Projekt Irena Bobowska. Tkanki.

Niestrudzona nasza autorka i poszukiwaczka śladów odbywa w ramach naszego projektu o Irenie Bobowskiej coraz to nowe wędrówki. Najczęściej są to tragiczne miejsca i wiążą się z nimi przeraźliwe informacje i ciężkie, smutne refleksje. Jedynie w Poznaniu jej wędrówki poprowadziły ją nie tylko do więzień i na cmentarze, ale również w miejsca, gdzie Irena mieszkała, chodziła do szkoły, udzielała się aktywnie w życiu społecznym a potem w konspiracji. I nie zapominajmy – zawsze na wózku inwalidzkim!

Najbliższe wydarzenie naszego projektu

Elżbieta Kargol

Doktor Hermann Stieve, zbrodniarz wojenny?

Na jednym z piękniejszych berlińskich cmentarzy, Dorotheenstädtischer Friedhof otoczonym murem i ochroną zabytków, wśród starych morw i starych nagrobków, kryjącym w ziemi prochy tylu ważnych tego świata, położonym w centrum Berlina, odbyła się trzy lata temu dość nietypowa uroczystość.

Najpierw w kaplicy cmentarnej odprawiono nabożeństwo żałobne w trzech religijnych obrządkach – żydowskim, katolickim i protestanckim, a potem uczestnicy pogrzebu udali się wspólnie do grobu, gdzie umieszczone zostały mikroskopijne próbki ludzkich tkanek, znalezione w posiadłości doktora profesora anatomii Hermanna Stieve’a.


Kim był doktor Stieve?

Polska wikipedia nazywa go zbrodniarzem wojennym, niemiecka – profesorem anatomii i histologii, o wielkich osiągnięciach naukowych i niechlubnej działalności w czasach nacjonalizmu. Pisarz Wilhelm Bartsch tekst o doktorze Stievie dla Ärzteblatt Sachsen-Anhalt 2007 zatytułował Mistrz z Niemiec, nawiązując do Fugi śmierci Paula Celana (Todesfuge).

...der Tod ist ein Meister aus Deutschland sein Auge ist blau
er trifft dich mit bleierner Kugel er trifft dich genau...

...Śmierć jest mistrzem z Niemiec niebieskie ma oko
Trafi cię kulą z ołowiu trafi celnie głęboko...
                            przekład Stanisława Jerzego Leca

Hermann Stieve urodził się w 1886 roku, studiował na uniwersytetach w Monachium i Innsbrucku. W 1912 roku otrzymał tytuł doktora medycyny.

W 1935 roku objął profesurę na Uniwersytecie Friedricha-Wilhelma w Berlinie (dzisiejszy Humboldt-Universität zu Berlin), gdzie kierował pierwszym Instytutem Anatomicznym i Instytutem Anatomiczno-Biologicznym. Funkcje te sprawował aż do śmierci w 1952 roku.

Był naukowcem, cenionym i nagradzanym jeszcze długo po wojnie.

Przedmiotem badań prof. Stieve’a były ludzkie gruczoły płciowe – czyli jądra i jajniki – a zwłaszcza wpływ strachu i przerażenia na te narządy.

To wojna i dyktatura Hitlera stworzyła Stieve’owi możliwości do przeprowadzania badań, które w sposób nieludzki, nieetyczny wykorzystał.

Hermann Stieve habilitował się w 1918 roku, praca nosiła tytuł Rozwój jajnika u kawki. Niełatwo było znaleźć inny materiał do badań prócz zwierząt, nad którymi można było się znęcać do woli. Po kawkach zajął się kurami, straszył je lisem i dokumentował, jak kury radzą sobie ze stresem i strachem i kiedy pod wpływem tych nieprzyjemnych doznań zniosą jajko. Już w 1931 roku Stieve pisał do kuratora o trudnościach w pracy badawczej: Niezmiernie trudno jest znaleźć jajniki od naprawdę zdrowych dziewcząt. I Tu z pomocą przyszedł system, dyktatura Hitlera i bezprawie w faszystowskich Niemczech. Niesprawiedliwe procesy i decyzje nazistowskiego wymiaru sprawiedliwości Unrechtsjustiz przyczyniły się do dużej ilości wykonywanych wyroków śmierci. I na tym skorzystał doktor Stieve. Nie musiał już gonić kur, wystarczyło umówić się z katem i paroma innymi więziennymi urzędnikami, żeby ciała młodych kobiet, zabitych w centralnym miejscu straceń Berlin-Plötzensee, zaraz po egzekucji dostarczyć do Charité. Pośpiech był wskazany. Ciała musiały być w miarę świeże.

Hermann Stieve badał cykl menstruacyjny kobiet pod wpływem stresu, włącznie z obserwacją nieregularnego krwawienia, które pojawiało się u nich, gdy dowiadywały się, że idą na egzekucje. Podobno był w zmowie z więziennymi lekarzami, którym powierzał dopilnowanie prowadzenia przez więźniarki kalendarzy miesiączkowych. Gdy krótko przed jajeczkowaniem dowiadywały się one o terminie egzekucji, pojawiał strach, przerażenie, skutkiem czego były nagłe krwawienia menstruacyjne, nawet po kilkumiesięcznej przerwie.

Znany jest przypadek Cato Bontjes van Beek. Jej ciało zostało przewiezione zaraz po egzekucji (5 sierpnia 1943 roku w Plötzensee) do Instytutu Anatomicznego w Berlinie i tam poddane sekcji przez Hermanna Stieve’a.

Po wiadomości, która bardzo poruszyła kobietę (wyrok śmierci), nastąpił krwotok szokowy. Następnego dnia kobieta zmarła nagle na skutek działania siły zewnętrznej (zmarła pod gilotyną)…, pisał w swoim sprawozdaniu doktor Stieve.

Materiał, którego nie posiada żaden inny instytut na świecie, chwalił się Stieve i nie ukrywał, skąd materiał pochodzi.

Egzekucje dostarczają Instytutowi Anatomicznemu i Anatomiczno-Biologicznemu materiału, którego nie posiada żaden inny instytut na świecie. Jestem zobowiązany do odpowiedniego opracowywania, utrwalania i zabezpieczania tego materiału.

W 1946 roku Hermann Stieve sporządził na zlecenie władz Berlina listę 174 kobiet i ośmiu mężczyzn, których ciała po wykonanym wyroku śmierci trafiły w jego ręce i zostały poddane sekcji w jego instytucie.

Na liście Stieve’a nie ma Ireny Bobowskiej, zamordowanej w 1942 roku w Berlinie-Plötzensee, ale to nic nie znaczy, bo lista jest niepełna. Jest kilka polskobrzmiących nazwisk, w tym Bronisława Czubakowska, która przed ścięciem prosiła o wydanie ciała swojej matce. Nikt jej prośby nie spełnił. Dla doktora stała się materiałem. W sumie Instytut Anatomii w Berlinie pozyskał prawdopodobnie ponad 4 tys. ciał z miejsc egzekucji Berlin-Plötzensee i Brandenburg-Görden. Sam doktor Stieve przeprowadził sekcje co najmniej 450 ciał osób straconych.

Charlotte Pommer była asystentką doktora Stieve’a. Gdy poznała przy sekcji ciała znanych jej osób, zmieniła miejsce pracy i zaczęła działać w ruchu oporu.

Hermann Stieve zmarł w roku 1952. W roku 2016 znaleziono w jego domu mikroskopijne próbki ludzkich tkanek. Po trzech latach zakopano tkanki na cmentarzu Dorotheenstadt. Piszę zakopano, gdyż mam duży problem z użyciem tu czasownika pochowano. Pochówek należy się zwłokom lub ich prochom, niekoniecznie tkankom. Nie mam też pomysłu, co należałoby z nimi zrobić. Od momentu odnalezienia tkanek przez potomnych minęly trzy lata do momentu ich pogrzebania. Prawdopodobnie wszyscy się zastanawiali.

Hermann Stieve był po wojnie przesłuchiwany przez wszystkie władze okupacyjne. Według prawa, nie uczynił nic nielegalnego, dlatego wrócił z wszystkimi honorami do pracy w berlińskiej Charité.
Większość pracowników Instytutu Anatomii z czasów nazistowskich pozostała po wojnie na swoich stanowiskach. A po ich śmierci uczniowie często dbali o ich dobre imię. Dopiero w latach 90 ubiegłego wieku zaczęto upubliczniać niektóre życiorysy. Hermann Stieve nie należał nigdy do NSDAP, czego nie można powiedzieć o jego następcy, doktorze Antonie Waldeyerze.


