Co wynika z prowadzenia bloga? (1)

Ewa Maria Slaska

Odpowiedź nr 1: Książki

To pytanie w tytule postawione tak śmiało zajmowało mnie już raz lub dwa razy, kiedy próbowałam znaleźć odpowiedź na pytanie, co się dzięki temu blogowi wydarzyło, jaką więc miał siłę sprawczą?

Trudno mi się tu teraz wdawać w rozważania o tym, że formuła tego bloga zachęciła do pisania kogoś, kto nigdy nie pisał, komuś może przywróciła wiarę we własne działania, komuś zapełniła pustkę… To zbyt subtelne i niesprawdzalne. Niekiedy to, co tu pisaliśmy, zostało przedrukowane. Zawsze mnie to cieszy, zawsze daje satysfakcję, ale mimo to nie ma to jak książki i kontakty międzyludzkie. To najbardziej wzrusza, fakt, że czasem zgłasza się ktoś i to spotkanie zmienia bieg zdarzeń.

Zacząło się od tego, że moja siostra, Katarzyna Krenz i Julita Bielak, dwie autorki z poprzedniego mojego bloga, czyli słynnej Kury…, (ale i tu, bywa, piszą) wspólnie napisały książkę, do której punktem wyjścia był taki fragment mojego tekstu na owym blogu:

Była druga w nocy…

520 lat temu, 12 października 1492 roku marynarz z “Pinty”, jednego ze statków Kolumba, Rodrigo de Triana, jako pierwszy zaoczył z bocianiego gniazda brzegi nowego świata. Urodził się 1469 r. w Sevilli, miał więc 23 lata! Był pierwszym Europejczykiem od czasów Wikingów, który zobaczył Amerykę, a dokładniej wyspę Guanahani (San Salwador, dziś wyspa Watlinga) lub może wyspę Samana Cay. Zakrzyknął (ponoć) to, co zawsze się chyba woła w takich okolicznościach: ¡Tierra! ¡Tierra!
Była druga w nocy.

I choć wiem, bo widziałam na własne oczy, to jednak wcale nie wiem, jak to się stało, że ten cały wpis o nocnym odkrywaniu nieznanego świata dwie moje współautorki, Katarzyna Krenz i Julicta Bielak, skróciły do zdania Była druga w nocy, a ono zainspirowało je do napisania wspólnej książki? I to ja byłam Pierwszą Przyczyną! – napisałam już na tym blogu (TU) w dniu, kiedy książka się ukazała. A tak naprawdę nie ja, tylko mój blog, na którym w komentarzach obie zaczęły żartobliwie budować sytuacje wokół tego jednego zdania, złożonego zaledwie z czterech wyrazów. Była druga w nocy.

To również jeszcze na “tamtym blogu”, czyli na owej Kurze…, pojawiła się kiedyś Wirginia Węglińska, która pracowała wtedy w Muzeum w Stutthofie i dzięki naszym wpisom odnalazła rodzinę Wiktora Lublinera-Ostrowskiego. Doprowadziło to do wydania jej książki o Wiktorze, wznowienia jego książki pt. Warszawiacy w Stutthofie oraz wydania opowiadań jego córki o ojcu, ale i o rodzinie w ogóle, a nawet jeszcze szerzej, o spotkaniach, podróżach, ba, nawet psach. A więc Wirginia Węglińska, Wiktor Ostrowski i Janina Kowalska.

Potem pojawił się Tomasz Fetzki, bez którego nie powstałaby moja książka o rodzinie Lublinerów.
Ewa Lubliner, Lublinerowie.

Książka ukazała się wprawdzie dopiero w 2018 roku, ale zaczęłam ją pisać wiele lat wcześniej. Tomasz wprawdzie sam zamierzał napisać książkę o Eugenii Lublinerowej, czyli tej ślicznej osobie ze zdjęcia na okładce, która zasługuje na wielkie uznanie, gdyż była pierwszą w Polsce (we wszystkich zaborach) osobą, która (w roku 1906) założyła szkołę dla dzieci upośledzonych umysłowo (przedtem istniał tylko ewangelicki ośrodek opieki nad takimi dziećmi). Eugenia była moją prababcią, babcią Cioci Janki czyli autorki Białej apaszki i mamą Wiktora.

W trakcie pisania Lublinerów napisałam kolejną książkę opartą o wpisy na blogach, Nie umarłem / Ich bin nicht tot. Została ona wydana nakładem Stowarzyszenia Partnerstwo Miast ze Szczecinem przy finansowym wsparciu trojga członków Stowarzyszenia: Anne i Folkera Schmidtów oraz Wolfganga Hahna. Książka miała wyjaśniający podtytuł: Groby polskie w Berlinie i groby niemieckie w Szczecinie, a wydana została po polsku i po niemiecku. Część berlińską napisała Ewa Maria Slaska (czyli ja), część szczecińską Michał Rembas.

Teraz zaraz, za chwilę, ukażą się dwie następne książki “z bloga”. Ich autorkami są Joanna TrümnerElżbieta Kargol i Krystyna Koziewicz. Już TU o tej publikacji pisałam. Polska wersja książki o Murze Berlińskim znajduje się właśnie w drukarni. Wersja niemiecka została już przetłumaczona i czyta ją recenzent. Potem pójdzie jeszcze do grafika i korektora, po czym też zostanie odesłana do drukarni.

Tym razem wydanie tych książek sfinansowało około stu przyjaciół zmarłej kilka miesięcy temu Joanny.

Osiem książek przez wiele lat pracy nad tym blogiem i jego poprzednikami, ale też zarazem osiem książek w pięć lat – pierwsza z nich ukazała się w październiku 2015 roku.

Odpowiedź nr 2: Ludzie ukaże się za trzy dni, 28 lutego

Hanau

Vorgestern fand ich diese Bilder am Eingang zu meiner U-Bahn-Station Paradestraße. Ich wusste nicht, wer sie sind und worum es geht, aber ich wusste, dass ich im Internet selbstverständlich eine Erklärung finden werde. Am abend hatte ich keine Zeit, am nächsten Tag (dh. gestern) musste ich früh raus und auf Hermannplatz fand ich schon mehr.

Ach ja, natürlich, Hanau. Hanau vor einem Jahr.  Mein Handy hat sich ausgeladen, ich nehme die Plakate vom Zaun ab und mit nach Hause. In der U-Bahn lese ich sie.

#HanauWarKeinEinzelfall
Hanau. 1 Jahr nach dem rassistischen Terroranschlag
WIR GEDENKEN 19. Februar
KALOYAN VELKOV
FATIH SARACOGLU
SEDAT GÜRBÜZ
VILI VIOREL PAUN
GÖKHAN GÜLTEKIN
MERCEDES KIERPACZ
FERHAT UNVAR
SAID NESAR HASHEMI
HAMZA KURTOVIC

Erinnern heißt kämpfen, Erinnern heißt verändern!

Hanau war kein Einzelfall. Der Anschlag an die Synagoge in Halle, der Mord an Walter  Lübcke in Kassel, die Morde und Anschläge des NSU – das alles waren kein Einzelfälle.

Rechte Terrornetzwerke werden von der Polizei, Justiz und Verfassungsschutz gedeckt oder unterstützt, oder sind schon Teil des Staatsapparates.

Polizei und Staat werden uns nicht beschützen!
Das können nur wir selbst.
Deshalb organisieren wir uns gemeinsam in unseren Kiezen und Nachbarschaften gegen Faschismus und rassistische Gewalt.

MIGRANTIFA                    WIR FORDERN ERINNERUNG GERECHTIGKEIT AUFKLÄRUNG KONSEQUENZEN

#RassismusTötet @migrantifabln    V.i.S.d.P.:M. Cayan, Karl-Marx-Str. Berlin

Na ja, das erklärt Einiges, denke ich mir. Diese angesprayte Bilder in der UBahn, Plakate an den Zaunen und Wänden angeklebt mit Tesafilm und Post-Klebeband.

Ich komme nach Hause und finde, dass Büro der Berliner Ausländerbeauftragten mir (natürlich nicht nur mir) eine Erinnerung an Hanau auf dem Facebook zugeschickt hatte. Klar, die hartformulierten “Ausdrücke” von oben fehlen, bei dem Spot heisst es: Struktureller Rassismus, aber der Tenor…

Tag danach (dh. heute) gehe nochmals hin zu Hermannplatz und diesmal mache ich ein paar Fotos. Es sollte auch eine Demo statt finden, gibt sie aber nicht…

Rozmowy polskie zimą 2021 roku

Ewa Maria Slaska

Książka i ci, co o niej rozmawiają

Rozmowa o książce odbyła się na zoomie w dniu 8 lutego 2021 roku. Brali w niej udział sami utytułowani naukowo ludzie i ja. Moderatorka, Iwona Dadej, zaprosiła czworo autorów (ten polski rodzaj niemęskoosobowy! trzy autorki, jednego autora!) i czworo czytelników (to samo 3+1). Byłam w tym gronie jedyną osobą pamiętającą dobrze PRL. Ale ponieważ jestem stara, to pamiętam nie tylko PRL, ale również czas, kiedy rozmowa oznaczała, że spotykają się ludzie i ze sobą rozmawiają, a to oznacza, że ktoś coś mówi, a ktoś inny już niecierpliwie wierci się na krześle, bo chciałby na to odpowiedzieć, ktoś przerywa, ktoś coś wtrąca niby na boku, ale tak, żeby wszyscy słyszeli, ludzie nawiązują ze sobą kontakt, myśli latają jak trzmiele na wiosnę, a moderator to nie jest Władca Czasu i Dostępu do Mikrofonu, tylko człowiek, który ma przedstawić kolejnego rozmówcę (a bogdaj to, sami możemy to zrobić!) i zadbać o wypełnienie luki, gdyby nagle się okazało, że nikt nic nie ma do powiedzenia i zapada głucha (głupia) cisza. Choć i tak trzeba przyznać, że nasza regentka robiła, co mogła, żeby jej władza była jak najmniej dokuczliwa. Tym niemniej i ona nie mogła nic zdziałać przeciw “reżimowi” takiej rozmowy AD 2021.

