Sąsiedzi 14

Teresa Rudolf

Rozczarowanie

Bezpośrednio po powrocie ze szpitala, Filomena zaczęła niecierpliwie dzwonić do drzwi pani Klary. Kiedy ta otworzyła jej ze zdziwieniem, zobaczyła bladą twarz kobiety, z pytającym rozpaczliwie wzrokiem, czy może wejść do środka.
– Proszę wejdź, dziecko, a co się pani stało, że pani taka blada?, zapytała zaniepokojona.
Usiadły obie na kanapie w salonie, gdzie wszystkie obrazy pełne maków spojrzały na Filomenę z ciekawością.
Zaczęła więc po kolei opowiadać, co wydarzyło się w szpitalu u Lesia, któremu miała pomóc w pakowaniu i towarzyszyć podczas przejazdu do mieszkania.
Klara robiła coraz większe oczy, słuchając tego i komentując, co usłyszała:
– Ruda lafirynda, o… znów panią uraziłam, przepraszam. Ale pani była kiedyś naturalną blondynką, pamiętam… Tyle lat, pani mogłaby być moją córką, dodała.
Obie stwierdziły  że Lesio to jednak dziwny facet, niby chce pozbyć się tej ex, a ona nadal posiada jego klucz, no i wcale za bardzo się też nie bronił przed tym, by zajmowała się nim teraz.
– Wie pani, jak się nagle poczułam? Jak piąte koło u wozu, mówię pani, kontynuowała Filomena, szkoda mi go było po tym pobiciu, nawet zapomniałam, jaki czasem potrafi być arogancki .. .eeeee tam, machnęła ręką, było, minęło, sąsiadom się pomaga, ale tej małpy to nie zdzierżę, stwierdziła.
– On stał się dość ważny, prawda? Tak wyczułam, mówiła dalej Klara, ale jakoś dziwny on jednak jest, nikt go nie odwiedzał poza nami, gdzie byli wszyscy ci detektywi, którzy od razu, w pierwszym dniu pobytu jego w szpitalu, ścigali się prawie z prasą i telewizją? Byłby kompletnie samotny bez nas, no i teraz… też  bez tej lafiryndy, właściwie, my o nim nic nie wiemy, dokończyła.

W tym momencie do salonu weszły oba koty, jeden za drugim, według wzrostu. Akceptowały już też i Filomenę, widząc w Klarze jednak panią domu, która musiała im z tego tytułu obowiązkowo ciągle czymś dogadzać.

Klara zaczęła się uskarżać, że już nie wie, co im dawać do jedzenia, kiedyś jadły tylko Whiskasa, potem Shebę, plując na Whiskasa, potem tylko Whiskas był znów w łasce, później (szczególnie Salomon), zagrzebywały go prawie pod parkiet z pogardą, ostatnio więc przerzuciła się na Kitekat, którego  Salomon wyjada z miski, wyciągając duże sztuki mięsa łapą, wsadzając sobie jak czlowiek do ust. Dziś jednak zaczeło się znów wybrzydzanie, wszystko zostało nietknięte.
– Kupię, choć nie znam, Felixa, to jedzą koty mojej znajomej, dodała niepewnie Klara.
– A co zrobi pani teraz z Lesiem i Salomonem? Ta wredna Regina wyrzuciła wszystko, co było związane z kotem, chce tam przecież mieszkać i zajmować się tylko i wyłącznie Lesiem?, zapytała Filomena.
– No, nie wiem, pojęcia nie mam, kot za nim tęskni, on sam i tak nie może nic robić, no i ta ex… och, naprawdę nie wiem.
– Pani Klaro, przeeeeepraszam, przerwała zdumiona Filomena, czy Pani słyszała, co właśnie powiedzieli w radiu? Ta zaraza z Chin dochodzi do Europy i jest już w każdym kraju, kilka przypadkòw infekcji jest też i w Polsce i to nie z Chin, a z Wenecji, jak się to jakoś po królewsku nazywa “Coronavirus”… Obie kobiety spojrzały po sobie zalęknione.
Z mieszkania o piętro wyżej, zaczęła dochodzić dość głośna muzyka, jakiś znany song Presley’a.
Filomena spojrzała niepewnie na Klarę, ukrywając jednak spływające na nią uczucie tęsknoty, ale też i rozczarowania, a zarazem nieprzyjemnego zażenowania.
Klara  wszystko skwitowała: tak już jest, “bo najgorszy jest ambaras, gdy go obie chcą mieć naraz”, aaaaaa, niech pani tam zadzwoni i powie, że muzykę mają sciszyć, bo jak nie, to naślę na nich Salomona!
I tu zaczęły obie tak głośno się śmiać, że  koty zaczęły uciekać za  kanapę, a Presley tylko leciutko przebijał się przez ten zabójczy śmiech.

Sąsiedzi 13 i wiersze (corona)

Było spiętrzenie wpisów aktualnych i wpis o sąsiadach opóźnił się o tydzień – przepraszam czytelników, którzy przecież czekają niecierpliwie, żeby się dowiedzieć, czy Lesio, czy Filomena, czy pani Klara…

Teresa Rudolf

Powrót Lesia do domu…

Po  trzech tygodniach pobytu w szpitalu pan Lesio został wypisany do domu, gdzie powinien przez następne trzy tygodnie bardzo się oszczędzać, prawa noga i ręka były ciągle jeszcze zagipsowane, twarz jeszcze opuchnięta, ale już bez bandaży i plastrów.

