiego i  jego agentek rozpoczął się rok później, wyrok zapadł 16 lutego 1935 roku. Benitę von Falkenhayn i Renate von Natzmer skazano za zdradę na karę śmierci. Hitler nie skorzystał z prawa łaski i wyroki na młodych arystokratkach wykonano. Jerzy Sosnowski i Irene von Jena otrzymali wyroki dożywotniego pozbawienia wolności i horrendalne grzywny.

Wyroki śmierci wykonano dwa dni po ogłoszeniu wyroku w więzieniu Plötzensee. Obie  kobiety zostały w obecności Sosnowskiego ścięte toporem przez kata Karla Gröplera. Wykonanie kary śmierci na młodych niemieckich arystokratkach przy użyciu średniowiecznego narzędzia, nie stosowanego od setek lat w Europie, zszokowało światową opinię publiczną. Było ono równie patologiczne, jak cały faszystowski system.

Skutkiem sprawy Sosnowskiego służby bezpieczeństwa Rzeszy sporządziły dwa dekrety o zwalczaniu szpiegostwa, które weszły w życie 1 stycznia 1935 roku. Pierwszy zobowiązywał wszystkich członków NSDAP do zwracania uwagi na treść rozmów toczonych w miejscach publicznych, drugi dekret nałożył na dozorców kamienic obowiązek donoszenia o podejrzanych zachowaniach lokatorów i przesyłkach do nich adresowanych.

Nazajutrz po wsypie siatki w centrali w Warszawie wybuchła panika. Minister spraw zagranicznych, Józef Beck, wraz z płk. Mayerem, powiadomiwszy Naczelnika, postanowili aresztować całą znaną niemiecką agenturę na terenie Polski i natychmiast wystąpić do Niemców z propozycją wymiany więźniów. Intensywne próby uratowania majora – ów awans otrzymał Sosnowski 1 listopada 1929 roku – były ponawiane, m.in. w czasie wizyty w Warszawie ministra propagandy Rzeszy, Goebbelsa, oraz późniejszej – Göringa. Kiedy 12 maja 1935 roku zmarł Józef Piłsudski, przychylny Sosnowskiemu do końca, nastąpiły liczne zmiany kadrowe w polskim wojsku, w tym także w służbach wywiadowczych. Do władzy doszli zawzięci przeciwnicy Sosnowskiego – płk. Stefan Mayer, kpt. Stefan Maresch i kpt. Adam Świtkowski, którzy od dawna gromadzili w zaciszu swych gabinetów materiały mające go skompromitować. M.in. pomówienia niemieckich służb specjalnych, że as polskiego wywiadu przez szereg lat był ich płatnym współpracownikiem. W niepamięć poszły doskonałe opinie byłych przełożonych majora i uznanie Naczelnika Państwa dla jego dokonań, za które w 1929 roku otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi. Kiedy więc w kwietniu 1936 roku udało się wreszcie sprowadzić go do Polski , w ramach wymiany szpiegów, zaraz po przekroczeniu granicy został przewieziony do centrali wywiadu w  Sztabie Głównym i tam osadzony w areszcie domowym.

Przesiedział w nim w całkowitej izolacji od otoczenia 17 miesięcy, bez możliwości skontaktowania się z rodziną, prawnikami, szefostwem II Oddziału i… bez  jakichkolwiek zarzutów. 17 miesięcy trwało śledztwo, w którym prowadzący oficerowie starali się udowodnić mu nierzetelność finansową, zawodową łatwowierność i przede wszystkim zdradę. Po roku  zdesperowany podciął sobie żyły, ale go odratowano, więc rozpoczął głodówkę. Gdy stan zdrowia majora się pogorszył, wezwano lekarza i podjęto próby przymusowego odżywiania, na szpital śledczy nie wyrażono zgodzili. Wreszcie, wobec zagrożenia życia zatrzymanego, zostało wystosowane zawiadomienie do Wojskowej Prokuratury Okręgowej, na podstawie którego orzeczono dwumiesięczny, tymczasowy areszt wobec majora Sosnowskiego. Przewieziony został do wojskowego aresztu śledczego przy ul. Gęsiej w Warszawie i dopiero wtedy przerwał głodówkę. Prowadzący jego sprawę prokurator ppłk. Porębski  w piśmie do sądu stwierdził, że na razie nie ma żadnych  materiałów dowodowych, obciążających zatrzymanego, ale wdrożył postępowanie. Na wokandę Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie sprawa weszła dopiero pod koniec marca 1938 roku; w celu uniknięcia rozgłosu rozprawy odbywały się w miejscu odosobnienia majora, przy ul. Gęsiej. W ciągu 15 miesięcy trwania procesu sędziemu – był nim płk. Górecki – nie udało się również zebrać żadnych dowodów winy przeciwko delikwentowi, poza  wziętą z księżyca korespondencją, dotyczącą budowy willi ze zdefraudowanego, wojskowego mienia. Dodajmy – w sytuacji, kiedy ten nadal znajdował się w ścisłym areszcie, bez kontaktu z otoczeniem i najbliższymi. Tak sztucznie sfabrykowanych dowodów prokurator nie zdecydował się zastosować.

W procesie, podobnie jak w postępowaniu przygotowawczym, oskarżony zaprzeczył wszystkim stawianym mu zarzutom. Skazujący go wyrok urągał prawu i tzw. sędziowskiej niezawisłości. Był nieprawomocny, ale do rozpatrzenia sprawy w kolejnej instancji już nie doszło, ponieważ wybuchła wojna. Jakie były dalsze losy majora Jerzego Sosnowskiego, tego nie wiemy. Najprawdopodobniej był ewakuowany z więzienia na Wschód, później jedne źródła podają, że został zastrzelony przez konwojentów w okolicach Jaremcza, albo Brześcia nad Bugiem, a inne, że tylko został ranny i dostał się w ręce NKWD. Data zgadzałaby się, to miało się wydarzyć około 17 września 1939 roku. Jeżeli zastrzelił go konwój, to działał na mocy ustnego polecenia służb więziennych, aby w razie wybuchu wojny po cichu „likwidować” więźniów, których uwolnienie  mogło być niebezpieczne dla państwa polskiego. Natomiast w drugiej wersji miał wylądować na Łubiance, gdzie przekonano go do współpracy z rosyjskim wywiadem, albo nie przekonano, jak twierdzą jeszcze inni, więc później przewieziony został do więzienia w Saratowie, gdzie podjął kolejną głodówkę i zmarł z wycieńczenia. Data śmierci majora nie jest więc dokładnie znana, zmarł między 1939 a 1945 rokiem – podaje Wikipedia.

*Do 1934 roku placówka „In-3” uważana była za główne źródło informacji Polski o Reichswehrze. Przez cały okres swojej działalności pochłonęła 2 miliony złotych. Major Sosnowski przekazał do centrali w Warszawie charakterystyki dwustu kandydatów do potencjalnego werbunku, ze szczególnym uwzględnieniem ich stanowisk i rozpoznanych słabości.

 

 

 

rtm. Jerzy Sosnowski, 13 Pułk Ułanów Wileńskich

 


PS: Każdy areszt, nawet ten domowy kiedyś się na szczęście kończy. Granice otwarte, można znowu podróżować, więc od następnego tygodnia będę pisał “z wolnej stopy”.

Z domowego aresztu (11)

Zbigniew Milewicz

Kocynder, czyli dowcipniś

Kolejne urodziny, tym razem równa setka, a więc nie można ich pominąć. Tym bardziej, że jubilat wcale nie jest dostojny, wysuszony, ani napuszony, tylko rozdokazywany jak nastolatek, każdemu by dowalił śmiechem, podłożył nogę, albo szpilę wsadził… Może trochę pożółkł z upływem czasu, ale to mu darujmy, tak się już dzieje z papierem. Nazywa się Kocynder i ma dopisek: Czasopismo wesołe, górnośląskie. Wychodzi kiedy chce i kiedy może. Niestety od blisko 70 lat już nie wychodzi, ale zrobiło w swoim czasie tyle dobrego dla jego czytelników i Śląska, że trzeba o nim trochę opowiedzieć.

