Ewa Maria Slaska
Oglądaliście na Netflixie Anne with E? Jeśli tak, to chciałam zapytać, czy rozpoznaliście, co w pierwszym odcinku (39 minuta) Ania opowiada Maryli o swoim pochodzeniu?

… lebte vor nicht allzulange Zeit ein Gentelman, einer mit einer Lanze und einem alten Schutzschild auf einem Regal. Er hält sich einen dünnen Gaul und einen Windhund. / W pewnym kraju daleko, daleko stąd, którego nazwy nie chce mi się nawet pamiętać, żył nie tak znowu dawno temu pewien szlachcic, z tych, co to posiadają lancę i tarczę w szafie, a trzymają chudą szkapę i takiegoż ogara.
No tak, może nie rozpoznajecie, bo to przekład z hiszpańskiego na angielski, z angielskiego na niemiecki, z niemieckiego (w moim wykonaniu) na polski, a na każdym etapie coś się przecież gubi – lost in translation, wiemy… przypomnę nam więc:
W pewnej miejscowości (…), której nazwy nie mam ochoty sobie przypominać, żył niedawno temu pewien szlachcic, z tych, co to mają kopię w tulei, starodawną tarczę, chudą szkapę i gończego charta.
Tak to jest w tłumaczeniu Anny i Ludwika Czernych, na stronie 35. W następnym zdaniu pojawi się jeszcze garnek bigosu czyli dawnej potrawy z resztek, zwanej po hiszpańsku olla porida, tego jednak Maryla już od Ani nie usłyszała, bo oburzona kazała jej przerwać.
W tłumaczeniu Woroszylskiego to zdanie nie pojawi się wcale, w przekładzie Charchalisa brzmi zaś tak:
W pewnej wiosce (…), której nazwy nie mam ochoty sobie przypomnieć, nie tak dawno żył szlachcic z tych, co to mają wiszącą na kołku kopię, starą tarczę, suchą chabetę i łownego charta.
Olla porida zostanie u Charchalisa zastąpiona gotowanym mięsem…
Jest to jedno z najsłynniejszych zdań na świecie.
Nie wiem, czy Maryla je rozpoznaje, czy tylko wie, że Ania znowu coś wymyśla. Znają się wprawdzie dopiero od poprzedniego wieczoru, ale dziewczynka dała się już poznać jako egzaltowana gaduła. Nieważne jednak, czy filmowa Maryla wie, że panna cytuje Cervantesa, ważne, że autorka scenariusza uznała, iż spokojnie może użyć tego cytatu. Tym, co wiedzą, ten szczegół pozwoli się uśmiechnąć porozumiewawczo do innych, którzy też to zdanie rozpoznali, tym zaś, którzy go nie znali lub nie chciało im się pamiętać, nie utrudni ono odbioru. I tak każdy widz wie już (a być może od dawien dawna), że rudowłosy podlotek opowiada, co mu tylko ślina na język przyniesie.
To jest właśnie taka sytuacja, o jakiej pisałam niedawno we wpisie o Przyłbicy Mambrina. Tylko tam jeszcze zakładałam pewną wspólnotę wiedzy autora, tłumacza, wydawcy i czytelnika, tu zaś przeciwnie – sądzę, że mało kto rozpozna tę kwestię zwłaszcza zniekształconą wielokrotnym tłumaczeniem, zakładam wręcz, że należy ona do gatunku zabaw, jakie filmowcy chętnie serwują widzom – nie oglądając się na to, czy widz rozpoznaje to, co dostał, czy nie – zabawa w cytaty bez podania źródła. Wiesz, człowieku, twój zysk, nie wiesz, twoja strata, ale skoro nie wiesz, że nie wiesz, to nie wiesz też, że coś straciłeś. W zabawie w cytaty filmowe mistrzem jest oczywiście Tarantino, ale takie zabawy znają i muzycy, i pisarze, i dziennikarze. Cytat bez podania tzw. caption, czyli źródła, uważany jest za jedną z cech postmodernizmu, ale reguły znane były wcale nie od dziś, czego dowodem jest chociażby przyłbica Mambrina w Scenach z życia cyganerii. Najsłynniejszym polskim fragmentem literackim tego rodzaju jest scena, gdy Winicjusz widzi po raz pierwszy Ligię i mówi do niej słowami, które Odyseusz skierował do Nauzykaai. Wzrusza go, że dziewczyna mu odpowiada słowami feackiej księżniczki. Winicjusz, Petroniusz, któremu Winicjusz to opowiada, Ligia i jej wychowawcy, ale też Sienkiewicz i jego czytelnicy – wszyscy wiedzą, że chodzi o cytat z księgi VI Odysei, której autorem był Homer. Wszyscy wiedzą to tak dalece, że obciachem by było mówienie o tym. Tak jak obciachem by było powiedzenie teraz, że Ligia i Winicjusz to bohaterowie Quo vadis, a autorem Quo vadis jest Henryk Sienkiewicz. Wszystko zależy zresztą od tego, jak znane jest w danym momencie cytowane dzieło. Bo to się oczywiście zmienia. Za moich młodych lat cytowało się w rozmowie nie tylko często gęsto Balladynę, Pana Tadeusza, Trylogię i Chłopów, ale też na przykład Bolesława Chrobrego Antoniego Gołubiewa, i nie mieliśmy problemów z rozpoznaniem takich zdań jak szła pąć czy Puchała, stary chrzan. Teraz by to już było niemożliwe.