Filomena, pomagając mu przy pakowaniu tych niewielu rzeczy, które miał w szpitalu, pomyślała, “mam nadzieję, że wyjdzie z tego, bo jak na razie…”, jednak zawstydzona, przerwała te rozważania, koncentrując się na pomocy Lesiowi.
On natomiast długo nie wiedział, czy wypada sąsiadkę angażować w swoje sprawy. Tyle lat mieszkali w tej samej kamienicy, ale nigdy nie pałali do siebie zbytnią sympatią. Nie lubił rudych włosów, gdyż mu się źle kojarzyły, nie cierpiał też faktu, iż, zdarzało się, że był przypadkowym świadkiem wzajemnej niechęci obu sąsiadek z drugiego piętra, wpadając na siebie stwarzały bowiem napięcia.
Na szczęście, od jakiegoś czasu wszystko się zmieniło, sam nie umiał sobie jednak przypomnieć, jak się to w ogóle stało.
Dzisiaj, kiedy siostra oddziałowa przyszła do jego pokoju, siedziała już tam od rana Filomena.
Pielęgniarka zapytała, jak pacjent poradzi sobie w domu, bo na razie nawet o kulach nie da rady się poruszać, spytała też, na którym piętrze mieszka i czy jest tam winda.
– Owszem w naszej starej kamienicy jest winda, a w domu spróbuję sobie powoli jakoś dać radę, odpowiedział.
Poza tym zamówi na początek kogoś  z Czerwonego Krzyża,  kontynuował, ta pomoc na pewno mu przysługuje, gdyż jest osobą mieszkającą samotnie…
Filomena nieśmiało włączyła się do rozmowy, oferując sąsiedzką pomoc, obiecując również dalsze zaangażowanie Klary w opiekę nad Salomonem.
Jak na razie jedynym problemem, leżącym zresztą w gestii szpitala, był fakt, że Lesio powinien dostać się  do budynku z czyjąś fachową pomocą, gdyż sam może zrobić tylko parę kroków, skacząc na jednej nodze.
– Myślę, że uda nam się zorganizować paru silnych panów z Pogotowia Ratunkowego, relacjonowała oddziałowa.
Filomena usłyszała pukanie do drzwi, kiedy akurat Lesio wyszedł do łazienki.
– Proszę, powiedziała odruchowo w imieniu pacjenta, po czym do pokoju weszła Regina. Filomena omiotła wzrokiem byłą małżonkę Lesława i pomyślała, że Regina nigdy nie nazywa byłego męża Lesiem.
– A gdzie Lesław?, zapytała Regina. Siostra dyżurna powiedziała, że dziś wychodzi do domu, dodała.
Po czym oświadczyła, że jest jedyną osobą, która może pacjentowi pomóc, ponieważ zna bardzo dobrze rozkład mieszkania, no i oczywiście też Lesława.
Filomena na przemin raz czerwona, raz blada, wykrztusiła, że Lesio zaraz wróci, a ona, Regina i tak nie jest żadną dla niego pomocą, bo po prostu nie lubi, a przecież nawet nie cierpi, kotów.
– No, to ten kot Lesława zostanie tam, gdzie teraz jest, u tej starszej kobiety, którą tu poznałam. Ma tam zresztą towarzystwo jakiegoś drugiego sierściucha.
Zamilkła, a po chwili dodała:
– No i nie wierzę, by Lesław przedkładał starego kota, ponad codzienną stałą opiekę fachowej osoby.
Na pytające spojrzenie Filomeny odpowiedziała: – Zrobiłam odpowiednie wykształcenie, dające prawo do wykonywania zawodu opiekunki, zarówno w kraju jak i za granicą…
Filomena czuła się coraz mniej pewna siebie, wiedziała z góry, że z tą kobietą nie ma żadnych szans i na pewno przegra.
Lesio w asyście dwóch pielęgniarek, podskakując na jednej nodze, znalazł się znów w pokoju.
Siadł z wysiłkiem na łóżku, spojrzał na obie kobiety i powiedział: – Regina, jak ostatnio tu przyszłaś, nie oddałaś mi klucza do mieszkania, a zanim się zorientowałem, już wyszłaś. Oddaj mi teraz, proszę, kontynuował, i po tylu latach, nie przyzwyczaj się znów do niego, no, proszę… Wyciągnął jednoznacznie, rozkazująco rękę: – Już przed laty musiałem dorabiać dodatkowy klucz, bo przy odejściu, zabrałaś go ze sobą.
Regina oświadczyła, że właśnie teraz ten klucz bardzo się przydał. Posprzątała mieszkanie, wyrzuciła niepotrzebne rzeczy po kocie, bo skoro go tam nie ma, to już i nie będzie, a teraz jest czyściutko, pachnąco, i ona będzie spała w sypialni, a on w salonie na kanapie, pościel już też zmieniona.
Kiedy skończyła, w pokoju zapadła grobowa cisza, słychać było tylko komara, który przeleciał z cienkim wizgiem. Komar w lutym, pomyślała Filomena, taka dziwna ta zima. Spojrzała na zachwyconą sobą Reginę z najwyższym zdumieniem, ale i respektem, i powiedziała: – No, no, pani to naprawdę doskonale wie, gdzie i jak się w życiu urządzić, a pan, tu zwróciła się do Lesia/Lesława, gdyby pan tej kobiety już w swym życiu naprawdę nie chciał, nie dorabiałby pan wtedy klucza, ale po prostu zmienił zamki, a nie zrobił pan tego.
W pokoju było nadal cicho. Filomena dodała więc jeszcze:
– Mam nadzieję, że będzie pan miał teraz dobrą, bo aż taaaaaaką fachową opiekę, ale gdyby pan czegoś potrzebował, służę sąsiedzką pomocą.
Wstała z krzesla i z uczuciem “wyższości Bożego Narodzenia nad Wielkanocą” opuściła dumnie pokój.
Nie była jednak wcale taka pewna siebie, jak chciała, by to zbarzmiało. Wyszła na gumowych nogach i z mgłą w oczach.
Co za lafirynda, pomyślała z wściekłością, ale on też nie lepszy, dupek żołędny.
I przysiadła, blada jak kreda, na ławeczce, stojącej na parterze, gdzie znalazła się, nie wiedząc jak i kiedy.

Od adminki:

Autorka przysłała też dwa wiersze. Zazwyczaj umieszczam jej wiersze osobno, w odrębnym wpisie, ale wydały mi się aktualne i nie chcę odkładać ich publikacji na jakiś daleki termin (a czas jest taki, że więcej piszemy, żeby opowiedzieć, żeby poczuć kontakt, żeby podzielić się tym, co myślimy, czujemy, widzimy, a to sprawia, że na blogu jest długa kolejka).

Pytanie
X
Z balkonu nieosiągalna
ręka podana komuś,
figlarny, nieśmiały całus,
spojrzenie następnego razu.
X
Na ulicy biała “burka”,
w ciszy bolących uszu,
pustka pamiętająca,
miliony oddechów.
X
Z szumem skrzydeł
wygłodzone gołębie,
gruchające ulice,
parapety okienne.
X
Powietrze czyściutkie,
kryształowo niebieskie,
przedziwna świeżość
zapowiedzią zdrowia.
X
Niebo z chmurkami
z karteczki pocztowej,
przesadnie niebieskie,
z owieczkami chmur.
X
Niesamowitość zagadki
oplątującej cały świat,
krzyczy w głowach,
początek to, czy koniec?
X
Strach Chin, Włoch,
strach wielkich miast,
strach miasteczek,
zdziwienie człowieka.
X
***
X
A mnie się marzy
X
A mnie się marzy
kwiecień piękny
bez Prima Aprilis.
X
A mnie się marzy
śmiech ludzi,
chichot dzieci.
X
A mnie się marzą
kolorowe parasolki,
z dymiącą kawą.
X
A mnie się marzy
codzienność zwykła,
ze świergotem ptaków.
X
A mnie się marzy
seledynowy, pachnący
sen o szczęściu.
X
A mnie się marzą
prawdy wyśpiewane
ptakami wiosny.
X
A mnie się marzy,
to co już mialam
ale jakoś tak inaczej.X

Korona Królowej

Dziś dwie autorki, najpierw Maria z Florencji, a potem Teresa z Wiednia. Przy czym Florencja jest w tej zapowiedzi ważna, a Wiedeń nie, bo Teresa napisała wiersz o nas a nie o Wiedniu. Proszę wszystkich innych autorów o przysyłanie tekstów o życiu podczas zarazy. Jak żyjemy, co myślimy, co czujemy, co czytamy? Opublikuję wszystkie, nie bacząc na kolejność stałych wpisów…