No więc nie było rozmowy, tylko wystąpienia i statementy. Szkoda, bo ja bym chętnie porozmawiała tak naprawdę, szczerze i od serca z autorami tej książki. Powiedziałabym, co myślę i tak długo bym ich dręczyła, aż bym wymusiła na nich sensowne odpowiedzi i nie musiałabym się zadowalać akademicką gładką nowomową, wygłaszaną przez ludzi, którzy połknęli kij (no, nie wszyscy – pani Barbara na pewno nie połknęła kija) i przez to zapomnieli, jak się uśmiechać, przejmować i angażować w temat. Tak się zachowywała tylko mieszkająca (przebywająca) w Szwecji Białorusinka – Olga Sasunkiewicz. Ale tak poza tym było tak, jak zawsze, już od dawna, a nie tylko w czasach pandemii, był akademicki dyskurs, w którym wszyscy wszystkich chwalą i wszyscy są z siebie zadowoleni.

Przygotowałam sobie uprzednio notatki, na wypadek, gdybym zapomniała języka w gębie. Nie były mi potrzebne, pamiętałam dobrze, co chcę powiedzieć, powiedziałam znacznie mniej niż chciałam i dostałam następującą odpowiedź zbiorczą, wygłoszoną cztery razy, bo udało mi się zadać cztery pytania: mieliśmy inne założenia, nie chcieliśmy tego uwzględniać, ale może szkoda, bo może dobrze by było. Aha. W dwóch wypadkach odpowiedź uzupełniło stwierdzenie: nie mogliśmy tego uwzględnić, bo nie ma na ten temat badań!
Jak to nie ma badań?! Czy ośmioro naukowców nie odczuło wstrząsu po takiej wypowiedzi? Nie ma badań! To trzeba je było zrobić, albo odważnie sformułować tezy-hipotezy bez badań cząstkowych. OmG, nauka była kiedyś cudowną przygodą myślącego umysłu, który mógł się zająć wszystkim, czym chciał, a teraz jest żmudnym zbieraniem materiałów, mrówczym przeprowadzaniem badań, kolekcjonowaniem punktów i wymuszonym (!) odpisywaniem od innych. Bo jak inni nie zrobili badań, to nie ma czego cytować, a zatem nie możemy na ten temat pisać?

Nie pierwszy to raz, że rozpacz mnie ogarnia w obliczu tego, czym stała się nauka. Już o tym pisałam. Na przykład TU. Albo TU. I TU. I nie pierwszyto raz, że sama siebie z zachwytu klepię po ramieniu, że udało mi się uniknąć pułapki, jaką jest wysoka nauka akademicka. A mogłam byłam była (bymbyłabyła), pracowałam na uczelni, rozpoczęłam pisanie pracy doktorskiej i… ogarniało mnie przerażenie na myśl, że teraz TAK będzie wyglądało moje życie.
A przecież 45 lat temu nauka była jeszcze cudownie wolna w porównaniu z tym, czym się stała dzisiaj. Bo cóż tak naprawdę ograniczało naukowca w Polsce w pierwszej połowie lat 70?

Tylko Komuna! Phi!

Niech żyje nauka niska! nauka z rozmów i przemyśleń, tradycji i intuicji, odwagi i samodzielnego myślenia! A oto moje notatki, sporządzone przed spotkaniem zoomowym. Nie obejmują one wszystkich zagadnień, w końcu wiadomo było, że to spotkanie potrwa dwie godziny, a na pewno będzie musiało się wpowiedzieć osiem osób i ewentualnie jacyś słuchacze:

Co mi się podoba, to fakt, że powstało kompendium, obszerne, napisane wartkim językiem, interesujące. Gratuluję!

Podoba mi się też wyjściowa teza, że obraz sytuacji kobiet w PRL stworzony po roku 1989 był uproszczony i pełen luk.

Ale niestety to, co Państwo stworzyliście, jest też uproszczone i ma braki. A szkoda, bo przez następne kilkadziesiąt lat Wasza książka będzie czytana i cytowana wszędzie na świecie, gdzie badacze się zajmują sytuacją kobiet w PRL, a brakuje w niej wielu ważnych spraw i ludzi.

Posłuchajmy tej listy nazwisk:

Maria Janion
Agnieszka Holland
Krystyna Janda
Wisława Szymborska
Kora Jackowska
Magdalena Abakanowicz
Ewa Demarczyk

To były najważniejsze kobiety PRLu! To były nasze wzory zachowań, wyglądu, walki, odwagi cywilnej. Nie Zofia Grzyb, tylko Janion, Holland, Janda! Tych kobiet nie ma w tej książce. Listę można wydłużyć: nie ma Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Kuncewiczowej, nie ma rysowniczki Mai Berezowskiej, która zmieniła nasze widzenie erotyki kobiecej. Nie ma pisarek z okresu transformacji, które zapoczątkowały tzw. literaturę menstruacyjną w Polsce i które opisywały widzianą przez kobiety rzeczywistość PRL, a zatem nie ma też jednej z nich, czyli Olgi Tokarczuk.

Nie ma Krystyny Jandy, której rola w filmie Człowiek z marmuru (1977) stała się wzorem wszystkich młodych nowoczesnych kobiet. To od niej uczyłyśmy się bezkompromisowej postawy, która już kilka lat później okazała się tak potrzebna podczas strajków 1980 roku.
Ale nie ma też filmu Agnieszki Holland Kobieta samotna (1981), która ukazała tak straszny ciężar bycia kobietą w PRL, że każda z nas skłonna była na klęczkach dziękować za to, że ją spotkał jednak inny los.

To mogłoby nie mieć znaczenia w pracy naukowej, gdyby nie fakt, że sami Państwo piszecie, że sięgacie do „tekstów kultury popularnej, filmów, przedstawień plastycznych, beletrystyki“ (str. 16 i 17). I gdyby nie fakt, że akurat TE kobiety były wzorcami dla kolejnych pokoleń Polek w PRL. Nie piszecie o nich, nawet ich nie cytujecie!

Nie piszecie o religii i roli kościoła, no bo… nie piszecie.
To samo o problematyce homoseksualnej – bo nie.

Uzasadniacie to tym, że każdy rozdział książki jest propozycją autorską i że te braki to wasze „przemyślane decyzje“ – w trakcie rozmowy dowiedziałam się jeszcze, że… nie ma badań!

Niestety te braki świadczą albo o nieznajomości sytuacji w PRLu, albo (choć nie chce mi się w to wierzyć!) o podporządkowaniu Waszej wizji, obowiązującym założeniom współczesnej narracji historycznej AD 2020. Bo jak inaczej wytłumaczyć nieobecność choćby tych czterech najważniejszych kobiet z mojej listy: Janion, Holland, Janda, Tokarczuk? Czy to przypadek, że akurat wszystkie cztery są, czy były, twarzami protestu obywatelskiego przeciwko kolejnym decyzjom obecnej władzy?

To jednak niestety nie wszystkie braki:

1/ Z rozdziału o aborcji czytelnik nie dowie się nawet, od kiedy aborcja w PRL była legalna (a była legalna w latach 1956 – 1993). I oczywiście szkoda, że nie ma tu odniesienia do tego, jak dramatycznie problem aborcji wygląda w roku 2020 i 21.

2/ Brakuje rozprawienia się z popularną na Zachodzie teorią, że w Polsce nie było tzw. drugiej fali feminizmu w latach 60 i 70 – konieczna byłaby konkretna teza – była druga fala, tylko się tak nie nazywała!

3/ Przesadnie opieracie się na badaniach anglojęzycznych, które mówią o Europie Wschodniej i Polsce w kontekście Związku Sowieckiego.

4/ Nie ma osobnego rozdziału o kobietach jako inspiratorkach, twórczyniach i odbiorczyniach kultury.

5/ Zbyt intensywnie omówiona została Liga Kobiet, co zmienia w oczach Czytelnika jej funkcję w życiu społeczno-politycznym PRL.

6/ Niejednolity język – zwłaszcza w sprawie feminitywów i neologizmów

7/ Wspaniałe wprowadzenie nt. gender, ale dlaczego nie ma tam ani jednego słowa nt. tego, co w Polsce się stało z tym terminem i w jaki wstrętny sposób został wykorzystany? I to akurat w czasie, kiedy Państwo pisaliście tę książkę.

8/ No i dwa zwyczajne głupstwa:

Napisaliście, że internowane w Gołdapi chwaliły sobie internowanie, bo mogły odpocząć!
No halo!? Naprawdę?

I na koniec perełka bezsensu z rozdziału “Uroda”: twaróg produkuje się z serwatki!

Nie proszę Państwa, twarogu NIE produkuje się z serwatki, serwatka jest produktem ubocznym produkcji twarogu! I każdy człowiek zajmujący się PRL musi to wiedzieć, bo twaróg był obok ziemniaków i cebuli jednym z najważniejszych środków spożywczych w Polsce! I każdy w PRL-u umiał domowym sposobem wyprodukować twaróg ze zsiadłego mleka (teraz się nie da).

Powiecie – nieważne głupstwo! Tak, zapewne, ale jeżeli w takim głupstwie nie wiecie, o czym naprawdę piszecie, to dlaczego mamy Wam wierzyć w sprawach poważniejszych niż twaróg i serwatka!?

W worku jest ser biały, czyli twaróg, w garnku to, co odciekło, czyli serwatka 🙂

Kintsugi – dwa teksty

Kasia Krenz

Kiedy ją kupowałam w sklepiku ze starociami, porcelanowa patera była stara, ale cała. Nim doniosłam ją do domu, uszko plastikowej torby urwało się ni stąd ni zowąd, torba spadła na chodnik i patera się nadtłukła. Do domu doniosłam potłuczony antyk w porwanej torbie. Nie byłam szczęśliwa, nie znoszę tłuc i niszczyć, nie lubię nadtłuczonych filiżanek i talerzy i zwykle je wyrzucam, żeby o nich szybko zapomnieć. Patera z nadtłuczonym brzegiem stała się smutnym wspomnieniem tamtej chwili satysfakcji, kiedy wypatrzyłam ją pośród wielu innych przedmiotów.