W foyer budynku Instytutu Anatomii obok wystawionych w gablotach preparatów, modeli, narzędzi medycznych i ludzkich tkanek – zastanawiam się, które z nich są spuścizną po doktorze Stievie -, znajduje się dość obszerna informacja o działalności instytutu w czasach nacjonalizmu.


Nie wiem, dlaczego wybrano jedno z ładniejszych zdjęć doktora Stieve’a. Przyglądając się fotografii, widzę przystojnego mężczyżnę o łagodnym uśmiechu, budzącym zaufanie. Ale gdy czytam dalsze informacje o nim, jego uśmiech przestaje być łagodny, staje się cyniczny, wręcz nieprzyjemny, zjadliwy. Pozory bardzo mylą, podobno Mengele był też bardzo uprzejmy, miły, skromny – do czasu.

Doktor Stieve nie był drugim doktorem Mengele, był doktorem Stievem, któremu ciała kobiet służyły do medycznych badań. A wojna i częste wyroki śmierci temu sprzyjały.
To nie były ciała, którym należał się pochówek, grób, ksiądz, rodzina nad grobem, stypa i epitafia w różnych językach. To były ciała, przede wszystkim kobiet, często oskarżonych bezpodstawnie o zdradę stanu, skazanych na śmierć, ściętych lub powieszonych w nazistowskich miejscach straceń.
Nasza kultura, a dla wielu z nas religia nie daje pozwolenia na bezczeszczenie zwłok. Żadna z tych kobiet niesłusznie skazanych na śmierć, nie podpisywała zgody na udostępnienie swojego ciała post mortem dla przeprowadzania badań medycznych.
Nie pytano o zgodę rodzin. A ich prośby o wydanie zwłok ignorowano. Tysiące zamordowanych mają symboliczne groby, tablice upamiętniające.
Wrogowie III Rzeszy nawet pośmiertnie nie mieli żadnych praw.

***

Nad budynkiem Instytutu Anatomii widnieje napis: HIC LOCUS EST UBI MORS GAUDET SUCCURRERE VITAE. Oto miejsce, gdzie śmierć cieszy się, że może przyjść z pomocą życiu.

Osobą, która się cieszyła z tych śmierci był doktor Hermann Stieve.

Na miejscu, gdzie zakopano tkanki, tuż obok grobu bojowników ruchu oporu, i obok prochów tych, którzy zginęli pod koniec wojny podczas licznych bombardowań miasta, umieszczono tablicę z tekstem.

Im Strafgefängnis Berlin-Plötzensee wurden während der nationalsozialistischen Diktatur zwischen 1933 und 1945 mehr als 2800 Menschen durch das Fallbeil oder durch den Strang ermordet. Die meisten von ihnen wurden danach im Anatomischen und Anatomisch-Biologischen Institut der Berliner Universität zu Forschungs- und Lehrzwecken seziert. Mehr als 300 der dabei entstandenen mikroskopischen Präparate, zumeist von Frauen, wurden 2016 im Nachlass des Anatomen Hermann Stieve aufgefunden. Sie wurden hier am 13. Mai 2019 bestattet.

W więzieniu Berlin-Plötzensee podczas nacjonalistycznej dyktatury w latach 1933-1945 zamordowano przez zgilotynowanie lub powieszenie ponad 2800 osób. Większość z nich została następnie poddana sekcji zwłok w Instytucie Anatomicznym i Anatomiczno-Biologicznym Uniwersytetu Berlińskiego dla celów badawczych i dydaktycznych. Ponad 300 powstałych w ten sposób mikroskopijnych preparatów, pochodzących głównie z ciał kobiet, znaleziono w 2016 roku w posiadłości anatoma Hermanna Stieve.
13 maja 2019 roku zostały tu pochowane.

Po śladach muru / Auf den Spuren der Berliner Mauer

Vor zwei Jahren gaben wir – Freunde von Joanna Trümner – “unser” Mauerbuch heraus. / Przed dwoma laty wydaliśmy – Przyjaciele Joanny Trümner – “naszą” książkę o Murze Berlińskim.


Im Dezember 2020 haben sich Freunde von Joanna Trümner entschlossen, Ihr Andenken mit der Herausgabe eines Buches mit ihren Texten über die Berliner Mauer zu ehren. Joanna schrieb diese Beiträge seit Mitte 2019, begleitet hat sie ihre Freundin Ela Kargol als Fotografin. Als Joanna erkrankte, übernahm sie das Schreiben der weiteren Texte. Kurz vor der Fertigstellung des Buches wurde die Publikation von Krystyna Koziewicz vervollständigt.

Das ganze hat Ewa Maria Slaska redigiert und ein gewisser K. Łamarz hat den Layout gemacht. Finanziert wurde das Projekt von den Spenden angesammelt durch die Platform GoFundMe.

W grudniu 2020 roku grupa przyjaciół Joanny Trümner postanowiła uczcić Jej pamięć, wydając książkę z Jej tekstami o Murze Berlińskim. Joanna pisała te teksty od połowy 2019 roku, a towarzyszyła jej w tym jako fotografka Ela Kargol. Gdy Joanna zachorowała, dalsze pisanie tekstów przejęła Ela Kargol, a tuż przed wydaniem książki całość uzupełniła jeszcze Krystyna Koziewicz.

Ewa Maria Slaska zredagowała książkę, a pan K. Łamarz przygotował oprawę graficzną. Projekt został sfinansowany z datków zebranych poprzez platformę GoFundMe.

Ela (Elżbieta) Kargol geht weiterhin durch diese (immer noch? nicht mehr?) geteilte Stadt und sammelt Eindrücke, Informationen und Geheimnisse.

Ela Kargol dalej wędruje po naszym (już nie a może jednak nadal?) podzielonym mieście, zbierając wrażenia, informacje i tajemnice.

Ela Kargol

Günter Liftin, pierwsza ofiara Muru


Zginął 24 sierpnia 1961 roku, w dziesięć dni po tym, gdy nocą z 12 na 13 sierpnia władze postawiły pierwsze zasieki z drutu kolczastego, które z biegiem lat przekształciły się w mur, aby potem stać się Murem Berlińskim. Dziś wiedzie tu Mauerweg / Droga Muru.

***

12 sierpnia 1961 roku była sobota. Rodzina Litfinów wybrała się do rodziny w zachodniej części miasta. Kiedy późnym wieczorem wracali kolejką podmiejską do Weißensee, nie mieli pojęcia, co przyniesie kolejny dzień.

Miał 24 lata, gdy został zastrzelony strzałem w tył głowy, był berlińczykiem z Weißensee, urodzonym dwa lata przed wybuchem II wojny światowej w rodzinie katolickiej.
Tyle lat ma teraz moja młodsza córka, która studiuje i ma plany na przyszłość. Günter Litfin też miał plany. Skończył szkołę krawiecką i znalazł zatrudnienie w zawodzie w zachodniej części Berlina. Interesował się modą, ubierał elegancko, modnie. Marzył o projektowaniu i szyciu strojów teatralnych. Mieszkał jednak we wschodniej części miasta. Gdy sytuacja między strefą sowiecką a strefami zachodnimi stała się napięta, znalazł mieszkanie po zachodniej stronie, nie meldując się jednak w nim. Po śmierci ojca chciał opiekować się matką, zamieszkałą po wschodniej stronie, w Weißensee. Gdyby zameldował się w Berlinie Zachodnim, uznano by go za zdrajcę ojczyzny i nie mógłby przemieszczać się, między strefą wschodnią, a strefą zachodnią Berlina.


13 sierpnia 1961 roku podzielono murem miasto na prawie 30 lat. Ale Günter nie chciał tyle lat czekać, zresztą skąd miał wiedzieć, na ile lat podzielono świat.
W pierwszych dniach zamknięcia granic wielu udało się przekroczyć granicę ze wschodu na zachód. Günter liczył też na udaną ucieczkę. Nie zastanawiał się długo.
24 sierpnia 1961 roku przedostał się przez mur szpitala Charite, stamtąd prawdopodobnie mostem nad Humboldhafen chciał dotrzeć do Lehrter Bahnhof, czyli terenów dzisiejszego Dworca Głównego. Niestety został zauważony przez milicjantów ochrony kolei (Transportvolkspolizei). Milicjanci najpierw oddali strzały ostrzegawcze, a gdy Litfin wskoczył do wody, celowali już w jego kierunku.
Był już prawie po zachodniej stronie, gdy jedna z kul trafiła go śmiertelnie w tył głowy.