Marek Szołtysek – śląski pisarz, dziennikarz i historyk, zrobił to z właściwą mu swadą ( 28.06.2017) na łamach Dziennika Zachodniego:

Wykształcony mieszkaniec współczesnego Śląska wie, że Zagłoba jest dowcipnym bohaterem powieści Sienkiewicza, a Stańczyk to błazen. Większość wie też, gdzie Telimenie z „Pana Tadeusza” wlazły mrówki. Ale ten sam mieszkaniec Górnego Śląska nie ma pojęcia, kim są: Francek Fyrtok, Róźla Pyscycka czy Walek Brózda (…), bohaterowie Kocyndra, jednej z najważniejszych gazet w dziejach Śląska.

Ów Kocynder – co znaczy dowcipniś – to była śląsko-polska gazeta, a jej najlepszym okresem były lata 1920-1922 – czas powstań śląskich, plebiscytu i włączenia części Górnego Śląska do Polski. Ludzie czekali na kolejne wydania i masowo utożsamiali się z bohaterami. Były to postacie fikcyjne.

Z jednej strony były to pseudonimy, za którymi ukrywali się autorzy niepokorni wobec niemieckiej władzy na Śląsku. Z drugiej strony stworzono pozytywnych bohaterów, którzy weszli wówczas do świadomości śląskiej społeczności.

Tymi kocyndrowymi wicmanami byli przede wszystkim:

* HANYS KOCYNDER – to jakby główna postać. Jego imię i nazwisko można dosłownie przetłumaczyć ze śląskiego na polski, jako Jaś Dowcipniś. W większości Kocyndrów Hanys Kocynder narysowany był na pierwszej stronie, w tytułowej winiecie.

* RÓŹLA PYSCYCKA – co znaczy Róża Pyskata. Przedstawiana jest jako klachula, czyli plotkara, chodząca w śląskim stroju. Mo chopa, dziecka, we chlywiku wieprzka, a komyntuje, co sie na beztydziyń na Śląsku wyrobio. Oto fragment z zachowaniem oryginalnej pisowni: „Jak tam we tyj Genui [na konferencji międzynarodowej w 1922] mogom ci Francuzi i nasi siedzieć ze Niymcami przi jednym stole i z niymi godać, jak łoni tu mordujom Francuzow i Polokow? Jo bych im do pusku napluła i nazdałabych im /…/”.

* MUZYKANT GUSTLIK – grywa na harmonii i układa wesoło-polityczne pieśniczki, przykładowo: „Grywom na harmonii, śpiewom mej dziewczynce, zaś zeszłego roku grołech na maszynce [karabin maszynowy]. Hej, pod Świętą Anną bitwa się toczyła, a maszynka moja orgeszów [niemieckich bojówkarzy] kosiła”.

* WALEK BRÓZDA – to śląski gospodarz, co do Kocyndra pisuje listy, w których sam się przedstawia: „Mom 20 jutrzyn (1 jutrzyna = pół hektara], dwie krowy, konia, moja staro Brózdzino, maciora z prosiętami, pora kur, gęsi i ośmioro dzieci”.

* FRANCEK FYRTOK – buks i elwer, czyli cwaniak i bezrobotny, który spogląda na śląskie sprawy z punktu widzenia biednych, ale wesołych ludzi.

DEJCIE POZÓR! Powiedzmy jeszcze, że jeżeli ktoś czuje braki w kocyndrowym wykształceniu, to łatwo temu zaradzić, bo przez internet w Śląskiej Bibliotece Cyfrowej można za darmo zapoznać się z treścią kilkudziesięciu Kocyndrów (TU). Zachęcam!

Tyle Marek Szołtysek. Dodam, że współzałożycielami pisma byli Stanisław Ligoń – literat, malarz, ilustrator, reżyser, aktor, polityk i działacz kulturalny, piszący pod pseudonimem Karlik z „Kocyndra” lub St.L., który pełnił jednocześnie funkcję głównego grafika, publikującego w nim swoje antypruskie karykatury; Jan Przybyła, Wiktor Polak, Józef Bednorz i Edward Rybarz. Swoje grafiki zamieszczali ponadto Kazimierz Grus, Jan Szwajcer pseud. „Jotes”, Antoni Romanowicz, Gwidon Miklaszewski, Franciszek Miądowicz oraz Wacław Lipiński. Współpracowali literacko Teodor Tyc pod pseudonimem „K.” oraz Julian Tuwim.

Pierwszy numer ukazał się w Mikołowie i drukowany był w wydawnictwie Karola Miarki, później doszły drukarnie w Bytomiu i Katowicach. Ze względu na niespokojną sytuację polityczną redakcja bardzo często zmieniała lokalizacje. Zmienny był także nakład pisma; w roku 1921 wyniósł on 20 000 egzemplarzy. Swoim zasięgiem gazeta obejmowała cały Górny Śląsk. Pismo wychodziło raz w miesiącu jednak czasami redakcja publikowała również numery specjalne, które powiększały liczbę wydanych egzemplarzy.

W okresie plebiscytu na Górnym Śląsku Kocynder prowadził pro-polską agitację drukując nawet karty do głosowania ze wskazaniem, gdzie należy postawić krzyżyk. Jego stałym elementem było wyszydzanie pruskiego imperializmu i drylu, czyli walka z germanizacją Śląska. Wybuch II wojny światowej przerwał wydawanie miesięcznika, a redakcja się rozproszyła. Jan Przybyła w 1942 roku zginął w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, a Wiktor Polak w Mauthausen-Gusen. Po zakończeniu wojny pismo zostało wznowione i ukazywało się w Katowicach aż do roku 1958. Dla satyryków nie brakowało nowych tematów, zatem dalej było chętnie czytane, ale przecież nic nie trwa wiecznie.

Na zdjęciu: strona tytułowa Kocyndra z 1921 roku.

Z domowego aresztu (10)

Zbigniew Milewicz

Sacrum i profanum

Red. Tadeusz Dyniewski, na którego się powoływałem przy Sprawie Cywińskiego, był autorem Pitavalu Śląskiego – Zbrodnia Zdrada Kara, wydanego w 1986 roku, w nakładzie 60 tysięcy egzemplarzy, a opisującego głośne niegdyś procesy sądowe z terenu dawnego województwa katowickiego. Dziś są już one pokryte kurzem zapomnienia, a nawet jeżeli żyją jeszcze w czyjejś pamięci, to drugiego wydania książki już nie było i myślę, że warto do niej powrócić. Na pierwszy ogień wziął autor Zbrodnię Damazego Macocha, która przed ponad stu laty budziła w Polakach przeogromne emocje, pisano o niej liczne artykuły, reportaże i felietony, trafiła na scenę i do literatury, a wszystko przez miejsce, gdzie ją popełniono oraz tło polityczne i obyczajowe.

26 lipca 1910 roku w przydrożnym rowie niedaleko wsi Zawady, koło Częstochowy, znaleziono sofę zawierającą zwłoki nieznanego człowieka. Denat miał zmasakrowaną twarz, więc ustalenie jego tożsamości było niełatwe. Carskiej policji jakby poza tym nie zależało na wykryciu sprawcy zbrodni i zanosiło się na umorzenie sprawy. Znalazł się jednak pewien dociekliwy policjant, mianowicie komisarz Denisow, który ustalił ponad wszelką wątpliwość, iż ofiarą jest Wacław Macoch z Warszawy, zaś zabójcą jego stryjeczny brat, zakonnik – paulin Damazy Macoch. Komisarzowi nie udało się aresztować sprawcy, ten kiedy wyczuł, że traci grunt pod nogami, zbiegł w niewiadomym kierunku. Denisowowi zaś zawodowa gorliwość nie wyszła na dobre, nie dano mu doprowadzić sprawy do końca i aresztowano pod zarzutem popełnienia politycznego przestępstwa.

„Zbrodnia nabrała wielkiego rozgłosu. – pisze T. Dyniewski – Ze zrozumiałych względów – zważywszy status społeczny zabójcy – wieść o niej docierała do społeczeństwa polskiego przez wszystkie granice zaborów. Wśród różnych plotek i pogłosek funkcjonowała i ta, że Macoch był agentem ochrany, związany z Rybakiem, prowokatorem zabitym przez polskich rewolucjonistów w Krakowie na początku 1910 roku. I wersja o agenturalnej pracy Macocha wydaje się bardziej niż prawdopodobna. Zda się za nią przemawiać również wspomniane wyłączenie Denisowa, jak i odebranie sprawy pierwszemu prokuratorowi. Powierzenie prowadzenia śledztwa dwom prokuratorom też wiele mówi: po prostu jeden drugiego pilnował. Znani ze współpracy z ochraną, sformułowali wobec Macocha i współoskarżonych wyłącznie zarzuty natury kryminalnej.”