Maria Marucelli

Florencja w czasach koronawirusa

Zaczęło się wszystko po cichu, powoli. Najpierw, jak zresztą wszyscy, śledziliśmy wydarzenia w dalekiej prowincji Chin, bez większego zainteresowania, bo to była epidemia daleko. Później zaczęliśmy omijać Chińczyków, których tłumy przyjeżdżają do Florencji (jak również do innych miast włoskich) podziwiać zabytki i dzieła sztuki. Czy wiecie, że w 2019 przewinęło się przez Włochy 94 miliony turystów wszystkich narodowości (źródło Wikipedia https://it.wikipedia.org/wiki/Turismo_in_Italia) na 60 milionów z kawałkiem ludzi którzy tu mieszkają? To jest jeden z powodów, dla którego Włochy są epicentrum europejskim tego wirusa. Ale dosyć dygresji statystycznych, o tym wszyscy wiedzą. Później wirus zaczął się rozwijać na północy Włoch, tam wprowadzono obostrzenia i pamiętam doskonale pewien piątek, kiedy spotkałam się z moja córką przed żłobkiem jej syna i czekając, aż nas wpuszczą do środka, rozmawiałyśmy z mamusiami i babciami, że to byłaby tragedia, gdyby zamknęli szkoły w całych Włoszech! W następny piątek już wszystko było zamknięte, od żłobka po wyższą uczelnie, i to w całym kraju! Jeszcze w poniedziałek poszłam opiekować się moim wnukiem, pogoda nie była najlepsza, byłam więc z nim całe przedpołudnie w domu, wymyślaliśmy różne gry, bo trzyletni maluch jest bardzo energiczną istotką, pomysłów ma masę i gada bez przerwy. Następnego dnia okazało się, że w dalszej rodzinie mojego zięcia jest pani, której zrobiono badanie i jest pozytywna na koronawirusa! Blady strach padł na nas wszystkich, dziadkowie zostali odstawieni do własnych domów, maluchem zajmują się tylko rodzice, którzy pracują na komputerach z domu, oczywiście na zmianę, bo praca z trzylatkiem wygląda tak jak tu na zdjęciu:

W następnych dniach zaczęto wysyłać ludzi do domów z laptopami i teraz głównie odbywa się „telepraca”. Otwarte są supermarkety, sklepy spożywcze i zieleniarskie, apteki, stacje benzynowe, mechanicy i różne inne usługi, bo pralka może się zepsuć, żarówka przepalić itp. Zasadę znacie wszyscy dobrze: trzeba być NA METR od drugiej osoby! bo izolacja to jedyna metoda walki z tym wirusem.

zdjęcie z sieci

W centrum Florencji jest pusto, nie ma turystów, są zamknięte kościoły, muzea, galerie, biblioteki i archiwa państwowe z bardzo starymi i bardzo cennymi dokumentami. Po takiej Florencji chciałoby się chodzić, jest cisza i spokój, można by się napawać pięknem starego miasta, podziwiać zaułki, domy, wieże i przepiękne parki; kontemplować ze spokojem dzieła sztuki, które w przewalającym się tłumie turystów dla stałych mieszkańców są zupełnie niedostępne.
Florentyńczycy odzyskali, ale tylko teoretycznie, swoje miasto. Chciałoby się podjechać kilka przystanków tramwajem pod stację Santa Maria Novella i dojść spokojnym spacerkiem przez via Panzani i dalej via de’Cerretani dojść do Baptysterium …. Niestety nie należy wychodzić z domów, chyba że w sprawach uzasadnionych. Zamknięte są również parki i place zabaw dla dzieci (jeżeli ogrodzone). Lista zamkniętych sklepów jest bardzo długa, są na przykład zamknięci fryzjerzy i salony kosmetyczne, restauracje i bary, co dla Włochów jest bardzo trudną sprawą, bo wielu z nich jada tam śniadanie (cappuccino albo caffé to wielka tradycja oczywiście z brioches).

Bardzo miłą akcję prowadzą panie właścicielki żłobka, z mamusiami maluchów, które teraz siedzą w domu i się nudzą. Utworzyły grupę na WhatsAppie i codziennie przysyłają dzieciom a to filmiki z piosenkami śpiewanymi przez nie, a to czytane książeczki. Któregoś dnia przyszło zadanie żeby dzieci z pomocą rodziców zrobiły tęczę. Matteo zrobił kolaż przy okazji wysmarowując dwie tubki kleju – zabawa była świetna. Maluch dobrze wie, że wychodzi się tylko na trawnik pod domem, bo jest dużo kaszlu i że dziadków i resztę rodziny widuje się przez Internet.

A Florencję zobaczymy kiedyś, nie traćmy nadziei!!!

Autorka przysłała też tekst polskiego dziennikarza, mieszkającego we Florencji: GoldkornFlorencja


Z Wiednia

Teresa Rudolf

Kimże jesteś Królowo???
X

Przychodzisz najpierw
ukradkiem, żarłoczna,
chciwa, schowana
za maską zmarłych,
chorych.

X
Kim jesteś???
X
Przychodzisz teraz już
jawnie, chichocząc,
strasząc, budując
kiedyś mury chińskie,
a teraz światowe.

X
Kim jesteś???
X
Przychodzisz,
przelatujesz jak
złowieszczy ptak,
przypływasz jak
zatruta ryba.

Kim jesteś???

Kimże ty jesteś,
co wykrzykujesz
coraz głośniej,
co pokazujesz
w twym języku???
X
Masz tłumacza?
Kimże on jest?
Gnębionym zwierzęciem?
Głodującym czlowiekiem?
Płaczącą Naturą???
X
Masz tłumacza?
Kiedy się ujawni?
Powie to, co wiemy?
“Chcieliśmy mieć wszystko,
nie zostanie nam nic”
????