W pierwszą rocznicę zamordowania pierwszej śmiertelnej ofiary muru po zachodniej stronie postawiono płytę granitową upamiętniającą Güntera Litfina. Podczas budowy Dworca Głównego płyta zaginęła. Znalezioną po latach zamontowano po stronie wschodniej kanału (Berlin-Spandauer Schifffahrtskanal).

***
Dalej Drogą Muru dochodzi się do Invalidenfriedhof (Cmentarza Inwalidów (Wojennych).


Dzięki staraniom brata Güntera, Jürgena Litfina w jednej ze strażniczych wież dawnego posterumku “Kieler Eck” w roku 1992 otwarto miejsce pamięci Güntera Litfina. Tuż obok na Cmentarzu Inwalidów, jednym z tych murem podzielonych, są jeszcze resztki muru tylnego i tablice informacyjne o ofiarach muru, w tym o Günterze Litfinie.


W sieci znajduję kilka zdjęć Güntera. Jedno szczególnie zwróciło moja uwagę.


Na zdjęciu z I komunii świętej z roku 1947 dziesięcioletni Günter w prawej ręce trzyma świecę, ozdobioną mirtem, na której fotograf nie zdążył dorysować płomienia, w lewej książeczkę do nabożeństwa, choć trudno to stwierdzić, ale chyba ze złotym grzbietem. Ubrany jest w ciemną dwurzędową marynarkę i ciemne spodnie, kołnierzyk białej koszuli wyłożony jest na kołnierz marynarki.
Taka moda – czy Günter już wtedy chciał modnie wyglądać? Czy mama go tak wystroiła?
Na twarzy zawadiacki uśmiech. Uśmiech, który towarzyszy wszystkim zdjęciom Güntera.

9-Euro-Ticket (9)

Ela Kargol

Wyspa Przyjaźni i schody donikąd

Raz w tygodniu wybieram się na wycieczkę w ramach 9-Euro-Ticket, taki mam plan. Niestety plan powstał trochę późno, ale odkąd nie planuję wycieczek dalekich, które pozostają tylko w planach, jeżdżę do miejsc bliskich i bliższych.
Niedawno wybór padł na stolicę Brandenburgii.
Miasto znane z pałaców, parków ogrodów i konferencji.
Namówiła mnie Ewa, opowiadając o swojej wycieczce promem do Kladow. Też chciałam nad wodę. No i pojechałam na wyspę pełną kwiatowych zagonów, rozłożystych drzew, alejek, pergoli i innych wodno-ogrodowych atrakcji. Dużo nagich ciał w brązie, nie tym słonecznym, lecz metalowym. Nad wodą można dosiąść łabędzia lub flaminga i opłynąć wyspę dookoła. Na spacer się nadaje, mało chodzenia, dużo siedzenia. Dużo wolnych ławek do odpoczynku i przeróżnych roślin do oglądania – kwitnących, pachnących, dających cień, wabiących motyle, trzmiele, pszczoły.


Wyspa Przyjaźni (Freundschaftsinsel), bo o niej piszę, położona w centrum Poczdamu leży między ramionami starej i nowej Haweli (Alte i Neue Fahrt).
Z jej brzegów widać po jednej stronie poczdamski dworzec, po drugiej Stare Miasto, kościół Mikołaja i pałac miejski, który pałacem nie jest.


Wyspa zawdzięcza swoją nazwę restauracji o tej nazwie działającej tam już w połowie XIX wieku.
Krótko przed II wojną światową Karl Foerster i Hermann Mattern zaprojektowali na wyspie ogrody do oglądania i podziwiania, do spacerów i odpoczynku i takie, w których uczono sztuki ogrodnictwa. Niestety II wojna światowa zniszczyła prawie wszystko. Ale już w latach 50. i potem 70. ubiegłego wieku zaczęto odbudowywać i rozbudowywać atrakcje na wyspie, sądzić nowe drzewa, rośliny, siać kwiaty. W roku 2001 w ramach Wystawy Ogrodniczej (Bundesgartenschau 2001) nastąpiła ponowna rekonstrukcja i przebudowa ogrodu, dobudowano scenę letnią i plac zabaw.


Poszłam na drugi brzeg wyspy.
Wydawało mi się, że znajdę jakiś przystanek tramwajowy, który podwiezie mnie pod sam dworzec, a więc obeszłam pałac, który nie jest pałacem i zatrzymałam się przy złotych aniołkach przy bardzo znanych schodach, o których pojęcia nie miałam, że są znane.
Schody tzw. “Schody chorągwi” (Fahnentreppe) powstały w roku 1746, po którejś przebudowie, wtedy jeszcze pałacu i prowadziły do ogrodu.

Sześć lat później Melchior Kambly zaprojektował na podstawie rysunku samego Fryderyka II Wielkiego pozłacaną i bogatą w dekoracje balustradę. Cechą charakterystyczną balustrady były aniołki autorstwa Friedricha Christiana Glumego, stąd późniejsza ich nazwa Puttentreppe lub Engelstreppe .
(„Schody putt” lub „Schody aniołów”).


Schody nie tak dawno zrekonstruowano. Aniołki częściowo autentyczne naprawiono i pozłocono, lśnią nowym złotem.

Schody, chociaż prowadzą donikąd, bo nie ma już dawnego ogrodu i nie ma drzwi z pałacu – niepałacu którymi można byłoby do niego zejść, przyciągają wzrok każdego. Czym? Złotem i przepychem, jak cały Poczdam.

Projekt Irena Bobowska. Berlin.

Ela Kargol

Irena Bobowska, wyrok

Irena Bobowska 3 września 1942 roku skończyła 22 lata.W dniu swoich urodzin osadzona była w berlińskim więzieniu dla kobiet przy Barnimstraße. Wiedziała już, że 23 urodzin nie doczeka. 12 sierpnia 1942 odbyła się w Berlinie rozprawa przeciwko Irenie i trzem współtowarzyszom konspiracji z Poznania, współtowarzyszom więziennej niedoli i współtowarzyszom okrutnej śmierci. Wszyscy oprócz Lorkowskiego, a więc Bobowska, Michalski i Zakrzewski otrzymali wyrok śmierci, który nie podlegał kasacji, choć Irena próbowała się odwoływać, prosząc o darowanie życia, nie tyle dla siebie, ile dla jej kolegów z konspiracji. Wszyscy zostali oskarżeni o przygotowanie zdrady stanu.

Irenę ścięto nad ranem 27 września 1942 roku w Berlinie Plötzensee, w centralnym miejscu straceń dla okręgu egzekucyjnego IV zentrale Hinrichtungsstätte für den Vollstreckungsbezirk IV. W hitlerowskiej Rzeszy okręgów było 10, katów trzynastu.

Wilhelm Röttger z zawodu był ślusarzem, w czasie I wojny światowej jako ochotnik zaciągnął się do marynarki wojennej i został palaczem na statku. Po wojnie pracował jako pomocnik grabarza, a od roku 1940 jako pomocnik kata, podobno jednego z najważniejszych, Friedricha Hehra.

23 września 1942 roku Röttger został mianowany katem IV okręgu egzekucyjnego, który obejmował centralne miejsca straceń w Berlinie-Plötzensee i Brandenburgu-Görden. Najprawdopodobniej był tym, który uruchomił dźwignię gilotyny 27 września 1942 roku.

Była godzina 4.36. Zaczynała się niedziela. Jeszcze noc. Świt miał nastąpić za półtorej godziny.

“Zwykle kat przychodził dwa razy w tygodniu. Nazywał się
Röttger. Bardziej skradał się niż chodził. Ubrany w dłuższą kurtkę.
O czym myślał? Tysięcy ludzi pozbawiał życia. Niewinnych ludzi.

Za każdą ściętą głowę dostawał 80 marek (w innych źródłach 30 marek) premii i dodatkowy przydział papierosów.
Zawsze miał w ustach papierosa. Jego pomocnicy byli silnymi mężczyznami.
Musieli przenieść ofiary, z rękami związanymi sznurem na plecach,
na szafot!
Dwóch strażników wyprowadzało z cel więźniów skazanych na śmierć…
do szopy egzekucyjnej! Za to otrzymywali po osiem papierosów…

(broszura GedenksättePlötzensee, Brigitte Olschewski)

Więźniowie mieli podgolone karki, na nogach drewniaki. Ubrania zostawiali w celi.