Sprawca zbrodni został ujęty jesienią 1910 roku na dworcu kolejowym Krakowie. Śledztwo w tej procesowo łatwej sprawie trwało aż półtora roku. 1 marca 1912 roku na salę rozpraw Sądu Okręgowego w Piotrkowie wkroczyło siedmiu oskarżonych, pod strażą kordonu policyjnego z karabinami „na sztyk.” Poza Damazym Macochem stanęli przed sądem dwaj inni księża zakonni , Izydor Starczewski, który pomógł zabójcy zatrzeć ślady zbrodni, i Bazyli Olesiński, oskarżony wspólnie z nimi o regularne okradanie jasnogórskiego skarbca. Ściślej – powinienem był napisać “byli księża”, po wykryciu tych przestępstw zostali bowiem wykluczeni ze społeczności Ojców Paulinów. Czwartą oskarżoną była Helena Krzyżanowska-Macochowa, w swoim czasie urzędniczka łódzkiego telegrafu, a prywatnie kochanka zabójcy i żona ofiary, której zarzucano m.in. korzystanie z pieniędzy uzyskanych drogą przestępstwa i pomoc w ukryciu zbrodni. Pozostali oskarżeni to Wincenty Pianka, dorożkarz, który wywiózł z klasztoru ukryte w sofie zwłoki, Józef Pertkiewicz, podejrzany o dorobienie kluczy do skarbca i Lucjan Cyganowski. Zarzut – wyprodukowanie fałszywych dokumentów na użytek Damazego Macocha i Krzyżanowskiej.

Para poznała się w konfesjonale. Penitentka była młodą kobietą z tzw. przeszłością, z obydwu stron – jak to się dzisiaj mówi – zaiskrzyło, ale trzeba było zadbać o zasłonę dymną. Do kadzielnicy wsypał cwany mnich następującą miksturę : „Przy pomocy wytwórcy pieczęci Lucjana Cyganowskiego z Częstochowy, sfabrykował świadectwo ślubu niejakiego Kacpra Macocha z Heleną Krzyżanowską. Kacper to było imię świeckie Damazego i dziwić się tylko wypada, że przed sądem odpowiadał pod imieniem zakonnym. Równocześnie na to samo imię wystawił sobie świadectwo zgonu. Tym sposobem Helena Krzyżanowska mogła się legitymować wobec swojej, zresztą przyzwoitej rodziny majątkiem kilku tysięcy rubli, otrzymanym dzięki małżeństwu zawartemu z człowiekiem na łożu śmierci. Jako rzekomy brat zmarłego, dłuższy czas uchodził za opiekuna Heleny, a gdy sytuacja zaczęła stawać się dwuznaczna, wydał podopieczną za mąż za swojego stryjecznego brata Wacława, małego urzędniczynę, chętnie zgadzającego się na rolę familijnego parawanu. Huczne wesele, luksusowe mieszkanie, służąca, podróż poślubna do Zakopanego. Damazy wszystko finansował. I trwało to małżeńskie szczęście zaledwie sześć tygodni. Wacław rychło się znarowił i zaczął żądać coraz więcej pieniędzy. Damazy gotówki odmawiał, więc doszło do szantażu. Bo nie zazdrość, lecz konieczność definitywnego usunięcia szantażysty była motywem zbrodni“.

Oskarżony bronił się przed sądem, utrzymując, że zabił Wacława w afekcie, w czasie kłótni o Helenę, a nie, kiedy ten spał w jego celi. Narzędziem zbrodni była siekiera, która… przypadkiem znajdowała się w pobliżu. Według wersji Macochowej, jej mąż przyjechał z Warszawy do Częstochowy, wezwany przez Damazego obietnicą tysiąca rubli pożyczki. Skończyło się morderstwem. Po utopieniu zwłok sprawca pojechał do Warszawy i opowiedział wszystko Helenie. Brakuje relacji, jak przyjęła śmierć męża, ale zgodziła się rozpuścić pogłoskę, że Wacław ją opuścił i wyjechał do Ameryki. Informowany na bieżąco przez Starczewskiego o rozwoju śledztwa, kiedy zaczęło być gorąco, Macoch wyjechał wraz z kochanką z Warszawy, zawiózł Helenę do jej siostry, a sam ukrył się na terenie zaboru austriackiego. Finał tego posunięcia już znamy.

Z zeznań świadków złożonych przed sądem wynikało, że Wacław szantażował kuzyna ujawnieniem informacji na temat jego osoby, których nikt się nie spodziewa. Jakich konkretnie? Tego się już nie dowiemy, ale wszystko wskazuje na to, że chodziło o domniemane powiązania Damazego Macocha z ochraną, rosyjską policją polityczną. Jest to tajemnica czternastu stron usuniętych z pierwotnego aktu oskarżenia; prokuratora, który nie wahał się to udokumentować, odsunięto, jak już wcześniej wspomniałem, od sprawy, podobnie jak komisarza Denisowa. Oczywiście czas najwyższy odpowiedzieć na pytania, kim był Damazy, czy raczej Kacper Macoch i jak się znalazł na Jasnej Górze, w miejscu dla Polaków świętym. Zanim na to odpowiem, muszę cofnąć się jeszcze bardziej w czasie. W pracy Jana Pietrzykowskiego, p.t. „Jasna Góra po kasacie klasztorów 1864-1914”, opublikowanej w 1982 roku na stronach Studia Claramontana, czytamy: W trzydzieści lat po zniesieniu zakonów na Litwie i Rusi car Aleksander II, idąc za przykładem Katarzyny II, wydał ukaz o kasacie klasztorów rzymsko-katolickich w Królestwie Polskim (Kongresowym). Decyzję tę uzasadniono przede wszystkim popieraniem przez zakonników powstania styczniowego i bezpośrednim w nim udziałem. Powstańców nazywano zbrodniarzami, zakonników zaś, udzielających im pomocy, świętokradcami.

Ukaz carski z 19 grudnia 1864 roku, cytowany przez historyka, głosił: Zakonnicy, nie bacząc na przykazanie Ewangelii i pogardzając dobrowolnie złożonymi przed ołtarzem ślubami zakonnymi, pobudzali w roku 1863 do przelewu krwi, podpuszczali do morderstw, profanowali mury klasztorne, odbierając w nich świętokradzkie przysięgi na spełnienie zbrodni, a niektórzy wchodzili sami w szeregi buntowników i broczyli swe ręce w krwi ofiar niewinnych… Wśród napiętnowanych znaleźli się również ojcowie Paulini, padli w walce lub wywieziono ich na Sybir. 30 września 1863 roku pod Lelowem zginął wybitny strateg wojskowy, o. Zygmunt Trawiński, 1 września pod Piłsudami – o. Paweł Bohdanowicz, w Kownie poległ o. Augustyn Dębski. Na Sybir zesłano między innymi o.o. Rocha Ejsmonda, Czesława Harwozińskiego i Bonawenturę Gawełczyka, który przebywał na zesłaniu aż 15 lat… Z mocy ukazu klasztorami zarządzali właściwi terenowo biskupi, przy pomocy mianowanych przez siebie administratorów, którzy najczęściej nie mieli pojęcia o życiu zakonnym. Mieli oni natomiast obowiązek raz do roku składać władzom pisemne sprawozdania ze swojej pracy, z oczywistym wyszczególnieniem wszelkich podejrzanych, antypaństwowych zachowań. Biskupi zostali też uprawnieni do mianowania bezpośrednich przełożonych w klasztorach: przeorów i ich pomocników – prokuratorów i wikariuszy. Tak rozprawiono się z wewnętrzną organizacją zakonów i ich zwierzchnością – kwituje Jan Pietrzykowski.

