Spiskowe wizje świata

Ewa Maria Slaska

Wszyscy ich znamy, wyznawców teorii spiskowych, których zawsze i wszędzie jest pełno, ale właściwie zazwyczaj obracają się w kręgach odległych od naszego świata i o tym, w co oni tak naprawdę wierzą, dowiadujemy się z plotek, mediów społecznościowych lub z prasy. Tylko znienacka zaskoczy nas coś nowego, na przykład teoria o wyziewach samlotowych, które mają nas zatruwać, a robią to bogaci. Ależ oczywiście, odpowiadamy, wyziewy kerozyny są trujące, a latają jednak przede wszystkim bogaci, to bogaci więc nas zatruwają. Ale pełen politowania wzrok rozmówcy od razu poinformuje cię, że twój poziom myślenia odpowiada rozwojowi intelektualnemu hydry vulgaris. Bo bogaci, tu się chętnie wymienia jednym tchem Trumpa i Madonnę, dodają do zwykłej kerozyny jakieś coś nie wiadomo co, od czego pomrzemy.
– A oni?, pytam.
Okazuje się, że “oni” nie, bo “oni” mają podziemne miasta i będą tam żyli długo i szczęśliwie, podczas, gdy my na powierzchni zginiemy w męczarniach, co oczywiście niestety nie jest wykluczone.
Coś mi gdzieś migocze, coś pamiętam, jakiś absurd i nagle wiem – Borat i Minionki! No dobrze, każdy widział, zresztą Borat i Minionki są tylko jakąś komiczną wersją klasycznych thrillerów S-F, gdzie zawsze jest jakiś “bogaty”, który chce zawładnąć światem.
I w to ktoś wierzy na serio? Wstaję rano, myję zęby, i wierzę w jakiegoś starca z gór? Idę do sklepu, kupuję jarzyny, siekam włoszczyznę na rosół i wierzę w złą Gru? No, come on, baby.

Ilość spiskolubców wzrasta w chwilach szczególnych, na przykład po 11 września 2001 roku, albo teraz, w czasach pandemii. Spiskolubcy mnożą się tak licznie, że pojawili się nawet w kręgu najbliższych znajomych. Opowiadają wszyscy to samo. Pandemii nie ma, na coronę nikt nie umarł, to zwykła grypa, nosisz maskę, czyli się boisz, haha, ja się nie boję, bo to wszystko wymysł bogatych, którzy zarazili cały świat, żebyśmy pomarli, i będą nas wszystkich szczepić, wszczepią nam chipy i będą nas śledzić przy pomocy G5, a sami zamieszkają w podziemnych miastach (znowu!), gdzie będą się zaprawiali narkotykiem, który produkują z adrenaliny wydzielanej przez mózgi torturowanych dzieci… Z tymi dziećmi to już w ogóle tragedia, porywają je na seks, na adrenalinę, na organy (Rockefeller w chwili śmierci miał siedem serc! – Jak to siedem serc? pytam – No, po kolei, siedem przeszczepów. -Aha.) Oczywiście poszczególne części tej teorii przeczą sobie nawzajem, bo albo pandemii nie ma, albo wszyscy wymrzemy, albo jednak nie pomrzemy i będą nas szczepić, albo nie ma wirusa albo to maszty G5 go rozsiewają… Przedtem nie znałam nikogo, kto wierzył w takie bzdury, teraz nagle jest ich wokół mnie co najmniej czworo. Dorośli ludzie, wykształceni. Ale jak już myślę, że to rodzaj pandemicznej paranoi, bo to przecież niemożliwe, to moi bliscy znajomi, ba, może nawet przyjaciele, nagle wylewa mi się pod nogi wiadro pomyj. Cała czwórka nie poszła na wybory, bo Duda to komuch finansowany przez Amerykę, a Trzaskowski to komuch finansowany przez Chińczyków…

Mam was wszystkich dość, wy wszyscy, spiskolubcy, antyszczepionkowcy, płaskoziemcy, rodzimowiercy i reptilianowiercy, antypandemiści i antymasztowcy, ale ponieważ z kolei jako pisarka wiem, że ludzie potrzebują opowieści, a jako archeolożka, wiem również, że nigdy nie wiadomo, co jeszcze skrywa ziemia, opowiem wam teraz historię tisulskiej księżniczki. Może spodoba wam się bardziej niż historie, które w kółko powtarzacie.

Proszę bardzo, oto ona. Jest piękna, młoda, ma co najwyżej 25 lat, śliczne ciemnoblond włosy, które wciąż rosną, i równo obcięte paznokcie, które jednak nie rosną. Ma otwarte oczy, ale śpi snem hibernetycznym. Jest mumią, ale jest żywa. Ma 800 milionów lat. Jest kosmitką, ale ma genotyp w 100% ziemski. Ma na sobie śliczną białą koronkową sukienkę haftowaną w kwiaty, której po dziś dzień nikt na Ziemi nie potrafi(łby) wyprodukować. Spoczywa w ogromnym marmurowym sarkofagu wypełnionym różowobłękitnym płynem, który przypomina składem wyciąg z…. czosnku i cebuli. Została znaleziona pół wieku temu na Syberii w pokładach kopalni węgla i po kilku dniach zarekwirowana przez sowieckie służby bezpieczeństwa. Reszty dowiecie się z poniższego filmiku, ale zanim zaczniecie oglądać, powiem jeszcze, że ze wszystkich szczegółów tej opowieści najbardziej wzruszyły mnie czosnek i cebula. Taki swojski element najbardziej spiskowej ze spiskowych opowieści.

Poezja – Poetry – Poesie – Poésie – Поэзия: Marsylianka

I naprzód…

Ewa Maria Slaska

W 231 lat później

Od razu uprzedzam wszystkie pytania: nie wiem, dlaczego Marsylianka. Choć akurat dziś można by pomyśleć, że wiem i to jak! Ale nie. Pojawiła się pewnego wiosennego dnia, czyli już jakiś czas temu i od tej chwili nie odstępuje mnie nawet o krok. Przypomniało mi się wtedy, że coś o niej wiem, bo przeczytałam to w jakiejś powieści, jednej z tych, jakie się czyta w niemieckim szpitalu, zanim ktoś z przyjaciół cię nie odwiedzi i nie przyniesie czegoś sensownego. Są to z reguły potwornie stare powieścidła, wysortowane ze zbiorów bibliotecznych. Według tejże powieści, a nie pamiętam ani jej autora, ani tytułu, pieśń została ułożona dla ochotników z Marsylii wyruszających na pomoc Rewolucji, która 14 lipca 1789 roku wybuchła w Paryżu, a która potem nazwana została Francuską.

Ale polska Wikipedia natychmiast przywołała mnie do porządku:

Słowa i muzykę tej pieśni stworzył 25 kwietnia 1792 w Strassburgu Claude Joseph Rouget de Lisle na widok wymarszu rewolucyjnej Armii Renu. Stąd jej oryginalna nazwa to: Chant de marche de l’Armée du Rhin lub Chant de guerre pour l’armée du Rhin (Marsz wojenny Armii Renu lub Pieśń wojenna Armii Renu). Jej pierwsze wykonanie miało miejsce 26 kwietnia tegoż roku. Zdobyła wielką popularność w okresie rewolucji francuskiej. Wówczas jako pierwsi zaśpiewali ją żołnierze z Marsylii, biorący udział w walkach o pałac Tuileries w Paryżu. Tak powstała jej nowa nazwa, najpierw Marche de Marseille, a później ostatecznie La Marseillaise, czyli Marsylianka.

Francja właśnie wzpowiedziała wojnę Austrii! A zatem Armia Renu wcale nie była niemiecka, jak by się nam, małym ludzikom mogło wydawać (bo Ojczulek Ren i straż na Renie), tylko francuska, i wcale nie była armią rewolucyjną, tylko królewską, została sformowana na mocy dekretu króla Ludwika XVI z 14 grudnia 1791 roku. Król w rok później utracił władzę. 6 października 1789 został zmuszony do opuszczenia Wersalu i zamieszkał wraz z rodziną w Tuileriach. Przebywał tam do chwili obalenia monarchii 10 sierpnia 1792. W szturmie pałacu, informuje Wikipedia, rozwścieczony motłoch paryski wymordował wszystkich żołnierzy królewskich z Gwardii Szwajcarskiej i obrabował pałac biorąc wszystko, co dało się wynieść. No cóż historia nie zawsze jest taka piękna, jak byśmy chcieli.

I co?

To podczas tego szturmu zasłużyły się oddziały marsylskich ochotników? Byli częścią plądrującego motłochu? I jeszcze na dodatek śpiewali pieśń ułożoną na cześć armii królewskiej?

Na wczesnym druku z tekstem Marsylianki dokładnie widać, że to marsz militarny.

Wikipedia niemiecka opowiada w tym miejscu nieco inną historię i nieco elegantszą:

Das Lied erhielt den Namen Marseillaise, weil es von Soldaten aus Marseille am 30. Juli 1792 beim Einzug in Paris, kurz vor dem Tuileriensturm, gesungen wurde. Am 14. Juli 1795 wurde die Marseillaise zur französischen Nationalhymne erklärt.

A więc pieśń śpiewali żołnierze z Marsylii wkraczając do Paryża przed szturmem na pałac Tuilerie.

Francuzi preferują jednak jeszcze troszkę inną wersję:

Chant de guerre des armées aux frontières. De fait, ce sont les troupes des fédérés marseillais qui, l’ayant adopté comme chant de marche, l’entonnent lors de leur entrée triomphale, aux Tuileries, à Paris, le . Immédiatement, la foule parisienne, sans se préoccuper de ses différents noms, baptise ce chant: La Marseillaise. Ce titre, outre sa simplicité, a l’avantage de marquer de Strasbourg à Marseille, de l’Est au Midi, l’unité de la Nation.

A zatem jednak zdobycie pałacu Tuilerie, ale nie dokonuje tego motłoch, lecz żonierze i lud.
A Marsylianka jest tytułem prostym i to skłoniło “lud” do zmiany tytułu.

Na szczęście są jeszcze Anglicy, a ich Wikipedia przychyla się do mojej powieściowej wersji:

The melody soon became the rallying call to the French Revolution and was adopted as “La Marseillaise” after the melody was first sung on the streets by volunteers (fédérés in French) from Marseille by the end of May. These fédérés were making their entrance into the city of Paris on 30 July 1792 after a young volunteer from Montpellier called François Mireur had sung it at a patriotic gathering in Marseille, and the troops adopted it as the marching song of the National Guard of Marseille. (…) Mireur was headed to Marseilles to organize and lead volunteers from nearby towns. The song thus became known as “La Marseillaise”, which was adopted as the French national anthem in 1795. 

W Wikipedii jest jeszcze ze sto innych wersji językowych, ale postanawiam, że nie sprawdzam dalej. Niechta będzie po powieściowemu: wyruszli ochotnicy z Marsylii i śpiewali tę pieśń, nawołującą  dzieci ojczyzny do walki:

La Marseillaise

Allons enfants de la Patrie,
Le jour de gloire est arrivé!
Contre nous de la tyrannie
L’étendard sanglant est levé,
L’étendard sanglant est levé,
Entendez-vous dans les campagnes
Mugir ces féroces soldats?
Ils viennent jusque dans vos bras
Égorger vos fils, vos compagnes!

X
Aux armes, citoyens,
Formez vos bataillons,
Marchons, marchons!
Qu’un sang impur
Abreuve nos sillons!