“Gdy dzień egzekucji był ustalony, osoba skazana na śmierć była przenoszona do specjalnej celi – celi śmierci – dzień wcześniej lub nawet kilka dni wcześniej. W Plötzensee i Brandenburgii wyznaczono specjalne cele na parterze (w budynku III) i urządzono je jako cele śmierci. Przeniesienie do jednej z tych cel sprawiało, że jeszcze przed zawiadomieniem o egzekucji skazany wiedział, że wybiła jego godzina…”(ze wspomnień pastora Haralda Poelchau Die letzten Stunden: Erinnerungen eines Gefängnispfarrers)

Miejsce egzekucji znajdowało się w niskim budynku z czerwonej cegły na podwórzu budynku III, podzielone było na dwie części i oddzielone czarną zasłoną. Była część biurowa, w której prokurator lub jego przedstawiciel odczytywał wyrok, urzędnik sprawdzał dokładne dane personalne, i część, w której pracował kat.

Po odczytaniu wyroku prokurator zwracał się do kata z ustaloną formułą: “Kacie, czyń swoją powinność!”.‚Scharfrichter walten Sie Ihres Amtes!‘ I wtedy rozsuwała się zasłona, za którą była gilotyna i stał kat z pomocnikami. Na początku lat 30. ubiegłego wieku egzekucja trwała kilka minut. Z czasem kat i jego pomocnicy potrzebowali tylko kilkunastu sekund.

Skazany musiał stanąć oparty o deskę, w której był wydrążony otwór na głowę. Zanim zdążył cokolwiek pomyśleć, oprawcy zmieniali pozycję deski 90 stopni. W mgnieniu oka skazaniec, z odwróconą deską, znalazł się w pozycji, w której jego szyja znalazła się tuż pod gilotyną. W tej samej sekundzie kat nacisnął przycisk. Gilotyna ze świstem spadała w dół, a głowa skazańca leciała do wiklinowego kosza. Kat teraz, z tym samym pośpiechem, zaciągnął czarną zasłonę i ogłaszał: Panie prokuratorze, wyrok wykonano! (ze wspomnień pastora Haralda Poelchau Die letzten Stunden: Erinnerungen eines Gefängnispfarrers)


Berliński zakład karny przy Plötzensee został wybudowany w latach 1869 – 1879. Na 25 hektarach lasów powstało więzienie otoczone wysokim na 6 metrów murem. Poza murami więzienia przy Königsdamm (dzisiejszej ulicy Friedrich-Olbricht-Damm) wybudowano domy dla urzędników. Wewnątrz znajdowały się trzypiętrowe budynki z więziennymi celami. Budynki ustawione były według tak zwanego systemu panoptycznego. Podczas wojny większa część budynków została zniszczona, po wojnie rozebrana. Tak zwany Haus III z celami śmierci przestał istnieć. Do dzisiaj został kościół, domy urzędników więziennych i wiele innych budynków, które trudno dostrzec zza muru. Wszystkie objęte są ochroną zabytków.

Został też niski budynek z czerwonej cegły, budynek, w którym dokonywano egzekucji. W 1951 roku część ceglanej szopy rozebrano, a drugą część przeznaczono na miejsce pamięci. Z rozebranych cegieł i gruzu pozostałego ze zbombardowanego więzienia postawiono nowy mur, mur z napisem Ofiarom dyktatury hitlerowskiej 1933-1945.


W tym roku byłam tu pierwszy raz. Myślałam, że po Auschwitz, które pierwszy raz zobaczyłam będąc kilkunastoletnią dziewczyną, nic mnie już nie zaskoczy.

A jednak. Pomieszczenie, w którym nie ma już gilotyny, nie ma kata, prokuratora, urzędnika więziennego, jest tylko czarna zasłona i belka egzekucyjna, kratka odpływowa i glazura na ścianie w miejscu, gdzie był kran z wodą i umywalką. Dla kata? Czy kat zawsze umywał ręce?

Bardzo powściągliwa aranżacja miejsca, wręcz jej brak. Cisza i groza. Groza czasów hitlerowskiej dyktatury śmierci. W drugim pomieszczeniu, w którym przechowywano trumny, znajduje się fragmentaryczna dokumentacja hitlerowskich zbrodni z Plötzensee w formie wystawy, częściowo multimedialnej. Są trzy zdjęcia Ireny Bobowskiej, akt oskarżenia i wyrok. Dokument przyjęcia jej do Plötzensee i opuszczenia więzienia. Nie zgadza się tylko data, choć to my możemy się mylić.


Z dokumentów wynika, że Irenę dostarczono do więzienia w Plötzensee 25 września 1942 roku o godzinie 18.30. Z listu datowanego na 26 września 1942, zamieszczonego w Neni Stefanii Tokarskiej-Kaszubowej, Irena pisze do matki, wiedząc już, że są to jej ostatnie godziny życia. W tych ostatnich godzinach otrzymuje jeszcze listy z domu, które ktoś w nocy wsunął do celi. W celi z nią są jeszcze dwie Ireny, których nie mogę znaleźć w dokumentacji z Plötzensee, stąd moje przypuszczenie, że dokumentacja jest niepełna. Procedura wykonania wyroku śmierci zaczęła się 26 września, stąd może właśnie ta data.

Dzisiaj, a właściwie jutro wczesnym rankiem pójdę na śmierć. Jest godzina 10.00. Siedzę w celi takiej, jak każda inna w innym więzieniu. Był u mnie ksiądz ze spowiedzią i przyjdzie jeszcze z Komunią świętą. W międzyczasie przebywają tu też trzy urzędniczki. Jestem w dobrym nastroju i mam nadzieję, że odwaga nie opuści mnie aż do końca. (z listu do matki)

Księdzem, który przychodził z ostatnią posługą mógł być ksiądz Peter Buchholz. Współpracując ściśle z pastorem Haraldem Poelchau, Buchholz pośredniczył w ostatnich kontaktach między skazanymi a ich rodzinami, przekazywał wiadomości lub potajemnie dostarczał więźniom żywność. Mógł być tą osobą, która skrycie dostarczyła Irenie ostatnie wiadomości z domu.

Zgon potwierdził Oberwachmeister Heinrich Wienand z Lichtenbergu. Powód śmierci: Enthauptung (ścięcie).

Symboliczny grób Ireny jest w Poznaniu na cmentarzu Miłostowo. Symbolicznie jest tam pochowany też jej ojciec, zamordowany w Katyniu.

Co się stało z ciałem Ireny Bobowskiej, możemy tylko przypuszczać. Z pewnością zostało skremowane w jednym z berlińskich krematoriów, czy przedtem służyło do badań doktorowi Hermannowi Stieve? https://pl.wikipedia.org/wiki/Hermann_Stieve.

Jej prochy mogą być pochowane na jednym z berlińskich cmentarzy Parkfriedhof (Marzahn), Urnenfriedhof Seestraße (Berlin-Wedding), Südwestfriedhof Stahnsdorf, Friedhof am Plötzensee, Friedhof Altglienicke…

A może zupełnie gdzie indziej.

Mimo skrupulatności, pedantyczności i biurokracji w nazistowskich Niemczech i zachowanych wielu obszernych dokumentów, miejsca jej pochówku nie udało nam się znależć.

Nie tak dawno, i tylko dzięki zaangażowaniu emerytowanego inżyniera kolejnictwa Klausa Leutnera i innych osób, prochy ofiar z obozów koncentracyjnych z Dachau, Sachsenhausen, Buchenwald i wielu innych miejsc zbrodni hitlerowskich w tym z Plötzensee odzyskały swoją tożsamość.

Przy wejściu na cmentarz w Altglienicke po lewej stronie od niedawna znajduje miejsce pamięci ofiar nazistowskiej przemocy. Ponad 1360 nazwisk, w tym 430 Polaków. Każde zapisane innym charakterem pisma przez współcześnie żyjących, później przeniesione na szklaną zieloną ścianę w kształcie litery L, ustawioną na cmentarzu.

Wśród nazwisk nie ma Ireny Bobowskiej.

Chowano nocą, po ciemku, bez świadków, bezimiennie, niekoniecznie na cmentarzach, a przede wszystkim w pośpiechu i często bez zbędnej biurokracji, która towarzyszyła skazanym aż do śmierci.