Foto: Kasia

Takie nie-lubienie zniszczonych przedmiotów to, naturalnie, zadawniona trauma, w tym kraju (TYM Kraju), w pełni uzasadniona, niemały w tym udział miały przemarsze wojsk wszelakich formacji i narodowości: tureckich, szwedzkich, napoleońskich, rosyjskich, pruskich, austriackich, niemieckich, sowieckich (lista jest nieskończenie długa) – wszyscy wiemy, po takich przejściach z rodzinnych serwisów, misek i salaterek niewiele pozostawało. Podobnie „na pierwszy ogień” szły witraże. I drewniane rzeźby.

A więc patera. Obłupaną, ustawiałam tak, żeby nie było widać, czego jej brak. Owoce układane w piramidy też pomagały. Nie pamiętam, jak to się stało, że pewnego dnia w polu mojej wiedzy o świecie, czytaj: o naszym życiu w perspektywie Europy, pojawiła się perspektywa Japonii. Kintsugi! Kintsugi czyli starodawna sztuka naprawiania ceramiki: 金継ぎ (“złote złączenie”), znane także jako kintsukuroi 金繕い (“naprawiać złotem”).

Foto: Kasia

Podobno… Początki stosowania kintsugi sięgają XV wieku, kiedy to siogun Yoshimasa Ashikaga stłukł swoją ulubioną chińską miseczkę do herbaty. Gdy miseczka wróciła z naprawy w Chinach nie był zadowolony: skręcona metalowymi obejmami, zatraciła elegancję linii, lekkość formy. Wtedy pojawił się pomysł, by zamiast metalowych obejm, zastosować żywicę, a linię sklejenia zaznaczyć szlachetnym metalem: srebrem, złotem platyną. Metoda wzbudziła taki zachwyt, że byli tacy, którzy celowo rozbijali cenne sztuki ceramiki, aby można je było naprawić złotymi szwami kintsugi.

Kintsugi jako Sztuka Sklejania Życia. Japońska filozofia wabi-sabi uczy nas zachwytu nad tym, co kruche, codzienne i niedoskonałe, ceni ślady wynikające z użytkowania przedmiotu. Trwałe, wieczne i doskonałe jest tylko wtedy, gdy ustawimy przedmiot w muzealnej gablotce. A nasza codzienność jest właśnie taka: ruchliwa, łamliwa i przez to niedoskonała. Ale jest. I jest naszym życiem. Ślady napraw i sklejania stają się podporą naszej pamięci. Ilekroć układałam owoce na mojej paterze, myślałam o tamtym dniu, kiedy ją kupiłam. A teraz ją skleję i ślad sklejenia podkreślę złotą farbką. Ku pamięci. A ponieważ, w zgodzie z myślą o „przemijaniu postaci tego świata”, tak naprawionemu przedmiotowi tradycyjnie przypisuje się większą wartość artystyczną, niż posiadał on przed zniszczeniem, moja naprawiona patera nabierze nowego znaczenia. I nowej treści.

Za co dziękuję mojej Siostrze.

A jak już skleję paterę, wtedy zajmę się Sashiko (刺し子, lit., “little stabs” „małe ściegi”) – sztuką cerowania.

Materia naszego życia. Krucha – jak ludzkie życie.

Ewa Maria Slaska

Materia naszego życia, napisała moja Siostra. Krucha – jak ludzkie życie.

Krucha, łamliwa, delikatna, ale jak ją skleimy złotem, staje się mocna, może stawić czoło wichrom historii.

Gdy moja Siostra powiedziała, że marzy o Kintsugi, uświadomiłam sobie, że właśnie niedawno widziałam takie złote sklejenie, takie, które nie udaje, że nie ma rany, tylko przeciwnie – właśnie ją podkreśla. Zdjęcie zrobił Konrad, pewnego grudniowego wieczora w Berlinie. Poprzedniego dnia miasto przypomniało rocznicę ataku terrorystycznego, jednego z tych, jakie przed kilku laty wstrząsały Europą. Paryż, Marsylia, Kopenhaga, Londyn, Berlin, Sztokholm, Bruksela, Nicea.

Foto: Konrad

Pamięć o tragedii, która się tu wydarzyła przed czterema laty, 19 grudnia 2016 roku, została sklejona złotym metalem.

Był to największy atak terrorystyczny w Niemczech. Anis Amri, 24-letni Tunezyjczyk, członek organizacji bojowej ISIS (Państwo Islamskie) wzorował się najprawdopodobniej na ataku w Nicei pięć miesięcy wcześniej.

Amri porwał na parkingu 40-tonową ciężarówką Scania (był to tzw. ciągnik siodłowy z naczepą) na polskich numerach rejestracyjnych, zabił kierowcę i wjechał na teren Jarmarku Bożonarodzeniowego w centrum Berlina, na Breitscheidtplatz, tuż koło słynnego Kościoła Pamięci. Ciężarówka staranowała tłum ludzi i stoiska. W ataku zginęło 11 osób oraz ów Polak, Łukasz Urban, kierowca ciężarówki. 67 osób było rannych. W doniesieniach prasowych dziennikarze pisali, że ofiar byłoby znacznie więcej, gdyby nie bohaterska postawa Polaka, który próbował powstrzymać terrorystę i spowodował, że nie udało mu się wjechać w głąb jarmarku.

Amri przyjechał do Niemiec w lutym tego roku i zarejestrował się w Berlinie jako uchodźca. Generalnie w Niemczech uważa się, że jego zamach w Berlinie zakończył zainicjowaną przez kanclerz Merkel rok wcześniej przychylną uchodźcom politykę “Damy radę”.

Foto: Konrad

Konkurs na upamiętnienie ofiar ataku ogłosiły władze Berlina w rok po zamachu. Wygrał projekt berlińskiego Biura Architektonicznego Merz / Merz, pilotowany przez dyrektora artystycznego biura, Pabla von Frankenberg. Na pomnik składa się 12 fragmentów białych stopni wmontowanych w szare schody wiodące z ulicy do Kościoła Pamięci. Prostą czcionką na każdym stopniu zapisano nazwiska ofiar w porządku alfabetycznym, a obok kraj ich pochodzenia. Jarmark Bożonarodzeniowy na placu koło Kościoła Pojednania to miejsce masowo odwiedzane przez turystów z całego świata, wśród ofiar było więc wielu cudzoziemców. W poprzek stopni i na skos przez plac wiedzie szczelina o długości 14 metrów, połączona zaprawą, pokryta złocistym metalem – stopem metali szlachetnych i półszlachetnych, w tym złota. Zamach zadał nam jako społeczeństwu symboliczną ranę, mówi von Frankenberg, ranę która musi się zagoić. Zaproponowałem tu starą japońską technikę Kintsugi, która pozwala leczyć rany, ale nie próbuje ich ukryć, jest zatem stałym przypomnieniem. Złoto użyte do “gojenia” ran przeszłości jest metalem, który nie koroduje, przez co od tysięcy lat jest w wielu kulturach i religiach na świecie uważane za nosiciela magicznej mocy.

Foto: Biuro Architektoniczne Merz / Merz

May the force be with us.

Biedny poeta / Der arme Poet / The poor poet

Auf Deutsch – unten  & In English – beneath

Ela Kargol bywa teraz często na Moabicie, o czym wczoraj pisała. To dzielnica, którą bardzo lubię. Mieszkałam kiedyś dość długo w domu niemal naprzeciwko więzienia Moabit, a przedtem jeszcze, na samym początku mego pobytu w Berlinie, bywałam często u Marii Kureckiej-Wirpszowej, która miała mieszkanie w przylegającej do więzienia kamienicy na ulicy Alt-Moabit, (bodaj czy nie numer 22?). Mąż pani Marii, Witold Wirpsza, był znanym opozycjonistą z lat 70 i 80. Oboje byli rodzicami Leszka Szarugi i to on mnie przedstawił swojej mamie. Gdy zaczęłam bywać u pani Marii, Wirpsza już nie żył, ale pamiętałam go z Polski, przede wszystkim z powodu słynnej książki, którą wszyscy po prostu pożeraliśmy – Polaku, kim jesteś? Wirpsza napisał kiedyś wiersz o tym, jak wychodzi z domu i on, człowiek, dla którego tak ważna była wolność, idzie na spacer wzdłuż więzienia.

Ela fotografuje Moabit  i znalazła tam mural z biednym poetą, który dziwnie pasuje do moich wspomnień o dzielnicy Moabit, a może, zwłaszcza, do mojej pamięci o Witoldzie Wirpszy i Marii Kureckiej. Oboje byli przecież “biednymi poetami”. 

Zapraszam na wędrówkę tropem biednego poety. Od razu powiem, to postać symboliczna, obraz nie oznacza (a w każdym razie nie musi oznaczać), że kiedyś poeci żyli aż w takiej nędzy. Choć jeśli przypomnimy sobie choćby Sceny z życia Cyganerii we Francji (tu o tym piszę), to możemy przypuszczać, że i w Niemczech nędza artysty nie była mniej dotkliwa.

Mural na Moabicie, styczeń 2021
Mural in Moabit, Seydlitzstraße, Januar 2021
Foto: Ela Kargol
Mural jest już tu od kilku lat, bo znalazłam w sieci zdjęcie z roku 2015.

Original, Der arme Poet / Oryginał, Biedny poeta /Original, The poor poet
Carl Spitzweg (1808-1885)
1839
Neue Pinakothek München / Monachium / Munich
The best known and most popular painting in Germany / Najbardziej popularny obraz niemiecki i najlepiej znany obraz w Niemczech / Das bekannteste und beliebteste Bild in Deutschland
I przy okazji przypomnienie, że kilka dni temu obchodziliśmy 213 rocznicę urodzin autora obrazu.