Que veut cette horde d’esclaves,
De traîtres, de rois conjurés?
Pour qui ces ignobles entraves,
Ces fers dès longtemps préparés?
Ces fers dès longtemps préparés?
Français, pour nous, ah! quel outrage
Quels transports il doit exciter!
C’est nous qu’on ose méditer
De rendre à l’antique esclavage!

Aux armes, citoyens…

Quoi! des cohortes étrangères
Feraient la loi dans nos foyers!
Quoi! Ces phalanges mercenaires
Terrasseraient nos fiers guerriers!
Terrasseraient nos fiers guerriers!
Grand Dieu! Par des mains enchaînées
Nos fronts sous le joug se ploieraient
De vils despotes deviendraient
Les maîtres de nos destinées!

Aux armes, citoyens…

Tremblez, tyrans et vous perfides
L’opprobre de tous les partis,
Tremblez! vos projets parricides
Vont enfin recevoir leurs prix!
Vont enfin recevoir leurs prix!
Tout est soldat pour vous combattre,
S’ils tombent, nos jeunes héros,
La terre en produit de nouveaux,
Contre vous tout prêts à se battre!

Aux armes, citoyens…

Français, en guerriers magnanimes,
Portez ou retenez vos coups!
Épargnez ces tristes victimes,
À regret s’armant contre nous.
À regret s’armant contre nous.
Mais ces despotes sanguinaires,
Mais ces complices de Bouillé,
Tous ces tigres qui, sans pitié,
Déchirent le sein de leur mère!

Aux armes, citoyens…

Amour sacré de la Patrie,
Conduis, soutiens nos bras vengeurs
Liberté, Liberté chérie,
Combats avec tes défenseurs!
Combats avec tes défenseurs!
Sous nos drapeaux que la victoire
Accoure à tes mâles accents,
Que tes ennemis expirants
Voient ton triomphe et notre gloire!

Aux armes, citoyens…

La Marseillaise

Arise, children of the Fatherland,
The day of glory has arrived!
Against us, tyranny’s
Bloody standard is raised,
Bloody standard is raised,
Do you hear, in the countryside,
The roar of those ferocious soldiers?
They’re coming right into your arms
To cut the throats of your sons, your women!

To arms, citizens,
Form your battalions,
Let’s march, let’s march!
Let an impure blood
Water our furrows!

What does this horde of slaves,
Of traitors and conspiring kings want?
For whom have these vile chains,
These irons, been long prepared?
These irons, been long prepared?
Frenchmen, for us, ah! What outrage
What furious action it must arouse!
It is to us they dare plan
A return to the old slavery!

To arms, citizens…

What! Foreign cohorts
Would make the law in our homes!
What! These mercenary phalanxes
Would strike down our proud warriors!
Would strike down our proud warriors!
Great God! By chained hands
Our brows would yield under the yoke!
Vile despots would themselves become
The masters of our destinies!

To arms, citizens…

Tremble, tyrants and you traitors
The shame of all parties,
Tremble! Your parricidal schemes
Will finally receive their prize!
Will finally receive their prize!
Everyone is a soldier to combat you,
If they fall, our young heroes,
Will be produced anew from the ground,
Ready to fight against you!

To arms, citizens…

Frenchmen, as magnanimous warriors,
Bear or hold back your blows!
Spare those sorry victims,
For regretfully arming against us.
For regretfully arming against us.
But these bloodthirsty despots,
These accomplices of Bouillé,
All these tigers who mercilessly
Tear apart their mother’s breast!

To arms, citizens…

Sacred love of the Fatherland,
Lead, support our avenging arms
Liberty, cherished Liberty,
Fight with thy defenders!
Fight with thy defenders!
Under our flags may victory
Hurry to thy manly accents,
So that thy expiring enemies
See thy triumph and our glory!

To arms, citizens…

Marsylianka

I naprzód marsz, Ojczyzny dzieci,
Bo nadszedł chwały naszej dzień.
To tyran przeciw nam zawiesił
Zbroczony krwawo sztandar ten.
Zbroczony krwawo sztandar ten.
Słyszycie z bitew pól niesiony.
Żołnierzy przeokrutnych ryk?
Już idą, wam zaciągnąć stryk,
By zarżnąć wasze syny, żony

Do broni, bracia dziś!
Zewrzyjcie szyki wraz!
I marsz, i marsz!
By ziemię krwią
napoić, przyszedł czas!

Cóż chce służalczy tłum i zmowy
Ludzi, co zdradę wszędzie ślą,
I łańcuch hańby już gotowy,
Czyjże kark skrępować chcą?
Czyjże kark skrępować chcą?
Wstyd nasz, Francuzi, czy czujecie?
Czy wasza krew nie burzy się,
Że tyran wolnych wtłoczyć chce
Pod jarzmo, co niewolnych gniecie?

Do broni…

Co? Stopa obcych najezdników
Świeży kwiat naszych wojowników
Ma skalać siedzib naszych próg?
Lec ma od miecza podłych sług?
Lec ma od miecza podłych sług?
Przebóg! Żołdacka dłoń skalana
Ma karki nasze w jarzmo wbić
A jeśli nam pozwolą żyć,
Masz to być łaską sług tyrana?

Do broni…

Biada despotom, zdrajcom biada!
Zadrżyj, o hańbo naszych dni!
Przez was Ojczyzna kona blada,
A ojcobójstwo woła krwi!
A ojcobójstwo woła krwi!
Wojaków dość, by was wyparli,
A jeśli zginie młodsza brać,
To Francja każe zmarłym wstać
I z mieczem na was spadną zmarli.

Do broni…

Francuzy, wielkoduszni wojownicy
Niosą lub wstrzymują cios!
Szczędzą te żałosne ofiary
Co się na nich boją unieść broń!
Co się na nich boją unieść broń!
Lecz nie tych krwawych despotów,
Lecz nie tych sprzedawczyków Bouillé
Te wszystkie bezlitosne tygrysy
Co matki łono rozerwały!

Do broni…

O miłości Ojczyzny święta!
Dziś w zemście prowadź, wspieraj nas.
O Wolności w sercach zaklęta!
Z obrońcy Twymi wespół walcz.
Z obrońcy Twymi wespół walcz.
Zwycięstwo z Tobą dziś wspaniałe,
Gdy z nami mężnych głosów duch.
Niech zobaczy śmierci bliski wróg
I tryumf twój, i naszą chwałę.

Do broni…

Die Marseillaise

Auf, Kinder des Vaterlandes,
Der Tag des Ruhmes ist gekommen!
Gegen uns ist der Tyrannei
Blutiges Banner erhoben.
Blutiges Banner erhoben.
Hört ihr auf den Feldern
Diese wilden Soldaten brüllen?
Sie kommen bis in eure Arme,
Um euren Söhnen, euren Gefährtinnen
die Kehlen durchzuschneiden.

Zu den Waffen, Bürger,
Formiert eure Truppen,
Marschieren wir, marschieren wir!
Unreines Blut
Tränke unsere Furchen!

Was will diese Horde von Sklaven,
Von Verrätern, von verschwörerischen Königen?
Für wen diese gemeinen Fesseln,
Diese seit langem vorbereiteten Eisen?
Diese seit langem vorbereiteten Eisen?
Franzosen, für uns, ach! welche Schmach,
Welchen Zorn muss dies hervorrufen!
Man wagt es, daran zu denken,
Uns in die alte Knechtschaft zu führen!

Zu den Waffen…

Was! Ausländische Kohorten
Würden über unsere Heime gebieten!
Was! Diese Söldnerscharen würden
Unsere stolzen Krieger niedermachen!
Unsere stolzen Krieger niedermachen!
Großer Gott! Mit Ketten an den Händen
Würden sich unsere Häupter dem Joch beugen.
Niederträchtige Despoten würden
Über unser Schicksal bestimmen!

Zu den Waffen…

Zittert, Tyrannen und ihr Niederträchtigen,
Schande aller Parteien,
Zittert! Eure verruchten Pläne
Werden euch endlich heimgezahlt!
Werden euch endlich heimgezahlt!
Jeder ist Soldat, um euch zu bekämpfen,
Wenn sie fallen, unsere jungen Helden,
Zeugt die Erde neue,
Die bereit sind, gegen euch zu kämpfen.

Zu den Waffen…

Franzosen, ihr edlen Krieger,
Versetzt eure Schläge oder haltet sie zurück!
Verschont diese traurigen Opfer,
Die sich widerwillig gegen uns bewaffnen.
Die sich widerwillig gegen uns bewaffnen.
Aber diese blutrünstigen Despoten,
Aber diese Komplizen von Bouillé,
Alle diese Tiger, die erbarmungslos
Die Brust ihrer Mutter zerfleischen!

Zu den Waffen…

Heilige Liebe zum Vaterland,
Führe, stütze unsere rächenden Arme.
Freiheit, geliebte Freiheit,
Kämpfe mit deinen Verteidigern!
Kämpfe mit deinen Verteidigern!
Unter unseren Flaggen, damit der Sieg
Den Klängen der kräftigen Männer zu Hilfe eilt,
Damit deine sterbenden Feinde
Deinen Sieg und unseren Ruhm sehen!

Zu den Waffen…

In Russia, La Marseillaise was used as a republican revolutionary anthem by those who knew French starting in the 18th century, almost simultaneously with its adoption in France. In 1875 Peter Lavrov, a narodist revolutionary and theorist, wrote a Russian-language text (not a translation of the French one) to the same melody. Рабо́чая Марселье́за became one of the most popular revolutionary songs in Russia and was used in the Revolution of 1905. After the February Revolution of 1917, it was used as the semi-official national anthem of the new Russian republic. Even after the October Revolution, it remained in use for a while alongside The Internationale.

Отречёмся от старого мира,
Отряхнём его прах с наших ног!
Нам враждебны златые кумиры,
Ненавистен нам царский чертог.
Мы пойдём к нашим страждущим братьям,
Мы к голодному люду пойдём,
С ним пошлём мы злодеям проклятья —
На борьбу мы его поведём.
Припев:
Вставай, поднимайся, рабочий народ!
Вставай на врага, люд голодный!
Раздайся, клич мести народной!
Вперёд, вперёд, вперёд, вперёд, вперёд!

Богачи-кулаки жадной сворой
Расхищают тяжёлый твой труд.
Твоим потом жиреют обжоры,
Твой последний кусок они рвут.
Голодай, чтоб они пировали,
Голодай, чтоб в игре биржевой
Они совесть и честь продавали,
Чтоб глумились они над тобой.
Припев.

Тебе отдых — одна лишь могила.
Весь свой век недоимку готовь.
Царь-вампир из тебя тянет жилы,
Царь-вампир пьёт народную кровь.
Ему нужны для войска солдаты –
Подавай ты ему сыновей.
Ему нужны пиры и палаты —
Подавай ему крови своей.
Припев.

Не довольно ли вечного горя?
Встанем, братья, повсюду зараз —
От Днепра и до Белого моря,
И Поволжье, и Дальний Кавказ.
На врагов, на собак — на богатых,
И на злого вампира — царя
Бей, губи их, злодеев проклятых,
Засветись, новой жизни заря.
Припев.

И взойдёт за кровавой зарёю
Солнце правды и братской любви,
Хоть купили мы страшной ценою —
Кровью нашею — счастье земли.
И настанет година свободы:
Сгинет ложь, сгинет зло навсегда,
И сольются в одно все народы
В вольном царстве святого труда.
Припев.