W Brandenburgu Görden w tym samym okręgu egzekucyjnym i w tym samym miejscu pracy kata Röttgera otworzono miejsce pamięci w garażu znajdującym się na terenie więzienia, w garażu, który był miejscem egzekucji ponad 2 tysięcy mężczyzn. Ponieważ nie wyodrębniono tej części jak w Plötzensee z obszaru więzienia, niełatwo jest się tam dostać. Nam się nie udało (admince i mnie). Potrzebne są podania, wnioski, czasy oczekiwania, procedury i…pozwolenie na widzenie się z gilotyną. Biurokracja, zawsze i wszędzie, wtedy i teraz. Na zdjęciu (zdjęcie ze zdjęcia) z muzeum obok widać dokładnie jak wygląda i wyglądała gilotyna z Plötzensee i z Görden. Ta gilotyna ze zdjęcia znajduje się w Görden, w miejscu trudno dostępnym, za więziennym murem i nie jest gilotyną z Görden ani z Plötzensee.


Wilhelm Röttger wraz ze swoimi asystentami przeprowadził kilka tysięcy egzekucji, w tym masowe egzekucje podczas Krwawych Nocy w Plötzensee we wrześniu 1943 r., kiedy to powieszono łącznie 324 osoby. Wykonał szereg wyroków śmierci na bojownikach ruchu oporu, również na tych z 20 lipca 1944 roku. Był najbardziej wydajnym katem w Niemczech w owym czasie.

Po wojnie uciekł na zachód do Hannoveru, pojmano go w szpitalu, w którym się ukrył. Zmarł w więzieniu w Hannowerze w 1946 roku.

9-Euro-Ticket (6)

Ela Kargol

Zapach prowincji i średniowiecza

To małe miasto niedaleko granic Berlina zostało założone podobno przez Albrechta Niedźwiedzia, o czym donosi wikipedia w języku niemieckim, zaś wikipedia polska w pierwszym zdaniu pisze o jego słowiańskich korzeniach. Leży na trasie historycznej Kolei Berlińsko-Szczecińskiej. W tej chwili linia ta jest w ciągłym remoncie, ale nie traćmy nadziei, już niedługo pociągi będą znowu śmigać po dwóch torach i jak za dawnych czasów kolej żelazna połączy Berlin z jego dawnym portem.

Całe szczęście, od stu lat z Berlina dojeżdża tu kolejka podmiejska, a więc, żeby tu dotrzeć nie jest nawet potrzebny 9-Euro-Ticket. A gdyby Panke była rzeką żeglowną jak kiedyś, można byłoby przypłynąć do jej źródeł wprost z Berlina. Budynek dworca znalazł się pod ochroną zabytków, niestety plac przed dworcem nie. Dziesięć lat temu go wybetonowano. W betonie posadzono nowe drzewa. Zobaczymy, co z nich wyrośnie, na razie wyglądają marnie, ale może beton skruszeje.


Miasto z trzema bramami, Berlińskiej nie ma, Młyńska jest nowa, choć stara, a Kamienną nie wiem na ile zrekonstruowano, a na ile jest autentyczna. W mieście są dwa kościoły, dwa cmentarze, dwa pomniki upamiętniające dwie różne wojny i dwa różne systemy polityczne, dwie bramy, bo trzecią, Berlińską zaznaczono tylko w bruku.


Kościół ewangelicki (Sankt Marien) strojniejszy od katolickiego (Herz-Jesu-Kirche). Niestety zamknięty, choć niedziela. Dopiero wieczorem otwarto na koncert. I wtedy, gdy inni wychodzili, ja wślizgnęłam się do środka. A tam Cranach, no, może niezupełnie, ale malarstwo z jego szkoły na skrzydłowym ołtarzu. Pani sprzedająca widokówki i inne bibeloty uśmiechała się do mojego uśmiechu, ale trzymała już klucze w ręku, dając uprzejmy znak, że już się naoglądałam. A więc wyszłam wprost na koci zaułek, po którym przechadzał się senny kot. Nazwy ulic takie same jak w innych miastach. Jest Dworcowa, Szeroka, Berlińska. Jest też ulica Uliczki. Ta nazwa nie ma nic wspólnego ze słowiańską historią miasta. Carl Ulitzka był katolickim księdzem urodzonym na Górnym Śląsku, rodowód jego nazwiska jest z pewnością słowiański, lecz rodzina była niemieckojęzyczna. Był proboszczem w tamtejszej parafii i inicjatorem budowy katolickiego kościoła w Bernau, kościoła, przy którym po latach uczczono jego pamięć, nadając małemu odcinkowi ulicy jego nazwisko. Ulica jest mała i krótka niczym uliczka.


Więcej o Carlu Ulitzce pisze adminka: https://ewamaria.blog/2018/12/30/vergessene-texte-2/

Przy kościele jest budynek starej poczty, zamkniętej na cztery spusty. Pocztą już dawno nie jest, ale była lodziarnią, o czym świadczy napis i kosz plażowy. Lodziarnię wykończyła prawdopodobnie pandemia, a kosz plażowy też jakby po przebytym covidzie nikogo już nie zaprasza.


Idę dalej ulica Dworcową i dochodzę od zewnętrznej strony do murów miasta i jego jedynej częściowo w oryginalnym stanie zachowanej bramy, bramy Kamiennej z Głodową Wieżą. To na niej umieszczone są odlane w brązie głowy husytów ściętych przed murami miasta w1432 roku. Te wysokie na osiem metrów wysokie mury, baszty, wały i inne obwarowania obroniły miasto przed husyckim najazdem i nadal stoją na straży. Gdy jestem w środku miasta, mam wrażenie, że obojętnie w którą stronę pójdę, mur zawsze będzie stał na przeszkodzie. Ulica Husycka jest poza murami miasta, cmentarze, szpital świętego Grzegorza, wieża ciśnień też. I nawet kościół katolicki wybudowano przed murami, jednak protestantyzm w końcu zwyciężył.


Kawiarnia „Pod Husytem” zamyka w niedzielę o 16.00. Miasto pustoszeje. Zapach prowincji. Jest jeszcze kilku takich jak ja, ciekawskich. Wiele starych kamienic i innych budowli, wyremontowane za unijne pieniądze. Bloki z czasów NRD też zadbane. Spotkany przechodzień dumnie pokazuje i opowiada, co jeszcze muszę koniecznie zobaczyć – najstarszy dom w mieście. Po wojnie było ich więcej. Prościej i taniej było budować nowe bloki, zresztą tak jest do dzisiaj. Kantorhaus, dom kantora, organisty pochodzi z XVI wieku i jest odrestaurowaną perełką wśród innych nowszych i tych, po których słuch i byt zaginął. Ratusz jest nowy, stanął na miejscu kamienicy, może niepotrzebnie wyburzonej, opowiada dalej przechodzień. Tu się urodził i tu umrze. Wielu wyjechało jeszcze w czasach NRD, jego syn też, ale dopiero po zjednoczeniu.
On dalej zachwala swoje miasto.
Koniecznie muszę napić się miejscowego piwa „Pod Czarnym Orłem”, choć drogo. Idę znowu wzdłuż wewnętrzej strony muru. Czarownicom postawiono pomnik obok domu kata, myślę, że stosy znajdowały się gdzie indziej. Pomnik ma skrzydła i wygrawerowane nazwiska 25 kobiet i 3 mężczyzn spalonych na stosie. Między nimi jest nazwisko Dorothei Meerman, której matka, babka, córka były również ofiarami polowania na czarownice.

https://de.wikipedia.org/wiki/Dorothea_Meermann

O godzinie 19 słońce jeszcze oświetlało pięcioramienną gwiazdę, ale ja już spieszyłam w kierunku dworca, bo wydawało mi się, że jeszcze chwila i miasto mnie nie wypuści, że mury i bramy zamkną się, a jeśli nie zamkną, to husyci wezmą mnie do niewoli.

Całe szczęście, że kat z powodów technicznych miał dzisiaj wolne.

Quer durch Berlin

Samstag, 16. Juli um 16:00 Uhr

oder/lub: 16.07 um 16.07

Wir laden zu einem Sommerspaziergang auf dem Alter St.-Matthäus-Kirchhof ein:
Zum Besuch bei Gebrüder Grimm, Rio Reiser und Ovo Maltine

Alter St.-Matthäus-Kirchhof
Großgörschenstraße 12-14
10829 Berlin

Po polsku do poczytania tu: https://ewamaria.blog/2019/02/26/mezczyzni-na-starym-cmentarzu-sw-mateusza/

Ela, Ewa, Krysia

FilmPOLSKA: Bukolika

Ela Kargol

Bukolika, piękny film o szczęściu, miłości, przywiązaniu, trwaniu, symbiozie o świecie innym, do którego dostęp nie każdemu jest dany. Reżyser bardzo długo zabiegał o względy matki i córki, żeby móc uczestniczyć w ich życiu, gdzieś w centralnej Polsce, na skraju wsi, na skraju biedy i na skraju modelu życia, modelu przez innych uznanym za obowiązujący.
Sielanka (bukolika, idylla, ekloga, skotopaska, pasterka) – gatunek literacki, utwór poetycki, przedstawiający w sposób wyidealizowany uroki życia wiejskiego. To cytat z wikipedii. Dalej jest o genezie, Teokrycie i Wergiliuszu, Kochanowskim i Miłoszu i o stylu Cottagecore, o którym nie miałam pojęcia, że tak się nazywa. Wystarczy upleść wianek z polnych kwiatów i założyć go na głowę.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Sielanka

Karol Pałka, reżyser – foto Ela Kargol

Bukolika jest filmem młodego reżysera Karola Pałki, filmem nagrodzonym słusznymi nagrodami w kraju i na świecie, filmem pokazanym berlińskim widzom w ramach 17. festiwalu filmPOLSKA.

