W „Katoliku“

Zbigniew Milewicz

Sięganie pamięcią do wydarzeń, które miały miejsce ponad 30 lat temu, przypomina trochę wywoływanie duchów, kościół katolicki gani te praktyki, ale jak nie wywołam, to nie wyjaśnię, jak się w tym czasopiśmie znalazłem. Po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce skreślono mnie z listy pracowników katowickiego „Wieczoru“, w którym miałem etat publicysty, ponieważ psułem generalnie poprawną polityczną statystykę w popołudniówce. Może gdybym posłuchał kierownictwa redakcji, włos nie spadłby mi z głowy, a tak, dzisiaj jestem łysy. Mówili mi: poza redaktor Jarochowską tylko wy należycie do Solidarności, ale Marysia jest już na emeryturze. Co wam szkodzi się wypisać, chyba chcecie dalej u nas pracować? Oczywiście, że chciałem, ale nie za wszelką cenę.

Mojego przyjaciela, Bogdana Szewczenkę, usunięto wtedy z katowickiego ośrodka TV i, żeby zarobić na życie, nocami produkowaliśmy w jego piwnicy huśtawki dla dzieci, które rano zanosiliśmy na targowisko w starych Tychach, ale udało się nam sprzedać tylko jedną sztukę. Żeby nie nazywało się, że utrzymują nas żony, zmieniliśmy towar na ciuchy. Wyciągało się z szafy to, w czym człowiek już nie chodził, albo rzadko zakładał i konfekcja miała większe wzięcie, ale rodziny trudno było z tego wyżywić. Moja żona Mira pracowała wtedy w sekretariacie „Unitry“ w Katowicach, przedsiębiorstwa zajmującego się dystrybucją sprzętu elektrotechnicznego, a Teresa, połowica Bogdana, pisała w tyskim „Echu“. Bez finansowej pomocy moich teściów z Modrzejowa, bez obiadów na Dębowej, u mamy Niny, trudno byłoby nam z Mirą wyżyć. Mira spodziewała się narodzin naszego pierwszego syna, więc dobrze się stało, że krótko po jego przyjściu na świat, udało mi się wrócić do zawodu. W czerwcu 1982 roku ruszyło w Katowicach pismo „Katolik“, w którym i dla mnie znalazło się miejsce.

351px-Katolik_nr_1_1868Numer “Katolika” z 9 lipca 1868 roku

Tytuł nawiązywał do historycznego periodyku, znanego z walki z germanizacją Górnego Śląska. Pismo to wychodziło w latach 1868-1931, a jego najbardziej znanym naczelnym był, pochodzący ze Śląska Cieszyńskiego, Karol Miarka, społeczny działacz, nauczyciel, pisarz, publicysta i drukarz. Pierwszy numer pod jego redakcją ukazał się 1 kwietnia 1869 r. w Królewskiej Hucie, dzisiejszym Chorzowie.

katolikpaxNowy „Katolik“ należał do Stowarzyszenia PAX, o którym Katolicka Agencja Informacyjna pisze, co następuje:

Organizacja katolików świeckich kolaborująca z komunistycznymi władzami Polski Ludowej.

Stowarzyszenie powołane zostało przez Bolesława Piaseckiego i grupę osób związanych z dawnym Obozem Narodowo-Radykalnym Falanga, wydającą od 1945 pismo “Dziś i Jutro”. Stowarzyszenie uzyskało formalny status w 1947 r. “PAX” miał być jedyną, monopolistyczną organizacją katolicką, a zarazem instrumentem służącym rozbiciu Kościoła od wewnątrz.

PAX współpracował z ruchem księży patriotów, krytykował Episkopat Polski, popierał proces bp. Czesława Kaczmarka i uwięzienie Prymasa Wyszyńskiego.

To PAX-owi władze powierzyły w zarząd majątek Caritas i w latach 1953- 56 “Tygodnik Powszechny”, po tym jak redakcja odmówiła wydrukowania nekrologu Stalina.

PAX prowadził działalność społeczną i polityczną. Miał swoje koło poselskie w Sejmie PRL. Od 1947 do 1993 r. wydawał dziennik “Słowo Powszechne”. Posiadał też własny Instytut Wydawniczy.

Mimo daleko posuniętych ustępstw na rzecz władzy, stowarzyszenie, zwłaszcza po 1956 r. usiłowało jednak promować elementy nauczania katolickiego, zwłaszcza w odniesieniu do katolickiej nauki społecznej czy kwestii przerywania ciąży. Wydawało również książki, które gdzie indziej nie mogłyby legalnie się ukazać.

W wyniku przemian demokratycznych w Polsce Stowarzyszenie PAX zawiesiło działalność polityczną. Jego kontynuacją jest od 1993 r. Stowarzyszenie “Civitas Christiana” uznane oficjalnie w 1997 r. dekretem Prymasa Polski kard. Józefa Glempa za organizację katolicką.

© 2005-2007 Katolicka Agencja Informacyjna. Wszelkie prawa zastrzeżone.

PAX miał opinię mocno kontrowersyjną, stało za nim także wielu ludzi, którzy nie zgadzali się z jego negatywnymi ocenami i czego by o stowarzyszeniu nie sądzić, dzięki niemu z PRL-owskiej banicji wróciła do zawodu spora gromada nieprawomyślnych, śląskich dziennikarzy – i za to mu chwała.

RedakcjaRedakcja niemal w komplecie

Interes ubiły obydwie strony, do „Katolika“ przyszli bowiem pracować ludzie z wieloletnim stażem zawodowym, dobrzy rzemieślnicy, m.in. redaktorzy Leopold Kurek, Andrzej Babuchowski i Eugeniusz Łabus z Polskiego Radia, Michał Smolorz z telewizji, Włodek Paźniewski, z którym razem pracowaliśmy dawniej w „Dzienniku Zachodnim”, Edek Szopa, Czesław Ryszka, Janek Lewandowski, Magda Polakowska, niedościgniony fotoreporter, Bogdan Kułakowski, grafik Jurek Miciak… Naczelnym redaktorem początkowo dwutygodnika, a później tygodnika został poseł Jan Waleczek, a faktycznie tytułem kierowali Marian Filipek, Jan Jaśniak i Tadeusz Kurlus.

Zeitungsartikel _Seite_1Nie sprawdziły się czarnowidzkie gderania niektórych kolegów, że będziemy wszyscy za księżmi w procesji dzwonkami potrząsać, albo podlizywać się komunie. Nikt nikomu nie narzucał tematów, choć oczywiście kierownictwo redakcji miało swoje wytyczne i program, ale można się było wymigać od tego, co niewygodne. Krytyki władzy i pochwały opozycji w piśmie nie było. Mogliśmy za to delektować się tematyką kulturalną, wyżywać w społecznej, wydobywać z cienia różne kontrowersyjne fakty z najnowszej historii Polski, pokazywać ludzką krzywdę i interweniować w obronie ofiar. Oczywiście, często mówiło się w redakcji, że „Katolik“ uprawia tzw. zastępcze tematy, ale lepsze to było jednak od sprzedawania pietruszki czy huśtawek na bazarze. Sporo miejsca pismo poświęcało społecznej nauce kościoła, filozofii chrześcijańskiej i – rzecz jasna – pontyfikatowi oraz myśli Jana Pawła II.

Mnie po staremu interesował margines społeczny i tematyka obyczajowa, jeździłem do ludzi, którym działa się krzywda, a kiedy zjawił się w Polsce uzdrawiacz Harris, a po nim tyszanin Nardelli pokazał, co potrafi, zająłem się naturalnymi metodami leczenia chorób. Zrealizowałem także marzenie życia i popłynąłem w prawdziwy, dalekomorski rejs statkiem handlowym, który później opisałem i obfotografowałem radzieckim aparatem marki Zenit, co „Katolik” opublikował. Ten reportaż chciałbym też tutaj przypomnieć w następnych pięciu odcinkach.

Reblog: Ciocia Marysia

Tak to tygodnie spędzone z Karusią zaprowadziły nas siłą rzeczy do jej koleżanki z harcerstwa, a mojej kolejnej ciotecznej babki (miałam ich pewną ilość), Marii Krynickiej. Wszyscy nazywaliśmy ją Ciocią Marysią, choć była oczywiście o pokolenie starsza. Maria z domu Mudryk była żoną Jana, brata mojej babci – Marii „Mity” Boguckiej, mamy mojego Ojca. Stryj Jan był dyrektorem kolei na okręg północny. Cała rodzina Krynickich mieszkała w pięknej starej willi (poniemieckiej) na ulicy Batorego we Wrzeszczu, zawsze i przez wszystkich nazywanej Batorówką. To tam mieszkał Ojciec po wojnie, podczas nauki w technikum i studiów na politechnice, to tam się poznali Mama i Ojciec, to tam chodziliśmy co niedzielę z wizytą, odwiedzać prababcię Jadwigę, mamę wuja Jana i babci Mity. Były tam też dorosłe dzieci Stryjostwa, Dusiek, Maciek i Teresa, ale chyba już ich wszystkich na stałe w domu nie było. Podczas tych wizyt pewnie się coś małego zjadało lub wypijało, ale nic nie pamiętam, oprócz wiszącego na ścianie w kuchni młynka do mielenia kawy, którym ktoś zaraz po naszym przyjściu kręcił, czyli przygotowywano kawę.