U nas “w cytaty” bawiła się cała rodzina i to przez kilka pokoleń, dopiero teraz ta rodzinna zabawa przestała bawić. Dodam zresztą dla porządku, że mojej siostry na bawiła nigdy :-), co szkoda, bo nie mam się z kim bawić.

To fantastyczne zdjęcie zostało zatytułowane: Captions, please.
Do niedawna uważało się, że na tym właśnie polega różnica między naukowcem, a wolnym duchem artystycznym – naukowiec musiał podawać źródła, na których się opierał, duch zaś mógł sobie swobodnie polatywać nad wodami, pisać, co chce, cytować, co chce i jak chce, i nic mu nie można było zrobić, oczywiście pod warunkiem, że każdy wiedział, iż to jednak są cytaty, nawet jeśli nie odróżniały się cudzysłowem lub kursywą, i że autor nie udawał, iż to tekst własny. No bo wtedy to był plagiat, a to już całkiem inna historia.
Ostatnio jednak zmienił się stosunek i do cytatu, i do plagiatu. Walter Kempowski kilkanaście lat temu atakowany o kradzież tekstów, gęsto się musiał tłumaczyć, różnym naukowcom odebrano tytuły naukowe, bo apka do wykrywania plagiatów udowodniła, że kradli czyjeś i nie przyznawali się, że kradli. Bo w nauce jest tak, że jak napiszesz, że to cytat, to korzystasz ze źródeł, a jak nie napiszesz – toś złodziej. Naukowiec musi korzystać z czyichś tekstów, bez obcych tekstów nie ma nauki. Prawdziwa praca naukowa, jak twierdzono za moich młodych lat, to 95% cytatów i 5% myśli własnej.
Tymczasem, gdy dziesięć lat temu zarzucono Helene Hegemann, autorce “skandalicznej” książki Axolotl Roadkill, że pełnymi garściami korzystała z cudzych wpisów na Facebooku, młoda kobieta tylko wzruszyła ramionami i powiedziała, że żyjemy w epoce copy & paste i nie warto tym sobie głowy zawracać. To zresztą jest zjawisko w kulturze bardzo dobrze znane. Cyrulik sewilski i Wesele Figara to tylko dwa przykłady z niezliczonych, świadczących o tym, że przez stulecia prawo do opowieści należało do tego, kto opowiadał i nikt nie zaprzątał sobie głowy problemami autorstwa. Można być może powiedzieć (ale nie wiem, nie znam się na tym), że nauka była pierwszą przestrzenią ludzkiej działalności, gdzie autorstwo okazało się ważne, a autor miał prawo domagać się, by o nim “na zawsze” pamiętano, bo czymże jest owa słynna caption, jak nie obowiązkiem pamiętania. Cervantes mógł sobie pisać, że nie ma ochoty pamiętać, jak nazywa się owa wioska w Manchy, z której wywodził się Don Kichot. Naukowiec tak nie może, a nauka jest być może ostatnim bastionem, gdzie trzeba się tego obowiązku trzymać.
Ale może już nie. Nieżyjący już niestety autor świetnych, publikowanych tu niekiedy, ironicznych wierszyków, a kuzyn mój, Jan Kozłowski, doktor nauk historycznych, napisał był kiedyś esej o drogach i bezdrożach, którymi podążają naukowcy i błędni rycerze nauki, i użył w tych rozważaniach przepięknego zdania, że (niestety) nauka “przykuła się jak Prometeusz” do skały udowodnionego faktu/ zacytowanego źródła i że mogło się to było rozwinąć inaczej.
Zasadniczo opowiadam sią za postmodernistyczną swobodą w traktowaniu cytatu – znalazłam ostatnio na FB taki tekst, który zaczynał się mądrym zdaniem, a autor napisał w nawiasie: (chyba Konwicki). Jednak tu i teraz, dla przyjemności cytowania z podaniem źródła, zacytuję dwa przykłady tego, jak radzi sobie z brakującym źródłem cytatów duch piękny i wolny:
Mitte des 17. Jahrhunderts soll im englischen Parlament ernsthaft diskutiert worden sein, die Archive des Tower of London zu verbrennen, “um jedes Gedächtnis an die Vergangenheit auszulöschen und die Lebensführung ganz von Neuem zu beginnen”, wie Jorge Louis Borges eine Stelle bei Samuel Johnson zitiert, die es mir nicht wiederzufinden gelingt.
W połowie XVII wieku miała się podobno odbyć w parlamencie angielskim całkiem serio potraktowana debata, czy by nie należało spalić wszystkich archiwów z Tower of London, “aby usunąć wszelką pamięć o przeszłości i zacząć życie całkowicie od nowa”, tak przynajmniej twierdzi Jorge Louis Borges, cytując Samuela Johnsona, czego jednak nigdy nie udało mi się odnaleźć (tłum. EMS).
Judith Schalansky, Verzeichnis einiger Verluste, Suhrkamp, wyd. I. Berlin 2018, s. 18-19.
La jeunesse, c’est béte; ce n‘est fait que pour être regrettè, powiedział nie pamiętam kto, nie pamiętam gdzie i nie pamiętam czy dokładnie tak samo. (Młodość jest głupia, nic tylko jej pożałować – tłum. Google Translator)
Tadeusz Boy-Żeleński, Przedmowa w: Henryk Murger, Sceny z życia cyganerii, Spółdzielnia Wydawnicza „Wiedza”, Warszawa 1948, s. 10
🙂