Z kilkunastu filmów prezentowanych na festiwalu lub kilkudziesięciu, wliczając filmy ze Zbyszkiem Cybulskim, zobaczyłam cztery, w tym Bukolikę. O innych nie chcę pisać, że słabe, bo wszystkie cztery były dobre, ale najlepsza była Bukolika, sielanka nie z tego świata, choć mogłoby się wydawać, że sielanką nie jest.
Dom z czerwonej cegły, rozpadajacy się ze starości, w domu dwie izby ogrzewane zimą kozami i dwie kobiety, matka i córka, Danusia i Basia. Jan Paweł na obrazkach i z kalendarza nad wszystkim czuwa, choć na Watykanie już inne rządy. Brak łazienki, bieżącej wody, ale w mocno zużytym pojemniku po lodach dzwoni komórka, taka zwykła, żaden smartfon. Basia, córka Danusi kilka razy podczas filmu odbiera rozmowy od tajemniczego Franka. Kim jest Franek, pyta ktoś z publiczności reżysera, już po seansie. Franek jest tajemnicą, pomostem między światem tych dwóch kobiet, a światem modelowym, w którym my żyjemy. Dla mnie Franek nie jest tajemnicą, Franek jest bratem, kuzynem, przyjacielem, prawdopodobnie jedyną osobą, z którą się Basia kontaktuje, osobą, która zaakceptowała Basię, taką jaką jest. Franek, tak jak Jan Paweł opiekuje się Basią na odległość. Karol Pałka, reżyser nie dowiedział się kim jest Franek. Basia nie chciała wyjawić tajemnicy.
Widzowie dopatrują się w filmie horroru, reżyser nazywa swój film, choć dokumentalny, baśnią. Jest dużo pytań dotyczących biedy, rozmów z duchami i dalszych losów dwóch kobiet.
Dla mnie jest wszystko zrozumiałe, od początku do końca.
Bukolika to film o mojej siostrze i mojej mamie i o ich świecie, do którego rzadko jestem zapraszana.
Znam ten świat, w nim i obok niego wyrosłam i chciałam z niego czym prędzej uciec. Może dlatego wyszłam szybko za mąż, może dlatego wyemigrowłam z Polski.
Ale cały czas wracam i wracałam do świata matki i siostry, do ich symbiozy i sielankowego życia. Ojciec trwał obok, jak ja, ale uciec nie mógł. Mama urodzona na wsi wśród kóz, psów i kotów, nauczyła nas kochać wieś, pasać krowy i kozy, palić ogniska, a z kukurydzy wyczarowywać lalki z długimi włosami. Jej siostra, rowerzystka (rower tylko prowadziła) wielbiąca proboszcza i usługująca w kościele, wieczorami opowiadała nam, tak jak Danusia (matka Basi) w filmie, o wisielcach i diabłach.
Basia i Danusia żyją w symbiozie z naturą. Nie jest to ich świadomy wybór, życie za nie wybrało. Obie są osobami sprawnymi inaczej, ale sprawnymi, sprawnymi intelektualnie i fizycznie. Reżyser nie wchodzi butami w ich życie, jest raczej czułym obserwatorem. Z daleka filmuje tańce Basi i prawie ze wstydem przygląda się czynnościom higienicznym. Zwierzęta są wszędobylskie, przede wszystkim psy, które mącą spokój oglądania filmu. Wręcz przeszkadzają. Zapach, ja go czuję. Pamiętam zapach obory, chlewu, zapach niemytych ciał i brudnych izb. Pamiętam zapach siana, mleka, dymu z komina, chrustu, śniegu i kwitnącego rzepaku. Ktoś z publiczności powiedział, że Danusia (matka) jest osoba silniejszą i władczą, a Basia nie zawsze zgadza się z matką. Basia nie ma wyboru, a lepszej matki niż Danusia nigdzie by nie znalazła. To jest film o wielkiej miłości.
Filmowi towarzyszy wspaniała muzyka, zwłaszcza na początku i końcu filmu.

Bukolikę otwiera i zamyka melancholijny utwór ukraińskiej grupy DakhaBrakha, w którym wybijają się słowa: “Wszyscy są dla ciebie, wszystko specjalnie dla ciebie” (https://www.filmweb.pl/reviews/recenzja-filmu-Bukolika-24001)

Moja siostra Marylka ma podobną dwudziestoletnią starą komórkę, posklejaną taśmą, innej nie umialaby obsłużyć. Trzyma ją, jak Basia, w dość zużytym pudełku po lodach. Gdy rozmawia ze mną, tak jak Basia po dwóch, trzech zdaniach kończy rozmowę. Marylka ma świnkę morską, która bardzo śmierdzi, a Marylka ją tuli, jak Danusia koźlątko.
Sielanka? Nie zawsze.

Kino Bundesplatz już od kilku lat udziela miejsca i gościny festiwalowi filmPOLSKA. Tytuły filmów są codziennie zmieniane ręcznie. Wspaniały widok w czasach sztucznej ineligencji i komputerowego sterowania.

foto Ela Kargol

Poziomki

Rekapitulacja

Ela Kargol sfotografowała poziomki. Zrobiło to na Czytelnikach takie wrażenie, że postanowiłam “pójść za ciosem”.


Tam, gdzie rosną poziomki, Ingmar Bergman, 1957

Profesor Isak Borg udaje się do Lundu, by wziąć udział w obchodach własnego jubileuszu naukowego. Mężczyzna rozmyśla o swoim życiu.

Myśl powędrowała ku Scenariuszom Bergmana. Książka otworzyła się sama na fragmencie z Tam, gdzie rosną poziomki

ISAK: Stara poziomkowa polana...
[...] Chyba wtedy [...] usłyszałem dźwięk fortepianu. Zdziwiony odwróciłem głowę i spojrzałem na stojący na wzgórzu dom. Uległ on osobliwej przemianie. Fasada, przed chwilą martwa i ślepa, ożyła nagle, a słońce odbijało się w otwartych oknach. Białe firanki powiewały na ciepłym letnim wietrze. Barwne zasłony zwisały do połowy. Z komina wydobywał się dym. Stary letniskowy dom wrzał życiem. Wyraźnie słyszałem dźwięk fortepianu (było to chyba coś z Waldteufla, ale nie mogę przysiąc), przez okna natomiast dochodziły ludzkie głosy, śmiech, odgłos kroków, krzyki dzieci, skrzypienie pompy. Gdzieś na piętrze próbował ktoś śpiewać. Głos miał silny, w typie włoskiego tenora. Nikogo jednak nie było widać. Ta rzeczywista scena trwała jakiś czas – jak zjawa, która lada chwila może się rozwiać i przepaść w ciszy. I wtedy ją ujrzałem. Kiedy odwróciłem głowę, by wzrokiem objąć cały ten osobliwie odmieniony dom, zobaczyłem ją, jak klęczy w jasnożółtej sukience i zrywa poziomki... [Miejsce] wydało mi się znacznie mniejsze i nie zrobiło na mnie spodziewanego wrażenia. Jak przed laty rosło tu mnóstwo poziomek. Usiadłem pod starą, samotną jabłonią i począłem zbierać poziomki, jagoda po jagodzie. Czułem,
jak ogarnia mnie dziwne wzruszenie, jak poddaję się znużeniu i melancholii...

Fragment powieści Julity Bielak i Katarzyny Krenz, Księżyc myśliwych, 2015; cytat ze scenariuszy Bergmana za: . Bergman, Tam, gdzie rosną poziomki, tłum. K. Młynarz, [w:] tenże, Scenariusze, Warszawa 1987

Z brzytwą na poziomki, Klan

Piosenkę przypomniał Tibor Jagielski. Napisał:

a pamietasz klan “z brzytwą na poziomki”? niezły hit był, na “manhattanie” (w szczecinie, na czarno) kupowało się wtedy najnowsze przeboje krajowe i zagraniczne (plastikowe kartki – z reguły dwa utwory), a adapter miałem, to były czasy!