Kiedyś przez miesiąc chyba mieszkałam na Batorówce, bo w domu był remont. Pamiętam pokój z podwójnymi, ciężkimi drzwiami, ciemnymi i błyszczącymi, i trzy równie ciemne i błyszczące stoliki podręczne, wsuwane jeden pod drugi. Były chyba jakieś szafy, stoły czy łóżko, ale nic nie pamiętam. Atmosfera była mniej więcej taka, jak w pierwszych rozdziałach Tajemniczego ogrodu. Nocami nasłuchiwałam, czy nie usłyszę płaczu Colina, ale nikt nie krzyczał.

Tekst o Cioci Marysi znalazłam w sieci, ale niestety nie udało mi się odkryć, kim jest jego autor. Nekrologi umieszczone w tym wpisie znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie, gdy skanowałam teksty Karusi.

Darek Szczecina (Darek ze Szczecina?)

Jako Naczelniczka Harcerek w 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek, które podjęło opiekuńcze i samarytańskie prace na Zaolziu, a we wrześniu 1939 roku podjęło służbę na terenie całego kraju.

***
Maria Mudryk urodziła się w 1896 roku w Przemyślu w patriotycznej rodzinie pracownika kolei. Rodzeństwo Marii od młodości działało w harcerstwie. Jej brat Franciszek był instruktorem skautowym, uczestnikiem wojny polsko-sowieckiej 1920 roku, został zamordowany przez hitlerowców. Młodsza siostra działała w harcerskiej konspiracji.

Sama Maria podczas nauki w seminarium nauczycielskim w Przemyślu działała w organizacjach patriotycznych Pet i Eleusis. W maju 1911 roku zorganizowała pierwszy w mieście zastęp skautek, który wkrótce rozrósł się do drużyny. Przyrzeczenie skautowe złożyła w tymże roku na ręce samej Olgi Drahonowskiej. Wybuch wojny światowej nie zniechęcił harcerek do działania, wręcz przeciwnie, ich działalność zyskała na popularności. Maria zorganizowała w Przemyślu pomoc dla uciekinierów ze wschodniej Galicji, harcerki opiekowały się także rannymi żołnierzami, pracowały w szpitalu Czerwonego Krzyża. Od 1915 roku Maria kontynuowała naukę jednocześnie prowadząc I Drużynę Skautek im. T. Kościuszki w Przemyślu, organizowała szkolenia. Jej aktywność była szybko zauważona i doceniona, wybrano ją przewodniczącą Rady Drużynowych Harcerek a następnie komendantką. Została delegatką na zjazd zjednoczeniowy organizacji harcerskich i skautowych zwołany do Lublina w dniach 1-2 listopada 1918 roku. Po powrocie do zagrożonego przez ukraińskich nacjonalistów Przemyśla włączyła się czynnie do prac dla wojska broniącego miasta, zorganizowała szwalnię i pocztę harcerską, dołączyła do ekipy Czerwonego Krzyża dojeżdżającej na front po rannych i chorych żołnierzy. Po ustaniu walk jej drużyna zorganizowała pięć ochronek dla dzieci pozostających w mieście bez opieki. Po zdaniu matury Maria rozpoczęła studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Jednocześnie nadal czynnie odpowiadała na harcerskie wezwania, m.in. zorganizowała grupę harcerzy wysłanych na akcję plebiscytową na Spisz i Orawę. Latem 1920 roku będąc w składzie Obywatelskiego Komitetu Obrony Państwa organizowała pracę harcerek i harcerzy w ramach Ochotniczej Legii Obywatelskiej oraz Ochotniczej Legii Kobiet. Brała także udział w służbie w pociągach sanitarnych wiozących rannych żołnierzy z frontu. Po ustabilizowaniu się sytuacji Maria Mudryk przeniosła się do Lwowa. Tu kontynuowała studia, jednocześnie została asystentką na Wydziale Rolniczo-Leśnym Politechniki Lwowskiej. Dodatkowo uczyła biologii i chemii w seminarium i liceum, oraz w Żeńskiej Szkole Gospodarczej. Uzyskała tytuł magistra biologii, zdała egzamin nauczycielski z biologii i chemii oraz zdobyła tytuł inżyniera na Politechnice Lwowskiej. W 1926 roku poślubiła Jana Krynickiego, inżyniera kolejnictwa – późniejszego oficera Armii Krajowej. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci, córki Teresy i dwóch synów, Maćka i Andrzeja (Duśka). W przyszłości, głównie z powodu profesji głowy rodziny, Kryniccy kilkakrotnie musieli zmieniać miejsce zamieszkania. Okres lwowski dla Marii to nie tylko studia i praca nauczycielki, to również intensywna działalność harcerska. Już od 1920 roku kierowała Działem Kursów Lwowskiej Chorągwi Harcerek. Zorganizowała szereg kursów instruktorskich. Dwukrotnie została wybrana komendantką tejże chorągwi (w latach 1921-1923 oraz 1925-1928), która obejmowała swoim zasięgiem województwa lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie. Weszła w skład Naczelnej Rady Harcerskiej, otrzymała stopień harcmistrzyni. W latach trzydziestych XX wieku rodzina Krynickich przenosiła się kolejno do Tarnowskich Gór, Strzelc Opolskich, Bydgoszczy i Torunia. Wszędzie w różny sposób Maria wspomagała w działalności miejscowe harcerki. Nie zaprzestała działalności na rzecz harcerstwa w Polsce, była we władzach naczelnych, kierowała kursami instruktorskimi – głównie dla nauczycieli. W 1937 roku została wybrana Naczelniczką Harcerek. Stojąc na czele Organizacji Harcerek, hm. Maria Krynicka we wrześniu 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek. W ramach pogotowia kilkaset harcerek wzięło udział w pracach opiekuńczych i samarytańskich na Zaolziu. To był wielki sprawdzian dla młodych dziewcząt z gotowości służenia ojczyźnie. Po raz drugi gotowością harcerski wykazały się we wrześniu 1939 roku. Maria Krynicka z Główna Kwaterą harcerek postanowiła o kontynuacji harcerskiej służby w podziemiu. W Warszawie we władzach konspiracyjnego ZHP Krynicką reprezentowała kolejno hm. Maria Wocalewska i hm. Zofia Florczak. Maria z rodziną wojnę spędziła w Łososinie Górnej i Krakowie współpracując z ZWZ-AK. Prowadziła tajne nauczanie i zajmowała się przekazywaniem konspiracyjnych informacji.

Pod koniec wojny, 25 marca 1945 roku rozwiązała dotychczasową Organizację Harcerek i złożyła rezygnację z pełnienia funkcji Naczelniczki Harcerek. Po wojnie Kryniccy przeprowadzili się do Bydgoszczy a następnie do Gdańska. Pracowała w Wyższej Szkole Pedagogicznej jako dziekan Wydziału Biologii i Geografii. Na emeryturę przeszła w 1966 roku. Do służby harcerskiej powróciła w grudniu 1956 roku, gdy odrodziło się harcerstwo. Została doradcą Naczelnej Rady Harcerskiej, zaś w komendzie Gdańskiej Chorągwi Harcerstwa kierowała Wydziałem Kształcenia Starszyzny. Wiek i zdrowie nie pozwoliły na długotrwałą działalność. Zmarła w 1978 roku. Została pochowana w harcerskiej asyście na gdańskim cmentarzu Srebrzysko.

nekrologHarcerek

nekrologiCiociMarysi

Łuna zajmuje pół nieba…

Andrzej Rejman

Napisane w Wielki Piątek 2015

Sięgam do archiwów rodzinnych… tak będzie z pewnością łatwiej coś napisać…

Przeglądam zapiski i zdjęcia sprzed lat.

Kresy. Warszawa. Polska międzywojenna, potem wojenna.

Szukam czegoś o świętach Wielkanocnych. Znajduję święta w cieniu Zagłady.

Moja babcia, Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, pisała w każdej wolnej chwili.