Peter Handke o utracie obrazów

Ewa Maria Slaska

O tym, jak się pojawiają w nas obrazy i o tym, jak zostały one opisane w Straconych obrazach Petera Handke

Suhrkamp, 2003

Wszyscy wiemy, że jeśli jakiś temat wydaje się nam ważny, nagle przestrzeń wokół nas zaczyna się zagęszczać i wypełniać tym ważnym dla nas tematem jak woda w płytkim stawie żabim skrzekiem. Te żabie jajka są przezroczyste, a przecież widać je wyraźnie, ba, czasem nawet gołym okiem widać maleńką kijankę w każdej grudce żabiej żelatyny. Tak na pewno ostatnio było w moim przypadku z problemem samoistnie pojawiających się obrazów. Nigdy się nad nimi nie zastanawiałam. Po prostu się pojawiały. Zawsze na krótko, na mgnienie oka, na tyle, by zobaczyć wyraźnie to, co pokazywały. Nie wywoływałam ich i nie wiem, dlaczego pojawiały się właśnie te. Dość często bywały to obrazy dokładnie sprzed roku, co by znaczyło, że przywoływały je zjawiska zewnętrzne, majowy deszcz, jasne czerwcowe noce, lipcowe żagle na tle chmur, sierpniowe rydze w lesie na stoku góry. Z reguły były też miłe i niemal zawsze bezludne. Często się powtarzały, na przykład pewna pomarańczowa ściana naprzeciwko okna hotelowego w Rzymie, albo pomalowany jak letnie niebo sufit w pewnej restauracji we Florencji. Często były prawdziwe, ale równie często były moim wyobrażeniem tego, o czym czytałam, jak np gąszcz zieleni, na który w W poszukiwaniu straconego czasu spoglądał Marcel jako młody chłopiec przez okno toalety w Combray. Te na pewno były niezmienne, nawet jeśli ponowna lektura, autentyczne zdjęcie lub, przeciwnie, wymyślony film powinny były wnieść istotne poprawki do pierwotnego obrazu. Kiedyś na przykład zrozumiałam, że widoczny na zielonych liściach ślad ślimaka był naprawdę aluzją do chłopięcej masturbacji, ale obraz jaki mi się pojawiał, nadal pokazywał mi krzak bzu i pnącze winorośli, po którym pełznie winniczek.

Właściwie pojawiały się zawsze, ale nigdy mi nie przeszkadzały. Niekiedy tylko wywoływały dojmujące uczucie niespełnienia lub niemożliwości powrotu do tego, co było, szybko jednak, nie wiadomo skąd, nadpływała myśl, iż wspaniale było zobaczyć to naprawdę.

Ostatnio jednak pojawiły się trzy powody, żeby zająć się napływającymi nie wiadomo skąd obrazami. Moja przyjaciółka Esther, opowiadając mi o swoim dzieciństwie, powiedziała, iż pierwsze 35 lat jej życia naznaczył strach. Esther urodziła się podczas wojny, a to co przeżyła, było tak straszne, że nie dane jej było doznać błogosławionej niepamięci dzieciństwa. Najstraszniejsze sceny, jakie widziała w pierwszych latach życia, usamodzielniły się i bez końca wypływały z pamięci na podobieństwo upiorów. Dopiero lata psychoanalizy i własne studia psychoanalityczne pomogły jej pozbyć się tych niechcianych obrazów.

W tym samym czasie, ale, jak mi się wydaje, niezależnie od tej opowieści, ja sama odczułam przeraźliwe zmęczenie ilością napływających do mnie obrazów. Nadal były ładne i miłe, nie groziły i nie przerażały, ale były, coraz częściej i coraz więcej. Po raz pierwszy pomyślałam, że może powinnam poczytać coś na ten temat, zapytać innych ludzi, czy też mają głowy pełne takich migawek. Może ktoś mi powie, jak zmniejszyć ich ilość i intensywność, może potrafię ograniczyć się do jednego obrazu na godzinę, bo ostatnio wydaje mi się, że widzę ich pięć albo dziesięć na sekundę. Oczywiście wiem, że po części ilość obrazów w głowie każdego z nas wzrasta wraz z upływem czasu. Może dlatego, gdy już nie można wytrzymać z ich natłokiem, popadamy w demencję? Ale z drugiej strony, co my wiemy, jakie obrazy naprawdę widzą ci, którzy żyją w demencji?

I wtedy Ela Kargol sprawiła (patrz przedwczorajszy wpis), że zaczęłam czytać Petera Handke i jest to książka o takich właśnie obrazach. Główna bohaterka powieści, finansistka, która zrobiła niebywałą karierę zawodową, dorobiła się ogromnego majątku dzięki temu, że gdy podczas trudnych negocjacji finansowych obrazy takie pojawiały się jej, jak zawsze, ni stąd ni z owąd, obrazy dodajmy, których nie można było w żaden sposób wywołać, jej osoba wypełniała się swoistym promieniowaniem, które ogarniało partnerów rozmowy, skłaniając ich do podejmowania wraz z nią ryzykownych, ale obiecujących wielkie zyski rozwiązań. I to były takie właśnie obrazy, zupełnie bez związku z tematem rozmów, ściana domu, krzak na polu, pies na podwórku. To one przyniosły jej bogactwo.

Odkładam książkę. Tak to sobie sprytnie Handke wymyślił, komentuję w duchu, dopisał taką interpretację do tego, co jest zwykłym wietrzeniem śmiecia w głowie. Ale oczywiście, dodaje moje myślące ja, szkoda, że moje obrazy nie przyniosły mi dużych pieniędzy. Po prawdzie – nie przyniosły mi żadnych pieniędzy. Nie ma się jednak co nad tym rozwodzić – nic w moim życiu nie przyniosło mi pieniędzy i już dawno przestało mi to przeszkadzać. W mojej rodzinie zawsze tak było – pieniądze, jeśli były, wnosił zapobiegliwy lub od pokoleń dobrze sytuowany współmałżonek – my natomiast nic i nigdy.

Powieść Handkego nie wprawiła mnie w zachwyt, wręcz przeciwnie – niepomiernie mnie nudziła, ale brnęłam w nią, bo skoro raz zaczęłam coś czytać, to czytam, aż skończę. Dopiero w połowie powieści (ciekawa rzecz – równo w połowie) pojawił się opis nadzwyczajnej piękności, tak piękny, że z nawiązką wynagrodził trzystakilkadziesiąt stron przedzierania się przez nudną i wydumaną prozę Handkego. To opis ostatniej wieczerzy w hotelu-namiocie (ale i samego namiotu) w nieistniejącym mieście Pedrada, w samym sercu Sierra de Gredos. Po kilkudziesięciu stronach opis się kończy, Handke wraca do swojej dziwnej prozy, w której wymądrzanie się zastępuje logikę, jaka mogłaby kierować rozwojem fabuły. U Handkego nie ma logiki, jest tylko twórczy zamysł. Autor pojawia się w swoim dziele ciągle i znienacka, jak bóg z teatralnej machiny, który jednym ruchem ręki kończy jedne wątki i zaczyna inne. Cała akcja posuwa się do przodu tylko dzięki takim niespodziewanym odgórnym interwencjom, a ich skutkiem jest najczęściej mechaniczny ruch do przodu, powodujący zmianę miejsca akcji – jazda samochodem, lot samolotem, nocna podróż autobusem, a wreszcie wędrówka. Nużąca i nudna wędrówka. Potrzebuję jeszcze następnych stu stron, żeby nagle w momencie olśnienia zrozumieć, co czytam. To, co wydaje się brakiem logiki, nieskoordynowaną bajką lub ciągnącym się w nieskończoność snem, jest opowieścią o śmierci, o tym, co dzieje się z nami, gdy już umrzemy, a nasz duch (jeszcze? a może nigdy?) się tego nie dowiedział. Przypominam sobie kilka znaczących lektur, które tego dotyczyły: Bardo Thodol, tybetańska Księga Śmierci, Totenhorn Truchanowskiego, Miasto za rzeką Hermanna Kasacka, Das Haus der Kindheit Marii Louise Kaschnitz. Teraz, gdy już rozpoznałam i logikę, i krajobraz takiej pośmiertnej wędrówki, również i powieść Handkego zaczyna mnie fascynować.
Ta wędrówka trwa z reguły 40 dni, choć na przykład Jezus był w zaświatach zaledwie trzy dni. Ale zarówno 40 jak 3 to liczby symboliczne, możliwe że czas po śmierci, podobnie jak czas snu, to ułamki sekund, które jednak mogą objąć historie powstania i upadku imperiów lub pół nocy trwające przewracanie się na drugi bok Marcela, bohatera
W poszukiwaniu straconego czasu Prousta.

Czy więc – nie skończyłam jeszcze książki, jest to zatem zaledwie przypuszczenie – tytuł powieści Handkego – Utrata obrazów – jest odpowiedzią na moje pytanie: jak się pozbyć tych obrazów, które zaśmiecają nam głowę, a odpowiedź brzmi prosto: umrzeć?

Peter Handke, Pani Dzikich Zwierząt

Ela Kargol podarowała mi na urodziny powieść Petera Handke Der Bildverlust. Odłożyłam ją gdzieś na bok, na jedną z licznych stert książek, które przeczytam w najbliższym czasie, ale czy to położyłam na tę samą stertę za dużo innych książek, czy też któryś z gości, czekając na herbatę, przejrzał książkę i odłożył ją gdzie indziej, dość, że powieść zniknęła mi z oczu na wiele miesięcy i popadła w zapomnienie. Aż pewnego dnia Ela spytała, jak mi się czytało ten baratarystyczny tekst, a ja początkowo nie umiałam sobie nawet przypomnieć, że taka książka Handkego w ogóle się pojawiła, a co dopiero, że zniknęła, skąd więc w ogóle mogłam wiedzieć, że to tekst baratarystyczny…

Oczywiście, gdybym się choćby pobieżnie przyjrzała temu, co wzięłam do ręki i odłożyłam, to zauważyłabym podtytuł: oder Durch die Sierra de Gredos. Nie skojarzyło by mi się to z Don Kichotem, ale z Hiszpanią już tak, a to zawsze asumpt, żeby sprawdzić, czy Don Kichote tu jest, i Sancho Pansa, no i oczywiście Barataria. Ale nie zrobiłam tego wówczas, tylko dopiero teraz, w czerwcu 2020 roku.

Handke twierdzi, że Sierra de Gredos to te góry, przez które wędrują Don Kichote i Sancho Pansa. Po polsku jednak pan i giermek błąkają się po Sierra Morena, czyli tam, gdzie w 200 lat później Jan Potocki wyśle następcę Don Kichota, Alfonsa Van Wordena, podążającego do Madrytu (wiem, wiem, opowieść oczywiście znaleziona została w Saragossie), co mu się przez wiele tygodni nie udaje… i tak dalej (można zresztą zajrzeć TU), albo obejrzeć film Hasa z Cybulskim i Czyżewską (TU). Sprawdzam, ale rzeczywiście słowo Gredos nie pojawia się w polskim tekście ani razu. W hiszpańskim też nie. Być może zresztą, że w niemieckim też nie (nie ma w internecie darmowego pdfa z powieścią Cervantesa) i że to wszystko wymyślił sam Handke, a krytycy, nie sprawdzając, to podchwycili. To by nawet do niego pasowało, taki szelmowski żart, przy zachowaniu jak najpoważniejszej miny.

Czy to zresztą ważne, które to góry?

Zanim jednak przejdę do wrażeń z lektury, dwie uwagi o myślach, które ją poprzedziły.