Z brzytwą na poziomki wybiegał co rano
Oczy miał błyszczące i włosy rozwiane
Biegł biegł w zielony las z brzytwą
Jak można poziomki ścinać wiosną brzytwą
Deptać małe kwiatki ważki straszyć szpilką
Biec biec w zielony las z brzytwą

My zielone fauny na fujarkach grajmy
My zielone fauny niszczyć mu nie dajmy
Obrońmy poziomki pachnące soczyste
Obrońmy poziomki zabierzmy mu brzytwę
Z brzytwą na poziomki na oślep przez łąkę
Biegł biegł zdyszany na oślep co tchu biegł biegł
W zielony las z brzytwą

My zielone fauny na fujarkach grajmy
My zielone fauny niszczyć mu nie dajmy
Obrońmy poziomki pachnące soczyste
Obrońmy poziomki zabierzmy mu brzytwę
Słodkim aromatem poziomki pachniały
Las go zaczarował że zrobił się mały

Biegł biegł wśród wysokich traw i zniknął
Gdzie on teraz błądzi mniejszy od poziomki
Wyśmieją go mrówki ważki i stokrotki
Pewnie poszedł tam wstąpił sam donikąd
My zielone fauny na fujarkach grajmy
My zielone fauny niszczyć mu nie dajmy
Obrońmy poziomki pachnące soczyste
Obrońmy poziomki zabierzmy mu brzytwę

Tekst: Marek Skolarski

Zawsze jeszcze pozostaje pytanie – truskawki, czy poziomki. W paru sytuacjach artyści twierdzą, że wiedzą. Ale czy na pewno? Poza tym jeszcze się do naszej wiedzy o tym, co wiemy, wtrącają tłumacze, a tłumaczenie z różnych języków słów poziomka i truskawka, jest, hmmm, no, mało wiarygodne:


Wg artystów i tłumaczy wszystkie te ilustracje przedstawiają truskawki, ale przecież oczywiste jest, że są to poziomki.

9-Euro Ticket

Ela Kargol

Wycieczka pierwsza, wymuszona przez prace na odcinku kolejowym Frankurt nad Odrą – Berlin.

Wracałam z Poznania. Pociąg dowiózł nas do Frankfurtu nad Odrą, dotąd sprzedała mi pani bilet w Poznaniu, a dalej „pojedzie pani sobie regionalnym“, dodała. Czyli w ramach mojej rocznej karty na komunikację miejską w Berlinie, pomyślałam. Od czerwca do sierpnia włącznie można po całych Niemczech podróżować pociągami regionalnymi i komunikacją miejską w ramach tzw 9Euro-Ticket. A kto ma bilet roczny, jak ja, kupiony za drogie pieniądze, dostanie zwrot różnicy (cena biletu miesięcznego minus 9 Euro) i to przez 3 miesiące.

https://punkt.media/pl/poradniki/niemcy/transport-i-mieszkania-d/13575-wszystko-co-musisz-wiedziec-o-9-euro-ticket-w-niemczech

https://www.bundesregierung.de/breg-de/aktuelles/faq-9-euro-ticket-2028756

No więc pojechałam do Frankfurtu, bo dalej pociąg nie jechał. Dalej to chciałam z tym biletem, który miał wszystkich zachęcić do pozostawienia w domu samochodu i do przesiadki na pociąg.

Do jazdy koleją namawiać mnie nie trzeba. Lubię pociągi, dworce, wagony, przesiadki, Wars, opóźnienia, tak, opóźnienia, wagony sypialne, kuszetki, restauracje dworcowe, których coraz mniej…

Podróż pociągiem to dla mie przygoda, często odpoczynek, dobra kawa, stukot kół po torze, krajobraz za oknem, głośny gwizd i jeszcze głośniejsze: „Proszę wsiadać!!!“ konduktora.

Podróż pociągiem to czas dla mnie, który nie stwarza mi wielu możliwości jego wykorzystania, bądź zagospodarowania.

Podróż pociągiem to czas na pewno nie stracony, wręcz odwrotnie, zyskany.

Wysiadłam w nadodrzańskim Frankfurcie i wyszłam na plac przed dworcem, a plac jakby wiedział, że przyjeżdżam z Poznania, już od dawna nazywa się Posener Hof. Nazwa wiąże się z koleją – z Koleją Marchijsko-Poznańską.

Wydawać by się mogło, że droga kolejowa z Poznania do Berlina prowadziła zawsze przez Frankfurt. Nic bardziej mylnego. Wcale nie było tak prosto dojechać z Poznania do Frankfurtu i dalej do Berlina. Jeździło się przez Szczecin, a potem przez Wrocław i dopiero gdy w 1870 roku wybudowano most na Odrze i poradzono sobie z nierównościami terenu, pociągi Kolei Marchijsko-Poznańskiej dojeżdżaly z Poznania do Frankfurtu i dalej. Stąd Posener Hof, który przyjmował podróżnych z Poznania i żegnał tych którzy w tym kierunku zmierzali.

Została nazwa, kilka budynków, aleja platanów i stara lokomotywa.


Pogoda ładna, nie muszę zaraz jechać do Berlina. Pociągów regionalnych i tak nie ma, jest komunikacja zastępcza do Fürstenwalde. Już kiedyś chciałam zobaczyć Wyspę Kozią, nawet w planie była rodzinna wycieczka. Ale chyba dobrze, że wybrałam się sama. Nazwę swoją wyspa zawdzięcza, jak łatwo można się domyśleć, kozom, które nadodrzańscy rybacy wypasali na wyspie, albo karmili je trawą z wyspy. Mostów pewnie nie było, a więc kozy pędzono na wyspę „furtem” czyli brodem.

Gdyby moja mama zobaczyła Kozią Wyspę, powiedzialaby, „widziałam ładniejsze“, a 13-letni wnuk stwierdziłby, że tu nic nie ma. Może mieliby trochę racji w swoim pojęciu ładności i potrzeb.

Na wyspie nie ma kóz, w pobliżu chyba też nie. Malownicza ulica rybaków, (Fischerstraße), dawnych właścicieli kóz też pusta. Jedynie chłopca z rybą zaklętego w kamień zobaczyłam, ale już trochę dalej (https://de.wikipedia.org/wiki/Kunst_im_%C3%B6ffentlichen_Raum_in_Frankfurt_%28Oder%29#/media/Datei:2006-05_Frankfurt_(Oder)_02.jpg).

Wyspa położona jest między odnogą Starej Odry a Odrą główną, z widokiem na drugi brzeg i drugi kraj.

Wyspę można obejść dookoła, na co się zdecydowałam, wędrując ścieżką od wschodniej strony Odry, pozdrawiając rybaków (jednak to chyba byli wędkarze) po drugiej strony rzeki, ocierając się o trzciny, wdychając zapach przekwiłych akacji i hyczki (dla niepoznaniaków – czarnego bzu), oganiając się od puchu kwitnących topól i muszek, i próbując zgadywać, jakie to zioło, przystając, wąchając. Rozpoznałam miętę, podagrycznik pospolity, o którym dosłownie kilka dni temu opowiadała mi sąsiadka, koniczynę, krwawnik, podbiał, babkę lancetowatą. Resztę przeoczyłam, nie znam, nie pamiętam. Hyczka kwitnie na całej wyspie. Pamiętam, jako dziecko zbierałam kwiaty czarnego bzu u cioci w Sośnicy. Najwięcej ich było na starym niemieckim cmentarzu. Po hyczce zakwitała lipa, też niemieckocmentarna. Koszykami przynosiliśmy do stodoły. Wujek rozkładał kwiecie w odpowiedni sposób do suszenia. Pod koniec lata braliśmy wszystkie wysuszone zioła do miasta. O syropie z czarnego bzu i nalewce dowiedziałam się dużo pózniej.