Były to dzienniki lektur, krótkie zapiski w kalendarzu – co działo się, kto był z wizytą, czyje obchodzono imieniny, jakie rocznice, no i święta. Pisała regularnie, dokładnie, co grają w kinach, do jakich lekarzy chodzili po poradę, co działo się w mieście.

letni_wypoczynek_u_dziadunia_Hrebnickiego_ok_1930_fot_StZ zapisków w latach 1922-1939 dowiadujemy się wiele o minionej Warszawie, letnich wakacjach na Kresach (w opisywanym już poprzednio “Raju”, Dziadunia Hrebnickiego). Potem znowu nadchodzi wojna (która to z kolei?) – którą tym razem Hrebniccy (poza krótkim okresem pierwszych tygodni działań wojennych, gdy wychodzą całą rodziną z Warszawy) spędzają aż do połowy sierpnia 1944 w mieście, w mieszkaniu Instytutu Geologicznego przy ulicy Rakowieckiej 4.

jezioro_Berzenickie_wakacje_ok_1930_fot_St._Hrebnicki***
W roku 1943 babcia pisze:

Malgorzata_Hrebnicka_dziennik_czasu_wojny_1943_Wielkanoc“23 kwietnia

Znowu biorę zupy ze stołówki RGO. (Rada Główna Opiekuńcza przyp. mój). Są lepsze niż dawniej. Ograniczenie gazu doprowadza mnie do rozpaczy. Można spalić tylko 30 m., a w zeszłym miesiącu spaliliśmy 72! Już nie grzejemy wody na naczynia, nie prasujemy, nie gotujemy bielizny, z rana nie pijemy herbaty. Przyszła paczka z Raju (już znowu nie ma granicy… to już po 1941 r., znów we władaniu Niemców, paczki mogą swobodnie przychodzić do Generalnej Gubernii, przyp. mój): kiełbaska, torcik, cukier, pierniczki, mąka.

24 kwietnia

Upiekłam dwa placki i tort biszkoptowy… Zaraz po obiedzie poleciałam po drożdże i do 5-ej godz. ciasto zdążyło podnieść się. Więc będziemy nawet mieli na Święta ciasto! Myślałam, że będzie sam chleb. Kwitną już wiśnie i tulipany. Ładnie się robi na świecie, a tym razem nad ghett’em unoszą się kłęby dymu. Makabra! Jak delikatnie pachną rozwijające się listki, powietrze łagodne i orzeźwiające.

25 kwietnia

Wielkanoc! Zasiedliśmy do uroczystego śniadania – jajka farbowane na czerwono, czerwone i białe tulipany w zielonym wazoniku, tradycyjny baranek z czerwoną chorągiewką (kupiony 20 lat temu w Wołominie). Kiełbaska rajska (z “Raju” od Dziadunia Hrebnickiego, przyp. mój) placek. Po najedzeniu się pojechaliśmy do Anina. Był bardzo chłodny wiatr. Zawieźliśmy Marysi (Maria Chodorek z domu Tyszkiewicz, kuzynka, do dziś mieszka w Aninie, absolwentka SGGW, nauczycielka, wciąż bardzo czynna społecznie i zaangażowana na rzecz Warszawy i Anina, przyp. mój) niebieską bransoletkę szklaną, Jankowi (Jan Tyszkiewicz, kuzyn, brat wspomnianej Marysi, znany i ceniony historyk, profesor UW, mieszka z rodziną w Warszawie, wtedy miał niecałe 4 lata! przyp. mój) zielone drewniane jajeczko i jeszcze kółeczka do serwetek szklane. Jedliśmy szynkę konserwowaną jeszcze przedwojenną! Barszcz na mięsie, króliki i rozmaite ciasta. W domu jak zwykle na kolację spożyliśmy kartofle ze skwarkami, chleb i torcik, do chleba mieliśmy wędzonkę rajską. Było ciepło, zacisznie i przytulnie, błogi spokój, a tymczasem od strony ghett’a wciąż wali dym i łuna zajmuje pół nieba. A przecież Żydzi są też ludźmi… W Aninie urodziły się dwie prześliczne kózki, wesołe, skaczące i merdające krótkimi ogonkami…”

autorka_dziennika_Malgorzata_Hrebnicka_z_dziecmi_ok_1928 -1940(Małgorzata Hrebnicka, Dziennik Czasu Wojny 1939-1944, fragmenty – ze zbiorów A.R. Na lewej fotografii Autorka z dziećmi w roku 1928, na prawej w roku 1940.)

Jak się poznali Mama i Tata

Napisałam publikując pierwszy tekst Karusi, że to jej harcerskie powiązania sprawiły, że Mama poznała się z Tatą. Karusia i Mama pojechały bowiem na wakacje do Gdańska, gdzie Karusia chciała się spotkać ze swoją przyjaciółką z harcerstwa, Marią Krynicką. Maria Krynicka (z domu Mudryk) była przed wojną naczelniczką harcerek RP, a prywatnie była Ciocią Taty. Tata tam mieszkał, bo (za namową Cioci) studiował w Gdańsku budowę okrętów. No i tak się poznali.

Tata pięknie to opisał w swojej autobiografii Śladami życia.

Dariusz Bogucki

Lato 1947 roku było piękne i gorące, a dla mnie, po pierwszym roku studiów, również bardzo pracowite. Prędko skończyła się wakacyjna laba, wypełniona żeglowaniem. Przyszedł czas na letnią praktykę studencką, na którą przydzielono mnie do Gdyńskiej Stoczni Remontowej. Warunki były tam, ogólnie mówiąc, polowe. Królowała prowizorka i radosna improwizacja, do tego brakowało narzędzi i wyposażenia. Robiłem wprawdzie, co mi kazano, bo mimo wszystko człowiek lepiej się czuł pracując, niż obijając bez zajęcia, ale w sumie praca była męcząca. Niemal równie męczące były dalekie i niewygodne dojazdy. Wracałem na Batorówkę – tak nazywaliśmy dom wujostwa, na ulicy Batorego we Wrzeszczu – zniechęcony i brudny, potwornie zmęczony, a do tego piesko głodny.

Była połowa sierpnia. Dzień minął jak co dzień. Wróciłem do domu, umyłem się i siadłem w kuchni, gdzie babcia Jadwiga podała mi talerz zupy. Byłem głodny jak wilk, nic dziwnego, że poza talerzem reszta świata w ogóle dla mnie nie istniała. No, nie całkiem, bo głowę miałem zaprzątniętą matematyką, nad którą ślęczałem wieczorami. Egzamin poprawkowy wyznaczono na koniec sierpnia, a oblanie go równało się skreśleniu z listy i wyrzuceniu z Politechniki.

W takim stanie ducha jakoś nie dotarło do mojej świadomości, że naprzeciwko mnie przy stole usiadła dziewczyna. Po prostu jadłem i myślałem o matematyce. Dopiero przy drugim talerzu, gdy głód nieco zelżał, zauważyłem, że tam jest. Jadłem dalej, ale matematyka gdzieś się ulotniła. Obserwowałem i rejestrowałem, choć jeszcze nie wiedziałem, dlaczego. Miałem tylko nadzieję, że nic po mnie nie widać.

Chyba za wiele się nie odzywałem, ona zresztą też nie. Wydawała się zamknięta w sobie, nieśmiała i raczej milcząca. Po prostu tam była, a ja nie mogłem oderwać od niej oczu. Tak więc z tego pierwszego spotkania wyniosłem przede wszystkim obraz.

Nieduża, czarnowłosa, o filigranowej figurze. Sprawiała wrażenie czegoś bardzo egzotycznego. I zachwycającego. W istocie, tak zachwycającego i pełnego uroku, że cała reszta cech, które zazwyczaj charakteryzują daną osobę, niemal umknęła mojej uwadze. Jednak nie, utrwalił się nie tylko obraz. Był jeszcze ten uśmiech – trochę jakby smętny czy przepraszający, i sposób bycia, znamionujący dystans do wszystkiego i melancholię, a może brak żywiołowej radości życia.