Sąsiedzi 12

Teresa Rudolf

Klara i koty

Klara podawała kotom, Salci i  Salomonowi, miseczki z karmą Sheba na śniadanie, które musiało być zawsze dokładnie o godzinie 7.30. Oba koty znały się na zegarze i były punktualne, jak, podobno, pociąg przed wojną.
O godzinie 7.26 siadały przed dużym, ściennym zegarem Klary, miaucząc głośno. Czuło się rosnące napięcie oczekiwania. Nie tolerowały żadnego spóżnienia, o czym Klara dobrze wiedziała, podawała im więc śniadanie punktualnie, obawiając się nieprzyjemnych konsekwencji, gdyby nie zdążyła na czas.
Salcia, normalnie kotka bardzo łagodna, gdy tylko pojawiło się drobne uchybienie czasowe, zamieniała się w kocią wiedźmę, rzucając się z pazurami na łydkę Klary.
Kobieta wiedziała już od Lesia, że Salomon zupełnia tak samo “tyka”.
Oboje byli bardzo zdziwieni, że koty były tak do siebie podobne i równocześnie tak inne od innych, a o czymś takim nikt nigdy, przenigdy nie słyszał.
Przed jakimś tygodniem, kiedy Klara odwiedziła sąsiada w szpitalu, i postanowiła poznać ze sobą oba koty, rozmawiali  intensywnie na ich temat, a szczególnie dużo mówił Lesio.
Możnaby powiedzieć, że podawał “instrukcję obsługi” pupila.
Klara opowiadała z kolei, jak przed 14 laty w zimie znalazła przed domem zawiniątko, które poruszało się i wydawało przerażające jęki. Kiedy odwinęła paczuszkę, zobaczyła najpierw zielone oczy i otwarty miauczący rozdzierająco pyszczek.
– Myślałam, że mi serce pęknie ma kawałki – opowiadała.
Lesio spojrzał na nią ze zdumieniem i zapytał: – Czy to był taki zielony worek z grubej tektury?
– A skad Pan to wie???, zdziwiła sie Klara.
– Ponieważ 14 lat temu również znalazłem kota w takim worku. Zresztą znalazłem go prawie w ostatniej chwili, bo kiedy otworzyłem pakunek, kot nie miauczał już i prawie nie oddychał. Leżał koło  śmietnika przed naszym blokiem, który na szczęście był tak pełny, że ta zielona paczka się tam nie zmieściła.

Lesio był bardzo wdzięczny sąsiadce, że zajmuje się Salomonem, bo wiedział znakomicie, że jego kot nie znosił samotności. Posiłki były bardzo ważne, ale obecność kogoś bliskiego nie mniej.
Wiedział już od Filomeny, odwiedzającej go regularnie, że kot powoli, z ogromną wyniosłością zaczął obie kobiety akceptować, a ze szczególną uwagą ocierał się o spodnie Klary, zapewne czując zapach Salci.
Oba koty zapewne były zapewne rodzeństwem, nic dziwnego więc, że wyglądały prawie identycznie, zupełnie jak kot z Whiskasa, różniły się jednak wielkością. Salomon był prawie dwa razy dłuższy, a Salcia była małą dość filigranową koteczką.
Na samym początku, gdy Klara u siebie w mieszkaniu wyjęła Salomona z kosza, oba koty spojrzały na siebie wyniośle, nastroszyły uszy do góry, a ogony uniosły się sztywno jak peryskop.
Z czasem jednak złagodniały, mowa ciała stała się spokojniejsza, futerko wygładziło, ogon opuszczony w dół poruszał się, podkreślając wzajemną ciekawość.
Klara mogla godzinami patrzeć na ich wzajemne podchody, ale też, nieoczekiwane z puktu widzenia czlowieka, gwałtowne odrzucenie bez żadnego  powodu, walnięcie łapą lub warknięcie, czasem niewiele różniące się od psiego.
Dzisiaj były jednak przyjaźnie do siebie ustosunkowane, lubiły Shebę, śniadanie przebiegało więc dość harmonijnie.
Klara rozrzewniona patrzyła na oba koty, uśmiechając się do samej siebie.
Salcia pierwsza skończyła posiłek, po czym wskoczyła na kolana swej pańci.
Salomon obrócił się od miski i zobaczył Salcię na kolanach Klary.
Włos mu się zjeżył, a potem kot z  żalem w oczach spojrzał to na Salcię, to na Klarę i odszedł, głośno miaucząc, zawodząc prawie jak małe dziecko, po czym schował się za kanapę.
Do jego płaczu dołączyła się Salcia, zeskoczyła z kolan Klary i również zniknęła za kanapą.
Klara już wszystko wiedziała, “on tak bardzo tęskni za Lesiem”, pomyślała i zrobiło jej się bardzo Salomona żal.
A potem zrobiło się jej jakoś też tak samej siebie żal, coś krzyczało w niej, coś tak zawodziło, prawie po kociemu, nie umiała tego odczytać.

 

Sąsiedzi 11

Teresa Rudolf

Regina

W szpitalu policyjnym, na trzecim piętrze, korytarzem podążała pewnym, prawie żołnierskim krokiem szczupła, średniego wzrostu, rudomiedzianowłosa kobieta, około pięćdziesiątki. Ubrana była w czarne wąskie spodnie i czarny obszerny płaszcz, a wokół szyi miała luźno okręcony, pomarańczowoczarny szal.
Na pierwszy rzut oka można by pomyślec, że to tylko przeciętna kobieta, idąca właśnie odwiedzić kogoś chorego.
Po uważniejszym przyjrzeniu się widać było jednak zacięty wyraz twarzy, a interesujące szmaragdowe oczy były kompletnie nieobecne, zamyślone, było wręcz dziwne, że kobieta w ogóle coś widzi i tak pewnie podąża w określonym celu.
Po drodze zatrzymała przechodzącą pielęgniarkę i zapytała, gdzie leży pan Lesław M.
Siostra oddziałowa, pani Zofia, wskazała drzwi, mówiąc:
– Akurat właśnie stoimy przed jego pokojem, ale uprzedzam, pacjent jest ciagle na silnych środkach przeciwbólowych, dużo śpi, no i właśnie w tej chwili również… A można wiedzieć, kim Pani jest, żeby można było mu powiedzieć, kto przyszedł do niego w odwiedziny?
– Jestem byłą żoną Lesława, nazywam się Regina M. Wejdę jednak, może się akurat obudzi.
Weszła i zobaczyla Lesia w bandażach i gipsach. Twarz miał całą zabandażowaną.
Zapytała cichym, dość niskim głosem: – Śpisz?
Nie otrzymała jednak żadnej odpowiedzi. Usiadła na krześle stojącym przy łózku.