Creatobil by Reinhard Heel

Famous figures re-constructed with playmobil / Słynne postaci zrekonstruowane za pomocą klocków playmobil / Bekannte Figuren rekonstruiert mit Playmobil


Vita imitatur artem

Bild Komposition Valentin Abgottspon (November 2006 in Freiburg im Üechtland, court-chemin 15, Dachstockwohnung), Foto Eva Dietl. / Kompozycja Valentin Abgottspon, Foto Eva Dietl, Freiburg im Nov. 2006 / Picture setting Valentin Abgottspon, Foto Eva Dietl


JK

Art Cornelius

Auf Deutsch:

1976 entführte der Performancekünstler Ulay das Spitzweg-Gemälde “Der arme Poet” aus der Neuen Nationalgalerie. Ulay, eigentlich Frank Uwe Laysiepen, spazierte am 12. Dezember 1976 in die Neue Nationalgalerie, reißt Carl Spitzwegs Gemälde “Der arme Poet” (1839) von der Wand und rennt los. Durch die Feuertür entkommt er, rutscht aber vor dem Museum aus. Einer der Wachmänner hält ihn an der Jacke fest: “Jetzt haben wir ihn!“ Doch Ulay kann sich losreißen und springt in seinen schwarzen Citroën. Mit höchster Vorsicht vor Taxifahrern, die nicht selten die Polizei informieren, fährt der Wahl-Amsterdamer nach Kreuzberg. Dort parkt er den auffälligen Fluchtwagen und stapft durch den Schnee – das Biedermeier-Original unter den Arm geklemmt. Ulays Ziel: die Wohnung einer türkischen Gastarbeiterfamilie. Dort platziert er den armen Poeten einfach über dem Sofa im Wohnzimmer.Für die Medien der 70er-Jahre war der Kunstraub ein gefundenes Fressen. Die Bild schrieb “Linksradikaler raubt unser schönstes Bild”, die Berliner Zeitung “Irrer raubte in Berlin das weltberühmte Spitzweg-Gemälde”. Dass das Kunst war, verstand offensichtlich keiner. Und das, obwohl der Aktionskünstler zuvor europaweit sowohl Presse als auch Kunstinstitutionen mit einem Brief informiert hatte. Auch der sofortige Anruf bei Dieter Honisch, damaliger Direktor der Neuen Nationalgalerie, schützte Ulay nicht vor der U-Haft und einer Geldstrafe.

Dokumentiert wurde die gesamte Aktion vom Kameramann Jörg Schmidt-Reitwein, der Ulay mit einem Van folgte. Im Museum machte die Künstlerin und damalige Lebenspartnerin Ulays, Marina Abramović, heimlich Aufnahmen. Der Berliner Galerist Mike Steiner übernahm die Finanzierung des Videos “Da ist eine kriminelle Berührung in der Kunst” sowie den Schnitt – zusammen mit der Fernsehregisseurin Wilma Kottusch. Ulay hat seine Motive klar formuliert: Angeblich war der Künstler schockiert darüber, dass eines von Hitlers Lieblingsbildern in einem zukunftsorientierten Museum Westberlins hing. Tatsächlich war der Kunstraub aber nur ein Teil der Aktion “Da ist eine kriminelle Berührung in der Kunst”.

In English:

Ulay (Frank Uwe Laysiepen, b. 1943), a German artist, based in Amsterdam and Ljubljana, is photographer, performance artist (collaborating f.e. with Marina Abramović). His work continuously deal with politics, identity and gender.In 1976 Ulay decided to steal the painting ‘Der arme Poet’ (The Poor Poet) (1839) by Carl Spitzweg, which was said to be Hitler’s favorite painting, from the Neue Nationalgalerie (New National Gallery) in Berlin. After he succeeded in getting the painting out of the museum, Ulay drove – with the museum guards at his heels – to Kreuzberg, which was known as a ghetto for immigrants. Here, Ulay ran through the snow with the painting under his arm, first to Haus Bethanien (now Kunstquartier Bethanien) and then to a Turkish family living in Muskauerstraße, who had agreed to let him shoot a documentary film in their home – however unaware that it involved a stolen painting. Before entering the family’s home, the artist called the police from a phone booth and asked for the director of the museum to pick up the painting. He then hung up the painting in the home of the family “for the reason to bring this whole issue of Turkish discriminated foreign workers into the discussion. To bring into discussion the institute’s marginalization of art. To bring a discussion about the correspondence between art institutes from the academy to museums to whatever.” Marina Abramović photographically documented the entire action, while Werner Herzog’s former cameraman Jörg Schmidt-Reitwein recorded the action from a vehicle following Ulay’s van. It was a part of the project “criminal touch to art”.

Do widzenia, Viki

Umarła w grudniu, dziś o 12 jest jej pogrzeb. Okazuje się, że podczas pandemii nawet pogrzeby są dobrem limitowanym, na które trzeba czekać w kolejce, bo jedno jest prawo dla żywych i umarłych, a koronnemu królestwu nie będzie końca. Ciekawskim, którzy wciąż mnie o to pytają, odpowiadam: nie, nie umarła na koronę, choć jakie to ma teraz znaczenie. Kolejna przyjaciółka, która odeszła. Ewa Bielska, Maryla Ciechomska, Lonia Krenz, Basia Owsiana, Joasia Trümner, Viki Korb. Do widzenia, dziewczyny. Niedługo się spotkamy.

Odeszła 11 grudnia 2020 roku zabierając ze sobą pierwszą chanukkową świeczkę, pół roku po swoich urodzinach 11.06.1945.

Cześć jej pamięci!

12 grudnia 2020 napisałam na Facebooku:

Viktoria Korb (1945 – 2020)

Ale zanim napiszę trochę o Viki i zacytuję kilka jej świetnych bonmotów, zdjęcie, które przypomni nam, jaka naprawdę była (zdjęcie znalazłam na FB jej siostry):

Fajne nogi, dużo blond włosów, czasem uczesanych w dwie puszyste kitki, uśmiech. No i to jej świetne mieszkanie. Prawdziwe wielkie berlińskie mieszkanie, wielkie okna, wysokie sufity ze stiukami. Miała tam osobny pokój na ciuchy, a tam te wszystkie zwykłe i niezwykłe sukienki, o których niekiedy pisała. O tym na przykład, że jakiś pan na jakimś dyplomatycznym przyjęciu patrzy jej w dekolt i żeby to zatuszować, mówi, że ma na sukni bardzo oryginalny ażurowy haft. “Tak”, odpowiada Viki, “to ta siatka, przez którą można patrzeć na świat, jak się jest Afganką i nosi się burkę”.

Jej siostra Lusia na portalu dzismis też pisze o ekstrawaganckich strojach Viktorii: Wiki nienawidziła staników i była prekursorką nienoszenia tego instrumentu tortur. Ubierała się ekstrawagancko, co nie było proste w tamtych czasach, ale ona dawała radę, zresztą miała do tego odpowiednią figurę. To powodowało, że panowie ją często zagadywali. Wiki nazywała to „końskimi zalotami”, do dzisiaj nie wiem dlaczego.

Lusia zamieściła tam takie zdjęcie. Takiej Viki ja, a pewnie my wszyscy, jej berlińscy znajomi, nie znaliśmy. To może nawet fota jeszcze z czasów, kiedy Viki była studentką na wydziale handlu zagranicznego na SGPIS-ie w Warszawie i miała burzliwy romans z pewnym młodym człowiekiem. W mieście tymczasem szaleli hunweibini Moczara i wyrzucali Żydów z partii, stanowisk i studiów. Viki opisała to świetnie w powieści Ni pies, ni wydra, a motywem przewodnim tej książki jest śpiewana przez Barbarę Rylską piosenka Blady Niko. Do dziś, ile razy myślę o Viktorii, słyszę w głowie ten erotyczny refren, blady Niko, blady Niko…

W wyniku wypadków marcowych, w roku 1968 Viki wyleciała dyscyplinarnie ze studiów, wkrótce potem rodzina podjęła decyzję o emigracji i tata z dwiema córkami wyjechał do Wiednia. Blady Niko został w Warszawie, a gdy po jakimś czasie przyjechał do Wiednia, okazało się że niestety stracił cały ów nieprzeparty czar, jak niepyszny musiał więc wynieść się z życia Viki.
Wiki skończyła studia w Wiedniu i wyjechała z ojcem do Kolonii (Lusia pojechała na studia do Izraela), a stamtąd do Londynu. Gdy wróciła, nie pojechała z powrotem do Kolonii, wylądowała w Berlinie, wyszła za mąż, zrobiła doktorat na Freie Uniwersität i rozwiodła się. Zaczęła pracę w Unido, w sekcji pomocy krajom rozwijającym się. Wyjechała do pracy tam gdzie pieprz rośnie, jak to kiedyś sama określiła, pracowała w Indonezji, na Filipinach, a potem w centrali w Genewie. Lusia pisze, że Viki świetnie pasowała do tego rodzaju życia, na dyplomatycznym parkiecie poruszała się z ogromna swobodą i wdziękiem.

Po roku 89 Wiki zamieszkała na dwa lata w Warszawie, gdzie wykładała coś związanego z transformacją ustrojową, ale nie pamiętam co. Tak czy owak wróciła dość szybko i wtedy właśnie się poznałyśmy. Przypadkiem tak się złożyło, że obie nosiłyśmy się z pomysłem założenia czasopisma. Ja próbowałam to zrobić, szukając wsparcia w biurze Barbary John, ówczesnej pełnomocniczki władz Berlina do spraw cudzoziemców, Wiki myślała, że uda się jej namówić na takie przedsięwzięcie Ambasadę Polską. Obie strony nam odmówiły, tak to w życiu jest. W każdym razie spotkałyśmy się na jakimś przyjęciu w Ambasadzie. To były czasy! Po latach komunistycznej inwigilacji pracownicy Ambasady, częstokroć wciąż jeszcze ci sami ludzie, starali się nam, politycznym emigrantom z PRL, nieba przychylić – jeden z nich powiedział mi nawet kiedyś, wie pani, pani Ewo, kiedyś musieliśmy się wami “opiekować”, a teraz mamy się opiekować. I to nie jest ten sam wyraz.
I zaiste nie był. Choć może teraz znowu tak jest, jak było kiedyś. Ale to już zupełnie inna historia.