Następne dni, zamiast zatrzeć, pogłębiły wrażenie z tego spotkania. Było wprawdzie krótkie i dość milczące, jednak smutna dziewczyna tak mnie poruszyła, że postanowiłem przeprowadzić ostrożny, aczkolwiek, jak teraz myślę, zapewne dość niezgrabny wywiad na jej temat. Od babci Jadwigi dowiedziałem się, że ma na imię Irena. Od cioci Marysi wyciągnąłem, że jest krewną pani Karoliny, przyjaciółki cioci z harcerstwa. Najmłodsza kuzynka, Teresa, dorzuciła kolejną garść cennych informacji: dziewczyna studiuje w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, jej rodzice nie żyją, a do Gdańska przyjechała na wakacje. W niedzielę, po całym tygodniu męczącej praktyki w stoczni, zamiast jak zwykle na jacht, dałem się namówić i pojechałem z Marytą, kolejną kuzynką, do Sopotu na jakąś wystawę malarstwa. Już obejrzeliśmy wszystko i zbieraliśmy się do wyjścia, gdy nagle zobaczyłem, że ona – „moja” dziewczyna – właśnie wchodzi do galerii. Tak mnie to poruszyło, że tym razem postanowiłem działać. Skoro studiuje sztuki piękne, to może wrócimy na wystawę z fachowym przewodnikiem? Maryta bardzo się zdziwiła, ale z tego zdziwienia zapomniała zaprotestować. Przyznam, że pomimo dwukrotnego obejrzenia wystawy, nic z niej nie zapamiętałem, nie potrafiłbym nawet powiedzieć, co to było za malarstwo. Wiedziałem tylko jedno, że nagle, i to bardzo gwałtownie, przekręciła się oś mojego życia, otwierając przede mną całkowicie nowy, nieznany i niezwykle absorbujący świat. Wszystko odbyło się tak jakoś dziwnie niepostrzeżenie, wręcz bezszelestnie i jakby bez mojego udziału, a jednak efekt był piorunujący. Kiedy w parę dni później Irena zjawiła się ponownie na Batorówce, wiedziałem już, że jestem absolutnie po uszy zakochany. Chociaż tak naprawdę nie miałem pojęcia, co to znaczy, ani co mam dalej z tym fantem zrobić. Krótko mówiąc, na jej widok zbaraniałem. Wujostwo mieli wielką tekę grafik Michała Anioła. Chcąc zyskać na czasie, rozłożyłem przed nią na stole dzieła mojego imiennika (nie wiem, czy już wspominałem, że na chrzcie ojciec dodał mi do Dariusza imiona Michał Anioł, zapewne w nadziei, że pójdę kiedyś w ślady mistrza). Jej kazałem oglądać album, a sam… uciekłem do lasu, który był o kilka kroków od domu, zaraz za płotem.

Wróciłem po godzinie z jedynym postanowieniem, jakie mi przyszło do rozkojarzonej głowy. Muszę jej natychmiast o wszystkim powiedzieć. Irena skończyła już przeglądanie albumu i, lekko zdezorientowana, zbierała się do wyjścia, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. W porywie determinacji oznajmiłem, że mam jej coś niezwykle ważnego do zakomunikowania. Zdziwiła się, ale posłusznie poszła za mną na balkon. Tam jednym tchem wyrzuciłem z siebie, że ją kocham i chcę się z nią ożenić, ale żeby się nie martwiła, bo na pewno zostanę z nią przez całe życie, nie tak jak mój ojciec, który opuścił mamę. Wtedy, po raz kolejny w tak krótkim czasie, cały świat zawirował. Bo ona zarzuciła mi ręce na szyję, a potem nieśmiało wyznała, że też mnie bardzo kocha. Następnie, już bez dalszych zbędnych słów, zaczęliśmy się całować, co tak oburzyło Dżeka, małego foksterierka wujostwa, że zaczął szczekać jak oszalały. Wyjrzała na to ze swego pokoju babcia Jadwiga, chwyciłem więc Irenę za rękę i uciekliśmy do lasu. Długo po tym lesie krążyliśmy, niewiele mówiąc, tylko całując się zapamiętale.

Taki był początek naszego wspólnego życia.

***
I rzeczywiście – nie opuścił jej aż do śmierci.

Na zdjęciach poniżej owe teczki z reprodukcjami dzieł Michała Anioła. Posiadam je do dziś.

sixtina-Deckemale DasJuengste-Gericht-male medici-KapellemaleZa tydzień uzupełnienie czyli wpis o Cioci Marysi.

 

W górę rzeki (21) – odcinek ostatni

Zbigniew Milewicz

Zataczanie koła

Zdania na temat tego, co ja tutaj wypisuję, są wśród moich czytelników podzielone. Mój przyjaciel Edmund na przykład uważa, iż sporo dowiaduje się o mnie z tych tekstów, ale że nadmierną szczerością mogę sobie i innym zaszkodzić. Cóż, na papieża nie będę już kandydował, do polityki też mnie nie ciągnie, a wiele osób, o których piszę już nie żyje, więc ani im nie pomogę, ani tym bardziej zaszkodzę. Zdecydowanie więc bliższy jest mi brat Zdzich, jako czytelnik, ponieważ umie się posługiwać zarówno batem, jak i marchewką. Przyjmuję więc od niego do wiadomości, że ojciec faktycznie miał problemy z kręgosłupem (o czym wspominałem w 18 odcinku), po tym, jak próbował bosakiem wyrwać kawał drewna ze strawionego pożarem komina fabrycznego, niedaleko ich domu na Goleniowskiej. Runęło to na ojca i uszkodziło mu dwa kręgi, chodził później kilka miesięcy w gipsowym gorsecie.

Rodzina Hamplów-rok 1914To ostatni wpis, tym razem zatem Autor podsuwa nam zdjęcia najróżniejsze, nadesłane przez rodzinnych Czytelników,  przypominające różne wpisy z ostatnich kilku miesięcy.
Tu: rodzina Hamplów, rok 1914. W pierwszym rzędzie od lewej prababcia Anna, dzieci: Emilia, Truda, Marika, Teo, Greta i pradziadek Tomasz. W drugim moja babcia Jadzia, Karol, Lena i Willi.

To były, jak mówi Zdzich, chude lata, w domu nie było czym palić w piecach, a ojciec robił, co było w jego mocy, żeby zapewnić rodzinie byt. Potwierdza, że miał on pewne maniery wschodniego satrapy, ale takie wzorce wyniósł z wileńskiego środowiska, w którym wyrastał. Próbował je zmienić, przeflancować na niemiecki styl życia, który mu imponował i miały mu w tym pomóc jego żony. Najpierw moja mama – pochodziła ze Śląska, który był dla ojca ucieleśnieniem germańskości. Później Celina, Pomorzanka, z prawdziwymi, niemieckimi korzeniami. Zdzich wspomina, że ojciec kupił sobie książki do nauki języka niemieckiego i przy wsparciu mamy Celiny opanował go do tego stopnia, że sobie później w domu czasami rozmawiali po niemiecku. Bardzo mu imponowała ta kultura, ale starych, wschodnich nawyków nie dało się całkowicie wykorzenić.

Komunia swietejGrety1916-z lewej babciaI Komunia święta Grety. Obok babcia.

Kiedy pożegnaliśmy ojca, jego miejsce zastąpiły opowieści o tym, jaki był. Zawsze starosłowiański, patriarchalny otec, nigdy tata, czasem tylko Terenia, żona Zdzicha tak o nim mówiła. Legenda łagodziła jednak jego rysy. Przed pierwszymi Zaduszkami namówiłem mamę Ninę na podróż maluchem do Wrocławia. Samochód był prezentem dla młodej pary od mojego dobrego teścia Mariana. Zgodziła się, ale odniosłem wrażenie, że robi to tylko dlatego, aby nie sprawić mi przykrości. Była już na emeryturze i po pierwszym zawale serca, kardiolog uważał, że wcześniej mogła zignorować lżejsze ataki, więc zalecał jej, żeby do maksimum oszczędzała się emocjonalnie i fizycznie. Interpretowała te zalecenia po swojemu, uważała, że człowiek jest tyle wart, ile potrafi zrobić dla innych. Nadal służyła wielu ludziom bezinteresownie dobrą radą, pisała im pisma do urzędów, tłumaczyła listy z niemieckiego na polski i na odwrót. Po śmierci babci gotowała Irce obiady i prała jej rzeczy, w niedzielę wszyscy gościliśmy na Dębowej, przepisywała moje teksty na maszynie, bo przecież umiała to robić lepiej ode mnie, potrafiła wcześnie rano wyjść mi na spotkanie z drugim śniadaniem, na most kolejowy, jak jechałem do redakcji. Kiedy dostałem wilczy bilet jako dziennikarz, oczywiście martwiła się, ale udawała spokojną. Martwiła się, że ma niską emeryturę i nie potrafi dzieciom finansowo pomóc, że jesteśmy na garnuszku moich teściów. Przy tym wszystkim niestety wypalała sporo papierosów, do mocnej kawy, parzonej po turecku.