Klara i Filomena szły korytarzem prowadzącym do pokoju Lesia.
Uslyszały głos oddziałowej:
– Poczekajcie Panie, chcę uprzedzić, że Pan Lesław ma gościa o imieniu Regina, czyżby to była ta kobieta z jego koszmarnych snów???
Sąsiadki spojrzały na siebie ze zdumieniem, Filomena pobladła, a Klara dostała rumieńców.
Nie wykrztusiły ani słowa i jak dwa roboty poszły dalej.
Przed salą Lesia stanęły i ponownie krótko spojrzały na siebie..
Klara powiedziała tylko szorstko: – Damy radę!
I weszły…
Zobaczyły Reginę, siedzącą przy łóżku Lesia.
Filomena nie wytrzymała napięcia na widok tej kobiety, tak ważnej kiedyś w życiu pana Lesia, a obecnie znęcającej się nad nim, we snach i we wspomnieniach na jawie.
– Ach, to paaaaani… Tak sobie właśnie Panią wyobrażałam, powiedziała i spojrzała z nieukrywaną niechęcią na rudowłosą intruzkę.
Klara rozbawiona pomyślała:
Ach… skąd ja znam to “powłóczyste spojrzenie” Melci… oj, będzie się działo, oj będzie…
Regina, zdumiona popatrzyła pytająco na “dwie jakieś wredne baby”. Wstała z krzesła i przedstawiła się wyniośle:
– Regina M. była, ale ciągle zaprzyjaźniona z nim, żona obecnego tu Lesława M.
– No, to chyba się Pani troszkę w głowie z tą przyjaźnią pomieszało, powiedziała Klara. Miejmy nadzieję, że Lesio, jak się zbudzi, nie zejdzie nam na zawał serca, jak panią w naturze tu zobaczy, chyba profilaktycznie pójdę już po siostrę oddziałową. Klara mówiła coraz głośniej.
W tym momencie Lesio otworzył oczy. Były niewidoczne, ale usłyszały jego głos, a raczej ciche syknięcie: – Znów te koszmary, znów ta Regina, co to za jakiś obłęd… Znów te rude wlosy, która z nich obu mi się w tej mgle tu pokazuje… Chyba zwariuję, szeptał…
Filomena zwycięsko spojrzała na swą przeciwniczkę i powiedziała
– No, to teraz szybciutko zjeżdżaj, moja miła, i żebyś się tu więcej nie pokazywała, dodała.
Ale tu już trafiła kosa na kamień.
Regina, cedząc słowa, odezwała się wyniośle:
– A kimże ty jesteś, kobieto, by mi tu rozkazywać, znamy się, a skąd to ty???
Przemowę jej przerwał zupełnie obudzony już Lesio:
– Chryste Panie, Regina, ty tu jesteś naprawdę!? Po czternastu latach!? Znów chcesz mi rozwalić życie??? Czegoż ty tu chcesz?
– Czytałam w gazetach o tym nieszczęściu, które cię spotkało, więc w imię naszej dawnej miłości szybko tu przybiegłam. Może czegoś potrzebujesz???, pytała.
– Zawsze, kiedy wkraczasz w moje życie, przynosisz mi pecha, proszę zostaw mnie w spokoju, kobieto…
– Chciałabym jeszcze odebrać od ciebie też nasz album ze zdjęciami ze Stanów, z tych naszych dobrych czasów…
Klara i Filomena przysłuchiwały się tej pełnej napięcia rozmowie, aż w końcu Klara nie wytrzymała:
– Przepraszam, że państwu przerwę, pogadacie sobie później, chciałabym, panie Lesiu, donieść, że Salomon już je, a nawet wyjada również Salci z jej miski, na co mu ona zresztą pozwala, ale ja nie, bo ona schudła już około kilograma, a on właśnie o dwa kilo przytył, powiedziała, uśmiechając się figlarnie i ciepło.
Regina skwitowała natychmiast jej wypowiedź, kierując się do Lesia: – Aaaach, to o tego twojego  kota chodzi, tego wstręciucha, a jest jeszcze jakiś drugi? Ty naprawdę zwariowałeś??? To już taki stary kocur, cud, że on  jeszcze w ogóle żyje!!!
Lesio odpowiedział nerwowo i coraz głośniej, prawie krzycząc:
– Regina, idźżesz ty wreszcie, skąd przyszłaś, pewnie chcesz się teraz przykleić do mego odszkodowania, ty pazerny, chytry babsztylu!! I odstawiasz mi tu jakiś teatr z dawnymi sentymentami… Filomeno, byłabyś tak dobra? Wyprowadź tę kobietę i zamknij za nią drzwi.
Regina ironicznie spojrzała na rywalkę i nie omieszkała powiedzieć:
– Ale w rudych, jak już kiedyś zagustowałeś, tak ci zostało, co?
Filomena z wyższością odpowiedziała za Lesia:
– Kolor włosów można zawsze zmienić, ale tak skrajnie parszywego charakterku, to nie bardzo.

Sąsiedzi 10

Teresa Rudolf

Śpiący Lesio…
Filomena z Klarą cichutko weszły do pokoju szpitalnego, w którym leżał biedny, pobity Lesio.
Lesio spał, a oczom odwiedzających było dane oglądać go ciągle w bandażach i gipsach (ręka i noga leżały trochę wyżej niż reszta ciała, na jakichś metalowych rurkach).
Panie były tu już trzeci raz, miały nadzieję, że czegoś wiecej dowiedzą się o jego stanie zdrowia, o samopoczuciu psychicznym, miały też niezmiennie dużo pytań, dotyczących Salomona, który mało jadł, nie “odzywał”, czyli o nic nie prosił, nie narzekał, nie miauczał, po prostu z nikim się nie komunikował.
Klara nazwała ten stan apatią, w wyniku zniknięcia Lesia, “a przecież kotom nigdy niestety nie wytłumaczysz, co i  dlaczego”…
Kobiety stały przy łóżku śpiącego wciąż Lesia i patrzyły zaskoczone na uśmiechniętą, a nawet można by powiedzieć wręcz roześmianą twarz chorego.
Nagle kołdra na lewej nodze, w okolicy stopy zaczęła poruszać się rytmicznie.
– On chyba tańczy, albo słucha muzyki, skwitowała to rozbawiona Filomena.
Niespodziewanie usłyszały zrozpaczony i wystraszony głos Lesia:
– Regina, ty znowu tu, miałaś przeeeeeeecież wyjechać do Polski!!!!!, krzyczał.
W jednej sekundzie twarz mu się zmieniła, nie było już ani uśmiechu, ani radości, jedynie grymas niewypowiedzianego bólu.
– Kobieto, zejdźże mi wreszcie z nogi, krzyczał zupełnie wyraźnie Lesio.
Sytuacja zaczęła się komplikować.
– Idę po siostrę, jego musi któraś z tych nóg boleć, powiedziała Klara i wyszła z sali.
Filomena przyglądała sie Lesiowi, myśląc znów o tym, jaką zołzą musiała być owa Regina, że mu się wszędzie pojawia, nawet tutaj, w szpitalu.
Klara wróciła, a wraz z nią przyszła pielęgniarka dyżurna, która poinformowała je, że pan Lesław otrzymuje obecnie silne środki przeciwbólowe, dzięki którym może się też wreszcie troche wysypiać.
– Ależ on ma jakieś koszmarne sny, krzyczy, prawie płacze, mówiły jedna przez drugą poruszone sytuacją sąsiadki.
– Mówi o jakiejś Reginie, tak? To musiała być jakaś straszna historia, bo się na nią ciągle denerwuje, powiedziała siostra i wyszła z pokoju.
– Trzeba go obudzić, niech się już tak z tą rudą małpą dłużej nie męczy, zdecydowała Klara i zrobiła się nagle jak maki czerwona, spojrzawszy na czerwonopomarańczowe włosy Filomeny.
– Ależ mi się znów coś głupiego wyrwało, najmocniej panią przepraszam, pani Filomenko, mówiła dalej.
– Nie szkodzi, nie każda ruda musi być zaraz małpą, jak i nie każda kobieta musi mieć zawsze takt – skwitowała sprawę Filomena.
Klara zmieszana chwilowym napięciem dodała: – No, niechże się pani nie gniewa, ja naprawdę jestem cięta na tę… “rudą małpę, Reginę”, powiedziały równocześnie i obie się głośno roześmiały.
Lesio, właśnie zaczął się budzić i spoglądał zdziwiony na obie sąsiadki. Nagle cicho zapytał: – Czy była tu moja ex, Regina, bo Panie coś o niej mówiły?
– Ależ nie, ona się Panu chyba śniła, bo Pan coś do niej bardzo krzyczał, odpowiedziała Filomena.
– Ach tak… Najpierw mi się śniło, że znów byłem w Stanach, graliśmy z moją grupą country na jakiejś ogromnej imprezie, śpiewała z nami kobieta, była bardzo podobna do pani Filomeny, było mega sympatycznie, pięknie, lekko i nagle weszła na scenę Regina i panią wyrzuciła, spojrzał z niepokojem na Filomenę. Zrobiła się awuntura, bo Regina zaczęła krzyczeć, że jest moją żoną, choć przecież już dawno nie jest.
– O Jezu, ale miał Pan pecha, kurczę pieczone, dwie rude, na jednej scenie?
– No chyba wrócę do moich blond włosów, powiedziała Filomena. Takie to życie skomplikowane, a przecież mogłoby wreszcie stać się  jak motyl lekkie.
Lesio popatrzył na nią ciepło i zapytał: – A jak tam Salomon, dał się już polubić?
– On tak, ale my chyba nie bardzo, powiedziała Klara. Nie podchodzi do nas, na Filomenę w ogóle nie spojrzy, idzie od razu do miski, ale je niewiele. Aaaaa, a czy on kiedykolwiek widział innego kota? Może by się z moją Salcią zaprzyjaźnił?
Lesio zamyślił się i po chwili odpowiedział: Myślę, że Pani Filomena mu Reginę przypomina, pod koniec naszego małżeństwa się jeszcze poznali, a jeśli chodzi o koty, to Salomon widział tylko sam siebie w lustrze w przedpokoju, i nawet się sobie spodobał.