Stałyśmy obok siebie w tej Ambasadzie, popijałyśmy i zakąszałyśmy jak, nie przymierzając, tatulo Beni Krzyka z Opowieści odeskich Babla, i rozmawiałyśmy o tym, jak bardzo potrzebne jest w Berlinie porządne polonijne czasopismo społeczno-kulturalne. Nie utrzymujące się z reklam kolorowe magazyny, tylko porządne czasopismo.

Gdy więc zaczęłam zakładać czasopismo, dla którego potem Britta Wuttke zaproponowała tytuł WIR (bo to wyraz, który i po polsku, i po niemiecku coś znaczy), było oczywiste, że Viki będzie w tym brać udział. Pierwszy numer WIRu, zatytułowany Dwujęzyczność – Podwójna tożsamość prezentowałyśmy w marcu 1995 roku w Ambasadzie Polskiej. Był tłum ludzi, bigos, wódka, książki za darmo i inauguracyjny wieczór autorski. Czytały Viki i Edda Zint. Edda była wówczas współpracownicą pani John z biura ds. cudzoziemców. Pisała fajne eseje pod wspólnym tytułem Mój polski referat, a referat znaczy po niemiecku i referat, i wydział w biurze. Edda odpowiadała w biurze pani John za “polski referat” i wszyscy ją znaliśmy.

Tak to zjednoczyłyśmy tego wieczora nasze plany. Współpracowała z nami osoba z Biura ds. Cudzoziemców, a byłyśmy w Ambasadzie Polskiej. Nota bene, pismo założyłyśmy (właściwie same kobiety, nie licząc jednego dość przypadkowego mężczyzny) bez pomocy finansowej z którejkolwiek z tych instytucji – to tak dodaję, żeby była jasność. I w ogóle bez pomocy żadnej instytucji. Przez 18 lat istnienia WIR utrzymywał się z żebraniny, czyli  wiecznego składania podań o pieniądze na projekty.

Piszę to już po raz trzeci, widzę. Byłyśmy w Ambasadzie, a to polska instytucja. I, jak to zawsze w polskiej instytucji, nic przecież nie może być normalnie, skoro coś może nawalić (Murphy się kłania) – tym razem nawalił mikrofon. Był to zatem jeden z tych tzw. niezapomnianych wieczorów. W wielkiej sali pełnej ludzi trzeba było donośnie mówić, żeby było cię słychać w pierwszych rzędach, o tym żeby człowieka słyszały lub słuchały tylne rzędy nie było co marzyć. Ja, jako prowadząca, mówiłam bardzo głośno, Edda Zint się nie przejmowała, Viki prawie płakała. Była tak ładnie ubrana, miała przeczytać taki ładny tekst, i nikt jej nie słyszał.

Wiki współpracowała ze mną w WIRze, a gdy z publikacji na papierze przerzuciłam się na almanach kulturalno-społeczny na blogu, współpracowała ze mną na wszystkich moich kolejnych blogach, na Kurze, Qrze i tu, czyli u ewymarii. Wpisy z Kury i Qry zniknęły, gdy Agora, która prowadziła blox.pl, po prostu wyrzuciła miliony wpisów w przestrzeń kosmiczną. Tu można je wciąż jeszcze czytać. Po prostu wpiszcie w wyszukiwarkę jej imię i nazwisko: Viktoria Korb.

I na koniec kilka obiecanych celnych zdań Viki:

Każdy ma wrogów, nie warto się przejmować, po prostu trzeba mieć więcej przyjaciół niż wrogów.
Uciekinierzy chcieliby mieć nasze problemy.
Wolę nie zarabiać, niż użerać się Urzędem Skarbowym.
Nie ma to, jak przygotować na kolację dla wegetarian porządną, soczystą pieczeń wieprzową.
Jestem niewierząca w czterech religiach.
Na zewnątrz mógł być sobie bardzo poważny i dramatyczny stan wojenny, ale ja wysyłałam moim przyjaciołom do Warszawy nie tylko leki, ale również staniki, majtki, prezerwatywy i podpaski – dla mnie to już na zawsze będzie “stanik wojenny”.

Mity nasze powszednie 4: Edyp i Elektra

Ewa Maria Slaska

Przypominam, że wpisy pod ogólnym tytułem Mity nasze powszednie pojawiają się na życzenie Konrada i są cyklem bardzo niergularnym. Możliwe, że gdybym miała pisać na tematy przypadkowe, tak jak to było, gdy układałam pierwszy wpis z serii, ten o Ajtrze, matce Tezeusza, to byłoby mi łatwiej i może nawet mógłby z tego powstać cykl postów cotygodniowych, tak jak to było np. z Baratarią. Ale po pierwszym losowaniu mitycznej osoby, Konrad nigdy już nie sięgnął po tę metodę, tylko “zadaje mi” tematy, które mam opracować. Tak pojawił się najpierw Szyzf, potem matrona, a teraz Edyp i Elektra. Tematy bardzo znane. Nigdy nie wiem, co ja bym jeszcze mogła do tych pojęć dołożyć. Przy Ajtrze, nikomu nieznanej greckiej królewnie (w Grecji Homera co drugi właściel większego stada był już królem), mogłam sobie buszować po gęstej materii mitu, jak mi się żywnie podobało. Ale przy Syzyfie i Edypie już nie mogę. To są takie obszerne, poważne tematy, tyle o nich już napisano, tak weszły w nasze życie codzienne, na tyle niespodziewanych sposobów. Gdy wpisałam wujkowi google’owi temat zadany na dzisiaj, natychmiast pojawiło się śmieszne hasło: edyp i elektra w zgranej parze krzyżówka. Kliknęłam, ale wcale nie znalazłam odpowiedzi na pytanie, co by to miało być? Zapewne rozwiązaniem jest słowo kompleks i jest to od razu wyjaśnienie, dlaczego tak mi ciężko zabrać się za ten temat. No bo właśnie kompleks. Ciężka odpowiedzialność za własne i cudze udane lub nieudane życia, za możność lub niemożność wejścia w trwały związek.

No ale nie ma wyjścia, trzeba przypomnieć tę zgraną parkę: Edyp, królewicz i Elektra, królewna.

Edyp, syn Lajosa i Jokasty, władców Teb.
Wyrocznia oznajmiła Lajosowi, że jego syn go zabije i poślubi własną matkę. Kiedy więc urodził mu się syn, Lajos nakazał służącemu porzucić go w górach. Ten jednak uratował dziecko, które przygarnął bezdzietny król Koryntu, Polibos.
Kiedy Edyp dorósł, udał się do wyroczni delfickiej, która wyjawiła mu, że zabije ojca i poślubi matkę. Przerażony Edyp uciekł. W drodze natknął się na jakiegoś starca. Doszło do bójki, w której starzec zginął. Nie wiedząc tego, Edyp zabił ojca. Edyp dotarł do Teb, gdzie po śmierci Lajosa władzę przejął Kreon. Grasował tu okrutny potwór – Sfinks, mordujący tych, którzy nie umieli rozwiązać jego zagadki. Dzięki wizji ze snu Edyp rozwiązał zagadkę i w nagrodę otrzymał rękę królowej wdowy, Jokasty. Czyli ożenił się z własną matką. Miał z nią dwóch synów i dwie córki (jedną z nich była Antygona). Jednak Teby zaczęły nawiedzać nieszczęścia, aż wreszcie Edyp dowiaduje się, że przepowiednia się wypełniła i ucieka.
Elektra, królewna mykeńska, córka Agamemnona i Klitajmestry, siostra Orestesa i Ifigenii. Kiedy jej ojciec powrócił do domu po zakończeniu wojny trojańskiej, został zabity przez matkę Elektry i jej kochanka Ajgistosa. Elektra uniknęła śmierci i uratowała też swego młodszego brata, Orestesa. Również w tej opowieści ważną rolę odgrywa Los, bo to wyrocznia delficka nakazała Orestesowi powrót do domu i pomszczenie śmierci ojca. Po ośmiu latach od morderstwa Elektra wspólnie z Orestesem opracowała plan zemsty. Rodzeństwo pomściło ojca i zabiło matkę i jej kochanka.
Z krwi Klitajmestry i Ajgistosa narodziły się Erynie, boginie zemsty, które prześladowały Orestesa i doprowadziły wreszcie do jego śmierci. Erynie nie mściły się jednak na Elektrze, która była motorem zabójstwa. W rozumieniu starożytnych Elektra miała prawo do pomsty za śmierć ojca. Natomiast Erynie są, jak się wydaje, boginiami z czasów matriarchatu, i mściły się na synach, którzy zabijali matki.

Oczywiście starożytność znała znacznie więcej takich opowieści i były one znacznie bardziej jednoznaczne, a spotykamy je wcale nie tylko w mitach greckich, bo również w Starym i Nowym Testamencie.

Myrra
Była córką Kinyrasa i Pafos. Tu oczywiście trzeba tu wiedzieć, że sama Pafos była córką Pigmaliona – króla Cypru i Galatei – kobiety wyrzeźbionej przez Pigmaliona z mleczno-białego marmuru, tak pięknej, że Pigmalion zakochał się w swym dziele i wybłagał u bogów, żeby je ożywili. Pafos chwaliła się często, że jej córka jest piękniejsza od samej Afrodyty. Bogini z zemsty sprawiła, że księżniczka zapałała kazirodczą miłością do ojca i zaszła z nim w ciążę. Ojciec się wściekł (ciekawe zresztą dlaczego, skoro jednak przespał się z córką co najmniej raz), a Myrra uciekając przed jego gniewem, wybłagała pomoc akurat u Afrodyty. Ta zamieniła ją w krzew mirtu. Brązowa żywica mirtu uważana była w starożytności za łzy Myrry. I nie zapominajmy, że stała się jednym z darów, które trzej królowie-monarchowie ofiarowali Jezusowi. Myrra, już jako krzew, urodziła ślicznego chłopca – Adonisa. Wielka miłość do Adonisa kosztowała potem Afrodytę wiele cierpienia. Tak Myrra zemściła się na Afrodycie.