Wyspowa ścieżka prowadzi przez obszar w dużej mierze zachowany jeszcze w pierwotnym stanie, obszar często zalewany wiosną i jesienią, z nierównym brzegiem, poprzecinanym cyplami, wbijającymi się w rzekę. Ścieżka w pewnym momencie dochodzi do ukształtowanej już ręką architekta promenady i otwartego w roku 2003 tzw. Ogrodu Europejskiego. Ogród opowiada o rzece, o jej źródle, biegu, życiu, pracy… Aranżacja ogrodu nie w każdym miejscu mnie przekonywała. Ze ścieżką wśród sitowia nie może się równać. Plac zabaw bardzo ciekawy, prawie pusty. Obok duży plac z dmuchaną zjeżdżalnią dla dzieci, wata cukrowa, piwo i jakieś kiełbaski, a do tego z głośników Cała naprzód Heleny Fischer (Volle Kraft voraus). Gdy opuszczałam wyspę, zeszłam jeszcze raz do ścieżki, tej dzikiej, wśród trzcin i sitowia. Zaczęła kukać kukułka. Za mąż już nie wyjdę, skorzystałam więc z tej drugiej wróżby, wróżącej długie życie, bo kukułka nie przestawała kukać.

Do dworca wracałam częściowo szlakiem Heinricha Kleista. Doszłam do byłej szkoły garnizonowej, gdzie mieści się Muzeum Kleista. W ogrodzie znajduje się kopia krzyża nagrobnego przyrodniej siostry Kleista, Ulriki (1774 –1849), oryginał płyty nagrobnej Christiana Ernsta Martiniego (1762 –1833), nauczyciela domowego Kleista, kopia płyty nagrobnej Heinricha von Kleista z Berlina. Oryginał z 1862 roku stał do 1936 roku w miejscu jego samobójczej śmierci i pochówku nad jeziorem Kleiner Wannsee, w Berlinie. Z okazji Igrzysk Olimpijskich w 1936 roku nacjonaliści próbowali podpisać się pod twórczością Kleista, usunęli nagrobek, a wersy żydowskiego poety Maxa Ringa (Żył, śpiewał i cierpiał / W ponurych, trudnych czasach, / Szukał tu śmierci / I znalazł nieśmiertelność) zastąpili cytatem z samego Kleista, Teraz, o nieśmiertelności, jesteś cała moja.


Po gruntownej renowacji jesienią 2011 roku na nagrobku (tym przy Wannsee) napis jest po obu stronach. Na froncie ponownie umieszczono cytat Maxa Ringa, na tylnej stronie kamienia widać stary napis, a do nazwiska poety dodano nazwisko Henriette Vogel, współtowarzyszki Heinricha w śmierci z wyboru.

Wróćmy jeszcze do Frankfurtu. Domy Heinricha Kleista i jego narzeczonej Wihelminy nie przetrwały bombardowań drugiej wojny światowej. Przy Forstsrasse 1 do dzisiaj stoi odrestaurowany dom historyka Carla Renatusa Hausena, na którego wykłady uczęszczał młody Kleist. O byłym cmentarzu przykościelnym w parku przy kościele św. Gertrudy przypominają dwa zachowane do dziś pomniki nagrobne. Pomnik nagrobny profesora uniwersytetu Joachima Georga Darjesa (1714 -1791) i jego żony Marty Friderici Reichardt jest dziełem słynnego berlińskiego rzeźbiarza Johanna Gottfrieda Schadowa. Melchior Kambly jest autorem pomnika upamiętniającego Ewalda Christiana von Kleista (1715 –1759), stryjecznego dziadka Heinricha, który zginąl w bitwie pod Kunnersdorfem (dzisiejsze Kunowice). Sto lat po śmierci Heinricha Kleista Gottlieb Elster upamiętnił dramaturga rzeźbą, przedstawiającą siedzącego na cokole młodzieńca, który w lewej ręce trzyma lirę. Jego prawa ręka spoczywa na cokole, a wzrok skierowany jest w dal. Na froncie cokołu znajduje się napis Dem Andenken Heinrichs von Kleist (Pamięci Heinricha von Kleista), a nad nim okrągły medalion z wizerunkiem głowy poety. Na bokach pomnika znajdują się płaskorzeźby przedstawiające sceny z dramtów Kleista. Do parku Kleista nie dotarłam, choć to również były cmentarz, na którym pochowana została przyrodnia siostra Heinricha, Ulrike von Kleist. Jej nagrobek zaginął, a uproszczona wersja nagrobnego krzyża, o czym już wspominałam, znajduje się przed muzeum.

Plany budowy kolei między Frankfurtem a Berlinem powstawały dopiero 20 lat po śmierci Kleista. Od roku 1842 zaczęły jeździć pociągi do Berlina. Jeszcze później wybudowano most na Odrze i połączono oba miasta targowe, nadodrzański Frankfurt i Poznań koleją żelazną.

W trakcie budowy linii kolejowej Poznań – Frankfurt konieczna była przebudowa i rozbudowa stacji kolejowej. Linia z Poznania otrzymała własną część stacji, na wschód od głównego budynku dworca.

Szkoda, że w ramach 9Euro-Ticket nie można ze sobą zabrać roweru. Ale może i dobrze. Prawdopodobnie pociągi pękałyby w szwach od ilości przewożonych jednośladów.

Sam 9Euro-Ticket napełni pociągi podróżnymi ciekawymi świata.

Taka była wycieczka pierwsza. Dalsze na pewno nastąpią.

Poziomki i cmentarze

Ela Kargol

Rok temu nie było nas na urodzinach Wiktorii Korb, ale chyba nie miała nas wtedy jeszcze jak ugościć. Poziomki dopiero się zadomowiały, a kamieniarz wykuł dopiero co litery i słowa. Błyszczą obsypane złotem, pod datami, imieniem i nazwiskiem jest jeszcze jedno bardzo ważne złote słowo: PISARKA
To wtedy powstała ta chyba nigdzie nie zmieszczona notatka.


U Viki w ogrodzie rośnie coraz więcej poziomek. Pchają się wszędzie. Ciekawe, czy wiosną będą znowu dojrzewać. Jest zielono, ale mało kwieciście.
Z Viki tak naprawdę zaprzyjaźniłam się po jej śmierci. Znałyśmy się wcześniej, ale dopiero teraz często ją odwiedzam. Ten nowy adres, ten na wieczność, jest dość blisko mojego miejsca zamieszkania.
Lubię ten cmentarz. Przejrzysty, z katakumbami. Mówią o nim cmentarz artystów. Jeżeli Joseph Beuys miał rację, to leżą tu sami artyści, bo artystą jest przecież każdy.
To taka przyjaźń w jedną stronę. Nie byłoby śmierci, nie byłoby przyjaźni. Pewnie, że jestem w lepszej sytuacji. Wybieram kwiaty, które lubię, odwiedzam, kiedy chcę, odchodzę, kiedy chcę. Dopiero niedawno skończyłam czytać twoją pierwszą książkę.
Lubię tu przychodzić. Gdy dowiedziałam się o tym, że mam raka, też tu przyszłam, z córkami, wnukami. Wypiliśmy kawę, zjedliśmy ciastko. Z wnukami gonilismy wiewiórki. Wiktorii Korb tu jeszcze nie było. Była już Marlena Dietrich, Helmut Newton, Yaneck, Ferruccio Busoni, Michael
Schoenholtz, Ulrich Gressieker… byli inni. Teraz jest tu Viki, pisarka.

Wiktoria Korb skończyła 11 czerwca 2022 roku 77 lat, albo skończyłaby, jeżeli w niebie liczymy lata od początku.
Fejsbuk przypomniał o urodzinach Viki, bo fejsbuk, od kiedy się pojawił, stał się nieśmiertelny.
Wprosiłyśmy się trochę na twoje urodziny. No bo jak byś miała nas zaprosić? Ale znaki dawałaś. Przypuszczałyśmy, że nas nie ugościsz, kawę i ciacho wzięłyśmy ze sobą. A tu takie miłe zaskoczenie. „Stół“ zastawiony, aż się uginał.


Najpierw uczta dla oczu, a potem modły dziękczynne do stwórcy, za to, że oprócz wielu rzeczy, które stworzył, jedne z najpiękniejszych są poziomki.

Chmiel na bezsenność
rezeda na nerwy
tymianek na nieśmiałość
chrzan co leczy chore korzonki
to wszystko tak dużo że mało
gdybyś nie stworzył poziomki,
pisał Jan Twardowski.

A więc najpierw uczta dla oczu, potem dla ciała.
Lepszego terminu na urodziny, nie mogłaś sobie wybrać, zresztą nie ty wybierałaś. Wszystko kwitnie, dojrzewa. Właściwie już lato, choć to późna wiosna. Już rok temu zauważyłam, że obok miejsca, które wybrałaś sobie na wieczność, albo wybrano je tobie, zakwitają poziomki. Jedną ci wtedy podarowałam, po prostu przesunęłam ją bardziej w twoim kierunku.