– A więc Salcia będzie od zaraz jego lustrem, stwierdziła Filomena.

Sąsiedzi 9

Teresa Rudolf

Salomon

Klara i Filomena otwierały w milczeniu drzwi do mieszkania Lesia na trzecim piętrze. Nie rozmawiały jednak o tym, czego się spodziewają. Klara była ciekawa, jak daje sobie radę samotny mężczyzna i jaki jest też ten Salomon, uśmiechający się z pudła Whiskasu, będący równocześnie kopią Salci.
Filomena była również  bardzo ciekawa mieszkania Lesia, ale myślami bardziej była przy nim w szpitalu.
– Co on z tą jakąś Reginą musiał przeżyć, że aż się tak wystraszył możliwości jej odwiedzin, toż to musiała być jakaś straszna zołza, pomyślała.
Poczuła nagle nastrój dawnych, dramatycznych rozstań… odchodzeń, przychodzeń,
a też i rozdrażnienie, niewytłumaczalny niepokój, smutek sączący się nie wiadomo skąd.
Kobiety weszły do środka
Klara szybko otworzyła okna, komentując:
– Biedna kicia, nie ma kto kuwety wyczyścić, piasku nasypać, no więc jak tu ma nie śmierdzieć?
Ale gdzie on teraz jest? Gdzie się schował? Najpierw damy mu coś do jedzenia. Kupiłam Shebę z łososiem…
Może ze względu na sam zapach już z kąta wyjdzie?
W dużym pokoju w kącie stały trzy  puste miski, jedna na wodę, jedna na jedzenie miękkie i wilgotne, jedna na pokarm suchy.
Klara napełniła wszystkie trzy miseczki. Usiadły z Filomeną na kolorowej kanapie, kolory były nienachalne, stonowane. Usiadły i czekały na kota.
Była godzina 18.00, o tej porze dostawał kolejny posiłek.
Czyli nie było żadnego uchybienia ze strony pań, poza jednym zasadniczym: nie były Lesiem.
– Miau, miau, kici, kici, wołały jedna przez drugą…
Ale kota, jak nie było, tak nie było.
– Ale gdzie on może być?, niecierpliwiły się Klara i Filomena…
– Wyczyszczę kuwetę, powiedziała Klara i zabrała się natychmiast do pracy, rutyna rzuciła się natychmiast w oczy.
Filomena natomiast zaczęła rozglądać się po mieszkaniu. W pokoju znajdowały się nowoczesne, jasne meble z Ikei, stół, krzesła, proste, lekkie, na stole jasnosłoneczna serweta lniana, komponująca się świetnie z jednym z kolorów szmaragdowo-łososiowo-żółtej kanapy. Na stole stały tulipany, również łososiowego koloru, jeszcze w zupełnie dobrym stanie.
Ogólnie rzecz biorąc, pokój był, zdaniem Filomeny, skromnie, ale gustownie urządzony.
Nie było nigdzie popielniczki, czym jako palaczka, kończąca z nałogiem od lat, akurat nie była za bardzo zachwycona.
– Cholera, co to za facet, powiedziała głośno do Klary, która właśnie wróciła z pół przymkniętego balkonu, gdyż także i tam szukała Salomona.
Ale kota nie było. Spróbowała sobie wyobrazić, co zrobiłaby Salcia, gdyby ktoś obcy dziś do nich przyszedł.
– Wiem, krzyknęła odkrywczo, kanapa od tyłu!
Kobiety odsunęły kolorową, wygodną, jak stwierdziły zgodnie kanapę i zobaczyły dziurę w płótnie tylnej  ściany.
– Coś takiego, naprawdę jak Salcia, czyli, że wszedł do szuflady na pościel…, miejmy nadzieję, że Lesio nie trzyma jej tutaj…
Klara wyciągnęła szufladę z przodu, Filomena pilnowała dziury z tylu..
– Przecież musi coś jeść, pić, do kuwety iść, biedne, przerażone stworzenie, jak mu powiedzieć, żeby się nie bał, bo Lesio wyjdzie z tego???, mówiła Klara.
Filomena również bezradnie stała za kanapą.
Zgodnie z przepowiednią Klary, w pustej  szufladzie na pościel, siedział zwinięty w kłębek, ale nastawiony bojowo, więc prychający, kompletnie zdezorientowany Salomon.
– Salomon, chodź kotku do nas, musisz coś przeciez zjeść, twój Lesio niedługo przyjdzie, a teraz ciocie się tobą zajmą, obłaskawiała kota Filomena.
Kot nawet na nią nie spojrzał, co ją nieco zmroziło i pohamowało w zalotach.
Nie znała kotów, rodzice mieli ostatnio psa, Kajtka, który ciagle bez powodu szczekał i był dlatego kością niezgody między nimi i pania Klarą.
– Ależ to było wszystko bez sensu, tak dawno, naprawdę wszyscy zwariowali wtedy i to tyle lat, pomyślała i spojrzała uważnie na Klarę.
Tymczasem  Salomon wziął rozpęd i wyskoczył łukiem z szuflady, prawie pod nosem Klary.
Najpierw pobiegł do kuwety, gdzie po ważnych czynnościach, zaczął wszystko zagrzebywać, a wyglądało to tajemniczo, trwało długo i jeszcze powtórzyło się parę razy.
– Co on tak tam zagrzebuje, spytała Klara, Salcia wszystko załatwia szybciutko, grzebie krótko i gotowa, cała w skowronkach, wraca do pokoju.
Salomon jeszcze ciągle coś zagrzebywał, wyglądało na to, że ten rytuał nie ma końca.
Wreszcie z podniesionym ogonem i zmierzwionym futerkiem, jakoś tak bokiem, podszedł do swoich misek. Napil się wody, zjadł parę suchych keksów, ale mokrą karmę z uporem maniaka starał się zagrzebać prawie pod parkiet!
– Oj kiepściutko, kiepściutko, prawie równocześnie powiedziały samozwańcze ciotki Salomona.