Rok 1918-slub cioci Heleny- wujka AdolfaRok 1918 – ślub cioci Heleny i wujka Adolfa

Kiedy wychodziliśmy z osobowickiego cmentarza, powiedziała, że więcej już tutaj nie przyjedzie, co wytłumaczyłem sobie po swojemu, że lepiej było nie zabierać chorej mamy w tę podróż. Chyba na wiosnę następnego, 1984 roku, zmarł w Chorzowie, w bardzo sędziwym wieku wujek Adolf, mąż siostry babci, cioci Heleny. Był to człowiek ogólnie lubiany w rodzinie, znany z dowcipu, zamiłowania do płci pięknej i dobrych trunków, stary marynarz pruskiej floty wojennej. Pojechaliśmy z mamą na pogrzeb, później, na rodzinnym spotkaniu, które odbyło się w domu, w którym wujek mieszkał, powiedziała mi pogodnie: popatrz Zbysiu, zatoczyłam koło, tutaj się urodziłam.

ostatnie-wspolne-zdjecie-od lewej Irka-mama Nina-ja-MirkaOstatnie wspólne zdjęcie: Irka, Mama Nina, Autor i jego żona, Mirka

Na początku września, za swoją część skromnego spadku po ojcu kupiłem bilet na statek handlowy, który płynął do Syrii. Kilka dni po rozpoczęciu rejsu kapitan powiadomił mnie, że dostałem telegram – nagle zmarła moja mama. Znajdowałem się wtedy na Morzu Północnym, na którym szalał sztorm. Przeszkodził mi w przeprawie szalupą na kontenerowiec, wracający kontrkursem do Gdyni i nie byłem na pogrzebie mamy. Cały ciężar obowiązków, związanych z pochówkiem wzięła na siebie moja dzielna żona Mira, sporo pomógł jej nasz przyjaciel domu Lolek, ale dla mnie świat się wtedy w ogóle zawalił.

Opis zdjec w oryginale- nie wiem czyjego autorstwaKtoś, ale nie wiadomo kto, opisał te zdjęcia. Po niemiecku.

Sady Pradziadka – album kresowe

Ach ci autorzy…

Oddałam Andrzejowi Rejmanowi poniedziałki, żeby opowiadał o rodzinie, a on tymczasem, proszę, co mi przysłał – furę zdjęć i taki oto tekst:

… mało jakoś czasu miałem aby coś napisać …

______________

Krajobrazy kresowe…

Byłem kiedyś na wystawie zdjęć Zofii Chomętowskiej (Dom Spotkań z Historią, Warszawa) – coś pięknego!
Uderzyło mnie podobieństwo krajobrazów, ujęć, fryzur, ubrań, postaci… do zdjęć, które posiadam we własnych zbiorach rodzinnych.
Nic dziwnego! Toż to przecież przedwojenne Kresy!
Dziadek miał aparat od początku ubiegłego wieku, fotografował wszystko, zwłaszcza podczas swoich podróży naukowych (był geologiem) – ale to temat na oddzielną historię. Potem zdjęcia robiła moja mama, mam więc czym się teraz podzielić. Na razie kilka krajobrazów “Kresowych”.

Tu te zdjęcia

Po moich niedowierzających mailach Autor odparł,  że tak ma właśnie być, ale po namyśle dodał jeszcze muzyczną ciszę i wiersz Marii, córki Adama.

Maria Hrebnicka była później malarką, w 1908 miała najwyżej 16 lat, a może i mniej. Wtedy rodzina mieszkała w Petersburgu.
Ten wiersz to nie jest szczyt literacki:-), jakieś tam nawet może są błędy ortograficzne – czy “głuchy” pisało się “głóchy” w 1908 roku??
O Marii kiedyś napiszę oddzielnie, bo jej piękne obrazy wiszą w Muzeum w Raju.

skanwierszaJulii

 

 

 

 

 

 

 

Miłość i tęsknota  

Tęsknota bezbrzeżna, tęsknota jak morze,
Jak śnieżne polany rozległa,
I miłość bezmierna, jak nieba przestworze,
Po sercu się mojem rozbiegła.
I smutek swym skrzydłem przesłonił me oczy
I czarnym welonem zawiesił mi świat…
Fortuny koło nierówno się toczy,
I często mróz ostry warzy wiosny kwiat.
A płomień w mej duszy głęboko tak pała,
Jak skarb ukryty wśród kamiennych skał…
Jak perłę swą muszla przysłania białą
Tak smutek przysłonił ognia tego żar.
Szarą się przędzą wokoło mnie wlecze,
Smutny rozciągły, szary, głuchy dzień,
Boleść przeszywa me serce jak miecze,
I tylko miłość gasi smutku cień.
Tęsknota i miłość me serce osnuły.
Wspólnie tam rządzą potęgi te dwie,
I obie razem tak się doń przykuły,
Że każda niem miota tak, jak sama chce.

1908, wiosna, Petersburg

W harcerstwie po wojnie bolszewickiej

Z jakiegoś względu Karusia dołączyła do wspomnień z okresu II wojny światowej jeden tekst o tym, co jako harcerka robiła w Warszawie w roku 1920, zaraz po zakończeniu wojny bolszewickiej. Tekst zatytułowany jest Chmielna 26. Warto mieć na uwadze, że Karusia urodziła się w roku 1899  i gdy zajmowała się rozhulaną gromadką chłopaków na Chmielnej – miała lat 21.

I – jak to życie dziwne przypadki zarządza – pod tym samym adresem w kilka lat później brat Karusi, Stefan Lubliner, dziennikarz, prowadził agencję wycinków prasowych, WIP – Warszawską Informację Prasową. Zbierał informacje z gazet zagranicznych, tłumaczył, przepisywał i rozsyłał je do redakcji i urzędów w Warszawie, w tym do Sejmu i MSZ, a także rozsyłał przetłumaczone wiadomości z Polski do korespondentów zagranicznych. Zatrudniał około 10 osób, głównie tłumaczy i maszynistki. Tyle że Karusia zajmowała się chłopakami w oficynie, a Stefan prowadził biuro od frontu.

W sieci znajduje się informacja, że WIP wydawał Sprawy Polityczne i Wiadomości Ukraińskie, opublikował też komunikat specjalny, poświęcony życiu wszystkich stronnictw politycznych w Polsce w latach 1918-1939.

Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

Karusia16-Chmielna-1-mala Karusia17-Chmielna-2-mala

***

Karusia zajmowała się chłopakami na Chmielnej przez kilka miesięcy, ale jej tekst przypomniał osobę wujecznego Dziadka Stefana i jego biura w domu, którego nie ma, a które mieściło się tam przez lat wiele, może nawet 20. Chmielna, kiedyś ulica w połowie żydowska, pełna małych sklepików, a w połowie elegancka, a potem najsłynniejszy w PRL-u deptak handlowy, przestała istnieć. Na miejscu kamienicy numer 26 mieści się nowy budynek autorstwa Lucjana Rosa. W sieci Chmielna wymieniana jest jako jedna z najdroższych ulic w Polsce, ale jednocześnie miłośnicy Warszawy się skarżą, że ulica jest martwa, nieciekawa, zaniedbana i wszystko tu podupada. Wpisy z tekstami Karusi zakończę więc zupełnie anachronicznym akcentem:

Ballada o Chmielnej

słowa Agnieszka Osiecka, śpiewa Alina Janowska

Ach, co to była za ulica…
Panie, to jeszcze jest ulica.
Niech pan się przejdzie raz po Chmielnej
wieczorem przy świetle księżyca.

Panie, w tej bramie – trzecia z lewej –
koło gnojówki stał cadillac.
Ten facet, co go miał, to świnia,
powinien za to dawno siedzieć,
ale nie będzie siedzieć, panie
pan wie, z kim on dziś jadł śniadanie?

Pan słyszał – Chmielnej ma już nie być,
Chmielnej ma nie być już.

W górę rzeki (20)

Zbigniew Milewicz

Przychodzimy, odchodzimy…

Piosenką o takim tytule kończyli zwykle swój występ artyści Piotra Skrzyneckiego, z krakowskiej Piwnicy Pod Baranami, w moich dawnych, studenckich czasach. Dźwięczała mi w uszach przy pisaniu tego odcinka, więc pożyczyłem sobie jej słowa, bo pasują do tekstu. Prąd rzeki zniósł mnie już na rozlewiska w pobliżu ujścia i pora będzie pomału kończyć opowieść, ale wcześniej chciałbym jeszcze – przynajmniej szkicowo – wspomnieć o kilku ważnych wydarzeniach, które wywarły wpływ na moje dalsze życie.