Zacznę od tej, którą wywołały recenzje powieści Handkego. Nie czytałam ich zbyt uważnie, nie lubię, żeby mi ktoś mówił, co mam myśleć. Przerzuciłam je w sieci, chciałam bowiem zobaczyć, co Ela miała na myśli, gdy mi powiedziała, że prezent od niej to powieść baratarystyczna. Przeczytałam więc to i owo, i zamyśliłam się głęboko.

Bo że chodzi o naśladownictwo Don Kichota jest oczywiste i wielu recenzentów o tym pisze. To nie jest nic specjalnie dziwnego – naśladownictw Don Kichota były setki. Wszystkie najważniejsze motywy i tematy literackie, a Don Kichot do nich należy, podobnie jak Sancho Pansa i Barataria, powtarzają się co pokolenie, niekiedy nawet wielokrotnie. To zrozumiałe, bo motywy mogą być uniwersalne, ale my, czytelnicy i czytelniczki, zawsze będziemy potrzebować aktualnych interpretacji. Wydaje mi się jednak, że w dzisiejszych czasach coś się zmieniło na dobre i że w XX / XXI wieku nowe wersje opowieści o człowieku, który ucieka od establishmentu, wędruje, przeżywa przygody i powodowany szlachetnymi intencjami walczy o wolność i prawo do miłości, marzeń i sprawiedliwości, zostały dodatkowo udziwnione.

Ale może to nie udziwnienie, tylko prorocza wizja.

U Salmana Rushdiego Don Kichot wymyśla sobie swojego syna, ożywia tę wymyśloną postać, uczłowiecza ją coraz bardziej, jednocześnie jednak pokazując mu jej miejsce w strukturze rodziny patriarchalnej – syn ma być giermkiem ojca, oczywiście nie chce się na to zgodzić, jak każdy nastolatek, i w końcowej części książki, to on jest buntownikiem, a Don Kichot nudnym mieszczuchem. U Handkego Don Kichot będzie kobietą i to najbardziej abstrakcyjną postacią kobiecą, jaką mężczyzna-pisarz może sobie wydumać. To istota przeciwnej płci, o przeciwnych sposobach zarobkowania (odnosząca niewiarygodne sukcesy finansowe bankierka) i całkowicie przeciwnych zainteresowaniach (pełne uczuć i pasji życie kobiety kontra pisarz intelektualista czerpiący podnietę głównie z własnego rozumu, a zatem brzuch i serce kontra głowa i duch). Ba, bohaterka Handkego już na samym początku powieści nabiera cech boskich, staje się współczesną Panią Dzikich Zwierząt, otaczają ją ważki, jeże i nietoperze. Pisarz staje się “tylko” giermkiem swojej bohaterki i byłoby to oryginalne, gdyby nie fakt, że Handkemu oczywiście nie można ufać, bo to autor, który nie opisuje życia tylko byty wymyślone. Nie troszczy się nawet specjalnie o wiarygodność swych rozumowych cyborgów. U Juana Lopeza Bauzy Don Kichot jest wprawdzie wciąż jeszcze białym mężczyzną, ale już Sancho Pansa jest czarny.

Czy następny autor (a może raz wreszcie autorka) napisze  Don Kichota, który będzie czarną kobietą, jak w tym wpisie sprzed kilku dni, który zatytułowałam cytatem z pieśni Salomona: Nigra sum, sed formosa. Czarna jestem, ale piękna.

Czy to wszystko są tylko twory męskiego umysłu, czy rzeczywiście zmierzamy w kierunku świata, gdzie dzieci będą naszymi własnymi klonami, kobiety przejmą wszystkie najważniejsze role społeczne, a ludzie o czarnej skórze będą odgrywali taką samą rolę jak ludzie o skórze białej? Czy Rushdie, Bauza i Handke udziwniają czy prorokują?

Bo jak tylko udziwniają, to nie lubię takiej literatury. Ale co, jeżeli wiedzą?

Wiem, pamiętam, najpierw podzielę się z Wami jeszcze jedną moją myślą, a potem opowiem o książce. Ale tego, co dotąd napisałam, już i tak wystarczy. Ciąg dalszy jutro.

Przepraszam – jednak nie jutro, tylko pojutrze.

Urodziny 5 lipca

Tekst powstał na zamówienie, dla uczczenia dzisiejszego dnia, ale, jak to czasem bywa z tekstami na zamówienie, nie został przyjęty. Nie dowiedziałam się nawet, dlaczego. Mogę się tylko domyślać.

Ewa Maria Slaska

Urodził się gdzieś na trasie między Kamieniem Pomorskim a Szczecinem i ojciec Polak przyniósł go do Szczecina w plecaku. Matka Niemka nie zdołała uciec „przed Ruskimi”, tak się to wtedy mówiło, byli więc tylko oni dwaj. Ojciec był młody, przystojny, chudy jak szczapa, wyglądał jak oni wszyscy, chłopcy od Jędrusiów, on miał niecały rok i o dziwo całkiem dobrze rósł, mimo że ojciec karmił go tym, co mu się akurat nawinęło pod rękę, najczęściej chlebem namoczonym w cienkiej zupce. Od dłuższego czasu nocowali w piwnicy domu dla inżynierów fabrycznych w starej papierni w Skolwinie. Dwie rodziny, siedmioro dzieci w różnym wieku, dwóch ojców, dwie matki, jedna ciotka i on z ojcem. Siłą rzeczy ciotka zajęła się nim i ojcem. Ojciec chciał iść dalej, nawet do Niemca, byle uciec przed Ruskimi. Ale ciotka odradzała. Sowieci póki co nikogo przez granicę nie puszczali po dobroci, a jak ktoś próbował – strzelali. Zabiją cię, a dzieciak umrze z głodu, powiedziała ciotka. Zresztą pewnie zaraz tu będzie Polska, to póki co przeczekamy, a potem i tak przyjdą Niemcy.
Podobno nie ma prawa pamiętać ciotki, ale myśli że pamięta. Wyglądała jak rudy anioł. Ale może tylko mu się śniło.

Kiedyś zapytał ojca, gdzie ten plecak, w którym ojciec go przyniósł do Szczecina, ale ojciec nie pamiętał. Gdzieś przepadł. Ciotka też gdzieś przepadła.

Spali na papierze. APIS Feldmühle, Papier- und Zellstoffwerke. Scholwin bei Stettin. Wiesz, powiedział kiedyś Ojciec, który zawsze wszystko wiedział, swego czasu była to największa w Europie fabryka papieru. Ale, kiedy spali w piwnicy na papierze, miał rok i nie mogło go to interesować.

Oficjalne przekazanie miasta władzom polskim nastąpiło 5 lipca 1945 roku. Nie bardzo było co przekazywać, bo było to morze ruin. Ale na tej granicy pomiędzy Polską a Niemcami decyzja i tak należała do Sowietów… On akurat kończył rok. Ma teraz 76 lat i znowu mieszka w Skolwinie, choć kiedy tu dotarli w 45 roku, dawny Scholwin nazywał się Odermünde, potem Żółwino albo Ujście Odrzańskie, a dopiero od listopada 1946 roku tak jak teraz: Skolwin. Też tego nie pamięta, ale ojciec chętnie o tym opowiadał. To były takie małe Sowiety, mówił ojciec. Enklawa Policka, nic tylko wojsko sowieckie i niemieccy jeńcy.

Teraz sprawdza, teraz wszystko można sprawdzić, że Enklawa formalnie istniała od 5 października 1945 do 25 września 1946 roku. Był to obszar ok. 90 km², czasowo wyłączony spod administracji polskiej, pozostający częścią terytorium Polski. Sowieci wywozili wszystko, co się dało wywieźć z fabryki benzyny w Policach. W Enklawie pracowało ponad 20 tysięcy jeńców i robotników niemieckich. Dopiero gdy już nic nie było do wywiezienia, enklawe zlikwidowano, Niemcy wyjechali, a tu mogli formalnie przybywać osadnicy polscy.
No ale oni z Ojcem już tu byli.

Ojciec całe życie pracował w papierni, najpierw ją odgruzowywał, potem odbudowywał. Produkcja ruszyła w roku 1952, ale on tego też jeszcze nie pamięta. Ojciec był robotnikiem w ścieralni. To była ciężka praca. Potem szedł coraz wyżej i dalej, dalej od ścieralni. Skończył zaocznie studia, został kierownikiem zmiany, zastępcą dyrektora. Jego oczkiem w głowie była kaoliniarnia. Zawsze się złościł, że musimy sprowadzać z Czech, choć sami mamy w Polsce złoża kaolinu, tylko nie umiemy ich płukać. Złościło go też, że różne rodzaje kaolinu składuje się razem, przez co nie można drogich rodzajów glinki używać tylko do produkcji ładnego papieru, a tanich do produkcji byle czego, tylko trzeba do każdej produkcji używać tego, co akurat taśma z magazynu podrzuciła.
Dzięki ojcu miał w szkole pod dostatkiem zeszytów, miał też grube białe bibuły i błyszczący papier od obkładania. Czasem ojciec przynosił kalkomanie. To nie było dla chłopaka, ale wszystkie dziewczynki w klasie bardzo lubiły kalkomanie.
Pojawiła się nowa mama. Tak powiedział ojciec. To jest Jola, twoja nowa mama. Z Jolą było dobrze. W mieszkaniu było sprzątnięte, na oknie kwitły pelargonie, w niedzielę na obiad był rosół i kurczak z mizerią.

Gdy teraz o tym myśli, zastanawia się, skąd ojciec miał te zeszyty i kalkomanie dla niego, bo papiernia w Skolwinie wytwarzała papier gazetowy, papier śniadaniowy, tekturę, papier pakowy, papier toaletowy i wytłaczanki czyli opakowania do jajek. Pewnie miał to od kolegów z innych papierni, on im papier toaletowy, oni mu zeszyty dla dzieciaka.
Gdy on sam po studiach chemicznych w latach 70 przyszedł do fabryki, zaczęli produkcję kalki. Produkowali niebieską i czarną, ołówkową i maszynową. Ojciec umarł, Jola przeszła na emeryturę i zabrała się za porządki stulecia. Uporządkowała nawet starą walizkę, do której ojciec od zawsze wrzucał „papiery”, rachunki, pocztówki z Zakopanego od kolegów z pracy, kwity do szewca. Jola wszystko posortowała, śmieci wyrzuciła, a resztę powkładała do tekturowych teczek po kalce.

Jola była księgową i pracowała w stoczni. Gdy zaczęły się strajki Jola nie wróciła do domu. Nie mieli wtedy jeszcze telefonu, o tym, co się dzieje w Stoczni dowiedzieli się z Wolnej Europy. Pojechali obaj z ojcem, zabierając ze sobą kilka ryz papieru i kalkę. Wiedzieli już z poprzednich rozruchów w 1970 roku, że jeżeli podziemna drukarnia, tak zwana „wolna wałkowa” nie nadąża, jedynym sposobem produkcji ulotek informujących o sytuacji strajkujących jest przepisywanie ich ręcznie przez kalkę. Jola miała ładne pismo, na pewno znowu będzie pisała ulotki. Tak jak dziesięć lat temu.