Dostać się do zakonu Ojców Paulinów na Jasnej Górze teoretycznie nie było łatwo, reguła wymagała wytrwania dłuższego czasu w nowicjacie, ale po wejściu w życie carskiego ukazu, znalazły się skróty. Rosyjskiemu zaborcy zależało na osłabieniu wewnętrznej spoistości, poziomu umysłowego i etycznego zakonników, a więc kandydat musiał przede wszystkim uzyskać aprobatę gubernatora i zezwolenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które dostawało się po policyjnym zbadaniu lojalności obywatela. Musiał wcześniej odbyć służbę wojskową i ukończyć 24 lata, uroczyste śluby mógł złożyć dopiero w trzydziestym roku życia. Natomiast intelekt i wykształcenie kandydata były nieistotne, przez klasztorne furty mogli więc przechodzić także ludzie niegodni noszenia habitu.

Damazy Macoch pochodził z Lipia, podczęstochowskiej wsi. Dzięki protekcji stryja, który był wójtem, został pisarzem gminnym, później zamarzyła mu się księżowska sutanna. Z seminarium duchownego musiał po pewnym czasie odejść, gdyż zabrakło mu stosownych, umysłowych kwalifikacji. Wtedy dostał się do klasztoru na Jasnej Górze. Cztery miesiące nowicjatu i świadectwo prawomyślności wystarczyło, aby stał się paulinem, ze wszystkimi właściwymi temu statusowi obowiązkami i przywilejami. Przeor Rejman zaliczył mu do stażu czas nauki w seminarium i nie był to przypadek odosobniony. Ten szanowany skądinąd paulin – czytamy w Pitavalu – był człowiekiem miękkim, zabiegał – jego zdaniem w interesie zakonu – o względy władz państwowych, a to sprawiało, że protegowanym władz kariera duchowna przychodziła łatwo. W tych warunkach wprowadzenie na teren klasztoru prowokatorów i agentów ochrany nie mogło przedstawiać żadnych trudności. A że ochrana liczyła na dokonanie przez Macocha prowokacji, świadczy nalot żandarmerii na klasztor zaraz po ucieczce zabójcy. W czasie rewizji zaglądano w każdy kąt klasztorny, szukano bomb, broni i ulotek nawet za głównym ołtarzem. Prowokacja nie wypaliła, pozostało prowadzić śledztwo w sprawie kryminalnej.

Opinia publiczna, jak to zwykle w przypadku głośnych procesów bywa, koncentrowała się na pikantnych szczegółach sprawy. Na detalach okrutnie popełnionej w świętym miejscu zbrodni, na krociach, jakie źli mnisi grabili z klasztornego skarbca, z tych groszy, „które lud ubogi niósł do puszek ukochanej świątyni, i grosze te rzucali kobietom”. Prokurator Katranowski był starym wyjadaczem w swoim fachu, wiedział, jak zbudować oskarżenie, jego przemówieniu na sali sądowej towarzyszyły burzliwe oklaski audytorium. Publiczność sądowa zawsze ceniła sobie piękne pod względem retoryki oracje stron procesowych. Ale coś w tej mowie Katranowskiego zabrzmiało fałszywo, co podchwycił obrońca Krzyżanowskiej, znakomity adwokat, dr. Korwin-Piotrowski.

Wysoki Sądzie – powiedział – panowie prokuratorzy wnieśli jeden akt oskarżenia, do którego mam się ustosunkować. W rzeczywistości akty oskarżenia są dwa. Ten drugi zapisany w myślach i sercach narodu polskiego. I przeciwko temu drugiemu ja wystąpić bym się nie odważył…

Jako poddany cara Wszechrosji mógł wyrazić swój protest przeciwko tendencyjnemu prowadzeniu procesu tylko w sposób aluzyjny, co już nie obowiązywało w sąsiednich zaborach, niemieckim i austriackim. Tamtejsza prasa otwarcie więc i na bieżąco informowała opinię publiczną o wszystkich szczegółach sprawy. To czego nie odważył się powiedzieć mecenas Korwin-Piotrowski, wyartykułował na sali sądowej paulin, który wrócił z pięcioletniego zesłania, o. Pius Przeździecki:

– Nie mogę zbrodni usprawiedliwiać – powiedział – ale wyznać muszę, że my, zakonnicy w trudnym bardzo znajdujemy się położeniu. Z jednej strony bowiem mamy prawa zakonne, które nas w sumieniu obowiązują, z drugiej strony mamy tym prawom całkiem przeciwne przepisy prawa rządowego. Zachowując te prawa, działamy przeciwko sumieniu, zachowując zaś nasze, narażamy się rządowi. Oto parę przykładów: według naszych przepisów kandydatów do zakonu przyjmują przeorowie i definitorzy wybrani przez Zakon, tymczasem u nas o przyjęciu kandydatów decyduje nie Zakon, lecz rząd. Urzędy przeorów i definitorów rząd skasował i sam wyznacza przełożonego na czas nieokreślony, co również jest przeciwne ustawom naszym. Przyjęci do zakonu winni odbyć roczny nowicjat, tymczasem rząd skasował i nowicjat i urząd magistra. Po nowicjacie winny się odbywać przez szereg lat studia filozoficzno-teologiczne, tymczasem rząd wszelkie studia skasował. W tych warunkach zakon nie może ponosić odpowiedzialności za smutne następstwa, jakie się po tym muszą wytworzyć wśród zakonników.

Przebieg procesu, któremu przewodniczył sędzia Wołkow, śledził z ramienia generała gubernatora dyrektor departamentu obcych wyznań. Niebawem w rosyjskim dzienniku urzędowym ukazała się następująca wzmianka: „Rzecz godna podziwu – na procesie Macocha w Piotrkowie o. Przeździecki nie zawahał się odpowiedzialnym za zbrodnię Macocha uczynić nie kogo innego, tylko panujący rząd rosyjski”. O. Pius zapłacił za swoją odwagę kolejnym wyrokiem, ponownie musiał opuścić klasztor i przygotować się na następne, pięcioletnie zesłanie na Sybir. Ostatecznie pozwolono mu „dobrowolnie“ opuścić Częstochowę i wyjechać za granicę.

Proces Macocha trwał krótko. 38-letniego oskarżonego bronił z urzędu mecenas Dobrosław Kleyna; Macoch przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów, aczkolwiek próbował je minimalizować i wielokrotnie zmieniał zeznania. Otrzymał karę 12 lat ciężkiego więzienia. Starczewski – 5 lat, Olesiński – 2,5 roku, Macochowa – dwa lata. Cała czwórka została pozbawiona wszystkich tzw. praw stanu. W stosunku do pozostałych oskarżonych orzeczono kary od roku pozbawienia wolności do siedmiu dni policyjnego aresztu. Wszystkim zaliczono w poczet kary areszt śledczy. Do jasnogórskiego klasztoru wróciła część zagrabionych dóbr – 10 tysięcy rubli i klejnoty, które wspólniczka głównego oskarżonego powierzyła przed aresztowaniem na przechowanie swojej rodzinie. T. Dyniewski pisze, że podczas rozprawy ta 27-letnia kobieta zionęła wprost nienawiścią do mordercy, zaklinała się, że ślubnego męża kochała, a zgodziła się na ukrywanie winowajcy tylko ze strachu przed jego rewolwerem. Przekazała depozyt ojcom Paulinom za pośrednictwem swojego obrońcy, który nawiasem mówiąc zrezygnował na rzecz klasztoru z adwokackiego honorarium, w wysokości 1500 rubli. Chyba zbyt wielka była presja moralna opinii publicznej – czytamy – by ta przewrotna i zepsuta niewiasta mogła postąpić inaczej. Jaki los spotkał złote korony, wysadzane drogimi kamieniami i suknię z pereł, które skradziono z obrazu Matki Boskiej, tego nie wiem.

Damazy Macoch liczył na to, że niedługo, w 1913 roku, z powodu trzechsetletniego jubileuszu domu Romanowych, jego kara będzie zmniejszona do połowy; zmarł w 1916 roku, w piotrkowskim więzieniu, na gruźlicę. Przed śmiercią prosił, żeby pogrzebano go na drodze cmentarnej, tak aby przechodnie deptali jego grób. Życzenia tego nie spełniono, został pochowany w pobliżu kwater żołnierskich na piotrkowskim cmentarzu, na grobie widnieje napis: Śp. ksiądz Damazy Macoch, wielki grzesznik i wielki pokutnik prosi o modlitwę. Śp. znaczy świętej pamięci, tak? Albo może ja czegoś nie rozumiem… ponad to, że Jezus jest miłosierny.