Dziadek Erwin odszedł w wieku 77 lat, babcia Jadzia przeżyła go o 6 lat. W ostatnim okresie życia złagodniała, stała się bardziej wyrozumiała dla otoczenia. Po wylewie nie umiała się już poruszać bez laski, jednak umysłowo nadal była sprawna. Niektórzy w to powątpiewali, bo nagle stała się bardzo hojna, swoim ulubieńcom w rodzinie zaczęła rozdawać różne precjoza, które nagromadziła w ciągu swojego życia, kto jej mógł tego zabronić. Mieszkały z Irką przy ulicy Marchlewskiego w Tychach, niedaleko mojej mamy. Ich M-3 wymagało różnych, technicznych przeróbek, którymi zajmował się między innymi najmłodszy brat dziadka, wujek Feliks. Kiedy czas mi na to pozwalał, starałem się mu pomagać. Niewysoki mężczyzna o krzaczastych brwiach, szopie posiwiałych włosów i bulwiastym nosie, szybko zorientował się, że synek nie mo grajfki do techniki i zamiast przeszkadzać mu przy robocie, byłem za zaopatrzeniowca. Ze sklepu piwo mu przynosiłem, albo jakieś brakujące narzędzia, śrubki i nakrętki z piwnicy, jeszcze dziadkowe. Do pomocy przy sprzątaniu mieszkania przyjeżdżała, jak dawniej, ciocia Gryjta z ulicy Polnej w Chorzowie, już zupełnie zgarbiona i pomarszczona, ale nadal zadziwiająco żwawa i religijna starowinka. Na ciocię Irkę przy domowych zajęciach już nie można było liczyć. Kierowała teraz jednym z działów w Tyskiej Fabryce Serów i kiedy przychodziła z pracy, cały czas poświęcała czytaniu tych swoich romansów. Miała za sobą jeden nieudany związek małżeński, tam gdzie mogła zrobić dobrą partię coś poszło wspak, więc stała się zgorzkniała i jeszcze bardziej opryskliwa w obejściu.

Kasia z AniaKasia z Anią

Babcia doczekała się mojego ożenku z Kasią, który przypadł na początek 1974 roku. Wcześniej wydreptałem u gospodarza Śląska, generała Jerzego Ziętka, spółdzielcze M-3 w Tychach i tam uwiliśmy sobie małżeńskie gniazdko. Oczywiście ożeniłem się z miłości, inaczej być nie mogło i na Mikołaja dostałem piękny prezent, córeczkę, której daliśmy na imię Anna Maria. Trzy lata chodziliśmy z Kasią przed ślubem, zjedliśmy razem małą beczułkę soli, ale nie potrafiliśmy później ułożyć sobie wspólnego życia; formalny związek trwał bardzo krótko, zaledwie około roku. Babcia, pamiętam, była jedyną osobą z kręgu moich najbliższych, która namawiała mnie do cierpliwości i wycofania pozwu rozwodowego. Tej wytrwałości, jak w dawnych latach przy domowym pianinie, niestety mi zabrakło. Nie starczyło też wiedzy i doświadczenia w poskramianiu złośnic, niewątpliwie jednej z trudniejszych sztuk życiowych…

W kopalni Siemianowice- reportazPan reporter w pracy. W kopalni Siemianowice “na reportażu”

Pracowałem wtedy już w redakcji Dziennika Zachodniego w Katowicach, jako szpunciarz w kronice miejskiej i reporter sądowy. Było to zdecydowanie lepsze zajęcie od grzania stołka w państwowej administracji i organizowania widowni w teatrze Wyspiańskiego, którym poświęciłem po studiach pierwsze dwa lata życia zawodowego. Dziennikarstwo dawało mi satysfakcję, chciałem się tu doskonalić i rozwijać, ale jest to temat na inną okazję. Podobnie jak moje drugie małżeństwo, z Mirą, którą poznałem kilka lat po rozwodzie z Kasią. Wytrzymało długo, dwie dekady, z tego związku mam dwóch dzielnych synów.

Niedługo po naszym ślubie, latem 1982 roku, po raz pierwszy odezwał się Zdzich, mój starszy brat po mieczu. Zadzwonił do mamy Niny z uzdrowiska w Wiśle, w Beskidzie Śląskim, gdzie przebywał z żoną Terenią i dziećmi na wczasach. Powiedział, że wie od cioci Marii, ile mamie zawdzięcza, więc postanowił ją odnaleźć, spotkać się i podziękować. Miał szczęście, po rozwodzie ze Stefanem, moim ojczymem, mama wróciła do pierwszego, ślubnego nazwiska, dalej mieszkaliśmy na Śląsku i w domu na Dębowej był telefon, a co za tym idzie – adres w książce telefonicznej, którą wertował w domu wczasowym. Pojechaliśmy do Wisły w czwórkę – moja mama Nina, Irka, Mirka i ja. Plus czworonóg cioci, Filip. Kilkumiesięczny synek został pod opieką mojej kochanej teściowej – to wcale nie żart – mamy Meli z zagłębiowskiego Modrzejowa. Zdzich czekał na nas na peronie, razem z żoną i synami, 11-letnim Krzysiem i 5-letnim Sławkiem. Dziwne było przywitać się na niedźwiedzia z ludźmi, których widzisz pierwszy raz na oczy, ale lody szybko stopniały. Przyjechali w Beskidy z Gryfina, pod Szczecinem. Mój brat miał tam mieszkanie zakładowe z elektrowni Dolna Odra, gdzie pracował jako starszy mistrz. Z okazji naszego spotkania Zdzich z Terenią wydali miłe, skromne przyjęcie w kawiarni domu wczasowego, które zapoczątkowało serię następnych spotkań.

Na dworcu w Wisle mama Nina ze Zdzichem i ZbychemMama Nina ze Zdzichem i Zbychem na dworcu w Wiśle

Po zakończeniu turnusu przyjechali do Tychów, gdzie z kolei my staraliśmy się ich ugościć po staropolsku. Później mama została zaproszona do Gryfina, wtedy spotkała się także z ciocią Marią, która mieszkała na szczecińskiej starówce i z Celiną, drugą żoną naszego ojca, na Dunikowskiego. Wróciła do Tychów zmęczona, ale cieszyła się, że odbyła tę podróż. Po niej my z Mirą pojechaliśmy na Północ, gościliśmy u Zdzicha i Tereni i poznaliśmy pozostałych braci: Mariusza, Ryszarda i Edwarda, ich bliskich oraz przyjaciół i wszędzie były to progi nadzwyczaj gościnne. Wszyscy bracia mieli konkretne, techniczne zawody i poza najmłodszym Edwardem, także już swoje rodziny. W międzyczasie odbyły się chrzciny mojego syna i Zdzich został ojcem chrzestnym.

Od lewejMariuszEdwardZdzich-Ja- Ryszard-SlawekOd lewej Mariusz, Edward, Zdzich, Zbych, Ryszard – mały na dole to Sławek

Tamten bogaty dla mnie w wydarzenia 1982 rok poprzedziła inna, pamiętna data, wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Wszystkie publiczne media zostały zawieszone, a ich pracownicy otrzymali okolicznościowe urlopy, aż do odwołania. Po ciekawej, kilkumiesięcznej próbie sił w Rozgłośni Polskiego Radia na Ligonia, pisałem wtedy w katowickiej popołudniówce, redakcji Wieczoru . Kiedy nadeszła weryfikacja dziennikarskich kadr, z politycznych powodów znalazłem się za burtą (Alles ist eine Reise), czyli znów pogruchotało mi trochę kości. Dziadek Erwin, w poprzednim wpisie, sierdził się na komunę nie bez powodu.

Mój ojciec nie mieszkał już wtedy w Dąbiu. W latach 70 drugi związek małżeński rozsypał mu się, jak i pierwszy, Szczecin mu obrzydł, i tata wyjechał do Wrocławia. Tam zatrudnił się jako kierowca w pewnym przedsiębiorstwie budowlanym i zamieszkał w hotelu robotniczym, w dzielnicy Psie Pole. Na ojcowiźnie, na Goleniowskiej, urządził się syn Mariusz z rodziną, a kiedy pod koniec lat 80 wyjechali do Niemiec, włości przejął Ryszard, kiedy rozstał się z żoną Danką. Dotąd mieszkali z córeczką Olą u teściowej, na pobliskiej ulicy Nysy. Na początku lipca 1983 r. dostałem od braci wiadomość, że zmarł nasz ojciec. Pojechaliśmy do Wrocławia załatwić niezbędne formalności i pochowaliśmy go na cmentarzu w Osobowicach.

ojciec-tereniaZdzichKrzysJedno z ostatnich zdjęć ojca – po lewej Terenia, po prawej Zdzich i Krzyś

Rzeczy, które zostawił po sobie na Psim Polu, z łatwością zmieściliśmy w naszych podręcznych bagażach. Siemistrunnaja gitara przypadła w udziale Mariuszowi, albo Ryszardowi, już nie pamiętam dokładnie, któremu z nich, ja powiedziałem, że chcę dostać jego ciepłą, zieloną kurtkę z wojskowymi pagonami, i była moja. Nosiłem ją później aż do zdarcia, najwyraźniej mieliśmy z ojcem podobny gust jeżeli chodzi o ubiór. Tylko on bardziej niż ja dbał o swój wygląd. Na Goleniowskiej miał w odrzwiach zamontowany drążek, na którym regularnie ćwiczył i kiedy na mnie patrzył, pytał rzeczowo: Zbyszku, a po co ci ten śmietnik? Znaczy brzuch, choć mnie się wtedy wydawało, że w ogóle go nie mam. Ojciec stronił od kościoła, a jednak wśród przedmiotów, które zostawił po sobie, znalazłem obrazek Chrystusa Zmartwychwstałego, taki, jaki dostaje się od księdza po kolędzie. Pamiętam, że mocno mnie on zaskoczył i wzruszył. Położyłem go ojcu na piersi, zanim zamknięto wieko trumny.