Akurat gdy Stocznia Szczecińska podpisywała umowy sierpniowe (podpisali je jeszcze przed Gdańskiem, Gdańsk był drugi, ale o Gdańsku wiedział cały świat, a o Szczecinie wszyscy zapomnieli), urodził się jego drugi syn. Ach, no tak, oczywiście, przecież ożenił się, nie mieszkał też już z ojcem i Jolą. Ale życie jest jakie jest. Marysia wyjechała do Kanady na miesiąc, potem zrobiły się z tego trzy miesiące, potem wybuchł stan wojenny, minął rok, kiedyś odesłał do Marysi starszego syna, potem mama Marysi zawiozła tam młodszego. Rozwiedli się, Marysia wyszła po raz drugi za mąż. On się nie ożenił.

W styczniu 1989 roku pojechał do do Berlina. Kolega się tam „zahaczył”, załatwił mu pracę na budowie. Kolega dostał azyl, twierdził że i on dostanie, bo wszyscy dostają. To oczywiście nie była prawda, ale miał szczęście, bo przecież w teczkach tak starannie poukładanych przez Jolę, były dokumenty mamy. I na szczęście przypomniał sobie o tym, zabrał ze sobą mamy „Stammbuch” czyli książeczkę rodzinną, jakieś metryki, świadectwo chrztu po niemiecku. Właściwie stosunkowo szybko z pozycji osoby czekającej na azyl polityczny przeszedł do „lepszej” kategorii – stał się kimś, kto czeka na przyznanie statusu przesiedleńca czyli Niemca. Dużo chodził po mieście, nie umiał sobie znaleźć miejsca. Kiedyś trafił na Stettiner Strasse. Podobało mu się, poczuł się, jakby znalazł kawałek domu, w miejscu, które nigdy nie stanie się domem. To wiedział. Dziwił się, bo kolega, choć na początku nie znał języka, zadomowił się bezboleśnie. A on, choć język znał od zawsze, bo ojciec dbał o to, by nie zapomniał, że jego mamą była Niemka, nie umiał się tu odnaleźć. Gdy przyszła pora, żeby się wyprowadzić ze schroniska do własnego mieszkania, poszukał sobie mieszkania na „Szczecińskiej”. Było już po zmianach politycznych, cały Berlin stał otworem.

Zaprzyjaźnił się z ludźmi, od czasu do czasu miewał jakieś romanse, raczej unikał Polonii, unikał środowisk, gdzie spotykali się tacy jak on, przesiedleńcy. Pracował wciąż na budowie, jako chemik najpierw nie dostał pracy, a potem nawet nie szukał. Zaczął pisać, od razu po niemiecku, nie chciał, żeby mu ktoś tłumaczył jego myśli, to zawsze nie było to. Pisał głównie dla bezpłatnych gazet dzielnicowych. Zarobek nie był specjalnie wielki, ale pozwalał zająć się czymś innym, niż betoniarka, rusztowanie i wylewka betonowa.

W styczniu 1998 roku redakcja wysłała go na odsłonięcie pomnika Hermanna Stöhra na tyłach Dworca Wschodniego. Plac, na którym ustawiono wielki głaz z napisem został nazwany jego imieniem. Był to jeden z pierwszych wreszcie zrehabilitowanych żołnierzy armii hitlerowskiej, którzy odmówili służby wojskowej lub zdezerterowali. Stöhr został skazany na śmierć i zgilotynowany. Takie osoby jak on przez wiele dziesięcioleci były w aktach Wehrmachtu wciąż jeszcze zapisane jako zdrajcy. Przemawiający podczas odsłonięcia pomnika inicjator akcji, Jochen Schmidt, powiedział: W Niemczech jest sto a może dwieście, a może pięćset ulic Ottona von Bismarcka, ale ten plac jest pierwszy, który nazwano ku czci tych, którzy odważyli się sprzeciwić reżimowi Trzeciej Rzeszy.

Stöhr urodził się w Szczecinie, wrócił tam, gdy w latach 30 stracił pracę. W Szczcinie założył wydawnictwo, tu dostał powołanie do wojska, którego nie przyjął, tu został aresztowany i stąd wywieziono go do Berlina na śledztwo, proces i śmierć.

Poruszyła go ta historia. Wielokrotnie jeszcze przychodził na plac i rozmyślał o tym, że ludzie z pokolenia jego ojca czy Hermanna Stöhra dobrze wiedzieli, co jest ważne i nie wahali się, poświęcić za to życia. Podobało mu się to, ale jednocześnie zawstydzało.

Kiedyś przeczytał, że Szczecin chciałby wynająć od Berlina dworzec Szczeciński. Zdziwił się, bo nawet nie wiedział, że istnieje coś takiego jak dworzec Szczeciński, skąd kiedyś odjeżdżały pociągi do Szczecina. Dworca już nie było, nie wiedział więc, co właściwie Szczecin chciał dostać, wynająć, użytkować? Na ulicy między stare tory kolejowe wmurowano nazwy miast, do których kiedyś odjeżdżały stąd pociągi. Jeździł do Szczecina co najmniej raz na miesiąc, czasem nawet częściej, ale odjeżdżał ze stacji Gesundbrunnen. Nie miał daleko, przychodził na dworzec na piechotę. Kiedyś zapytał sam siebie po co tak jeździ w te i we wte?

Wrócił do Szczecina już jako emeryt. Papiernia właśnie przestała istnieć. Wydało mu się to symboliczne. Oczywiście to nieprawda, że przestała istnieć, bo tylko przestała pracować. Mury stały tak jak zawsze. Kupił dom na Skolwinie, wysoko na skarpie, z widokiem na Odrę. Dom wymagał remontu, zamówił ekipę w spółdzielni studenckiej, przyszło trzech chłopaków, hydraulik, kafelkarz i murarz, przyszła też malarka, została na kilka lat, ale i to minęło. Jest sam. Czyta, pisze, myśli. Myśli, że jest dobrze. Ma 76 lat. Jest o rok starszy od miasta, w którym się wprawdzie nie urodził i wcale nie przez całe życie mieszkał, a mimo to najważniejszego.

Wprowadzili obostrzenia z uwagi na pandemię. To dziwne uczucie, bo puste nocą miasto przypomina mu stan wojenny. Ale same zakazy i nakazy niezbyt go przejmują. Jest sam, ale już od wielu lat jest sam, od czasu gdy odeszła młoda malarka i zabrała wiadro, pędzle, drabinę, a zostawiła samotność.

Podobno papiernię mają znowu uruchomić.
Na Odrą leci klucz gęsi w kierunku jeziora Dąbie.
Pisze książkę o Hermannie Stöhrze.
Jest dobrze.

PS. Właśnie zadzwonił telefon. Zadzwoniła mama Marysi, czasem telefonują do siebie, czasem wychodzi z nią gdzieś. Ale jest pandemia, nie można się spotykać ot tak sobie. Dziś twoje urodziny, mówi mama Marysi. Siedzę sobie na balkonie i piję toast kawą na cześć podwójnych urodzin, Twoich i Szczecina.
Sto lat!

 

Jezus czyli ten Idiota Don Kichot (Barataria)

Współczucie jest najważniejszym, a może jedynym prawem istnienia całej ludzkości.
Fiodor Dostojewski, Idiota, s. 256, przekład Jerzy Jędrzejewicz

Czułość jest najskromniejszą odmianą miłości.
Olga Tokarczuk, Wykład noblowski, str. 24

Ewa Maria Slaska

Prefiguracje i naśladownictwa

Czytam sobie tę książkę, Structure and Theme. “Don Quixote” to James Joyce Margaret Church, amerykańskiej literaturoznawczyni, ale, jak to w nauce anglosaskiej – piszącej przystępnie i zrozumiale. Church stawia tezę, że Don Kichot, pierwszy prawdziwy bohater powieściowy na świecie, był prefiguracją wszystkich ważnych, uniwersalnych bohaterów literackich. Z całą pewnością, twierdzi autorka, był wzorem księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina, tego bożego pomyleńca, epileptyka, który ogląda świat oczami dziecka, widzi zatem, że król jest nagi.

No cóż, nie ma wyjścia, trzeba sięgnąć do Idioty, co jest właściwie całkiem interesującym zadaniem, bo nie czytałam tej książki ze 40 lat i oczywiście niewiele pamiętam. Albo nic. Oprócz tego, iż wiadomo było, że stłucze wazę. I stłukł.

Pewnego dnia książę pisze niespodziewanie liścik do swojej kuzynki, Agłai Jepanczyn.

Kiedyś zaszczyciła mnie Pani swoim zaufaniem. Może teraz Pani o mnie całkiem zapomniała. Jak się to mogło stać, że piszę do Pani? nie wiem: ale uczułem nieodparte pragnienie, żeby przypomnieć Pani o o sobie, właśnie Pani. Tak często wszystkie trzy panie były mi potrzebne, ale ze wszystkich trzech widziałem tylko Panią. Pani mi jest potrzebna, bardzo potrzebna. Nie mam nic do napisania o sobie, nic do opowiedzenia. Zresztą nie o to mi chodzi: strasznie bym chciał, żeby Pani była szczęśliwa. Czy Pani jest szczęśliwa? Tylko to chciałem Pani powiedzieć.

Brat pani ks. L. Myszkin.

Przeczytawszy ten króciutki i dosyć bezsensowny liścik. Agłaja nagle się zarumieniła i zamyśliła. Trudno by było odtworzyć bieg jej myśli. Między innymi spytała siebie: “Czy pokazać komukolwiek?” Było jej jakoś wstyd. Na koniec zresztą z drwiącymi i dziwnym uśmieszkiem wrzuciła liścik do swego stolika. Nazajutrz znowu go wyjęła i włożyła do grubej, oprawnej, z mocnym grzbietem książki (zawsze tak robiła ze swoimi papierami, żeby je w razie potrzeby móc szybko znaleźć). I dopiero po tygodniu przypadkiem spostrzegła, co to była za książka. Był to Don Kichot z La Manczy. Agłaja strasznie się uśmiała – nie wiedzieć czego.

Str. 212

Ale już kilka stron dalej Agłaja Jepanczyn potwierdzi i to w obecności wielu osób, w tym samego księcia, że i ona, i wielu innych widzą w nim uosobienie Don Kichota, a zarazem puszkinowskiego Biednego rycerza, który zresztą, co tu dużo gadać, jest Don Kichotem.

Aleksander Puszkin

Żył na świecie rycerz biedny
tłumaczył Julian Tuwim

Żył na świecie rycerz biedny,
Małomówny, prosty, twardy,
Z twarzy chmurny był i szpetny,
Duchem śmiały i otwarty.

Miał on kiedyś przywidzenie
Ponad rozum i pojęcie
I głębokie zachwycenie
Tkwiło w sercu i pamięci.

Od tej chwili duszą spłonął,
Na kobiety patrzeć przestał
I do żadnej, aż do zgonu,
Już się słowem nie odezwał.

Szyi szarfą nie okręcał,
Lecz różańcem, a przyłbica,
Gęstą kratą nasunięta,
Osłaniała jego lica.

Cudownemu wierny snowi,
Tchnąc miłością czystą, jasną,
A.M.D. na tarczy swojej
Rycerz krwią nakreślił własną.

I w pustyniach Palestyny,
Gdy po piasku i kamieniach
W bój pędzili paladyni,
Sławiąc damy swe z imienia,

– Lumen coeli! Sancta Rosa! –
Krzyczał dziki, opętany,
Gromem wpadał w bój i groza
Z nóg waliła muzułmany.

Gdy w rodzinne wrócił strony,
Wiódł surowe dni jak więzień,
Wciąż milczący, wciąż strapiony,
Aż samotnie zmarł w obłędzie.