Smutne wiersze

Teresa Rudolf

 

Jakim prawem

Jakim prawem, jakim prawem
uderzasz psa, bo masz zły dzień,
a masz go codziennie?

Jakim prawem, jakim prawem
kot staje się petardą
wybuchającą w Sylwestra?

Jakim prawem strzelasz
bydlaku do lecących ptaków,
uciekających zwierząt?

Jakim prawem prawie zabijasz,
twego sąsiada Araba, bo uciekł
spod łopaty, by wpaść pod twoją?

Jakim prawem katujesz dziecko,
które umiera, bo głośno płakało,
kiedy ty bez opamiętania piłeś??

Jakim prawem zdradzasz ją,
i znęcasz się nad nią, kiedy
cię na tym drańswie przyłapie?

Jakim prawem okradasz,
biedniejsiejszych od siebie,
sam śpiąc na grubej forsie?

Jakim prawem udajesz
lekarza, księdza, polityka,
będąc zwykłą szują?

Jakim prawem, jakim prawem,
odpowiedzcie mi potwory,
zanim was, każdego z osobna
i tak diabli wezmą!!!!!

Marzenie

Biały ptak  w błękitnym szalu
pruje powietrze,
leci nisko, krąży, krąży,
gdzie by tu usiąść?

Biały ptak w błękitnym szalu,
pruje powietrze,
leci, leci bardzo wysoko,
ogląda malutki  świat.

Biały ptak w błękitnym szalu,
pruje powietrze,
leci nad oceanami,
siada na szczycie gór.

Biały ptak w błękitnym szalu,
siedzi na szczycie góry,
czuje podmuch powietrza
trzepoczący białą kopertą.

Biały ptak w błękitnym szalu
zasypia głęboko, zmęczony,
a wiatr pruje powietrze
z kopertą Gołąbka Pokoju…


Muzykę do wierszy dobrała autorka

Sąsiedzi 8

Teresa Rudolf

Co się stało, pani Klaroooo??????

Pani Klara zaczęła dzwonić i bębnić do drzwi Filomeny ze zdenerwowaniem i ogromną niecierpliwością.
Spotkała się ze zdumieniem, ciekawością i potępieniem, w oczach schodzącej schodami sąsiadki z trzeciego piętra (wszyscy w kamienicy wiedzieli o wzajemnej antypatii obu kobiet).
Pani Klara trzymała w ręku dzisiejszą gazetę, z jakmś dużym zdjęciem na stronie tytułowej, czego jednak kobieta już nie zdążyła dokładnie zobaczyć.
Drzwi otworzyły się i zdumiona, zaspana Filomena zapytała:
– Czy cooooooś się stało, pani Klaro???
Klara wparowała bez zaproszenia, rozstrzęsiona, do mieszkania Filomeny.
Siadła zadyszana w kuchni na krześle, pokazując gazetę i zdjęcie na stronie tytułowej, jąkając się wykrztusiła:
– To przecież naaaaaasz Lesio, niech pani spojrzy tylko…
Filomena zobaczyła na zdjęciu Lesia w łóżku szpitalnym. Miał obandażowaną głowę, prawą rękę i nogę całkowicie zagipsowane.
– A skąd pani wie, że to naaaaaasz Lesio? Jak go pani rozpoznała? A może to ktoś inny? Wygląda toto jak jakaś kukła, a nie jak naaaaaasz pan Lesio!
– No to niech pani głośno czyta!
Filomena przeczytała wyraźnie tekst, z którego wynikało, że bardzo poważany  w Krakowie detektyw, Lesław M. lat 50, po ukończeniu ważnego zadania, wracając w nocy do domu, został przed bramą napadnięty przez napastników, pobity do nieprzytomności i znajduje się obecnie w  bardzo ciężkim stanie, w szpitalu policyjnym. Na szczęście, został szybko po zajściu znaleziony przez przejeżdżający patrol, bo inaczej być może umarł by z wychłodzenia, w nocy były bowiem temperatury minusowe.
Obie panie spojrzały na siebie i wrzasnęły rownocześnie: SALOMON!
Jedna przez drugą przeganiały się w czarnych scenariuszach, co stanie się dalej z Lesiem i czy z tego wyjdzie, że kto by pomyślał, że to detektyw, a nie akurat “ojciec chrzestny” jakiejś mafii w Krakowie… No i Salomon sam, głodny w domu…
Przypominały sobie, jak źle mówiły i myślały o Lesiu, kiedy usłyszały jak lekceważąco on się wyraża o nich obu.
– Jedziemy do szpitala, zadecydywała  energicznie Filomena, mając łzy w oczach.
– Oczywiście, zabiorę tylko dokumenty, a i pani też niech nie zapomni, krzyknęła jeszcze Klara i wybiegła. – Spotkamy się na dole, przed bramą, dodała.
Filomena szybko się umyła, ubrała i zrobiła makijaż, pobijając, jak się jej wydało, dochczasowy swój rekord w podobnych sytuacjach.
Zdążyła jeszcze wysłać jakieś bardzo ważne, roczne zestawienie do znanej krakowskiej firmy, dla której od pięciu lat pracowała. Była samodzielną, cenioną ekonomistką, pracowała w domu, gdzie miała nowocześnie wyposażone biuro.
Zbiegła szybko na dół i stanęła gotowa przed pania Klarą, która, przyglądając się jej dokładnie,  przywitała ją ponownie, tym razem słowami:
– Ależ osioł z tego Lesia, przed nosem marnuje mu się taka ładna, atrakcyjna kobieta, oboje jesteście  przecież sami… ach, machnęła ręką, może życie wie najlepiej, co robi, po co się w to wtrącać? Już sama nie wiem, ale…, znów machnęła ręką, z taką miną, jak gdyby się właśnie ugryzła w język.