***
Przypis od Redakcji. Autor pisze w tekście „do Tychów”, co wstrząsnęło duszą redaktorki, aliści… Proszę poczytać

Wpis świąteczny. Wiosna i jeszcze raz sady Pradziadka

Leon Wyczółkowski, Wiosna w Gościeradzu (1933)

Tak wyglądała wiosna w Gościeradzu nieopodal Bydgoszczy. Pokój w dworku, jaki w roku 1922 ofiarowało artyście Muzeum Poznańskie w podziękowaniu za hojny dar złożony z orientalnych obrazów, porcelany, mebli, kilimów i rzeźb. Artysta, wówczas już w podeszłym wieku, (urodził się 11 kwietnia 1852, zm. 27 grudnia 1936 w Warszawie) oddał Muzeum zbiory swojego życia. Nie jest to pierwszy raz w tym blogu, że szukając inspiracji do wpisu trafię na coś, co wiąże się ze zdarzeniami aktualnymi. Wybrałam ten obraz Wyczółkowskiego (mój ulubiony!) jako wstęp do świątecznego wpisu Andrzeja Rejmana, po raz drugi i zapewne nie ostatni, o sadach jego pradziadka. Wybrałam go, bo jest lekki, wiosenny, szczęśliwy – świąteczny.  Okazało się, że obraz wplątał się po kilkakroć w dziesiejszą rzeczywistość, tę z wpisu i tę w realu. Za kilka dni googlowska czyli 163 rocznica urodzin artysty, który był niemal rówieśnikiem Adama Hrebnickiego (1857-1941), a za niespełna dwa tygodnie w Poznaniu wystawa donacyjna Stanisława K. Kubickiego, o czym będzie jeszcze tu znacznie więcej. A poza tym po prostu wiosna. Kwitnące drzewa jabłoni i grusz…

20_A_Hrebnicki_with_his_fruitsTo oczywiście późne lato lub nawet jesień, a nie wiosna, ale trudno o lepsze zdjęcie pokazujące sens życia Adama Hrebnickiego – sady, owoce, praca niestrudzonego popularyzatora wiedzy… Biurko pełne papierów i owoców. Ideał szczęścia.

Przez lata przyjaźniłam się z ludźmi, którzy mieli sad, wiosną chodziłam jak księżniczka z bajki pomiędzy kwitnącymi drzewami, jesienią cały dom pachniał owocami, latem na rozklekotanym stoliku ustawionym pod drzewami pisałam matryce do podziemnej gazetki Unimoru.

Andrzej Rejman

Sady pradziadka po raz drugi

Byliśmy wielokrotnie na Litwie, gdzie Adam Hrebnicki założył piękny 24 hektarowy sad, i nazwał go Rajem. Nawet planuję zrobić wystawę fotograficzną – Adam z Raju:-)

Tam jest jego muzeum – i pomnik z nazwiskiem Adomas Hrebnickis
http://www.muziejai.lt/ignalina/hrebnickio_muziejus.en.htm

Adam Hrebnicki był Polakiem, ale można śmiało stwierdzić, że był uczonym międzynarodowym, – w rosyjskich źródłach
występuje jako Гребницкий (Докторович) Адам Станиславович, a jego biografia zasadniczo jest bez podania narodowości –
http://sadisibiri.ru/grebnickijAS.html

W źródłach litewskich pradziadek występuje jako Adomas Hrebnickis, co jest ciekawym przyczynkiem do ewentualnych dyskusji na temat imion i nazw własnych w różnych językach różnie brzmiących.

Wielkanoc-AtlasPlodowOstatnio odkryłem, że w jednej z miejscowości w Rosji – wieś Popówka, (Popovka) rejon Koroczański w obwodzie
Orenburskim (Rosja, centralny okreg federalny) – jest ciekawe Muzeum Jabłka, gdzie jednym z eksponatów jest Atlas Owoców Hrebnickiego.

Atlas ten znajduje się też w bibliotece Instytutu Sadownictwa w
Skierniewicach i w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Jego nazwa rosyjska to Atlas Plodov – i mam go nawet w pdfie – jest on olbrzymi, ma piękne kolorowe rysunki owoców. Egzemplarz znajduje się m.in. w Bibliotece Narodowej w Warszawie, bywa czasem w antykwariatach w Rosji, gdzie potrafi kosztować ok 250 tysięcy rubli:-) (ok 3 tys. euro)
http://www.rusbibliophile.ru/Book/Atlas_plodov:_100_tablic_

Wielkanoc_Hrebnicki_oryginal_atlasu_1To rękopis jednej ze stron Atlasu

W Polsce Hrebnicki znany jest doskonale przez sadowników,
specjalistów, – a z okazji sesji naukowej poświęconej Hrebnickiemu w 2007 roku która odbyła się w Babtai koło Kowna – dworek-muzeum Hrebnickiego odwiedzili naukowcy z Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach, z ówczesnym wicedyrektorem Instytutu – profesorem Żurawiczem.

Sam Hrebnicki był w Warszawie w 1934 roku, gdzie przewodniczył sesji naukowej Towarzystwa Ogrodniczego Warszawskiego.

Towarzystow_Ogrodnicze_Warszawskie_Adam_HrebnickiRosjanie mówią, że był to wybitny uczony rosyjski, Litwini że litewski, a Polacy nie bardzo znają go, chociaż wśród fachowców jest znany i ceniony. A w archiwach pod Kownem, gdzie byliśmy w zeszłym miesiącu, są jego piękne dzienniki, obserwacje i zapiski, pisane oczywiście po polsku. Przecież była to do 1939 roku Polska – gmina Dukszty, powiat święciański.

Trzeba zaznaczyć że Hrebnicki działał na przekór wojnom, granicom, systemom politycznym w myśl zasady że nauka łączy a nie dzieli, i jest dla dobra całej ludzkości. Tak też postępował jego syn, Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki, wybitny polski geolog i kartograf.

***

A na zakończenie dzisiejszego wpisu jeszcze dwa zdjęcia rodzinne, z Petersburga w roku 1910.

Zmęczona rodzina przy zastawionym stole i młode pokolenie muzykuje. Ten zastawiony stół towarzyszył nam wczoraj, a i dziś na pewno znowu do niego zasiądziemy. Ale zapewne nie wszyscy z nas, pomiędzy kolejnymi odsłonami tradycyjnej kuchni świątecznej, siądą i do instrumentów. Mówię, bom smutny i sam pełen winy. Też nie gram na żadnym instrumencie. Szkoda, szkoda…

Wielkanoc_Hrebnicki_family_in_Petersburg_ca._1910Wielkanoc_Zygmunt_Alina_and_Maria_Hrebnicki_Petersburg_ca_1910

W górę rzeki (19)

Zbigniew Milewicz

Marsz, marsz Polonia…

W Lidzbarku Warmińskim był końcowy poligon, rekrucki znój i wreszcie żołnierska przysięga. Wcześniej jednak musieliśmy przez trzy lata, raz w tygodniu, chodzić na zajęcia w studium wojskowym UJ. Siedem godzin można było wytrzymać, wkładało się mundur, buty gwoździami podbite, zimą długi szynel, rogatywkę i maszerowało się na zajęcia w Collegium Novum. Naprzeciw stała podrzędna knajpa, zwana Barceloną, w której po szkoleniu piwko tak smakowało… Na porannym apelu, w drugiej kompanii, „bili do dacha” m.in. bracia Zielińscy, Skaldowie, których popularność dopiero się rozpoczynała.