Sceny z czasów rycerskich, 1835

Cóż, możnaby domniemywać, że książę uważany jest za Don Kichota dzięki owej, wynikającej z choroby, dziecinnej naiwności, jaką kieruje się w życiu, ale nie, bo na przykład na str. 313 jeden z bohaterów powieści, mówi, iż wszyscy wiedzą, że książę kieruje się w życiu rycerskimi poglądami co do obowiązków honoru i sumienia. O ile jednak książę sam kieruje się szlachetnością, to jednocześnie potrafi zrozumieć wszelkie ludzkie zachowania, każdą podłość, niegodziwość i słabość. Wszystko zrozumie, wyjaśni i wybaczy. Wdzi człowieka na wylot, i słowa, i czyny, i kłamstwa, i prawdę.

Zamiast niezwykłych przygód z owczarzami, pokutnikami i galernikami, księciu przydarzają się dziwaczne i niepojęte przygody z ludźmi, z których każdy chce go oszwabić lub wyśmiać, a prędzej czy później będzie zabiegał o jego przyjaźń, miłość i wybaczenie. Każda z tych historii kończy się podobnie: książę rozumie intencje szalbierza, wybacza je, ba, sam prosi o wybaczenie, robi to jednak niezręcznie, a może nawet wręcz obraźliwie i w końcu gotów jest za niezręczność tego przebaczenia zapłacić, przy czym te pieniądze są równie nierealne, co cięgi, jakie zbierają Don Kichot i Sancho Pansa. Jest to gruncie rzeczy ciągle ta sama opowieść, szkatułkowa i lustrzana. Renesansowa opowieść o przygodach ostatniego błędnego rycerza jest parodią traktowanych całkiem na poważnie średniowiecznych przygód króla Artura i jego rycerzy i powtarza się w Don Kichocie w kilkudziesięciu wersjach. Podobnie przygody księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina w XIX-wiecznej Krainie Oszustów są wciąż i od nowa tą samą opowieścią, tylko że XIX-wieczni rozbójnicy zabijają plotkami, intrygami i machlojkami. Obu bohaterów dzieli 300 lat i… kobieta. Jest ona w renesansie zaledwie symboliczną figurą, w XIX wieku stanie się jednak złowrogą animą wszelkich poczynań. Jest młodą i piękną nierządnicą, prostytutką, kobietą lekkich obyczajów, utrzymanką, a jej siła polega na tym, że potrafi opanować nie tylko lubieżników, ale przede wszystkim – uczciwych, szlachetnych i inteligentnych mężczyzn. Andreas Leverkühn zostaje na całe życie zarażony syfilisem przez prostytutkę Esmeraldę hetaerę, Swann traci dziesięć lat życia dla Odetty, kobiety, którą każdy mógł mieć, ale która jego właśnie nie chciała. I nawet, jak to sam sceptycznie przyznaje, właściwie wcale mu się nie podobała. Rosa Fröhlich, czyli Błękitny Anioł doprowadza do upadku profesora Unrata. Szlachetny i naiwny książę Myszkin staje się ofiarą manipulacji ze strony Nastazji Filipowny, i tak dalej, i tak dalej…

Inne jest też uwikłanie księcia Myszkina w uczucia dwóch kobiet, tej jednej – dobrej i porządnej, acz złośliwej, i tj drugiej – nierządnicy i obłąkanej. Książe kocha je obie i obie traci. Obie kochają w nim to samo – dziecięcą uczciwość i szlachetność. Agłaja Jepanczyn uświadamia to sobie, czytając na głos, w salonie, przy ludziach wiersz Puszkina o biednym rycerzu. Nikt podczas tego pierwszego głośnego czytania nie uświadamia sobie, że to wiersz proroczy i że wszystko już zostało w nim powiedziane.

Gdy w rodzinne wrócił strony,
Wiódł surowe dni jak więzień,
Wciąż milczący, wciąż strapiony,
Aż samotnie zmarł w obłędzie.

Tak będzie i z księciem, który chory wyjedzie z powrotem do Szwajcarii i tam umrze.

 

Animula, vagula, blandula

Proszę Państwa, przygotowując dwa tegotygodniowe wpisy, te o tym, że koty mają duszę, przypomniałam sobie ten przedziwny wiersz o duszy, musiałam go znaleźć, przeczytać i…

Ewa Maria Slaska

A wiersz jest niezwykły:

Animula, vagula, blandula
Hospes comesque corporis
Quae nunc abibis in loca
Pallidula, rigida, nudula,
Nec, ut soles, dabis iocos.

Napisał go w roku rzymski cesarz Hadrian (76-138) i jest to chyba najbardziej mistrzowski wiersz, jaki kiedykolwiek został napisany po łacinie. Ciekawe, że jego autor, wcale nie był uważany za mistrza retoryki, czyli tego kunsztu, który uczył, jak celowo i skutecznie używać języka. Biograf cesarza, Eliusz Spartianus, wspomina wręcz, że pierwsze mowy cesarskie były tak żałosne, iż były przedmiotem żartów. Sprawiło to, że cesarz zaczął dbać o język łaciński, osiągając w nim najwyższą biegłość i wymowność

Dr Michael Gratz z Greifswaldu, wykładowca w Instytucie Filologii Niemieckiej, a również bloger (TU) podkreśla ogromną trudność przetłumaczenia tego pięciolinijkowego wiersza, bo nie dość, że łacina i tak jest zawsze oszczędna, to jeszcze tu cesarz zastosował skomplikowane metrum – pierwsza, druga i piąta linijka są zbudowane tylko z trzech słów. Chciałbym, żeby się to dało tak przetłumaczyć, wzdycha bloger i dodajmy od razu, że niestety nie osiąga w swych próbach pożądanego efektu. Oryginał ma słów 19, a niemiecki przekład filologiczny… no cóż, jak zobaczymy dalej, ani po angielsku, ani po polsku nie będzie wiele lepiej.

Doktor Gratz w 8 linijkach używa 42 słów.

Mein Seelchen, freundliches Seelchen du,
so wanderlustig immerzu,
dein Leib war nur dein Gasthaus und nun
sollst du die letzte Reise tun
in jenes Reich,
wo alles so öd‘ und kahl und bleich,
in jene Nacht,
wo keiner mehr deine Spässchen belacht.

Po polsku wiersz liczy tylko 5 linijek i 30 słów, o 11 więcej niż łaciński oryginał. Samych “i” jest po polsku trzy. Oczywiście po łacinie spójnik “i” przykleja się do poprzedniego słowa, ale i tak jest w oryginale tylko raz, po polsku i po niemiecku po trzy razy. I Polak, i Niemiec używają też gęsto różnych form zaimka posesywnego – moja, mój, mnie, mein, dein… a łacina całkiem zgrabnie sobie radzi bez tych słówek.

Duszyczko moja tkliwa i ruchliwa,
Gościu ty ciała mojego i drużko,
Co pójdziesz teraz w krainy ciemności,
Twarde i nagie, i pełne bladości,
A żartów zwykłych stroić już nie będziesz.

Przełożył Kazimierz Morawski. Istnieje też polski przekład Kubiaka, który prawie że uzyskuje ową łacińską prostotę trzech linijek trzywyrazowych:

Duszyczko, kochana wędrowniczko,
Ciała gościu i wspólniczko,
W jakie ty strony odejdziesz,
Bladziutka, naga, zziębnięta,
Gdzie żartować jak zwykle nie będziesz

Kubiak, podobnie jak sam cesarz, nie używa żadnych zaimków dzierżawczych. Również angielski w wydaniu Byrona obywa się bez zaimka dzierżawczego, choć jest to wszak język, który podobno musi go używać bez przerwy, że przypomnę słynne “moje ręce w moich kieszeniach” (My hands in my pockets).

Ah! gentle, fleeting, wav’ring sprite,
Friend and associate of this clay!
To what unknown region borne,
Wilt thou, now, wing thy distant flight?
No more, with wonted humour gay,
But pallid, cheerless, and forlorn

Tę angielską wersję stworzył Byron i choć jest ona o wiele słów i jedną linijkę dłuższa od oryginału, chwali się poetę za niedoścignioną wręcz… zwięzłość, co jednak bardzo dziwi. Już bowiem sam apostrof rozpoczynający wiersz, tak zresztą jak i po niemiecku, wydaje się przecież niepotrzebny. I jeszcze wykrzykniki i znak zapytania, i 33 słowa.

Ale Byron nie był jedynym tłumaczem epigramatu cesarza na angielski. Już wiele lat temu naukowcy doliczyli się 43 tłumaczeń, teraz jest ich zapewne jeszcze więcej.

Ale nie ma sensu się czepiać, każdy tłumaczy jak może, obywatelu redaktorze. Interesujące wydaje mi się, że żadne z tłumaczy w żadnym języku nie pokusił się o ten fantastyczny potrójny rym wewnętrzny w pierwszej linijce. Rozłąka błąka się po łąkach… Jest rym podwójny, potrójnego nikt nie uzyskał.

Na zakończenie przytoczę jeszcze piękny i wzruszający opis mniemanego grobu Hadriana w jednym z listów z Rzymu Gustawa Morcinka, tak, tego śląskiego pisarza, autora Łyska z pokładu Idy. Pisarz miał za sobą niewolę niemiecką, pobyt w obozie koncentracyjnym i kilkuletnią tułaczkę powojenną, która zawiodła go do Rzymu. Morcinek jest zachwycony Wiecznym Miastem, ale tęskni, tęskni tak mocno, że postanawia jednak wrócić do Polski. Wizyta w mauzoleum Hadriana jest pożegnaniem pisarza z Rzymem.

…znajdziesz tutaj niedużą tablicę marmurową z najpiękniejszymi słowami o śmierci, jakie znalazłem w Rzymie. Nachylasz się w mroku i czytasz zdumiony: „Parola rivolta all’anima dell Imperatore Adriano morente”, a pod tym wstępem olśniewają Cię wzruszające słowa o śmierci z tamtych antycznych czasów, słowa, które zdumiewają swą prostotą i swą głębią, i pogodą, i ciszą. Oto umierający Hadrian żegna się z życiem i teraz pieszczotliwymi słowy przemawia do swej duszy:

Animula vagula blandula
Hospes comesque corporis
Quae nunc abibis in loca
Pallidula rigida nudula,
Nec, ut soles, dabis iocos

I myślisz z jakimś podświadomym żalem, że oto Hadrian umierał w tak wzniosły sposób, że jego śmierć była jakimś radosnym obrzędem żegnanego życia, że śmierć jego posiadała tyle wspaniałego, cesarskiego, imperatorskiego, a jednak tak bardzo prostego majestatu, iż dzisiaj „człowiek z obozu” czy barbarzyńca z Północy staje przed nim pełen pokory i wzruszenia. I równocześnie pełen żalu, dlaczego w obozie koncentracyjnym musieli moi towarzysze konać jak rozdeptane, gnijące robaki, dlaczego ich śmierć nie posiadała niczego z owego majestatu…

„I can’t breathe”

Ewa Maria Slaska

Zbieram w mediach informacje o tym, co się zdarzyło, i co to może oznaczać. Uderza mnie symbolizm tego wydarzenia. Bo czy to nie symboliczne, że ostatnie słowa, jakie wypowiedział George Floyd brzmiały właśnie tak:
„I can’t breathe”? W czasach pandemii coronawirusa, gdy ci, którzy umierają, umierają na zapalenie płuc, a ci, którzy najciężej chorują, leżą pod respiratorami, bo nie mogą oddychać, czy to nie symbolicznie złowrogie zatem, że ostatnie słowa czarnego człowieka udoszonego kolanem przez białego policjanta tak właśnie brzmiały.