Pocztówka z procesu (oba zdjęcia z Wikipedii)

Z domowego aresztu (9)

Zbigniew Milewicz

Szczęście Yanka

Piękny, majowy dzień, aż chce się iść do parku, władza zezwala na spacerniak, w Bawarii bez maski. My sme chlapcy od Żiliny, milujemy Katerinu… słyszę znajomą nutę, podchodzę do ławki, na ktorej siedzi mężczyzna bez nóg, z butelką piwa w ręce, obok wózek inwalidzki. Pytam po polsku, czy mogę się dosiąść, kiwa głową i dalej nuci półgłosem. Chyba mój rówieśnik, poorana zmarszczkami twarz, krępy, czupryna siwych włosów, oczy przesłonięte ciemnymi okularami. Zwrotek w tej piosence jest wiele, ale w pewnym momencie urywa i pyta, skąd jestem, mówię, że ze Śląska, a on spod Popradu. Lubię Słowaków, bo mają i charaktery, i język podobny do naszego, każdy mówi po swojemu, a można się dobrze zrozumieć.

Yanko jest szczęśliwy, bo przed południem odwiedził go syn – jedynak, który mieszka w Bochum. Wychował go praktycznie sam, żona zmarła na raka, kiedy Kubik miał 8 lat. Dziadkowie już nie żyli, więc kiedy był w tartaku, chłopakiem zajmowała się jego ciotka, ale po pracy wszystko było na głowie Yanka, lekcje dziecka, dom, gospodarstwo. Mieli krowę, kilka świnek, trochę owsa i gruli, ktoś to musiał oporządzić. Kubik brudny i obszarpany nie chodził, siostra żony prała jego rzeczy, prasowała, ale gotował zwykle Yanko, zrobił kociołek kwaśnicy, albo grochówki na cały tydzień, głodu chłopak nie znał. Uczył się dobrze, słuchał ojca, nie łobuzował za bardzo, chciał zostać stolarzem. Posłał go więc do szkoły zawodowej w tym kierunku, ukończył ją z dobrymi ocenami, ale tam koledzy nauczyli go palić i pić. Yanko też lubił sobie czasami po pracy wypić piwo, a od święta kieliszek jałowcówki i miał nadzieję, że i Kubik zachowa umiar.

Po szkole poszedł do wojska, kiedy z niego wyszedł, poszukał sobie pracy, tylko nie w wyuczonym zawodzie, a w popradzkim browarze , jako kierowca do rozwożenia piwa. Nie podobało się to ojcu, widział, że chłopaka ciągnie do butelki, a tam mógł po pracy pić bez ograniczeń. Zarabiał słabo, a pieniądze zawsze miał, dokładał się do wspólnego gospodarstwa, tu nie można mu było niczego zarzucić. Yanko czuł, że Kubik kombinuje z piwem, które rozwozi ciężarówką, ale syn się tego zawsze wypierał. Jak jeden sąsiad wyjechał do Niemiec i przysłał piękną pocztówkę, w której pisał, że jest mu bardzo dobrze, a później zrobił to inny, postanowił pójść w ich ślady. Miał papiery na pochodzenie, po swoim dziadku, przekonał Kubika i nielegalnie wyjechali do Monachium, mur berliński miał się wtedy jeszcze dobrze. Po kilku miesiącach tułaczki po różnych zbiorowych siedliskach dostali dwupokojowe, socjalne mieszkanie, ukończyli kurs niemieckiego, później ojciec poszedł do rigipsów w firmie budowlanej, a syn na taśmę w BMW i, póki co, za dużo nie pił.

Był z niego przystojny chłopak, zawsze podobał się dziewczynom, tylko na Spiszu nigdy długo nie wysiedział przy jednej. Na jakimś ulicznym święcie na Schwabingu poderwała go turystka z Westfalii, która mogłaby być jego matką. Poza tym damulka całkiem przyjemna, zaprosiła go do hotelu, w następną sobotę miał pracować, to wziął sobie wolne i pojechał na dwa dni do Bochum. Wrócił nie ten sam, jakby go zauroczyła. Jak tam w jej mieszkaniu ładnie, jak czysto, ile pokoi i bogactwa – opowiadał – prawdziwa Niemka, a furą jaką jeździ… Była właścicielką dosyć dużej restauracji w handlowej dzielnicy miasta i to Kubikowi też pasowało. Przyjeżdżała do niego do Monachium przynajmniej raz w miesiącu tym swoim srebrnym mercedesem-beczką, ale na Harthof, gdzie Yanko mieszkał z synem, nigdy nie zajrzała, Kubik wstydził się przed Kariną ich nory. Od kiedy się poznali, nigdy już inaczej nie nazwał tego mieszkania, w którym jeszcze do niedawna było mu dobrze. Yanko czuł, że syn jego też się wstydzi.

– Ty wiesz, że ja przed wypadkiem byłem u nich tylko jeden raz? – A później już w ogóle, do domu mnie nie zaprosili, tylko do jej restauracji – mówi.

Przyjechali z synem do Monachium w 1986 roku, cztery lata później młody zostawił pracę w BMW i zamieszkał u Kariny. Była wdową po przemysłowcu z branży metalowej, dała Kubikowi fundusze na uruchomienie firmy, zajmującej się kupnem i sprzedażą używanych samochodów, do czego się nadawał i interes prosperował dobrze. Karina miała z byłym mężem dwie córki, już usamodzielnione, jedna wyszła za mąż za bogatego Szwajcara, druga wyjechała do Stanów. Z aktualnym partnerem nie miała dzieci, ślubu również, tak jej odpowiadało; Kubik wprawdzie czasami coś przebąkiwał o małżeństwie, ale to ona w ich związku rozdawała karty. Od jego wyjazdu Yanko został sam, nie znalazł sobie żadnej kobiety do dalszego, wspólnego życia, bo dalej tęsknił za zmarłą żoną, którą bardzo kochał, poza tym uważał, że jest już za stary na nowy związek. Była tylko praca, dom, telewizor ze słowackimi programami z anteny satelitarnej, czasami jakieś piwo z kolegami z budowy i mecze jego ulubionego Bayernu. Z Kubikiem prawie się nie widywali, czasem, kiedy miał coś służbowego do załatwienia w Monachium, to odwiedzał na chwilę stare śmieci i zawsze bardzo się spieszył. Na Boże Narodzenie i Wielkanoc dzwonił do ojca i składał mu standardowe życzenia… po niemiecku. A kiedy Yanko dzwonił do syna i mówił po słowacku, to w odpowiedzi był także tylko język niemiecki, jakby Kubik wstydził się również ojczystej mowy.

Na rodzinny Spisz jeździł Yanko z potrzeby serca raz, dwa razy do roku, od kiedy przeszedł na emeryturę zdarzało się to częściej. Ostatni raz był w swoich stronach w czerwcu, sześć lat temu i wtedy doszło do tego nieszczęśliwego wypadku. Pojechali razem z synem na wesele jego kuzynki, a chrześnicy Yanka. Było bardzo radośnie i miło, oczywiście z góralską kapelą i zachowaniem wszystkich tradycji; syn, jak sobie wypił, to nie mógł się nagadać i naśpiewać do syta po słowacku, obyło się bez awantur, tylko ten nieszczęsny telefon z Niemiec, w poprawiny, wszystko zepsuł. Interesy wzywały syna do wcześniejszego powrotu, pierwotnie mieli jechać do Niemiec za dwa dni, jak alkohol wywietrzeje Kubikowi z organizmu, po rozmowie postanowił zrobić to szybciej. Już niczego nie pił, zamówił w hotelowej recepcji budzenie na czwartą rano i poszedł do pokoju spać, Yanko również. Daremnie perswadował synowi, że to głupota, co robi, że tak szybko człowiek nie trzeźwieje. To wracaj na własną rękę – usłyszał. Gdyby tak zrobił, chodziłby do dzisiaj. Niestety diabeł podkusił zawierzyć Kubikowi i pofolgować wygodnictwu.