Dotarły do ogromnych drzwi wejściowych szpitala i spojrzały na siebie niepewie, nie bardzo wiedziały, co powiedzą, kim są dla Lesia, gdyby padło takie pytanie i miało być warunkiem wpuszczenia ich do pacjenta.
Od portiera dowiedziały się, że Lesław M. leży na trzecim piętrze, niedaleko pokoju pielęgniarek, tak by w razie czego mogły natychmiast reagować, “gdyby się coś działo”.
Od kiedy go tu przywieziono, był pępkiem, no, może nie świata, ale na pewno oddziału chirurgicznego.
Rano była już tu telewizja, gazeta regionalna, mnóstwo kolegów detektywów z innych grup parnerskich.
Lesio był jednym z nielicznych, bardzo doświadczonych detektywów, pracujących w pojedynkę, a tylko czasem, w niektórych, skrajnych przypadkach, potrzebował pomocy umundurowanych policjantów.
Na jego doskonałą reputację składało się wiele czynników: biegła znajomość języka angielskiego (z akcentem amerykańskim), sympatyczna, atrakcyjna, ciągle młodzieńcza i nie wzbudzająca najmniejszych podejrzeń powierzchowność oraz duże doświadczenie w samodzielnej pracy, z wyjątkowym talentem do podejmowania szybkich decyzji.
Ostatnio jednak, coraz częściej w jego kręgach słyszano, jak przebąkiwał coś o gotowości zrezygnowania z zawodu, gdyż po 15 latach czuje się już kompletnie wypalony, wyczerpany, a nawet jakby popadł w depresję.
Na Zachodzie stan takiego samopoczucia, fizycznego i psychicznego, zwany jest “Burnout” i nie wróży nic dobrego.
Filomena i Klara, po dłuższej dyskusji przekonały oddziałową, wylegitymowały się i podpisały deklarację, podkreślając, że są najbliższymi osobami pacjenta, które muszą się teraz przede wszystkim zająć jego kotem, Salomonem. Potrzebują od niego kluczy do mieszkania i pozwolenia na opiekę nad zwierzęciem.
Pielęgniarka zgodziła się, jednak pod warunkiem, że będzie asystować przy tej rozmowie, która musi być krótka, gdyż pacjent jest dopiero co, od godziny przytomny, ale ciagle w bardzo ciężkim stanie. I nie mają się niczemu dziwić, gdyż przed  jego drzwiami stoi dla ochrony dwóch policjantów, którzy również muszą być obecni przy rozmowie.
Po wejściu do pokoju Lesia, kobiety oniemiały z szoku, gdyż zdjęcie w gazecie, na którym go zobaczyły, nie oddawało całego rozmiaru tragedii.
Lesio spod pół przymkniętych oczu i bandaży spojrzał na nie i wymamrotał:
– Regina, ty tutaj, a po co? Jezus Maria, a po co? Czy ja  już umieram?, wyjąkał.
Obie kobiety spojrzały na siebie, nie rozumiejąc, o co chodzi.
– Panie Lesiu, to my, Klara z Filomeną, sąsiadki, czytałyśmy dziś, co się stało i przybiegłyśmy, by zapytać, czy  w czymś pomóc, czego Pan tu potrzebuje, no i trzeba się zająć Salomonem.
Jak by Pan wolał? Mamy chodzić do niego do mieszkania, czy też mam go zabrać do mnie, gdzie poznałby Salcię. Salcia wygląda dokładnie tak samo jak Salomon, podejrzewamy nawet z Filomeną, że to może być rodzeństwo.
Kobiety czekały na odpowiedź, przyglądając się w napięciu Lesiowi, który wykrztusił:
– Aaaaa, to panie, gdy zobaczyłem kolor włosów pani Filomeny, przestraszyłem się, że to moja była żona, Regina stoi tu nagle, z jakąś obcą kobietą, słabo widzę jakoś teraz… A to chwała Bogu, że to Panie… Klucz jest zawsze w mojej małej torbie na ramię, o Boże, Salomon… Proszę się nim zająć, jakoś mi słabo…
– Panie muszą już wyjść, to za dużo emocji dla pacjenta, energicznie powiedziała siostra oddziałowa, popychając je lekko w stronę drzwi.

List do EMS

Teresa Rudolf
Ewuniu, po głowie mi chodzi ten Twój wpis pt. “Dwie siostry“…
Z jednej strony dlatego że ma w sobie tyle ciekawych informacji “historyczno-estetycznych”:
piękne rzeźby, ładne zdjęcia, przemijanie zamknięte w twórczości artystów tamtych epok, w fotografiach dzisiejszych, a z drugiej strony też z tego powodu, że na  początku napisałaś o zniknięciu  miliardów blogów.  Tu  przypomniała mi się też Twoja kuzynka z Kanady i uratowany przez Ciebie jej wpis o Żebraku…
A wiesz, co mi przyszlo JESZCZE  dziś do głowy?
To, że to, co my robimy, na Twoim blogu, to są rysunki na piasku, czasem zatrzymają się przy nich przypadkowi przechodnie,
czasem nawet ktoś dopisze tam jakąś uwagę, ktoś obcy, ktoś znajomy…
no i ktoregoś dnia przyjdzie silniejszy wiatr i wszystko to zdmuchnie.
Gdy sobie to wyobrażałam, zakradły mi się dwa uczucia:
– niesamowita lekkość i przyjemność rysowania na piasku,

– a z drugiej strony trochę też smutek przemijania wszystkiego.

I niestety przyszło mi do głowy coś całkiem jeszcze innego, naprawdę przerażającego:
w Australii “przeminęły z ogniem”, w męczarniach miliardy zwierząt i wiatr rozwiewa ich popioły po świecie.

Jak rysunki dziecinne na piasku…
Jakże względne jest więc to przemijanie i jego sens lub bezsens?…
Przeminęło tyle bardzo ważnych i mniej ważnych ludzi, zjawisk, tyle dookoła bezsensownych ofiar  spowodowanych przez innych.
Oni nie rysowali i nie rysują na piasku, lecz ryją w kamieniu…
I na nich nie wystarczy wiatr, wicher, lecz huragan, który i tak  nie da odfrunąć ich czynom, gdyż nie są niewinne jak rysunki na piasku….


Przemijanie z wiatrem

Te dawne, takie różne
rysuneczki na piasku,
piaskowe zameczki,
ulatujące z wiatrem.

I te piaskowo-miłosne
ze strzałami Amora,
ulatujące z podmuchem
nieobliczalnych wicherków.

Rysunki na  piasku życia
rozwiewający ciągle wiatr,
frunące myśli, uczucia ulotne,
wspomnienia i na zegarze czas…

Na ziarnach piasku mego życia,
rysuję dziś tutaj mój smutek,
bezbrzeżny płacz, nad popiołami
kangurów i misiów koala.

Uwaga adminki: wstawiłam ten wpis na bloga w niedzielę 9 lutego, wieczorem, nadchodziła noc Oskarów i niezwykłej śnieżnej pełni księżyca, a przez Niemcy leciał dziki gon, nazwany przez meteorologów huraganem Sabina.