Tanais
Lizyppe, jedna z Amazonek, córek boga wojny Aresa i bogini miłości, Afrodyty, urodziła syna Tanaisa, który wdał się w dziadka i przedkładał wojnę nad miłość. Rozzłoszczona Afrodyta (one się doprawdy dość często złościły, te greckie boginie) ukarała wnuka i sprawiła, że zakochał się we własnej matce. Chłopak przerażony tym, że własne uczucia skłaniają, ba, zmuszają go do kazirodztwa, popełnił samobójstwo. Utopił się we frygijskiej rzece, która przedtem nazywała się Amazonka, a po jego śmierci przemianowana została na Tanais. Dziś jest to rzeka Don.

Historia Tanaisa jest o tyle ciekawsza psychologicznie od opowieści o Edypie, że ten w końcu wcale nie wiedział, że zabił ojca i ożenił się z matką. Tymczasem w przypadku Myrry i Tanaisa związek dziecka z rodzicem płci przeciwnej był znacznie głębszy i, przede wszystkim, świadomy. Myrra spała czy sypiała z własnym ojcem, podobnie zresztą jak biblijne córki Lota, podczas gdy Elektra tylko go kochała. Tanais miał świadomość, że pożąda matki, podczas gdy Edyp był tylko świadomy tego, że sypia z kobietą w wieku swojej matki, ale tego, że jest ona matką musiał się dopiero dowiedzieć. Ciekawe, że za kazirodczą miłość Myrry do ojca i Tanaisa do matki odpowiadała Afrodyta. Czego to jednak miłość nie może? Ewidentnie może być kazirodcza.

Tego oczywiście XIX wiek, który stworzył psychoanalizę i nazywał wszystkie sytuacje uczuciowe kompleksami (oczywiście poza jedyną sytuacją dopuszczalną – tą heteronormatywną), nie mógł zaakceptować. Dlatego też Freud i Jung nie mogli / nie chcieli / a może w ogóle nie przyszło to im do głowy – no ale załóżmy, że nie mogli, bo ograniczały ich konwenanse, sięgnąć po przykłady tego, że syn naprawdę pożądał matki, a córka ojca. Dlatego na patronów kompleksów wybrano te królewskie dzieci, które wcale świadomie nie wiedziały o istnieniu swego “niesłusznego” pożądania.

***
Ciekawym aspektem wszystkich opowieści greckich jest bezwzględna rola Przeznaczenia, czyli Losu, czyli bogów, w ludzkim życiu. Wbrew temu co my, jako nowocześni ludzie, myślimy, starożytny Grek przez całe życie czuł nad sobą nieubłagany Los. To on powodował, że mogłeś się stać winny bez własnej winy, jak chociażby Edyp, w którego życiu dwukrotnie pojawiła się decyzja, żeby uniknąć Przeznaczenia – raz, gdy Lajos kazał wyrzucić dziecko w górach, i raz gdy Edyp ucieka od przybranych rodziców – a który nieświadomie musiał dopełnić wyroków bożych. Zabił ojca, żył w kazirodczym związku z własną matką, za co został ukarany, zresztą nie tylko on, bo całe jego miasto. W Tebach źle się działo, Edyp postradał królestwo, wyłupił sobie oczy i dobrowolnie poszedł na wygnanie.

Podobna jest sytuacja Judasza w Nowym Testamencie. Gdybyśmy byli gnostykami, moglibyśmy czcić Judasza jako aktywnego uczestnika Bożego planu zbawienia, bo bez zdrady Judasza nie doszłoby do ukrzyżowania Jezusa, a co za tym idzie, nie byłoby Zmartwychwstania, a zatem nie zostalibyśmy uwolnieni od zmazy grzechu pierworodnego. Ale nawet jeśli patrzymy na to mniej radykalnie, to jednak i Mateusz, i Łukasz, i Marek piszą to samo: Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził.

Jeden z apostołów musiał zdradzić Jezusa, żeby się wypełniło i Proroctwo, i Przeznaczenie. Padło na Judasza.

Takie dramatyczne sytuacje pojawiają się również u Szekspira i wszystkich jego następców, ale Szekspir jest już człowiekiem nowożytnym i jednak sprowadza przyczyny katastrof do naszych ludzkich postępków. Tragedii Romea i Julii nie powoduje Los, ale waśń dwóch władczych rodów. U Słowackiego za śmierć Aliny odpowiada Balladyna i jej nieposkromiona żądza władzy. W bajce za los dwóch złych sióstr Kopciuszka, które będą teraz musiały całe życie przeżyć z pokaleczonymi stopami, odpowiadają ich własne ambicje, wspierane przez ambicję ich matki. W starożytności, za wszystkie te sytuacje odpowiadaliby bogowie.

***

Nie jestem psycholożką ani psychoanalityczką, nie podejmuję się nawet opisać tego, czym naprawdę jest dla nas ta zgrana krzyżówkowa parka. Jaką rolę odegrali w naszym życiu Edyp i Elektra? Jak funkcjonują te kompleksy, jak bardzo są nieubłagane? Nie wiem. Potocznie niemal każdy z nas wie, że kompleks Edypa to odkrycie Freuda – nieuświadomiona dziecinna miłość syna do matki i niechęć lub nienawiść do ojca, jako rywala. Nienawiść, która mogła się objawić potrzebą zamordowania konkurenta. Prawie każdy syn przeszedł w życiu taką fazę, że chciał zabić tatę i ożenić się z mamą. O kompleksie Elektry wiemy znacznie mniej, często nawet nie wiemy, że taki istnieje. Wymyślił go uczeń Freuda, a potem jego oponent, Carl Gustav Jung. Per analogiam zakładamy, że chodzi o podobną sytuację, dziewczynki ogłaszają wszem i wobec, że jak dorosną, wyjdą za mąż za tatę i mają taki okres w życiu, że nie lubią swojej matki. Niektóre nie wyrastają z tego jeszcze długo albo nigdy, ale kompleks Elektry i nienawiść do matki są na pewno słabiej wykształcone niż kompleks Edypa. Socjologowie twierdzą, że więź córki z matką jest najsilniejszym związkiem społecznym na świecie. Gdy jeszcze nie było systemów społecznych i państwowych, podobnie jak wtedy, gdy ich w przyszłości zabraknie (a takie scenariusze znamy wszyscy z niezliczonych filmów, gier i powieści science-fiction), to wtedy się okaże, że nadal jako ludzkość funkcjonujemy bardzo dobrze, bo trzyma nas i prowadzi miłość matki i córki.

Dziękujemy, Mamo!

Poesie – Poetry – Poezja: Amanda Gorman

Po polsku na samym dole lub tu: Amanda Gorman
Auf Deutsch unter der Englischen Version

Amanda Gorman

The Hill We Climb

When day comes, we ask ourselves, where can we find light in this never-ending shade?
The loss we carry. A sea we must wade.
We braved the belly of the beast.
We’ve learned that quiet isn’t always peace, and the norms and notions of what “just” is isn’t always justice.
And yet the dawn is ours before we knew it.
Somehow we do it.
Somehow we weathered and witnessed a nation that isn’t broken, but simply unfinished.
We, the successors of a country and a time where a skinny Black girl descended from slaves and raised by a single mother can dream of becoming president, only to find herself reciting for one.
And, yes, we are far from polished, far from pristine, but that doesn’t mean we are striving to form a union that is perfect.
We are striving to forge our union with purpose.
To compose a country committed to all cultures, colors, characters and conditions of man.
And so we lift our gaze, not to what stands between us, but what stands before us.
We close the divide because we know to put our future first, we must first put our differences aside.
We lay down our arms so we can reach out our arms to one another.
We seek harm to none and harmony for all.
Let the globe, if nothing else, say this is true.
That even as we grieved, we grew.
That even as we hurt, we hoped.
That even as we tired, we tried.
That we’ll forever be tied together, victorious.
Not because we will never again know defeat, but because we will never again sow division.
Scripture tells us to envision that everyone shall sit under their own vine and fig tree, and no one shall make them afraid.
If we’re to live up to our own time, then victory won’t lie in the blade, but in all the bridges we’ve made.
That is the promise to glade, the hill we climb, if only we dare.
It’s because being American is more than a pride we inherit.It’s the past we step into and how we repair it.
We’ve seen a force that would shatter our nation, rather than share it.
Would destroy our country if it meant delaying democracy.
And this effort very nearly succeeded.
But while democracy can be periodically delayed, it can never be permanently defeated.
In this truth, in this faith we trust, for while we have our eyes on the future, history has its eyes on us.
This is the era of just redemption.
We feared at its inception.
We did not feel prepared to be the heirs of such a terrifying hour.
But within it we found the power to author a new chapter, to offer hope and laughter to ourselves.
So, while once we asked, how could we possibly prevail over catastrophe, now we assert, how could catastrophe possibly prevail over us?
We will not march back to what was, but move to what shall be: a country that is bruised but whole, benevolent but bold, fierce and free.
We will not be turned around or interrupted by intimidation because we know our inaction and inertia will be the inheritance of the next generation, become the future.
Our blunders become their burdens.
But one thing is certain.
If we merge mercy with might, and might with right, then love becomes our legacy and change our children’s birthright.
So let us leave behind a country better than the one we were left.
Every breath from my bronze-pounded chest, we will raise this wounded world into a wondrous one.
We will rise from the golden hills of the West.
We will rise from the windswept Northeast where our forefathers first realized revolution.
We will rise from the lake-rimmed cities of the Midwestern states.
We will rise from the sun-baked South.
We will rebuild, reconcile, and recover.
And every known nook of our nation and every corner called our country, our people diverse and beautiful, will emerge battered and beautiful.
When day comes, we step out of the shade of flame and unafraid.
The new dawn balloons as we free it.
For there is always light, if only we’re brave enough to see it.
If only we’re brave enough to be it.