Ujechali może pięć kilometrów. Na jednym z górskich zakrętów nowiutka bm-ka wpadła w poślizg i sturlała się ze skarpy. Yanko, który siedział obok kierowcy, stracił przytomność. Kubik uciekł z miejsca wypadku do lasu, w którym przesiedział do wieczora, dopóki nie poczuł, że faktycznie jest już trzeźwy. Do wraku samochodu, w którym mógł znajdować się jeszcze jego ojciec nie wrócił, tylko okrężną drogą dotarł do hotelu, gdzie właśnie sprzątano po weselnym przyjęciu. Wszyscy już wiedzieli o tym, co się stało, przyjechała policja, zabrała Kubika i poddała go rutynowej procedurze śledztwa w sprawie spowodowania wypadku drogowego z groźnym skutkiem i ucieczki z miejsca zdarzenia. Tłumaczył się szokiem pourazowym, a jedynym jego urazem był… złamany nos. Ojcu zmiażdżyło obydwa podudzia, gdyby nie ludzie mieszkający w pobliżu, którzy usłyszeli łomot na drodze i pospieszyli z pomocą, wykrwawiłby się w samochodzie. Amputowano mu nogi w popradzkim szpitalu, później helikopter ADAC przetransportował go do Monachium. Jak odzyskał przytomność w miejscowym szpitalu i doszedł trochę do siebie, przyjechała policja, żeby spisać jego zeznania w sprawie katastrofy. Słowem nie wspomniał, że syn pił na poprawinach, trzymał jego stronę, ale pozostali świadkowie zeznali inaczej. Dzięki pieniądzom i znajomościom Kubikowi udało się ostatecznie uniknąć odpowiedzialności karnej za przestępstwo, które popełnił, skończyło się na mandacie, za… przekroczenie dozwolonej prędkości w terenie zabudowanym. Ojcu, za jego okaleczenie, nie dał ani centa, Yanko jest honorowy i nawet gdyby tamten coś mu chciał wcisnąć, niczego by nie przyjął. Na budowie dobrze zarabiał, więc i emeryturę ma przyzwoitą, wystarcza na skromne życie.

– Całe szczęście, że mieszkam na parterze i nie ma żadnych schodów do pokonania, bo inaczej musiałbym po wypadku szukać innej nory – śmieje się Yanko. – Pierwszy raz od sześciu lat mnie syn odwiedził, powiedział, że nie miał czasu wcześniej i butelkę dobrego wina mi przywiózł z Bochum w prezencie, ale łobuz nie przeprosił za te nogi, może zapomniał. Ludzie dzisiaj tak szybko żyją, że o wielu sprawach zapominają niestety, ale dziecko, to dziecko, nawet jak zrobi coś strasznego, to dobra matka i dobry ojciec zawsze mu wybaczą. A ty skąd znasz Spisz?
– Jeździłem w swoim czasie na Rzepiska, do rodziny Malców.
– Znam, to po polskiej stronie, wiesz, że Józek nie żyje?

Są ludzie, a Yanko do nich na pewno należy, dzięki którym gdziekolwiek by człowiek nie był, zawsze poczuje się, jak w dobrym, ciepłym domu.


PS od Adminki.

Wzruszający tekst o ojcu. Wczoraj był polski Dzień Matki, niemiecki był już jakiś czas temu – świętuje się go zawsze w drugą niedzielę maja, polski Dzień Ojca jest podobno już od lat 60 w dniu 23 czerwca, ale w życiu o nim mnie słyszałam, tymczasem o niemieckim słyszałam i owszem bardzo dużo. Nawet go słyszałam, a nie tylko o nim, bo w Niemczech Dzień Ojca to dzień wolny od pracy i bardzo specjalna okazja. W tym roku przypadł akurat tydzień temu w czwartek. Jest to ruchome święto, obchodzone zawsze w dzień Wniebowstąpienia Jezusa. Tego dnia niemieccy tatusiowie na piechotę, na rowerach lub z wózkami czy nawet wozami konnymi udają się gromadnie do lasu, wędrują, śpiewają i raczą się obfitym jadłem, i jeszcze obficiej popijają je z piersiówki, która jest nieodłącznym rekwizytem takiej wyprawy. Jak się można łatwo domyślić, owe wyprawy bywają nader głośne.

A skoro już świętujemy na blogu Dzień Ojca i Dzień Matki, pozwolę tu sobie dołączyć bajkę arabską, którą autor mi przysłał już jakiś czas temu, opatrując ją dopiskiem – zrób z nią może coś z okazji Dnia Matki. No to dołączam ją do Dnia Ojca, bo to po prawdzie identyczna historia.

Serce matki

Hassan kochał swoją matkę z wielką czułością, a swoją żonę, Leilę z wielką namiętnością. Jednak Leila nie kochała matki Hassana, o którą była szaleńczo zazdrosna. Bezustannie zadręczała męża żądaniami. „Gdybyś mnie naprawdę kochał, nie zniósłbyś tego, by inna kobieta dyktowała mi swoje prawa pod naszym dachem”.

I Hassan wygnał matkę z domu.

„Gdybyś mnie naprawdę kochał, nie odwiedzałbyś już więcej tej kobiety, która potajemnie mnie oczernia”.

I Hassan, chociaż bardzo cierpiał, już nie składał wizyt swojej biednej matce. Zazdrość Leili nie miała jednak granic. I pewnego dnia zażądała od Hassana najbardziej okrutnego dowodu miłości:

„Gdybyś mnie naprawdę kochał, zabiłbyś tę kobietę, która mnie dręczy dniami i nocami, i przyniósłbyś mi jej serce”.

Hassan wziął więc nóż, poszedł do swojej matki i wyrwał jej serce. A kiedy, płacząc, niósł je do ukochanej, potknął się o kamyk i serce upadło na ziemię. Wtedy z zabrudzonego przydrożnym kurzem serca wydobył się cichy głosik, który zapytał:

„Hassanie, syneczku, czy nic ci się nie stało?”

Z domowego aresztu (8)

Zbigniew Milewicz

20 maja

Dzisiaj mija 139 rocznica urodzin gen. Władysława Sikorskiego, Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych i premiera Rządu RP na Uchodźstwie podczas II wojny światowej, który zginął tragicznie w lipcu 1943 roku na Gibraltarze. W oficjalnej wersji, doszło do katastrofy lotniczej, spowodowanej zablokowaniem sterów maszyny, którą podróżował, inne ekspertyzy mówią o zamachu na życie generała.

Według jednych hipotez za zamachem stali Brytyjczycy, inne wskazują na Rosjan, Niemców, Polaków, a też na ich kolaborację. Dokumenty z informacjami, jak było naprawdę znajdują się w brytyjskich, rządowych archiwach i termin ich ujawnienia jest konsekwentnie przedłużany. Normalnie ważne dokumenty utajniane są na 30 lat; zaraz po śmierci Władysława Sikorskiego nasi sojusznicy wydłużyli ten czas do 50 lat, po czym dodali jeszcze czterdzieści. Jeżeli więc po raz kolejny nie zmienią zdania, to w roku 2033 powinniśmy dowiedzieć się prawdy o śmierci polskiego premiera. Tylko kogo ona wtedy jeszcze zainteresuje… Na starych zdjęciach z pałacu cesarskiego w Liwadii pod Jałtą, Roosvelt, Churchill i Stalin mają syte twarze, Europa została na nowo skrojona, strefy wpływów podzielone, jeżeli ktoś coś na tym dealu stracił, to na pewno nie oni.

Dzisiaj obchodzimy również Międzynarodowy Dzień Płynów do Mycia Naczyń oraz Europejski Dzień Morza, święta skłócone ze sobą, bo zużyte chemikalia dokądś płyną i niszczą przyrodę, ale żyjemy w tak absurdalnych czasach, że już nic nie dziwi. Można tylko powiedzieć starym wrogom, żeby usiedli przy wspólnym stole i spróbowali się jakoś dogadać, albo poczytali sobie angielskie humoreski z Księgi Nonsensu i przestali siebie zbyt poważnie traktować. Dziś Ojciec Wirgiliusz Antoniego Marianowicza, według Lewisa Carolla (a potem jeszcze dwa wierszyki – ot, tak sobie):

PS od Adminki:
Wierzcie mi drodzy Czytelnicy,
naprawdę próbowałam jakoś
wyrównać te zwrotki i linijki.
Ale poległam w boju.