A zobaczyłam je jako hasło na zdjęciu profilowym na FB u dziewczyny, która kilka dni później ze zdiagnozowanym coronawirusem trafiła do szpitala. Nie ma mnie, jestem w szpitalu, napisała. Proszę nie chcieć ode mnie niczego. Bardzo źle się czuję. Aha, jakby ktoś nie wierzył, że wirus istnieje, zdiagnozowano u mnie właśnie wirusowe zapalenie płuc. 

Nie mogę oddychać. I can’t breathe.
Biały policjant z Minneapolis, Derek Chauvin, trzymał kolano na szyi unieruchomionego kajdankami czarnego George’a Floyda przez 8 minut i 46 sekund (2 minuty i 53 sekundy po tym, jak Floyd przestał się ruszać). Słowa Floyda „I can’t breathe” od wielu dni odbijają się o widzialne i niewidzialne mury w Stanach Zjednoczonych i nie tylko, napisał na Facebooku Jacek Pałasiński. Talmud powiada, że „Kto ratuje jedno życie, ten ratuje cały świat”. To zdanie jest wyryte na medalach wręczanych sprawiedliwym wśród narodów świata. To zdanie można odwrócić: „Kto zabija jednego człowieka, zabija cały świat”.
Derek Chauvin, który zabił George Floyda, być może zabił cały znany nam świat.


Arkadiusz Łuba napisał jako kometarz: wrapped in smoke, can democracy breathe? – where is the world going?! (cartoon from Sinisa Pismestrovic, in: “Süddeutsche Zeitung” 02.06.2020, p. 4) – more

Nasze europejskie #blacklivesmatter wygląda trochę inaczej niż w Stanach, pisze Antoni Komasa-Łazarkiewicz. To życie osób tonących w wodach Morza Śródziemnego w drodze na nasz kontynent. To życie i zdrowie uchodźców stłoczonych w obozach w Grecji, porzuconych i zapomnianych przez swoją Ziemię Obiecaną, wystawionych na postrach kolejnym, którzy spróbowaliby wyrwać się z nędzy, suszy i wojny, sprowadzonej na nich przez białego człowieka rabunkiem, kolonizacją i imperializmem.
To życie setek tysięcy ludzi stłoczonych w nieludzkich warunkach w Libii, gdzie opłacamy lokalnych zbirów, żeby trzymali ich z dala od nas. (…) To, że u nas policjant nie udusił niewinnego czarnego człowieka kolanem, to że problem jest mniej widoczny w naszym codziennym życiu, nie oznacza, że nie istnieje, a jedynie że udało nam się zepchnąć go dostatecznie daleko od naszych oczu. Ale on jest.

Chora odpowiada ze szpitala jednym słowem: jest.

Ale oczywiście i w Polsce są protesty. Wczoraj (3 czerwca) kilkuset poznaniaków położyło się na ziemi z rękoma na plecach. Był to spontaniczny protest po śmierci George’a Floyda. Protestujący przeszli w milczeniu przez centrum miasta. Takie działania są w Polsce zabronione, ale policja nie interweniowała.

A polski Avaaz przysłał apel o podpisanie protestu (podpisałam):

Przyjaciele i Przyjaciółki!

To są ostatnie słowa George’a Floyda, 46-letniego mężczyzny, który zmarł po tym, jak funkcjonariusz policji przygniótł go do ziemi i klęczał na jego szyi przez niemal 9 minut, dopóki się nie udusił:

„To moja twarz, człowieku
człowieku, nie zrobiłem niczego takiego
proszę
proszę
proszę, nie mogę oddychać
błagam, człowieku
proszę was
proszę, człowieku
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
proszę
(niezrozumiałe)
człowieku, nie mogę oddychać, moja twarz
wstań
nie mogę oddychać
proszę, kolano na karku
nie mogę oddychać
k****
ja zaraz…
nie mogę się ruszać
mamo
mamo
nie mogę
moje kolano
mój kark
jestem wykończony
jestem wykończony
mam klaustrofobię
boli mnie brzuch
boli mnie kark
wszystko mnie boli
dajcie wodę, cokolwiek
proszę
proszę
nie mogę oddychać, panie oficerze
nie zabijaj mnie
człowieku, oni mnie zabiją
daj spokój, człowieku
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
oni mnie zabiją
oni mnie zabiją
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
panie, proszę
proszę
proszę
błagam, nie mogę oddychać”

Potem jego oczy się zamknęły. Jego prośby ucichły. George Floyd nie żył.

Stoimy teraz przed wyborem. To może być po prostu kolejna tragiczna śmierć z rąk funkcjonariusza amerykańskiej policji – albo moment, w którym wreszcie nastąpi zmiana.

Jesteśmy ruchem ponad 60 milionów osób – gdy wszyscy razem zabieramy głos, nie sposób nas zagłuszyć. Więc zawołajmy głośno, razem z wszystkimi innymi, którzy wzywają do zatrzymania tej fali rasistowskich zabójstw, i wymagajmy tego samego od osób dzierżących władzę.

Podpisz ten list. Gdy będzie nas mnóstwo, Avaaz opublikuje jego treść w najważniejszej prasie w USA i na portalach na całym świecie. Niech to będzie hymn wzywający do zatrzymania tej fali zabójstw i oddający cześć wszystkim tym, których do tej pory straciliśmy.

Podpisz teraz
Jako Obywatele i Obywatelki całego świata, opłakujemy bezsensowną śmierć kolejnego człowieka z rąk amerykańskiego policjanta.

Stajemy jako społeczność po stronie tych, którzy teraz cierpią.

Te brutalne zabójstwa muszą się skończyć. Każde z nich to rana na sercu całej ludzkości oraz wstydliwa, niedająca się zmyć plama na wspaniałej fladze Stanów Zjednoczonych.

Rasizm rośnie w siłę w ciszy – a my nie zamierzamy milczeć. Rasizm jest problemem, który dotyczy nas wszystkich. To nasza walka.

Ale nie pozwolimy, aby tę walkę opanowała nienawiść, bo wtedy nie będziemy wcale lepsi od tych, których serca chcemy zmienić. Jak mówił Martin Luther King: „Ciemność nie może wypędzić ciemności, tylko światło może to zrobić. Nienawiść nie może wypędzić nienawiści; tylko miłość może to zrobić.”

W tym właśnie duchu wzywamy wszystkich sprawujących władzę by działali TERAZ i oczekujemy od prezydenta Trumpa oraz władz stanowych i lokalnych USA by wzięli odpowiedzialność za:

  • Zapewnienie, że wszyscy oficerowie zamieszani w zabójstwo George’a Floyda staną przed sądem.
  • Wydalenie ze służby i konsekwencje prawne dla funkcjonariuszy nawet za pojedynczy przypadek użycia nadmiernej siły lub nie zapobieżenia jej.
  • Zapewnienie, że każde policyjne zabójstwo będzie przedmiotem niezależnego i transparentnego dochodzenia.

Zobowiązujemy się robić to, co do nas należy, mierząc się twarzą w twarz z ignorancją, gniewem, strachem i rasizmem, mając po swojej stronie całą nadzieję, miłość i siłę naszego człowieczeństwa.

Spoczywaj w Mocy, George Floyd.
Twoja śmierć nie pójdzie na marne.

Podpisz teraz

Z niekończącą się nadzieją,

Mike, Marie, Meetali, Sarah, Andrew, Ricken i Bert wraz z całym zespołem Avaaz

Dowiedz się więcej:

Jego śmierć wstrząsnęła Ameryką. Kim był i jak zginął George Floyd? (RMF24)
https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-jego-smierc-wstrzasnela-ameryka-kim-byl-i-jak-zginal-george-,nId,4527878

Oczywiście, że są protesty. Państwo zawodzi osoby czarnoskóre (New York Times – tekst w języku angielskim)
https://www.nytimes.com/2020/05/29/opinion/george-floyd-minneapolis.html


PS: Tymczasem Spiegel (i oczywiście wiele innych gazet) donosi, że w USA jest już ponad 40 milionów bezrobotnych i przybywa ich w taki sam sposób jak chorych na koronę – w ciągu wykładniczym czyli zgodnie z funkcją potęgową. Bezrobocie jednej osoby dotyczy zazwyczaj również rodziny, czyli w każdym wypadku dotknięte zostały co najmniej trzy osoby. Jest ich zatem sto kilkadziesiąt milionów. Trzy państwa wielkości Polski. Kilkadziesiąt milionów ludzi straciło nie tylko pracę, ale i dach nad głową. Powstają ogromne obozowiska bezdomnych, gdzie za chwilę stosunki będą takie same jak w obozach dla uchodźców na granicy Europy. USA zmieniają się w oazy białych i bogatych otoczone płonącym morzem nędzy i buntu.

Prasa podała też, że w ciągu pandemii właściciele Amazona i Facebooka wzbogacili się o 500 miliardów dolarów.

Bogaci się nadal bogacą, biedni nie mają czym oddychać.

U fryzjera

Chyba żaden zakaz wprowadzony podczas kwarantanny, a potem stopniowo łagodzony, nie wzbudzał tylu emocji, co fryzjer. Wizyta u fryzjera urosła do rangi wyznacznika wolności i to w każdym wymiarze, politycznym, społecznym, indywidualnym. Facebook tonie w powodzi selfie spod fryzjerskiego hełmu albo z pasemkami owiniętymi sreberkiem sterczącymi naokoło głowy jak, nie przymierzając, wypustki coronawirusa. Ludzie dzwonią do siebie korzystając z połączeń wideo i na kablach międzykontynentalnych pokazują sobie swoje nowe fryzury. Temat nie jest zastrzeżony tylko dla młodych i tylko dla kobiet. Czy rozmawiam z młodym gniewnym intelektualistą czy z bardzo starą panią, wizyta u fryzjera lub niemożność jej zorganizowania jest tematem numer dwa każdej rozmowy, ważniejsze (temat numer jeden) jest tylko pytanie o zdrowie.

To jak się czujecie?