Amanda Gorman made history Wednesday 21st of Jan 2021 when she became the youngest inaugural poet during President Joe Biden’s swearing-in ceremony in Washington.
The 22-year-old Los Angeles resident, youth poet laureate of Los Angeles, first national youth poet laureate and Harvard graduate was invited to speak at the event by First Lady Jill Biden, who had previously seen the poet do a reading at the Library of Congress.

Her work examines themes of race and racial justice in America. “We have to confront these realities if we’re going to move forward, so that’s also an important touchstone of the poem,” Gorman says. “There is space for grief and horror and hope and unity, and I also hope that there is a breath for joy in the poem, because I do think we have a lot to celebrate at this inauguration.” Gorman drew inspiration from the speeches of American leaders during other historic times of division, including Abraham Lincoln and the Rev. Martin Luther King Jr.

“Here’s to the women who have climbed my hills before,” Gorman tweeted.


Amanda Gorman

Der Hügel, den wir erklimmen

Wenn es Tag wird, fragen wir uns,
wo wir Licht zu finden vermögen, in diesem niemals endenden Schatten?
Den Verlust, den wir tragen,
ein Meer, das wir durchwaten müssen.
Wir haben dem Bauch der Bestie getrotzt.
Wir haben gelernt, dass Ruhe nicht immer Frieden bedeutet.
Und dass die Normen und Vorstellungen von dem, was gerade ist,
nicht immer Gerechtigkeit sind.
Und doch gehört die Morgendämmerung uns,
noch ehe wir es wussten.
Irgendwie schaffen wir es.
Irgendwie haben wir es überstanden und bezeugten
eine Nation, die nicht kaputt ist,
sondern einfach unvollendet.
Wir, die Nachfahren eines Landes und einer Zeit,
in der ein dünnes, schwarzes Mädchen,
das von Sklaven abstammt und von einer alleinerziehenden Mutter großgezogen wurde,
davon träumen kann, Präsidentin zu werden,
nur um sich selbst in einer Situation zu finden, in der sie für einen vorträgt.
Und ja, wir sind alles andere als lupenrein,
alles andere als makellos,
aber das bedeutet nicht, dass wir danach streben,
eine Gemeinschaft zu bilden, die perfekt ist.
Wir streben danach, eine Gemeinschaft zu schmieden, die ein Ziel hat.
Ein Land zu bilden, das sich allen Kulturen, Farben, Charakteren und menschlichen Lebensverhältnissen verpflichtet fühlt.
Und so richten wir unsere Blicke nicht auf das, was zwischen uns steht,
sondern auf das, was vor uns steht.
Wir schließen die Kluft, weil wir wissen, dass wir, um unsere Zukunft an erste Stelle zu setzen,
zuerst unsere Differenzen beiseitelegen müssen.
Wir legen unsere Waffen nieder,
damit wir unsere Arme
nacheinander ausstrecken können.
Wir wollen niemandem schaden und Harmonie für alle.
Lasst die Welt, wenn sonst auch sonst nichts, sagen, dass dies wahr ist:
Dass wir, selbst als wir trauerten, wuchsen
Dass wir, selbst als wir Schmerzen hatten, hofften
Dass wir, selbst als wir ermüdeten, es weiter versucht haben
Dass wir für immer verbunden sein werden, siegreich
Nicht weil wir nie wieder eine Niederlage erleben werden,
sondern weil wir nie wieder Spaltung säen werden.
Die Heilige Schrift sagt uns, dass wir uns vorstellen sollen,
dass jeder unter seinem eigenen Weinstock und Feigenbaum sitzen soll
und keiner ihnen Angst machen soll.
Falls wir unserer eigenen Zeit gerecht werden,
dann wird der Sieg nicht in der Klinge liegen,
sondern in all den Brücken, die wir gebaut haben.
Das ist das Versprechen:
Der Hügel, den wir erklimmen,
wenn wir uns nur wagen,
denn Amerikaner zu sein, ist mehr als ein Stolz, den wir erben,
es ist die Vergangenheit, in die wir treten,
und wie wir sie reparieren.
Wir haben eine Macht gesehen, die unsere Nation eher zerstören würde,
als sie zu heilen,
unser Land zu zerstören, wenn es dazu führe, Demokratie zu verzögern.
Und dieser Versuch war fast erfolgreich.
Doch auch wenn Demokratie von Zeit zu Zeit verzögert werden kann,
kann sie niemals dauerhaft besiegt werden.
In diese Wahrheit,
in diesem Glauben, vertrauen wir.
Denn obwohl wir unsere Augen auf die Zukunft richten,
hat die Geschichte ihre Augen auf uns gerichtet.
Dies ist die Ära gerechter Wiedergutmachung.
Wir fürchteten zu Beginn,
wir fühlten uns nicht bereit, Erben
einer solch schrecklichen Stunde zu sein,
doch in ihr fanden wir die Kraft,
ein neues Kapitel zu schreiben,
uns selbst Hoffnung und Lachen zu schenken.
Also während wir uns einst fragten,
wie wir jemals diese Katastrophe überstehen könnten,
fragen wir jetzt:
Wie könnte eine Katastrophe jemals uns überstehen?
Wir werden nicht zurück zu dem marschieren, was war,
sondern auf das zugehen, was sein wird.
Ein Land, das zwar verletzt, aber dennoch intakt ist,
gütig, aber kühn
wild und frei.
Wir werden uns nicht umdrehen
oder durch Einschüchterung unterbrechen lassen,
weil wir wissen, dass unsere Untätigkeit und Trägheit
das Erbe der nächsten Generation sein wird.
Unsere Fehler werden zu ihren Lasten.
Aber eines ist sicher:
Wenn wir Barmherzigkeit mit Macht verbinden
und Macht mit Recht,
dann wird Liebe unser Vermächtnis
und Veränderung das Geburtsrecht unserer Kinder.
Also lasst uns ein Land hinterlassen,
das besser ist als das, welches uns hinterlassen wurde.
Mit jedem Atemzug aus meiner bronzegegossenen Brust,
werden wir diese verwundete Welt in eine wundersame verwandeln.
Wir werden uns von den goldbeschienenen Hügeln des Westens erheben,
wir werden uns aus dem windgepeitschten Nordosten erheben,
in dem unsere Vorfahren zum ersten Mal die Revolution verwirklichten,
wir werden uns aus den von Seen gesäumten Städten des Mittleren Westens erheben,
wir werden uns aus dem sonnengebrannten Süden erheben,
wir werden wieder aufbauen, uns versöhnen und erholen,
und jeden bekannten Winkel unserer Nation und
jede Ecke, die unser Landes genannt wird.
Unser Volk, vielfältig und schön, wird aufstreben,
zerschunden und schön.
Wenn der Tag kommt, treten wir aus dem Schatten heraus,
entflammt und ohne Angst.
Die neue Morgendämmerung erblüht, wenn wir sie befreien.
Denn es gibt immer Licht,
wenn wir nur mutig genug sind, es zu sehen,
wenn wir nur mutig genug sind, es zu sein.

Übersetzung genomen vom HIER (kein Mensch machte sich Mühe, den Übersetzer, die Übersetzerin zu nennen)

Bei Amtseinführungen von US-Präsidenten haben immer wieder Dichter und Schriftsteller Werke vorgetragen. Bei der Zeremonie des neuen US-Präsidenten trug die mit Abstand jüngste Poetin Amanda Gorman ein Gedicht vor, das viele Menschen bewegt. Die afroamerikanische Dichterin, Nachkome der Sklaven und Tochter einer alleinerziehenen Mutter, Amanda Gorman hat mit einem eindringlichen Aufruf zu Einigkeit und Versöhnung viele Menschen in der Welt berührt.

Die 1998 in Los Angeles geborene Gorman war 2017 von der US-Kongressbibliothek mit dem Titel “National Youth Poet Laureate” geehrt worden. Gorman gewann im Alter von 16 Jahren ihren ersten Lyrik-Preis. Sie war der heimliche Star bei Bidens Amtseinführung am 20. Januar 2021, als sie ein eigenes Gedicht vortrug: The Hill We Climb. Es handelt von den schweren Zeiten, die die USA durchgestanden haben und noch durchstehen müssen, vom Sturm von Anhängern des abgewählten US-Präsidenten Donald Trump auf das Kapitol vor zwei Wochen – aber auch von Hoffnung für die Zukunft.

Wenn Gorman das Mindestalter erreicht, will sie, so sieht sie es heute, 2036 selbst bei der US-Präsidentschaftswahl kandidieren.