Z domowego aresztu (7)

Zbigniew Milewicz

Przewrót majowy

Wczoraj minęła 94 rocznica rozpoczęcia przewrotu majowego, dokonanego w Warszawie przez marszałka Józefa Piłsudskiego. Człowiek uważany za jednego ojców polskiej demokracji i niepodległości przeprowadził zbrojny zamach stanu, motywując go interesem państwowym. Wobec pogarszającej się sytuacji politycznej i gospodarczej kraju i następujących po sobie kryzysów gabinetowych, miał społeczne poparcie. 12 maja 1926 roku, po bezowocnej rozmowie Piłsudskiego z prezydentem państwa Stanisławem Wojciechowskim, jednostki wojskowe wierne marszałkowi zajęły pozycje przy mostach na Wiśle. Po otwarciu ognia do zamachowców przez oddział rządowy, obsadzający zachodni wylot mostu Kierbedzia, w mieście rozpoczęły się walki uliczne. Ostatnią próbę negocjacji podjął marszałek Sejmu Maciej Rataj, która wobec twardego stanowiska prezydenta, zakończyła się jednak fiaskiem. 14 maja Piłsudski przejął kontrolę nad stolicą. Rząd Wincentego Witosa podał się do dymisji, a prezydent Wojciechowski złożył urząd. Jego uprawnienia przejął tymczasowo Maciej Rataj, który powołał nowy rząd z Kazimierzem Bartlem na czele, w którym Józef Piłsudski został ministrem spraw wojskowych i generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych.

31 maja Zgromadzenie Narodowe wybrało Piłsudskiego na urząd Prezydenta II RP, ale odmówił jego objęcia, rekomendując na to stanowisko zaprzyjaźnionego naukowca i polityka, prof. Ignacego Mościckiego. Tak rozpoczęły się trzynastoletnie, autorytarne rządy sanacji. Ale wróćmy do zamachu. Znaczącą rolę w jego powodzeniu odegrał związek zawodowy kolejarzy, związany z Polską Partią Socjalistyczną. W czasie puczu ogłosił on bowiem strajk, który zablokował transporty sił rządowych z zachodu kraju do Warszawy, jednocześnie dając zielone światło oddziałom lojalnym wobec marszałka. Niestety w ulicznych, bratobójczych walkach zginęli ludzie: 215 żołnierzy z obydwu stron oraz 164 cywili, zwykle osób obecnych w miejscach potyczek. Około 1000 osób odniosło rany. Marszałek przyjął te informacje ze smutkiem. Pogrzeby ofiar były wspólne.

12 maja 1935 roku, w dziewiątą rocznicę zamachu, Józef Piłsudski zmarł w wyniku choroby nowotworowej. Los umie czasami zadbać o dramaturgię życiorysu.

Poniżej, ciekawa relacja prof. Przemysława Waingertnera, historyka z Uniwersytetu Łódzkiego, na temat przewrotu majowego (podcast).

Przewrót majowy – po co był Piłsudskiemu?

12 maja 1926, marszałek Józef Piłsudski przed spotkaniem z prezydentem RP Stanisławem Wojciechowskim na moście Poniatowskiego. Od lewej: Kazimierz Stamirowski, Marian Żebrowski, Gustaw Orlicz-Dreszer, Józef Piłsudski, Władysław Jaroszewicz i Michał Galiński.

Z domowego aresztu (6)

Zbigniew Milewicz

Szlakiem kadrówki

Kończąc poprzedni odcinek, odczuwałem pewien niedosyt. Po pierwsze Sprawa Cywińskiego miała swoje polityczne tło, które pominąłem, a po drugie niewiele napisałem o jej głównych postaciach, koncentrując się na relacji ze zdarzenia i jego prawnych konsekwencjach.

Sytuacja polityczna w Polsce po zamachu majowym w 1926 roku przypominała z grubsza współczesną*, rządząca Sanacja, skupiona wokół Józefa Piłsudskiego, miała zaciekłych wrogów, przede wszystkim w obozie Narodowej Demokracji. Za jej trzyletnie rządy (1923 – 1926), kiedy to sekowani byli piłsudczycy, władza umiała się zemścić. Za nieprawomyślność, nawet z błahego powodu można było trafić do Twierdzy Brzeskiej, lub obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej, założonego w 1934 roku, według niemieckiego, nazistowskiego wzorca. Można się było tam dostać nawet na podstawie decyzji administracyjnej. Narodowcy padali również ofiarami zabójstw ze strony przedstawicieli władz, ale to już odrębny temat.
Natalia Olszewska, w artykule p.t. Trzecia władza w obronie Marszałka, zamieszczonym w pierwszym numerze Wiadomości Historycznych z 2018 roku, pisze m.in.:

Pojawił się nawet pomysł, aby umieścić Cywińskiego w Berezie Kartuskiej. Ostatecznie nie trafił do Berezy, a do aresztu śledczego, gdzie poczekał na proces sądowy w związku z oskarżeniem o obrazę Narodu. Władysław Studnicki, kontrowersyjny międzywojenny publicysta i polityk, miał pisać w liście do Edwarda Rydza-Śmigłego: „przeciwko Cywińskiemu […] ma być wytoczony proces o obrazę Narodu, proces bez należytych podstaw prawnych, bo trzeba chyba bizantyjskiego służalstwa sądu, aby uznać że obraza pamięci Piłsudskiego, jeżeli nawet miała miejsce, jest obrazą Narodu Polskiego”. Żadne słowa ani protesty nie mogły uchronić Cywińskiego przed odpowiedzialnością karną. Formą nacisku na sędziego była permanentna obecność na sali rozpraw wileńskich oficerów. Zresztą jak pisał w swoich wspomnieniach Stefan Glaser, sędzia Przybyłowski nie potrzebował żadnych form nacisku. Traktował docenta Cywińskiego, którego stan zdrowia był opłakany, w sposób wprost ohydny. Podobnie nieprzyzwoicie odnosił się do obrońców, mówiąc do nich zawsze podniesionym głosem i co chwila odbierając im głos. Zwłaszcza nie wolno było wspomnieć o fakcie bicia oskarżonych.