Maria Marucelli, nasza autorka z Florencji, pisze:

Nareszcie, od poniedziałku a raczej wtorku (bo w poniedziałki we Włoszech fryzjerzy są zamknięci) zostały otwarte zakłady fryzjerskie! Udało mi się umówić na czwartek na godzinę 19:30 – normalnie moja fryzjerka pracuje do czwartej, piątej, no ale teraz mają olbrzymie zaległości, są panie z odrostami, długimi włosami i wszystkie chcemy zrobić porządek z głową. Ja chciałam tylko obciąć włosy, udało mi się więc dostać do fryzjerki szybko, Marianna (moja córka) która ma duże wymagania – bo może tylko w sobotę i chce wyprostować sobie włosy, co jest operacją bardzo długą – umówiła się dopiero na za dwa tygodnie.
Ale ja przecież piszę o mojej wizycie u mojej fryzjerki. Po pierwsze umówić się można tylko przez telefon, bo do zakładu wchodzą tylko osoby umówione, mniej więcej w połowie drzwi jest taśma żeby zatrzymać ewentualnych chętnych bez zamówionej wizyty. Przyszłam pod zakład dziesięć minut wcześniej, wewnątrz nie było żadnej klientki, a trzy panie pracujące tam odkażały salon po obsłużeniu poprzednich klientek – mogą wejść na raz tylko dwie. Odkażały, to znaczy psikały jakimś płynem na wszystko i następnie przecierały papierowymi ręcznikami. Oczywiście zamiotły podłogę i umyły ją też pewno płynem odkażającym. W momencie, kiedy zostałam zaproszona do środka, wszystkie panie założyły maseczki, wydezynfekowały sobie ręce i założyły jednorazowe rękawiczki.
Weszłam, pochylając się pod wyżej wspomnianą taśmą, tuż obok, po prawej stronie na podłodze jest czarną taśmą klejącą wyznaczony kwadrat, w którym należy stanąć, obok umieszczono automatyczny dozownik z płynem do dezynfekcji rąk, wydezynfekowałam je i zostały mi podane jednorazowe rękawiczki, które oczywiście na wilgotne ręce nie wchodzą, zrezygnowałam więc, ale musiałam założyć plastikowe pokrowce na buty, a torebkę wraz z kurtką włożyć do plastikowej torby, która została zamknięta. I tak to byłam gotowa do umycia głowy. Pozostała część: strzyżenie, suszenie i układanie włosów poszła normalnie, bo moje fryzjerki od zawsze stosują urządzenie do dezynfekcji nożyczek i  szczotek, które jeszcze przed dezynfekcją dokładnie się czyści z włosów.
W tym wszystkim najważniejsze jest to, żeby nikt kto nie wie, że jest zarażony, bo wirus jest w fazie wykluwania się, a jest już zaraźliwy, nie zaraził nikogo, tak fryzjerek jak innych klientów. Ale to oczywiście również znak, że zaczynamy z wolna normalnie funkcjonować, bo fryzjer dla kobiety to bardzo ważna rzecz.
W pół godziny byłam gotowa, zapłaciłam, a do worka, w którym przechowywana była moja osobista torebka i kurtka, włożyłam pokrowce na buty i wszystko wyrzuciłam do specjalnego wora na plastikowe odpady.
Nie muszę pisać chyba dwóch oczywistych rzeczy, a mianowicie że cały czas byłam w maseczce i że wyszłam wielce szczęśliwa, że mam porządek na głowie!
We wtorek idę na pedicure!


PS od adminki. A ja dodam jeszcze jedną uwagę. Rękawiczki, maseczki, worki, pokrowce, ręczniki papierowe, spraye, płyny do dezynfekcji, plastikowe taśmy, naklejki, ustawiające nas to tu, to tam… Corona pozwoliła naturze przez chwilę odetchnąć. Sarny chodzą po Krupówkach, delfiny pływają w kanałach Wenecji, ale jednocześnie wzięły w łeb wszystkie nasze starania o likwidację reklamówek, foliówek, kubków jednorazowych i plastikowych naczyń. Ledwo zaczęliśmy się drobnym kroczkiem przymierzać do zmniejszenia ilości zużywanego przez nas plastiku, ledwo wymyślono talerze z otrębów i torebki z ości dorszy, zaczęliśmy od pierwszego dnia kwarantanny zużywać więcej plastikowego badziewia, niż kiedykolwiek w czasach wszechwładzy foliówki w sklepie.
EU chciała wprowadzić od roku 2021 zakaz sprzedaży wszystkich produktów jednorazowego użytku wykonanych z tworzywa sztucznego.
I co?

Gdańsk. Otwarte zakłady fryzjerskie po zniesieniu obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa.
Nz. Salon Fryzjerski Piotr Kunderak Hair (https://www.gdansk.pl/wiadomosci/fryzjer-znowu-otwarty-pierwszy-dzien-dzialalnosci-salonow-oczami-ich-wlascicieli,a,171356)

Z dala od Baratarii (Joyce)

Michałowi, który mi osiem lat temu podarował tę książkę

Od momentu, gdy ukazał się TEN wpis, wszyscy wiedzą, że ja, zagorzała czytelniczka Marcela Prousta, dopuszczam się zdrady i czytam Joyce’a, i to do poduszki. No, ale co zrobić, trzeba było wykonać postawione mi przed nosem zadanie joyce’ologiczne i znaleźć, gdzie JJ z całą pewnością odwołuje się do Cervantesa. 

Po dwóch tygodniach znalazłam. I to na jakiej pięknej stronie: 234! 

Ewa Maria Slaska

But, Sin Showpanza, could anybroddy which walked this world with eyes whiteopen have looked twinsomer than the kerl he left behind him? Candidatus, viridosus, aurilucens, sinelab? Of all the green heroes everwore coton breiches, the whitemost, the goldenest! How he stud theirs with himselfs mookst kevinly, and that anterevolitionary, the churchman childfather from tonsor’s tuft to almonder’s toes, a haggiography in duotrigesumy, son soptimost of sire sixtusks, of Mayaqueenies sign osure, hevnly buddhy time, inwreathed of his near cissies, a mickly dazzly eely oily with looiscurrals, a soulnetzer by zvesdals priestessd, their trail the tractive, and dem dandypanies knows de play of de eyelids, with his gamecox spurts and his smile likequid glue (the suessiest sourir ever weanling wore), whiles his host of spritties, lusspillerindernees, they went peahenning a ripidarapidarpad around him, pilgrim prinkips, kerilour kevinour, in neuchoristic congressulations, quite purringly excited,rpdrpd, allauding to him by all the licknames in the litany with the terms in which no little dulsy nayer ever thinks about implying except to her future’s year and sending him perfume most praypuffs to setisfire more then to teasim (shllwe help, now you’ve massmuled, you t’rigolect a bit? yismik? yimissy?) that he, the finehued, the fairhailed, the farahead, might bouchesave unto each but everyone, asfar as safras durst assune, the havemercyonhurs of his kissier licence. Meanings: Andure the enjurious till imbetther rer. We know you like Latin with essies impures, (and your liber as they sea) we certney like gurgles love the nargleygargley so, arrahbeejee, tell that old frankay boyuk to bellows upthe tombucky in his tumtum argan and give us a gust of his gushy old. Goof!

Ale czy, Sin Pumppanza, ktokolbud kto brodził po świecie z szeroko otwartymi białkami mógł wyglądać braciej dwurodnie niż chłopczyna którą zostawił za sobą? Candidatus, viridosus, aurilucens, sinelab? Wśród glauckich herosów elladykolwiek cotona sobie mieli grynczesy, ten najbielszy, ten najzłotszy! Chodząca kewinność, jak pan muk stał, ob anterewolucjonista, dzieciojciec duchowny z góry mig do dołu, z kępy tonsora do stóp jałmużnika, hageografia duotrigesumy, syn sześćkiełsiątego słońca, synocóra Majarani, najwyższy ciąż za buddym razem, kolony wiatużkiem siorcyzów, o mikle lśniącej, olejnie wijnej luz kareolo włosów, soulnetzer zwiazdowany przez gwiestalki, trele ich traktów, już dam dandypanie wie jak dam powiekami grać, kogut ostrogut, klej płynny funt śmiech (suessłodszy sourir dzidzikolwiek wydany), hetman sfery boskiej, lusspillerinokolan, piejących mu peahenny  ripidarapidarapadokoła, przywódca pielgrzyma, kerilour kevinour, wrzaskon gresulacji neuchorystyczny, w mraukotnym podnieceniu rpdrpd, a luznym wielbiących przezliskami z litanii terminów, których żadna dulsyne ani myśli dać do dorozumienia, chyba że zaroczona przyszłej małżowinie, kadzących mu puffumami, nie tyle by go rozdrażnić ile rozpalkoić (msze pomóc, że masz mało, ci ręko letko? jesmak? jimosze?) że on, tak pięknobarwny, tak jasnogłosy, tak przedniogłowy, mógłby ułaskawić każdą a nie jedną ustce raz, asfaras safrse dać assunt, zmiłuj się nad niami, licencją na całowanie. Wiemy że lubisz łacinę z esskimi jej zanieczyszczeniami, (jak i swój liber jak morze widome) pewnie jednak lubimy gulglęta kochamy narglegarglej więc dalej, arrabojże, rzeknij temu frank staremu bojkowi żaby duł miechy a tamtem przez trombielki orgament palnął nam porywkę ze starej polewki. Gupstwo!

Ufff. Poszukałam, przeczytałam, przepisałam. Veni, vidi, vici. A teraz już chciałabym pójść z powrotem do Prousta, ale nie mogę, bo jak się raz wciągnęłam w tę historię, to bym chciała się jeszcze dowiedzieć, o co chodzi? Joyce’olog mi wyjaśnił, że to powieść jak globus (jakoronawirus?), rozrasta się kuliście we wszystkie strony (zaprawdę pandemiamwam – corona), a przy tym każde słowo (fraktale! fraktale! duże takie same jak male) podobnie rozrasta się kuliście od centrum, jeśli więc jest giermek i pansa, to jest i pan jego polski, i brzuch łaciński, i angielski bratek pansy (co i geja oznaczy) i francuski myśliciel zdziczały (dziki bratek – pensee sauvage). 

Jako czytelniczka powiem jednak, że ok, rozumiem globalny globusowy zamysł makrokosmiczny i rozumiem haikopodobne zabawy z każdym słowem, ale nie rozumiem tego, co pomiędzy, nie wiem, co tam się dzieje i to mnie deprymuje. Bo jednak chciałabym zrozumieć, co się zawarło w umyśle autora między tym, co makro i tym, co mikro, czyli co oberżysta i jego córka i synowie robią w trakcie tej liczącej dokładnie 628 stron powieści (polskie tłumaczenie Krzysztofa Bartnickiego, wydane przez Ha!Art, też liczy tyle samo stron, i każda strona po polsku odpowiada – no, powiedzmy, prawie odpowiada – stronicy po angielsku). I jak już myślę, że wiem, że wstają, gotują, jedzą, przyjmują gości, idą do teatru, to mi się to wszystko rozpikselowuje, rozpada jak na obrazach impresjonistów, i już widzę tylko, jak straszni mieszczanie u Tuwima, nie świat i czas, i czasoprzestrzeń, tylko, że Staś, że dom, że drzewo… I odsuwam zrezygnowana to tomiszcze, myśląc, ach, Proust, wprawdzie i on przez 50 stron pierwszego tomu obraca się z boku na bok, zanim zaśnie, ale ja wiem przecież, bo czytałam go pewnie z 50 razy, że się obróci, i zaśnie, a kiedyś jak dorośnie, zmarznie i zje kąsek magdalenki, zanurzony w herbacie lipowej, a wtedy wstanie z niej całe miasto Combray, a za nim Paryż, Balbec i Wenecja, i zakwitną białe głogi wzdłuż posiadłości Swanna i dziewczęta na plaży, Gilberta dorośnie i stanie się Albertą, księżna Guermantes pójdzie na bal w bucikach niedopasowanych do wspaniałej czerwonej sukni, i wtedy Marcel narrator, już dawno nie tylko dorosły, ale też doświadczony przez życie, zdrożne miłości i chorobliwą neurastenię, nadepnie na kamień w trotuarze, a ten się poruszy, i wtedy zamknie się krąg tej siedmiotomowej powieści, wrócimy do początku i będę mogła zacząć ją czytać od nowa (zobacz TU).

PS 1. Z Ulissesem nie miałam aż tylu problemów. Przeczytałam i już. Nie zachwycił, ale i nie odrzucił. Natomiast nadzwyczaj wręcz lubię Bloomsday.

PS 2. Ci dwaj (MP i JJ) raz się spotkali na pewnym (celowo zaaranżowanym) obiedzie. I nie przypadli sobie do gustu. Spotkanie miało miejsce 18 maja 1922 roku w Paryżu, 98 lat temu. TU o tym pisałam, nawet nie tak dawno.