Amanda Gorman

Wzgórze, na które się wspinamy

Gdy nadejdzie dzień, zapytamy, gdzie znajdę światło w tym nie kończącym się cieniu?
Strata, którą niesiemy. Morze, przez które musimy przejść.
Zmierzyliśmy się z brzuchem bestii.
Nauczyliśmy się, że spokój nie zawsze oznacza pokój, a normy i paragrafy “prawa” nie zawsze znaczą sprawiedliwość.
A mimo to to do nas należy świt, nawet jeśli tego jeszcze nie wiemy.
Zrobimy to. Jakoś.
Jakoś powiemy nam wszystkim, że nie jesteśmy rozdarci, to tylko nasz świat nie został jeszcze ukończony.
My, spadkobiercy miejsca i czasu, gdzie chuda czarna dziewczynka, potomkini niewolników, wychowana przez samotną matkę
ma prawo marzyć o tym, że zostanie kiedyś prezydentem, skoro jednemu z nich może dziś wygłosić swój wiersz.
Ach, i tak nie jesteśmy wypolerowani i gładcy jak teflon, ale to nie znaczy, że chcemy zbudować jedność bez skazy i wad.
Nie. Chcemy stworzyć pakt i chcemy nadać mu sens.
Stworzyć kraj dla ludzi, kultur i kolorów, kondycji i kreacji.
Podnosimy wzrok, nie patrząc na to, co stoi między nami, lecz na to, co przed nami.
Nie chcemy dzielić, bo im bardziej zajmuje nas nasza przyszłość,
Tym bardziej musimy usunąć podziały.
Wyciągamy ręce, tak byśmy mogli nawzajem dotknąć naszych rąk.
Nie chcemy się odgradzać, chcemy się zgadzać.
I niech nasz świat to potwierdzi i nas w tym utwierdzi.
Bo nawet jeśli cierpimy, rośniemy.
Bo nawet jeśli płaczemy, nie tracimy nadziei.
Bo nawet jeśli próbujemy, próbujemy.
Nasze ja nas wiąże ze sobą, zwycięskich.
Nie dlatego że ominą nas klęski, ale bo nie chcemy już siać niezgody.
Chcemy wierzyć, że rację ma Pismo i że możemy siąść razem
Pod krzewem winnym i figą, i że nikt nam nie zagrozi.
Jeśli mamy żyć w zgodzie z naszym czasem, to nie zwyciężajmy nożem, lecz budując mosty.
Tam jest obiecana polana, wzgórze, na które się wspinamy, jeśli się tylko odważymy.
Ale też, żeby być Amerykanką, nie wystarczy, że odziedziczę dumę.
Bo wstępujemy w przeszłość próbując ją naprawić.
Widzieliśmy siły, które prędzej nas zniszczą niż podzielą.
Zniszczą, bo tym jest zaprzeczenie demokracji.
I prawie by się im udało.
I choć zdarzają się czasy, że demokracja się zatrzymuje, nikt nigdy nie zatrzyma jej na zawsze.
W tę prawdę i w tę wiarę wierzymy, spoglądamy w przyszłość, a historia nas osądzi.
To czas sprawiedliwego odkupienia.
Obawialiśmy się jego nadejścia.
Nie byliśmy się gotowi na dziedzictwo tak przerażającej godziny.
Ale mimo to znaleźliśmy siłę nowego początku, siłę nadziei i uśmiechu.
Tak więc, mimo iż pytaliśmy przecież, jak to w ogóle było możliwe,
teraz pytamy, jak mogliśmy w ogóle sądzić, że katastrofa nas pokona?
Nie zawrócimy, lecz pójdziemy do przodu: nasz kraj jest posiniaczony, lecz żyje, życzliwy, ale odważny, zaciekły i wolny.
Nie zawrócimy i nie damy się zastraszyć, bo wiemy, że jeśli nic nie zrobimy, nasi następcy odziedziczą tylko apatię i inercję.
Nasze błędy staną się ich ciężarem.
Ale jedno jest pewne.
Jeśli połączymy miłosierdzie z mocą, a moc z prawem, to zostanie po nas miłość i prawo pierworodnych.
Zostawmy ten kraj następnym lepszy, niż ten, który nam przypadł w udziale.
Każdy mój oddech to uderzenie dzwonu. Powstaniemy, zmienimy ten poraniony świat w cudowny.
Powstaniemy ze złotych wzgórz Zachodu.
Powstaniemy z owianych wichrem ziem Północnego Wschodu, gdzie nasi przodkowie po raz pierwszy pomyśleli rewolucję.
Powstaniemy z nadjeziornych miast Środkowego Zachodu.
Powstaniemy ze spieczonego słońcem Południa.
Odbudujemy, odrodzimy, odżyjemy.
Każdy kąt tego kraju, każdy krok, każdy dom, każdy człowiek tak inny i tak piękny, powstanie, poobijany, ale piękny.
Gdy nadejdzie dzień, nie lękając się wyjdziemy z cienia płomieni.
Wstanie świt.
Bo zawsze jest światło, jeśli tylko mamy odwagę je dostrzec.
Jeśli tylko mamy odwagę, by nim być.

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska

Wystąpienie 22-letniej poetki Amandy Gorman było sensacją uroczystości zaprzysiężenia nowego prezydenta USA. Kim jest ta dziewczyna?

Zaczęła jako nastolatka od zgłaszania wierszy na małe, lokalne konkursy, szybko zdobyła uznanie i nagrody, między innymi Youth Poet Laureate of Los Angeles czy National Youth Poet Laureate. Pomysł, żeby to właśnie Amanda Gorman napisała tekst na uroczystość zaprzysiężenia powstał w głowie Jill Biden, która poznała jej wiersze cztery lata wcześniej, gdy młoda poetka czytała je w Kongresie.

Miesiąc przed uroczystością Gorman dostała trudne i odpowiedzialne zadanie – stworzyć wiersz, który odda trudną sytuację podziału społeczeństwa, a jednocześnie przyniesie nadzieję obu zwaśnionym stronom, wyznaczy perspektywę lepszej przyszłości.

Gorman pochodzi z Los Angeles, a w swojej twórczości podejmuje takie tematy jak wykluczenie społeczne, marginalizacja, feminizm i rasizm. Poetka zadebiutowała w 2015 roku tomikiem “Ten, któremu jedzenie nie wystarczy” (“The One for Whom Food Is Not Enough”). Wychowywana przez samotną matkę, Gorman jako dziecko zmagała się z zaburzeniami mowy i nadwrażliwością na dźwięk. W wywiadzie dla “The New York Times” przyznała, że była “dziwnym dzieckiem”, a jej ulubionymi zajęciami były czytanie i pisanie.

Święta Agnieszka wypuszcza skowronka z mieszka

Czyli będzie wiosna! Osiecka!

W Polsce leci serial o Agnieszce Osieckiej. Wszyscy oglądają, większość krytykuje. Normalka.
Ale to zobowiązuje do przypomnienia Agnieszki. “Serial Osiecka. Tylko w Jedynce”.

Ja tymczasem sięgam do naszego wspólnego skarbu: Bułat Okudżawa o Agnieszce.

Z Kanady przyszła taka propozycja przypomnienia: Kora śpiewa Agnieszkę.

Mietek Węglewicz napisał taki wiersz:

Agnieszka O.

może to wina Taty
może gwiazd
że dojrzewała na raty
ale nigdy na czas

Niektórzy obcują z nią na co dzień.

Warszawa Opole

Pomnik artystki na Pradze (po lewej: projekt Teresa i Dariusz Kowalscy; zdjęcie Adrian Grycuk) i w Opolu (Projekt Marian Molenda, zdjęcie: Rodak)

Niektórzy kiedyś ją spotkali.

Zdjęcie: Emmanuela Danielewicz; z książki Marioli Stachurskiej, Obrazy z życia berlińczyków w mieście otoczonym murem, Berlin 2015; od lewej Dorota Danielewicz, Ewa Maria Slaska, Agnieszka Osiecka; zdjęcie zrobione w Literarisches Colloquium Berlin w Berlinie Zachodnim, w roku 1986

I na koniec nasz hymn. Bo Okularnicy to był nasz portret, to byliśmy my, na pewno, ale nie czuliśmy, że jesteśmy młodzi i piękni, że to my, piękni dwudziestoletni. A TO był nasz hymn…

Dziękuję Agnieszko, że byłaś. Byłaś naszym głosem, ale zarazem uważną obserwatorką naszych marzeń i naszych słabości. To Ty nas nauczyłaś, że jeśli ptaszek jest kulawy i ma jedną nóżkę krótszą, to przecież, o tak!!! o tak!!!, my bezmyślne, nieludzkie potwory, nie przejmując się tragedią ptaszka (każdego ptaszka!!! gatunków, ras, klimatu, Ziemi, Kosmosu!!!!) wiedzieliśmy, że przecież…

… drugą ma dłuższą!

Miłość, starość, śmierć

Ewa Maria Slaska

Love, being old, death

For Łucja Fice

Od jakiegoś czasu “chodziła za mną” pewna piosenka. Słyszałam ją w głowie, jak to zazwyczaj jest, najpierw kawałek melodii, potem strzęp wersu, potem jeszcze trochę melodii. I dość szybko całą linijkę: If you want to be free, be free… Znalezienie, co to za piosenka to był już niewielki problem. If you want to sing out, sing out, If you want to be free, be free, if you want to be high, be high…

Sorry, the rest of that post is in English.

Cat Stevens

You Want To Sing Out, Sing Out

Well, if you want to sing out, sing out
And if you want to be free, be free
‘Cause there’s a million things to be
You know that there are

And if you want to live high, live high
And if you want to live low, live low
‘Cause there’s a million ways to go
You know that there are

[Chorus:]
You can do what you want
The opportunity’s on
And if you can find a new way
You can do it today
You can make it all true
And you can make it undo
you see ah ah ah
its easy ah ah ah
You only need to know

Well if you want to say yes, say yes
And if you want to say no, say no
‘Cause there’s a million ways to go
You know that there are
And if you want to be me, be me
And if you want to be you, be you
‘Cause there’s a million things to do
You know that there are

[Chorus]

Well, if you want to sing out, sing out
And if you want to be free, be free
‘Cause there’s a million things to be
You know that there are
You know that there are
You know that there are
You know that there are
You know that there are

But of course, when I found that song, I knew, that I was also seeing pictures, and it was no Cat Stevens, whom I saw, but of course Ruth Gordon, one of the most beautiful old ladies in the history of cinema. Ruth Gordon in unforgettable Harold and Maude.

Well, such a wonderful movie and so unrealistic love story. But it does not matter. It is an amazing movie with amazing life messages. Do not think, it is about love between a teenager and an old woman, or a movie about the the age difference. No! It is love story saying us, that real love transcends all our limitations. If you are bigger than what you have ever learned is proper. There’s always something new to learn. And it never ends, because long after you die, everyone else still will go that way, trying to be free and to sing out. The old age does not matter and the death does not matter. We shall die and you stay and still try to be free… If you want to be free, be free…