Mocodawca napadu na dziennikarzy, gen. Stefan Dąb-Biernacki, nie był wilniukiem. Pochodził spod Warszawy, z ziemiańskiej rodziny i miał rolnicze wykształcenie. Na studiach związał się z ruchem niepodległościowym, należał do Polskich Drużyn Strzeleckich, później była podchorążówka, zdobył odznakę oficerską, tzw. Parasol i poszedł na wojnę. Można powiedzieć, typowy początek kariery wojskowej legionisty. W I Brygadzie Legionów Polskich, walczących po stronie Austro-Węgier, dowodził kompanią, później batalionem 1 a następnie 3 pułku piechoty, I wojnę światową ukończył w stopniu kapitana. Od listopada 1918 roku służył w Wojsku Polskim; w wojnie polsko-bolszewickiej wykazał się dużą odwagą, miał sporo żołnierskiego szczęścia i wygrywał na polu walki, zyskiwał więc coraz wyższe uznanie w oczach przełożonych. Wojnę ukończył w randze pułkownika, na stanowisku dowódcy 1 Dywizji Piechoty Legionów. Za udział w walkach otrzymał Order Wojenny Virtuti Militari III, IV i V klasy, Krzyż Kawalerski i Krzyż Złoty. W ślad za tym przyszły następne awanse; po odbyciu kursu wyższych dowódców, w wieku 33 lat, został mianowany generałem brygady a po zamachu majowym Piłsudskiego w 1926 roku, w którym czynnie uczestniczył ze swoją dywizją, przeniesiono go do Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych w Warszawie. Marszałek musiał pozytywnie ocenić jego stołeczną służbę , skoro w styczniu 1931 roku awansował go do stopnia generała dywizji i powierzył funkcję inspektora armii z siedzibą w Wilnie.
W GISZ generał Dąb-Biernacki miał wiele do powiedzenia m.in. w sprawie modernizacji polskiej armii. Ponieważ był zaciekłym wrogiem wszelkich nowinek z Zachodu, często skutecznie torpedował plany zakupu i produkcji nowoczesnych broni, nieodmiennie powtarzając, że polska piechota i kawaleria poradzą sobie z każdym wrogiem.
Po śmierci Józefa Piłsudskiego w 1935 roku, Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych został generał, a później Marszałek Edward Rydz-Śmigły, który o wojskowych kwalifikacjach Biernackiego musiał mieć równie dobre zdanie, co jego poprzednik, ponieważ latem 1939 roku powierzył mu największy i najważniejszy polski odwód – armię Prusy, liczącą 7 dywizji piechoty i 1 brygadę kawalerii. We wrześniu 1939 roku, na skutek nieudolnego dowództwa została ona szybko rozbita przez Niemców, a Dąb-Biernacki rejterował się ucieczką z pola walki, co miało miejsce 5 września pod Piotrkowem Trybunalskim. Dotarł do kwatery naczelnego wodza i przekonał go, że klęska nastąpiła nie z jego winy, a żołnierza, który …nie chciał się bić. Marszałek Rydz-Śmigły uwierzył mu i zlecił następne, odpowiedzialne zadanie, dowództwo Frontu Północnego, nowo powołanego związku operacyjnego. Decyzja ta była prawdziwym zaskoczeniem dla członków sztabu, uważali, że taki dowódca nie powinien dalej pełnić funkcji, tym bardziej na wyższym stanowisku, ale naczelny wódz postanowił inaczej. W dniach od 22 do 27 września miała miejsce bitwa pod Tomaszowem Lubelskim, w której Front Północny załamał się pod wspólnym natarciem wojsk niemieckich i sowieckich, a wróg wymusił kapitulację. Generał ponownie porzucił walczące oddziały, podpisanie kapitulacji zlecił jednemu z dowódców podległych mu armii, a sam w cywilnym przebraniu uciekł w stronę węgierskiej granicy.
Udało mu się przedostać do Francji, jednak generał Władysław Sikorski odsunął go, jak większość piłsudczyków, od wszelkich funkcji w Armii Polskiej na Zachodzie. Został umieszczony w obozie oficerskim w Cerizay, dla „nieprawomyślnych” i „sprawców klęski wrześniowej”, skąd po upadku Francji delikwenci ewakuowali się na własną rękę do Anglii. Umieszczono ich tam na wysepce Bute, u zachodnich wybrzeży Szkocji, w Samodzielnym Obozie Rothesay, który miał wśród wojskowych opinię karnego. W obozie agitowano przeciw generałowi Sikorskiemu, a przewodniczył spiskowi Dąb-Biernacki, za co w październiku 1940 r. stanął przed polskim Sądem Polowym w Londynie. Został uznany winnym popełnienia zbrodni kierowania spiskiem antyrządowym, za co zdegradowano go do stopnia szeregowca i skazano na cztery lata pozbawienia wolności… w brytyjskim więzieniu. Ze względu na rzekomy zły stan zdrowia po roku wyszedł na wolność i zajął się pszczelarstwem w Irlandii, później miał farmę w Walii, czyli wrócił do wyuczonego zawodu, na którym się pewnie lepiej znał niż na wojskowości. Zmarł w 1959 roku w Londynie i tam został pochowany.
W generalicji II RP miał na ogół złe opinie, acz nie negowano jego dużych zasług z wojny polsko-bolszewickiej, zarzucano mu jednak, że był bezwzględny i brutalny wobec podwładnych, zarozumiały i nadmiernie pewny siebie. Pycha i tupet szły w parze z zawziętością w zwalczaniu ludzi myślących inaczej, czym narobił dużo szkody w wojsku, bo usuwał z armii bardzo wartościowych oficerów. Nie był lubiany w wojsku, nierówny w stosunkach służbowych i nietaktowny, chętnie wykorzystywał stanowisko dla osiągnięcia korzyści materialnych.

Stefan Dąb-Biernacki miał dwoje dzieci, Zofię i Józefa. W czasie II wojny światowej obydwoje walczyli w szeregach Armii Krajowej. Zofia, ps. „Jagienka”, przeżyła okupację, „Józek“ poległ 8 sierpnia 1944 roku na Woli. Nie zawsze jabłka padają blisko jabłoni, jedni powiedzą, że szkoda, inni, na szczęście.

Wikipedia, Stanisław Cywiński opuszcza gmach sądu po rozprawie

O ofiarach Stefana Dąb-Biernackiego wiemy dużo mniej. Stanisław Cat-Mackiewicz, prawnik, pisarz i redaktor dziennika Słowo w Wilnie tak mówił o Stanisławie Cywińskim:

To był jeden z najszlachetniejszych i najbardziej krystalicznych ludzi, jakich znałem w życiu. […] Poznałem go, gdy byłem uczniem w gimnazjum Winogradowa w Wilnie, a on nauczycielem języka polskiego. Było to w roku 1911. Cywiński był niezdolny do żadnego kłamstwa. Był on hiperentuzjastycznie nastrojony do swej pracy, do swoich obowiązków patriotycznych. Pamiętam, jak kiedyś rozpłakał się na lekcji, gdy myślał, żeśmy nie docenili znaczenia nauki języka polskiego w gimnazjum rosyjskim.

W czasie wielkiej wojny, gdy Wilno znalazło się pod okupacją niemiecką, Cywiński pracował po 17 godzin dziennie. Był wtedy zastępcą dyrektora polskiego gimnazjum, prócz tego wykładał na zorganizowanych wyższych kursach. […] Wtedy Cywiński miał poglądy tzw. niepodległościowe i był zwolennikiem Piłsudskiego i Legionów. Pod koniec wojny jednak zmienił poglądy. Od czasu zamachu majowego stał się wyraźnym wrogiem Piłsudskiego.

W wyniku napadu kadrówki Stanisław Cywiński stracił lewe oko i miał połamane żebra. Wileński intelektualista, który poza pracą naukową na Uniwersytecie im. Stefana Batorego, zajmował się publicystyką, zasiadł na ławie oskarżonych obok Aleksandra Zwierzyńskiego, naczelnego redaktora i wydawcy Dziennika Wileńskiego. Niestety, nie udało mi się dociec, który Sąd Okręgowy rozpatrywał tę sprawę, jedne źródła podają, że warszawski, inne optują za wileńskim. Trzeci z pobitych, dr Zygmunt Fedorowicz, zastępca naczelnego, uniknął sądu, po dwóch dniach pobytu w więziennym szpitalu został zwolniony do domu. Zwierzyński był znaną osobą, poza działalnością wydawniczą wcześniej, przez trzy kadencje zasiadał w loży poselskiej, piastował funkcję wicemarszałka Sejmu i należał do ścisłego kierownictwa Stronnictwa Narodowego. Podobnie Zygmunt Fedorowicz, w okresie tzw. Litwy Środkowej lud Wileńszczyzny wybrał go do Sejmu Wileńskiego. Został jego wicemarszałkiem i to przede wszystkim dzięki jego usilnym zabiegom ziemia wileńska, bez żadnych dodatkowych warunków została włączona w skład Państwa Polskiego. Był również dyrektorem Gimnazjum Zygmunta Augusta i kuratorem oświaty oraz radnym z ramienia Stronnictwa Narodowego.
Naczelny redaktor Dziennika Wileńskiego otrzymał wyrok uniewinniający od zarzutu zniewagi narodu polskiego, Stanisław Cywiński odsiedział podobno w sumie tylko pięć miesięcy z zasądzonych osiemnastu, ale niedługo cieszył się wolnością. Po zajęciu Wilna przez Armię Czerwoną w 1939 roku został aresztowany, po kilku dniach NKWD wypuściło go zmaltretowanego na wolność, po czym bolszewicy zabrali go ponownie. Był wtedy już w podeszłym wieku i mocno schorowany, zmarł w szpitalu więziennym w Kirowie, w marcu 1941 roku. Daleko do hodowli pszczół mieli także dwaj pozostali. Aleksander Zwierzyński – jeden z przywódców polskiego państwa podziemnego w czasach okupacji – był sądzony i skazany w moskiewskim procesie szesnastu, który odbył się w czerwcu 1945 roku. Po odbyciu kary wrócił do Polski i żył w wielkiej biedzie. Zmarł w 1958 roku. Natomiast Zygmunt Fedorowicz był podczas okupacji delegatem okręgowym rządu na kraj w Wilnie. W 1944 roku, po powtórnym zajęciu miasta przez bolszewików, został aresztowany i wywieziony do łagrów, spędził w nich wiele lat, ale przeżył. Wrócił do Polski w 1955 roku.


* Czytelników zainteresowanych porównaniem sanacji i obozu dobrej zmiany zapraszam do ciekawego artykułu Daniela Patrejki, z 31 marca b.r. w portalu Publicystyczny.pl: A czemu nie okólnik?