03Na poligonie w LidzbarkuNa poligonie w Lidzbarku

Szkolili nas starzy frontowcy, musztry uczył podpułkownik, albo major, Bąkowski, ogniowego – mjr Proniewicz, taktyki – mjr Bednarski i każdy z nich był wielkim oryginałem. O naszych przełożonych krążyły liczne anegdoty, wynikały zaś na ogół z frontowych opowieści, na które naciągaliśmy ich, aby skrócić nudny materiał dydaktyczny. Z katedry padało na przykład stwierdzenie, że woda wrze w temperaturze 90 stopni… Student przerywał wykładowcy, że jednak będzie ich 100, na co tamten ripostował, iż w warunkach bojowych wszystko wygląda inaczej… Albo: kąt prosty, jak wiadomo, ma 180 stopniAleż, panie majorze, fama głosi, że 90Powiedzcie famie, że jest głupia…

04Major Bednarski i jego studenciMajor Bednarski i jego studenci

Mjr Bednarski, o poczciwej, kresowej duszy, lubił opowiadać, jak zdobywał wała pomorska i szczerze martwił się, że studenci przychodzą na zajęcia z taktyki nie przygotowani. – Ta idziesz ty z kolegą i dziewczyną na ten przykład do kina – chrząkał. – Czemu nie weźmiesz ze sobą zeszytu z taktyki ? Kolejka długa na kilometr, niech kolega jej pilnuje, a ty z boku stoisz i powtarzasz na głos, co w zeszycie zapisane. Później kolega twój to robi, ty za niego w kolejce i obydwaj zdajecie na piątkę.
A co z dziewczyną? – padało z sali pełne troski pytanie.
Ty już, synok, nie martw się, ona sobie poradzi – szczerzył pożółkłe zęby.

Major Proniewicz oczekiwał od nas wiedzy szczegółowej, bo i szkolenie ogniowe tego wymagało. Trzeba było nie tylko umieć sprawnie rozebrać i złożyc np. ręczny karabin maszynowy, ale i nazwać wszystkie jego części. Na końcowym egzaminie mógł niejednego z nas tymi detalami wykończyć, ponieważ jednak lubił sobie wypić, odpowiednio się przygotowaliśmy. Na krakowskim Pasterniku mocno grzało tamtego dnia słońce i ono też było naszym sprzymierzeńcem. Złożyliśmy się na skrzynkę piwa i pół litra czystej, którą ukradkiem został ochrzczony chmielowy napój. Przy trzeciej butelce major był już w świetnym nastroju i stawiał studentom coraz lepsze stopnie. Wszyscy zdali, choć nie dał rady całej skrzynce. Nasi kelnerzy zanieśli go do służbowej Wołgi, a on po drodze z rozrzewnieniem śpiewał Marsz, marsz Polonia. Tej pieśni w czasach PRL-u oficjalnie się nie wykonywało, ale egzaminy dobiegły końca i major był już osobą prywatną.

O1TaniecZwyPod koniec szkolenia wojskowego dopuściłem się pewnego skandalu. Pojechaliśmy ciężarówkami na zajęcia z taktyki, na Pasternik. Porucznik Pietras, dowódca kompanii, ogólnie świetny gość, rozdał nam ślepe naboje, których nie wystrzelałem do końca. W czasie drogi powrotnej usiadłem sobie z tyłu pojazdu, obok koleżka, któremu też coś zostało w magazynku i przy Plantach, na raz – dwa – trzy, odsłoniliśmy plandekę.

Taniec zwycięstwa po przejściu do cywila

Po serii z dwóch kałasznikowów, jakiś starszy mężczyzna spadł z roweru, na ulicy zrobiło się zamieszanie, a my mieliśmy wielką frajdę. Dostaliśmy za ten wybryk ostrą naganę i dwa tygodnie sprzątania magazynów studium wojskowego, co było w pełni zasłużoną karą.

Napisałem o tym szczeniackim numerze, ponieważ przypomniało mi się, że na ostatnim roku studiów znowu pojawił się motyw strzelania, tym razem ostrą amunicją. Był marzec 1968 roku, do studentów, którzy w Żaczku konspirowali przeciw nadużyciom komunistycznej władzy, przeniknęli prowokatorzy bezpieki. Pamiętam obcego, młodego mężczyznę (rozpoznałbym go jeszcze dziś), który mocno namawiał nas do wyłamania drzwi w magazynach z bronią studium wojskowego UJ i do użycia jej w czasie demonstracji, przeciw milicji. Na szczęście nikt gada nie posłuchał.

Zanim rozpoczął się tamten trudny okres, było jeszcze trochę miło. W czasie wakacji, w Międzyzdrojach, poznałem Magdę z Warszawy, studiowała na SGPiS. Zaczęły się wyjazdy do stolicy, razem chodziliśmy na spektakle kabaretowe, do Dudka, Owcy, STS- u. Mieszkała na Targówku, w ładnej willi z ogrodem, poznałem jej sympatycznych rodziców. Czasami przyjeżdżała do Krakowa, wtedy zabierałem ją do Teatru Stu, Krzysztoforów, Jamy Michalikowej. Był i stary hotel w Tomaszowie Mazowieckim, leżącym mniej więcej w połowie drogi między dwoma stolicami. Szlagier o nazwie Tomaszów – słowa Julian Tuwim, muzyka Zygmunt Konieczny – śpiewała wówczas Ewa Demarczyk, gwiazda kultowej Piwnicy Pod Baranami, nie mogliśmy tam więc nie pojechać. Pamiętam nasze rozczarowanie senną mieściną, jednak poeta miał prawo się nią zachwycać. Stamtąd pochodziła jego ukochana żona, Beatrycze – „Panna, Madonna, legenda tych lat”.

02Magda-TomMazZ Magdą w Tomaszowie Mazowieckim

Nie napiszę, że byłem w Magdzie zakochany po same uszy, bo zaraz ktoś powie, że to u mnie nic nowego. Moja mama ją w każdym razie lubiła i chyba nie miałaby nic przeciw naszemu małżeństwu. Kiedy w 1968 r. posadzono mnie na Montelupich, Magda napisała do niej list z prośbą, żeby powiedziała mi, że kończy ze mną znajomość. Mama nie zrobiła tego, zaś ów dokument znalazłem wśród rodzinnej korespondencji dopiero parę lat temu. Verba volant, scripta manent, słowa ulatują, pisma pozostają. Ktoś mi później powiedział, że po studiach wyjechała do Paryża, tam wyszła za mąż i wzięła za konserwację zabytkowych mebli, ale wtedy był to już dla mnie czas przeszły dokonany.

Ponieważ sąd uniewinnił mnie od zarzutu działania na szkodę władzy ludowej (Papierowych rycerzy ciąg dalszy), po wyjściu z więzienia mogłem wrócić na uczelnię. Dokończyłem studia i obroniłem pracę magisterską. W Chorzowie, na Wesołej, gdzie dawno nie byłem, mój niemłody już dziadek Erwin powiedział mi jedno, gorzkie zdanie, którego nie zapomnę: jak oni mogli grozić, że wam pogruchoczą kości, nie takiej Polski chciałem, żałuję, że byłem powstańcem. Była to aluzja do marcowego wystąpienia Edwarda Gierka na wiecu w Katowicach, w którym zapowiadał twardy kurs przeciw opozycji. Zapewniłem dziadka, że nie dam sobie zrobić krzywdy, ale on myślał pewnie o kruchości ludzkiej egzystencji i nietrafności życiowych wyborów w skali ogólnej.

Był na emeryturze, chorował i na przykład wielu pracom remontowym w domu nie mógł już podołać, całe gospodarstwo pozostawało praktycznie na głowie babci, a o sprzedaży posesji nie chciał nawet słyszeć. Wtedy uzmysłowiłem sobie, że jestem cholernym egoistą. Pojawiam się w Chorzowie raz na jakiś czas, przyniosę węgla z piwnicy, narąbię drewna, trochę posiedzę i już mnie nie ma, znikam w swoim wygodnym świecie. Kiedy mój dziadek Erwin zmarł i dwaj pracownicy zakładu pogrzebowego wynosili z mieszkania trumnę, w przedpokoju dźwignęli ją trzykrotnie pod sufit i powiedzieli: gospodorz, pożegnejcie się z domem! Taki był koniec adresu na Wesołej 5. Dom został szybko i tanio sprzedany, babcia z ciocią Irką kupiły dwupokojowe mieszkanie w Tychach i życie potoczyło się dalej, uboższe o jednego bliskiego człowieka.

P.S. Dziękuję Krystianowi Cichowskiemu, że w 16 odcinku tej opowieści skorygował imię naszego wychowawcy ze Słowaka, prof. Brzozy, które brzmi Janusz.